– Uważajta, może będą jaja – cieszył się Rysiek.
– Jak to?
Tukany
Sławiński znowu nabije za szybko, to nikt nie zaczyna, tylko mają czekać jak on nabije.
No i na koncercie stało się to, co przewidywaliśmy. Sławiński machał rękami za szybko i Galant nabił swoje tempo. Widać było szeroki uśmiech na twarzy Ja- nusza Płyty, który grał z nimi na basie. Ich wokalista Håkan z Norwegii śpiewał bardzo fajnie utwór Eddiego Floyda Knock on Wood. Na bębnach grał ten kon- cert Grzegorz Gierłowski, bo Zbychu Gajewski z Mańkowskim i Gołębiowskim wyjechali do Finlandii. Po koncercie Tadek poszedł do domu, a ja zostałem jesz- cze chwilę na zapleczu, aby pogadać z Galantem. Rysiek powiedział mi, że ko- ledzy z kapeli z Balatonu wyjechali też do Finlandii w składzie Andrzej Mako- chan na gitarze, Zbigniew Matecki na organach i pianie, Wiktor Miklas na saxie, Bohdan Maciejczyk na bębnach oraz Teresa Morawska śpiew. Nazywali się Afo- ryzmy. Pograli kilka miesięcy, a potem zmienili skład i nazwali się M-3, bo ich nazwiska zaczynały się na „M”. Miklas grał na nowiutkim Hammondzie, An- drzej Makochan kupił wzmacniacz Fendera Twin Reverb i gitarę Gibsona 335, Bohdan Maciejczyk nowe bębny Ludwiga i tak rozpoczęli wędrówkę po Finlan- dii. Teraz w Balatonie gra z nami na bębnach Zdzisiu „Kukuła” Wyszkiewicz.
Zbliżał się VIII Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu i będąc u Maćka Czaja, do- wiedziałem się, że ma mieć próby z big-bandem Kanon Rytm. Będą akompanio- wać w Opolu łódzkim piosenkarzom Zofii i Zbigniewowi Framerom oraz grupie Pro Contra, w której obecnie śpiewa nasza była wokalistka Bogda.
– Stary, Sławiński szukał pałkera i zaproponował to waszemu Tadkowi Urbańskiemu, który z kolei chciał pożyczyć moje bębny Everplaya. Zgodziłem się pod warunkiem, że pojadę z nimi i będę grał np. na tamburynie. A jak! No i Sławiński wyraził na to zgodę. Na dodatek Marek Lewandowski doskoczył do nich na organy.
– Ale układy! – skomentowałem.
Festiwal w Opolu oglądałem w telewizji, ale trudno było się dopatrzeć, kto gra w big-bandzie, bo ekran śnieżył
bardzo. Pewnie gołębie sąsiada znowu
siedziały na antenie i ją przekrzywiły.
Po kilku dniach byłem u Marka, który opowiedział mi prawie jednym tchem, jak to było w Opolu.
– Stary wyobraź sobie, że grałem na organach Hammonda Andrzeja Zielińskiego ze Skaldów. Wprawdzie Hammondy Niemena też tam były, ale stały na zapleczu, bo miały złamany klawisz.
1970, VIII Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu – Bogumiła Pawłowska & Pro Contra
51
ARCHIWUM BOGUMIŁY PAWŁOWSKIEJ (OBECNIE PAWŁOWSKA RODAN)
Moje życiowe zwrotki i refreny
– No to gratuluje ci debiutu na dużej scenie! – Tak, było to prze- życie i tego się nie
Plakat Tukanów upragnione wakacje! Obserwowałem ich wskakujących do tramwajów i miałem uczucie, że też czekam na wakacje jak ci uczniowie, choć szkołę już skończyłem. Moje plany na nadchodzące ciepłe mie- siące nie były jeszcze sprecyzowane. Pozostawiłem to czasowi. Późną wiosną zagraliśmy imprezę organizowaną przez Andrzeja Jóźwiaka (Rodana), którą
prowadził aktor Janusz Gust.
A na zakończenie roku szkolnego, 9 czerwca, Tukany zagrały koncert w Te-
atrze Rozmaitości. Był taki zwyczaj, że za udostępnienie sali i sprzętu na próby wypadało odegrać ten koncert. Odniosłem wrażenie, że był to nasz ostatni kon- cert. Igor i trębacze byli bardzo zajęci szkołą muzyczną. Bolkowi udało się zała- pać na stałe do chóru w operetce, Tadek pogrywał ze Zbierzchowskim w Garni- zonowym Klubie Oficerskim, a Witka ciągnęli do wojska. Na dodatek w Pałacu Młodzieży sąsiedzi narzekali, że gramy za głośno na próbach i kierownik od- działu muzycznego, Antoszkiewicz, dawał nam popalić.
Ciekawe czy uda się nam zebrać cały skład na zaplanowany w ostatnim ty- godniu wakacji wyjazd do Borka nad Wartą? Słysząc na Biglu, że ten i tamten jedzie na letnią chałturę, spróbowałem z Markiem Lewandowskim w ostat- niej chwilę i załatwić jakieś granie. Nie mieliśmy jednak szczęścia. Gdziekol- wiek zadzwoniliśmy, to już mieli zaklepaną kapelę. Poszliśmy razem do klubu Pod Siódemkami na piwo, może tam się czegoś dowiemy. Jakimś cudem Marko- wi udało się załapać z „Klepą” na miesiąc do Jastarni na Helu, nazwali się ory- ginalnie Zwiędłe Latarnie. Wróciłem późnym wieczorem do domu i starałem się zasnąć, ale coś mi nie szło. Na dworze były krzyki, bo glina zwijała często prostytutki spod restauracji Myśliwskiej i u nas na podwórku przy portierni do PDT-u (Powszechny Dom Towarowy) pakowali je do gazika. Dałem w końcu za wygraną. Wstałem po cichu, zapaliłem w kuchni światło, wyjąłem z teczki papier i zacząłem pisać. Czas zleciał mi nie wiadomo kiedy, bo za oknem świt
52
zapomni.
Na Biglu słońce roz-
gościło się na wiosen- nym niebie i wesołe twarze ludzi na ulicy zwiastowały, że już nad- chodzi lato. Domyśla- łem się, że śmielej też spoglądali na kalendarz uczniowie – zbliżały się
ARCHIWUM AUTORA
Tukany
zaczął poganiać noc. Schowałem wiersz do aktówki i wróciłem do łóżka. W nie- dzielę mama mnie obudziła, mówiąc, że przyszedł Zbyszek Szczepański, czyli „Plamka”. Ubrałem się i po obmyciu usiedliśmy w kuchni. Pijąc herbatę Zbychu narzekał, że jest kiepsko ze szmalem i przydałoby się więcej chałtur.
– Próbowaliśmy z Markiem, ale w tej chwili tylko on i „Klepa” doskoczyli do kogoś.
– Hmm, szkoda.
Mama postawiła nam drugą herbatę i po kanapce. Po godzinnej gadce Zbychu spytał, czy poszedłbym z nim do klubu Lokatora zobaczyć, kto tam dzisiaj rzeźbi.
– O której będzie obiad – spytałem mamę.
– Za niecałą godzinę, więc nigdzie mi nie wychodź – przykazała mi.
– No to ja się zmywam. Dziękuję za herbatkę i jak coś to daj mi znać. Sie masz! Zbychu wyszedł, a ja usiadłem w moim pokoju i wyciągnąłem z aktówki ten
wiersz napisany w nocy. Teraz w świetle dziennym jakoś się zmieszałem czy- tając go.
Nadszedł ostatni tydzień wakacji i wyjazd zespołu Tukany do Borka. Bolek jednak zameldował, że jest zajęty w operetce, i może dojedzie za dwa dni. Na- stępnego dnia spotkaliśmy się wcześnie rano przed Pałacem Młodzieży i po za- pakowaniu sprzętu do bagażówki pojechaliśmy. Do naszej paki, czyli ja, Igor i Tadek, dołączyli się już prawie obowiązkowo koledzy Hubert z Tomkiem i Zbyszkiem. Po godzinie minęliśmy Konin i daliśmy dalej na Poznań. W połu- dnie byliśmy na miejscu. Minęły dwa dni i Bolka nadal nie było. Ostatniego wieczoru uzgodniliśmy z komendantem zlotu, że zagramy im wieczorem bez Bolka i Igor zaimprowizuje jego solówki. Pogoda była fajna, więc rozstawiliśmy instrumenty w pustym basenie pod najwyższą ścianą. Akustyka była dziwna, ale wiara tańczyła radośnie. Następnego dnia wróciliśmy do Łodzi. W Pałacu Młodzieży spotkaliśmy naszego profesora Leopolda Zbierzchowskiego, który podał nam rozkład prób na jesień. Nie zdradziliśmy mu obecnej sytuacji w ze- spole. Gdy wróciłem w domu usiadłem w kuchni i będąc pod wrażeniem pobytu w Borku, napisałem wiersz Wróćmy do lata. W piątek były 18. urodziny Tadka i w Teatrze Rozmaitości przy Pałacu Młodzieży występowały Czerwone Gitary. Załatwiłem trzy bilety i poszedłem z Tadkiem i Igorem ich posłuchać. Czerwo- ne Gitary śpiewały na głosy swoje przeboje i mieli dobrą aparaturę. Po kon- cercie napisałem wieczorem następny wiersz Znowu jesteś. Rano w skrzyn- ce znalazłem list z Fun Clubu Tukany z Czeladzi przy LO im. M. Skłodowskiej na Śląsku! Było to 11.10.70. Miło, że nas pamiętają z Jarmarku w Katowicach. Odpisałem im. Następnego tygodnia miałem znowu polot i wypociłem wiersz Trudno być sobą. Być może wydaje się wam, że to pisanie tekstów i wierszy leci mi jak z rękawa. Czasami tak, ale nad niektórymi muszę się pogimnastyko- wać. W moich tekstach i wierszach zawarłem to, co się wydarzyło i to, o czym marzyłem. To nocne pisanie spowodowało, że zmienił mi się rytm dnia i coraz
53
Moje życiowe zwrotki i refreny
częściej spałem prawie do południa. Dobrze, że nikt mi w tym nie przeszkadzał. W ten sposób mogłem się „opróżnić” z myśli. Zajęty muzyką i pisaniem, rzadko oglądałem telewizję, ale któregoś wieczoru usłyszałem w dzienniku, że z jakie- goś tam powodu będzie podwyżka cen żywności. I to niemała, bo aż 42%! Do- myślam się, że większość ludzi była zajęta swoją codziennością i za bardzo nie miała pojęcia, co rząd w PRL-u wyprawia. Mama słysząc to, powiedziała, że trzeba będzie teraz częściej jeździć na rynek na ul. Zielonej i kupować prosto od chłopów. Grudzień zacząłem tak jak poprzedni miesiąc, pisaniem. W pierw- szą niedzielę grudnia Tadek pochwalił się, że zaczął grać na stałe z Leopoldem Zbierzchowskim w GKO. Ja nadal grałem w kwartecie z Pająkami. Na przerwach „Plamka” nie popuszczał i opowiadał nowe kawały, gęba mu się po prostu nie zamykała. Wesoła bestia z niego była, zawsze w dobrym humorze.
– A znata ten chłopaki – pytał i nie czekając na odpowiedź zaczynał opowiadać.
Facet z bardzo dużą i ciężką walizą pyta taksiarzy.
– Panie, ile kosztuje dojechanie do dworca autobusowego? – Trzy dychy – odparł taksiarz.
– A bagaż?
– Za darmo – oparł taksiarz.
– To zawieź pan walizę na dworzec, a ja pojadę tramwajem. Ha, ha, ha – i znowu ryczeliśmy.
W połowie miesiąca, trochę późno, usiedliśmy z „Klepą” i Markiem u mnie i zaczęliśmy wydzwaniać, aby załatwić chałturę na sylwestra. Wszędzie już mieli zespoły, na szczęście nasz znajomy kierownik Pod Żurawiem załapał. Spojrzeliśmy znacząco na „Klepę”.
– Nooo, kto podpisze?
– Tym razem nie będzie problemu – obiecywał Jurek z uśmiechem lisa. Mimo to pojechaliśmy razem zobaczyć, czy coś tam zmienili w klubie.
Po podpisaniu umowy dowiedzieliśmy się, że na zapleczu leżą jakieś głośni-
ki, które oni zdjęli z sali produkcyjnej.
– Może użyjemy ich, będzie więcej czadu – zachęcił się „Klepa”.
– Sprawdzimy, ale teraz trzeba będzie wykombinować organy z MDK-u – po-
wiedziałem wychodząc.
– A ty masz jakąś gitarę – spytałem „Klepę”.
– Ależ oczywiście, załatwi się, spokojna głowa.
– Ja coś zgłodniałem, a wy? – spytałem ich.
– No to chodźta, pójdziemy na golonkę na Wschodnią – zaproponował Marek. – Ja golonki nie lubię, bo jest za tłusta – odpowiedziałem krzywiąc się.
– Głupi jesteś, z musztardą to jest pycha – przekonywał Marek.
W końcu zgodziłem się i wysiedliśmy z tramwaju przy Zielonej. Mijając Pie-
trynę weszliśmy za rogiem Narutowicza na Wschodniej do restauracji Golonka. 54 – Ale tu zaduch – bąknąłem siadając przy pierwszym stoliku obok drzwi.
– Skubańca nie ma w chacie – bąknął, schodząc na dół.
Tukany
– Tutaj przesiadują często koniki spod kina Bałtyk – powiedział Marek.
Po dobrej chwili podszedł kelner i zamówiliśmy po golonce.
Po wypaleniu papierosa na stoliku pojawiły się trzy golonki. Ja wziąłem tę
mniejszą i po odkrojeniu z niej skóry i tłuszczu zjadłem przegryzając chlebem. Smakowało mi.
– Następnym razem pójdziemy do tej prywatnej jadłodajni, która jest u minie w podwórku na parterze. Mówię wam babcie dobrze tam gotują – dodał Marek odsuwając talerz.
Dni mijały spokojnie. Na dworze spadł pierwszy śnieg i powoli zbliżały się święta. Wieczorami przepisywałem wiersze na maszynie i ponowne ich czyta- nie przynosiło mi ulgę, uspokajały mnie. Trochę ich się nazbierało. Czy ja kiedyś pozwolę komuś je przeczytać? Nadeszły święta i mama wysłała mnie do ryb- nego na Narutowicza, abym kupił dwa karpie. Jeszcze żyły, więc wpuściliśmy je z siostrą do wanny z wodą i karpie po chwili zaczęły pływać. W drugi dzień świąt zadzwonił Marek i poszliśmy razem z Bogdą do kina Polonia. Zaraz po świętach przypomnieliśmy „Klepie”, aby nie dał plamy i załatwił sobie na 100% sprzęt na sylwestra. Ja poprosiłem Zbierzchowskiego, aby napisał nam zezwo- lenie na wyniesienie organów. Przypasowaliśmy, że portier nie czytał przepust- ki dokładnie i wynieśliśmy również dwa mikrofony ze statywami. W ciągu dnia usłyszałem w radiu, że strajkują w stoczni w Gdańsku. Zaraz potem usunięto I Sekretarza PZPR, Władysława Gomułkę, a na jego miejsce „wybrano” Edwar- da Gierka. Czyli zamieszali znowu ludziom w głowie. Ciekawe, co z tego wynik- nie? Ceny poszły strasznie do góry, ale co z tego, jak w sklepach nie ma towaru! W Gdańsku rozróby, ale w Łodzi jest cicho. Gierek w swojej pierwszej przemo- wie obiecał zniżkę cen i lepsze zaopatrzenie sklepów w towar. Mało mnie ta polityka interesowała. Pisanie i muzyka były dla mnie ważniejsze. W sylwestra w południe ustawiliśmy z Markiem sprzęt w klubie. W drodze do domu Marek wstąpił do „Klepy”, aby sprawdzić, w co jest grane.
