słyszałem długo cichy
gwizd, jakby mikro-
fon się sprzęgał. Wtedy
nie słyszałem jeszcze
o czymś takim, jak Tin-
nitus. W połowie mie-
siąca były moje urodzi-
ny. Mona wyrwała trzy
dni wolnego i odwiedzi-
ła mnie. Podczas prze-
jażdżki po okolicach
Hanko znaleźliśmy dro-
gowskaz do fabryki dy- Mona i drogowskaz do fabryki dynamitu namitu! Nie do wiary, że
The Travellin’ Band
tak otwarcie się reklamują. Mieliśmy zamiar kupić kilka kilogramów, ale w ba- gażniku nie było miejsca... Musiałem to miejsce udokumentować fotografią.
Koniec lata na wybrzeżu i jedziemy do Tampere, do niedawno wybudowane- go hotelu Rosendahl.
W Tampere grałem już tyle razy, że znałem miasto na wylot. Charakterystyczną panoramą Tampere jest wysoka wieża w parku Särkänniemi. Na górze znajduje się restauracja, która kręci się dookoła swojej osi. Kontrast małego miasteczka Hanko do Tampere jest duży. Fabrykami włókienniczymi przypominało Łódź.
Tampere, wrzesień 1979, hotel Rosendahl
Gdy wnosiliśmy sprzęt, szczęka nam opadła. Nocny klub jest wykuty w skale jak amfiteatr. Bar jest na samej górze, a na trzech piętrach/tarasach są stoliki. Duża scena na samym dole przed oszkloną ścianą ze skały. To robi wrażenie!
Mieszkanie mamy jednak w mieście i tam spotkałem Zbyszka Gajewskiego z Rainbow, który właśnie się pakował. Śpieszył się na następne granie, więc tym razem nie pogadaliśmy. Pierwszego wieczoru na scenie mówiliśmy podniesio- nym głosem, bo nie byliśmy przyzwyczajeni stać tak „daleko” od siebie. Następ- nego dnia przemeblowaliśmy trochę i kontakt był lepszy. Niedawno otwarty nocny klub cieszył się popularnością, co wieczór było dużo gości. Po pierwszej niedzieli Kaziu wrócił w poniedziałek i mówi, że na parkingu obok hotelu musi być jakiś komin z kotłowni, bo ma na aucie czarne plamy po sadzy z oleju.
– Myłem auto w Hämeenlinnie i facet na stacji powiedział, że to się wgryzło w lakier i trzeba porządnie wypolerować maszyną, bo zmyć się nie da.
Ja z Arthurem parkowaliśmy na szczęście z drugiej strony budynku. Kaziu zawołał kierownika i poszliśmy obejrzeć jego opla. Na parkingu, obok wenty- lacji z kotłowni, było widać, że inne auta też mają takie małe plamki. Kierow- nik spróbował na mokro zetrzeć, ale nie szło. Obiecał, że przedstawi sprawę właścicielowi hotelu i da znać. Któregoś wieczoru wpadł kolega Kazia, Lucjan
351
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
Czaplicki mieszkający tutaj, w Tampere. Przegadali kilka przerw. Będąc w cen- trum po znaczki, zobaczyłem, że w restauracji Kustaa III gra znany gitarzysta z Polski. Poznałem z jego kapeli Barbarę K. i Jerzego G. Od nich dowiedziałem się, że grupa Happy End Zbyszka Nowaka jest już w Ameryce.
Po dwóch dniach Kaziu otrzymał pozytywną wiadomość, że na koszt hotelu może zrobić w lakierni gruntowne polerowanie auta. Faktycznie pod koniec ty- godnia jego opel błyszczał jak nowy. Z Arthurem odwiedziliśmy kilka razy sklep muzyczny i rezultatem była podmianka clavinetu na wcześniej upatrzonego vo- coder Rolanda w racku. Właściciel Markku oczywiście rozłożył dopłatę na kilka rat. W tamtych czasach w sklepach nie brano odsetek za raty.
Nocny klub był zamknięty w ciągu dnia, więc mogliśmy robić próby z voco- derem Arthura. Bardzo szybko się przyzwyczailiśmy, że teraz w refrenach jest chórek na głosy! Utwory Bee Gees czy ABBA brzmiały bliżej oryginału. Szkoda tylko, że Arthur nie miał trzeciej ręki. Jak wspomniałem, w MiniMoogu nie było żadnej gotowej barwy. Przed każdym utworem Artek kręcił potencjometrami jak szalony, poprawiając nadal podczas utworu. Aby sobie ułatwić, zapropo- nował, abyśmy dobrali utwory parami, tak aby miał blisko w zmianach barw. Grając teraz jedną piosenkę, wiedzieliśmy, jaka będzie następna, co skróciło przerwy między utworami. Arthur wyciskał z Mooga takie soundy, jak np. fale morskie w intro do Feelings, aby po chwili zagwizdać prawie tak, jak to tylko człowiek potrafi. Miał czuja do tego. A propos repertuaru słyszałem, że były ze- społy, które co wieczór grały utwory w tej samej kolejności. Chodziły opowie- ści, że personel tak się przyzwyczaił, że po usłyszeniu pewnego utworu, który zawsze grali na końcu, sprzątaczka w kuchni wylewała wiadro wody na podło- gę i zaczynała sprzątać. A jak to było, gdy któregoś dnia zagrali ten utwór wcze- śniej? Ha, ha, takich anegdot jest więcej...
Codzienne granie po pięć godzin plus próby wymagało od czasu do czasu pielęgnacji „metronomu”, czyli naszych „muzycznych” nóg, którymi tupiemy do taktu. Aby wykorzystać czas optymalnie, jednocześnie pisałem koresponden- cję, słuchałem muzyki oraz naklejałem znaczki! Proszę bardzo, załączam gla- murowe zdjęcie muzyka z wolnego dnia.
W październiku pracowaliśmy w Pori, w restauracji Satakunta. Któregoś wie- czoru siedział obok sceny znajomy już nam piosenkarz Kari Tapio. Na przerwie wyraził się pozytywnie o nas, co zawsze cieszy. A słysząc naszą wersję Good- bye´s a Long, Long Time Lou Rawlsa zrobił się liryczny. Z rozmowy telefonicz- nej dowiedziałem się od mojego „informatora”, że w Arkipelagu gra Sony Trio.
Na listopad wróciliśmy do Hanko, do restauracji Regatta. Budynek ładnie się prezentował w jesiennym słońcu. Trwało to jednak krótko, bo zaczęły się sztor- my. Mieszkaliśmy za rogiem i wieczorami przed pracą były zawody w biegach, aby nie zmoknąć do suchej nitki. Od Mony wiem, że w nocnym klubie w Arkipe- lagu gra ponownie Fraction z Łodzi, a w restauracji Good Fellows.
352
Któregoś dnia Kaziu przyniósł nowinę, że Darek Witkowski nagrał singla Hej Barbarel- la, a na drugiej stronie ma Kiss Me Once More. Piosenki te puszczają w szafach grających.
The Travellin’ Band
Na grudzień jedziemy ponownie do Aulanko. Mieszkając w hotelu, nie musimy teraz biegać do pracy i „niszczyć” wy- pielęgnowanych fryzur. Jest zima i zbliżają się święta, więc przeprosili- śmy służbowe marynar- ki. W połowie miesią- ca Kaziu zameldował, że rozmawiał z Darkiem. Kapela Seppo Närhi roz- pada się i Darek chęt- nie wróciłby do nas na czwartego.
Ja, na kolanach„biuro”, czyli aktówka, a na stoliku niezbędne do pracy urządzenia: kasetowiec, budzik oraz dopingowe napoje ja a – by the way „zgrabne nogi” nie?
– To co, będzie- my grali na dwa basy? – spytałem.
– Darek gra też na gi- tarze – dodał Arthur.
Po krótkiej wymianie poglądów podsumowa- liśmy, że dojście Darka urozmaiciłoby nas wo- kalnie. Poza tym jest to miły kolega.
– Co tu gadać, dzwoń do agencji i nie pytaj, czy można, tylko przed- staw, że od stycznia gramy w kwartecie i już – zaproponowałem, a Arthur przytakiwał.
Fraction w hotelu Arkipelag. od lewej: Andrzej Matyśniak, Roman Kaźmierski, Krzysztof Ciemniewski
353
ARCHIWUM ROMANA KAŹMIERSKIEGO ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
„Kassu” powiadomił Hertella o zmianach, na co on wyraził zgodę dodając, że jak umie- ścimy na nowym zdjęciu nazwę agencji to on pokryje połowę kosztów. Czemu nie, pasuje! W końcu grudnia przyjechał Darek i zaczęliśmy robić próby. Teraz było więcej do śpiewania na głosy. Darek zaproponował, aby dodać jego imię do nazwy zespołu na Darius & The Travel- lin’ Band. Kaziu pomyślał chwilę i powiedział, że on dochodzi do zespołu, który istniał wcze- śniej, więc została przyjęta nazwa The Travel-
lin’ Band & Darius. Podczas prób zrobiliśmy kilka hitów, jak Hot Stuff Donny Summer, Gimmie Gimmie ABBA, Living In The City, Baby Come Back Player czy Gotta Go Home Boney M., gdzie Arthur wykorzystywał cwanie vocoder. Ja do- rzuciłem kilka wolniaków, jak You Are The Sunshine of My Life Stevie Wondera, Isn´t She Lovely, Honesty i Just The Way You Are Billy Joel, Just For You Alana Pri- ce’a oraz Fool If Think Is Over Chrisa Rea. Zaraz, zaraz... coś mi się wydaje, że któryś z Czytelników skrzywił się, czytając o stylu disco.
Wytłumaczę Wam. W tych discowych utworach w latach 70. trzeba było za- pieprzać! W nich słychać było mieszankę z Tamla Motown sound, funky groove, soul, blues czy Santany latin z percussion. Były to bardzo melodyjne hity z boga- tym aranżem (groove) gdzie wszyscy muzycy włącznie z rurami (brass), (Earth Wind & Fire) mogli się „wygrać”. Chciało się je grać i do nich tańczyć. W nich to zaczęto wykorzystywać na całego syntezatory, elektryczne bębny (drums machi- ne). Stevie Wonder otworzył oczy wielu muzykom w Superstition. Death metal z wymiataczami na gitarach się jeszcze nie urodził. Muszę nadmienić, że Darek nadal bardzo fajnie śpiewał, nie mówiąc już o jego wersji Georgia On My Mind Ray’a Charlesa. Utwory Toma Jonesa czy Roda Stewarta też śpiewał głosem bardzo podobnym do oryginału. Arthur nagrywł nas co wieczór i potem było przesłuchiwanie z odgrywaniem. Mam nadal kilka CD z naszymi nagraniami live. Żona Arthura uszyła szybko Darkowi koszulę i zrobiliśmy reklamowe zdjęcie.
Widząc gotowy plakat, zauważyłem, że nie ma „The” w nazwie. Hmm, spyta- łem Kazia, jak fotograf wydrukował nazwę zespołu? Okazało się, że w księgar- ni można kupić gotowe litery w różnych stylach i „wygnieść” je pojedynczo. Le- traset się to chyba nazywało. A może w ten sposób „wydrukowałbym” rasowe boki na moich kasetach, pomyślałem? Następnego dnia Kaziu wygonił Darka do Sokosu po marynarkę.
– Tylko nie bierz rachunku na smoking – żartował.
Po tym „słynnym” solo Arthura na MiniMoogu w Nature Boy nadal słyszę w lewym uchu cichy syk. Zagwizdałem ten dźwięk i Arthur znalazł na pianie, że to jest wysokie „F”. O! jedyny pożytek z tego mogę mieć przy strojeniu. Wtedy nie było digitalowych tunerów!
354
ARCHIWUM DARIUSZA WITKOWSKIEGO
The Travellin’ Band
The Travellin’ Band & Darius, styczeń 1981, od lewej: Kasimir „Kassu” Kawka, Dariusz „Darius” Witkowski, Andrzej Andre Janczak, Bogdan Arthur Kraśko
wał się w dwóch językach. Któregoś dnia wybraliśmy się, UWAGA! pieszo do centrum. Aby tam dojść, musieli- śmy przejść przez długi most. Byli- śmy ubrani po kawalersku i w połowie drogi wiatr i mróz dał nam tak popalić, że bez słowa zawróciliśmy do hotelu. Dopiero po kilku dniach udało się nam odwiedzić zamarznięte centrum miasta Vaasa. Mieliśmy sporo nowego repertuaru i grało się nam fajnie. Na luty mamy zaklepane dwa miej- sca. Pierwsze dwa tygodnie w Lahti, a potem w Haminie w restauracji Ka- sematti. Poza tym Hertell poinformo- wał, że mamy zagwarantowane granie aż do końca lipca.
Scena w Vaasa
The Travellin’ Band & Darius
rzerzut mieliśmy podczas mrozów. Przed hotelem termometr poka- Pzywał -22. Chyba pobiliśmy rekord we wnoszeniu sprzętu. Scena była
Vaasa, styczeń 1980, hotel Vaskiluoto, restauracja Waskia
dość duża więc „znalazło się miejsce” dla Darka i jego wzmacniacza. Tutaj personel również porozumie-
Fajna knajpa, prawie codziennie było pełno ludzi. Tutaj mogę dyskretnie przy- pomnieć, że czasami najlepiej zamknąć gębę, aby nie dać plamy...
Lahti, luty 1980, restauracja Lahden Seurahuone
Otóż po pracy, stoimy przed kioskiem z grillem, aby kupić hot doga i jeden z nas widząc w kolejce faceta z Afryki, skomentował po polsku coś w tym stylu: ...ale tu ciemno w tej kolejce... Ten z Afryki odwrócił się i powiedział: dobrze, że latarnie się palą, nie?... czysto po polsku!! I jak tu się teraz tłu- maczyć, że my tylko tak sobie? Plama! Dobrze, że Afrykanin miał poczucie humoru i porozmawiał z nami chwilę. Studiował medycynę w Polsce i to w Łodzi. Pracuje tutaj w Lahti w szpitalu. Pamiętał klub na Lumumbowie
357
ARCHIWUM AUTORA
Reklama z gazety
Moje życiowe zwrotki i refreny
w Łodzi, gdzie się grało swojego czasu dla tych studentów. Nadal uczymy się... świat jest mały.
Dwa tygodnie przed nami grał tutaj bardzo popular- ny w Finlandii Pepe Wilberg & Paradise. Ta restauracja prowadzi inną politykę. Mianowicie biorą dobre zespoły tylko na 14 dni, a w pozostałe jest disco. Wejście kosz- tuje zawsze tak samo, aby w ten sposób zarobić na gaże zespołów.
Hamina, luty 1980, restauracja Kasematti
Przez dwa tygodnie była dobra chałtura! Miejscowi muzycy przychodzili nas posłuchać i siedzieli wieczora- mi „w pierwszym rzędzie”. Oczywiście wtedy „starali- śmy się”, aby zrobić dobre wrażenie. Często miałem gęsią skórkę na plecach, bo żarło nam dobrze. Nasze nocne słu- chanie muzyki z kaset i płyt owocowało, zawsze coś tam się zapamiętało i „pożyczyło”. Teraz mamy kilka chałtur tylko po dwa tygodnie. Jest więcej pakowania, ale czas leci szybciej.
Graliśmy tutaj poprzednio, więc znamy układy. Darek jest zadowolony, bo może spać u siebie w domu. Obok naszego mieszkania w restauracji Kairo gra polskie trio o dziwnej nazwie Kaktus. Do pracy chodziliśmy te trzy ulice na krzyż na piechotkę i cholera przeziębiłem się. Teraz przydał się Darek. Pod koniec drugiego tygodnia zrobili wcześniej za- powiadany strajk personelu w knajpach. Hertell miał tym razem rękę na pulsie i załatwił nam robotę na statku.
