Na zachód przez wschód
piątek 5.05.1972 The Vox Remedium wyjeżdża z Łodzi do Finlan- Wdii! Wcześnie rano po pożegnaniu się z mamą, ojczymem i siostrą wyszedłem z bramy, aby zerknąć jeszcze raz na Pietrynę. Na pustej
ulicy spotkałem ojca i mówię mu.
– Cześć tata, dzisiaj jadę z zespołem za granicę na kontrakt do Finlandii. Ojciec zamruczał coś tam pod nosem, jakby nie kojarzył, gdzie ja jadę.
– No to, do widzenia – powiedziałem, poklepując go po ramieniu.
Mama wyglądała przez okno, więc pomachałem jej ręką i poczłapałem pieszo
przejściówką pod wieżowcem w stronę Dworca Fabrycznego. W jednej ręce taszczyłem ciężki wzmacniacz, a w drugiej małą walizkę. Słońce świeciło ra- dośnie i po minięciu ul. Sienkiewicza słychać było jak ptaki ćwierkają w parku za ul. Kilińskiego. Postawiłem walizkę i wzmacniacz na ławce, aby odsapnąć chwilę i obserwowałem jak szpulki biegną do tramwaju, śpiesząc się do roboty.
– Tak Jędruś, jedziesz w nieznane za granicę – powiedziałem do siebie, wsta- jąc z ławki.
Gdy po chwili wchodziłem po schodach na peron, zobaczyłem, że Tadek z Ulą już tam czekają.
– Cześć wam.
– Cześć, Marka jeszcze nie ma – odparł Tadek.
– Co? Wszystko ci się zmieściło w centralny – widząc, że Tadek nie ma innych
bagaży.
– Tak, prawie nic nie zabrałem z ciuchów, tam się kupi nowe – odparł.
Pod dworzec podjechała taksówka. Wysiadła z niej Bogusia z Markiem
i żwawo podeszli do nas.
– Cześć – powiedział Marek, poprawiając kołnierzyk w świeżo wyprasowa-
nej koszuli. Pod pachą trzymał swoją szarą jesionkę w jodełkę i widząc, że się na nią gapię, dodał: – Biorę ją, bo słyszałem, że tam jest chłodniej – i wzruszył ramionami stawiając neseser na peronie.
– Czy macie paszporty ze sobą – spytałem ich na wszelki wypadek. I widząc jak mi przytakują, powiedziałem:
– Noo, dawajta forsę, to kupię w kasie bilety.
Tadek wyciągnął pieniądze i powiedział:
– Kup dla nas dwa, bo Ula odprowadzi nas do Warszawy.
101
Moje życiowe zwrotki i refreny
Marek też dał na dwa. Gdy wchodziłem do środka, słychać było jak moje obcasy stukają o betonową posadzkę. Zapach po nocnych pijaczkach był tutaj raczej intensywny. Posadzka była polana wodą, ale to nie pomogło. Na szczę- ście przed kasą stała tylko jedna osoba.
– Pięć normalnych do Warszawy poproszę.
Gdy wróciłem, pociąg stał już na peronie. W wolnym przedziale PKP zajecha- ło porządnie papierosami, więc aby nie zwracać na to uwagi, zapaliliśmy z Tad- kiem po giewoncie. Wszystkie przedziały były przesiąknięte od lat wonią tyto- niu. Pociąg szarpnął gwałtownie i ruszyliśmy.
– No to, jedziemy panowie – powiedział Marek.
– Kotuś otwórz trochę okno – poprosiła go Bogda.
Mimo kilkakrotnych prób, Markowi nie udało się uchylić tego wiecznie nie-
domytego okna.
– Siedzi jak zamurowane, cholera – wysapał siadając.
Gdy minęliśmy pierwsze podmiejskie stacje, okazało się, że jest to pociąg po-
śpieszny, bo stanął tylko raz w Koluszkach.
– A pamiętasz Andrzej, jak przyjechaliśmy tutaj całą paką na piwko? – spytał Marek. – No! „Klepa” też wtedy był, nie? – odpowiedziałem, przypominając sobie
z uśmiechem tę wyprawę.
– Tak, „Klepa”, „Drut”, Leszek, jego brat Heniek, Hubert, ty, ja i chyba jeszcze
dwóch aparatów – przypominał sobie Marek.
– A piwo sprzedawali tylko do żarcia – dodałem.
– Noo! Musieliśmy kupić sobie po sałatce śledziowej, która była prawie zielo-
na – roześmiał się Marek.
Na suficie w przedziale migała krótka jarzeniówka, co trochę denerwowało.
Po dwóch godzinach dojeżdżaliśmy do przedmieścia Warszawy, mijając Żyrar- dów i Skierniewice. Wjeżdżając na Centralny, spojrzałem na zegarek.
– Nooo, jesteśmy prawie na czas, tylko 10 minut spóźnienia, ale nie jest to by- najmniej rekord – powiedziałem ironicznie.
– Andrzej, w PKP jest to zawsze siła wyższa i nikt za to nie odpowiada – żar- tował nadal Marek.
– A przed wojną podobno pociąg z Łodzi do Warszawy jechał tylko 60 minut – dodał.
– Eeee tam, kto ci w to uwierzy – zaprzeczyłem.
– Aby dojechać z Łodzi do Warszawy w 60 minut, to pociąg musiałby jechać ze średnią prędkością 140 km na godzinę. A to jest w PKP niemożliwe – wyli- czył Marek.
Gdy wysiedliśmy na Centralnym, widać było w porannym słońcu prezent od rusków, wysoki Pałac Kultury.
– Grało się tutaj – powiedziałem, stawiając wzmacniacz na peronie.
– A pamiętasz, jak szukaliśmy po całej Warszawie Zbyszka Baranowskiego, aby zagrać te finały? – spytał Tadek.
102
Na zachód przez wschód
– No, było to przeżycie – odparłem.
– Ale nas oszukali, bo mój mikrofon nie działał na początku – dodała Bogda. – Dobrze, że Zbierzchowski zareagował u jury i przeszliśmy do tych finałów. Na peronie było dość sporo ludzi, niektórzy gonili za wagonami wjeżdżające-
go pociągu, aby znaleźć się przed samymi drzwiami, gdy stanie.
– Dziś jedzie skur...syn szybko – usłyszałem czyjś głos za sobą.
Odwróciłem się i widzę, jak facet zapiął marynarkę i przygotowuje się do
wyścigu.
– Złośliwy maszynista, kawał chama! – pokrzykiwał, widząc, że pociąg nie
zwalnia.
Ludziska wymierzali drogę hamowania i niektórzy podbiegali na początek
peronu. Maszynista raptem ostro zahamował w połowie peronu i zrobił się kocioł przed drzwiami. Kilka osób się stratuje.
– Panie, co pan się tak pcha! – słychać było z tłumu.
– Co za dzicz cholera! Jakby, ku..., pierwszy raz pociągiem jechali! – krzyczał inny.
– Proszę państwa, ja naprawdę muszę wejść pierwszy do środka! – awantu- rował się kierownik pociągu.
– A stań se na buforze koleś – przyjacielsko podpowiedział mu inny. – A pan skąd? – zaciekawił się kierownik.
– Z Łodzi, a bo co? – opowiedział mu ten cwaniak.
– Kto z Łodzi pochodzi, sam sobie szkodzi – odgryzł mu się.
– Ty pie..ny palancie, nie mądruj się – nie dawał za wygraną ten w marynarce.
Do naszego pociągu mieliśmy jeszcze godzinę wolnego czasu, więc gdy ten przeładowany odjechał, rozluźniło się na peronie.
– Sama słoma z nawozem odjechała – podsumowała Bogda.
Po chwili zaczęło się schodzić więcej ludzi, niektórzy z niesamowicie wielki- mi bagażami.
– Na handel chyba jadą – mruknął Tadek.
Patrząc na jego bęben, mój wzmacniacz oraz te dwa miniaturowe nesese- ry pomyślałem sobie, że cały nasz dobytek zmieściłby się właściwie w jedną walizkę.
– No, abyście tylko przejechali szczęśliwie przez tę Rosję – przerwała milcze- nie Ula i dodała: – Nie zostawiajcie swoich rzeczy samych ani na chwilę.
Gdy na stację powoli wtoczył się nasz pociąg, zobaczyłem, że Bogda i Ula mają szkliste oczy. Obok nas przeszedł kierownik pociągu i głośno powiedział, że osoby z biletami do wagonów sypialnych, czyli przedziałów z kuszetkami, mogą zacząć wsiadać. Znaleźliśmy numer naszego przedziału i wstawiliśmy walizki na półki. Wyszliśmy jeszcze na peron i zaczęliśmy się żegnać. Ja, jako wolny kawaler, pierwszy uściskałem Ulę i Bogdę. Wróciłem szybko do prze- działu i otworzyłem okno. Płacz Uli i Bogdy był coraz głośniejszy i gdy loko- motywa zagwizdała, a pociąg lekko szarpnął, Tadek z Markiem wskoczyli do
103
Moje życiowe zwrotki i refreny
środka. Chłopaki machali dziewczynom przez okno, krzycząc, że zaraz do nich napiszą. Pociąg lekko skręcił i dziewczyny zniknęły nam z oczu. Usiedliśmy na ławkach i za oknem było już tylko widać przedmieścia Warszawy.
– No to jedziemy na zachód przez wschód – wymknęło mi się, gdy przypala- łem giewonta.
Tadek z Markiem z wiadomej przyczyny byli małomówni i gapili się w okno.
– Przed wyjazdem patrzyłem na mapie i w prostej linii z Warszawy do Helsi- nek jest 1140 kilometrów – powiedziałem, ale oni tego nie skomentowali.
Godziny mijały i coraz bardziej głodni popijaliśmy oranżadę kupioną na dworcu. Pociąg przystanął tylko raz w Siedlcach i po minięciu Białej Podlaskiej dotarliśmy późnym popołudniem do granicy polsko-ruskiej w Terespolu.
– Teraz będą zmieniali koła – bąknąłem, wyglądając przez okno.
– Ruskie mają inny rozstaw torów, to potrwa – odparł Marek, rozciągając się na ławce.
Drzwi do przedziału otworzyły się i polski celnik powiedział stanowczym głosem.
– Poproszę paszporty do kontroli.
– Co, aż do Finlandii jedziecie? – rzucił, widząc fińskie wizy.
Przytaknęliśmy mu w ciszy głowami. Celnik oddał nam paszporty i zamyka-
jąc drzwi przedziału powiedział:
– Macie długie włosy, więc uważajcie w Moskwie.
Po wymianie kół, pociąg pojechał kawałek do przodu i znowu stanął. Weszli
ruscy celnicy i szukali wszędzie. Pytali, co wieziemy i czy mamy ze sobą owoce. W końcu usłyszeliśmy – spasiba, i było po odprawie. Po tym długim postoju pociąg ruszył, ale zaraz przystanęliśmy ponownie na chwilę w Briestie. Zapa- dał już wieczór i z okien było widać tylko pola i lasy.
– Taką trasą ruskie puszczają wieczorami i nocą tranzytowe pociągi, aby za- graniczniaki jak najmniej zobaczyli – powiedział Marek.
Na tych nielicznych stacjach, na których przystanęliśmy, na peronach stali żołnierze z kałasznikowami i pilnowali.
– Ale zgłodniałem – odezwał się Marek. – Wsunąłbym teraz porządną golonkę.
– No to chodźta, kupimy sobie coś z wagonu restauracyjnego – zaproponowałem.
– Nie, ja odpuszczam.
Tadek został w przedziale, pilnując walizek, a ja z Markiem poszliśmy do restauracyjnego.
Wchodząc poczuliśmy zapach bigosu. Ludzi było bardzo mało, ale ci, co sie- dzieli, palili chyba jak kominiarze, bo ciężki dym wisiał w powietrzu. Mając po 12 rubli zdecydowaliśmy się na ten bigos. Marek zagadał po rusku do cizia za ladą i po zapłaceniu, usiedliśmy przy stoliku obok. Porcje były spore, ale głodni jak cholera wtrząsnęliśmy je w mgnieniu oka. Najedzeni wróciliśmy do przedziału.
104
– Co jedliście – spytał Tadek.Na zachód przez wschód
– Bigos, nawet był dobry – odpowiedziałem.
– To czuć, bo jedzie od was kapustą.
Koła stukały do taktu i to lekkie kołysanie się wagonu pomogło zasnąć.
Jechaliśmy całą noc i w sobotę rano dotarliśmy do Moskwy. Tutaj mieliśmy przesiadkę na następny pociąg, który odjeżdżał dopiero po południu ze stacji Lenina, leżącej na drugim krańcu Moskwy. Mieliśmy więc pół dnia oczekiwa- nia. Z lekką obawą zostawiliśmy nasze rzeczy w przechowalni bagażu i po ku- pieniu w kiosku lemoniady wybraliśmy się na zwiedzanie Moskwy. Pamiętając z transmisji telewizyjnych pochody 1-majowe z Moskwy, poznaliśmy w oddali wygląd cerkwi na Placu Czerwonym. Poszliśmy tam. Plac był ogromny. Pod Kremlem do mauzoleum Lenina była długa kolejka ludzi, a dookoła słychać było pobrzękiwanie medali i orderów. Każdy wojskowy miał ich po kilka sztuk przypiętych na piersi munduru. My w tych długich włosach odróżnialiśmy się i ludziska przyglądali się nam zaciekawieni, co to za typy. Podeszliśmy bliżej do wejścia mauzoleum i akurat trafiliśmy na zmianę warty. Jak to śmiesznie wyglądało. Wojaki podnosili nogi do pasa i maszerowali w zwolnionym tempie. Natomiast sama zmiana odbyła się tak szybko, że nie zdołaliśmy zauważyć, jak i kiedy to zrobili.
– Ale cyrk – zachichotał Tadek.
Moskwa
Roześmialiśmy się głośno, aż obrażone twarze ludzi zmusiły nas do zamilknięcia.
Łażąc tak dookoła, weszliśmy w boczną ulicę i Marek zauważył sklep rzeź- nika. Poza kilkoma kiełbasami wisiała tylko gruba słonina. Kupiliśmy na spółę jedną kiełbasę i Marek prosił, aby ekspedientka przecięła ją na trzy części. Za- pakowała ją w gazetę i podzieliliśmy się nią na ulicy. Poczułem, że od tego cho- dzenia nogi mi już w tyłek wchodzą, więc oparliśmy się o ścianę domu, wsuwa- jąc kiełbasę.
– Nawet idzie ją jeść, nie? – powiedziałem do chłopaków, widząc jak dwóch szczeniaków w krótkich spodniach gapi się na nas po drugiej stronie ulicy.
Ja z Tadkiem przypaliliśmy po giewoncie i idąc dalej jedną z głównych ulic, znaleźliśmy hotel z restauracją.
– Wejdziemy i wsuniemy może coś ciepłego, a przy okazji wymienimy w re- cepcji bony na ruble, co? – zaproponował Marek.
Po szerokich schodach weszliśmy do środka i po prawo widzimy stoły przy- kryte białymi obrusami. Tuż przed wejściem słyszymy, jak ktoś za naszymi ple- cami mówi po rusku.
Marek odpowiedział portierowi, że my turysty. On popatrzył na nas chwilę
– A wy gdie?
i wskazując ręką w drugą stronę holu powiedział:
105
– Takie turysty to tam paszli.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Domyślaliśmy się, że ta restauracja była dla gości hotelowych z zachodu, a dla hołoty to jest ta druga knajpa. Weszliśmy tam. Było prawie pusto i u bardzo miłej babci zamówiliśmy ruski barszcz i pierogi. Smakowało nam bardzo i było tanio. Zadowoleni poszliśmy na dworzec po bagaże i gdy wynosiliśmy je przed dworzec, raptem znalazł się taksiarz.
– Pażałsta odwiestie nas na wokzał Lenina (prosimy zawieźć nas na Dworzec Lenina).
Jezu, jak ten taksiarz gazował, myśleliśmy, że mu się ta wołga rozleci po tych dziurach. Był na dodatek bardzo rozmowny i gadał przez całą drogę jak najęty. Marek na przednim siedzeniu przytakiwał mu od czasu do czasu, a ja z Tadkiem gapiliśmy się zaciekawieni przez okno. Przed Dworcem Lenina po zapłaceniu kilku rubli weszliśmy na peron. Do pociągu mieliśmy jeszcze godzinę. Rozgląda- liśmy się więc dookoła i obserwowaliśmy. Przy wyjściu stało sporo straganów.
– Tak jak na Bałuckim Rynku – powiedziałem.
Nad całym dworcem dominował pomnik Lenina, miał chyba ponad 10 metrów wysokości.
– Szkoda, że nie mamy aparatu fotograficznego.
– Ale kto o takich rzeczach myślał – dodałem jakby sam do siebie.
– Tak, zacząłbyś fotografować tutaj i nie wiadomo kiedy Ruskie zwinęliby cię
posądzając o szpiegostwo – odparł Marek.
Wreszcie podjechał nasz pociąg, na którym była tablica po rusku Moskwa-
-Leningrad. Poczciwy konduktor pomógł nam znaleźć przedział i po załadowa- niu się, wyruszyliśmy do Leningradu. Po paru godzinach wpatrywania się przez okno zrobiło się znowu ciemno i zmęczeni po tej całodziennej wycieczce po Mo- skwie, zasnęliśmy. Czułem się trochę jak wykręcona szmata, bo na tych pryczach nie było za wygodnie. Rano obudziłem się, gdy pociąg gwałtownie przyhamował i wyglądając przez okno zobaczyłem przedmieścia Leningradu. Tutaj musieliśmy czekać dwie godziny na następny pociąg, ale przesiadka ta była o tyle wygodniej- sza, że nasz następny pociąg stanął na peronie obok. Zmęczeni, wtaszczyliśmy się do przedziału i teraz dawaj dalej do granicy fińskiej. Nie wiem dlaczego, ale ten pociąg jechał jednak dużo wolniej niż te poprzednie. Odwiedziliśmy znowu wagon restauracyjny i tym razem zadowoliliśmy się kanapkami. W wagonie sły- chać było, że jest kilku pasażerów, którzy mówią w innym języku.
– To chyba są Finowie – domyślałem się.
– Ale się zapchałem tą kanapką! Chodź Andrzej, kupimy sobie po piwie – za- proponował Marek.
– Tadek, a ty? – spytałem.
– Nie, ja nic nie chcę – odparł zaspany.
Po tym piwie wzięło nas na śpiączkę, ale przejęty tym, że jutro będziemy już
w Finlandii, spałem jak zając, mając cały czas jedno oko otwarte. W poniedzia- łek raniutko, 8 maja 1972, dotarliśmy do granicy fińskiej – Vainikkala.
106
Na zachód przez wschód
– Panowie sensacja, przyjechaliśmy prawie na czas! – podsumowałem.
Po odprawie ruskiej pociąg przejechał kilkadziesiąt metrów i weszli fińscy celnicy w szarych ubraniach. Jeden z celników wołał głośno.
– Fox Remetiuum! Orkesteri Fox Remetiuum!
Słysząc to, wychyliłem zdziwiony głowę z przedziału i gdy konduktor pod- szedł bliżej, powiedziałem do niego.
– Yes, Vox Remedium.
Poprosił mnie o paszport. Sprawdził czy nazwisko się zgadza i po podpisaniu dał mi brązową kopertę.
– Thank you – powiedziałem i cofnąłem się do przedziału.
