The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by andrzej, 2018-09-28 08:49:11

Zwrotki

Zwrotki i refreny
moje zyciowe




ANDRZEJ ANDRE JANCZAK moje zyciowe
Zwrotki i refreny
D.C.al Fine


Projekt okładki: Zbigniew Franciszek Gajewski
Zdjęcie na przedniej okładce: Maciej Czaj z 1972 r.
Zdjęcie na tylnej okładce: Andrzej Andre Janczak i Ulf Weman. Edycja zdjęć: Zbigniew Franciszek Gajewski
Zdjęcia w książce są własnością autora, Zbigniewa Franciszka Gajewskiego oraz pochodzą z prywatnych archiwów za pozwoleniem ich właścicieli.
Konsultacje: Małgorzata i Zbigniew Franciszek Gajewscy
Redakcja: Małgorzata Gołąb
Tekst w języku fińskim, szwedzkim i angielskim Andrzej Andre Janczak Skład: Tomasz Kuc
© Copyright by Andrzej Andre Janczak ISBN 978-83-7729-408-6
KSIĘŻY MŁYN Dom Wydawniczy Michał Koliński Oddział Publikacji Zleconych
90-345 Łódź, ul. Księży Młyn 14
tel./faks 42 632 78 61, 42 630 71 17, 602 34 98 02 www.km.com.pl; e-mail: [email protected]
Łódź 2018. Wydanie I


zytelniku, książka ta jest zbio- Crem wydarzeń z mojego życia jako
Decydując się na obnażanie swoich uczuć, wiem, że narażam się na krytykę.
Muzycy pracują i żyją ze sobą jak w mał- żeństwie, które trzeba pielęgnować. Gdy się tego nie robi, wiadomo, że koniec jest bliski. Jesteśmy kolegami w przerwach, ale gdy wy- chodzimy na scenę i nabijamy tempo, sorry, tutaj „kończy się przyjaźń”.
„W muzyce nie ma litości! – In music is no pity!”.
Wstęp
muzyka.
Nie jest encyklopedią ani podręcznikiem, jak zrobić karierę muzyczną.
Mamy różne gusta oraz codzienne humory, dlatego jesteśmy indywidualistami. Żaden muzyk nie poklepie drugiego po plecach, gdy zagrał czy zaśpiewał nieczysto. Rozliczanie się z gaży też często daje nam popalić. Z różnych powodów rozstajemy się, szukając zastępcy. Powstają nowe zespoły „małżeństwa” i plotki, które z ust do ust zmieniają się szybko w nowe wersje. Znamy to, bo większość z nas już to prze- żyła. Nikt z nas nie jest święty, zrobiliśmy swoje babole. No i nie oszukujmy się, gdy- byśmy byli geniuszami muzycznymi, to jako gwiazdy gralibyśmy tylko koncerty za wielki szmal, a nie chałturki w restauracjach i sporadyczne „występy”. Zdarza się, że muzycy „dorastają” i po latach ponownie współpracują ze sobą. Pochwalam to!
Łatwo jest być mądrym po czasie. W moich młodzieńczych latach nie było ani osobistych komputerów, ani telefonów komórkowych, nie mówiąc już o Interne- cie, a w nim np. automatyczna poprawa gramatyki. Teksty i akordy do piosenek spisywano na ucho ze słabej jakości nagrań na taśmach i C kasetach. Rezultaty były różne... Gdy dzisiejsza młodzież czegoś nie rozumie, to proszę pytać dziadków, bo tatusiowie są za młodzi. Oczywiście można wejść w Google i o! Czyli zanim osądzi- cie starszych, pomyślcie, że oni skończyli szkoły bez Google! Tym, co mówią, że ja nie śpiewam, bo nie mam talentu, poradzę, zaśpiewajcie chociaż raz! Wtedy przyja- ciele powiedzą szczerze – „daj sobie spokój, nie umiesz śpiewać”, ale nikt nie będzie mógł powiedzieć, że „nie śpiewaliście”! Musimy jednak przyznać, że ze wszystkich
5


Moje życiowe zwrotki i refreny
sztuk, muzyka wzrusza nas najbardziej. Czy ktoś z Was kiedyś spotkał się z tym, że osoba oglądająca w muzeum obrazy po kilku sekundach zaczyna spontanicznie tańczyć i klaskać w dłonie, a inna – patrząc na rzeźby – raptem zaczyna śpiewać? No nie. Ja tego nie widziałem! Tylko muzyka wzrusza nas tak głęboko, że wystarczy kilka dźwięków i już wiemy, o co chodzi. Ale bez ludzi nie byłoby muzyki. Myślę, że DJ-e się ze mną zgodzą, bo różnie z nimi bywa...
Jako łódzki muzyk spotkałem wiele interesujących osób. Pracowałem w kilku miastach w Polsce i w wielu za granicą. Zagrałem ponad 2100 chałtur i kilka koncertów, nagrywałem muzykę w radiu i występowałem w telewizji. Prowa- dziłem również własny sklep muzyczny Ålands Music Shop Ab przez 30 lat.
https://www.facebook.com/%C3%85lands-Music-Shop-117541431592266/
Gdy opowiadałem kolegom epizody z mojego życia, często podpowiadali mi, abym je opisał.
„Opisz to «Diabełku» (taką ksywę mi dano), inni też muszą o tym wiedzieć!”
I po długim zastanawianiu postanowiłem, że gdy będę miał natchnienie i czas, to uwiecznię środowisko moich muzycznych przeżyć z tamtych lat.
Jako nastolatek pisałem poezję oraz teksty do piosenek m.in. dla zespo- łu Tukany, (dwukrotny laureat Festiwalu Muzyki Estradowej w Łodzi 1969– 1970 oraz I miejsce w Jarmarku Piosenki w Sosnowcu), następnie pisałem dla The Vox Remedium, The Travellin’ Band oraz Private Stuff Band. Skompo- nowałem też kilkanaście własnych utworów oraz muzykę do kilku `ilmów do- kumentalnych. Na mojej ścianie na Facebooku w Band Pro`ile można usłyszeć kilka moich utworów demo.
https://www.facebook.com/Andre-Janczak-Living-In-The- -North-121691067920906/
Są też w oryginalnej wersji na YouTube, proszę szukać pod Andre Janczak i
pod Travellin´ Band Live 1977. PS:
„Jagoda”, Ty poddałaś mi tę pierwszą iskrę na początku lat 80. w hotelu Arki- pelag na Wyspach Alandzkich (Åland-Finlandia). Dlatego zacząłem pisać.
Dziękuję również Zbyszkowi (Franci- szek Gajewski) i Małgorzacie Gajewskiej za współpracę oraz cierpliwość w wysłuchaniu mojego story.
Jestem Wam za to bardzo wdzięczny!
Andrzej Andre Janczak
Książkę tę dedykuję mojej żonie Monie. (Mona ur. 9.05.1957 – zm. 6.10.2015)


Od autora
zytelniku, teraz nadszedł czas, aby to opisać. Moim zamiarem jest Coddać Wam mój obraz przeżytych chwil, day by day, po prostu tak, jak to było. Pamięć mam, ale czasami jest niedokładna, dlatego proszę Was o traktowanie wszystkich wydarzeń, nazwisk, pseudonimów, miejsc i dat z dużą tolerancją. Aby oddać jak najbliżej naszą klezmerską gwarę, będę cyto- wał niektóre słowa w „zdrobnieniu”... Po polsku wszystko w zdrobnieniu jest lepsze: herbatka smakuje lepiej od herbaty, rosołek od rosołu, nie mówiąc już, że syneczek jest grzeczniejszy od syna itd. itd. Z góry proszę o wybaczenie, o ile ktoś poczuje się dotknięty. Nie mam intencji nikogo obrażać. Sorry, no hard fe- elings! OK? Pytałem o możliwość użycia Waszych nazwisk i zdjęć. Otrzymałem
pozwolenie i trzymam Was za słowo!
Teraz przeskoczę na chwileczkę do połowy lat 80.
Pracuję na Wyspach Alandzkich w swoim sklepie muzycznym Ålands Music Shop
oraz w hotelu Arkipelag, jako technik dźwięku i opiekun kapel. Wyspy Alandzkie mają autonomię w Finlandii (co i gdzie? – młodzież googlować). W hotelu jest duża restauracja i nocny klub, gdzie często grają polskie zespoły. Grały tam m.in. takie ze- społy, jak Fraction, She & They z Łodzi z Alicją „Jagodą” Wiśniewską. Po nich przyje- chał Rainbow, również z Łodzi. (Taką samą nazwę miała też rockowa grupa, którą założył Ritchie Blackmore po odejściu od Deep Purple). Kierownikiem łódzkie- go zespołu Rainbow (wcześniej The Spiders) był perkusista, mój kolega z czasów przeglądów na Festiwalach Muzyki Rytmicznej w Łodzi w końcu lat 60., Franciszek „Zbyszek” Gajewski. Od połowy lat 60. do czasu wyjazdu na kontrakt do Finlandii w maju 1970 roku śpiewał i grał na gitarze oraz perkusji w kilku łódzkich zespo- łach. Ze Zbyszkiem spotykałem się wielokrotnie w Finlandii i wspominając naszą muzyczną drogę życiową oraz naszych wspólnych znajomych, muzyków z Łodzi (i nie tylko), starałem się notować fakty i zdarzenia, których uczestnikiem i świad- kiem był Zbyszek. Dzięki Niemu mogłem uzupełnić własny opis atmosfery, oby- czajów, stosunków między kapelami oraz dodać fakty i ewentualne plotki z nimi związane. Zbyszek chętnie dzielił się ze mną wspomnieniami z tamtych lat i dodał również swoje zdjęcia. Opowiedział mi, gdzie i z kim grał i śpiewał. O tym w osob- nym „Dodatku Zbyszka” na końcu książki.
Pewnego popołudnia, będąc w Arkipelagu, zobaczyłem Zbyszka rozstawiają-
cego bębny na scenie.
7


Moje życiowe zwrotki i refreny
– O! Cześć Zbychu!
– No witam cię Neskim po latach!
– Ostatnio zetknęliśmy się chyba w ravintoli (restauracji) Arina w Oulu na
północy Finlandii. Grałem wtedy w zespole Spiders.
– Który to mógłby być rok, chyba między 1972 a 1974 – domyślałem się.
– Chyba jakoś tak. Jędruś, my będziemy tutaj cały miesiąc to sobie pogadamy. I tak przez miesiąc spotykaliśmy się często, wspominając stare lata. Któregoś razu rozgadaliśmy się o naszych wczesnych podchodach muzycz-
nych i Zbychu spytał:
– A ty, od jakiego instrumentu zaczynałeś?
– Gdy miałem 8 lat ojciec kupił mi akordeon Weltmeistra i wygonił na lekcje
do ŁDK-u (Łódzki Dom Kultury). Piłowałem tam prawie pięć lat, aż któregoś dnia usłyszałem w radiu Beatlesów, no i kariera akordeonisty się skończyła. Ojciec sprzedał potem akordeon, a ja za wyproszone od mamy pieniądze kupi- łem gitarę akustyczną od szkolnego kolegi Jurka Nalepki (potem profesor Aka- demii Muzycznej w Łodzi), a reszta to już historia.
– Popatrz, ja też zaczynałem na akordeonie i też się przerzuciłem na gitarę, aż w końcu wylądowałem na bębnach i też w Finlandii – wyjaśnił Zbychu i dodał: – A moglibyśmy nadal siedzieć u mamusi w kuchni i narzekać. Los jednak spra- wił, że ciągnęło nas do czegoś innego.
– No to opowiadaj Jędruś dalej. – Dobra, słuchaj...
***
Czytelniku, teraz wracając wspólnie z Wami do moich wspomnień z tamtych wspaniałych lat, zapraszam na chałturę!


Pieluchy
ieluchy nosiłem po urodzeniu się w domu przy ul. Mielczarskiego Pw Łodzi i chwilę na ul. Złotej. Gdy z pieluch wyrosłem, mieszkałem na ul. Piotrkowskiej 60. Mając 7 lat pojechałem z rodziną na wieś na wesele. Dojeżdżając, obok bramy zobaczyliśmy orkiestrę: akordeon, trąbka i bębenek. Grali weselnego marsza. Gdy wszyscy goście się zjechali, orkiestra przeniosła się do domu i siadając w rogu pokoju nadal grała. Trębacz nadymał bardzo po- liczki, perkusista uderzał pałkami w bębenki. Akordeonista szybko przebierał palcami po przepięknym białym akordeonie udekorowanym błyszczącymi pe- rełkami. Śpiewali weselne przyśpiewki, które podłapywali goście. Bardzo mi się to spodobało, zapamiętałem ten kawałek... Oj nasrała baba w garnek, w całej
wsi śmierdziało i przykryła go pokrywką, aby zapachniało, oj da dana... itd. Stałem przed orkiestrą jak wmurowany! Gapiłem się na ten przepiękny, biały akordeon. Było to dla mnie niezrozumiałe, a jednocześnie zachwycające. Jak ten muzyk szybko przebierał palcami i trafiał w te czarno-białe klawisze, a lewą ręką w te guziki, jednocześnie śpiewając. A gdy porządnie rozciągnął akordeon, to dźwięk był potężny! Podniecony tym, co widzę i słyszę, zacząłem uderzać dłońmi w kolana. W następnej piosence udało mi się nawet uderzać
równo z nimi.
– Masz chłopczyku poczucie rytmu – pochwalił mnie perkusista.
Wtedy cały świat dla mnie to była ta orkiestra. Siedziałem przed nimi cały
wieczór i nawet zapomniałem zjeść tort! Gdy mama wzięła mnie za rękę, bo był już czas iść spać, ociągałem się, prosząc o pozwolenie na wysłuchanie jeszcze jednej piosenki. Przez następne miesiące, gdy usłyszałem muzykę w radiu, ła- pałem poduszkę i udawałem, że gram na akordeonie.
– Na grajka nam ten Jędrek wyrośnie – żartował tata.
Z powyższego opisu wnioskuję, że czasami w tak zwykłych okolicznościach budzi się głębokie zainteresowanie muzyką.
Początki muzykowania
Wiosną 1958 roku stało się! Tata przyniósł do domu akordeon. Ależ to była ra- docha! Po otwarciu futerału uderzył mnie mocny zapach kleju. Akordeon marki
Weltmeister był czarny i bardzo duży.
– On ma 120 basów i sporo registrów. Mniejszych nie było – powiedział tata.
9


Moje życiowe zwrotki i refreny
Mama pomogła mi go wyjąć i dopasowała paski na plecach. Siedziałem teraz jak ten muzykant na weselu. Tata rozpiął paski nad miechem i przyciskając jeden klawisz, usłyszałem pierwszy dźwięk! Roześmiany od ucha do ucha przy- ciskałem następny i następny. Nie wiedząc, co mam dalej robić, z trudem zna- lazłem guziki w lewej ręce i teraz zabrzmiało bardzo basowo. Spróbowałem razem z prawą ręką i ucho mi się wykręciło! Po chwili mama zaproponowała, że starczy jak na pierwszy raz i pomogła mi włożyć akordeon do walizki. Przez na- stępne dni wracając ze szkoły, wyciągałem akordeon z szafy i przyciskałem kla- wisze. Któregoś dnia przyszła ciocia z narzeczonym, który miał ze sobą skrzyp- ce. On wyjął z futerału nuty i zagrał jakąś krótką melodię. Pokazał mi gdzie leży dźwięk „C” na klawiszach, a potem, które mam przycisnąć, aby zagrać z nim tę melodię. Kaleczyłem na początku strasznie, ale po kilku podejściach udało mi się zagrać z nim kilka taktów. Tak zaczęła się moja muzyczna kariera na cyji (akordeonie).
– Celinko musisz wysłać Jędrka na lekcje – zaproponował wujek.
Pod koniec marca w 1958 usłyszałem w radiu, że w Gdańsku zadebiutowała Formacja Rytm & Blues. Nie wiedziałem, co to za zespół, ale podobali mi się.
Na pierwszy miesiąc wakacji rodzice wysłali mnie na kolonie do Mielna, nad morze. Po raz pierwszy stanąłem na piaszczystej wydmie i zobaczyłem hory- zont. Było to dla mnie niezrozumiałe, tyle wody jak okiem sięgnąć! A co jest za tą wodą, rozmyślałem. Na drugi miesiąc wakacji pojechaliśmy z siostrą znowu na wieś. W niedzielę odbywały się często zabawy w remizie strażackiej. Prawie zawsze stałem w drzwiach i słuchałem, jak gra orkiestra. Po wakacjach zaczą- łem trzecią klasę podstawówki nr 111 przy ul. Jaracza 44. Po tygodniu mama zaprowadziła mnie do prywatnego nauczyciela muzyki na ul. Stockiej 4, która odchodzi od ul. Przybyszewskiego na Górniaku. Pan nauczyciel nazywał się Czesław Michałowicz. Po sprawdzeniu, czy mam słuch, umówił się z mamą, kiedy mam przyjechać na lekcję. Jeździłem do niego dwa razy w tygodniu tram- wajem, który wtedy jeździł ul. Piotrkowską. Zielony mosteczek to była pierw- sza melodia, jakiej się nauczyłem. Uczenie się grania z nut i teorii było trudne, a ćwiczenie gam i pasaży nudne. Mama uczyła się nut równocześnie ze mną. Chciała kontrolować, czy gram poprawnie. W domu coraz częściej starałem się grać ze słuchu piosenki usłyszane z radia.
Mój nauczyciel muzyki zaproponował mamie, abym kontynuował naukę w Łódzkim Domu Kultury (ŁDK) na ul. Traugutta 18, dział artystyczny.
10 – Będzie taniej i bliżej dla pani syna – tłumaczył.
Z notatek:
Lato 1959
1960