Kotka, marzec 1980, restauracja Itämeri
Fajnie, mogliśmy wjechać autami na deck, aby wyładować sprzęt. Natomiast schody były wąskie, a winda minimalna. Trochę się nagimnastykowaliśmy. Za podpowiedzią intendenta przywiązaliśmy kolumny do haków w tylnej ścianie, aby się nie wykopyrtnęły, gdy będzie bujać.
Helsinki – Sztokholm, marzec 1980, Viking 5
– A co będzie bujać? – zdziwiłem się.
Była to nasza pierwsza chałtura na statku, który miał 414 kabin, zabierał 1200 pasażerów, 300 aut i 30 wielkich TIR-ów. Aby znaleźć kabiny i messę, czyli jadalnię, błądziliśmy na początku. W rejs wypływaliśmy z Helsinek wie- czorem i dopływaliśmy rano do Sztokholmu. Tam statek stał cały dzień i wie- czorem powtórka. Godziny grania były takie jak w restauracji na lądzie. Kajuty mieliśmy na dziobie pod poziomem wody i słychać było, jak kry lodu ocierają
358
The Travellin’ Band & Darius
o blaszane ściany kajuty. W pierwszą noc nie szło zasnąć. Wydawało mi się, że za chwilę wwali się do środka bryła lodu. Wibracje silników też dawały popalić. Na trzeci dzień kołysało porządnie, więc z rozkraczonymi nogami oparłem się tyłkiem o kolumnę i parowałem bujanie. Okazało się, że jestem kiepski mary- narz, bo ze śpiewaniem też nie było za dobrze. Po graniu przechylałem kolum- nę na bok, a Arthur kładł klawisze na podłodze. Wśród pasażerów było sporo Cyganów, którzy przezimowali tutaj. Pewnego wieczoru podszedł szronkowa- ty facet i spytał, czy mógłby z nami zagrać na gitarze jakiś standard jazzowy. Darek zastanawiał się przez chwilę.
– No daj mu, niech se zagra – podpowiadał Kaziu.
– So, what we gonna play – spytał go Arthur.
– Let’s take Sattin Dole – zaproponował facet.
Kaziu nabił i polecieliśmy. Okazało się, że cizio gra z dużym smakiem i swin-
gowało. Podciągał struny gdzie trzeba i raptem gitara stroiła w każdych pozy- cjach. Darek stał po drugiej stronie parkietu i opierając się o bar, słuchał.
Gdy skończyliśmy, podszedł i powiedział, że gitara brzmi wyśmienicie.
Następnego dnia weszliśmy na giełdę w Helsinkach i tam dowiedziałem się, że Marek i Bogda grali z nowymi ludźmi w Danii, a przed wyjazdem do Nor- wegii i Niemiec mają koncerty w Łodzi. No i czego można się jeszcze dowie- dzieć na giełdzie w Helsinkach? Na przykład, że w Sztokholmie na Sergelstorg, czyli na placu w centrum, można kupić polską wędlinę, m.in. kabanosy. Oczywi- ście następnego dnia będąc tam, wybraliśmy się na zakupy. Wczoraj w Helsin- kach było nadal zimno, a tutaj świeci słoneczko i czuć wiosnę. Aby nie ryzyko- wać z inną wędliną, kupiliśmy po kilogramie kabanosów, aby mieć co przegryźć po graniu. Ha! Już przed graniem zjadłem jednego i smakował! A po graniu to wiecie jak to jest. Nie szło się od nich odczepić i do Helsinek już nie dopłynęły. Oczywiście podczas ostatniego pobytu w Sztokholmie odwiedziliśmy ten sklep ponownie. Grając codziennie świątek piątek przez dwa tygodnie, zarobiliśmy na statku tyle, co przez cały miesiąc na lądzie. Trzeba będzie przycisnąć agenta, aby załatwił nam tutaj częściej granie. Gdy zjechaliśmy w Helsinkach, to tutaj też już było czuć wiosnę. Natomiast gdy zadaliśmy w górę Finlandii, to od razu zima przypomniała nam o sobie
Tutaj dwa tygodnie zleciały szybko. Aby nazwa miasta brzmiała poważniej, wymawialiśmy ją żartobliwie po „amerykańsku” Jayvascyla. Po nas przyjeżdża młody fiński piosenkarz Markku Aro, z którym nadal grał nasz kolega Edek Stycz.
Jyväskylä, kwiecień 1980, restauracja Emmanuel
Podczas przerzutu do następnego miejsca Kaziu prowadził, Arthur z Dar- kiem w środku, a ja jechałem ostatni. Trzymałem spory odstęp za Arthurem, bo kilka razy zahamował tak gwałtownie, że poczułem, jak przyczepa porząd- nie mnie popchnęła na bok. Pewnie Arthurek znowu grzebał coś w radiu, palił
359
Moje życiowe zwrotki i refreny
fajkę i brakło mu trzeciej ręki. Zbliżaliśmy się do Orivesi i raptem z alfa romeo Arthura zakopciło tak mocno, że teraz ja musiałem dać porządnie po hamulcach. Stanęliśmy na poboczu i pod maską dymi się że ho, ho! Kaziu nie widząc nas w lu- sterku cofnął się i gdy wysiadł powiedział swoje ulubione słowo z akcentem na „r”, że z alfy Arrr- thurka zrobiła się pierrrdziawka! Podnieśliśmy maskę i gapimy się. Żaden z nas nie jest mecha- nikiem, więc co tu robić? Całe szczęście zatrzy- mał się jeden Fin, który doradził nam, abyśmy odczekali, aż woda w chłodnicy trochę ostygnie i wyjęli termostat, bo chyba silnik się przegrzał. Termostat, a gdzie to? Życzliwy Fin pokazał nam, gdzie on siedzi, i pojechał. Na szczęście Kaziu miał
Reklama kilka kluczy w bagażniku i wspólnie odkręciliśmy szlauch i wyjęliśmy termostat. Woda zmieszała się z olejem, więc był tam kisiel. Upieprzyliśmy się jak kominiarze i znowu przy- dał się papier toaletowy trzymany pod siedzeniem. Kaziu zaczepił auto Arthu-
ra liną i powoli doholował go do Tampere.
Po paru dniach Arthur dogadał się w warsztacie co do naprawy i po tygo- dniu miał alfę na chodzie (znowu wydatki). Z agencji doszła wiadomość, że teraz dla odmiany związki zawodowe pracowników na statkach grożą straj- kiem, a w przyszłym miesiącu mamy właśnie grać na Vikingu 6. Czekaliśmy do ostatniej chwili, aż ogłosili strajk, więc rozjechaliśmy się do domów. Ja zostawiłem oczywiście przyczepę na parkingu pod klubem Marski w Helsin- kach i pojechałem do Mony na wyspę Åland. Siedzenie przed telewizorem wieczorem było dla mnie teraz dziwne. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat obejrzałem całą Eurowizję. Wygrał Johnny Logan utworem What’s Another Year. Fajna ballada, którą przezornie nagrałem na magnetofon, stawiając go przy telewizorze. Będę musiał ją włączyć do repertuaru. Również rano była inna rutyna. Teraz nie musiałem „na czczo” zasuwać do restauracji na kawę, a w dzień mogłem zrobić zakupy, aby było coś w lodówce. Oczywiście byłem w hotelu Arkipelag zobaczyć, kto tam walczy. W restauracji grał nieznany mi czeski zespół Exit, a w nocnym klubie miejscowa kapela Tellus. Grali w więk- szości szwedzkie hity i muzykę rockową. Wymieniłem z nimi kilka słów, bo pamiętali mnie z czasów, gdy tutaj graliśmy. Gitarzysta-saksofonista Jampa Jansson i pałker Guy Ahlqvist byli najrozmowniejsi. Przez te dwa tygodnie trochę się zadomowiłem. Również dwa młode czarne koty Mony urozmaicały codzienność. Pod koniec miesiąca zatęskniłem jednak za graniem. Na scenie
360
Tampere, kwiecień 1980, hotel Rosendhal
The Travellin’ Band & Darius
czułem się też jak w domu. Nocna podróż statkiem do Finlandii, a potem rano 165 km do Helsinek.
U kierownika zauważyłem gazetę „Helsingin Sa- nomat”, a w niej naszą reklamę. Poprosiłem, aby mi ją wyciął na pamiątkę.
Helsinki, maj 1980, restauracja Josafat
Do tej pory jakoś nie pamiętałem o tym, aby zbie-
rać reklamy z miejsc pracy. Tym razem rozkłada-
nie świateł dało mi w kość, bo zawsze robiłem to
sam na końcu, gdy koledzy już pili kawę w kuchni.
Na giełdzie spotkałem ponownie Fraction, kole-
gów z Łodzi. Grają w letniej restauracji Töölönran-
ta blisko stadionu olimpijskiego. Byli u nas zerk-
nąć na sprzęt i dogadaliśmy się, że sprzedam im Reklama z gazety światła. Roman dodał z uśmiechem, że posłuchali
porady Kazia i zafundowali sobie garnitury z nowymi koszulami. Szpan!
Po kilku dniach Kaziu powiedział, że kobita go męczy, aby wreszcie mieli wspól- ny urlop. Będąc w agencji, dogadał się, że dostaniemy wolne dwa pierwsze tygo- dnie w czerwcu, a na następne dwa jesteśmy zabukowani do tej letniej restau- racji Töölöranta. Oczywiście Arthur kręcił nosem. Od Fraction dowiedzieliśmy się, że restaurację prowadzi Fin, Tikkanen. Daje zespołom do dyspozycji swoją willę w dzielnicy Oulunkylä. Gdy byłem z wizytą u nich, koledzy akurat myli nowo zakupione polonezy i fiaty. Willa faktycznie była wielka. Na dole podwójny garaż z siłownią i sauną.
Na pierwszym piętrze
kuchnia i duży pokój. Na
drugim kilka pokoi sy-
pialnych, więc starczy-
ło dla wszystkich, oraz
basen, ale tym razem
bez wody. Podobno
właściciel spędza zimę
w Ameryce na Flory-
dzie, a latem robi busi-
ness tutaj, w Helsinkach.
Ostatniego dnia spako-
wałem światła i zabrał
je Roman. Zaparkowa-
łem przyczepę ponow-
nie pod klubem Mar-
skim i chodu na wyspę.
Fraction, od lewej: Andrzej Matysniak, Roman Kaźmierski, Krzysztof Ciemniewski
361
Z rozpędu opowiedziałem mu kawał „muzyczny”.
Moje życiowe zwrotki i refreny
W nocnym klubie w Arkenie urzęduje fińsko-polska kapela Poppoo, gdzie na gitarze gra kolega z Łodzi, Andrzej Makochan, Finy dali mu ksywę „Antti”. Na klawiszach nasz kolega Edward „Eetu” Stycz, szef Lyly Rajala na bębnach, Keijo Minerva wokal i conga, a na basie Leo Luoto z Turku. Pijąc z Andrzejem (Antti) kawę dla personelu w Arkenie, „Antti” przypomniał, mi z kim grał w Balatonie w Łodzi i z kim wyjechał do Finlandii.
Urlop na Wyspach Alandzkich, czerwiec 1980
– A pamiętasz, jakie kapele wyjeżdżały wcześniej – spytałem go.
– Oj kolego, nie jestem pewien, jak oni się nazywali, ale ci pierwsi, których znam, wyjechali w 1968 roku. Ja grałem wtedy w Balatonie, a rano pracowałem jako nauczyciel muzyki w szkole podstawowej na Górniaku. Czasami po chałtu- rze trudno było wstać tak rano, mówię ci. W tej kapeli, co wyjechała do Finlan- dii, proszę ciebie, grał na bębnach, czekaj pomyślę... Rogowski, Bolek Pogrocki na gitarze, a na pianie to zabij mnie, nie przypominam sobie. O! śpiewała z nimi Krysia Tomaszewska. Tak chyba było.
„Antti” miał też w zanadrzu fajną anegdotę z okresu pracy w szkole.
– „Diabełku” posłuchaj. Któregoś razu mamusia jednej uczennicy pyta mnie, który instrument jest najtrudniejszy do nauki? Odpowiedziałem jej, że wszyst- kie, a najtrudniejsze jest te pierwsze 10 lat, no i potem te pozostałe... ha, ha, ha. Uśmiałem się razem z nim.
Jeden muzyk z dętej orkiestry chwalił się do drugiego, że wczoraj był na strasz- nej balandze u bardzo bogatego kolegi z orkiestry.
– Mówię ci, on jest tak bogaty, że nawet kibel ma ze złota!
– Eee tam, przesadzasz.
– Wpadniemy do niego to sam zobaczysz.
Wsiedli w auto i pojechali. Drzwi otworzyła mała dziewczynka i widząc ich
krzyknęła.
– Tata, przyszedł ten, co ci wczoraj nasrał w tubę! Koniec, możecie się śmiać...
Wesoło mi było również gdy pałker Lyly opowiedział, jaki kawał odwalili ko- ledze z zespołu, który był bardzo oszczędny.
Mianowicie wymyślili, że powiedzą mu pół godziny przed graniem, że usły- szeli w wiadomościach, że od jutra będzie podwyżka na benzynę o 35 penni.
Domyślając się reakcji kolegi, czekali na niego w aucie przed hotelem. Po paru minutach widzą, jak kolega w pośpiechu pojechał autem na stację benzy- nową i zatankował aż pięć litrów benzyny...
Krótki urlop minął szybko i ostatniego popłynąłem promem do Naantali. Gdy rano statek dobił i otworzyli klapę, stoję jako pierwszy, ale mustang nie chce za- startować. Cholera, pewnie znowu start rele się zawiesiło. Wyciągnąłem szybko
362
The Travellin’ Band & Darius
spod siedzenia śrubokręt i otworzyłem maskę. Zwarłem kabel rele i silnik za- palił. Widząc miny kierowców stojących za mną, wskoczyłem szybko na siedze- nie i wyrwałem z piskiem opon. W Helsinkach zaczepiłem przyczepę i dawaj do restauracji, która była tylko kilka ulic dalej.
Podjechałem i wniosłem sam to, co mogłem. W ciągu godziny dojechali chłopaki i rozstawiliśmy resztę sprzętu. Po sprawdzeniu, czy wszystko działa, pojecha- liśmy w cztery auta (Darek miał małego fiata), do willi w dzielnicy Oulunkylä. Tam ponownie spotkaliśmy Fractionów z Łodzi, którzy się pakowali. Wieczo- rem mają prom do Polski.
Helsinki, lipiec 1980, restauracja Töölönranta
– Cześć wam! Niestety w basenie nadal nie ma wody, ale rosną pokrzywy – zażartował Krzysiek „Rudy” i dodał – zupę na nich można ugotować.
Pogadaliśmy chwilę i po pożegnaniu się chłopaki pojechali. Wieczorem przed restauracją była długa kolejka.
– Ale jesteśmy popularni – żartował Darek, który zabrał się ze mną.
– No, sama nazwa na plakacie THE TRAVELLIN´ BAND & DARIUS is in town, budzi respekt – dodałem z przymrużeniem oka.
Od pierwszego bloku musieliśmy dawać czadu i jak zwykle po urlopie głos mi siadł w połowie chałtury. Natomiast Darek miał taki sam, bez względu na to, czy to jest ósma rano, czy wieczorem. Nic go nie brało. Po chałturze Arthur po- wiedział, że brat żony doradził mu, aby podmienił alfę, bo się sypie. To susze- nie lakieru w piecu pewnie osłabiło wszystkie uszczelki w aucie, domyślał się. Następnego dnia pojechałem z nim do Brevir-Auto, gdzie mieli używane ame- rykańskie bryczki. Tam gały nam wychodziły, było w czym wybierać. Ślina nam pewnie ciekła, gdy gapiliśmy się na czarnego dodge’a charger z szerokimi opo- nami na chromowanych felgach. W końcu znaleźliśmy coś bardziej praktyczne- go, dodge’a polara wagon.
