The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by andrzej, 2018-09-28 08:49:11

Zwrotki

– Patrzta, ludziska stoją w kolejce tak jak w Polsce.
Gramy w Finlandii
Podeszliśmy bliżej i na jednej wystawie przeczytałem, nie wie- dząc, co to znaczy, SAMGÅNG, a na drugiej KÖTT. Z tego co ci ludzie wynosili w plastiko- wych siatkach wygląda- ło na to, że oni kupują w większości mięso. Zdziwieni tym, szliśmy dalej i mijając kościół, dochodząc do rogu zo- baczyliśmy miejscowy bank – Ålandsbanken.
W Mariehamn 1972 – od lewej: basista Janusz Sołtysik, Tadeusz tam Urbański, solistka Wanda, Marek Borowik i Andrzej Janczak
Zakręciliśmy się
chwilę i kierując się na
„nasz” komin, wróciliśmy do chaty. Po dwóch dniach zjawił się u nas Bułgar Panczo, który grał sam na organach z automatem w restauracji Esplanad, na rogu. Był bardzo miły. Gadaliśmy z nim trochę po rusku i trochę z angielska. Ponieważ on tu był już drugi miesiąc, dowiedzieliśmy się, że w restauracji Na- utical gra polski zespół Wanda Trio. Ich skład to dwóch facetów z dziewczyną.
– A w innej restauracji Socis rzeźbi miejscowa kapela – dodał.
Następnego dnia poszliśmy do restauracji Nautical i zapoznaliśmy się z Po- lakami. Na organach i pianinie grał Marek Borowik. Grali tylko trzy dni w tygo- dniu oraz dwie godziny w południe w sobotę i niedzielę do kotleta, tzw. matiné.
Przed Nauticalem był przycumowany wielki żaglowiec „Pommern”. Do- wiedzieliśmy się, że jest to najstarszy żaglowiec na świecie, który zachował się w tak dobrym stanie. Pływał aż do Australii. Miejscowi są bardzo z niego dumni. Od nich dostałem tekst po szwedzku na zakończenie wieczorku. Wy- tłumaczyli nam również, że te kolejki przed sklepami powodują przyjeżdżają- cy tutaj Szwedzi, którzy wykupują polędwicę i inne mięso, bo jest dużo taniej niż w Szwecji.
– Opłaca się im płynąć ze Szwecji aż tutaj? – dziwiłem się.
Chyba po tygodniu przyszedł wieczorem wkurzony Panczo i zaczął nam tłu- maczyć machając rękami, jak to on opieprzył „Dziada” przez telefon, że mu płaci za niskie stawki. Po dwóch tygodniach grania nie starcza mu już na papie- rosy i piwo.
– Ty znajesz, to taki gangster – pienił się Panczo.
151


Moje życiowe zwrotki i refreny
Ciekawe ile tego piwa pił, skoro było cienko z kasą. Któregoś dnia przyszła mieszkająca tutaj na Ålandzie Polka, pani Irena, a razem z nią miejscowy skrzy- pek, który koniecznie chciał zagrać z nami ja- kiegoś tutejszego walca.
Gramy w karty w Mariehamn – od lewej: Pancho, ja, Marek Lewandowski
i Janusz Sołtysik Po kilku dniach ba-
sista z drugiej kapeli, Janusz, mówi, że w niedzielę musi pojechać do Helsinek i pyta, czy ja mogę go zastąpić na te dwie godziny w dzień? Czemu nie, i tak obskoczyłem dodatkową chałturkę. Mało tego, w następną niedzielę Marek Borowik zaproponował mi
następną w restauracji Böndenashus, w centrum miasta.
– Zagramy wieczorkiem w duecie tylko trzy godziny.
– Oczywiście, szmalu nigdy nie jest za dużo – odparłem zadowolony.
Marek Borowik dał mi m.in. szwedzki tekst do fińskiego walca Leila, Leila
i teraz śpiewaliśmy jeden utwór po szwedzku Hangö, Hangö.
Po przegraniu połowy miesiąca nasz dyrektor Gustafsson wypłacił nam za- liczkę. Mając szmal w kieszeni, wybraliśmy się do kina Bio Savoy na film Wood- stock. Zachwyceni Joe Cockerem i Santaną wróciliśmy do restauracji na kolację. Dni były podobne do siebie. W dzień granie w karty z drugą kapelą, a wieczo-
rami chałtura.
Coraz częściej wracając nocą czułem, że robi się zimniej i bez śmiechu trzeba
będzie zacząć zakładać damskie pończochy, bo kalesonów nie miałem.
– Zima idzie – powiedziałem do chłopaków, przyciskając dłońmi kołnierz pod szyją. Następnego ranka poczułem, że swędzi mnie w gardle i mówię przez nos. Szukałem w aktówce aspiryny, ale niestety, nie miałem. Założyłem na siebie dodatkowo jeszcze jedną podkoszulkę i poszliśmy do restauracji. Po posiłku byłem lekko spocony na czole, ale poszliśmy razem do drugiej kapeli, do Nauti-
calu. Marek Borowik poszukał w swoim dobytku i dał mi dwie aspiryny.
– Weź jedną teraz, a drugą za sześć godzin – doradził mi.
Wieczorem było mi ciężko śpiewać. Przemęczyłem się tak kilka dni. Tak jak
już wiemy, grając w trio, nie można chorować. W następną niedzielę wybrali- śmy się statkiem Viking Line na wycieczkę do Szwecji, do Kapellskär.
Nic w zasadzie tam nie zobaczyliśmy, bo była to tylko przystań, na dodatek padał deszcz i wiało. Głodni i zmęczeni tym kołysaniem wróciliśmy do Marie- hamn. Zbliżał się ostatni tydzień i chłopaki liczyli już godziny, kiedy przyjadą ich
152
– Dobra zagramy – zgodził się Marek.
ARCHIWUM AUTORA


dziewczyny. W sobotę po posiłku Tadek z Mar- kiem poszli do domu przygotować się do po- dróży. W nocy, zaraz po graniu, mają statek do Naantali, a potem po- ciągiem lub autobusem dalej do Helsinek. Gdy się obudziłem w nie- dzielę, byłem sam. Po porannym papierosie zjadłem posiłek w re-
Gramy w Finlandii
stauracji i
łem od Borowika jego kasetowca, aby przegrać dwa utwory. Tuż przed półno- cą wrócił Tadek z Ulą i Marek z Bogusią. Byli bardzo zmęczeni. Dziewczyny po trzydniowej podróży pociągiem przez Rosję i tutejszym promem opowiedzia- ły w skrócie, jak celnicy szperali im w bagażach, i poszły spać. Teraz w piątkę było bardzo ciasno. Następnego dnia dziewczyny odwaliły się i poszły z nami do restauracji zobaczyć, jak to tutaj jest na Zachodzie. Pewnie były zdziwione, że w restauracji nie ma większego szpanu. Tego wieczoru po graniu podszedł do nas brodaty Szwed i dał nam w łapę 500 koron! Staraliśmy się mu wytłuma- czyć, że no, no play bo już po valomärkach i nie możemy, a on na to:
pożyczy-
W porcie Mariehamn ja i Tadek przed promem Viking Line
– Thank you very much, but you have already played everything I want to hear. – I dodał – You play very good (Zagraliście już wszystko, co chciałem usłyszeć. Dobrze gracie).
– Ależ dziękujemy bardzo – powiedziałem dodając – tack så mycket.
Tadek przetarł po klezmersku szmal pod tyłkiem (na szczęście) i rzucił za siebie, szybko jednak podniósł i pobiegł rozmienić w kasie. Gdy byliśmy w po- łowie drogi do mieszkania, zaczął porządnie padać deszcz i przemoknięci po- biegliśmy resztę drogi. Gdy zziajany walnąłem się na łóżko, poczułem, że znowu bierze mnie przeziębienie. Następnego dnia w gardle klucha i trząsłem się jak galareta. Spocony postanowiłem, że nie pójdę na obiad i zostanę w łóżku. Wie- czorem trzeba było jednak iść grać. Śpiewanie było w kratkę, więc Tadek od- śpiewał prawie cały wieczór. Opierałem się o kolumnę basową, wzmacniacz Maćka ogrzewał mi trochę plecy.
Odetchnąłem z ulgą, gdy zaczęliśmy grać ostatni utwór. Przed wyjściem wzią- łem z kasy resztę pensji. Następnego dnia przyszedł telegram, że w następnym miesiącu mamy grać w Tammisaari. Restauracja nazywa się Gästis. Poszuka- łem na mapie, gdzie to jest, i okazało się, że nie tak daleko, bo między Turku a Helsinkami. Zakatarzony, przemęczyłem się ostatni wieczór. Statek odchodził o pierwszej w nocy, więc skończyliśmy grać o godzinę wcześniej i szybko się
153
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
spakowaliśmy. Baga- żówką dojechaliśmy do portu na końcu wyspy. Tutaj stojąc na pomo- ście i czekając na statek, bluźniłem pod nosem. Było ciemno i zimno, bo wiaterek dawał czadu od morza. Dooko- ła dosłownie nic, tylko woda, a my stoimy z in- strumentami i marz- niemy. Wkurzony na katar i pogodę, powie- działem, że moja noga więcej na tej wyspie nie postanie! Gdy w oddali pojawiły się świa- tła statku Viking Line, odetchnąłem. Jeszcze chwila i będę w środku.
Ja na scenie w Mariehamn Ta chwila trwała ponad pół godziny. Zanim dobił, zacumował i zanim wszystkie auta wyjechały, myślałem, że mnie szlag trafi. W końcu wrzuciliśmy nasze instrumenty na pokład, pod ścianę obok aut i poszliśmy na górę do kawiarni. Nie wiem kiedy, ale zasnąłem w fotelu i nad ranem obudził mnie śmiech biegających dzieci. Przed portem czekał na nas
taksiarz, który szybko pomógł nam załadować instrumenty... i w drogę.
Po wąskich uliczkach podjechaliśmy pod restaurację. Po przywitaniu się z joh- tają (dyrektorem), Björnem „Nalle” Linqvistem, zaczęliśmy wnosić instrumen- ty. Rozstawiając się na scenie, szukam mojej basówki, bo w futerale miałem kable do echa, ale nigdzie jej nie widzę.
Tammisaari, listopad 1972, restauracja Gästis
– Tadek, nie widziałeś gdzieś mojego wiosła?
– Pewnie leży przy szatni.
Poszedłem szukać. Przeleciałem przez wszystkie zakamarki i cholera nie ma! Plama! Pytam dyrektora, czy mógłby zadzwonić do tego taksiarza, bo pewnie
została w bagażówce. Po chwili wrócił dyro.
– Ei ole (nie ma) – i dodał, że zadzwoni jeszcze na statek.
Gdy wrócił, okazało się, że moja basówka leży sobie na pokładzie i jest
w drodze do Szwecji. Statek Vikinga wraca do Finlandii dopiero jutro. Co tu 154
ARCHIWUM AUTORA


Gramy w Finlandii
robić? Muszę pożyczyć jakieś wiosło, ale skąd. Dyro powiedział, że w mieście nie ma sklepu muzycznego. Na szczęście zaprowadził mnie do jednego Fina, który trochę reperował instrumenty i od niego wypożyczyłem starego Hofnera skrzypce za 15 marek. Tutaj gramy pięć dni w tygodniu i dwie godziny w dzień do obiadu, czyli tą ich matiné. Przegraliśmy pierwszy wieczór bez echa i na wy- pożyczonym wiośle. Tutaj wiara gadała po fińsku oraz po szwedzku. Po pracy zmęczeni daliśmy od razu w kimę. W piątkę mieliśmy tylko jeden pokój. Na- stępnego dnia rano wszyscy naraz chcieli się dostać do kibla i zrobiła się ko- lejka. Zaspani odegraliśmy po cichutku tę dwugodzinną matiné. Późnym popo- łudniem przywieziono moją basówkę. Następnego dnia w recepcji czekała na nas poczta. Przyszedł list z Pagartu i przypominają nam o zapłaceniu prowizji. Ja co miesiąc miałem odciągać chłopakom za Pagart i co trzeci miesiąc wpła- cać szmal, ale przez te raty za instrumenty zwlekaliśmy. Teraz trzeba będzie zacisnąć pasa i zapłacić wszystko naraz. Podliczyłem naszą prowizję i posta- nowiłem, że wybiorę się autobusem do Helsinek i tam wpłacę, to szybciej doj- dzie. Będąc w poniedziałek w Helsinkach, po załatwieniu wpłaty w banku, wszedłem na giełdę, czyli do kawiarni Kolme Kreiviä. No i kogo od razu widzę, Sławek Batin z The Blue Birds siedzi przy oknie! Przywitaliśmy się radośnie i wymieniłem przyczynę mojej wizyty w Helsinkach.
– Taaak, jak się olewa płacenie, to potem trudno wyskrobać całą sumę – sko- mentował, dodając – „Diabełku” pilnuj, abyście te wpłaty robili regularnie, to będzie wam lżej.
– To gdzie teraz gracie – spytałem.
– Gramy w Porvoo, ale przyjechałem do agencji, bo chciałem pokazać „Dzia- dowi” nasz wywiad w gazecie. Może to wzmocni naszą pozycję u niego.
Sławek wyjął gazetę „Uudenmaan Sanomat” z Porvoo i pokazał mi ich zdjęcie. – No proszę, robicie się sławni w Finlandii – skomentowałem.
– Trzeba się rozpychać, jak jest okazja – zażartował.
– A patrz tutaj, jak zwykle przekręcili nazwisko, tym razem moje.
– Sławomir Batan – przeczytałem uśmiechając się.
– A auteczko na chodzie?
– Taaa stary, garbus jest chłodzony powietrzem, to nie trzeba się pieprzyć
z płynem w chłodnicy. Ledwo co pokażę kluczyk, to od razu startuje. A jak! Dopijając kawę, pożegnałem się, aby zdążyć na autobus. Po powrocie po- wiedziałem chłopakom, kogo spotkałem. W piątek było w knajpie sporo ludzi i widać było, że dyro jest zadowolony. Przechodząc pod koniec grania pochwa- lił się, że ma również dyskotekę. Następnego dnia po odegraniu w dzień matiné pojechaliśmy ją obejrzeć. Ze zdziwieniem zobaczyłem, że pod sufitem wisi stara końska bryczka. Całość była zrobiona w stylu country & western. Przeglą-
dając płyty, dyrektor wyjął z dumą płytę Czesia Niemena.
– Mam również polskie płyty – pochwalił się.
– A tego to szkoda, że umarł tak młodo – powiedział, wyjmując płytę Hendrixa.
155


Moje życiowe zwrotki i refreny
– Miał tylko 28 lat. Podobno pierwszą gitarę kupił za 5 dola- rów i zaczął grać z The Rocking Kings – opo- wiadał dalej.
The Blue Birds – wycinek z gazety „Uudenmaan Sanomat” Porvoo, od
lewej: Sławomir Batin, Zbigniew Kmiciński, Danuta Świgoń, Dariusz
Witkowski bardzo uważałem, aby
moja basówka się nie zawieruszyła. Rano, o dziesiątej, mała ciężarówka zawiozła nas na dworzec au- tobusowy. Wstawiliśmy graty na tylny bagażnik i dawaj w drogę. Z radia lecia-
ła po cichu fińska muzyka i Jukka Kuopomäki śpiewał jakąś wesołą piosenkę.
Tutaj było dużo więcej śniegu i około szesnastej było już ciemno. Po przywita- niu się z dyrektorką, spytałem, czy nie ma nic przeciwko temu, że dwóch kole- gów ma ze sobą narzeczone, i nie czekając na jej odpowiedź, dodałem, że przy- jechały w odwiedziny na zbliżające się święta i Nowy Rok. Ona uśmiechnęła się i powiedziała:
Närpiö, grudzień 1972, hotel Gästigvars
– Ej se häitä (to nie przeszkadza).
Przysługuje nam niestety tylko jeden pokój w hotelu, czyli znowu będziemy spać w piątkę. Rozstawiając instrumenty na dość wysokiej scenie, usłyszałem, że personel i goście rozmawiali tutaj również w dwóch językach. Grania było sześć dni w tygodniu i do restauracji przychodziło sporo młodzieży.
Z hotelowego radia udało mi się nagrać dwa utwory Doobie Brothers, do jednego spisałem tekst fonetycznie i na próbie nawet dobrze nam wyszedł.
156
W trzecim tygodniu spadł śnieg i miastecz- ko stało się bardzo przy- tulne, tak jak pamiętam chałturę zimą w Za- kopanem. Śnieg padał powoli i w powietrzu było czuć świąteczną atmosferę. W ostatnich dniach otrzymaliśmy list, że na grudzień je- dziemy do Närpiö, czyli Narpes po szwedzku. W nocy, po graniu spa- kowaliśmy się i ułożyli- śmy instrumenty obok recepcji. Tym razem
ARCHIWUM SŁAWOMIRA BATINA