– Musi jednak przynosić na lekcje swój akordeon.
Pieluchy
I gdy koledzy grali w piłkę na szczycie budynku obok wieżowca TV, ja stara- łem się szybko przechodzić z cyją, aby się ze mnie nie nabijali. Czasami któryś tam krzyknął.
– Co, w ciąży jesteś? – I reszta wybuchała śmiechem.
Z notatek:
W 1960 powstał zespół The Beatles z perkusistą Peterem Bestem.
W łódzkim klubie ŁKS działał zespół Świerszcze, w którym m.in. na perkusji
grał Bohdan Maciejczyk, a na gitarze Andrzej Makochan.
Koledzy z podwórka, Igor i Bolek, pogrywali czasami na gitarach w krzakach nad powojennym bunkrem. Podobało mi się to i często z nimi przesiadywałem. Bolek dał mi cynk, abym poszukał w radio stacji Luxemburg, bo puszczają fajną muzykę. Między szumami usłyszałem tam, chyba w końcu maja, ten angielski zespół The Beatles. Śpiewali na głosy piosenkę Love Me Do. Strasznie mi się spodobali, a piosenka ta siedziała mi w głowie bardzo długo. W niedzielę mama słuchała w radiu słuchowiska W Jezioranach. Gdy potem szukałem radia Lu- xemburg trafiłem na innej stacji na audycję Rewia Piosenki prowadzoną przez Lucjana Kydryńskiego. Puścił akurat zespół Czerwone Gitary, który zaczynał być coraz bardziej popularny. W ŁDK-u czekając na lekcje, dowiedziałem się od kolegi, że jakiś nowy łódzki zespół Trubadurzy tu ćwiczy. Czasami było nawet trochę ich słychać, jak mieli próby. Mama widząc, że często przesiaduję z chło- pakami na podwórku w krzakach, powiedziała któregoś dnia.
1962
– Synku, muzyka muzyką, ale szkoła jest pierwsza.
– Nigdy nie wiadomo, co będzie z tym muzykowaniem – tłumaczyła mi.
Po Nowym Roku udało mi się jednak ją namówić, aby pozwoliła mi się zapi-
sać do Pałacu Młodzieży (MDK) im. J. Tuwima przy ul. Moniuszki 4a na lekcje gry na gitarze. Nauczycielem był Leopold Zbierzchowski. Dostałem legityma- cję nr 304.
Pan Leopold grał na kontrabasie w restauracji Halka i czasami zastęp- stwa w Tivoli na ul. Tuwima obok kina Wisła. Do MDK-u chodziłem dwa razy w tygodniu. Lubiłem te lekcje. W czerwcu 1963 roku ukończyłem pięcioletnią klasę akordeonu w Łódz- kim Domu Kultury z oceną dobrą. Pa- miętam ostatnie ćwiczenia ze Szkoły Czernego – były trudne. Koledzy żar- towali, mówiąc, że nuty wyglądają
Moja legitymacja z MDK
11


elektrycznej slide gitary. Brzmiała bardzo interesująco.
Moje życiowe zwrotki i refreny
jakby mrówki nasrały. Mama poprosiła o za- świadczenie. Ponieważ gitara była dla mnie teraz bardziej atrakcyjna, zniechęciłem się do gry na akordeonie. Nie dotykałem go ponad miesiąc. Gdy tata w końcu sprzedał go, kupu- jąc moskwicza 400 po wypadku, odetchnąłem z ulgą. Sąsiedzi nabijali się od czasu do czasu pytając ojca.
– Co Franek, helikopter z tego wyklepiesz?
W lipcu 1963 usłyszałem z radia Luxem- burg, że angielski zespół Rolling Stones zade- biutował w Marquee Club w Londynie. Puści- li również zespół Heatwave z Motown Sound. Z innych wiadomości wyczytałem w tygodniku
Leon Theremin ze swoim instrumentem „Przekrój”, że Bob Dylan wydał piosenkę Blo- wing in the wind, a Stevie Wonder zadebiuto- wał pierwszą płytą. Natomiast James Brown nagrał płytę z koncertu w teatrze Apollo w Nowym Jorku, a zespół Beach Boys użył w utworze Good Vibration
Zespół Beach Boys nagrał Good Vibration używając instrumentu o nazwie Theremin zbudowanego przez Leona Theremina w 1928 roku i zmodyfikowa- nego w latach 50. przez Paula Tannera i Boba Whistella. Granie na nim wymaga- ło długotrwałych ćwiczeń i polegało na poruszaniu rękami między dwoma an- tenami kontrolującymi wysokość i siłę dźwięku. Wydawałoby się, że to proste, ale tak nie było – przekonałem się osobiście bodaj w 1963 roku w Łódzkiej Hali Sportowej podczas Zgaduj-Zgaduli, w której jako ochotnik z publiczności próbowałem coś zagrać, wywołując rozbawienie publiczności... Podejrzewano, że w nagraniu użyto dużej piły do drewna, odpowiednio uginając ją i ciągnąc smyczkiem od skrzypiec, lub na slide gitarze. Później na koncertach zespół używał prototypu syntetyzatora skonstruowanego przez Roberta Mooga, póź- niejszego konstruktora wspaniałych syntetyzatorów z serii MOOG.
– Tutaj Jędrek wtrącę się -powiedział Zbychu- i opowiem Ci ciekawostkę.
– przypis Zbyszek Gajewski Kręciło mi się w głowie od tych nowości, ale nie mogłem przestać słuchać radia Luxemburg. Po wakacjach zacząłem ostatni rok w szkole podstawowej i kilka razy organizowano nam wizyty w różnych zakładach pracy, abyśmy ła- twiej mogli wybrać przyszły zawód. Według mamy i taty powinienem mieć oprócz muzyki „prawdziwy zawód”. Z samej muzyki może być ci trudno wyżyć,
motywowali.
20 czerwca 1964 ukończyłem szkołę podstawową. Czyli co wybrać? Liceum czy jakieś technikum? Według mamy po liceum nadal nie będę miał zawodu i doradziła mi, abym wybrał technikum.
12


Pieluchy
– To trwa pięć lat i będziesz miał papiery technika – argumentowała.
Po kilu wizytach w różnych zakładach pracy odwiedziliśmy cukiernię.
– To jest to – pomyślałem sobie. Spokojna robota i słodka! Można też sobie
pojeść w pracy. Mama zadowolona złożyła moje papiery do technikum przy ul. Emilii Plater 34 z kierunkiem cukiernictwo, dostając od razu termin egza- minu wstępnego. Tego typu techników piekarsko-cukierniczych było w Polsce tylko pięć. Dzisiaj ta szkoła nazywa się Zespół Szkół Przemysłu Spożywczego nr 2. Wakacje minęły bardzo szybko i od września zacząłem naukę. Któregoś dnia jesienią Igor powiedział, że widział plakat przy Teatrze Rozmaitości obok MDK-u.
– Będzie koncert Spotkanie z Piosenką, idziemy?
Oczywiście poszliśmy posłuchać jak inni grają. Wśród wykonawców spodo- bał nam się Krzysztof Krawczyk. Fajnie śpiewał z zespołem Komety. Zapamię- tałem, że w jednej piosence śpiewał coś, że „...bolą mnie zęby...”.
Na podwórku w krzakach nadal spotykałem się z Igorem i Bolkiem. Wieczo- rami oni pogrywali na akustycznych gitarach i razem śpiewaliśmy. Czasami przychodziły koniki spod kina Polonia i Bałtyku, aby wypić patyka pod palec (bardzo tanie wino z etykietą patykiem pisaną). Wtedy zabierali gitary i grali swoje piosenki typu Diana. Od nich chłopaki podłapali nawet kilka akordów, a czasami nawet małego łyka. W radiu usłyszałem, jak angielski zespół Swin- ging Blue Jeans śpiewa piosenkę Hippy Hippy Shake. Następny ich utwór You’re no Good też był dobry. W technikum siedziałem w ławce razem z Jurkiem Na- lepką. On chodził wieczorami na prywatne lekcje gitary.
– O jak fajnie! A może pokażesz mi kilka akordów?
– Spytamy nauczyciela muzyki Pośpiecha, może nas przyjmie do szkolnego zespołu – odparł Jurek.
No i udało się. Teraz na szkolnej elektrycznej gitarze piłowałem dalej.
Wychowawcą naszej klasy był profesor Gałecki, który często nas opieprzał, bo siedzieliśmy w drugiej ławce i widać było, co my (nie) robimy... czyli, najczę- ściej było to spisywanie od Jurka tabelek z akordami. Któregoś dnia Jurek po- wiedział, że rodzice kupują mu nową gitarę z nylonowymi strunami i tę starą chce sprzedać. Namówiłem mamę, dostałem pieniądze i kupiłem od niego moją pierwszą akustyczną gitarę z metalowymi strunami za 150 zł. Pierwszego wie- czoru grałem bardzo długo, aż poczułem ból w palcach. Ponieważ coraz czę- ściej glina (milicjanci) przeganiała nas z krzaków na podwórku, spotykaliśmy się teraz u Igora w jego sypialni na pierwszym piętrze.
Graliśmy tam godzinami, bo jego mama pracowała po południu. Mając teraz swoją gitarę, ćwiczyłem codziennie i coraz mniej bolały mnie palce. Nadeszła jesień i któregoś dnia Bolek przyprowadził swojego kolegę ze szkoły, Maćka Bu- siakiewicza, który grał trochę na perkusji. Ja basowałem na „grubych” strunach mojej akustycznej gitary, Igor na gitarze rytmicznej, a Bolek na solówce. Taki był wtedy podział w zespołach bigbitowych. Maciek stukał pałkami w poduszkę
13


Moje życiowe zwrotki i refreny
Łódź, ul. Piotrkowska 60 lepka na perkusję. Gitarzystę Jurka Na- lepkę przezywaliśmy „Nalepa”, a pałkera „Zalepa”. Ja ze względu na to, że miałem długie włosy, dostałem ksywę „Klen- czon” (z Czerwonych Gitar). Profesor od WF-u Pabian, ganiał mnie za te włosy do fryzjera, ale po przyczesaniu ich na mokro w kiblu, jakoś mi uchodziło. Często byliśmy zwalniani z lekcji na próby, co strasznie nam pasowało, zwłaszcza gdy była chemia czy fizyka. Po kilku próbach ukształtował się młody zespół szkol- ny. Często żartowaliśmy, że się nazywamy „Zlepy”. Czyli w szkole grałem na gita- rze rytmicznej, a z chło- pakami z podwórka na grubych strunach, jako
krzesła, uderzając czasami w opar- cie, udając jednocześnie ustami czyne- le. Pszyyyy! Tak powstał nasz pierwszy amatorski zespół bigbitowy, na razie bez nazwy. To, że mieszkaliśmy w centrum Łodzi na Biglu (ul. Piotrkowska 58-60), miało wiele zalet, bo dookoła często coś się działo. W Teatrze Rozmaitości wy- stępowała w niedzielę ta grupa Truba- durzy z ŁDK-u. Udało mi się z Igorem wejść tym razem od tyłu, przez Pałac Młodzieży. Z balkonu wysłuchaliśmy ich koncertu. Podobali się nam. A Krzysztof Krawczyk z zespołu Komety teraz śpie- wał z nimi. W zespole grali również Sła- womir Kowalewski na basie, Jerzy Krze- miński na gitarze i Marian Lichtman na bębnach. W moim technikum doszedł do szkolnego zespołu następny kolega z klasy o ksywie „Świr” oraz Tadek Za-
Zespół szkolny 1964: od lewej: (?), Grzegorz „Świr” Sadelski na basie i Andrzej Janczak, gitara
tałem, że powstał nowy zespół Kiss, i że oni na koncerty malują sobie twarze. W radiu lata często ich nowy prze- bój No H’o Le’ta, nato- miast w radiu Luxem- burg piosenka Kinksów You Really Got Me.
14
basista.
W „Przekroju” wyczy-
ARCHIWUM AUTORA


W szkole profesor od gimnastyki powiedział któregoś dnia.
Pieluchy
– Ty Jańczak!
– Nie Jańczak tylko Janczak panie psorze.
– Dobra dobra, jesteś
taki wysoki, powinie-
neś grać w szkolnej
drużynie siatkówki. Tak
zaczęła się moja karie-
ra siatkarza. Graliśmy
m.in. mecze z innymi
szkołami. Zapisałem saksofon, Andrzej Janczak gitara basowa się również do klubu
Zespół szkolny 1964: od lewej: Jerzy Nalepka gitara, Bogdan Miszczek
„Społem” i po wybiciu tam sobie kciuków skończy- łem z siatkówką. Granie na gitarze szło mi coraz lepiej i w technikum zespół nasz powiększył skład o saksofon. Zagraliśmy pierwszą chałturę na sylwe- stra. Tym razem grałem już na „prawdziwej” basów- ce, bo „Świr” zrezygnował. Jurek Nalepka nadal grał z nami na gitarze.
Przed Nowym Rokiem wypłakałem od mamy pie- niądze i kupiłem adapter marki Bambino. Była to mała walizka z otwieraną górną pokrywą, a w niej jeden głośnik.
Na ul. Rewolucji 1905 r. zaraz przy Piotrkowskiej
był mały sklep, w którym można było kupić pocz-
tówkę z nagranym na niej jednym utworem. Na ścia-
nie wisiała lista zespołów i ich piosenek. Wybiera-
ło się utwór i pocztówkę i na poczekaniu nagrywali!
Można było również nagrać własny głos z życzeniami przed utworem. Ja kupi- łem oczywiście dwie piosenki Beatlesów m.in. Twist & Shout. Słuchałem ich na około. Tekstu oczywiście się nie znało, ale po zapisaniu fonetycznie, śpiewałem z nimi. Dla tego, co znał angielski, moje notatki wyglądały śmiesznie. She loves you napisałem jako „szi lowz ju” itd.
Wiosna minęła jak z bicza strzelił. Zaczęły się wakacje i wyjechaliśmy do znajo- mych do Ostródy na Mazury. Tam nauczyłem się wiosłować łódką z jednym wio- słem. A jak! Posmakowałem też świeżo wędzonego węgorza oraz spróbowałem jak z gwoździ piłuje się śrut do wiatrówki. A gdy go brakło, to strzelało się też solą.
1965
15
FOTO INTERNET ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
Po wakacjach atmosfera w domu była bardzo kiepska i mama rozwiodła się z tatą. Tak los czasami dyktuje. Przeprowadziliśmy się obok, na Piotrkowską 58. W szkole coraz słabiej widziałem na tablicy i spisywałem wszystko od kolegi Jurka. Po którymś zebraniu rodzicielskim mama dowiedziała się o tym i za- prowadziła mnie do okulisty. Po tygodniu odebrałem przyciemnione okulary, takie jakie aktor Cybulski miał. Och! Teraz widzę pojedyncze liście na drzewach i numery tramwajów! Ile radości! -5,5 dioptrii na nosie i świat wygląda ina- czej! Na dodatek lekarz okulista zabronił mi chodzić na gimnastykę w szkole, bo siatkówka w oku może się oderwać przy skakaniu. Po pokazaniu zaświad- czenia zostałem całkowicie zwolniony z gimnastyki. Traf chciał, że Jurek Na- lepka miał również jakieś kłopoty z kolanem i też został zwolniony. Teraz, gdy nasi koledzy z klasy się pocili, my siedzieliśmy na ławce i „odpoczywaliśmy”, rozmawiając o muzyce. Próby u Igora były teraz nieregularnie, bo przed eg- zaminami piłował częściej na wiolonczeli. Jednak na niektórych zdążyliśmy skomponować własny utwór, ale brakowało nam tekstu. Na Biglu kupiłem za kieszonkowe używaną maszynę do pisania. Siostra załatwiła mi papier i zaczą- łem pisać wiersze i teksty do naszych piosenek na maszynie. Teraz wyglądało to profesjonalnie. Ponieważ w szkole i z kolegami z podwórka grałem teraz jako basista, zamieniłem więc klasę gitary w Pałacu Młodzieży na gitarę basową. Profesorem-instruktorem nadal był Leopold Zbierzchowski. Pałac Młodzieży dysponował jedną gitarą basową marki Alko. Podłączałem ją do takiego piecy- ka-wzmacniacza 75 W z szarą blaszaną obudową. Wzmacniacz stał zawsze na podłodze, bo grzał się niesamowicie. Brum z niego też był wyraźnie słyszalny. Oj, jak bym chciał mieć swoją basówkę, marzyłem.
Nauczyciel Leopold Zbierzchowski przytaszczył któregoś dnia na lekcję swój kontrabas, aby wymienić w nim struny. Gdy był gotowy poprosił mnie, abym mu dał z fortepianu dźwięk „A”. Podniosłem klapę i przycisnąłem klawisz.
– Nie ten, o oktawę niżej – dodał.
– Dobra stroi, chcesz spróbować? – spytał mnie.
Rozochocony, złapałem tak jak on za gryf i starałem się znaleźć równowagę
tego wielkiego pudła. Pan Leopold ustawił mi lewą rękę na gryfie.
– Jak widzisz nie ma progów na gryfie i początkującym trudno trafić czysto w dźwięk. O, tutaj na „A” strunie masz dźwięk „C”. W prawej dłoni używaj tych dwu palców, bo wtedy ma się więcej siły. Szarpnąłem za strunę i dźwięk był
stłumiony.
– Musisz mocniej przyciskać palcami na gryfie.
Spróbowałem ponownie i teraz zabrzmiało lepiej.
– Trzeba ćwiczyć codziennie, aby dostać wprawę i grubszą skórę na palcach. – My w Halce, gramy pięć dni w tygodniu po kilka godzin.
Profesor rozgadał się dodając, że ten zespół, w którym on gra, nazywa się
Promenada. 16