Umówiliśmy się, że przyjdziemy do klubu pół godziny wcześniej. W domu zjadłem na chybcika zupę pomidorową i po umyciu włosów w esencji z kory dębowej (podobno włosy ciemniały wtedy naturalnie), wysuszyłem je szybko przy piekarniku gazowym.
– Uważaj, żebyś ich sobie nie spalił – ostrzegała mnie siostra.
Po wyprasowaniu białej koszuli i spodni, chwyciłem za wiosło i pojechałem tramwajem na Bałuty. Wysiadłem przy ul. Goplańskiej i szybkim krokiem po- szedłem dalej do ul. Żurawiej. Było dość chłodno.
– Sie masz! – krzyknąłem do Zbyszka, wchodząc na scenę.
– Cześć, a gdzie reszta? – spytał.
– Na pewno zaraz się zwalą.
– Zobacz, tu schowałem patola (tanie wino) dla nas – powiedział Zbychu, od-
chylając pokrowiec od werbla.
55
Moje życiowe zwrotki i refreny
Po chwili przyszedł Marek z Bogdą odwaleni jak cholera i zdjęli na zapleczu katany.
– Ależ zimno – narzekała również Bogda, klepiąc sobie policzki i uda.
– No, w takiej krótkiej kiecce to też bym zmarzł – żartował „Plamka”.
Bogda podbiegła do niego i zamierzyła się torebką, dodając z uśmiechem.
– To nie patrz, jak ci się nie podoba.
Marek włączył organy i poprawiając grzywkę, ustawiał sobie krzesło.
– Podaj mi „A”– poprosiłem go, chcąc nastroić wiosło.
– Ten mrozek nieźle ci ją rozstroił.
– Na pewno będę musiał jeszcze poprawić przed graniem.
Od kierownika dostaliśmy po kawie i siadając przy służbowym stoliku obok
sceny, czekamy na „Klepę”. Wiary było coraz więcej i za piętnaście ósma był już prawie full na sali. Niektórzy znajomi podchodzili do nas i prosili, abyśmy im zagrali na życzenie ich piosenki.
– Dobra, dobra, ale to później – odganiał ich Zbychu.
– No to cześć wam! Mogę się dosiąść? – spytała Magda, koleżanka Bogdy.
– No siadaj – odparła Bogusia.
Dorwałem spod ściany jedno krzesełko i podsunąłem szybko. Magda usiadła obok
podciągając mini. Wcześniej widziałem ją na Deptaku, jak spacerowała z Bogdą i jej bratem. Była tego samego wzrostu co Bogda, miała jasne, lekko kręcone włosy.
– Fajny sweter masz – walnąłem ni stąd, ni zowąd.
Zbyszek zaczął żartować i biorąc jej rękę udawał, że chce jej powróżyć. Zaczął przybliżać jej dłoń do swojego policzka i głaszcząc jej palec, raptem wsadził go do swojego nosa!
– No co ty wyrabiasz! – oburzyła się Magda, wyciągając chusteczkę.
Nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, schowałem twarz w dłonie.
– A ty, co tak się gotujesz – powiedziała Magda, waląc mnie pięścią w ramię. – Aaj, ale to boli – udawałem.
– A posłuchajta tego kawału – zaczął Zbychu.
Chłopak po studiach zaczął odkładać szmal, aby sobie kupić telewizor, ale po
roku czasu wkurzył się i przestał oszczędzać.
– A co zrobiłeś z pieniędzmi – pyta kolega.
No co, wziąłem całą kasę i poszedłem do kina...
Ha, ha, ha...
– Co? Koniec żartu? – spytałem.
– Taa – odparł trochę zdziwiony Zbychu.
– No to śmiejemy się!
Wybuchnęliśmy śmiechem, aż Magdzie bańki nosem poszły.
Aby dołączyć się do serii kawałów, mówię do Zbycha, że ten jest dla niego.
– No dawaj śmiało.
Dyrygent orkiestry symfonicznej miał zajady z perkusistą i na którejś próbie
przygadał mu na głos, aby wszyscy słyszeli.
56
Tukany
– A tym, którzy mają za mało muzykalności, to daje się dwie pałki i zostają perkusistami.
– Ta!? A tym, którzy w ogóle nie mają muzykalności zabierają jedną pałkę i zo- stają dyrygentami! – odgryzł się perkusista.
Dziewuchy i Marek uśmiali się szczerze, a „Plamka” dodał, że takiego ryzyka, aby został dyrygentem, to nie ma! Zbyszek znowu złapał Magdę za rękę i udając, że się drapie za uchem chciał powtórzyć ten greps z palcem, ale Magda tym razem nie dała się nabrać.
– No to już trzeba zacząć grać, a „Klepy”, kurczę, nie ma! – denerwował się Marek.
– Przepalimy jeszcze jednego i jak się nie zjawi, to zaczynamy bez niego – powiedziałem.
– A co, Bogusiu, będziesz śpiewała dzisiaj? – spytała Magda.
– Tak, zaśpiewam, ale później.
– Masz ogień – spytała Magda nachylając się.
Zapachniało miło perfumami, gdy jej przypalałem. Minęło dziesięć minut
i kierownik przechodząc obok, spojrzał stanowczym wzrokiem, dając nam do zrozumienia, że czas zacząć.
– Dobra, no to lecimy – powiedziałem wstając.
– Co dajemy na pierwsze – spytał Zbychu, siadając za bębnami.
– No, polecimy najpierw coś instrumentalnego, tylko Marek daj mi jeszcze
raz „A”.
Sprawdziłem po cichu strój basówki i dałem Markowi cynk, że jestem gotowy. – Dobra zagramy im na pierwsze Kulawy Wojtek – odparł Marek i nabił. Sporo wiary pojawiło się na parkiecie, pewnie chcieli się rozgrzać, bo tańczy-
li żwawo.
– Ten Sadowskiego na drugie z „G” – krzyknął pod koniec Marek.
Zbychu synkopował wyśmienicie i brzmienie jego centralnego też było
w pytę. Odwróciłem się do niego uśmiechnięty, mrugając z uznaniem okiem. Parkiet zapełnił się teraz cały, więc podkręciłem się jeszcze trochę na wzmac- niaczu i przy wejściu zobaczyłem znajomą postać.
– Zobacz, „Klepa” się zjawił! – krzyknąłem do Marka.
Z daleka widziałem, jak Jurek przepycha się przez tłok z gitarą na plecach. Po chwili doszedł do sceny i z uśmiechem lisa zdjął szalik i katanę, przysiada-
jąc się do stolika Bogdy i Magdy.
– Jurek nie ma wzmacniacza – bąknąłem.
– Andrzej tego swinga z „C” i kończymy – krzyknął Marek.
Po tym utworze zapowiedziałem przerwę i z groźnymi minami podeszliśmy
do „Klepy”.
– Chłopaki, ale kurczę wyszły jaja, no nie uwierzycie! – zakadził nam Jurek. – Miałem zaklepane u Grala, ale jakiejś kapeli sprzęt nawalił i wszystko
mu zabrali. Przeleciałem, mówię wam, przez całą Łódź i nigdzie panowie, 57
Moje życiowe zwrotki i refreny
uwierzcie mi, nigdzie nie ma ani połówki wolnego wzmacniacza – tłuma- czył się.
W teczce znalazłem krótki kabel z wieloma supłami i modląc się, żeby dzia- łał, wsadziłem go w drugą dziurę obok mikrofonu.
– Chodź tu, spróbuj, czy działa – powiedziałem, podając mu kabel.
Podkręciłem moc i działa! „Klepa” usiadł bokiem na scenie i szybko się nastroił.
Tym razem nie wpuszczał już Marka w kanał.
– Moc dobra? – spytałem podkręcając jeszcze trochę.
– Tak, ale zdejmij basy o połowę, bo zaczyna się sprzęgać.
– Dobra, może być.
– Dawajta, musimy zacząć grać – poganiał Marek.
„Klepa” podkręcił sobie jeszcze odrobinę dyskantów i szybko się odsunął, bo
znowu sprzęgało.
– Dobra, zaśpiewam Suny na pierwsze – i nabiłem.
Jurek był dobry na gitarze, bo wyciskał z niej ostatnie soki. Gdy grał sola okta-
wami, brzmiało miejscami tak jak wiosło Montgomery’ego. Przy tym mimikę twarzy miał taką, jakby za chwilę miał kreta urodzić. Na następny utwór zada- liśmy Cool Jerk i atmosfera w klubie zrobiła się miła.
– Polecimy na trzeci Spinnig Wheel (Blood Sweet & Tears) z „E” – krzyknął „Klepa” i nabił. Na przerwie Zbychu zaproponował mi, że może wychylimy po szklaneczce winka, więc po cichu zmyliśmy się na zaplecze. „Klepa” jakby nas wyczuł i na sępa przyszedł po chwili, udając, że szuka wygodniejszego krzesła.
– O, dajta mi łyczka, to lepiej się będzie grało.
Otworzyły się drzwi i weszła Bogda z Markiem i Magdą.
– A to tutaj się chowacie – żartowali.
Marek wyciągnął z katany swoje wino Iskra i rozlał między dziewczynami.
– A ty Jurek weź się odwal, bo na sępa lecisz – odpychał go Marek.
Poszliśmy na scenę raźniejszym krokiem i Bogda zaśpiewała dwie pierwsze
piosenki. Jako trzeci zagraliśmy Foxy Lady Hendrixa. Śpiewałem z Jurkiem na zmianę i fajnie się nam grało. Po następnych blokach nadeszła północ. Zbychu walnął dwanaście razy w blachy, podczas gdy cała sala liczyła na głos.
– Jedenaście! dwanaście! Hurra! Szczęśliwego nowego roku! – złożyliśmy pu- blice życzenia przez mikrofon.
Jako pierwszy utwór w tym nowym roku zagraliśmy znowu Hendrixa Purple Haze. Jurek śpiewając go, rozochocił się i od razu bez nabicia zaczął następny Creamów Sunshine of Your Love.
– No to, jak już tak im kadzimy, to dajmy na trzeci Squze me.
Na ostatniej przerwie zjedliśmy z bufetu po porcji bigosu z bułką i popili- śmy oranżadą, bo winko się już skończyło. O wpół do drugiej zaśpiewałem jako ostatni utwór wolniaka Otisa Reddinga Sittin’ on the Dock of the Bay i tak zna- leźliśmy się w 1971 roku!
58
Tukany
– Co, zostawimy sprzęt na zapleczu, nie? – spytałem Marka.
– No, komu się teraz chce taszczyć to wszystko – zaoponował Zbyszek.
– Noście graty do schowka, a ja pójdę po szmalec – rozkazał Marek. Wniosłem wszystko ze Zbyszkiem do schowka i gdy Marek wrócił, podzielili-
śmy się szmalem, odliczając transport, wyszło nam po 1050 zł na głowę.
– No to co, spadamy? – spytałem, zakładając katanę.
– Chłopaki poczekajta chwilę – krzyknął Zbychu – ludzie z Górniaka przyje-
chali i czekają przed klubem. Będzie chyba nawalanka.
Przypaliliśmy po fajce i po dwudziestu minutach wyszliśmy. Na ulicy było już
pusto i lekko padał śnieg. Marek trzymając Bogdę i Magdę pod ręce szedł dziar- skim krokiem do ul. Zgierskiej, śnieg padał teraz coraz mocniej, więc nie czeka- jąc na nocny tramwaj, złapaliśmy wolną taksówkę. Marek z dziewczynami roz- panoszyli się na tylnym siedzeniu i jedziemy.
– O jak ciepło u pana – powiedziałem do taksiarza.
– To jest mój warsztat pracy i trzeba dbać o zdrowie – odpowiedział. Wysiadłem przy ul. Zielonej, dając Markowi moją działkę za bryczkę.
– No to, bawcie się dobrze i jeszcze raz do siego roku wam! – powiedziałem,
zatrzaskując drzwi.
3 stycznia w południe pojechałem z Markiem do klubu zabrać sprzęt. Przy
okazji obgadaliśmy z kierownikiem, że może byśmy zagrali u niego cały karna- wał. Ku naszemu zdziwieniu kierownik zgodził się bez ociągania.
– Pewnie chce się odegrać w brydża – mruknął Marek wychodząc.
Zadowoleni odjechaliśmy żukiem do MDK-u i po wtaszczeniu sprzętu na górę poszliśmy do Marka na ul. Wschodnią.
– Marek, spróbuj złapać jakąś harmonię, bo ta melodia lata mi w głowie. – Słysząc to, co śpiewasz, to nasuwa mi się klimat bossa novy.
– Bossa nova? – zdziwiłem się.
Po dobrej chwili wydawało mi się, że mamy refren.
– Marek zapisz te akordy, aby nie wyleciały mi z głowy, postaram się wypo- cić jakiś tekst w domu.
Wieczorem miałem świeżo w pamięci melodię, ale udało mi się napisać tylko kilka linijek. Chowając kartkę do szuflady, znalazłem na spodzie moją starą Szkołę na akordeon (Czernego) i zerknąłem akurat na stronę, gdzie były te nudne gamy.
– Hmm, trudne to – mruknąłem pod nosem.
To tak jak ze sportem, jak się nie trenuje, to z kondycji się wyskakuje. Włączy- łem radio i po chwili usłyszałem między szumami, że mówią coś tam o grupie Face, grającej koncert w Londynie i z tego, co się domyślałem, to śpiewał Rod Steward. Podobał mi się ten jego zdarty głos. Po tygodniu dowiedziałem się od Tadka, że siostra Uli chciałaby, abyśmy zagrali w całym składzie Tukanów u niej w szkole na studniówce.
– A kiedy to ma być – spytałem. – 16 stycznia, czyli już niedługo.
59
Moje życiowe zwrotki i refreny
– A wiesz ile przeznaczają na kapelę?
– Mówiła, że do tej pory uzbierali ponad trzy klina.
– No to zadzwonię do chłopaków i sprawdzę, czy są wolni – odpowiedziałem. Po kolacji wpadłem do Igora i poinformowałem go. Igor jak zwykle zare-
agował neutralnie. Po powrocie do chaty zadzwoniłem do trębaczy Andrze- ja i Ryśka, a potem do Marka. Im też pasowało. Bolek był jednak zajęty. Czyli będzie prawie cały skład Tukanów, liczyłem, po ile to wyjdzie nam na głowę. Po południu przyszedł Marek i mówi, że Bujak chce sprzedać claviset. Poje- chaliśmy do niego i obgadaliśmy z nim cenę na 4680 zł, i że spłacimy mu to w czterech ratach. Na następną chałturę Pod Żurawiem Jurkowi udało się zała- twić i gitarę, i wzmacniacz. W klubie było sporo wiary tego wieczoru. Kierow- nik był też zadowolony, bo zaproponował, że może w następnym miesiącu za- gralibyśmy mu dwa dni w tygodniu, w soboty i w niedziele. Aby nie zamykać sobie drzwi na lepiej płatne chałtury, powiedzieliśmy mu dyplomatycznie, że chętnie zagramy, jak tylko będziemy mieli wolne. W sobotę, szesnastego, je- steśmy już zajęci, ale możemy mu zagrać w niedzielę. Kierownikowi to paso- wało. Następnego dnia obudziłem się w południe i nie zwlekając wykręciłem do Uli i poprosiłem, aby przekazała siostrze, że ma zaklepany zespół Tukany. Wieczorem odegrałem z Markiem, z Jurkiem oraz Zbyszkiem następną chałtu- rę w klubie Pod Żurawiem. Coraz lepiej byliśmy zgrani i ludziska nas chwalili. Pochlebne opinie zawsze cieszą. Aby nie taszczyć mojego wzmacniacza, zosta- wiłem go w schowku na zapleczu sceny. Któregoś dnia wpadł do mnie Tadek i zaczął opowiadać, jaki to aparat z tego skrzypka, z którym on gra w GKO.