– Duża szafa – bąknąłem.
Okazało się, że sprzedawca Allan Boman był wczoraj u nas w knajpie i poznał nas. Gadka poszła lekko i po krótkich targach i próbnym przejecha- niu się Arthur podmienił alfę. Dopłata tradycyjnie została rozłożona na raty. Jak teraz wspominam, to my bardzo rzadko coś kupowaliśmy za gotówkę. Naj- częściej było to wieczne spłacanie rat. Były w tym plusy i minusy. Kaziu widząc nasze bryczki, podpalił się i powiedział, że oglądał w centrum takiego chevro- letta camaro. Oczywiście pojechaliśmy razem obejrzeć. Gdy wchodziliśmy do garażu, sprzedawca właśnie przestawiał to camaro. Ledwo dotknął pedał gazu i opony zapiszczały po betonie. W tym momencie Kaziu był kupiony. Przejechał się z Finem dookoła bloku i gdy wrócili powiedział:
– Panowie, to nie jest pierdziawka! To ma kopyto!
Podpisali papiery i Kaziu przełożył z opla swoje rzeczy. W tak krótkim czasie prawie cały Travellin’ Band jeździ amerykańskimi autami. Darek nie wychylał
363
Moje życiowe zwrotki i refreny
się i nadal trzymał swojego fiacika. Gdy wieczorem zaparkowaliśmy trzy nasze amerykańce przed restauracją, portierzy patrzyli na nas dość długo.
Mając takie auta, to każdy chciał gazować swoim, a nie jechać jako pasażer.
Po pracy robiliśmy zawody, czyli wyścigi, kto pierwszy dojedzie do domu. Ga- zowaliśmy po ulicach Helsinek z piskiem opon na zakrętach. Nie zastanawia- liśmy się, ile musielibyśmy zabulić mandatu, gdyby nas glina złapała. Ponie- waż w willi mieliśmy kuchnię, któregoś dnia kupiłem boczek, jajka, bułki i kawę nescę. Jajka i boczek włożyłem do lodówki z myślą, że w niedzielę na „śniada- nie” usmażę sobie jajecznicę. W lodówce działała tylko górna część, bo w dolnej były jakieś stare puszki z farbą. W wolną niedzielę pospałem do południa. Chło- paki pojechali do restauracji. Ja wyjąłem z lodówki boczek i jajka. Opłukałem mały garnek i wstawiłem wodę na kawę. Rozgrzałem patelnię i położyłem kilka plastrów boczku. Posprzątałem po chłopakach ze stołu i umyłem jeden talerz oraz restauracyjną szklankę na kawę. Cholera, nie ma żadnej ścierki i wytar- łem ją papierem toaletowym. Paliłem papierosa i pierwsza kawa smakowała. Na podsmażony boczek wbiłem dwa jajka i po chwili miałem jajecznicę na tale- rzu. Z zadowoleniem nabrałem na widelec i po chwili żucia poczułem paskud- ny smak. Boczek i jajka smakują farbą olejną! Zawiedziony i wkurzony wywa- liłem je do kosza. Wszystko w lodówce przeszło tym zapachem z puszek farby! Gdy chłopaki wrócili, spytałem ich – co mieliście na obiad?
– A jakieś tam mielone kotlety – odparł Arthur i spytał: – A jak tam twoja jajecznica?
Opowiedziałem im o moim pichceniu i pośmialiśmy się szczerze.
– O ku...a może moje piwo też załapie tę farbę – zażartował Kaziu i pobiegł do lodówki.
Od mojego „donosiciela” Mony dowiedziałem się, że w Mariehamn otworzyli nowy sklep muzyczny, będę musiał tam wpaść następnym razem. Piętnastego poszliśmy do dyra po zaliczkę. Tikkanen siedział przed furą dziesięciomarko- wych banknotów i mruczał coś, że szuka tych ze starą datą, bo je zbiera. Wypła- cił nam tymi drobnymi z wejścia, że nie mieściły się w kieszeniach. Poszliśmy od razu do baru i wymieniliśmy, ile się dało, na większe. Mając trochę gotówki, która „paliła” w kieszeni, pojechaliśmy do sklepu MS-Audiotron, bo Arthur miał zapłacić jedną z rat. Ten wysoki sprzedawca za ladą, Juha, powiedział od razu, że byli wczoraj nas posłuchać.
– I?
– Macie wyśmienite instrumenty – odpowiedział z uśmiechem.
– I?
– Nie będę was dłużej drażnił, dobrze wam to brzmi, macie fajny repertuar –
powiedział już z poważną miną.
– Poza tym Arthur jest wyśmienity – dodał, patrząc na niego.
To, że Arthur wymiata stylowo na klawiszach to wiem, ale miło było usłyszeć
pozytywne słowa, bo konkurencja rzadko coś takiego powie. No i jako dobry 364
The Travellin’ Band & Darius
sprzedawca Juha położył na ladzie przystawkę DiMarzio, mówiąc, że widział je w moim basie i proponuje mi zamontować tę dodatkowo przy mostku. Wtedy miałbym więcej barw do wyboru. Faktycznie widziałem, że inni mają taką kom- binację przystawek. Jedną z Fendera Precision, a drugą z Jazz Basu, co w skró- cie nazywają P/J pickup system. Po chwili Juha przyniósł bas marki Maya, podróbę Fendera, właśnie z takimi przystawkami. Hmm, muszę przyznać, że podpalił mnie. Tylko było małe ale... będę musiał wyciąć trochę drzewa, aby ją zamontować.
– To jest łatwe do zrobienia – podpowiadał Juha.
– OK – dałem się wpuścić i tym razem zapłaciłem gotówką.
W ciągu tygodnia Kaziu zameldował, że kupił bilet na koncert Weather
Report, bo chce usłyszeć, jak Billy Cobham wymiata na bębnach. Oczywiście Joe Zawinul też „nieźle” wygrywa na klawiszach, nie mówiąc jak Jaco Pastorius i Wayne Shorter grają! Na początku lat 70. grał też z nimi Miroslav Vitous na basie oraz wielu innych wspaniałych instrumentalistów.
– Cholera, ale mi narobiłeś apetytu – i spytałem Kazia, kiedy jest ten koncert.
I tutaj był pies pogrzebany. Koncert jest w sobotę i kończy się o godzinę póź- niej niż my zaczynamy grać. Kaziu dodał szybko, że załatwił na tę pierwszą godzinę zastępstwo, Andrzeja Czernickiego. Oczywiście z innym pałkerem ogramy pierwszy blok, ale cała kapela nie może się spóźnić. Tak minęła mi i Ar- thurowi okazja usłyszenia naszych guru na żywo. W sobotę Andrzejek Czer- nicki pojawił się dość wcześnie. I jak to z zastępstwami bywa, grało się nam trochę inaczej, ale na wesoło. Do Andrzejka leciał często cynk, kiedy jest break i koniec. Na przerwie, stojąc przed knajpą, usłyszeliśmy, jak camaro Kazia pod- jechało z bulgotem.
– Panowie, co za koncert! – wybuchnął „Kassu” z uśmiechem od ucha do ucha.
Rozliczył się z Andrzejem i pobiegł się przebrać. W drugim bloku było sły- chać, kto z nas był na koncercie. Na przerwach Kaziu opowiadał, jak tam było. Po chałturze zostałem z Arthurem sam, bo Darek i Kaziu pojechali do domu. W niedzielę Artek namówił mnie, abym się przejechał z nim na giełdę jego dodgem. OK, dojeżdżamy w centrum pod hotel Marski, a tu auto raptem gaśnie przed skrzyżowaniem. Arthur z rozpędu zdążył wjechać dwoma kołami na chodnik. Próbował zastartować kilka razy, ale nic z tego. Odgasił skręta, w już przepełnionej popielniczce i mówi, że chyba benzyna mu się skończyła.
– Oż ty! W takim miejscu? – wyrwało mi się.
– Dobra, ty pilnuj, a ja polecę na stację po kilka litrów.
Wysiadłem i oparty tyłkiem o błotnik przypaliłem papierosa. Każda minuta
wydawał mi się strasznie długa. W końcu widzę, jak Arthurek biegnie truchci- kiem i zziajany stawia na chodniku mały plastikowy pojemnik po jakimś soku.
– Mieli tylko taki pojemnik na zbyciu – powiedział.
Odkręcił nakrętkę od wlewu do baku i spróbował wlać, ale wlot był za głębo-
ko i benzyna rozlała się po karoserii.
365
– Ależ to musi się pieprzyć – i otworzył bagażnik.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Po chwili grzebania znalazł pustą butelkę po piwie i nie czekając, uderzył nią o kant chodnika. Dno odpadło i mamy lejek! W tym momencie zatrzymał się obok autobus na niemieckiej rejestracji i turyści patrzyli na nas przez okna. Arthur trzymał butelkę/lejek, a ja wlewałem benzynę.
– „Diabeł” zostaw odrobinkę, bo trzeba będzie wlać trochę do gaźnika.
Otworzyliśmy maskę i Arthur swoimi delikatnymi paluszkami starał się od- kręcić śrubę nad filtrem powietrza.
– Siedzi skubana jak cholera, może tobie się uda – bąknął przez zęby.
Urwałem w bagażniku kawałek gąbki, którą on opatulał MiniMooga i po drugim podejściu śruba puściła. Autobus miał już zielone światło i zdziwione Szwaby pojechały. Wlaliśmy mały łyk i Arthur wskoczył do auta sprawdzić, czy zastartuje.
– Tylko podpompuj porządnie – krzyknąłem.
Silnik zakręcił się kilka razy i z gaźnika poleciał ogień. Chodzi! Zakręciłem filtr, a Arthur wrzucił pojemnik i „lejek” do bagażnika. Rączki śmierdziały nam benzyną jak cholera!
– Na stacji się umyjemy – zadał Arthur, przypalając skręta.
– Ale numer wykręciłeś!
– A te Szwaby będą mieli co opowiadać ha, ha – śmiał się Arthur.
W poniedziałek pojechałem z nim na obiad, a tam na scenie Kaziu rozkłada
nowo zakupione w Hämeenlinnie roto-tomy. O rany, jak one głośno brzmią! Nie trzeba podkładać mikrofonów. Tego wieczoru, jak się domyślacie, była demon- stracja trzech roto-tomów. Od ostatniego tygodnia po wizycie w agencji wiemy, że w sierpniu gramy w Turku w nocnym klubie Marina Palace.
– Panowie to jest poważane miejsce, więc proponuję, abyśmy odpieprzyli się w czerwone marynarki i czarne spodnie – zaproponował Kaziu, na co Darek od razu zaskoczył.
Ostatniego, po wypłacie, poszliśmy do sklepu i znaleźliśmy, czego szukaliśmy. – Teraz wyglądamy jak Czerwono-Czarni – żartowałem.
Hotel mieści się nad rzeką Aura i w nocnym klubie było miło. Mieszkanie mie- liśmy jednak na drugim końcu miasta w osiedlu studenckim. Już pierwszego wieczoru przyszło na przesłuchanie dwóch Polaków, Anton Kula i Jurek Salecki, a następnego dnia wpadł, mieszkający na stałe w Turku, kolega Andrzej „Antti” Makochan. Miał tydzień wolnego i wspomniał coś, że do ich kapeli doszedł Saku Kuosmanen i wybierają się z Poppoo do Afryki. Będą tam grać na jakimś wielkim statku dla turystów.
Turku, sierpień 1980, hotel Marina Palace
– A dalej to już nie mogliście pojechać? – żartowałem.
Któregoś dnia z Arthurem przechodziliśmy obok sklepu z częściami do aut, gdzie na wystawie leżały dwie cwane chromowane felgi. Weszliśmy, aby kupić
366
The Travellin’ Band & Darius
ozdobną taśmę do zamaskowania rdzy na błotnikach mustanga. Jeździ się cały rok na okrągło, a zimą tutaj solą szosy, więc staruszek zaczął mi rdzewieć.
– „Diabeł”, policz sobie, ile by cię kosztowało pomalowanie mustanga plus takie chromowane felgi – męczył mnie ponownie Arthur. – Wtedy miałbyś mu- stanga w wyśmienitym stanie.
Kilka dni rozmyślałem o tym malowaniu i nowych felgach. Auto musiałoby stać u lakiernika co najmniej tydzień albo i dłużej. Hmm, tydzień bez auta nie uśmiechał mi się. Po podliczeniu słupków, ile by to kosztowało, przeszedłem się po kilku punktach z używanymi autami zobaczyć, co mają do zaoferowania. I tego nie powinienem zrobić. W firmie Sippilä stoi biały, dwudrzwiowy Pontiac LeMans 63, też V-8 i z większym silnikiem 326c. Auto było oczywiście wypu- cowane na glanc, a gdy podniosłem maskę i zerknąłem na silnik too... tam było tak czysto, jakby auto wyszło prosto z fabryki. Wtedy nie wiedziałem, że można umyć silnik pod ciśnieniem i stary też będzie błyszczał. W środku i w bagażniku było dużo więcej miejsca i lekko bym się zmieścił ze swoim dobytkiem. Mógł- bym też odpuścić przyczepę. Oczywiście automat i miał chromowane felgi. Cho- lera no, zacząłem się zastanawiać i spytałem ostrożnie (tak sobie), jak oni cenią mojego mustanga. Sprzedawca wsiadł i gdy wdepnął w gaz, to opony zapiszcza- ły. Kiwnął przytakująco głową, że jest dobry. Krzywił się na moją przyczepę, ale co ja z nią zrobię. Pontiac nie ma haka. Od słowa do słowa zdecydowałem się, że na swoje 30. urodziny szesnastego podmienię mustanga na białego pontiaca.
Gdy podjechałem nim pod Marina Palace, Arthur od razu zauważył, że mam ten sam numer w rejestracji co w mustangu, mianowicie dwójkę. No bo też dwudrzwiowy, zażartowałem. Chłopaki dokładnie obejrzeli mój nowy zakup i poklepali mnie po plecach, dodając, że teraz tylko to trzeba spłacić. W sąsied- niej restauracji grała mieszana kapela fińska, gdzie na bębnach grał Włoch. Od- wiedził nas i zgadaliśmy się oczywiście o autach. Okazało się, że on ma włoskie masseratti. Dał mi się nim przejechać po mieście. Bardzo ciężko chodziło sprzę- gło, po kilku minutach noga zaczęła boleć. On też narzekał, że właśnie jazda po mieście to jest mordęga, ale na trasie to ciągnie zdrowo. Po południu zmierzy- łem w pontiacu bagażnik i pojechałem do muzycznego sklepu Soitin Laine zoba- czyć, czy mają mniejsze wzmacniacze na bas. Przecież i tak wieszam przed nim mikrofon podłączony
do aparatury Arthura.
