The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by andrzej, 2018-09-28 08:49:11

Zwrotki

Leena & Paradox
nam pół pensji prosto na nasze nowe konta w banku. Ja z Nando poszliśmy po szmal. Nando od razu wpłacił jedną ratę za bębny, a w drodze powrotnej wstą- pił do sklepu fotograficznego i nie minęło pięć minut, gdy kupił nowy aparat fo- tograficzny za 650 marek. Nando był zapalonym fotografem i tego wieczoru te- stował go na mnie. Później po wywołaniu powiedział żartem, że najwyraźniej mu wyszła moja koszula i tapeta za mną. Ponieważ rozmawiałem z nim tylko po fińsku, Krystyna często pytała, z czego się tak śmiejemy. Mianowicie Nando opo- wiedział mi, jak uczył się języka fińskiego. Otóż znając słowa na, obok i nad nie mógł znaleźć jak jest pod, np. pod stołem? Nando opowiada dalej.
– Zatrzymałem na przerwie jedną kelnerkę i kładąc na stole paczkę marlboro mówię do niej po fińsku, teraz ta paczka jest na stole. Ona ze zdziwieniem przytak- nęła mi głową, wciągając te ichnie juuu. Następnie podniosłem papierosy i włoży- łem rękę z paczką pod stół z myślą, że jak ją spytam, a gdzie jest teraz paczka? Ona odpowie mi pod stołem i w ten sposób dowiem się, jak brzmi słowo pod.
– No i? – zaciekawiłem się.
– Hmm – mruknął Nando – ona powiedział, że ja schowałem papierosy!
– Ha, ha, ha – uśmiałem się szczerze, bo było to logiczne.
Po kilku dniach otrzymałem negatywną odpowiedź z ambasady polskiej
w sprawie paszportu konsularnego. Podpisał się pan ambasador. Bez żadnego uzasadnienia napisali tylko jedno zdanie na małej kartce: „W sprawie paszpor- tu konsularnego została podjęta decyzja negatywna”. Koniec.
Hmm, dlaczego?! Poszedłem do szatni i zadzwoniłem do ambasady.
– Dzień dobry, otrzymałem negatywną odpowiedź w sprawie paszportu i chciałbym się spytać, na jakich podstawach podjęto tę decyzję?
– Łączę – usłyszałem tylko jedno słowo.
Po chwili przedstawiła mi się sekretarka pana konsula.
Powtórzyłem moje pytanie.
– No bo nie – odpowiedziała i dodała: – Czy ma pan dalsze pytania?
– O nie, ta „uprzejma” odpowiedź mi wystarczy.
Wracając byłem wściekły. W takim razie wystąpię chyba o obywatelstwo fiń-
skie. Być cały czas niepewnym, czy następnym razem dostanę pozwolenie na pracę czy nie? Jurek ma obywatelstwo fińskie już od kilku lat i nie narzeka. Następnego dnia zadzwoniłem do fińskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrz- nych w Helsinkach i spytałem, jaka jest procedura ubiegania się o obywatel- stwo fińskie. Finowie wymagają przede wszystkim zwolnienia z poprzedniego obywatelstwa. Wtedy nie można było mieć dwóch obywatelstw jednocześnie. OK. Zadryndałem ponownie do ambasady polskiej i poprosiłem, aby mi dosłali kwestionariusz o zrzeczeniu się z obywatelstwa polskiego.
– Ależ dlaczego panu tak się śpieszy – zdziwiła się raptem sekretarka. – Niektó- rzy proszą o paszport konsularny kilka razy, zanim go dostaną – kontynuowała. Chyba teraz nie przeszkodziłem w piciu herbatki, bo taka uprzejma. Powtó- rzyłem moją prośbę i podałem mój adres. Po powrocie do pokoju przyglądając
251


– O ten kolor mi właśnie chodzi – powiedziałem.
Moje życiowe zwrotki i refreny
się rozłożonym na podłodze ścinkom, pomyślałem, że do marynarki pasowało- by uszyć spodnie. Poszedłem z Kryśką ponownie do tego sklepu z używanymi rzeczami. Gdy weszliśmy, od razu zobaczyłem pod ścianą jasnobrązową kanapę ze skóry.
Po utargowaniu 50 marek kupiłem ją. Poprosiłem sprzedawcę o nożyczki i po rozcięciu szwów zdjąłem skórę. Zwinąłem wszystko w rulon i dziękując zdzi- wionemu sprzedawcy, wyszliśmy. Będąc już na zewnątrz, Krystyna nie mogła się powstrzymać od śmiechu.
– A co on zrobi z resztą?
Przechodząc przez most obok restauracji Hämeensilta, stanęliśmy przy wi- trynie, by zobaczyć, kto tam gra. O! proszę, znajomki Seli & Urban Orkesteri tu grają. Trzeba będzie do nich wpaść. W chacie wymierzyłem moje spodnie jean- sowe i wychodziło, że na przód jednej nogawki starczą trzy kawałki. Wyciąłem ponownie z gazet formę i szyję dalej. Nando zaczął znowu mnie fotografować w różnych sytuacjach, na temat, co robi muzyk w chwilach wolnych od pracy. Został nam tydzień grania w Tampere, gdy pewnego wieczoru na przedostat- niej przerwie wbiegł do kuchni kelner i mówi, że jakiś gość wlazł na scenę i po- trącił moją gitarę basową, która spadła na podłogę! Słysząc to zaniemówiłem, i w dwie sekundy znalazłem się na scenie. Basówka leżała metr od sceny, stru- nami do podłogi. Och!!! Podnosząc ją poczułem jak gryf się rusza a struny odsta- ją od gryfu z trzy centymetry. Gryf był wklejony do korpusu gitary i tu właśnie pękło drewno na około 5 centymetrów. A gdzie jest ten cizio, zapytałem kelne- ra? Cholera wie, może i nawet już wyszedł z restauracji. Czyli sam będę bulił za naprawę. To jest przecież mój warsztat pracy i musi być tip-top! Aby dograć ostatni blok, popuściłem D i G struny, dostrajając tylko E i A. Grając w pierwszej pozycji przemęczyłem te ostatnie 45 minut. Następnego dnia wziąłem gitarę i poszedłem do sklepu muzycznego. Markku obejrzał ją i powiedział, że ma sto- larza w mieście, który to sklei i dodał, że to będzie widać, gdzie była klejona.
– Dobra jest, rób co trzeba – zgodziłem się.
Bez pytania pożyczył mi na te dni inną. Na obiedzie Jurek poinformował nas, że na następny miesiąc jedziemy do Kuopio. Starał się załatwić coś w Helsin- kach, ale nie wyszło. Po dwóch dniach pojechałem po moje wiosło. Gdy zsze- dłem na dół, siedział tam na kolumnie Mika Sundqvist, dobry gitarzysta z Tam- pere, którego poznałem tutaj trzy lata temu.
– Moro, moro (serwus, serwus) – powiedział w tutejszym slangu.
– Morjens Mika – odpowiedziałem.
Próbował jakieś echo na wzmacniaczu VOX-a. W łapie trzymał Gibsona Les
Paula, a sprzedawca strasznie zachwalał ten zestaw. Widząc, że są zajęci, zdją- łem z kołka Fendera Precision i sprawdziłem, jaki ma gryf. Struny leżały nisko i korpus mi też pasował. Te wielkie klucze do strojenia robiły to, że była trochę ciężka w główce. Ale odstęp między strunami i menzura gryfu mi pasowała.
252


Leena & Paradox
Spojrzałem na cenę i oj, oj, musiałbym popracować na nią ponad miesiąc. Mika widząc, że ją oglądam, podpowiedział.
– Osta se pois! (Kupuj!)
Może w bliskiej przyszłości, ale nie teraz. Wychodząc z tej ostatniej sali z kla- wiszami, zobaczyłem, że Zbyszek Urban schodzi po schodach.
– Cześć! A ty co będziesz podmieniał – spytałem go.
– Eeee tam podmieniał, chcę tylko zobaczyć, co mają, bo kobita weszła na- przeciwko do Anttili (nazwa sklepu).
Wymieniliśmy parę słów i ja po zapłaceniu za sklejenie gryfu poszedłem do restauracji. Po południu na próbie zrobiliśmy kilka nowych utworów. Jurek „za- trudnił” panienki w chórkach w moich utworach, aby nie stały na scenie jak słupy. Po ostatnim wieczorze było pakowanie i następnego dnia rano 300 km jazdy do Kuopio.
Tutaj było jeszcze dużo śniegu. Pokoje mieliśmy w budynku obok hotelu. Zaraz po wejściu Nando roześmiał się szczerze.
– Tä (Co?)
– Przed nami musiał tu mieszkać również jakiś Włoch – pokazał na tekst na-
Kuopio, marzec 1977, hotel Puijonsarvi
pisany na ścianie po włosku, tutta l’orchestra che merda. –?
– To znaczy mniej więcej, że „cała orkiestra jest gówniana”, tak tylko Włoch może napisać.
– Widocznie bardzo się „lubili” – zażartowałem.
Tym razem pomieściliśmy się na scenie bez trudu. Nando siedząc z tyłu musiał oglądać co wieczór nasze zgrabne... W ciągu dnia szyłem dalej skórza- ne spodnie. Po tygodniu wszystko było gotowe. Krystyna pochwaliła mnie, a Nando sfotografował. Ubrałem się i zauważyłem, że jest mi w nich bardzo, bardzo gorąco! Wystarczyło, że przeszedłem się do restauracji i pot się lał. Tyle roboty i nie idzie w tym chodzić, mruczałem. Trzeba będzie to komuś sprzedać. Pewnego dnia Jurek wrócił z miasta i mówi:
– „Diabełku” twoi koledzy Spidersi z Łodzi grają w restauracji przy rynku.
– A wiesz, jakie podmianki oni robili w poprzednim składzie? – spytałem Jurka.
– No opowiadaj.
– Podobno Zbyszek miał smykałkę do podmianek i przez pierwsze dwa lata w Finlandii „przetestował”, czyli zamieniał wszystkie możliwe wtedy aparatu- ry wokalne i mikrofony. Zamienił również bębny Everplay’a z Polski na nowego Rogersa. Aha, a innym razem zrobił oryginalną podmiankę z Januszem Gołę- biowskim. Dał mu volkswagena paketa za gitarę elektroakustyczną. Czyli jeden dał drugiemu kluczyki od auta, a drugi wziął gitarę. Zbychu wrócił pieszo, ale z gitarą! Jurek roześmiał się rozkosznie, mówiąc, że za bardzo w to nie wierzy.
253


– No to opowiedz swoją wersję, Zbychu!
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Ha, ha, ha, to są plotki, bo naprawdę, to było trochę inaczej, Andrzeju – odparł Zbyszek, gdy później to wspominaliśmy.
Janusz nosił się z zamiarem emigracji wraz z rodzinką do Szwecji i potrzebo- wał środka transportu dla rodzinki i organów Hammonda z leslie. Mnie nie był już potrzebny paket, bo miałem na oku kupno polskiego fiata od Mietka Paru- szewskiego (tego, którego potem odkupił ode mnie Tadek Urbański). Gitarę miał Janusz z jakiejś podmianki i już mu też nie była potrzebna. I tak to było, ale wersja zasłyszana jest śmieszniejsza od prawdy, więc niech się ludziska nadal śmieją.
– Ha, ha, ha... O widzisz, tak się właśnie zmieniają zasłyszane anegdoty.
Przy zaliczce piętnastego Leena przyniosła wiadomość, że słyszała, że związ- ki pracowników restauracji grożą strajkiem od pierwszego kwietnia. Podczas tego strajku muzycy będą również bez roboty.
– No, voi perkele (Och, do diabła!) – zameldował Nando.
Jurek tylko przytakiwał. Mówiąc, że trzeba będzie spytać w agencji, czy mają może jakiś statek w zamian. Wieczorem Leena gadała z personelem i wszyscy są zdania, że będzie strajk. Może się nawet przeciągnąć do dwóch miesięcy! W ostatnich dniach marca było już wiadomo, że od pierwszego rozpocznie się strajk. Całe szczęście, że nie kupiłem tej gitary basowej w Tampere. Po ostatnim wieczorze Jurek zabrał Krystynę i Nando i pojechali do Helsinek. Ja dałem mu telefon do chaty w Tampere, gdzie będę komarował i tam może mnie złapać, o ile coś się zmieni.
Kwiecień 1977 – rozpoczął się strajk. Ponieważ znałem już kierowniczkę z restauracji Kustaa Kolme, udało mi się załatwić obiady po cenie dla persone- lu. Na poranną kawę chodziłem często do sklepu muzycznego, aby zabić czas i pogadać z Markku. Któregoś dnia poznałem tam Marka Rudnickiego. Pianistę mieszkającego w Tampere, który udzielał lekcji na pianinie. Czas jednak dłużył się. Byłem przyzwyczajony przez tyle lat, że wieczorem stoi się na scenie. Po kilku dniach zadzwonił Jurek z wiadomością, że będzie chałtura z popularnym fińskim piosenkarzem Kari Tapio. On nagrał już kilka płyt. Będzie to tak zwana lava (potańcówka) w młodzieżowym lokalu w Huuhkaala. Odetchnąłem. Umó- wiłem się z Jurkiem, że spotkamy się w Tampere na rynku i pojadę z nimi. W umówiony dzień zaparkowałem mustanga przy rynku, aby Jurek łatwo mnie znalazł, i czekam. Prawie z godzinnym spóźnieniem widzę jak jedzie żółte volvo z przyczepą. Jurek zatrzymał się i przełożyliśmy szybko mój bas i kolumnę. Pod- czas jazdy Jurek miał nadzieję, że tego typu robota ze znanymi piosenkarzami będzie trafiała się teraz częściej. Mniej grania, więcej wolnego i lepiej płatne.
– A gdzie jest Krystyna – spytałem.
– Bawi dziecko w domu – odpowiedział.
– Jurek załatwił nam tanią niańkę z Polski – żartowała Leena.
Volvo Jurka ciągnęło tę wielką przyczepę jak czołg. Gdy dojeżdżaliśmy do Hu-
uhkaali, było już ciemno.


Kari Tapio & Paradox
dy wnosiliśmy po chwili graty do dużej drewnianej hali, podjechało G auto i wysiadł z niego Kari Tapio.
Huuhkaala, kwiecień 1977
– Morjens – powiedział niskim głosem.
Nando rozstawił się pierwszy i uderzył w bębny. Echo zahuczało niesamowicie! – Andrzej, rozkręć się porządnie, bo jak ludzie wejdą, to wytłumią – podpo-
wiedział Jurek.
Zgraliśmy coś na próbę i Leena stojąc na sali zatykała uszy.
– Tutaj jest bardzo głośno! – krzyknęła, gdy przestaliśmy.
– Hyvä on (dobrze jest) – powiedział Kari wchodząc na scenę.
Sprawdził mikrofon po fińsku „tsa tsa”, i zagraliśmy kawałek jego country. Po zmniejszeniu echa był zadowolony. Leena też zaśpiewała i teraz Tapio po-
szedł na parkiet posłuchać. Kiwnął z daleka, podnosząc kciuk, że jest OK! Wy- szedłem z Nando na zewnątrz zapalić fajkę. Młodziaki stali tam grupami.
O 20.00 zaczęliśmy pierwszy blok w trio. W połowie weszła Leena. Ludzi- ska zaczęli się powoli schodzić i w drugim bloku stała już spora gromada przed sceną. Zagraliśmy na początku na pełną parę długą improwizację. Potem wszedł zapowiedziany z pompą Kari Tapio i polecieliśmy jego country z kwitów – bez prób. Kari miał niski, ochrypły głos, pasujący do tej muzyki, podobał mi się. Ja z Leeną podśpiewaliśmy mu w refrenach. Na ostatniej przerwie organiza- torzy przynieśli na zaplecze pełno banknotów w białej torbie plastikowej i za- częli się rozliczać. Mieliśmy dostać po 600 marek na głowę, minus mały poda- tek. Netto wyszło po 540 marek. Zaczęliśmy ostatni blok. Po kwadransie Jurek zapowiedział jeszcze raz z pompą: Kari Tapio & Paradox. O północy był koniec imprezy! Na zapleczu Kari dziękując za fajną chałturę, pożegnał się mówiąc, że może się jeszcze spotkamy. Była prawie pierwsza w nocy, gdy spakowani wy- ruszyliśmy w stronę Tampere. Po drodze Jurek nadmienił, że nie wie jeszcze, co będzie z dalszą robotą, gdy strajk się skończy. Tuż przed czwartą w nocy Jurek wysadził mnie na rynku. Ja miałem kilka kroków do łóżka, a oni jeszcze spory kawałek do Helsinek. Nie zazdrościłem im. Następnego dnia obudziłem się, była już druga po południu. Idąc później na posiłek przypomniałem sobie, że mam wpaść do głównej komendy policji po jakiś kwestionariusz potrzebny do ubiegania się o obywatelstwo fińskie. Wieczorem usiadłem i wypełniłem go.
255


Moje życiowe zwrotki i refreny
Jednym z załączników miało być zaświadczenie, że potrafię komunikować się w języku fińskim.
– O! – wpadło mi do głowy. Przecież w tym budynku piętro niżej jest biuro uniwersytetu fińskiego (Suomen Kielen Yliopisto). Następnego dnia wszedłem tam i spytałem, czy mógłbym otrzymać takie zaświadczenie. Według profesora jest to możliwe, ale nie dzisiaj, bo on właśnie wychodzi. Ale mogę przyjść jutro przed dwunastą. Dobrze, do zobaczenia jutro.
Gdy wróciłem do mieszkania, natknąłem się na Zbyszka „Plamkę”.
– Co ty tu znowu? – zdziwiłem się.
– No, gdzieś trzeba przeczekać ten strajk – odpowiedział.
Późnym wieczorem „Plamka” wpadł w trans i opowiadał kawały.
– A tego to pewnie nie znasz, jak dwóch góroli wybrało się po raz pierwszy
pociągiem?
I zaczął opowiadać, przeklinając i śmiejąc się.
Ano dwóch górali wlazło po raz pierwszy do pociągu. Usiedli i zaczęli się roz-
glądać dookoła. Gdy pociąg ruszył, weszła do przedziału kobita z wózkiem i za- częła sprzedawać gazety, napoje, owoce i fajki. Górole, aby wykapować, o co tu chodzi, patrzyły się, co inni robią. Jeden cizio kupił gazetę, drugi jakieś tam fajki, a kobita siedząca obok wzięła banana. Górole nie umiały czytać, to gazety se przecież nie kupią, a zamiast papierosów to palą fajkę. Nie wiedząc, co kupują, wzięli to samo co ta kobita. Banany.
Trzymając je w łapie przyglądali się, co ona robi. Górole w życiu jeszcze banana nie jedli. Patrzą, że ona zdjęła skórkę i zaczęła jeść to oni robią to samo. Jeden górol był trochę szybszy od drugiego, i gdy ugryzł banana w tym samym momen- cie pociąg wjechał do tunelu i zrobiło się ciemno jak w dupie. Górol rozdarł się na cały głos.
256
Ha, ha, ha, dobry – pochwaliłem.
Zbychu też się chichocząc dodał, że górol myślał, że oślepł od banana.
– A ten?
– Przyszedł górol do lekarza i mówi, żeby go wykastrować.
– Zbychu zaczynasz się powtarzać – przerwałem mu.
– Taaa? A tego to na pewno nie znasz i leciał dalej.
Następnego dnia zszedłem na dół do biura uniwersytetu i tam jakaś pani pro-
– Ty kurce nie jec tego, bo też oślepniesz!
fesor zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Wytłumaczyłem jej po fińsku jesz- cze raz, o co mi chodzi. Tłumacząc wszystko po fińsku myślałem, że to wystar- czy. A ona mówi, że dobrze i teraz popyta mnie trochę.
I zaczęło się.
– Jak długo jesteś już w Finlandii?
– Pięć lat – krótka odpowiedź.
– A czy podoba mi się tutaj w Finlandii?
– Juuu – na wdechu (tak) – znowu krótka odpowiedź.