– Wyobraź sobie, czasami ktoś przyniesie mu na scenę kielicha. Wtedy on wyjmuje swoje sztuczne zęby i mówi: „Tak mało? Tym to nawet zębów sobie nie umyję”.
Roześmialiśmy się aż mi łzy poleciały i Tadek opowiadał dalej.
– Jego żona przychodzi często pod koniec i po zakończeniu wieczorku bierze go pod pachę i prowadzi do domu. Któregoś razu żaliła mi się, że chłop jej zwa- riował. „Panie Tadziku, niech pan sobie wyobrazi. Ja już prawie zasypiałam i słyszę jak woda leci w łazience. Patrzę, a chłopa nie ma w łóżku. Wstałam i idę do łazienki, otwieram drzwi i oczom swoim nie wierzę. On stoi obok wanny, a w niej kołdra, i prysznic otwarty na całego! Co ty wyprawiasz! – krzyknęłam. A on mamrocze coś tam, że ta świeża poszwa na kołdrze tak mu szeleści, że on nie może zasnąć, więc chce ją lekko zwilżyć, aby ucichła! No i widzi pan, panie Tadziku, co ja z nim mam”.
Wybuchnęliśmy teraz jeszcze głośniej śmiechem, że nawet moja siostra uchyliła z ciekawości drzwi. Gdy Tadek wychodził, przypomniałem mu o ju- trzejszym przerzucie instrumentów. W sobotę w południe poszedłem z Mar- kiem na postój taksówek na róg ul. Jaracza i Kilińskiego. Po potargowaniu się z taksiarzem, podjechaliśmy pod Pałac Młodzieży. Mignąłem szybko portiero- wi starą przepustką, aby nie dopatrzył się daty, i wbiegliśmy na górę. Na końcu
60
Tukany
korytarza po lewej siedział u siebie magazynier „Drut” i lutował jakieś kable. Spytałem go, czy da mi też wzmacniacz na bas, bo swój zostawiłem w Żura- wiu. Krzysiek otworzył magazyn i narzekał coś tam, że ten piecyk nagrzewa się szybko i często pali teraz lampy. Na wszelki wypadek dobrze by było, jak bym kupił kilka EL-34 na zapas. Podczas gdy oni znosili sprzęt do ciężarówki, ja wy- skoczyłem do elektrycznego na rogu ul. Piotrkowskiej i Narutowicza i kupiłem osiem lamp. Gdy wróciłem, był już Tadek z Igorem.
– Krzysiek! Przyjdziesz wieczorem na chałturę?
– Postaram się – odparł.
– No to wskakujcie na tył i trzymajcie kolumny na zakrętach.
Zawieźliśmy instrumenty do Technikum Ekonomicznego na ul. Drewnow-
ską 171. Na drzwiach wejściowych wisiał duży plakat z informacją, że dzisiaj gra tutaj popularny łódzki zespół Tukany. Sala gimnastyczna była ogromna, a na krótkiej ścianie pod koszem dość wysoka scena. Cała sala była fajnie ude- korowana. Aby obniżyć sufit, powiesili prześcieradła uformowane jak żagle, pochlapane kolorową farbą pod Picassa. Scenę obili niebieskim papierem kre- powym oraz pozasłaniali nim wszystkie jarzeniówki i połowę okien. Zrobili bardzo przytulną atmosferę i aby podkreślić, co się dzieje na scenie, zawiesi- li po bokach reflektory. W sumie wyglądało to wspaniale!
– Echo jest mniejsze, niż się spodziewałem – zadał Tadek próbując bębny.
– Jak wiara wejdzie, będzie jeszcze lepiej – domyślałem się, rozplątując kabel do mikrofonu.
– Poszukam jakiegoś obrusa i wepchnę go w centralny – powiedział Tadek.
Marek wkręcił nogi do nowo zakupionego clavisetu i umówiliśmy się, że zja- wimy się pół godziny przed chałturą. Wieczorem klasy maturalne odwaliły się w świąteczne ciuchy i teraz zniknęło również to ich szczeniackie zachowanie. Wszyscy raptem stali się bardziej dorośli. W tłoku zobaczyłem, jak Tadek z Ulą i jej siostrą przeciskają się do sceny.
– No proszę! Jakbym spotkał was na ulicy w tych kieckach, tobym was chyba nie poznał – żartowałem.
– Dziękujemy za komplement.
Po chwili zjawił się też Andrzej Zamolski z Ryśkiem Marchewą i po przywi- taniu się, zaczęli dmuchać w ustniki trąbek, aby rozgrzać usta. Igor nastroił się i z uśmiechem stanął obok słuchając.
– A można tu zapalić? – spytałem.
– Tutaj nie, ale za sceną możesz się schować – podpowiedziała Elka. Zaciągając się za sceną, zobaczyłem, że przyszedł „Drut” i siadając obok mnie
powiedział:
– Zabrałem na wszelki wypadek lutownicę ze sobą, grube rękawice i jeszcze
parę lamp. Masz fajkę?
Przypalił i powiedział, że wie, jakie kapele będą grały pod koniec miesią-
ca w klubie Pod Siódemkami. Ma przyjechać Michał Urbaniak z Dudziakówną, 61
Moje życiowe zwrotki i refreny
a na zakończenie będzie grał „Dzidek” Kowalski z Dziwnymi Rzeczami. Krzy- siek był tam nadal elektrykiem i obskakiwał niektóre imprezy jako portier. Od- gasiliśmy fajki w butelce po oranżadzie i wróciliśmy do stolika obok sceny. Po chwili przyszedł wychowawca i spytał, czy jesteśmy gotowi, bo chciałby nas zapowiedzieć. Po zapisaniu naszych nazwisk wszedł na scenę i puknął palca- mi w mikrofon. Najczęściej nieoswojeni dmuchają w mikrofon i wtedy elektry- kom włosy stają.
– Proszę o ciszę! – i bardzo zgrabnie zapowiedział wieczorek, życząc wszyst- kim miłej zabawy, wykrzykując na zakończenie nazwę zespołu.
– Dzisiaj bawimy się do muzyki znanego nam laureata łódzkich festiwali, ze- społu Tukany!
Po kolei wywoływał nasze nazwiska.
– Na perkusji gra Tadeusz Urbański! – największe okrzyki i oklaski były wia- domo z naszego stolika obok.
– Na gitarze Igor Pogorzelski!
– Na organach, ten bardzo elegancki Marek Lewandowski! – nadal oklaski.
– Na trąbkach grają: Andrzej Zamolski i Ryszard Marchewa!
– A na gitarze basowej Andrzej Janczak!
– I jako dodatkowa atrakcja zaśpiewa nam również przecudowna Bogumi-
ła Pawłowska! Oklaski były do przesady ogromne. Zaczęliśmy więc im z grubej rury naszą własną piosenką Zielony gość, aby trębacze mieli co robić, a następ- nie polecieliśmy Ondraszka Trubadurów. Po zagraniu trzeciego utworu Cre- amów zeszliśmy na przerwę. (W tamtych czasach grało się po trzy utwory i przerwa).
– Fajnie wam to dzisiaj brzmi – pochwaliła nas Bogda.
Po przerwie zagraliśmy na pierwsze jeden utwór instrumentalny, a potem Bogda zaśpiewała dwie piosenki. W trzecim bloku poczułem jakąś spaleniznę za sobą. Wąchając zawzięcie nic nie mogłem zauważyć, zaskoczyłem dopiero, gdy „Drut” wskoczył na scenę i krzyknął, że lampy we wzmacniaczu się kopcą! Odkręcił szybko cztery śruby i zdjął obudowę. Teraz czułem wyraźnie spaleni- znę. Drut wyciągnął z teczki grube rękawiczki.
– Wyłącz wzmacniacz i daj mi nowe lampy! – krzyknął. W rękawicach wyciągnął te czerwone i włożył nowe.
– Włącz!
– Dobra, działa – kiwnąłem mu.
Dograłem do końca i zgasiłem szybko wzmacniacz.
– Jak te stare lampy ostygną, to znowu je zamienimy – powiedział, stawia- jąc krzesełko za kolumną. Następny blok Krzysiek siedział tam cały czas i po dwóch utworach zakładając rękawiczki, błyskawicznie zamienił lampy.
Poza tym problemem z moim wzmacniaczem wieczór leciał nam bardzo przyjemnie. Wiara bawiła się grzecznie, bez żadnych nawalanek. Gdzieś tak w połowie grania podszedł chłopak, który grał w szkolnym zespole na perkusji
62
Tukany
i zaczął męczyć Tadka, aby mu dał zagrać jeden utwór. Po dłuższej namowie Tadek zgodził się i zagraliśmy z nim jednego wolniaka, a Tadek skorzystał z okazji i zatańczył z Ulą. Na przerwie, po zjedzeniu pieroga przepitego czerwo- nym barszczem, pojawił się znowu ten miejscowy pałker i kiwnął na mnie i na Tadka, abyśmy wyszli z nim na chwilę. Poszliśmy długim korytarzem do klasy chemicznej i tutaj on wyciągnął z szafki schowane wino. Gdy wychodziliśmy napatoczyła się siostra Uli i domyślając się, powiedziała.
– Szkoda, że się spóźniłam, nie?
Powoli dobiegał koniec chałtury i na ostatniej przerwie podszedł wycho- wawca klasy z przewodniczącym ZMS-u i powiedział.
– Mamy propozycję dla was.
– Podobacie się wszystkim i na ogólne życzenie uczniów chcielibyśmy, aby- ście zagrali nam jeszcze raz jutro na poprawkę. Tylko dwie godziny od 18 do 20, mamy w kasie dodatkowo 1000 zł, co wy na to?
Spojrzeliśmy trochę zdziwieni po sobie i po krótkiej wymianie słów, okaza- ło się, Igor nie może, bo ma w poniedziałek ważny egzamin i musi ćwiczyć. An- drzej i Rysiek też nie mogą. Wyszło na to, że zagramy im w zmniejszonym skła- dzie, biorąc na zastępstwo „Klepę”, który zawsze był dostępny.
– No to, fajnie – ucieszył się wychowawca i dodał, że on osobiście zamknie salę gimnastyczną na klucz, tak że instrumenty mogą zostać na scenie.
Zagraliśmy ostatnią trójkę i po wymuszeniu extra utworu wyłączyliśmy apa- raturę. Po graniu poszedłem po szmalec i po wspólnym uzgodnieniu daliśmy „Drutowi” stówę za pomoc.
– Lepiej jakbyś na jutro przytaszczył swój wzmacniacz – doradził mi „Drut”, chowając szmal do kieszeni.
– Mój na tę salę jest za słaby.
– No to pożycz inny.
– Taa, ale od kogo? – spytałem
– Jutro jest niedziela i rzadko kto gra, to szanse są duże, a poza tym to słysza-
łem, że Maciek Czaj zbudował 100-watową końcówkę.
– Dobra, jutro do niego zadzwonię.
Maćka znałem z przeglądów. Grał na bębnach w Incognito z Bogdanem Trze-
pałkowskim. W niedzielę znalazłem w książce telefonicznej numer do niego i zadzwoniłem, aby sprawdzić, czy jest w domu. Gdy odebrał, powiedziałem, o co mi chodzi.
– Tak, ale ten wzmacniacz jest u Bogdana – odparł.
– No to może spotkamy się u niego – zaproponowałem.
– Dobra, on mieszka też na ul. Obrońców (dzisiaj ul. Legionów) po lewej stro-
nie, zaraz za Gdańską, czekaj tam na mnie na rogu, będę za pół godziny. Zarzuciłem więc katanę na plecy i wsiadłem w tramwaj na al. Kościuszki. Wy- skoczyłem przy ul. Gdańskiej i z daleka zobaczyłem długą jasnowłosą czupry-
nę Maćka.
63
– Sie masz – powiedziałem, podając mu rękę.
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Cześć, a gdzie masz dzisiaj w niedzielę chałturę, że takie pilne – zaciekawił się Maciek.
– A gramy taką krótką poprawkę po studniówce w Energetyku, ale nie w całym składzie, bo kilku nie może.
– Może pałkera potrzebujecie, bo jestem wolny.
– Tym razem nie, ale dobrze wiedzieć.
Weszliśmy na pierwsze piętro i drzwi otworzył nam Bogdan.
W mieszkaniu było dość ciemno, bo w oknach wisiały zasłony.
– O tak to wygląda – powiedział Bogdan stawiając wzmacniacz na stole.
– Ma to, kolego, 100 W i zrobiony jest pod Selmera – opowiadał Maciek. – Tro-
chę się grzeje, ale mam zamiar wsadzić do środka mały wentylator.
– No to, za ile mi go pożyczysz – spytałem.
– Nooo, powiedzmy, że dasz mi cztery dychy.
– Dobra, to biorę go – i obiecując, że oddam go w poniedziałek i dałem Mać-
kowi szmalec z góry.
– A tym przełącznikiem z prawej strony możesz włączyć i wyłączyć specjalnie
wbudowany „klang” na podbicie wysokich tonów – dodał, gdy wychodziłem. Wieczorem zdjąłem ten MDK-owski wzmacniacz obudowany szarą blachą i z za- dowoleniem postawiłem na kolumnie podróbkę Selmera. Podłączyłem kabel do głośnika i włączyłem. Po podkręceniu mocy zagadały mi te dwa 15-calowe głośni- ki Tesla jak nigdy dotąd. Sprawdziłem, jak działa ten „klang” i wywnioskowałem, że dobrze podbija wysokie, przez co dźwięk był czytelniejszy. „Klepa” przytaszczył
pożyczony wzmacniacz od Grala i nawet nieźle mu ta gitara dzisiaj zabrzmiała.
– Co, Bogda nie przyjdzie? – spytałem, widząc, że Marek wszedł sam.
– Musiała dzisiaj pojechać do mamy – powiedział, mrugając do mnie okiem. Zerknąłem na niego marszcząc brwi, ale zaraz zjawił się Tadek z Ulą i jej
siostrą.
– To co, zaczynamy? – spytałem, zerkając na zegarek.
– Mało ludzi, może poczekamy trochę – oponował „Klepa”.
– Zagrajcie, to ci, którzy palą na zewnątrz, wejdą do środka – zaproponowa-
ła Elka.
Teraz w mniejszym składzie i z Jurkiem polecieliśmy nasz klubowy repertuar
zaczynając Mayalem i Hendrixem. Te dwie godziny zleciały nam nie wiado- mo kiedy i po skasowaniu szmalu spakowaliśmy sprzęt i znieśliśmy na dół do schowka u woźnego.
– Jutro zabierzemy graty, gdzieś tak o 12 – powiedziałem do chłopaków.
W poniedziałek „Klepa” spóźnił się trochę. Po wtaszczeniu sprzętu do Pałacu Młodzieży wsiadłem do tramwaju, aby odwieźć Maćkowi wzmacniacz. Wysia- dłem przy ul. Cmentarnej. Idąc po schodach na ostatnie piętro, poczułem teraz, jaki ten wzmacniacz jest ciężki. Z ulgą postawiłem go przed drzwiami i przyci- snąłem dzwonek.