Oczywiście znalazłem
o połowę mniejszego
Peaveya 90 W z jednym
15-calowym głośni-
kiem i z rozmiarów wy-
chodziło, że się zmie-
ści. Przypomniały mi
się czasy z Łodzi, gdy
Mój Pontiac LeMans 1963
367
Moje życiowe zwrotki i refreny
zbudowałem kolumnę na wymiar bagażnika samochodu Warszawa. Dogada- łem się ze sprzedawcą i Kristianem Karjalainenem i dopłata była minimalna. Ha! Teraz jedną ręką mogłem załadować wzmacniacz do bagażnika i było nawet trochę luzu. Na scenie musiałem go jednak postawić na skrzynce po coca-coli, bo było mi za nisko do gałek. Na tylnej ścianie sceny pośrodku były drzwi na korytarz, do szatni oraz pokoju dla personelu. Któregoś wieczoru siedzimy tam na przerwie i raptem wszedł kierownik sali i mówi, że jeden z gości przewró- cił się w nasze instrumenty. No nie! Pobiegliśmy, i co widzimy? Portier podtrzy- muje faceta, a mój statyw, na którym miałem Rolanda echo, leży przed bębnami Kazia. Brakował 5 cm i wszystko wpadłoby w centralny. Statyw od mikrofo- nu Darka oparł się o hi-hat. Mój Fender i reszta wygląda cało. Uff! Odetchną- łem. Podniosłem echo i tylko jeden palec od kabla się skrzywił. Sprawdziłem i działał. Facet wymamrotał coś, że pokryje wszystkie szkody, aby tylko żona się o tym nie dowiedziała. Miał szczęście, że szkody były tak małe. Skasowa- łem go za kabel i tyle tego. Tutaj Arthur opowiedział nam, że słyszał, jak jeden pałker (no names) trzymał za sobą pokrzywiony statyw i jak tylko ktoś trącił jego bębny, to od razu wyjmował go i usiłował skasować gościa za „straty”. Po graniu słuchaliśmy do późna, co się nagrało na porta studio Arthura. Wtedy za- kładaliśmy słuchawki, aby nie przeszkadzać kolegom w sąsiednim pokoju i ko- mentowaliśmy może podniesionym głosem, co słyszymy. Na stole leżały wczo- raj kupione orzechy laskowe, a obok cęgi. Mając słuchawki na uszach braliśmy na zmianę po orzechu i rozłupywaliśmy je cęgami. Raptem otworzyły się drzwi, a w nich stoi Kaziu w majtkach i macha rękami. Zdjęliśmy słuchawki i z otwar- tymi gębami patrzymy na niego.
– O co chodzi?
– Co wy ku...wa nie słyszycie, jak te orzechy trzaskają!?
Spojrzeliśmy na siebie i dopiero teraz uświadomiliśmy sobie, że mając słu-
chawki na uszach, nie słyszeliśmy, jaki to musiał być trzask i to w środku nocy. Takie to maliny czasami odwalaliśmy.
Według rozkładu agencji w przyszłym miesiącu gramy ponownie w hotelu Arkipelag w Mariehamn na wyspie. Ucieszyłem się bardzo. Gdy notowałem to w kalendarzu, wpadły mi w oko daty, kiedy latałem samolotem w odwiedziny do Mony. Zacząłem liczyć i wyszło, że średnio wydaję około pół pensji na bilety, aby utrzymać kontakt. Nie wszędzie, gdzie gramy, jest lotnisko, więc trzeba do- jechać autem, a benzyna też kosztuje. Doszedłem do wniosku, że gdybym zara- biał na Alandzie prawie o połowę mniej, to na to samo by wyszło, a bylibyśmy razem. Po rozmowie z Moną zdecydowałem, że przeprowadzę się na wyspę. OK, roboty jeszcze nie mam zaklepanej na sto procent, ale zawsze coś tam się znajdzie. Optymista! Love is blind. I tak w ciemno dwudziestego pierwszego sierpnia wymówiłem Kaziowi robotę w kapeli. Aby nie zostali na lodzie, po- wiedziałem, że gram do końca roku i mają teraz cztery miesiące na znalezienie nowego basisty. Oczywiście chłopaki byli zaskoczeni, a moja motywacja jakoś
368
The Travellin’ Band & Darius
do nich nie przemawiała. Kapela ma dobrą renomę i jest, jak to się mówi, w wy- śmienitej formie, a ty odchodzisz? Dziwili się bardzo. Lepiej zakończyć coś, gdy się jest on the top, kontrowałem. Po ostatnim wieczorze wrzuciłem swobodnie swoje graty do pontiaca i pomogłem Arthurowi upchać jego w dodge‘u. Wszyst- ko weszło mu na styk. Kaziu musiał się też porządnie gimnastykować, aby wsa- dzić centralny do camaro. Raniutko pojechaliśmy na statek i po południu dobi- liśmy do Mariehamn.
Tutaj znowu miłe spotkanie z łódzkim zespołem Fraction, gdzie ich nie ma. – To co, już po urlopie? – spytałem.
– Taa, im więcej się zarabia, tym więcej się wydaje – odparł Roman.
– No, widzę, że macie trochę nowego sprzętu.
Mariehamn, wrzesień 1980, hotel Arkipelag
The Travellin’ Band & Darius w hotelu Arkipelag
369
ARCHIWUM AUTORA
– No to na razie, ja walę na górę rozkładać się.
Moje życiowe zwrotki i refreny
– „Rudy” napalił się na nową gitarę, a Andrzej na wzmacniacz. Może im to pomoże – żartował Roman.
Fractiony mieli chatę w willi w mieście, a my dostaliśmy pokoje w hotelu. Oczywiście ja mieszkałem teraz u Mony. W Arkenie nic się nie zmieniło. Scena w restauracji była nadal ta sama i teraz w czwórkę trudno było się nam po- mieścić. Kaziu musiał zrezygnować z roto-tomów, ale dogadał się z Romanem i sprzedał je, a ja musiałem uważać, aby gryfem nie zawadzić o sufit.
W niedzielę, tradycyjnie w nocnym klubie, zbierał się personel ze wszystkich restauracji, a disco puszczał nadal „Bocian”, czyli Erik z Helsinek. Któregoś dnia, gdy byłem w hotelu na obiedzie, Mona zawołała mnie, abym podszedł do okna i zerknął na moje auto.
– Zobacz, dwóch chłopaków leży pod twoim autem i coś tam oglądają.
Faktycznie, obok stał czarny buick, a dwóch facetów na kolanach coś tam sobie pokazywało pod moim autem. Rura mi się nie urwała, bo bym słyszał! Zszedłem na dół, ale oni zdążyli odjechać. Obszedłem dookoła i sam zerknąłem pod spód, ale nic nadzwyczajnego nie widzę. Hmm dziwne, cóż oni mogli tu oglądać?
Dużo później dowiedziałem się od miejscowego kolegi, że mój pontiac ma skrzynię biegów umieszczoną przed tylnym mostem, aby zwiększyć komfort jazdy. Aha, to te facety na to się gapiły. Na następną sobotę przyjechał popu-
Ja w hotelu Arkipelag w Mariehamn
– No to się spotkamy w drugiej poło- wie miesiąca.
370
larny w Finlandii, humorystyczny pio- senkarz Emma Numminen z pianistą Pedro Hietanenem. Mieliśmy jeden blok wolny. Ze względu na szwedz- kojęzyczny Åland przez cały mie- siąc nie zaśpiewaliśmy ani razu po fińsku z czego Arthur był najbardziej zadowolony.
Kaziu z Darkiem czekali jednak nie- cierpliwie, kiedy dogramy ten mie- siąc, bo zatęsknili za domem. Z agen- cji dostaliśmy wiadomość, że na pierwsze dwa tygodnie jedziemy po- nownie do „Jayvascyla” jak my to na- zywaliśmy, a na następne wracamy do Helsinek do szpanerskiej restauracji Josafat.
– A my też jedziemy na miesiąc do Helsinek, do klubu Marski – powie- dział Roman.
ARCHIWUM AUTORA
The Travellin’ Band & Darius
Kilka dni przed końcem pobytu w Arkenie przypo-
mniało mi się, że mam w futerale tę nową przystawkę
DiMarzio. Pożyczyłem od kucharza ostry nóż i w sali
jadalnej po przymiarce zacząłem dłubać. Drewno
było twarde, więc wziąłem cęgi z walizki i przyło-
żyłem porządnie kilka razy. Lakier lekko odprysnął
w rogach, ale po chwili dziura była gotowa. Przykrę-
ciłem przystawkę i polutowałem kable. Podciągną-
łem struny i miałem szczęście, bo wysokość przy- Mój Fender Precision stawki była od razu OK. Teraz miałem nowe miejsce
na oparcie kciuka. Sprawdziłem na wzmacniaczu i działało. Od razu zauważy- łem pozytywną różnicę, którą wieczorem chyba tylko ja usłyszę.
Pół dnia podróży statkiem i kawał drogi do Jyväskyli było męczące, ale teraz bez przyczepy jechało mi się na luzie. Przy wyprzedzaniu zauważyłem jednak, że pontiac nie ma takiego samego kopa co mustang. Z automatyczną skrzynią biegów odczuwałem trochę takie ciepłe kluchy.
Jyväskylä, październik 1980, restauracja Emmanuel
Tutaj, w środku Finlandii, powróciliśmy do pełnego repertuaru. Dwa tygo- dnie zleciały szybko.
Jak to w Helsinkach. Na zapleczu restauracji ciasno jak cholera. Na podwór- ku trudno było znaleźć miejsce na auto, aby się spokojnie rozpakować. Cały czas jakieś bagażówki się wciskały między nas a windę. Wieczorem zauważy- łem w kuchni gazetę „Helsingin Sanomat” i z ciekawości zacząłem przeglądać, a może jest nasza reklama. Yes! Spytałem kasjerkę, czy mogę ją wyciąć i poka- załem chłopakom.
Helsinki, październik 1980, restauracja Josafat
– W takim towarzystwie nas zamieścili.
– Tak, jesteśmy w cieniu Shadowsów, tylko napisali niepełną nazwę – zauważył Darek.
Faktycznie ominęli go.
Do tej restauracji przychodzi stała klientela, która bawiła się od początku. Na grudzień Hertell załatwił nam dwa pierwsze tygodnie na statku Viking Song, a na święta krótki urlop. Po dwóch dniach na giełdzie spotkaliśmy znowu Fraction i pogadaliśmy o dupere- lach. Dowiedziałem się m.in., że Marek Lewandowski miał kapelę z Michałem Potępą – gitara, Aleksandrem Kaweckim – perkusja, Maćkiem Januszem Cedrow- skim – bas, no i oczywiście Bogusią, a teraz gra z Mać- kiem Czajem i Krzysztofem Cwynarem.
Reklama z restauracji Josafat371
ARCHIWUM AUTORA
Bogda & Flowers, od lewej: Maciej Czaj, Krzysztof Cwynar, Bogumila Pawłowska-Lewandowska, (obecnie Bogumiła Pawłowska-Rodan), Marek Lewandowski
Któregoś wieczoru w pierwszym bloku podszedł gość i dając nam stówę poprosił o piosenkę Feelings, ale... za- życzył sobie w połowie przerwę. On coś tam powie do swojej partner- ki i kiwnie do nas, abyśmy grali dalej. Zdziwieni spojrzeliśmy po sobie. Cóż, klient płaci, więc ma rację. Ta para była jedyna na parkiecie. Po pierwszym re- frenie przerwałem śpiew i gdy facet kiwnął, polecieliśmy dalej. W prze- rwie otarłem po klezmersku stówę i rozmieniłem w kasie do podział- ki. W drugim bloku znowu podcho- dzi ten gość ze stówą i prosi, abyśmy zagrali jeszcze raz Feelings z przerwą w środku. Trochę niepewny zerkną-
Moje życiowe zwrotki i refreny
łem na Kazia, co robić.
– Andrzej bierz szmal i gramy.
Arthur, jak zwykle, zaimprowizował inne intro, ale gdy zacząłem śpiewać, za-
uważyłem kątem oka, jak kierownikowi sali brwi się zmarszczyły.
– Ale jaja – bąknął Darek, gdy facet kiwnął i po krótkiej przerwie polecieli-
śmy dalej.
Do końca bloku było chyba z dziesięć minut i podczas utworu Hot Stuff Darek
krzyknął do mnie.
– „Diabełku” uważaj, facet od Feelinga idzie!
Gdy cizio stanął przed sceną odwróciłem się do Kazia i podniosłem pytają-
co głowę.
– Hetkinen (chwileczkę) – zadał „Kassu” i między utworami pobiegł do kie-
rownika sali.
Widząc jak intensywnie tłumaczy coś kierownikowi, wskazując na faceta,
staraliśmy się nie wybuchnąć śmiechem. Po chwili „Kassu” wbiegł na scenę i krzyknął do tego cizia – tää on viimeinen kerta (to jest ostatni raz) – i nabił.
Czegoś takiego nie przeżyliśmy nigdy w naszej karierze i to za trzy stówy! Na przerwie Darek podpowiedział mi, że ostatnim razem powinienem wziąć po- dwójną stawkę i byłoby równo po stówie na głowę. Tutaj przypomniały mi się opowieści innych muzyków, jak Zbyszek Gajewski ze Spaidersów podobno za- łatwił dwa boki w jednej piosence. Śpiewał melodię jednego utworu, a tekst z innego, czy jak to było Zbychu?
Mając dodatkowe boki, dziewiętnastego, w niedzielę, pojechałem na lotnisko i o 12.30 poleciałem samolotem do Mariehamn. Wieczorem wpadliśmy z Moną na chwilę do nocnego klubu. W Arkenie oczywiście puszczał disco „Bocian”
372
ARCHIWUM MARKA LEWANDOWSKIEGO
The Travellin’ Band & Darius
z Helsinek. Siedział za adapterami tak nisko, że było mu widać tylko czubek głowy.
W poniedziałek wstąpiłem do nowo otwartego sklepu muzycznego Star Music i spytałem, czy mieliby dla mnie robotę od stycznia, bo się przeprowadzam do Mariehamn. Właściciele Harri i Per-Olof poznali mnie, bo byli w knajpie, gdy tutaj graliśmy i zastanawiali się. Harri mówił też po fińsku, więc przeskoczy- liśmy z angielskiego na fiński. Oni niedawno otworzyli sklep i nie wiedzieli, czy będą mieli potrzebę zatrudnić trzecią osobę. Koniec końców obiecali mi, że spróbujemy. Zadowolony nawet nie spytałem ich, jaką pensję dostanę. Jakoś to będzie. We wtorek wsiadłem o szesnastej do samolotu i usiadłem obok DJ „Bo- ciana”. W Helsinkach na lotnisku „Bocian” zaprowadził mnie tylnymi schodami do jadalni dla personelu Finnair. Zjedliśmy tam po kanapce z kawą i potem od- wiozłem go do chaty, bo było po drodze. Wieczorem Darek żartował, że widział na sali faceta od Feelinga.
– Jak się zjawi, to dzisiaj ty będziesz mu śpiewał – odparłem.
W sobotę po graniu zauważyłem, że spadł lekki śnieg. Kaziu i Darek pojechali od razu do domu. W poniedziałek wymieniłem opony na zimowe i poprosiłem na stacji benzynowej o czarne, plastikowe worki, aby upchnąć letnie do bagaż- nika. Kolumnę dałem na tylne siedzenie.
Gdy wjechaliśmy z Arthurem windą na górę, Kaziu z Darkiem byli już rozsta- wieni, wcisnąłem się na scenę ze swoim wzmacniaczem i pomogłem Arthuro- wi wnieść jego graty. Wieczorem, w drugim bloku w piosence Gimmie Gimmie w refrenie raptem nie słychać vocodera Arthura! Przyzwyczajeni do tego jecha- liśmy czasami, gdy było mniej ludu, na pół gwizdka i teraz było słychać wokal... na pół gwizdka. Zdziwieni spojrzeliśmy po sobie, a Arthur zniknął pod pianem i usłyszeliśmy tylko.
– Ku...a kabel mi wyskoczył!
Kotka, listopad 1980, restauracja Itämeri
W drugim refrenie wszystko już działało. W porcie nie było tym razem pol- skich statków i w niedzielę zaliczyłem z Arthurem kino. Późnym wieczorem na- grywaliśmy nowe wypociny. Miałem wtedy znowu okazję dograć bębny Kazia. Podkręciłem trochę naciągi, aby kotły zabrzmiały według mojego gustu. Może Kaziu nie zauważy, bo grzebanie w instrumencie kolegi byłoby niemile widzia- ne. Piętnastego, po zaliczce, postanowiłem wybrać się na wyspę. Ponieważ śniegu było sporo, zastanawiałem się, czy jechać na lotnisko do Helsinek pon- tiakiem czy autobusem.