Pieluchy
– A wiesz co, w tej restauracji grywali przedtem bardzo znani i poważani muzycy łódzcy – i zaczął rzucać nazwiskami.
W 1946, zaraz po wojnie, perkusista Jerzy Maciejczyk założył wraz z Wald- kiem Kazaneckim pierwszy łódzki zespół jazzowy Sony Jazz. W zespole tym grał także rektor Wyższej Szkoły Muzycznej, Zenon Płoszaj, oraz fenomenalny niewidomy gitarzysta, którego nazwisko wyleciało mi z pamięci, a na kontraba- sie grał Budzyński. Później Jurek Maciejczyk grał wiele lat w znanym Big Ban- dzie Braci Łopatowskich wraz ze znakomitą wokalistką J. Johnson (żoną pisa- rza A. Fidlera). W latach 50. jeździli po Polsce z Marią Koterbską. Na fortepianie grał młody Komeda-Trzciński. Później Jurek Maciejczyk grał tutaj obok, w łódz- kim Grand Hotelu w Malinowej w składzie Matecki – piano, Warchocki – klar- net i alt sax, Fredek Banaszak – alt, tenor i baryton sax, Andrzej Dorawa – na puzonie i na pianie, Kubis – puzon i trąbka, na kontrabasie Budzyński, a kapel- mistrzem był Tadeusz Pytlak. Na końcu grał w kawiarni Balaton na ul. Andrzeja, a do emerytury pogrywał w łódzkiej operetce. Jego syn Bohdan też gra na per- kusji i zaczynał amatorsko na początku lat 60. w klubie ŁKS-u na Piotrkowskiej z zespołem Świerszcze. Na gitarze grał z nimi A. Kaniewski, na basie K. Marczak oraz na organach K. Majchrzak, który równocześnie studiował, bo chciał być też aktorem. Ten jego syn, Bohdan Maciejczyk, chodzi teraz do Średniej Szkoły Mu- zycznej razem z A. Nowakiem i R. Balcerakiem, mężem J. Pazi.
– A wiesz co? Gdy jechało się na jakieś wesółko tramwajem, to stojąc na po- moście „balkonie” stawiałem kontrabas na zewnątrz na schodach, trzymając go za gryf. Nie mieścił się do środka! – zakończył Leopold.
Oho, tyle historii się dowiedziałem o łódzkich muzykach na dzisiejszej lekcji.
Ci starsi muzycy, którzy grali w restauracjach, nazywali się klezmerzy i wołali na siebie „Neskim”. Co oznacza słowo Neskim i skąd pochodzi nie wiadomo. Jest ono jednak nierozerwalnie związane z muzykami. Mieli również swój sygnał, gwizdali taką krótką melodię.
Była to dla nas nastolatków stara gwardia.
Minął następny rok szkolny 1966. Po wakacjach Bolek pochwalił się, że ma gitarę elektryczną złotego koloru marki Orfeus. Dostał ją w prezencie od star- szego brata Władka, gdy był u niego w Bułgarii. Coraz częściej zdarzało się, że Maciek Busiakiewicz nie przychodził na próby. Któregoś dnia zameldował nam, że złożył papiery, aby iść do wojska na ochotnika. Zostaliśmy bez pałkera.
– Poszukamy innego – powiedział Bolek.
Na następnej lekcji w MDK-u powiedziałem nauczycielowi Zbierzchowskie- mu, że mamy zespół na podwórku, ale brakuje nam perkusisty. On powiedział, że tu przychodzi taki chłopak na lekcje perkusji i jest dobry, a nie gra na razie w żadnym zespole. Zadowolony zaprosiłem go na następną próbę. Nazywał się Rysiek Kozłowski, przyszedł ze swoim werblem i grał zawodowo, aż za dobrze jak dla nas.
17


Moje życiowe zwrotki i refreny
– Hmm, dostanie lepszą propozycję i podziękuje nam – podsumował Bolek i dodał: – Znam w szkole, w młodszej klasie chłopaka, nazywa się Tadek, który stale tłucze na przerwach rękami po ławkach i po parapetach. Jak się sprawdzi, to lepiej go wychować od początku. Wtedy zostanie z nami dłużej.
Spojrzałem na Igora i wspólnie zgodziliśmy się, żeby Bolek go przyprowadził.
Na następną próbę u i Igora Bolek przyszedł z Tadkiem Urbańskim. Wyglądał bardzo młodo z tymi kręconymi włosami i był cały czas uśmiechnięty.
– Cześć, Tadzik jestem – przedstawił się.
– To ile ty masz lat? – spytałem.
– Czternaście, skończę w tym roku – odparł z szerokim uśmiechem.
Po chwili Igor zaproponował, abyśmy zaczęli próbę, bo jego mama niedłu-
go przyjdzie z pracy i nas pogoni. Faktycznie Tadek stukał zawzięcie rękami po kolanach i łapał nasze utwory bardzo szybko. Pod koniec próby zaczął nawet z nami podśpiewywać w refrenach. Igor dodał, aby następnym razem miał ze sobą pałki. Z drugiego pokoju usłyszeliśmy, jak siostra Igora podniesionym głosem powiedziała, abyśmy skończyli ten wrzask.
– Dobra Tadzik, przyjdziesz na następną próbę w środę – powiedział Bolek.
Po wyjściu od Igora usiedliśmy na podwórku na ławce w krzakach i Tadek opowiedział krótko o sobie. Mieszkał z mamą i z babcią na Bałutach. Pochwalił swoją babcię, że umie grać na organkach.
– A wieta co? – opowiadał dalej. – Ona jest stara i nie kojarzy wszystkiego jak trzeba, i gdy któregoś razu oglądałem w telewizji mecz bokserski, ona patrzy- ła na to jednym okiem. Po meczu był dziennik i gdy zobaczyła, jak dwóch ludzi w kapeluszach, Chruszow i Gomułka, też się ściskają i podają sobie ręce, spytała.
– Tadzik, a oni też się będą bili?!
Wybuchnęliśmy śmiechem, bo pytanie było faktycznie logiczne, a jednocze- śnie komiczne. Spodobał się nam ten Tadek, był wesoły i po rozstaniu Bolek powiedział, że o ile sprawdzi się na następnych próbach, to weźmiemy go do zespołu. W ten sposób Bolek został bez żadnego głosowania kierownikiem ze- społu. W domu marudziłem nadal, aby mama kupiła mi elektryczną basówkę.
Zdecydowałem się, że będzie wyglądała jak Bolka. Z pomocą mojego ojczyma Jurka odrysowałem jego gitarę na kartonie, dodaliśmy po 2 cm dookoła w ob- wodzie, bo basówki są trochę większe od gitar elektrycznych. Poszliśmy z tym do lutnika na ul. Kilińskiego i zamówiliśmy ją. Ma być również w złotym kolo- rze. Jest zespół Czerwone Gitary, to może my będziemy te Złote Gitary?
Z notatek:
Na festiwalu w Opolu Krzysztof Cwynar z Łodzi zaśpiewał piosenkę Cyganka do tekstu Broniewskiego.
Tadek doszedł do naszego zespołu i na próbach u Igora walił tak jak Maciek, jedną pałką w poduszkę krzesła, a drugą w taką metalową popielniczkę na
18


wysokiej nodze (hi-hat). Tak się uczył naszych utwo- rów. Po próbach siedzia- łem długo w kuchni i mając nadal muzykę w głowie, pisa- łem teksty i czasami wiersze, aż mama mnie poganiała, że czas iść spać. Tygodnie mijały i po wielu próbach w sypial- ni u Igora, mając kilka swoich utworów, zaczynaliśmy być zgrani. Przez aranżacje Igora śpiewaliśmy w refrenach na trzy głosy. Były momenty, że brzmiało to bardzo fajnie, aż dostawałem gęsiej skóry!
Pieluchy
Po kilku tygodniach oczeki-
wania, bo lutnik się spóźniał Rachunek za mają pierwszą gitarę
kilka razy, 17.01.1966 moja
gitara basowa była gotowa. Kosztowała 3050 zł. Były to prawie dwie pensje mamy, na dodatek żona lutnika napisała na rachunku, że to gitara solowa, a nie basowa. Teraz dumny niosłem moją basówkę w przezroczystym worku plasti- kowym, aby wszyscy widzieli.
Ojczym pomógł mi potem zrobić kabel. Gotowe kable nie miały tej cwanej plastikowej koszulki i nie było szpanu. Dlatego kupiliśmy odpowiedniej grubo- ści plastikowy szary szlauch i podgrzaliśmy go w garnku z wodą, aby był ela- styczny. Po długich cierpieniach udało się nam naciągnąć go na kabel. Palce nas bolały! Przyglądałem się, jak Jurek lutował wtyczki, czyli paluchy.
– Plus to ten bardzo cienki kabel w środku tej metalowej koszulki, która jest minusem – tłumaczył mi. – Jakbyś kiedyś sam lutował cienkie kable, to trzymaj gorącą lutownicę bardzo krótko przy kablu. Wtedy nie topi się ta plastikowa koszulka, rozumiesz?
– Yhm – mruknąłem, wdychając dym z lutownicy.
Teraz zabierałem gitarę na próby do szkoły, bo tam mogłem podłączyć ją do wzmacniacza Jolana czeskiej produkcji. Którejś niedzieli ojczym wykombino- wał i na zapałki, innym kablem, podłączył moją basówkę do DIN – wejścia ma- gnetofonu w jego 5-watowym radiu. Wprawdzie po cichu, ale teraz było coś słychać również w domu! Wychodząc na Pietrynę, spotkałem w bramie Bolka, który powiedział mi, że dowiedział się od swojego brata Władka, który zna dyrektora Radzisława Olbrychowskiego z Pałacu Młodzieży, że będzie robio- ny przegląd wstępny dla amatorskich zespołów bigbitowych, i może byśmy się zgłosili. Mielibyśmy dwa razy w tygodniu salę na próby z instruktorem
19
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
i wzmacniaczami. Podłapałem to szybko, bo domyślałem się, że może Leopold Zbierzchowski będzie również naszym instruktorem. Po zgłoszeniu się wyćwi- czyliśmy na czysto trzy z naszych piosenek. Na przeglądzie udało mi się poży- czyć od „Węgla” jego wzmacniacz. O! Jak to mi zabrzmiało! A co najważniejsze, zostaliśmy przyjęci! Próby w MDK-u zaczęliśmy w następnym miesiącu wła- śnie z instruktorem Leopoldem Zbierzchowskim. Bomba! W domu pochwali- łem się naszym sukcesem i zacząłem prosić mamę o szmal na wzmacniacz, bo „Węgiel” chętnie sprzedałby swój. Udało się! Mając teraz basówkę ze wzmac- niaczem i elektryczną gitarę Bolka, poganialiśmy Igora, aby namówił swoją mamę i kupił elektryczną gitarę i wzmacniacz. Następnego dnia spotkaliśmy się u Bolka na trzecim piętrze. On miał duże 10-watowe radio, do którego można było również podłączyć się w wejście magnetofonowe wtyczką DIN. Takich wtyczek nie mieliśmy, więc pamiętając, jak Jurek to robił, gołymi kablami we- tknęliśmy je, mocując zapałkami. Byliśmy w siódmym niebie! Szkoda tylko, że Tadek nie miał jeszcze swojego werbla. Przez otwarte okno dźwięk gitar rozno- sił się po całym podwórku. Nie trwało jednak długo, gdy sąsiedzi zaczęli narze- kać, waląc w ścianę, że gramy za głośno. Jak nie skończymy z tym hałasem, to zadzwonią po milicję. Zamknęliśmy okno i po ściszeniu radia ćwiczyliśmy dalej.
– Trzeba będzie pomyśleć o jakiejś nazwie naszego zespołu – zaproponowałem.
Za dwa tygodnie będziemy mieli naszą pierwszą chałturę w szkole Igora przy ul. Jaracza, więc trzeba się jakoś nazywać. Słyszeliśmy, że w Łodzi były już Białe Kruki i że są też Albatrosy, czyli coś z rodziny ptaków by pasowało.
Przeglądając w szkolnej bibliotece książkę o egzotycznych ptakach, znala- złem kolorowego ptaka tukana.


– Co takiego? – dziwiliśmy się.
Tukany
odczas następnej próby Igor zaskoczył nas. Mama kupiła mu elektrycz- Pną gitarę! Na wzmacniacz musi jednak poczekać. Ja zaproponowałem nazwę zespołu i zgodzili się. Na próbę do Pałacu Młodzieży im. J. Tuwima
poszliśmy już jako zespół Tukany w składzie:
Bolesław Domaracki – gitara solowa, śpiew, kierownik
Igor Pogorzelski – gitara rytmiczna, śpiew
Andrzej Janczak – gitara basowa, śpiew
Tadeusz Urbański – perkusja, śpiew.
Salę mieliśmy na trzecim piętrze, w końcu korytarza z oknami na ul. Mo-
niuszki. Oprócz fortepianu były dwa lampowe wzmacniacze w szarym kolo- rze, zwane piecykami. Były też dwie małe, wąskie kolumny i jeden mikrofon na bardzo ciężkim żelaznym statywie. Elektryk, Krzysiek Owczarek, którego, sły- szałem od innych, nazywali „Drut” podłączył nas i po nastrojeniu się zagraliśmy jeden z naszych utworów Dziewczyna z moich snów. Od razu instruktor zaczął nam tłumaczyć coś o dynamice w utworze.
– Nie można grać całej piosenki na pełnym gazie – tłumaczył nam dalej. – W refrenach i w solówce tak, ale w zwrotkach musicie się trochę wyciszyć. Proszę spróbować od początku.
On ma już 45 lat i co on wie o bigbitowej muzyce, dynamika hmm, przelecia- ło mi przez myśl. Ale po kilku podejściach faktycznie to zróżnicowanie mocy było efektowne. Było nam jednak ciasno śpiewać w trójkę do jednego mikrofo- nu i czasami były sprzeczki, dlaczego ty plujesz na mnie itp...
W sklepach elektrycznych pokazały się małe kwadratowe mikrofony dyna- miczne DM 101 do magnetofonów. Kupiłem jeden, bo były tanie i inni koledzy też je polecali. Będąc z ojczymem na Bałuckim Rynku, zobaczyłem na starganie takie chromowane ciężarki do starych zegarów. Od razu skojarzyłem ich wygląd z tymi droższymi mikrofonami z telewizji. Wytłumaczyłem Jurkowi, o co mi chodzi, i kupiliśmy jeden. W domu rozebraliśmy kupiony DM mikrofon i wmon- towaliśmy go w tę obudowę od zegara, uszczelniając w środku kawałkiem gąbki. Z siatki od parzenia herbaty zrobiliśmy główkę mikrofonu. W sklepie elektrycz- nym kupiłem pięć metrów kabla ekranowanego, znowu bez plastikowej koszul- ki. Ponownie było jej podgrzewanie i naciąganie. Jurek polutował kable i po
21