64
Tukany
Drzwi otworzyła mama Maćka.
– Dzień dobry, czy zastałem Maćka?
– Maciek! Kolega przyszedł – powiedziała podniesionym głosem.
– No wchodź – usłyszałem, gdy następne drzwi się uchyliły.
Idąc korytarzem, minąłem kuchnię i stołowy. Maciek usiadł w ostatnim
pokoju na kanapie i zaczął ćwiczyć pałkami na małej poduszce leżącej przed nim na krześle.
– Twój wzmacniacz sprawował się dobrze – pochwaliłem.
– Jak Bogdan go nie kupi kolego, to będzie do sprzedania – powiedział przy- glądając mi się spod opuszczonych na nos okularów.
Maciek pokazał mi również magnetofon, w który wmontował przy głowicy dodatkowe podświetlenie pod taśmą.
– Tego typu udoskonalenia wykonuje się tylko na ul. Obrońców – żartował. Po chwili zadzwonił dzwonek do drzwi i do pokoju weszła jakaś dziewczyna. – To jest Ewa – przedstawił ją Maciek.
– Cześć, Andrzej – przedstawiłem się.
– A dużo macie chałtur – zaciekawił się Maciek, nadal stukając triole
w poduszkę.
– Tak średnio, ale zdarza się, że mamy nawet po dwie tygodniowo – odparłem. – A z którym perkusistą gracie?
– To zależy, czasami jest Tadek Urbański, ale najczęściej gramy ze Zbyszkiem
Szczepańskim.
– Aha z „Plamką”, słyszałem, że on jest dobry, ale jak byście potrzebowali pał-
kera, to ja jestem teraz wolny.
– Dobra, będę pamiętał – dodałem wstając. – Dziękuję za wzmacniacz i daj mi
cynę jak będzie do sprzedania, dobra?
– Nie ma sprawy.
Pozytywne wrażenie zrobił na mnie ten Maciek, zdolny chłopak, rozmy-
ślałem, idąc na przystanek. Może z następnych chałtur wystarczyłoby na jego wzmacniacz. Dni minęły bez żadnej sensacji. Byłem trochę zdziwiony, gdy w czwartek wpadł do mnie zmoknięty Witek. Po krótkiej gadce dowie- działem się, że złożył papiery do wyższej szkoły muzycznej, aby mieć pre- tekst, bo nadal szarpią go do wojska. Posiedział chwilę i mama poczęsto- wała nas herbatą. Gdy się zbierał do wyjścia, zapraszał mnie, abym wpadł do niego na ul. Jaracza. Obiecałem, że może wpadnę jutro po południu. Wy- glądając przez okno, nie miałem w ogóle ochoty łazić w taką deszczową pogodę i resztę dnia przesiedziałem w domu. Na obiad mama zrobiła kluski na parze z kapustą. Oj, jak smakowały. Wieczorem , gdy przeglądałem zbiór wierszy J. Tuwima i nieznanego mi Gustava Adolfa Beqera, spodobały mi się ich dwa wiersze. Szczególnie wiersz tego Gustava Czarne jaskółki. Spisa- łem go na kartkę i następnego dnia pobiegłem do Witka. Na szczęście rodzi- ców nie było w domu, tylko jego młodszy brat Zbyszek bawił się z kolegami
65
– A nie za bardzo zagmatwana harmonia – spytał.
Moje życiowe zwrotki i refreny
w sypialni. Zagoniłem Witka do piana i po półgodzinnym śpiewaniu i szuka- niu harmonii skomponowaliśmy melodię do tego wiersza. Witkowi spodo- bała się ta piosenka, była jakaś inna od poprzednich. Ma dobrego czuja ten Witek, pomyślałem.
– Nie, mnie się bardzo podoba. Mamy coś nowego na następny przegląd – cie- szyłem się.
Witek wiedząc, że ojciec nie pozwala mu na poboczne muzykowanie z zespo- łem, zasmucił się trochę, ale obiecał, że wpadnie do Pałacu Młodzieży i wspól- nie z zespołem zaaranżujemy tę piosenkę. Gdy przyszedł tata Witka, pożegna- łem się szybko i wracając ul. Wschodnią do domu, nuciłem ją sobie przez całą drogę. Nie szło się od niej odczepić. Miała w sobie coś tajemniczego. Wchodząc do klatki, spotkałem na schodach Janka Płytę z Cykad.
– Cześć, właśnie cię szukam – powiedział podając mi rękę.
– A co?
– Chciałbym pożyczyć od ciebie kolumnę basową, bo moja mi się wczoraj
rozkraczyła.
– No to chodź, a gdzie gracie?
– A to jest taki wieczorek dla studentów na ul. Narutowicza w ich lokalu. Weszliśmy do chaty i wyciągnąłem spod stołu kolumnę.
– Janek, ale za to pożyczysz mi kiedyś twoją basówkę Musimę, dobra?
– Oczywiście.
– O, dużo wygodniejsza w noszeniu niż to moje bydlę. Jedną ręką można to
nosić – ucieszył się.
– No to do jutra.
– Naprawdę strasznie ci dziękuję. Uratowałeś mnie.
– No to cześć – powiedziałem zamykając drzwi.
– Syneczku dzwonił też jakiś kolega do ciebie, ale nie pamiętam dokładnie
jego nazwiska. Miał takie dziwne, „grób” czy jakoś tak – domyślała się mama na głos.
– Nie mamo, to na pewno był Czesiek Mogiliński, którego przezywamy krótko „Mogiła”.
– O tak, tak się nazywał, Mogiliński.
– A nie mówił ci, czego chce?
– Nie powiedział, ale ma zadzwonić później.
Przez następne dni dostałem takiego polotu, że pisałem prawie codzien-
nie. Szpulki szły do roboty na szóstą, a ja pisałem. Doba odwróciła się i znowu spałem w dzień, nawet do drugiej po południu. W końcu tygodnia zagrałem chałtury w klubie Pod Żurawiem, a czternastego w technikum obok klubu trzy godziny za koła. Ten Marka claviset nie dawał jednak takiego czadu jak organy, ale na razie lepsze to niż pożyczanie. Gdy karnawał minął i uspokoiło się z chałturami, mieliśmy zamiar zacząć próby z Tukanami, bo w kwietniu
66
Tukany
był następny przegląd na V Festiwal Muzyki Rytmicznej. Odłożyłem więc pisa- nie na bok i starałem się zgonić chłopaków. Było ciężko. Dęciaki, Igor i Witek, chodzili do szkoły muzycznej i nie mieli teraz czasu. Bolek zaszył się na dobre w operetce, czyli wychodzi na to, że nici z tego wyjdą. Będąc w klubie Pod Siódemkami, dowiedziałem się, że w tym roku również Dziwne Rzeczy nie biorą udziału w festiwalu. Starzejemy się czy co? Nadeszły eliminacje. My, jako dwukrotni laureaci, moglibyśmy od razu zagrać w finałach. Teraz mogę tylko posłuchać, jak inni grają. 29.03.71 po południu poszedłem z Tadkiem do klubu Lutnia. Również w tym roku było bardzo dużo zespołów. Zmiany in- strumentów na scenie trwały długo. Większość szarpała się na scenie i z góry było wiadomo, że nie przejdą dalej. Na dodatek aparatura wokalna szwanko- wała i jury postanowiło kontynuować przesłuchanie jutro. Następnego dnia też poszliśmy. Tym razem poszło wszystko zgrabnie i przesłuchanie zakoń- czyło się szybko. Wychodząc, spotkałem znowu Janka Płytę. Pochwalił się, że wyjeżdża do Jugosławii na kontrakt. Życząc mu pomyślności i dużo forsy, roz- staliśmy się. Szczęściarz, jedzie za granicę, rozmyślałem. W niedzielę w po- łudnie byłem w filharmonii na imprezie Mikrofon dla wszystkich, którą pro- wadził redaktor z łódzkiego radia Andrzej Królikowski. W radiu miał audycję Melodia, rytm i piosenka. Wieczorem poszedłem do klubu Lodex i tam pozna- łem Janusza Kławsucia, który bardzo fajnie śpiewał i grał na organach i flecie. Na przerwie podszedłem i powiedziałem:
– Cześć, jestem Andrzej z Tukanów.
– Sie masz, pamiętam cię z przeglądów w filharmonii.
Spytałem Janusza wprost, czy miałby możliwość wskoczyć do nas na zastęp-
stwo, gdy będzie potrzeba? Kławsuć zgodził się. Dał mi telefon i dodał:
– Tylko jak rodzice odbiorą, to nie mów, o co chodzi.
– Dobra, nie ma sprawy.
Następnego dnia późnym wieczorem spotkałem na podwórku Bolka. Bolek
zaproponował, abyśmy wpadli do Spatifu, tam spotyka swoich znajomych z operetki.
– W Spatifie jeszcze nie byłem, dlaczego nie.
Poszliśmy raźnym krokiem na al. Kościuszki.
– Tutaj główną postacią jest „Mama”, czyli szefowa Janina Godzińska, powie-
dział Bolek.
Stanęliśmy przy barze i Bolek rozejrzał się dookoła. Po chwili stwierdził, że
dzisiaj nie ma żadnego znajomego.
– Chodź, zajrzymy może do SIM-u, czyli do mordowni na pl. Wolności – za-
proponował po chwili.
– No to walimy tam.
W SIM-ie dym stał jak siekiera i towarzystwo było bardzo wesołe. Obeszli-
śmy lokal, obcinając, czy są jacyś znajomi.
– Za bardzo nie ma gdzie usiąść – bąknął Bolek.
67
Moje życiowe zwrotki i refreny
Postaliśmy jeszcze przez chwilę przy szatni i nie mając ochoty tłoczyć się z obcymi wyszliśmy.
– Hmm dzisiaj znajomki siedzą w domu – powiedział Bolek, gdy dochodzili- śmy do naszej bramy.
– O! Cześć wam! – napatoczył się raptem Marek.
– No, to ja spadam – bąknął Bolek i poszedł.
– A może zagramy jedną partyjkę w szachy – zaproponowałem.
– Dobra, wejdę na chwilę.
Po tym spacerze zgłodniałem. Przeleciałem po półkach w kredensie i widząc
jajka, smalec i masło, wpadło mi do głowy.
– Usmażę cebulę z jajkiem, co?
– Tak, bo też jestem głodny jak wilk.
– Rozstaw w międzyczasie szachy.
Obrałem dwie duże cebule i zacząłem smażyć pod przykrywką. Dodałem
szczyptę soli i kminku do smaku, gdy na to wszedł mój ojczym, Jurek. Zacie- kawiony, co robimy, usiadł po drugiej stronie stołu i zaproponował Markowi szybką partię.
– Hmm, ja tu się z tobą bawię, a ty mi tu poważnie – bąknął, widząc, że przegrywa.
Gdy cebula zmiękła, wbiłem dwa jajka i szybko wymieszałem. Dokroiłem po kromce chleba i wsunęliśmy z Markiem, aż nam uszy się trzęsły.
– Dobre było z tym kminkiem – odparł Marek ocierając usta.
– No, to ja zaparzę po herbatce i zagramy jeszcze jedną – zaproponował Jurek. Pamiętacie? Herbatka smakuje lepiej od herbaty...
Mimo wysiłków ojczyma Marek wygrywał. Potem dołożył mi dwa razy pod
rząd i ani się spostrzegliśmy dochodziła druga w nocy.
– No, to ja naprawdę muszę już lecieć – powiedział Marek, podnosząc się. Zamknąłem za nim drzwi i po umyciu zębów i twarzy dałem w kimę.
Tym razem poszedłem posłuchać sam. Kupiłem program festiwalu za 5 zł i za- uważyłem zmianę nazwy festiwalu, a w nim zdjęcie Tukanów oraz recenzję prezesa Andrzeja Jóźwiaka (Rodana) z zeszłorocznego festiwalu.
Kwiecień 1971, V Festiwal Muzyki Estradowej 1971 finały
Przeglądam dalej program i czytam, że w jury w tym roku siedzą:
Przewodniczący – Andrzej Jóźwiak (Rodan) oraz Danuta Debichowa, Ewa Karpinowicz, Henryk Szwaba, Adam Kaliszewski, Eugeniusz Ponczek oraz Henryk Stefaniak. Dalej Andrzej Jóźwiak (Rodan) przypomniał, jak te festiwa- le się zaczynały.
Wieczorem po festiwalu poprawiłem tekst pt. Dopiero potem i pomyślałem, że ta piosenka pasowałaby na zbliżającą się Giełdę Piosenki Pod Siódemka- mi. Następnego dnia spotkałem na podwórku Bolka. Narzekał, że dostał we- zwanie do wojska i we wrześniu musi zjawić się w koszarach, gdzieś tam pod
68
Tukany
Program festiwalu
69
Program festiwalu
Moje życiowe zwrotki i refreny
70
Tukany
Szczecinem. Oho, pomyślałem sobie, całe szczęście, że dali mi tę kategorię „E”. Gdy wróciłem do domu, mama po- wiedziała, że Maciek Czaj mnie szukał.
O, to może wzmacniacz jest do sprze- dania i po zjedzeniu kanapki z herbatą poszedłem do niego.
– Cześć! – powiedziałem, gdy otwo- rzył drzwi.
– Nie wchodź dalej, bo pójdzie- my zaraz do sklepu z materiałami i pokażę ci, z jakiego byłoby fajnie uszyć spodnie.
– No, to walimy – odparłem trochę zdziwiony.
Obok na ul. Obrońców (ul. Legionów) weszliśmy do sklepu.
Maciek pokazał mi brązowy materiał z lekko świecącą srebrną nitką.
– Fajny, nie?
– Taa, a ile kosztuje?
– 12 zł za metr.
– Dobra, muszę się spytać mamy, ile potrzeba i kupimy.
– Spytaj też, czy nam uszyje. Mają być ciasne u góry i szerokie na dole.
Po tygodniu, na przymiarce wciskaliśmy się w spodnie u mnie w kuchni.
Maciek ledwo się w nie wbił. Ja byłem zadowolony z moich, tylko kieszenie były do obszycia. Maciek poprosił, aby na dole poszerzyć jeszcze o 2 cm. W sobotę spotkaliśmy się na Biglu i ja z Maćkiem mieliśmy na sobie nowe spodnie. Różniły
71
Dziwne Rzeczy, od lewej: Kazimierz „Dzidek” Kowalski, Jacek Wiśniewski, Karol Izdebski, Donat Maludziński
Moje życiowe zwrotki i refreny
się od innych i koledzy obcinali nas. To był szpan! Drugiego maja nie mając nic do roboty zabrałem tekst Dopie- ro potem i poszedłem do Marka. Przesiedzie-
my na zbliżającej się VI Łódzkiej Giełdzie Piosenki i Piosenkarzy, była gotowa. Podczas następnego spotkania z Maćkiem, spytałem go, czy on też bierze udział w tej giełdzie?
– Nie stary, zachowaj to na razie dla siebie, ale powiem ci tyle, że będąc na fe- stiwalu w Opolu dostałem propozycję, aby akompaniować Alibabkom. Rodzice dołożyli mi i wykupiłem bębny zamówione u Szpaderskiego.
– O! Bomba, gratuluję ci!