– „Diabełku”, autobusem dojedziesz wygodnie pod sam terminal – doradzał mi Darek.
Tak też zrobiłem. W Arkenie spotkałem znajomków z Close To Each Other i przegadaliśmy dobrą chwilę. W drodze powrotnej usiadłem w samolo- cie z przodu, aby jak najszybciej wysiąść w Helsinkach. W Kotce autobus był
373
Moje życiowe zwrotki i refreny
o 19.35, czyli było na styk, bo zaczynamy o 20.00. Tuż przed graniem wykręciłem do Mony, aby zameldo- wać, że dotarłem szczęśliwie. W restauracji szybka kawa i na scenę. Kaziu stuknął lekko po kotłach.
– O! Chyba jest suche powietrze, bo naciągi nie straciły stroju.
Zerknąłem z uśmiechem na Arthura i zaczęliśmy instrumentalnie Adagio.
Darek narzekał trochę, że chyba struny mu się ze- Gram w pajatso starzały, bo musi często dostrajać wiosło. W drugim bloku było już więcej ludu, więc Darek zaczął śpie- wać Presonality. Nie przepadałem za tą piosenką, bo musiałem piać w chórku wysokim głosem. Po ostatniej przerwie odwróciłem się, aby podkręcić trochę
mocy, gdy Kaziu krzyknął:
– Andrzej daj na pierwsze Gino Vannelliego – i Arthur zaczął grać intro. Po-
prawiłem kołnierzyk od koszuli, bo mi wlazł pod pasek i widzę w drzwiach wejściowych stoi czterech facetów w jednakowych marynarkach. Aha, teraz rozumiem wybór Kazia, jakaś kapela wpadła nas posłuchać. Z twarzy nikogo
Wiesław Cieślak
Domyślałem się, że Kaziu dogaduje się z nim, aby doszedł na moje miejsce, czyli Darek grałby z powro- tem na basie, a Wiesiek na gitarze.
nie rozpoznałem, więc pewnie Finy. Do końca cza- dziliśmy trochę głośniej nasze tak zwane the best of kawałki. Wychodząc po graniu zobaczyłem, że w „pajacu” jest ostatnia „R-ka” do wyjęcia. Rozmie- niłem u portiera dwie marki po 50 penni i próbuję. Hmm, nie tym razem i odpuściłem „pajaca”.
Pod koniec miesiąca przyszedł Wiesiek Cieślak. Ko- ledzy z zespołu Juvenis zjechali do Polski, a on łapie sporadyczne chałtury gdzie może.
Gdy wjechaliśmy do portu, od razu zobaczyliśmy w tym roku wybudowany statek Vikinga. Wyglądał potężnie. Klapa na deck była otwarta, więc wjecha- liśmy jeden za drugim na pokład. (Wtedy nie było takich kontroli jak teraz.) Spytałem pokładowca, na którym piętrze jest restauracja, i dorwałem obok sto- jący wózek, którym transportowali pościel do pralni. Załadowałem kolumnę, a na nią ile się dało. Podtrzymując mój kasetowiec na górze, wepchnąłem się do windy, a chłopaki za mną. Na piętrze pcham korytarzem wózek do restau- racji i co widzę? Graty poprzedniej kapeli są jeszcze na scenie! Kaziu spieniony rzucił kilka perkele i wrócił się z Arthurem po resztę gratów. Zacząłem stawiać moje na parkiecie, gdy wszedł jeden z muzyków drugiej kapeli. Wyglądał mi na
374
Helsinki – Sztokholm, grudzień 1980, M/S Viking Song
ARCHIWUM AUTORA ARCHIWUM AUTORA
– When we´ll pack? We start playing today.
The Travellin’ Band & Darius
Bułgara. Podszedłem szybko i pytam po angielsku, kiedy oni mają zamiar się spakować i opróżnić scenę? Bułgar spojrzał na mnie ze zdziwieniem i mówi:
Co?! Oni zaczynają tutaj grać? Na to wszedł Kaziu z Darkiem i mówię do nich, co usłyszałem.
– Komuś się tu porządnie po...ło – i Kaziu poszedł szukać intendenta.
Bułgar pewnie też zdziwiony podłączał coś na scenie, a my usiedliśmy obok baru i czekamy. Po dłuższej chwili przyszedł „Kassu” z intendentem i mówi, że wjechaliśmy nie na ten statek. Co?!! Ten nazywa się Viking Saga, a my gramy na Viking Song, który dopłynie za godzinę! To są jednakowo wyglądające statki- -bliźniaki. Daliśmy uszy po sobie i z podwiniętym ogonem z powrotem windą na dół. Na decku pcham wózek trochę za szybko i trafiłem na coś, bo cały za- chwiał się tak, że mój kasetowiec spadł. Rączka i jeden róg przy głośniku pękły. Wściekły pozbierałem, to co znalazłem, i włożyłem do kieszeni. Będzie co kleić, pomyślałem wsiadając do auta. Wdepnąłem porządnie w gaz i zaparkowaliśmy obok, w porcie. Zaraz po nas zaczęli wpuszczać auta i po półgodzinie statek odbił. Teraz z daleka zobaczyliśmy, jak nasz Viking Song się zbliża. Przypaliłem następnego papierosa i wyczytałem z reklamówki, że Song zabiera 2000 pasa- żerów, 462 auta i ma 1250 kabin. Straszny kolos. Odczekaliśmy prawie godzinę, zanim wypuścił auta i od nowa wnoszenie. O osiemnastej byliśmy rozstawie- ni i zmęczeni. Spaliśmy po dwóch w kabinach. Ja z Arthurem, a Kaziu z Dar- kiem. W messie zjedliśmy posiłek i mogliśmy trochę odpocząć, statek odpływał o dwudziestej. Tak zaczęły się moje ostatnie dwa tygodnie pracy z The Travel- lin’ Band & Darius.
Z głośników usłyszałem, jak kapitan wita nowych pasażerów. Nie było ich na tym rejsie tak dużo, więc granie, po podwójnym noszeniu, poszło nam trochę opornie. Jak to było do przewidzenia, kilku Cyganów przyczepiało się od czasu do czasu, prosząc o tango (soittakaa tango). Tego wieczoru zasnąłem po graniu szybko. Następnego dnia Kaziu załatwił nam karty do slabu (sklep taxfree dla personelu o bardzo niskich cenach). Ze statku można było wynieść tylko jeden karton fajek, ale słyszeliśmy o różnych sposobach. Po graniu najczęściej szliśmy do messy i oglądając telewizję wsuwaliśmy późną kolację. W kabinie słychać było cały czas lekki bzyk z klimatyzacji, do czego się szybko przyzwyczailiśmy. Któregoś dnia Arthur skarżył się, że przegrał trochę w automaty.
– Ja to małe piwo, ale żebyś zobaczył, ile Kaziu utopił – usprawiedliwiał się.
Zgasiliśmy górne światło i Arthur przy nocnej lampce nadal czytał książkę. Następnego dnia, gdy się obudziłem, z głośników nadali wiadomość dla pasa- żerów, że śniadanie jest serwowane w restauracji.
– O! Słoneczko w Sztokholmie – powiedział Arthur, zerkając przez okno.
– A co, chcesz iść na miasto? – spytałem, zdając sobie sprawę, że nie zasnę
ponownie.
– No, moglibyśmy wyjść.
375
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Wolne! – krzyknął Arthur wychodząc wyperfumowany z kibla.
– No to ja przyjdę za chwilę.
W messie siedzieli chłopaki i Kaziu z długopisem w ręku liczył coś tam na
kartce.
– Byłem u intendenta i dostałem szmalec za podróż – powiedział.
Wyszło nam po 145 marek na głowę. Kaziu zaproponował, aby wymienić
trochę na szwedzkie korony, bo w Sztokholmie nawet kawy się nie kupi za fiń- skie marki. Po odgaszeniu fajek wyszliśmy. Gdy szliśmy nad brzegiem portu, wiatr dawał nam popalić.
– Ależ kadzi – narzekał Darek.
Gdy minęliśmy restaurację Katarina Hissen, skręciliśmy w prawo i po przej- ściu nad Slussen weszliśmy w stare miasto. Tutaj wiatr się trochę uspokoił, ale słońce zniknęło za kamienicami i było zimno.
– Chyba będzie około -10 stopni – domyślał się Darek.
– O kurczę, ale fajne kozaki – zachwycił się Arthur, przystając przed wystawą. – Najchętniej to kupiłbym sobie taki używany stary płaszcz ze skóry – rozmy-
ślał na głos Darek.
– Dobra chodźta, idziemy na Sergels torg – poganiałem ich.
Po minięciu rezydencji króla, którą zwiedzałem swego czasu z Tadkiem
i Markiem, doszliśmy do śródmieścia. Schodząc na dół do hali, poczuliśmy zapachy serów i wędlin. Za stoiskami stali w większości cudzoziemcy, bo na Szwedów nie wyglądali. W końcu znaleźliśmy nasze polskie stoisko i za szybą leżała sterta kabanosów i inne wędliny. Znalazła się też staropolska musztarda. Ślinka mi poleciała. Kaziu kupił, oprócz kiełbasy, jedną polską szynkę w puszce. Pamiętając, że poprzednim razem kabanosy nie dopłynęły do Helsinek, kupi- łem tym razem więcej. Zawinięte w plastikowe torebki nadal roznosiły dooko- ła charakterystyczny zapach. Po wyjściu na ulicę nie mogłem się powstrzymać i ułamałem kawałek.
– Ależ dobre – zachwycałem się.
– Chodźcie wejdziemy na kawę, to się wypali spokojnie i ogrzejemy się trochę – zaproponował Arthur.
– O, tutaj jest stolik przy oknie – zauważył Darek.
W środku zapachniało świeżym pieczywem i parzoną kawą. Usiedliśmy na wysokich taboretach i przyglądaliśmy się przez chwilę w milczeniu na ruch na ulicy. Na środku ronda stał wysoki obelisk ze szkła.
– Wieczorem podobno jest podświetlony – powiedział Darek.
Spojrzałem na zegarek, była trzecia po południu. Słońce schowało się i szybko zrobiło się szaro.
– To co, wracamy? – spytałem, wychylając ostatni łyk kawy.
– Spadamy – przytaknął Darek.
Maszerując w szybkim tempie, doszliśmy zmarznięci do statku. Po posiłku
Darek zaproponował, abyśmy zrobili próbę, bo chciałby zaśpiewać We Don´t 376
The Travellin’ Band & Darius
Need No Education Pink Floyd. Kaziu spytał barmana, czy jest OK. Oczywiście nie było problemu. Darek, jak zwykle, znał już tekst na pamięć i chciał tylko, abyśmy mu podśpiewali w refrenie.
– Śpiewasz z oryginalnej tonacji? – spytałem.
– Tak.
Arthur, dla zgrywów, złapał na skrzypach akord dwoma rękami i w refre-
nie usłyszeliśmy z vocodera, jak cały batalion wojska wyje (śpiewa) z nami. HAY! TEACHERS! LEAVE A KIDS ALONE! – aż barman pucując szklanki się za- śmiał. Przelecieliśmy kilka razy już „na poważnie” i nawet fajnie nam wyszedł. Wieczorem było trochę więcej ludzi i Szwedzi chętnie tańczyli. Po graniu nie mogłem się powstrzymać i spróbowałem jednego kabanosa. Zapach w kajucie się rozniósł i Arthur nic nie mówiąc, spoglądał na mnie znad książki. Zlitowa- łem się i poczęstowałem go.
– Ach, wsunę jeszcze jednego dla towarzystwa – tłumaczyłem się.
Następnego dnia zauważyłem, że z tych kabanosów znowu nic nie zostanie do niedzieli. W Helsinkach na giełdzie ludzie dali mi cynę, że Borys od Her- tella załatwia Markowi Lewandowskiemu granie w Norwegii. No to zmienia- ją kraje i skład dość często. Wieczorem o dwudziestej wypłynęliśmy z Helsinek i zaraz potem zaczęliśmy grać przedostatnią chałturę. W soboty zawsze statek był naładowany ludźmi, wtedy grało się fajnie. Następnego ranka Arthur zaczął kasłać, paląc pierwszego papierosa i obudził mnie. Zerknąłem na zegarek, było tuż po jedenastej. Staliśmy w Sztokholmie. Podczas tego ostatniego pobytu po- stanowiłem kupić jeszcze trochę kabanosów.
– Arthur, jak myślisz, do której sklepy są otwarte w niedzielę?
– Co najmniej do drugiej, a może i dłużej.
– To trzeba się pośpieszyć – powiedziałem, wstając z wyrka.
Po przemyciu się, zeszliśmy do messy. Tutaj siedział już Darek z Kaziem
i wsuwali po jogurcie.
– Idziecie z nami do miasta? – spytałem.
– To jest ostatni dzień w Sztokholmie, to trzeba będzie się poświęcić – odparł
Darek.
Kaziu siedział cicho i paląc papierosa, pochylał od czasu do czasu głowę na
bok, tak jak to on miał zwyczaj robić.
– O! wezmę aparat ze sobą – i pobiegłem do kajuty.
– No, to lecimy – powiedział Darek.
Idąc wzdłuż nabrzeża, czułem, jak całe ciało coraz bardziej się trzęsie z zimna. – Kurczę, przeziębimy się – bąknął Darek, podciągając kołnierz płaszcza.
– Walnę ci tutaj zdjęcie, abyś zapamiętał to zimno.
W centrum na Selgels torg Kaziu zaproponował, abyśmy najpierw weszli do
kawiarni na kawę. Siadając znowu przy oknie, gapiliśmy się na ludzi, którzy skurczeni szli szybkim krokiem. Od czasu do czasu szła jakaś dama z rozpiętym
paltem, tak jakby na dworze było +15 stopni.
377
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Jak te kobity wy- trzymują to zimno – za- stanawiał się Darek.
– Dobra, dobra cykaj.
Szybkim krokiem przeszliśmy przez przystań i z ulgą weszliśmy na statek. Zostawiliśmy zakupy w kabinie i dawaj do messy. Kaziu i reszta milczeli przy
Andrzej Andre Janczak w Sztokholmie
stole.
– Podobno dzisiaj jest full – zadałem.
– No to szybko zleci – odezwał się Arthur.
Po chwili Darek z Kaziem poszli i zostałem sam z Arthurem, który powie-
dział, że za bardzo nie wie, co będzie robił przez te wolne dwa tygodnie. Po chwili milczenia wyrwało mi się.
– No to jedź ze mną do Mariehamn. Jakoś cię tam przekomaruję. A może będzie jakaś znajoma kapela w Arkenie. No?
– Może i masz rację.
Wieczorem, odwaleni w służbowe ciuchy, pijemy tradycyjnie kawę, paląc fajki.
– Dobra, czas zagrać ten ostatni wieczór – powiedział Kaziu wstając.
W drodze na scenę Arthur przypalił jeszcze skręta. Usiadł za pianem i nie czekając, zaczął intro do The Girl from Ipanema.
– Na drugi już śpiewacie – usłyszałem za plecami głos Kazia.
Spojrzałem na Darka, czy ma coś na myśli i wyczytałem z jego ust, że on za- śpiewa What a Wanderfull Word. Po wolniakach trzeba zagrać coś szybkiego.
378
– OK, All I Ever Need Is You – krzyknąłem do Arthura i nabiłem.
Podczas utworu Kaziu zadał, że na drugie ma być You’re the One That I Want.
– Zahartowane, za-
hartowane – Arthur.
oparł
Zeszliśmy do podzie- mia i kupiłem znowu dwa kilo kabanosów. Tym razem sprzedaw- ca pamiętał nas i nawet powiedział dziękuję po polsku. Gdy wyszliśmy, ukazało się słoneczko.