Moje życiowe zwrotki i refreny
sprawdzeniu omomie- rzem powiedział, że po- winien działać. Muszę
Mój pierwszy mikrofon z obudową własnej produkcji tywu i po podłączeniu
do wzmacniacza – zro- biło się sprzężenie. Czyli działa, powiedział „Drut”, ściszając szybko wzmac-
niacz. Po chwili było git (OK)!
– Podgrzeję uchwyt od innego mikrofonu i dopasujemy, to nie będzie wisiał
na plastrze – powiedział Krzysiek i poszedł do siebie.
Na Biglu dowiedzieliśmy się od kolegów, że w mieście jest facet, nazywa się
Gral. Robi na zamówienie wzmacniacze do gitar i pedały fuzza. Nie minęło kilka dni i Igor zamówił u niego mały wzmacniacz. Był 5-watowy na jednej lampie z jednym wejściem i potencjometrem mocy. Gral pokazał nam też, jak zbudo- wać samemu przystawkę do gitary, wykorzystując plastikowe opakowanie od tabletek na ból gardła o nazwie akron. Wracając do domu, przechodziłem obok bramy na Piotrkowskiej 55 i usłyszałem przytłumioną muzykę. Wszedłem w podwórko i od wychodzącego chłopaka dowiedziałem się, że tutaj w Klubie Jazzowym Pod Piątkami zespół Białe Kruki ma próbę. Prezesem tego klubu był Andrzej Jóźwiak (Rodan).
W szkole namawiałem naszego nauczyciela, aby pożyczył mi dwa statywy do mikrofonów.
– Panie profesorze mamy pierwszy występ z zespołem u kolegi w szkole mu- zycznej na ul. Jaracza – błagałem go i zgodził się!
Podrzucił mnie nawet do domu na swoim skuterze. Bolkowi rodzice zafun- dowali fabryczny wzmacniacz Fonika, który Gral szybko przerobił, łącząc dwa wejścia i teraz miał więcej czadu, bo aż 15 W! W szkole u Igora na ul. Jara- cza 19 wiara stała w oczekiwaniu przed sceną. Ojczym podłączył mój mikrofon do szkolnego wzmacniacza i kiwnął głową, że jest gotowy. Tadek miał ze sobą pożyczony z MDK-u werbel, hi-hat i jeden talerz. Stremowani zagraliśmy ten nasz premierowy występ jako nowy łódzki zespół bigbitowy TUKANY. Wiara biła brawa!
W sypialni u Igora nadal ćwiczyliśmy następne utwory. Rzadko, ale zdarza- ło się, że pękała komuś struna. Wtedy biegliśmy tylko na drugą stronę Pietry- ny do Centrali Muzycznej. Takie są zalety mieszkania w centrum. Po próbach
22
przyznać, że rasowo wyglądał.
nawet
Na następnej próbie chłopaki i „Drut” przy- glądali się z zaciekawie- niem mojej konstruk- cji. Kawałkiem plastra przykleiłem go do sta-
ARCHIWUM AUTORA


Tukany, od lewej: Igor Pogorzelski, Bolesław Domaracki, Andrzej Janczak, Tadeusz Urbański
Tukany
siedziałem wieczorami u siebie w kuchni i pisałem teksty. Często zasiadywa- łem się i pisałem z rozpędu kilka wierszy o przeżytych chwilach, dniach, jak i o marzeniach. Na próby do MKD-u nosiliśmy nadal swoje gitary w przezroczy- stych workach plastikowych i na Biglu było widać, że idzie zespół. Och, jak byli- śmy dumni. Któregoś dnia wychodząc z bramy zobaczyliśmy, że na rogu Pietry- ny i Narutowicza stoi cały zespół Białe Kruki, który zmienił nazwę na Dziwne Rzeczy. Wszyscy mają czarne kozaki, takie modne kaczuszki ze ściętym nosem od prywatnych szewców. Ciekawe dlaczego zmienili nazwę? Nazwa Białe Kruki była według nas lepsza. Ale jak wspominał Zbyszek Gajewski, zmiana nazwy nastąpiła z bardzo prozaicznego powodu.
Grali w kołobrzeskim amfiteatrze (Non-Stopie) na rozgrzewkę przed Czer- wonymi Gitarami. Na plakatach rozwieszonych na mieście była nazwa Białe Kruki. Po koncercie ludzie pytali, gdzie jest Maria Koterbska (ona występowa- ła wtedy z innym zespołem również o nazwie Białe Kruki) i żeby w przyszłości nie powtarzały się nieporozumienia, zmieniono nazwę. Jednocześnie w ogóle wydarzyło się wtedy wiele „dziwnych rzeczy”... stąd nowa nazwa zespołu.
W Kołobrzegu w zastępstwie Donata Maludzińskiego, który miał egzami- ny i dojechał później motocyklem WFM, grał na gitarze i śpiewał wyśmienity Michał Potępa. Później Michał wspólnie ze Zbyszkiem Gajewskim i Januszem Płytą grali w klubie RSM Lokator (tzw. łódzki Non-Stop). W repertuarze mieli hity Creamów i Jimmi’ego Hendrixa. Michał Potępa grał też w zespole Cykady za Jurka Rochalę.
Ale wróćmy do zespołu Tukany.
23
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
Po wielkich namowach Antoszkiewicza, kierownika działu muzyczne- go, MDK-a kupiło pierwszą elektryczną klawiaturę Weltmeister Claviset i na następną próbę Zbierzchowski przyprowadził pianistę, Krzyśka Rajpolda. Uważał, że klawiszowiec wzbogaci nasze brzmienie. Krzysiek był trochę star- szy od nas i uczył się jednocześnie gry na akordeonie u Janusza Stanikowskie- go. Zagrał z nami na dwóch próbach oraz jeden występ w MDK-u w świetlicy na dole. Nasza współpraca była jednak krótka, bo Krzysio kontynuował lekcje akordeonu. Niewielu wiedziało, że Jan Stanikowski, grający najczęściej na saxie w zespole Combo 5, zdobył główną nagrodę na europejskim konkursie akorde- onowym. To taka dodatkowa informacja. My coraz częściej wychodziliśmy wie- czorami całą paką na Bigiel, czyli Deptak. Tak nazywaliśmy odcinek Piotrkow- skiej od pl. Wolności do pasażu Schillera za ul. Tuwima. Tam po przejściu się w dół i w górę ulicy, można było spotkać wszystkich oraz dowiedzieć się kto z kim i dlaczego... to był w tamtych czasach nasz „facebook” na żywo! Któregoś dnia napatoczył się Witek Piwoński, który jak się okazało miał wtedy 15. uro- dziny. Gadu-gadu z nim i dowiedzieliśmy się, że on gra w domu na akordeonie i na pianinie. Staraliśmy się go namówić, aby przyszedł do nas na próbę, ale bał się, bo ojciec mu nie pozwalał na bigbitowe granie.
– Ale jak mi się uda wyrwać, to wpadnę – obiecał.
No i kilka razy był u nas, ale musiał wyjść wcześniej, aby ojciec go nie wy- kapował. Witek grał bardzo cwanie na fortepianie i kilka z naszych piosenek bardzo dobrze nam zabrzmiało, a zwłaszcza W blasku świecy. Przed próbami Tadek biegał do kibla, aby namoczyć skórę na werblu i stawiał go przy kaloryfe- rze, żeby się naciągnęła. Plastikowych naciągów wtedy nie mieliśmy. Pod koniec roku szkolnego Zbierzchowski powiedział nam, że mamy wystąpić w Teatrze Rozmaitości na dużej scenie i dobrze by było, gdybyśmy mieli w zespole solistkę. I co? Na następną próbę przyprowadził z klasy śpiewu Bogdę Pawłowską. Fajna dziewczyna, wszyst- kie chłopaki się za nią oglądali. Śpiewała po- przednio w zespole En- tuzjaści, ale oni byli już w tym wieku, że mu- sieli opuścić Pałac Mło- dzieży. Zbierzchowski dał nam akordy do pio- senki, którą ona miała śpiewać na zakończenie programu i wyćwiczyli- śmy ją na jednej próbie. Takie zdolne bestie by- liśmy! Na występach
Łódź 1966, Teatr Rozmaitości, Igor Pogorzelski, Bolesław Domaracki
24
ARCHIWUM AUTORA


Tukany
w teatrze była też klasa taneczna z MDK-u. Między występami elektryk, Krzy- siek „Drut” Owczarek, ganiał z mikrofonem po scenie, a potem siedział z reflek- torem na balkonie. Zbierzchowski pochwalił nas, że pierwszy koncert wypadł dobrze.
Oklaskom nie było końca. Wybiegliśmy z powrotem na scenę i kłanialiśmy się z uśmiechem od ucha do ucha. Radości było co niemiara. Niestety ojciec Witka wykapował go, coraz częściej wpadał na próby i zabierał go do domu. Na Biglu dowiedziałem się od kolegów, że powstał nowy zespół pod nazwą Kanon Rytm prowadzony przez Janusza Sławińskiego, gdzie na bębnach gra Franci- szek „Zbyszek” Gajewski z Dziwnych Rzeczy. Czasami doskakuje do nich woka- lista Haakon Sandoy z Norwegii, student łódzkiej Rilmówki. Któregoś wieczoru usłyszałem w radiu Luxemburg wspaniały utwór When a Man Loves a Woman skomponowany i śpiewany przez Percy Sledge’a. Po próbach często staliśmy w naszej bramie na Pietrynie pod 60. i głośno dyskutowaliśmy. Milicja, czyli glina, wpadała do bramy i nie pytając, o co tu chodzi, waliła nas pałkami. My wtedy dawaliśmy nogę w różne strony. Pewnie nie mieli nic ważniejszego do roboty! Wyżywali się na nas, nastolatkach! I jak tu ich lubić? Radio Luxemburg było kopalnią nowych piosenek. I tak domyślając się, wywnioskowałem, że Be- atlesi pojechali na koncerty do Ameryki. Potem puścili nową piosenkę Kinksów Sunny Afternoon, a następnie All Day & All of The Night. Innym razem, wracając ze „Świrem” wcześniej ze szkoły, poszliśmy do kina Młoda Gwardia na ul. Zielo- nej przy Biglu. Przed każdym Rilmem puszczano Polską Kronikę Filmową, takie ciekawostki w skrócie. I co widzę!?
Tukany 1966, od lewej: Andrzej Janczak, Henryk Giza, Bolesław Domaracki, Igor Pogorzelski
25


Moje życiowe zwrotki i refreny
– O! Zobacz Trubadurzy – szepnąłem do „Świra” – to jest ten zespół z ŁDK-u. Trubadurzy śpiewali swoją piosenkę Gilmowaną na ul. Piotrkowskiej! Bomba!
Ponieważ Witek nie mógł teraz wyrwać się na próby, Igor przyprowadził kolegę ze szkoły, Heńka Gizę. Tymczasowo zaczęliśmy z nim robić próby. Udało się nam pożyczyć marynarki z Teatru Rozmaitości i zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie przed Pałacem Młodzieży.
Pałac Młodzieży kupił wtedy nowe organy marki Wermona, model Ionika 5 i razem z Heńkiem zagraliśmy chałturę na sylwestra w MDK-u. Na dodatek udało mi się wypłakać u dyrektora Olbrychowskiego szmal na czeskie echo Jolana. Krzysiek „Drut” wykombinował z teatru jeszcze jeden wzmacniacz z ko- lumną na organy, i fajnie nam się grało.
Od nowego roku dział Tańca Ludowego, prowadzony przez Wyrzychowskie- go, organizował dużą Rewię Taneczno-Rozrywkową w Teatrze Rozmaitości i potrzebował do akompaniowania dwóch zespołów. My załapaliśmy się na to, a drugą kapelą był zespół dixielandowy, gdzie grał m.in. puzonista Rysiek Galant i trębacz Zbyszek Baranowski z Kanon Rytmu. Oni byli kilka lat starsi od nas.
Teatr Rozmaitości, Łódź 1967
Galant chałturzył również wieczorami w kawiarni Balaton na rogu al. Kościuszki i ul. Andrzeja Struga. Grał tam również Zygmunt Matecki na pianie, Zbyszek Zbierz- chowski na basie (syn Leopolda Zbierzchowskiego), Wiktor Miklas na saxie, An- drzej Makochan na gitarze, a Józek i Teresa Morawska śpiewali. Na bębnach grał
Tukany 1967, Rewia, od lewej: Bolesław Domaracki, Andrzej Janczak, Tadeusz Urbański, Witold Piwoński, Igor Pogorzelski
26
Bohdan Maciejczyk, któ- rego potem zastąpił Zdzisiek Wyszkiewicz przezywany „Kukuła”. Aby mieć nowszy reper- tuar na tę rewię, napisa- łem tekst Łódzki dzień i wspólnie z Igorem i Bolkiem skomponowa- liśmy melodię. Zbierz- chowski pochwalił nas i zachęcał do dalszego komponowania. Z roz- pędu napisałem następ- ny tekst piosenki Szar- mancki bosman i razem pociliśmy się nad me- lodią. Teraz należało to tylko wyćwiczyć. Heniek
ARCHIWUM AUTORA


Tukany
Giza był zajęty szkołą i coraz częściej opuszczał próby, więc po długich namowach taty Witka, Wacław miał na imię, jakie to ważne dla nas zagrać w teatrze na rewii, Witek zaczął znowu z nami grać. Zbierzchowski wykorzystał tę okazję i namówił kierownika działu muzycznego Antoszkiewicza do kupienia następnych organów Matador. Wyrzychowski załatwił nam ponownie jednakowe katany z teatru. Teraz prezentowaliśmy się na scenie jak prawdziwi artyści!
Na próbach rewii w teatrze było nas od cholery. Cała grupa taneczna około 20 osób, dwie kapele, jakiś żongler i konferansjer. Gdy minął miesiąc prób, da- liśmy pierwsze przedstawienie i potem ciągnęło się to przez następny miesiąc – graliśmy raz w soboty, a w niedzielę dwa razy. Na którymś koncercie Bolek za poradą kolegi uziemił swój wzmacniacz drutem do sieci, aby mniej brumił, tylko nie wiedział, że „Drut” też uziemił do sieci aparaturę wokalną i to do dru- giej dziury w kontakcie. Gdy Bolek „pocałował” mikrofon, trzymając gitarę, zro- biło się zwarcie i 220 V kopnęło go w usta! Całe szczęście, że nic poważnego mu się nie stało! Ale chyba portki mu się porządnie zatrzęsły, bo włosy miał już wcześniej kręcone. Ogólnie wystąpiliśmy na dużej scenie w Teatrze Rozmaito- ści około 20 razy. Z zarobku za bilety mieliśmy wyjechać do Bułgarii, ale oka- zało się, że pieniędzy nie starczy i w zamian pojechaliśmy w lutym w góry do Zakopanego. Góry zimą wyglądały przepięknie. Za podpowiedzią Witka poszli- śmy do kawiarni sprawdzić, czy nam sprzedadzą ciepły ajerkoniak z bitą śmie- taną. Udało się! To był szpan! Śnieżek padał ładnie, biało dookoła jak okiem się- gnąć. Wieczorem jeździły kuligi z zapalonymi pochodniami. Pod koniec pobytu daliśmy jeden koncert dla tutejszych. Dziewczyny miały coś tam zatańczyć, a my z Bogdą zagrać kilka utworów. Potem był wieczorek taneczny. Był to dla nas przyjemny wyskok z zimowej, szarej Łodzi.
W marcu 1967 odbył się I Festiwal Muzyki Rytmicznej w Łodzi. Przeglądy były w klubie Karolek przy ul. Łąkowej 21. Oczywiście zgłosiliśmy się i byliśmy chyba najmłodszym zespołem. Spotkanie z innymi łódzkimi
muzykami było dla nas nowe. Zaciekawieni podsłuchi-
I Festiwal Muzyki Rytmicznej
waliśmy ich, o czym gadają i jakie mają gitary. Jako po- czątkujący zespół zajęliśmy dopiero dziewiąte miejsce. W niedzielę poszliśmy posłuchać finałowego kon- certu, który prowadził aktor-konferansjer Janusz
Gust z Estrady Łódzkiej.
Pierwsze miejsce zajął zespół harcerski Cykady
pod kierownictwem Bernarda Sołtysika w składzie: Jerzy Rochala gitara solowa, Zbigniew Pintera gitara rytmiczna, Janusz Płyta gitara basowa, Karol Izdebski perkusja, Krzysztof Sowiński organy. Drugie miejsce zajął zespół Śliwki.
Aktor-konferansjer Janusz Gust
27
ARCHIWUM JANUSZA GUSTA