W pierwszej linijce tekstu nie mogłem się jednak dosłuchać, co on tam śpie- wał. Słyszałem cały czas jak śpiewa zabili krowę?– a może powinno być – So be it over? – lub – Don’t be it over – cholera wie?
Koledzy też nie mogli usłyszeć i dla jaja zostawiliśmy tekst – zabili krowę.
Podobało mi się bardzo, jak śpiewał ich wokalista – Tom Johnston, brzmia- ło im to wyśmienicie. Dopiero dużo później z pomocą Zbyszka Gajewskie- go znalazłem tytuł tej piosenki z pra- widłowym tekstem. Listen to the music, Doobie Brothers i prawidłowy tekst – Don’t you feel grooving...
Również ich drugi utwór Long Train Runnin’ był fajny, ale tutaj potrzebna była gitara, której nie mieliśmy.
Któregoś dnia dziewczyny znudzo- ne siedzeniem wieczorami przed tele- wizorem stanęły za naszymi plecami za sceną. Marek nie widząc ich, powie- dział do Tadka.
– Te dwie atletki mają czym oddy- chać, nie?
Ja w Närpiö
Gramy w Finlandii
Tadek przytaknął, za co oberwało się im od dziewczyn na przerwie.
Po graniu bardzo często siedzieliśmy w auli całą noc, grając w karty. Dopie- ro gdy rano wchodziła sprzątaczka, uświadamialiśmy sobie, że czas iść spać. Na zewnątrz było cały czas ciemno i straciliśmy rytm doby. Któregoś dnia wcze- śnie rano obudziły mnie szmery w łazience. Spojrzałem jednym okiem na ze- garek, przyciskając go do oka, było za piętnaście ósma. Moje łóżko stało pod ścianą w nogach podwójnego. Podniosłem więc lekko głowę i widzę, że Tadek też uniósł głowę.
– W co jest grane? – szepnął zaspany.
Machnąłem tylko ręką i w tej chwili otworzyły się drzwi od łazienki i w świe- tle widzę, że Marek ubrany w ciuchy służbowe do grania skrada się po cichu do drzwi wyjściowych.
– Chyba mu się popieprzyły godziny i poszedł do roboty – powiedział Tadek.
– Myśli, że my zaśpimy – wyszeptałem.
Tadek nie mógł się powstrzymać i rozchichotał się, budząc również Bogdę.
– A co wam tak wesoło w środku nocy – spytała Ula, siadając na łóżku.
157
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
– Andrzej mówi, że Marek poszedł na poranną zmianę – powtórzył Tadek nadal chichocząc.
Bogda podciągnęła kołdrę pod brodę i zaspana pyta:
– Co? O tej porze? – nie mogła skontaktować.
Gdy jej wytłumaczyłem, zaczęła też chichotać i umówiliśmy się, że jak wróci
Marek, to będziemy udawali, że śpimy. A gdy zacznie się rozbierać, to wtedy za- palimy światło.
– Dobra – odpowiedzieli prawie chórem.
Po chwili słyszymy jak ostrożnie otwierają się drzwi i Marek skrada się na palcach w stronę łazienki. Tadek nie wytrzymał i chichocząc, zapalił światło. Wybuchnęliśmy śmiechem, widząc jak Marek stał zgięty w pasie i patrzył na nas wielkimi oczami. Usiadł obok Bogdy na łóżku i zdejmując buty powiedział:
– No co wy? Poknociły mi się godziny – bąknął zmieszany.
– O tej porze zachciało ci się grać – żartowała z niego Bogda.
– Pomyślałem sobie, że pójdę pierwszy do kuchni, napiję się kawy i przyjdę
was obudzić w ostatniej chwili i wtedy wy zaspani jak niemowlaki będziecie musieli odegrać pierwszy blok bez kawy, jak zombie. Ale gdy wszedłem do re- stauracji, to widzę, że wszystkie krzesełka są na stołach i ciemno jak w dupie. Spojrzałem przez okno na ulicę, a tam ani żywej duszy. Dopiero po chwili dotar- ło do mnie, że to musi być ósma rano! Chciałem po cichutku wrócić jakby nigdy nic, ale wy mnie kurczę wyczuliście – zakończył zmieszany Marek.
Bogda objęła go za szyję i dodała:
– Tutaj nie płacą za nadgodziny, kładź się spać.
Później zgrywaliśmy się jeszcze kilka razy z porannej zmiany Marka. Nadeszły święta i cały hotel z restauracją zamykali na te dni. Zostaliśmy więc
sami z lodówką pełną żarcia. Mogliśmy również korzystać z sauny.
W pierwszy dzień świąt rozgościliśmy się w kuchni i nareszcie mogłem usmażyć sobie jajecznicę. Smakowała nam również fińska szynka. Była panierowana i chu- dziutka tak jak trzeba, tylko brakowało nam polskiej musztardy. Bogda z Ulą zmon- towały z pozostałej gorzałki jakieś drinki, w których na dnie pływała czereśnia. Gdy dopiłem do końca, starałem się pukać palcami w dno szklanki, aby wpadła mi do ust. Siedziała dość mocno, więc puknąłem mocniej i poczułem językiem, że ułamałem kawałek zęba, cholera. Podszedłem do lusterka obejrzeć, no i kawał- ka prawej jedynki nie było. Drogi był ten drink, pomyślałem wściekły na siebie. W drugi dzień po kolacji wszyscy rozsiedli się przed telewizorem w auli, a ja wy- szedłem na spacer, aby nie przeszkadzać... Na dworze prószył śnieg, cisza dookoła i ani żywej duszy na ulicach. W oknach widać było oświetlone choinki. Idąc powoli bez żadnego celu, zatęskniłem za rodzinką w Polsce. Poczułem się bardzo samotny. Spacerowałem tak już chyba z godzinę, patrząc na te jednorodzinne domki, myśląc, jakie spokojne życie mają ci Finowie. Pomarzyłem przez chwilę, co by było, gdyby raptem otworzyły się drzwi któregoś domu i zostałbym zaproszony do środka. Marząc dalej, doszedłem do przedmieścia. Przypaliłem papierosa i zawróciłem.
158


Gramy w Finlandii
Nie jest tak źle, w przyszłym roku spłacę instrumenty i będąc już na czysto, wróci się do Polski. Będzie co opowiadać. Z tymi pozytywnymi myślami doszedłem do hotelu, nucąc pod nosem piosenkę, którą mama mi śpiewała: Pada śnieżek pada, dzieciom opowiada, że dziś na zabawie jest wielka gromada. Lecą śnieżne kule dzie- ciom za koszule, a bałwanki śniegu stoją już w szeregu...
W hotelu koledzy rządzili się na całego w kuchni, wymyślając, co teraz by zjedli. Po tym spacerze przypomniały mi się kopytka mamy! Hmm! Chyba dam radę. Tłuczone ziemniaki, jajka, mąka i to wszystko. Obrałem furę ziemniaków i gdy po ugotowaniu trochę ostygły, rozbiłem je widelcem, bo tłuczka nie znala- złem. Ułożyłem na metalowym blacie przy zmywaku, posypałem mąką i wbiłem dwa jajka. Zacząłem wyrabiać ciasto i przypomniały mi się praktyki z techni- kum. Upaćkany ciastem pod nadgarstki wbiłem jeszcze jedno jajko z myślą, że lepiej będzie się wiązało. Nadal było luźne więc dosypałem mąki. W końcu zde- cydowałem, że już jest gotowe. Rozwałkowałem dłońmi na wałki i pociąłem na skos. Sporo mi tego wyszło. Włożyłem po trochu do wrzącej wody i w ostatniej chwili przypominało mi się, że wodę trzeba osolić. Gdy kopytka wypłynęły do góry, odczekałem na wszelki wypadek jeszcze parę minut, bo surowe nie będą się nadawały do jedzenia. Teraz następny problem, czym je wyłowić? W szufla- dzie znalazłem drewnianą łopatkę podobną do widelca i po jednym wykładałem na talerz obok. Było z tym więcej roboty niż myślałem. Teraz, gdy odparowały, to z czym je zjeść? Sosu nie umiem zrobić, a o pomoc prosić nie będę. Zaglądając do lodówki, wpadłem na pomysł, że podsmażę cebulę na maśle i poleję tym ko- pytka. Wyjąłem największą patelnię, jaką znalazłem, i po kilku minutach spró- bowałem mojego dzieła. Mało soli... dodałem i o! Teraz może być.
– Jak ktoś ma ochotę na domowe jedzonko, to zapraszam – krzyknąłem w drzwiach do auli.
Mnie osobiście smakowało, ale Marek z resztą byli innego zdania.
– Trochę za twarde. Ugotowałeś piłeczki do ping-ponga! Patrz jak się odbi- jają! – i zaczęli odbijać moje kopytka o stół. Po chwili powstała mała wojna kopytkowa...
– Zapamiętam to sobie – odgrażałem się, sprzątając po sobie.
Po świętach, tradycyjnie już, przyszła wiadomość z agencji, że na styczeń je- dziemy znowu do Moto-Novy koło Pietarsaari. Zadzwoniłem do Manu i spy- tałem, czy nie ma nic przeciwko temu, że przyjedziemy w kwintecie i czy jest możliwość dostać ponownie trzy pokoje. Według Manu w styczniu jest mały ruch i nie będzie z tym kłopotu. Chłopaki ucieszyli się, a Marek dodał, że mogą się odwdzięczyć i Bogusia zaśpiewa wieczorem kilka piosenek.
Odegraliśmy więc w dobrym nastroju ostatnie dni i tuż po sylwestrze w kasie czekała na nas koperta z drugą połową wypłaty. Nowy rok rozpoczęliśmy po- dróżą autobusem. Z głośników leciał utwór Irwina Goodmana Kultainen kurju- us i jakiś Kari Purhonen, którego zapowiedzieli jako suomalainen (fiński) Ray Charles, bo też był niewidomy.
159


Moje życiowe zwrotki i refreny
Wróciliśmy tutaj, jakby na stare śmieci. Był to nasz pierwszy re-kontrakt. Per- sonel był prawie ten sam, tylko w recepcji była nowa dziewczyna. Tak jak Manu obiecał, dostaliśmy po pokoju. Na dodatek od stycznia mamy podniesione stawki do 38 marek na głowę. Po pierwszym wieczorku Marek zaproponował dyrektorowi, że Bogusia zaśpiewa parę piosenek, i może mogłaby się też stoło- wać z nami? Manu chętnie wyraził na to zgodę.
Kolppi, styczeń 1973, motel Moto-Nova
– Co jemu tam jeden obiad w tą czy w tamtą – cieszył się Marek.
Podczas rozmowy z tą dziewczyną w recepcji, usłyszałem, że pewne słowo wy- mawia inaczej niż jest w rozmówkach. Wytłumaczyła mi, że mówi gwarą z Savo i tam mówi się inaczej. Bardzo często zjadają też litery i słychać tylko kawałek słowa. Pytając co?, po fińsku mitä, słychać tylko tä? Nie wiem ile zmądrzałem po tej rozmowie, ale mam nadzieję, że coś tam mi w głowie zostało. W drugiej połowie stycznia Manu powiesił plakat na drzwiach wejściowych. Będzie show, znowu przyjeżdża ta piosenkarka Laila Kinnunen, tym razem aż na pięć dni. Przy- jechała we wtorek w dzień i po południu zrobiliśmy z nią próbę. Okazało się, że ma prawie ten sam repertuar co poprzednio. Dyro był zadowolony, bo w restau- racji miał pełno gości. Na dodatek znowu było nasze zdjęcie w gazecie z krótką pozytywną recenzją. Niestety zapomniałem ją wyciąć. W następny piątek dowie- dzieliśmy się, że cała restauracja jest zarezerwowana, bo będzie wesele.
– Musicie zagrać fińskiego walca Akselin ja Elinan Häävalssi – zameldował nam stary.
– Tak, chyba widziałem coś takiego w nutach od „Dziada” – powiedział Marek i poszedł na scenę szukać.
Wrócił po chwili z nutami w ręku i zaczął je przeglądać.
– Ależ to jest monotonne – narzekał.
Spisałem akordy i poszliśmy to przegrać bez Tadka, wychodząc z założenia,
że jak pałker umie jednego walca, to automatycznie zagra wszystkie. Tydzień z show minął szybko. Pod koniec miesiąca miny kolegów trochę zwisły, bo Bogusi i Uli kończyły się wizy i będą musiały wracać do Polski. Przedostatnie- go dnia dostaliśmy list z agencji z przedłużonym o pół roku kontraktem. Na luty jedziemy do następnego motelu w Kuhmoinen, niedaleko Tampere. Ostatnie- go dnia chłopaki odprowadzili dziewczyny na dworzec kolejowy w Pietarsa- ari. Znowu mają przed sobą kawał drogi. My po graniu podziękowaliśmy Manu za miły pobyt. Pociągiem dojechaliśmy do Tampere i tutaj pod dworcem czeka- ła na nas bagażówka. W aucie słuchaliśmy z radia fińskich utworów i jeden taki wesoły puszczali kilka razy. Zaczynał się słowami – taka taka, taka ta – Tadek podłapał to i postanowiliśmy, że go zrobimy, bo było mało tekstu i jest wesoły.
W motelu było bardzo przytulnie. Obok szatni była sala telewizyjna z komin- kiem i zaraz w korytarzu dwa nasze pokoje. Kierowniczka była bardzo młoda,
160
Kuhmoinen, luty 1973


Gramy w Finlandii
a jej narzeczony był kierownikiem sali. Grania mieliśmy sześć dni w tygodniu. W ciągu dnia były w motelu puchy, więc ćwiczyliśmy albo gapiliśmy się na szosę licząc przejeżdżające TIR-y. Wieczorami natomiast zwalało się sporo wiary z pobliskiego miasteczka. Któregoś dnia w południe była zupełna pucha, tylko jedna dziewczyna pracowała w kawiarni. Siedzieliśmy jak zwykle przy oknie i graliśmy w karty, gapiąc się na szosę. Raptem podjechał zardzewiały mercedes i wywaliło się z niego pięciu Cyganów. Weszli do środka bardzo głośno rozma- wiając. Stanęli przed ladą i drą się do tej dziewczyny, że chcą piwo. Dziewczyna mówi nieśmiałym głosem, że nie sprzeda im piwa, bo są już podpici. Jeden dał z kopa w ladę, a drugi walnął z całej siły pięścią w automat z papierosami. Naj- młodszy przechylił się przez ladę i usiłuje ją złapać. Zaskoczeni tym zupełnie, zastanawiamy się, co tu robić. Słyszeliśmy od innych kapel, że Cyganie w Fin- landii są bardzo agresywni, gdy im się czegoś odmawia. Jesteśmy na odludziu i robi się niewesoło. Ja wstałem i poszedłem szybko na koniec korytarza do mieszkania kierowniczki. Drzwi otworzył mi jej chłopak i pyta czego chcę.
– Tä? (co?)
Powiedziałem szybko, że mustalaisia (Cyganie) rozrabiają w kawiarni i w tej chwili usłyszeliśmy tłuczone szkło. On na bosaka pobiegł do kawiarni, a ja stanąłem w drzwiach i obserwuję. Cyganie nie dawali za wygraną, kierownik postraszył ich, że zaraz zadzwoni po glinę, jeśli natychmiast stąd nie wyjdą. Wtedy jeden z Cyganów złapał za krzesło z metalowymi nogami i rzucił w jego stronę. Ten się uchylił i krzesło wylądowało za nim w szklanych drzwiach wej- ściowych. Na podłogę posypało się szkło. Hovmaister bosymi stopami przele- ciał po tym szkle do korytarza i wpadł do biura zamykając za sobą drzwi. Na pewno dzwoni po glinę, domyślałem się. Wrócił po chwili i mówi, że policja już jedzie. Najstarszy Cygan zaczął uspakajać kolegów i bluźniąc po fińsku ciągnął tego, co najwięcej rozrabiał, za rękaw do drzwi. Kierownik powtórzył głośno, że zaraz przyjedzie policja! Jeden z nich dał jeszcze raz kopa w ladę i znowu jakaś szklanka wylądowała na podłodze. Powoli zaczęli wychodzić.
Patrzyliśmy przez okno, jak wsiedli do auta i odjechali. Dziewczyna z baru, popłakując, poszła na zaplecze po szczotkę. Gdy mercedes Cyganów zniknął nam z oczu, dosłownie za chwilę pojawiła się glina. Pokazaliśmy im, w którą stronę pojechali i na sygnale policja pojechała za nimi. Po godzinie radiowóz przyjechał ponownie i kierownik opowiedział im dokładnie, co się wydarzyło. Spisali również w raporcie, co my widzieliśmy.
– Będzie o czym opowiadać – podsumowałem.
Do końca miesiąca nie było daleko i któregoś dnia zobaczyliśmy w szatni narty. Wpadło nam do głowy, a może by spróbować. Za pozwoleniem portiera wzię- liśmy je i poszliśmy na leśną drogę obok motelu. Tutaj był lekki spad w stronę szosy. Ponieważ tylko ja miałem kozaki, więc zamienialiśmy się butami. Tuż przed szosą droga była zamknięta szlabanem. Każdy z nas stał po raz pierwszy na nartach i nie umieliśmy zakręcać. Aby nie walnąć w szlaban, musieliśmy się
161


– O kurczę pogubiłem mikrofony po drodze!
Moje życiowe zwrotki i refreny
wywalać na bok w zaspę śniegu. Radochy mieliśmy co niemiara. Przemocze- ni i zmarznięci, ale zadowoleni, wróciliśmy do motelu. Przed końcem miesiąca dostaliśmy wiadomość, że na marzec jedziemy do Uusikaupunki. Z notatką, że w drugą sobotę przyjedzie tam na show znowu ta fińska śpiewaczka Laila Kin- nunen, której podgrywaliśmy poprzednio w Moto-Novie.
Tutaj gramy pięć dni w tygodniu, a w niedzielę dyrektor, Olavi Silainen, puszcza dyskotekę. Również i tu gimnastykowaliśmy się po fińsku i po szwedzku. Publi- ka była bardzo młoda, niektórzy dopiero co skończyli osiemnaście lat. W kuchni pracował bardzo miły kucharz, Bo (Bosse), jego imię wymawia się po szwedzku Bu, co nas trochę śmieszyło – jak można mieć tak na imię. Bu był Holendrem i pracował wcześniej na kilku statkach. Stąd też znał trochę polską kuchnię i od- walał nam bardzo smaczne jedzenie, a na deser czasami były naleśniki z bitą śmietaną. Atmosfera były bardzo fajna i często po zakończeniu grania wiara czekała, aby z nami pogadać. Prawie że rozdawaliśmy autografy. Czuliśmy się jak za dawnych czasów w Łodzi po festiwalu w filharmonii. Po pierwszej nie- dzieli Marek wpadł na pomysł, abyśmy zaproponowali dyrektorowi, że możemy mu zagrać w niedzielę tę dyskotekę na czarno. Stary i tak puszczał z płyt wiele piosenek, które już graliśmy kilka lat temu na chałturach w Łodzi. Pomo (dyro) zgodził się i w następną niedzielę podkręciliśmy aparaturę, jak to robił Manu, i daliśmy im czadu. Część wiary skakała na parkiecie, ale większość siedziała przy stolikach cicho jak myszy. Gdy schodziliśmy na przerwę, stary patrzył na nas podejrzliwie i powiedział, że w przerwie on jednak puści kilka płyt. Dograli- śmy ten wieczór trochę spokojniejszym repertuarem. Wychodząc z restauracji, zaczepiły nas jakieś dziewczyny i pytają, czy moglibyśmy zagrać u nich w szkole w następną niedzielę. Obiecaliśmy, że o ile będziemy mieli wolne, to oczywi- ście zagramy. Następnego dnia zapytaliśmy dyrektora, okazało się, że on chętnie puści płyty, bo do tego wiara jest już przyzwyczajona. Wzięliśmy więc chałturę w szkole. Aby przenieść sprzęt do szkoły, która leżała po drugiej stronie parku, zwołaliśmy połowę klasy i dawaj... na piechotę. Było to około 600 m od restau- racji. W sali gimnastycznej akustyka była do dupy i echo odbijało się od ścian jak cholera. Było trochę lepiej, gdy weszło więcej ludu. Po chałturze zaczęliśmy się pakować, ale tym razem pomagacze się gdzieś zmyli. Obróciliśmy kilka razy i w restauracji zauważyłem, że pokrowce od mikrofonów Shura są puste!
Uusikaupunki, marzec 1973
Zasuwałem z powrotem tą samą drogą i wytrzeszczałem oczy dookoła. Na szczęście po kilku metrach zobaczyłem, że coś błyszczy się w alejce. Pozbiera- łem mikrofony, które leżały po kilka metrów od siebie i ulżyło mi niesamowicie.
W następną sobotę pojawiła się Laila Kinnunen z asystentem i z Węgrem Hacki Tamás, który gwizdał w wyśmienity sposób klasyczne utwory. Po próbie przed show spytała go kelnerka, czy chciałby kawę? On odpowiedział po węgiersku
162