Otworzyłem kopertę i w środku były niebieskie, fińskie banknoty.
– Panowie, dostaliśmy z agencji zaliczkę po 100 marek na głowę – powiedzia-
łem, rozdając chłopakom szmal.
Pociąg przejechał następne kilkadziesiąt metrów i znowu się zatrzymał.
– Chłopaki, teraz już jesteśmy na fińskiej ziemi – powiedział Marek, pokazu-
jąc na tablicę z napisem Suomi – Vainikkala.
Naprzeciwko naszego wagonu stał kiosk, więc wyszliśmy na peron. Zauważy-
liśmy, jakie wszystko w tym kiosku było kolorowe. Obok okien powiewały małe chorągiewki z napisem coca-cola i jaffa. Kupiliśmy po takiej bardzo żółtej oran- żadzie jaffa, a ja małą biało-czerwoną paczkę papierosów marlboro.
– Ależ to smakuje – cieszył się Tadek, popijając z butelki.
Gdy wróciliśmy do pociągu, Marek poszedł do kibla obmyć twarz i jak mu się uda to chciałby się też ogolić. Trochę zarósł przez te trzy dni. Teraz ja miałem wygodę z moją brodą. Marek wrócił po chwili i mówi.
– Nie mogę, kurczę, otworzyć kranu z wodą.
Poszliśmy razem i zaczęliśmy kręcić we wszystkie strony, a woda jak nie le- ciała, tak nie leci. W końcu przechodzący fiński konduktor zauważył tę naszą mękę i wszedł do ubikacji. Podniósł rączkę kranu do góry i woda poleciała do zlewu.
– Ale plama! Co zachód to zachód – powiedział Marek.
Po kolei obmyliśmy twarze i wróciliśmy do przedziału. Pociąg ruszył i zacie- kawieni wyglądaliśmy przez okno, aby zobaczyć, jaka jest ta Finlandia. Dużo lasów, od czasu do czasu jakieś jezioro i wielkie wnęki między skałami.
– Co oni nie mają tutaj żadnego rolnictwa – dziwiłem się.
Dochodziło południe i przez wycięte pasy w dużych skałach, dojeżdżaliśmy do Helsinek. Skały te zrobiły na nas duże wrażenie, czegoś takiego przedtem nie widzieliśmy.
– Ile to musiało być roboty, aby przeciąć je tak dokładnie – dziwiłem się.
– You go, O’key?
Finlandia
ociąg zatrzymał się i wyszliśmy na peron. Pierwsze, co zauważyłem, to Pwielki szyld z napisem MATKATAVARA.
Helsinki – maj 1972
– Co na dworcu robi matka? – dziwiłem się.
Weszliśmy do środka i po prawej stronie znaleźliśmy przechowalnię bagażu
i tam też pisało Matkatavara (bagaż podróżny). Facet wydał resztę ze stu marek i dał mi kwity. Rozglądając się dookoła, Marek zadał, że w tej jodłowej jesionce faktycznie wygląda jakby przyjechał z Rosji. Bez namysłu zdjął ją i powiesił na wieszaku obok wejścia do restauracji.
– Co ty zostawiasz tak katanę na dworcu? – dziwił się Tadek.
– A niech ją sobie ktoś weźmie – powiedział Marek odchodząc.
Przed dworcem stały taksówki. Wsiedliśmy do pierwszej i ja podsunąłem
kierowcy pod nos wcześniej napisaną kartkę z adresem agencji Ohjelma Apu Oy na ulicy Lönnrotinkatu 25 i zadałem „ze swęgelska”, bo mój szkolny angiel- ski był bardzo ubogi.
O dziwo, pojechaliśmy. Przez okna taksówki gapiliśmy się z otwartymi ustami. Tyle fajnych aut i te reklamy na domach takie kolorowe. Przejechaliśmy obok takiego okrągłego białego domu i jadąc pod górę, dojechaliśmy po chwili na ulicę Lönnrotinkatu 25.
Zauważyłem, że nie było to daleko od dworca. Zapłaciłem taksiarzowi, a on wypisał mi kwit. Weszliśmy w bramę i dawaj windą na piętro do agencji. Na klatce, przed drzwiami, przeczesali-
śmy sobie fryzury i w napięciu we-
szliśmy do środka. W korytarzu, zaraz na prawo, obok okienka z napisem KASSA, były otwarte drzwi i w progu stała jakaś dziewczyna.
– Hello, we The Vox Remedium band – przedstawiłem nas.
Ona z uśmiechem wyszła na kory- tarz i powiedziała.
– Hello, hei, hei ja tervetuloa!
Dworzec kolejowy w Helsinkach
109
FOTO POŻYCZONE
Moje życiowe zwrotki i refreny
dząc powiedziałem:
– Spasiba.
Manu wyszedł z nami na ulicę i pokazując na usta powiedział:
– Teras jesc pojat – i po kilku krokach weszliśmy do baru.
Nie pytając nas, zamówił nam takie małe mielone kuleczki z sosem i tłuczo-
nymi ziemniakami. Popiliśmy to fińskim zsiadłym mlekiem (piimä) i nawet smakowało. Tylko te tłuczone ziemniaki według mnie miały trochę za luźną konsystencję. Niedaleko baru, po drugiej stronie ulicy Lönnrotinkatu pod 16, znajdował się mały hotel pod nazwą Matkustajakoti Lönnrot. Manu powie- dział coś tam w recepcji i dał nam klucze do pokoju. Żegnając się powiedział, że jutro mamy przyjść na dziesiątą rano do agencji, co brzmiało mniej więcej w ten sposób.
Nie kapując tego ostatniego słowa, domyślaliśmy się, że ona też nas wita i lekko się kłaniając odpowiedzieliśmy jej chórem, hei, hei. Dziewczyna od- wróciła się i zapukała do następnych drzwi. Z pokoju wyszedł chłopak. Był może w naszym wieku i śmiejąc się od ucha do ucha, powiedział do nas łama- nym polskim.
Zaskoczeni, wybuchnęliśmy śmie- Ohjelma Apu Oy chem i Fin podając nam rękę, przed- stawił się jako Manu Ainasoja. Następ- nie zaprowadził nas na koniec korytarza do dyrektora i właściciela agencji, Janne Hakulinena. Od niego dowiedzieliśmy się, w łamanym ruskim języku, że Manu zaprowadzi nas teraz do hotelu, a jutro pójdzie z nami do sklepu muzycz- nego, aby zakupić brakujące nam instrumenty. Po chwili wszedł jeszcze jeden facet i przedstawił się, Jaakko Turkka. Hakulinen powiedział, nadal po rusku, że agent Jaakko będzie nas sprzedawał. Przytakiwaliśmy mu głowami i wycho-
Ulica Lönnrotinkatu 25, budynek agencji
– Ty jutro agencja rosumis, OK? – i pokazał na zegarku na godzinę dziesiątą. – Miły ten chłopak – powiedziałem, otwierając drzwi do pokoju. Przemyliśmy się trochę i najedzeni, zapominając o zmęczeniu, wyszliśmy na
ulicę. Idąc na lewo pod górę, zobaczyliśmy na rogu sklep o nazwie Valintatalo. – Wejdziemy tutaj, może znajdziemy jakieś koszule do grania
– zaproponowałem.
Z myślą, że idzie lato i będzie ciepło, bo grania mamy minimum cztery go-
dziny dziennie, wybraliśmy przewiewne koszule. To był nasz pierwszy zakup w Finlandii. Wracając w dół, minęliśmy nasz hotel i doszliśmy do rogu, gdzie jeżdżą tramwaje. Marek cały czas oglądał się do tyłu, aby zapamiętać drogę powrotną.
110
– No k...wa cy mas kielbase i vutke?
ARCHIWUM AUTORA
– O! Jakiś teatr po drugiej stronie. Sven- -ska Te-a-tern – przesylabizowałem.
Finlandia
Na drugim rogu był sklep Anttila. Weszliśmy tam, rozglądając się z za- ciekawieniem i kupiliśmy sobie po bu- telce jaffy znanej nam już z kiosku na granicy.
Sklep był samoobsługowy i czegoż tam nie było! Na ulicy czuło się świeże powietrze morskie, lekko się oddychało.
– Ależ tu czysto dookoła – dziwiłem
się, mając w pamięci zapach bram na Piotrkowskiej.
– O! I mewy fruwają w środku miasta.
Ulica Lönnrotinkatu
Patrząc na tablicę z nazwą ulicy, dziwiłem się, dlaczego ona ma dwie nazwy. (Wówczas nie byliśmy świadomi, że Finlandia ma dwa oficjalne języki, fiński i szwedzki).
– Robi się szarówka, wracamy do hotelu – zaproponował Tadek.
Po tym pierwszym spacerze po ulicach Helsinek wróciliśmy do hotelu i tym razem zaleciało na korytarzu skarpetonem.
– Pewnie jacyś kierowcy wrócili przed chwilą – domyślał się Marek.
Na kolację zapaliłem marlboro i po toalecie walnąłem się w kimę. Długo nie mogłem zasnąć, bo w głowie latały mi myśli, gdzie ja jestem? Jak to będzie jutro z zakupami instrumentów, podróżą i pierwszą chałturą? Muszę zapamię- tać TEN DZIEŃ. Teraz zależy tylko od okoliczności i szczęścia, jak potoczy się dalsze życie moje i kolegów. To jest nasz nowy start. Obyśmy sobie zapamię- tali, jak zaczynamy. Po raz pierwszy mamy stałą pracę, która jednocześnie jest naszym hobby! Wielu by tak chciało. Następnego dnia rano po wypiciu na śnia- danie reszty jaffy, zjawiliśmy się o dziesiątej w agencji i Manu poczęstował nas czarna kawą. Potem poszliśmy do sklepu muzycznego Fazer na ul. Aleksante- rinkatu, w centrum miasta.
– Tam levy (płyty), a tu piano – wskazał Manu ręką na wprost, a potem na schody na piętro, udając jednocześnie, że gra na pianie.
– Marek on mówi lewy, a pokazuje prosto? – dziwiłem się.
Marek bez słowa wzruszył tylko ramionami.
– Dawaj, dawaj tutaj orkiestra – zadał Manu, schodząc schodami w dół. Manu przywitał się z facetem za ladą i wskazując na nas coś mu powiedział. Sprzedawca wyszedł zza lady i podając nam rękę przedstawił się jako Kurre
Sjöblom.
– Co on powiedział, Kurde? – spytałem po cichu Marka.
– Nie kurde tylko Kurre, chyba tak się nazywa – odszeptał Marek. – Ahaa...
111
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
No i gały nam wyszły. Każdy z nas znalazł kąt ze swoimi instrumentami, i nie dotykając, przyglądaliśmy się z podziwem. Manu pokazał nam kolumny Echo- lette, wzmacniacz i echo, mówiąc:
– Very kut (very good) i tani money – żartował z uśmiechem.
– Chłopaki to co, kupujemy aparaturę wokalną na spółę nie? – zaproponowałem. Tadek z Markiem kiwnęli przytakująco głowami, więc powiedziałem do
Manu z angielska.
– OK, we... buy... this and this.
Zabrzmiało to tak, jakbyśmy mieli straszny szmal w kieszeni, pomyślałem. Dobrze, że agent daje kredyt. Pamiętając, jakie mikrofony mieli w No To Co,
pokazałem ekspedientowi trzy palce i na leżące pod ladą srebrne mikrofony Shure SD 565. Brodaty Kurre wyciągnął trzy sztuki, a Manu dołożył obok kable i statywy. Rozglądamy się dalej. Tadek grzebał w talerzach Paiste i wybrał dwie blachy, ride‘a i crasha formuły 2002 oraz hi-hat.
– Takie blachy widziałem u Szpaderskiego w Łodzi, dobre są – cieszył się. Marek natomiast chodził dookoła organów Hammonda i tylko wzdychał.
Ja wziąłem w miarę tanią kolumnę basową Echolette z dwoma 12-calo-
wymi głośnikami i gitarę basową nieznanej mi marki Yamaha ze sztywnym futerałem.
– Teraz moja kolej – powiedział Marek i ciągnie Manu do Hammondów, poka- zując również na czarne Leslie 760.
– Hetkinen, momento – odpowiedział Manu i zaczął dyskutować coś ze sprze- dawcą. Ten podsunął mu telefon i Manu gdzieś dzwoni. Raptem słyszymy za plecami polską rozmowę. Wysoka kobieta z niskim facetem podeszli do lady i coś tam gadają na zmianę po fińsku i po polsku do drugiego sprzedawcy.
– Dzień dobry, miło spotkać Polaków za granicą, czy państwo mogliby nam pomóc przetłumaczyć trochę? – zapytał ich Marek.
Niski facet powiedział coś do sprzedawcy i po chwili mówi:
– Nazywam się Jarek, a to moja żona Ilona. Manu dzwoni do agencji spytać „Dziada”, czy możecie wziąć też organy Hammonda na kredyt, bo nazbierało się wam już sporo towaru. Z dalszej rozmowy z nim dowiedzieliśmy się, że oni na- zywają się Ilona Trio i mają już Hammonda, model Spinet i Leslie 760. Nie zna- liśmy fińskiego i wydawało nam się, że oni strasznie w tym języku zasuwają.
– A gdzie wy gracie – spytałem.
Wymienili nam jakąś restaurację w Helsinkach, ale nie mieliśmy pojęcia gdzie to. Gdy przeglądaliśmy graty, czy czegoś nie zapomnieliśmy, podszedł Manu i powiedział powoli po angielsku, wtrącając kilka polskich słów, że pan Haku- linen uważa, że kupiliśmy dużo sprzętu jak na pierwszy dzień pobytu w Fin- landii i te Hammondy nie mieszczą się na razie w budżecie i dodał patrząc na Marka:
112
– Take a cheap organ teras i ty kupi inny after few months – zaproponował. Zrozumieliśmy to i Marek wybuchnął mówiąc:
– No panowie, bez Hammonda nie ruszymy!
Finlandia
Koniec końców wyszło na to, że Marek zdecydował się, że zamiast grać na ja- kichś tam bzykach, będzie grał na początku na akustycznym pianinie.
– Manu znowu zadzwonił i po chwili powiedział, że w pierwszym miesiącu pracy w restauracji będzie akustyczne pianino.
– O kurczę, prawie że zapomniałem – przerwał nam Tadek – stołek do bębnów, przecież muszę na czymś siedzieć.
Zanieśliśmy nowo nabyty sprzęt na koniec sklepu i ustawiliśmy wszystko obok tylnych drzwi wyjściowych. Sprzedawca Kurre przypiął na nich kartkę „Vox Remedium Orkesteri”. Według Manu, jutro rano o dziesiątej on przyje- dzie pod sklep taksówką, która zawiezie nas do miasta Mikkeli. Wychodząc ze sklepu, Marek był w złym humorze. Manu żegnając się dodał, abyśmy zro- bili w Mikkeli szybko nowe zdjęcie, bo jest potrzebne do dalszej sprzedaży. Przytaknęliśmy.
– O! Magnetofon trzeba kupić do roboty – wyrwało mi się, gdy zobaczyłem ta- śmowca na wystawie.
Weszliśmy z powrotem do sklepu i pokazując ręką taśmowy magnetofon Grundiga na wystawie, powiedziałem:
– I buy this (Ja kupić to).
Sprzedawca kiwnął głową i idzie w drugą stronę sklepu. Gdzie on zasuwa, dziwiłem się i zdążyłem złapać go za rękaw i ciągnę go z powrotem do wysta- wy. Pokazałem ponownie na magnetofon. On zdziwiony pochylił się i postawił go na ladzie. Złożyliśmy się szybko i po zapłaceniu sprzedawca z uśmiechem dał nam jedną taśmę za darmo. Tutaj muszę dodać, że gdy opowiadałem póź- niej kolegom o naszym zakupie magnetofonu, wyjaśniono nam, że sprzedawca na pewno szedł do magazynu po nowy w kartonie, a my zmusiliśmy go do wy- jęcia tego z wystawy... ale plama! Teraz zrozumiałem, dlaczego nasz nie miał górnej pokrywy. Na dodatek, gdy koledzy spytali, czy dostaliśmy jakąś zniżkę – (fin. alennus)? – postawiłem oczy w słup.
– Co? Tutaj można się targować w sklepach – to była dla nas następna nowość.
Wracając do hotelu, weszliśmy po drodze do sklepu o nazwie Stockmann (wielobranżowy dom handlowy). Na stoisku z gazetami kupiliśmy pocztówki, aby je wysłać do domu.
Wtorek 9 maja 1972, słońce świeciło raźnie. My, po porannej toalecie i wy- piciu kawy w barze obok, zabraliśmy z hotelu nasze walizki i zjawiliśmy się o dziesiątej przed sklepem. Manu zgodnie z umową przyjechał po chwili tak- sówką, był to ford transit.
– Terve (cześć) ku...a – powiedział wyskakując z auta.
Podał mi kartkę po angielsku, gdzie był adres i nazwa restauracji oraz że pierwszy miesiąc gramy cztery dni w tygodniu. Wtorki, środy oraz piątki i soboty. Pokazałem ją Markowi, który dodał, że pewnie „Dziad” chce nas przy- zwyczaić do roboty, dając nam poniedziałki i czwartki wolne. Gdy wynosiliśmy
113
Moje życiowe zwrotki i refreny
nasz sprzęt tylnym wyjściem, doczepił się do nas jakiś facet i słysząc, że gadamy między sobą w obcym języku, zaczął mendzić (marudzić).
– A skąd jesteście chłopcy? – (Mistä olette, pojat?)
Nie rozumiejąc, o co mu chodzi, nie zwracaliśmy na niego uwagi.
W końcu Manu powiedział do niego, że my przyjechaliśmy Puolasta,
czyli z Polski i nie wiadomo dlaczego wyzwał nas podniesionym głosem od Piłsudskiego!?
– O co mu chodzi – dziwiłem się.
– A czort z nim – dodał Tadek, wciskając kolumny do auta.
Jakoś udało mi się wytłumaczyć Manu, że musimy pojechać przez dworzec,
aby odebrać resztę bagażu. Manu powtórzył to do kierowcy. Załatwione! Uścisnęliśmy mu rękę, dziękując za opiekę i wsiedliśmy do auta. Odjeżdża- jąc, pomachaliśmy mu jeszcze przez okno na good bye. Po szybkim przystanku na dworcu, minęliśmy centrum. Gapiliśmy się przez okna, aby zobaczyć jesz- cze trochę tego miasta. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dwunasta. Wyjecha- liśmy na autostradę, która miejscami też była wyrżnięta jak nożem w skałach. Po półgodzinie jechaliśmy już szosą w stronę Lahti. Szosa miała po bokach i po- środku wymalowane białe pasy. Po obu stronach rósł najczęściej iglasty las. Krajobraz ten robił na mnie wrażenie spokoju i ładu. Rzadko widzieliśmy jakieś
pola czy krowy, aż Tadek krzyknął.
– Patrzta chłopaki, traktor na polu i mewy za nim fruwają!
Wtedy kierowca jakby się obudził i wymówił jedno z nielicznych słów pod-
czas całej podróży.
– Tak, to jest traktor (fin. jo, tä on traktori).
Minęliśmy jakieś małe miasto i stanęliśmy na stacji benzynowej o nazwie
Kesoil, aby zatankować.
– O, sam sobie nalewa – dziwiłem się.
– U nas to by se nalał i dał nogę.