Dla uzupełnienia dodam, że Maciek pojechał do Warszawy, a Leopold Zbierz-
liśmy przy
chyba z godzinę. Marek znalazł fajną harmonię w zwrotkach i doszli- fowaliśmy ten utwór. Na to zwalił się „Klepa” i wtrącił swoje trzy grosze. Piosenka Dopie- ro potem, którą zagra-
pianinie
Moja mama Cecylia
chowski zaproponował mi zastępstwo w GKO, bo dorwał lepiej płatne wesele. – Czemu nie – odpowiedziałem, gdy mnie spytał, zwłaszcza że on zostawi swoją basówkę i wzmacniacz. Wesele będzie grał na kontrabasie. W sobotę wieczorem, po umyciu czupryny, którą wysuszyłem ponownie przy otwar- tym piekarniku gazowym, wbiłem się w białą koszulę i ruszyłem do GKO. Przy stoliku obok sceny siedział już pianista Wiesław Brodziński, skrzy- pek Gienek Różycki i saksofonista Marian Ptaszyński. Byli to mili starsi panowie. Po chwili doszedł Tadek. Za- częliśmy grać jakieś standardy i pod- patrując trochę pianistę, leciałem na ucho. Po trzech utworach przerwa. Od
72
ARCHIWUM AUTORA ARCHIWUM J. WIŚNIEWSKIEGO
Tukany
pana Mariana dowiedziałem się, że przed nim na saxie grał Janusz Stanikowski, który wyjechał na kontrakt do Szwecji. Dodał też, że pianista, pan Wiesiu, pod- grywał przedtem w Warszawie w orkiestrze Mieczysława Fogga. No proszę, gram z takimi sławnymi muzykami. Tadek zaśpiewał kilka piosenek i ten swin- gowy wieczór szybko zleciał. Dobrze mi ta chałtura zrobiła, bo tego typu stan- dardy i swingowania rzadko się grało z tak doświadczonymi muzykami.
Finały w klubie studentów na Pietrynie Pod Siódemkami. Występujemy pod nazwą Tukany z własną kompozycją Dopiero potem w składzie: Marek Lewan- dowski, Tadek Urbański, Jurek „Klepa” Klepczyński i ja. Jako drugi utwór zagra- liśmy też naszą kompozycję do wiersza Różewicza Obraz w słońcu.
30.05.71 VI Łódzka Giełda Piosenek i Piosenkarzy
Dobrze nam poszło, bo dostaliśmy się do finałów. Tam poznałem gitarzy- stę Janka Szamburskiego. Grał ze swoim zespołem Jan Band. Miał fajny utwór Brzydal i chyba Święta, które śpiewała Elżbieta Zalewska. Na basie grał „Bel- zebub”, czyli Jan Kurzawa, a na bębnach Marek Łuczak, ksywa „Rekin”. Po- dobali mi się. Występowały też Dziwne Rzeczy z Donatem, Michał Potępa z Kanon Rytm oraz Wojtek Gogolewski. W programie wyczytałem, że w ze- szłym roku brał też udział m.in. Bogusław Mec, Jerzy Tworkiewicz oraz Zby- szek Nowak z Vox Remedium, który śpiewał własną piosenkę Brzozy i sosny do tekstu Magdaleny Mikulin. Pamiętam, że Zbyszek miał fajne organy. Mając podobny skład, przypominali brzmieniem grupę ABC, gdzie na bębnach grał łodzianin Andrzej Nebeski. Vox Re-
medium otrzymało wyróżnienie za
wykonanie. My też byliśmy zadowo-
leni z naszego premierowego wy-
stępu na tej giełdzie. W takiej ostrej
obstawie zrobiliśmy sobie reklamę
i poznaliśmy kilku nowych muzyków.
Na początku miesiąca dostałem list,
a w nim zaświadczenie ze Stowarzy-
szenia Muzyki Estradowej. Miło mi!
W połowie miesiąca Maciek wrócił z Warszawy i przywiózł wiadomo- ści, że spotkał muzyka, który wrócił właśnie z Finlandii i słyszał łódzki zespół Spiders (Gajewski, Gołębiow- ski i Mańkowski).
– Stary, oni grają jak płyta – zadał Maciek i dodał, że mają Hammonda z leslie oraz fajną aparaturę wokalną Binsona.
73
Moje życiowe zwrotki i refreny
Korzystając z okazji, zgadałem się z nim, co do jego wzmacniacza, bo czas leci.
– Całego szmalu nie mam, ale tu masz zadatek, a resztę w trzech-czte- rech ratach mogę spłacić, pasuje?
– Dobra, idź do Bogdana i bierz go, a następnym razem wbuduję ci ten wiatrak.
Występowaliśmy jako dziewiąty zespół. Strona z programu
Zadzwoniłem do Bogdana i umówiliśmy się na następny dzień.
– Siadaj, już go podłączam, bo pewnie chcesz usłyszeć, czy nadal działa. W domu mam tylko kolumnę z jedną dwunastką, więc będzie po cichu.
Po chwili kolumna zagrała.
– Bogdan, daj mi wiosło na chwilę.
– Tylko ostrożnie, abyś nie rozwalił mi głośnika.
Pokręciłem wszystkimi potencjometrami i nie trzeszczały.
– Dobra, działa! Tak jak wiesz, rozmawiałem z Maćkiem, że go kupuję.
– Ty Andrzej, mam jeszcze taką sprawę, posłuchaj. Mam ponownie kon-
trakt na chałturę na całe lato już od 19 czerwca do końca sierpnia, ale nie mam ludzi! Chałtura jest w Garnizonowym Klubie Oficerskim w Dziwnowie nad morzem. Wszyscy są zajęci! Pomóż mi znaleźć kogoś i to szybko, bo szkoda, aby przepadła – i dodał: – W zeszłym roku grałem tam z Maćkiem, ale jak wiesz on teraz jest już artystą. W tym roku oni mają życzenie, aby była so-
Zaświadczenie z SME
liwy – odpowiedziałem. – Marek Le- wandowski z Bogdą, Tadek Urbański,
74
listka i saksofon.
– Hmm, jest tylko jeden skład moż-
ARCHIWUM AUTORA
Tukany
o ile się zgodzą, no i ja. Wszyscy śpiewamy i mamy repertuar. Ale znaleźć wol- nego saksofonistę będzie trudno.
– No, ale na dwa basy nie będziemy przecież cięli – bąknął Bogdan i dodał szybko. – Już wiem, jak ich załatwisz, to ja pożyczę wiosło i z boku będę cykał na gitarze. Dobra, pogadaj z nimi i daj mi szybko znać.
Marek i Bogda zgodzili się od razu. Tadek też, bo ma urlop w GKO. No i teraz wypytujemy ludzi o wolnego saksofonistę. Przez znajomych znalazłem na ul. Próchnika Bronka Jedlińskiego, który podobno gra na saxsie. Był starszy od nas i miał tylko stary klarnet, ale nie miał saksofonu. Poprosiłem znajomą mi przez Janka Komana kierowniczkę z klubu Włókniarz, aby nam wypożyczyła sax i ja za niego będę odpowiadał. Zgodziła się.
Uff! Odetchnąłem, bo jutro jest wyjazd.
Na Biglu wpadłem na Maćka. Jest już po przesłuchaniach w Warszawie i za- czyna za kilka dni próby z Alibabkami.
– Próbowałeś wzmacniacz – spytał.
– Tak, działa.
– A nie miałbyś trochę szmalu, bo jestem goły. W Warszawie sam się stołuję,
no i wynajęcie pokoju też kosztuje.
– Mam dwie stówy, pasuje?
– Oczywiście. Wpadnij do mnie wieczorem to wstawię ci szybko ten wiatrak. – Dobra, zjawię się.
Wieczorem Maciek sprawną ręką odkręcił śruby i przyciął trochę skrzydeł-
ka małego wentylatora.
– O, tu mu będzie najlepiej, bo będzie dmuchał prosto w lampy.
Po chwili wzmacniacz był gotowy.
– A kto oprócz ciebie gra w zespole z Alibabkami – zaciekawiłem się.
– Oni kolego, dopiero składają tę kapelę i nie ma jeszcze całego składu. Prze-
słuchują nadal muzyków i jeden basista z Łodzie im nie odpowiadał, więc za- proponowałem Witka Piwońskiego. Może go zaakceptują.
– Zatrzymaj to dla siebie, ale mamy zamiar wyjechać w trasę do Rosji (ZSRR).
Na ul. Nowomiejskiej, tuż za pl. Wolności, był warsztat grawerski. Zaniosłem tam prospekt Selmera i poprosiłem, aby mi zrobili kopię z oryginalnego logo z mosiądzu. O dziwo zrobili mi na poczekaniu. Przyczepiłem go z przodu i teraz był większy szpan. Sporo załatwiłem tego dnia! Następnego ranka wpakowali- śmy się ze sprzętem w pociąg i dawaj nad morze.
Na drzwiach do klubu wisiał mały plakat, że do tańca gra zespół Incognito.
– O! Jak widzę Boguś to trzymasz nadal tę nazwę?
– Tak jak mówiłem, grałem tu w zeszłym roku w trio z Maćkiem Czajem i Wie-
siem Płachtą.
Zakwaterowanie mieliśmy na piętrze, nad klubem. Dwa pokoje. Marek
z Bogdą w jednym, a my w drugim.
75
– O, dobry pomysł, spytam go.
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Ciasno, bo ciasno, ale przecież jest lato i w chacie nie będzie się siedziało – zadał Bogdan.
Scena była nawet duża i granie było przyjemne. Często była ta sama wiara i szybko się z nimi skumaliśmy. Jedna pani, Urszula Kotecka ze Szczecina, dosta- ła ksywę „Węgierka”, bo dawała nam często dobre boki, z których po graniu były golonki. Czas leciał szybko. W ciągu dnia było leniuchowanie na plaży, a wie- czorem płatne hobby. Oczywiście nie zawsze była plażowa pogoda, wtedy grali- śmy w karty. W jakimś tygodniku przeczytałem, że Czesław Niemen z Enigma- tic był na koncercie Ruisrock w Turku w Finlandii. Chciało mu się tam jechać tylko na jeden koncert? Dziwiłem się. Ostatniego wieczoru pani Urszula Ko- tecka, nasz stały gość, spytała, czy mielibyśmy możliwość przyjechać we wrze- śniu do „jej” klubu Trygław w Szczecinie? Byłby to koncerty non stop, czyli taki mecz bigbeatowy pomiędzy zespołem Tukany a Wojciech Skowroński Trio. Za- skoczeni tym zaproszeniem, zgodziliśmy się w ciemno. Po powrocie z Dziwno- wa Marek zaproponował, abyśmy wzięli Sławka Kławsucia na flet.
Sławkowi pasowało i pojechał z nami. W Szczecinie zgraliśmy pierwsze dwa bloki, a następnie wszedł Skowroński Trio. Grali zawodowo, a jego organy Hammonda brzmiały niebiańsko! Nam podobało się bardzo, jak Kławsuć grał na flecie z przedmuchem, czyli dmuchając w flet podśpiewywał jednocześnie, i brzmiało to wyśmienicie! Następnego dnia wieczorem zagraliśmy drugą część meczu beatowego. Spakowaliśmy graty i zamknęliśmy je na zapleczu, a pani Urszula po wypłaceniu gaży zaprosiła nas do restauracji na kolację. Zabrała cały worek pieniędzy. Były to same monety z wejścia. Przy płaceniu rachun- ku liczenie ich długo trwało. W drodze powrotnej do hotelu zobaczyłem, jak dwie prostytutki stoją w bramie i łapią okazję z zaparkowanej taksówki. Nie powstrzymałem się i mijając je powiedziałem głośno.
– Ależ one wyglądają. Diabeł by się przestraszył.
Jedna z prostytutek odwróciła się i wrzasnęła.
– Ooo! Ależ diabeł idzie!
Marek i reszta wiary wybuchnęła śmiechem i przez całą drogę do hotelu do-
kuczali mi, przezywając mnie od „Diabła”. Również w pociągu w drodze po- wrotnej nie dawali mi spokoju i od tej pory dostałem ksywę „Diabeł”. Pod koniec miesiąca zagraliśmy następne, dobrze płatne chałtury w hali sporto- wej na Widzewie, które zorganizował Włodzimierz J. za 4000 zł. Organizator nie miał jednak szczęścia, bo w tym samym dniu był mecz piłkarski Polska – Anglia i ludzi było bardzo mało. Organizator poszedł finansowo do tyłu i przy pomocy Związków Muzyków musieliśmy ściągać honorarium przez komorni- ka. W jednym zespole łódzkim nawalił basista i ja zagrałem zastępstwo. Dla odmiany miło było zagrać z innymi muzykami. Gitarzysta Anioł grał bardzo cwanie na gitarze, a ich repertuar był cięższy od naszego. Wiara potem żartowa- ła, że Anioły grały z Diabłem i powinni się nazwać Hell & Angels albo, jak inni to
76
Tukany
wykombinowali, Diabelskie Granie. Któregoś dnia, gdy wróciłem z próby, mama powiedziała mi, że Janusz Koman o mnie pytał, i że zadzwoni później. Z rozmo- wy wieczorem dowiedziałem się, że ma załatwioną salę na próby w Domu Kul- tury Lodex i szuka basisty.
– Gram chałtury od czasu do czasu, ale mogę kilka godzin w tygodniu poświę- cić – odpowiedziałem.
Umówiliśmy się i przeszedłem się do niego do Lodexu. Koman podobał mi się, bo grał bardzo fajnie na pianie. Podczas tej próby powstał szkic melodii, do której potem napisałem tekst Co nam dało zbójowanie. Janusz powiedział, że ma kilka swoich utworów do zarejestrowania w ZAIKS-ie, jeden z tekstem Pa- tuszyńskiego, a drugi Ziemi puls do tekstu Walczaka.
– ZAIKS, a co to? – absolutnie nie miałem pojęcia, o czym mówi.
Janusz wyjaśnił mi, że gdy utwory są zarejestrowane i będą kiedyś nagrane czy puszczane w radiu, to w przyszłości uzbiera się kilka groszy, czyli tantiemy. Nadal nie rozumiałem, o co mu chodzi, bo zrozumiałem „tam tniemy”?! Zdąży- liśmy mieć tylko dwie-trzy próby, gdy Janusz powiedział, że dostał wezwanie do wojska.
– Stary, niestety nic z tego nie będzie – ja jadę w tajemniczą trasę.
Taka krótka była ta nasza współpraca. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że on prawdopodobnie wyjechał na tournée do... Rosji (ZSRR). Podgrywają z Maćkiem i Witkiem Piwońskim Alibabkom. Każdy sposób, aby wymigać się od wojska jest dobry, o ile działa. W międzyczasie ja grałem zastępstwo za Ja- nusza Płytę (ex Cykady) dla studentów na ul. Narutowicza. W składzie jest m.in. pianista Andrzej Żylis. Był to wspaniały wieczór! Takiego improwizowanego jazzu przedtem nie grałem.