– Arthur walnij mi tutaj zdjęcie na pamiąt- kę – zaproponowałem.
– Ale masz wykrzy- wioną gębę – mruczał Arthur zza aparatu.
ARCHIWUM AUTORA
– After break mister, OK – zgasił go Darek.
The Travellin’ Band & Darius
– Teraz wolniaki, „Diabeł” leć ten z Eurowizji Whats Another Year, a Darek Georgia – dyrygował nadal Kaziu.
Przed przerwą napatoczył się jeden gość i mamrotał coś po szwedzku o jakimś tam standard jazz song.
Na przerwie każdy z nas poszedł w swoją stronę, jak to przed „rozwodem” bywa. Po powrocie na scenę Kaziu dyktował.
– „Diabeł” Weekend, a Darek Gimmie Gimmie.
– Co tak z grubej rury? – zdziwił się Arthur i kręcił jak szalony w MiniMoogu. – Tyle wiary, więc na co czekać.
– Ra-dwa-tsy-czte – i zaczęliśmy.
W refrenie Arthur znowu grzebał coś w vocoderze Rolanda i miejscami nie
było słychać chórków. Szwedy klaskały prawie po każdym utworze i było miło. Chciało się grać.
– „Diabeł”, zadaj Honesty, a na drugie Fool if You Think It´s Over.
Kątem oka zauważyłem, że obok sceny stoją dwie kelnerki i obserwując gości, wsłuchiwały się, co gramy. W następnej przerwie usiedliśmy w korytarzu i paląc papierosy, dziękowaliśmy przechodzącym gościom za pochlebne słowa.
– No to panowie czas! – powiedział „Kassu” i poszliśmy grać następny blok.
Na prośbę gości powtórzyliśmy na końcu dwa utwory Nature Boy, gdzie Arthur jak zwykle wymiatał w solówce, aż ciarki przechodziły oraz Gino Van- nelliego People Gotta Move o tytule pasującym do obecnej sytuacji. Aparatura była teraz podkręcona na pełny gaz i po ostatnim utworze z pewnym namasz- czeniem zdjąłem basówkę. Kaziu zapowiedział, że The Travellin’ Band & Darius dziękuje za ten rejs. Ja schowałem bas i mikrofon do futerału, a teczkę z teksta- mi zabrałem do kabiny. Teraz uświadomiłem sobie, jak to dobrze, że nie posia- damy wspólnego sprzętu. Każdy ma swoje i nie trzeba dyskutować, kto komu i ile jest dłużny. Po przebraniu się wziąłem służbową marynarkę i zapukałem do kajuty Kazia.
– Donacja dla Wieśka, mojego następcy – powiedziałem podając mu katanę. Kaziu kiwnął przytakująco, a Darek wychodząc podał mi rekę i mówi:
– Patrz „Diabełku” pierwszy raz spotkaliśmy się w 1969 w warszawskiej tele-
wizji, a potem w 1972 w Mikkeli w Finlandii. I kto by pomyślał, że po latach bę- dziemy razem pracować. Może nasze drogi jeszcze kiedyś się zejdą.
– Los nie wybiera tylko dyktuje – odparłem.
– Trzymaj się Darek! – i poszedłem na scenę pakować się.
– To o której jest ten statek na Åland? – spytał Arthur, gdy znosiliśmy na deck
jego piano.
– Odpływa po poludniu z Naantali. Będziemy na miejscu około dwudziestej
trzeciej.
Rano w Helsinkach pobudka, kapitan dziękował pasażerom przez gło-
śniki i zapraszał ich ponownie. Szybka kawa z papierosem i po wyjechaniu 379
Moje życiowe zwrotki i refreny
zadzwoniłem z przystani do Mony poinformować, że Arthur ze mną jedzie. Poprosiłem, aby spytała dyrektora Janzona, czy może załatwić jakiś pokój dla niego w orkiestrowej willi. Mona obiecała zapytać.
– Ty koleś, zanim damy nogę do Naantali, to muszę wpaść do sklepu Musta Pekka z telewizorami – powiedziałem.
– Po co?
– Chcę kupić używany kolorowy telewizor, bo Mona ma czarno-biały.
W sklepie było ich sporo, więc wziąłem fińską markę Salora 24” za 200
marek i upchnąłem na tylnym siedzeniu, na sztorc obok kolumny. Gdy znaleź- liśmy się poza miastem, spojrzałem w tylne lusterko sprawdzić, czy Arthur się nie zgubił. Mignąłem mu migaczem i on odpowiedział mi długimi światłami, że jest OK. Zaczął prószyć drobny śnieg, więc zwolniłem trochę. Dojeżdżaliśmy do Salo i Arthur mignął mi światłami, włączając prawy migacz. Aha, chce stanąć na kawę.
Potem dalej w drogę. W Naantali stanęliśmy przed Viking Line Aurella. Było już ciemno. Wysiadłem, aby rozprostować kości, ale po chwili zaczęli wpusz- czać, więc zaparkowaliśmy bryczki na pokładzie i weszliśmy na górę. Usiedli- śmy w cafeterii i obcinamy dookoła. Gdy statek ruszył, Arthur zaproponował, abyśmy poszli zobaczyć, kto gra w barze.
– O! Janek Kuczyński znowu walczy z Finami – powiedziałem, siadając obok sceny.
Jasiu kiwnął do nas ręką i zaczęli grać.
Tylko połowa baru była zapełniona, ale dwie pary wyszły na parkiet. Raptem słyszę za plecami.
– A co panom mogę podać?
– Ooo! Cześć Boguś! – wyrwało mi się, gdy zobaczyłem Bohdana Maciejczyka w kelnerskich ciuchach.
– To co, dorabiasz czy zmieniłeś zawód? – spytałem.
– Przeszkoliłem się na barmana, bo robota tydzień w tydzień lepiej mi pasuje i kasa jest dobra.
– No proszę, jak to los nami rządzi – dodałem.
– A wy co? Jedziecie grać do Mariehamn?
– Nie, Andrzej też zmienia zawód, tylko nie wie jeszcze na jaki. Przeprowadza
się na wyspę – skomentował to Arthur.
– Co!? Siajba ci odbiła? – zdziwił się Bohdan.
Patrząc na niego z uśmiechem powiedziałem, że miłość zwyciężyła!
– W październiku 1972 grałem w Mariehamn pierwszy raz i powiedziałem,
że moja noga nigdy więcej tam nie postanie i co? Nauczyłem się, aby nigdy nie mówić nigdy. Never say never.
– Tak, love has the power Jędruś! To co podać?
Arthur spojrzał na zegarek i licząc godziny zaproponował, że trzeba to uczcić chociaż jedną whisky, ale bez wody, aby „nie zabić drinka”.
380
– To ja też i jedno piwo.
The Travellin’ Band & Darius
Na przerwie dosiadł się Jasiu i powiedział, że dopiero weszli po dwóch tygo- dniach wolnego i jakoś sztywno im idzie.
– A my dzisiaj zeszliśmy z Viking Song – odpowiedziałem.
Posłuchaliśmy ich jeszcze w drugim bloku i Arthur zaczął ziewać.
– „Diabełku” ja chyba pójdę przekimać się na fotelu.
Kiwnąłem do Janka ręką i poszedłem za Arthurem. Całe szczęście było kilka
wolnych foteli i żadna dzieciarnia nie latała jak szarańcza. Przymrużyłem oczy i w szybkim tempie przeleciał mi film o moich muzycznych przygodach przez ostatnie lata. Ileż to ja ludzi spotkałem w różnych miejscach pracy. Drogi w Fin- landii znam chyba lepiej niż w Polsce. Finlandię zjeździłem z góry na dół i w po- przek kilkakrotnie. A o agencjach fińskich i Finach mogę mieć tylko pozytyw- ne zdanie. Godzinę przed Mariehamn widzę, że Arthur się ocknął i przypalił skręta.
– Co, wsuniemy jakąś kanapkę? – spytałem.
– Ja to chyba tylko łyknę kawę – i spytał: – A Mona pracuje dzisiaj wieczorem czy jest w domu?
– Ona jest teraz w robocie. Obiecała załatwić ci pokój w orkiestrowej chacie. – O, to by było fajnie.
– Ty, musimy zdążyć do tax-free po fajki – powiedziałem wstając.
Statek zbliżał się do Mariehamn i gdy wyszliśmy ze sklepu z głośników usły-
szeliśmy. Szanowni pasażerowie, zbliżamy się do Mariehamn...
Zeszliśmy do aut i po chwili opuściły się te ogromne klapy z przodu. Jadąc
przez miasto w stronę Arkipelagu, widziałem znajome mi kąty.
Grudzień 1980
Mariehamn – Åland
– No to jesteśmy na miejscu – powiedziałem, gdy Arthur wysiadł z auta.
W recepcji stał uśmiechnięty Pekka i zrobiliśmy z nim hejsan! – cześć. Przy windzie stał na trzech nogach statyw z dużym zdjęciem Mony!? U góry coś tam pisało o Arkipelagu.
– Oho, Mona dorabia na reklamie – wyrwało mi się.
Na górze w kuchni Mona siedziała z koleżankami i ćmiły papierosy. Z daleka słyszałem jej charakterystyczny śmiech. Gdy nas zobaczyła, podbiegła szybko i po uściskach mówi, że Arthur ma pokój w willi obok restauracji Neptun. Po- chwaliłem ją, że ma fajne zdjęcie na dole w recepcji i spytałem, co ten tekst znaczy. Odpowiedziała, że mają za mało personelu w restauracji i w ten sposób chcą zachęcić innych. „Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, jak to jest praco- wać w Arkipelagu?” Przetłumaczyła mi i dodała z uśmiechem, że ma ochotę tam dopisać z boku... „wiele razy!” Na to wszedł kierownik sali Janne. Zabluź- nił po polsku i krzyknął do nas Terve jätkät! (cześć kolesie!) Mona miała jesz- cze godzinę pracy, więc poszliśmy zobaczyć, kto gra. W restauracji grał, nie- znany nam polski kwartet Emilia & Kavalieros, a na dole węgierska kapela Pannonia Express, o której wcześniej słyszeliśmy, że dobrze kadzą. Faktycznie brzmieli dobrze, a wokalista Laszlo Varga fajnie śpiewał lekko zachrypniętym głosem. Na taką barwę, tembr głosu Finowie mówią, że ma kähea ääni. O wpół do pierwszej Mona rozliczyła się i zeszliśmy do aut.
– Arthur jedź za mną, to ci pokażę, gdzie masz mieszkanie. Węgierska kapela grała nadal, więc tylko ludzie z Emilia & Kavalieros podjechali za nami i po krótkim cześć ze Stanisławem Niweltem zaczęli się pakować, bo jutro zjeżdżają do Polski. Pokazali nam wolny pokój na parterze i umówiłem się z Arthurem na jutro w hotelu, gdzieś tak w południe. Dochodziła już pierwsza w nocy, gdy wtaszczyłem z Moną swoje bagaże do pokoju. Zrobiło się ciasno. Hmm kolumna Peveya niech zostanie w aucie do jutra. Następnego dnia pod- łączyłem kolorowy telewizor i wyszukałem programy. Mogliśmy oglądać dwa szwedzkie, dwa fińskie i jeden lokalny. Mona przyprowadziła zaraz kole- gów z pracy, którzy byli naszymi sąsiadami, aby zobaczyli nowy nabytek. Na- stępnego dnia zawiozłem Monę do pracy i czekam w recepcji na Arthura. Po
383
Moje życiowe zwrotki i refreny
384
ARCHIWUM MONY MATTSSON
Mariehamn – Åland
chwili wyszedł z zaplecza księgowy Raphael Karlsson i jednocześnie pojawił się w drzwiach Arthur.
– O, Andre good to see you. Could you play friday and saturday in restaurat? – spytał dodając, że kapela mu nawaliła.
Zdziwiony odpowiedziałem, że jestem tylko z Arthurem i nie mamy pałkera.
– I can find some drummer for you. This is Viking Line staff little Christmas eve- ning and very important one – dodał szybko.
Spojrzałem na Arthura.
– No co? Oczywiście, że odegramy, tylko spytaj za ile – zgodził się Arthur.
– Yes we can do it but how much you´ll pay for it?
Raphael zastanawiał się chwilę i powiedział.
– You’ll get 250 per person netto plus travel money, OK?
– OK.
– Can we do some paper that I rent yours instrument instead salary word? This
Oczywiście zgodziliśmy się.
would be more easy for me to fix and we skip taxes.
W piątek po południu pojechałem do Arkenu i na scenie spotkałem niskiego blondyna, który rozstawiał bębny.
Po chwili zjawił się Arthur.
– Wykołuj jakiś wózek – zaproponował.
Na końcu kuchni znalazłem coś na kółkach i podepchnąłem pod windę. Arthur w międzyczasie poleciał po MiniMooga, położyliśmy go na kolumnie
– Hej, I am Lasso Haglund and will play with you tonight.
i zaczęliśmy pchać.
– Pomóż mi wnieść jeszcze piano i to będzie wszystko.
– A gdzie podłączysz mikrofon? – spytał Arthur.
– No, o ile można, to w jeden kanał do twojego Kustoma.
– Dobrze, że Echa nie sprzedałeś – dodał z uśmiechem.
– A wiesz, co Kaziu na koniec powiedział?
– No?
– Że „Diabeł” rozwalił kapelę.
– Przecież macie Wieśka to powinno być OK.
– Ale to nie będzie już to samo.
– Nieźle się zaczynają te wolne dni, nie? – powiedziałem, aby zmienić temat. Lasso zaczął rozstawiać statywy do blach.
Sprawdziliśmy aparaturę i umówiliśmy się, że ubieramy się w białe koszule
i czarne spodnie. Wieczorem przed graniem znalazłem Lasso w nocnym klubie przy barze.
– I must take some whisky before, you know – powiedział z uśmiechem.
No i o ósmej nabiliśmy pierwszy utwór. Kątem oka zauważyłem, że księgowy Raphael stoi w drzwiach do restauracji i przysłuchuje się. Wiara była już wesoła, widocznie walnęli sobie po jednym wcześniej. Nie trwało długo, gdy parkiet był
385
Moje życiowe zwrotki i refreny
pełen. Wtedy Raphael przeszedł się wolno przed sceną i z uśmiechem lisa przyta- kiwał głową. Po dwóch wolniakach zaśpiewałem im dwa szybsze i zabawa rozpo- częła się na całego. Od czasu do czasu spoglądałem na Arthura, który ze zmarszczo- nym czołem zerkał na pałkera. No co? Według mnie nie znając utworów sprawuje się OK. Na pierwszej przerwie Lasso zniknął. Gdy po kawie poszliśmy na dół obciąć, co się dzieje w nocnym klubie, zobaczyłem Lasso znowu przy barze.
– I feel that I must take one more – powiedział podchodząc do nas. – Stremowany? – dziwił się Arthur.
Powoli na scenie zaczęli się zjawiać muzycy z Pannonia Express. – W piątkę lecą – posumował Arthur.
Zaczęli instrumentalnym utworem, więc poczłapaliśmy na górę do naszego kie- ratu. Trzeci blok śpiewałem, cały czas wyciągając tematy ze starego repertuaru.
– Zaimprowizuj im rocka – doradził mi Arthur.
Poleciałem z wymyślonym tekstem Mama don’t like me when I play a rock... W refrenie Arthur śpiewał już za mną na vocoderze I play rock, rock, rock.
– Tego rocka to jeszcze nie słyszeli – śmialiśmy się do siebie na przerwie.
Mama don´t talk, talk, talk...
W ostatnim bloku odśpiewałem po szwedzku walca Hangö Hangö i powie- działem Tack så mycket och go´natt – dziękujemy bardzo i dobranoc.