Moje życiowe zwrotki i refreny
Strony z festiwalowego programu
28


Po tym festiwalu postanowiliśmy, że w przyszłym roku znowu weźmie- my udział i damy im czadu! Na następ- nej próbie pękła mi, cholera, struna „G”. Zbierzchowski doradził mi, abym po- szedł na ul. Tuwima obok kina Gdynia, bo tam na pierwszym piętrze mieszka facet, który robi na zamówienie pół-szlifowane struny do basówek.
– Ja też tam kupuję – dodał.
Tukany
Całą próbę starałem się przegrać bez
tej struny. Chociaż wiedziałem, że jej nie
ma, palce nadal mi tam leciały. Po próbie
pobiegłem na ul. Tuwima i przez lekko uchylone drzwi powiedziałem, że jestem z polecenia Leopolda Zbierzchowskiego i chcę zamówić strunę „G” do gitary basowej.
– Proszę przyjść pojutrze po południu – usłyszałem, nie widząc z kim rozmawiam.
– A ile będzie kosztowała?
– „G” struna kosztuje 15 zł. Do widzenia.
Jakiś tajemniczy ten facet, pomyślałem wychodząc na ulicę.
Wakacje spędziłem w Łodzi. Kilka razy poszedłem z Witkiem do jego kolegi,
aby posłuchać płyt. Dostał je od rodziny z Ameryki. Po raz pierwszy usłysza- łem, jak brzmi muzyka na STEREO! Puścił nam Muddy Wathersa, Mayala, B.B. Kinga i Hendrixa. Ale to brzmiało! Na okładce Hendrix trzymał gitarę odwrot- nie, z gryfem w prawej ręce.
– Co, on mańkut – dziwiłem się.
– Tak, on jest leworęczny, a na Luxemburgu puszczają jego przebój Hey Joe – dodał Witek.
– A ten Be Be King ma bardzo fajne wibrato – wyrwało mi się. – Bi Bi – powiedział kolega Witka.
– Co?
– Bi Bi King się wymawia – dodał
– Aha – amerykańskie B.B. wymawia się Bi, Bi, powtarzałem sobie w myślach.
Na okładce był tytuł płyty Live at the Regal, ale nie odważyłem się tego wymó- wić. W domu wysłuchałem w radiu utwór A Whiter Shade of Pale grany przez Procol Harum, ten DJ Rosko miał ciekawe audycje. A gęba mi opadła, gdy usły- szałem nową piosenkę Czesława Niemena Dziwny jest ten świat! Bomba i jaki tekst! W lipcową sobotę wpadł do mnie Tadek i po chwili usłyszeliśmy za ścianą muzykę. Piętro niżej, w domu obok, na Piotrkowskiej 56 był klub Textilimpexu Hermes i stamtąd było słychać muzykę. Wyszliśmy na Pietrynę i na pierwszym piętrze, nad bramą prowadzącą do lodziarni Granowskiej, z otwartych okien
Zespół Śliwki, od lewej: Włodek Szeps, Jurek Tworkiewicz, Filip Sztulman, Lolek Gwiazda, Henryk Gwiazda
29
FOTO ZA ZGODĄ HENRYKA GWIAZDY Z JEGO ARCHIWUM


– A kto tam gra?
Moje życiowe zwrotki i refreny
słychać było jakąś ludową piosenkę. Po chwili wyszedł z bramy nasz kolega Jacek i od niego dowiedzieliśmy się, że to Piotr Janczerski ma próby ze swoją nową grupą skifflową No To Co.
– Ano, Jerzy Rybiński na basie, Jerzy Grunwald na gitarze, no i trzeci Jurek Krzemiński też na gitarze, Bogdan Borkowski na banjo i gitarze, Aleksander Ka- wecki na bębnach oraz Jan Stefanek na organach i skrzypcach.
– Ale tych Jurków dużo w tej kapeli – podsumował Tadek.
Dodam, że wszystko ma swój czas i w późniejszych latach mieścił się tam również klub jazzowy PSJ (Polskie Stowarzyszenie Jazzowe).
Postaliśmy jeszcze chwilę i po wysłuchaniu kilka razy tego samego utworu z przerwami poszliśmy pod 60. pogadać z Igorem. Już na schodach było sły- chać, jak piłuje na wiolonczeli. Po wakacjach ojciec Witka znowu przychodził na próby i zabierał go do domu, mówiąc:
– A uczyć się trzeba, a nie takie tam brzdąkanie!
Tłumaczenia i przekonywania Zbierzchowskiego nie pomagały. Kurczę, znowu nie mamy organisty. Witek nie dawał jednak za wygraną i mówiąc rodzicom w domu, że idzie w niedzielę do kościoła, wpadał do nas na próby, ale zawsze z duszą na ramieniu. Ja napisałem dwa teksty Przypomnienie i Piąty dzień tygo- dnia, które ćwiczyliśmy zawzięcie. Po próbach szliśmy czasami z Witkiem do baru Bankowego, na róg Pietryny i 22 Lipca (dzisiaj 6 Sierpnia). Kupowaliśmy sobie po porcji naleśników z białym serem i cynamonem. Smakowały nam bardzo. Na następną próbę dopisałem jedną nową zwrotkę do piosenki Ta sama choć inna, a w sylwestra zagraliśmy chałturę dla personelu lotniska na Lublinku.
Wiosną 1968 zbliżał się II Festiwal Muzyki Rytmicznej i postanowili- śmy, że Giza będzie znowu grał, bo z Witkiem było w kratkę. Zgłosiliśmy się wraz z Bogdą. Festiwal odbył się w Białym Pałacyku Ludwika Geyera na Piotr-
Andrzej Janczak, w środku (?), Bogumiła Pawłowska i redaktor Mieczysław Święcicki
30
kowskiej przy Górniaku. Było tam ciasno jak chole- ra. Pierwsze miejsce zajęły ex aequo zespół Dziwne Rzeczy wraz z zespołem Piotrusie (później Bume- rang), współpracujący z Jolantą Borusiewicz. Udział brali również Puchacze z tym wysokim wokalistą Andrzejem, Grupa Koło, Grupa Jego, Cykady, Śliwki, Kołodzieje, Piotrkowianie, Incognito i kilka innych zespołów. Dziwne Rzeczy były według mnie najlep- sze, a my znaleźliśmy się zaraz za czołówką, chyba na szóstym miejscu. Bogda wypadła dobrze i wzbu- dziła zainteresowanie u warszawskiego dzienni- karza Mieczysława Święcickiego, który zrobił z nią wywiad. Przypadkowo znalazłem się również na tym zdjęciu.
FOTO Z ARCHIWUM BOGUMIŁY PAWŁOWSKIEJ RODAN


Andrzej Jóźwiak (Rodan) napisał komentarz w „Dzienniku Łódzkim”: ...niektórzy uczestnicy uważali za za- szczyt mając długie włosy, prezentując siebie jako nowoczesność i symbol mu- zycznej znakomitości...
Tukany
Na tym festiwalu poznałem per-
kusistę Maćka Czaja, basistę Bogda-
na Trzepałkowskiego i Wieśka Płach-
tę z zespołu Incognito. Nie przejmując
się tym szóstym miejscem, szukaliśmy
nadal kogoś na piano i organy. Śliwki
na tym przeglądzie miały 9-struno-
wą gitarę, która brzmiała bardzo cha-
rakterystycznie. Ich basista jakoś do-
łożył trzy struny do gitary Henryka
Gwiazdy. Stojąc z boku, nie widzia-
łem dokładnie, jak to było zrobione.
Chcieliśmy koniecznie podłapać ich
pomysł. Staraliśmy się najpierw zało-
żyć do gitary Igora dodatkowe struny Domaracki z gitarą Orfeus na te same klucze, ale mimo kilku po-
dejść nie udało się nam ich nastroić. Nie pamiętam, kto nam pomógł w założe- niu trzech dodatkowych kluczy do jego gitary, ale gdy była gotowa, to po na- strojeniu unisono struny e, h, i g, zabrzmiała bardzo podobnie do 12-strunowej gitary! Hmm, wtedy dwunastostrunowej gitary jeszcze nie widzieliśmy na oczy.
Przed wakacjami Bogda zaskoczyła nas i przyprowadziła któregoś dnia na próbę swojego chłopaka, Marka Lewandowskiego, który grał na pianie i orga- nach. Od razu zrobiliśmy się kolegami i coraz więcej czasu spędzaliśmy razem. Ja, Marek i Krzysiek Owczarek „Drut” nie narzekaliśmy na brak wzrostu. Gdy szliśmy razem po Biglu, było nas widać z daleka, każdy z nas miał około 190 cm. Przez Marka poznałem „Klepę”, czyli Jurka Klepczyńskiego, który grał bardzo dobrze na gitarze. Miał też spore poczucie humoru. Teraz często spotykaliśmy się u Marka w domu na ul. Wschodniej i w trójkę robiliśmy jam-session.
„Drut” przez jakieś kontakty załatwił nam chałturę w kościele na Chojnach! Dostaliśmy od księdza materiał do wyćwiczenia i chyba jako pierwszy zespół w Łodzi, a może i w Polsce, stanęliśmy przed ołtarzem ze wzmacniaczami i elektrycznymi gitarami. Marek siedział na chórze, za kościelnymi organami. Była to sensacja w mieście! Po mszy ksiądz zaprosił nas na plebanię na bardzo smaczny obiad. Ze znanych nam przyczyn prasa o tym nie pisała.
Na następnej próbie Marek zaproponował, abyśmy mieli jakiś własny sygnał zespołu, bo inne zespoły tym zaczynają i kończą granie. Po krótkiej dyskusji
Igor Pogorzelski z 9-strunową gitarą, Bolesław
31
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
zadecydowaliśmy się na urywek z utworu Johna Mayalla. W telewizji (czarno- -białej) obejrzałem festiwal w Opolu i Trubadurzy z Łodzi zdobyli nagrodę jako debiutanci, śpiewając fajną piosenkę Ondraszek. Teraz byli ubrani jak muszkie- terowie i mieli mikrofony przymocowane do gitar. Było to bardzo oryginalne, bo mogli się poruszać na scenie, mając zawsze mikrofon przed sobą.
Zaczęło się lato. Pierwszy miesiąc musiałem odwalić praktykę w technikum, wyjeżdżając do Wolina obok Szczecina. Tam zastanawiałem się, czy ja kiedyś w ogóle będę pracował w tym zawodzie. Muzyka była na pierwszym miejscu!
W drugim miesiącu wakacji 15.08.1968 wyjechaliśmy całą kapelą wraz z Markiem, „Drutem” i nauczycielem Zbierzchowskim na II Ogólnopolski Zlot Zespołów Artystycznych do Pieczarek. Następnego dnia, 16 sierpnia, skoń- czyłem 18 lat! Marek nie mógł się jednak dogadać ze Zbierzchowskim i po po- wrocie do Łodzi odszedł z zespołu. Z braku pianisty znowu zaczęliśmy przeko- nywać tatę Witka. Jednak z Markiem i z „Klepą” fajnie mi się grało i doszliśmy do wniosku, że możemy grać chałturki na boku. Będzie nam łatwiej je złapać, jeśli będziemy mieli weryfikację ze Związków Muzyki, Kultury i Sztuki.
– No, to muszę wygrzebać stare nuty na akordeon, aby sobie przypomnieć, i ty będziesz moim kontrolantem, dobra?
– Nie ma sprawy, zrobię ci przesłuchanie jak na komendzie – żartował Marek.
Po tygodniu poszliśmy śmiało do związków i po krótkim egzaminie dostali- śmy weryfikację. No i teraz była powaga! Dzwoniąc, przedstawialiśmy się jako członkowie Związków Muzyki, Kultury i Sztuki i to brzmiało bardzo profesjo- nalnie. Tak kombinowaliśmy nowe chałtury i nasze pierwsze zarobki. Czasa- mi wpadaliśmy do kawiarni Grandka w Grand Hotelu zobaczyć w co jest grane. Grandka stoi na Piotrkowskiej już od 1888 roku. Tuż przy wejściu siedzieli często starsi klezmerzy i czekali na zastępcze chałtury w restauracjach lub na weselach.
Było tutaj trochę drogo dla nas, więc od czasu do czasu, gdy nas głód przy- cisnął, szliśmy na Wschodnią 60 do restauracji pod nazwą Golonka. Mieli tam pyszne golonki. Markowi z „Klepą” udało się załatwić kilka chałtur i ja z Tad- kiem wynosiliśmy sprzęt z Pałacu Młodzieży, opowiadając dyrektorowi różne rzeczy, aby dał nam „przepustkę” dla portiera. Zdarzało się, że Tadek nie mógł, bo dostawał zastępstwo w kapeli Zbierzchowskiego w klubie wojskowym GKO, na rogu ul. Sienkiewicza i Tuwima 41. Wtedy „Klepa” przyprowadzał „Plamkę”, czyli Zbyszka Szczepańskiego, o którym chodziła fama po mieście, że on i „Kukuła” Wyszkiewicz dobrze synkopowali. Zbychu był bardzo dynamiczny na bębnach i miał duże poczucie humoru. Teraz było słychać porządnie stopę i werbel! Na dodatek można było się pośmiać, aż łzy leciały.
– A znata to chłopaki – pytał Zbychu i nie czekając na odpowiedź leciał z kawałami.
Jeden facet poszedł do roboty i zostawił papugę samą w domu. Papudze nu- dziło się, więc zadzwoniła na budowę i zamówiła ciężarówkę pełną piachu. Auto
32


Tukany
przyjechało i wywaliło piach przed wjazdem do garażu. Gdy facet wrócił z roboty, z trudnością dostał się do chaty. Wściekły krzyczy do papugi, że jak jeszcze raz zrobi taki numer, to ją ukrzyżuje na ścianie. Następnego dnia facet poszedł do roboty, a papuga znowu zamówiła piach. No i gdy wrócił i zobaczył ponownie górę piachu, wściekły, wyjął młotek, ukrzyżował papugę na ścianie i poszedł od- garniać piach. Papuga wisi tak na tych gwoździach i rozglądając się dookoła zo- baczyła, że naprzeciwko wisi krzyż z Jezusem. Zaciekawiła się i pyta go: – Co? Ty też zamówiłeś piasek?
– Ha, ha, ha...
Mimo że niektóre kawały już kiedyś słyszeliśmy, pośmialiśmy się zdrowo, bo „Plamka” fajnie je opowiadał i nie czekając zaczynał następny... – a ten też dobry?
Finowie i Szwedzi mają zawody w łowieniu ryb na zamarzniętym jeziorze. Fi- nowie łowią rybę za rybą, a Szwedzi nie. W końcu jeden ze Szwedów poszedł pod- patrzeć, co ci Finowie robią, że im tak dobrze idzie. Po chwili wrócił i szeptem mówi do kolegów. – Ty, oni kurczę wyborowali dziurę w lodzie!
I znowu wybuchnęliśmy śmiechem.
Chałturki wpadały nam teraz częściej również z Tukanami i po Nowym Roku była następna. 15 lutego w sobotę zagraliśmy w Technikum Łączności nr 1, na al. Politechniki 37 w Łodzi, za 800 zł. Tadkowi udało się potem kupić używa- ne bębny Zygmunta Szpaderskiego z jednym kotłem. Zygmunt Szpaderski był wtedy jedynym prywatnym wytwórcą bębnów w Polsce.
Tukany 1969, od lewej: Bolesław Domaracki, Andrzej Janczak, Igor Pogorzelski, Witold Piwoński, Bogumiła Pawłowska, Tadeusz Urbański, Zbigniew Baranowski; na zdjęciu brakuje Ryszarda Galanta
33


Moje życiowe zwrotki i refreny
16 marca 1969 chałtura w Domu Kultury Energetyk, graliśmy na zmianę z ze- społem Proste Rzeczy. Zbliżał się następny festiwal. Bolek zaproponował, aby spytać Ryśka Galanta i Zbyszka Baranowskiego z kapeli dixielandowej, czy mie- liby czas zagrać z nami trzy utwory na przeglądzie. Z Markiem byłem parę razy w Balatonie i przy następnej okazji spytałem Ryśka czy się pisze?
– Hmm big-beat – mruknął i zastanawiał się przez chwilę. – Dobra, spytam Zbycha, jak będzie miał czas, to zwalimy się do was w niedzielę.
Zadowolony, w napięciu nie mogłem się doczekać tej niedzieli. Wiedząc o tym wystrugaliśmy u Igora nowy utwór, biorąc pod uwagę rury (dęciaki). Wieczo- rem napisałem krótki tekst i tak powstał Zielony gość, no bo wiosna idzie, nie? Na dodatek zjawił się Witek, bo tata zmiękł trochę. Bomba! Rysiek ze Zbysz- kiem przyszli punktualnie i zaczęli się rozgrzewać. Było głośno! Igor pokazał im, co rury mają grać, Zbierzchowski i Witek wtrącili swoje trzy grosze i spró- bowaliśmy. No i zaczęło się! O rany, jak to potężnie zabrzmiało! Wszystkim gęby się uśmiechały. Na następną próbę Bolek obiecał załatwić fotografa.
Zagraliśmy z rurami dwie własne kompozycje Zielony gość i W blasku świecy oraz piosenkę Bogdy z repertuaru Ady Rusowicz. Publika biła nam soczyste brawa i widocznie to wystarczyło na przekonanie jury i zdobycie pierwszego miejsca! Radochy było co niemiara! Drugie miejsce zajęła Grupa Jego, trzecie Dziwne Rzeczy, a wyróżnienia otrzymali nasza Bogusia za wokal i Andrzej Anioł – gitara.
III Festiwal Muzyki Rytmicznej
W festiwalu tym brało udział około 250 muzyków! Konferansjerem był po- nownie aktor Janusz Gust z Estrady Łódzkiej. Pierwsze miejsce zagwarantowa- ło nam udział w ogólnopolskich przeglądach w Warszawie. Nagrodę łódzkiego festiwalu daliśmy dyrektorowi Pałacu Młodzieży, Olbrychowskiemu, aby posta- wił sobie w gabinecie.
21 czerwca 1969 pojechaliśmy na Ogólnopolski Przegląd Muzyki Rytmicz- nej do Warszawy, w składzie Witek Piwoński – organy, Tadeusz Urbański – per- kusja, Igor Pogorzelski – gitara rytmiczna, Bogumiła Pawłowska – wokal, Bole- sław Domaracki – gitara solowa, Zbigniew Baranowski – trąbka, Ryszard Galant – puzon i ja, Andrzej Janczak – gitara basowa. Był również z nami nasz instruk- tor Leopold Zbierzchowski. Na pierwsze przesłuchanie udało się Witkowi po-
Wycinek z gazety
Reszta aparatury była już na scenie. Pech chciał, że mikrofony sprzęga- ły jak cholera i Bogdy prawie nie było
34
życzyć organy Voxa od miłego Andrze- ja Mikołajczaka.
– Łooo patrzta, klawisze białe są czarne, a czarne białe? – dziwił się Witek.


