Gramy w Finlandii
Ha, ha, ha, ale! Wybuchnęliśmy śmiechem, starając się sobie wyobrazić, jak temu chłopu cieknie to po plecach...
– Ten był dobry – pochwalił go Tomek.
– O, a tego znata?
Są wakacje i mały Krzysiu mówi do kolegi:
– Ty, pobawimy się w szkołę?
– Dobra, ale ja będę nieobecny.
Ha, ha,
– Krótki i dobry – powiedziałem, nadal się śmiejąc.
– Dzięki, ale my musimy już lecieć do roboty – i zbiegliśmy z Tomkiem po
schodach.
W drodze do knajpy opowiedziałem Tomkowi, jak w Rejsjärvii portier opo-
wiadał nam, że grający przed nami duet miał na przerwie własne mecze bok- serskie. On musiał im przypominać, że koniec rundy, bo czas na granie. A poszło im podobno o jakiś drobiazg. Tomek uśmiechnął się i dodał:
– Tak, przebywamy ze sobą 24 godziny na dobę, to z czasem uzbiera się trochę.
Siódmego dostałem z Pagartu zaświadczenie, o które prosiłem Niemirskiego. Po południu poszedłem na pocztę i zamówiłem rozmowę do Witka Piwońskie- go, modląc się, żeby tym razem był wolny.
– Koppi numero neljä puhelu Puolaan olkaa hyvä (kabina numer cztery, tele- fon do Polski, proszę bardzo) – usłyszałem po półgodzinnym czekaniu.
Witek odebrał telefon i był pozytywnie nastawiony do wyjazdu. Oddał jednak słuchawkę ojcu i w skrócie przedstawiłem mu, jaka jest sytuacja. Odetchnąłem z ulgą, gdy wyraził zgodę. Witek ucieszył się również. Wychodząc z poczty, na- tknąłem się na Wojtka Frankowskiego z Łodzi. W pośpiechu dowiedziałem się, że gra teraz w trio z White & Red też przez „Dziada”. Następnego dnia, trochę późno, spytałem telefonicznie Hakulinena, czy możemy wziąć urlop w drugiej połowie grudnia, aby przyjechać z nowym, ale znanym nam od lat pianistą. Po chwili ciszy, wyraził zgodę. Pogoniłem więc Witka, aby pozałatwiał co trzeba. W Tampere spadł pierwszy śnieg i z opóźnieniem musiałem wydać szmal na zimowe opony z kolcami. Teraz miałem przyczepność jak trzeba i Tomek pod- puszczał mnie na zakrętach, aby brać je z poślizgiem. Powtarzać tego nie musiał. Prawie w ostatniej chwili zarezerwowaliśmy bilety na prom. Pod koniec grania w restauracji Oskarinhovi spotkaliśmy kierowniczkę Sinikka K. z hotelu Arki- pelag w Mariehamn na Wyspach Alandzkich, czyli z Ålandu. Ona zachwalała Arkipelag, o którym już wcześniej słyszeliśmy pozytywne opinie. Pytała, czy zagralibyśmy tam. Ja miałem nadal w pamięci nasz pobyt tam z 1972 roku. Zaproponowałem, aby skontaktowała się z „Dziadem”. Po skończeniu chałtu- ry pojechaliśmy do Viiali, aby zostawić tam przyczepę. Następnego dnia po- płynęliśmy promem do Polski. Tym razem trochę bujało. Po 34 godzinach po- dróży dopłynęliśmy do Gdańska i po szczegółowej odprawie celnej zaczęliśmy
201
Moje życiowe zwrotki i refreny
podróż do Łodzi. Była to moja pierwsza jazda własnym samochodem w Polsce. Był już późny wieczór, gdy dotarłem na Piotrkowską. Po serdecznym przywita- niu z rodzinką siedziałem przy stole i wydawało mi się, że nadal jadę.
Następnego dnia zaczęła się do nas procesja. Witek puścił cynę, że przyjeżdżam i wielu kolegów wpadało w odwiedziny. Miło! Na obiad mama uczęstowała mnie duszonymi żeberkami z sosem grzybowym. Oj, jak smakowało! Aby sobie jeszcze bardziej dogodzić, wyskoczyłem do cukierni na Narutowicza i kupiłem sernik wiedeński oraz wuzetki. Z przywiezioną fińską kawą były pyszne! Po trzech dniach przyjechał z Warszawy Maciek Czaj, poszedłem więc do niego na przesłuchanie.
Łódź, grudzień 1975
– No? Co narozrabiałeś – spytałem siadając na kanapie.
Maciek spojrzał spod okularów, jak to on miał w zwyczaju, i wyjął kopertę ze zdjęciami.
– Siedzisz w tej Finlandii, to wyskoczyłeś z obiegu, a tu się tworzą nowe składy – i podał mi zdjęcie Krystyny Prońko & Koman Band.
– Dwóch aparatów to znam, stoicie nawet obok siebie.
– To jest kolego zdjęcie z Opola z Kryśką, weź je na pamiątkę, mam ich kilka. – A teraz gram w inne klocki – i wyciągnął następne. – Z tymi ludźmi pracuję
w grupie Test. To też możesz wziąć.
– Czy ten pośrodku to gitarzysta z Breakoutów? – Taaa, to jest Darek Kozakiewicz.
– Aha, słyszałem ich w Teatrze Rozmaitości dobrych kilka lat temu.
Krystyna Prońko & Koman Band
Po wypiciu herba- ty podanej przez mamę Maćka pojechaliśmy do Szpaderskiego odebrać
202
– A skąd ty wytrza- snąłeś taką łaciatą kurtkę?
– Żona naszego zna- jomego Tomka mi ją uszyła – odparł.
– Fajna! Muszę ją po- prosić, aby też mi taką walnęła.
– To założymy wtedy kapelę pod nazwą „Cie- laki” – żartował.
ARCHIWUM MAĆKA CZAJA
zamówione pałki. Wy- chodząc Maciek pyta, czy mógłbym go od- wieźć za dwa dni do Warszawy.
Gramy w Finlandii
– Obstawiam benzynę.
Nie było sprawy. Za- ładowaliśmy bębny w pokrowcach na dach i razem z jego Ewą po-
jechaliśmy do
cy. W Warszawie szu-
kaliśmy ulicy, na której
mieszkał gitarzysta
Darek. Jadąc po raz
pierwszy autem w War- Kozakiewicz, Wojciech Gąssowski szawie, skręciłem nie
w tę ulicę i Maciek krzyknął:
– A tu trzeba było dać na lewo!
stoli-
Grupa Test, od lewej: Maciek Czaj, Kazimierz Cwynar, Dariusz
Spojrzałem w tylne lusterko, nikt za mną nie jechał. Zjechałem więc na lewo przez chodnik i dalej po trawniku przez park. Potem szerokimi schodami na skróty wyjechałem na następną ulicę.
– Aleś ty rajdowiec, nie wyrobię – chichotał Maciek.
Zrobiło się szaro i zaczął sypać drobny śnieg z deszczem. Szyby w aucie się zaparowały i trzeba było się dobrze przyglądać, aby znaleźć numer ulicy.
– O, to tutaj – odetchnął Maciek, widząc znajomą kamienicę i dodał: – Pocze- kajta chwilę, ja wskoczę na górą zobaczyć, czy on jest w domu.
Po chwili z bramy wyszedł Maciek z Darkiem. Wysiadłem z auta, aby odwią- zać bębny z bagażnika i przetrzeć szyby.
– To jest mój przyjaciel, który właśnie przyjechał na urlop z Finlandii – przed- stawił mnie Maciek.
– Cześć, dobra wnosimy, bo jest chlapa – poganiał Maćka Darek.
Żegnając się, Maciek powiedział krótko, że być może spotkamy się kiedyś w „twojej” Finlandii. Ja zacząłem szukać wyjazdu z Warszawy. Ruch w śródmie- ściu, na Marszałkowskiej, był spory i na szczęście udało mi się skręcić w odpo- wiednią ulicę. Po chwili zbliżaliśmy się do przedmieścia. Gdy minęliśmy ostat- nią latarnię, zrobiło się ciemno. W Finlandii na szosie widać było boczne linie malowanie odblaskową farbą, a tutaj tylko czarny asfalt. Zapaliłem papiero- sa i otworzyłem trochę okno. Po chwili poczułem, że mrozek złapał, bo szosa zaczęła błyszczeć w światłach jak lusterko. Na dodatek kolce dostały takie- go soundu jak kastaniety. Pamiętam ten dźwięk z Finlandii. Ruch był bardzo mały i tylko raz na jakiś czas coś jechało z przeciwka. Z tyłu zrobiło się cicho
203
ARCHIWUM MAĆKA CZAJA
– Dziękuję bardzo – i dałem lekko w gaz.
Moje życiowe zwrotki i refreny
i w lusterku widzę, że Ewa zasnęła. Przed Rawą Mazowiecką zauważyłem, że coś tam z przodu na szosie się świeci. Zwolniłem i gdy podjechałem bliżej, widzę, że żuk z napisem „nauka jazdy” wjechał do rowu i ludzie pomagają mu wyje- chać. Mijając ich, dałem na lewą stronę i poczułem, że koła mi się ślizgają i nie mogę wrócić na prawy pas. Dupa w strasznym zwolnieniu zadawała do lewa, że prawie mógłbym wysiąść i zatrzymać auto. W końcu tylne koła załapały o po- bocze i auto cofnęło się. Usłyszałem DUP!!! Stoimy. Światła świecą w niebo, a ja w poprzek drogi z tylnymi kołami w rowie. Ewa obudziła się i zapytała:
– Co się stało?
– Ano siedzimy w rowie – odpowiedziałem, otwierając drzwi.
Zrobiłem może krok i poślizgnąłem się jak na lodowisku. Złapałem się za
rurki bagażnika na dachu, aby się nie wywalić. Ludzie wypchnęli już żuka na szosę i dwóch z nich biegnie w moją stronę. Jeden przewrócił się w połowie drogi, a drugi krzyczy.
– Ale szklanka, nie?
Obaj złapali za tylne błotniki, a ja na półsprzęgle lekko przygazowałem i po dwóch popchnięciach znaleźliśmy się na szosie. Wysiadłem z auta, trzymając się nadal bagażnika i podziękowałem im. Ewa, trzęsąc się z zimna, wsiadła z po- wrotem do auta.
– No widzi pan, nawet kolce panu nie pomogły na taką ślizgawicę – skomen- tował jeden z nich, patrząc na moje opony.
Do Łodzi dojechaliśmy w wolnym tempie około dziewiątej wieczorem i po odwiezieniu Ewy wróciłem na Piotrkowską. Obejrzałem auto – na szczęście blacha nigdzie nie była wgnieciona. Następnego dnia, idąc do ojca na drugą stronę podwórka, zobaczyłem, że dzieciaki oderwały mi z tyłu nalepkę SF. Prze- widując to, zabrałem ze sobą zapasową. Przykleiłem ją i wykaligrafowałem na kawałku papieru tekst: „Nie odrywaj nalepek, poproś, to ci dam” i przykleiłem w tylnym bocznym oknie, z myślą, że to pomoże. Podjechałem z ojcem pod Pol- mozbyt i po strasznych prośbach sprzedali mi dwa ostatnie światła przeciw- mgielne, które leżały na wystawie.
– Panie, a co dekorator na to powie? – była ich gadka.
Z ojczymem dorobiliśmy w komórce na podwórku uchwyty i po przeciągnię- ciu kabli prosto od stacyjki podłączyłem taki plastikowy przełącznik od lampki i proszę! – Świecą się! Następnego dnia wcześnie rano mama budzi mnie i mówi, że dwóch milicjantów pyta o mnie i czekają w przedpokoju. Wskoczy- łem w spodnie i zaspany pytam, o co im chodzi.
– To wasze auto, co stoi na podwórku na zagranicznej rejestracji? – spytał ten ubrany po cywilnemu.
– Tak moje – odpowiedziałem.
– Załóżcie buty i weźcie papiery, pojedziemy na komendę – dodał ten w mundurze.
204
Gramy w Finlandii
– Ależ o co chodzi, to pewnie jakaś pomyłka – zaczęła mama.
– Dobra, dobra, na komendzie się wyjaśni – dodał tajniak i wyszliśmy. Zawieźli mnie suką na komendę dalej na Piotrkowską i kazali czekać. Po dłuż-
szej chwili przyszedł komendant i wprowadził mnie do swojego biura.
– No i co wy wyrabiacie obywatelu – zaczął.
Widząc mój zdziwiony wzrok, kontynuował.
– Posądzacie innych obywateli, że są wandalami i niszczą? – mówił podnie-
sionym głosem.
– O czym pan mówi? – zdziwiłem się.
– Pewien obywatel przechodził obok waszego auta i zareagował na tę kartkę
przyklejoną w oknie. Złożył zażalenie i o! Przecież tak nie można!
Oglądając mój paszport, gadał dalej.
– Co, byliście za granicą i już woda sodowa wam do głowy uderza?!
– Aha, o to panu chodzi – wydukałem nadal zaspany.
Następnie wytłumaczyłem mu, że dzieciaki, bo dorośli tego przecież nie
robią, oderwały mi nalepkę SF razem z lakierem. Tak też nie można robić.
– Pomyślałem sobie, że ja mogę dać dzieciom różne nalepki, jeśli poproszą,
bo mam kilka – zakończyłem widząc, że trochę zmiękł.
Komendant patrząc w paszport dodał po chwili już spokojniejszym głosem. – Niech obywatel mi obieca, że zdejmie tę kartkę i zapomnimy tym razem
o tej sprawie – zrozumiano?
– Tak panie komendancie, zrozumiano.
– Dziękuję bardzo – powiedziałem jeszcze raz, odbierając paszport.
– Dobra, ten funkcjonariusz, który obywatela tu przywiózł, jedzie z powro-
tem na skrzyżowanie Narutowicza z Piotrkowską, to może was odwieźć.
Gdy jechaliśmy z powrotem suką po Piotrkowskiej, poprosiłem go, aby stanął
trochę wcześniej, obok Grandki.
Po obiedzie zadzwonił Witek z nowiną, że znalazł używane organy Matadora
i ojciec pożyczył mu szmal.
– Dobra, będziesz miał coś na podmiankę.
– Witek, ja spytam mojego tatę, czy odwiózłby cię do Gdańska. Zadzwonię po
świętach, dobrze?
– Dobra, cześć.
Nie czekając, pojechałem do perkusisty Tomka, do domu studenckiego i za-
mówiłem u jego żony kurtkę ze skóry z cielaka. Narzekała, że trochę krótki termin, ale postara się ją uszyć przed moim wyjazdem. Po Wigilii poszliśmy w pierwszy dzień świąt do kościoła, aby zobaczyć szopki. Po świętach kole- dzy w mieście ganiali za sprzętem, bo zbliżały się żniwa, czyli chałtura na syl- westra. Pojechałem do studenciaków odebrać kurtkę, ale musiałem odczekać około godziny, bo ona wszywała jeszcze podszewkę. Gdy kurtka w końcu była gotowa, założyłem i nawet rajcownie wyglądała. Takich kurtek ze skóry cielaka często się nie spotyka. Mama w domu doszyła mi wieszak. Teraz szybka wizyta
205
Moje życiowe zwrotki i refreny
w Pagarcie po paszport Witka i podpisanie umowy. Tym razem poszło wszystko jak po maśle.
Od ojca wziąłem puszkę z białą farbą i na szczycie budynku przed wieżowcem TV namalowałem nazwę VOX REMEDIUM, zapominając o THE. Zrobiliśmy sobie na tym tle pierwsze zdjęcie.
Tuż przed sylwestrem zadzwonił Tadek z niemi- łą wiadomością. Fiat Uli się rozkraczył i nie będzie mogła nim wyjechać. O kurczę, czym my teraz po- ciągniemy przyczepkę. Aleś mi Ula zadała łamigłów- kę. Jeśli nie da się wynająć jakiegoś auta z hakiem,
Ja z Witkiem Piwońskim przed
biurem Pagartu w Warszawie to będę musiał się wpuścić w większe auto, rozmy-
ślałem. Przez Jurka Klepczyńskiego „Klepę”, załatwi- łem stolik na sylwestra w Malinowej. „Klepa” grał tam na zmianę z zespołem „Dzidka” Kowalskiego. Ja, Tadek z Ulą, Witek Piwoński oraz znajomi „Klepy” ci-
snęliśmy się przy jednym stoliku. Na przerwie podszedł „Dzidek”.
– A ty nadal walczysz w Finlandii – powiedział, opierając się o krzesło.
– Tak, ciągniemy tam i za kilka godzin wyruszamy z powrotem – odparłem. – No to życzę miłej podróży i do następnego – powiedział „Dzidek”, ściska-
jąc mi rękę.
Ponieważ raniutko musimy wyjechać, wypiłem tylko symbolicznie lampkę
szampana. Pożegnaliśmy się i około pierwszej poszliśmy do chaty. Mój tata
The Vox Remedium w Łodzi, od lewej: Tadeusz Urbański, Andrzej Janczak, Witold Piwoński
206
ARCHIWUM AUTORA ARCHIWUM AUTORA
– No i co? – pyta tata.
Gramy w Finlandii
obiecał, że odwiezie Witka do Gdańska swoim fiatem. Na podwórku zapakowa- liśmy bagaże do garbusa i po pożegnaniu się z rodzinką pojechaliśmy do Witka na ul. Jaracza. Po władowaniu jego organów do fiata ojca pojechaliśmy Piotr- kowską na Bałuty i dalej na Zgierz. Tadek z ojcem jechali pierwsi, a ja z Wit- kiem za nimi. W Nowy Rok, gdy wszyscy się bawią na całego, jechaliśmy pusty- mi ulicami. Tylko od czasu do czasu przeleciała jakaś taksówka i pusty nocny tramwaj. Za miastem, gdy minęliśmy ostatnie latarnie, włączyłem nowe dodat- kowe światła. Zrobiło się jasno na poboczach. Przejechaliśmy kilka kilometrów i czuję w aucie spaleniznę! Zacząłem się rozglądać pod nogami, czy czasem nie spadł mi popiół z papierosa, ale nic nie widzę. Sprawdziłem ręką pod tyłkiem, czy siedzenie się nie tli. No nie mam pojęcia, skąd ten smród się bierze. Witek też się rozglądał. Po krótkiej chwili zaczęło się z lekka dymić w aucie, rzuciłem ojcu długimi światłami i stanąłem na poboczu drogi. W tej samej chwili zgasły mi światła.
– W co tu jest grane?
Wysiedliśmy i szukamy na węch, gdzie tak śmierdzi. Tata podjechał i też szuka. Pod siedzeniem znalazłem latarkę i świecę pod kierownicę, bo tam się dymi najwięcej.
– Ano dupa blada – odpowiedziałem, widząc, że ten plastikowy przełącznik od dodatkowych świateł się stopił i jest gorący jak cholera.
Tata obejrzał to i mówi:
– Tak na prosto nie można podłączać świateł! One zawsze muszą iść przez rele! W ten sposób to zawsze ci wywali bezpiecznik i może popalić kable.