Kari Tapio & Paradox
I jeszcze kilka prostych pytań z krótkimi odpowiedziami. W końcu mówię jej, że na początku, tłumacząc jej, powiedziałem więcej po fińsku, niż teraz odpo- wiadając na jej pytania.
– W zasadzie to tak. – Przytaknęła i zaczęła wypisywać zaświadczenie. Podziękowałem i wyszedłem.
Dwudziestego piątego przyszła odpowiedź z Pagartu i kierownik działu Es-
trady wyjaśnił mi, że z dniem 26.09.1977 będę zwolniony od płacenia prowi- zji. Z gadki kolegów wychodziło na to, że strajk skończy się lada dzień. Gdy w przedostatni dzień zadzwoniłem do Jurka, dowiedziałem się, że strajk na sto procent kończy się ostatniego i zaczynamy od 1 maja w Helsinkach w hotelu Polar. Restauracja nazywa się Barracuda.
– Jak miniesz most to zaraz po prawej stronie znajdziesz ten hotel – tłuma- czył mi Jurek.
Jazda z przyczepą w Helsinkach mi się nie uśmiechała. Wiem jak tam trzeba gazować, aby zmienić pasy. Spytałem Markku, czy mógłbym ją zostawić na za- pleczu sklepu? Niestety nie szło, tam i tak jest już ciasno. Ale po drugiej stro- nie pod sklepem Anttila możesz zaparkować, doradził mi. Na stacji benzynowej wymieniłem opony na letnie, a zimowe wrzuciłem do doczepy.
1 maja przed południem, wepchnąłem kolumnę Peaveya na tylne siedze- nie mustanga, a gitarę między siedzenia. Bez przyczepy jechało się przyjem- nie. Przed Hämeenlinną dogoniłem dodga valianta, który jak mnie zauważył w lusterku, to zaczął dodawać gazu. Usiadłem mu na dupie nie wyprzedzając i puściłem go z przodu „na królika”. Czasami gazowaliśmy po 140 km na godzi- nę. Ładny mandat byśmy dostali, gdyby nas glina dorwała. Głupota! Nie trwało długo, gdy wpadłem na przedmieścia Helsinek. Jadąc teraz 50 na godzinę wy- dawało mi się, że stoję w miejscu. Za poradą Jurka, zauważyłem za mostem jego żółte volvo. Terve, przywitałem się w recepcji i wbiegłem po schodach na górę.
– Moi Antti!– zadał – Jurek.
– Jaki tam Antti – odpyskowałem z uśmiechem.
Według Jurka grania było tyle co kot napłakał. Zaczynamy o w pół do dzie-
wiątej, a koniec jest o wpół do pierwszej.
Wnosząc sprzęt na górę Jurek dodał, że wysłał Krystynę do Polski, bo Scan Show nie miał roboty na kwintet. Po chwili zjawił się Nando.
Helsinki, maj 1977, restauracja Barracuda
– A ty co, stałeś za rogiem i czekałeś aż wszystko wniesiemy? – żartował Jurek. – Odwal się – odpowiedział Nando z uśmiechem.
Na to przyszła Leena z kubkiem kawy w ręku i mówi jak my te kaikki kamat
(wszystkie graty, w slangu) pomieścimy na scenie? Po dłuższym upychaniu, przestawianiu, Leena sprawdziła mikrofon i mówi, że te kajarit (kolumny, w slangu) trzeba jeszcze trochę odwrócić, bo mikrofon sprzęga. Ja sprawdzi- łem, czy sklejony gryf się trzyma i spytałem:
257


Moje życiowe zwrotki i refreny
– A gdzie mam kimę?
– Idź na dół, w recepcji mają klucz i adres mieszkania.
Dziewczyna na dole dała mi klucze i pokazała na mapie, gdzie jest Runeber-
ginkatu 49.
– Aha, po drugiej stronie mostu.
Pojechałem szukać. Mieszkanie było w starym budownictwie, mały pokoik
u fińskiej rodziny. Wspólne wejście i wspólna łazienka. Rodzinka ta miała dwoje dzieci. Ciekawskiego chłopaka około lat 14, który cały czas stał w drzwiach i gapił się, oraz starszą od niego córkę. Co chwila zderzaliśmy się w małym przedpoko- ju. Oni z kuchni do pokoju, a ja do łazienki. Takie to warunki, gdy się gra w stoli- cy. Słyszałem już wcześniej, że z jedzeniem i mieszkaniem jest najgorzej właśnie w Helsinkach. No i zgadza się. Pamiętam to, gdy grałem tu w 1972 roku. W pierw- szy wieczór po strajku było bardzo dużo spragnionych gości. Następnego dnia pojechałem na giełdę. W południowych godzinach był tłok, bo ludziska przycho- dzili tu na obiady. Po szybkiej kawie, w księgarni obok kupiłem kilka pocztówek i ponownie gazetę „Melody Maker”. Gdy wróciłem do chaty, w przedpokoju stało chyba pół klasy, koleżanki tej dziewczyny. Widocznie miała urodziny czy coś ta- kiego. Wrzask i chichoty niesamowite. Po czterech dniach grania Jurek przyniósł mi pocztę z agencji. Na kopercie widzę, że to z ambasady. Otworzyłem i czytam.
– O! Coś im odbiło, raptem zapraszają mnie w sprawie paszportu konsularnego?
Pojechałem od razu na Armas Lindgrenintie 21.Trudno było znaleźć tę ulicz- kę. Zaparkowałem i wszedłem do środka. No i kogo tam widzę? Darek Witkow- ski stoi z Arthurem Kraśko obok recepcji.
– Cześć wam.
– O, „Diabełek” też się tu zjawił! – odparł z uśmiechem Darek.
– A ty tu po co? – spytał Arthur.
– Hmm, zaraz zobaczymy – i odwracając się do tej kobiety za ladą, podałem
jej ten krótki list.
– Poproszę również pana paszport.
– Proszę
– Dziękuję, proszę zaczekać, zobaczę, czy pan konsul jest wolny – i poszła. Wróciła po chwili mówiąc.
– Proszę bardzo, pan konsul pana przyjmie.
– Na razie chłopaki.
Wszedłem do pokoju, poczułem się jak w biurze u dyrektora Cepelii. Ludowe
meble na wysoki połysk, obrus na ławie pewnie z Mazowsza, duży polski orzeł na ścianie i szklanka herbaty z metalową rączką na biurku. Podaliśmy sobie ręce i gdy usiedliśmy, konsul od razu wyjął z szuflady paszport konsularny i za- meldował mi:
– Proszę bardzo tu ma pan nowy paszport konsularny na pięć lat i po co wy- stępować o obywatelstwo fińskie.
258


Kari Tapio & Paradox
– Dziękuję.
Otwierając sprawdziłem, na ile jest wbita wiza i pozwolenie na pracę.
W poczekalni, gdy trzymałem w ręku nowy paszport, podszedł Darek,
mówiąc.
– Gratuluję! Sam się staram o konsularny, ale jakoś ciężko idzie i dodał, że oni
nie grają już z Batinem.
– Tak słyszałem. A z kim teraz?
– A z takim pałkerem z orkiestry Wicharego. On mieszka od dawna w Finlan-
dii, Kaziu Kawka się nazywa.
– Nie, nie znam – i pożegnaliśmy się.
Z ambasady pojechałem znowu na giełdę i przy kawie studiowałem nowy
paszport. Dopijając kawę, słyszę na schodach polską rozmowę.
– Cześć – powiedziałem, widząc jak Andrzej Czernicki wchodzi z brodatym
kolegą.
– Cześć, to mój koleś, Andrzej Puszkarzewicz – przedstawił go siadając.
– Same Andrzeje się dzisiaj spotykają – zażartowałem.
– A gdzie ty grasz – spytał Puszkarzewicz.
– W Barracudzie w hotelu Polar. Taka mieszana fińsko-polsko-włoska kapela
Leena & Paradox – odpowiedziałem, pytając go to samo.
– Gram w trio z Finami w klubie Marski, tu po drugiej stronie ulicy. Czernicki poszedł po kawę, a Andrzej powiedział:
– O! A taki dowcip podłapałem od kolegi, który gra na bębnach, słuchaj.
Jest trzecia w nocy a tu raptem ktoś dzwoni do jego drzwi. O trzeciej w nocy! Otworzył drzwi i widzi, że to sąsiad. Całe szczęście, że jeszcze nie spał, bo ćwi-
Ha, ha, uśmiałem się.
czył na perkusji...
Czernicki wrócił po chwili z kawą i z dalszej gadki dowiedziałem się, że łódzki zespół She & They grał w hotelu Arkipelag w Maarianhaminie. Przepa- liłem z nimi jeszcze jednego papierosa i nie mając w zasadzie nic innego do roboty pojechałem do Fazera. Zszedłem na dół i kto tam stoi? Zbyszek Urban z żoną Seli i jakimś Finem.
– Znowu się spotykamy – powiedziałem.
– Cześć, to mój tymczasowy pałker z Tampere, Lasse Virén – przedstawił go. – W zasadzie, to on chciał dokupić jakąś blachę, a my przyszliśmy pogapić się.
– A gdzie grata?
– W restauracji Tullinpuomi przez agenta Hamidulla.
Opowiedziałem Zbyszkowi krótko o chałturze z Kari Tapio dodając, że teraz
gram tutaj w Barracudzie, ale na przyszły miesiąc jeszcze nie mamy zaklepanej roboty. Zbyszek spoglądając na Seli, spytał.
– To może byś do nas doszedł?
– Trochę noga by mi odpoczęła od tego basowania na organach i Seli byłoby lżej – zakończył, mówiąc, że w przyszłym miesiącu grają w Tampere
259


Moje życiowe zwrotki i refreny
w restauracji Hämeensilta przez agenta Pukero. To takie małe biuro agencyj- ne w Tampere.
– Stawki są dobre i sześć dni grania – zachęcał.
– A dlaczego ten pałker jest tymczasowo? – spytałem.
– Bo on nie chce jeździć, najchętniej grałby tylko w Tampere.
Cholera, Jurek nie ma roboty i nie wiem, co tu zrobić, rozmyślałem.
– OK! Spotkamy się jutro na giełdzie po południu, to ci dam odpowiedź
– dobra?
Tego wieczoru poszedłem do roboty wcześniej, aby powiedzieć Jurkowi,
w co jest grane. Po chwili dołączył się Nando i zaczął mówić, że z kobitą kupują salę bilardową. Oho, pomyślałem, on też tu długo nie pogra. Wziąłem Jurka na bok i powiedziałem, że skoro nie ma roboty na przyszły miesiąc, to ja idę grać do Urbana. Jurek nie był tym zdziwiony. Poprosił mnie tylko, abym pomógł mu wybrać nowego basistę, bo zrobi przesłuchanie.
– Ależ oczywiście, nie ma sprawy.
I tak jak się umówiłem z Urbanem, zjawiłem się następnego dnia na giełdzie. Zbyszek czekał już tam z Seli i Lasse. Po wyrażeniu zgody, dopiliśmy kawę i pod dyrekcją Seli poszliśmy do sklepu obok Pukeva, aby kupić jednakowe koszule. Znaleźliśmy dość szybko, ładnie wyhaftowane w stylu country. Pożegnałem się z nimi i do zobaczenia w Tampere. Wróciłem na giełdę i spotkałem tam Marka Borowika, z którym grałem swego czasu w 1972 w Maarienhamina.
– Kopa lat minęła Andrzeju!
Marek opowiedział, że załapał fajną robotę w szkole baletowej. Podgrywa tam w dzień na próbach.
– Miesięczna pensja, czasami jakieś zastępstwo w restauracji i dobrze leci – cieszył się i wspomniał coś o weselu w niedalekiej przyszłości.
– O, proszę, ustatkujesz się.
Sporo się wydarzyło w tych pierwszych dniach maja, rozmyślałem idąc do auta.
Piętnastego, w sobotę, była Eurowizja, której nie mogłem obejrzeć. Wiem tylko od personelu, że Francja wygrała utworem L’oiseau et L’enfant. W ponie- działek odebrałem zaliczkę ze Scan Show i gdy jechałem do Shella na Man- nerheimintie, przypomniało mi się, że ktoś mówił, że tu po prawej stronie za stacją jest sklep muzyczny. Rzeczywiście za zakrętem zobaczyłem szyld MS-Audiotron. Pomieszczenie było nieduże, na parterze gitary, wzmacniacze i klawisze. Na dole w piwnicy mieli same perkusje, żadne tam trąbki, pompki, akordeony. Sprzedawcy byli młodzi i bardzo mili. Juha Jurmu miał na imię ten wysoki, który pokazał mi Ampega, wzmacniacz na bas. No, dobre to, pa- miętam, że Reijo w Tampere ma takiego samego, ale drogi jak cholera. Jadąc z powrotem do centrum, zauważyłem dwa inne amerykańskie auta z cwa- nymi szerokimi oponami, a po bokach miały białe napisy. Wróciłem do re- stauracji i w recepcji poszukałem w książce telefonicznej, gdzie są warsztaty
260


Kari Tapio & Paradox
z oponami. Znalazłem jeden Rengasaitta Oy. Gdy z mapą w łapie znalazłem to miejsce, było już późne popołudnie. Okazało się, że Ensio, właściciel, miał poczucie humoru i szybko się dogadaliśmy, że za 50 marek za sztukę wymie- ni mi dwie tylne szerokie opony 205 z napisem Good Year. Są używane, ale w dobrym stanie. Gdy po wybalansowaniu założył je, mustang od razu wyglą- dał rajcownie.
Podziękowałem, wsiadłem i przekręciłem kluczyk, a tu dupa! Nawet „klick” nie słychać! Nie startuje, skubany! Otworzyłem drzwi i spojrzałem zdziwiony na Ensio? On ziewając wziął do ręki duży śrubokręt.
– Wrzuć na luz i przekręć kluczyk na start – powiedział.
Otworzył maskę i mówi, że tu po lewej stronie jest start rele, które czasami stanie w takiej pozycji, że nie zaskakuje. Jest to typowe dla fordów. Do rele do- chodziły dwa grube i dwa cienkie kable. Ensio zwarł śrubokrętem jeden gruby z cienkim i jednocześnie, gdy poleciały iskry, silnik zapalił! O! taki hokus-pokus! Ensio podniósł z uśmiechem śrubokręt do nosa i mówi, że za piątkę może mi sprzedać ten śrubokręt jako zapasowy klucz. Dałem mu piątkę, bo sama lekcja była cenniejsza. Wieczorem w restauracji zauważyłem, że dwóch młodych chłopaków siedzi blisko sceny. Wykapowałem, że dzisiaj będzie przesłuchanie.
– Cześć Antti – zadał znowu Jurek w kuchni.
– Zagramy na początku dwie bossa novy, bo ty ładnie je grasz, a potem ci nowi wejdą po kolei i zagrają po dwa utwory – będziesz ich słuchał, dobra?
W restauracji nie było ludzi i po dwóch utworach usiadłem pod oknem. Kan- dydaci próbowali szczęścia. Jurek nie skomentował ich, ale wziął telefon od jednego mówiąc, że zadzwoni. Zaczął się ostatni tydzień i na giełdzie spotka- łem znowu Andrzeja Czernickiego tym razem z Magdą, która śpiewa i dorabia również jako krupier w hotelu Continental. Po krótkiej gadce pojechaliśmy do portu zobaczyć, czy Polacy z promu mają tanie fajki. Wyjście było obstawione dzisiaj celnikami i nikt nie ryzykował.
– O! A ta baba to wynosi pod kiecką. Czasami i dwa, trzy litry – powiedział Andrzejek.
– Zobacz, nikt za nią nie idzie. Podjedziemy?
– Nie, pewnie ma już zaklepanego odbiorcę bo zapie...la jak motorek – dodała Magda, śmiejąc się.
– A wiesz co? Janusz „Burwil” przeprowadził się z Tampere do Helsinek – dodała.
– Coś słyszałem o nim.
Po ostatniej chałturze podziękowałem Leenie i Jurkowi za robotę, zaznacza- jąc, że nigdy nie wiadomo, może nasze drogi jeszcze się zejdą. Następnego dnia podjechałem do sklepu MS-Audiotron, którego właściciela przezywano „Saara” i kupiłem luzem dwie struny „G”, bo w innych sklepach sprzedawano tylko całe sety (komplety). Słoneczko świeciło i do Tampere przejechałem w niecałe dwie godziny.