Gramy w Finlandii
persze (oczywiście), co zabrzmiało w naszych i kelnerki uszach perse. To słowo znaczy po fińsku dupa. Zmieszana kelnerka odeszła z uśmiechem i po chwili podała mu kawę.
Zostało nam około dziesięć dni do końca miesiąca, gdy zadzwonił „Dziad” z agencji. Marek rozmawiał z nim dość długo po rusku i gdy skończył, powtó- rzył nam niewesołą wiadomość. Według Hakulinena gramy już jedenaście mie- sięcy w Finlandii i według tutejszych związków muzyków (Suomen Musiikkojen Liitto) zagraniczne kapele, niezrzeszone w związkach, nie mogą grać ciurkiem dłużej niż rok. Muszą wyjechać co najmniej na miesiąc z Finlandii. Na dodatek „Dziad” znowu ma problem z zezwoleniami na pracę. Dlatego byłoby dobrze, gdybyśmy zjechali do Polski już w przyszłym miesiącu. Jest jeszcze mała na- dzieja, ale na wszelki wypadek kazał nam się nastawić, że będziemy mieli urlop. Do końca miesiąca czekaliśmy codziennie na jakąś wiadomość, aż ostatniego dnia dzwoni Jaakko Turkka z agencji i mówi, że po graniu mamy się przenieść do innego mieszkania w mieście, bo oni nadal czekają na odpowiedź z mini- sterstwa pracy. Po graniu spakowaliśmy się. Tego samego wieczoru przyjecha- ło mieszane trio. Jeden Włoch i dwóch Węgrów. Następnego dnia z ciekawości podliczyłem, ile zapłaciliśmy do tej pory prowizji do Pagartu. Dorobili się na nas przez te jedenaście miesięcy aż 4788,90 marek.
– Pagart nieźle zarabia na tych wszystkich kapelach – dodał Marek – sam „Dziad” ma około dwieście zespołów, i teraz dodać inne agencje. Ho, ho!
Nowe mieszkanie okazało się jednym malutkim pokoikiem w prywatnym domku u fińskiej rodziny. Te następne dni przesiadywaliśmy w restauracji, czeka- jąc na telefon z agencji, a wieczorami z fińską rodziną. Mieliśmy teraz okazję zoba- czyć, jak mieszkają Finowie, i uczestniczyć w ich codziennych rytuałach. Codzien- ne oglądanie dziennika i pogody należało do rytuału. Grając w tych godzinach, nie oglądaliśmy telewizji, teraz mamy okazję. Rodzinka ta miała dwoje dzieci. Córkę w wieku około czternastu lat i dziewięcioletniego chłopaka. W pierwszy piątek obowiązkowo wieczorem cała rodzina poszła do sauny. My zrezygnowa- liśmy. Sprażeni na czerwono rozsiedli się zawinięci w ręczniki na kanapie. Tata przepił kilka łyków piwa i po chwili poszli znowu do sauny. Minęło pięć dni gości- ny u Finów, gdy nareszcie zadzwonił Turkka i powiedział, że niestety dupa blada. Musimy zjechać do Polski. Ponieważ instrumenty są jeszcze niespłacone, to mamy na czas urlopu zostawić je w agencji. Zapakowaliśmy się następnego dnia raniutko w autobus i jedziemy do Helsinek. W agencji, po lewej stronie korytarza, był mały pokój i tam stały już instrumenty innej kapeli. Wstawiliśmy tam rów- nież nasze i spytaliśmy Hakulinena, czy mógłby nam dać zaliczkę a konto przy- szłej pracy. Nie było problemu. Podzieliliśmy się markami i poszliśmy do banku obok Fazera, aby wymienić je na dolary. No i teraz jak tu dojechać do Polski?
– Przez Rosję już nie chciałbym jechać – i dodałem – chodźcie spytamy się w ambasadzie szwedzkiej czy nie daliby nam wizy tranzytowej. Co nam szko-
dzi, byłby szpan.
163


Moje życiowe zwrotki i refreny
Wróciliśmy do agencji i poprosiliśmy Manu, aby zadryndał do ambasady i spytał, czy to jest możliwe. Manu wrócił po chwili i powiedział, że o ile pobyt w Szwecji nie jest dłuższy niż 48 godzin, to możemy jechać przez Szwecję tran- zytem bez żadnej wizy. Musimy tylko na granicy, o ile celnicy nas zaczepią, po- wiedzieć, że my tranzytowcy. Gęby nam się roześmiały, zobaczymy Szwecję. Po- żegnaliśmy się i poszliśmy do przystani. Ponieważ prom do Szwecji odpływał wieczorem, zostawiliśmy swoje walizy w przechowalni i poszliśmy poszukać prezentów dla rodzinki. W informacji Marek z Tadkiem przeglądali rozkład po- ciągów ze Sztokholmu do Ystad. Po małych zakupach w podziemiach dworca wróciliśmy do terminalu Viking Line. Nogi w tyłek nam już wchodziły, więc z zadowoleniem usiedliśmy w kawiarni przy oknie i obcinamy innych pasaże- rów. Było znowu zadziwiająco dużo Cyganów. Całymi rodzinami jeżdżą chyba w tę i z powrotem, zastanawiałem się. Kupiliśmy sobie po kawie i siedzimy, pla- nując, jaką to zrobimy niespodziankę rodzinie, bo nikomu o naszym powrocie nie mówiliśmy. Na statek zaczęli wpuszczać godzinę przed odpłynięciem. Zmę- czeni zakwaterowaliśmy się w fotelach lotniczych. Podciągnąłem walizę pod nogi i gdy statek odbił, przymknąłem oczy. Gdy się obudziłem, było już po dru- giej w nocy. Jakiś Fin obok też się obudził i coś tam mruczał pod nosem, mu- stalaiset, perkele (Cygany, cholera). Pewnie mu się nie podobało, że hałasują. Znowu drzemka na raty i około ósmej rano z piaskiem w oczach poszliśmy na zmianę do kibla się obmyć. Po drugiej kawie rozbudziliśmy się i zaczęliśmy wy- glądać przez okno. Słoneczko świeciło i zbliżając się do Sztokholmu mijaliśmy sporo małych wysepek. Na niektórych stały letnie domki. W informacji zamie- niłem kilka marek na korony i zaczęliśmy się ustawiać do wyjścia.
W Sztokholmie było dużo cieplej niż poprzedniego dnia w Helsinkach. Po szu- kaniu i wypytywaniu „z angielska”, znaleźliśmy dworzec kolejowy. Na Centra- len sprawdziliśmy jeszcze raz rozkład jazdy, pociąg odchodzi o szesnastej i jest w Ystad o dziesiątej wieczorem. Prom do Polski odpływał o dwunastej w nocy, czyli pasuje jak ulał. Zostawiliśmy walizki w przechowalni i dawaj na miasto. Wąskie kamienne uliczki i dużo starych domów, jak w Gdańsku czy w Warsza- wie na Starym Mieście.
Sztokholm, kwiecień 1973
– Widać, że Szwedy wojny nie mieli – mruknąłem pod nosem.
Po dobrej chwili doszliśmy do małego mostu i widzimy wielki dom.
– To pewnie pałac króla – domyślał się Marek.
Na tablicy doczytaliśmy się, że to muzeum jest otwarte i że wejście jest za
darmo (fri). Skorzystaliśmy z okazji, że jakaś grupa turystów właśnie wchodzi- ła z przewodnikiem, więc dołączyliśmy się na sępa. Szliśmy na końcu procesji. Po chwili zboczyliśmy w inną salę, a tu puchy dookoła i cisza. Gdy z daleka zo- baczyliśmy portiera, który zasuwał szybkim krokiem w naszą stronę, domy- śliliśmy się, że tu nie wolno wchodzić. Portier poszwargotał coś tam i pokazał
164


Gramy w Finlandii
ręką na drzwi wyjściowe. Mając jeszcze kilka godzin czasu chodziliśmy po Sztokholmie, oglądając wystawy. Wpadło nam do głowy, aby wysłać pocztów- ki ze Szwecji. Wróciliśmy na dworzec i kupiliśmy po jednej. Przyszedł czas, aby się załadować do pociągu. W przedziale dla palących byliśmy sami. Pociąg po kilku godzinach dojechał do wielkiego jeziora, które ciągnęło się za oknem około godziny. Wieczorem dojechaliśmy do Göteborga i tutaj przesiedliśmy się na pociąg do Ystad. W Ystad w poczekalni było prawie pusto, tylko jedna polska rodzina z dziećmi trochę hałasowała. Wszystko było jeszcze zamknięte, ani się napić, ani coś zjeść. Po godzinie czekania zaczęli się zwalać inni pasażerowie i odprowadzające ich osoby. Około godziny 23 otwarto kasy i my jako pierwsi przy okienkach wykupiliśmy normalne bilety, bo wszystkie kajuty były już za- rezerwowane. Czyli znowu będzie spanie na fotelach. Z okna w poczekalni wi- dzieliśmy auta wyjeżdżające z promu. Po podstemplowaniu paszportów we- szliśmy na statek, który był dużo mniejszy od fińskich Vikingów. Ludzi dobijało coraz więcej i po chwili zrobił się tłok. Przezorni rozsiedliśmy się w restauracji i oblizując się studiowaliśmy jadłospis.
– Panowie, ja dam sobie tak po polsku, schabowy z kapuchą i żywca – zaczął Marek.
Głodni byliśmy jak psy, więc wsunęliśmy obiad w mgnieniu oka. Dobre było i tanie. Morze na szczęście było spokojne i nie kołysało. Rano otworzyli kawiar- nię. Zamówiliśmy po jajecznicy i po kawie, która nie smakowała mi tak dobrze jak fińska. W recepcji po szalonym kursie wymieniłem trochę dolarów na zło- tówki. Dobijamy i Marek przypomniał nam:
– No, panowie, jesteśmy już w Polsce i za chwilę celnicy będą nam kopać w walizkach.
O dziwo spytali nas tylko, czy mamy coś do oclenia, ano nic nie mamy i prze- puścili nas. W Świnoujściu przepłynęliśmy wodnym tramwajem na drugą stronę do miasta i dawaj, lecimy na dworzec kolejowy. Studiując rozkład jazdy, nie mo- gliśmy znaleźć rozsądnego pociągu. Jeden odszedł o piątej rano, a następny jest o trzynastej i jedzie osiem godzin do Warszawy. Tam następna przesiad- ka i znowu dwie godziny, czyli w Łodzi bylibyśmy dopiero późnym wieczorem.
– A może byśmy polecieli samolotem! Co wy na to? – spytałem.
Oczy im zabłyszczały i jednocześnie przytaknęli.
– Dobra, lecimy!
Będzie to nasz pierwszy lot samolotem. W informacji dowiedzieliśmy się, że
lotnisko leży pod Szczecinem i jest samolot do Warszawy o godzinie 11. Paso- wało nam. Dawaj w autobus podmiejski i jedziemy. Gdy dotarliśmy na lotnisko, to okazało się, że słowo lotnisko ładnie brzmi, a w rzeczywistości jest to duże pole z kawałkiem asfaltu i małym kioskiem. Na drzwiach było napisane, że kasę otwierają godzinę przed odlotem. Oho, no i co tu teraz robić przez dwie godzi- ny. Dookoła pucha i nie widać żywej duszy.
– Pojedziemy autobusem do tej małej dziury obok i napijemy się czegoś? 165


Moje życiowe zwrotki i refreny
Stanęliśmy na przystanku autobusowym i czekamy. Czas leci, a autobusu nie widać. W końcu zatrzymaliśmy bagażówkę nysę, która podrzuciła nas pod sklep spożywczy. Kupiliśmy sobie po piwie i siedząc na krawędzi skrzyni z kwiatka- mi, rozglądaliśmy się dookoła. Po drugiej strony ulicy był mały bar i siedziało tam kilku facetów też popijając piwko. Słoneczko prażyło ładnie.
– Chodźta, wracamy na lotnisko, bo zaraz zasnę.
Stanęliśmy na szosie i czekamy na okazję. Miałem dziwne uczucie. Nie tak dawno byliśmy w Helsinkach, potem w Sztokholmie, a teraz stoimy w Polsce na szosie i czekamy na okazję. Takie zmiany. Staliśmy tak dobrą chwilę, słuchając, jak słowiki śpiewają, ale żadne auto nie chciało się, cholera, zatrzymać. Zrobiło mi się gorąco i zdjąłem marynarkę, coraz bardziej zniecierpliwiony. Zaczęliśmy powoli iść w stronę lotniska, aż w końcu zatrzymała się ciężarówka star i wsko- czyliśmy szybko z tyłu. Gdy dojechaliśmy na miejsce, było już dobrze po dzie- siątej. W polu obok kiosku stał samolot, do którego wchodzili już ludzie. Z ulgą odetchnęliśmy i dawaj do okienka po bilety.
– A o cóż tu chodzi?! – zdziwił się Marek.
W okienku wisi firanka w kwiaty i słychać z tyłu, jak ktoś rozmawia. Marek zniecierpliwiony puka w szybę, ale nikt na to nie reaguje.
– To skubańce – dodał pukając bardziej stanowczo.
Po chwili odsunęła się firanka i jakaś kobieta zadała nam, że już nie sprzeda- je się biletów, bo przyszliśmy za późno.
– Co! – wrzasnęliśmy chórem – proszę pani ten samolot stoi o kilka metrów stąd, przecież my na czworakach zdążymy dojść do niego!
– Nic na to nie poradzę, są przepisy, że pasażerowie muszą być w samolocie 30 minut przed odlotem i na tym koniec – wytłumaczyła nam.
– Ale tutaj nigdzie o tym nie pisze! – sprzeczał się Marek.
– My byliśmy już tutaj o ósmej rano! – przesadzał Marek, aby tylko wyprosić od niej bilety.
W drzwiach obok pojawił się wojskowy. Podszedłem szybko do niego i mówię:
– Proszę pana przyjechaliśmy przed kilkoma godzinami ze Szwecji i nie wie- dzieliśmy o tych przepisach. Jesteśmy strasznie zmęczeni dwudniową podróżą z Finlandii i naprawdę chcielibyśmy się dostać dzisiaj do Łodzi. Czy nie można jakoś tego załatwić?
On z uśmiechem na twarzy powtórzył za mną.
– Co, ze Szwecji przyjechaliście. Obywatelu my mamy w Polsce swoje przepi- sy i nic na to wam nie poradzę.
O żesz ty koleś, pomyślałem. Marek nadal nie popuszczał i targował się z babą w okienku. Podszedłem do niego i mówię, że chyba nic nie da się zała- twić. Sprawa się posrała, spytaj ją lepiej, kiedy odlatuje następny i czy są wolne miejsca. Kobita uspokoiła się trochę i sprawdziła na liście. Tak, są jeszcze wolne miejsca na ten, co odlatuje o 15.10. Nic już nie komentując, wykupiliśmy trzy bilety i patrząc jak samolot startuje, zastanawialiśmy się, co tu robić do trzeciej?
166


Gramy w Finlandii
– A nich ich szlag trafi – nie popuszczał Marek. – Zdążyłbym się doczołgać cztery razy tam i z powrotem! Perkele – Saatana! – ulżył sobie po fińsku.
Nie mając wyboru, przesiedzieliśmy na zewnątrz na ławce te cztery strasznie długie godziny. Około czternastej wylądował następny samolot i tym razem by- liśmy pierwsi w kolejce do odprawy. Walizki wrzuciliśmy na wózek bagażowy, a w łapie mamy tylko aktówki. Ten sam wojak, z którym poprzednio gadałem, kazał nam otworzyć teczki i sprawdza.
– Nożyczek nie wolno ze sobą zabierać do kabiny, musicie to włożyć do walizki.
– Parasol również z bagażami – dodał.
– Co pan myśli, że ja przyjechałem ze Szwecji, aby w Polsce porwać samolot? – spienił się Marek.
– Albo włożycie te ostre rzeczy do walizki, albo nie polecicie – odciął mu wojak.
Mrucząc nadal pod nosem, Marek wsadził nożyczki do walizki i teraz była moja kolej.
– To z bagażem, powiedział wojak trzymając w ręku moją suszarkę do włosów. – Następny proszę.
Ludzie z tyłu obcinali nas, co to za jakieś długowłose postacie tutaj rozrabiają. Siedząc już w samolocie, usłyszałem jak dwóch facetów rozmawia z tyłu.
– A wiesz co – mówi ten z lewej do drugiego – dwa tygodnie temu rozbił się tutaj sportowy śmigłowiec.
Zawyły silniki jeden po drugim i po chwili samolot wolno poturlał się na koniec pasa startowego. Teraz motory słychać było jeszcze głośniej, aż cały sa- molot zaczął dygotać. Patrząc przez okno, jak coraz szybciej jedziemy, poczu- łem, jak nos samolotu się uniósł. Uszy zatkały mi się na chwilę i za plecami usły- szałem znowu od facetów:
– O, patrz tam pod lasem, gdzie jest wypalona trawa, tam się rozwalił. Widzisz?
To moja pierwsza podróż samolotem, a oni mi tu opowiadają o katastrofach! Patrzyłem przez okno na telepiące się skrzydło i wydawało mi się, że zaraz się urwie. Gdy minęliśmy cienkie chmury, wszystko jakoś się uspokoiło i samolot wyprostował się. Nigdy w życiu jeszcze nie widziałem ziemi z takiej wysoko- ści. Czyli kosmonauci widzą wszystko jeszcze mniejsze, zastanawiałem się. Lot trwał 40 minut, które minęły mi bardzo szybko – cały czas wyglądałem przez okno.
– O, już Warszawa – powiedział Tadek.
Z daleka widać było malutki Pałac Kultury i cieniutką kreskę Wisły. Nos samo- lotu poszedł w dół i zaczęliśmy opadać. Zrobiło mi się trochę niedobrze. Jakbym w szybkim tempie zjeżdżał windą. Im bliżej byliśmy ziemi, tym częściej samolot przechylał się na boki. W końcu usłyszałem DUP! Daliśmy kołami o beton i motory zawyły jeszcze głośniej. Czułem, jak samolot mocno hamuje i z ulgą odetchnąłem, gdy nareszcie stanąłem na twardym gruncie. Przed Okęciem wzięliśmy taksówkę
167