W końcu znaleźliśmy bezpiecznik, który się spalił, i na szczęście miałem w schowku zapasowy. Plastrem zaizolowałem stopione druty od dodatko- wych świateł i tata doradził mi, abym na złomowisku w Finlandii kupił uży- wane rele. Hmm, tyle tej radości z nowych świateł. Pojechaliśmy dalej. Gdy mi- nęliśmy Łęczycę, zaczął padać śnieg z deszczem i na szosie zrobiła się chlapa. Według taty po drodze za Toruniem będzie w Świeciu restauracja, która jest otwarta całą dobę i tam możemy zjeść coś na ciepło. Bez nowych problemów minęliśmy Włocławek i w Toruniu skręciliśmy na Gdańsk. Kilka kilometrów za Chełmnem skręciliśmy w prawo i wjechaliśmy do Świecia. Zatrzymaliśmy się przed restauracją i zjedliśmy tam po polskim bigosie. Tata wypił jesz- cze mocną kawą w szklance z fusami. Do Gdańska dojechaliśmy około ósmej rano. Pilnując się drogowskazów, dotarliśmy do portu. W rzędzie do odpra- wy stało już kilka aut na polskiej i fińskiej rejestracji. Po przepakowaniu orga- nów Witka na mój bagażnik na dachu stanęliśmy jako ostatni w kolejce. Było jeszcze sporo czasu, więc poszliśmy do kawiarni wydać resztę polskich pie- niędzy. Zamówiliśmy po kawie oraz kupiliśmy papierosy i gazety. Po paru go- dzinach czekania zaczęło nam się dłużyć. Wreszcie zauważyłem przez okno, że w budce celników zaczął się jakiś ruch. Pożegnałem się z tatą, dziękując za
207
– Ale grzebią dzisiaj – bąknął Tadek.
Moje życiowe zwrotki i refreny
pomoc. Wsiedliśmy do auta i czekamy. Z daleka widzimy, jak celnicy przeko- pują tych z przodu.
W tej samej chwili minął nas polski fiat z przyczepą i stanął w drugim rzędzie obok budki celników.
– To jest, kurczę, Mietek Paruszewski! – krzyknął Tadek.
– On to ma chody!
Nie minęło z pięć minut, gdy Mietek wyszedł z budki, wsiadł do auta i poje-
chał prosto na prom.
– A nie mówiłem wam! – dodał znowu Tadek.
Gdy przyszła kolej na nas, okazało się, że trzeba wypełnić jakiś kwestiona-
riusz na odprawę warunkową na organy Witka.
– Ale ja ich przecież nie będę przywoził z powrotem – oponował Witek.
– Trzeba im chyba coś dać – odezwał się Tadek.
Wysiadłem z auta i wszedłem do budki naczelnika. On wypisywał jakieś
kwity i po wysłuchaniu mnie wysunął szufladę w stole, gdzie leżał karton fajek Phillip Morrisa. Spojrzał w okno, mówiąc „teraz”... potem szybko zamknął szu- fladę, podając mi nasze paszporty z kartą odprawy.
– Dziękuję i do widzenia!
Po wjechaniu na prom i zakwaterowaniu się w kabinach poszliśmy na górę do restauracji. Witek zarządził, że chociaż jest tak wcześnie, trzeba oblać tę od- prawę celną i jego wyjazd do Finlandii. Zamówiliśmy więc po pięćdziesiątce i jajecznicy na polskiej zwykłej kiełbasie z bułeczką kajzerką. Bułeczka lepiej smakuje od bułki, pamiętacie? Popiliśmy to Żywcem i humor się nam polepszył. Prom odpłynął z półgodzinnym opóźnieniem. Gdy po godzinie minęliśmy Hel, jak okiem sięgnąć widać było tylko horyzont. W restauracji zebrało się sporo ludu i wsłuchiwaliśmy się, o czym gadają przy sąsiednim stoliku. Nie minęły może dwie godziny, gdy poczułem się znowu głodny. Zaproponowałem chłopa- kom, że czas na obiadek, który wsunęliśmy z apetytem. Ponieważ w noc sylwe- strową spaliśmy bardzo mało, teraz w cieple i po posiłku ogarnęła nas śpiącz- ka. Przesiedzieliśmy na siłę do wieczora, a potem poczłapaliśmy do kabin. Gdy się obudziłem, było nadal ciemno, spojrzałem na zegarek, dochodziła jedena- sta w nocy. Obmyłem twarz i poszedłem do restauracji. Zobaczyłem, że w rogu siedzi Tadek z Mietkiem Paruszewskim. Dosiadłem się i słyszę, że gadają o ja- kichś handlach. Po chwili zjawił się Witek. Coś trzeba zamówić. Według prze- miłego kelnera podróż ma trwać 32 godziny, o ile nie będzie wiało z przodu.
– A jak wieje, to proszę państwa, statek płynie sto metrów do przodu i dwie- ście do tyłu – żartował. – Państwo macie szczęście, bo nie zapowiadali żadnych sztormów – dodał, sprzątając ze stołu.
Przegadaliśmy jeszcze z godzinę i z nudów zaczęliśmy z Witkiem zamawiać jakieś zakąski. O tej porze wszystko smakowało. Następnego dnia pospałem do godziny jedenastej. Punktualnie o trzynastej zjawiłem się przed drzwiami
208
Gramy w Finlandii
restauracji w obawie, że zabraknie wolnych miejsc. Gdy otworzyli, zająłem szybko stolik przy oknie i nie ruszając się z miejsca, czekałem na kelnera. Po kwadransie zjawili się zaspani Witek z Tadkiem. Po obiedzie cedziliśmy powo- lutku kawę, aby jak najwięcej czasu nam tu zleciało. O zmierzchu zaczęliśmy niecierpliwie wyglądać przez okno, wypatrując świateł Helsinek.
Trochę opóźnieni, wyjeżdżamy z promu. Po szybkiej odprawie celnej jedziemy ulicami fińskiej stolicy. Witek przykleił nos do szyby i przyglądał się.
Helsinki, 2 stycznia 1976
– Ależ tu kolorowo i jakie bryczki – gadał do siebie.
– O, tutaj jest dworzec kolejowy, gdzie postawiliśmy pierwsze kroki na fiń- skiej ziemi – poinformował go Tadek.
Za dworcem na Mannerheimintie ulica się poszerzyła i można było trochę przygazować. Za Helsinkami, na autostradzie, ruch z przeciwka był dość duży. Ludziska wracali po Nowym Roku do miasta. Mijając Hyvinkę, Tadek wspo- mniał Witkowi, że tutaj graliśmy kilka razy. W Hämeenlinnie Tadek oczywiście zameldował Witkowi, że tutaj też graliśmy.
– „Diabeł”, jedź powoli, bo zaraz pewnie będziemy musieli dać w prawo – przypomniał mi.
Gdy zjechaliśmy z głównej szosy, mieliśmy już niedaleko do Viiali.
– Przyczepka stoi nadal w tym samym miejscu – powiedziałem, wjeżdżając na parking.
Zaparkowałem obok i sprawdziłem, czy kłódki są nieruszane.
– Jest na pewno ponad -15 stopni – powiedziałem do chłopaków, otwierając tylne drzwi w przyczepie.
Witek powiedział, że mamy dupny napis.
– Sam go malowałem – pochwaliłem się.
– W Polsce tej przyczepki już by tu dawno nie było, gdyby postała tak przez
noc – komentował Witek.
– Całe szczęście, że stoi w Suomi – żartowałem i dodałem, jak Marek zostawił
swoją starą katanę na dworcu w Helsinkach i po naszym powrocie po kilku mie- siącach nadal tam wisiała! Witkowi zrobiło się wesoło. Przełożyliśmy jego organy i bagaże do przyczepki. Odkręciłem w garbusie dopiero co kupione w Polsce, do- datkowe światła, bo po co je oddawać z autem. Zmarzłem prawie do kości. Po skromnej kolacji u znajomych poszliśmy zmęczeni spać. Ja nie mogłem zasnąć, w głowie przewalały mi się jutrzejsze podmianki z autem. Mieliśmy na to tylko kilka godzin, bo wieczorem musimy być już w robocie w Kuopio. Z nadzieją, że na pewno coś znajdziemy w Tampere, zasnąłem. Następnego dnia rano, po szybkim śniadaniu, pojechaliśmy w trójkę podmieniać garbusa. W Tampere, przejeżdża- jąc obok dworca, Tadek pokazał Witkowi restaurację Tunneli, gdzie też graliśmy kilka razy. Objechaliśmy kilka vaihtoauto (sklepy z używanymi autami) i wtyka- jąc tylko nos przez drzwi, pytałem krótko, czy mają tanie auto z hakiem, nieważne
209
Moje życiowe zwrotki i refreny
jaka marka, ale musi być hak. Jak do tej pory najtańsze kosztowało straszne pie- niądze. Czas leciał i trzeba było się na coś zdecydować. W końcu znaleźliśmy miejsce, gdzie mieli toyotę crown wagon z hakiem. Facet obejrzał mojego gar- busa i mówi, że trzeba dopłacić półtora klina. Nie oglądając bliżej auta, pytam, czy może mi rozłożyć to na raty, dodając, że mam robotę na cały rok. Sprzedawca liczył i liczył i w końcu mówi, że na cztery raty może się zgodzić.
– Dobra, robimy business – powiedziałem i poszliśmy do toimisto (biura) pisać papiery.
Gdy dostałem dowód rejestracji, cztery kwity na wpłaty i kluczyki, dopiero teraz poszedłem oglądać toyotę. Opony były zimowe, ale bez kolców, widocznie poprzedni właściciel jeździł na nich latem. Wsiadłem do środka i po tym gar- busie toyota wydawała się ogromna. Ponieważ stała w środku, zapaliła od razu. Witek rozwalił się z tyłu na kanapie, mówiąc, że tutaj to można nawet spać. Robiło się szaro i temperatura spadała, według Fina to jest już -18 stopni. Wy- jechałem z tej ciepłej hali i po krótkiej chwili szyby mi się zamroziły i musiałem stanąć, aby zeskrobać lód. Chłopaki narzekali, że jest im zimno na tylnym sie- dzeniu. Ja przestawiałem te wajchy od ogrzewania we wszystkie strony, ale nie mogłem znaleźć, w której pozycji leciałoby ciepłe powietrze. Na dodatek bez kolców zarzucało mnie na każdym zakręcie i trudno było ruszyć spod czerwo- nych świateł. Wyjechaliśmy z Tampere.
– Na pewno jest już około -20 stopni – domyślałem się na głos.
Witek znalazł pod siedzeniem jakąś skrobaczkę i przecierał mi często szybę przed nosem. Gdy dojechaliśmy do Viiali, stanąłem na stacji benzynowej i po- prosiłem faceta w garażu o kawałek kartonu i zasłoniłem nim dwie trze- cie chłodnicy, mając nadzieję, że w ten sposób silnik będzie cieplejszy i wleci trochę ciepła do środka. Po szybkiej kawie u znajomych, zahaczyłem przyczep- kę i sprawdziłem, czy światła z tyłu się palą. Tuż przed piętnastą wyruszyli- śmy w drogę do Kuopio. Do przejechania było ponad 400 kilometrów. Jecha- liśmy cały czas na północ i teren robił się coraz bardziej pagórkowaty. Będąc na jednym wzniesieniu, widzieliśmy z daleka drugie. Zjeżdżając w dół, musia- łem uważać, aby gwałtownie nie hamować, bo za żadne skarby nie chciałbym wpaść w poślizg. Z przyczepką na dupie to nie daj Boże. Musiałem jednak mieć wystarczającą prędkość, aby podjechać pod następną górkę, żeby nie stanąć w połowie i nie zacząć się ślizgać do tyłu. Och! Serce miałem cały czas na ramie- niu i za każdą następną oddychałem z ulgą. Ciepło w aucie nie wzrastało i skro- bałem na zmianę z Witkiem przednią szybę. Jadące z przeciwka 22-metrowe TIR-y zamurowywały przednią szybę. W tym podmuchu śniegu chwilami nie widziałem dosłownie nic, jechałem na czuja. Raptem coś strzeliło w aucie, tak jakby ktoś strzelił z pistoletu kapiszonowego.
– O kurczę! – wrzasnął Witek.
Tadek oglądając jego siedzenie mówi, że pękła butelka z coca-colą Witka, którą trzymał za plecami. Zatrzymałem się, aby wyrzucili szkło.
210
– Cholera, mamy taki mróz w aucie, że aż coca-cola zamarza?
Gramy w Finlandii
Zeskrobałem lód z przedniej szyby i poczułem, że to futerko z cielaka nie jest tak ciepłe, jak kożuch. Wsiadłem i powolutku spuszczam sprzęgło, aby się nie poślizgnąć i silnik zgasł. Przełączyłem światła na postojowe i przekręcam klu- czyk, a tu nic. Start, motor się kręci, ale silnik nie chce zapalić. Po kilku próbach światła trochę osłabły i silnik kręcił się coraz wolniej.
– Może benzyna się skończyła – domyślał się Witek.
– Niemożliwe, wskaźnik pokazuje mi, że mam jeszcze jedną czwartą baku. Dookoła było już ciemno i tylko te słabe postojowe świeciły się na drodze.
– Zmarzniemy tu do kości – mruczał Tadek.
Nie mając wyjścia, czekamy na jakieś auto, które mogłoby nas zaholować do
najbliższej stacji benzynowej. Po bardzo długiej chwili zatrzymał się pusty TIR. Poprosiłem kierowcę, aby jechał wolno, bo nie mam kolców.
Fin spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem i bąknął: – Bez kolców z przyczepką?!
Gdy ruszyliśmy, z tylnich kół TIR-a uniosły się tumany śniegu, serce unio- sło mi się ponownie do ramion. Z odległości trzech metrów wpatrywałem się w jego tylne światła. Spróbowałem dwa razy spuścić sprzęgło na dwójce z na- dzieją, że auto zastartuje, ale nic z tego. Teraz trzymałem nogę lekko na hamul- cu, aby lina była napięta. To było coś strasznego! Po kilku kilometrach jazdy zauważyłem jego migający prawy migacz i krótkie mignięcie światłami stopu. Odetchnąłem z ulgą. Wjeżdżaliśmy na stację benzynową. Ledwo co się zatrzy- maliśmy, Tadek z Witkiem wyskoczyli z auta i jak strzała wpadli do środka ka- wiarni. Podziękowałem kierowcy i zacząłem szukać kogoś w garażu, aby mi pomógł. W końcu wyszedł ze mną facet w średnim wieku. W oknie kawiarni wi- działem chłopaków popijających ciepłą kawę. Fin odkręcił filtr powietrza nad gaźnikiem i wlał trochę benzyny.
– Spróbuj teraz – powiedział.
Silnik ledwo się kręcił i nadal nic.
– Masz słaby akumulator – i poszedł do środka.
Korzystając z okazji wpadłem do kawiarni, aby się trochę ogrzać i stojąc obok
drzwi patrzyłem zazdrośnie na kolegów. Po chwili widzę, jak Fin ubrany tylko w roboczy kombinezon ciągnie za sobą coś na kółkach w stronę mojego auta. Pobiegłem do niego i po podłączeniu agregatu do akumulatora znowu nalał trochę benzyny do gaźnika. Przekręciłem kluczyk i silnik zapalił! Ale radość była krótka, bo po chwili zdechł ponownie.
– Rurka od benzyny jest zamarznięta, kup i wlej do baku płyn przeciw zama- rzaniu – i poszedł do garażu.
Pewnie i jemu zrobiło się zimno. Kupiłem litr płynu i wlałem prawie cały do baku, zostawiając odrobinę, aby wlać do gaźnika. Idąc z powrotem do ka- wiarni, widzę, że takich zamarzniętych klientów jest już kilku. Z ochotą trzyma- łem w zimnych dłoniach gorący kubek kawy, przygadując trochę chłopakom,
211
– Noo, daj coś na piwo.
Moje życiowe zwrotki i refreny
że dobrze, że mi pomagają. Po wypaleniu papierosa zrobiło mi się cieplej. Pod- ciągnąłem więc szalik. Przepraszam, to nie był szalik, tylko taki maleńki szali- czek, bardziej dla ozdoby niż... Podszedłem do auta. Akumulator podładował się odrobinę i po wlaniu płynu do gaźnika przekręciłem kluczyk w stacyjce. Za- palił! Chodzi! Nie gasząc silnika odłączyłem agregat i odstawiłem go pod drzwi garażu. Zakręciłem szybko filtr powietrza nad gaźnikiem i wszedłem do warsz- tatu. Pytam Fina, ile chce za przysługę.
Dałem mu dychę, dziękując za pomoc. Godzina była już prawie osiemnasta i do Kuopio mieliśmy jeszcze 150 km.
– Nie wyrobimy się na ósmą – powiedział Tadek.
– Ciesz się, że w ogóle dojedziemy – odpowiedziałem.
Gdy wreszcie przeczytałem na tablicy, Tervetuloa Kuopioon (Witamy
w Kuopio), odetchnąłem. Było już po dwudziestej, jeszcze chwila i będziemy
na miejscu.
Po kilku minutach staliśmy przed hotelem. Po wejściu do restauracji znalazłem szybko kierownika i wytłumaczyłem mu, w co jest grane. On popatrzył na nas z politowaniem i powiedział:
Kuopio, 3 stycznia 1976, hotel Kuopio
– Po Nowym Roku jest mało gości i możecie zacząć nawet o dziesiątej. Portier pokaże wam, gdzie mieszkacie.
Po władowaniu instrumentów na scenę, aby się „roztopiły”, pojechali- śmy za portierem do mieszkania. Było nadal bardzo zimno, chyba -25°. Chata była w willi u fińskiej rodziny. Szybkie mycie i po przebraniu się, zo- stawiając przyczepkę na ulicy, pojechaliśmy do restauracji. Głodni podłączy- liśmy instrumenty, wszystko działało. Na sali były zajęte tylko dwa stoliki, więc polecieliśmy ten blok utworami instrumentalnymi. Po organach Tomka i Hammondach z leslie Marka, brzmiało to nam cienko. Pod koniec bloku za- śpiewaliśmy jednak dwa wolniaki. Gdy schodziliśmy na przerwę, w drzwiach od kuchni pokazał się kucharz, dając nam znać, że jedzonko jest gotowe. W sali dla personelu było podane lehtipiihvi (cienki kotlet) z zasmażanymi ziemniakami, kawałkiem masła z czosnkiem i kilka plastrów pomidora pola- nych olejem. Smakowało nam. Na deser kawka i papierosek. Gdy wróciliśmy na scenę, w restauracji było już więcej ludzi. Dwa następne bloki zagraliśmy po klezmersku na ucho. Jak na pierwszy wieczór, Witek dawał sobie wyśmie- nicie radę. Dograliśmy ostatni blok i po zabraniu ze sobą kanapek, pojecha- liśmy do chaty. Zmęczeni zasnęliśmy szybko. Następnego dnia zjawiliśmy się w restauracji w południe i po obiedzie przelecieliśmy z Witkiem kilka utwo- rów. Potem poszliśmy na miasto szukać sklepu muzycznego. Witek nie mógł się doczekać, kiedy dotknie po raz pierwszy Hammonda. W końcu znaleźli- śmy sklep Fazera i weszliśmy do środka. Po spytaniu się sprzedawcy, Witek
212
– Ale to brzmi – zachwycał się.
Gramy w Finlandii
z zadowoleniem przeleciał po klawiszach Hammonda Spineta. Wyciągając i wpychając suwaki, szukał barw.
Po chwili zjawił się kaupias (sprzedawca) i przytakując głową, że podoba mu się to, co Witek gra, zaproponował, aby spróbował takie fińskie organy marki WLM z leslie Yamaha. Spojrzeliśmy na niego podejrzliwie, ale poszliśmy za nim w inny kąt sklepu. Stała tam pod ścianą czarna skrzynka z metalowymi rogami. Sprzedawca odczepił dwa zawiasy i odsunął przednią ściankę. Podniósł do góry dwumanuałową klawiaturę i hop, są organy! Potem opuścił ją ponownie na dół i po zamknięciu przodu zrobiła się znowu skrzynia gotowa do transportu.