Seli Urban Quartet
tanąłem przed restauracją na chodniku i windą na górę. Fajna restau- Sracja stwierdziłem, widząc, jak tu jest przytulnie. Nad sceną i nad parkietem wisiały duże kwadraty ze styropianu obciągnięte materia- łem w różnych kolorach, tłumiąc akustykę. Z okien był widok na wodospad Tammerkoski. Wciągnąłem kolumnę i wzmacniacz na scenę. Zbyszka i pał- kera jeszcze nie było, wszedłem zgłodniały do kuchni i przedstawiłem się
Tampere, czerwiec 1977, restauracja Hämeensilta
w slangu z Tampere.
– Morro! Jestem z nowej orkiestry – i spytałem czy jest możliwość dostać coś
ciepłego do jedzenia. Nie było problemu. Chyba po półgodzinie zjawił się naj- pierw Lasse Virén, a w chwilę po nim Zbychu. Całe szczęście, że on miał Ham- monda składaka, bo inaczej nie zmieściliby się w windzie. Szybko wnieśliśmy jego malutkie kolumny Dynacord Moskito i dwuczęściowe leslie.
– Zgrabnie nam to poszło – powiedziałem, gdy wszystko było już podłączone.
Tym razem w mieszkaniu na rynku nie było polskiej kapeli. Wieczorem od- waleni w nowe kowbojskie koszule zaczęliśmy pierwszą godzinę bez Seli. Le- ciałem z kapelusza za Zbyszkiem i gdy schodziliśmy na przerwę podszedł Marek Rudnicki, którego spotkałem wcześniej w sklepie muzycznym. Pogadali- śmy dobrą chwilę i gdy z kuchni wyszła Seli, zaczęliśmy drugi blok. Seli śpiewa- ła fiński repertuar oraz parę discowych kawałków, a pod koniec zaśpiewałem dwa wolniaki i przerwa. Schodząc ze sceny, Seli zaproponowała Zbyszkowi, aby jutro zrobić jakąś nową humppę Jäktän Humppa. Często puszczali ją w radiu. Pałker Lasse był małomówny i nie przeszkadzał na bębnach. Na następnej przerwie dowiedziałem się, że Marek też ma na imię Andrzej, ale Finom łatwiej wypowiedzieć Marek. Przedstawił mi swoją żonę Rauni, która tutaj pracuje, ale dzisiaj ma wolne i jest tu gościem. Ze Zbyszkiem dogadaliśmy się o funkcjach w utworze Pepe Wilberga Aamu i polecieliśmy go jako pierwszy po przerwie. Marek tańczył z żoną blisko sceny i pochwalił mnie.
– O! ładnie to zagrałeś.
Ukłoniłem się z uśmiechem klezmera „five”. Po graniu Seli zaproponowała,
aby jutro w dzień zrobić zdjęcia zespołu.
Po kilku dniach grania spotkałem ponownie Marka w sklepie muzycznym
i dowiedziałem się, że w Tampere mieszka kilku Polaków, m.in. trębacz Andrzej 263


Moje życiowe zwrotki i refreny
Nowak, saksofonista Lucek Czaplicki i wspa- niale śpiewający piani- sta, Edek Stycz.
Seli Urban Quartet, od lewej: Seli Urban, Andrzej Andre Janczak,
Zbigniew Urban, Lasse Virén powiedział, że przyszły
miesiąc jest zaklepany w Kuopio w hotelu Puijonsarvi, a sierpień w Heinoli, w restauracji Seurahuone. – O, dwa miesiące naprzód wiadomo, gdzie będziemy rzeźbić – ucieszyłem
się.
Zbyszek natomiast zakłopotał się, że trzeba będzie znaleźć nowego pałke-
ra, bo Lasse nie pojedzie tak daleko od Tampere. Dogadali się jednak, że zagra z nami jeszcze w Kuopio.
– A co myślisz o Andrzeju Czernickim, on był bez roboty. Słyszałeś go? – spytał Zbychu.
– Nie, nie wiem jak gra. Nigdy go nie słyszałem. Zadzwoń i spytaj, czy jest wolny.
Bez dalszych namysłów Zbychu zadzwonił do Helsinek i po krótkiej roz- mowie Czernicki załapał się z nami na sierpień. W nocy w radiu rozpoznałem sound, puszczali nowy utwór Voulez-Vous zespołu ABBA. Spiker powiedział, że małżeństwa w ABBA rozwiodły się, ale nadal współpracują ze sobą. W ostat- ni wieczór Zbyszek zaproponował, że może zabrać moją kolumnę basową do swojej przyczepy, to nie będę musiał się gimnastykować z nią w mustangu.
– O dziękuję! A jak będzie ze zwrotem za podróż – spytałem.
– Jak zabierzesz ze sobą Lasse, to ja nie będę musiał jechać wtedy przez Tam- pere, tylko dam od razu z Hämeenlinny do Kuopio.
– Dostaniesz normalnie za kilometry. OK? – W porządku – zgodziłem się.
Znając już tutejsze układy po ostatnim pobycie w marcu z Jurkiem, zajecha- łem na parking dla personelu za rogiem. Gdy wszedłem do recepcji, poznali mnie od razu. Po krótkim przywitaniu się, dali nam klucze do mieszkania.
264
Kuopio, lipiec 1977, hotel Puijonsarvi
– Załóżcie może jakąś Polonię tutaj – zażartowałem.
– A wiesz, że to nie jest głupi pomysł – za- stanawiał się Marek.
Piętnastego posze- dłem z Urbanem do miejscowej agencji Pukero po forsę. Agent
ARCHIWUM ZBYSZKA URBANA


Seli Urban Quartet
Wchodząc, pokazałem Lasse ten napis po włosku na ścianie i przetłuma- czyłem, co to znaczy. Po dwóch godzinach dojechał Zbyszek z Seli swoim mercedesem i zaparkował obok mnie. Granie tutaj było krótkie i o wpół do pierwszej było już po ptokach. W mieście, w restauracji za rogiem, grali zna- jomi z Tampere z Seitsemän Säinahullua Veljestä. W centrum przy rynku grali Polacy z Krakowa, a w hotelu Kuopio, tam gdzie malowaliśmy organy Witka, grała Ilona Trio. Na obiedzie Zbyszek zakomunikował nowinę, że spotkał w Sokosie polskie Duo Steve i coś tam jeszcze. Powiedzieli mu, że spotkali jakieś trio z Łodzi grające tylko w dwie gitary i bębny. Któż to może być, zastanawiałem się.
– Odważni są, jeśli grają w takim składzie w Finlandii – dodałem.
– A skąd to duo jest – spytałem Zbyszka.
– W zasadzie Steve nazywa się Szczepan czy Stefan „Dudek” i gra na saxie, oni
są chyba z Piotrkowa.
– O! to chyba go znam – zadałem.
Ze Szczepanem grałem w Polsce jedną chałturę, tuż przed wyjazdem, przy-
pominałem sobie. Reszta miesiąca minęła szybko.
Gdy się zatrzymałem przed restauracją, był już wieczór. Idąc po schodach, usły- szałem, jak ktoś gra na bębnach.
Heinola, sierpień 1977, restauracja Seurahuone
– Cześć! – widząc mnie, krzyknął Andrzejek.
Podbiegł z wielkim uśmiechem i uściskał mnie jak brata.
– Cześć ty aparacie – powiedziałem patrząc na jego kolorową apaszkę pod
szyją i zapałkę w zębach.
– Cześć! – odezwał się Zbychu z drugiego końca sceny.
– Zaczynamy grać o ósmej – dodał, rozplątując kable do mikrofonu. Położyłem pokrowiec z basem na scenie i poprosiłem Andrzeja, aby pomógł
mi wnieść kolumnę po schodach.
– Ale ty to masz rakietę – zachwycał się ponownie mustangiem Andrzejek. Potem pomogliśmy Zbyszkowi wnieść organy i leslie. On podłączył aparatu-
rę wokalną i spróbował mikrofon Seli. Andrzejek usiadł za bębnami i zaczął coś poprawiać przy werblu. Ci perkusiści zawsze coś tam grzebią w tych bębnach.
– Zbychu, idę jeszcze na dół po statyw, a gdzie jest nasze mieszkanie?
– Za rogiem, z tyłu restauracji na parterze.
– Dobra.
Wjechałem w podwórko i stanąłem między mercedesem Zbyszka a isuzu
combi Andrzeja. Z klatki wyszła akurat Seli.
– Moi Andre – i zaczęła czegoś szukać w bagażniku mercedesa.
Po wejściu do środka zauważyłem, że to raczej jest piwnica niż parter
z małymi oknami pod sufitem. W pokoju były dwa łóżka, niski stół z fotela- mi i jedna szafka. W korytarzu toaleta z prysznicem. Wniosłem swoją walizę
265


Moje życiowe zwrotki i refreny
i powiesiłem na wieszaku służbowe ciuchy, aby się wyprostowały. Wyciągną- łem z bagażnika statyw, torebkę z kablami i poczłapałem do restauracji. Zby- szek tłumaczył coś tam Czernickiemu, o jakie granie chodzi na hi-hacie w tych discowych numerach. Podłączyłem wzmacniacz i ustawiłem statyw z mikrofo- nem na krawędzi sceny.
– Zbychu daj mi „A” – i zacząłem się stroić.
Scena była przestronna i nawet niezła akustyka.
– Można podkręcić aparaturę trochę więcej? – spytałem Urbana, próbując
mikrofon.
– Raz, dwa, test, test, szaa, szaa.
– O! teraz jest lepiej, daj trochę mniej echa na mój mikrofon, o tera je OK.
– Chodźta, przelecimy raz-dwa taki utwór, do którego Seli spisała sobie wczo-
raj tekst – zaproponował Zbychu.
– Co to jest?
– Sunshine Day Osibisa, lata teraz w radio po fińsku... Mitä teetkin ja mihin
– Z czego to grasz?
– Z „A” – dodał Zbychu i nabił.
– Wesoły numer nie? A mógłbyś podśpiewać jej w refrenie? Seli da ci tekst.
– Dobra.
– A te kolumny Peaveya za twoimi plecami też są podłączone? – spytałem.
– Ta, to są odsłuchy, bo Seli czasami narzeka, że się nie słyszy.
– Pojat, ruoka on valmis (chłopaki jedzenie jest gotowe) – zawołała w tej
meetkin...
samej chwili Seli, stojąc w drzwiach od kuchni.
Poszliśmy jeść.
– Podobno tutaj przychodzi dużo młodzieży – powiedziała Seli siadając.
– No to fajnie – ucieszył się Andrzejek, zacierając ręce.
– Czyli możemy pograć trochę głośniej – dodał Zbychu.
– A co robi teraz Arthur – spytałem Andrzejka.
– Gra w Kotce w trio Akset z Darkiem Witkowskim i Kaziem Kawką.
– O, mam dla ciebie służbową koszulę od Lasse – powiedziała Seli.
– Wyprana?
– Niee, zachowałam rockowe wypociny Lasse dla ciebie – żartowała Seli.
Po krótkim odpoczynku w pokoju ocknąłem się i widzę, że Andrzejek w ciem-
nych okularach na nosie był już odpieprzony na chałturę. Oczywiście z apasz- ką podwiązaną pod szyją.
– Kurczę, trochę za krótkie rękawy po tym fińskim perkusiście – powiedział, widząc, że otworzyłem oczy.
Ochlapałem się wodą i wpuściłem krople do oczu, aby szkła kontaktowe mnie nie piekły. Dochodziła już 19.30. Przebrałem się i z papierosami w gębie poszliśmy do kuchni na kawę. Po chwili przyszedł Zbyszek.
– Dobra, chodźta, idziemy grać. 266


– „Diabeł” zobacz na lewo!
Seli Urban Quartet
Zakładając bas, spojrzałem dookoła po restauracji, prawie wszystkie stoliki były zajęte.
– Ale wiary od początku – powiedziałem do Andrzeja, sprawdzając flażoleta- mi strój basu.
– Valssi, faraon („F”) y-ka ko, y-ka ko – i polecieliśmy w kierat.
Natychmiast większość stęsknionych tańca wypełniła parkiet. Kątem oka wi- działem, jak Andrzejek uśmiechał się od ucha do ucha i nadal przygryzał za- pałkę. Nie zdążyliśmy dograć do końca, gdy z tyłu usłyszałem, jak Andrzejek krzyknął.
Odwróciłem się do niego, a Andrzejek podniósł pałkę i pokazał mi, o kogo mu chodzi. Gdy po piętnastu minutach weszła na scenę Seli, Urban zaproponował na pierwsze ten nowy utwór Osibisa. Seli dała mi kartkę ze słowami i polecie- liśmy. Nie wiedziałem, że to jest aż tak popularne. Wiary na parkiecie było od razu pełno. W refrenie posłuchałem, jak ona dzieli te fińskie słowa i za drugim razem dołączyłem się. W przerwie Andrzejek poleciał na dół do chaty, domy- ślałem się po co, a my do kuchni na kawę. W następnym bloku jakiś cizio męczył Seli o rokkia (rock’n’rolla). Na następnej przerwie weszło dwóch Polaków. Był to Marek Koczy z Poznania z kolegą z zespołu Ceavings. Po krótkiej gadce do- wiedziałem się, że on jest z wykształcenia lutnikiem i naprawia instrumenty oraz stroi pianina. Po ostatniej przerwie na parkiecie trochę się przerzedziło. Gdy zrobili valomerkki, Seli powiedziała, że jutro zrobimy zdjęcie zespołu. Po drodze na schodach wesołe towarzystwo zaczepiło Czernickiego i koniecznie chcieli z nim pogadać. Po chwili przyszedł Andrzejek i siadając obok na łóżku, przypalił:
– A wiesz co? Gdy Zbychu zadzwonił do mnie w sprawie grania i powiedział, że na basie gra Andrzej Janczak, to nie miałem pojęcia kto to. Dopiero gdy po- wtórzył, że „Diabeł” z Vox Remedium, to mi się rozjaśniło. Na giełdzie Danka zawsze nazywała was „świry”, a na ciebie mówiła „Ten Diabeł”.
– Tak, większość muzyków zna mnie tylko z pseudonimu.
Przed zgaszeniem lampki spojrzałem na zegarek. wtykając go prawie w oko. Och, była prawie trzecia w nocy. Znowu.
Następnego dnia „rano” słoneczko świeciło i po kawie poszliśmy na górę
zrobić zdjęcie przy fortepianie.
Potem wyszedłem na miasto po pocztówki. W drodze powrotnej wyjąłem
z bagażnika aktówkę z adresami i innymi mądrościami. W pokoju nie było nikogo, pewnie też łażą po mieście. Korzystając, że łazienka jest wolna, umyłem czuprynę i przyciąłem trochę brodę. Usiadłem na łóżku i napisałem dwie kartki, jedną do mamy i siostry, a drugą do Maćka Czaja. Po czwartej zwaliła się reszta wiary i po pochwaleniu się, gdzie to oni nie byli i co tam kupili, poszliśmy na je- dzenie. W sali dla personelu siedziała jedna kelnerka, wsuwając swoją porcję i Seli zagadała do niej.
267


Moje życiowe zwrotki i refreny
– Czy u was zawsze jest tak dużo gości?
gnetofon z pokoju i nas nagrał.
– O! fajnie – podchwycił Czernicki.
Nie trwało długo, gdy Zbychu przytaszczył swój kombajn stereo. Sam miałem
podobne stereo, ale zostało w Tampere w przyczepie, a w moim małym kase- towcu był czas oczyścić głowicę, bo zaczął grać nasalnie. Oryginalne mikrofony od stereo Zbyszka miały krótkie kable, więc musieliśmy położyć magnetofon przed sceną na krześle. Ja znalazłem na zapleczu kawałek sznurka i zaczepia- jąc go za gwóźdź nad sceną, przywiązałem jeden mikrofon na wysokości głowy.
– Dobra, to ten drugi zawiesimy na tej lampie – dodał Zbychu.
Włożył kasetę i wcisnął pauzę, okazało się, że magnetofon ma tylko nagrywa- nie automatyczne.
– Dobra jest, spróbujemy, jak to wyjdzie – powiedział.
Zagraliśmy jeden utwór Seli i Zbyszek cofnął trochę i założył słuchawki. Po chwili słuchania dał je Seli, mówiąc, że idzie wysłuchać. Polecieliśmy jeszcze kilka utworów i gdy Seli poszła, dograliśmy sami moją improwizację Winter. Wieczorem po graniu siedzieliśmy w pokoju i słuchaliśmy dość długo. Po oczyszczeniu głowicy w moim magnetofonie od razu przegrałem kilka utwo- rów. Tydzień dobiegł końca i w sobotę Zbychu i Czernicki zameldowali, że oni po graniu jadą prosto do domu. Czyli w niedzielę będę rządził się sam. Zobaczę,
268
Ona po przełknię- ciu odpowiedziała, że zawsze jest dużo ludzi, kiedy nowa orkiestra zaczyna. Potem jest już normalnie. Rzeczy- wiście, tego wieczoru gości było już w miarę. Następnego dnia posze- dłem na pocztę wysłać pocztówki i gdy wró- ciłem, usłyszałem, jak Zbychu znowu ćwiczy z Andrzejkiem disco na hi-hacie. Włączając bas, zaproponowałem im, że może przelecimy ten
Seli & Urban Quartet, od lewej: Andrzej Andre Janczak,
Andrzej Czernicki, Seli Urban, Zbigniew Urban mój wolny utwór Fran-
kie Valli z Four Seasons, My Eyes Adored You. Śpiewałem go wcześniej i publika lubiła to. W czasie próby przyszła Seli i słuchając z boku, zaproponowała Zbyszkowi, żeby przyniósł ma-