Bumerang
hyba fama się rozniosła wśród muzyków, że jestem dostępny i gram C w kilku składach, bo w poniedziałek zadzwonił nieoczekiwanie Maciek Janaszkiewicz z zespołu Bumerang, pamiętam go z zespołu Piotrusie. Spytał, czy byłbym zainteresowany dojść do nich na zbliżającą się trasę z Estradą Łódzką, zaczynają jutro próby w Klubie Handlowca obok kina na ul. Nawrot. Po krótkiej chwili zastanawiania obiecałem, że wpadnę, to pogadamy. Praca z Estra- dą Łódzką, dobry zarobek, myślałem sobie. Przypominam sobie, że zespół Bume- rang powstał w Łodzi na początku 1969 roku, po zmianach w zespole Piotrusie, który powstał w 1967 roku. Byli naszymi konkurentami na Festiwalach Muzyki Rytmicznej. Wtedy w skład wchodzili: Tomasz Jędrych – gitara, Maciej Janasz- kiewicz – organy, pianino, Andrzej Rutkowski – gitara basowa, śpiew, Krzysztof Pikała – perkusja i Andrzej Rybiński – gitara, wokal. Wiem, że pod koniec 1968 roku współpracowali z Katarzyną Gaertner, a na początku 1969 roku przekształ- cili się w Bumerang. Współpracowali również z Waldemarem Koconiem i Jolan- tą Borusiewicz. Chyba wiosną 1969 roku A. Rybińskiego i K. Pikałę wezwali do wojska. O ile dobrze pamiętam, to wystąpili na VII KFPP w Opolu w składzie: T. Jędrych – gitara, M. Janaszkiewicz – organy, pianino, A. Rutkowski – gitara basowa, śpiew, Marian Siejka – saksofon, piano, skrzypce, gitara, Andrzej Delong (ex Śliwki) – perkusja i Mirosław Milejski (wł. nazwisko Mirosław Ponczek) – śpiew. Towarzyszyła im Jolanta Borusiewicz, której piosenka Hej dzień się budzi została wyróżniona nagrodą ZAKR. Na początku 1970 roku Bumerang nagrał piosenkę Janosik, czyli Na szkle malowane. A na VIII KFPP w Opolu występowało z zespołem Vox Remedium kilku innych łódzkich muzyków (T. Jędrych, K. Pikała, A. Rutkowski). Pamiętam, jak śpiewali piosenkę Jadą wozy kolorowe, kompozycję Stefana Rembowskiego, którą wykonała również Maryla Rodowicz i otrzymała nagrodę publiczności. Później jesienią Vox Remedium miało nagrania z Marylą Lerch – wokal, Zbigniewem Nowakiem – fortepian, Jackiem Dutkiewiczem –
gitara i wokal i Krzysztofem Kanarem – bas, wiolonczela i flet.
I tak we wtorek zjawiłem się na próbie u Bumerangów i po przywitaniu się z Maćkiem i Jolantą Borusiewicz, dowiedziałem się, że na bębnach ma grać Wojtek „Płachol” Płaszczyk, a na gitarze Krzysztof Matusiak (ex Post Skriptum). Mają dojść na następną próbę. Według Maćka Bumerang rozsypał im się w ze-
szłym roku. Maciek mówił dalej.
79
– Teraz staramy się odnowić działalność.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Po tej krótkiej informacji umówiliśmy się na następną próbę, już z instru- mentami. Fajną nazwę mają – Bumerang, rozmyślałem wracając do domu. Na następnej próbie był tylko Maciek, ja i „Płachol”, który dostał właśnie od brata Janka ze Szwecji wspaniale brzmiący werbel Rogersa. Zagraliśmy coś tam krótko i Wojtek wstał i powiedział, że musi na chwilę wyjść na miasto, aby za- płacić rachunek za gaz.
– Co teraz? – zdziwił się Maciek
– To tylko chwilka – i wyszedł.
Faktycznie, wrócił po chwili i mówi, że była duża kolejka, więc pójdzie tam
trochę później.
– A zaznaczyłeś faceta kredą, abyś wiedział, za kim stoisz? – zażartowałem. Wojtek zassał mój dowcip i odpowiedział, że nie trzeba, bo ten przed nim jest
garbaty.
– Ale z was zgrywusy – śmiał się Maciek.
Gitarzysty nadal nie było i po krótkim brzdąkaniu nic konkretnego się nie
wydarzyło, więc spakowaliśmy manatki. Minęło kilka spokojnych dni i Maciek nie dzwoni. Pewnie nie ma całego składu, domyślałem się.
Vox Remedium
sobotę mama gotowała w kuchni w wielkim garze prześcieradła. W Para i ten zapach mydła dawał mi czadu, więc założyłem marynar-
kę, aby wyjść. Gdy byłem już w drzwiach, mama mnie woła. – Andrzejku, odbierz telefon, bo mam mokre ręce.
Wróciłem do kuchni w butach i podniosłem słuchawkę.
– Słucham?
– Andrzej?
– Tak.
– Cześć Zbyszek Nowak z Vox Remedium mówi.
– Tak słucham – odpowiedziałem zaskoczony.
– Spotkaliśmy się w zeszłym roku tak przelotnie na Giełdzie Piosenki Pod Sió-
demkami, pamiętasz?
– O tak, pamiętam, dostaliście nagrodę za wykonanie.
– Tak, śpiewałem własną piosenkę.
– Miałeś wtedy fajne organy Phanter.
– Mam je nadal. Słuchaj, montuję mniejszy skład zespołu w celu wyjazdu za
granicę, jesteś zainteresowany?
Zatkało mnie i milczałem przez dobrą chwilę.
– Halo, jesteś tam?
– Hy, hmm, taak, tak – wykrztusiłem dodając – oczywiście.
– Dobrze, mam jeszcze jedno pytanie.
– Wal.
– Czy mógłbyś zaproponować jakiegoś śpiewającego pałkera?
Pierwszy, kto mi przyszedł na myśl, to oczywiście Tadek.
– No mogę spytać Tadka Urbańskiego – odpowiedziałem.
– Dobra, to zapisz sobie mój telefon i zadzwoń jak najszybciej, gdy się z nim
dogadasz, bo musimy zacząć próby. – Dobra, nie ma sprawy.
– No to do usłyszenia.
– Dziękuję, cześć!
Odłożyłem słuchawkę i stałem dobrą chwilę z zaparowanymi okularami, gdy
mama spytała.
– Kto dzwonił?
81
– Aaa, taki kolega z innego zespołu.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Dzisiaj sobota to Tadek gra, więc pójdę do niego. Wieczorem trafiłem akurat na przerwę i widząc z daleka Tadka, kiwnąłem do niego.
– Cześć – walę prosto z mostu. – Mam propozycję od Zbyszka Nowaka, aby dojść do jego grupy Vox Remedium. Montuje kapelę na wyjazd za granicę i po- szukuje perkusisty, zaproponowałem ciebie, piszesz się?
Tadek zaskoczony, zastanawiał się chwilę.
– A od kiedy i dokąd ten wyjazd?
– Nie wiem, ale sam go możesz o to spytać – i dodałem: – No, nie będziesz
chyba grał całe życie w GKO?
Po chwili dyskusji, że tutaj ma pewną robotę, a z drugiej strony to dobrze
by było wyjechać i skasować lepszy szmalec, zgodził się! Następnego dnia za- dzwoniłem do Zbyszka i spytałem, czy Tadek Urbański mu pasuje, bo się pisze?
– Tak, oczywiście.
– A kto jeszcze będzie w kapeli? – spytałem.
– Gitarzysta Jacek Dutkiewicz, z którym grałem wcześniej. – I dodał: – Za-
łatwiłem salę na próby w klubie Pod Siódemkami, bo w dzień jest tam pusto. Na przegląd w Warszawie potrzebujemy pięć, sześć piosenek, aby było z czego wybrać. Szybko nam to pójdzie. Za udostępnienie sali obiecałem im, że zagra- my później krótki koncert.
Umówiliśmy się na próbę na następny tydzień. Aby nie zapeszyć, nikomu o tym nie mówiłem. W środę przed pierwszą wtaszczyłem do klubu najpierw kolumnę i wróciłem do domu po wzmacniacz i gitarę. Całe szczęście, że miesz- kam blisko, to noszenie było do zniesienia. Na scenie stały już organy Elka Phanter oraz kolumny Dynacorda na wokal. Na to wszedł Tadek z centralnym.
– A gdzie mikrofony – spytał?
– O kurczę, zapomniałem – i znowu biegiem do chaty.
Gdy wróciłem, był już Zbychu i przedstawił mi Jacka Dutkiewicza.
Zbyszek podłączył organy i wyciągnął z torby swój mikrofon.
– Cholera, mam tylko jeden statyw. Sprawdzę, czy Krzysiek „Drut” jest jeszcze
u siebie, może nam pożyczy. Wrócił po chwili z Krzyśkiem i statywami. Aparatura wokalna Zbyszka brzmiała bardzo dobrze. Z echem Dynacor- da aż się chciało śpiewać. Zbychu dał nam ładnie napisane prymki i teksty, które mamy śpiewać w refrenach. Poszło nam zgrabnie i sześć piosenek było
ograne.
– Dobra chłopaki, na dzisiaj starczy. Zostawimy graty na scenie i jutro spotka-
my się o tej samej porze, to przelecimy jeszcze raz. Pasuje?
Kiwnęliśmy potakująco i do jutra.
– Aha jeszcze jedna sprawa. Przyjdzie ze mną fotograf i zrobi nam parę zdjęć
obok w pasażu.
– A jak się ubieramy? – spytał Tadek.
82 – Dowolnie, ale schludnie – odparł z uśmiechem Zbychu.
Vox Remedium
Vox Remedium 1971, od lewej: Zbigniew Nowak – piano, organy, Tadeusz Urbański – perkusja, Andrzej Janczak – gitara basowa, Jacek Dutkiewicz – gitara
Na następnej próbie Zbychu powiedział, że rozmawiał rano z Pagartem i w przyszłym tygodniu w czwartek jedziemy do Warszawy na przesłuchanie. Przegraliśmy kilka razy piosenki z wczorajszej próby i jedną nową.
– Ja zabiorę organy, a wy weźcie tylko gitary. Perkusja i aparatura na wokal ma tam być.
I tak w połowie września 1971 roku pojechaliśmy pociągiem do Warszawy. Tam z dworca wzięliśmy taksówkę do Pagartu. W małej sali na parterze było dwóch agentów, jeden z Jugosławii i drugi z Bułgarii. Oprócz nas grało kilka innych, nieznanych nam kapel. Po odegraniu naszej działki powiedzieli nam, że podobało się i zawiadomią nas, gdy przyjdzie kontrakt. Najprawdopodob- niej będzie to aktualne na wiosnę. Znowu pakowanie i taszczenie się ze sprzę- tem na Dworzec Centralny.
– Teraz tylko nic innego jak czekać. Najchętniej pojechałbym do Bułgarii do Varny, bo tam ciepło – powiedział Zbychu i dodał: – Jak się dogadam Pod Sió- demkami, kiedy mamy tam zagrać, to was powiadomię.
Aby odegrać obiecany koncert za udostępnienie sali, spotkaliśmy się znowu i szybko przegraliśmy kilka wspólnie nam znanych utworów. To wcześniejsze chałturzenie na ucho teraz się bardzo przydało. W sobotę klub był jak zwykle
83
ARCHIWUM ZBIGNIEWA NOWAKA
Moje życiowe zwrotki i refreny
pełny. Zbyszek przedstawił zespół Vox Remedium, życząc im miłego słuchania. Czas zleciał szybko i nie wiadomo kiedy było już po koncercie. Podczas braw Zbychu podziękował jeszcze raz publiczności.
Vox Remedium 1971, od lewej: Andrzej Janczak, Zbigniew Nowak, Tadeusz Urbański, Jacek Dutkiewicz
– Teraz trzymamy kciuki i czekamy na wiadomość z Pagartu, ale do wiosny to jeszcze daleko – dodał, gdy się pakowaliśmy.
Po tym graniu Tadek wrócił do chałtur w GKO, a ja kombinowałem z Markiem i „Klepą”, gdzie załatwić następne. Bywając teraz częściej Pod Siódemkami, któ- regoś wieczoru spotkałem znowu Zbyszka.
– Cześć, właśnie cię szukam – powiedział siadając.
– Co? Wiesz coś na temat kontraktu?
– Nie, z kontraktem nadal cicho, ale mam dla ciebie inną propozycję. Podniosłem brwi i z szeroko otwartymi oczami byłem jak duży znak
zapytania?
– Słuchaj – zaczął półszeptem. – Piotr Janczerski odszedł od No To Co i razem
zakładamy nową grupę skiflową bez bębnów, pod nazwą Bractwo Kurkowe 1791 Piotra Janczerskiego. (Janczerski ma właściwie na nazwisko Janik i wcze- śniej był śpiewającym konferansjerem w zespole Niebiesko-Czarni).
– Na razie jest to projekt nagrania pastorałek i kolęd w warszawskim studiu radiowym dla Studia Rytm – mówił dalej Zbychu.
84
ARCHIWUM ZBIGNIEWA NOWAKA
Vox Remedium
– Piotr ma już wyśmienitego gitarzystę ze Śląska, Ryśka Godynia. Będziemy ćwiczyć w większości własny materiał, a potem zobaczymy, co z tego wyniknie.
– Zaproponowałem Piotrowi, abyś doszedł do nas na bas. Co ty na to?
Byłem kompletnie zaskoczony tą propozycją, przeleciało mi szybko w pa- mięci, że nie tak dawno byłem na próbie No To Co w Hermesie i nigdy by mi nie przyszło do głowy, że któregoś dnia będziemy razem grali!
– Mówisz to serio? – spytałem niedowierzająco.
Zbychu cofnął się na krześle i spojrzał na mnie spod oka.
– Na zgrywusa chyba nie wyglądam.
– Oczywiście, pasuje mi – wykrztusiłem w końcu.
– Reszty dowiesz się, jak przyjdziesz do mnie na próbę. Przyjdź we wtorek na
trzecią, ja mieszkam w blokach na Traktorowej. – Dobra.
– Do zobaczenia we wtorek.
Gdy wracałem do domu, trudno mi było poukładać logicznie ostatnie wydarzenia.
Dwa lata pod rząd Tukany jako laureaci I nagrody w Festiwalach Muzyki Es- tradowej w Łodzi, nagrania i występy w radiu i telewizji. Koncert w Pałacu Kultury w Warszawie, gdzie był też Niemen. Chałtury z Incognito, Pająkami, tu i tam. Pierwsze miejsce na Jarmarku Piosenki w Katowicach, udział w fi- nałach Łódzkiej Giełdy Piosenek i Piosenkarzy, przegląd z Vox Remedium na wyjazd, a teraz nowa grupa Janczerskiego. Kto by się tego spodziewał. Ciekawe, co z tego wyniknie.
Bractwo Kurkowe 1791 Piotra Janczerskiego
by dojechać do Zbyszka na pierwszą próbę, jechałem tramwajem Aul. Szczecińską do Liściastej i jeszcze spory kawałek na piechotę. Gdy wszedłem na pierwsze piętro, drzwi otworzyła żona Zbyszka. W pokoju był już Piotr i gitarzysta Rysiek Godyń. Przywitaliśmy się i po chwili żona Zbyszka przyniosła nam herbatę. Piotr był małomówny i Zbyszek przedstawił krótko w co jest grane, dając nam zeszyty z ładnie napisanymi tekstami piosenek. Wyczytałem w nagłówkach m.in., że Rysiek Godyń skomponował piosenkę Śpiewajmy Glorija do tekstu Janczerskiego. Były też kolędy o temacie łódzkim O północy aniołowie ...na Dąbrowie... Hej kolęda kolęda, Skrzypi wóz w aranżacji Zbyszka oraz Dopóki starczy pamięci, kompozycji Zbyszka do tekstu Magdy Mikulin, jak i popularna Holy Night. Zbychu dawał mi najwyższe głosy, że aż ściskało w... Godyń wymia- tał na gitarze tak, że mózg trzeszczał! Na następną próbę przytaszczyłem swoją kolumnę i wzmacniacz. Staraliśmy się grać cicho, mimo to Zbyszka piano z moją basówką było słychać w całym bloku. Sąsiedzi zaczęli narzekać i Piotr zapropo- nował, abyśmy się przenieśli do jego kolegi, który mieszkał nad nim, na ostatnim piętrze. Były to też bloki na osiedlu Żeromskiego przy ul. Grabieniec. Tam do me- lodii Zbyszka Piotr napisał tekst Hejnał. Potem doszły następne piosenki, jak Ba- śniowa kołysanka, tym razem z tekstem Grzegorza Walczaka i z muzyką Zbyszka Nowaka. Ja nie odważyłem się wychylić, że też piszę teksty. Przelecieliśmy sporo nowego materiału w krótkim czasie. Na którejś z następnych prób pojawił się Janusz Hryniewicz, też ze Śląska. Janusz grał na gitarze, harmonijce ustnej i na flecie sopranowym. Razem z Godyniem grali w wolnych chwilach utwory Simona & Garfunkela, że łeb trzeszczał. Piotr wytłumaczył, że Hrynio to bardzo dobry kolega Ryśka i weźmie go do zespołu, bo groziło mu wojsko. Oczywiście brzmie- nie w zespole teraz się bardzo rozszerzyło. Piotr zaproponował, abyśmy zapuścili brody, wtedy nasz wygląd będzie pasował do nazwy zespołu. Zostaliśmy brodaci. W wolną od prób niedzielę zadzwonił Maciek i zaprosił mnie do siebie, bo wrócił
z trasy po Rosji. Byli tam miesiąc i teraz opowiadał, jak tam było.