– Ale jaja – cieszył się Tadek – jak w cyrku. Hokus pokus i nie ma organów. Hi, hi.
Witek podszedł do nich podejrzliwie i gdy sprzedawca pokazał mu, gdzie co jest, po chwili organy zaczęły brzmieć bardzo blisko Hammondów. Im dłużej Witek na nich grał, tym lepiej brzmiały.
– OK, to nie są Hammondy, ale prawie – skomentował Witek.
– No i dużo tańsze – dodał Tadek.
– Strasznie dziwna konstrukcja leslie – dodałem – cały głośnik się w nich
kręci.
– Jak ci leżą – spytałem Witka.
– Na razie mogą być, spytaj go, ile mi da za moje Matadory.
Sprzedawca odpowiedział, że musi je zobaczyć. Wychodząc, umówiliśmy się
na jutro lub pojutrze. Gdy wracaliśmy do restauracji, wpadło Witkowi do głowy: – A jakby tę szarą dermę Matadora pomalować na czarno?
Weszliśmy do SOKOS-u i kupiliśmy puszkę czarnej farby w spreju.
W restauracji nie było nikogo oprócz portiera, który czytał gazetę. Przechyli-
liśmy organy Witka na bok i spryskaliśmy je dookoła farbą.
– Lepiej wyglądają na czarno, nie? – mruczał Witek.
Po powrocie do domu spotkałem na podwórku właściciela willi, który za-
czepił mnie, mówiąc, że na takich oponach nie poleca mi jeździć z przyczepką. Z grzeczności doradził mi, że jak chcę, to może pożyczyć mi urządzenie do wbi- jania kolców w opony. Pokazał mi, jak to działa i gdzie mogę kupić kolce. Bez dłuższego zastanawiania się kupiłem dwie paczki po 100 kolców z zamiarem, że w najbliższą niedzielę wezmę się za to. Sprzedawca był bardzo miły i chęt- nie pokazał mi, jak działa ogrzewanie w toyocie. Dodał jednak, że coś jest nie tak, bo powinno dmuchać więcej ciepła. Mimo to, wracając, poczułem, że jest trochę lepiej. W niedzielę na podwórku odkręciłem przednie koło i zacząłem „wstrzykiwać” kolce. Łatwe to nie było, musiałem dłonią mocno dociskać, aby bolce weszły w twardą gumę. Pół godziny minęło i zrobiłem tylko jedną trze- cią koła, ręce mi zmarzły. W połowie drugiego przedniego koła miałem już pę- cherz na dłoni. Prawie po trzech godzinach obydwa przednie koła miały kolce. Tylnych opon nie miałem siły już robić. Z ulgą opuściłem lewarek i biegiem
213
Moje życiowe zwrotki i refreny
do mieszkania! A tam weseli koledzy grają w karty. Wieczorem pojechaliśmy na nowych kolcach do hotelu. Witek miał ciemnoszare spodnie i na pierwszej przerwie wchodząc do kuchni, zobaczyłem, że jego uda są z przodu czarne.
– Witek gdzieś się tak upieprzył?
On patrząc na spodnie z rozdziawionymi ustami, nie mógł skojarzyć, w co jest grane. Dopiero gdy Tadek dodał:
– Ja też mam całą dłoń w czarnej farbie.
Ale jaja pomyślałem, farba na organach nie wyschła jeszcze. Do końca wie- czoru Witek siedział za organami tak jakby miały go oparzyć. Następnego dnia przyszliśmy na obiad a organy nadal były mokre.
– Czyli na dermie ta farba nigdy nie wyschnie – zasmucił się Witek.
Poszliśmy do sklepu i kupiliśmy rozpuszczalnik do farby i mały worek szmat. W trójkę zmywaliśmy farbę przez godzinę, ale w tych wgłębieniach nie szło jej dokładnie wymyć. Rezultat był taki, że organy wyglądały teraz gorzej niż przed malowaniem. Nie wiedząc, jak na to zareaguje sprzedawca, załadowaliśmy je do toyoty i pojechaliśmy do sklepu. Sklepikarz obejrzał je i zaczął liczyć. W tej chwili nieważne było, ile da Witkowi, tylko ile będzie dopłaty. W końcu wyszło, że Witek ma dopłacić 4500 marek do WLM-ów i leslie. Po urlopie mogłem dać tylko mały zadatek, reszta została rozłożona na osiem miesięcy. Witek uścisnął mu rękę i zakup został zaklepany. Zadowoleni zapakowaliśmy nowe organy do auta. Teraz bagażnik combi w toyocie faktycznie się przydał. Witek siedział teraz godzinami i zachwycony szukał barw. Szybko znalazł czuja w pedale mocy i zabrzmiało jak trzeba! Następnego wieczoru zostały zagrane utwory instrumentalne, typowe na organy. Aby zerknąć, co jest w mieście, weszliśmy najpierw do sklepu Antti- la sprawdzić, czy mają przecenione płyty. Dochodząc, słyszymy polską rozmowę.
– Cześć, a wy też tu gracie – spytał Tadek.
– Tak, znowu się spotykamy – odpowiedział ten z kamerą w ręku.
Byli opatuleni w kożuchy i czapki, więc dopiero po chwili poznałem, że to
Wojtek Frankowski z The Playmates/White & Red.
– Ale jaja, łodzianie spotykają się w Suomi – bąknąłem, witając się.
Od słowa do słowa dowiedzieliśmy się, że teraz w trio nadal pod nazwą White
& Red grają przez „Dziada”. Na przyszły miesiąc jadą do Rovaniemi w Laponii, do hotelu Lapinportti.
– No to w lutym mrozek da wam tam też czadu – skomentowałem.
– A może cykniemy sobie pamiątkowe zdjęcie – zaproponował Wojtek. Andrzej Sielski, ich pianista, wziął aparat i walnął nam jedno pamiątkowe,
a Wojtek jednocześnie filmował go.
Tutaj nadmienię, że oryginał zdjęcia na stronie obok znajduje się w książce
Wojtka Frankowskiego pt. Kolumb odkrył Amerykę a łódzcy muzycy Finlandię, którą gorąco Wam polecam.
Od pewnego czasu słyszałem, jak inni muzycy chwalili sobie paszporty kon- sularne. Na takim paszporcie można otrzymać dłuższe wizy i pozwolenie na
214
Gramy w Finlandii
Kuopio styczeń 1976. Spotkanie White & Red z The Vox Remedium. Od lewej: Maciek Samul, Witold Piwoński, Wojciech Frankowski, Andrzej Janczak, Tadeusz Urbański, fotografem jest Andrzej Sielski
pracę. Nie trzeba też ich oddawać w Warszawie. O ile to wygodniejsze, to czemu nie, i w drugiej połowie stycznia wystąpiłem do ambasady polskiej w Helsin- kach z prośbą o przyznanie mi paszportu konsularnego. Według ambasady na odpowiedź czeka się do pół roku. W międzyczasie przyszło zawiadomienie od „Dziada”, że na luty zjeżdżamy na dół, do Loviisy. Tadek był w siódmym niebie, Urszula pozałatwiała sprawy w Polsce i przyjedzie na luty autem. Przez te co- dzienne próby z Witkiem miesiąc zleciał nam bardzo szybko. Ostatniego dnia rutynowe już pakowanie i w drogę.
Hotel leżał w centrum małego miasteczka. Po kilku dniach grania zjawił się Polak, który mieszka tutaj w Loviisie i z rozmowy z nim wynikało, że jeździ che- vroletem camaro i ma Hammonda z leslie. Jego żona pracuje tutaj w restauracji Kristal, w której on właśnie gra w trio. Był to Rysiek Buda. W ciągu tego miesią- ca spotkaliśmy się z nim jeszcze kilka razy i któregoś popołudnia opowiedział nam, jak agent Hamidula dosłał im trzeciego muzykanta, którym okazał się Zbyszek Zbierzchowski. W tej branży z czasem można się dowiedzieć wszyst- kiego o wszystkich. Takie to jest nasze środowisko muzyków, które jest rów- nież naszym stylem życia. A wcześniej czy później każdy pracuje z każdym. Po
Loviisa, luty 1976, hotel Zilton
215
ARCHIWUM WOJCIECHA FRANKOWSKIEGO
Moje życiowe zwrotki i refreny
kilku dniach wybraliśmy się autem na pocztę i jakiś saab wyjechał nam raptem przed nos z bocznej drogi. Aby go nie potrącić, wjechałem do rowu w zaspę śniegu. Saab jednak się nie zatrzymał tylko pojechał dalej. Witek wybiegł na drogę, aby zobaczyć, gdzie on jedzie.
– Skubany stanął przy motelu i wszedł do środka jakby nigdy nic – krzyknął. – Dawaj lecimy go złapać.
W recepcji wyjaśniłem facetowi, aby zadzwonił po policję, bo ten cizio, które-
go auto tu stoi, wepchnął nas do rowu i uciekł. Gdy glina przyjechała, powtórzy- łem całą historię. Oni zadzwonili po auto holownicze, które ma wyciągnąć mnie z zaspy. Po chwili przyszedł kierowca saaba i tłumaczy się, że nic nie zauważył. Kazali mu dmuchnąć w alkomat i spisali go. Jeden z policjantów powiedział, że ubezpieczenie tego kierowcy pokryje ewentualne szkody. Tadek podpowie- dział mi, abym przypasował i niech mi poprawią to ogrzewanie w aucie. Po dobrej chwili przyjechał na żółtych światłach jakiś większy jeep i zahaczył linę za mój hak. Wyciągnął toyotę z rowu, ja obszedłem auto dookoła i nic wgniecio- nego nie widzę. Wsiadłem i zapaliłem silnik.
– Oho, pewnie rura wydechowa pękła, bo zagulgotało głośno.
– Jedź za mną – powiedział Fin, odczepiając linę.
W garażu podniósł auto do góry i zaczęliśmy oglądać. Nic cholera się nie po-
psuło, tylko ta rura lekko pękła tuż przed tłumikiem. On zaspawał ją szybko i opuścił auto na dół.
– O! jedna żarówka od rejestracji się nie pali – spostrzegł Tadek.
Fin z lekkim uśmiechem na ustach wymienił żarówkę, mówiąc, że to są drobiazgi.
Spytałem go wtedy wprost, czy mógłby sprawdzić, w co jest grane z tym ogrzewaniem? Fin wsadził nos pod deskę rozdzielczą i coś tam zaczął grzebać. Następnie podniósł maskę, co trwało chyba dziesięć minut, i mówi, że teraz ogrzewanie powinno działać na 100%. Według niego dwie linki, które kieru- ją dopływ ciepłego powietrza, zeskoczyły z jakichś bolców i dlatego te suwaki w aucie nie działały prawidłowo. Podziękowałem mu za jego przychylność i gdy wyjechaliśmy z garażu po kilku minutach dmuchało gorące powietrze. Byliśmy zadowoleni, że wszystko skończyło się pozytywnie.
Pod koniec miesiąca przyjechała do Tadka Ula. Od razu kupili używane zimowe opony z kolcami, a letnie oczywiście włożyli do przyczepy. Dobrze, że kupili te opony, bo „Dziad” wysyła nas do góry, mianowicie do Joensuu.
Tutaj graliśmy poprzednim razem z Markiem w sierpniu w 1974 roku. Tym razem był nowy dyrektor, mianowicie bardzo miła kobieta. W drugiej restau- racji, PK w parku, grali znajomki z Łodzi – Zbyszek Gajewski z zespołem Rain- bow – dawni The Spiders. Oczywiście byliśmy ich posłuchać. Bardzo fajnie grali i śpiewali. Poza tym czas zleciał nam szybko.
216
Joensuu, marzec 1976, hotel Pielishovi
Gramy w Finlandii
Tutaj spotkaliśmy trzy polskie kapele, a wśród nich ponownie The Blue Birds. Stołowaliśmy się w dzień w mieście i tam odbywały się pogawędki. Muzyk z trzeciej kapeli opowiedział nam kawał o góralu.
Mianowicie jeden warszawiak dostał pozwolenie na broń i kupił sobie strzel- bę. Zadowolony wsiadł w pociąg i pojechał w góry, aby polować na zające. Minęły trzy dni i on nic nie upolował. Następnego dnia patrzy i oczom nie wierzy, w oddali wylądowało małe stado kuropatw. Przymierzył się i buum! Jedna kuropatwa za- strzelona leży na ziemi, a reszta pofrunęła. Warszawiak zadowolony podszedł i już chciał ją podnieść, gdy raptem zjawił się góral i przydepnął mu rękę nogą.
– To je moja kuropatwa.
– Niee, to jest moja kuropatwa – sprzecza się warszawiak.
Kłócili się jeszcze przez chwilę, aż w końcu góral zaproponował.
– No to na zmianę kopniemy się w jaja i ten, kto to przeżyje, weźmie kuropatwę,
dobra? – i nie czekając na odpowiedź dodał:
– Ja zaczynam.
Dał warszawiakowi strasznego kopa i warszawiak stracił przytomność. Ocknął
się po chwili i widzi, że góral nadal nad nim stoi. Wstając, pomyślał zadowolony, że teraz to on mu przyłoży.
Oulu, kwiecień 1976, Night Club Pomfelis
– Teraz moja kolej – powiedział krzywiąc się.
– Eeee, co ty, weź se te kuropatwę – powiedział góral i poszedł.
Wybuchnęliśmy śmiechem, aż kawa stanęła nam w gardle.
Reszta miesiąca minęła nam na próbach. Zrobiliśmy m.in. You´ve Got a Friend, ale zakończenie było w funkowym stylu, oraz odbiła nam siajba i zaaranżowa- liśmy She´s a Lady Toma Jonesa w wolnym tempie bluesa. Wyszło nam dobrze i graliśmy ją w tej wersji co wieczór. Kilka razy przyszła Danka ze Zbyszkiem posłuchać nas i podobała im się nasza wersja She´s a Lady, co skomentowa- li, że dość długo zastanawiali się, co to za znany utwór, ale nie mogli od razu wykapować.
– Ale z was świry, to wam się udało! – pochwalili nas po swojemu, dodając, że solo Witka było wyśmienite.
– Dziękuję, tylko po skończeniu sola już go nie ma! – odparł Witek.
– No to musicie to nagrać, nagrywać panowie! – podpowiedział Zbyszek.
Od tej pory magnetofon stał wieczorami na scenie i było nagrywane tak jak
leci.
Sporo tego nam się uzbierało.
Miasto znamy już na wylot, a także ludzi w sklepie muzycznym, gdzie Witek zakupił używany Phaser MXR-a. Pedał ten wspomagał leslie Yamahy. Jakimś sposobem udało mi się podłączyć go również na wokal. Na wolnych obrotach
Tampere, maj 1976, restauracja Myssy
217
Moje życiowe zwrotki i refreny
brzmiało to oryginalnie. Mieszkanie mieliśmy znowu w centrum. Oprócz nas mieszkał tam ponownie Zby- szek „Plamka” Szczepański z kapelą i oczywiście sypał kawałami jak z rękawa. Opowiedział trochę, jak mu się pracowało w Finlandii z Markiem i Bogdą (Bogda & Flowers) oraz że Tomek Król też przyjechał ze swoją kapelą The Drops, w której gra Paweł Swę- drak oraz Manu z agencji.
– A wieta co? W Łodzi ci co nie znają angielskie- The Drops w Finlandii go kojarzyli ich nazwę z cukierkami dropsy, ha, ha –
dodał „Plamka”.
Dowiedzieliśmy się kilku nowinek, a poza tym mieliśmy cały miesiąc wesoło.
Przechodząc któregoś dnia obok restauracji Kustaa Kolme, słyszymy jakieś po- grywanie na dziwnym soundzie syntezatora. Weszliśmy na piętro i w drzwiach patrzymy, a to bardzo popularny w Polsce gitarzysta próbuje gitarę na jakichś efektach. Gitara brzmiała mu jak synth. Wyszliśmy na ulicę i powiedziałem do Witka, że nawet takie sławy przyjeżdżają tutaj za chlebem.
– „Diabeł”, co się dziwisz. Ileż tych koncertów w miesiącu te gwiazdy mają? – No i mają wydatki, tak jak wszyscy inni.
Następnego dnia „Plamka” przyniósł wiadomość, że Maciej Czaj gra w Hyvin-
ce, w hotelu Rantasipi, z ludźmi z Warszawy. Oczywiście w niedzielę w połu- dnie wybraliśmy się tam, aby go odwiedzić. W Rantasipi w recepcji spytałem, gdzie mieszka orkiestra. Wychodząc przed hotel, spostrzegłem, jak Maciek po- wiewając swoimi długimi piórami idzie w naszą stronę.
– O! Jaka niespodzianka! – powiedział podchodząc.
– Cześć, ty artysta – zażartowałem.
Maciek uśmiechnął się i pyta, czym przyjechaliśmy. Pokazałem mu moją
toyotę.
– O! a tam stoi kapelmaistra volvo amazon, które kupił przed tygodniem.
Mówię wam silnik zdrowy jak dzwon.
– To w jakim składzie grasz teraz? – spytał Witek.
– Lecimy w trio z Tolkiem Wojdyną oraz Maćkiem Głuszkiewiczem z Warsza-
wy, który grał poprzednio w grupie Klan.
Weszliśmy do środka i poszliśmy do nocnego klubu. Maciek zapalił światło
i weszliśmy na scenę.
– Nowa restauracja, ale sceny nadal budują małe, zobaczta, jak my się tu
ściskamy.
Faktycznie na pianie Rhodesa leżały dwie klawiatury, a obok stał wzmacniacz
Roland Chorus. Bębny Maćka zajmowały jedną trzecią sceny. Włączył aparatu- rę, cmoknął w mikrofon i przeleciał po kotłach.
218
– Mam mikrofon w centralnym, to czuć ten dół, nie? – A zobaczta, kto mi się podpisał na przedniej skórze.
ARCHIWUM TOMKA KRÓLA
Nachyliłem się i Maciek nie czekając, dodał:
Gramy w Finlandii
– Sam Elton John! On ma kota na punkcie piłki nożnej i przyjechał do Hel- sinek na mecz z Anglikami. Po meczu był oczywiście bal w klubie Red Room, gdzie graliśmy, i on grał tam parę utworów na pianie. Poprosiłem go o autograf, a to że wybił kilka klawiszy Maćkowi to inna sprawa.
– Mam też zamocowanego Shura 57 pod werblem, tak że zbiera mi również hi-hat – i znowu zagrał kilka taktów.
– A ty Maciek też śpiewasz? – spytałem, widząc mikrofon na statywie za jego plecami.
– Sami wiecie, w trio każdy głos jest potrzebny.
Pogadaliśmy dobrą chwilę i Maciek z Witkiem powspominali trasę z Alibab- kami w Rosji. Na koniec Maciek dodał, że reperuje w wolnych chwilach ludziom różne elektroniczne rzeczy oraz auta. Około trzeciej pożegnaliśmy się, życząc mu powodzenia.
– Taka złota rączka z tego Maćka – podsumował go Witek.