– Biedny chłopczyk – współczuła mi.
Seli Urban Quartet
co grają w kinie, może pójdę. Wychodząc spotkałem Marka z zespołu Ceavings. Wróciliśmy się, aby wypić po kawie. Był zainteresowany moim mustangiem. Opowiedziałem mu w skrócie, jak to się stało, że kupiłem właśnie to, a nie inne auto. Nadmieniłem też o moim klejonym gryfie w basie. Marek obejrzał go i mówi, że na klejenie nic nie można poradzić, ale gryf należy trochę wyprosto- wać. Poprosiłem, aby był ostrożny. Poluźniłem struny i odkręciłem na główce plastikowy napis. Marek włożył tam klucz w środek gryfu (truss rod) przegina- jąc go na kolanie.
– Teraz dokręcaj – powiedział przez zęby i nadal cisnął, ile tylko miał siły.
– O! Poprawił się – powiedział patrząc jednym okiem wzdłuż gryfu. Nastroiłem i poczułem, że struny leżą bliżej gryfu. Wieczorem będzie radocha. – Jedzenie gotowe! – krzyknął Zbychu, uchylając drzwi od kuchni.
– Już idę.
– Dobra Marek, jeszcze raz dziękuję. Idę na żarcie.
– Co dobrego dzisiaj serwują? – spytałem siadając.
– Smażoną wątróbkę – odparła Seli nalewając mleko.
Po posiłku przepiliśmy kawą, paląc na deser.
– No, zaraz trzeba iść i przebrać się w służbowe ciuchy – powiedział Andrzejek. W chacie, już przebrany, spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że zdążę jesz-
cze wypalić jednego. Wychodząc z pokoju, usłyszałem, jak coś się drze. Spojrza- łem na prawy rękaw koszuli, był rozdarty na 5 cm w szwie w nadgarstku. Cho- lera, ale pech. Aby ją teraz zeszyć, nie ma czasu. Pobiegłem do kuchni i w kasie poprosiłem dziewczynę o spinacz do papieru, pokazując jej rękaw.
Gdy próbowałem jedną ręką spiąć szew, okazało się to dość trudne. Ona widząc to, zaoferowała mi swoją pomoc. Po chwili pobiegłem na scenę. W re- stauracji było dużo ludzi. Andrzej przygryzał zadowolony zapałkę, a okoli- ca jego stołka wyglądała, jakby siedział w tartaku lub u stolarza w trocinach. Cały wieczór grało mi się z poślizgiem. Na ostatniej przerwie podszedł do mnie jeden Fin z rzadkim wąsem i powiedział, że siostra jego dziewczyny pyta, czy miałbym czas usiąść z nimi na chwilę.
– Oho? – Spojrzałem na niego zdziwiony, bo tego typu zaproszenia należały do rzadkości.
On miał może trochę ponad dwadzieścia lat i jasną, nieuczesaną czuprynę. Typowy Fin. Spojrzałem na zegarek, miałem jeszcze dziesięć minut przerwy, więc poszedłem za nim do stolika. Rozejrzałem się dookoła i siadając, schowa- łem przezornie prawą rękę.
– Cześć ja jestem Tuula – powiedziała ta rudowłosa, podając mi rękę przez stół.
– Terve mä on Andre – odpowiedziałem.
– A to jest moja młodsza siostra Kaisa – dodała. – Moika – przywitałem się.
269


Moje życiowe zwrotki i refreny
– Bardzo fajnie gracie – dodała rozbra- jająco ta ruda.
– Kiitos – odpowiedziałem trochę zażenowany.
– A ja jestem Kari.
Teraz obie roześmiały się, pokazując zadbane białe zęby.
Nuty klezmerskiego sygnału
Przytakując mu głową, spojrzałem na scenę, ale chłopaków jeszcze tam nie było.
– Ta solistka to chyba Finka, a ty skąd jesteś? – spytała Tuula.
– Ja i reszta zespołu jesteśmy z Polski – odpowiedziałem.
– Andre czy mógłbyś jeszcze raz zaśpiewać nam Feelings? – poprosiła siostra
Tuuli.
– OK, masz załatwione – odpowiedziałem, słysząc jak Andrzejek zasiadł za
bębnami i zagwizdał klezmerski sygnał, uderzając znacząco w centralkę. Obiecałem, że gdzieś w środku bloku zaśpiewam im. Pożegnałem się i chodu na scenę. Założyłem basówkę i Seli powiedziała, że na pierwsze będzie tango Kotkan Ruusu. W mgnieniu oka na parkiecie zrobił się tłok. Po drugim tangu za- graliśmy dwa szybsze kawałki. W połowie bloku powiedziałem Seli, że wiara
prosiła jeszcze raz o Feelings.
– No to śpiewaj – odparła, odkładając tamburyn.
Na drugie Seli zaśpiewała Kuin Aika On. Potem ja All I Ever Need Is You Toma
Jonesa.
Chałtura dobiegała końca i gdy zaczęliśmy ostatniego walca, do sceny pod-
szedł znowu Kari, i pyta, czy mam ochotę iść do nich na piwo. Zastanawiając się przez chwilę, kiwnąłem mu przytakująco głową. Seli podziękowała gościom za miły wieczór i zaprosiła ich ponownie na poniedziałek. Oparłem basówkę i wy- łączyłem wzmacniacz. Zdjąłem mikrofon ze statywu i schowałem do futerału za kolumną. W chacie wskoczyłem w jeansy i po przyczesaniu czupryny założy- łem moją ulubioną koszulę Wranglera. Przed restauracją na chodniku i jezdni stało sporo ludu, czekając na taksówki. Z daleka zobaczyłem tę rudą czuprynę Tuuli. Podszedłem do nich i spytałem:
– W którą stronę idziemy?
Kaisa, siostra Tuuli, odpowiedziała, że oni mieszkają niedaleko.
– Weźmiemy jednak taksówkę – powiedział Kari.
– To jednak daleko? – spytałem go na wszelki wypadek.
– Niee – odpowiedziała Tuula – ale ja nie mam siły iść.
– No to pojedziemy moim autem – zaproponowałem – bo wracać pieszo mi
się nie uśmiechało. – Wrócę za minutę OK?
Poszedłem szybkim krokiem na zaplecze restauracji i wsiadłem do auta. Podpompowałem i przekręciłem kluczyk. Brrruuum!! Wrrum! wrrrum! Ale
grzmot, pewnie obudziłem wszystkich w hotelu. Na tym betonowym podwórku 270


Seli Urban Quartet
Andrzej Czernicki
Zbigniew Urban
Andrzej Andre Janczak
271
ARCHIWUM AUTORA
ARCHIWUM AUTORA
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
opony zapiszczały, więc szybko wyjechałem, żeby nie oberwać jutro od gospo- darza. Gdy skręcałem pod restaurację, jechał przede mną czerwony dodge charger. Skojarzyłem sobie ten widok z jakimś filmem. Letnia noc, pełno młodej wiary na ulicy i amerykańskie auta powolutku się turlają. Stanąłem przed Kaisą i przechyliłem przedni fotel do przodu. Kari z Tuulą zaczęli się wciskać na tylne siedzenie. Gdy podniosłem oparcie, Kaisa wskoczyła na przednie siedzenie jak wiewiórka, zatrzaskując szybko drzwi.
– Dokąd? – spytałem.
– Jedź prosto. Daj tu teraz w prawo – dyrygowała. – Następna znowu w prawo i trzeci drewniak to nasz dom.
Zaparkowałem na bocznej ulicy i gasząc silnik, zaciągnąłem ostrożnie ręczny hamulec.
Z wysiadaniem była odwrotka tego cyrku co przy wsiadaniu.
– Apua! (Pomocy) – żartowały obie.
– Cicho! – uciszał je Kari.
– Andre! Chodź – zamamrotał Kari, starając się otworzyć drzwi. – Zamknij gębę – dodał słysząc nadal chichot Tuuli.
W końcu Kari otworzył drzwi, i zapraszał nas z przesadnym ukłonem do środka.
Mieszkanie było bardzo małe. Jeden malutki pokoik z kuchnią. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, jak oni we trójkę się tu mieszczą? Ale szybko przypo- mniało mi się, że w The Vox Remedium też spaliśmy kilka miesięcy w jednym pokoju i to w piątkę. Kari otworzył lodówkę i wyjął cztery piwa.
– Siadaj – powiedział, podając mi butelkę.
– Chcesz szklankę – spytała Kaisa?
– Ei kiitos – odparłem.
Przy stole w kuchni były tylko trzy krzesełka. Ja i Kaisa usiedliśmy na swoich,
a Kari walnął się ociężały na trzecim. Po chwili wróciła Tuula i pytając, które jest jej piwo i usiadła Kariemu na kolanach.
– Na zdrowie i dziękuję za zaproszenie – powiedziałem z uśmiechem.
Spojrzałem na etykietkę, była to trójka Lapin Kulta. Wiedziałem, że jestem autem i mogę walnąć najwyżej jedno słabe.
– Here in Scandinavia, summer is short and nights too – powiedział Kari ni stąd, ni zowąd po angielsku z fińskim akcentem.
– Yes, you’re right – odparłem.
– Andre, jak długo jesteś w Finlandii?
Odpowiedziałem, że już kilka lat minęło. Pochwalili mnie, że mówię dobrze
po fińsku. Rozmawialiśmy o tym i owym, i raptem było już po trzeciej. Posie- działem jeszcze chwilę i dziękując za zaprosiny, powiedziałem, że czas już na mnie.
– Wpadniemy do was na pewno za tydzień – krzyknęła Kaisa, gdy byłem już w drzwiach.
272


– Za chwilę jestem gotowa!
Seli Urban Quartet
Zapaliłem mustanga i cofnąłem się do głównej ulicy. Dojeżdżając do rynku, stanąłem na skrzyżowaniu pod światłami. Gdy czekałem na zielone, obok pod- jechał czarny plymouth i dał parę razy porządnie w gaz. Spojrzałem na lewo, a pasażer wychylił się przez okno i zaproponował mi zawody, kto pierwszy przejedzie skrzyżowanie na zielonych. Oszaleli czy co, pomyślałem, wrzucając odruchowo jedynkę. Pewnie zobaczyli, że mam z tyłu kołek – to będzie dla nich łatwizna.
– No? – zachęcał nadal ten Fin.
Przyznam się, że kilka razy w Helsinkach, gdy stałem na prawym pasie, to dałem porządnie w gaz i jak do tej pory zawsze byłem pierwszy za skrzyżowa- niem. Widząc, że zapala się żółte, w ułamku sekundy przycisnąłem hamulec i piętą dodałem gazu. Popuściłem trochę sprzęgło, czując kiedy bierze, spojrza- łem na niego i kiwnąłem mu przytakująco głową. W następnej sekundzie zapa- liło się zielone i ja odsunąłem tylko lewą nogę ze sprzęgła na bok i wdepnąłem w gaz, zwalniając hamulec. Rozległ się niesamowity pisk opon i silnik zawył jak wściekły lew. Trzymając gaz do dechy, poczułem, jak wcisnąłem się w siedze- nie. Wszystko stało się tak szybko, że dopiero po zdjęciu nogi z gazu widzę, że Finowie są za mną. Nadal z niesamowitym wyciem silnika, wyhamowałem. Fi- nowie zrównali się ze mną i krzyczą przez okno, że może spróbujemy jeszcze raz i wjechali mi przed nos. Ponieważ musiałem skręcić do restauracji na lewo, uderzyłem raz w sygnał i wjechałem na podwórko. Zwariowałem czy co, pomy- ślałem sobie. Wyścigów mi się zachciało! Było już wcześnie rano. W chacie za- stałem otwarte drzwi i dziewczynę z odkurzaczem. Ona, widząc mnie, starała się przekrzyczeć odkurzacz.
Przytaknąłem jej głową i biorąc ręcznik, poszedłem do łazienki. Gdy wró- ciłem, odkurzacza i jej już nie było. Nastawiłem budzik na drugą po południu i zamknąłem oczy. Brrr! Brrr! Brrr! Wziąłem budzik w rękę i przycisnąłem wy- łącznik, nastała znowu cisza. Wiedząc, że za trzy minuty znowu zadzwoni, wci- snąłem twarz w poduszkę. Powtórzyłem to kilka razy, aby ukraść jeszcze trochę snu. Później głodny wszedłem do kuchni. Uśmiechnąłem się przemile do ku- charki i spytałem, czy mają czas usmażyć mi coś. Najedzony i po kawie, wraca- jąc, sprawdziłem, czy nikt nie ruszał nam gratów na scenie. W restauracji nie było żywej duszy. Siedząc potem w pokoju z fajką w gębie, usłyszałem po chwili znajomy mi głos.
– Cześć „Diabełku” – powiedział Andrzejek, wchodząc do pokoju.
– A co ty tak wcześnie wróciłeś? – spytałem, gdy usiadł.
– A kurczę, miałem trochę jaja z kobitą w domu, aż w końcu trzasnąłem
drzwiami i wyszedłem.
Nie pytając o przyczyny, zaproponowałem, abyśmy poszli na kawę. Gdy wró-
ciłem z kubkami na scenę, Andrzejek zaczął kręcić przy bębnach a ja włączy- łem bas i sprawdziłem strój. Poćwiczyłem przez chwilę slap bas, uderzając
273


Moje życiowe zwrotki i refreny
kciukiem w struny i lecąc oktawami do góry gryfu, zauważyłem, że gdy docisnę ciut mocniej, to wiosło zmienia strój. Obejrzałem to sklejone miejsce na gryfie i na oko wszystko wyglądało OK. Ale coś jest nie tak. Trzeba będzie rozejrzeć się za podmianką. Około osiemnastej zjawił się Zbyszek z Seli.
– Cześć! – powiedziała zaglądając przez drzwi. – Cześć!
– Jedliście już?
– Nie – odpowiedziałem
– No to pójdę na górę coś zamówić.
– OK.
– A wieta co? Dałem dzisiaj plamę – zameldował Andrzejek. – Po kilku kilo-
metrach za Helsinkami czuję, że auto nie ciągnie jak trzeba i w lewym lusterku widzę lekki dym z tylnego koła. Stanąłem i oglądam. Felga była gorąca. Polałem trochę jaffą z butelki i poleciała para. Zdziwiony, zerknąłem na temperaturę wody, ale była OK. Dopiero teraz zobaczyłem, że mam zaciągnięty ręczny ha- mulec!! Dobrze, że nie przejechałem tak całej drogi.
Po chwili siedząc w kuchni przy stole Zbyszek powiedział, że ma kiepską wia- domość. Jak do tej pory nie mamy jeszcze zaklepanej pracy na przyszły miesiąc.
– Jest jeszcze tydzień czasu – zareagowałem.
– Tak, ale my zdecydowaliśmy się jednak na urlop w przyszłym miesiącu – odparł Zbychu.
Zapanowała cisza.
– Dawno nie mieliśmy wolnego i przez ostatnie lata graliśmy ciurkiem – tłu- maczył dalej Zbychu.
Andrzejek nie odezwał się ani słowem, sam też za bardzo nie wiedziałem, co powiedzieć. Podczas posiłku powiedziałem Zbyszkowi, że o ile trafi mi się jakaś chałtura na wrzesień, to ją wezmę. Zbychu kiwając przytakująco głową, prze- tłumaczył to Seli.
– A mnie to jeden czort, wezmę bezrobotne i będę siedział na giełdzie – jęknął w końcu Andrzejek.
Następnego dnia w południe wziąłem notes z numerami telefonów i zostawi- łem wiadomość u wszystkich agentów, że jestem wolny od przyszłego miesiąca. W głowie kręciły mi się różne pomysły. A może Markku Aartio w Tampere miałby dla mnie robotę w sklepie muzycznym? Zadzwoniłem z rozpędu do Kari Tapio i też zostawiłem mu cynę. Według niego to on kończy te letnie chałtury, ale gdy coś wypadnie, to obiecał, że mnie znajdzie przez Hertella. Następne dni minęły na zwisie. Na urlop do Polski mnie nie ciągnęło, bo latem większość kolegów wy- jeżdżała na chałturki. Poprosiłem również Andrzeja, aby puścił cynę na giełdzie, gdy pojedzie do Helsinek. We wtorek, gdy wchodziłem do kuchni, zaczepiła mnie dziewczyna z kasy i mówi, że był telefon do mnie może z godzinę temu.
274
– A czy zostawiono jakąś wiadomość?
– Nie, ale ta osoba ma zadzwonić później wieczorem.


Seli Urban Quartet
– Kiitos – podziękowałem jej, zastanawiając się, kto to mógł być. Dodałem, że o ile będzie następny telefon, to jestem w jadalni.
– Dobra, zawołam cię – zapewniła mnie.
W drugiej przerwie ledwo co usiadłem na dupie, zjawiła się w drzwiach ta dziewczyna z kasy.
– Andre, telefon do ciebie.
Poszedłem za nią i podniosłem słuchawkę.
– Halo.
– Czy Andrzej Janczak? – spytał mnie męski głos.
– Tak, słucham.
– Tu mówi Kasimir Kawka. Słuchaj, nasz basista Darek odchodzi do Seppo
Närhi ja Kurimus i potrzebujemy śpiewającego basisty od przyszłego miesią- ca. Słyszałem w agencji u Hertella, że ty będziesz wolny od września. Interesu- je cię to?
– A wy gracie w trio czy w kwartecie – spytałem. – W trio.
– Przez Hertella?
– Tak.
– A gdzie będziecie grać w przyszłym miesiącu?
– Mamy zaklepane jeszcze dwa miesiące pod rząd w hotelu Aulanko w Hämeenlinnie.
– A jaki stawki macie?
– Noo, te normalne co Hertell płaci wszystkim, 160 na głowę. Czasami są jakieś boki.
– A ty znasz Zbyszka Urbana? – spytałem go, nie wiem dlaczego. – Tak, obaj mieszkamy tu w Hämeenlinnie.
– No, bo ja właśnie gram z nim teraz.
– Tak, wiem. No to co, zgadzasz się?
– Dobra. A kto gra na klawiszach?
– Arhtur Kraśko, jest naprawdę dobry.
– To od kiedy zaczynamy?
– Niby od pierwszego, ale to jest poniedziałek i wtedy mamy wolne. Dobrze
by było, gdybyś przyjechał już w niedzielę, to zrobilibyśmy małą próbę.
– Dobra Kaziu, to umawiamy się na niedzielę po południu w Aulanko, OK?
– No to dziękuję i do zobaczenia. Aha, pozdrów Zbyszka.
– Dobra, cześć.
Odetchnąłem głęboko i gdy wróciłem do jadalni, powiedziałem patrząc na
Zbyszka, że to dzwonił jego sąsiad Kaziu. Zbyszek spojrzał na mnie zdziwiony i spytał odruchowo po fińsku, co Kaziu chciał.
– Zaproponował mi robotę od przyszłego miesiąca. Masz pozdrowienia.
– On gra przecież z Arthurem i z Darkiem, co się stało? – spytał Czernicki i dodał: – Ja grałem z nimi zastępstwo w Helsinkach w restauracji Vanha Robert.
275


Moje życiowe zwrotki i refreny
Powtórzyłem to, co usłyszałem od Kazia, że Darek odchodzi do kapeli z Seppo Närhi.
– A to ten, co ma ten śmieszny przebój, Takki pois i dwa gwizdy.
– Tak, słyszałem to kiedyś – i patrząc na zegarek, powiedziałem: – O kurczę spóźniliśmy się trochę – i szybkim krokiem wyszliśmy.
Przegrałem cały blok i następne prawie jak automat, rozmyślając, jak to będzie w przyszłym miesiącu. Po chałturze pochwaliłem się im, że od północy zaczęły się moje urodziny i proszę mi tu winszować!
– Ależ oczywiście „Diabełku” – żartował Andrzejek i odśpiewali mi ze Zbysz- kiem sto lat, specjalnie z takim fałszem, że uszy mi zwiędły.
„Rano” zerknąłem na zegarek, była prawie jedenasta. Andrzej wyszedł z ła- zienki i wskoczył w ciuchy. Ja zapaliłem papierosa i włączyłem radio. Były akurat wiadomości. Z nagłówków wymienili, co się dzieje w świecie i w Finlan- dii oraz podali, że Elvis Presley zmarł dzisiaj mając 42 lata. Zaskoczony tą wia- domością uświadomiłem sobie, że on umarł w moje urodziny.
Ostanie dni minęły szybko. Czułem się, jakbym był na wakacjach, które już się kończą. W sobotę, po graniu, włożyłem służbową koszulę do plastikowej to- rebki i dałem Zbyszkowi. Może będzie pasowała na następnego basistę. Po zło- żeniu gratów podziękowałem im za współpracę, życząc miłego urlopu. Zbyszek z Seli wyjechali mercedesem zaraz po pracy. Andrzejek wahał się przez chwilę, co ma zrobić. Do chaty mu się nie śpieszy, bo to niedziela i kobita jest w domu. W końcu uścisnęliśmy sobie dłonie i wsiadł do swojego isuzu.
– Andrzej, pamiętaj o hamulcu ręcznym! – krzyknąłem do niego.
– Ha, ha, ha, to już zapamiętałem!
Już sam w chacie spakowałem się i po kawie w kuchni pożegnałem się z per-
sonelem. Po chwili znalazłem się na szosie. Gdy w Lahti skręciłem na Tampere, zaczął lekko padać deszcz i zauważyłem, że prawa wycieraczka jest do wymia- ny. Uważałem na drogowskazy, aby nie przegapić drogi do Hämeenlinny. Trasa była krótka, tylko 120 kilometrów. Ledwo co wjechałem na przedmieście, zo- baczyłem znak. Stało jak wół „Witamy w Aulanko”. Wąska droga między drze- wami przypomniała mi Mazury. Ogarnięty miłymi wspomnieniami z wakacji w Ostródzie, wiedziałem, że za chwilę rozpocznie się następny etap w moim życiu. Przygazowałem trochę, gdy raptem po lewej stronie ukazał się kilkupię- trowy hotel.