Kierowca odłożył szlauch i po zakręceniu korka w baku kiwa na nas. Wysiedliśmy i poszliśmy za nim do środka. Patrząc, co on kupuje, wzięliśmy
to samo i zjedliśmy po kanapce z czarną kawą.
– Ale tu porządek – wyrwało mi się, gdy zobaczyłem, jak inni odnoszą swój
talerz i kubek do wózka stojącego pod ścianą. Ja przypaliłem papierosa i po od- niesieniu naszych kubków pojechaliśmy dalej. Około czwartej dojechaliśmy do Mikkeli. Miasteczko to było dużo mniejsze od Helsinek. Gdy wjechaliśmy do centrum, kierowca minął rynek i stanął zaraz za rogiem. Wysiadając coś tam powiedział. Nic nie rozumiejąc, uśmiechnęliśmy się tylko.
Gramy w Finlandii
ad wejściem pisało dużymi literami Ravintola Pillinki, a na drzwiach była N przyklejona bardzo niewyraźna kopia naszego starego zdjęcia The Vox Remedium. Weszliśmy po schodach na pierwsze piętro i po przywitaniu się z kierownikiem wnieśliśmy nasz sprzęt. Kierownik pokazał nam, gdzie będzie- my mieszkać. Wyszliśmy z restauracji i zaraz za rogiem, przy rynku, weszliśmy do klatki schodowej. Zapachniało przyjemnie świeżo umytymi schodami. Weszliśmy
Mikkeli, wtorek 9 maja 1972
na drugie piętro. Otworzył drzwi, dając nam klucz do łapy i powiedział:
Przytaknąłem mu głową, że zrozumiałem, że zaczynamy o 20.30 i weszli- śmy do środka. Były to dwa pokoje, a w jednym z nich mała kuchenka. Również tutaj pachniało bardzo przyjemnie i było czyściutko. Wyglądając przez okno na rynek, powiedziałem do chłopaków:
– You start play 8.30, OK?
– Ja mogę spać tutaj, pod oknem.
– No to ja biorę ten drugi pokoik – odezwał się Marek.
Tadek nie mając wyboru wziął łóżko obok kuchni.
Po rozpakowaniu się poszliśmy z powrotem do restauracji, aby podłączyć
nasz nowy sprzęt. Na scenie przestawiliśmy pianino bokiem do parkietu, na lewą stronę. Tadek rozstawił się z bębnami pośrodku, a ja zaparkowałem swoją kolumnę basową po prawej stronie. Po wyjęciu kolumn wokalnych z kartonów zacząłem patrzeć na narysowany z tyłu schemat, jak je podłączyć.
– Dziwne to podłączenie, tylko jeden kabel ze wzmacniacza do kolumny, a potem dalej drugim do następnej.
Postawiłem jedną na pianinie, a drugą na podłodze, obok basowej, ale jakoś mi to nie pasowało, bo biła w nogi.
– Przydałoby się jakieś pudełko, aby ją podnieść – zaproponował Marek.
Poszedłem do kuchni i rozglądając się zobaczyłem czerwone skrzynki po co- ca-coli. Wziąłem dwie i na migi spytałem się kobiety w kasie, czy mogę je poży- czyć. Ona kiwnęła ręką, więc uśmiechnąłem się grzecznie i wróciłem na scenę. Po dobrej chwili i dalszym przestawianiu, włączyłem aparaturę i podłączy- łem mikrofony. Gdy kręciłem potencjometrami, coś tam zaczęło lekko syczeć z kolumn. Kręcąc dalej, znalazłem odpowiednią moc oraz ustawiłem lekkie echo.
115
– Pasuje? – spytałem chłopaków.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Tadek przestał stukać w bębny i ustawił sobie statyw do mikrofonu obok hi- -hatu. Cmoknął dwa razy i powiedział kilka słów, kiwnął głową, że jest OK.
Pamiętając, jak „Drut” nagłaśniał piano w klubie Pod Siódemkami, ułożyłem mikrofon swojej roboty, zabrany na wszelki wypadek z Polski, na dnie piana po prawej stronie, bo „Drut” mówił, że basy i tak słychać mocniej niż wysokie. Za- mknąłem dolną klapę i Marek chciał sprawdzić, jak to słychać na sali.
– Weź „Diabeł” brzdąknij tam coś – powiedział stojąc na środku parkietu. Zagrałem mu „bardzo skomplikowany” akord g-mol7.
– Nadal za dużo basu, bo tutaj dudni – dodał.
– A teraz?
– No, może być.
Tadek kręcił nadal kluczem przy werblu, narzekając, że skóra się opuści- ła podczas podróży. Ja po nastrojeniu basu zauważyłem, że trochę nie stroi w oktawach. Wyciągnąłem mały śrubokręt, który dostałem z gitarą i poprawi- łem intonację w mostku. Opuściłem trochę struny i teraz było lepiej. Ze słow- nikiem w ręku poszedłem do kuchni spytać kierownika, kiedy będzie jakiś food (posiłek).
– In the second pause, OK? (w drugiej przerwie) – odpowiedział pytająco.
– OK – odpowiedziałem zadowolony, że się zrozumieliśmy i wróciłem na salę. Tadek stukał na bębnach, sprawdzając nowe talerze Paista, a Marek impro-
wizował coś na pianie, mówiąc, że nawet dobrze stroi.
– Na drugiej przerwie dostaniemy ciepłe jedzonko – powiedziałem, zakłada-
jąc bas.
– Spróbujemy coś z wokalem – zaproponowałem.
Zaśpiewałem kawałek Gilberta O’Sullivana, wolniaka z prywatnym tytułem
Bez rymu, czyli Nothing Rhymed z jego płyty Himself. Lubię takie melancholijne melodie. Zadowoleni z balansu wyłączyliśmy aparaturę.
– Co, spadamy do chaty, nie? – powiedziałem opierając bas o kolumnę.
– To od i do której gramy? – spytał Marek, gdy byliśmy już na schodach.
– Zaczynamy o ósmej trzydzieści – powtórzyłem.
– O, muszę kupić fajki, bo mi się kończą – przeszedłem na drugą stronę ulicy
do kiosku, a chłopaki czekali w drzwiach do klatki schodowej.
– Mamy tylko jeden klucz, to może ja będę go trzymał – zaproponował Marek. W chacie wyciągnąłem listę z naszym repertuarem i położyłem obok papie-
rosów, aby nie zapomnieć. Tadek podpowiedział Markowi, o jakichś tam bossa novach, które grali na początku wieczoru w GKO. Po kolei zaliczyliśmy toaletę i po przyczesaniu włosów ubraliśmy się w nowe koszule.
– Szkoda, że nie mamy żelazka – narzekał Marek.
– Dobra, to idziemy – powiedziałem przypalając papierosa.
W restauracji światło było przyciemnione i jak na razie bardzo mało ludzi.
Pierwszy blok odegraliśmy instrumentalnie standardami, zerkając często 116
Gramy w Finlandii
na kierownika i kelnerki, aby sprawdzić ich reakcję. Schodząc na przerwę, uśmiechnąłem się do kierownika, bo nadal stał obok drzwi do kuchni. Kierow- nik kiwnął mi tylko głową i pokazał nam ręką, że możemy na przerwie siedzieć w pustym gabinecie obok.
– Trochę długie te bloki, nie? – bąknąłem siadając.
– Eee tam, nawet szybko zleciało – odparł Tadek.
Marek podszedł do telewizora i po krótkim szukaniu znalazł włącznik.
– Ooo, kolorowy – zareagowałem.
Patrzyliśmy w ten telewizor jak szpaki w gnat, bo nic nie rozumieliśmy.
– Dobra, idziemy – powiedziałem, zerkając na zegarek.
– Tak jest panie kierowniku – zażartował Tadek.
W restauracji było nadal mało ludzi i po zagraniu dwóch instrumentalnych
zaproponowałem, abyśmy zaśpiewali coś wolnego.
Tadek zadał Only you, a na drugie zaśpiewałem Otisa Redinga, Sittn’ On the
Dock of a Bay.
– Lekko się śpiewa przez to echo, nie? – zareagował Tadek, gdy Marek zaczął
następny utwór.
Kiwnąłem Tadkowi przytakująco głową i obserwowałem, jak kierownik sali
prowadzi nowych gości do stolika, podczas gdy reszta czeka spokojnie przy wejściu na swoją kolej. Zdziwieni byliśmy, że przez cały blok nikt nie zatańczył. Zakończyliśmy ten blok grając Summertime i Tadek powiedział przez mikrofon to, co miał napisane na kartce od skrzypka z Łodzi.
– Kiitos, tauko (Dziękujemy przerwa).
Schodząc na przerwę, pokazałem kierownikowi palcem na moje usta, dając mu do zrozumienia, że teraz byśmy zjedli. On przytakując głową znik- nął za drzwiami do kuchni. Rozsiedliśmy się w gabinecie, i znowu gapimy się w telewizor.
– Nic nie kapuję z tego, a wy? – zadał Tadek.
– Ni cholery – mruknął Marek, obgryzając paznokcie.
Po chwili uchyliły się drzwi od kuchni i kierownik powiedział do nas bardzo
szybko po angielsku.
– Your food is ready now!
Patrzyłem na niego pytającym wzrokiem, a on powtórzył:
– Food is ready now! – i poszedł.
Ja miałem angielski w szkole tylko jeden rok, dwie godziny tygodniowo, więc
niewiele kapowałem co on powiedział. Ale wydawało mi się, że chodzi o jedze- nie, ale dlaczego on powiedział na końcu, now czyli nie? Chłopaki zerknęli na mnie pytający wzrokiem, no?
– Czort wie dlaczego, ale on chyba powiedział, że teraz nie będzie żarcia – do-
myślałem się.
Zdziwieni tym, gapiliśmy się dalej w telewizor.
– Patrzta, jakiś wesoły film, Jatkuu, się zaczyna – powiedziałem.
117
Moje życiowe zwrotki i refreny
Patrząc dalej, zauważyliśmy, że pokazują jakieś ceny i szybko przeskakują na coś innego.
– Łeee, co ty gadasz, to chyba jakaś reklama – poprawił mnie Marek.
Po chwili Tadek odezwał się.
– No, co oni kurczę z tym żarciem w konia lecą?
W tej samej chwili wszedł do gabinetu kucharz w białym kitlu i coś tam beł-
koce do nas po fińsku, pokazując ręką na drzwi do kuchni. Siedząc na dupie pa- trzymy na niego, o co mu chodzi? W końcu podszedł, wziął mnie za rękę i pro- wadzi do kuchni. Po chwili weszliśmy do małego pokoiku i tutaj na stole stały trzy talerze z jedzeniem, a obok chleb, masło i dzbanek z mlekiem.
– Ahaaa – jedyne co udało mi się powiedzieć.
Pobiegłem do gabinetu i krzyknąłem przez uchylone drzwi.
– Kurczę, chodźta, bo jedzenie stygnie!
Zaczęliśmy szybko jeść letnie już kotlety.
– A co to jest, to okrągłe na kotlecie – spytałem łykając frytki.
Marek spróbował i mówi, że to ananas.
– Ananas na kotlecie? – dziwiłem się.
– A ten suchy cienki chleb jest twardy jak dachówki – komentowaliśmy. Teraz zaczynało do mnie docierać, że po angielsku now to nie to samo co no!
Czyli now znaczy teraz. Zassałem! Hmm, dałem plamę, nie przyznając się przed chłopakami.
– Śmietanę nam dali, a nie mleko – ucieszył się Marek ocierając usta.
Faktycznie, ta chłodna śmietana smakowała nam bardzo. Przypomnia- ły mi się dziecięce wakacje w Jakubicach i to zimne zsiadłe mleko prosto z ziemianki.
Trochę spóźnieni zaczęliśmy trzeci blok. Widząc, że jest już sporo ludzi, Tadek zaproponował, że zaśpiewa wolniaka, ale nikt nie tańczył.
– Zaśpiewajta może coś szybkiego – krzyknął Marek.
No i polecieliśmy z Suny w szybszym tempie, a następnie Proud Mery.
W końcu kilka par wyszło na parkiet, więc na trzeci zaśpiewałem Toma
Jonesa All I Ever Need Is You. Następnych kilka par wyszło na parkiet, ale tłoku nie było. Obok Marka stanął jakiś cizio i coś mu tam truł do ucha. Marek odwró- cił się do mnie i mówi:
– Ten facet chyba chce, abyśmy mu zagrali La Cumparsita.
– Co takiego, tango!? – zdziwiłem się bardzo.
– Ach, zagrajmy mu, to się odczepi – zaproponował Tadek, dodając, może da
jakieś boki.
– Z „D” – krzyknął Marek, i polecieliśmy z kapelusza. Tadek grał tego typu
muzykę w klubie oficerskim, więc krzyknął zza bębnów. – To nie jest La Cumparsita, to jest La Paloma!
– A co to za różnica, tango jak tango – bąknął Marek. Raptem zjawiło się na parkiecie pełno wiary.
118
Gramy w Finlandii
– Ale jaja – śmiałem się do Tadka – w życiu bym się nie domyślił, że oni lubią tutaj tango.
Pod koniec krzyknąłem do Marka:
– Zagraj jeszcze raz temat, a potem lecimy od razu Santanę Black Magic Woman i prawie bez przerwy między utworami, zagraliśmy Santanę.
Większość tańczących stanęła i gapiąc się na nas, coś tam do siebie mówili. Część zeszła z parkietu, ale na szczęście wyszło kilka nowych par i po chwili lu- dziska ponownie tańczyli. Zrobiła się miła atmosfera, tylko ten cizio od tanga nie dawał Markowi spokoju.
– On powtarza coś „valsi, valsi” – bąknął przez ramię Marek.
– A niech się odwali, zaśpiewaj Tutti Frutti – zaproponował Tadek.
Po zagraniu tego rock’n’rolla zmiotło wszystkich z parkietu i znowu pucha! – Damy im coś wolnego, może Light My Fire? – spytałem.
– Nie, dajmy na pierwsze Michelle Beatlesów, a potem zaśpiewasz ten twój
kawałek O’Sullivana – zaproponował Tadek.
– Dobra, lecimy – odparł Marek i zaczął grać intro. Gdy zaczęliśmy śpiewać,
na parkiet wyszło od razu kilka par i tańcząc gapili się, jakby papieża zobaczyli. W następnej piosence skróciłem echo, aby zabrzmiało bliżej O’Sullivana. Fajnie mi się ją śpiewało i chyba po raz pierwszy ktoś zaklaskał spontanicznie.
– A co tera? – spytał Marek.
– Tadek daj Delilah, a potem Oye Como Va.
Ludziska znowu tańczyli, a gdy zaczęliśmy Santanę, na parkiecie był już tłok. – A kurczę, nie mówiłem, że za mało Santany zrobiliśmy! – krzyknąłem do
Tadka, gdy Marek grał solo.
– Szkoda, że nie mamy organów do takich numerów – narzekał Marek.
Do końca tego bloku wepchnęliśmy jeszcze między piosenkami jedno tango
i walca, aby ten facet się odczepił. Nie znając wszystkich oryginalnych tytułów piosenek, mieliśmy na nie swoje ksywy.
– Chwilami ciężka ta publika – podsumował Marek, gdy schodziliśmy na przerwę.
– Muszę mocno walić w te klawisze, aż mnie łapy bolą – dodał przeczesując czuprynę.
Na tej przerwie stanęliśmy obok portiera przy wejściu i obcinaliśmy gości. Część była już porządnie pod muchą. Nawet młode dziewczyny szły parami zygzakiem do kibla.
– Coś słabe głowy mają – powiedziałem przypalając papierosa.
Zaczęliśmy grać ostatni blok i ja zaproponowałem, abyśmy po czastuszkach Tadka zagrali Hey Ba Ba Riba. Wiara tańczyła te rock’n’rolle jak szalona, i nawet kilku Finów śpiewało razem z nami w refrenie. Od czasu do czasu Tadek wy- krzykiwał wesoło przez mikrofon słowa zapisane od skrzypka.
– Kaikki taputta, hyvä pojat! (Wszyscy klaszczą, dobrze chłopaki!)
Raptem w całej restauracji zgasło światło, ale zaraz zapaliło się z powrotem
i w kolumnach słychać było DUP!!
119
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Rozwalą nam głośniki! – warknąłem.
Dokończyliśmy ostatni utwór i Tadek zapowiedział krótko:
– Kiitos.
– No to koniec imprezy panowie – powiedział Marek, zamykając klapę pianina. Zdjąłem bas i czuję, że ktoś mnie szarpie za rękaw. Patrzę, a to ten sam cizio
od tanga i coś tam mówi. Tadek przechodząc obok powiedział:
– Dans finito – i poszliśmy przez parkiet do kuchni, kobieta za ladą dała nam
trzy kanapki zawinięte w przezroczysty celofan i litr zimnej śmietany (piimä). – A widziałeś w chacie jakieś szklanki – spytał mnie Tadek.
– Nie, wezmę na wszelki wypadek trzy sztuki.
Powoli poszliśmy schodami na dół trochę oszołomieni tym pierwszym wie-
czorem. Przed restauracją stało sporo ludzi. Niektórzy siedzieli na schodach przed drzwiami, czekając na taksówki. Za rogiem, na rynku stała wiara przed kioskiem z grillem. Byli głośni, a glina przejeżdża obok i w ogóle nie reaguje. W środku nocy taki hałas? Obcinaliśmy ich, idąc powoli w stronę klatki schodo- wej. Pomimo że był już maj, było nadal zimno. Większość z tej wiary pod kio- skiem była jednak ubrana tylko w podkoszulki z krótkimi rękawami.
– Jak im nie zimno – dziwiłem się, idąc na górę. Zmęczeni dzisiejszą podróżą i pierwszą chałturą, przegadaliśmy jeszcze dobrą godzinę, dzieląc się dzisiej- szymi wrażeniami.
– Ciekawe czy w tym mieście grają jakieś inne polskie kapele – spytałem jakby sam siebie, kładąc się do łóżka.
– Ależ ta kołdra cienka, tylko jeden koc w środku – dziwił się Tadek.
Zanim zasnąłem, słyszałem jak obok, na rynku, wiara powoli cichła. Następnego dnia obudziłem się około dziesiątej. Za oknem świeciło już
słońce i z ulicy dobiegały odgłosy aut.
– Spałem jak kamień – powiedziałem do Tadka.
– Dobrze, że nikt z nas nie chrapał – odezwał się ziewający Marek. Umyliśmy się po kolei i głodni zasuwamy do restauracji. Obok kiosku leżało
sporo papierów, i mewy starały się wydziobywać z nich resztki jedzenia. Weszliśmy po schodach do restauracji i zobaczyliśmy zdziwieni, że na środku parkietu stoi ogromny stół zastawiony żarciem. Raptem słyszymy w końcu re-
stauracji głośny śmiech i rozmowę po polsku.
– O! Polacy – wyrwało się Tadkowi.
Podeszliśmy do nich i po krótkim przedstawieniu się, dowiedzieliśmy się, że
to jest kapela The Blue Birds. Pracują w Finlandii od marca i grają naprzeciwko w nocnym klubie Nuijamies. Z dalszej rozmowy dowiedzieliśmy się, że kapel- majstrem jest pałker Sławomir Batin, Darek Witkowski z Suwałk gra na basie, Danuta Świgoń śpiewa i gra na kongach, a Zbyszek Kmiciński z Warszawy leci na organach Hammonda. Słuchając dalej, obserwowaliśmy ich i gości. Batin był bardzo uprzejmy, bo gdy mu powiedzieliśmy, że jesteśmy tutaj dopiero drugi dzień, to wytłumaczył nam, o co chodzi z tym żarciem na stole.