– Stary, tam można sprzedać wszystko! Kupcy stali w kolejce za sceną i cze- kali na koniec koncertu. Ostatnią imprezę grałem tylko na werblu i na hi-hacie, bo resztę, łącznie z 250 parami pałek od Szpaderskiego, sprzedałem. Mówię ci, coś niesamowitego. Tylko Witek bał się opchnąć basówkę, bo ojciec byłby
niezadowolony.
87
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Co, Witek Piwoński z wami tam grał?
– Tak Witek i jeszcze paru aparatów.
– A wiesz – kontynuował Maciek – dobrze, że zbudowałem na bębny po-
rządne skrzynie. Przerzuty mieliśmy samolotem, bo odległości były tamtejsze. A gdy zobaczyłem, jak pod samolot podjechała ciężarówka i otworzyli klapę od pomieszczenia bagażowego, to cały nasz sprzęt dał jebut, dwa metry w dół! Mówię ci, jak to zobaczyłem, to oblał mnie zimny pot! Zastanawiałem się, czy coś jeszcze będzie działało!
– Patrz, dzięki tym skrzyniom przywiozłem cało ten telewizor i inne rzeczy. – O! ten aparat fotograficzny też jest z ZSRR.
– A co się dzieje na łódzkich działkach? – spytał, grzebiąc w aparacie.
– Nowy kierownik zespołu zmusił mnie do zapuszczenia brody – odparłem
tajemniczo.
Maciek uniósł brwi i przechylając brodę na piersi, wbił we mnie wzrok.
–?
– Zachowaj to dla siebie, dobra. Mam próby u Piotra Janczerskiego z nową
grupą skiflową.
– Oho! Ale zadałeś. Czyżby „notocki” (No To Co) się rozpadły?
– Tego to nie wiem – i dodałem: – Na razie jest w planie nagrać przed święta-
mi pastorałki i kolędy w Warszawie, a potem nie wiadomo.
– Gratuluję! Ale jak będziesz w Warszawie, to wpadnij do mnie. Zobacz, takie
bębny chciałbym kiedyś kupić – i podał mi prospekt. Na razie zamówiłem u Szpaderskiego podobny zestaw. Jutro idę je obejrzeć, pójdziesz ze mną?
– Czemu nie, a ile biją?
– Tanie nie są, ale nie kosztują nawet połowy tego, co te na prospekcie. Mam chody u niego.
– Widzę, że nieźle się dorabiasz z tymi Alibabkami.
U Maćka Czaja
88
FOTO MACIEJ CZAJ – ARCHIWUM AUTORA
– Jakoś trzeba kombinować, doga- duję się też z inną grupą w Warszawie. Dobra, a teraz załóż moje nowe ośmio- kątne okulary i cyknę ci zdjęcie. Ode- brałem je wczoraj, cwane nie?
Szpaderski wyciągnął gotowe dwa kotły i Maciek oglądał je bardzo dokładnie.
– Reszta będzie gotowa w przyszłym tygodniu – powiedział pan Zygmunt.
Ciekawostka od Zbyszka Gajewskiego:
Bractwo Kurkowe 1791 Piotra Janczerskiego
Następnego dnia
na pierwsze piętro do Zygmunta Szpaderskiego.
Z dużych okien widać było pasaż Ru- binsteina i klub Pod Siódemkami.
wchodzimy
Wcześniej sklep i warsztat Szpader- Zygmunt Szpaderski
skiego znajdował się na ul. Piotrkow-
skiej przy ul. Żwirki/Wigury, w mieszkaniu na górnym piętrze. Na pałki, per- kusje lub metalowe oprzyrządowanie perkusji czekało się i płaciło w kuchni. Sam tam kiedyś w połowie lat 60., zaczynając współpracę z zespołem Świersz- cze, kupiłem czerwony werbel z podstawkiem za szmalec ze sprzedanego na Górnym Rynku akordeonu Weltmeister. Jako ciekawostkę, przypomnę, że w tamtych latach nie było jeszcze naciągów plastikowych, tylko ze skóry na- ciągniętej na mokro na metalową obręcz. Gdy grało się zbyt głośno, często zda- rzało się, że w naciągu robiła się dziura, a jak było ciepło lub wilgotnie – naciąg „flaczał”... ach te czasy... z gówna bat się kręciło...
W latach 60. pan Zygmunt był jedynym w Polsce producentem dobrych pałek i po te pałki (również inne akcesoria
i kompletne zestawy perkusyjne) przy-
jeżdżali muzycy z całej Polski. Później,
pod koniec lat 60., warsztat i sklep pan
Zygmunt przeniósł na pierwsze piętro
w centrum Bigla z wielkimi oknami
wystawowymi z widocznymi perku-
sjami i instrumentami perkusyjnymi.
Syn pana Zygmunta nie przejął dzie-
dzictwa ojca, tylko poszedł grać (na
instrumentach perkusyjnych) z Janu-
szem Płytą (ex Cykady, git. basowa) do
Maryli Rodowicz.
– przypis Franciszek Zbyszek Gajewski
Budynek z pracownią Szpaderskiego na ul. Piotrkowskiej
89
FOTO AUTORA ZDJĘCIE POŻYCZONE
– Stary, jak oni wymiatają!
Moje życiowe zwrotki i refreny
Schodząc na dół, Maciek powiedział, że był w Warszawie, w Stodole na kon- cercie grupy SBB.
– Mają bardzo dobrego gitarzystę z Grecji, Apostolis Anthimos się nazywa, ale ma ksywę „Lakis”.
– A reszta?
– Liderem jest Józef Skrzek ze Śląska, gra prawie na wszystkim i tak jak wasz Igor również na cello. Pałker „Keta” też jest dobry (Jerzy Piotrkowski). Grają trudną muzykę, ale mnie się bardzo podobali – i dodał: – Może przyjadą do Łodzi Pod Siódemki, wtedy musisz ich posłuchać.
Wyjaśnienie Zbyszka Gajewskiego skąd ta nazwa zespołu SBB?
Najpierw Silesian Blues Band, później: Szukaj Burz Buduj –
Search Break Build – Sprawdzaj Badaj Brzmij – Strzeż Się Broń –
Się Bądź Sobą – Są Byli Będą – Skacz Balansuj Baw Się – Sam Będę Bogiem – zaczerpnięte przez Zbyszka z Wikipedii oraz z książki Dariusza Michalskiego,
„Czesław Niemen – Czy go jeszcze pamiętasz”.
– A ty, kiedy jedziesz do Warszawy?
– Za tydzień, jak tylko odbiorę bębny od Szpadra.
– A co się teraz dzieje z Witkiem Piwońskim?
– Co, nie wiesz? Wtedy wziął wolne ze szkoły muzycznej na tę trasę, a teraz,
gdy wróciliśmy, dorwali go i musi iść do wojska.
– To muszę wpaść do niego. Maciek, daj mi cynk jak będziesz następnym
razem w Łodzi, dobra? – powiedziałem, dochodząc do mojej bramy. – Dobra, trzymaj się!
W Bractwie Kurkowym wyszlifowaliśmy wybrane sześć utworów. Piotr po- życzył mi basówkę Hofnera, bo podobno fabryczna zabrzmi lepiej na nagra- niach. 10 grudnia rano ja, Hrynio i Rysiek pojechaliśmy pociągiem do Warsza- wy. Natomiast Piotr i Zbyszek pojechali małym fiatem Piotra. Po kilku testach zaczęliśmy nagrywać. Zbychu, ja i gitarzyści byliśmy ogrodzeni wytłumiającymi ścianami. Graliśmy wszyscy naraz, a Piotr siedział w kontrolce i słuchał rezulta- tu. Następnego dnia dołożono nam siódmy utwór skomponowany przez pana Biedkę. Domyślałem się, że to on załatwił te nagrania i trzeba było wykonać przysługę za przysługę. Po jego nagraniu nakładaliśmy wokal. Staliśmy razem w pomieszczeniu prawie tak małym jak budka telefoniczna i śpiewaliśmy do jednego mikrofonu. Młodzieży wyjaśnię, że winda jest większa od budki telefo- nicznej. Z kontrolki podpowiadano nam, kto ma się przysunąć, a kto odsunąć, aby równo brzmiało. I od nowa. Na końcu Piotr ze Zbyszkiem dośpiewali solów- ki. W nagraniach, które odbyły się 10 – 12 grudnia 1971 roku dla Studia Rytm, będzie potem dogrywana sekcja smyczków z muzykami z Orkiestry Polskiego Radia w Warszawie. Kierownik redakcji, Korzyński, dał mi listę nazwisk tych
90
muzyków i kazał do- pisać na górze nazwy utworów, a na dole, kto na czym grał. Pod- powiedział mi, że im więcej instrumentów wpiszę na osobę, tym więcej zapłacą. Musia- łem spytać Zbyszka, kto co aranżował.
Bractwo Kurkowe 1791 Piotra Janczerskiego
Czyli oprócz nas będą grali z Orkiestry Pol- skiego Radia następują- cy muzycy: Andrzej Gó- recki – flet, Jan Kuzio – skrzypce, Wincenty Stefańczak – skrzypce, Czesław Janczuk – viola, Marian Raczak – cello, Andrzej Zieliński – wio- lonczela, Janina Chyła – wiolonczela, Anna Orkisz – wioloncze- la, Maciej Gwizd-Nie- szołowski – wioloncze- la i Alfred Wieczorek – kontrabas.
Lista nagrań z Radia Warszawa
Łoo matko, dojdzie jeszcze dziesięciu muzyków, policzyłem. Byłem już cieka- wy, jak to zabrzmi z aranżem tych smyków.
– Aha, panowie – dodał na koniec kierownik redakcji – gdy się zgłosicie po wypłatę, musicie okazać się dowodem i weryfikacją.
Dobrze wiedzieć. Z naszej strony nagrania były gotowe i wieczornym pocią- giem wróciliśmy do Łodzi. Ponieważ prób teraz nie było w planie, załatwiliśmy sobie z Markiem sylwestra w klubie studenckim na ul. Narutowicza. Gdy poje- chałem do kolegi Piotra po wzmacniacz, zastałem tam Zbyszka. Zbychu powie- dział mi otwarcie, że ten układ z Piotrem mu pasuje i granie po klubach i w re- stauracjach za granicą jakoś teraz mu nie odpowiada. Zaproponował mi, abym dobrał sobie innych muzyków i przejął kierownictwo oraz nazwę zespołu Vox Remedium, bo on nie pojedzie. Dodał jeszcze, że po Nowym Roku dojdzie do nich na bas kolega Ryśka i Janusza.
– OK, Zbychu, aluzję paniał. Dziękuję za propozycję i na pewno z niej
skorzystam.
91
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Wyślij jak najszybciej list do Pagartu z nowymi nazwiskami i powodzenia! – Nawzajem, cześć.
Czyli po nagraniach warszawskich zakończyła się nasza współpraca. Wspólnych zdjęć nie zdążyliśmy zrobić, ale została mi broda! Po powrocie
do domu od razu zgadałem się z Markiem Lewandowskim, że mam szanse na kontrakt do Bułgarii i spytałem go, czy się pisze. Marek zgodził się od razu. Następnego wieczoru poszedłem do GKO i mówię w drzwiach portierowi, że mam sprawę do perkusisty. Po chwili portier wrócił i z uśmiechem wpuścił mnie do środka. Usiadłem z boku przy stoliku i po wysłuchaniu dwóch swin- gulanców doczekałem się Tadzia. Wydawało mi się, że on mimo tak młodego wieku jest najszczęśliwszym perkusistą w Łodzi. Stała robota z miesięczną pensją plus boki i restauracyjne posiłki po cenach dla personelu. Podświado- mie przeleciało mi przez głowę, jak on niedawno zaczynał. Po kilku szablo- nowych zdaniach, czyli owijania w bawełnę jak to się mówi, zaproponowa- łem, abyśmy wyszli na zewnątrz zapalić. Było chłodno, więc zadałem prosto z mostu.
– Tadek, Zbyszek Nowak się wycofał z tego kontraktu na wyjazd do Bułgarii, bo będzie grał z Janczerskim. Odstąpił mi jednak nazwę zespołu i kierownic- two. Czyli mam nadal wejście w Pagarcie. Marek się już zgodził na jego miejsce, czy ty się nadal piszesz?
Tadek po chwili milczenia zgodził się. Bomba, odetchnąłem! Po świętach spę- dzonych w domu czekałem z niecierpliwością na sylwestra. Aha, miałem wpaść przecież do Witka, przypomniało mi się i poszedłem. Zastałem go w domu. Witek nie był w najlepszym humorze. Powiedział, że przynajmniej udało mu się dostać do wojskowej orkiestry w Łodzi.
– Będę uczył się grać na tubie.
– Czyli bas na powietrze – żartowałem.
Według Witka w ten sposób czas zleci mu szybciej.
– Zamiast ganiania się w lesie będą próby – dodał.
Powiedziałem mu w skrócie, co u mnie się dzieje i że Maciek opowiedział
trochę o trasie w ZSRR.
– No to nic dodać, nic ująć, cyrk był tamten – podsumował Witek. Wychodząc, życzyłem mu wszystkiego dobrego.
Nadszedł sylwester. „Plamka” przyszedł ze znajomymi koleżankami i trzeba
było je przemycać. „Klepa” miał tym razem cały sprzęt i wiara dobrze się bawiła.
Zaraz po Nowym Roku napisałem na maszynie list do Pagartu, podając nowy skład zespołu z prośbą, aby poinformowali nas również o przeglądach dla innych agentów zagranicznych. Dni mijały i nadal cisza. Dzwoniłem kilka razy i przypominałem się. Mając nadzieję, że kontrakt w końcu się pojawi, sprzeda- łem kamerę pogłosową Echolana II.
92
1972
Bractwo Kurkowe 1791 Piotra Janczerskiego
Z Pająkami łapaliśmy nadal chałtury. Czasami, gdy umowa pozwalała na więk- szy skład, śpiewała również Bogusia. Z Tadkiem rzadko się teraz widywałem. Wpadło mi jednak do głowy, aby z Markiem załatwić sobie zmianę weryfikacji gastronomicznej na estradową. Wciągnęliśmy w to Tadka i udało się. W mieście poszła cyna, że kilku następnych muzyków wyjechało za granicę i inni też sta- rają się o kontrakt. Pod koniec tygodnia spotkałem na Biglu znanego mi łódz- kiego muzyka, o którym wiem, że też chciałby wyjechać i pytam go:
– Wiesz coś o przeglądach w Pagarcie?