Axet
aparkowałem blisko głównego wejścia i wbiegłem po schodach do Zśrodka. Stanąłem w dużej auli. Na wprost na statywie był plakat, że Seppo Närhi Yhtye (grupa) gra w nocnym klubie, a w restauracji Axet Trio. Po prawej stronie była respa (recepcja), obok stał portier i rozmawiał z jakimś facetem. Podszedłem do nich, aby spytać, gdy ten z czarnymi kręcony-
Hämeenlinna, wrzesień 1977, hotel Aulanko
mi włosach spojrzał na mnie.
– Czy to ty jesteś Andrzej?
– Tak – odpowiedziałem, podając mu rękę.
– To jest nasz nowy basista – przedstawił mnie portierowi.
– Cześć, „Kassu” jestem, chodź, Arthur jest na scenie – i poszliśmy przez aulę
do restauracji.
– Tutaj po prawej jest nocny klub – dodał, gdy mijaliśmy zamknięte drzwi. Weszliśmy do restauracji. Była duża i wysoka. Po prawej stronie, na dwóch
schodkach, stała „ambona” kierownika sali, a po lewej duża scena.
– Ależ ta knajpa wielka – wymknęło mi się.
Wchodząc na scenę, poznałem z daleka Arthura. Siedział na końcu sceny za
pianem Rhodesa w słuchawkach. Widząc nas, wstał i zdjął je.
– Cześć – powiedział z uśmiechem, podając rękę.
– Cześć, znowu się spotykamy – odpowiedziałem.
– Ależ ci pióra urosły – dodałem, bo wyglądał jakby grał w Deep Purple. – No, tobie też wisi sporo na karku.
Po chwili zjawił się kierownik i „Kassu” przedstawił mnie. Kierownik przywi- tał mnie z uśmiechem.
– Mä on Pekka (jestem Pekka).
– Dobra chodźta na dół, to zdążymy jeszcze na żarcie – powiedział „Kassu”. Zeszliśmy do piwnicy i Kaziu dodał, że w piątki i soboty mają tu na dole disco dla
szczeniaków. Za ladą zastawioną garnkami stała dziewczyna i uśmiechając się, spytała: – Co mogę podać?
– Ależ to żarcie dzisiaj to pierdziawka – powiedział Kaziu, podnosząc
pokrywkę.
Gdy zobaczyłem, że są gołąbki i ziemniaki, wydawało mi się, że nie ma na
co narzekać. Ale co kto lubi. Po kilku następnych komentarzach Kazia, że to 277


– Dobra, to ja wniosę swoje graty.
– A jak jest z aparaturą wokalną?
Moje życiowe zwrotki i refreny
pewnie jest już zimne, wzięliśmy po małej porcji. Kaziu podzióbał trochę i po chwili wywalił wszystko do plastikowego kosza. Facet ma temperament, pomy- ślałem. Arthur i ja wsuwaliśmy w ciszy. Potem dopiliśmy po kawie, przepalając na deser. Kaziu powiedział, że w tym miesiącu będzie 22 dni grania.
Podjechałem bliżej drzwi i z trudem wyciągnąłem kolumnę z tylnego siedze- nia. Wyjąłem wzmacniacz i układając jedno na drugim, turlałem to na kółkach kolumny. Gdy dopchałem do schodów, wyszedł Arthur i pomógł mi. Dalej zaha- czając się trochę w drzwiach i o dywan w auli popchaliśmy w stronę sceny. Zro- biłem jeszcze dwa obroty po gitarę, ciuchy i statyw.
– To gdzie mam się rozstawić – spytałem.
– Może staniesz w środku, gdzie Darek stał – zaproponował Kaziu.
– Najchętniej stanąłbym tu po prawej, a ty w środku, co?
– Dobra, to przestawiamy.
Podepchnąłem kolumnę pod ścianę i patrząc do góry, spytałem.
– A co jest na tym balkonie?
– Tam trzymamy nasze pokrowce i mamy swój stolik na przerwach. Zacząłem grzebać w mojej walizce z kablami, szukając przedłużacza do
prądu. Kaziu usiadł za bębnami, miał ładnego białego Rogersa, i zaczął stukać. Gdy w końcu podłączyłem się, wyciągnąłem wiosło, aby się nastroić.
– Hmm, musimy na razie korzystać ze sprzętu knajpy, bo swojej jeszcze nie mamy – odezwał się Kaziu.
Rozejrzałem się i na brzegu sceny zobaczyłem wąskie kolumny Shure’a, znane mi z klubu Hermes w Łodzi. No To Co miało takie. Uśmiechnąłem się i za- cząłem przyglądać się na mixer.
– A co wy nie macie żadnego echa? – spytałem.
– Nie.
– Voi vi...tsi (Oj kurde) – pomyślałem, patrząc na ten kołchoźnik. Podłączyłem mikrofon i jak bym nie kręcił potencjometrami, to brzmiało
prawie tak samo, strasznie sucho i dużo środka.
– Tam musi być jakiś reverb – odezwał się Arthur.
– No jest, ale kurczę nie działa – odpowiedziałem.
– A weź go pier...nij pięścią – zaproponował Kaziu.
Przyłożyłem mu porządnie piąchą i rozległ się grzmot w kolumnach, ale na mi-
krofonie nadal nic. Znalazłem w walizce śrubokręt i odkręciłem obudowę. Na spo- dzie, pod taką długą blachą, były dwie sprężyny. O! Ktoś wepchnął pod nie korek od wina, widocznie brzęczało im za mocno. Wyjąłem korek i reverb zadziałał! Szcze- rze mówiąc dużo to nie pomogło, jakoś zanikł, gdy Arthur zagrał coś na pianie. Za- kręciłem obudowę i poszedłem do kuchni po skrzynkę od piwa, aby postawić pod mixerem. Dodam, że skrzynki od piwa czy coca-coli służyły prawie wszystkim ze- społom, jako „statywy” na scenie. Czasami przykrywało się je jakimś obrusem.
278


Axet
– Dobra, to może zagramy coś instrumentalnego, żeby sprawdzić balans – za- proponował Kaziu.
– Bossa nova, Girl from Ipanema z „F” – powiedział Arthur i zaczął bez nabicia.
Po pierwszej frazie, gdy odegraliśmy temat, Arthur zaczął improwizować. Ki- wając się do taktu, przyznałem Kaziowi rację. Arthur wymiatał nieźle na pianie. Gdy skończyliśmy, spytałem go, czy on ma nadal tylko piano i Clavinet.
– Kupiłem używanego Hammonda C 3 z Anglii, powinien przyjść lada dzień – odparł Arthur.
– Andrzej, weź coś zaśpiewaj i posłuchamy, co z tych kolumn Shure’a można wydobyć – dodał Kaziu.
– No to polecimy może to, co razem znamy More Toma Jonesa albo Fly Me To The Moon?
– Dajmy Fly... z „C”? – zaproponował Arthur i nabił: – Ra, dwa, czy, czte.
Grało się lekko. Arthur wypełniał na pianie tyle, ile było trzeba, a w solów- kach leciał na całego i musiałem się pilnować. Kaziu miał ksywkę „Kassu” i grał też zawodowo, bez żadnych tam zbędnych ceregieli. Natomiast śpiewało mi się ciężko. Nieprzyzwyczajony, bez echa, głos urywał się za każdym słowem, jakby ktoś ucinał go przy samej dupie. Musiałem ciągnąć dźwięki. Ależ to będzie za- pieprz pomyślałem, gdy skończyliśmy.
– Dasz mi potem listę, co śpiewasz, z tonacjami, dobra? – powiedział Arthur wstając.
– Dobra.
– OK, Arthur pokaże ci, gdzie mieszkacie, a ja spadam do chaty – zakończył „Kassu”.
Arthur prowadził mnie przez długi korytarz i ukłonił się przechodzącej młodej kobiecie. Wsiedliśmy w staromodną windę z zasuwanymi drzwiami z kraty i Arthur mówi, że to była dyrektorka Tarja Tönroos. Na trzecim piętrze, zaraz na prawo, był nasz wspólny pokój. Walnąłem to, co miałem, na łóżko i po- szedłem po resztę. Trzymając walizę w łapie i taszcząc pod pachą pokrowiec na marynarki, było mi trudno odsunąć drzwi w windzie. Całe szczęście napatoczył się jakiś Fin i przytrzymał je.
– Dziękuję.
– Mä on Jartsa, pracuję w barze – przedstawił się i dodał: – Gram trochę na perkusji, ty jesteś oczywiście z zespołu „Kassu”?
– Taa – odparłem wychodząc.
W pokoju były trzy łóżka. Arthur zajmuje już to przy oknie, więc wziąłem to przy ścianie. We wnęce była mała szafka, w której we dwóch musieliśmy się po- mieścić. Obok drzwi był kibel z umywalką, a prysznic na korytarzu. Arthur skrę- cił kilka papierosów i przypalając, powiedział, że idzie na dół ćwiczyć. Rozpako- wałem się i zauważyłem, że dookoła łóżka Arthura leży kilka książek. Oczytany, pomyślałem. Podchodząc do okna, aby zerknąć, co z niego widać, nadepnąłem na jakąś kasetę, która leżała pod czasopismami. Przesunąłem ją butem na bok
279


Moje życiowe zwrotki i refreny
i widocznie poruszyłem inne, bo wysypały się jak ziemniaki z worka. Układa- jąc je z powrotem w piramidę, zauważyłem Chic Corea, Herbie Hancock, Brian Augger, Yellow Jacket i wiele innych. Większości nie znałem. Trzeba będzie ode- grać. Cofając się, zerknąłem przez okno i zobaczyłem, jak ktoś mimo deszczu gra na dole w golfa! Chyba oszaleli. Powiesiłem białą koszulę i marynarkę na wieszaku i wyszedłem. Na dole, obok recepcji, zaczepił mnie portier i powie- dział, żebym przestawił auto na parking dla personelu, za tą niską betonową ścianą na lewo. Wybiegłem i przestawiłem swojego konia. Gdy wróciłem do auli, usłyszałem, jak kapela w nocnym klubie zaczyna próbę. Uchyliłem drzwi i wszedłem po cichu, tak jak to robiłem w Teatrze Rozmaitości w Łodzi. Między Finami na scenie stał Darek z basem i coś z nimi dyskutował. Po chwili nabili i polecieli. Grali według mnie za głośno i nie było balansu. Ten mały wąsaty za- śpiewał coś Takki pois... Wokal był suchy jak z „naszych” Shurów. Zakręciłem się na pięcie i wyszedłem. Z daleka zobaczyłem, jak Arthur siedzi w słuchawkach za pianinem i tupie do taktu trepem w podłogę. Tupanie to było słychać w całej knajpie. Wszedłem na scenę i posprzątałem trochę kable obok siebie. W restau- racji siedziało tylko kilku gości.
– W nocy po graniu, gdy wiara się wyniesie do klubu, można robić próby – po- wiedział Arthur, zdejmując słuchawki.
Następnie wyciągnął kawałek kartki i spisaliśmy, co śpiewam. Pisał takim maczkiem, że potrzebowałbym szkło powiększające, aby to odczytać. Dopisał, co Kaziu śpiewa i podzielił wszystko na wolne i szybkie.
– Dobra, chodźmy na kawę – zaproponował.
Ten utwór Aamu Pepe Willberga słyszałem kiedyś w radiu, ale nigdy go nie grałem – powiedział Arthur.
– Mam to nagranie z Witkiem Piwońskim, to posłuchasz.
Pobiegłem do pokoju po magnetofon i z kubkami kawy weszliśmy na balkon nad sceną. Arthur założył słuchawki i słucha.
– No, Witek gra wyśmienicie. Ma facet czuja, podoba mi się bardzo – i dodał: – Teraz to już po sezonie, ale jeszcze w zeszłym tygodniu mieliśmy tutaj sporo amerykańskich emerytów. Graliśmy im same standardy i inne swingulansy.
Z balkonu zauważyłem, że z nocnego klubu wyszedł Darek z Finami i poszli do windy.
– A oni grają dzisiaj?
– Tak. Mają wolne tylko niedziele.
– To jak długo Darek ćwiczył z nimi – spytałem.
– Oni przyjechali dzisiaj, to chyba była ich pierwsza próba.
– Trzeba będzie ich posłuchać, bo jak pamiętam, Darek fajnie śpiewa.
– A co ty, przecież oni mu nie dadzą pośpiewać. Mają Närhiego jako solistę,
i za to kasują, Darek się rozczaruje.
– A można tam iść wieczorem?
– Taa, Kaziu lata tam po robocie, bo jego kobita tam robi jako kelnerka.
280


Axet
– Patrz, jaki ten świat mały. Darka spotkałem w 1972 w Mikkeli i dogadaliśmy się, że byliśmy razem trzy lata wcześniej w warszawskiej telewizji. Ja z łódzkim zespołem Tukany, a on ze Szczęśliwcami, chyba tak się nazywali.
Arthur uśmiechnął się i mówi.
– Ja wtedy też tam byłem.
– No nie żartuj!
– Tak, z Darkiem grałem wcześniej w Suwałkach, a potem w Finlandii ze
Sławkiem Batinem.
– A wiesz, co się z nim dzieje?
– Sławek zjechał do Polski, a basista Alek nie wiem co robi. Natomiast nasz
kolega „Tygrys” przeniósł się do Ameryki.
– Tygrys?
– Taką ma ksywę Andrzej Kamieński.
– A co ty z tym „Diabłem”? – spytał raptem Arthur.
Opowiedziałem mu w skrócie o chałturze w Szczecinie i jak przykleili mi tam
tę ksywę.
– Damy jeszcze po kawie?
– No, możemy walnąć jeszcze jedną.
Gdy wróciłem, Arthur rozwinął swoją fabrykę papierosów i zaczął robić skręty. – Ten tytoń ma więcej nikotyny. Normalnymi papierosami nie mogę się napa-
lić – tłumaczył, widząc, że podniosłem brwi.
– Aha, chcąc zerknąć przez okno w pokoju, potrąciłem twoje kasety pod łóż-
kiem i chyba teraz są pomieszane.
– Nic nie szkodzi, nie trzymam ich alfabetycznie.
– A skąd jest Kaziu?
– On jest z Krakowa. Grał tam w orkiestrze Wicharego, gdzie kiedyś śpiewa-
ła Urszula Dudziak i Hanna Rek, żona Bogusława Wyrobka. Wiesz, ten pierwszy rockendrolowiec w Polsce.
– To jak długo Kaziu jest już w Finlandii – wypytywałem.
– Dokładnie nie wiem, ale kilka lat już tu siedzi. Wyjechał właśnie z Hanna Rek Band razem z Lucjanem Czaplickim, Andrzejem Nowakiem i Edkiem Sty- czem. Miał potem swoją kapelę z Edkiem Kawka Band.
– O! O wilku mowa – powiedziałem, widząc jak Kaziu idzie przez aulę.
– Na górze siedzimy! – krzyknął Arthur.
Kaziu wszedł po schodach i powiedział, że trzeba będzie spytać kierownika
Pekka, czy można zacząć próbę trochę wcześniej.
– Zrobiliśmy listę wokalnych utworów – i pokazałem mu kartkę.
– Trzeba będzie dopisać te fińskie – dodał Kaziu, czytając.
– Voi perkel (cholera) jak ja tych humpp nie lubię – bąknął Arthur przypala-
jąc skręta.
– Ja śpiewam po fińsku chyba ze cztery, plus jedno tango i ze dwa walce
– dodałem.
281