Lasso podziękował za miły wieczór i zbiegł do nocnego klubu. W sobotę była już normalna wiara. Po drugim bloku zjawił się dyrektor Eric Janzon i teraz już śpiewałem cały blok. Na przerwach Lasso, tak jak wczoraj, biegał do nocnego klubu. Po chałturze umówiliśmy się, że spakujemy graty w poniedziałek. Ja za- brałem ze sobą tylko mikrofon, basówkę.
– No to, do jutra – powiedziałem rozstając się na dole.
W niedzielę pojechałem z Moną do sklepu po zakupy. Coś nowego dla mnie, np. kupowanie papieru toaletowego, czego nie robiłem od wielu lat.
– Na co masz ochotę? – spytałem.
– A może usmażę kotlety? – spytała.
– OK, a jak jest bułka tarta po szwedzku?
Hmm, pokazałem Monie kotlety i jajka i odwróciłem dłoń tak jakbym paniero-
wał i rozłożyłem ręce. Mona uśmiechnęła się i powiedziała skorpmjöl, dodając: – I have it at home.
Podczas obiadu Mona zaskoczyła mnie łamanym polskim.
– To jest dobry jecenie.
Z uśmiechem odszukałem wcześniej kupione rozmówki szwedzkie i po chwili wykrztusiłem, że mi też smakowało – mig smakar också.
Tak się zaczęła moja codzienna nauka szwedzkiego. W poniedziałek poszli- śmy z Arthurem najpierw po wypłatę. Księgowa Toini kazała nam się podpi- sać w dwóch miejscach i wypłaciła po 250 marek plus po stówie za podróż z Helsinek.
– Tack så mycket (dziękuję bardzo). 386
– Good business – mówił podnosząc kciuk do góry.
Mariehamn – Åland
– To chyba po raz ostatni się pakujemy?
– Nigdy nie wiadomo „Diabełku”, nigdy nie wiadomo.
W drodze do chaty zatrzymałem się przed sklepem muzycznym. Per-Olof był
sam i pakował klientce coś tam w papier świąteczny. Odczekałem chwilę, rozglą- dając się, co mają. Widać, że niedawno zaczęli, bo tu i tam było pusto, albo dobrze sprzedają przed świętami. Klientka wyszła i Per-Olof powiedział po angielsku, że Harri jest na poczcie po jakiś towar i są zadowoleni ze świątecznego obrotu.
Pokazał dłonią na aparat do prażenia kawy, ale powiedziałem, że może next time. Zrobił na mnie miłe wrażenie ten mój przyszły pracodawca. W domu czułem się wieczorami trochę dziwnie, bo po wielu, wielu latach oglądanie te- lewizji i spędzanie świąt w mieszkaniu, a nie w hotelu, było dla mnie czymś nowym. Zdarzało się, że rano musiałem wyjść najpierw na krótki spacer do- okoła domu, co zastępowało drogę do knajpy i dopiero potem piłem kawę.
Ci, co to przeżyli, rozumieją mnie. W święta zjadłem po raz pierwszy jakąś rybę, którą najpierw suszą, a na święta moczą przez noc i pieką w piekarni- ku (lutfisk). Była też szynka panierowana po skandynawsku oraz kilka innych potraw. W drugi dzień świąt Mona poszła do pracy, a ja policzyłem, ile tych chał- tur do tej pory zagrałem. Przejrzałem stare kalendarze, w których zapisywa- łem każde miejsce i biorąc pod uwagę chałtury w Polsce wyszło mi, że zagrałem około 2100 chałtur! Aż tyle? Ponad dwa tysiące nocnego grania! Przypomina- jąc sobie podliczyłem, że grałem w ponad stu miejscach! A ile personelu i dy- rektorów spotkałem? Trochę się nazbierało! Przed Nowym Rokiem wszedłem ponownie do Star Music. Zastałem ich obydwóch, więc spytałem, o której mam się zjawić drugiego stycznia do pracy? Per-Olof Grönlund i Harri Hykkyrä po- częstowali mnie kawą i Harri powiedział po fińsku, że o dziesiątej będzie OK. Przeskakując z angielskiego na fiński i z powrotem dowiedziałem się, że zaraz po Nowym Roku będzie słaby ruch, ale muszą zrobić inwentaryzację. Z dalszej rozmowy wywnioskowałem, że nie są muzykami, tylko Harri pogrywa trochę w domu na gitarze. Cóż, nie trzeba być rajdowym kierowcą, aby sprzedawać auta. Dowiedziałem się też, że Per-Olof, czyli „Pera”, bo taką ma ksywę, zna się dobrze na elektryce. Zadowolony wskoczyłem do pontiaca i z lekkim poślizgiem pojechałem do hotelu pochwalić się Monie, że mam zaklepaną robotę.
Sylwester.
– Ależ to dziwne, że nie gramy – powiedziałem do Arthura, gdy się spotkali- śmy w Arkenie. Na przerwach pogadaliśmy z chłopakami z Pannonia Express, a w restauracji grała jakaś miejscowa kapela. Tak zleciał nam ostatni dzień roku. Pierwszego stycznia odprowadziłem Arthura do promu, życząc mu po- wodzenia. O ile pamiętam, to zaczynają w Mäntymotelli w Mäntyharju. Będzie miał spory kawałek do Lahti. Drogę z portu do domu pokonałem w 10 minut. Na piechotę to chyba przeszedłbym w piętnaście minut. Małe miasteczko bez fabryk i wszędzie blisko. Nie ma korków ani stresu.
Star Music
rugiego stycznia trudno mi było wstać tak rano i ledwo co zdążyłem D na dziesiątą do sklepu. „Pera” był sam i coś tam sennie mamrotał, że zaczął robić inwentaryzację. Po kawie i papierosie obudziliśmy się i zanotowaliśmy, co mają na półkach. Do południa było tylko dwóch klientów. Około pierwszej przyjechał na chwilę Harri i coś tam szwargotali między sobą. Przez cały dzień mieli tylko czterech czy pięciu klientów, czyli tak jak mówili było spokojnie po Nowym Roku. Według Harriego w mieście jest jeszcze jeden sklep muzyczny w centrum, PR-Musik. O siedemnastej zamknęli i pojechałem do Arkenu, aby zjeść służbowe jedzonko i zobaczyć, jakie kapele przyjechały na styczeń. W restauracji rozstawiał się Filipiński zespół Annie & Filipinos, a w nocnym klubie kapela z Bułgarii Tangra. W domu spisałem na kartce tele- fony do sklepów muzycznych w Finlandii, gdzie kupowaliśmy sprzęt, z myślą, że w ten sposób pomogę im rozszerzyć kontakty. Następnego dnia zapropono- wałem chłopakom, że o ile chcą, to mogę zadzwonić i poinformować te sklepy, gdzie teraz pracuję, prosząc o wysłanie cenników. Zgodzili się i było miło usły- szeć głos Markku Aartio w Tampereen Musiikki czy Carbo Lintinena w MS-Au- diotron w Helsinkach. Natomiast Frank Robson u Fazera powiedział mi, że ich towar reprezentuje w Mariehamn ten drugi sklep. Po kilku dniach doszły dwie teczki z cennikami. Po kilku dniach udało mi się jeszcze dogadać z Kimmo To- ivonenem w PSO Musiikki i Levytukku Oy w Helsinkach. Harri powiedział, że ma chętnego na lepszej jakości akordeon i razem znaleźliśmy sklep Musiikki Silfverberg w Helsinkach, który handlował włoskimi akordeonami Titano, aku- stycznymi pianami Zimmerman i gitarami Ovation. Ha! Łatwo się mówi znaleźli- śmy, nie było wtedy Internetu ani Google, więc dzwoniliśmy tu i tam i pytaliśmy o dalsze rekomendacje. W sklepie pomogłem im udekorować wystawę, pamię- tając jak wyglądały w innych sklepach w Finlandii. Po kilku dniach zauważyłem, że coraz więcej młodszych klientów przychodzi. Harri powiedział, że pewnie pantoflowy telefon zadziałał, że polski muzyk tutaj pracuje i „też ma dwie ręce i nogi”. Na pytanie, ile ludzi mieszka w Mariehamn, usłyszałem, że „aż” 12 ty- sięcy. Czyli tutaj wszyscy prawie się znają. W połowie miesiąca wypłacili mi za- liczkę, która w porównaniu do poprzednich zarobków była skromna. Codzien- nie łapałem kilka nowych słów ze szwedzkiego. Na szczęście w porównaniu
1981 Mariehamn
389
Moje życiowe zwrotki i refreny
do języka fińskiego, szwedzki miał dużo bliskich słów z angielskiego i polskiego, które wymawia się podob- nie. Gubiłem się jednak z ich wymową „o”. Pisało „o”, a wymawiali „u”. Na przykład tata Mony miał na imię Olle, a wymawia się Ulle, ale imię Olavi wymawiali przez „O” i zgadnij teraz. To, że szwedzkie „Å” wyma- wia się jak polskie „O” już wiedziałem. Zaczął się luty i na pierwsze tygodnie przyjechał do nocnego klubu polski zespół ze Szczecina, który nazwał się, o ile dobrze pamiętam, Together Again z Jasiem Wierzbi- ło, a na następne dwa kapela Sonic, również z Polski. Czesiek z Sonic poszalał i kupił u nas Mooga Prodige oraz ARP Orchestra strings. Fajnie grali i często prze- siadywali w sklepie. Mam pamiątkowe zdjęcie z nimi
Ja przed sklepem Star Music
z kolegami z zespołu Sonic przed sklepem.
W sklepie Harri powiedział, że raz do roku, pod koniec lutego, mają tutaj w mieście targi o nazwie Mässa. Miejscowi producen- ci, sklepy i banki prezentują swój towar i usługi. Jako nowy sklep chcą się tam pokazać. Oczywiście trzeba mieć co pokazać i tutaj przydały się moje kontak- ty z Finlandii. Po przedstawieniu sprawy udało mi się dostać w komis sporo in- strumentów i wzmacniaczy. Odwaliłem im również nowe okrągłe logo i rekla- mę do gazety. Na dodatek w drugim tygodniu przyjechali do nocnego klubu koledzy z Fraction. Ponowne miłe spotkanie. Pod koniec miesiąca Andrzej Ma- tyśniak chętnie pomógł mi w transporcie instrumentów do hali sportowej, gdzie przez dwa dni odbywały się te targi, oraz pilnował stoiska, gdy musiałem
gdzieś tam...
Publiczność głosowała na najładniejsze stoisko i o! Wygraliśmy! Po tych tar-
gach sklep jakby rozkręcił się na całego i któregoś dnia Harri zameldował, że znalazł nowy lokal w centrum miasta i to naprzeciwko konkuren- ta. Nowy lokal nie był większy, ale miał sporą
Star Music stoisko z targów, Andrzej Matyśniak siedzi za pianinem, a ja stoję za nim w środku
390
piwnicę na
niacze i gitary. Mało tego, wynajęli dodatko- wo duże pomieszcze- nie na przedmieściach, aby tam sprzedawać tylko organy i aku- styczne pianina. Poszli na całego i zaczęła się
wzmac-
ARCHIWUM AUTORA
przeprowadzka firmo-
wą bagażówką Merce-
desa. Teraz przydała się
moja praktyka i logisty-
ka w pakowaniu przy-
czepy. Miałem nadal do
czynienia z instrumen-
tami, a spotkania z mu-
zykami w sklepie i w Ar-
kipelagu pomagały mi
powoli dopasować się Hotel Arkipelag do nowego trybu życia.
Star Music
Natomiast poranne wstawanie było nadal ciężkie, ale w porównaniu do poran- nych zmian Mony, gdy miała dyżur śniadaniowy o 6 rano, nie narzekałem. Na- deszła wiosna i któregoś dnia widzę przed Arkipelagiem ciężarówkę ze sklepu MS-Audiotron z Helsinek.
Zaciekawiony wszedłem i dowiedziałem się, że będzie duży remont w restau- racji i ta firma z Helsinek instaluje nowe nagłośnienie oraz światła. Gdy roz- poczęli remont, często tam bywałem, aby pogadać z nimi oraz podpatrzyć, co robią. Inna firma wyłożyła ściany panelami z ciemnego drzewa i teraz zniknął ten goły beton. Nowa, duża scena pośrodku restauracji oraz szklany półokrągły dach nad parkietem podniósł standard niesamowicie. Chłopaki z MS-Audiotron wstawili na scenie wielką wieżę z końcówkami mocy oraz dwunastokanało- wy mixer Canary, a z przodu sceny cztery głośniki Bose. Obok stał też pokaźny mixer do świateł. Wzdłuż parkietu wisiały 300-watowe spot-lights reflektory. Było ich chyba ze dwadzieścia. Pod szklanym dachem, nad parkietem, umieścili okrągłą lustrzaną kulę disco o średnicy jednego metra, którą oświetlały punk- towe reflektory. Gdy się kręciła, na parkiecie i po ścianach „padał śnieg”. Po bokach wcisnęli dwa długie rzędy migających małych czerwonych lampek „Las Vegas”. Dużo tego było. W sklepie codziennie było urozmaicenie, bo nie wiado- mo było, jaki będzie następny klient. I tak któregoś dnia weszła ładna blondyn- ka i zamówiła Tascama 244 Porta Studio, takie jak ma Arthur. Po spisaniu za- mówienia z nazwiska Longley domyślałem się, że nie jest szwedzkie. Od słowa do słowa dowiedziałem się, że będzie to prezent dla jej męża, który jest Angli- kiem i gra na gitarze. Zadzwoniłem do Juha Jurmu w MS-Audiotron w Helsin- kach i złożyłem zamówienie. Wiedząc już, że można się potargować, spytałem go, za ile mi go sprzeda. Jestem przecież ich starym klientem. Po chwili zasta- nawiania się ponowiłem pytanie, a jaka będzie cena, jeśli wezmę dwie sztuki? No i o! Dostałem extra 5% zniżki. Warto było spróbować. W ten sposób zama- wiałem następne towary i ta taktyka opłacała się. Po kilku dniach klientka ode- brała czterośladowe studio, a ja po krótkiej myślówce zaproponowałem chło- pakom, że kupię od razu to drugie, ale po cenie zakupu i w ten sposób będą
391
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
mieli szmal w kasie, a nie towar na półce. Zgodzili się i tak się zaczęło moje home-studio. W niedzielę pożyczyłem ze sklepu Rolanda synth i elektryczną gitarę. W domu po kilku podejściach nagrałem mój pierwszy utwór na Alna- dzie ´Got To Move, gdzie w tekście opisałem rozstanie się z The Travellin’ Band. (Jest na YouTube w późniejszej wersji). Jak się domyślacie, to był tylko począ- tek zakupów. Co jakiś czas coś tam dokupiłem i ilość pudełek w studiu wzrasta- ła. Wiosna minęła i remont w Arkenie dobiegał końca. Gdy stałem na parkie- cie, wszedł księgowy Raphael z dyrektorem oraz Peterem, przedstawicielem sklepu MS-Audiotron. Domyśliłem się, że jest to jakiś przegląd przed oddaniem aparatury do użytku. Dyrektor Erik widząc mnie, spytał:
– Co sądzisz o tym Andre?
Kiwnąłem przytakująco głową i dodałem skromnie.
– Dobrze wygląda.
Peter tłumaczył im, co i jak działa i miałem wrażenie, że dyro z księgowym
słuchają tego jak świnia grzmotu. Nagle naszło mnie olśnienie! A jakbym im zaproponował, że ja mogę obsługiwać to i zadbać, aby wszystko działało. Od- czekałem chwilę i gdy zbliżali się do końca przeglądu, podszedłem i z kamien- ną twarzą powiedziałem, że barman czy kelnerki nie dadzą sobie z tymi gałka- mi rady i tutaj przydałby się ktoś, kto się na tym zna. Kontynuując po angielsku dodałem.