Moje życiowe zwrotki i refreny
i dawaj szybko na dworzec. Z rozkładu wyczytałem, kiedy odchodzą pociągi do Łodzi. Pojedziemy tym o 17.30, to będziemy w Łodzi przed ósmą. W przedzia- le zajechało jak zwykle porządnie papierosami, jesteśmy już jednak coraz bliżej domu. Ale zrobimy rodzinie niespodziankę, nie?
Na Dworcu Fabrycznym pożegnaliśmy się szybko i każdy poszedł w swoją stronę. Moja mama ma słabe serce, więc postanowiłem ją trochę przygotować na moją wizytę. Wszedłem do budki telefonicznej i dzwonię do domu. Mama odebrała telefon i strasznie zadowolona zażartowała, myśląc, że dzwonię z Finlandii.
Łódź, kwiecień 1973
– Synku, zapraszam na obiad, bo właśnie są kopytka z duszonym mięskiem. Mówię ci pycha – zachwalała.
– No, skoro tak mocno zapraszasz, to będę w domu za dziesięć minut – odpowiedziałem.
Po chwili ciszy mama pyta drżącym głosem:
– A skąd ty synku dzwonisz?
– Ano stoję na Fabrycznym z walizką w ręku i za chwilę będę w domu.
– O Jezu, to wspaniale! – ucieszyła się.
Spacerkiem po ul. Narutowicza doszedłem do kina Bałtyk i skręciłem obok
wieżowca, przejściówką przez podwórko. Nic się tu nie zmieniło przez ten rok. Szare tynki i dwa bezdomne psy ganiają się po placu. Sąsiad Lamenta spod sześćdziesiątki wygląda jak zwykle przez okno na trzecim piętrze. Wszystko jest po staremu.
– Dzień dobry panu – odezwałem się.
– O! Dzień dobry, co z zagranicy pan wraca? – zaciekawił się.
– Tak, na krótki urlop przyjechałem, niech pan pozdrowi Leszka.
Wszedłem do klatki schodowej i wbiegłem się na drugie piętro. Mama otwo-
rzyła drzwi, a za nią stała siostra. Ze łzami w oczach przywitały mnie, całując po policzkach. Gdy przyglądałem się Uli i mamie, wydawało mi się, że trochę się postarzały przez ten rok. Obmyłem twarz i zmęczony wsunąłem z wielkim ape- tytem kopytka. Po krótkim opowiadaniu, co i jak tam w Finlandii, wyszedłem na chwilę na Pietrynę zobaczyć, w co jest grane. Jak zawsze o tej porze wieczo- rem było na Biglu sporo ludzi. Przeszedłem się do ul. Tuwima. Tam stałem na rogu dobrą chwilę, rozglądając się jak turysta. Wróciłem do domu i zadzwoni- łem do Maćka Czaja. Chciałem mu zameldować, że jestem w Łodzi, i umówi- liśmy się na jutro. Tej nocy zasnąłem w swoim łóżku jak kamień. Następnego dnia poszedłem do Maćka. Miał kilka koncertów z Alibabkami, a teraz ma próby z innym zespołem w Warszawie.
– A jak tam mój wzmacniacz ci się sprawuje? – zaciekawił się.
– Jak na razie dobrze – odpowiedziałem – ale po urlopie będę musiał wymie- nić chyba lampy, bo czasami trzeszczy i w przerwach słychać jakby ktoś smażył boczek na patelni.
168


Gramy w Finlandii
– Nie dziwo, grasz przecież na nim codziennie już ponad rok. A ile godzin gra się wieczorem w Finlandii? – spytał.
– To zależy, bez tej dwugodzinnej matiné w południe, to najczęściej rzeźbimy od ósmej do wpół do pierwszej w nocy. Czyli cztery i pół godziny.
– No to niezły kierat macie, ale za to kasujecie na pewno po dziesięć dolców dziennie na łba – domyślał się Maciek.
– Tak jakoś bije – odpowiedziałem dyplomatycznie.
– A wiesz co – dodał Maciek – powinieneś iść do którejś z gazet, aby zrobi- li z wami wywiad. A w nagłówku powinno być „Po tournée w nocnych klubach w Skandynawii The Vox Remedium ponownie w Łodzi!” – i mrugnął przesad- nie okiem.
– Ha, ha, po tournée, sam to wykombinowałeś?
– Nie, ale inni tak robią... – i dodał: – Ty, a w tej Finlandii to gra już kilka kapel z Łodzi.
– Tak słyszałem, ale z łodziaków spotkaliśmy tylko Spidersów z Gajewskim i „Dzidka” Kowalskiego.
Przegadaliśmy jeszcze z godzinę i przyszła Ewa. Maciek zaproponował, abyśmy jutro poszli do klubu Kleks posłuchać właśnie „Dzidka” Kowalskiego z Dziwnymi Rzeczami. Grają tam w piątki. Opowiedziałem im krótko o naszym spotkaniu z „Dzidkiem” w Finlandii i zebrałem się do wyjścia. Wracając, spotka- łem na podwórku Igora. Nic się nie zmienił, nadal szczupły jak patyk. Wymieni- liśmy szybko kilka zdań i życząc sobie powodzenia, rozstaliśmy się. Następnego dnia o dziesiątej poszedłem do dentystki i założono mi koronkę na ukruszony ząb i teraz uśmiech znowu był w porządku. Maciek wpadł do mnie po południu z aparatem w ręku i zaproponował, abyśmy walnęli sobie zdjęcie na podwórku. Stanął przede mną w odległości pół metra i ustawił kontrast. Teraz stojąc obok mnie, wyciągnął rękę z aparatem i cyknął kilka zdjęć.
– Może któreś się uda – i założył osłonę na obiektyw.
– Tak robionych zdjęć to jeszcze nie miałem. Jak coś wyjdzie, to jedno zamawiam.
– Podpatrzyłem to kolego od zawodowego fotografa w Warszawie.
Ja z Maćkiem Czajem w Łodzi
Potem wskoczyliśmy w tramwaj i pojechaliśmy do klubu Kleks. „Balon” jak zwykle siedział za mikserem i regulo-
wał „Dzidkowi” mikrofon. W przerwie
przywitałem się z nim i raptem przy
naszym stole zasiadło kilku ludzi przy- słuchując się, o czym gadamy. „Dzidek” poszedł grać, a jego kolesie zaczęli wy- pytywać, jak tam jest w tej Finlandii. Pod koniec chałtury Maciek poszedł do domu, a „Dzidek” zaprosił mnie do siebie, aby powspominać pobyt
169
ARCHIWUM MAĆKA CZAJA


Moje życiowe zwrotki i refreny
w Finlandii. W skromnym towarzystwie przesiedzieliśmy tak do wczesnego ranka. Następnego dnia zadzwoniłem do Marka i Tadka, aby umówić się, kiedy pojedziemy do Warszawy oddać paszporty. Wszystkim pasowało za dwa dni.
W Pagarcie spotkaliśmy w korytarzu Irenę Santor, która też właśnie odda- wała w okienku paszport. Minął kwiecień i przywieziony szmalec kończył się w szybkim tempie. W połowie maja obejrzałem w domu Eurowizję, którą wygrał Luxemburg piosenką Tu Te Reconnitras. Występowała też fińska piosen- karka Marion z piosenką Tom tom tom. Zajęła siódme miejsce. Urlop się prze- dłużał i wydzwaniałem teraz do Pagartu co tydzień. Ale nadal nie było żadnej wiadomości z Helsinek. Na początku czerwca postanowiliśmy zamówić rozmo- wę telefoniczną do „Dziada” do Finlandii. Po godzinie oczekiwania zadzwonił telefon. Ponieważ Marek najlepiej z nas mówił po fińsku, więc to on rozmawiał z Hakulinenem. Siedzieliśmy u mnie w małym pokoju i po cichu jak myszy przy- słuchiwaliśmy się. Gdy na końcu rozmowy usłyszałem, jak Marek podziękował Kiitos paljon, domyślałem się, że ma dobre nowiny.
– Yes! – zacisnąłem pięści z radości, gdy Marek powiedział, że „Dziad” wysłał właśnie kontrakt do Pagartu i od przyszłego miesiąca znowu mamy robotę. Zadowoleni umówiliśmy się, że w ostatnim tygodniu miesiąca pojedziemy po paszporty. Z rozpędu wybraliśmy w sklepie kolorowy materiał na nowe ko- szule. Przechodząc ul. Tuwima obok Leopolda Zbierzchowskiego, wszedłem na chwilę pozdrowić go. Opowiedziałem mu trochę, jak tam jest w Skandyna- wii, i że niedługo znowu wyjeżdżamy. Jego syn, Zbyszek, nadal grał w Balato- nie i z dalszej rozmowy wynikało, że trudno mu się załapać na wyjazd. Gdyby ktoś go zaprosił jako turystę, to wtedy byłoby mu łatwiej i spytał mnie wprost, czy mógłbym mu w tym pomóc? Obiecałem, że postaram się jakoś załatwić zaproszenie.
Odbierając paszporty w Pagarcie, dowiedzieliśmy się, że kontrakt mamy w restauracji Pikku Päkä w mieście Hyvinkää. Ponieważ było już połączenie po- ciągiem prosto z Warszawy do Leningradu, pojechaliśmy tą drogą przez Tere- spol. Gdy wysiedliśmy z pociągu w Helsinkach, byliśmy zadowoleni, że znowu jesteśmy w Suomi (Finlandii). Króciutko zagadaliśmy w agencji z Manu, zała- dowaliśmy instrumenty w pociąg, i do Hyvinki. Teraz doceniłem tę możliwość pracy w Finlandii.
Lokal był w samym centrum miasta. Natomiast spanie mieliśmy pierwszej klasy w willi właściciela restauracji, Erkki Koivisto. Mamy dwa duże pokoje z łazien- ką na parterze obok sauny z osobnym wejściem. Pomo (dyrektor) z rodziną mieszkał na piętrze. Bardzo blisko leżał duży budynek z basenem oraz małą re- stauracją, którą prowadził również Erkki. Tam też stołowaliśmy się w dzień. Po tej trzymiesięcznej przerwie chciało się nam znowu grać. Tutaj pracowaliśmy siedem dni w tygodniu i bez ociągania się graliśmy punktualnie każdy blok.
170
Hyvinkää, lipiec 1973, restauracja Pikku Pakä


Gramy w Finlandii
Paikka (miejsce) to
było bardzo popular-
ne w mieście, codzien-
nie był full ludzi. Lato
było w pełni i słonecz-
ko nieźle grzało, dla-
tego większość gości
przychodziła ubrana
w podkoszulki i szorty.
Po kilku tańcach ludzi-
skom przyklejały się
koszulki do ciała i więk-
szość wyglądała jakby
dopiero wyszła spod
prysznica. Dyro Erkki
był fajnym facetem. The Vox Remedium gra charytatywnie w domu starców W niedziele przycho-
dził ze skrzypcami i z kolegą Pekka Väike, który grał na akordeonie. Wygrywa- liśmy wtedy razem fińskie piosenki i te ichnie tanga i humppy. 22 lipca, gdy były Dni Polskie w Finlandii, ledwo obudzeni odegraliśmy przed południem z Erkki i jego kolegą Pekka krótki koncert w tutejszym domu starców. Następnego dnia w gazecie było nasze zdjęcie. Oczywiście przekręcili nasze nazwiska.
Portier, też Pekka, tak jak i my grał w toto-lotka i od niego braliśmy wylo- sowane numery, bo losowanie wypadało akurat, gdy graliśmy. Któregoś dnia wpadło nam z Markiem do głowy, aby zrobić Tadka w konia z tym toto-lot- kiem, tak jak to „Gajus” odwalił z Mańkowskim w Spidersach, tylko na odwrot- kę. W chacie upilnowaliśmy Tadka, gdy poszedł do kibla, i spisaliśmy numery z jego świeżo wysłanego kuponu z czwartego zakładu. W sobotę wieczorem po- wiedzieliśmy portierowi, w co jest grane, że jak rumpali (perkusista) przyjdzie na przerwie po numery, to ma mu dać te nasze spisane. Pekka roześmiał się jak słoneczko i położył tę kartkę na stoliku obok swoich kuponów.
Na przerwie idziemy całą paką do szatni i Pekka sprawdza swoje kupony z naszej kartki. My również spisaliśmy dla podpuchy te numery i poszliśmy do kuchni. Obserwując Tadka, jednym okiem gapiliśmy się z Markiem w swoje kupony. Gdy Tadek doszedł do czwartego zakładu, czekaliśmy w napięciu, co teraz będzie?
– O rany! – krzyknął Tadek – ja mam sześć trafnych!!
Udając z Markiem, że mu nie wierzymy, odpowiedziałem: – Dobra, dobra, ja też mam sześć.
– Jak Boga kocham, sprawdźcie sami – pokrzykiwał – mam szóstkę! Wzięliśmy powoli od Tadka kupon i specjalnie zaczynamy od pierwszego
zakładu.
171


Moje życiowe zwrotki i refreny
– Nie w tym kurczę! – krzyknął Tadek. – W czwartym! O, tutaj!
Przelecieliśmy przez te numery z kamienną twarzą i spod oka obserwujemy. Tadek zaczął chodzić po kuchni w tę i z powrotem.
– Ty Tedi, ty faktycznie masz szóstkę! Jesteś milionerem!– dodałem.
Tadek złapał kupon i krzycząc po fińsku – minä olen milionääri (jestem mi- lionerem) – wybiegł z kuchni, a my za nim. Kelnerki patrzyły na nas przestra- szone, o co tu biega? Tadek dobiegł do szatni i stanął przed portierem mówiąc: – Pekka, Pekka olen milionääri!
Raptem zamilkł i jak wryty gapi się na portiera, który lekko się uśmiechając, sprawdza swoje kupony, ale z innymi numerami!
– Aaaa o co tu chodzi? – wyjąkał Tadek.
Pekka nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Tadek spojrzał na nas i widząc, że nam też trudno powstrzymać się od śmiechu, zassał, że go wpuściliśmy w maliny.
– Ale jesteście wariaty! – krzyknął. – Przecież ja mogłem dostać zawału serca! Kurczę, ale jesteśta chamy – dodał i poszedł obrażony do kuchni.
Do końca wieczoru Tadek nie odzywał się ani słowem. Dopiero następnego dnia, gdy się uspokoił, zaczął opowiadać przy obiedzie, jak to on w kilka sekund wyobraził sobie, co teraz z tymi pieniędzmi zrobi.
– Pierwsze, co bym zrobił – opowiadał Tadek – to wsiadłbym w taksówkę, nie tam pociągiem, taksówką jadę do Helsinek. Oddałbym „Dziadowi” szmal, który mu wisimy, i szybko do Fazera. Kupiłbym od razu bębny Ludwiga, najlep- szą aparaturę wokalną Binsona. Markowi Hammondy z leslie, a tobie „Diabeł- ku” zestaw Fendera co najmniej ze 300 W, no i gitarę Jazz Bas. Oczywiście jakie- goś paketa (ciężarówkę), aby to wszystko wlazło i trzeba by wynająć kierowcę. Zarezerwowałbym całą restaurację i Ula, Bogusia oraz siostra Uli przyleciały- by natychmiast samolotem. Zatrudniłbym Spidersów na ten wieczór i daliby- śmy bal na całego!
– Wiecie co? – teraz to naprawdę wiem, jak milioner się czuje! Ja to przeży- łem naprawdę, chociaż przez krótką chwilę – i dodał: – Ale ja się wam za to od- płacę! Poczekajcie tylko.
W ostatnim tygodniu pogadałem z jedną kelnerką o zaproszeniu dla syna Le- opolda. Napisałem co trzeba i ona zgodziła się pomóc. Następnego dnia przy- szedł list z agencji, że na sierpień jedziemy znowu do Moto-Novy. Bomba!
Teraz, grając tutaj po raz trzeci, czuliśmy się jak u siebie. Dyro zaprosił w sobotę ponownie tę fińską piosenkarkę Lailę Kinnunen. Z tej okazji zrobiliśmy sobie nowe reklamowe zdjęcie.
Kolppi, sierpień 1973, motel Moto-Nova
Na dworze upał był niesamowity, ale na basen nie dałem się już namówić.
Reszta miesiąca minęła nam bez żadnych niespodzianek. Od „Dziada” dowie- dzieliśmy się, że jedziemy do miejscowości Reisjärvi. Po ostatnim wieczorku
172


Gramy w Finlandii
pożegnaliśmy się z personelem i następnego dnia raniutko pojechaliśmy po- ciągiem do Tampere. Czekając na dworcu na taksówkę, która miała zabrać nas dalej, zastanawiałem się, kiedy znowu tutaj zagramy.
The Vox Remedium 1973, od lewej: Tadeusz Urbański, Marek Lewandowski, Andrzej Janczak
– Ale dziura! – bąknąłem, gdy wysiedliśmy z auta. Restauracja leży na odludziu
Reisjärvi, wrzesień 1973, restauracja Museoravintola
przy jeziorze, na pewno ładnie tutaj latem, ale nie teraz, we wrześniu.
173
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
W restauracji właściciel narzekał, że musi wynieść jeden stolik, abyśmy się mogli pomieścić z instrumentami. Teraz przypomniałem sobie jak Zbychu Ga- jewski opowiadał o jakimś miejscu, gdzie też była bardzo mała scena.
– A może skopiujemy patent z leslie Zbyszka Gajewskiego? – zapytałem chłopaków.
Marek spojrzał na mnie zdziwiony.
– Jaki patent?
– Ano Spidersi grali gdzieś tam i na scenie nie mieściło się leslie, więc posta-
wili je na parkiecie przed Hammondem Gołębiowskiego, tak aby wystarczy- ło kabla. Wieczorem Zbychu zauważył, że jakiś gość podniósł monetę z parkie- tu i położył ją na leslie. Obserwował to przez cały blok, bo co chwila następny tancerz wyjmował jakieś drobne z kieszeni i kładł na leslie. Na przerwie zgar- nęli te monety i gdy się podzieli, to wystarczyło im na piwo. Zbychu wpadł na pomysł i zostawił na leslie dwa drobniaki na przynętę. Do końca wieczoru do- robili sobie w ten sposób kilka marek.
– No to stawiamy Yamahy leslie na parkiecie – podłapał szybko Tadek.
Tego wieczoru czekaliśmy w napięciu, czy patent Zbyszka się sprawdzi. Nie- stety, pomimo że położyliśmy trzy monety po dwadzieścia penni, nikt z gości nie dołożył.
– Pewnie w ich knajpie byli bardziej zamożni goście albo moje leslie jest za niskie – skomentował to Marek i dodał – chodźta sprawdzimy „R-ki” w pajatso (automat na ścianie, gdzie się gra na pieniądze. R-ki, czyli tzw. rezerwy, to są te dwa poboczne rzędy z monetami, w które „najłatwiej” trafić).
Restauracja nasza znajdowała się spory kawałek za miastem i na piechotę było trochę za daleko spacerować. Jesienne deszcze padały teraz często. Do restauracji przychodziło mało osób, dlatego grało się nam tak sobie. Na prze- rwach rozrywką było przyglądanie się, jak inni moczą forsę w „pajaca”.
Pamiętaliśmy jak Sławek opowiadał nam, że jakaś kapela obróciła „pajaca” do góry nogami i wysypało im się sporo monet. Z ciekawością przyglądaliśmy się, jak jest zbudowany, gdy pracownicy go opróżniali.
– Patrz, bardzo prosty mechanizm – powiedziałem do Marka – tylko dwa bolce z tyłu hamują monety.
Któregoś deszczowego popołudnia wpadło mi do głowy, aby pożyczyć od dyrektora jego auto i prze- jechać się do miasta. Nie miałem wprawdzie prawa jazdy, ale tutaj, na tej wsi, kto mnie będzie kontrolo- wał. Poza tym od dawna chodziło mi po głowie, aby kupić jakieś auto do wożenia instrumentów. Czas więc spróbować, nie? Dyrektor miał akurat jakąś grupę w restauracji i był zalatany. Pytałem go kilka razy.
Fiński automat pajatso 174
– Dyrektorze, pożycz mi auto na chwilę.