Moje życiowe zwrotki i refreny
– Wytłumacz to Arturkowi, że to trzeba wkręcać w każdym bloku, bo za to nam płacą – wtrącił Kaziu.
Nie komentując, dopiłem kawę i zszedłem na dół. Kaziu zbiegł za mną, widząc, że kierownik podszedł do swojej ambony. Arthur pokazał mi decybelo- mierz, który wisiał naprzeciwko, za kierownikiem.
– Pali się jak światła na skrzyżowaniu. Zielone to jest OK, żółte to jesteśmy blisko dozwolonych 85 decybeli, a czerwone to już jest za głośno.
– To jest pierwszy decybelomierz, z którym się spotkałem.
– Czasami narzekają, nawet gdy się pali tylko żółte – dodał Arthur.
– Gdzieś tak około dwudziestej drugiej możemy zacząć próbę, bo wtedy
goście przeniosą się do nocnego klubu – powiedział Kaziu, siadając obok. Przegadaliśmy chyba z godzinę i Kaziu poszedł do kuchni zamówić jedzenie. – Tylko Kaziu, broń Boże, żadnej kury ani ryby dla mnie! – rzucił za nim
Arthur.
– A co ty tego nie lubisz? – zdziwiłem się.
– Ani ryba ani kura przez gardło mi nie przejdzie, jestem na to uczulony.
Po chwili wrócił Kaziu, trzymając w jednym ręku talerz z mielonym kotletem,
a w drugiej zsiadłe mleko (piimä).
– Idźcie do kuchni, żarcie stoi gotowe na ladzie.
Gdy wróciliśmy ze swoimi talerzami, Kaziu przełknął i mówi, że zadzwoni
jutro do księgowej u Hertella, żeby wysłała jakąś zaliczkę.
– Noo, przydałoby się kilka stów na fajki i na benzynę – odpowiedział Arthur,
dodając, że dzisiaj rozmienił ostatnią stówę. – A ty?
– Mogę też wziąć ze trzy stówy.
– Dobra.
Po jedzeniu przepiliśmy obowiązkowo kawą, paląc papierosy. Po dziesiątej
przelecieliśmy po łebku te łatwe samograje (utwory) oraz parę moich piose- nek. W kilku zmieniliśmy tonację np. z „F#” na „F”, bo według Arthura lepiej mu się gra po białych.
– A ty znasz ten utwór Hancocka Cameleon? – spytał.
– Słyszałem chyba tylko raz. Nie, nie pamiętam jak idzie.
– To ci pokażę tę figurę na bas, która się powtarza dookoła Wojtek.
Przez chwilę Arthur podawał mi dźwięki grając na clavinecie.
– Dobra, to może spróbujemy razem.
Trudne to nie było, bas na upartego grał swoje, a Arthur improwizował po te-
macie. Byłem trochę zdziwiony, że oni grają tego typu repertuar. Zanim się spo- strzegliśmy, zrobiła się godzina pierwsza w nocy. W przerwach słychać było, jak za ścianą w nocnym klubie gra kapela Närhiego.
– No to wystarczy na dzisiaj – rzucił Kaziu i spytał, kto z nim idzie do klubu.
– Za chwilę tam przyjdziemy – odparłem, chcąc zapisać jeszcze kilka akor- dów do instrumentalnych utworów Arthura.
282


– To z czego grasz to Adagio? – Z „D”.
– A ten Life in Paradise?
– Też z „D”.
Axet
– A ty mógłbyś zaśpiewać When a Man Loves a Woman z „G”? – spytał uderza- jąc akord na pianie.
Spróbowałem zaśpiewać kawałek bez mikrofonu.
– Dobra, wyciągnę – i zapisałem „G” za tytułem.
– A z czego leci Kaziu Summer Wind Sinatry.
Arthur spojrzał w swoją kartkę i odpowiedział, z „F”.
– OK, starczy. I tak dużo przelecieliśmy dzisiaj – dodał, wstając zza piana. Wyłączyliśmy graty i prześlizgnęliśmy się obok kierownika do nocnego
klubu. Kaziu siedział sam przy stoliku i popijał drinka. Usiedliśmy obok i spy- taliśmy go, co pije?
– Vodka sprite.
My zamówiliśmy po piwie i słuchając kapeli, rozglądaliśmy się dookoła. Klub był wypełniony do połowy.
– Za głośno grają – powiedział Kaziu, dodając, że zaraz ich opie...lą.
Nie potrwało długo, gdy kierownik podszedł do sceny i kazał się im przyciszyć. Darek stał z tyłu i dawał na basie, a solista Seppo jechał po fińsku swoje prze-
boje. Przesiedzieliśmy pół godziny, gdy Arthur dopił resztę piwa i powiedział ironicznie:
– Słuchaj Kaziu, tak grają podwójnie płatni fińscy artyści.
– To jak się umawiamy na jutro? – spytałem.
– No, chyba tak jak dzisiaj nie, zresztą ja was znajdę – odpowiedział Kaziu ki-
wając ręką na kelnerkę. Arthur poszedł na górę do pokoju, a ja zostałem jeszcze chwilę. Kelnerka przyniosła Kaziowi następnego drinka.
– To jest moja żona – przedstawił mi ją. Uścisnąłem jej rękę, słysząc w tym hałasie, że ma na imię Tuula. Gdy usłyszałem ze sceny, kiitos tauko, pożegnałem się z Kaziem, uśmiechając się do kierownika jak lis. W pokoju Arthur leżał już w łóżku i czytał książkę, mając na uszach słuchawki. Widząc mnie, sięgnął ręką pod łóżko i wyłączył magnetofon.
– Czego słuchasz – spytałem go.
– Weather Report – Black Market, dobrze tną – i podał mi futerał od kasety. – O! Pastorius gra z nimi na basie – wymknęło mi się. – Pamiętam, że widzia-
łem go kiedyś w telewizji, podobał mi się. Będzie można to odegrać od ciebie? – Oczywiście – i zaczął szukać pod łóżkiem innej kasety.
– O, to musisz sobie przesłuchać przy okazji – i podał mi kasetę z MFSB. Nazwa tej kapeli nic mi nie mówiła. Arthur założył ponownie słuchawki, a ja
wyjąłem z aktówki mały słowniki angielsko-polski i poszukałem słowa axe/ axet. Gdy znalazłem, to zaśmiałem się głośno, aż Arthur uniósł głowę. To oni na- zywają się siekiery! Ha, ha, gram z siekierami. Chichotałem się nadal po cichu.
283


Moje życiowe zwrotki i refreny
Zdjąłem kontakty z oczu i walnąłem się do łóżka, gasząc lampkę. Przez słu- chawki Arthura ciekła lekko muzyka i to mnie uśpiło. Rano usłyszałem spusz- czoną wodę w toalecie i otworzyłem oczy. Namacałem okulary na stoliku. Była prawie jedenasta i pochmurno za oknem.
– Cześć – powiedział Arthur, wychodząc z toalety już ubrany.
– Cześć – odpowiedziałem ziewając.
– Ja idę na dół na kawę i będę ćwiczył na scenie, jakbyś mnie szukał. Poleżałem jeszcze chwilę, aby sobie uświadomić, gdzie jestem. To on poszedł
ćwiczyć o jedenastej rano? Dotarło do mnie. Wyskoczyłem z łóżka za bardzo nie wiedząc, co będę robił tak wcześnie. Idąc po chwili przez aulę, usłyszałem, jak Arthur znowu tupie na scenie do taktu. Wszedłem do kuchni po kawę, a tam tłok niesamowity. Znosili akurat talerze ze stołów po jakiejś grupie. Uśmiechając się grzecznie na lewo i na prawo, przecisnąłem się z kawą do drzwi. Wszedłem na balkon i usiadłem, przypalając pierwszego papierosa. Z góry widziałem teraz, jak Arthur przebiera szybko palcami po klawiaturze. Jak Kaziu załatwi tę zalicz- kę, to trzeba będzie się wybrać do Tampere po przyczepę, pomyślałem. Scho- dząc na dół do kuchni po drugą kawę, zderzyłem się w drzwiach z Darkiem.
– Cześć „Diabełek” – wykrzyknął. – To cię jednak zwerbowali – dodał ściska- jąc filiżankę z kawą.
– Tak to wyszło – odpowiedziałem.
Z kuchni znowu wyszło kilka kelnerek i poprosiły nas, abyśmy nie stali w drzwiach. Darek odsunął się na bok, mówiąc, że musi lecieć na próbę.
– No to życzę powodzenia – odpowiedziałem.
Około pierwszej przyszedł Kaziu i wołając na Arthura usiedliśmy w fotelach w auli. Odbyło się pierwsze zebranie zespołu Axet.
Kaziu poinformował, że Korkeavuori od Hertella wysłała telefonicznie zalicz- kę na jego konto i za dwie, trzy godziny pieniądze powinny być już w banku.
– A jak my się ubierzemy na jutro? – spytałem dodając: – Ja mam po Parado- xach ciemnobrązową marynarkę z sametu.
– Czarne spodnie, białe koszule i ciemne marynarki na razie – podsumował Kaziu i dodał:
– Potem będziemy musieli kupić jakieś jednakowe.
– Dobra, no to chodźcie, zjemy coś i przelecimy szybko jakiś utwór – zapro- ponował Kaziu.
Na dole był tłok, bo przed nami zeszli Finowie z drugiej kapeli z Darkiem.
Tym razem były kotlety i to odpowiadało Kaziowi, bo nie narzekał. Pod- czas jedzenia Darek spytał mnie siedząc przy drugim stole, czy wiem, co się dzieje z moimi kolegami z Vox Remedium. Odpowiedziałem, że prawdopodob- nie każdy z nich zmontował własną kapelę i gdzieś tam walczą. Popijając kawę, teraz Kaziu zainteresował się, dlaczego mam ksywę „Diabeł”?
Opowiedziałem znowu mecz muzyczny w klubie Trygław w Szczecinie oraz nasz powrót po bankiecie do hotelu. Po jedzeniu Kaziu powiedział, że jedzie
284


Axet
do banku po szmalec. Usiadłem z Arthurem w auli i obcinaliśmy, co się dzieje w recepcji. Po chwili przyszła fińska kapela do nocnego klubu i przez ścianę słychać było, jak znowu ćwiczą. Sięgnąłem do kieszeni po fajki i wyczułem, że mam kilka drobnych. Wstałem i poszedłem do tych jednoręcznych automatów- -bandytów, które stały w korytarzu. Wrzuciłem to, co miałem, czyli całe sześć marek. Gdy przegrałem ostatnią markę, usłyszałem za plecami głos Arthura.
– Na tym ostatnim automacie grają najczęściej portierzy, i często wygrywają. Spłukani, usiedliśmy znowu w auli. Po chwili wrócił Kaziu ze szmalcem.
– To mi się podoba – zażartowałem – trzy stówy do łapy za same próby. Widząc przy recepcji dziewczynę w białym fartuchu, spytałem Arthura:
– A co oni tu mają w hotelu pielęgniarkę?
– Nie kolego, to jest fryzjerka.
Patrząc, jak ona wchodzi w korytarz, przypomniałem sobie, że lakier do
włosów mi się kończy.
– Przepraszam, zaraz wracam – powiedziałem do nich i poszedłem za nią. Dogoniłem ją tuż przed drzwiami i spytałem, czy ma chwilę czasu.
– A o co chodzi? – spytała.
– Chciałbym kupić spray do włosów.
– Tule sisään (wejdź do środka).
Szukała przez chwilę w gablocie i podała mi małą plastikową flaszkę
Szwartzkopffa.
– Ten jest bardzo dobry, nie trzeba go tak dużo używać i jest mocny – wyjaśniła. Widząc, że się przygląda moim długim piórom, spytałem, czy ma czas mi je
wycieniować. Otworzyła zeszyt i sprawdziła, kiedy ma klientelę. – Mam wolną ostatnią godzinę dzisiaj o szesnastej, pasuje?
– Dobrze, to przyjdę o czwartej – powiedziałem.
– Mä on Andre – przedstawiłem się będąc już w drzwiach.
– Pirjo – odpowiedziała.
Gdy szedłem przez korytarz, słychać było bębny Kazia.
– Chodź „Diabełku”, przelecimy coś, bo nie ma gości.
Podstroiłem bas i znowu zauważyłem, że się pogorszył w stroju. To klejenie
gryfu jednak nie trzyma. Starając się nie grać wyżej niż do siódmego progu, za- graliśmy kilka instrumentalnych. Zaproponowałem Arthurowi, że może prze- lecimy ten utwór zespołu Osibisa. Mam zapisany tekst po fińsku i po angielsku. Leci to w takim samym tempie jak Black Magic Woman Santany.
– O! Ten możemy grać – podochocił się Arthur.
Pogrzebał w mikserze i ustawiając cza-czę, dodał:
– Teraz to organy by się przydały.
– A z czego to śpiewasz?
– Z Urbanem graliśmy to w „A”, spróbujemy trochę niżej, z „G”? Ja ci zanucę
intro. Ta ta – tigu ta, taga digu tigu ta.
Po kilku taktach rozjaśniło mu się i przekrzykując muzykę, powiedział:
285


– Tak! Teraz sobie to przypominam!
– Ty, ja muszę lecieć, bo się umówiłem z fryzjerką.
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Kaziu, a w refrenie podśpiewasz ze mną. Łatwe słowa, zapamiętasz je od razu.
Przelecieliśmy z rozpędu Black Magic Woman i gdy spojrzałem na zegarek, była prawie czwarta.
Siedząc u niej na fotelu i czując, jak ktoś głaszcze mnie po włosach, prawie zasnąłem. Podcieniowała mi trochę boki i wyrównała tył, proponując, że lekki permanent (trwała) by mi wcale nie zaszkodził.
– A ile to potrwa? – spytałem.
– Trochę ponad pół godziny – odpowiedziała, patrząc na mnie z tyłu przez lustro. – No to robimy.
Do tej pory, oprócz mamy, gdy byłem mały, nikt mi jeszcze nie mył głowy. Znowu ogarnęła mnie śpiączka, gdy zaczęła zakręcać włosy na rolki. Potem
założyła na głowę plastikową torbę, mówiąc, że muszę posiedzieć chwilę w tym opakowaniu jak astronauta. Na to weszła kelnerka i pyta Pirjo, czy ona może wyrównać jej grzywkę.
– Siadaj – odpowiedziała.
Usiadła obok i widząc mnie w tej czapce, uśmiechnęła się. Poczułem, że policzki mi się zaczerwieniły, ale może przez brodę nie widać. Siedząc obok, musiałem wysłuchać, o czym one plotkowały i po kilku minutach tamta była gotowa.
– No, jeszcze chwilę – powiedziała, spoglądając na mnie.
Zaczynało mi się dłużyć, gdy zdjęła ten pokrowiec mówiąc jakby do siebie, że wyszło dobrze. Susząc moją czuprynę, pokazała mi, jak mam robić szczotką do włosów, aby podnieść włosy trochę do góry.
– Zwłaszcza pośrodku przy przedziałku i trochę boki do tyłu.
Dała mi do ręki suszarkę i sam spróbowałem. Trochę sztywno mi to szło, bo w lusterku widziałem na odwrotkę.
– Poćwiczysz i pójdzie ci lepiej – dodała, pokazując białe zęby w uśmiechu.
– Podoba ci się? – spytała, zdejmując prześcieradło.
Lekkie loki sprawiały wrażenie, że miałem teraz więcej włosów. Spodobała
mi się ta nowa fryzura.
– Wyglądasz teraz pod tego z Bee Geesów – dodała.
Spojrzałem jeszcze raz w lusterko i nie pamiętając, jak tamten wygląda, spy-
tałem, ile płacę. Ona licząc po cichu spojrzała w sufit i powiedziała, że za spray do włosów chce 28, a za permanent 85 marek.
– Powiedzmy 110 marek za wszystko.
Zapłaciłem bez mrugnięcia okiem i podziękowałem.
Czując się lekko jakbym nie miał w ogóle włosów na głowie, poszedłem do
kuchni po kawę. Przy kasie siedziała ta blondynka, która podcięła sobie grzyw- kę i widząc mnie, powiedziała:
286


– No, teraz to masz fajną fryzurę.
Axet
– Kiitos, samoin (dziękuję, ty również) – odpowiedziałem zmieszany i zmyłem się szybko.
Nic nie mówiąc Arthurowi, usiadłem na brzegu sceny i popijając kawę, przy- paliłem papierosa. Spytałem go po chwili, co robi? On patrząc na mnie bąknął tylko, że musiał podstroić jeden dźwięk w pianie. Czyli moje loki wyglądają skromnie, skoro nie zauważył, ucieszyłem się.
– Voi vi...tsi znowu puściła – zaklął Arthur, zdejmując znowu pokrywę z piana.
Podszedłem i pomogłem mu. Arthur podniósł z podłogi mały śrubokręt i zaczął popychać małą sprężynkę na strunie. Sprawdzając najpierw w okta- wie, a potem kwartę, wziął akord. Znowu poleciało kilka fińskich przekleństw.
– W oktawach stroi, a w akordzie brudzi jak cholera.
Po kilku podejściach trafił na odpowiednie miejsce i uspokojony założył obudowę.
– Mam na razie dosyć tego piana, idę na górę skręcić fajki, bo mi się skończy- ły, idziesz?
Zaniosłem kubek do kuchni i poszliśmy do pokoju.
– Daj mi może tę kasetę z Santaną to sprawdzę tekst. Arthur grzebał przez dłuższą chwilę w torbie, potem szukał pod gazetami na podłodze, mrucząc, że ona musi tu kurczę gdzieś leżeć. Znowu wsadził łapę w drugą torbę, no nie ma.
Ja zerknąłem na parapet, bo tam też leżały jakieś kasety bez futerału, ale San- tany między nimi nie było.
– Dam se głowę uciąć, że ją tu gdzieś mam! – i nadal szukał.
Po dłuższej chwili szukania podniósł nocną lampkę, bo też stała na kilku kasetach. – No, bo już myślałem, że gdzieś wsiąkła – powiedział z ulgą, wyjmując ją
spod lampy.
Przewinąłem ją do tyłu. Założyłem słuchawki i zacząłem sprawdzać tekst,
obserwując jednym okiem, jak Arthurowi zgrabnie idzie to skręcanie fajek. Po- prawiłem tekst tu i tam, i wydawało mi się, że jest dobrze. Poproszę Darka, aby mi to przy okazji jeszcze raz sprawdził. Wziąłem czarny mazak i przepisałem na czysto większymi literami.
– To sobie powinieneś przesłuchać – dodał Arthur, podając mi następną kasetę z Melanie Jackson.
– Dupa tak śpiewa, że łeb trzeszczy – i włączył ją na chwilę.
– Rzeczywiście ma straszne kopyto w głosie – przyznałem mu.
– A jak kapela jej podgrywa kolego! – zachwycał się.
– A Commodores słyszałeś? – i puścił.
– O, ten wolniak mi się podoba.
Arthur zerknął na kasetę i mówi, że to nazywa się Easy.
– Możemy go zrobić, jak chcesz – zaproponował.
– Dawaj, spiszę tekst, a gdy przywiozę z Tampere mój kombajn, to odegram
trochę płyt od ciebie.
287