Czternastego, w sobotę, była Eurowizja. Poprosiłem barmana, aby nagrał nam tę piosenkę, która wygra. Pierwsze miejsce zajęła angielska grupa Bro- therhood of Men utworem Save Your Kisses for Me. Fajna, będziemy musieli szybko spisać tekst i wziąć ją do repertuaru. W poniedziałek przyszła poczta od „Dziada”, jedziemy do Mikkeli. Zachwyceni tym wyjechaliśmy następnego dnia raniutko. Słoneczko świeciło i czuć było wiosnę. Tuż za miastem stanąłem zaspany na stacji benzynowej, aby zatankować benzynę. Po chwili Witek pyta ze zdziwieniem.
– „Diabeł”, a dlaczego ta pompa taka ciemna?
Spojrzałem i rzeczywiście, jest prawie czarna. Czytam zaspany, co na niej pisze. Diesel! Ooo! Cholera! Obudziłem się natychmiast i widzę, że wlałem do baku 15 litrów ropy! Poszedłem do cizia w kasie i pytam, czy to jest szkodli- we dla benzynowca? Według niego, jeśli doleję do pełna benzyny, to nic się nie stanie.
– Będzie trochę kopcił i to wszystko – powiedział.
Faktycznie, kopcił strasznie, jak stara lokomotywa. Mijający nas oglądali się zdziwieni. Dolewałem benzynę, gdy tylko spaliło się około 10–15 litrów, aby pozbyć się tego kopcenia. Załadowany pod dach, z przyczepką, zauważyłem, że auto coś słabo ciągnie pod górkę. Do Mikkeli było może ze 30 km i pręd- kość spadła do 40 km na godzinę. Wlekliśmy się niesamowicie i silnik praco- wał coraz głośniej. Po godzinnej męczarni dojechaliśmy pod restaurację, która leżała blisko znanej nam z pierwszej chałtury restauracji Pillinki.
Miejsce było bardzo miłe i fajnie nam się grało. Pamiętając, co Batin mówił na temat warsztatów samochodowych, że najlepiej znaleźć „złotą rączkę – pierd... czka” pod miastem to będzie taniej. Po kilku dniach zacząłem szukać jakiejś
Mikkeli, czerwiec 1976, hotel Seurahuone
219
– A inna, tańsza możliwość – spytałem.
– O widzisz, to niebieskie po prawej.
Moje życiowe zwrotki i refreny
„złotej rączki”. W końcu znalazłem. Według tego Fina, poszły pierścienie na jednym z tłoków i uszczelka pod głowicą, bo po odkręceniu korka w chłodnicy widać, że olej z wodą się zmieszał. Trzeba zrobić całkowity remont silnika, aby było tak jak trzeba.
Po chwili myślenia powiedział, że może wymienić pierścień na jednym cy- lindrze i uszczelkę za 350 marek, ale nie da gwarancji, jak długo reszta wytrzy- ma. Może przejedziesz 10 km, a może 100, tego nikt nie wie. Zgodziłem się i za- cząłem z Witkiem chodzić po sklepach z używanymi autami w poszukiwaniu samochodu na podmiankę. Gdy tylko znalazłem jakieś, które mi odpowiada- ło, to cena była za wysoka. A gdy cena była OK, to auto było za małe i bez haka. Po odebraniu toyoty z warsztatu zaparkowałem ją na zapleczu hotelu i nie ru- szałem. Dni mijały i nic konkretnego na samochodowym froncie się nie działo. Którejś nocy po graniu Witek wrócił po dłuższej przechadzce i mówi, że widział strasznie dupne auto na podwórku na przedmieściu.
– Stało tam też kilka innych normalnych aut, chyba są do sprzedania – dodał „Victori”, bo taką ksywę dostał.
Muszę przyznać, że Witek zaciekawił mnie tym „dupnym” autem. Następne- go dnia po obiedzie poszliśmy je razem zobaczyć. Gdy byliśmy może z 50 m od tej chaty, Witek zaczął pokazywać palcem, gdzie ono stoi.
Gdy podeszliśmy bliżej, zauważyłem, że na przednich kołach nie ma kapsli. Pierwsza plama, pomyślałem. Ale miało dość szerokie opony, dużo szersze niż moja toyota. Maska nad silnikiem jest strasznie długa, tylko dwoje drzwi, mały bagażnik, no i nie ma haka! Zakurzony jak cholera. Zaglądając przez szybę, widzę, że siedzenia i tapicerka jest biała. Ma sporo chromu na desce rozdziel- czej i na kierownicy. W środku kierownicy był widoczny taki malutki mustang i wajcha do zmieniania biegów też była chromowana w kształcie litery „T”.
– Te białe siedzenia wyglądają po zbóju – powiedział Witek.
– Choć zobacz, jak ono wygląda z przodu.
Przykucnąłem i widzę na wlocie powietrza do chłodnicy chromowanego mu-
stanga w galopie. Teraz było widać, że to bydlę jest szerokie. Przednia maska ma napis F O R D, a na niej pośrodku jakiś wlot powietrza. Zaczął mi się powoli podobać. Obeszliśmy dookoła i na bagażniku odczytałem rozrzuconymi litera- mi w chromie, M U S T A N G. Pośrodku między tylnymi światłami było chromo- wane kółko, na którym też był mały mustang.
Chodząc dookoła, zauważyłem następne drobiazgi w karoserii, za drzwiami przed tylnymi kołami były takie chromowane ozdoby jak skrzela rekina. Na przednich błotnikach nad dużą literą V chromowane cyfry 289.
220
– Weź pod uwagę – dodał Witek – że on jest nieumyty i niewypolerowany. – Ciekawe ile cizio za niego woła.
Ledwo to wypowiedziałem, gdy z tyłu usłyszałem:
– Terve! – wspaniałe, mięsiste auto, co wy na to chłopcy?
Gramy w Finlandii
Sprzedawca podszedł bliżej, nadal zachwalając mustanga i dodał, kto był poprzednim właścicielem. Przetłuma- czyłem szybko Witkowi, że podobno jest to auto basisty z grupy Hurriga- nes. To popularna fińska grupa rocko- wa, a ich pałker, Remu Altonen, wyglą- da jak cinkciarz z Bałut.
– To ile kosztuje ten zakurzony koń? Witold Piwoński i mustang – spytałem.
– To jest wspaniały mustang z 1965 roku i muszę dostać 11 500 marek – odpowiedział. – Wiecie, to jest rzadkość, że mustang ma manualną skrzynię biegów. Większość to automaty.
– Cholera, kupa szmalu Witek, ale raz się żyje, chyba się wpuszczę.
– No to walnij mi przy nim zdjęcie – poprosił Witek.
Spytałem Fina, czy jest zainteresowany wziąć na podmiankę moją toyotę
wagon, podając mu rocznik i trochę opisując, jak wygląda. Według niego nie było problemu, on ma właśnie kupca na tego typu auto. Spytałem ostrożnie, ile byłoby do dopłaty i czy można się przejechać nim kawałek. On musi najpierw zobaczyć moją toyotę i naprawić linkę od sprzęgła w mustangu, bo pękła. Ale tak z grubsza licząc byłoby gdzieś tak około 7500 marek do dopłaty. Daje mi piątkę za moją toyotę, dobrze. Ale to jest nadal dużo szmalu do dopłaty. Fin otworzył kluczykiem drzwi i wsiadł do środka. Podpompował gaz i przekręcił kluczyk. Jak ten silnik zagadał!
– Wyje jak samolot! – zachwycał się Witek.
Było to nie do opisania. Czegoś takiego jeszcze nie słyszałem, byłem na pewno uśmiechnięty od ucha do ucha. Powiedziałem Finowi, gdzie gramy i za- prosiłem go, żeby wpadł do nas wieczorem, to mu pokażę moją toyotę. Wraca- jąc, rozmawialiśmy tak, jakby mustang był już mój.
– „Diabeł”, ten mustang musi zasuwać jak rakieta i pociągnie przyczepę bez problemu.
Po dwóch dniach zjawił się wieczorem Fin. W przerwie wziąłem kluczyki i zeszliśmy na dół. Zapaliłem toyotę, modląc się, aby chodziła jak najciszej.
On wsiadł do środka, ponieważ wypił już jedno paukku (gorzałkę), to nie mógł się przejechać dalej, tylko po podwórku. Wcisnął sprzęgło i wrzucił je- dynkę. Spuszczając sprzęgło, trzymał jednocześnie prawą nogę na gazie i na hamulcu.
Za bardzo nie kapowałem, o co mu chodzi, jest lekko na gazie, pewnie nie wie co robi, myślałem. Gdy puścił sprzęgło całkowicie, auto zgasło. Nic nie mówiąc,
patrzyłem na niego pytającym wzrokiem.
221
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Sprzęgło jest dobre, zamieniamy – powiedział wysiadając.
W drodze do restauracji dowiedziałem się, że tak sprawdza się sprzęgło, czy się nie ślizga.
– Aha – przytakiwałem, ciesząc się, że mu się spodobało.
Przez cały następny blok byłem myślami z mustangiem. Do końca wieczo- ru rozmawiałem z Finem na każdej przerwie. Po kilku drinkach utargowałem jeszcze pięć stów z motywacją, że mustang nie miał oryginalnych kapsli. Umó- wiliśmy się, że wpadnę do niego jutro po południu. Następnego dnia zjawiłem się i mustanga już nie było. On zaciągnął go do znajomego, który ma warsztat w mieście, aby założyć nową linkę od sprzęgła. Potrwa to z dwa dni, bo musi zamówić ją z Helsinek. Jadąc jego mercedesem do śródmieścia, powiedziałem nieśmiało, aby opuścił mi może jeszcze trochę, bo będę musiał dorobić kołek. Po chwili milczenia Fin powiedział, że nie opuści mi dużo, ale cztery stówy może zbić, bo podoba mu się jak gramy. Resztę rozłoży na cztery miesiące. Uści- snęliśmy sobie dłonie i business został zaklepany. Przez następne dni chodzi- łem codziennie do warsztatu, sprawdzając, czy auto jest już gotowe. Maska była podniesiona, więc przyglądałem się silnikowi. Mechanik poinformował mnie, że silnik jest duży i mając około 200 koni, będzie pił więcej niż toyota. A ta cyfra z boku 289 to jest właśnie pojemność silnika po amerykańsku, w kubi- kach. Przeliczając to po naszemu, pojemność silnika będzie ponad cztery litry (4,7). Starałem się uświadomić sobie, ile to jest porównując do garbusa. Wyszło mi, że silnik w mustangu jest prawie cztery razy większy. Naprawa przedłuży- ła się do tygodnia. Nadszedł dzień, aby go odebrać. Skręcając z ulicy w podwór- ko, zobaczyłem od razu, że stoi już na zewnątrz i jest świeżo umyty. Wyglądał z daleka agresywnie.
– Ale rakietę żeś kupił – powiedział Witek, gdy stanęliśmy.
Po podpisaniu papierów do ubezpieczenia i umowy o spłacaniu rat, wymie- niliśmy się kluczykami. Na każdym był wygrawerowany mustang.
– Czy to jest oryginalny lakier? – spytałem.
– Niee, oryginalne są tylko czerwone lub białe – odpowiedział Fin. Wsiedliśmy z Witkiem do mustanga, drzwi były wielkie jak w stodole i po-
czuliśmy, że siedzimy prawie na asfalcie. Po odsunięciu foteli do tyłu, przycisną- łem dwa razy gaz i przekręciłem klucz. WOOOW! Bul, bul, bul...
Dodałem mu porządnie dwa razy gazu i poczułem, jak karoseria lekko się za- kołysała na prawą stronę. Wcisnąłem sprzęgło i chromowaną wajchą wrzuci- łem jedynkę. Spuściłem chyba za szybko sprzęgło, bo wyrwaliśmy do przodu z piskiem opon! Do ulicy było może z 20 metrów i nie wiedząc kiedy, znaleźli- śmy się na chodniku. Dałem, ile mogłem, po hamulcach i znowu opony zapisz- czały. Przechodzący ludzie przyglądali się nam. Czekałem kiedy ulica trochę opustoszeje. Silnik gadał jak w kilku traktorach naraz, tylko o oktawę niżej. W końcu ulica była prawie pusta i zadałem do lewa.
– Ale ma zryw, nie? 222
Gramy w Finlandii
– Ledwo co trącę gaz, a on daje takiego czadu, że czuję, jak mnie wciska w sie- dzenie – dodałem.
– Ma też miękkie zawieszenie – powiedział Witek.
Przytakując mu głową, spojrzałem na wskaźnik benzyny i strzałka stała prawie na E (pusty). Dojechaliśmy do przedmieścia i wjechałem na stację ben- zynową, bo nie wiedziałem, ile jest tej rezerwy. Zauważyłem, jak ludzie obcina- li moje auto. Poczułem się trochę dumny z mustanga. Gdy wysiedliśmy z auta, powstało pytanie, jak otworzyć wlew benzyny.
– Kluczykiem?
– A spróbuj przekręcić – domyślał się Witek.
Złapałem za to kółko pod bagażnikiem i czuję, że się rusza. Spróbowałem po-
ciągnąć trochę, ale nie idzie. Pokręciłem w lewo i udało się. Odetchnąłem z ulgą, byłaby plama pytać kogoś na stacji, gdzie się wlewa benzynę do mustanga.
Hallo! Słyszę, jak ktoś się śmieje... Czytelniku, my muzykanty, a nie mechani- cy! OK?
Według tego faceta z warsztatu, można jeździć na słabszej oktanów- ce, ale będzie najlepiej dla silnika, jak będę tankował 99-oktanową. Wlałem do baku 15 litów i poszedłem zapłacić. Wracając, przyglądałem się bryczce z zadowoleniem.
– Sprawdzę olej – i zacząłem szukać pod licznikiem wajchy do otwierania maski.
– W środku nie widzę.
Witek wysiadł i pochylony szukał ręką pod maską z przodu.
– O tutaj, po prawej stronie tego konia, popchnij do lewa tę wajchę – powiedział. Uniosłem maskę i zobaczyłem ponownie, ile tego towaru tam jest. Prawdę
mówiąc, to nie wiedziałem, co jest i gdzie. Wyciągnąłem ten drut od oleju i po wytarciu papierem i ponownym zanurzeniu okazało się, że poziom oleju jest ciut powyżej full, czyli w warsztacie dolali albo silnik jest ciepły?
– Chodź, przejedziemy się trochę za miasto, aby sprawdzić, jak on ciągnie – podpowiadał Wicio.
Wyjeżdżając ze stacji benzynowej, spojrzałem na wskaźnik benzyny, świeżo zatankowane 15 litrów ledwo co podniosło wskazówkę ponad E.
Po chwili na szosie dałem mu czadu, wdepnąłem w gaz do oporu i jak to poszło. Zmieniając z dwójki na trójkę było już ponad 120 na godzinę. Leciał jak strzała. Trzymałem odruchowo mocniej kierownicę, patrząc na środkową linię szosy. Muszę się przyznać, że tak szybko jeszcze w życiu nie jechałem. Przed- nie koła fruwały i gdy zdjąłem lekko nogę z gazu, silnik zagadał znowu baso- wym tonem. Spojrzałem na Witka, który trzymał się prawą ręką za klamkę bocznych drzwi, a lewą za siedzenie. Zawróciliśmy i grzecznie już podjecha- liśmy pod hotel. Przez następną godzinę czyściłem mustanga w środku i pole- rowałem chrom na zderzakach. Byłem baaardzo zadowolony z tej podmianki. Do końca miesiąca zostało nam tylko parę dni. Trzymałem kciuki, aby toyota
223
Moje życiowe zwrotki i refreny
wytrzymała. Ponieważ nie miałem haka w mustangu, Tadek z Ulą pociągnął przyczepę do Loviisy. Tam mamy grać w przyszłym miesiącu w hotelu Zilton.
W przedostatni dzień Witek wyczytał na jakimś plakacie w mieście, że w tu- tejszym liceum odbędzie się koncert jazzowy z Tomaszem Stańką i fińskim perkusistą, Edwardem Wesala. Poszliśmy oczywiście ich posłuchać. Wyszli na scenę w składzie Stańko, Tomasz Szukalski na tenor saxie, Wesala na bębnach, jakiś Pekka na kontrabasie oraz nieznany nam pianista. Mieli ze sobą kawałek papieru (prymkę), na którym był zapisany krótki temat, a reszta to były długie improwizacje. Grali free-jazz. Witek chodził w szkole na kontrabas i nie był za- chwycony grą fińskiego kontrabasisty, bo kiepsko mu szło w pozycjach kciu- kowych. Wesala trząsł dzwoneczkami i od czasu do czasu przywalił w chaina blachę. Trochę zawiedzeni, zamieniliśmy po koncercie kilka słów z Szukalskim i wróciliśmy do hotelu. Po ostatnim walcu spakowaliśmy się szybciutko i na- stępnego dnia rano wyruszyliśmy w trasę. Lipiec, słoneczko świeciło radośnie, zaczęło się lato na całego. Witek zaproponował, abym podjechał pod sklep Alko i kupił gorzałkę, bo według tradycji trzeba auto oblać przed pierwszą trasą. Ku- piłem więc pół litra Kossu (Koskenkorvaan Viina – fińska czysta wódka) i dali- śmy w rurę. Tuż za miastem zatrzymaliśmy się i obeszliśmy z Witkiem auta do- okoła, oblewając gorzałką każde koło, a na koniec sami wzięliśmy po naparstku i po przypaleniu papierosów na zagrychę daliśmy w drogę. Nie minęła chwila, gdy dogoniłem pierwsze auto i w mgnieniu oka wyprzedziłem je. Mustang miał niesamowite przyśpieszenie.
– Ale frajda!
Cała podróż minęła nam bez najmniejszego kłopotu i w wyśmienitym humo- rze dojechaliśmy do Loviisy.
Od naszego poprzedniego grania tutaj w lutym, nic się nie zmieniło. Tylko pod koniec pierwszego wieczorku mój wzmacniacz zaczął mocno trzeszczeć. Krę- ciłem potencjometrami z myślą, że zaśniedziały, ale nic nie pomagało. Z tych czterech lamp El-34, dwie świeciły dużo jaśniej. Przypomniała mi się chałtura w szkole, jak „Drut” siedział za moim wzmacniaczem i wymieniał lampy. Ale jak tu znaleźć kogoś. kto się na tym zna. I o dziwo, okazało się, że gospodarz hotelu reperuje trochę radia i telewizory. Popukał w lampy i powiedział, że gadają jak mikrofon i tę parę muszę wymienić, ale on nie ma takich lamp. Wsiadłem do auta i pojechałem do restauracji, w której w lutym grał Buda, aby spytać jego żonę, gdzie on teraz jest. Miałem szczęście, Rysiek wyjeżdża dziś po południu i jest teraz w domu. Wykręciła do niego i umówiliśmy się za godzinę. Gdy Buda się zjawił, to pierwsze, o co się spytał, to czyj jest ten niebieski mustang, co stoi na dole.
224
Loviisa, lipiec 1976, hotel Zilton
Dumny przytaknąłem Ryśkowi, że to mój. – Ile masz w nim garów? – zapytał.
Gramy w Finlandii
– Czego? – Odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
– No tłoków, to jest szóstka czy ósemka?
– Nie pamiętam dokładnie, ale z boku na przednim błotniku pisze 289.
– No to masz osiem garów kolego, na pewno 65. rocznik – zakończył Buda. Zna się na tym, pomyślałem. Następnie pojechaliśmy jego camaro do faceta
w mieście, który reperował mu wcześniej leslie i u niego znalazłem lampy. Wprawdzie używane, ale Fin gwarantował, że są dobre. Ile kosztowały? Za tę cenę kupiłbym w Łodzi całą siatkę. W drodze powrotnej spytałem Ryśka, czy nie zna jakiegoś warsztatu, gdzie mógłbym dorobić hak do auta. Rysiek spoj- rzał na mnie ze zdziwieniem.