120
Gramy w Finlandii
– Mówię to wam, abyście nie dali plamy, tak jak to zrobili inni.
– To się nazywa po fińsku seisova pöytä, czyli szwedzki stół. Klientela płaci przy wejściu stałą sumę i mogą jeść ile chcą. W tej cenie jest również deser i kawa. Tylko za piwo i inny alkohol płaci się osobno.
– Słyszałem – mówił dalej Sławek – że inni muzycy, gdy zobaczyli po raz pierwszy taki stół, wzięli krzesła i dosiedli się z myślą, że będzie wesele.
– Ha, ha, ha – roześmiała się głośno Danuta, a my razem z nią.
– No to, do korytka panowie – powiedział Marek, odsuwając krzesło. Wstaliśmy i zaczęliśmy nakładać po trochu na talerze.
– A co to jest? – spytał Tadek, pokazując na cienko pokrojone ciemne mięso. – Nie wiem, weź plaster i spróbuj.
Patrząc, że Marek nakłada sobie tylko samo mięso i wędliny, spytałem go:
– A co, ziemniaczka nie bierzesz?
– „Diabełku”, ziemniaczki to ja wpieprzałem w Polsce, a teraz tylko mięsko
i śmietankę będę jadł – żartował Marek.
Ja nałożyłem sobie kilka małych kulek z mięsa i dwie małe parówki oraz
ziemniaka, bo te tłuczone w Helsinkach pamiętam, że mi nie smakowały. Przy stole Sławek spytał, gdzie mamy resztę gratów? Spojrzeliśmy na niego z unie- sionymi brwiami.
– Widzę tylko bębny i jedną kolumnę na scenie, a gdzie reszta? Organy, leslie?
Faktycznie, było trochę ubogo na naszej scenie. Marek szybko wytłumaczył, że nie zmieściliśmy się w budżecie u „Dziada” i na razie gra na akustycznym pianie, a organy Hammonda kupi później.
– Walić w piano po 4–6 godzin dziennie, to poczujesz to w palcach.
– Współczuję ci – odezwał się Zbyszek.
– Czego się nie robi dla sławy – żartował Marek.
Od Sławka dowiedzieliśmy się, że pod ich nocnym klubem jest restauracja
i gra tam fiński zespół. Dodał, że oni grają dodatkowo dwie godziny w południe do obiadu. Finy nazywają to matiné. Jedzenie ze stołu smakowało nam i trochę nieśmiało braliśmy co chwila dokładki.
– Mnie najlepiej smakuje na deser ser z winogronami – powiedział Zbyszek wracając z talerzem pełnym owoców z różnymi serami.
– Co to jest za mięso – spytałem Sławka, pokazując na tę cienko pokrojoną pieczeń na jego talerzu.
– To jest renifer z Laponii kolego! Po fińsku nazywa się to poro.
Wstałem i z ciekawością nałożyłem sobie plaster tego mięsa. Pierwszy raz w życiu jadłem pieczeń z renifera na zimno, lepiej smakowały mi jednak te małe kulki z mielonego mięsa, więc dołożyłem sobie jeszcze jedną porcję.
– Spróbuj „Diabeł” tą czerwoną rybę, też jest dobra – zachwalał Tadek, wra-
cając do stołu.
– „Diabeł”? – zdziwiła się Danuta.
– Tak jakoś przykleili mi tę ksywę – odparłem.
121
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Ale się objadłem, ale na deser zmieści mi się jeszcze kawałek tortu z kawą – powiedziałem, wstając.
– Żyć nie umierać panowie! – skomentował Zbychu.
Gdy wróciłem, Batin opowiedział o jakiejś kapeli, która na przerwach miała między sobą jakieś porachunki i portier musiał im przerywać mecz bokser- ski, gdy był czas na granie. Wspólnie wybuchaliśmy od czasu do czasu głośnym śmiechem. Gdy się zgadaliśmy o muzyce, to o dziwo, a właściwie na całe szczę- ście, dowiedzieliśmy się, że Finom trzeba grać po dwa utwory tego samego typu, czyli parami, w tym samym tempie.
– Dwa wolne, dwa szybkie, dwa tanga, dwie humppy – zakończył Sławek.
– Co? Humppy? Co to jest? – spytałem.
Po raz pierwszy odezwał się Darek i powiedział, że to jest tradycyjny taniec
fiński, coś w rodzaju country.
– Aha, takie klocki – dziwiłem się, znajdując jednocześnie odpowiedź na
nasze pytania z wczorajszego wieczoru.
– To dlatego oni byli niezadowoleni, gdy my po zagraniu tanga, daliśmy im na
drugie czadu Santaną – powiedziałem do Tadka.
Danka wybuchnęła znowu śmiechem i dodała:
– Jak zagracie po jednym, to będą do was krzyczeć, älä lopetta keskellä!, czyli,
że skończyliście w środku!
A znacie jakąś humppę czy fińskie tango i walca? – spytał Zbyszek.
– Nie – opowiedzieliśmy prawie razem.
Zbyszek wytłumaczył, że to musimy grać przymusowo w każdym bloku, bo
inaczej nasz pobyt w Finlandii będzie bardzo krótki.
– Jak chcecie, to dam wam nuty, „Dziad” dosyła co miesiąc nowy materiał
– zaproponował.
– Ależ bardzo chętnie – odparł Marek.
– O! jeszcze jedna ważna sprawa – dodała Danka – na zakończenie wieczoru
musicie koniecznie zagrać walca, jako ostatni utwór!
– To jest obowiązkowe, bo inaczej ryzykujecie życiem! – przytaknął żartobli-
wie Batin.
– No to, daliśmy wczoraj kilka plam – przyznałem się na głos.
Danka znowu zaśmiała się pełnym głosem, aż echo rozniosło się po całej re-
stauracji i dodała: – Ale z was świry!
Całe szczęście, że ich spotkaliśmy, pomyślałem sobie. Sporo się dowiedzie-
liśmy w co tu jest grane i nie będziemy musieli się dzisiaj domyślać. Popijając sok pomarańczowy, przegadaliśmy jeszcze z dwie godziny. Batin opowiedział kilka kawałów i uśmialiśmy się, że aż łzy leciały. Oni grali sześć dni w tygodniu i o godzinę dłużej od nas. Obiecaliśmy, że wpadniemy do nich. Marek poszedł ze Zbyszkiem po nuty, a ja z Tadkiem, spacerkiem, wyszliśmy na miasto. Obeszli- śmy dookoła rynek, patrząc na wystawy.
– Zobacz fajne buty po 29,90 marek – spostrzegł Tadek. 122
– Chodź wejdziemy i zobaczymy, co mają – zaproponowałem.
Gramy w Finlandii
– O, tu jest też sklep muzyczny Fazera – dodałem, widząc z daleka szyld.
Stanęliśmy i obejrzeliśmy, co mają na wystawie. Gdy zakończyliśmy kółko dookoła rynku, okazało się, że to było całe centrum Mikkeli, które obeszliśmy w 15 minut. W bocznych ulicach były prawie same domki jednorodzinne. Z tych dużych szyldów nad sklepami nic nie rozumieliśmy, ale zaciekawiła nas jedna wystawa z naklejonym na szybie napisem „ALE”.
Patrząc na ceny, zauważyliśmy, że obok normalnych są przyklejone drugie, dużo niższe.
– To jest pewnie obniżka na towar z drugiego gatunku – domyślałem się na głos.
– No, ja nie widzę, żeby te marynarki miały jakiś feler – odparł Tadek. – O zobacz, ale fajna katana ze skórzanych łatek.
– Ile kosztuje?
– Obniżona z 99,90 na 49,90 marek.
– O! A ta marynarka też jest fajna – dodałem, dotykając taką niebiesko-białą w dużą kratę. Sprawdzając cenę, zauważyłem kątem oka, jak ekspedientka pod- chodzi do nas i z uśmiechem pyta o coś.
– No thank you – odpowiedziałem wskazując palcem na oczy, że my tylko patrzymy.
– A może poszalejemy i kupimy je – zaproponowałem, gdy odeszła.
– No, dawaj przymierzamy – odparł Tadek.
Katany pasowały na nas jak ulał, więc kiwnąłem ręką do ekspedientki i poda-
łem jej swoją marynarkę mówiąc kanciasto. – I buy.
Poszła do kasy i zapakowała ją w plastikową torbę. Zabuliłem jej 39,90 marek, była obniżona z 79,90, Tadek położył też swoją mokkę na ladzie i wy- ciągnął szmalec.
– Ale zaskoczymy Marka – powiedział radośnie, gdy wyszliśmy na ulicę.
Dochodząc do chaty, zobaczyliśmy, że przed klatką stoi Marek i kręci kluczem na palcu.
– Gdzie się kurczę włóczycie, czekam tu na was już dobrą chwilę.
– Po mieście sobie pochodziliśmy – odparłem podnosząc torebkę.
– Następnym razem to pójdę na górę i będziecie czekali na ulicy – pogroził
nam.
W ciszy weszliśmy do chaty i ja z Tadkiem zaczęliśmy przymierzać ponow-
nie nasz nowy nabytek.
– Fajne, nie – spytałem Marka.
– No, a ile zabuliliście.
– Były obniżone prawie o połowę.
– Nie żartujta, a w którym sklepie?
– Tutaj obok rynku, tam gdzie pisze takimi dużymi wołami na wystawie ALE.
123
Moje życiowe zwrotki i refreny
– No to pójdę tam jutro i może coś znajdę dla siebie.
Powiesiłem katanę na krzesełku i przejrzałem z Markiem fińskie humppy.
– To nie jest wcale takie trudne – powiedział Marek i dodał.
– Zbyszek mówił jeszcze o jakichś jenkkach na 2/4, które ma mi dać później. – No to co, może przelecimy kilka po południu – zaproponowałem.
– Dobra – odparł Tadek – tylko ja najpierw napiszę krótki list.
– O, ja też – i Marek zamknął się w swoim pokoju.
Tadek wyciągnął z aktówki papier i zaczął pisać. Ja walnąłem się na łóżko
i przeglądałem słownik polsko-angielski. Była chyba czwarta po południu, gdy poszliśmy do restauracji na próbę. Faktycznie te humppy były bardzo łatwe, niektóre nawet wesołe.
– Słuchajta chłopaki, tak leci Hej Karjalasta – i Marek zagrał „um-pa, um-pa”.
Wieczorem odegraliśmy nasz drugi wieczór. Koledzy z The Blue Birds mieli rację, bo gdy zagraliśmy coś z tych fińskich kawałków, to od razu ludziska wy- chodziły na parkiet. Graliśmy za ich poradą po dwa jednakowe utwory i wie- czór zleciał nam dużo łatwiej. Gdy skończyliśmy, zaproponowałem, że może pójdziemy posłuchać Batinów.
– Nie – odpowiedział Tadek – ja nie skończyłem jeszcze listu, a poza tym zo- stała im tylko godzina grania.
– Pójdziemy do nich jutro, gdy mamy wolne – odparł Marek.
Następnego dnia spotkaliśmy się z Blue Birdsami w południe, na jedzeniu. Podziękowałem im za porady i Zbychu obiecał poszukać jeszcze kilka fiń-
skich utworów. Pamiętając, że mamy wysłać aktualne zdjęcie do agencji, spyta- łem, czy widzieli jakiś zakład fotograficzny?
– Tak, jest obok sklepu Fazera przy rynku – powiedział Darek.
– Dobra, wskakujemy w służbowe koszule i idziemy.
U fotografa jakoś dogadaliśmy się i po jego popychaniu nas tu i tam, cyknął
parę zdjęć. Odczekaliśmy dobrą chwilę i „wybraliśmy wspólnie” co oznacza, że Marek miał ostatnie słowo. Oto rezultat. Ja wygrałem, miałem najdłuższe włosy! Na dodatek nikt wtedy jeszcze nie słyszał o internecie i „lajkowaniu” na facebooku, a ja już to robiłem w 1972 roku, co widać na zdjęciu obok!
Dostaliśmy cztery kopie i nie czekając wysłałem jedną do agencji.
– „Diabeł” notuj wydatki, aby rozliczenie było prawidłowe – przypomniano mi.
Po południu było bardzo mało gości w restauracji, więc zrobiliśmy następ- ną próbę. Robił się wieczór. Zjedliśmy nasz posiłek w restauracji i po powro- cie do chaty przebraliśmy się w nowe ciuchy, a po przeczesaniu czupryn po- szliśmy posłuchać kolegów. Na parterze stało dwóch portierów, którzy wieszali innym ciuchy na wieszakach. Windą wjechaliśmy na ostatnie piętro i wycho- dząc z niej, usłyszeliśmy organy Hammonda. Grali Mama Loo Les Humphries Singers.
– Ale fajne brzmienie – powiedział Marek, gdy stanęliśmy w wejściu. 124
Gramy w Finlandii
Kiwnęliśmy do nich z daleka ręką i usiedliśmy jak najbliżej sceny. Danu- sia była ubrana w czerwoną kieckę i głosem przypominała Janis Joplin. Darek też śpiewał fajnie, miejscami brzmiał do złudzenia jak Tom Jones. Obcinając ich sprzęt, zobaczyłem, że Darek ma na bas duży zestaw Fendera, nie pamię- tam marki bębnów Batina, a za Hammondami Zbyszka stało leslie. Cała kapela brzmiała bardzo rasowo. Nie wiedząc, co i ile tutaj kosztuje, postanowiliśmy, że zamówimy na wszelki wypadek po piwie.
The Vox Remedium, Finlandia, maj 1972, od lewej: Andrzej Janczak, Marek Lewandowski, Tadeusz Urbański
– Kolme beer (trzy piwa) – powiedział Marek, gdy pojawiła się kelnerka i dodał z uśmiechem: – Trochę liczyć po fińsku już się nauczyłem.
Lokal ten był dużo mniejszy od naszej restauracji, a ludzi dwa razy tyle, cia- snota jak cholera. Kelnerka przyniosła po chwili nasze piwa i powiedziała po fińsku, ile mamy zapłacić, tego nikt z nas nie wykapował, więc na wszelki wy- padek daliśmy pięćdziesiąt marek. Z reszty wynikało, że piwo bije tutaj po 3,20 marki. Rozliczyliśmy się i popijając browar, słuchaliśmy dalej, co koledzy grają. Podobało mi się kilka utworów z ich repertuaru.
– Jak dadzą nam teksty, to weźmiemy je. Spytam ich na przerwie! – krzykną- łem do ucha Tadka.
Po chwili zrobiło się miejsce na kanapie pod ścianą i szybko przesiedliśmy się, bo przy parkiecie tańczący szturchali często nasz stolik. Większość kliente- li była w naszym wieku. Chyba dlatego nie grali tak często tej fińskiej humppy,
125
Moje życiowe zwrotki i refreny
domyślałem się. Darek zaśpiewał Beatlesów Lady Madonna, a Danka Proud Mary. Tadek nachylił się do mnie i teraz on krzyknął mi do ucha.
– Grają bardzo dużo szybkich utworów!
– Noo, w nocnym klubie to mogą sobie pograć! – odkrzyknąłem.
– Ależ te Hammondy mu brzmią – zachwycał się Marek, dodając – że te organy
z leslie robią im całą muzykę. Na przerwie wyszliśmy do nich na korytarz i do- wiedzieliśmy się od Darka, że gorzałka z grejpfrutem lub z colą kosztuje tutaj 5,50. Tylko trochę drożej od piwa. Dalej Batin dodał przezornie, że wychodząc z restauracji daje się portierowi w łapę mały napiwek, co najmniej markę lub dwie.
– Taki tu zwyczaj – dodała Danusia.
– W restauracji piętro niżej grają Finowie – powiedział Zbychu do Marka, do- dając: – Musicie ich posłuchać. Oni też mają Hammondy, ale brzmią im jak stara cyja. Ja starałem się podpatrzeć tego fjuta (Fina) na przerwach, jak on registru- je, ale skubany wciska wszystkie suwaki do środka. Coś niesamowitego – za- kończył Zbychu i poszedł na scenę.
Wieczór minął szybko i zaczęli grać ostatni blok. Tuż przed końcem zgasło na chwilę światło, tak jak u nas. Danusia zapowiedziała coś tam po fińsku i po an- gielsku i skończyli chałturę, grając fińskiego walca Leila Leila. Gdy Batin pod- szedł do nas uśmiechnięty jak lis, spytałem go:
– Co to jest z tym światłem, u nas też gaszą na chwilę pod koniec grania?
– Po zgaszeniu światła nie sprzedają już gorzałki. Finy nazywają to valomerk- ki (sygnał świetlny) – wyjaśnił mi.
– Aha, teraz kapuję.
– A dałbyś nam ten tekst, który gadacie na zakończenie.
– Nie ma sprawy, tylko muszę wykołować kawałek papieru – i zniknął
w kuchni.
Gdy wyszedł, poszliśmy na scenę i spisałem powoli tę chińszczyznę.
– A jak to się wymawia – pokazałem mu na te litery z kropkami ä, ö.
– Napisz sobie fonetycznie, to będzie ci łatwiej – zaproponował.
Dobra, no to gadaj.
– Hyvät naiset ja herrat... (Szanowne panie i panowie...)
– Poczekaj, poczekaj, no dawaj dalej.
– ...Kiitämme tästä illasta ja tervetuloa huomenna, (...dziękujemy wam za dzi-
siejszy wieczór i zapraszamy na jutro)
– A dalej?
– ...sama aika ja sama paikka. Hyvää yötä (...tutaj, o tej samej porze, dobranoc). – No, powtórz to ostanie jeszcze raz.
– Dobra, a ważne są te podwójne litery?
– Jak ich nie wymówisz, to mogą cię nie zrozumieć – odparł Batin i dodał: – To
tak jak po polsku słowo miękko słychać dwa „k” jakbyś się lekko jąkał. – A daj mi jeszcze ten po angielsku – chciałem wykorzystać okazję.
126
– No to pisz fonetycznie.
Gramy w Finlandii
– Laidys end dżentelmen. Łi tenk ju for dis iwning end łelkam tumarroł. Gud najt.
– Strasznie ci dziękuję – i dodałem, że zobaczymy się jutro.
Pożegnaliśmy się i w tłoku z innymi gośćmi przepychaliśmy się do wyjścia. W windzie było miejsce dla 8 osób, ale ludziska wpychali się na siłę. Staliśmy jak w tramwaju podczas strasznego tłoku, gdy szpulki wracały z fa-
bryki. Porządnie podgazowane dziewczyny cisnęły się obok i chuchały mi go- rzałką prosto w ucho. Winda zatrzymała się na dole i towarzystwo wysypało się na ulicę. Doszliśmy do naszej klatki i poczekaliśmy chwilę, obserwując tłok przed kioskiem Grilli. W domu dopisałem te fińskie kawałki pod naszym reper- tuarem i wychodziło, że mamy ponad osiemdziesiąt utworów. Nadeszła pierw- sza sobota i ruch w mieście się zwiększył. Blue Birdsy mieszkali w jednoro- dzinnym domku na parterze, trochę poza centrum. Po obiedzie Marek poszedł do nich po następne nuty, a ja wybrałem się z Tadkiem do księgarni kupić ka- lendarz i pocztówki. Wracając zobaczyliśmy, że Marek idzie po drugiej stronie ulicy i trzyma w łapie plastikową siatkę. Poczekaliśmy na rogu i razem weszli- śmy do kawiarni po drugiej stronie ulicy.