W końcu dał mi kluczyki mówiąc, abym był ostrożny.
– Co, rozwaliłeś staremu auto? – spytał Tadek.
Gramy w Finlandii
– Oczywiście – odpowiedziałem i nic nie mówiąc chłopakom wsiadłem do auta. Zacząłem próbować, jak on ma ustawione biegi. W końcu znalazłem wsteczny i małym skokiem wycofałem się na środek parkingu. Ruszyłem żabką, powo- lutku żwirową drogą do szosy. Dałem migacz na prawo i gdy było pusto, poje- chałem dalej. Teraz przełączyłem na dwójkę i dojechałem powolutku do pierw- szego przystanku autobusowego w mieście. Zjechałem na bok i czekam aż ulica będzie pusta. Zakręciłem i jadę zadowolony z powrotem. Gdy skręciłem z głów- nej drogi na żwirówkę, musiałem trochę przyhamować, bo droga zrobiła mi się za wąska. Ale frajda! Otworzyłem trochę okno, gdy raptem na zakręcie wybiegł przed auto średniej wielkości pies. Nie mając czuja, dałem po hamulcach do dechy. Starałem się skręcić kierownicą na lewo, ale auto nie zareagowało, tylko nadal pruje prosto! Poczułem raptem jak podskoczyło do góry i przejeżdża- jąc przez płytki rów, wjechałem w pole ziemniaków. Pod podłogą usłyszałem jakieś zgrzyty i trzaski i raptem DUP! Zatrzymałem się i dałem czołem w lu- sterko, nie czując w ogóle, że się skaleczyłem. Auto zgasło. Serce podskoczy- ło mi do obojczyka i przerażony wysiadłem. Cisza dookoła, pies gdzieś pole- ciał, a spod maski leci para. Stanąłem z przodu i widzę betonową studzienkę, a w niej dwa pęknięte dodatkowe światła i wygięty zderzak. O kurczę! Przestra- szyłem się. Co ja teraz powiem dyrektorowi? Wsiadłem do auta i nawet udało mi się je zapalić. Chciałem się cofnąć z tego pola na drogę, ale tylne koła zako- pały się w miękkiej ziemi. Do restauracji było już niedaleko, więc pobiegłem po chłopaków, aby mi pomogli wypchać auto. Zziajany otworzyłem drzwi i jednym tchem wykrztusiłem:
– Chodźta szybko, trzeba wyciągnąć auto starego z pola, zanim ktoś się tam zjawi.
– Ta, chodźta szybko. Na parkingu zobaczyłem, że dyro akurat wyszedł na ze- wnątrz. Widząc mnie zlanego potem i z rozbitym czołem, rozejrzał się dookoła i nie widząc nigdzie auta, przeklął.
– Saatana perkele missä on auto!? (do diabła gdzie jest auto!?)
– 200 m stąd – odpowiedziałem, pokazując ręką.
Gdy doszliśmy do studzienki, stary obejrzał je i klnąc nadal po fińsku wsiadł,
mówiąc, abyśmy popchali go do tyłu. Rozbujaliśmy auto i w końcu udało się. Przed restauracją oglądaliśmy wszyscy ten pognieciony przód i stary, nadal bluźniąc, powiedział, że w całym tym okręgu są tylko trzy takie studzienki i ja musiałem akurat przywalić w jedną z nich! Dogadaliśmy się, że jutro pojadę z nim do warsztatu i oni wycenią reperację. Następnego dnia w warsztacie wy- ceniono naprawę na około 2000 marek. Dałem mu zadatek, obiecując, że resztę doślę w dwóch ratach. Droga była ta moja pierwsza przejażdżka!
Od „Dziada” przyszedł list z wiadomością, że w następnym miesiącu mamy grać znowu w Hyvince, w restauracji Pikku Päkä. Przyszedł ostatni dzień. Dyro
175


Moje życiowe zwrotki i refreny
pożegnał się z nami i poprosił, abyśmy dobrze zamknęli za sobą główne drzwi do restauracji. Zamówiona taksówka miała przyjechać od razu po graniu. Po ostatnim walcu spakowaliśmy się i czekając na auto, zagrałem z Markiem ostat- ni raz w „pajaca”. Tym razem utopiliśmy sporo szmalu. Po chwili zobaczyliśmy światła podjeżdżającej bagażówki. Załadowaliśmy sprzęt i odjechaliśmy. Około szóstej rano zajechaliśmy pod dom dyrektora i po obudzeniu go wzięliśmy klucze od knajpy.
Tutaj dni mijały szybko. Piętnastego poprosiłem dyra, aby nam wypłacił całą pensję naraz i wysłałem pierwszą ratę za naprawę auta. W ostatnim tygodniu przyszła wiadomość, że następny miesiąc gramy w mieście Hanko.
Hyvinkää, październik 1973, restauracja Pikku Pakä
Restauracja leżała kilka metrów od morza, trochę za miastem. Był to duży, okrągły pawilon. Mieliśmy tylko jeden pokój do dyspozycji, na piętrze. W dzień restauracja była zamknięta i musieliśmy zasuwać do innej w mieście na obiady. Do restauracji przychodzili w większości marynarze. Na przerwach było sły- chać różne języki, ale najczęściej gadali po szwedzku. Tutaj mieliśmy pracę siedem dni w tygodniu. W piątki i w soboty o północy był striptease. Chłopa- ki zaprosili ponownie swoje dziewczyny na grudzień. W Hanko coraz częściej bywały sztormy i po którejś przechadzce na obiad wróciliśmy przemoczeni do nitki. Miesiąc dobiegał końca i przyszedł list, że w grudniu będziemy grać w Toijali. Zadzwoniłem tam i spytałem, czy można by dostać trzy pokoje, bo będziemy w piątkę? Nie udało się, ale dostaniemy dwa. Czyli ja zawsze będę spał z którąś parą. Odegraliśmy ostatni wieczór i raniutko nadaliśmy sprzęt do Toijali. Chłopaki pojechali do Helsinek odebrać dziewczyny.
Hanko, listopad 1973, restauracja Hus
W tym małym mieście nie było za bardzo co robić. Kilka razy zrobiliśmy próbę i nawet udało mi się nagrać trzy utwory na magnetofon. Są to w za- sadzie pierwsze nasze nagrania na żywo w Finlandii. Marek dawno już spła- cił organy Yamahy i zbierał teraz forsę na Hammonda. Będąc w Helsinkach odwiedził Fazera i próbował model TR-144 na Leslie 760. Był to model na nogach, tak zwany składak z dwóch części. Dużo wygodniejszy w transpor- cie, zachwalał Marek. Tadek też poszalał. Zabrał swoje bębny Szpaderskiego i zamienił je w Tampereen Musikki na nowiutkie marki Hayman w złotym kolorze. Z blachami Paiste brzmiały wspaniale. W połowie miesiąca wysła- łem resztę pieniędzy za naprawę auta. Marek zdecydował, że po Nowym Roku kupi tego składanego Hammonda. Ciekaw byłem, jak to nam zabrzmi. Marek coraz częściej podsuwał nam propozycję, aby wziąć Bogdę do zespołu na stałe. Kasując dwie pensje, mógłby szybciej spłacić organy, logiczne. W którąś
176
Toijala, grudzień 1973, hotel Pirkka


sobotę miał występo- wać u nas fiński pio- senkarz, Kai Hyttynen, ze swoją kapelą i mu- sieliśmy znieść nasze instrumenty na zaple- cze. Wieczorem byłem ich posłuchać. Kai miał dobrych muzy- ków w kapeli. Nadeszły święta, które spędzili- śmy wspólnie.
Gramy w Finlandii
Po świętach dostali- śmy cynk, gdzie gramy w styczniu.
Pawłowska-Rodan), Marek Lewandowski, ja, Urszula Barańska (obecnie Szukałem dość długo Urbańska) i Tadeusz Urbański
na mapie, aż znalazłem
to miejsce niedaleko Kristiinankaupunki.
Święta w Toijali, Finlandia, od lewej: Bogumiła Pawłowska (obecnie
Ale dziura, pomyślałem sobie pokazując Markowi.
Dosłownie jedno skrzyżowanie, kościół, kilka domów, fabryka tekstylna, przy której jest nasza restauracja i puchy! Właściciel restauracji jest również dyrek- torem tej fabryki. Szyli tam ortaliony na eksport do Rosji (ZSRR). Wszystkie ciemnoniebieskie, w jednym rozmiarze.
Lappfjärd (Lappfjärtti), styczeń 1974
W połowie miesiąca dowiedzieliśmy się, że dwa następne miesiące – luty i marzec – gramy znowu w Hyvince, odetchnęliśmy z ulgą. Wrócimy do cywilizacji.
W lutym było strasznie zimno i spadło sporo śniegu. Dyro dał nam klucze i sami rządziliśmy się w dzień w restauracji na próbach. Ja z Markiem korzystaliśmy z okazji, że portier Pekka zostawiał „R-ki” (skrajne rezerwy w automacie paja- sto) i „sprawdzaliśmy” go często. Piętnastego, po zaliczce, Marek pojechał do Helsinek po organy Hammonda z leslie. Święto w kapeli! Na tej małej scenie zrobiło się teraz ciasno, ale nikt nie narzekał. Organy w rękach Marka zabrzmia- ły wyśmienicie! Chciało się grać... nie mówiąc już o ich właścicielu, który był wniebowzięty. Ja stałem w środku z gryfem do góry i któregoś wieczoru odwró- ciłem się trochę za szybko, aby sięgnąć z mojego wzmacniacza zeszyt z teksta- mi i przez nieuwagę przywaliłem Markowi gryfem w czoło. Marek podskoczył, jakby go ktoś szpilką ukuł i złapał się rękami za twarz. Te metalowe klucze na końcu gryfu zadały mu porządny cios. Całe szczęście, że nie trafiłem go w oko czy nos. Czasami na scenie może być niebezpiecznie...
Hyvinkää, luty i marzec 1974, restauracja Pikku Päkä
177
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
Marek znalazł regi- stry do A Whiter Shade of Pale. A jak teraz za- brzmiały utwory San- tany! Radocha była nie do opisania. Teraz na poważnie zastanawia- liśmy się nad tym, aby pojechać do agencji i po- prosić „Dziada” o pod- wyżkę. Pod koniec mie- siąca wybraliśmy się całą paką do Helsinek. Ja w pociągu starałem się
Próba w Hyvince zapamiętać kilka waż- nych słów po fińsku, bo chciałem się streszczać przed „Dziadem”. Tadek z dziewczynami zostali na gieł- dzie, a ja z Markiem poszliśmy do agencji. Czekając, kiedy Hakulinen będzie wolny, pogadaliśmy trochę z Manu. Raptem drzwi się otworzyły i wyszedł jakiś
muzyk, a „Dziad” krzyczy za nim po fińsku: – I nie przychodź mi tu narzekać!
– Oho, kiepski moment trafiliśmy – powiedziałem.
– Pażałsta – usłyszeliśmy z pokoju. Usiedliśmy naprzeciwko Hakulinena
i w skrócie przedstawiłem mu sytuację, że właśnie kolega kupił drogie organy Hammonda, mamy też nowe bębny, ciuchy i repertuar oraz za chwilę miną dwa lata, jak gramy w Finlandii, i dlatego prosimy o podwyżkę. „Dziad” popatrzył na nas. Wstał, wywrócił kieszenie na lewą stronę i powiedział głośno:
Marek starał się go przekonać jeszcze przez chwilę, ale „Dziad” nie dawał za wygraną. Obiecał tylko, że ewentualnie w następnym kontrakcie może podnie- sie trochę. Zawiedzeni, wychodząc spotkaliśmy na ulicy pianistę Jurka Bożyka. Było dość zimno, a on był tylko w czarnym smokingu.
– Smatri, u mienia niet diengów!
– Co ci Jurek tak gorąco? – żartowałem. – Ach, wyskoczyłem tu z pubu obok.
– A jak ci tam leci?
– Nieźle, tylko wejście jest drogie.
– Co?! Płacisz za wejście do roboty?! – żartowałem.
– Eeee co ty. Dobra, muszę lecieć, cześć!
Gdy się pożegnaliśmy, Marek dodał, że Jurek podobno jeździ takim trzykoło-
wym motocyklem z plandeką. Jako pianista nie musi taszczyć ze sobą gratów. – No i nieźle wymiata na tym pianie – dodałem.
Na giełdzie Tadek dowiedział się, że otwierają wkrótce połączenie promem
Gryf z Gdańska do Helsinek. 178
ARCHIWUM AUTORA


Gramy w Finlandii
– No, to będzie nasza ostatnia podróż przez Rosję – ucieszyła się Ula.
W następnym miesiącu kończyły się dziewczynom wizy i ostatniego dnia chłopaki odprowadzili je do Helsinek.
Tak jak wspomniałem, restauracja była zamknięta w ciągu dnia i Tadek z Mar- kiem wyniuchali, jak można zamówić rozmowę telefoniczną do Polski z telefonu portiera. Wydzwaniali teraz często. Podczas następnej rozmowy z Markiem na temat dołączenia Bogdy do zespołu, Marek postawił nam warunek. Albo Bogda dojdzie, albo on odchodzi. Wcale się nie zdziwiłem, bo co dwie pensje to nie jedna. Rozumiałem go. Posłuchałem jednak Tadka, aby pozostać w trio. Przeko- nał mnie również, że wypadałoby wyjaśnić w Pagarcie ewentualną zmianę pia- nisty. Wspólnie napisaliśmy krótki list wyjaśniający przyczynę zmiany. Podpisa- łem się sam, walnąłem znaczek na kopertę i wysłaliśmy. Gdy wyszliśmy z poczty, tknęło mnie, dlaczego Tadek też się nie podpisał? Chyba dałem plamę, rozmy- ślałem, wracając do chaty. Trudno płakać nad rozlanym mlekiem. Tego samego dnia zaproponowałem Tadkowi, skoro umie zamawiać te rozmowy do Polski, aby zadzwonić do naszego starego pianisty z Tukanów, Witka Piwońskiego. Może on by się pisał na wyjazd? Tata Witka uważał jednak, że Witek po wojsku musi skoń- czyć szkołę muzyczną. Poprosiliśmy więc Witka, aby rozejrzał się w Łodzi i zna- lazł nam kogoś, i że zadzwonimy za tydzień. Któregoś wieczoru w przerwie za- dzwonił Paweł Mrowiński z Helsinek i mówi, że Zbyszek Zbierzchowski właśnie przyjechał z Polski i jest u niego w restauracji. Następnie poinformował mnie, że jutro wsadzi go w pociąg i ja mam go odebrać tutaj, w Hyvince.
Hyvinkää, marzec 1974, restauracja Pikku Päkä
– Oho, będziemy mieli gościa.
Następnego dnia w południe odebrałem Zbyszka z dworca. Fryzurę miał afro. Wykombinowaliśmy mu tego wieczoru jedzenie z restauracji, a następne- go dnia zadzwoniłem do kilku agencji w Helsinkach i dałem cynę, że jest wolny muzyk grający na basie i gitarze. W międzyczasie znajomy portiera Pekka po- trzebował pomocy na budowie. Zbychu popracował tam kilka dni. Pod koniec miesiąca zadzwonił agent Hamidula z Inter-Show i mówi, że ma miejsce na trio, a ma tylko dwóch muzyków, więc potrzebuje Zbyszka na trzeciego. Wiedząc, że Zbychu Gajewski gra w Helsinkach w restauracji Arkadia, zadzwoniłem do niego i spytałem, czy nie pomógłby koledze? Zgodził się. Wsadziłem Zbierz- chowskiego w pociąg do Helsinek, dając mu adres Gajewskiego, który pomoże mu dogadać się w agencji. My zaś dostaliśmy telegram, że w następnym miesią- cu gramy w Tampere. Będzie więc krótki przerzut.
Według kontraktu musieliśmy tutaj grać dwie godziny w dzień na matiné, o ile dyrektor, Kari J. Nieminen, sobie zażyczy. On ma dwie restauracje. Wyszło na to, że w dzień zagramy dwie godziny w drugiej jego knajpie, Kaijakka,
Tampere, kwiecień 1974, restauracja Tunneli i Kaijakka
179


Moje życiowe zwrotki i refreny
a wieczorem cztery godziny w Tunneli obok dworca. Było to codziennie sześć godzin grania.
Sufit i ściany w Tunneli były wyłożone srebrną folią budowlaną, aby imito- wać tunel podziemny. Oryginalnie to wyglądało, ale folia ta brzęczała w nie- których niskich dźwiękach. Biegałem więc po sali i dopychałem ją piąchą, aby przestała bzyczeć. Miłe towarzystwo przychodziło tutaj i lekko się nam grało. Natomiast druga restauracja, Kaijakka, znajdowała się nad wodą w parku i była otwarta prawie na okrągło. Wszystkie okna były zasłonięte i w samo południe było tam ciemno jak w nocy. Grały tutaj aż trzy kapele na zmianę. Pierwsza kapela fińska zaczynała o 11 rano i grali do 14 po południu, czyli mieli godzi- ny biurowe. Potem my graliśmy dwie godziny, a po nas następna kapela ciągnę- ła dalej.
– Instrumentów nie musicie brać, bo tam wszystko już stoi na scenie – według dyrektora.
Gdy przyszliśmy na pierwszą chałturę, okazało się, że tam są takie organy z guzikami jak w akordeonie. Takich organów jeszcze w życiu nie widziałem. Była to przecięta na pół cyja guzikówka!
– No nie wytrzymam! – wybuchnął Marek – przecież nie zagram na tym!
Kierownik dziwił się, że my, zawodowcy, nie potrafimy grać na tych organach, gdy fińscy muzycy potrafią. Po dłuższej chwili przekonywania go, wyciągnięte zostało stare akustyczne pianino z zaplecza. Było oczywiście trochę rozstrojo- ne, ale odwaliliśmy te dwie godziny. Po kilku dniach poszedłem z Tadkiem na pocztę i zadzwoniliśmy do Witka Piwońskiego. Według niego był jeden kandy- dat, a mianowicie Tomek Król. Jest dobry na pianinie i na organach.
O Tomku wiem tylko, że grał z Makochanem w restauracji Kęs, a przedtem w Cykadach, więc polegaliśmy na opinii Witka. Dał nam do niego telefon.
– Dobra – podziękowałem Witkowi – no i trzymaj się!
To granie na dwie zmiany męczyło mnie, dlatego odetchnąłem, gdy pod koniec miesiąca „Dziad” zawiadomił nas, że na maj mamy jechać do Lieksy.
Miasteczko to leżało spory kawał od Joensuu, niedaleko ruskiej granicy. Miesz- kaliśmy blisko restauracji w małym domku. Drugiego dnia spotkaliśmy po- nownie Zbyszka Urbana. Grał w trio z żoną i Finem na bębnach. Nazywali się Seli Urban Trio. Oczywiście poszliśmy ich posłuchać. Pałker grał co trzeba, Seli śpiewała fiński repertuar i Zbychu za Hammondem, jako były basista, basował rasowo nogą. Na wokal miał zgrabne kolumny Dynacorda Moscito. Brzmiało im to bardzo dobrze. Siódmego maja przyszedł list z ambasady polskiej w Hel- sinkach, w którym pan ambasador Kazimierz Rurka dziękuje nam za udział w Dniach Polskich w Finlandii. Napisał dalej, że naszą patriotyczną inicjatywą przyczyniliśmy się do wzbogacenia polskich imprez kulturalnych w Finlan- dii. Na końcu, dziękując raz jeszcze, wyraził nadzieję, że będziemy brać udział
180
Lieksa, maj 1974, restauracja Kaatrahovi