– Hak do amerykańskiego sportowego auta będziesz dorabiał? Coś ty oszalał. – No, a jak będę ciągnął przyczepę? – broniłem się.
W hotelu po wymienieniu dwóch lamp wzmacniacz ucichł.
W następnym tygodniu podjechałem do poleconego przez Ryśka warsztatu
i przedstawiłem Finowi moją sprawę. Nie było problemu. Zrobi mi hak, ale do- piero w przyszłym tygodniu mają czas. Będzie kosztował około 300 marek.
Odpowiadało mi, bo piętnastego mieliśmy zaliczkę. Jak się domyślacie, to dużo nie mogłem zaoszczędzić z pensji, bo zawsze coś tam trzeba było doku- pić czy spłacić. W restauracji dni leciały normalnie i nic nadzwyczajnego się nie zdarzyło. Gdy odebrałem mustanga z kołkiem, spytałem, czy poprawiłby mi zawieszenie w przyczepie i zanitował błotniki. Zgodził się, więc wróciłem z przyczepą i po godzinie miałem wszystko OK. Zostało siedem dni grania. Po raz pierwszy będziemy mieli strasznie krótki przerzut, tylko 87 kilometrów. Jedziemy obok do Kotki. Załadowaliśmy przyczepę i z nowym kołkiem wyru- szyłem w trasę. Ujechaliśmy może połowę drogi, a Tadek z Ulą wyprzedza- ją mnie, machając intensywnie rękami. O co im chodzi? Zjechałem na pobo- cze i gdy wysiadłem, poczułem smród gumy. No ładnie! Mam przedziurawioną oponę w przyczepie. Flak jak trzeba. Otworzyłem z kłódek tylne drzwi i oczy- wiście gdzie jest zapasowe koło? Na samym przodzie przyczepy, cholera! Wy- ładowaliśmy pół sprzętu na szosę i wygrzebałem to koło. Lewarek od auta był trochę za niski, aby podnieść teraz wyższą przyczepę. Dawaj, szukamy na pobo- czu kawałka drewna lub dużego kamienia do podłożenia. W końcu znaleźliśmy dwa spore, płaskie kamienie. Śruby siedziały strasznie mocno, ledwo, ledwo udało się je odkręcić. Na dodatek w tej zapasowej oponie było za mało powie- trza i przez następne kilka kilometrów jechałem powolutku. Gdy dojechaliśmy do Kotki, okazało się, że ta krótka trasa trwała trzy godziny.
Restauracja leżała w centrum, przy rynku, na pierwszym piętrze. Ostatnio gra- liśmy tutaj rok temu. W tym miesiącu mamy codzienne granie, więc będzie dobry szmal. Po kilku dniach Tadek powiedział, że spotkał w mieście mieszaną kapelę fińsko-polską Leena & Paradox. Grają w kwartecie przez agencję Scan
Kotka, sierpień 1976, restauracja Seiska
225
Moje życiowe zwrotki i refreny
Show. Któregoś dnia Witek dostał paczkę od brata, a w niej butelkę szampana ze spirytusem w środku. Tego wieczoru po graniu zaczął dorabiać go z miodem. Sprawdzał co chwilę, czy jest OK.
– Dobre lekarstwo – pochwalił w końcu swoją mieszankę.
– A wieta co my w tym wojsku robiły? Chłopaki wykapowali, że babcia obok koszar, która handlowała gorzałką, bierze w zastaw zegarki i inne rzeczy.
Kupowaliśmy więc na rynku kradzione czy popsute tanie zegarki za grosze i zostawialiśmy je w zastaw, obiecując, że je później wykupimy. Minęło trochę czasu i babcia raptem nie chce już brać nic w zastaw, pokazując koszyk pełen zegarków.
– A słyszałem, że kaprale i inni robili z wami jaja.
– Taaa, mówię ci Andrzej, jaka to była dziecinada. Dobrze, że udało mi się załapać do orkiestry, to jakoś przeżyłem. Słuchajta, orkiestra musiała ćwiczyć nawet gdy padał deszcz, bo jak przyjedzie generał w czasie deszczu, to musimy przecież grać marsza! Ci na klarnetach to małe piwo, ale ja z tą wielką tubą się namęczyłem. Mam otwarty wentyl na dole, a wody nadal w tubie przyby- wa i jest coraz cięższa! Nie mówiąc już, że mundury wciągały wodę jak gąbka. Wojsko musi być gotowe w każdą pogodę!
– A co wyrabiali, gdy siajba im naprawdę odbiła? – kontynuował Witek. – Po apelu nocnym kapral szedł od sali do sali i gasił światło mówiąc:
– Wojsko, dobranoc! – My krzyknęliśmy chórem – Dobranoc!
– O! Wojsko nie śpi! Natychmiast zbiórka na placu apelowym! – rozdarł się. – My lecimy w kalesonach na plac i po okrążeniu biegiem budynków koszaro- wych wracamy na salę. Kapral po chwili otwiera ponownie drzwi.
– Wojsko, dobranoc! – A tu cisza, nikt się nie odważył odpowiedzieć.
– Cooo! Wojsko się obraziło! Natychmiast zbiórka na placu apelowym!
– Mówię wam cyrk! Mogę opowiadać o tym długo. To jest przerwa w życiorysie. Następnego dnia poszliśmy na miasto. Raptem słyszymy polską mowę.
O, proszę bardzo, polscy marynarze ze statku towarowego. Gadu-gadu i umó-
wiliśmy się, że może do nich wpadniemy po graniu. Powiedzieliśmy i tak zrobili- śmy. Pan kapitan zawołał kucharza i po chwili pojawiło się żarcie, gorzałka, czeko- lada i papierosy. Oj, jak wszystko smakowało w środku nocy. Około trzeciej rano ja i Tadek podziękowaliśmy za miłe przyjęcie i poszliśmy do chaty. Witek został jesz- cze chwilę. Następnego dnia spaliśmy do południa. Gdy się obudziliśmy Witka jesz- cze nie było. Siedzieliśmy już w restauracji na kawie i około osiemnastej zjawił się w końcu „Victori”! Oczka mu się szkliły i z lekkim uśmiechem powiedział:
– Słuchajta, ale jaja. Gdzieś tak o dziesiątej rano siedzę z kucharzem w kan- tynie, gdy nagle czuję, że płyniemy! O ku...wa, jak się przestraszyłem! W pierw- szej chwili myślałem, że będę musiał wskoczyć do wody i płynąć do brzegu, bo było widać jeszcze budynki w porcie. Całe szczęście oni zmieniali tylko miej- sce w porcie i po półgodzinnym dobijaniu stanęliśmy przy innej kei, dalej od miasta. Musiałem zasuwać kawał drogi piechotą – zakończył Witek.
226
– Zobacz, ale mają fajne kapsle na kołach – powiedział Witek.
Gramy w Finlandii
Szczerze się z Tadkiem uśmialiśmy. Tego samego wieczoru poszliśmy jeszcze raz na statek, ale tym razem wróciliśmy wcześniej do chaty. Innym razem idąc do księgarni po koperty, zobaczyłem plakat, że w Turku na Ruisrock gra SBB Józefa Skrzeka (Silesian Blues Band). To oni też znaleźli się w Finlandii. Szesna- stego, po graniu, wyciągnąłem połówkę ze statku schowaną na moje urodziny i postawiłem chłopakom po drinku. Tadek dość szybko poszedł do siebie, a ja z Witkiem cyknęliśmy jeszcze po jednym. Raptem Witek mówi, że Tadek roz- mawiał z tym Jurkiem z kapeli Leena & Paradox i dostali propozycję, aby obaj doszli do Paradoxów. Zaskoczony, wysłuchałem Witka do końca. Nic nie jest wieczne... taki kompot się szykuje, przeszło mi przez myśl.
– Hmm, następny rozwód – i dodałem, że nikogo siłą nie zatrzymuję, ale żeby nie myśleli, że „Dziad” pozwoli im tak łatwo na zmianę agencji. Z tego co słysza- łem, to trzeba zjechać do Polski. Spytałem go, czy się już zdecydował? Witek po- głaskał palcami wąsy i powiedział, że jakoś tak to wyszło.
– To od kiedy?
– Nie wiem, bo Jurek to załatwia.
Podziękowałem mu za szczerość i w nocy miałem myślówę. Na potwierdzenie
tego po kilku dniach wpadł na ostatnią godzinę Jurek, pewnie aby posłuchać ich po- nownie w akcji. Ponieważ Tadek nie wspomniał o tym ani słowa, ja udawałem, że nic nie wiem. Pod koniec miesiąca przypłynął następny polski statek. Potem usły- szeliśmy, że pałker z innej kapeli kupił sporo spirytusu i wyniósł wszystko naraz w pokrowcu od bębna centralnego. Miał szczęście, bo jakby celnicy go dorwali, to za spirytus, traktowany w Finlandii jako narkotyki, poszedłby do kicia. W ostatnią niedzielę pojechałem z Witkiem na statek, aby kupić fajki. Zjedliśmy w kantynie trochę polskiej kiełbasy i kapitan dał nam po bombonierce Wedla. Oczywiście ku- piliśmy skromnie po połówce wyborowej. Wracając, spotkaliśmy na skrzyżowaniu w centrum takiego samego mustanga jak mój, tylko że ten był czerwony. W środku siedziało chyba z sześciu Finów i przez okna wykrzykiwali coś głośno.
Spojrzałem i rzeczywiście, w kapslach było pełno szprych jak w rowerze, a w środku czerwone kółko z symbolem mustanga.
– Poczekaj chwilę – powiedziałem i wyszedłem, udając się w ich stronę. Nachylając się do okna kierowcy, spytałem:
– Moika, sprzedasz mi kapsle?
W tej samej sekundzie usłyszałem z tylnego siedzenia:
– Zamienimy tylko za wódkę, jak masz.
– Poczekaj – i wróciłem do auta. Wyjąłem spod siedzenia pół litra wyborowej i pokazałem im flaszkę.
Kierowca wyciągnął długi śrubokręt. Odhaczył kapsle, które ja szybko wrzu- ciłem do bagażnika. Wsiadając powiedziałem, że szczęście mi dopisało, bo go- rzałkę można zawsze kupić ponownie, a takie kapsle to gdzie? Po dojechaniu pod chatę wyciągnąłem je i założyłem na koła.
227
– O! teraz to wygląda rajcownie – pochwalił Witek.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Nadszedł koniec grania. Na następny miesiąc jedziemy do Lieksy, tam grali- śmy już w 1974 z Markiem. Po około 500 km jechania dotarliśmy na miejsce.
Zatrzymując się przed restauracją, zaciągnąłem ręczny hamulec (był umiesz- czony po lewej stronie pod deską rozdzielczą), a w ręku została mi tylko pla- stikowa rączka. Pękła skubana. Zaczynają się niespodzianki. Przyjrzałem się dokładniej i widać było, że kiedyś była już klejona. Hmm. Następnego dnia ku- piłem na stacji benzynowej mały kit z włóknem szklanym i skleiłem ją.
Lieksa, wrzesień 1976, restauracja Kaatrahovi
Restauracja była po remoncie i scena teraz była podwyższona. Na pierwszej próbie zaczęliśmy z Witkiem kombinować, jak by tu podłączyć dodatkowe mi- krofony, aby nagrać się stereo. Wykombinowałem kablami jakiś rozgałęźnik i udało się. Po graniu wysłuchaliśmy na moim kasetowcu i o dziwo wszystko słychać i jest dobry balans. Następnego dnia kupiłem trzy nowe kasety i wie- czorem znowu nagrywaliśmy jak szło. Po chałturze siedzieliśmy do późna i słu- chaliśmy naszych wypocin. Podobało nam się to, co słyszymy. (Mam te ory- ginalne nagrania do dzisiaj. Zabytek.) W ostatnim tygodniu zadzwonił Maciek Czaj mówiąc, że oni zjeżdżają na następny miesiąc do Polski i pyta gdzie my wtedy gramy.
– Gramy w Järvenpää, blisko Helsinek – powiedziałem.
Maciek zapytał, czy mógłby się z Ewą u nas przekimać jedną noc. Oczywiście.
Restauracja znajdowała się na pierwszym piętrze, nad sklepem Kauppahalli. Mieszkanie mieliśmy w tym samym domu dwa piętra wyżej. Następnego dnia przyjechał Maciek z Ewą. Od autobusu taszczyli bębny i walizy. Maciek wysłuchał nas w pierwszym bloku i zmęczony poszedł z Ewą spać. Po graniu siedzieliśmy długo, opowiadając, co się wydarzyło w poprzednich miesiącach. Myślałem, że się posikam, gdy Maciek opowiedział, jak żona jakiegoś muzyka poszła w drugi dzień pobytu w Finlandii sama do sklepu po zakupy. Podobno było to tak. Cizio spał rano po chałturze, ale żona męczyła go, żeby wstał, bo chce iść na miasto zobaczyć sklepy. Facet dla świętego spokoju dał jej stówę i powiedział, aby poszła sama. Ceny są napisane, wszędzie samoobsługa i jak nie weźmie więcej niż za sto marek, to w kasie wydadzą jej resztę. Ona ubrała się i pobiegła. Nie minęło może z piętnaście minut, gdy przyleciała z powrotem zziajana i budzi chłopa, mówiąc:
Järvenpää, październik 1976, restauracja Sonatti
– Wstawaj, wstawaj, na dole w sklepie rzucili szynkę i nie ma wcale ludzi, ja kupiłam trzy, chodź szybko, bo może braknąć!
Uśmialiśmy się, ale cóż, każdy z nas dał na początku jakąś plamę. Następne- go dnia załadowaliśmy cały ich dobytek do przyczepy i odwiozłem ich do Hel- sinek. W porcie spotkałem basistę z kapeli Maćka. Po powrocie wpadłem do banku i zapłaciłem ostatnią ratę za mustanga.
228
Gramy w Finlandii
– Teraz jest już mój! – wykrzyknąłem wychodząc.
Wsiadłem z dumą i po przekręceniu kluczyka usłyszałem WRUUOOOM! Dałem w gaz, aż opony zapiszczały. Znowu radocha!
W połowie miesiąca Tadek zameldował mi, że od grudnia on i Witek odcho-
dzą do Jurka.
Hmm, graliśmy ze sobą ponad 9 lat. W kilka sekund przeleciał mi w pamię-
ci cały film, jak to zaczynaliśmy u Igora w sypialni na Pietrynie. Ale cóż, money talks, but life must go on! Bez komentarzy zaproponowałem, że mogę odkupić jego połówkę z aparatury wokalnej. Następnego dnia pojechałem do agencji przedstawić „Dziadowi” sytuację, że od grudnia 1976 The Vox Remedium Band już nie będzie istniał. Hakulinen nie był z tego zadowolony, pomrukiwał pod nosem, że ma dla nas zaklepane miejsca na przyszły rok do kwietnia i zawołał agenta Turkka.
– Jaakko tuu tänne! (Jaakko chodź tutaj!).
Turkka wszedł i powtórzyłem mu, że jestem wolny od grudnia, bo kapela mi się rozpada. Jaakko obiecał, że coś tam się dla mnie znajdzie i dodał:
– A twoi koledzy, niestety, będą musieli zjechać do Polski. Taką mamy umowę z Pagartem.
Wychodząc dowiedziałem się, że na następny i ostatni miesiąc jedziemy do Pieksämäki. Nasz ulubiony dyro, Eero Eloma, dał nam re-kontrakt.
O, przynajmniej jedna pozytywna wiadomość na zakończenie. Domyślam się, że chłopakom to miejsce nie przypasuje, bo będą mieli daleko do promu. Wyko- rzystałem czas w Helsinkach i wstąpiłem z rozpędu do agencji Tom Hertell Bo- oking i do Scan-Show Oy, zadeklarować się również u nich, że jestem od grudnia wolny. Wpadłem też na giełdę. O, słychać polską rozmowę. Podszedłem do sto- lika i przedstawiłem się, mówiąc, że gram w The Vox Remedium w Järvenpää.
– Andrzej Czernicki – odpowiedział kolorowo ubrany chłopak z czarną, długą czupryną.
Obok siedział jego kolega, którego imienia nie pamiętam. Z dalszej rozmowy dowiedziałem się, że Andrzej jest perkusistą i obecnie też nie ma roboty. Dodał, że The Blue Birds, czyli kapela Batina, zmieniła skład. Mianowicie Danka i Zby- szek Kmiciński odeszli.
– Oho.
– Batin ma teraz nowego pianistę, Arthur Kraśko się nazywa.
Dalej dowiedziałem się, że Andrzej Puszkarzewicz gra teraz z Finami w Hel-
sinkach w restauracji Vanha Robert. Wysłuchałem tych wiadomości i przed po- żegnaniem dodałem, że moja kapela gra ostatni miesiąc. Andrzejek podniósł brwi i duknął:
– Co ty mówisz! – wielka szkoda, bo słyszałem o was dobre słowa. – Daj cynę dalej, że jestem wolny i szukam roboty, OK?
– Masz załatwione!
– No to cześć.
229
Moje życiowe zwrotki i refreny
Auto miałem zaparkowane na Lönnrotinkatu, na postoju idąc w górę od giełdy. Zmarznięty wskoczyłem do środka i przypaliłem fajkę. W tym mustangu czułem się jak w domu. Bo to był mój „dom”. Po powrocie zameldowałem chłopakom, gdzie gramy w przyszłym miesiącu, a na przerwie zadzwoniłem do dyrektora Eero i spytałem, czy jest OK jeśli przyjedziemy w „zwiększonym składzie”?
– Zapraszam ciebie i twoją gromadę. Do zobaczenia Andre! – usłyszałem.
Do tych małomównych Finów trudno na początku dotrzeć, ale gdy się zazna- jomi z nimi dobrze, są wtedy wspaniałymi kolegami i przyjaciółmi! W przed- ostatni dzień zauważyłem, że do chłopaków przyszły szare koperty z agencji. Później Witek powiedział mi, co „Dziad” napisał. Mianowicie poinformował Pagart o sytuacji i oni muszą wyjechać w grudniu z Finlandii.
– Jeśli Jurek tego nie odkręci, to będzie plama – zakończył Witek.
Jesienne dni były już coraz krótsze i wcześnie robiło się ciemno. Światła w mustangu były takie sobie i w kiepską pogodę nocą musiałem się wpatrywać w drogę. Widząc, że nawet volvo i inne auta mają dodatkowe światła z przodu, zafundowałem sobie dwa, duże jak głowa, dodatkowe światła marki Cibie. Pa- miętając spalony kontakt w garbusie, podjechałem do warsztatu, aby mi je po- prawnie podłączyli. Nooo i teraz to ja przepraszam, szpilkę widać na szosie!
Ostatni przerzut Witek pojechał już z Tadkiem i Ulą ich fiatem, a ja ciągnąłem przyczepę z instrumentami.
The Vox Remedium – ostatni miesiąc współpracy Pieksämäki, listopad 1976, Hotel Savonsolmu
Gdy tylko wszedłem do recepcji, wybiegł z biura Eero i uściskał mnie serdecznie.
– Morjens kaveri! (cześć kolego!) – powiedział z uśmiechem.