– Kupiłem sobie marynarkę – pochwalił się.
– Pokażesz?
– Zobacz, taką brązową dorwałem – i uchylił siatkę.
Kupiliśmy po jaffie i usiedliśmy przy oknie obcinając towarzystwo obok.
Większość była w naszym wieku, a może i młodsi. Chłopaki popijali piwko, a dziewczyny najczęściej colę. Ubrani byli tak, jakby na dworze był straszny upał. Koszulki z krótkimi rękawami i wszyscy w bardzo obcisłych jeansach, wy- pranych po sto razy. Niektórzy mieli nawet spore dziury na kolanach.
– W takich szmatach łażą? – dziwiłem się.
My zaś w nowych marynarkach, wyprasowanych na kant spodniach oraz czarnych wypastowanych butach poczuliśmy się trochę nieswojo. Obserwując ich, zauważyliśmy, że prawie wszyscy się tutaj znają. Mieliśmy dwie godziny do grania i Marek zaproponował, abyśmy przelecieli jeszcze jakiś utwór.
– Dostałem też kilka nowych standardów na pierwszą godzinę – dodał wstając.
– A wiecie ile oni mają płyt, to się w pale nie mieści – i pokiwał głową.
– A może dałoby się coś od nich odegrać – zaciekawiłem się.
– Jutro jest niedziela, to by pasowało – dodał Tadek.
W naszej restauracji siedziało tylko dwóch facetów. Poszedłem do kuchni
i pytam hovmaistra (kierownika sali) „ze swęgielska”:
– We play little, OK? On przytaknął głową, zrozumiałem, że wyraził zgodę
i wychodząc na salę powiedziałem mu po fińsku. – Kiitos (dziękuję).
– Kuule (słuchaj) – usłyszałem nagle za plecami.
127
Moje życiowe zwrotki i refreny
Obejrzałem się i zobaczyłem, że on stoi w drzwiach z jakąś kartką i kiwa do mnie ręką.
– Tomorrow restaurant is close, so you eat in sunday in Nuijamies restaurant – powiedział dając mi kartkę.
Kiwnąłem przytakująco głowę i powtórzyłem mu.
– Kiitos!
Idąc do sceny, czytałem powoli tę kartę z fińskim i angielskim tekstem. Język
się łamał, ale wykapowałem z tego, co mi powiedział, że mamy food, czyli jedze- nie, jutro w restauracji u Batina. Włączyłem bas i powiedziałem to do chłopa- ków. Marek zaczął po cichu grać coś, co przypominało w rytmie country dunk, du dunk, kołysałem się za nim na basie.
– Proste to – skomentował Marek i zaczął grzebać dalej w następnych nutach.
– Tak panowie, te humppy są na jedno kopyto – i zamknął klapę od pianina dodając:
– Takie rzeczy możemy grać wieczorem bez prób, a vista.
– Jak spiszę teksty, to postaram się którąś zaśpiewać – zaoferował się Tadek. – Masz rację – dodałem – śpiewamy kilka utworów po włosku, nie wiedząc,
o czym śpiewamy, to dlaczego nie po fińsku.
W chacie spisałem z nut akordy i na osobnej kartce tekst do humppy Hej Kar-
jalasta (Karjala to nazwa okręgu w Finlandii... znalazłem dziewczynę imieniem Heili itd...)
Gdy przepisywałem dalej tytuły, robiło mi się wesoło. Jedno tango z 1948 roku nazywało się Kotkan ruusu (Róża z miasta Kotka). Pewnie o jakichś kotach śpiewają, domyślałem się na głos. Inna humppa nazywała się Tulipunaruusu (Ognistoczerwona róża), a następne Sellainen Ol’ Viipuri (Takie było to miasto Viipuri, obecnie Wyborg), Irja (damskie imię), Tammerkoski (nazwa wodospa- du w mieście Tampere) itd. Było jeszcze tango Yö Saaristossa (Noc na wyspach), które było fińskim plagiatem polskiego tanga Kasztany. Dodam, że dopiero po wielu latach Finowie napisali oficjalnie, że jest to polskie tango z fińskim tekstem.
– Trudno to wymówić – narzekałem.
Niektóre tytuły brzmiały jak japoński lub chiński. Na przykład ten foxtrot Jäänsärkijä (lodołamacz?). Tadek starał się czytać teksty pod nutami, przekrę- cając z przesadą i wychodziła mu niezła chińszczyzna.
– Joko hama tama huta, hei, hei! – dodałem składając nuty.
Tutaj dodam jeszcze, że gdy wymawia się szybko na zmianę miasta w Japonii i w Finlandii, jest to dla nas czysta chińszczyzna: Tokio-Kuopio, Kawasaki-Riihi- mäki. Po chwili wszedł Marek i skrzywiony narzeka, że ma bóle brzucha od rana. Ponieważ graliśmy w trio, nie było mowy, aby któryś z nas zachorował.
– Idź z Batinem albo Darkiem do apteki i kup coś – doradziłem mu.
Marek założył katanę i poszedł. Po godzinie wrócił i walnął się na łóżko, mówiąc, że był z Darkiem w aptece i dostał tam coś. Wieczorem w restauracji
128
Gramy w Finlandii
było pełno ludzi. Marek krzywił się na początku, ale na szczęście później poczuł się lepiej. Wolną niedzielę spędziliśmy z Blue Birdsami w ich restauracji i po- dobnie jak u nas, na parkiecie był wielki stół zastawiony żarciem. Obcięliśmy przy okazji instrumenty fińskiego zespołu i poza organami Hammonda nie mieli nic specjalnego. Bębny były bardzo stare i Tadek dziwił się, że się jeszcze nie rozleciały. Talerze już dawno straciły połysk albo my takie pedanty... Sie- dząc razem z nimi, spisałem sobie od Sławka kilka praktycznych słów fińskich do notatnika. Tak zacząłem swój słownik polsko-fiński.
– A jak jest znaczek po fińsku – spytał Tadek.
– Postimerkki – odparł Batin.
– O, co to znaczy – soittakaa juta – bo czasami krzyczą to do nas.
– Noo, juta to znaczy, że oni chcą, abyście zagrali im coś szybkiego i głośnego. Po deserze siedzieliśmy jeszcze dość długo i opowiadaliśmy sobie różne wy-
darzenia klezmerskie z Polski. Sławek opowiedział, jak z Darkiem jeździli przez Estradę po wsiach w Polsce.
– Słuchajta – i zaczął.
– Konferansjer opowiadał jakiś tam skecz i w przerwach ja miałem uderzać w blachy. Ponieważ popijałem za kulisami z kurtynowym, spóźniłem się które- goś razu i skradając się na palcach, wlazłem na scenę. Widzicie to?! Nie słuchając tekstu od początku, nie wiedziałem, kiedy mam uderzyć i przy pierwszym jego głębokim oddechu, walnąłem w blachę. Konferansjer odwrócił się i półszeptem mówi, że to k...wa nie tu! Dałem plamę jeszcze kilka razy i zdenerwowany konfe- ransjer zadał, że za każdą następną pomyłkę odciągnie mi stówę od stawki!
Wybuchnęliśmy wszyscy śmiechem. Danka nie chciała być gorsza i opowie- działa nam krótki kawał.
– Do lekarza przychodzi bardzo młoda dziewucha i pyta, jakie są najpewniej- sze środki antykoncepcyjne?
– Proszę wypić szklankę zimnej wody – odparł lekarz.
– Przed czy w trakcie? – pyta zdziwiona dziewczyna.
– Zamiast, moje dziecko. Zamiast! – odparł lekarz.
Ryknęliśmy chórem, aż Finy przy sąsiednim stoliku dały uszy po sobie. Ja przypomniałem sobie jeden kawał i szybko opowiedziałem.
Dwóch emerytów spotyka się na ławce w parku i jeden pyta drugiego. – Jasiu, a jak ty się dzisiaj czujesz?
– Stasiu, czuję się jak nowo narodzone dziecko!
– Jak to?
Ha, ha, ha – nie było końca.
Drzwi od kuchni uchyliły się i jakaś kobieta zawołała po fińsku:
– Tarius, tule keittiöön hetkeksi.
Darek wstał i poszedł do kuchni. Chyba ma coś do niego, domyślałem się.
– No patrz, nie mam włosów, nie mam zębów i właśnie się zesrałem w gacie!
Wrócił po chwili mówiąc, że dostał list z Polski.
129
– Wołała na ciebie Tarius? – powiedziałem pytająco.
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Kolego, Finom trudno wymówić nasze polskie imiona, więc mamy pseudonimy.
– Wyobraź sobie jak Fin wymówi Szczepan albo Zbyszek? Język mu się poła- mie. Oni nie mają w alfabecie litery „b” „c” „d” i „z”. Zamiast „b” wymawiają „p”. Czyli Zbyszek będzie po ichniemu Spysek, a Dariusz wymawiają Tarius – wytłu- maczył nam.
– A literę „g” to mają chyba tylko w dwóch słowach i wymawiają „k”– dodał Sławek.
– Aha, dlatego Manu mówił w sklepie u Fazera „very kut” zamiast very good.
Znowu dowiedzieliśmy się czegoś nowego. Czas minął nam szybko i rado- śnie. Widząc, że kelnerki zaczęły sprzątać ze stołu, zebraliśmy swoje manatki i wyszliśmy.
– Zbychu dałbyś nam odegrać coś z twoich płyt – spytałem, gdy byliśmy na dole.
– Ależ oczywiście, jak masz czas, to chodź od razu – zaproponował.
– Dobra, to lecę po magnetofon.
– My będziemy szli powoli, to nas dogonisz – krzyknęła za mną Danka.
W połowie drogi dogoniłem ich. Danka ze Zbyszkiem mieli osobny pokój,
a Darek spał ze Sławkiem w drugim. Danka wyjęła płyty na stół.
– O! ta dupa dobrze śpiewa – krzyknęła wymachując płytą Sharley Bassey. Zbyszek doradził mi, abym odegrał najpierw te utwory, które nadają się do
grania w restauracji i coś dla odpoczynku. Po dwóch godzinach przegrywania, taśma zaczynała się kończyć. Dograłem za poradą Zbycha kilka utworów Jimmy Smitha na organach Hammonda, aby Marek był zadowolony, a resztę wypełni- łem Uriah Heep, Deep Purple, Doobie Brothers i Commodores.
Podziękowałem im i z magnetofonem pod pachą wróciłem do chaty. – No i jak, masz coś? – spytał Tadek.
– Nagrałem całą taśmę.
– Puść, to posłuchamy – zaproponował Marek.
Tego wieczoru magnetofon chodził non stop. W poniedziałek mieliśmy wolne i w restauracji czekał na nas list z agencji. Otworzyłem i widzę kilka kartek z nutami do fińskich piosenek oraz krótki list po angielsku. Poprosiłem Darka, aby nam przeczytał, co tam napisane.
Agencja Ohjelma Apu Oy informuje, że 19 w sobotę przyjedzie do was Manu Ainasoja z agencji, aby pomóc wam w wyborze repertuaru.
– Czyli za dwa tygodnie. U nas jeszcze nie był – zadał Sławek – ale słyszałem, że „Dziad” wysyła go do kapel, aby im pomóc na początku. Hmm, ciekawe.
Podczas posiłku Sławek opowiedział nam anegdotę z życia muzyków w Fin- landii. Otóż jeden facet chciał kupić tabletki na zatwardzenie i ze słownika po- sklejał fińskie słowa i powiedział w aptece „że jego dupa jest popsuta i nie ma gówna”! Aptekarki miały wesoło... takie plamy wychodzą, jak się nie zna języka.
130
Gramy w Finlandii
My też daliśmy kilka plam. Wyciągając z tego wniosek, uzgodniłem z Markiem, że on przyłoży się do fińskiego, a ja do angielskiego, bo inaczej się nie doga- damy, gdy będziemy sami. Wróciliśmy do domu i po otwarciu drzwi zaleciało znowu tym miękkim, przyjemnym zapachem.
– O, wymienili nam pościel i posprzątali! – powiedzieliśmy prawie chórem.
W toalecie byłe nowe ręczniki, umyte popielniczki i odkurzone kąty. Przyjem- nie. Aby uprać koszule i bieliznę, kupiłem proszek i na zmianę praliśmy ręcznie w zmywaku. Mamusie zostały w Polsce. W następną sobotę, dwunastego, była w telewizji Eurowizja i na przerwach widzieliśmy tylko urywki. Od kolegów z Blue Birds dowiedzieliśmy się, że wygrał Luxemburg z piosenką Apres Toi. Wieczorem wybraliśmy się do Nuijamies, aby znowu ich posłuchać. W klubie było niewiele osób, więc grali instrumentalne utwory. W połowie bloku przy- szła Danusia i usiadła obok nas,
– Jak nie ma ludzi, to zaczynam śpiewać od drugiego bloku – powiedziała.
Batin zadał do mikrofonu, dziękujemy, przerwa. Darek z Batinem zmyli się od razu do kuchni na kawę, a Zbyszek podszedł do nas i zaciągnął nas po schodach, piętro niżej, do restauracji.
– Chodźcie, tego to musicie posłuchać obowiązkowo.
W połowie schodów usłyszeliśmy muzykę i po chwili doszliśmy do wejścia. Finowie grali w kwartecie. Słuchaliśmy ich przez chwilę, grali tylko fińskie utwory.
– To jest sztuka spie...ć brzmienie Hammonda i tak jak wam już mówiłem, chciałem podpatrzeć, jakie on ma ustawienia, bo czasami użyłbym też soundu cyję, ale nie idzie.
– O lecą humppę Irja, którą my też gramy – powiedziałem przypalając papierosa.
– Dobra, idziemy na górę, bo czas zacząć drugi blok – powiedział Zbychu.
Posiedzieliśmy jeszcze dwa bloki i zmyliśmy się do chaty. Następnego dnia, we wtorek, odegraliśmy wieczór bez większych wydarzeń, tylko na drugiej przerwie żarcie było tym razem do dupy. Dali nam mianowicie po dużym mie- lonym kotlecie, w którym były zmieszane czerwone buraki. Wcale nam to nie smakowało. Po graniu Tadek zaczął narzekać, że wieczorne kanapki zapako- wane w folię są dzisiaj wilgotne. W chacie wpadliśmy na pomysł, aby na chwilę włożyć je do rozgrzanego piekarnika. Zdjęliśmy wędlinę i ogórki z chleba i włożyliśmy do piecyka. Po kilku minutach, gdy je wyjęliśmy, zapachniało jak w piekarni.
– No, teraz to można to jeść – zachwycałem się, nakładając wędlinę.
Nadeszła sobota i po południu zjawił się Manu z agencji. Uśmiechnięty od ucha do ucha, przywitał się i zabluźnił sobie po polsku. Sprawdził aparaturę wokalną i od razu podkręcił ogólną moc, aż mikrofony zaczęły się sprzęgać. Nie czekając, przestawił kolumny do przodu i dodał basu.
– Yksi kaksi – próbował. – To much echo – i po chwili kręcenia był zadowolony. 131
Moje życiowe zwrotki i refreny
Zerknął na moją listę z utworami i pokazał palcem na piosenki, które on będzie śpiewał. Czemu nie, pomyślałem, będzie nam łatwiej. Wieczorem ledwo co zagraliśmy pół bloku, pojawił się Manu. Wszedł na scenę i krzyknął przez mikrofon coś do publiki. Było chyba za wcześnie, więc powtórzył jeszcze raz. Teraz publika zareagowała oklaskami i ktoś tam zagwizdał. Odwrócił się do Marka i krzyknął Sunny i tonację. Jako młodzi klezmerzy z transpozycją nie mie- liśmy problemu, ale nabite przez Manu tempo było rock’n’rollowe! Aby teraz dorównać mocą do jego śpiewu, podkręciłem sporo mój wzmacniacz i piano Marka. Tadek też grał mocniej na bębnach, tylko stopa była trochę za cicho. Wiara wyszła na parkiet i Manu nabijał tylko szybkie utwory jeden za drugim. Muszę przyznać, że miał fajny, zachrypnięty głos i śpiewał zawodowo. Scho- dząc na przerwę, bąknąłem do chłopaków, że to jest koncert, a nie potańców- ka. Manu otarł pot z czoła i zniknął na chwilę. Następny blok, jak i reszta wie- czoru na pełny gaz. Nie zagraliśmy ani razu fińskiego tanga czy humppy. Manu śpiewał prawie cały wieczór. Przed ostatnim walcem podziękował gościom za dzisiejszy wieczór i przedstawił nasz zespół jako Wonderfull The Vox Remedium Band Puolasta! Manu podziękował nam ponownie w kuchni i Moi Moi i kiitos (cześć, cześć i dziękuję) i dodał łamanym polsku „do sopacenia boys” i poszedł.
– Ciekawe, jaką opinię zawiezie o nas do „Dziada”? – dumaliśmy.
Pod koniec miesiąca dostaliśmy następną pocztę z agencji. W grubym liście było kilka arkuszy z nutami, a Marek z Tadkiem dostali listy. Marek pokazał za- dowolony, że dostał rozmówki polsko-fińskie.
– Teraz to się chyba dogadam z Finami.
W kopercie była również kartka z informacją, że w przyszłym miesiącu gramy w mieście Oulu, w restauracji Seurahuone. Podane też były godziny od- jazdu pociągu oraz o której przyjedzie bagażówka po nasz sprzęt. Z zadowo- leniem przeczytałem, że gramy tam sześć dni w tygodniu. Będzie dobra kasa.
W kalendarzu miałem na końcu małą mapę Finlandii i znalazłem Oulu. Spory kawał na północ, ponad 400 km drogi z Mikkeli. Następnego dnia Sławek wsunął szybko żarcie i mówi, że musi lecieć.
– Gdzie idziesz – spytałem.
– Lecę przerejestrować auto, które kupiłem dziś rano.
– Kupiłeś auto? – zdziwiliśmy się.
– Tak, takiego garbusa, tanio go dostałem. O, stoi tam za tym białym paketem
– pokazał ręką, podchodząc do okna.
Proszę bardzo, już po trzech miesiącach dorobił się auta. W środę na drugiej
przerwie wszedł do gabinetu kierownik i mówi:
– You play tomorrow evening in Nuijamies restaurant, because this finnish or-
Zrozumiałem tylko, że jutro gramy w tej drugiej restauracji i przytaknąłem głową.
kester is sick, OK?
– What time? – spytałem. 132
Gramy w Finlandii
– The same as here 8.30 – odpowiedział i poszedł.
– No to panowie, trafiła się nam dodatkowa chałtura.
– Pogram sobie na Hammondach – cieszył się Marek.
Na zakończenie zagraliśmy przymusowego walca i goście się zmyli. W chacie
zacząłem szukać w słowniku, co znaczy sick i because. Sick znalazłem prawie od razu – chory, choroba przeczytałem. Po dłuższej chwili znalazłem, że becau- se znaczy ponieważ. Aha, ponieważ oni są chorzy, powiedziałem do siebie. Co- dziennie łapię kilka nowych słów, oby tak dalej.
Następnego dnia po obiedzie poszliśmy do Nuijamiesa zobaczyć, co Finy zo- stawiły na scenie. Tadek sprawdził podejrzliwie blachy i powiedział, że weźmie jednak swoje. Basista miał na bas podartą kolumnę Marshalla z czterema 12-ca- lowymi głośnikami i jakąś starą końcówkę mocy Hiwatt. Dobra, to zabiorę tylko samo wiosło ze sobą. Po drugiej stronie bębnów stał mały wzmacniacz Fende- ra gitarzysty, a obok organów na podłodze leżał porządnie zakurzony czarny akordeon.