Moje życiowe zwrotki i refreny
Spojrzałem na zegarek i było tuż po osiemnastej.
– Ty, chodź na dół i coś zjemy, bo zgłodniałem.
– Dobra, tylko skręcę ostatniego i już idziemy.
W windzie mruczałem pod nosem I´m Easy Like Sunday Morning...
Commodorsów.
Weszliśmy do kuchni i Arthur podpowiedział mi.
– Poproś tego chudego kucharza, on robi lepsze żarcie. Tylko żeby nie dał
żadnej kury czy ryby!
– A dlaczego sam nie zamówisz? – spytałem go.
– Ach, kaleczę jeszcze ten fiński, ty zamów.
Faktycznie, gdy przyszliśmy po piętnastu minutach, na ciepłej płycie stały
dwa talerze z dużymi kotletami i smażonymi ziemniakami. Dołożyliśmy do tego trochę sałaty i biorąc po dużej szklance zsiadłego mleka, poszliśmy na balkon.
– A wy czym wozicie graty? – spytałem.
Arthur przełknął i powiedział:
– Każdy mieści się w swoje auto. Jest ciasno i trzeba dobrze upychać. Jak do-
stanę Hammonda, to będę musiał wymienić tego mojego trupa na jakiegoś paketa (bagażówkę).
– To co ty masz teraz.
– A taką starą toyotę crown combi, jest trochę lepsza od taczki – żartował Arthur.
– O! Ja też miałem taką, aż dałem dupy, nalewając diesla i jeden tłok mi poszedł.
– Ty, ja mam przyczepę w Tampere, w której mieścił się cały sprzęt Vox Re- medium włącznie z organami i leslie. Mogę po nią pojechać.
– To może lepiej byłoby w któryś poniedziałek – zaproponował Arthur – wpadlibyśmy przy okazji do sklepu muzycznego. Pamiętam, że mieli tam cza- sami używane klawisze.
– Czemu nie, znam sprzedawcę Markku.
– A wiesz, że to przed tym sklepem po raz pierwszy cię zobaczyłem w Fin- landii. Szedłem wtedy z Batinem do sklepu Anttila i raptem Sławek powie- dział takim tonem jakby prezydenta zobaczył, „Patrz «Diabeł» idzie po drugiej stronie!”
– A kiedy to było?
– Chyba rok temu. Tak, to był maj w zeszłym roku. Graliście wtedy w Tunne- li, pamiętam.
Przegadaliśmy jeszcze chwilę i spytaliśmy kierownika, czy możemy trochę popróbować. Arthur narzekał, że Clavinet brumi, a ja siedząc na kancie sceny krzywiłem się, bo moja basówka coraz słabiej trzymała strój.
– A słyszałem, że ludzie wkładają do Clavinetów na dno kawałek blachy i to podobno pomaga – podpowiedziałem Arthurowi.
Arthur, zaciekawiony tym, odkręcił kilka śrub i uchylił górne wieko. 288


– O kurczę, ale dużo roboty z tym by było – mruczał. – Trzeba by było wyjąć całe bebechy.
– A niech se brumi.
Nie zagraliśmy prawie nic przez to jego rozkręca-
Po przepraniu i przepłukaniu koszuli wykręciłem ją i powiesiłem na wieszaku na łańcuszku od lufcika. Dopiero teraz Arthur spytał.
Axet
nie, gdy zwalili się goście. Pekka przechodząc obok wyprostowany jakby kij połknął, spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Zrozumiałem, że najle- piej będzie, jak się zmyjemy ze sceny. W pokoju na- lałem w toalecie ciepłej wody do zmywaka i posypa- łem proszkiem kołnierzyk koszuli. Raptem błysnęło coś. Patrzę, a Arthur trzyma mój aparat fotograficz- ny i śmieje się.
– Będziesz miał co pokazać mamie, jaki jesteś zdolny.
– Takie to glamourowe życie muzyka – odparłem. Namoczyłem białą koszulę i walnąłem się na łóżko. Arthur włączył jakąś kasetę i zaczął skręcać fajki.
– A co ty podkręciłeś se włosy? Robię pranie
– Taa, byłem przecież u fryzjerki.
– Fajnie ci to zrobiła – pochwalił – jak bym ciebie nie widział przedtem, to
bym nie kapnął.
Raptem ktoś zapukał do drzwi.
– Można? – spytał Kaziu, wtykając głowę.
– Byłem po południu w Sokosie i zobaczyłem, że mają bomba marynarki –
zaczął Kaziu, siadając na łóżku.
– Aksamitne, ciemnogranatowe w jasnoniebieskie dyskretne paski. Przymie-
rzyłem jedną i mówię wam panowie, że są wysokiej jakości. Lekka i leżała na mnie jak ulał. Na stoisku było ich tylko pięć sztuk, więc poprosiłem ekspedient- kę, aby odłożyła je do jutra.
– Pojedziemy jutro je przymierzyć, co? – widać było, że Kaziu jest podpalony. – Po ile one biją – spytał Arthur.
– Tanie nie są, po 395 marek, ale to nie Anttila. Z daleka widać, że to jest klasa. Wyjąłem z pokrowca moją brązową marynarkę i pokazałem Kaziowi, mówiąc: – Ta też kosztowała ponad trzysta.
Kaziu dotknął rękaw.
– Ta się więcej świeci, tamte są bardziej matowe i mają zgrabniejsze klapy.
– Przymierzyć możemy.
– A wy jedliście już?
– Tak – odpowiedzieliśmy.
289
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
– To ja idę na dół wydębić coś od kucharza i później możemy zacząć próbę.
Gdy Kaziu wyszedł, Arthur dodał, że jego kobita One (Onerva), szyje w Lap- peenrancie stroje do teatru i może tanim kosztem uszyłaby coś specjalnego dla nas.
Aha, to Arthur jest żonaty i mieszka w Lappeenranta, zanotowałem. Tego wie- czoru przelecieliśmy jeszcze raz niektóre gluty, które trzeba grać dla ludu, oraz dorobiliśmy parę „nowych”, m.in. jeden improwizowany przeze mnie na pocze- kaniu Come to Dance, gdzie mogłem sobie postrzelać funkowo i Kazia Playin’ in the Travellin‘ Band Creedensów. Następnego dnia, we wtorek „rano”, siedzimy z Arthurem na balkonie nad sceną i popijamy naszą pierwszą kawę. Po chwili pojawił się Kaziu, aby nas zabrać do Sokosu. Daliśmy po jeszcze jednej kawie i następnie siedząc już w jego saabie, uświadomiłem sobie, że ja od niedzieli nie byłem na dworze. W Sokosie weszliśmy na drugie piętro i Kaziu poprosił eks- pedientkę, aby przyniosła odłożone marynarki. Po chwili położyła je na ladzie i na pierwszy rzut oka spodobał mi się kolor. Kobieta spojrzała na mnie i zaczę- ła szukać w nich mojego rozmiaru. Przejrzałem się w lustrze i katana pasowała wyśmienicie nawet do niebieskich jeansów. Kaziu też obracał się przed lustrem jak baletnica. Miał rację, marynarki były w pytę.
– Dobra Kaziu, bierzemy je. Targuj się z nią, a ja zobaczę, czy mają jakąś nie- bieską koszulę. Wróciłem po chwili z koszulą w ręku i Kaziu powiedział, że ona poszła spytać się päällikkö (szefa), ile może opuścić.
– Możemy dać pięć procent – powiedziała po powrocie i zaczęła liczyć. – 375 marek razy trzy, to będzie 1125 marek.
– To ile ci brakuje – spytał Kaziu Arthura.
– Stówę mi dorzuć.
Wyjąłem szmalec i odliczyłem swoją działkę dokładając 39 za koszulę.
– Czekaj „Diabeł”, ona musi nam dać kwity do vero (podatków), bo to są
ciuchy do roboty.
Kaziu wytłumaczył jej i ona dopisała na paragonie (työvaateet).
Ściskając w dłoni siatkę z marynarkami usiedliśmy piętro niżej w kawiarni
na papierosa. Następnie po krótkiej wizycie w sklepie muzycznym TV-Sävel, gdzie Kaziu oglądał jakieś duże radio z kasetowcem, a my przejrzeliśmy po łebku płyty, wróciliśmy do hotelu. Kaziu wysadził nas, umawiając się na ósmą wieczorem. W pokoju podpastowałem buty i wyciągnąłem z pokrowca czarne, aksamitne spodnie, aby się rozprostowały. Wieczorem po jedzeniu Arthur uprał sobie czuprynę, a ja tylko zmoczyłem dłonie pod kranem i przeczesałem palcami nową fryzurę. Byłem gotowy. Zeszliśmy na dół trochę wcześniej, aby zdążyć wypić po kawie. Gdy przechodziliśmy obok ambony kierownika, pod- biegł Pekka i z uśmiechem pochwalił nasze nowe ciuchy.
290
– On to chyba ciota? – bąknąłem po cichu do Arthura.
– Nie chyba, ale na 100% – odpowiedział, patrząc dla zmyły w sufit. Ledwo zdążyłem upić trochę kawy, wszedł Kaziu.


– Chodźcie panowie, zaczniemy punktualnie.
– Kiitos, tauko – powiedział Kaziu i zeszliśmy.
Axet
Gdy zakładałem bas, Kaziu przypomniał Arthurowi, aby nie grał za głośno na początku. Sprawdziłem strój i Arthur powiedział Misty z „F”. Na sali było zaję- tych chyba z dziesięć stolików i towarzystwo wsuwało żarcie. Powolutku do- chodziło więcej ludzi i pod koniec bloku prawie jedna trzecia restauracji była zajęta. Arthur przeplatał utworami, których przedtem nie grałem. Musiałem się pilnować w tych jego improwizacjach. Według mnie graliśmy za dużo jazzu. Tytuły Arthur rzucał hasłami w skrócie, na przykład Edek (z „E”) (?!) i zaczy- nał. Decybelomierz nie zapalił się nam ani razu. Pekka stał na ambonie z uśmie- chem jak słoneczko.
Oczywiście zatankowaliśmy po kawie i przypaliliśmy po papierosie. Trzeba też było zdążyć do kibla. W drugim bloku Kaziu kazał zagrać Arthurowi dwa walce i kilka par zatańczyło. Potem zaśpiewałem fińskie tango Kotkan ruusu i, o Jezu, jak ciężko mi się śpiewało bez echa, a to dopiero początek wieczoru. Z szybkimi utworami było lżej, bo nie musiałem tyle ciągnąć. Z ulgą zdjąłem bas, idąc na drugą przerwę. Słysząc, że fińska kapela zaczęła grać w nocnym klubie, stanęliśmy na chwilę w drzwiach, aby posłuchać. Po chwili Kaziu sko- mentował, że brzmi im to jak pierdziawka i poszedł sprawdzić automaty obok szatni. Trzeci blok poszedł mi trochę lżej, ale po odśpiewaniu kilku piosenek pod rząd poczułem, jakbym pracował fizycznie. Całe szczęście, że Arthur grał chętnie utwory instrumentalne i Kaziu zaśpiewał kilka razy. Gdy zaczęliśmy ostatni blok, poczułem, że jestem porządnie ochrypnięty. Fajnie to brzmia- ło w rock’n’rollach, ale gdy pociągnąłem wolniaka Feelings, a następnie fiński marszo-foxtrott humppę Heili Karjalasta, Kaziu uśmiechał się z boku i podsu- mował, że wychodzi mi to tak, jakby Joe Cocker usiłował śpiewać po fińsku. Gdy przyszedł czas na ostatniego walca, Arthur spytał mnie, czy zaśpiewam Leila Leila. Poprosiłem, aby odegrał drugą część instrumentalnie, bo nie chcę się ze- drzeć do końca. Zmęczony jak nigdy po tej pierwszej chałturze, kupiłem jaffę i poszedłem prosto do pokoju.
Reszta tygodni zeszła nam na codziennych próbach. W nocy po chałturze schodziliśmy z Arthurem na dół i ćwiczyliśmy jeszcze z godzinę czy dwie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ćwiczyłem tak dużo. W sobotę był w restauracji jak zwykle tłok. Kazia żona, Tuula, przyniosła nowinę, że na dwa następne ty- godnie przyjeżdża do nocnego klubu kapela Pablo Seppä Show. Mają jakiegoś śpiewaka, który naśladuje Elvisa. W niedzielę rano fińska kapela z Darkiem zwinęła się i wyjechała. U nas cały następny tydzień była powtórka pierwsze- go. Próby na okrągło. Byłem zadowolony, gdy ośpiewałem sobie tekst Commo- dorsów Easy, który włączyliśmy do repertuaru. Teraz przez te nocne ćwiczenia z Arthurem oraz słuchanie jego kaset rozszerzył mi się gust muzyczny. Do śpie- wania bez echa trochę się przyzwyczaiłem, szło mi lżej. W pokoju słuchałem nadal nowych dla mnie nagrań i utworów proponowanych przez Arthura, a gdy
291


Moje życiowe zwrotki i refreny
usłyszałem ponownie kasetę z Melanie Jackson, to przyszło mi do głowy, aby zaśpiewać w jej stylu When a Man Loves a Woman. Arthurowi spodobało się to od razu. Mniej krzyku i więcej blusa było w tej wersji. Wygrzebałem w tekstach jeszcze Sittin’ on the Dock Ottisa Redinga. Wieczorem zeszliśmy na chwilę zo- baczyć, co się dzieje w disco. Oczywiście było pełno młodzieży. Gdy słuchałem, co DJ puszcza, spodobały mi się dwa wolne utwory, You’re My Everything i Ben- sona wersja Nature Boy. Arthur pobiegł na górę po kasetę i poprosiliśmy DJ-a, aby nam dograł te dwa.
Odebraliśmy kasetę i poszliśmy na scenę. Ja znowu miałem spisywanie. O drugiej w nocy, bez włączania aparatury, przelecieliśmy je po łebku, dobie- rając tonację. Oba były trochę za wysoko dla mnie, zwłaszcza refren w Nature Boy. W poniedziałek w południe, gdy zszedłem na dół, zobaczyłem z daleka, jak Kaziu kręci się po scenie obok bębnów.
– Cześć – powiedziałem podchodząc.
– Morjens, co, dopiero wstaliśta? – spytał czyszcząc szmatą bębny.
– Nie, Arthur wstał już wcześniej, tylko ja leżałem dłużej.
– Weź „Diabełku”, napij się kawy, to pojedziemy do miasta zobaczyć, czy Kor-
keavuori z agencji wysłała forsę. Rzeczywiście dzisiaj jest piętnasty, uświado- miłem sobie. W kuchni zastałem Arthura przy kawie i powiedziałem, że jedzie- my z Kaziem do miasta po szmalec.
– Jedziesz? – spytałem.
– Oczywiście – odpowiedział, odgaszając skręta.
Wychodząc z banku Kaziu powiedział, że musi wejść do sklepu muzyczne-
go i pogadać z właścicielem Risto. Był to średniej wielkości sklep Fazera. W rogu, w dwóch poziomach wisiały na hakach gitary. Było też kilka basowych, podsze- dłem bliżej i widzę trochę odrapany bas Fender Precision z gryfem maple. Wzią- łem go do ręki, był lżejszy od mojego wiosła. Struny były może trochę za wysoko, ale progi były OK. Spodobał mi się. Przez te odrapania przypominał mi wiosło Jaco Pastoriusa. A jakby podmienić, pomyślałem. Podszedłem do Kazia, który rozma- wiał z właścicielem sklepu i słyszę, że on targuje się o nowe bębny marki Fibes. Odczekałem chwilę, słuchając, o jakich pieniądzach rozmawiają i wtrąciłem się, że jeśli on pójdzie na układ proponowany przez Kazia, to ja podmienię u niego basów- kę i dobrze na nas zarobi. Po chwili zastanawiania Risto zgodził się. Powiedziałem, że moja gitara Ibaneza wygląda „jak nowa”. Bez oglądania mojej mam mu dopłacić 900 marek w trzech ratach. Zadowoleni wracaliśmy do hotelu. Gdy weszliśmy do auli, portier powiedział, że Arthur ma jakąś pilną wiadomość w recepcji.
– O kurczę! – krzyknął z zachwytu – może organy doszły!?
Wykręcił z recepcji do biura transportowego i wracając po chwili z uśmie- chem powiedział:
– Muszę jutro złapać tego Seppo z bagażówką i jadę po Hammonda!
Następnego dnia rano, gdy wstałem, Arthura już nie było. Po wypiciu kawy poszedłem do recepcji spytać, czy jest do mnie jakaś poczta. Przechodząc obok
292


– Wyobraź sobie, że oni ku...wa wysłali je bez żadnego opakowania!
Axet
drzwi wejściowych, zobaczyłem, że na zewnątrz stała jakaś wielka odrapana skrzynia, a obok w kartonie Leslie 760. Gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem z drugiej strony dwa manuały klawiszy i oparty o ławę duży pedał basowy. Po chwili przyszedł zadyszany Arthur i oparł się o organy. Cała skrzynia zachwia- ła się na boki, jakby miała się za chwilę rozlecieć.
Po chwili Arthur przyciągnął wózek i z pomocą portiera wtaszczyliśmy organy do środka. Trochę się nasapaliśmy, zanim wepchnęliśmy je na tę wysoką scenę.
– Ile to waży? – spytałem.
– Według dokumentu wysyłki to z ławką i pedałem ważą 204 kg!
– To teraz będziemy mieli co dźwigać – sapnąłem.
– Ale jak usłyszysz jak one brzmią, to zapomnisz o kilogramach.
– OK, B-3 są ładniejsze, na nogach i lżejsze, ale droższe. W środku wszystko
jest prawie to samo. Trochę o tym czytałem – dodał.
– Dobra, teraz przyniesiemy leslie.
Na parkiecie pomogłem mu zdjąć karton i wstawiliśmy je na scenę.
– To ja wyniosę ten karton na balkon – powiedziałem, zginając go.
Gdy wróciłem, Arthur czyścił ręcznikiem klawiaturę, Kaziu składał swoje
bębny i wynosił je do auta. Po chwili załadowany w saabie pod sufit poprosił, abym mu zabrał centralny do mustanga. Otarłem basówkę szmatą i wziąłem w drugą rękę jego centralny. W sklepie Kaziu targował się jeszcze z Risto i Fri- manem o jakieś extra skóry Remo na werbel. Mojego Ibaneza nawet nie ogląda- li, tylko powiesili od razu na kołku i wypisali na rachunku daty, kiedy mam za- płacić raty. Zadowoleni wróciliśmy do hotelu. Arthur podłączył w międzyczasie organy i... jak ten Hammond zabrzmiał! Mnie się podobała każda barwa. Tylko gdy zrobił glissando, to cała szafa chwiała się na boki, śmiesznie to wyglądało.
– Muszę podokręcać śruby – dodał.
Kaziu kręcił kluczem w bębnach i szukał pozycji zawieszenia na kotły.
– Teraz „Diabełku” to te bębny zabrzmią – zachwycał się.
A mój bas? Raptem miał więcej środka. Gdy grałem palcami bliżej mostka,
było może trochę mniej dołu, ale teraz mogłem dodać więcej mocy.
– To jutro zaskoczymy ludzi nowym brzmieniem – powiedziałem.
Im dłużej przyglądałem się mojej basówce, tym więcej mi się podobała.
Miała coś w sobie. Nazwałem ją Cecylia, bo to mama kupiła mi pierwszą gitarę i wspierała moje muzyczne zainteresowania.
Gdy wróciłem z kuchni z kawą, Arthur na kolanach grzebał coś w Pre-Amp pedale do przełączania szybkości leslie.
– Muszę zamienić ten przełącznik, bo ten z szybkich na wolne zacina się, a tego on/off to nie będę używał na razie.
– Masz lutownicę? – spytał.
– A co, to leslie jest używane? – Taa, znalazłem je u Fazera.
293