– A gdzie tam stary, cisza jak w grobie – odpowiedział.
Wieczorem poszedłem do Maćka Czaja, aby dowiedzieć się, czy jest zado-
wolony z bębnów od Szpaderskiego. Mama Maćka otwierając drzwi, zaprosi- ła mnie do środka. Przeszedłem przedpokojem do sypialni. Maciek jak zwykle siedział na tapczanie i ćwiczył pałkami na poduszce od krzesła. Z naszej gadki wynikało, że bębny są wyśmienite i szykuje mu się nowy wyjazd do NRD - Nie- mieckiej Republiki Demokratycznej.
– I to z „nie byle kim”, kolego – dodał tajemniczo.
– No kurczę, powiedz coś więcej.
– Będę grał z Cześkiem Niemenem na jakimś tam festiwalu.
– No to gratuluję!
– A wiesz, co? Gdy załatwiałem paszport w Pagarcie, dowiedziałem się, że
w przyszłym tygodniu przyjeżdża jakiś agent z Finlandii.
– No kurczę, nie żartuj! – wybuchnąłem. – Kilka dni temu dzwoniliśmy do Pa-
gartu i nic nie wiedzieli, na dodatek spotkałem znajomka na Biglu i też nic nie wiedział.
– W co tu jest grane? – dziwiłem się.
– Bo pewnie nie posmarowaliście tam gdzie trzeba – uśmiechnął się Maciek, spoglądając jak zwykle zza spuszczonych okularów na nosie.
Po powrocie do domu zadzwoniłem do Marka i powiedziałem mu, o co chodzi.
Następnego dnia raniutko przyszedł do mnie i po kilku stukaniach w widełki telefonu usłyszałem sygnał. Zamówiliśmy przez centralę rozmowę z Pagartem i czekamy, czekamy... i czekamy... W końcu telefon dzwoni i połączono mnie.
Po przedstawieniu się i krótkim przypomnieniu, że my – Vox Remedium, byliśmy już raz na przesłuchaniu i czekamy na nowe. Pytam faceta dalej, co on wie o agen- cie z Finlandii? Mówi, że tak, za tydzień przyjeżdża pan Janne Hakulinen, dyrek- tor agencji Ohjelma Apu Oy z Helsinek, ale niestety nie ma już miejsc. Po dłuższej chwili przekonywania go, zgodził się, że możemy przyjechać. Jeśli jakiś zespół od- padnie lub pan Hakulinen będzie miał czas, to zagramy na samym końcu.
– Och, dziękuję panu bardzo!
– Proszę bardzo, ale ja nic nie obiecuję – zakończył, odkładając słuchawkę.
– Jest nadzieja, więc jedziemy na całego! – powiedziałem do Marka.
Tego samego wieczoru poszedłem znowu do GKO do Tadka i w przerwie
przedstawiłem mu sytuację. Mamy nową szansę na przegląd do Finlandii 93
Moje życiowe zwrotki i refreny
i musimy zrobić próby i to zaraz. Marek wyprowadził się parę miesięcy temu od rodziców i mieszkał teraz w kawalerce na ul. 6 Sierpnia przy Żeligowskiego. Miał u siebie pianino, więc ja przytaszczyłem swój wzmacniacz i magnetofon. Wspólnie wybraliśmy kilka utworów i na ucho spisywałem tekst fonetycznie. Ćwiczyliśmy wszystko ze słuchu. Czasu było bardzo mało, więc spotykaliśmy się codziennie.
The Vox Remedium
lutego 1972 wsiedliśmy na Dworcu Fabrycznym do pociągu i po- 18 jechaliśmy do Warszawy. Bogda pojechała razem z nami. I o dziwo, w poczekalni lokalu, gdzie był przegląd, spotykamy kogo? Tego znajomego muzyka z Łodzi i jego kapelę oraz innych znajomych muzykantów, którzy niedawno nic nie wiedzieli... Podałem facetowi z Pagartu stare zdjęcie i kartkę z nazwiskami. Do nazwy zespołu dodałem z przodu The, aby było The Vox Remedium. Po rozmowach z ludźmi, dowiedziałem się, że pan Hakulinen najczęściej zatrudnia duety albo młode trio. Rzadko bierze większe kapele. Bogda i Marek byli nastawieni na kwartet. W czasie przesłuchania sytuacja była bardziej pewna na trio. Tego dnia agent Hakulinen odwalał prawie wszystkie kwartety. Aby nie ryzykować tak ważnego kontraktu, byłem zdecydowany na trio. Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, jak to mówi przysłowie. Roz- sądek przemawiał, aby nie ryzykować, zwłaszcza że mamy zagrać jako ostatni zespół. Przesłuchiwanie trwało. Jedna kapela miała organy Farfisa z napisem
„Hamond” przez jedno „M”! Śmiech na sali!
– Panie przesuń pan te „Homonty”, bo my tu musimy się zmieścić ze swoimi
Matadorami – żartował ktoś z innej kapeli.
Pan Hakulinen mówił trochę po rusku i często słychać było po pierwszym
utworze.
– Spasiba, spasiba, kiitos sledujuszczji pażałsta (dziękuję, następni proszę). W jednym zespole grał znany trębacz i wokalista z popularnej w Polsce grupy. Grali według nas za jazzowo, i nawet, gdy pan Hakulinen podziękował im
w połowie pierwszego utworu, oni na siłę grali do końca. Tego typu kapele nie miały żadnej szansy. No i na koniec wywołują nas.
– The Vox Remedium proszę bardzo!
Marek usiadł za pianem, Tadek za bębnami, ja podłączyłem szybko basów- kę i polecieliśmy z uśmiechem na twarzy nasz repertuar. Zdążyliśmy zaśpie- wać niecałe dwie piosenki, gdy pan Hakulinen przerwał nam i powiedział głośno.
– Spasiba oczjień charaszo. Tervetuloa Suomeen! (Dziękuję, bardzo dobrze, zapraszam do Finlandii). Po kilku słowach pana Hakulinena z facetem z Pagar-
tu, widzę jak on leci do nas i prawie krzyczy.
– A nie mówiłem, że macie zabrać ze sobą aktualne zdjęcie!
95
Moje życiowe zwrotki i refreny
Pokwitowanie honorarium z radia szmalu” za próby w Łodzi plus podróż i dwa dni w studiu w Warszawie.
Gwiazdy w ten sposób się nie wzbogacą, dumałem.
Na kwicie z 18.2.1972 wyczytałem, że audycję tę puścili 23 grudnia o godzi-
nie 17, a czystego czasu nagrań wyliczyli 20 minut. Hmm, przegapiłem, chole- ra. W drodze powrotnej do Łodzi zachwyceni gadaliśmy jeden przez drugiego, jakie to sobie kupimy instrumenty i zobaczymy kawałek innego świata. Kontra- stem tej radości była Bogda, która siedziała smutna patrząc w okno.
W Łodzi poszedł natychmiast cynk, że ja z The Vox Remedium w nowym składzie wyjeżdżam do Finlandii. Bardzo szybko odczułem takie wrażenie, że teraz wszyscy znajomi są bardziej mili. Byliśmy chyba najmłodszym zespołem w Łodzi, który dostał kontrakt. Tadek miał 19 lat, Marek 20, a ja 21. Wcześniej wyjeżdżali przeważnie starsi od nas muzycy.
Na zdjęciu był jeszcze Zbyszek Nowak. Ponieważ byliśmy ostatnią kapelą, podszedł do nas również pan Hakulinen i po podaniu nam ręki po- wiedział niskim głosem po rusku.
– Uwidziem w Finlandii pojat (zoba- czymy się w Finlandii, chłopcy).
Radości było co niemiara. Stara- łem się sobie wyobrazić, jak to będzie. Czułem niesamowitą wolność, jakby cały świat otworzył się przed nami. Finlandia, zachód, nowe instrumenty! Mając kilka wolnych godzin do odjaz- du pociągu, podjechaliśmy taksówką do studia Polskiego Radia i Telewi- zji i wskoczyłem, aby odebrać hono- rarium za nagrania z Bractwem Kur- kowym. W kasie pokazałem dowód i weryfikację. Wypłacili mi 244 zł, bo odciągnęli 6 zł podatku. Hmm „tyle
– A co my wiemy o Finlandii? – spytałem Marka.
– Trzeba będzie chyba kupić jakieś rozmówki z księgarni – odparł.
– Znasz kogoś, kto ma jakąś płytę z fińską muzyką – pytałem nadal.
– Nie, nie mam pojęcia, kto by miał coś takiego na stanie.
20.03.1972 jestem ostatni raz na zebraniu muzyków w Stowarzyszeniu Muzyki
Estradowej. Pożegnałem się z prezesem Andrzejem Jóźwiakiem (Rodanem) i kie- rownikiem działu koncertowego Januszem Ołtarzewskim, dziękując im za wie- loletnie poparcie. 7.04.1972 dzwoniąc do Pagartu, dowiedzieliśmy się, że dy- rektor i właściciel agencji Ohjelma Apu Oy w Helsinkach, pan Janne Hakulinen,
96
ARCHIWUM AUTORA
podpisał nasz kontrakt na wyjazd od maja 1972 i co najważniejsze, mamy również wizę i pozwolenie na pracę! Pierwsze dwa miesiące będziemy mieli stawki po 34 fińskie marki netto na głowę dziennie, zwrot kosztów podró- ży oraz pełne utrzymanie, a po drugim miesiącu będzie podwyżka do 36 marek dziennie. Następnego dnia poje- chaliśmy do Pagartu, aby podpisać kon- trakt oraz umowy z Pagartem. Mamy im dosłać zdjęcia do paszportów, które odbierzemy tuż przed wyjazdem. No to teraz mamy czarne na białym, że wy- jeżdżamy! Zauważyłem, że Finowie na- pisali na kontrakcie Pagart/Vox Reme- dium trio. A niech sobie piszą jak chcą. Grania będzie 5–7 dni w tygodniu po 4–6 godzin. Jest też możliwość jego przedłużenia.
The Vox Remedium
Jest kwiecień, więc
w Łodzi imprezy. Tadek zwolnił się
z GKO i teraz gramy już pod nazwą The Vox Remedium. Złapaliśmy fajny kon- cert w zakładach na Teofilowie. Tylko pięć utworów za 660 zł. Myślałem, że jest to ostania chałtura w Polsce, ale niespodziewanie wskoczyło nam wesele na wsi! Takie kontrasty: koncerty m.in. w filharmonii, Teatrze Rozmaitości, Pałac Kultury w Warszawie i teraz wiocha. Było to drugie wesele w mojej ka- rierze. Pierwsze graliśmy w Łodzi na
ul. Próchnika. Organy Marka nawali-
ły i całe wesele odegrałem z Tadkiem
w duecie! Proszę sobie to wyobrazić...
wesele – bas i bębny! Teraz na wsi
upchnęli mnie z Tadkiem w jednym
rogu pokoju, a Marka w drugim. W tym
pokoju nie było kontaktów do prądu!
Całe szczęście w walizce z kablami
miałem złodziejkę i w bardzo prymi-
tywnych warunkach odegraliśmy to
wesółko, kasując potrzebne kieszon-
kowe. Na zdjęciu widać, że mój mi-
krofon własnej konstrukcji znowu się
przydał.
nadal gramy Pierwszy kontrakt
Tadeusz Urbański i ja gramy na weselu
97
ARCHIWUM AUTORA ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
W Łodzi wypytywaliśmy starszych klezmerów, co wiedzą o Finlandii. Każdy opowiadał coś innego. Aż spotkaliśmy takiego skrzypka, który niedawno wrócił i on nam „doradził”.
– Nie bierzta nic ze sobą, „Dziad” wam wszystko tam kupi i będziecie mu spłacali po trochu z miesięcznej pensji – powiedział.
– „Dziad”? – zdziwiłem się.
– Tak przezywają agenta Hakulinena wszyscy muzycy.
Po następnych próbach u Marka spisaliśmy nasz repertuar z tonacjami, do-
dając również standardy śpiewane przez Tadka w GKO. Ja sprzedałem gitarę i kolumnę, bo przecież tam kupię sobie lepszą! Zabiorę tylko ze sobą wzmac- niacz Maćka. Według informacji z Pagartu, zaczynamy grać 9 maja 1972 w re- stauracji Pillinki w mieście Mikkeli. Na początek będzie cztery dni grania po 5 godzin. Bloki są po 45 minut i 15 minut przerwy. Ta dzienna stawka po 34 marki na głowę robiła nam przy kursie dolara 4,15 ponad 8 dolarów, czyli bę- dziemy zarabiać ponad 1000 zł dziennie na czysto!
– No nie, bo Pagart chce od tego przecież 15% prowizji! – podpowiedział Marek.
– No, ale ja dziękuję za taki dzienny zarobek – cieszył się Tadek.
– Czyli na przykład po 24 dniach grania w miesiącu zarobimy około 20.400 zł na czysto po Pagarcie! – policzył szybko Marek.
– Gdzieś czytałem, że Elvis Presley zarobił za pierwszą chałturę 19 dolarów – dodałem z uśmiechem.
– To w porównaniu te nasze 9 dolców to nie tak źle.
W Orbisie zarezerwowaliśmy miejsca na pociąg na 5.05.1972 Warszawa-Mo- skwa-Leningrad-Vainikkala-Helsinki. W maju, dwa dni przed wyjazdem, poje- chaliśmy do Pagartu przy pl. Zwycięstwa 9 (obecnie pl. Piłsudskiego) po pasz- porty, bony na ruble i wymieniliśmy te przysługujące nam 9 dolarów. Pożyczyli nam również po 150 marek fińskich na głowę na 1% odsetek, które musimy odesłać w ciągu dwóch miesięcy. Reszta zaliczki miała na nas czekać na grani- cy fińskiej. W Warszawie jeździliśmy taksówką z facetem z Pagartu od jednego urzędu do ambasady fińskiej po wizy i z powrotem do Pagartu i znowu gdzieś tam. Końca nie było widać. Pamiętając, co mi Maciek powiedział, zaproponowa- łem chłopakom:
– Trzeba chyba coś dać facetowi.
Włożyliśmy więc trochę szmalcu w każdy dowód osobisty i po godzinie cze- kania w ambasadzie fińskiej dostarczono nam paszporty z wbitą wizą i po- zwoleniem na pracę w Finlandii. Podziękowaliśmy mu za pomoc i zadowole- ni wracaliśmy na Dworzec Centralny. W pociągu powiedziałem do chłopaków, jako ciekawostkę, że słyszałem od jednego faceta, że znana piosenkarka M.R. jest zdania, że w Pagarcie pracuje Służba Bezpieczeństwa i nie ma możliwo- ści wyjazdu za granicę bez ich zgody. Dobrze, że wcześniej nie narozrabiali- śmy. Wracając z Fabrycznego do domu, wstąpiłem na Narutowicza do księgarni
98
The Vox Remedium
w Empiku. Rozmówek polsko-fińskich nie mieli, więc kupiłem kieszonkowy słownik polsko-angielski. 4 maja zobaczyłem z okna, jak po podwórku prze- szedł Bolek w mundurze wojskowym. Nie zdążyłem otworzyć okna i Bolek wszedł w bramę. Później dowiedziałem się od Tadka, że on miał cztery dni przepustki. Na pewno dowie się, że wyjechaliśmy.