– O kurczę, zobaczta, guzikówka – roześmiałem się, bo do tej pory nie widzia- łem takiej cyi.
– Jak on na tym może grać – dziwił się Marek.
Podniosłem ręcznik z miksera, aby zobaczyć, co mają na wokal. Mikser o nie- znanej mi marce leżał na skrzynce od piwa i był bardzo zakurzony. Obok stało echo Dynacorda, którego górna część obudowy prawie kleiła się od coca-coli. Marek w napięciu włączył organy i gdy lampy się nagrzały, wyciągnął kilka su- waków i Hammondy zagadały wspaniałym brzmieniem.
– Będzie radocha wieczorem – uśmiechnął się.
– Dobra, to wracamy do chaty – powiedziałem, kładąc ręcznik z powrotem na mikserze.
Wieczorem poszliśmy tam wcześniej. Była środa i w restauracji było już sporo ludzi. Przypomniałem sobie, że Sławek mówił coś, że Finowie traktu- ją środę jako małą sobotę. Po wypiciu obowiązkowej kawy w kuchni, weszli- śmy punktualnie na scenę. Marek włączył organy i sprawdził, czy leslie zmienia szybkość. Było OK. Nastroiłem szybko basówkę i gdy Tadek poustawiał sobie statywy z czynelami, pouczeni przez Batinów, zaczęliśmy walcem. Potem pole- cieliśmy do pary następny i o dziwo ludzie zaczęli tańczyć od początku.
– Obojętne, które suwaki wyciągam, to organy brzmią wyśmienicie – cieszył się Marek.
– Andrzej włącz echo, to zaśpiewamy im coś wolnego – zaproponował Tadek.
Trochę trudno było się domyśleć, który mikrofon jest na którym kanale, więc zagraliśmy jeszcze jeden instrumentalny i ja, kręcąc potencjometrem mocy, znalazłem w końcu mikrofon Tadka. Był to Shure paluch SM 57 i brzmiał bardzo płasko.
– Dodaj mi trochę basu i więcej echa. – Dobra, a jak teraz?
133
– Może być.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Tadek nabił i polecieliśmy z Love Me Tender. Stojąc na środku sceny, zobaczy- łem, że w drzwiach pojawił się Zbyszek z Danką. Podeszli bliżej i stanęli obok Marka.
– Pokaż mi jakąś fajną barwę – powiedział Marek do Zbyszka.
Zbychu nachylił się i przez ramię Marka i poruszył kilka suwaków.
– A ten drugi z lewej, między szesnastką a ósemką, cofnij odrobinkę – dodał. – No, fajnie teraz pluje – podziękował Marek.
Danka ze Zbyszkiem poszli do kuchni i gdy odegraliśmy następną parę, był
czas na przerwę.
– Duża sala i głos gdzieś ucieka – skomentował Tadek, nalewając kawę.
– Dobry balans macie, nie narzekajcie – włączył się Zbychu, dodając, że taki
suchy wokal jest typowy dla większości fińskich zespołów.
– A ty „Diabeł”, dlaczego masz takie przezwisko? – zaciekawił się. Opowiedziałem im krótko o naszej chałturze w klubie Trygław w Szczecinie
w 1971 roku i o powrocie nocą z restauracji do hotelu. O wymianie słów z tą „damą” na ulicy i jak Kławsuć potem przykleił mi to przezwisko.
– Coś takiego, to ta „dama” w Szczecinie tak cię przezwała – śmiała się Danka. – Teraz to ja już nie reaguję na to, ale na początku się wkurzałem.
– Dobra „Diabełek”, czas iść grać – zażartował Tadek, wstając od stołu.
– Co zagramy na pierwsze?
– No, jak to co – udałem zdziwionego – dwa walczyki kolego, walczyki. Zaczęliśmy i parkiet natychmiast się zapełnił.
– Zaśpiewaj I Can’t Stop Loving You – powiedziałem przez ramię do Tadka.
– A ty Marek, może dasz potem Puppy Love, dobrze?
Tadek zaczął śpiewać i w połowie utworu zobaczyłem, jak Danka ze Zbysz-
kiem przebrani w służbowe ciuchy kiwnęli nam ręką i poszli do siebie.
– Damy im potem dwa rock’n’rolle – zaproponował Marek.
Blok zleciał nam szybko i na przerwie jedna z kelnerek podeszła do nas i po-
wiedziała coś tam o ruoka (jedzeniu).
– Chłopaki mamy żarcie – powiedział Marek i poszliśmy żwawo do kuchni.
– O, frytki z tym cienkim kotletem jak listek – ucieszył się Tadek.
Smakowało nam, bo nie wiadomo kiedy talerze były puste. Popiliśmy piimą
i po papierosie poszliśmy rzeźbić dalej. Pod koniec ostatniego bloku zrobiono te świetlne valomerkki i po odegraniu ostatniego walca wyłączyliśmy aparaturę.
Przykryłem mixer ręcznikiem i wziąłem wiosło pod pachę.
– Pójdziemy na chwilę do klubu? – spytał Tadek.
– Nie, jakoś nie mam ochoty – odparłem, idąc do kuchni po kanapki.
W windzie Marek nie mógł zapomnieć brzmienia Hammondów. Na dworze
padał deszcz. My ubrani tylko w służbowe koszule daliśmy biegiem przez rynek i lekko zmoczeni wpadliśmy do klatki schodowej. W chacie po wytarciu gitary ręcznikiem puściłem magnetofon i zagraliśmy w karty. Przez następne dni
134
– Nie, my graliśmy najwyżej w Joensuu – odparł.
Gramy w Finlandii
robiliśmy próby codziennie i dołączyliśmy m.in. dwie fińskie jenkki i kilka stan- dardów. Następnego dnia podczas obiadu spytałem Batina, czy grali w Oulu, bo tam właśnie jedziemy na następny miesiąc.
– Ale cieszcie się, że jest już czerwiec, bo zimą podobno jest tam straszny mróz – dodał Darek.
– A gdzie wy jedziecie – spytałem.
– My jedziemy na dół, do Tampere – odpowiedział Sławek.
Reszta dni tego tygodnia zleciała nam szybko. Ostatniego dnia po obiedzie
dostaliśmy z kasy resztę wypłaty. I tak jak się domyślaliśmy, „Dziad” odliczył oczywiście część szmalu za instrumenty oraz zaliczkę. Zanotowałem w kalen- darzu tę spłatę i po odliczeniu za zdjęcia podzieliłem resztę na trzech. Po graniu pożegnaliśmy się z personelem w kuchni i po zapakowaniu gratów w orygi- nalne kartony wpadliśmy na chwilę do Blue Birdsów. Na ostatniej przerwie podziękowałem im za życzliwość. Po uściskaniu się jak pedały, wróciliśmy do domu. Leżąc w łóżku rozmyślałem, ile się wydarzyło w tym miesiącu. Po kilku godzinach spania raniutko pojechaliśmy małą bagażówką na dworzec. Marek wyczytał w rozmówkach fińskich, jak się nadaje bagaż i po wykupieniu bile- tów usiedliśmy zaspani w wygodnych fotelach. Cały wagon był to jeden duży przedział. Było widać wszystkich od drzwi do drzwi. Pociąg ruszył i po chwili wszedł konduktor.
– Bilety sprawdza – powiedział Marek.
– A skąd ci ludzie mają te napoje – zdziwił się Tadek.
– Chyba jest wagon restauracyjny – domyślałem się.
Z lekkim niepokojem zostawiliśmy swoje bagaże na półce i poszliśmy do
przodu pociągu. Za następnym wagonem weszliśmy do wagonu restauracyjne- go i zapachniało świeżo zaparzoną kawą. Obcinając ceny, kupiliśmy po kawie. Minęły następne dwie godziny i pociąg przystanął na jakiejś małej stacji.
– Ile jeszcze do tego Oulu – spytał zniecierpliwiony Marek.
– Wydaje mi się, że jeszcze dobre dwie godziny.
Pociąg ruszył i zaproponowałem, żeby może wychylić jeszcze po jednej kawie. Marek nie miał ochoty, więc poszedłem z Tadkiem. W restauracji było teraz
prawie pusto.
– Ty, a wiesz co to jest? – spytał Tadek, pokazując na taką przeciętą bułkę.
– Nie wiem, ale jest tania, weźmiemy po jednej?
– Dobra.
– Dwie kawy i te dwie – pokazałem ekspedientce palcem na bułki.
Przez ten miesiąc nauczyliśmy się już trochę liczyć po fińsku i zapamiętali-
śmy kilka podstawowych słów potrzebnych w kuchni. Nowe słowa wciągaliśmy jak gąbka wodę. Młoda ekspedientka wzięła te bułki i włożyła do małego pie- karnika i po paru minutach je wyjęła. W to wcięcie włożyła po ciepłej parówce i o coś nas pyta, trzymając w ręku musztardę.
135
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Jo, jo – odpowiedziałem, domyślając się, że pyta czy chcemy.
Potem wzięła ketchup i znowu pyta. Kiwnęliśmy ponownie głową i po zapła- ceniu odebraliśmy ciepłe bułki zawinięte w serwetkę.
– Ty, w środku jest jeszcze mielone mięso – powiedział Tadek, uchylając na bok parówkę.
– Można je jeść – wybełkotałem, mając pełne usta.
– Yhm – mruknął Tadek, ocierając musztardę z wąsów.
Z głośników w suficie słychać było muzykę. Leciał fajny wolny utwór. Jakiś
piosenkarz śpiewał chyba po fińsku. Wsunęliśmy bułeczki z apetytem i zrobiło się nam raźniej. Przypaliliśmy po papierosie do kawy i żyć nie umierać. Wycho- dząc, spojrzałem, jak te bułki się nazywają.
– Te bułki nazywają się pirakka, zapamiętaj to – powiedziałem.
Było już dobrze po południu, gdy pociąg wtoczył się na stację w Oulu. Odbierając aparaturę z wagonu towarowego, poczułem w powietrzu stęchły
zapach. Spojrzałem na Tadka, który też się skrzywił i domyślając się powie- dział, że śmierdzi tutaj jakby amoniakiem. Po chwili podszedł wysoki Fin i pyta o orkesteri? Przytaknąłem i on zaprowadził nas do bagażówki.
– Co mamy na czole napisane orkiestra? – dziwiłem się.
Restauracja ta była również na pierwszym piętrze, ale dużo większa od tej w Mikkeli. Chatę mieliśmy w tym samym budynku, z tyłu na parterze. Pierwsze- go wieczoru nie było dużo ludzi. Nawet i dobrze, bo byliśmy trochę zmęczeni. Graliśmy od ósmej do wpół do pierwszej, czyli pięć bloków. Drugiego dnia po- szedłem do dyrektora i dałem mu bilety z pociągu. On podliczył i wypłacił mi za przerzut. Ciekawi, jakie jest to miasto, przeszliśmy się po obiedzie i Tadek zauwa- żył w witrynie restauracji w centrum zdjęcie tych Polaków, których spotkaliśmy
Ilona Trio, od lewej: Jarek, Leszek i Ilona
136
Oulu, czerwiec 1972, restauracja Seurahuone
w Helsinkach w sklepie u Fazera.
– Patrzta Ilona Trio tutaj gra.
W drugiej restau- racji, Arina, grał jakiś męski kwartet Flamin- go Quartet, pewnie też z Polski. Trzeba będzie ich odwiedzić, bo grają o godzinę dłużej. Na-
stępnego dnia graniu pobiegliśmy do nich. Idąc ulicą, zauwa- żyliśmy, że jest bardzo
po
ARCHIWUM JARKA WILCZEWSKIEGO
– Murzyńskie rytmy!? – nie mogłem opanować śmiechu.
Gramy w Finlandii
widno. Środek nocy, a tu widno jakby była godzina czwarta po południu. Scho- dząc po schodach, usłyszeliśmy, jak ktoś śpiewa na strasznie długim echu. Usie- dliśmy z boku i obcinamy. Ilona stoi przed betonową balustradą i śpiewa jakie- goś wolniaka. Jarek siedzi za bębnami, organista ma Hammonda, ale ten utwór gra na organach Yamahy. Za jego plecami stoi oparta o ścianę gitara basowa.
Duże echo na mikrofonach zbierało również bębny i trudno było się domy- śleć, co Ilona śpiewa.
– Trochę kocioł – skomentował Tadek.
Rozejrzałem się dookoła, było sporo ludzi. To „czarne” światło, czyli ultrafio- letowe jarzeniówki, robiły z białego jeszcze bardziej białe z odcieniem jasno- błękitnym. Przesiedzieliśmy ten ostatni blok do końca. Oni widząc nas pode- szli i gadu-gadu o tym i owym. Dowiedzieliśmy się, że na początku wieczoru Ilona gra, jako ciekawostka, na bębnach, a on na basie lub na drugich organach. Dodał też, że grający w tej drugiej restauracji Flamingo Quartet jest ze Szczeci- na. Oni podgrywali w Polsce do przeboju Serwus panie chief. Na pytanie, dlacze- go w tym mieście tak jedzie amoniakiem, odpowiedział, że to z fabryki papie- ru są te smrody, ale można się przyzwyczaić. Żegnając się, zaprosiliśmy ich, aby wpadli do nas. Wracaliśmy spacerkiem i nadal było bardzo widno. Nasza re- stauracja była otwarta tylko wieczorem, więc mogliśmy w dzień ćwiczyć. Któ- regoś dnia na próbie zjawił się ten Jarek, basista-perkusista-organista z Ilona Trio. Usiadł z boku i przysłuchiwał się. W końcu podszedł do Tadka i spytał, czy miałby czas pokazać mu kilka „murzyńskich rytmów” na bębnach. Tadek zaczął mu tłumaczyć co i jak, a ja z Markiem z podniesionymi brwiami otarliśmy ręką czoło, tak jak to robił „Klepa” i poszliśmy na kawę.
Po tygodniu grania dowiedzieliśmy się, że w sobotę będzie grał w naszej re- stauracji jakiś znany fiński piosenkarz ze swoją grupą. Nazywają się Pepe Wil- berg & Paradise. W związku z tym musieliśmy znieść ze sceny nasze instru- menty. W sobotę, po wieczornym posiłku, weszliśmy do restauracji, aby ich posłuchać. Sprzętu mieli bardzo dużo, ledwo się mieścili. Pierwszą godzinę kapela grała sama i to bardzo głośno. W drugim bloku wyszedł Pepe z gitarą i zadali jeszcze głośniej. Na mikrofonach nie mieli żadnego echa tylko odrobinę reverbu. Brzmiało bardzo sucho. Obcinaliśmy kierownika sali, czy za chwilę ich nie przyciszy, ale nie reagował. Pepe śpiewał wysokim nosowym głosem, po- dobał mi się. Z tekstów oczywiście nic nie rozumiałem, bo większość śpiewał po fińsku. Raptem zaśpiewał tę piosenkę, którą słyszałem w pociągu. Tak, to ten sam głos! Odważyłem się i podszedłem do hovmaistra (kierownika) i jakoś udało mi się go spytać o tytuł piosenki.
– Song nimi (nazwa piosenki)? – bąknąłem, wskazując ręką w stronę sceny.
– Aamu (poranek) – odpowiedział krótko.
Będę musiał jakoś zdobyć to nagranie, aby ją wyćwiczyć. Po trzecim bloku mieliśmy dosyć i poszliśmy do restauracji Arina, aby posłuchać zespołu ze
137
Moje życiowe zwrotki i refreny
Szczecina. Brzmieli fajnie i śpiewali dużo na głosy. Oczywiście mieli organy Hammonda, ale zamiast leslie, pianista używał jakieś Rotosound leslie symu- latora. Na przerwie zapoznaliśmy się, byli starsi od nas i bardzo mili. Na ostat- niej przerwie dowiedzieliśmy się, że oni grają tutaj tylko dwa tygodnie oraz że pianista „struga” (robi) w pokoju hotelowym własne leslie. Zamiast kręcących się górnych piszczałek będzie się kręcił bębenek ze styropianu napędzany sil- nikiem od adaptera. Narzekał trochę, że w pokoju jest strasznie dużo okruchów tego styropianu, które przyczepiają się do wszystkiego. Kumple drwili z niego, nazywając go panem inżynierem. Ciekawe, co na to sprzątaczka, pomyślałem, żegnając się. Następnego dnia rano Marek wstał wcześniej i poszedł do restau- racji. Wrócił z pocztą, Tadek i on dostali listy. Po porannej kawie rozstawiliśmy ponownie sprzęt na scenie. Marek miał najmniej roboty, bo piano nadal tam stało.
W drugiej połowie miesiąca poszliśmy ponownie do restauracji Arina, zoba- czyć kto przyjechał.
– O! Spidersi z Łodzi – wyrwało mi się, gdy zobaczyłem ich zdjęcie w witrynie.
Pamiętałem, jak Maciej Czaj ich zachwalał. Weszliśmy na piętro. Faktycznie mieli najlepsze brzmienie, jakie do tej pory słyszałem. Cała aparatura wokalna Zbyszka to najnowszy lampowy model Binsona i Zbychu Gajewski grając na no- wiusieńkich bębnach Rogersa, śpiewał zawodowo! Gołębiowski dawał czadu na Hammondach z leslie i drugą ręką na nagłośnionym pianie, a bas Fender Mań- kowskiego też brzmiał dobrze. Śpiewali na głosy jak w oryginałach i mieli naj- nowszy repertuar. Wszystkie ich instrumenty były prosto spod igły i z najwyż- szej półki, jak to się mówi. Na tamte czasy kosztowały sporo szmalu. Podczas rozmowy z nimi dowiedziałem się, że Zbyszek oprócz Binsona i Rogersa kupił też volkswagena paketa, żeby nie tłuc się pociągami i nie niszczyć gratów. Po ostatnim bloku pogadaliśmy jeszcze chwilę ze Zbyszkiem, bo Mańkowski z Go- łębiowskim gdzieś się zmyli. Wracając do chaty, zastanawialiśmy się, ile ich ten sprzęt musiał kosztować. Następnego dnia przyszła wiadomość od „Dziada”, że w sobotę przyjedzie do nas znowu Manu. Czyli będzie rockowa sobota. Manu zjawił się według planu, a wieczorem, tak jak poprzednio, po podkręceniu apa- ratury wokalnej do granicy sprzężenia dał czadu. Wiara tańczyła, natomiast kierownik pokazywał tym razem z daleka na uszy, że jest za głośno.
– That’s rock & roll! – krzyknął Manu do mikrofonu i nabił następny.
Na przewie kierownik podszedł do niego i powiedział stanowczym głosem. – Gracie za głośno.
Manu odpowiedział mu coś z uśmiechem i na tym się skończyło jego narze-
kanie. Po graniu przegadaliśmy dobrą chwilę. Gdy w końcu walnąłem się do łóżka, szumiało mi mocno w uszach i długo nie mogłem zasnąć. W ostatni ty- dzień przyszedł telegram z agencji, że na następny miesiąc jedziemy do motelu Moto-Nova w Kolppi, obok miasta Pietarsaari. Oczywiście załączony był do- kładny rozkład pociągów. Te Finy są dokładne i lubią porządek, pomyślałem.
138
– O! „Dziad” wysyła nas teraz w dół Finlan- dii – spostrzegłem na mapie.