Moje życiowe zwrotki i refreny
Gdy Arthur odkręcił przełączniki, ja odlutowałem dwa kable i coś zaczęło trzeszczeć.
– Chyba ten kabel był tutaj, a nie tu – domyślałem się.
– No to, zamień je – zgodził się Arthur.
Nie wyłączając pedału z organów odlutowałem następny kabel i gdy dotkną-
łem nim w drugie miejsce, raptem poszła iskra i na scenie zgasło światło!
– O ku...wa korki wywaliło.
Przez chwilę byliśmy ślepi. Z portierem znaleźliśmy na zapleczu spalony
korek, pod którym pisało, scena orkiestry. Przylutowałem kabel na stare miej- sce i siknąłem w nie płynem do czyszczenia potencjometrów. Trzaski ucichły. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy ostatni goście wyjdą z restauracji, tak nam się chciało zagrać na nowych gratach. Gdy o pierwszej w nocy było już pusto, dorwaliśmy się do instrumentów. Teraz z Hammondem wszystko brzmiało po- tężnie! Arthur w rozkroku jak pająk grał jedną ręką na pianie Rhodesa, a drugą na organach. Piano przestawiał kilka razy, aby znaleźć wygodną pozycję. Kaziu nadal kręcił przy kotłach. W moim basie przypasowała mi pozycja przy mostku. Łatwiej mogłem zróżnicować dynamikę. Będę musiał przełożyć tylko tę pod- pórkę pod palec, która jest pod strunami, na górę.
– Boguś to może przelecimy Summer Wind – zaproponował Kaziu.
– Boguś? – powtórzyłem, patrząc zdziwiony na Arthura.
– Boguś dobrał sobie imię Arthurka – wytłumaczył szybko „Kassu”. Przelecieliśmy dwa razy i Kaziu narzekał, że jest mu trochę za wysoko. – To opuścimy o jeden – zaproponował Arthur.
Graliśmy do wpół do trzeciej, aż zamknęli nocny klub i musieliśmy wyłączyć graty. Z brzmienia byliśmy bardzo zadowoleni. Następnego dnia po obiedzie siedziało w restauracji tylko trzech facetów w garniturach. Kaziu widząc to, po- wiedział kierownikowi, że zrobimy małą próbę. Pekka zgodził się. Arthur słu- chając pewnie jakiejś kasety, zaczął improwizować coś w fusion stylu. Kaziu załapał się i po kilku taktach synkopując przeszli na funky. Słysząc to dołączy- łem się ze slap basem i wyszło nam fajne groove. Teraz bębny brzmiały gło- śniej, a Arthur też nie oszczędzał na mocy. Raptem Kaziu zrobił break i prze- szedł na szybkiego swinga. Arthur poleciał za nim i ja też. Zachwycony tym, co gramy, kiwam spuszczoną glową na boki, „tak jak to jazzmeny robią...”. Kątem oka widzę, jak jeden z tych biznesmenów w garniturze wstał i idzie szybkim krokiem w naszą stronę. Stanął przed sceną i wyjął z portfela sto marek. Zdzi- wieni przestaliśmy grać i gapimy się na niego. Facet położył stówę na scenie i powiedział podniesionym głosem.
– A teraz zrobicie sobie przerwę! – i poszedł.
Arthur wyłączył piano i powiedział, że pewnie fusion i funky lubią lepiej niż swinga. Kaziu roześmiał się szczerze i poszedł do recepcji rozmienić tę stówę.
Teraz przypomniał mi się ten bok z Mareiehamn, gdzie jeden Szwed dał nam pięćset koron po zakończeniu wieczorku. Dzisiejszy przejdzie też do historii!
294


– Teraz na plakacie nazywamy się Saxet!
Axet
Minął pierwszy miesiąc pracy i któregoś dnia Kaziu wchodząc do nas do pokoju, powiedział, że ktoś ku...wa dopisał na plakacie do naszej nazwy z przodu literę „S”!
Wybuchnęliśmy śmiechem! Słowo „Axet” z dopisaną literą „s” z przodu, zna- czyło po fińsku nożyczki (sakset).
– Ha, ha, ha, a teraz proszę państwa zamiast siekier wystąpią nożyczki! – zgrywałem się.
Zaczęliśmy szukać nowej nazwy dla kapeli i w końcu wpadliśmy na pomysł.
Kaziu śpiewa rocka Playing In Travellin’ Band Creedensów, więc dlaczego nie Travellin’ Band. I to jest logiczne.
– Jesteśmy często w podróży, czyli nazwa pasuje jak ulał – argumentowałem.
– Taaa, Rolling Stonesi wzięli nazwę z utworu śpiewanego przez Muddy Wa- tersa, to my możemy wziąć od Creedensów – dodałem bardziej przekonany.
– Skoro tak. to należy dodać „the” z przodu – podpowiedział Arthur.
Kaziu nie czekając, poszedł do recepcji i zadzwonił do Hertella powiadomić, że od tego miesiąca nazywamy się The Travellin’ Band i nowe zdjęcia będą do- słane wkrótce.




The Travellin’ Band
obimy zdjęcia. Arthur zaproponował, że wszyscy mają typowo orkie- R strowe zdjęcia z uśmiechem cheers five. Aby się wyróżnić powinniśmy trzasnąć jedno tak jak chodzimy na co dzień, w jeansach bez instru-
Hämeenlinna, październik 1977, hotel Aulanko
mentów. Czemu nie.
Zadowoleni, że nie trzeba się pakować, przegraliśmy początek tygodnia „do-
cierając” nowe instrumenty. W nocnym klubie grała wesoła fińska kapela Pablo & Publikaanit z solistą Pekka Loukiala. Robiła się jesień na całego i namówi- łem Arthura, aby odpoczął od ćwiczenia i przejechał się ze mną do Tampere po przyczepę. W poniedziałek w południe nalałem bak do pełna i pojechaliśmy. Aby sprawdzić, ile te osiem cylindrów pije, gdy się szaleje z gazem, jechałem ile się dało. Wszystko, co z przodu zobaczyliśmy, było dogonione i wyprzedzone. W Tampere dolałem znowu do pełna i wyliczyłem na takiej okrągłej tabelce, że on mi pije 12,5 litra na stówę!
– Zobaczymy, ile wypije, jak poje- dziemy grzecznie z powrotem.
Weszliśmy do Tampereen Musiik- ki i po przywitaniu się z Markku po- szliśmy na dół. Nie trwało długo, gdy Arthur dorwał się do stringów Rolan- da. Tak mu się spodobały, że zaczął mnie prosić, abym pogadał z Markku o ratach. Wszystkie discowe kawałki używają skrzypy, przekonywał mnie. Cena wywoławcza była 1850 marek.
– Ty, teraz przydałby mi się osobny wzmacniacz na Clavinet – i poka- zał palcem na gitarowy wzmacniacz SG, który miał kilka srebrnych gałek o różnej wielkości. Markku powie- dział, że to jest Gibson z dwoma 12-ca- lowymi głośnikami na lampach. Na- stępne pudełko do noszenia.
The Travellin’ Band, od lewej: Andrzej Andre Janczak,
Kasimir „Kassu” Kawka, Bogdan Arthur Kraśko
297


Moje życiowe zwrotki i refreny
Trochę bisnesów już z Markku zrobiliśmy, Tadek kupił tutaj bębny Hayman, ja basówkę, a Tomek organy i leslie. Markku liczył i liczył, aż w końcu zgodził się na spłaty bez zaliczki. Mieliśmy już wychodzić, gdy usłyszałem, jak inny klient próbował echo Rolanda. Przystanąłem i posłuchałem, jaki kit mu wciska ten drugi sprzedawca. Ma chorus, echo on-on i bardzo długą taśmę, która starczała na długo oraz XLR (po naszemu wtyczki canona) zbalansowane wejścia.
– „Diabeł”, wcześniej czy później musimy mieć echo, a skrzypy bez echa to pierdziawka – zachęcał mnie Arthur.
Markku widząc, jak oczka mi się zaszkliły, walnął.
– Andre, Arthur już kupił dzisiaj, teraz jest twoja kolej. Dam ci dobrą cenę.
– Dasz mi też na raty i dwa kable XLR?
Nie trwało więcej niż pięć minut i miałem pod pachą (nareszcie!) Chorus
Echo 501 Rolanda i dwa kable.
Wsadziliśmy ostrożnie nowe zakupy na tylne siedzenie mustanga i weszli-
śmy naprzeciwko do Anttili, aby zerknąć na płyty. Kupiłem dwie po 6,90. Zna- lazłem album Powerful People Gino Vannelliego z 1974 roku, Rufus i Ohio Play- ers, bo miała fajną okładkę. Tego Gino Vannelliego słyszałem kiedyś, bardzo mi się podobał jeden utwór, ale nie pamiętam tytułu. Zaryzykuję. Arthur wyjął jakąś nieznaną mi kasetę z Yellow Jacket oraz kupił dwie puste lepszej jako- ści TDK chrome. Do tej pory kupowaliśmy najtańsze i najdłuższe kasety, teraz usłyszeliśmy, że jakość nagrań jest lepsza na tych droższych. Zadowoleni wje- chaliśmy na parking, przyczepa stała nieruszona na swoim miejscu. Zaczepi- lem ją do auta i na stacji obok podpompowałem opony. Teraz jechałem tyle, ile znaki pozwalały. W Hämeenlinnie znowu zatankowałem do pełna i okazało się, że wypalił mi „tylko” 10 litów i to z przyczepą.
W knajpie Arthur zaczął kombinować, jak tu poukładać nowe klawisze. W końcu ustawił się tak, że po prawej stronie miał nadal piano, na nim stringi Rolanda, a z przodu na Hammondach leżał Clavinet.
– Chyba będzie mnie widać – żartował.
Próby mieliśmy nadal codziennie i któregoś wieczoru Kaziu postawił z przodu na scenie swój nowy przenośny magnetofon i nagrał kilka utworów.
– „Diabełku” ten nowy ma Dolby NR, więc nie w kij pierdział – dodał Kaziu. – Dolby?
– Taa, taki pypeć do redukcji szumów.
Po graniu w nocy nagraliśmy jeszcze kilka kawałków. Około drugiej Kaziu po-
szedł do nocnego klubu, a ja włożyłem swoją kasetę i zaczęliśmy z Arthurem im- prowizować. W końcu Arthur wpadł na pomysł, że może w takim tempie bossa novy coś zaimprowizujemy. Leć za mną z „G”. Gdy usłyszałem pierwsze dźwięki, zrozumiałem, co Arthur ma na myśli, skojarzyłem od razu ten feeling z kasety Pastoriusa i zaproponowałem, że ja zacznę. Grając z kapelusza, czułem, że to co gramy jest dobre. Coraz częściej miałem gęsią skórkę na plecach. Pilnowałem się, aby nie zagrać za dużo, bo Arthur dawał porządnie czadu na organach. Gdy
298


The Travellin’ Band
Kaziu usłyszał to stojąc w drzwiach klubu, wszedł na scenę i dołączył się z bęb- nami. To, co się nagrało, polubiłem od razu i nazwałem to 1th Gig! Arthur wyci- snął z Hammondów takie soki, że ciarki przechodzą za każdym razem, gdy tego słucham. Po wielu latach wstawiłem tę orginalną wersję bez żadnej edycji na YouTube, wklejając kilka zdjęć (około 2:00 zaczyna się improwizacja Arthura) https://www.youtube.com/watch?v=6U17yJg8lPI. Można to znaleźć, szukając pod Travellin’ Band Live 1977 1th Gig.
Następnego dnia na przerwie Kaziu powiedział, że na listopad jedziemy do jakiegoś motelu na wieś, do Hankasalmi, a na grudzień wracamy do Aulanko.
W ostatnią niedzielę Arthur pojechał odwiedzić rodzinę do Lappenranta.
Wyciągnąłem zimowe opony z przyczepy i z trudem je wymieniłem. Arthur wrócił toyotą we wtorek i zadał, że dostał pismo od celników, że w styczniu musi pojechać na tydzień do Polski, aby wywieźć Hammondy, bo są odpra- wione na okres tymczasowy bez cła. Gdy wróci, będzie to jego warsztat pracy i może wtedy używać je tak długo, jak długo ma pracę.
– Zobaczymy, gdzie będziemy grali w styczniu – powiedział Kaziu – albo weź- miemy kogoś na zastępstwo, albo dwa tygodnie wolnego.
Odegraliśmy ostatni tydzień, nagrywając każdy wieczór i potem słuchaliśmy tego do późna w nocy. Zawsze coś wyszło fajnie, więc odgrywałem to dla siebie. – A gdzież mi się tak śpieszyło – zadał Arthur po wysłuchaniu swojej solów-
ki w jakimś utworze.
Nie wytykaliśmy sobie błędów, bo każdy i tak sam je usłyszał. Była to dobra
nauka dyscypliny muzycznej. W piątek Kaziu przywiózł dwie kolumny Yamahy i mały mixer z wzmacniaczem.
– Wziąłem to na próbę od Risto. Coś swojego na wokal musimy mieć, nie?
– Jedźcie do miasta po szmal, bo ja swój już wyciągnąłem – i dodał – Hertell założył nam konta w banku, bo tak im wygodniej płacić. Tylko zabierzta ze sobą paszporty.
Ja miałem już konto, gdy grałem z Leena & Paradox przez Scan Show, ale w innym banku. Zostawiliśmy Kazia z kolumnami na scenie i pojechaliśmy do miasta. W banku trochę się zdziwiłem, gdy „Artek” położył na ladzie fiński mu- ukalaispassi (paszport cudzoziemca).
– Co? Konsularnego mi nie dali, to mam taki – skomentował krótko.
– O! Graliśmy o jeden dzień mniej, a zarobiliśmy trochę więcej – ucieszył się. – Może dołożyli za nocne godziny w niedzielę?
Wieczorem nowa aparatura Kazia brzmiała kiepsko. Kaziu zadał po swoje-
mu, że jest to pierdziawka i jutro weźmie co innego. Następnego dnia wrócił i wtaszczył na scenę mixer Rolanda i kolumny Peaveaya. Teraz było dużo lepiej.
W hotelu zmieniali reklamę w oknach przy wejściu i wydębiłem od nich resztki takiej samoprzylepnej tapety. Miałem spore arkusze zielonej i kawał-
ki czarnej tapety.
299


Moje życiowe zwrotki i refreny
Otarłem ręcznikiem napisy na przyczepie i zakleiłem nazwę Vox Remedium. W pokoju wyciąłem z tej czarnej najpierw litery Travellin´ Band, na „The” nie- stety nie starczyło. Przykleiłem je z boku przyczepy. Ciekawe czy się nie odkle- ją podczas przerzutu.
Ostatni wieczór w Aulanko. Po graniu zaczęliśmy się pakować i po załadowa- niu wszystkiego w przyczepę sprawdziłem przezornie, czy nie siadła na koła. Było sporo luzu. Kiedy wracałem z parkingu, zaczął lekko padać śnieg. Powie- działem o tym Arthurowi i nie był zadowolony.
– O kurczę, ja mam wprawdzie zimowe opony, ale bez kolców, może się roz- topi do jutra – powiedział, wyglądając przez okno.
– Hmm, skąd ja to znam...
Spakowałem służbowe ciuchy do pokrowca i poszedłem spać. Dochodziła trze- cia, a Arthur jeszcze czytał. Następnego dnia, w niedzielę, wstałem o pierwszej po południu. Wyjrzałem przez okno i po śniegu ani śladu, roztopił się. Po kawie w kuchni zaproponowałem Arthurowi, abyśmy pojechali do miasta, zobaczyć co grają w kinach. Może zaliczymy jakiś film przed wyjazdem na wieś? Po obiedzie wsiedliśmy w jego bryczkę i w mieście objechaliśmy wszystkie trzy kina. Zdecy- dowaliśmy się na jeden film. Gdy wróciliśmy do Aulanko była już ósma wieczo- rem. Głodni jak psy poprosiliśmy kucharza grzecznie o żarcie i usiedliśmy w auli, gapiąc się w telewizję. Po chwili wychyliła się biała czapka i kucharz dał nam cynę, że korytko jest gotowe. W kuchni na talerzu znaleźliśmy fińskie pyttipan- nu. To danie nazywaliśmy „przegląd tygodnia”, bo były to podgrzane ziemniaki, jakieś resztki mięsa czy szynki, cebula, papryka i coś tam jeszcze, co było w lo- dówce. Wszystko pokrojone w drobną kostkę, a na tym sadzone jajko. Po posiłku zacząłem pisać list do rodzinki, a Arthur znowu czytał ze słuchawkami na uszach. W poniedziałek w południe przyjechał Kaziu i waląc w drzwi, obudził nas.
– Wstawajta leniuchy, mamy trochę drogi przed sobą.
W kuchni jedzonko i pożegnanie się z personelem. Gdy jechałem krętą drogą z Aulanko w stronę miasta, zrobiło mi się trochę żal, że musimy jechać do małego motelu. Tak fajnie tutaj było. Ale na grudzień znowu tu wrócimy. Kaziu jechał saabem pierwszy, Arthur toyotą w środku, a ja z przyczepą ostatni. Taką tworzyliśmy karawanę. Około piątej zobaczyłem napis Hankasalmi.
Jak większość moteli, kompleks składał się z dwóch złączonych budynków. Re- stauracja w jednym, a pokoje w drugim. Dostaliśmy klucze do dwóch, ja z Ar- thurem, a Kaziu osobno. Ponieważ dzisiaj mieliśmy jeszcze wolne, a w restau- racji nie było gości, to powolne rozstawianie gratów zajęło nam cały wieczór. Nowa aparatura wokalna zdawała egzamin. Zagraliśmy dwa utwory i Kaziu poszedł do kuchni zamówić żarcie. Barman i reszta personelu wydawała się miła. Następne dni graliśmy na luzie. W pierwsze wolne dni Kaziu pojechał do domu, a ja z Arthurem przenieśliśmy piano Rhodesa i jego mixer do pokoju.
300
Listopad 1977, motel Hankasalmi


Click to View FlipBook Version