Gramy w Finlandii
w tak pożytecznych imprezach również w przyszłości. Kupując fajki w kiosku, zobaczyłem, jak sprzedawczyni przegląda czasopismo „Monalisa” i na otwar- tej stronie widzę zdjęcie Darka Witkowskiego z jakąś dziewczyną. Kupiłem to pismo i przeczytałem artykuł. Pokazałem chłopakom w chacie, jaki Darek jest sławny w Finlandii.
– A to on się ożenił z Finką? – zdziwił się Tadek
– To chyba odszedł od Blue Birdsów?
Do naszej restauracji przychodziła młodsza publika. Któregoś wieczoru roz-
poznałem na parkiecie fińską modelkę, którą widziałem w jakimś czasopiśmie. Udało mi się z nią porozmawiać. Jest w odwiedzinach u rodziców, ale studiuje w Helsinkach i dorabia sobie jako modelka. Ponieważ miała na nosie okulary, a zdjęcia w gazetach są bez okularów, dowiedziałem się, że nosi też szkła kon- taktowe. Zainteresowałem się tym, bo te moje ciężkie bryle upijały mnie coraz częściej. Opowiedziała mi, jak to się załatwia, i jeśli chcę, to może mi pokazać, jak się je zakłada. Nie wydawało się to trudne. Ona bez problemów używa je już drugi rok. Kosztują około 500 marek i robią je tylko w Helsinkach, w Instru- mentarium. Hmm, pomyślałem, a może i ja bym sobie sprawił takie szkła kon- taktowe. Dała mi telefon i dodała, że jak będziemy tam kiedyś grali, abym dał jej znać, to wpadnie nas posłuchać. Obiecałem, że zadryndam. Zaraziła mnie tymi kontaktami i postanowiłem, że je zamówię. Dwunastego maja, w sobotę, stara- liśmy się na przerwach patrzeć w barze na telewizję. Była Eurowizja w Brigh- ton w Anglii i szwedzka kapela ABBA miała bardzo dobry utwór. Tuż przed pół- nocą, na ostatniej przerwie, dowiedzieliśmy się od barmana, że ABBA wygrała utworem Waterloo.
Około piętnastego przyszedł niemiły list od „Dziada”, a w nim rachunek za te- lefony do Polski z Hyvinki. „Dziad” odciągnął nam to z pensji i teraz pozosta- ło się nam jakoś rozliczyć. Nie obeszło się bez dyskusji, kto ile razy dzwonił, co wcale nie polepszyło i tak już chłodnych układów w kapeli. Dni mijały. Ja byłem jeszcze kilka razy u Urbana i tak zleciał ten miesiąc. Na czerwiec wracamy do Tampere, co mi pasowało. Podróż z Lieksy odbyliśmy autobusem. Marek uparł się, że leslie musi stać pionowo, bo wyleje się jakiś olej i ku zdziwieniu kierow- cy wtaszczyliśmy je na dach autobusu, przywiązując linami. Przy każdym wia- dukcie i moście, Marek wychodził i sprawdzał, czy leslie nie zawadzi. Pasaże- rowie przyglądali się nam ze zdziwieniem. Na szczęście tylko raz musieliśmy zdjąć tę skrzynię z dachu, gdy wiadukt był za niski. Wyobrażacie to sobie?! OK, to teraz możecie się już śmiać!
Tym razem graliśmy tylko w Tunneli. Zbliżał się środek lata i agencja po- informowała nas tym razem dużo wcześniej, że na następny miesiąc mamy jechać do Laponii do Aavasaksy. Mieścina ta leżała przed kołem polar- nym, przy granicy szwedzkiej. Straszny kawał drogi, nie byliśmy z tego
Tampere, czerwiec 1974, restauracja Tunneli
181


Moje życiowe zwrotki i refreny
zadowoleni. Zadzwoniłem do „Dziada”, pytając, czy nie ma dla nas innego miejsca. On jednak bardzo zachwalał Laponię. Słońce podobno świeci całą noc na Juhanusa (Świętego Jana) i to musimy chociaż raz w życiu zobaczyć. OK, zaliczymy Laponię. Radość trwała krótko. Marek wymówił nam robotę, co zresztą było do przewidzenia. Ja znalazłem się między młotem a kowa- dłem i tak to wyszło. Cokolwiek by się stało, to komuś nie pasowało. Nad- szedł czas, że „małżeństwo” The Vox Remedium się rozwodzi. Zadzwoniłem do mamy i poprosiłem, aby przekazała Tomkowi Królowi wiadomość, żeby zaczął załatwiać papiery potrzebne do paszportu. Marek według kontraktu dogra z nami do końca sierpnia, a potem musi zrobić przerwę. Najprawdo- podobniej my też pojedziemy na miesiąc do Polski. Napisałem pismo do Pa- gartu, informując ich, że zmienia się pianista w naszym zespole i podałem nazwisko Tomka. Pomimo tej sytuacji byłem optymistycznie nastawiony co do dalszej pracy w Finlandii i zamówiłem wizytę u okulisty w Helsinkach, aby załatwić szkła kontaktowe. Ponieważ graliśmy sześć dni w tygodniu musiałem się wyrobić w Helsinkach w ciągu dnia, aby zdążyć do roboty. W Instrumentarium zbadali mi wzrok i po wybraniu lekko niebieskiego odcienia poinformowali, że mam się zjawić po odbiór za tydzień. Szkła te były z twardego plastiku, nie większe od średnicy papierosa. W ostatnim tygodniu pojechałem je odebrać. Okulista poinformował mnie, co i jak, oraz pomógł mi w ich pierwszym założeniu. Wytłumaczył mi, że oko trzeba przy- zwyczajać do szkieł powoli. Pierwszego dnia mogę je nosić godzinę, drugie- go dwie godziny itd. No i abym nie grzebał palcami w oku, gdy coś mi wpad- nie. Minęło kilka minut i oczy przestały mi łzawić. No, a teraz jak je zdjąć? Było to trudniejsze niż zakładanie. Zapłaciłem, podziękowałem i näkemiin (do widzenia). Instrumentarium leżało na Aleksanterinkatu obok sklepu Fazera, wszedłem tam na chwilę. Obszedłem piwnicę dwa razy dookoła i głodny poczłapałem na dworzec do kiosku z grillem. Następnego dnia poszedłem do restauracji na obiad w szkłach kontaktowych. Po czterech dniach odegrałem w nich już cały wieczór. Ulga na nosie była odczuwalna! Ostatniego dnia, po graniu, spakowaliśmy się i nocnym pociągiem pojecha- liśmy do Laponii. W Kemi przesiedliśmy się na autobus. Drzewa tutaj jakby się skurczyły i gdy minęliśmy Tornio było ich coraz mniej. Od czasu do czasu widać było małe stado reniferów przebiegających przez szosę.
– „Dziad” wysłał nas na Syberię – zażartowałem do Tadka – całe szczęście, że jest lato. Późnym popołudniem dotarliśmy do hotelu.
Jedno skrzyżowanie i lapońska tundra. „Dziad” miał rację, po skończeniu grania, nocą nadal na horyzoncie świeciło słońce! Ale skubany zapomniał nam powiedzieć, że tutaj są miliardy komarów dużych jak wróble! Coś niesamowi- tego, gdziekolwiek spojrzałem, były ich wielkie chmury!
182
Aavasaksa, lipiec 1974, Kaupunki Hotelli


Gramy w Finlandii
Przed spaniem była na nie łapanka, bo inaczej nie szło zasnąć.
– Laponia! Kiitos i dziękuję, nigdy więcej!
Również granie było do dupy. Młodzi Szwedzi przechodzili wieczorami przez
granicę na tanie piwo. Siedzieli osobno na sali, a Finowie w drugim końcu, i nie tańczyli. Co tu im grać? Dni dłużyły się jak cholera. Kilka razy poszliśmy na drugą stronę do Szwecji, a na straganie na rynku kupiłem na pamiątkę małą skórę z renifera. Któregoś dnia portier powiedział, abyśmy nie wchodzili głę- biej w tundrę, bo tam leżą jeszcze powojenne miny. W ostatnim tygodniu do- wiedzieliśmy się, że jedziemy na dół do Joensuu, odetchnęliśmy.
Bardzo miłe miasteczko. Hotel leżał na bocznej ulicy. Tutaj dyrektor przywitał nas „po polsku”.
Joensuu, sierpień 1974, hotel Pielishovi
– Cześć stare wariaty! – i zabluźnił jak stary szewc.
– Oho, jakaś kapela nauczyła go przeklinać – dodał Marek.
Dyro dał nam chętnie trzy pokoje i tak zaczął się ostatni miesiąc pracy w tym
składzie. Starałem się przypomnieć sobie, kiedy zacząłem grać z Markiem, było to chyba w 1967 albo 1968? W pierwszych dniach przyszli dziennikarze z miej- scowej gazety i zrobili nam zdjęcie w czasie grania, które ukazało się następ- nego dnia w prasie z tytułem Erinomainen Elokuun Bändi, czyli: W sierpniu gra znakomity zespół The Vox Remedium.
Po kilku dniach grania dostałem list od Tomka Króla z wiadomością, że poza- łatwiał już wszystkie papiery i był z nimi w Pagarcie. Wiedząc, że jest już linia promowa między Gdańskiem a Helsinkami, zarezerwowałem bilety. Zaczęliśmy grać ostatni tydzień. Marek otrzymał list z wiadomością, że wysłaliśmy do Pagar- tu wyjaśnienie zmiany pianisty. Oczywiście spienił się bardzo. Może tę wymianę szło załatwić inaczej, ale
każdy mądry po czasie... och, te rozstania. Ode- graliśmy ostatni wie- czór i zaczęliśmy się pa- kować. Następnego dnia rano Marka w hotelu już nie było. Dotarliśmy z Tadkiem pociągiem do Helsinek i zostawiliśmy instrumenty u „Dziada”. Gdy wieczorem zaczę- li wpuszczać na prom, wrzuciliśmy walizy do kabiny i polecieliśmy na górę do restauracji.
183


Moje życiowe zwrotki i refreny
Podróż trwała 32 godziny. Na szczęście nie bujało. Do Gdańska dopłynęliśmy o 8 rano. Polscy celnicy przelecieli nam po walizkach, ale nic nie mieliśmy do oclenia. W Gdańsku przedtem nie byliśmy, więc taksówką dojechaliśmy do dworca kole- jowego. Po drodze widziałem stare domy podziurawione kulami podczas wojny. Na dworcu czekaliśmy kilka godzin na pociąg do Warszawy.
Nasza podróż zaczęła się trzy dni temu w Joensuu i przejechałem pół Finlan- dii do Helsinek, następnie promem do Gdańska, Warszawa i nareszcie Łódź. Następnego dnia, jeszcze pokręcony podróżą, zadzwoniłem do Tomka i umó- wiliśmy się u mnie na jutro po południu. Po śniadaniu poczłapałem już obo- wiązkowo do Maćka Czaja. Od niego dowiedziałem się, że Zbyszek „Plamka” Szczepański wyjeżdża też do Finalandii i dodał:
Łódź, wrzesień 1974
– A wiesz co, ja odegrałem jednak ten koncert w Berlinie z Cześkiem Niemenem.
– O! Gratuluję, sława rośnie.
– Aach, pieniądze nie są duże, ale może to otworzy mi inne możliwości. Wiesz co, jutro Janczerski ma koncert w kinie Lutnia na Piotrkowskiej. Pójdziemy?
The Vox Remedium, od lewej: Andrzej Janczak, Tadeusz Urbański, Tomasz Król
184
ARCHIWUM AUTORA


Gramy w Finlandii
Następnego dnia
zjawili się Tomek
i Tadek. Pierwsze wra-
żenie, jakie Tomek na
mnie zrobił, było pozy-
tywne. Wesoły, trochę
starszy od nas. Poga-
daliśmy, jaki reper-
tuar gramy w Finlan-
dii, jakie są stawki i ile
jest grania. Oczywiście
będzie musiał od razu
kupić na krechę organy
z leslie. Tomek znał już
podstawowy repertu-
ar standardów, bo grał
w innych zespołach, co
ułatwiło sprawę. Wzią-
łem aparat fotograficz- Janczak
ny i poszliśmy na plac
obok wieżowca, aby zrobić kilka zdjęć. Może któreś się nada na plakat reklamo- wy. Umówiliśmy się z Tomkiem, kiedy pojedziemy do Warszawy odebrać pasz- port i podpisać kontrakt z Pagartem. Wieczorem zjawił się Maciek i poszliśmy posłuchać Bractwa Kurkowego w nowym składzie. Oprócz Piotrka ze starej gwardii był tylko Zbyszek Nowak, reszta to nieznane mi chłopaki. Grali nadal bez bębnów. Sound mieli nawet niezły oraz nowe szmaty na scenę. Wesoło się zachowywali i robili pozytywne wrażenie. Po wyjściu, Maciek jako perkusista dodał, że bębniarz by im się jednak przydał. Ze zdjęć zrobionych z Tomkiem kilka wyszło nawet nieźle i jedno zostało powiększone na nasz plakat.
– Czemu nie – i umó- wiliśmy się na jutro.
Na promie do Finlandii, od lewej: Tadeusz Urbański, Tomasz Król, Andrzej
Tydzień przed wyjazdem pojechaliśmy w trójkę do Warszawy po paszport Tomka. Ja z Tadkiem nie oddaliśmy swoich, ponieważ mieliśmy wbite już wizy i pozwolenie na pracę. Z kontraktu wynikało, że gramy pierwszy miesiąc po- nownie w restauracji Tunneli w Tampere. O! bardzo nam to pasowało. Będzie blisko do sklepu muzycznego. Po pożegnaniu się z rodziną pojechaliśmy trzy dni przed rozpoczęciem pracy do Gdańska. Na promie spotkaliśmy innych mu- zyków z Łodzi jadących też na kontrakt do „Dziada”.
W Helsinkach odebraliśmy z agencji instrumenty i przedstawiliśmy im Tomka. Dojeżdżając do Tampere, powiedziałem Tomkowi, że od tej chwili za- cznie się jego nowe życie. Wykombinowaliśmy mu też nową ksywę, mianowi- cie „Tony”.
185
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
Tym razem dostaliśmy mieszkanie w centrum nad starą apteką przy rynku. Chata miała kilka pokoi i mieszkały tam z nami inne kapele. Spotkaliśmy po- nownie The Blue Birds z Batinem i Danką na czele, ale już bez Darka. Będzie wesoło. Poszliśmy od razu do sklepu muzycznego i zaczęliśmy obgadywać z właścicielem Markku Aartio zakup organów. Tym razem zaproponowaliśmy Tomkowi, aby kupił instrument bez mieszania w to „Dziada”, wyjdzie mu taniej. Tomek sprawdził kilka i najbardziej przypasowały mu organy Elka z nowym Leslie 760. Cały zakup poszedł oczywiście na raty bez zadatku. Gdy Tomek pod- pisywał papiery, zerknąłem z ciekawości na używane basówki. Gram na mojej Yamaha już dwa i pół roku i progi zaczynają być starte. Wziąłem w rękę jedną bezmarkową i dobrze leżała mi pod palcami. Była też lżejsza. Spytałem Markku, czy mogę wziąć ją na próbę. Nie było problemu.
Tampere, październik 1974, restauracja Tunneli
– Wpadnę za kilka dni, to się dogadamy.
Potem weszliśmy na drugą stronę ulicy do sklepu Anttila, aby kupić mary- narki na scenę. Znaleźliśmy ciemnobrązowe i do tego czarne koszule. Ale się
odpieprzyliśmy.
Granie leciało nam w Tunneli jak po maśle. Była wesoła atmosfera na scenie,
jak i po graniu.
W knajpie basówka
The Vox Remedium 1974, od lewej: Tomasz Król, Andrzej Janczak, Tadeusz Urbański
zabrzmiała mi fajnie. Widocznie przystaw- ki były inne, domyśli- łem się. Zabrałem moją starą i dogadałem się z Markku co do dopła- ty. Częste próby z Tom- kiem i ani się obejrze- liśmy, trzeba było się pakować. Na następ- ne miejsce jedziemy do Merikarvia, do motelu, a The Blue Birds też w tamtą stronę, do ja- kiegoś hotelu obok. Ostatniego dnia, gdy Zbyszek podjechał pod chatę paketem volks- wagena załadowanym po dach, a Batin już pol- skim fiatem, pozazdro- ściłem im tej swobody.
186
ARCHIWUM AUTORA


Andrzej Andre Janczak
Gramy w Finlandii
Tomasz Król
The Vox Remedium 1974, Tampere
187
Tadeusz Urbański
ARCHIWUM AUTORA
ARCHIWUM AUTORA
ARCHIWUM AUTORA


– Czym? – dziwiliśmy się.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Oni mogą sobie rano dłużej pospać i wyjechać w trasę, kiedy im się podoba. My natomiast musimy zasuwać na pociąg, taszcząc cały sprzęt.
W tym miesiącu było nam wesoło! Spotykaliśmy się często z kolegami z The Blue Birds i na dodatek Jurek Bożyk grał tutaj obok w barze. Gdy Danka za- prosiła nas na swoje urodziny, spóźniony Jurek tłumaczył się, że on dopłynął właśnie pożyczonym kajakiem z drugiej strony jeziora.
Merikarvia, listopad 1974, Motelli
Wytłumaczył krótko, że tak było mu bliżej. Czas zleciał nam szybko. Od „Dziada” przyszła pozytywna wiadomość, że znowu wracamy do Tampere. W ostatnim tygodniu Tomek zaciekawił się, co jest w środku w tym leslie, i ro- zebrał je.
– No nie, panowie. Tyle szmalu za dwa motorki, jeden głośnik i śmigło!
Ja też z ciekawości wsadziłem nos i przypomniało mi się leslie Marka, które koniecznie musiało stać na dachu autobusu. Tomek skręcił leslie z powrotem i coś mu nie pasowało.
– Mam wrażenie, że coś poknociłem, bo teraz górny pasek ściera mi się szyb- ciej – domyślał się. – Będę musiał dokupić kilka nowych na zapas.
Chata nadal była ta sama, czyli na rynku w centrum. Zauważyłem, że w tym samym domu jest dyrekcja Uniwersytetu Tampere. Nasza restauracja była znana w mieście z tego, że tam są często naisten tanssit, czyli panie proszą panów. Razem z nami mieszkał również Zbyszek Szczepański „Plamka”. Grał z kolegami i nazywali się Sonic. Opowiadał nam znowu kawały non stop.
Tampere, grudzień 1974, restauracja Myssy
– A ten słyszałeś? – spytał i nie czekając na odpowiedź zaczął. Oto jeden z nich.
Wchodzi konduktor do tramwaju i woła:
– Bilety do kontroli!
Szpakowaty się przestraszył i zaczyna szukać. Wyjmując łapę z wewnętrznej
kieszeni marynarki patrzy, że palec mu odpadł. Wyrzucił go za okno i złapał się przerażony za ucho, no i ucho mu odpadło. Wywalił je też za okno i sięgnął do tylnej kieszeni w spodniach, no i pół dupy mu odpadło! Wywalił ją szybko za okno i dalej szuka. Zniecierpliwiony konduktor mówi do chłopa.
– Ha, ha, Zbychu starczy na dzisiaj!
– My tu se gadu-gadu, a pan mi powoli spierdziela!
– Aha – dodał „Plamka” – tak z dupy strony, to słyszałem, że Spidersi grają w nowym składzie.
– Oho, ciekawe w jakim.
Innego dnia w sklepie muzycznym poznałem muzyków z fińskiej kapeli Se- itsemän Seinähullua Veljestä. Byli bardzo mili, zwłaszcza Pablo był straszny
188