Od razu zaprowadził mnie do restauracji, pokazując, jak jest odremonto- wana. Sufit był udekorowany aluminiowymi rurami o półmetrowej średnicy i różnej wysokości. Przypominało to pomnik Sibeliusa w Helsinkach. Scena była w rogu, obok wejścia do kuchni. Pochwaliłem, że nareszcie porządna scena. W rogu stał box dla DJ-a. Wszystko było świeżo pomalowane. Po wyładowa- niu gratów z przyczepy i po posiłku Eero pokazał, gdzie jest chata w mieście. Oni mają tam drugą restaurację w centrum i nad nią kilka pokoi dla persone-
lu. Dostaliśmy trzy pokoje i możemy wybierać, gdzie chcemy jeść pierwszy posiłek: na dole albo w hotelu. – W pytę, można zjeść dwa razy, tu i tam – ucieszył
Andrzej Janczak i dyrektor hotelu Savonsolmu Eero Eloma
blemu. Zawiesiłem ją na tylnej ścianie i podłączyłem za nią żółtą lampę Philipsa 100 W. Efekt był dobry, jakby słońce za nami migało. Mimo że to był nasz
230
się Witek.
Na drugi dzień znalazłem u gospodarza w hotelu
dużą zieloną płytę z pleksi.
Spytałem, czy mogę ją wziąć na scenę. Nie było pro-
ARCHIWUM AUTORA
Gramy w Finlandii
ostatni miesiąc współpracy, podłączyłem moje kolorowe światła, które skon- struowałem wcześniej. Nie mając sterownika, po prostu zwierało się końce kabli (220 V) pod kawałkiem sklejki, a między nimi był kawałek gąbki, aby się podno- siło. Przecież i tak tupiemy do taktu, to mogę tupać na sklejce i migać światłem. Mało tego, Tadek walił w stopę i hi-hat, więc umieściłem również i tam kable do dwóch reflektorów. Jak walnął w centralny, to paliło się czerwone, w hi-hat – niebieskie, a pod nogą miałem żółte. OK, trochę było słychać trzaski w głośni- kach, co jest uwiecznione na niektórych nagraniach, ale był light-show! Wieczo- rem, po pierwszej przerwie, Tadek zaczął przestawiać swój statyw od mikrofo- nu i szukając miejsca na nogi, wepchnął przez pomyłkę jedną z nich w hi-hat między drutami od światła (220 V). Prąd go pieprznął, aż iskry z hi-hatu pole- ciały! Tadek cały wstrząśnięty puścił statyw i prawie że wywalił się ze stołka. Dym z włosów mu nie poleciał i całe szczęście, że nic mu się nie stało! Wyłączy- łem wszystko natychmiast. Tadek na przewie nie był zadowolony. Na tym się skończył ten show ze światłami. Po kilku dniach wpadło mi do głowy, żeby wy- mówić umowę z Pagartem. Kasują szmal, i za co? To tylko od nas i agenta zale- żało, czy mamy dalszą pracę. Oni nie mieli w tym żadnego aktywnego udziału. Tego samego wieczoru po graniu napisałem wymówienie. W sobotę podczas obiadu dowiedziałem się od Eero, że wieczorem będzie występował w jednym bloku Junnu Vainio. On napisał sporo tekstów do popularnych piosenek. Po za- liczce, piętnastego, wstąpiłem do sklepu Anttila i zobaczyłem, że mają przece- nione płyty. Były po 3,90, taniocha. Znalazłem Chicago, Melanie Jackson, Lou Rawls i Santanę. Wracając piechotą do mieszkania, zauważyłem, że niektóre auta jeżdżą już na zimowych oponach. My śpimy do południa, ale rano pewnie są już przymrozki. Uświadomiłem sobie, że nie mam zimowych opon. Następ- nego dnia spytałem portiera w hotelu, gdzie można tanio dostać opony. Za jego poradą pojechałem w jedno miejsce i znalazłem w dobrym stanie cztery sze- rokie, używane opony z kolcami za 240 marek z założeniem i balansowaniem. Cztery dni przed końcem miesiąca było już pewne, że Jurkowi z Paradoxów nie udało się załatwić dla chłopaków pozwolenia na pracę. Tak jak przewidywa- łem, Tadek i Witek muszą zjechać. Natomiast w recepcji czekała na mnie wia- domość. Był to telegram z agencji Tom Hertell, w którym proponują mi pracę od pierwszego grudnia w Porvoo, w restauracji-sanatorium Haikon Kartano. Mam grać w duecie z jakimś organistą Edwinem Krauze. Nie znam go, ale co, naj- ważniejsza jest robota. Zadzwoniłem natychmiast i dowiedziałem się, że grania jest tylko trzy dni w tygodniu. Oczywiście podziękowałem za miłą wiadomość i obiecali wysłać kontrakt do Porvoo, dodając:
– Jest to drogie miejsce, gdzie przychodzą bardzo zamożni biznesmeni i mu- sicie tam grać dość cicho, w marynarkach z krawatem lub muchą.
Nazwali nas Andre & Edwin Entertainment. Nieźle wymyślili. Idąc do kuchni pomyślałem, że jakiś anioł nade mną czuwa. W sali jadalnej siedział Witek i pił kawę. Oczywiście nie mogłem zachować tej nowiny dla siebie i powiedziałem:
231
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Wiesz co, dostałem właśnie robotę na grudzień przez Toma Hertella. Będę grał w luksusowej restauracji w Porvoo.
Trochę zadowolenia trzeba przecież mieć, nie?
The Vox Remedium gra ostatni wieczór, który zleciał mi niesamowicie szybko, byłem jak w transie. Po valomärkkach The Vox Remedium zagrało ostatnie takty. Wyłączyłem wzmacniacze i schowałem bas i teksty do futerału. Chłopaki zaczęli się też pakować w milczeniu. Smutne są te rozstania.
Tutaj chciałbym podziękować Zbyszkowi Nowakowi (Danny Novak) za odstą- pienie mi w 1972 roku nazwy Vox Remedium. Może w przyszłości pojawi się ona w innej konstelacji.
Następnego dnia rano spadł śnieg, i gdy przyszedłem do hotelu, zauważyłem idąc do kuchni, że na scenie stały już tylko moje graty. Chłopaki pewnie poje- chali już w nocy. Po kawie z papierosem załadowałem mój dobytek do przycze- py. Poszedłem do dyrektora podziękować za ten miesiąc z nadzieją, że kiedyś się jeszcze spotkamy.
– Jesteś zawsze mile widziany – odpowiedział z uśmiechem.
Nie śpiesząc się, jechałem z dziwnym uczuciem. Po tylu latach współpra- cy z chłopakami jestem teraz sam. Dojechałem do Porvoo, była może godzi- na osiemnasta. Z głównej drogi nie było widać tego Haikon Kartano. Leżało z 400 m w lesie. Podjechałem pod drzwi wejściowe i teraz zauważyłem, że to miejsce nie jest tanie. Po obu stronach wejścia paliły się znicze i wielkie ma- sywne drzwi wyglądały jak u jakiegoś barona.
Andre & Edwin Entertainment
szedłem do środka i usłyszałem w oddali organy. Przywitałem się Wz recepcjonistką i wszedłem na salę. Stanąłem i rozglądam się. Po lewej stronie był dość szeroki taras, na którym siedział ten organista. Restauracja jest kilka schodów w dół, wyłożonych dywanem. Na ścianach wiszą duże obrazy w grubych ramach, a na suficie ogromne kryształowe żyrandole. Całość sprawia wrażenie, że za chwilę wejdzie baron ze służącymi i zacznie się
Porvoo, grudzień 1976, restauracja Haikon Kartano
bal. Ale tu szmalu w tych obrazach, pomyślałem i udałem się w stronę organisty. – Andrzej Janczak – przedstawiłem się.
– Edwin Krauze – i podaliśmy sobie dłonie.
W kilku zdaniach, dowiedziałem się, że jest ze Szczecina i jest w Finlandii
dziewięć miesięcy. Z żoną Finką mieszka w Viitasaari. Do Porvoo podrzucił go paketem brat żony, bo on ma tylko małego fiata. Edwin zrobił na mnie wraże- nie spokojnego i schludnego faceta. Pomógł mi wnieść graty i po podłączeniu aparatury wokalnej poszliśmy coś zjeść. W kuchni panowała taka atmosfera, jakby babcia przed świętami przygotowywała różne smakołyki dla całej rodzi- ny. Czego tam nie było! Skojarzyło mi się to z weselem na wsi. Starsze babcie z uśmiechem podały nam wspaniałą zupę grzybową z żółtych kurek i bardzo pulchnego i smacznego wienersnitzla. Tak dobrego jeszcze nie jadłem. Na deser było po kawałku kawowego tortu z kawą. Smakowało! Najedzeni po uszy wal- nęliśmy się na fotele w hallu, aby przepalić.
Dookoła była cisza. Nie było słychać żadnych krzyków i trzaskania drzwia- mi, tylko lekki szum powietrza z klimatyzacyjnego filtra. Pytając Edwina o to i tamto, dowiedziałem się, że jego żona
jest w ciąży.
– Słuchaj, odegramy pierwszy wie- czorek w większości standardami, aby nie wystraszyć zamożnych gości – zaproponowałem.
– OK, nie ma sprawy.
Po uprasowaniu białej koszu-
li i spodni, założyliśmy muchy i teraz
przydał mi się zakupiony garnitur. Haikon Kartano
233
Moje życiowe zwrotki i refreny
W sali były zajęte tylko dwa okrągłe sto- liki i w przyciemnio- nych światłach prawie nie było nas widać. Ledwo co zdążyłem za- łożyć bas, gdy pode- szła uśmiechnięta kie- rowniczka sali, mówiąc półszeptem:
Ja w Haikon Kartano ło. Graliśmy napraw-
dę strasznie cicho, bo każde moje chrząknięcie wydawało się głośniejsze. Przyglądając się na jego Szpineta i drewniane Leslie 122, spytałem, jak długo on to ma, bo wygląda jak
nowe.
– Niedawno kupione – odpowiedział.
Starając się nie rozmawiać na scenie, przegraliśmy pierwszy blok. Gdy scho-
dziliśmy na zaplecze, zadowolona kierowniczka sali kiwała z uśmiechem głową. – Pewnie było dobrze – powiedział Edwin.
Grania było jak kot napłakał, cztery bloki i o w pół do pierwszej był koniec.
Przez cały wieczór tylko jedna para zatańczyła wolniaka Love Story.
Ja zaśpiewałem chyba trzy razy i to same wolniaki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio grałem tak lekką chałturę. Po graniu wyjąłem z aktówki mój notes i podliczyłem, ile to ja muszę zapłacić tej ostatniej prowizji do Pagartu. Wyszło około dwa i pół tysiąca marek! Tyle szmalu, i za co? Mam nadzieję, że jest to ostatni raz. Następnego dnia obudziłem się około dwunastej wyspany jak anio- łek. Edwina już nie było. Po obmyciu się, poczłapałem do kuchni. Bardzo miłe
babcie podsuwały pod nos kanapki i świeżo upieczone ciasto do kawy.
Edwina nigdzie nie mogłem znaleźć, widocznie poszedł do miasta. Dzisiaj był czwartek i mieliśmy wolne. Wziąłem ze sobą kawę i walnąłem się na fotel
w auli, patrząc na telewizję.
Po chwili usiadła obok mnie jedna z kelnerek na papierosa. Od niej dowie-
działem się, że przed nami grał tutaj pianista. Pomyślałem od razu, a może to 234
– Czy możecie zagrać na początku tylko roz- rywkową muzykę po cichu, dziękuję.
Edwin nabił i pole- cieliśmy z kapelusza w bossa novę Tea for Two. Teraz znowu kle- zmerstwo się przyda-
ARCHIWUM AUTORA
Andre & Edwin Entertainment
był Jurek Bożyk. Ale chyba nie, bo ten, co tutaj grał, mówił płynnie po szwedz- ku, powiedziała.
– A jaka porukka (ludzie) tutaj przychodzi poza tymi bogaczami – spytałem. – Tylko bogaci i to bardzo bogaci – odpowiedziała.
Po chwili zjawił się Edwin, był w mieście i kupił kilka kartek świątecznych. – O! właśnie – ja też muszę kupić.
Następnego dnia przyszedł kontrakt od Hertella, w którym były wyszcze- gólnione dni pracy. Była to robota w kratkę. Środy, piątki i soboty, reszta ewentualnie.
W święta wolne wieczory, ale w drugi dzień było granie matiné do kotleta. Święta są podwójnie płatne.
– O fajnie! – ucieszył się Edwin – będę mógł pojechać na Wigilię do domu. Nie pasowało mu tylko granie matiné w drugi dzień świąt.
– Ja mogę obskoczyć te dwie godziny sam – zaproponowałem.
Edwin poszedł do telefonu podzielić się wiadomością z żoną. Następnego
dnia pojechałem do miasta kupić pocztówki i zobaczyć, czy grają tutaj jacyś znajomi. Dookoła rynku było prawie samo stare budownictwo, oprócz sklepu Tavaratalo, gdzie na piętrze była restauracja. Z nazwy grającego tam zespołu wywnioskowałem, że to muszą być Finy.
Przez następne dni czuliśmy się w robocie jak artyści, goście bili nam częściej brawa niż tańczyli. A za specjalne życzenia płacili niezłe boki. Pan Anttila, który był właścicielem sieci sklepów, dawał najlepsze. Nasze twarze zrobiły się jesz- cze radośniejsze piętnastego, gdy dostaliśmy zaliczkę z agencji. Były to najwyż- sze stawki, jakie do tej pory mieliśmy w Finlandii. Zadowoleni, postanowiliśmy pojechać w niedzielę do Helsinek do kina i wpaść przy okazji na giełdę. W nie- dzielę pospaliśmy znowu prawie do dwunastej i po zjedzeniu ze świąteczne- go stołu w restauracji wybraliśmy się do Helsinek. Śnieg lekko prószył i było pochmurno.
Podjechałem pod stację benzynową i zatankowałem 20 litrów benzyny, do- kładnie sprawdzając automat. Tego diesla w toyocie nie zapomnę! Do Helsi- nek było tylko 50 kilometrów. Zaraz za miastem Edwin jakby miał trochę stracha, słysząc bulgot silnika. Zaczął
Ja z mustangiem
przezornie opowiadać o różnych sytu- acjach na drodze, dzieląc się ze mną po- radami i ostrzeżeniami. Na przykład, aby nie wjeżdżać w duże kałuże po deszczu, bo nie wiadomo, jak głęboka jest dziura itp. Mówił dalej, że nie zabiera autostopo- wiczów, cholera wie, ilu ich tam w rowie leży. Jadąc tak około 80 kilometrów na go- dzinę, wyjechaliśmy na autostradę, która ciągnęła się już do samych Helsinek.
235
FOT. EDWIN KRAUZE – ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Jeszcze z piętnaście minut i jesteśmy w centrum – powiedziałem.
Przypalając papierosa, zerknąłem w tylne lusterko i zobaczyłem jak świa- tła jakiegoś auta zbliżają się w szybkim tempie. Po chwili to auto minęło nas i Edwin powiedział, że saaby mają przedni napęd i zimą nie wpadają tak łatwo w poślizg. Domyśliłem się, co chce przez to powiedzieć – „jedź wolniej”.
Aby go odprężyć, spytałem, gdzie są teraz jego koledzy z kapeli. Grali w trio, ale dwóch wróciło do Polski i dodał, że poznał inną kapelę, która zabrała z Fin- landii masę zapasowych części do volkswagena paketa, który stale im się psuł.
– Wiesz co, oni najchętniej grzebali całymi dniami w silnikach, zamiast robić próby.
– Tak, słucham cię – bąknąłem trzymając mocniej kierownicę, bo prawe koło załapało trochę o pobocze.
– Stary, słyszałem, że oni przywozili z purkamo (złomowisko samochodów) prawie całe silniki od volkswagenów i na stole w pokoju hotelowym repero- wali je dzień i noc. Podobno byli upieprzeni w oleju i z pokaleczonymi palcami wyglądali jak, ach, szkoda gadać. Chyba nawet między utworami gadali o silni- kach. Teraz pewnie otworzyli sobie jakiś warsztat w Polsce – zakończył Edwin.
Zrobiło się już porządnie szaro i ja trzymałem się cały czas prawego pasa, bo śnieg w światłach ograniczał widoczność. Wpatrywanie się w szosę było mono- tonne, gdy raptem Edwin powiedział podniesionym głosem:
– Zwolnij, zwolnij!
– Zobacz z przeciwka ktoś wpadł w poślizg i wjechał w śnieg między pasami! Edwin prawie wciskał nos w przednią szybę. Zdjąłem nogę z gazu i lekko przy-
hamowałem, czując natychmiast jak mnie lekko zarzuciło. Wyprostowałem auto i nadal pompując ostrożnie w hamulec, zwolniłem. W tylnym lusterku pojawiły się znowu światła. Zerknąłem na przód i widzę, jak z małego auta ktoś wysiadł i poty- kając się w zaspach śniegu, zbliża się do naszego pasa. Włączyłem prawy migacz, znowu przyhamowałem porządnie i miałem nadzieję, że to auto z tyłu zauważy mój migacz i też zwolni. Zmieniając błyskawicznie spojrzenie z tej osoby w rowie na tylne lusterko, widzę jak światła tego auta z tyłu przesunęły się na lewy pas i zbliżają się nadal w szybkim tempie. Za chwilę mnie minie, pomyślałem. Przeje- chałem trochę zygzakiem może ze sto metrów i w tym momencie minęło mnie to auto z lewej strony. Zobaczyłem, jak śnieg zawirował w moich światłach i przez se- kundę była tylko biała ściana. Gdy zobaczyłem tylne światła tego auta, było ono już ze 100 metrów przed nami. Jednocześnie coś ciemnego przeleciało ponad dachem tego auta i robiąc woltę w powietrzu, upadło na lewy pas autostrady, wydając głuchy dźwięk, jakby ktoś tupnął w podłogę. Auto z przodu zaczęło gwałtownie ha- mować, zarzucając na boki. W ułamku sekundy uświadomiłem sobie, że ta osoba z rowu została potrącona! Auto z przodu nadal tańczyło po obu pasach autostrady. Śmierć na miejscu! – przeleciało mi przez głowę.
W końcu zatrzymałem się, byliśmy może kilka metrów za osobą leżącą na brzegu szosy.
236
Andre & Edwin Entertainment
– O Jezu! – krzyknąłem, widząc, że z tyłu jadą następne auta.
Wrzuciłem wsteczny i na włączonym prawym migaczu trochę się cofnąłem. Zostawiłem migacz i wyskoczyłem z auta. Podbiegłem kilka kroków do tyłu i stojąc na prawym pasie zacząłem machać rękami w powietrzu z nadzieją, że mnie zauważą. Gdy pierwsze z nadjeżdżających aut zaczęło zwalniać, zerkną- łem do tyłu, aby zobaczyć, co robi ten drugi kierowca. Jego auto miało włączo- ne oba ostrzegające światła migaczy, a kierowca biegł w stronę osoby na szosie. Leżała bez ruchu, a nad nią unosiła się para. Nadjeżdżające auto zatrzymało się za moim mustangiem i też włączyło migające żółte światła. Podbiegłem do okna kierowcy i wykrztusiłem, że wydarzył się wypadek i żeby on pojechał do najbliższego telefonu i zawiadomił ambulans i policję. (Wtedy nie było komó- rek!) On widząc tę leżącą osobę, kiwnął tylko przytakująco głową i dał w gaz. W międzyczasie zatrzymały się następne auta i po paru minutach zrobił się mały korek. Po przeciwnej stronie autostrady również zatrzymało się kilka aut. Podszedłem bliżej do tego kierowcy saaba i zobaczyłem, że w śniegu leży damski but. On podniósł się przerażony.