Gramy w Finlandii
W przedostatnie dni połaziliśmy z Jarkiem z Ilona Trio po mie- ście i poprosiłem go, aby zrobił nam zdjęcie nowo zakupionym apa- ratem fotograficznym Kodak. Aparat kosz- tował 12 marek i miał dwie regulacje, słońce albo żarówka, oraz możliwość wkręcenia z góry lampy błyskowej. Luksus!
The Vox Remedium, Finlandia, Oulu 1972, od lewej: Marek Lewandowski, służbo- Andrzej Janczak, Tadeusz Urbański
Oprócz tego
wego z Mikkeli, jest to nasze pierwsze zdjęcie w Finlandii.
Ostatniego dnia Tadek przypomniał nam, że od jutra gramy już na wyższych stawkach. Następnego dnia rano bagażówka zawiozła nas na dworzec.
Gdy pociąg ruszył, od razu dałem w kimę. Po dwóch godzinach ocknąłem się. Za oknem był słoneczny dzień.
Pociąg stanął w polu i wyładowaliśmy instrumenty prawie że do rowu.
Tu nie było żadnej stacji, tylko przystanek w nowhere! (na odludziu).
Pociąg odjechał i zapanowała cisza. Słychać było tylko śpiew ptaków. Patrząc
Kolppi, lipiec 1972, motel Moto-Nova
na las po drugiej stronie torów, czekaliśmy dobrą chwilę, zastanawiając się, gdzie my przyjechaliśmy?
– Bzzzyy – skubane komary mnie polubiły – machnąłem ręką, przypalając papierosa, aby je odgonić.
– Ale pierdziawka – podsumował Marek.
– O! Jakieś auto się zbliża – powiedziałem, widząc kurz na drodze.
– Tak, jedzie w naszą stronę.
Po chwili zatrzymał się przed nami volkswagen paket, wyszedł z niego nie-
ogolony cizio i przedstawił się po angielsku.
– Hello, I am Mauno Andersson, director from Moto-Nova. Welcome. Uścisnęliśmy mu rękę i zaczęliśmy ładować instrumenty do środka. Dyro po-
magał nam, upychając je między skrzynkami z gorzałką i piwem. Po krótkiej chwili jazdy zatrzymaliśmy się przed motelem. Obok była stacja benzynowa.
139
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
Na drzwiach wejściowych było przyklejone już nasze nowe zdjęcie. Personel z ciekawością przyglądał się nam, gdy wnosiliśmy graty na scenę. Restauracja była bardzo przytulna i świeżo po remoncie. Dyro Mauno okazał się bardzo miły od początku, bo przerwał nam rozpakowywanie i zaprosił na obiad. Obok ka- wiarni, w długim korytarzu, były pokoje i tym razem dostaliśmy każdy osobny. Przez te dwa miesiące nauczyliśmy się kilku słów po fińsku, ale tutaj słyszymy, że pan dyrektor i reszta personelu miesza często język fiński z innym.
– No teraz, to ja nie panimaju już nic! – żartowałem.
Marek nauczył się z rozmówek już płynnie po fińsku jak się spytać o pocztę i wrócił z recepcji z kopertą, w której znowu były nowe nuty oraz listy dla nich. Po pierwszym wieczorku dyro Manu, bo tak na niego wołali, zaprosił nas do baru na drinka i mieszanym angielsko-fińskim staraliśmy się dogadać. Tadek żartował z nim i muszę przyznać, że wychodziło mu to nawet z dużym powodzeniem. Po paru drinkach dogadaliśmy się, że na wybrzeżu Finlandii mówi się również po szwedz- ku. Teraz nauczyliśmy się, że na zdrowie po fińsku to jest kippis, a po szwedzku skål, które wymawiają skol. Wesoły już dyro nauczył nas jeszcze kilku nowych prze- kleństw. Sam natomiast umiał już po polsku „na zdrowie” i parę przekleństw. Po chwili dosiadła się jedna z kelnerek i przedstawiając się, że ma na imię Irma, spyta- ła, jak się nazywamy. Przedstawiliśmy się i zauważyliśmy, jak jej czoło się marszczy.
– Tatek? – starała się powtórzyć imię Tadka i dodała, że Tedi brzmi lepiej.
– A ty Marek dostaniesz imię Marko, OK?
– Andrzej będzie Andre.
Domyśliliśmy się, że nas przechrzciła i nawet nam to pasowało. Od tej chwili
wołali na nas Tedi, Marko i Andre. Następnego dnia przed południem poczłapa- łem do kuchni, aby się czegoś napić. Tutaj spotkałem dyra, który palił papierosa za papierosem i popijał kawę. Od kelnerki usłyszałem, że on ma kankkunen krapula, czyli małego kaca. Marek wyniuchał, że w motelu jest basen i z Tadkiem od czasu do czasu chodzili popływać. Ja nie umiejąc pływać, zabierałem się czasami z dyrem do miasta Pietarsaari, gdy jechał po zakupy gorzałki. Na drogowskazie doczytałem się, że to miasto nazywa się po szwedzku Jakobstad. Czyli miasto Jakoba. Na ulicach za- uważyłem po raz pierwszy w Finlandii, że jest tutaj dużo Cyganów. Jeździli strasz- nie przeładowanymi taunusami. Manu po załatwieniu zakupów w sklepie mono- polowym Alko (tak nazywała się też gitara produkowana w Polsce w latach 60.), zaprosił mnie na piwo do baru przy rynku. Wchodząc, zobaczyłem, że na drzwiach wisi zdjęcie zespołu Stopa Band. Oni grają w restauracji na górze, a na dole w pubie Marabut Duo. Starałem się mu wytłumaczyć, że to chyba zespół Puolasta (z Polski). W wolny poniedziałek wybraliśmy się autobusem do miasta, aby ich posłuchać. Na przerwie przywitaliśmy się i pałker mówi:
– Musicie posłuchać tego duetu na dole w pubie. Mówię wam, coś oryginalne- go, grają z maszyną rytmiczną.
Zeszliśmy całą wiarą na dół i stanęliśmy w drzwiach. Organista miał skła- dane organy Farfisa, a basista grał czasami na cyi i miał pod nogą na podłodze
140
mały, plastikowy prze-
Gramy w Finlandii
łącznik od
nocnej do startu i sto-
powania maszyny ryt-
micznej. Prawie co
drugi utwór przełącz-
nik na kablu przewra-
cał mu się na bok i po
zakończeniu piosenki
maszyna nadal stukała,
podczas gdy on starał
się nogą odwrócić go
na prawidłową stronę,
aby zastopować. W nie-
których utworach akor-
deonista szpanował
i leciał straszne pasaże.
Dla grepsu grał dalej
po swoim udzie, aż do
kolana. To jest show!
W dobrym humorze Urbański, Andrzej Janczak
pałker odwiózł nas
autem do motelu. Któregoś wieczoru, tuż przed graniem, zobaczyliśmy przed motelem dwa piękne psy. Poprosiliśmy właściciela, aby nam zrobił z nimi zdję- cie. Później, po wywołaniu, tak nam się to zdjęcie spodobało, że powiększyli- śmy je i z nazwą zespołu powiesiliśmy na drzwiach wejściowych zamiast tam- tego z Mikkeli. Marek dodał, że klientela pomyśli, że mamy tresowane psy na scenie.
lampki
The Vox Remedium 1972, od lewej: Marek Lewandowski, Tadeusz
Atmosfera w motelu była bardzo miła. W ciągu dnia albo ćwiczyliśmy, gdy było pusto na sali, albo przesiadywaliśmy w kawiarni, wsuwając za darmo ciastka z kawą. Bardzo często przed graniem szliśmy do takkahuone (pokój z otwartym kominkiem) oglądać telewizję. Tutaj w motelu odbierali również dwa szwedz- kie programy. Któregoś wieczoru dyrektor siedząc z nami, powiedział, że teraz występuje jakiś nowy szwedzki zespół. Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Śpiewali na głosy i dyro dodał, że nazywają się Fäst Folket (Złączeni Ludzie) i to jest ich debiut w telewizji. Później nazywali się Björn, Benny, Agneta & Frida, aż w końcu od pierwszych liter ich imion – (Frida na drugie imię ma Ann) – ich menedżer Stig „Stikkan” Anderson, nazwał ich krótko ABBA. Agneta-Björn-Be- ny-Ann. Czyli widzieliśmy telewizyjny debiut późniejszej grupy ABBA. Któregoś dnia udało mi się nagrać z radia dwa utwory tego fińskiego piosenkarza, Pepe Willberga. Razem z tym wolniakiem Aamu i drugi szybszy Elämälta kaikken sain. Puścili nawet stary przebój Tremolous Silence is Golden. Aby spisać tekst
141
ARCHIWUM AUTORA
– Ależ tu gorąco! – powiedziałem wchodząc.
Moje życiowe zwrotki i refreny
po fińsku, udało mi się namówić do pomocy dziewczynę z recepcji i po kilku minutach był gotowy. Pomogła mi też z wymową kilku słów, które zapisałem obok fonetycznie. Po graniu w piątek dyro zaprosił nas znowu na drinka, ale tym razem w pokoju obok sauny. Nigdy w saunie nie byliśmy i zachęcani przez Manu, owinęliśmy się w ręczniki i weszliśmy do środka.
Usiedliśmy na drewnianej ławie i rozglądaliśmy się w przyciemnionym świe- tle. Powietrze było tak suche, że przy głębokim oddechu czułem to gorąco w płucach. Zostawiłem okulary na zewnątrz, więc pytam Marka, jaka tu jest temperatura?
– Na termometrze jest +80 stopni! – powiedział.
– Oho! – to za chwilę się ugotujemy – dodał Tadek.
Raptem dyro chlusnął wodą z wiadra na rozgrzane kamienie. Łooo!! Jak
nam dało czadu parą, aż oddech zatykało! Ja wytrzymałem chyba jeszcze kilka sekund i dałem nogę z sauny. Po chwili Tadek z Markiem też wyszli.
– Ale premiera! Chyba już więcej na saunę nie dam się namówić! – powie- działem, zakładając bryle na nos.
Manu uśmiechnięty od ucha do ucha, że dał nam popalić, poczęstował nas piwem, mówiąc:
– Kippis ja kulaus, pojat! (Na zdrowie chłopcy) – i dodał, że teraz można wsko- czyć do basenu. Marek zachwalając wcześniej ten basen, namówił mnie, abym poszedł, to on mnie nauczy pływać. Były to godziny dla personelu i w base- nie moczyły się już dwie kelnerki. Woda była ciepła. Wszedłem po piersi do wody i stałem tak dobrą chwilę, aby się przyzwyczaić. W strasznym napięciu i za namową Marka zanurzyłem na chwilę głowę pod wodą. Ale uczucie. Nic nie słychać. Wody nalało mi się do uszu i o mało nie straciłem równowagi. Na do- datek kelnerki robiły fale, wskakując w kucki do basenu. Trzymając się krawę- dzi basenu, usiłowałem machać nogami. Marek tłumaczył mi, że muszę starać się mieć ciało w poziomie, ale pływanie mi jakoś nie wychodziło. Po pryszni- cu obiecałem Markowi, że spróbuję następnego dnia. Muszę powiedzieć, że po kilku dniach zaczynałem trochę kapować, co i jak z tym pływaniem. Coraz czę- ściej odważałem się wejść na głębszą wodę i po raz pierwszy popłynąłem kilka metrów. Jednego dnia udało mi się przepłynąć ponad połowę basenu, za co Marek obiecał postawić mi piwo, które do dzisiaj mi jeszcze wisi...
Zdarzyło się, że dyro dzwonił do nas w nocy po graniu i zapraszał na drinka.
– Bar is open for everybody and I need to talk to somebody – śpiewał nam żar- tobliwie przez telefon.
I co tu robić? Aby mu nie zagulać, przesiedzieliśmy z nim kilka godzin.
Któregoś dnia Manu mówi, że w końcu tygodnia przyjedzie znana fińska pio- senkarka Ann Christine Nysrtröm „Anckie” i dodał, że reprezentowała Finlan- dię w Festiwalu Eurowizji w 1966 r. piosenką Playboy. My mamy jej zaakom- paniować do show w przedostatnim bloku. Nam to pasowało, będzie weselej
142
– A co będzie z show? – spytał dyro.
Gramy w Finlandii
i szybciej wieczór zleci. Następnego dnia wpadł do mnie Marek i mówi, że w re- cepcji leżą organy Yamahy wysłane przez „Dziada” z kartką, że będą potrzeb- ne do tego show.
– Odegram na nich ten wieczór i odeślę je z powrotem.
W czwartek w południe poczułem, że trochę mnie boli lewe ucho. Gdy wie- czorem zaczęliśmy grać, każdy dźwięk powodował, że bolało mnie coraz bar- dziej. Zaśpiewałem połowę wolniaka i dalej nie szło.
Na przerwie wziąłem z recepcji jedną aspirynę i jakoś przecierpiałem do końca wieczoru. W pokoju wziąłem proszek od bólu głowy, ale jakoś ból nie przechodził. Wręcz odwrotnie, ucho bolało mnie coraz bardziej. A po godzi- nie prawie mdlałem. Czułem jakby ktoś w rytm bicia serca kłuł mnie igłą w środku ucha. Chłopaki poszli do dyrektora i on widząc, jak wyglądam, za- wiózł mnie w środku nocy do szpitala w Pietarsaari. Okazało się, że pracuje tam polski lekarz. Gdzie nas nie ma, pomyślałem z zadowoleniem. Popatrzył w ucho i stwierdził, że mam zapalenie ucha wewnętrznego. Przepisał mi pe- nicylinę w tabletkach i jakiś płyn do ucha oraz mocne tabletki przeciwbólowe.
– Najlepiej, gdybyś nie grał i nie śpiewał przez następny tydzień – powiedział.
Z watą w uszach i otumaniony tą tabletką przeciwbólową, wróciłem do motelu. Czułem, jak każde wypowiedziane słowo powoduje straszny łomot w głowie.
Ano zobaczymy jutro, odpowiedziałem i walnąłem się do łóżka w ciuchach, bo już nie miałem siły się rozebrać. Następnego dnia rano czułem się zmęczo- ny, ale ból się zmniejszył. Wziąłem penicylinę, tabletki przeciwbólowe i poczła- pałem do kuchni na kawę. Było już prawie południe. Manu wpadł odpieprzony w jasny garnitur i pyta mnie, jak się czuję, bo „Anckie” już przyjechała i chciała- by zrobić po lunchu próbę.
– Chyba dam radę – odpowiedziałem.
Poklepał mnie po ramieniu i dodał, że wieczorem będzie w restauracji rów- nież właściciel motelu, Bjarne Högnäs i wybiegł z kuchni. Na scenie Marek na- stroił mi bas, bo słyszałem wszystko jakbym miał garnek na głowie. Czułem nadal lekki ból w uszach, ale szło wytrzymać. Najgorzej dawał mi jednak czadu werbel Tadka. Przelecieliśmy z Ann-Christine jej utwory i wróciłem szybko do łóżka. Wieczorem było ludzi do oporu. Ja z watą w uszach grałem na pamięć jak robot.
Manu był bardzo zadowolony, bo po graniu znowu stawiał drinki, tym razem beze mnie. Następnego dnia w gazecie było zdjęcie wraz z krótką recenzją.
Waty w moich uszach nie było widać, więc zachowałem ten wycinek na pamiątkę.
W wolną niedzielę przeleżałem prawie cały dzień w łóżku. W poniedzia- łek spotkałem dyrektora i dowiedziałem się, że w następną sobotę przyjedzie następna piosenkarka, Laila Kinnunen, i musimy zatrzymać organy jeszcze
143
Wycinek z gazety – show „Anckie” z The Vox Remedium
Moje życiowe zwrotki i refreny
tydzień. Według dyra, Laila też brała udział w Eurowizji, tylko dużo wcześniej, bo już w 1961 roku z pio- senką Valoa Ikunassa, gdy Finlandia debiu- towała, a rok później brała udział w elimina- cjach fińskich, a także w 1966, 1967 i 1969 roku. Czyli jest bardzo
W poniedziałek Marek spakował organy i odesłał je do Helsinek. W ostatnim tygodniu pojechałem do szpitala na kontrolę. Według lekarza było już lepiej, ale mam trochę uszkodzoną lewą membranę i dobrze by było, gdybym mógł sobie zrobić dłuższą przerwę w graniu. Łatwo mu mówić, pomyślałem. W trio nie wolno przecież chorować! Podziękowałem mu za porady i wróciłem do motelu. Delikatnie przypominałem Manu, aby nam wypłacił resztę szmalu. Ponieważ zwlekał, wszedłem do biura księgowej, która powiedziała mi, że jeśli chcemy dostać pieniądze do ręki, to muszę wpaść do niej w poniedziałek wcześnie rano. Wtedy mają dochód z piątku i z soboty. W poniedziałek miałem walutę w ręku. Manu zapraszał nas ponownie za kilka miesięcy. Powiedziałem, aby zadzwonił do agencji i poprosił o re-kontrakt, to chętnie przyjedziemy. Z tele- gramu „Dziada”, który przyszedł w ostatnich dniach, wychodziło, że Marek ma rację. Jedziemy na dół, bliżej Helsinek, a mianowicie do miasta Hämeenlinna.
Hotel leżał w bocznej ulicy obok rynku. Restauracja była na pierwszym piętrze. Po ostatniej podróży nasze kartonowe pudełka od kolumn zaczęły się rozsy- pywać. U innych kapel widziałem, że mają drewniane skrzynki na swój sprzęt. O ile nie będzie to drogie, to muszę chyba pozbijać coś podobnego. W ciągu dnia biegałem po mieście w poszukiwaniu taniego materiału. A co się działo w re- stauracji? W piątki i soboty przychodziło od cholery młodych wojaków mają- cych przepustki. Takie to tutaj wojsko, mogą sobie wieczorami wychodzić do restauracji na potańcówki i mają pieniądze na piwo. Bardzo często prosili nas o rokkia (rock’n’rolle) wtedy dawaliśmy im z grubej rury. Po tygodniu przyszedł
144
Hämeenlinna, sierpień 1972, Kaupunki Hotelli
znana w
W sobotę była powtór- ka poprzedniej. W dzień próba z Lailą i show wieczorem. Manu był wniebowzięty!
Finlandii.
list z agencji, a w nim listy do Tadka i Marka. Następnego dnia z rozmo- wy Tadka z Markiem zrozumiałem, że zdecydowali się zaprosić swoje dziew- czyny do Finlandii. Marek zadzwonił do ambasady polskiej w Helsinkach i dowiedział się, że jest potrzebne za- proszenie, na którym zapraszają- cy gwarantuje utrzymanie, opiekę le- karską oraz zapewnia bilet powrotny do Polski. Po trzech dniach otrzyma- li z ambasady kwestionariusze do wy- pełnienia. Ambasada musi je następ- nie potwierdzić i stempel kosztuje kilkadziesiąt marek. Pewnego wieczo- ru podszedł do nas na przerwie jakiś facet z brodą i spytał nas po polsku, czy my tak zawsze gramy z pianem? Nie wiedzieliśmy, dlaczego o to pyta.
Gramy w Finlandii
Włodzimierz Szpringer, Zbigniew Urban, Sławomir nam, Zby- Grajewski, solistkami były Stella i So a Voit
Po chwili przedstawił się
szek Urban. Z dalszej rozmowy dowie-
dzieliśmy się, że mieszka tutaj, w Hämeenlinnie, na stałe, ale przyjechał do Fin- landii z Jully Quartet w kwietniu 1969 roku i dał nam ich fotkę-wizytówkę.