Gramy w Finlandii
zgrywus. Grali do 2.30 w restauracji Oscar Cabaret, niedaleko rynku, więc wy- brałem się w wolny dzień zobaczyć ich show. Podobało mi się, robili to z dużym poczuciem humoru. Po świętach odegraliśmy pozostałe dni i sylwestra. Teraz czekał nas najkrótszy przerzut. Mianowicie tylko do sąsiedniej miejscowości Toijala.
Graliśmy tutaj rok temu. W połowie miesiąca przyjechał w sobotę fiński pio- senkarz, Kai Lind. Miał dość lekki repertuar i po krótkiej próbie w ciągu dnia show poszedł nam zgrabnie. „Dziad” zawiadomił nas, że jakiś dyrektor słyszał nas w Tampere i wziął nas na dwa miesiące pod rząd do Kajaani. Na dodatek nasza stawka od stycznia jest wyższa, wynosi teraz 42 marki dziennie. Zadowo- leni pojechaliśmy pociągiem do Kajaani.
Toijala, styczeń 1975, hotel Pirkka
Ten niedawno wybudowany hotel leżał na przedmieściach. Cały budynek był w stylu fińskich hoteli Rantasipi, bardzo fajnie położony nad jeziorem. Tylko teraz, zimą, dookoła jak okiem sięgnąć leżał śnieg i była przeciętna temperatura -15 stopni! Zaledwie po kilku dniach grania zgadałem się na przerwie z jednym Finem, który prowadzi szkołę nauki jazdy w mieście. Nazywał się Heikki Ha- ataja. Wytłumaczył mi, jakie w Finlandii są zasady zrobienia prawa jazdy. Mia- nowicie od rozpoczęcia nauki musi minąć 30 dni, aby zdać egzamin pisemny z teorii i praktyki. Ponieważ graliśmy tutaj dwa miesiące pod rząd, dogadaliśmy się, że on będzie mnie uczył prywatnie w jego przerwach obiadowych. Ja zapła- cę mu za benzynę i coś tam za fatygę. Na teorię muszę jednak iść do miasta pięć razy. Lekcje możemy zacząć prawie od razu. Uścisnęliśmy sobie dłonie i zado- wolony pobiegłem grać. Dyrektor Eero okazał się też bardzo miłym facetem. Co drugi tydzień urządzał kubański show z sambami i wszyscy balowali na całego. Pierwszy show był z fińską kapelą Pentti Oskari Kangas, a drugi z Seitsemän Seinähullua Veljestä z Tampere. Do restauracji przychodziło codziennie kilku Anglików, którzy montowali w mieście jakieś maszyny w fabryce butów. Często prosili nas o standardy i Tadek śpiewał je „ze swengelska”. Gdy Anglicy usłyszeli pierwsze takty zaczynali śpiewać razem z nami i całe szczęście, bo nasze teksty były na pewno niedokładne. Pod koniec miesiąca rozpocząłem naukę jazdy, aby się wyrobić w ciągu tych 30 dni. Heikki miał forda cortinę i wciskał mi podczas jazdy do głowy różne informacje, co i dlaczego.
Kajaani, luty-marzec 1975, hotel Kukkeli
– Uważaj na prawą stronę! – mówił stanowczo, gdy dojeżdżaliśmy do skrzyżo- wania. Nie hamuj tak gwałtownie, bo wpadniesz w poślizg i delikatnie z gazem, gdy ruszasz.
Na początku następnego miesiąca nieoczekiwanie otrzymaliśmy kontrakt ze Szwecji od znajomego Tomka, Jerzego K. Tomek poinformował go przy jakieś okazji, że wyjeżdża do Finlandii i Jurek podobno obiecał mu coś załatwić
189


Moje życiowe zwrotki i refreny
również w Szwecji, ale po 135 koron na głowę z własnym zakwaterowaniem było nie do przyjęcia. Odpisaliśmy grzecznie, tłumacząc, że jesteśmy zabuko- wani w Finlandii na ponad pół roku do przodu i dlatego teraz nam nie pasuje. Po pierwszym tygodniu poszedłem do miasta na teorię. W klasie było dziewięć osób. Znaki drogowe i kto kiedy ma pierwszeństwo były logiczne, tylko trzeba było je zapamiętać. W restauracji od 18 do 23 mieliśmy gości na parkiecie. Jorma & Aino Airaksinen pokazywali sztuki magiczne. Podglądałem ich, jak to robią, że z naczynia z wodą raptem sypał się ryż, a po chwili wyfrunęły z niego gołębie? Po trzech tygodniach mój nauczyciel Heikki powiedział, że jego sąsiad ma do sprzedania volkswagena garbusa rocznik 1969, ale w dobrym stanie.
– Jaka cena? – spytałem.
– Za dwa koła go odda.
– Spytaj go, czy nie poczekałby jeszcze tydzień?
Gdy jeździłem z Heikki po mieście, podpowiedział mi, że na ustnym egzami-
nie po fińsku, gdy nie będę czegoś pewny, mam mówić, że nie rozumiem. Wtedy inspektor zacznie mi tłumaczyć na przykładach i sam mnie naprowadzi na po- prawną odpowiedź. Rozumiesz?
– Oczywiście!
Nadszedł dzień egzaminu. Ustny poszedł mi gładko. Pytania były logiczne, tylko jedno było grepsowe, dla popisu pewnie.
– Przed jakim znakiem drogowym nie wolno się zatrzymać?
Zastanawiałem się długo i powiedziałem, że nie rozumiem. On z uśmiechem powiedział, że to jest podchwytliwe pytanie. Mianowicie nie wolno stanąć przed znakiem koniec zakazu zatrzymywania się. Ahaa... cwaniak!
Jazda praktyczna odbyła się następująco. Szronkowaty inspektor w czapce kazał mi jechać cały czas prosto, aż wyjechaliśmy za miasto. Po 10 minutach jazdy szosą kazał mi zawrócić. Spytałem go, czy był w Polsce i czy próbował może polskiego jedzenia, aby go zagadać. Mruknął tylko krótko: – Ei (nie).
Gdy podjechaliśmy pod budynek, gdzie czekali następni kandydaci, spytałem go.
– Czy będzie ze mnie kierowca?
– O yes – usłyszałem, podpatrując, co on pisze w notesie.
27.03.75 dostałem fińskie prawo jazdy! Jednak już dzień wcześniej kupi-
łem za gotówkę moje pierwsze auto, czerwonego garbusa. Uprzejmy dyro Eero pomógł mi z papierami przy ubezpieczeniu. Prawdę mówiąc, o autach mało wiedziałem i gdy ostrożnie podjechałem pod stację benzynową, aby po raz pierwszy zatankować, powstał problem. Stałem dłuższą chwilę, chodząc do- okoła, udając, że czyszczę szyby i szukałem, gdzie się wlewa benzynę? Trwało to dobrą chwilę. Całe szczęście, że podjechała jakaś dziewczyna, też garbusem i podpatrzyłem ją. Aha! To z przodu pod maską jest wlew do baku, kto by pomy- ślał. Zatankowałem do pełna i powolutku człapu człap, dojechałem do hotelu. Tomek wybiegł i natychmiast zaczął oglądać mojego garbusa.
190


– W dobrym stanie – przytakiwał.
– Hmm znowu Laponia! – nie podobało mi się.
Gramy w Finlandii
Następnego dnia zrobiliśmy sobie przejażdżkę do miasta. Cofając się z pod- ziemnego garażu hotelowego, skręciłem koła na full w prawo i przechylony na bok gapię się w tylne okienko. Raptem słyszę, jak coś się ociera!
– „Diabeł” stań! – wrzasnął Tomek.
Patrzę, a tu lewy błotnik trze się o betonowy słup.
– Perkele, plama!
Tomek wysiadł i machając rękami pomógł mi się wycofać. Całe szczęście
tylko trochę lakieru się zadrapało. Dobra, jedziemy. Ale uczucie. Wsiada się kiedy dusza zapragnie i jedzie się, gdzie się chce. Wolność! W mieście, w sklepie Sokos, znalazłem dodatkowy bagażnik na dach. Kupiłem oczywiście, bo w tym bagażniku z przodu auta mało się mieściło. Po powrocie w recepcji czekała na nas wiadomość, że na następny miesiąc jedziemy do Sadankyli, do Laponii!
Mieścina ta leży ponad sto kilometrów za Rovaniemi. Czyli porządnie za kołem polarnym! Po raz pierwszy będę musiał przejechać autem połowę Fin- landii i to zimą. Ostatniego marca zapakowaliśmy to, co się dało, do volkswage- na i na dach, a resztę nadaliśmy na bagaż z opcją od drzwi do drzwi. Pożegnali- śmy się z dyrektorem Eero, który doradził mi, aby jechać główną drogą na Oulu. Raniutko po śniadaniu około dziewiątej wyjechaliśmy. Śniegu na szosie było mało, ale za to ślisko. Wydawało mi się, że każde nadjeżdżające z przeciwka auto wjedzie na mnie, nie mówiąc już o TIR-ach z przyczepami, które zostawia- ły za sobą wielką chmurę śniegu. Jadąc, chwilami prawie w ciemno, odsuwałem się na pobocze. Tadek siedział z Tomkiem z tyłu i od czasu do czasu dogadywa- li mi, że jednemu za zimno a drugiemu za ciepło. Po godzinie zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na kawę. Wychodząc z auta zauważyłem, że zgubi- łem oba prawe kapsle. To odsuwanie się na pobocze w śnieg je urwało, chole- ra. Tadek zamienił się miejscami z Tomkiem i po chwili mówi, że z tej dziury pod siedzeniem leci bardzo gorące powietrze i parzy go w łydkę. Zmniejszyłem trochę wajchą ogrzewanie i nie minęło kilka minut, gdy Tadek zaczął narzekać, że teraz za zimno. Jak nie urok to sraczka, pomyślałem.
– „Diabeł”, nie podkręcaj więcej – krzyknął Tomek. – Dobrze jest.
Po krótkiej sprzeczce (czytaj: dyskusji) umówili się, że będą się zamieniać co pół godziny. Gdy przyszedł czas na zamianę, Tadek wyciągnął zza głowy swój mały kombajn stereo z plastiku i wepchnął go pod nogi przed wylotem ciepłe- go powietrza, mówiąc.
– O! teraz to możemy jechać, gazuj.
Ponieważ szyby zaczęły mi parować, podkręciłem znowu ogrzewanie, tym razem nie było płaczu. Mijały godziny i jazda robiła się monotonna. Chłopaki z tyłu ucichli i w lusterku widzę, jak im się kleją powieki. Około czternastej wje- chaliśmy do Oulu i Tadek szturchając Tomka powiedział.
– O patrz, tu jest Seurahuone, gdzie graliśmy w 1972 roku.
191


Moje życiowe zwrotki i refreny
– He, w porównaniu do knajpy w Kajaani to żaden szpan – odparł Tomek.
Nie zatrzymując się, przejechaliśmy przez miasto i po chwili zapadł szybko zmierzch. Gdy minęliśmy Rovaniemi z mapy wynikało, że po 27 km będziemy musieli skręcić w lewo.
– O patrzta! minęliśmy właśnie koło polarne! – powiedział Tomek.
Jesteśmy na końcu świata, pomyślałem. Od gapienia się na drogowskazy, od dymu z papierosów i zmęczenia zaczęły mnie szczypać oczy. Siedzimy w aucie już kilka godzin. Uchyliłem trochę mały lufcik, gdy Tadek zadał.
– O, tu na lewo dawaj!
Spojrzałem na zegarek, było w pół do szóstej. Czyli gdzieś za godzinę będzie- my na miejscu. Jechaliśmy w ciemnościach i wydawało mi się, że nikt tutaj nie mieszka. Szosa, śnieg i od czasu do czasu lekki zakręt. Na tym odcinku drogi spotkaliśmy tylko trzy auta! Tuż po dziewiętnastej ukazały się latarnie i wje- chaliśmy do miasta.
Bez trudu znaleźliśmy restaurację przy rynku i po przywitaniu się z kierowni- kiem zaczęliśmy wnosić graty, które stały już w szatni. Potem kierownik sali zaprowadził nas na tył budynku i pokazał pokoje. Gdy się podłączyliśmy i zje- dliśmy na chybcika, poszliśmy się przebrać. Z małym opóźnieniem zaczęliśmy grać. Ludziska tańczyli tutaj raźniej. A gdy o wpół do pierwszej zrobili valo- merkki, odetchnęliśmy z ulgą i zmęczeni walnęliśmy się do łóżka. Następne- go dnia, pamiętając co mówił Batin, że garbusy są chłodzone powietrzem i nie mają chłodnicy z wodą, włączyłem silnik i mój garbus mimo mrozu zastartował za pierwszym podejściem. Podjechałem do sklepu, aby kupić pocztówki z tego egzotycznego miejsca. Wracając, wsiadłem do auta i widzę jak facet w volvo z zamrożonymi szybami cofa się. Czekam aż on się wyrobi, ale on nadal cofa w moją stronę. Opuściłem szybko szybę i drę się na całe gardło.
192
– Hei, kuule! (hej, słuchaj!)
– No voi, voi – zaczął mendzić Fin.
Sodankylä, kwiecień 1975
A on nic, w następnej chwili wielki zderzak jego volvo wciska się z przodu w moje auto. W panice chciałem wrzucić wsteczny, ale noga ześlizgnęła mi się ze sprzęgła i dałem skok do przodu! Volvo zatrzymało się, bo pewnie Fin poczuł, że coś go zahamowało. Gdy w końcu udało mi się cofnąć, wyszedłem i widzę, że maska jest wgnieciona, tak jakby ktoś dupą na nią usiadł. A volvo? Ani śladu na jego zderzaku!
Ja, jako świeży kierowca, znalazłem się po raz pierwszy w takiej sytuacji i stałem z rozdziawioną gębą. W końcu wyksztusiłem do niego.
– Kto zapłaci za blacharkę?
Fin wyjął portfel i wyciągnął dwieście marek i pyta. – Czy to starczy?
– A skąd ja mam wiedzieć?


– Olen pahoilani (przykro mi) – dodał gdy się rozstaliśmy.
Gramy w Finlandii
Wziąłem jednak od niego ten szmal, bo lepsze to niż ponowne poszukiwa- nie go.
Wróciłem na zaplecze hotelu i młotkiem pożyczonym od gospodarza domu oraz kawałkiem drewna zacząłem tłuc w blachę od wewnątrz bagażnika. Trochę pamiętałem, jak tata klepał moskwicza. Chciałem to naprawić, zanim chłopaki mnie przyuważą i zaczną się nabijać. Po chwili klepania zmarzłem jak cholera, ale wyklepałem do końca i wyglądało to po japońsku, czyli jako tako. Na razie idzie wytrzymać bez malowania. Oddałem młotek i pobiegłem zmarz- nięty do kuchni na kawę. Następne wydarzenie też utkwiło mi w pamięci. Któ- regoś wieczoru było kiepskie żarcie i głodni jak psy wybiegliśmy na przerwie w służbowych ciuchach na drugą stronę ulicy do kiosku z grillem. Przed nami stało tylko dwóch Finów.
– O patrzta, zorza na niebie! – wyrwało mi się.
Czekając, poczułem jak mróz zaczyna dawać mi popalić i wdychane nosem zimne powietrze kłuje mocno w płucach. Zacząłem się trząść jak galaretka, spojrzałem na chłopaków, a oni bez słowa odwrócili się na pięcie i dali chodu do hotelu. A ja za nimi... W tak lekkim ubraniu nie szło wytrzymać dłużej na tym mrozie. Portier spojrzał na nas i z uśmiechem powiedział:
– Dzisiaj chłopcy jest piękny zimowy wieczór, są zorze i tylko -26!
– W kwietniu? – dziwiliśmy się.
Resztę miesiąca spędziliśmy przesiadując w hotelu. W maju jedziemy do
Kokkloli na dół. Na szczęście ociepliło się pod koniec miesiąca i te 500 km jazdy nie przerażało już tak bardzo. Chociaż według portiera nawet w maju może tutaj padać śnieg. Stojąc w drzwiach, patrzył, jak ładujemy walizki na dach i po- wiedział, że od jutra w Finlandii nie można jeździć na zimowych oponach z kol- cami. Taka nowina. Teraz za późno, żeby coś z tym zrobić. Aby mnie uspokoić dodał, że w razie kontroli mam powiedzieć, że jadę z Laponii, to mi ujdzie. Pod- czas przerzutu zauważyliśmy, że w kilku miejscach szosa jest dwa razy szersza. Widząc namalowane białe pasy w poprzek, Tomek domyślił się, że to muszą być pasy do lądowania samolotami. Lotnisko tutaj, w lesie?
Bardzo miłe miejsce. Po pierwszym maja zażyczyli sobie następnego dnia extra granie Helluntailounas od 12 do 16. Dali ogłoszenie w gazecie, że „The Vox Re- medium soittaa, laulaa ja tarinoi!” Można by z tego ogłoszenia wywnioskować, że opowiadamy dowcipy między utworami. W wolny dzień zerknąłem na opony w aucie i dostrzegłem, że sporo kolców brakuje, a większość jest już porządnie zdarta. Hmm, wyjmę resztę i przejeżdżę na nich lato. Odkręciłem każde koło i wyciągałem cęgami kolce, które siedziały dość mocno. Dopiero przy trzecim kole wpadłem na pomysł, aby podłożyć śrubokręt pod cęgi, żeby mieć dźwignię i wtedy poszło mi łatwiej.
Kokkola, maj 1975, hotel Seurahuone
193