– Ona zmarła natychmiast. Nie dotykaj, niech policja to zbada.
Rzuciłem krótkie spojrzenie w stronę tej kobiety i ciarki przeleciały mi po plecach, aż się cały zatrzęsłem. W tym 10-stopniowym mrozie nadal unosiła się para. Jedna noga była bardzo nienaturalnie skręcona w bok. Coś straszne- go! Kierowca saaba zaczął mnie prosić trzęsącym się głosem, abyśmy poczeka- li, bo jesteśmy jedynymi świadkami wypadku. Wypatrując w kierunku Helsi- nek niebieskich świateł pogotowia i policji, poczułem, jak z wrażenia i z zimna trzęsie mi się dolna szczęka. Przypaliłem papierosa i wsiadłem do auta. Obok siedział Edwin oparty łokciami o kolana i wzdychał głęboko. Z przeciwka nie było widać niebieskich świateł. Dopiero po 15 minutach zobaczyliśmy migają- ce światła pogotowia i policji. Gdy się zatrzymali na przeciwnym pasie, lekarz przedostał się przez zaspy śniegu i ukucnął nad kobietą. Po krótkiej chwili wstał i bez pośpiechu podszedł do jednego z policjantów. Jeden z nich zrobił kilka zdjęć i personel pogotowia przykrył tę osobę kocem. Kierowca wsiadł do karetki i pojechał dalej, aby zawrócić na pas powrotny do Helsinek. Po chwili zaparkował obok nas i na noszach zabrali tę kobietę. Wysiadłem z auta i pod- szedłem do kierowcy saaba, który przedstawiał policjantowi przebieg wypad- ku. Ja, jako świadek, podałem mu moje dane i gdzie obecnie pracuję. Edwin po- wtórzył za mną to samo. Glina spytał na koniec, do kiedy tam pracujemy, gdyby potrzebne byłyby dodatkowe zeznania. Odjeżdżając w milczeniu, dojechaliśmy z godzinnym spóźnieniem do centrum. Jadąc ulicami Helsinek, powiedziałem do Edwina, że po tym wypadku wcale nie mam ochoty na kino.
– Ja też nie – odparł.
Zrobiliśmy rundę przed dworcem kolejowym i jadąc dalej, zatrzyma- łem się przed grillem i zaproponowałem, abyśmy zjedli może po jednym hot dogu. Dałem Edwinowi szmalec i on wyskoczył po ciepłe kiełbaski z bułką.
237
– Halo, Edwin?
Moje życiowe zwrotki i refreny
Otworzyłem okno i krzyknąłem za nim, że ja nie chcę ketchupu tylko mocną musztardę. Edwin wrócił i w milczeniu wsuwaliśmy ciepłe hot dogi. Wrócili- śmy do Porvoo. Było już po dziewiątej, gdy weszliśmy do kuchni z nadzieją, że dostaniemy jeszcze coś do jedzenia. Personel był bardzo miły i po chwili zaser- wowali nam po kotlecie.
Pozostałe dni zleciały dość szybko i w sobotę osiemnastego, po graniu, Edwin wsiadł do swojego fiacika i pojechał na wolne dni do domu. Następnego dnia po południu zadzwonił Jurek Warnicki!? Pyta tak ogólnie, co słychać i jak tam leci? Po chwili zaskoczony słyszę, że on proponuje mi robotę od drugiego stycz- nia w kwintecie z Leena & Paradox. Hmm, co tu odpowiedzieć. Wziąłem głębo- ki oddech, myśląc, że teraz business is business, więc zadałem podstawowe py- tania, za ile i gdzie? Granie jest przez Scan Show i stawki są po 140 marek za wieczór. Robota zaczyna się w Oulu w nowo otwartym hotelu Rantasiipi Vaaku- na, i że ma zaklepane granie do końca kwietnia. Do końca miesiąca zostało do- słownie kilkanaście dni i nie mając innej pracy, podsumowując szybko obecną sytuację, zdecydowałem się.
Jurek przedstawił szybko kilka praktycznych spraw, a mianowicie, że musimy kupić marynarki z aksamitu, białe koszule i muchy. Czarne spodnie wszyscy oczywiście mieliśmy.
– Musimy wyglądać na tip-top, wtedy będą nas lepiej szanowali.
– Uwierz mi, sprawdziłem już to – przekonywał mnie.
– OK – odpowiedziałem i podałem mu rozmiar mojej marynarki i niech
wyłoży szmal, to przy wypłacie mu oddam. Jurek zaproponował, abym w wolny dzień wpadł do niego do chaty i przelecielibyśmy trochę repertuar. Mieszka w Vantaa, obok Helsinek. Zapisałem jego adres, numer telefonu i po odłożeniu słuchawki zacisnąłem pięść i krzyknąłem sam do siebie Yes! W poniedziałek w recepcji dostałem kartkę, że mam zaraz zadzwonić do Edwina? Poszedłem do automatu i wykręciłem.
– Tak, Andrzej wysłuchaj mnie teraz uważnie – zaczął. – Otóż w drodze do domu miałem wypadek samochodowy. Nic poważnego mi się nie stało, ale jestem jeszcze w szoku i chyba nie będę mógł zagrać zaraz po świętach.
– A co się stało? – spytałem.
– Wyjechałem, cholera, moim fiacikiem z lasu i tak zawiało na otwartej przestrze- ni, że nie zdążyłem nic zrobić i znalazłem się w rowie. Karoseria była już dość słaba, więc z auta zrobiła się harmonia. Chyba tylko akumulator nadaje się do użytku.
– Dobrze że nic ci się nie stało.
– Przyjadę po świętach, jak się lepiej poczuję.
Idąc do kuchni rozmyślałem, jak tu ograć te dni samemu. Po jedzeniu zamel-
dowałem kierowniczce, co się stało z Edwinem, i że ja zagram parę dni sam. Ona kiwnęła przytakująco głową i spytała, czy nie mógłbym zagrać dodatkowo dwie godziny również w dzień po świętach, bo będzie sporo ludzi na obiedzie.
238
– Oczywiście – odpowiedziałem.
Andre & Edwin Entertainment
Idąc do pokoju, rozmyślałem, że
dobrze by było pożyczyć od kogoś
rumppukone (elektryczna maszyna
perkusyjna), byłoby mi raźniej. We
wtorek rano wsiadłem do auta i po-
jechałem pełen optymizmu do Hel-
sinek. Na pewno gdzieś znajdę jakieś
stukające pudełko. Przejeżdżając obok
tego miejsca, gdzie kilka dni temu
zginęła kobieta, odruchowo zwol-
niłem. W Helsinkach zajrzałem naj- Bogdan Arthur Kraśko w kawiarni Kolme Kreiviä pierw do sklepu PSO Musiikki, bo było
po drodze i znałem tam sprzedawcę Kimmo. Niestety nie mieli żadnego elek- trycznego pałkera. Jadąc dalej, zauważyłem raptem camaro Ryśka Budy zapar- kowane przed giełdą. Zatrzymałem się za nim i wszedłem na górę. Ryśka nie było, ale siedział Andrzejek Czernicki z jakimś kolegą, który przypalił właśnie skręta. Dosiadłem się i podzieliłem z nimi moimi kłopotami. Dowiedziałem się, że to jego kolega Arthur Kraśko, nowy pianista od Batina, który mieszka teraz u niego. Po krótkiej rozmowie Andrzej wygadał się, że Arthur ma mały mixer, w którym jest pałker.
– A pożyczysz? – spytałem.
– Dawaj jedziemy, to zobaczysz to – powiedział Andrzej wstając od stołu.
– Dobra, ale najpierw wskoczę do księgarni obok i kupię gazetę „Melody
Maker”.
Andrzejek spojrzał na mnie zdziwiony.
– Od czasu do czasu dobrze w nią zerknąć, aby się dowiedzieć, co dzieje się
w muzycznym świecie – odpowiedziałem.
Po chwili wróciłem i Andrzej usiadł z boku, a Arthur z tyłu.
– Ależ to bydlę daje czadu – zachwalał.
– Tak, ale nieźle też pije – odpowiedziałem, parkując przed jego blokiem. Andrzej otworzył drzwi i z kuchni wyleciał strasznie duży, kudłaty pies.
– Pois do łazienki! – krzyknął.
Weszliśmy na prawo do pokoju, Na pianie Rhodesa leżał Clavinet Hohnera,
a obok na krześle mixer Yamahy. Arthur włączył i zademonstrował mi Flanger na Clavinecie, startując też pałkera.
– Noo, fajnie – skomentowałem. – To co, pożyczysz na kilka dni?
– Kilka dni? – powtórzył za mną i dodał, że niechętnie się rozstaje ze swoimi instrumentami, bo ćwiczy codziennie i wszystko idzie przez ten mixer. Domy-
śliłem się, że nic z tego nie wyjdzie.
– Hmm szkoda – po pożegnaniu się, pojechałem z powrotem do centrum.
Nie sądzę żeby Soitin Huttunen miał takie rzeczy na półce, więc wszedłem do 239
ARCHIWUM ANDRZEJA SZYSZKIEWICZA
Moje życiowe zwrotki i refreny
sklepu Fazera. Sprzedawca Kurre Sjöblom pamiętał mnie. Sprzedał nam prze- cież całą aparaturę wokalną, a następnie Marek kupił tu Hammonda z leslie. Po- wiedziałem, czego szukam, i na moje szczęście miał używanego elektrycznego pałkera. Za pięć dych może mi wypożyczyć na tydzień. Trochę było drogo, ale co robić. Kurre spisał na kwicie, gdzie pracuję i od kiedy do kiedy wypożyczam.
– Podpisz się tutaj – powiedział, podsuwając mi kwit.
Dałem mu z góry szmal i z rozpędu podjechałem na ulicę Bulevardi zobaczyć, co puszczają w kinach. Stanąłem przed witryną i przyglądam się afiszom. Było dość zimno. Ach, osiem marek w tę czy w tamtą i poszedłem obejrzeć jakiś gang- sterski film. Połowa sali była pusta, ale film był nawet niezły. Działo się. Trochę rozespany i głodny wyszedłem na ulicę. Wsiadłem do mustanga i szybko zapali- łem silnik. Zapiąłem katanę pod szyją i wyszedłem oskrobać szyby z lodu. Palce mi zmarzły, bo rękawiczki zostały w chacie. Odczekałem, aż zacznie dmuchać ciepłe powietrze. Po chwili było do wytrzymania. Podjechałem na giełdę, aby rozgrzać się kawą. O tej godzinie było mało ludzi, więc usiadłem w rogu i gapi- łem się przez okno.
– A co tak siedzimy sobie o tej porze samemu? – usłyszałem zaskoczony.
– Cz-cześć – wyjąkałem, bo za żadne skarby nie mogłem sobie przypomnieć, kto to i skąd go znam?
Po kilku zdaniach okazało się, że on wie, że kapela mi się rozwaliła, a ja nadal szukam w szarych komórkach, kto to jest. Blondyn z rzadkim włosem i kozią bródką. Im dalej w las tym bardziej głupio mi było spytać, a ty to kto? Znacie tę sytuację nie?
– Taa, jedni zjeżdżają, a inni przyjeżdżają – mówił dalej blondyn.
– A wiesz, że z Łodzi przyjechał niedawno Jacek Wiśniewski z żoną „Jagodą”? – Ooo, Jacka znam, a kto z nim gra?
– Ano „Wiśnia”, jego „Jagoda” na klawiszu, Grzesiek Kuczyński na gitarze
i Lucek Kowalewski na bębnach. Nazywają się She & They.
– Fajna nazwa, ale oprócz Jacka z Dziwnych Rzeczy to reszty sobie nie kojarzę. Dopaliłem papierosa i pożegnaliśmy się. Wyjechałem na autostradę i przez
całą drogę do Porvoo zastanawiałem się, kto to mógł być? Było już późno wie- czorem, gdy wjechałem na parking. W restauracji puchy, więc zaniosłem pał- kera na scenę i podłączyłem na drugi kanał mojego wzmacniacza basowego. Wcisnąłem guzik z bossa novą i przycisnąłem start. Sam do siebie się roześmia- łem, bo zabrzmiało naprawdę śmiesznie.
„Tupp-ciki-ciki-cik – tupp-ciki-ciki-cik” – będę miał w środę wesoło. Wy- łączyłem wszystko i poszedłem do kuchni zobaczyć, czy mają jakieś kanap- ki. W środę wieczorem jakby nigdy nic wszedłem na scenę i włączyłem apa- raturę oraz Hammonda Edwina. Na automacie ustawiłem bezpieczne tempo cza-cza i zacząłem szukać akordów do Black Magic Women. To próbowanie to był mój pierwszy utwór. Zmieniając prędkość leslie, upajałem się jak te organy brzmią. Pogrzebałem w suwakach i po chwili znalazłem podobny
240
Andre & Edwin Entertainment
sound. Następnie spróbowałem instrumentalnie Oye Como Va, spojrzałem na zegarek i ze zdziwieniem zauważyłem, że minęło prawie pół godziny. Jesz- cze ze dwa dłuższe kawałki i czas na przerwę. Drugi blok nadal grałem cicho. Teraz po przećwiczeniu utworów w pierwszym bloku włączyłem mikrofon i zaśpiewałem na pół gwizdka te dwa utwory Santany oraz Light My Fire. Pod koniec bloku zaimprowizowałem na dwóch akordach i poszedłem na prze- rwę. Takie improwizacje graliśmy z Witkiem, gdy było tylko kilka minut do przerwy. Jak James Brown może śpiewać całą płytę na dwóch akordach, to ja też. Usiadłem w auli i przypaliłem papierosa. W trzecim bloku było już sporo ludzi, więc podsunąłem ponownie mikrofon pod nos i zaśpiewałem im jesz- cze raz to, co do tej chwili ćwiczyłem instrumentalnie. A jak, za próby też po- winni płacić, tak jak w filharmonii. Przeplatałem kilkoma improwizacjami i wypełniłem cały blok. W ostatnim bloku poprosili o tango. O ku...a! Teraz najlepiej grał „pałker”, reszta poszła mi gorzej. Zagrałem im cicho Kotkan Ruusu i wokal z pałkerem dominował. Nie do wiary, dostałem nawet skrom- ne brawa. Pewnie dlatego, że „pałker” grał równo ha, ha. W połowie ostat- niego bloku miałem już zupełnie pusto w głowie. Spojrzałem na zegarek i widząc, że czas na ostatniego walca, „pochwaliłem pałkera” za współpra- cę i odśpiewałem połowę Lelia, Leila po fińsku, a drugą część po szwedzku Hangö, Hangö. Podziękowałem za dzisiejszy wieczór w obu językach i ode- tchnąłem głęboko. Pierwszy wieczór jako „solista” mam za sobą. Następne- go dnia po obiedzie spróbowałem po cichu kilka utworów. Nadeszła Wigilia, którą spędziłem po raz pierwszy zupełnie sam. W telewizji były tylko bzdety i bardzo mi się dłużyło. W pierwszy dzień świąt przejechałem się po mie- ście, aby zabić trochę czasu. Drugi dzień był już lepszy. W kuchni od rana był ruch i po śniadaniu od jedenastej odegrałem instrumentalnie dwugodzinną matiné. Wieczorem byłem prawie sam w Kartano, zaparkowałem się z kawą na fotelu w auli i gapiłem w telewizor. Z daleka usłyszałem, że w recepcji za- dzwonił telefon. Z odpowiedzi domyśliłem się, że ktoś pyta, czy jutro też mają w dzień szwedzki stół. Następnego dnia powtórzyłem mój dwugodzinny re- pertuar i po południu zatankowałem mustanga za całą stówę i pojechałem w stronę Kerava przejechać się. Na ulicach było zupełnie pusto. Przypomnia- ły mi się te samotne święta w Närpiö. Gdy wróciłem do hotelu, była już dwu- nasta w nocy. Przejechałem chyba ponad sto kilometrów tak bez powodu. Następnego dnia miałem wolne. W południe zadzwoniłem do Jurka Warnic- kiego, mówiąc mu, że dzisiaj mogę się do niego zwalić. Jurek wytłumaczył mi, jak dojechać i obiecał, że będzie wyglądał przez okno za niebieskim mu- stangiem. Wyjechałem na Kehä (obwodnica Helsinek) w stronę Vantaa i po krótkim szukaniu znalazłem ulicę i blok Jurka. Zaparkowałem i wbiegłem na drugie piętro. Zapukałem do drzwi. W tej samej chwili usłyszałem płacz dziecka i w drzwiach stanęła Leena.
– Chodź, Jertsy jest do kioski po papierosa – powiedziała łamanym polskim. 241
Moje życiowe zwrotki i refreny
Wyskoczyłem z butów i usiadłem na sofie. Leena chodziła w tę i z powrotem, kołysząc dziecko na ramieniu. Po chwili wrócił Jurek narzekając, że jest choler- nie zimno.
– Ładny ten twój mustang – dodał, zdejmując buty.
Leena przyniosła po chwili kawę, a Jurek wyciągając z teczki nuty, dodał, że oni złapali dzisiaj extra chałturę w Helsinkach w Seurahuone, tuż obok dworca kolejowego. Większość utworów miał popisane jako prymki i przebierając, od- kładał na bok te na bas.
– Nie mamy czasu na próby, dlatego popisałem ci trochę, to co najważniejsze. Hity i te fińskie to przecież znasz już.
Przytakując mu, przeleciałem po tytułach i wielu utworów, które Leena śpiewa, nie znałem. Dalej Jurek powiedział, że dzisiaj gra z nimi na bębnach Fin, a w Oulu dojdzie nowy perkusista i wokalistka z Polski, której słuchał na festiwalu w Kołobrzegu.
– Krystyna Kotarska się nazywa.
– Se on Jurekin uusi rakas (to jest nowa miłość Jurka) – dodała ironicznie Leena.
Przegadaliśmy kilka godzin i zrobiło się ciemno. Jurek zaproponował, że mogę zostać u nich na noc i jednocześnie przypilnować im dziecka. Wtedy nie będą musieli go zabierać ze sobą do restauracji. Kończą o w pół do pierwszej, więc na pierwszą powinni być już w domu.
– W lodówce jest żarcie i piwo jak chcesz, a jak wrócimy, to damy sobie po paukku (kielichu) – zachęcała Leena.
Co będę sam robił w tym Porvoo? Zgodziłem się. Oni odpieprzyli się i po ósmej pojechali do roboty żółtym volvo combi Jurka. Ja wziąłem sobie jedno piwo i włączyłem telewizor. Dzieciak spał spokojnie w sypialni. Około dziesią- tej wieczorem zgłodniałem trochę i przez okno wypatrywałem, gdzie jest ten grill, do którego Jurek wyskoczył po papierosy. Raptem zadzwonił telefon. Nie wiedząc, co powiedzieć, podniosłem słuchawkę i bąknąłem tylko:
– Halo?
W słuchawce usłyszałem Jurka, który podniesionym głosem powiedział szybko.
– Jędruś, temu naszemu fińskiemu pałkerowi siajba odbiła i w środku chał- tury poszedł obrażony do domu saatana! Wsiadaj w auto i przyjedź zaraz, to obegrasz z nami te dwa ostatnie bloki na bębnach, OK? Ludzi jest full i kierow- nik nas zabije, jak mu nie dogramy do końca – dodał prawie krzycząc. – Przy- cisz trochę telewizor i zostaw zapalone światło w pokoju, to jak dzieciak by się obudził, to nie będzie płakał tak mocno. Czekamy na ciebie.