Teraz gra z żoną Finką w trio i mają właśnie urlop. W domu ma niedawno ku- pione organy Hammonda z leslie. Wracając na scenę Marek podsumował, że miły facet ten Zbyszek i że on też chciałby mieć własny dom a w nim organy Hammonda. Piętnastego, po zaliczce, kupiłem upatrzone wcześniej w mieście białe jeansowe spodnie, były strasznie obcisłe w pasie, ale z szerokimi na dole nogawkami. W końcu to są moje urodziny, nie? Jakiś mały prezent samemu sobie można zrobić. Chłopaki też znaleźli kilka nowych ciuchów i odwaleni w te nowości poszliśmy na miasto zrobić sobie w nich kilka zdjęć. Z Polski dostałem w prezencie od siostry rozmówki polsko-fińskie. Znalazłem w nich potrzeb- ne mi teraz słowa, takie jak sklejka, gwoździe, piła, zawiasy itp. Po paru dniach z kartką w ręku pobiegłem do sklepu żelaznego K-Rauta i kupiłem, co mi było potrzebne do zbudowania skrzyń na kolumny. Te płyty ze sklejki były strasz- nie duże. Większe od drzwi. Taszcząc je, musiałem czasami odczekać chwilę aż wiatr się uspokoi, bo ściągało mnie z chodnika. Wnosząc je do hotelu, musiałem przejść przez recepcję. Gdy czekałem na windę, portier widząc mnie, zaniemó- wił i gapił się z otwartą gębą.
– Co on kurczę nigdy sklejki nie widział? – mruknąłem pod nosem.
W pokoju zrobił się teraz warsztat stolarski i następnego dnia sprzątaczka
tylko pokiwała głową, mrucząc pod nosem.
145
Jolly Qurtet – od lewej: Sławomir Adamczak,
ARCHIWUM ZBIGNIEWA URBANA
– Voi, voi, voi. (oj, oj, oj).
Moje życiowe zwrotki i refreny
Przez to zbijanie skrzyń nauczyłem się kilku nowych słów. Teraz brakowało mi tylko uchwytów. Zabrałem ze sobą słownik i pobiegłem ponownie do sklepu. Tam znalazłem te kantokahvat, czyli rączki. Były trochę drogie, ale z metalu. Chcąc zaoszczędzić szmalu, postanowiłem, że nie będę malował skrzyń. Pona- klejałem reklamówki hotelu i przyniesione z dworca ostrzegawcze nalepki, jak: varovasti (ostrożnie), napisałem na nich tuszem nazwę zespołu z adresem i te- lefonem agencji.
– Łooo, aleś odwalił porządne skrzynie – pochwalił mnie Marek i spytał: – A wyłożyłeś trochę gąbką?
– A jak!
Pod koniec miesiąca przyszła wiadomość, że w następnym miesiącu gramy w Helsinkach w restauracji Kaisaniemi, ucieszyliśmy się bardzo.
– Panowie gramy w stolicy Finlandii – powiedział z zadowoleniem Marek.
– Będziemy mogli wpaść do ambasady i odebrać podstemplowane zaprosze- nia – dodał Tadek.
Pamiętając, co Zbyszek Urban powiedział, że gdy będziemy w Helsinkach, to możemy spotkać innych Polaków w kawiarni (na giełdzie), która jest na rogu tej ulicy, gdzie „Dziad” ma agencję, a po drugiej stronie jest Svenska Teatern (Teatr Szwedzki). Tym razem podróż do Helsinek trwała tylko godzinę.
Gdy pociąg powoli wtoczył się na dworzec, przypomniałem sobie nasz przy- jazd w maju. Na peronie dorwałem mały wózek, na który władowaliśmy nasze graty, i pchając go przez dworzec, zauważyłem, że na wieszaku obok restauracji nadal wisi jesionka Marka, którą zostawił tutaj w maju!
Helsinki, wrzesień 1972, restauracja Casino-Kaisaniemi
– Marek! – krzyknąłem – zobacz, nikt nie chce twojej jesionki!
– Ale jaja – rozchichotał się Tadek – nadal wisi!
– No popatrzcie, jaki to uczciwy ten fiński naród – skomentował Marek.
Z dworca do Casino na Kaisaniemikatu było bardzo blisko. Leżało ono przy
torach kolejowych, w parku na tyłach dworca. Tutaj mamy grać siedem dni w tygodniu. Zaczynamy dopiero o 22.00 i kończymy o 2.30 w nocy!
– Nocna zmiana – żartował Tadek.
W restauracji nie było pianina i „Dziad” wysłał Manu, aby razem z Markiem poszli do Fazera po jakieś tymczasowe organy.
– Wezmę coś, aby tylko grało – bąknął Marek.
Po godzinie przyjechali i Marek wtaszczył organy Yamahy z jednym manu- ałem oraz tej samej marki małe leslie.
– Były tylko w kolorze czerwonym – żartował wkręcając nogi.
Włączyliśmy je i przypomniały nam się czasy chałtur w Łodzi, bo brzmiały niewiele lepiej od Matadorów.
– Ale cyja na leslie – kiwał głową Marek, przesuwając registry. 146
– Ale koszmar – zadałem, rzucając walizkę na łóżko.
Gramy w Finlandii
Od portiera dowiedzieliśmy się, że klienci przychodzą tutaj bardzo późno.
Zjedliśmy obiad i poszliśmy do chaty. Był to jeden malutki pokój na trze- cim piętrze u fińskiej rodziny, tuż obok dworca. W pokoju był mały elektrycz- ny piecyk, wspólny kibel w przedpokoju i zza ściany było słychać, jak sąsiad kaszle.
Mieszkaliśmy razem już kilka miesięcy i znaliśmy się chyba lepiej niż niektó- re małżeństwa. One przynajmniej rozstawały się na czas pracy. My zaś jesteśmy zawsze razem. W pracy, na próbach i w nocy. Oczywiście zdarzały się zgrzyty, ale staraliśmy się je rozwiązywać szybko. Po rozpakowaniu się, pobiegliśmy od razu na giełdę (kawiarnia Kolme Kreiviä – miejsce spotkań polskich muzyków, gdzie się obgadywało wszystko i wszystkich). Wypiliśmy po jaffie i gapiąc się na Svenska Teatern po drugiej stronie ulicy, czekaliśmy. Zawiedzeni, że nikogo tym razem nie było, wróciliśmy do chaty. Puściliśmy po cichu magnetofon i około ósmej, gdy najczęściej zaczynaliśmy pracę, zaczęło nam się dłużyć.
– Chodźta chłopaki, pójdziemy do restauracji, bo zdycham z głodu – zaproponowałem.
Gdy szliśmy przez park, wiaterek dawał nam czadu i żałowałem, że nie założy- łem swetra. W restauracji było pusto i po posiłku spróbowaliśmy na pół gwizd- ka jeden nowy utwór. Z nut, które „Dziad” nam wysyłał, za bardzo nie mogliśmy się domyślić, jaka jest aranżacja nieznanych nam utworów. Dobrze byłoby posłu- chać z taśmy, ale skąd wziąć te nagrania? Następnego dnia dostaliśmy kupony na obiady, bo restauracja w dzień była zamknięta i mieliśmy się stołować właśnie na giełdzie. Gdy pogoda pozwalała, łaziliśmy po Helsinkach. Przechodząc obok kina, zauważyliśmy plakat jakiegoś filmu. W Łodzi bywaliśmy w kinie prawie co miesiąc. W Finlandii jeszcze nie byliśmy, więc zafundowaliśmy sobie bilety i siedzimy w miękkich fotelach. Po reklamie okazało się, że był to fiński film ze szwedzkim tekstem. Nie mogliśmy wykapować, o co chodzi, a gdy cała sala nagle wybuchła śmiechem, patrzyliśmy na siebie z wielkim znakiem zapytania?! No, ale zaliczyliśmy kino! Podczas obiadów na giełdzie spotykaliśmy czasami Pola- ków, którzy mieszkali w Helsinkach albo przyjechali tu w jakiejś sprawie, oraz tych, którzy grali na statkach kursujących z Helsinek do Sztokholmu. Czasami przesiadywało tutaj jednocześnie ponad dziesięciu Polaków. Częstym bywalcem był Jan Duszkiewicz „Burwil” mieszkający w Helsinkach, bo jak on to mówił – gdy z robotą jest krucho, to tutaj trzeba nadstawić uszu. Minęły dwa tygodnie, gdy raptem wpadł do restauracji Jaakko Turkka z agencji. Zawołał nas do swoje- go stolika i mówi, że jeśli ktoś będzie nas pytał, co my tu robimy, to mamy odpo- wiedzieć, że my tylko ćwiczymy (you only rehearsing). Patrzyliśmy na niego pyta- jącym wzrokiem. O cóż tu biega? Z dalszego tłumaczenia okazało się, że „Dziad” do ostatniej chwili liczył na to, że dostanie dla nas pozwolenie na pracę. Ale dupa blada, nie dostał. „Dziad” miał około dwieście kapel i zawsze któraś została na lodzie. Tym razem była nasza kolej, cholera! Nikt nas tego wieczoru nie pytał,
147
Moje życiowe zwrotki i refreny
i dograliśmy tak do końca tygodnia. W poniedziałek dowiedzieliśmy się, że po- zwolenia na pracę w tym miesiącu już nie dostaniemy i do końca miesiąca jeste- śmy bez roboty. Zabraliśmy nasze graty do mieszkania na trzecie piętro i teraz mieliśmy naprawdę ciasno! Hakulinen dał nam 9 marek dziennie na utrzymanie. Rano ja zazwyczaj nic nie jadłem oprócz kawy i papierosa, ale wieczorem pisz- czało mi w żołądku. Własny repertuar posiłków był bardzo „bogaty”. Najczęściej robiliśmy sobie ziemniaki z sadzonym jajkiem albo sadzone jajko z ziemniaka- mi. Czasami kupowaliśmy paczkę parówek na spółkę i wsuwaliśmy je na ciepło. Obok naszego domu była restauracja Teatteri, gdzie grało polskie trio. Tadek wy- szedł wieczorem zrobić zakupy, a my odpieprzyliśmy się z Markiem w krawa- ty i poszliśmy przed północą posłuchać tego zespołu. W restauracji światło było przyciemnione, no i aby nie wydać za dużo, zamówiliśmy z Markiem mały dzba- nek kawy. Na przerwie przedstawiliśmy się i pogadaliśmy z ludźmi z kapeli, aż jeden pyta nas.
– A co wy takie milionery? Tutaj dzbanek kawy kosztuje więcej niż dwie gorzałki!
Oho, daliśmy plamę, ale nie okazując tego, wzruszyliśmy tylko ramionami, jakby to było dla nas małe piwo. Gdy wróciliśmy do stolika, przyciemnili jesz- cze bardziej światło i na scenę wybiegła striptizerka. Po 10 minutach było już po wszystkim. Następnego dnia wybraliśmy się razem po zakupy do sklepu spożywczego w podziemiach dworca kolejowego. Ja starałem się zapamiętać, jak jest po fińsku maszynka do golenia, bo moja się już kończyła. Mruczałem przez całą drogę pod nosem, partakoneen terä, partakoneen terä, aby nie za- pomnieć. Ale w sklepie nigdzie nie widzę tych maszynek. Chciałem się zapy- tać ekspedientki, no i w tej samej chwili uciekło mi to słowo i za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć. Paratamera... i inne dziwne domysły mi wychodzi- ły. W końcu na migi musiałem jej pokazać, o co mi chodzi.
– Aha partakoneen terä – powiedziała uśmiechając się.
Ja wciągnąłem tylko powietrze w płuca, Juuu! Tak jak to Finy robią, gdy przy- takują i wymamrotałem.
– Juuu kiitos.
Gdy staliśmy przy kasie, Marek mówi do mnie szeptem:
– Posłuchaj, jak ona liczy te pieniądze.
– Wymawiając siódemkę, (seitsemän) wciąga do siebie powietrze, słyszysz
to?– To oni wymawiają siódemkę na wdechu? – dziwiłem się.
Wyszliśmy z dworca i dmuchnęło zimnym wiaterkiem. Tadek chciał wejść na pocztę, aby wysłać listy. Ja zaś z Markiem weszliśmy obok do sklepu Sokos, uma-
wiając się, że spotkamy się na giełdzie. Marek oglądał jakąś walizkę ze skóry. – O! zobacz mają przecenę na kożuchy – powiedziałem.
– Za 195 marek, zniżone z 295 o stówę, to okazja.
Przymierzyłem jeden i pasował na mnie jak ulał. Był długi do połowy uda.
148
– No, teraz to jest ciepło – zachwalałem swój zakup.
Gramy w Finlandii
Chyba go wezmę. Przeliczyłem, ile mam forsy i brakowało mi 85 marek. – Marek pożyczysz mi, oddam ci w chacie?
– A ile chcesz?
– No daj mi stówę, bo fajki muszę też kupić?
Po zapłaceniu zapakowałem do torebki swoją kurtkę i założyłem nowy kożuch.
Doszliśmy do giełdy. Na dole przed drzwiami stał Tadek i z daleka mówi, że nikogo dzisiaj tu nie ma.
– Ile dałeś za kożuch? – zapytał, gdy przechodziliśmy na drugą stronę ulicy. – 295 marek – podałem mu pełną cenę, dodając dla zgrywy, że to był ostatni. Nadszedł ostatni tydzień i Tadek z Markiem chodzili jak skowronki, bo pod
koniec następnego miesiąca mają do nich przyjechać dziewczyny. W agen- cji wypłacili nam za te pół miesiąca, ale byli uczynni i dali nam małą zalicz- kę a konto przyszłego. Turkka wyjaśnił nam, że następny miesiąc mamy grać na jakiejś wyspie Ahvenanmaa, w Maarianhamina. Wyspa ta leży blisko Szwe- cji i tam mówią tylko po szwedzku. Podróż statkiem trwa dość długo, dlate- go pojedziecie tam o jeden dzień wcześniej. Aby zdążyć na statek, który odpły- wał o dziesiątej rano z Naantali, obok Turku, musieliśmy wstać o szóstej, aby nadać instrumenty na bagaż. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do Naantali i na wózkach wepchnęliśmy nasze graty na pokład tego czerwonego statku. Po raz pierwszy zobaczyliśmy taki statek, na który wjeżdżały auta jak do garażu.
Pisało na nim Viking Line.
– O! Polską flagę ma na kominie – wyrwało mi się.
– Co ty, to chyba znaczy coś innego – domyślał się Marek.
Gdy statek odpłynął, przyglądaliśmy się przez okna na te małe wysepki ze
skał. Było pochmurnie.
– Ale on musi manewrować między tymi wysepkami – dziwiłem się.
Po paru godzinach zgłodnieliśmy i poszliśmy do kawiarni. Zafundowałem
sobie tanie kuleczki z mięsa (lihapullat) i obok nałożono mi te ichnie konfitury z borówek, które mi nie pasowały.
Podróż trwała około sześciu godzin. Dopłynęliśmy późnym popołudniem do małego portu Långnäs. Na budynku pisało po szwedzku Välkommen till Åland (Witamy na Alandach). Małą bagażówką, wysłaną przez restaurację, dojecha- liśmy do miasta Mariehamn. Miasteczko to było bardzo małe, dosłownie kilka ulic na krzyż. Restauracja Neptun leżała trochę z boku od centrum. Gdy weszli- śmy do środka, byliśmy zaskoczeni, że była bardzo mała.
Maarianhamina, Mariehamn, październik 1972, restauracja Neptun
– Mój pokój w Łodzi jest tej wielkości – zadałem z lekką przesadą.
W rogu na scenie stała część bębnów poprzedniej kapeli. Od dyrektora, który przedstawił się nam jako Werner Gustafsson, dowiedzieliśmy się, o której
149
Moje życiowe zwrotki i refreny
zaczynamy i że ten taksiarz zawiezie nas potem do mieszkania. Wnieśliśmy in- strumenty i po zjedzeniu czegoś ciepłego pojechaliśmy do mieszkania, które leżało na drugim końcu miasta. Chata była na parterze i po wejściu do środka nie wierzyliśmy własnym oczom.
– A kogo my tu widzimy?! – powiedziałem zdziwiony.
Kaziu „Dzidek” Kowalski z Łodzi siedzi na łóżku i pakuje się.
– Czeeeść! – krzyknął wesoło.
– Gdzie nas nie ma, ale niespodzianka!
Z dalszej gadki dowiedzieliśmy się, że grał kilka miesięcy w Finlandii z An-
drzejem Szewczykiem na bębnach i z Rysiem Mielczukiem na basie pod nazwą Trio Kowalski, a jutro zjeżdżają do Polski. Późnym wieczorem wydeptaną ścież- ką w parku poszliśmy na skróty do restauracji.
– O, musicie brać namiar na te kominy z elektrociepłowni, aby trafić z powrotem.
– Na tej wyspie gadają tylko po szwedzku, więc nie śpiewajcie żadnych fiń- skich utworów, bo to nie jest mile widziane – poradził nam Kaziu.
– Dziękujemy za cenną informację, bo w Mikkeli pierwszego dnia daliśmy inną plamę, nie wiedząc, że w Finlandii gra się po dwa.
– Ha, ha, tak, tego nie idzie się samemu domyślić – roześmiał się „Dzidek”. Podczas posiłku, opowiadał dalej.
– A mówię wam, jak graliśmy w Czechosłowacji, to chłopaki odwalili tam niezły
numer. Kupili sobie takie pistolety, z których można było strzelać strzałkami do tarczy. Któregoś wieczoru nie chciało się skubańcom podnieść dupy z łóżka i aby zgasić światło, strzelali strzałkami do kontaktu w ścianie tak długo, aż je zgasili. Wyobraźcie sobie, jaką dziurę wykuli dookoła – kontynuował „Dzidek”.
– Gdy właściciel hotelu to zobaczył, to wymeldował nas natychmiast.
Późnym wieczorem pożegnaliśmy się na dworcu autobusowym w centrum i „Dzidek” pojechał do portu w Långnäs. Rozejrzeliśmy się dookoła. Z jednej strony obok stacji benzynowej Shella stał trzypiętrowy dom, a od strony wody mały drewniany budynek z szyldem „Miramar”.
– Pewnie tam też jest restauracja – domyślałem się na głos.
Gdy wracaliśmy do chaty, było nam dość trudno po ciemku znaleźć ścieżkę i błądziliśmy dobrych kilkanaście minut, zanim zobaczyliśmy wysoki komin. Następnego dnia w południe poszliśmy się rozstawić. Na scenie było ciasno, a czynel Tadka wisiał dosłownie nad głową gościa przy pierwszym stoliku. Jedząc później posiłek, wsłuchiwaliśmy się, jak personel szwargoce ze sobą po szwedzku. Kilka słów zapamiętaliśmy w motelu Moto-Nova, ale reszta brzmia- ła w naszych uszach jak „ura bura szara bara”. Kilka słów wymawiali jednak po- dobnie jak po polsku, np. flaszka i szynka brzmiało prawie tak samo. Słyszeli- śmy też kilka internacjonalnych słów, jak telefon, a nie jak Finy mówią puhelin. Tutaj gramy sześć dni w tygodniu. Idąc z powrotem do chaty przez miasto, zo- baczyłem z daleka dość długą kolejkę przed sklepem.
150