Tukany
słychać. Konkurenci i cizio od dźwięku podkładali nam widocznie świnię, do- myślał się Bolek. Zbyszek Baranowski doszedł do wniosku, że z tego nic nie będzie i nikomu nic nie mówiąc, pojechał na ślub kolegi gdzieś w Warszawie. Zbierzchowski zaprotestował u jury, w którym siedział m.in. Zbigniew Nahorny i pozwolono nam zagrać jeszcze raz na samym końcu. Galant wskoczył w tak- sówkę i zaczął szukać Zbyszka po wszystkich kościołach w Warszawie. Niestety nie znalazł go i zagraliśmy tylko z puzonem! Po kilkunastu minutach jury ogło- siło listę zespołów, które zakwalifikowały się do jutrzejszych finałów w Pałacu Kultury. My znaleźliśmy się w finałach! Zbierzchowski zadzwonił do dyrektora Olbrychowskiego i poinformował go, że zostajemy jeszcze jeden dzień w War- szawie, bo... Przenocowaliśmy w hotelu robotniczym nad Wisłą. Galant do- dzwonił się do rodziców Baranowskiego w Łodzi i dowiedział się, gdzie szukać Zbyszka. Taksówką przywiózł go późnym wieczorem do hotelu. Następnego dnia w Pałacu Kultury występowali gościnnie Czesław Niemen oraz łódzkie No To Co z Piotrem Janczerskim. Główną aparaturą nagłaśniającą był podwójny zestaw Dynacorda Niemena. Wszyscy wykonawcy tłoczyli się w kulisach sceny. Obciąłem Niemena, spacerował w tę i z powrotem w czarnym kapeluszu. Zde- nerwowany? Natomiast No To Co było wesołe i głośne.
My, jako początkujące nastolatki, przyglądaliśmy się im w ciszy. Dziwne, że gwiazdy te nie wzbudzały u nas przesadnej sensacji.
– Normalka – mruknął Bolek.
Radością było, że Witkowi udało się znowu pożyczyć organy Voxa od Andrze- ja Mikołajczaka. Scena w Pałacu Kultury była ogromna. Również aparatura Dy- nacorda Niemena brzmiała dla nas w tej wielkiej Sali Kongresowej wspania- le! Nie mówiąc już o światłach! Był to dla naszego zespołu Tukany jak do tej pory największy i najpoważniejszy koncert. Ten ogólnopolski przegląd wygra- ła bardzo dobra grupa Pięciu w składzie Mirosław Męczycki, Tadeusz Trzyński, Aleksander Bem, Robert Świerszcz i Jan Goethel, który przedtem grał w Dziku- sach. Po naszym występie poznałem w kulisach kolegów z zespołu Dwa Plus Jeden. Na basie grał tam brat Jurka Rybińskiego z No To Co, Andrzej Rybiński, a na wokalu Elżbieta Dmoch oraz jej kolega Janusz Kruk.
– Przepraszam Jędruś, że ci przerwę, a jakie inne zespoły brały jeszcze udział w tym ogólnopolskim przeglądzie?
– Oj! Zbychu, byliśmy tak przejęci tym wszystkim, że nie pamiętam teraz, ale chyba był też zespół pod nazwą Czarne Koty.
Po powrocie z Warszawy zaproszono nas na nagrania do Łódzkiego Radia na ul. Narutowicza. Mieliśmy jednak pecha, bo w dniu nagrań był w telewizji mecz piłkarski Górnik – Manchester City. Wnosząc wzmacniacze do studia, zo- baczyłem w pomieszczeniu obok ogromną blachę wiszącą od sufitu do podłogi. Magazynier widząc moje zainteresowanie powiedział, że to jest pokój z echem, czyli jakiś tam pogłos. Po podłączeniu się i nastrojeniu usłyszeliśmy z kontrol- ki, że mamy przyciszyć trochę wzmacniacze, bo szumią. Oni podciągną je tam
35


Wycinek z „Dziennika Łódzkiego”
Nagrywaliśmy wszystko od razu z wokalem. Jako pierwszy zagraliśmy Zielonego gościa i według re- daktora z kontrolki wyszedł dobrze, więc zadaliśmy drugi W blasku świecy. W refrenie wywaliły się dę- ciaki i musieliśmy go powtórzyć. Pani redaktor za- prosiła nas na następny dzień do nagrania wywiadu. Audycję tę puszczono po kilku dniach w łódzkich roz- maitościach muzycznych i z uszami w głośniku słu- chaliśmy u mnie z zapartym tchem. Po usłyszeniu od- powiedzi na pytanie: – A kto pisze teksty do waszych utworów? – wszyscy wybuchnęli śmiechem, bo moja
Moje życiowe zwrotki i refreny
u siebie. Dodali jeszcze, że mamy tylko po jednym lub dwa podejścia na utwór, bo mecz się zaczyna za 40 minut.
– No to, dziękuję, będzie wszystko na chybcika – bąknąłem i z tremą zaczęliśmy.
„skromna” odpowiedź była: – Nooo, proszę pani, nie można się chwalić, ale... ale to ja je piszę.
Potem chłopaki dogryzali mi często za to: „Ty pisarz...”
24 kwietnia gramy imprezę z Bogdą w Klubie Dziennikarza na Piotrkowskiej
pod tytułem Tańczymy razem z wiosną.
Gościnnie występowali z nami popularni Zofia i Zbigniew Framerowie.
Scena w klubie była minimalna, ledwo się zmieściliśmy. Natomiast atmosfera była bardzo miła. Trochę taka „ę, ą”. Następnego dnia mama mnie zaskoczy- ła, pokazując mi „Dzien- nik Łódzki”, a w nim nasze zdjęcie w rubry- ce Andrzeja Jóźwia- ka (Rodana) Parada
Wycinek z „Dziennika Łódzkiego”. Na zdjęciu L. Olejniczaka od lewej: Andrzej Janczak, Zbigniew Baranowski, Ryszard Galant, Igor Pogorzelski, Bogumiła Pawłowska, Tadeusz Urbański, Bolesław Domaracki. Na zdjęciu brakuje Witolda Piwońskiego
Znaleźć się na trze- cim miejscu przed Marylą Rodowicz i Tru- badurami to nie w kij pierdział! Byłem zado- wolony. Pobiegłem do kiosku kupić jeszcze
36
Gwiazd.
– A zerknij tutaj –
i pokazała obok palcem na listę przebojów.
– O! Zielony gość jest na trzecim miejscu!


Tukany
jeden egzemplarz, aby pokazać Igorowi i Bolkowi.
W łódzkim kręgu muzycznym zawsze coś się działo.
Trubadurzy nagrali piosenki Krajobrazy, Nie przy-
noś mi kwiatów dziewczyno i Ej, Sobótka, Sobótka.
Również Marek Jackowski, bardzo dobry łódzki pia-
nista, założył ciekawy zespół Vox Gentis. Grali m.in.
w klubie Pod Siódemkami improwizowany jazz
z domieszką muzyki orientalnej. Aby załatwić na-
stępne chałtury, wziąłem z Markiem książkę telefo-
niczną i zaczęliśmy wydzwaniać do różnych zakła-
dów pracy. Załapał się na to kierownik klubu zakładowego Pod Żurawiem na Bałutach, pan Biernacki. Ponieważ my w dzień byliśmy w szkole, wysłaliśmy tam „Klepę”, aby podpisał z nim umowę. Miało to być kilka chałtur w soboty i w niedziele. Wieczorem spotkaliśmy się u „Druta” i „Klepa” mówi, że ten kie- rownik chciałby zobaczyć się z resztą zespołu zanim podpisze umowę. Zdzi- wieni spojrzeliśmy po sobie...?!
Następnego dnia zwolniliśmy się z Markiem z lekcji i pojechaliśmy do Żurawia.
Po przywitaniu się, kierownik popatrzył na nas zażenowany i powiedział:
– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale... ale gdy przychodzi przedstawiciel ze- społu, który jest inwalidą tooo... rozumiecie, nie? Tłumaczy dalej czerwieniąc się na twarzy.
– Widzicie, jaaa, ja się zacząłem zastanawiać, jak wygląda reszta zespołu? Proszę, zrozumcie mnie. (Jurek urodził się z wadą w rękach. Mimo to jest wspa- niałym gitarzystą z ogromnym poczuciem humoru i zawsze jest elegancko ubrany!) Po miłej dalszej rozmowie podpisaliśmy umowę na kwartet plus Bo- gusia jako solistka. Przez to małe nieporozumienie mieliśmy chody u kierowni- ka. Być może dzięki Jurkowi dostaliśmy lepszą stawkę i więcej chałtur.
Graliśmy tam całą jesień z „Plamką” na bębnach, bo Tadek załapał się z dziad- kami w klubie GKO u Zbierzchowskiego. Jurek zaproponował nam oryginal- ną, według niego, nazwę Pająki! Miałem odczucie, że już słyszałem gdzieś tę nazwę, ale czort z tym, niech będzie. Wieczorki w klubie były bardzo miłe. Kie- rownik i Marek pogrywali sobie w przerwach w brydża, a Zbychu sypał kawa- łami. Zdarzało się, że „Klepa” przychodził w ostatniej chwili i czasami czegoś tam mu brakowało. A to kabla, a to wzmacniacza czy mikrofonu. Któregoś razu przybiegł spóźniony bez gitary! Plama jak cholera. Całe szczęście, że na zapleczu leżała jakaś półakustyczna, stara, zakładowa gitara. Podłączyłem ją w drugie wejście mojego wzmacniacza i Jurek zaczął się stroić i, stroić i stroić... aż w końcu wybuchnął.
– Co za gówno! Zaraz ją rozwalę!
– Daj mi! – powiedział stanowczo Marek i przy clavisecie szybko ją nastro- ił. W tym samym czasie „Klepa” robił te swoje charakterystyczne grymasy,
Jerzy „Klepa” Klepczyński
37
ARCHIWUM MARKA LEWANDOWSKIEGO


– Odwal się! Gramy!
Moje życiowe zwrotki i refreny
ocierając lewą ręką czoło. Dla znających go, było to tak zwane wpuszczanie gościa w kanał.
– O kurczę, aleś ty Marek zdolny – „pochwalił” go „Klepa” odbierając wiosło z lisim uśmiechem, łooo!
Zdarzało się, że po chałturze były małe nawalanki. Z innych dzielnic, najczę- ściej z Górniaka, przyjeżdżali chłopaki całą paką na Bałuty i wtedy była roz- róba. Całe szczęście tradycją było, że kapel nie bili. Padało hasło: „Nie bić, bo zespół idzie!”. Aby mieć jakąś obstawę, dawaliśmy łobuzom wnosić nasz sprzęt do klubu. Wtedy byliśmy „git” (w porządku) ludzie i nikt nas nie ruszał. Przez te chałtury mieliśmy trochę własnej kasy i samopoczucie się nam poprawiło. W MDK-u Zbierzchowski przyniósł na próbę pismo od dyrektora i oświadczył, że nasz zespół Tukany zaprosiła Polska Telewizja w Warszawie na nagranie trzech piosenek na teledysk. W Warszawie byliśmy dwa dni. Tego typu nagrania w radiu były dla nas czymś zupełnie nowym. Raptem słyszymy się tylko na słu- chawkach bez wokalu, który dograliśmy potem. Nie było to łatwe. Nagraliśmy piosenki Zielony gość, Strofy o późnym lecie do wiersza Juliana Tuwima i jedną piosenkę Bogusi. Po nagraniach w Polskim Radiu na ul. Myśliwieckiej 3/7 po- szliśmy następnego dnia do studia Polskiej Telewizji. Teraz następna nowość. Słyszymy naszą muzykę z głośników i udajemy, że gramy i śpiewamy. Panto- mima (playback). Po paru podejściach powiedziano nam, że mają wystarcza- jąco materiału. Przed nami nagrywała Maryla Rodowicz, która biegała między świeżo ściętymi brzozami, a po nas nagrywał zespół z Suwałk, Szczęśliwcy. Pa- miętam, że siedzieli na widowni i obcinali nas. Ten teledysk puszczono w na- stępnym tygodniu w telewizji. Siedzieliśmy u mnie i z nosami w ekranie przy- glądaliśmy się w napięciu.
– Ooo! Ale ty się ruszasz – padł komentarz.
Trzy utwory, ale przepraszam, wystąpiliśmy w Polskiej Telewizji w Warszawie. To jest szpan! Szkoda tylko, że nikomu z nas nie wpadło do głowy, aby nagrać
naszą muzykę na magnetofon! Po nowym roku w Tukanach zaszły zmiany. Ja z Markiem, „Klepą” i „Plamką” mieliśmy teraz częściej chałtury z Pająkami, a Bernard Sołtysik wciągnął Bogdę do swojego nowo założonego zespołu żeń- skiego Pro Contra. Igor poświęcał więcej czasu szkole muzycznej. Bolek był zajęty w Operetce, a Rysiek Galant ze Zbyszkiem Baranowskim chałturzyli wie- czorami m.in. w Balatonie. Czyli Tukany miały jakby tymczasową przerwę. Aby zachować aranże z dęciakami, Igor przyprowadzał na rzadkie próby swoich ko- legów ze szkoły muzycznej. Trębaczy, Ryśka Marchewę i Andrzeja Zamolskiego. Bardzo szybko załapali partie w naszych utworach i wyśmienicie to brzmiało! Mimo że na dworze nadal leżał śnieg, zrobiliśmy sobie zdjęcie w parku im. Sien- kiewicza. Ponieważ mieliśmy już chody u garderobianego w Teatrze Rozmaito- ści, udało się nam pożyczyć kolorowe katany. Na piechotę poszliśmy z instru- mentami pod pachą do parku. Było zimno, ale czego się nie robi dla „sztuki”.
38