– Dobra, zaraz tam będę – odpowiedziałem zaskoczony tym wszystkim.
Szybko obmyłem się i przyczesałem czuprynę, pożyczając trochę lakieru do włosów Leeny. Zamykając po cichu drzwi, zbiegłem na dół. Zapaliłem silnik i zacząłem skrobać szyby. Lód siedział mocno, więc po zeskrobaniu tylko mojej
242
– Yellow River – y – ka – ko – nel! – i zaczęło się.
Andre & Edwin Entertainment
połowy wsiadłem do zimnego auta i dałem w rurę. Całe szczęście, że miałem na sobie czarne spodnie i marynarkę, pomyślałem parkując obok dworca. Przebie- głem na drugą stronę ulicy i wszedłem do restauracji. Obok portiera czekał na mnie Jurek. Przeszliśmy przez salę do kuchni.
– Idziemy, bo mieliśmy strasznie długą przerwę – powiedziała Leena.
I ledwo co zdążyłem zrzucić z siebie katanę, pomaszerowaliśmy na scenę. Ale jaja, podśmiechiwałem się, idąc między stolikami. Przedwczoraj grałem
po raz pierwszy sam jako organista, a dzisiaj będę pałkerem. W ciągu dwóch dni zrobiłem się przymusowo multiinstrumentalistą. Kiedyś dla żartów puka- łem od czasu do czasu na bębnach Tadka, ale to było podczas prób lub gdy w re- stauracji nie było ludzi. Pamiętam, że raz, gdy graliśmy w Moto-Nova, zamie- niliśmy się wieczorem instrumentami. Ja grałem wtedy na bębnach, Marek na basie, a Tadek trzema palcami na pianinie. Ale to były jaja, mimo to jakiś gość dał Tadkowi dwie dychy boków, za jego wspaniałe, fizyczne zaangażowanie się na pianinie! W rock’n’rollu Jonny Be Good Tadek robił niesamowitą ilość glis- sand i za to został wynagrodzony. Ja krzyczałem do Marka, „C”! – na drugiej strunie od góry w trzecim progu, potem na trzeciej trzeci próg i piąty ta sama struna! Tak odegraliśmy na trzech akordach kilka rocków. Było nam wesoło! Leena sprawdziła mikrofon, ja usiadłem na stołku, zbierając z podłogi pałki, Jurek uderzył w organy akord i krzyknął:
Leena z Jurkiem śpiewali dość głośno. Ja nie robiąc żadnych przejść, aby się nie wysypać, leciałem na hi-hacie koncentrując się nad stopką. W solo Jurka, zmieniając z hi-hatu na czynel, odważyłem się tylko raz uderzyć w tom-to- ma. Jurek miał podłączone pod klawiaturę kilka pedałów z efektami, których często używał. Nawet pedał wha-wha mu się w solówce zmieścił. Leena śpie- wała bardzo dobrze zadziornym głosem. Słychać było, że ma rurę nie w kij pier- dział. Jurek nie był od niej gorszy. Miał lekko chropowaty głos i razem brzmieli w refrenach wyśmienicie. Po skończeniu utworu ludziska bili brawo! I nie cze- kając zaczęliśmy następny. Po tych dwóch szybkich rockach, Jurek zapropono- wał bossa novę. Położyłem lewą pałkę na kant werbla i nie dograliśmy do refre- nu, gdy poczułem jak mleczko mnie bierze w przegubie prawej ręki. Na refren przeszedłem na czynel i aby odpocząć, uderzałem zamiast ósemek już tylko ćwiartkami. Jurek spojrzał na mnie z uśmiechem i krzyknął – nie daj się! Pod koniec bloku ręka mi prawie zesztywniała, gdy Leena zapowiedziała zbawien- ne hasło: – Kiitos tauko.
– Ależ to mordęga na tych bębnach – powiedziałem, idąc za Jurkiem do kuchni.
W czasie przerwy zjedliśmy po ooperavoileipä (kanapki na ciepło), dobre były, i nadszedł czas na ostatni blok, który z mojej strony był powtórką po- przedniego. Na początku mogłem jako tako wyrobić się z ósemkami, a im dalej w las, tym wolniej mi łapa chodziła. Gdy Leena odśpiewała Kultainen nuoru- us, czyli ostatniego walca, byłem tak zmęczony jak nigdy. Granie na bębnach
243
Moje życiowe zwrotki i refreny
to fizyczna robota! W mieszkaniu Leena sprawdziła, czy dzieciak śpi, a Jurek rozlał Finlandia Vodka z grejpfrutem.
– Kippis! – zadała Leena.
– Na zdrowie – odpowiedziałem.
Następnego dnia po śniadaniu wczesnym jak nigdy, Jurek zaproponował,
abyśmy razem wpadli do sklepu Pukeva przymierzyć marynarki, skoro już tu jestem. OK. Po paru przymiarkach jedna pasowała. Pożegnałem się z nimi i wróciłem do Haikon Kartano. Po południu zadzwonił Edwin, że przyjedzie autobusem dopiero pojutrze o szesnastej zagrać tylko sylwestra i czy mógł- bym odebrać go z dworca. Nadszedł ostatni dzień roku. W południe, czyli moje rano, poszedłem do szefowej po szmalec, życząc jej Hyvää Uutta Vuotta (dobre- go nowego roku). Tuż przed czwartą wyjechałem po Edwina, który w drodze powrotnej opowiadał mi o swoim wypadku. Całe szczęście, że jechał wolno, ale to oczekiwanie w rowie, aż ktoś się zatrzyma, było według niego straszne. Był w szoku i nie wiedział, czy mu się coś połamało czy nie. Gdy poszliśmy na obiad, wypłaciłem Edwinowi szmalec, odliczając te dwie chałtury i powiedziałem mu, z kim i gdzie gram w przyszłym miesiącu.
– O! – zainteresował się natychmiast. – To może byś mnie podrzucił z moimi gratami do domu? Przecież to po drodze – dodał.
W zasadzie to tak, pomyślałem. I zanim zdążyłem odpowiedzieć, Edwin dodał, że dołoży się do benzyny.
– Dobra, podwiozę cię pod same drzwi.
Po cichu liczyłem, ile godzin ta podróż będzie trwała, i jakby nie liczył, to z tą przerwą na wyładowanie Edwina zejdzie mi około dziewięć, a może i dzie- sięć godzin. Wieczorem w czasie grania poczęstowano nas o północy szampa- nem i o wpół do drugiej było już loppu (koniec imprezy). W pół godziny wy- miotło wszystkich z restauracji. Rozpoczął się 1977 rok. Po dopiciu szampana pożegnaliśmy się z personelem i poszliśmy grzecznie w kimę. W Nowy Rok rano spadło sporo śniegu. Po śniadaniu musiałem odkopywać swoją przyczepę z dużej zaspy. Po spakowaniu się na scenie z wielkim trudem przepchnęliśmy Hammondy Edwina na dywanie przez restaurację, a potem do drzwi wyjścio- wych i załadowaliśmy do przyczepy. Po odsapnięciu wrzuciliśmy resztę gratów.
Następnego dnia wstaliśmy o dziesiątej rano i po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Wjeżdżając do Jyväskyli, Edwin zaczął mną dyrygować, a tu w lewo i potem na prawo itd. W końcu stanęliśmy przed jego domem i z pomocą brata żony wyładowaliśmy leslie i Hammonda. Przemeblowałem trochę w przycze- pie, bo raptem zrobiło się sporo wolnego miejsca i po szybkiej kawie u Edwina pojechałem dalej. Robiło się już ciemno, a do Oulu miałem jeszcze przed sobą połowę drogi. Gdy wpatrywałem się w zaśnieżoną drogę, wydawało mi się, że jakby trochę się zwęziła albo może to ja jestem już zmęczony? Przypaliłem na- stępnego papierosa, licząc na głos, że jeszcze półtorej godzinki i będę na miej- scu. Byłem sam w aucie i oczy powoli zaczęły mi się kleić, gdy w ciemności
244
Andre & Edwin Entertainment
zobaczyłem na horyzoncie zorzę światła nad Oulu. Wjeżdżając na przedmie- ścia, zgasiłem długie światła i w latarniach ulicznych odczytałem wskaźnik benzyny, strzałka stała na rezerwie. Ale trafiłem, gdy spojrzałem na zegarek, była godzina prawie ósma. Czyli tak jak myślałem, podróż trwała prawie dzie- sięć godzin. Zatrzymałem się przy pierwszym grillu na głównej ulicy i spytałem o drogę. Pamiętałem rozkład śródmieścia i wychodziło na to, że hotel Vaakuna leżał trochę z boku. Po chwili wszedłem do recepcji jak na szczudłach.
Leena & Paradox
rzedstawiłem się w recepcji i w tej samej chwili wyszedł z windy Jurek Pz jakimś kolegą.
Oulu, styczeń 1977, hotel Vaakuna
– Cześć! – powiedział i podchodząc bliżej, przedstawił mi po fińsku pał- kera, Nando Losio.
Pomogli mi wnieść do środka moją kolumnę basową i wzmacniacz, i gdy wtaszczyłem resztę do pokoju, była już prawie godzina dziewiąta.
Według Jurka mieliśmy zacząć o 21.00, ale dzisiaj zaczniemy trochę później. Po półgodzinie czekania, włączyłem wzmacniacz i nastroiłem bas. Zobaczyłem, gdzie można włączyć mój mikrofon i z pomocą Jurka ustawiłem lekkie echo. Sala był duża.
– Dobra, idę się przebrać.
Biała koszula była jeszcze zimna po tej podróży i lekko pognieciona, ale pod zapiętą marynarką uszło w tłoku. To, że mieliśmy osobne pokoje w hotelu, wcale mi nie przeszkadzało.
Gdy zszedłem do kuchni, uprzejma kelnerka pokazała mi, gdzie siedzi reszta zespołu. No i tak jak Jurek przewidział, że ładnie ubrana kapela ma większy respekt, siedzieli sobie w jednym z gabinetów dla gości, paląc fajki i popija- jąc kawę. Dosiadłem się i Jurek przed-
stawił mi tę solistkę z Polski, Krysty- nę. Pożartowaliśmy trochę, mieszając fiński i polski, gdy Leena powiedziała.
– Dobra, idziemy.
Restauracja była prawie pełna ludzi. Przed Leeną stały conga, a Krysty- na obok. Po dwóch instrumentalnych utworach Jurek krzyknął do mnie – Szukaj Shame Shame.
– W refrenie dołączcie się z woka- lem – dodał patrząc na pałkera i na mnie.
Znalazłem szybko, bo były ułożone alfabetycznie.
Ja w hotelu Vaakuna w Oulu
247
ARCHIWUM AUTORA
– OK – lecimy.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Biorąc pod uwagę, że gramy pierwszy raz ze sobą bez żadnej próby, szło nam dobrze. Na przerwach Nando, Jurek i Leena gadali tylko po fińsku. Krystyna była dopiero drugi dzień w Finlandii, więc nic nie kapowała. Gdy w ostatnim bloku Jurek spytał, czy nie zaśpiewałbym czegoś w umiarkowanym tempie, zapro- ponowałem Que Sera. Wszyscy to znają. Gdy odśpiewałem pierwszą zwrotkę, widzę kątem oka, jak pałker podśmiechuje się pod nosem. Po refrenie, w którym wszyscy śpiewaliśmy unisono, odwróciłem się do niego i powiedziałem.
– Laula itse jos osat paremmin (zaśpiewaj sam jak potrafisz lepiej).
Nando zaczął śpiewać. Była to dosłownie chwila, gdy zassałem, że on jest Włochem. Nando, tak jak i Jurek, mówili wyśmienicie po fińsku i trudno mi było go wykapować na początku. Jego czarne włosy i uroda trochę mi podpadała, ale i takich Finów się spotykało. Jurkowi i Leenie było oczywiście bardzo wesoło do końca utworu.
– Może Jędruś masz jeszcze inną włoską piosenkę – zgrywał się Jurek.
Nando zaśpiewał potem rock’n’rolla Memphis Tennessee i nadszedł czas na ostatniego walca. Zdejmując bas, dopiero teraz poczułem, jak ze zmęczenia nogi mi się uginają. Następnego dnia dowiedziałem się, jak Jurek znalazł Krystynę na przeglądzie młodych talentów w Polsce, oraz że Nando jest z Mediolanu i gra w Finlandii już sporo lat. W zasadzie to on chciał skończyć z graniem, gdy Jurek namówił go na tę trasę. Umówiliśmy się, że o trzeciej po południu zrobimy próbę. Mając trochę czasu, poszedłem z Nando do centrum, zobaczyć, co mają w sklepie u Fazera. Nando przyglądał się bębnom marki Tama. A mnie wpadło do głowy, że skoro nie używam teraz aparatury wokalnej, to może by podmienić ją i mój bas na coś innego. Wziąłem do łapy takiego Ibaneza, kopia Rickenbakera, i po spró- bowaniu na małym wzmacniaczu Peaveya combo spodobało mi się to wiosło. Ro- zejrzałem się dookoła za większą kolumną i obok bębnów stała druga, Peavey z dwoma 15-calowymi głośnikami, a na niej tranzystorowy wzmacniacz Centu- ry. Zacząłem liczyć po cichu, że jakbym podmienił wszystko, to chciałbym jeszcze coś dostać, aby mi pasowało. Może zapasowe struny? Gdy tłok się przewalił, za- cząłem gadkę ze sprzedawcą. Oczywiście sprzedawca chciał zobaczyć najpierw, w jakim stanie są moje graty. Obiecałem, że jutro przyjadę. Nando napalił się też na nowe bębny. Obiecał, że w przyszłym miesiącu po wypłacie to na pewno pod- mieni. Gdy się spotkaliśmy na próbie, Jurek powiedział, że w lutym gramy w re- stauracji Kustaa Kolme w Tampere. Obiecałem Nando, że postaram mu się pomóc w sklepie muzycznym, bo znam tam szefa. Następnego dnia Jurek pojechał ze mną do sklepu, zobaczyć, w co jest grane, no i chciał przejechać się mustangiem. Pomagając mi w targowaniu się, wyciągnął dodatkowo tamburyn, mówiąc, że Krystyna musi mieć coś w łapie, zamiast trzymać się statywu. Wieczorem moja nowa aparatura basowa stała na scenie. Teraz w przerwach między utworami w mojej kolumnie była cisza! Następnego dnia Jurek kazał nam się odpieprzyć w robocze ciuchy, bo przyjdzie fotograf zrobić reklamowe zdjęcie.
248
Leena & Paradox, Oulu 1976, od lewej: Nando Losio, Krystyna Kotarska, Andrzej Janczak, Leena Rannikko-Warnicki, Jerzy„Jertsy”Warnicki
Leena & Paradox
Codzienne próby wzbogaciły nasz repertuar, zwłaszcza wokalnie na głosy mieliśmy więcej do śpiewania. Za moją podpowiedzią, w pierwszym bloku często improwizowaliśmy na kilku akordach. Jurek brał wtedy teksty Leeny i śpiewał z nich kilka linijek, wymyślając refren. A gdy nam dobrze żarło, to cza- sami improwizacja mogła trwać z 10 minut. Ja wymyśliłem na akordach C/F tekst Winter chasing spring..., bo była zima, nie? W refrenie dodałem już otrza- skany tekst I fall in love again z „G#” przez „G” do „C”. Raptem śpiewaliśmy dwa moje utwory. Dołączyliśmy też kilka moich wolniaków, jak np. Lou Rawlsa Go- odbye´s a Long, Long Time i My Eyse Adored You Frankie Valli. Po kilku wieczo- rach, gdy się ograliśmy, nagrałem to na pamiątkę. Mam te nagrania do dzisiaj.
W połowie miesiąca przyjechał na dwudniową chałturę Vesa-Matti Loiri (znany fiński aktor i piosenkarz). Po szybkiej próbie w piątek po południu podgrywaliśmy mu wieczorem do show. Gapiąc się na przerwach w telewizor,
249
ARCHIWUM JURKA WARNICKIEGO
Moje życiowe zwrotki i refreny
dowiedzieliśmy się z wiadomości, że szwedzka ABBA pojechała na tournée do Australii i mają kilka nowych hitów, jak Gimmy Gimmy i Chiquitita. Oczywi- ście mając dwie dziewczyny na scenie, Jurek dołączył te utwory do repertuaru. Z Leeną na congach i Krystyną na tamburinie ślizgało się (swingowało) teraz dobrze. Nadszedł czas wyjazdu z zimnego Oulu. Pakowania miałem teraz mało. W przyczepie była tylko kolumna Peaveya i letnie opony. Jurek miał też dupną przyczepę na podwoziu forda anglia. Mógł w niej chodzić wyprostowany.
Tutaj scena była duża. Tuż za rogiem mieliśmy chatę na trzecim piętrze, a na parterze w barze stołowaliśmy się w dzień. Do restauracji przychodziło prawie wyłącznie młode towarzystwo. Jurek zadecydował, że pierwszą godzinę bę- dziemy grali w trio, a dziewczyny zaczną śpiewać od drugiego bloku.
Tampere, luty 1977, restauracja Kustaa Kolme
Na drugi dzień poszedłem z Nando do sklepu muzycznego, aby zrobić pod- miankę na bębny. Niewielka dopłata była rozłożona na dwie raty, Nando był za- dowolony. Tutaj mogliśmy grać dużo głośniej i teraz rozkręciłem nareszcie mój nowy zestaw basowy. Jurek też nie żałował mocy na organach. Przez te długie improwizacje, często undergroundowe solówki Jurka (organy na wha-wha!), poszła fama wśród stałych gości i zaczęli przychodzić już na pierwszy blok, aby posłuchać. Czasami wychodziło na to, że gramy w pierwszym bloku koncert. Jak by tego był mało, Jurek wpadł na pomysł, aby zagrać fińskie tango Kotkan Ruusu w tempie szybkiego rock’n’rolla! No i zagraliśmy. Leena zaśpiewała to jak Janis Joplin, tylko że po fińsku. Kierownik sali oraz kelnerzy byli zdziwieni, a jednocześnie zadowoleni z kasy. Łażąc po mieście, wszedłem do sklepu Osto ja Myynti (Kupię Sprzedam) i o dziwo stała tam maszyna do szycia w dobrym stanie za 100 marek. Wyjąłem ją natychmiast i gdy w rogu zobaczyłem jeszcze worek pełen różnych ścinków skóry, wpadło mi do głowy, że spróbuję uszyć sobie marynarkę z tych kawałków. Po drodze do chaty kupiłem w Sokosie trój- kątne igły kuśnierskie, naparstek i mocniejsze nici. Krystyna i Nando przyglą- dali się, jak biorę formę z mojej jeansowej marynarki. Wyciąłem ją z gazety i rozłożyłem na podłodze. Dobierając kolory, układałem kawałki na formach,
a następnie pod maszynę i powolutku jedna strona przodu zaczynała nabie- rać kształtu.
Szyję marynarkę, Tampere 1977
Z tych zakupionych pięciu igieł zo- stały mi po pierwszym wieczorze tylko dwie. Po trzech dniach wszyłem ręcz- nie rękawy i przejrzałem się w lustrze. Nawet nie ma plamy, pomyślałem, pod- szyję podszewkę i będę miał łaciatą marynarkę na lato. Piętnastego Jurek zameldował, że Scan-Show wypłacił
250