– Ja chętnie wziąłbym odpowiedzialność za dźwięk i światła w restauracji. Grałem w bardzo wielu miejscach i wszędzie brakowało mi kogoś, kto by o to dbał. Erik i Raphael podnieśli brwi i spojrzeli pytająco na Petera. On jakby- śmy się umówili powiedział, że to jest wyśmienite rozwiązanie. Peter pożegnał się i poszedł, a my usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy dyskutować. Po dobrej chwili Raphael dodał, że do moich obowiązków należałoby też informowanie przyjeżdżających zespołów co do repertuaru, ich godzin pracy oraz przypilno- wanie aparatury w nocnym klubie. Słysząc to, kułem żelazo póki gorące i za- proponowałem, że mogę też przejąć dyskotekę w niedzielę, to zmniejszą się im koszta za podróże dla „Bociana” z Helsinek. Trafiłem w dziesiątkę! Księgo- wy zaproponował, abym napisał im podanie-ofertę o taki etat, aby mieli pod- kładkę. W domu Mona pomogła mi to sformułować po szwedzku i następnego dnia podpisałem umowę. Teraz, gdy jestem już zatrudniony, dodałem, że wy- konam moją pracę w hotelu czy to świątek, czy piątek, aby wszystko działało, ale nie chciałbym przychodzić i stemplować godzin od do. Zgodzili się. W skle- pie przedstawiłem chłopakom, że od następnej niedzieli wypożyczamy do Ar- kipelagu aparaturę disco oraz sprzedajemy lampy potrzebne do wymiany w re- flektorach. Za robociznę nie mogę kasować, bo mam za to pensję. Zadowoleni zamówiliśmy szybko stół Dj-ski z dwoma adapterami oraz wbudowaną koń- cówką mocy 2x300 W oraz trzydrożne głośniki Jamo po 350 W. W domu przej- rzałem, które z moich płyt się nadają i dokupiłem na rachunek Arkenu sporo singli w domu towarowym Kalmers. Po tygodniu księgowy wręczył mi nowo
392
wydrukowane wizytówki, abym poważnie mógł się przedstawiać. Raptem dostałem nowy zawód: Light & Sound Technician.
Miło wspominam ich pobyt, bo gdy kręciliśmy z nimi reklamowe wideo, było nam bardzo wesoło! Z klezmerskich wspomnień przy kawie przypomnieli mi, że poprzednio grał z nimi m.in. Grzegorz Kuczyń- ski na gitarze, Lucjan Kowalewski na bębnach, Marek Łokaj na klawiszach i Stanisław Kaniorski na bęb- nach. Sporo tych „rozwodów” mieli... Kiedy opowia- dałem im o moich wojażach, czasami łzy leciały ze śmiechu, aż któregoś dnia „Jagoda” powiedziała.
Star Music
Na następny miesiąc przyjechał do nocnego klubu łódzki zespół She & They z „Jagodą” i Jackiem Wi- śniewskim w nowym składzie. Miłe spotkanie.
Moja wizytówka z hotelu – „Diabełku”, musisz to koniecznie opisać, bo inni Arkipelag
też o tym muszą wiedzieć.
Zaskoczyła mnie, bo wcale o tym nie myślałem, ale potem... hmm, a może. Po nich odziedziczyłem jeden kawał o blondynkach.
She & They, od lewej: Edward Siba, Jacek Wiśniewski, Krzysztof „Gucio” Matusiak, Alicja „Jagoda” Wiśniewska,
Zbigniew „Piwej” Piwoński
393
ARCHIWUM JACKA WIŚNIEWSKIEGO
Moje życiowe zwrotki i refreny
Blondynka, przechodząc wieczorem obok latarni zobaczyła ogłoszenie, że jest mieszkanie do wynajęcia. Zainteresowana zaczęła pukać w latarnię. Obok za- trzymała się policja i z auta wysiadła policjantka, też blondynka, i pyta o co tu chodzi? Blondynka pokazała na ogłoszenie i mówi, że nikt nie otwiera. Na to po- licjantka: – Dziwne, przecież światło się pali na górze...
Ha, ha,
Zbliżał się koniec lata i Mona po powrocie z pracy powiedziała, że chłopak jej koleżanki z pracy ma zamiar sprzedać swojego mustanga.
– Co!? Mustanga? – aż podskoczyłem.
Co tu mówić, pontiac pontiakiem, ale brakowało mi mojego konia. W dwa dni później byłem właścicielem Mustanga Grande rocznik 1969.
Widocznie poprzedni właściciel lubił oglądać serial telewizyjny Starsky & Huch, bo oni jeździli podobnie pomalowanym autem. W tym mustangu był silnik V8 (302c) i jak to się mówi, miał kopa. Pontiaca udało mi się szybko sprzedać. Następne miesiące mijały i w Arkipelagu przewinęło się kilka zespo- łów. Nadszedł grudzień 1981 i do konkurencyjnej restauracji Sabina przyje- chał zespół Hazard, założony przez kolegę Tadeusza Urbańskiego ex. Tukany i The Vox Remedium. Byłem lekko zaskoczony, że na klawiszach gra z nim Sła- womir „Slavek” Telka, ex. perkusista z krakowskiego zespołu Wawele. Musi być wszechstronny, pomyślałem i po kilku spotkaniach zaprzyjaźniliśmy się.
Mój mustang
starałem się „dosztu- kować” światłami oraz psychodelicznymi pły- tami na tylnej ścianie sceny, aby było więcej rajcu.
Natomiast wcale nie byłem zasko- czony, że do Arkenu ponownie przy- jechali „prześladowcy” The Travel- lin’ Bandu – koledzy z Fraction. Często graliśmy w tych samych miejscach. Tym razem wzmocnieni przez Benka Kupisa na pianie. W nocnym klubie
Hazard, od lewej: Sławomir„Slavek”Telka, Marzena Migoń-Ślisarska, Lech Ślisarski, Urszula Urbańska, Tadeusz Urbański, Jarosław Telka
Ze szwedzkiej telewi- zji dowiedzieliśmy się, że w stoczni w Gdań- sku strajkują i zanosi się na poważną rozróbę. Nie musieliśmy długo czekać, bo w kilka dni później 13 grudnia
394
ARCHIWUM TADEUSZA URBAŃSKIEGO
1981 Jaruzelski ogłosił w Polsce stan wojenny!
Star Music
Zaskoczeni, mar- twiliśmy się o rodzi- nę w Łodzi. Miejscowa gazeta znalazła oczy- wiście w Mariehamn Polaka, czyli mnie, i zrobiła krótki repor- taż na ten temat. Jak to się potem potoczyło, to już wiemy... ktoś powie- dział: „łatwiej jest oszu- kać ludzi, niż przekonać ich, że zostali oszukani”.
Fraction, od lewej: Benek Kupis, Andrzej Matyśniak, Roman Kaźmierski Na święta zaprosi- i niewidoczny Krzysztof Ciemniewski
łem kolegów z Frac-
tion do nas do domu i po raz pierwszy zrobiłem pierogi z kapustą. Smako- wały, bo nic nie zostało. Zaraz po Nowym Roku obydwa zespoły zjechały do Polski, a ja otrzymałem pierwszy list od rodziny, który przeszedł przez cen- zurę w Polsce. Codzienny kontakt z klientami w sklepie i w hotelu pomagał mi w nauce szwedzkiego, natomiast zamawianie towaru z Finlandii podtrzy- mywał mój fiński na chodzie. Któregoś dnia wszedł chłopak w moim wieku i po angielsku podziękował za udany egzemplarz Tascama Porta-Studio. To był ten szczęśliwy Anglik, któremu żona zrobiła prezent. Nazywał się David Lon- gley. Miło się nam rozmawiało i od tej pory często się spotykaliśmy. Czas leciał szybko i coraz częściej byłem w sklepie sam, bo moi pracodawcy zajmowali się też innym businessem. Gdy otrzymaliśmy wiadomość, że dom, w którym znaj- duje się sklep, zmieni właściciela z prywatnej osoby na miejscowe biuro ubez- pieczeniowe, wywąchaliśmy, że zburzą go i postawią coś nowego. Hmm, ponie- waż i tak większość czasu byłem w sklepie sam, przyszło mi na myśl, że może poprowadzę go sam w innym miejscu. Podzieliłem się moimi planami w domu i po głębokim rozważaniu zdecydowałem się. Odkupiłem od chłopaków to, co mieli na stanie, i z pomocą miejscowego, znajomego handlarza telewizorami o imieniu Bernt znalazłem nowy lokal. Szukałem nowej nazwy. Nie chciałem używać w niej swojego imienia, ale musi być prosta i zdradzająca, czym handlu- ję. Mając w zanadrzu stare gazety „Melody Maker” przejrzałem je i doszedłem do wniosku, że nazwę mój sklep po prostu Music Shop. I bez żadnej biurokra- cji, wystarczyło tylko zgłosić na policji, że otwieram taką działalność. Miałem dobry timing, bo okazało się, że aby prowadzić własny business na Wyspach Alandzkich trzeba tu mieszkać pięć lat. Byłem zameldowany od grudnia 1980, więc trochę brakowało, ale na te brakujące miesiące otrzymałem zezwolenie.
395
ARCHIWUM ROMANA KAŹMIERSKIEGO
Moje życiowe zwrotki i refreny
I tak od maja 1985 rozpocząłem działalność w swoim sklepie. Gdy rejestrowa- łem później sklep w urzędzie patentowym, okazało się, że na szwedzkojęzycz- nej wyspie wszystko musi być po szwedzku. Było to dla mnie dziwne, że oficjal- nie w dokumentacji sklep nazywa się Ålands Musik-Shop, ale mogę działać pod nazwą Music Shop.
Ålands Music Shop
o otwarciu ciekawscy przychodzili często, jak również odwiedzał mnie Pkolega David Longley.
E.S.T. 1985
Bardzo szybko zauważyłem, że trzeba wyskoczyć na pocztę czy do banku i wieszanie kartki na drzwiach „Zaraz wracam” jakoś nie pasowało. Dogada- łem się z Davidem i zatrudniłem go na pół etatu. W wolnych chwilach zrobiłem sklepowe logo oraz zamówiłem wizytówki ze zdjęciem. Raptem zostałem nie tylko właścicielem, ale również dyrektorem.
Mając teraz obok siebie rodowitego Anglika, zacząłem komponować na- stępne utwory, a David sprawdzał i jeśli była potrzeba, poprawiał moje teksty. W jednym z utworów mam tekst wzięty z mojego życia.
Zaczęła się era z sequenserami i MIDI. Studio w domu powiększało się i moje nagrania demo były coraz ciekawsze. A gdy kupiłem mój pierwszy kompu- ter Atari 1040ST z rozszerzoną pamięcią do 4096 KB RAM (Wow!) to możli- wości były nieograniczone. W oryginale Atari miało tylko 512 KB. Wymieni- łem mojego Tascam na Akai MG614 nadal na C-kasety z czterema kanałami, ale z większym mixerem. Jeden kanał był poświęcony na SMPTE timecode do zsynchronizowania z Atari. Mając tylko trzy ścieżki na wokal i nagrania gitar, śpiewałem moje demo od początku do końca, tak jak się robiło wieczorami na chałturach, bez żadnej edycji czy pitch correction (korekcja intonacji dźwięku). Ciekawskim podam, że z programem sequensera Notator oraz z C-LAB Creator i C-LAB EXPORT MIDI epanderem miałem do dyspozycji 288 MIDI kanałów! Miejscowe radio oraz telewizja zainteresowały się i zamówiły u mnie muzykę do kilku filmów dokumentalnych,
...there´s a special women in every man´s life...
a radio kupowało reklamowe jingle oraz sygnaturę do dziennika. Teraz zacząłem mieć dochody nie tylko ze sprzedaży instrumentów, ale również ze skomponowanej muzyki. Oczywi- ście David dograł mi na gitarze kilka wyśmienitych solówek. Pamiętając, co Janusz Koman powiedział mi przed
Moja wizytówka z Music Shop
397
Moje home studio
Moje życiowe zwrotki i refreny
laty o ZAiKS-e w Polsce, zarejestrowałem moje kompozycje w fińskim odpo- wiedniku – TEOSTO i GRAMEX.
Prowadząc sklep i nadal pracując w hotelu Arkipelag, nie miałem teraz czasu na chałtury. Wychodząc z założenia, że do studia w domu mogę zawsze wziąć którąś z gitar basowych ze sklepu, mało brakowała a sprzedałbym mojego Fen- dera Precision „Cecylię”. Niestety (na szczęście) nie dogadałem się z kupcem co do ceny i dzisiaj cieszę się, że nadal jest w moim posiadaniu.
W Arkipelagu nadal grały zagraniczne zespoły, a jednym z nich była bułgarska grupa Thunderbirds, w której grał wyśmienity gitarzysta Nikolo „Nik” Kotzev. I jak to los dyktuje w życiu, on też ożenił się tutaj na wyspie. Teraz często siedzie- liśmy u mnie w biurze i wymienialiśmy poglądy. Któregoś dnia Nik powiedział, że aby cudzoziemcowi się powiodło za granicą, to musi być lepszy od miejsco- wych. Ciekawe jak to będzie z nami, pomyślałem. Potem nie trwało długo, gdy konkurencyjny sklep muzyczny zrobił wyprzedaż i zakończył działalność. Tutaj
398
ARCHIWUM AUTORA
przypomniało mi się powiedzenie mojego taty: „lepiej być pierw- szym w małym mieście niż drugim w dużym...”
Ålands Music Shop
Zaraz potem zobaczy-
łem ogłoszenie w gaze-
cie, że sklep muzyczny
Fazer z Helsinek, gdzie kupowałem sprzęt dla
The Vox Remedium już
w 1972 roku, szuka przedstawiciela na
Alandzie. Wkrótce zro-
bili pokaz swoich in- strumentów (Yamaha, Music Shop Roland, Fender) w miej-
scowym domu towarowym. Oczywiście poszedłem i zaprosiłem ich do siebie. Po bardzo krótkiej rozmowie, kto, jak i od kiedy, zyskałem przedstawicielstwo produktów sprzedawanych przez Fazera. W sklepie nadal uczyłem się, jak się nazywają po szwedzku i fińsku części zamienne do różnych instrumentów. Oj, było ich mnóstwo! Sposobem learning by doing (uczyć się przez wykonywa- nie), doszkalałem się w reperacji różnych instrumentów. I jak to w małym mie- ście szybko rozeszło się, że reperuję prawie wszystko. Nadeszły święta i ruch w sklepie wzrósł kilkakrotnie. Okres ten to tak zwane żniwa.
Po Nowym Roku w Arkipelagu organizowany był tradycyjnie wieczór dla personelu.
Zaraz potem rozpoczęto remont nocnego klubu. Zainstalowano m.in. nowe nagłośnienie i światła, co było pozytywne dla businessu w moim sklepie.
Wiosną dyro Erik Janzon zwołał cały personel, aby zrobić zdjęcie reklamowe.
W maju organizowano na Alandzie pierwsze zawody Street Race i Sune Eriksson, organizator wpuścił mnie w kanał, abym wziął w nim udział. Wystartowałem mustangiem w ka- tegorii standard, czyli fabryczne auta bez żadnych tam bajerów. Byłem zie- lony, umiałem tylko przycisnąć gaz do dechy i dym leciał z tylnych kół sto- jących w miejscu, a inni wygrywali...
Ja z dyrektorem hotelu Arkipelag, od lewej: dyrektor hotelu Arkipelag Erik Janzon, Ulla Vuolteenaho,
Monica Sandberg i ja – Andrzej Andre Janczak
399
ARCHIWUM AUTORA ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
400
Personel hotelu Arkipelag. Ja stoję w czwartym rzędzie pierwszy z lewej, a moja żona Mona siedzi w drugim rzędzie w środku w ciemnej kamizelce obok kucharza
ARCHIWUM MONY JANCZAK