Tukany
Od lewej: Bolesław Domaracki, Witold Piwoński, Andrzej Zamolski, Andrzej Janczak, Tadeusz Urbański, Igor Pogorzelski, Ryszard Marchewa
U dyrektora MDK wykołowałem dwa bilety na Zgaduj-Zgadulę w Hali Sporto- wej i zaprosiłem mamę. Występowali m.in. popularni już Trubadurzy w powięk- szonym składzie, na organach grał nowo zwerbowany z Czerwono-Czarnych Ryszard Poznakowski. Zaśpiewała z nimi również Halina Żytkowiak. Zachwyco- ny ich występem. napisałem w domu tekst Słońce w iskrach. Na próbie Bolkowi udało się fajne intro i z całym zespołem zaaranżowaliśmy nowy utwór. Ponie- waż „Drut” załapał się również jako portier w klubie Pod Siódemkami, byłem tam kilka razy zerknąć w co jest grane. Od bywalców dowiedziałem się, że po- wstało w Łodzi Stowarzyszenie Muzyki Estradowej. Prezesem jest Andrzej Jóź- wiak (Rodan), który organizował również Łódzki Festiwal Muzyki Rytmicznej (Estradowej). Po kilku dniach prezes zaproponował nam udział w pierwszym Katowickim Jarmarku Piosenki. Miały pojechać Dziwne Rzeczy, ale coś im wy- padło i my mamy ich zastąpić.
– Tylko musicie dołączyć dwie piosenki. Jedną kompozytora pana Edwarda Biedki, a drugą musicie skomponować do tekstu Ten nasz dzień Józefa Pielki.
Ucieszeni z tego wyjazdu, ćwiczyliśmy teraz trzy razy w tygodniu. Zdecydo- waliśmy, że zagramy tam również Zielonego gościa i Tak może być oraz te dwie „przymusowe”. Zbierzchowski doradził nam, abyśmy dołączyli jeszcze Strofy o późnym lecie do wiersza Juliana Tuwima.
W moim technikum zbliżała się matura. Przez to chałturzenie zaniedbałem „trochę” naukę i skutek był taki, że oblałem pierwszy egzamin z dwóch przed- miotów (fizyka i chemia) i czekała mnie poprawka we wrześniu. Nie byłem
39
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
sam. „Świr” i kilku innych też oblali. Niech żyje muzyka, pomyślałem sobie po przeczytaniu wyników. Być może nigdy nie będę pracował w tym zawodzie, ale po wakacjach maturę trzeba zrobić.
No i zamiast się uczyć, załatwiłem przez znajomego w Związkach Muzyków chałturę na lipiec w kawiarni w Giżycku na Mazurach. Od innych słysza- łem, że grywał tam często łódzki klezmer, Mietek Paruszewski. Ojciec Witka nie pozwolił mu na ten wyjazd i na zastępstwo Igor wziął ze szkoły Jacka Demontowicza.
Lipiec 1969
– Jacek ma absolutny słuch i jest dobry, poza tym gra też na saksie – chwalił go Igor.
Pojechaliśmy więc w składzie Bolek, Tadek, Igor, ja i Jacek Demontowicz.
Po kilku dniach przyjechał kolega Jacka ze szkoły muzycznej, Jacek Malinow- ski i grał z nami gościnnie na pianie. Było nam bardzo wesoło. Mieszkaliśmy na piętrze w jednorodzinnym domku u bardzo miłych ludzi. Bardzo często Ma- linowski wpuszczał Demontowicza w nowe utwory i jadąc a vista testowali- śmy się, kto się pierwszy wysypie. Oczywiście w każdej improwizacji było kilka malin i komentarze na scenie należały do codzienności. Po dwóch tygodniach oba Jacki znudziły się i pojechały do Łodzi. Aby uratować chałturę i dochody, telefonicznie dorwałem Marka Lewandowskiego, który obiecał przyjechać na- stępnego dnia z Bogdą. O, jaka ulga i jaki spokój na scenie. Jednak codzienne po- wtarzanie repertuaru znudziło się Igorowi i Bolek też nie był tym zachwycony. Oni nie byli „zahartowani”, bo nie chałturzyli tak często. Spakowali się i poje- chali do Łodzi. Czyli stara gwardia z Bogdą została do końca miesiąca. Na drugi miesiąc wakacji mieliśmy już wcześniej załatwiony trzydniowy zlot muzyczny w Gorzowie. Trzy dni w Gorzowie minęły szybko i po powrocie do Łodzi czeka- ło na mnie wezwanie na komisję wojskową!
– Och! – westchnąłem głęboko z myślą, jak by tu się wykręcić. To jest niepo- trzebna przerwa w życiorysie.
Dorwałem się najpierw do książek, aby się poduczyć do zbliżającej się po- prawki matury. Następnego tygodnia poszedłem na egzamin. Tym razem poszło mi bardzo dobrze z pochwałą od dyrektora, że odpowiadam na pytania logicz- nie, a nie jak tresowana papuga. Zapamiętałem to jego sformułowanie. Tak też dostałem świadectwo dojrzałości i tytuł technika!
– Mam maturę! – cieszyłem się, wracając tramwajem do domu.
Wyskakując na Narutowicza przy Piotrkowskiej, przypomniałem sobie, że teraz czeka mnie jeszcze jedna ważna przewalanka. Komisja wojskowa! Na po- dwórku spotkałem Bolka, który powiedział, że on też dostał wezwanie. Razem z jego bratem Zdziśkiem planowaliśmy, jak tu się wymigać. Zdzisiek miał kilka propozycji i obiecał, że nam pomoże. W dniu komisji poszedłem rano na
40


Tukany
trzecie piętro do Bolka i jego brat zaparzył nam najpierw bardzo mocną esen- cję z herbaty.
– Macie to duszkiem wypić! – rozkazał.
Później dał nam strasznego szatana zaparzonej kawy. W oczach nam pociem- niało, serce zaczęło walić mocno i Bolek puścił pawia przez okno z trzeciego piętra. Na zakończenie wypaliliśmy jeszcze po dwa papierosy (sporty) jeden za drugim, zaciągając się głęboko, aż bolało w płucach.
– A teraz biegiem na Obrońców (obecnie ul. Legionów) – dyrygował nami Zdzisiek.
Pobiegliśmy skołowani truchcikiem wzdłuż ul. Zachodniej i po zgłoszeniu się zrobiliśmy tuż przed wejściem po kilka pompek i przysiadów. No i zaczął się teatr. Ja udaję prawie ślepego i bez okularów wywróciłem się z wagi.
– No, załóżcie z powrotem okulary, bo rozbijecie się albo nam tu coś przewró- cicie – powiedział wojskowy lekarz.
Zmierzyli mnie, miałem równo 190 cm wzrostu. Dowiedziałem się, że tylko jeden procent ludzi w Polsce ma wzrost 190 lub więcej. Ciśnienie krwi było też wysokie i serce waliło lekarzowi w słuchawce jak cholera.
– Co się z wami dzieje? – dziwił się.
Podczas badania wzroku oczywiście przesadzałem, że prawie nic nie widzę oraz nie rozróżniam wszystkich kolorów. Zrobiłem się półdaltonistą, w czym za dużo nie przesadzałem. Koniec końców wysłano mnie do przychodni do spe- cjalisty okulisty. Całe szczęście, że pani doktor pomyliła mnie ze Zbigniewem Frankowskim, wokalistą z zespołu Quorum, który przedtem grał m.in. w zespo- le Bardowie i Vox Gentis, a z Quorum miał teraz przebój Ach, co to był za ślub, i występowali w telewizji.
– No, wie pani doktor, nie chciałbym przerywać tej kariery – powiedziałem, nie wyprowadzając jej z błędu.
Ona zaczęła z uśmiechem coś tam pisać i domyślałem się, że nie będzie tak źle. Zakleiła kopertę i życząc mi wielu nowych przebojów, kazała iść z tym na komendę wojskową.
9.09.1969 z sercem na ramieniu poszliśmy z Bolkiem po wyniki. Czekaliśmy dość długo, aż w końcu wyszedł kapitan i wywołując nas, podał nam książecz- ki wojskowe.
– Ja dostałem kategorię „D” – ucieszył się Bolek.
Ja przewracając zawzięcie kartki, nigdzie nie widzę litery „D” i czuję jak serce zaczyna mi walić! Doleciałem prawie do końca książeczki i znalazłem tam tekst: „Wykreślony z kartoteki wojskowej dnia tego i tego, nie podlega służbie woj- skowej kategoria „E”.
Czyli zostałem zwolniony z powszechnego obowiązku wojskowego! Teraz to nawet w czasie wojny mnie nie wezmą, bo mnie wykreślili! Najpierw matura, a teraz następne osiągnięcie. Odetchnąłem z ulgą. Bolek, jako rezerwi- sta, też się nie przejmował. Wieczorem poszedłem do klubu Pod Siódemkami
41


Moje życiowe zwrotki i refreny
i dowiedziałem się od „Druta”, że Zbyszek Nowak założył w Łodzi nowy zespół pod nazwą Vox Remedium. Podobno z rurami brzmią bardzo fajnie. Mają zamiar wystą- pić w następnym Festiwalu Polskiej Pio- senki w Opolu.
Od kolegi Witka dowiedziałem się, co w nocy usłyszał w radiu Luxemburg. Mia- nowicie odbył się wielki koncert „Wood- stock” obok Nowego Jorku, na którym Jimi Hendrix odegrał na gitarze hymn amery- kański. Na bębnach grał z nim Eric Budon i nowy basista Billy Cochs. Koncert odbył
Vox Remedium – foto za zgodą Zbigniewa
Nowaka (Danny Novak). Zbigniew Nowak
– organy i pianino, kompozytor, Andrzej
Rutkowski – bas, Jacek Dutkiewicz – gitara,
Władysław Lewy – saksofon tenorowy,
Włodzimierz Trzaskalski – saksofon, Krzysztof
Pikała – perkusja, Maryla Lerch – wokal się w plenerze i trwał podobno trzy dni.
Z innych artystów grał tam Santana oraz Joe Cocker zaśpiewał wspaniale piosenkę Beatlesów With a Little Help from My Friends. Na festiwalu tym wystąpili również Ten Years After, The Who, Joan Baez i jeszcze ktoś tam. Leżąc w niedzielę na tapczanie, usłyszałem nagle za ścianą organy Hammonda. Pod nami obok – na Piotrkowskiej 56 – był, jak wspomnia- łem, klub Hermes. Poleciałem więc szybko na dół i na ulicy przed bramą zoba- czyłem zaparkowane małe dwudrzwiowe auto marki Fiat. Wbiegłem na pierw-
sze piętro i słyszę muzykę. Nacisnąłem na dzwonek, drzwi otworzył mi „Drut”. – Co!? – spytał głośno.
– Mogę z boku chwilę posłuchać?
– No to właź i nie przeszkadzaj.
Usiadłem szybko w kącie sali. Grupa No To Co i Piotr Janczerski, próbowała nowy sprzęt kupiony po koncertach dla Polonii w Ameryce.
– Oszczędzali w Stanach i kupili fajny sprzęt – powiedział dumnie „Drut”, sia- dając na środku parkietu za kilkukanałowym mixerem marki Shure.
– Ma wbudowany reverb – dodał, wskazując palcem potencjometr.
Po bokach sceny stały wąskie, wysokie kolumny wokalne tej samej marki. Jurek Grunwald miał dwunastostrunową gitarę podłączoną do wzmacnia- cza Fendera z dwiema kolumnami, które były prawie tak wysokie jak on sam. Z lewej strony siedział Stefanek za organami Hammonda i z lekkim uśmiechem głaskał się po brodzie. Za nim pod ścianą stało leslie. Na środku sceny siedział za bębnami Aleksander Kawecki. Jurek Krzemiński, który przedtem grał w Tru- badurach, też miał wzmacniacz Fendera, a Jerzy Rybiński na bas miał jedną, ale wielką kolumnę. Janczerski wszedł na scenę i zdjął ze statywu złoty mikrofon Shura i powiedział, że przelecą jeszcze raz coś tam od refrenu. W tej pustej sali brzmiało im to potężnie.
– A gdzie jest Bogdan Borkowski, który grał z nimi przedtem? – spytałem po cichu „Druta”.
42


– Nie wiem, chyba został w Stanach – odparł krótko Krzysiek.
Tukany
Piotr śpiewał coś tam o „moim starym domu”, a ja podziwiałem ich sprzęt. Może kiedyś będę mógł spróbować taki wspaniały wzmacniacz Fendera, ma- rzyłem. Wracając do codzienności 15.09.69, w poniedziałek Tukany grają pierwszy raz w klubie studenckim Pod Siódemkami. Tak, tam grało się czasa- mi nawet w poniedziałki. W środę wieczorem wpadłem do kawiarni Balaton zerknąć, kto tam jest i widzę, że Bohdan Maciejczyk gra na bębnach zastęp- stwo za swojego ojca. Reszta składu to Dorawa, Marian Siejka, Janusz Sta- nikowski, A. Kościelski, Matecki. W Łodzi założono Stowarzyszenie Muzyki Estradowej (Music Association), do którego zaproszono nas (Tukany) jako członków. Prezesem był również Andrzej Jóźwiak (Rodan). Tydzień póź- niej poszedłem z chłopakami do Hali Sportowej na koncert zespołów Pola- nie i Animals. Ledwo uderzyli pierwszy akord i wrzask w hali był niesamo- wity. Trochę ogłuszony poszedłem po koncercie do klubu Karolek posłuchać, jak grają Puchacze. 7.12.69, w niedzielę, gramy w Przedsiębiorstwie Hydrolo- gicznym w Łodzi. Elektryk Janek Bujak, który też grał na basie, poprawił po- nownie Bolkowi jego wzmacniacz Fonikę i teraz miał jeszcze więcej fuzzu. Natomiast nowe kolumny wokalne w MDK-u były wielkie jak kredens, ale nie miały mocy. Pod koniec grudnia udało mi się załatwić pięć głośników tubo- wych z Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi. Takie co wisiały na słupach na 1 Maja. Były to 15”, 50-watowe głośniki marki Tesla. W Pałacu Młodzieży rozstawiliśmy je z Krzyśkiem „Drutem” w dużej sali. Podłączaliśmy do nich po kolei wzmacniacz, aby sprawdzić, które są dobre.
– Te dwa pierdzą, trzeba będzie cewki w nich przewinąć – powiedział „Drut”.
– Zagraj coś na niskich strunach – Krzysiek klęcząc na podłodze wsłuchiwał się z uchem w głośniku. Wybraliśmy w końcu dwie sztuki i po wykręceniu ich z blaszanej obudowy poszliśmy na dół do stolarza.
– O! zobacz, z tych grubych drzwi można by zrobić przednią ścianę kolumny – zaproponowałem.
Stolarz okazał się fajnym chłopem i bez oporu odrysował dziury na głośniki. Pociął nam też boki na poczekaniu. Pociągnął kanty klejem i skręcił całą kolum- nę, zostawiając tył otwarty.
– Postawimy panu piwo – powiedziałem, taszcząc kolumnę do wyjścia.
Krzysiek podłączył lutownicę i po przykręceniu głośników polutował kable. Postawiliśmy ją pod ścianą i podłączyliśmy wzmacniacz.
– Wysokie tony słychać czytelnie – cieszyłem się.
Zagrałem kilka niskich dźwięków i Krzysiek powiedział, że trzeba będzie wy- łożyć ją w środku watówką, to nie będzie tak dudniła.
– Watówką? – zdziwiłem się, widząc przed oczyma, jak ojciec wyszywał wa-
tówką futra pod podszewką.
– To nie jest drogie, dostaniesz ją na Biglu w Telimenie naprzeciwko pasażu.
– Tam pracuje moja mama – dodałem.
43


Moje życiowe zwrotki i refreny
Rozłożyłem ręce na wysokość kolumny, aby prowizorycznie mieć jakąś miarę i pobiegłem do sklepu. Mamy akurat nie było, ale jej koleżanki pomogły mi. Sze- rokość pasowała prawie na wysokość kolumny, więc kupiłem, na oko tyle, aby starczyło jeszcze na boczne ściany. Zabuliłem za to dwie dychy. Małymi gwoź- dzikami przybiliśmy watówkę od środka i wyciągając kable przez małą dziurę w tylnej ścianie, zakręciliśmy ją śrubami.
– No teraz dostała strasznego dołu – powiedziałem zadowolony, aż mi się gęba roześmiała od ucha do ucha.
– Ale przez te grube drzwi waży jak czołg – żartował Krzysiek i dodał: – Jak znajdziesz taki błyszczący materiał to obijemy też przód.
Schowaliśmy ją do magazynu i Krzysiek zaproponował, że skoro załatwiłem te głośniki, to mogę zabrać ten trzeci cały i sam sobie wystrugać małą kolumnę. Pamiętając uciążliwe przewożenie naszych gratów bagażówką marki Żuk, wpadłem na pomysł, aby zmierzyć bagażnik auta Warszawa. Wtedy zabiorę się normalną taksówką. Róg ul. Zielonej i al. Kościuszki był postój, gdzie zdziwiony taksiarz pozwolił mi wziąć miarę pustego bagażnika. Ucieszony zajrzałem do naszego dekoratora obok w PDT (Państwowy Dom Towarowy) i obiecując mu butelkę wina, zbiliśmy w godzinę z grubej sklejki kolumnę dużo mniejszą i lżej- szą. Potem kupiłem czarną dermę i obiłem ją. Na przód dałem też czarny mate- riał z lekko złotą nitką. Ojczym polutował mi kable i gotową kolumnę wepchną- łem pod stół w małym pokoju. Zadowolony z rezultatu pomyślałem, że dobrze by było wykołować teraz lepszy wzmacniacz, bo ten od „Węgla” był za słaby. Wieczorem słuchając radia Luxemburg, dowiedziałem się, że Beatlesi się roz- padli. John Lennon podobno odszedł ze swoją Yoko Ono i wyjechał do Nowego Jorku. Siajba chyba im odbiła, pomyślałem. Sylwestra grałem oczywiście z Pa- jąkami w klubie Pod Żurawiem. Miałem trochę radochy, gdy podjechałem tak-
sówką pod bramę i gdy wychodziłem z kolumną, taksiarz od razu zadał.
– Ależ co pan, to się nie zmieści do bagażnika!
– Otwórz pan, to spróbujemy.
– Weszła jak dopasowana – podsumował taksiarz – dokąd jedziemy?
Moja nowa kolumna sprawdziła się, było więcej dołu w kapeli. Po Nowym
Roku było trochę luzu z chałturami i dopiero pod koniec stycznia gramy impre- zę w szkole podstawowej na Żwirki 11. W ostatnich dniach stycznia natkną- łem się na Biglu na Maćka Czaja. Sie masz, sie masz i pochwalił się, że wła- śnie dzisiaj skończył 22 lata. Pogratulowałem mu i życzyłem 100 lat itd., ale Maciek śpieszył się do chaty, bo rodzice z braćmi i Ewą coś tam przygotowali, więc uczcimy to innym razem. Czas leci szybko i w prima aprilis, w środę, mam chałturę w Klubie Dziennikarza, tym razem w składzie: Kaziu „Dzidek” Kowal- ski, Tadek Urbański, Donat Maludziński na gitarze i ja. Po chałturze „Dzidek” przypilnował organizatora, aby nie zwlekając wypłacił szmal. Wiedział co robi. Powoli zbliżał się IV Festiwal Muzyki Rytmicznej i po którymś zebraniu Sto- warzyszenia Muzyki Estradowej prezes Andrzej Jóźwiak (Rodan) powiedział
44


Tukany
mi, że w tym roku zgłosiło się dużo dobrych zespołów również z wojewódz- twa i musimy zagrać coś extra, aby mieć szansę. Na próbie w MDK-u powtó- rzyłem słowa prezesa i Igor zaproponował, abyśmy połączyli muzykę klasycz- ną z beatową.
– Mogę ściągnąć kilku kolegów ze szkoły na następną próbę. Co wy na to?
Oczywiście Zbierzchowski był pierwszy z przytakiwaniem, że to dobry pomysł.
I tak na następnej próbie zrobiło się ciasno, bardzo ciasno. Igor przyprowa- dził swoich kolegów.
– Co, połowę szkoły muzycznej sprowadziłeś? – żartował Bolek.
Strojenie trwało, trwało i trwało... Każdy próbował swój instrument i brzmia- ło to podobnie do rozgrzewki orkiestry Debicha w filharmonii. Igor ze Zbierz- chowskim zrobili instrumentalizację i aranże. Igor grał w jednym utworze na swoim cello razem ze skrzypcami, altówką oraz z dyskretnym aranżem trąbek. Brzmiało to bardzo oryginalnie. Przyznam się, że gęsia skóra na plecach kilka razy mi wyskoczyła. Zadowoleni, że mamy coś nowego, byliśmy dobrej myśli przed przeglądem. Domyślaliśmy się razem ze Zbierzchowskim, że jesteśmy chyba pierwszym zespołem w Łodzi, który połączył muzykę beatową z klasycz- ną. Z jakiegoś powodu, my mieszczanie, zatęskniliśmy za wiochą i zrobiliśmy sobie zdjęcie w... polu!
Tukany1970 w składzie od lewej: Andrzej Zamolski – trąbka, Andrzej Łęgowski – altówka, Igor Pogorzelski – cello, gitara, Andrzej Janczak – bas, Tadeusz Urbański – perkusja, Bolesław Domaracki – gitara, Henryk Giza
– piano, organy, Włodzimierz Wyczechowski – skrzypce, et i sax oraz Ryszard Marchewa – trąbka
45
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
Po zdjęciach oddaliśmy katany do teatru i ponieważ godzina była jeszcze młoda, wpadłem z ciekawości do klubu Klakson, bo słyszałem, że tam ma próby Pro Conta z Lucyną Owsińską, o której słyszałem pochlebne opinie. Po wejściu na salę stanąłem zaraz przy drzwiach i lekko kiwnąłem głową do Sołtysika, który zerknął w moją stronę. Faktycznie dziewczyny śpiewały wspaniale.
Jako laureaci z zeszłego roku, gramy automatycznie w finałach IV Festiwalu Młodzieżowej Muzyki Rytmicznej w Filharmonii Łódzkiej w kwietniu 1970 roku. Na próbę generalną do filharmonii poszliśmy całą paką. Przez bramę kina Bałtyk wychodzili tylnym wejściem muzycy po próbie orkiestry Henryka Debi- cha. Pod pachą taszczyli, jak i my, swoje instrumenty. Gdy po schodach weszli- śmy za kulisy, na scenie nadal stał las statywów do nut. Woźny nadal je wyno- sił w powolnym tempie. Ja z Gizą pomogliśmy mu trochę i po chwili pojawiły się następne zespoły ze swoim sprzętem. Zaczęło się rozstawianie i dyskusje, co i gdzie. Fortepian przesunięto na sam brzeg sceny, bo większość używała elektryczne organy. Igor z Bolkiem zaparkowali swoje wzmacniacze na środku sceny. Moją szafę basową ustawiliśmy z boku perkusji Tadka. Po lewej stro- nie staraliśmy się mieć wolne miejsce na rury i dla skrzypków. Cello Igora też tam ustawiliśmy. Koledzy z innych zespołów obcinali nas, widząc nasz skład. Konferansjerem festiwalu był już tradycyjnie aktor Janusz Gust. Tym razem
Tukany na próbie generalnej w Filharmonii Łódzkiej 1970. Henryk Giza przy organach, Tadeusz Urbański stoi za perkusją. Igor Pogorzelski przy gitarze opartej o wzmacniacz
46
ARCHIWUM AUTORA


Tukany
Tukany podczas koncertu w Filharmonii Łódzkiej 1970. Na zdjęciu: Tadeusz Urbański – perkusja, Henryk Giza – organy i tyłem Andrzej Janczak – gitara basowa
wyróżniał się od reszty uczestników, miał rzucającą się w oczy, kolorową mary- narkę w kwiaty. Na zdjęciu na stronie obok widać na wzmacniaczu Regent dwa radia, niektóre zespoły nadal ich używały! Graliśmy na tym, co mieliśmy.
Wystąpiliśmy jako ostatni zespół. Poszło nam zgrabnie, lepiej niż na pró- bach. Byliśmy zadowoleni, a jednocześnie ciekawi reakcji jury, bo brawa publi- ki były głośne. Nasze połączenie stylów muzyki było czymś nowym. Konferan- sjer Janusz Gust odczytał spokojnym głosem werdykt jury.
– Pierwsze miejsce na IV Festiwalu Młodzieżowej Muzyki Rytmicznej 1970 roku zajął zespół... ponownie Tukany!
Gdy to usłyszeliśmy, podskoczyliśmy do góry jak młode zajączki. Hurra!!
Drugie miejsce zajęła Grupa Jego, trzecie ex aequo I Co Dalej i Parafrazy, czwarte Piotrkowianie, piąte Kołodzieje, szóste Fatum z Żychlina. Pro Contra zajęła pierwsze miejsce w kategorii grup wokalnych. W festiwalu tym brały udział 44 zespoły, blisko 300 muzyków wystąpiło w dziesięciu koncertach! W „Dzienniku Łódzkim” z kwietnia 1970 znalazłem recenzję z festiwalu An- drzeja Jóźwiaka (Rodana).
I miejsce i Główną Nagrodę Festiwalu zdobyła grupa instrumentalno-wokalna Tukany. Młodzi, ambitni chłopcy z Pałacu Młodzieży pokazali ciekawą muzykę, solidny zasób technicznych uzdolnień i dobre wyczucie niuansów metro-rytmicz- nych. Podobali mi się zwłaszcza w drugim temacie, w którym zastosowali inte- resujący eksperyment strukturowy z pogranicza beatu i tzw. muzyki poważnej.
47


Pro Contra. Foto z programu festiwalowego
Z dużą satysfakcją powitałem Come back B. Sołty- sika, byłego twórcy popularnego przed laty zespo- łu Cykady. Precyzyjne aranżacje, nowoczesne rozwią- zania harmoniczno-melodyczne oraz interesujące bloki wokalne stanowią niekonwencjonalne atrybu- ty młodych, śpiewających dziewcząt. Natomiast czy- stość współbrzmienia grupy instrumentalnej pozosta- wia wiele do życzenia, zwłaszcza że nie zawsze została utrzymana logika konstrukcji polifonicznych.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Tukany znajdują się w ciągłym artystycznym rozwoju. I miejsce w kategorii grup wokalnych zajął zespół Pro Contra z Klubu Dzielnicowego Lokator.
Dalej czytałem...
W sumie zespół dobry i rokuję mu dużą przyszłość. II miejsce głównego numeru festiwalu zajęła Grupa Jego, reprezentująca Izbę Rzemieślniczą. Grają oszczędnie i ekspresyjnie, trafnie łącząc soczyste brzmie- nie organów z perkusją i gitarami. Wokalista jednak jest zbyt mało sugestywny i sądzę, że zespół winien się zastanowić nad kontynuacją tej właśnie linii repertu- arowej, która daje przewagę wokalu nad dobrymi, w gruncie rzeczy, umiejętno-
ściami warsztatowymi instrumentalistów.
III miejsce ex aequo przyznano: I Co Dalej Dom Kultury im. F. Dzierżyńskie-
go i Parafrazy z klubu Żubardź. I Co Dalej wykonują muzykę sympatyczną i ko- munikatywną, urozmaiconą harmonicznie (w trzecim temacie trzy zmiany tona- cji), z ciekawymi improwizacjami swingowymi saksofonisty, a towarzysząca im wokalistka zrobiła duże wrażenie muzykalnością i ekspresją. Proponuję jednak, żeby I Co Dalej jak najszybciej rozbudowali wątłą sekcję gitarową, aby zlikwi- dować nieco „dancingowe” brzmienie. Parafrazy były grupą, która najbardziej chyba podobała się festiwalowej publiczności. Grają tematy trudne i skompliko- wane (Taniec z szablami – Chaczaturiana), ale mnie osobiście ta koncepcja wy- konawcza niezbyt odpowiadała.
IV miejsce zdobyli reprezentanci województwa łódzkiego – Piotrkowianie.
Ich atuty to oryginalny repertuar, dobra strona muzyczna i dwóch wybijają- cych się muzyków: gitarzysta basowy i wokalistka, która jednocześnie okazała się organistką o dużym wyczuciu stylu. Jest to aktualnie najlepszy zespół wojewódz- twa łódzkiego. V miejsce – Kołodzieje, którzy jednak wypadli trochę gorzej niż w półfinałowym przeglądzie, a ich muzyka i teksty prezentowały się znacznie sła- biej od towarzyszącej im wizualnej otoczki. Muzycy z Fatum (Żychlin) mają dobre podstawy do tworzenia właściwej wartości interpretacji i wykonania, a ich szóste miejsce można uznać za duży sukces tego sympatycznego zespołu. Kilka słów jeszcze o konferansjerze, który przez siedem godzin – bo tak długo trwały nie- dzielne koncerty – prowadził imprezę. Janusz Gust to kulturalny, oszczędny w ge- stach i ze znakomitym wyczuciem prowadził rządzących estradą, konferansjer,
48


Tukany
bez którego trudno już sobie wyobrazić łódzkie programy młodzieżowe. Tylko ta... marynarka w kwiaty. Janek, bój się Boga, poczekaj, aż zaczną się imprezy ple- nerowe! I tym oto kwiatowym akcentem chciałbym zakończyć recenzję z imprezy, która w życiu kulturalnym naszej młodzieży zdobyła już trwałe miejsce”.
Andrzej Jóźwiak (Rodan), („Dziennik Łódzki” kwiecień 1970)
Z prasy łódzkiej festiwal w 1970 roku odnotowuje „Głos Robotniczy” w arty- kule Laureaci big-beatu w Filharmonii.
Czytam m.in.:
Należy przypomnieć, że w festiwalu uczestniczyło 37 zespołów beatowych, 3 grupy wokalne i 34 wokalistów, łącznie 263 uczestników z Łodzi i wojewódz- twa! Spośród nich jury festiwalu pod przewodnictwem Andrzeja Jóźwiaka (Rodana) dopuściło do finału 10 zespołów beatowych (w tym 2 grupy wokalne) i 3 wokalistów.
A jak przedstawiała się frekwencja w roku ubiegłym? Pisze o tym też „Express Ilustrowany” w kwietniu 1970 roku.
Zakończyły się już przeglądy półfinałowe IV Festiwalu Młodzieżowej Muzyki Rytmicznej, organizowanego pod hasłem 25-lecia powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do macierzy i 25. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem. W festiwalu, który jest największą amatorską imprezą muzyczną Łodzi i województwa, wzięła udział rekordowa ilość zespołów, a mianowicie 44 grupy wokalno-instrumen- talne, 5 grup wokalnych, 37 solistów-wokalistów. Poziom artystyczny festiwalu? Jego oddziaływanie?
W maju 1970 roku czytam w „Dzienniku Łódzkim”.
Czwarty z kolei Festiwal Młodzieżowej Muzyki Rytmicznej mamy już poza sobą. Można się tylko cieszyć coraz większym rozmachem amatorskiego życia muzycznego w naszym mieście i województwie, nową falą młodego, ambitne- go beat-generation, która zaprezentowała się na festiwalowej estradzie. Były to prawdziwe beatowe zawody. Dla niektórych również zawody... życiowe. Nie- stety, spora część uczestników festiwalu (głównie wokalistów) potraktowała tę imprezę jako wstęp do oszałamiającej kariery, na drodze której znajdowałby się Sopot, San Remo, że już nie wspomnę o prestige do music-hall Olimpia. I stąd już po koncertach ćwierćfinałowych rozpacz, łzy i... protesty rozżalonych mamuś. Jeżeli zbilansować wszystkie ważniejsze i cenniejsze cele festiwalu, to jest to w tej chwili impreza niezbędna, bez której nie można już sobie wyobrazić moż- liwości dalszego sprawdzianu, kontroli i opieki nad muzyką młodzieżową, tą najpowszechniejszą formą muzykowania. Impreza ta spotkała się z masowym oddźwiękiem wśród młodzieży artystycznej Łodzi i województwa, szerokim za- interesowaniem publiczności.
Tyle napisała łódzka prasa o festiwalu.
49


Tukany 1970, od lewej: Ryszard Marchewa, Igor Pogorzelski, Andrzej Janczak, Tadeusz Urbański, Bolesław Domaracki, Henryk Giza, Andrzej Zamolski
Moje życiowe zwrotki i refreny
W sobotę 23 maja pojechaliśmy wraz z Bogusią na Festi- wal i Jarmark Piosen- ki do Katowic. Zamiast Witka, który miał eg- zaminy w szkole mu- zycznej, pojechał Heniu Giza. Podróż wypoży- czonym autobusem od- była się z prezesem An- drzejem Jóźwiakiem (Rodanem) oraz jesz- cze dwoma członkami jury. Spaliny autobusu
wdzierały się do środka i mocno mnie mdliło. Po kilku godzinach podróży był odpoczynek, czyli poziom w łóżku w hotelu, a następnie dwa koncerty w muszli na dworze. Było nadal zimno i rury rozstrajały się szybko.
Oprócz nas występowało kilka zespołów z okolicy. Wypadliśmy jednak dobrze, bo jury odczytało werdykt, że łódzki zespół Tukany zajął pierwsze miejsce za kompozycję, aranż i wykonanie, wygrywając ten I Jarmark Piosenki w Katowicach. Miło!
Któregoś dnia spotykam na Pietrynie Makochana i gadu-gadu o tym i tamtym, Andrzej mówi, że teraz gra w restauracji Kęs. Trochę mu się śpieszyło, więc do- wiedziałem się tylko, że namówił Tomka Króla z Cykadów na piano, a wkrótce chyba wyjedzie do Finlandii na kontrakt. Pod koniec tygodnia przyszedł do nas na próbę przewodniczący ZMS z Technikum Ekonomicznego i zaproponował nam chałturę w ich szkole.
– A kiedy to będzie – spytałem.
– Tuż przed zakończeniem roku szkolnego – odpowiedział.
– Dobra, to ja przyjdę w poniedziałek podpisać umowę.
Igor od razu poinformował, że musi ćwiczyć na egzaminy i odpuści tę chałturę. – W takim razie zagramy w mniejszym składzie – podsumował Tadek.
I w sobotę zagraliśmy w Technikum Ekonomicznym nr 4 na ul. Astronau-
tów 19. Następnego dnia, w niedzielę, zwinęliśmy sprzęt i po wtaszczeniu go do MDK-u poszedłem razem z Tadkiem do filharmonii na koncert Mikrofon dla wszystkich. Z plakatu wynikało, że będzie grał m.in. Kanon Rytm prowadzony przez Janusza Sławińskiego. Po wejściu zajęliśmy miejsca blisko sceny. Po chwili z zaplecza wychylił się Rysiek Galant i widząc nas, zrobił kilka śmiesznych min.
– Co, może zajrzymy do nich – zaproponowałem Tadkowi.
Grało się tutaj, to chyba możemy i weszliśmy śmiało na zaplecze. Galant po- wiedział nam lekko przyciszonym głosem, że namówił kolegów z kapeli, że jak
50
ARCHIWUM AUTORA


Click to View FlipBook Version