Moje życiowe zwrotki i refreny
Również w tym miesiącu podgrywaliśmy fińskim piosenkarzom, m.in. Taisto Saaresaho. Tomek uczył się fińskiego dość szybko, bo miał kogo spytać. Z po- śpiechu zjadał czasami podwójne litery i wychodziło trochę komicznie. „Ja ty tutaj jutro”, ale rozumieli go. Po dwóch tygodniach, w sobotę, była Eurowizja, wygrał utwór Ding Dinge Dong holenderskiej kapeli Teach In. Oczywiście dołą- czyliśmy tego gluta do repertuaru. Jedziemy dalej.
Tutejszy nocny klub był bardzo popularny. Co wieczór był full. Na posiłki w dzień chodziliśmy do innej restauracji i kogo tam spotykamy? Oczywiście Dankę i resztę The Blue Birdsów. Oprócz nich grała jeszcze jedna polska kapela. Pianista z trzeciej kapeli, który był dopiero kilka miesięcy w Finlandii, dziwił się dlaczego my mówimy, że ten fiński język jest taki trudny? Dał nam przykład. „Papier – paperi, bus – bussi” itd... i tu ktoś z nas nie wytrzymał. Finowie nie mają „B”, wymawiają więc „P”. Powiedz to z tym autobusem jeszcze raz tylko po fińsku przez „P”. No i wyszło mu „pussi”.
Oulu, czerwiec 1975, Night Club Pomfelis
Oulu 1975, ja przed sklepem muzycznym Fazera
194


Zaryliśmy śmiechem i nie trzeba było czekać, gdy opowiedziano historię, jak Fin będąc w Barcelo- nie pyta, gdzie jest dwo- rzec autobusowy. Hei kuule! Sori łer is pussi?
Gramy w Finlandii
Tu są zbędne komen- tarze, my się zgrywa- my z Finów, a oni z nas. Szwedzi podobno zgry- wają się też zdrowo z Norwegów. Oto jeden z wielu dowcipów.
Norweg opowiada ko- ledze, jak to wylądował swoim sportowym sa- molotem w Szwecji.
The Vox Remedium w nowych t-shirtach, od lewej: Tadeusz Urbański, Andrzej Janczak, Tomasz Król
– Stary, mówię ci, te Szwedy mają dziwne lotniska. Są szerokie na trzy kilome- try, a krótkie jak cholera, góra trzydzieści metrów!
– A jesteś pewny, że nie wylądowałeś w poprzek? – dziwił się kolega.
Tak jak to robił „Plamka”, wcisnę wam jeszcze jeden, dobra?
Norweski kierowca ciężarówki TIR-a zatrzymał się przed tunelem, bo wyczytał na tablicy, że jego TIR jest trochę wyższy i nie zmieści się. Co tu zrobić?
Za nim stanął uczynny Szwed i radzi mu.
– Weź spuść trochę powietrza z kół i wtedy przejedziesz.
– Co ty opowiadasz. Przecież nie w kołach jest problem, tylko tam, u góry!
U nas w nocnym klubie było wieczorami bardzo gorąco i zaświtało nam,
abyśmy odwalili się w t-shirty z nazwą zespołu. I o!
Danka i Zbyszek przychodzili do nas dość często po graniu, bo graliśmy o go-
dzinę dłużej. Natomiast w wolną niedzielę robiliśmy sobie jam session aż do rana. Koledzy z trzeciej kapeli wykapowali, że w porcie stoi polski statek towa- rowy. Po odwiedzinach na tym statku mieli do czynienia z policją (poliisi), bo mieli za dużo wzmacniającego płynu. To wydarzenie Tomek na pewno pamię- ta dokładniej. Po zaliczce, piętnastego, poszedłem z Tadkiem na miasto i prze- chodząc obok sklepu muzycznego Fazer, poprosiłem Tadka, aby cyknął mi zdję- cie przed wystawą.
Noce były coraz widniejsze. Po graniu odwaliłem się w nowo kupiony garni- tur i Tomek zrobił mi zdjęcie przed moim garbusem. Szpan! Według „Dziada” na lipiec jedziemy dalej na dół, aż do miasta Kotka. Jazdy będzie około 600 km. Wyjechaliśmy o 10 rano i licząc przeciętną prędkość 70 km na godzinę,
195


Moje życiowe zwrotki i refreny
powinniśmy dojechać na miejsce około 18. W połowie drogi silnik był tak roz- grzany, że pod górkę zwalniał niesamowicie. Stanęliśmy dwa razy, aby zatan- kować i wypić po kawie. Silnik ostygł trochę i przez chwilę był trochę żywszy, a potem znowu to samo. Po południu oczy zaczęły mnie swędzieć, jakby ktoś nasypał mi piasku. Dojechaliśmy.
Była prawie godzina 19, gdy zaczęliśmy wnosić instrumenty na scenę. Na pierw- szej przerwie wypiłem dwie kawy, bo prawie zasypiałem. W następnym bloku oparłem się tyłkiem o kolumnę i lewym łokciem o leslie Tomka, grając już jak robot. Gdy odegraliśmy ostatni kawałek, poczłapaliśmy jak muchy w smole do pokoi. W Kotce byliśmy po raz pierwszy. Następnego dnia poszliśmy na miasto. Zahaczyliśmy również o port. Tutaj też stał polski statek towarowy. Któregoś dnia Tadek pochwalił się, że kupuje polskiego fiata od Zbyszka Gajewskiego. Jego Ula zrobiła prawo jazdy w Łodzi i on chce zrobić jej niespodziankę. W Kotce Juhannus (dzień Świętego Jana) wypadał tak, że mieliśmy dwa dni wolnego. Od- wiozłem Tadka do Lahti i stamtąd on pojechał z Gajewskim do Helsinek. Gdy wieczorem wrócili, wyszliśmy z Tomkiem obejrzeć auto.
Kotka, lipiec 1975, hotel Torni
– Trochę więcej miejsca w nim niż w twoim garbusie – powiedział Tomek. – No i ma hak – dodał Tadek.
Następnego dnia rano, gdy się obudziłem, patrzę, a Tomek stoi w oknie.
– „Diabeł” chodź szybko, to coś zobaczysz.
Podszedłem zaspany do okna i widzę jak Tadek z Urszulą mają głowy pod maską samochodu i coś tam wyciągają z motoru.
– Chcą pewnie sprawdzić olej w silniku – domyślał się Tomek.
– Chyba – mruknąłem i poszedłem się obmyć. Tomek nadal stał przy oknie i głośno komentował, co się dzieje na parkingu.
– Idę na dół zobaczyć, co oni tam kombinują – i wyszedł.
Słoneczko grzało dość dobrze i całą paką chodziliśmy opalać się na dach.
Ja zdejmowałem wtedy szkła kontaktowe i wkładałem je pod folię w paczce
od marlboro. Któregoś razu po powrocie z dachu stwierdziłem, że w paczce jest tylko jedno! Panika mnie ogarnęła, bo bez nich byłem ślepy, a od okularów się odzwyczaiłem. Całą chmarą poszliśmy na dach szukać. Bardzo ostrożnie sta- wiając kroki poruszaliśmy się w zwolnionym tempie wpatrzeni w dach. Cho- dząc tak już dobrą chwilę, zacząłem tracić nadzieję, że je znajdziemy. Może wy- padło mi na schodach, domyślałem się, gdy Tomek krzyknął:
– Andrzej, tutaj coś się błyszczy!
Podbiegliśmy do Tomka, a on podniósł malutką soczewkę. Znalazła się! Kamień spadł mi z serca. Podziękowałem Tomkowi i poszliśmy na dół. Chyba do dzisiaj wiszę mu za to piwo. Gdy mijałem w szatni automat pajatso, przypo- mniało mi się, jak jakaś kapela kupiła stare radio, z którego zabrała, ku zdzi- wieniu sprzedawcy, tylko głośnik. Chcieli wykorzystać magnes. Aby go rozbić
196


Gramy w Finlandii
na mniejsze części, zrzucali go z dachu hotelu na chodnik. Proszę to sobie wy- obrazić... Dorobili potem metalową siajbę o wielkości 50 penni, i byli prawie pewni, że teraz opróżnią pajatso ze szmalu. Jeden trzymał magnes na szybie, a drugi stuknął siajbę z myślą, że magnes ją zatrzyma, a potem naprowadzą ją na środkową dziurę i po odsunięciu magnesu monety wylecą. Chciałbym wi- dzieć ich miny, gdy siajba przeleciała przed magnesem i wpadła w jeden z rząd- ków! Szyba była antymagnetyczna!
Nadszedł ostatni tydzień grania. Z telegramu wynikało, że wracamy do Ka- jaani. Ucieszyliśmy się. Lato było w pełni i jazda była przyjemnością. Tomek zabrał się tym razem z Tadkiem i Urszulą. Wyjechaliśmy bardzo wcześnie rano. Słoneczko świeciło na horyzoncie i słychać było tylko szum opon toczących się po asfalcie. Z małymi przerwami na kawę i na tankowanie doczłapaliśmy się do Kajaani po południu.
Dostaliśmy trzy pokoje na parterze z widokiem na jezioro. W letnim sezonie grania mieliśmy sześć dni w tygodniu. Któregoś wieczoru przyszedł Heikki, mój nauczyciel jazdy, i pytał, jak się czuję za kierownicą. Odpowiedziałem, że OK i dodałem, że mamy drugie auto w zespole, z hakiem, ale nie mamy przyczepki. Heikki podpowiedział mi, że w mieście są używane. Można obudować je samemu. Z papierów od „Dziada” wynikało, że on zwraca za podróż własnym autem i przyczepką za kilo-
metry. Dogadałem się z Tadkiem i pojechali- śmy do miasta szukać. W jednym zakładzie z używanymi autami utargowaliśmy małą przyczepkę Muuli za 350 marek. W drodze powrotnej zahaczyli- śmy o sklep K-Rauta, w którym były mydło i powidło, i kupiliśmy kilka płyt grubej sklej- ki, listwy oraz śruby i dwie małe kłódki. Przez następne dwa dni z pomocą Tomka zbi- jaliśmy ściany i dach. Ponieważ powierzch- nia podłogi była bardzo
Ja z przyczepką
197
Kajaani, sierpień 1975, hotel Kukkeli
ARCHIWUM AUTORA


Moje życiowe zwrotki i refreny
mała, podwyższyliśmy ją biorąc pod uwagę, żeby leslie zmieściło się na stoją- co. Gdy przyczepka była obita, zaszpachlowałem rogi i pociągnąłem farbą dwa razy. Na tylnych drzwiach naszkicowałem naszą nazwę w dużym kole. THE nie mieściło się, bo chciałem dodać na dole BAND, więc zostało VOX REMEDIUM BAND. To samo zrobiłem po bokach, ale tutaj już w linii prostej. No i proszę bardzo! Prezentowała się jak trzeba.
Następnego dnia Tadek przyniósł na próbę kasetę z nowym utworem zespo- łu ABBA – SOS. Wysłuchaliśmy i Tadek spróbował zaśpiewać ten żeński falset w intro.
– No i jak? – spytał.
– Obniżymy o jeden ton i będzie OK – zaproponował Tomek.
Wieczorem zauważyliśmy, że publika polubiła ten utwór. Innego wieczoru
pod koniec grania podszedł jeden Cygan, który truł nam wcześniej, że chce coś zaśpiewać.
– Daj mu mikrofon i niech śpiewa, bo inaczej się nie odczepi – krzyknął Tomek. – To co zaśpiewasz – spytałem go.
– Che-Sa-Ra.
Tomek podał mu tonację i po przygrywce Cygan zaczął śpiewać. Nawet dosyć
czysto śpiewał, ale w refrenie żyły zaczęły mu wychodzić na szyi. Tomek, jak to zobaczył, to po następnym refrenie podwyższył o ton i po powtórce refrenu na końcu jeszcze raz zrobił modulację. Facet, aby wyciągnąć, łapał się już ręką za szyję i piał rozpaczliwie w górze jak kogut. Zadowolony poszedł do baru, a my dalej w kierat. Gdy odegraliśmy ostatniego walca, Cygan pojawił się znowu i męczy nadal, abyśmy mu pozwolili zaśpiewać. Ponieważ były już valomerkki, wytłumaczyłem mu, że niestety już jest koniec.
16 sierpnia moje urodziny minęły bez hałasu, po prostu skończyłem 25 lat. Któregoś dnia po obiedzie podłączyliśmy dodatkowe mikrofony od magnetofo- nu i na próbie nagraliśmy kilka utworów na taśmę. Następnego dnia przyjechał minister Kalevi Sorsa na otwarcie fabryki butów. Skorzystałem z okazji i popro- siłem o autograf w zespołowej książce-pamiętniku. Z agencji dowiedzieliśmy się, że we wrześniu jedziemy do miasta Imatra. Ostatniego dnia, zaraz po graniu, za- częliśmy się pakować do naszej nowej przyczepy. Było przestawianie, wyjmowa- nie i ponowne wkładanie, każdy z nas miał coś tam do powiedzenia, gdzie co i jak miało stać. Koniec końcem, była załadowana pod sam dach i wszystko się zmieściło. Urszula odjechała kilkanaście metrów w stronę parkingu, gdy Tomek stwierdził zdziwiony, że coś śmierdzi gumą. Zaciągnęliśmy się powietrzem i fak- tycznie jedzie spaloną gumą. Obeszliśmy dookoła auta, sprawdziliśmy też z boku pod błotnikami przyczepki, które były na zewnątrz. Tutaj śmierdzi gumą. Pobie- głem do garbusa po latarkę i na kolanach przyglądamy się.
– „Diabeł”, błotniki przyczepy opierają się o koła – mówi Tomek.
Przeładowaliśmy ją i co tu zrobić? Jest późno w nocy i wszystko zamknię- te. Poszedłem do nocnego portiera, aby obudził gospodarza, który mieszkał na
198


– Ale jaja – śmiał się Tomek.
Gramy w Finlandii
końcu budynku, może on coś wymyśli. Po dłuższej chwili doczłapał się zaspa- ny Fin i kiwa tyko głową. Zaczął mi tłumaczyć, że zawieszenie kół można wy- regulować, ale trzeba to wszystko wyjąć z przyczepki i mieć lewarek oraz od- powiednie klucze do tego. Mały lewarek mam, ale nie mamy kluczy. Wyjmować wszystko, teraz w nocy. Na to on zaproponował, że błotniki można przeciąć po- środku nożycami do blachy i odgiąć je do góry, aby zrobić luz na koła, a w na- stępnym miejscu naprawimy to sobie. OK, tniemy błotniki! Podnieśliśmy przy- czepkę lewarkiem, ile się dało i pożyczonymi nożycami przecięliśmy błotniki. Po odgięciu ich przyczepka siadła około 5 cm i koła były teraz wolne.
Zmęczeni przespaliśmy się trochę, i w drogę. Za Mikkeli zaczęło padać i jadąc za Tadkiem i Urszulą miałem dziwny widok. Po obu stronach przyczepki z prze- ciętych błotników tryskała do góry woda jak z fontanny. Mijający nas kierowcy zwalniali i gapili się zdziwieni.
– Wyglądają jakby jechali Formułą 1 podczas deszczu – żartował Tomek.
Restauracja była w centrum, na piętrze. Chata kiepska, u ludzi w mieście. Byliśmy trochę rozpieszczeni tymi hotelowymi wygodami w Kajaani. Po kilku dniach spotkałem w mieście kilku polskich muzyków. Rozmawiali ze mną tak, jakby mnie znali latami. Ja dyplomatycznie zachowałem kamienną twarz, aby się nie wydać, że ich nie pamiętam. Głupio mi było, ale dowiedziałem się, że Zbyszek Nowak odszedł od Bractwa Kurkowego i założył swoją kapelę pod nazwą Happy End. Wystąpił z tą grupą na festiwalu w Opolu, śpiewając własną kompozycję Jak się masz kochanie i nieźle im poszło, bo otrzymali nagrodę pu- bliczności. Po powrocie do chaty podzieliłem się z chłopakami plotkami mu- zycznymi z Polski. Reszta pobytu zleciała nam bez większych wydarzeń. Robiło się coraz chłodniej i dni były coraz krótsze. Na październik mamy jechać znowu
Imatra, wrzesień 1975, restauracja Valtionhotelli
do motelu Moto-Nova. Jakby nie było to kawał drogi.
Tutaj starzy znajomi przywitali nas serdecznie. Tomkowi trzeba było wytłuma- czyć, kto i co. Pomo (dyrektor) Manu po graniu zaprosił nas od razu do baru na koniak i wszystko było jak poprzednio. W korytarzu obok naszego pokoju stał ten fiński automat pajatso i Tomek czasami na nim pogrywał.
Kolppi, październik 1975, motel Moto-Nova
W wolny poniedziałek przejechaliśmy się do miasta Pietarsaari, gdzie spo- tkaliśmy ponownie Ilona Trio w tym samym składzie. Po kilku dniach odwie- dzili nas w motelu i Jarek oglądając mojego garbusa, powiedział:
– Te Finy to wcale nie dbają o swoje auta i na pewno jakbym wziął klucz fran- cuza, to podokręcałbym wiele śrub w tym aucie. Zapamiętałem to. Gdy pojecha- li, pożyczyłem ze stacji benzynowej klucz francuski, otworzyłem maskę od sil- nika i pierwszą śrubę, którą zobaczyłem, dociągnąłem na siłę kilka milimetrów!
199


Moje życiowe zwrotki i refreny
Miał rację, pomyślałem i dawaj dokręcać wszystko co się dało. Przy gaźniku były dwie śruby, które przechodziły przez jakiś bakelit. Gdy dociągałem jedną z ich, usłyszałem, jak coś trzasnęło. Patrzę, a kawałek bakelitu odpadł i widać w tej dziurze olej. Pobiegłem do recepcji i poprosiłem o kawałek taśmy, aby przykleić ten odłamany kawałek. Przejechałem się kawałek i wysiadłem sprawdzić, czy coś cieknie. No na razie nie, zobaczę jak będzie w trasie. W sobotę mieliśmy po- nownie podgrywanie do show z Ann-Christine (Anckie). Była widocznie tutaj stałym gościem. Na przerwie Tomek zagadał Tadkowi coś na temat rytmu, co oczywiście nie minęło bez komentarza. Po tej kontrowersji atmosfera między nimi była chłodna. Wkrótce nadszedł czas na ponowny „rozwód w zespole”. Przedstawiłem Tomkowi, jaka jest sytuacja, i dogadaliśmy się, że bez kompro- misu z obu stron dalej tak nie polecimy. Po kilku dniach napisałem krótki list do kierownika działu estrady Andrzeja Niemirskiego w Pagarcie, że od Nowego Roku będziemy prawdopodobnie grali ponownie z nowym pianistą. Poprosi- łem go również o zaświadczenie do urzędu celnego, w którym potwierdzi moją i Tadka ciągłość pracy w Finlandii. Następny miesiąc gramy w Tampere.
Mieszkanie mieliśmy znowu nad starą apteką przy rynku. Tutaj ponownie mieszkało kilka kapel. Tym razem inny muzyk miał dar do opowiadania kawa- łów i jeden zapamiętałem:
Tampere, listopad 1975, restauracja Oskarinhovi
Były pokazy samolotowe i po imprezie można było się przelecieć samolotem.
Jeden chłop odważył się i wsiadł do samolotu. Śmierdział wiochą, więc pilot po- stanowił, że pokaże mu, jak się lata, i po wzniesieniu się dał prawie pionowo nura w dół. Tuż przed ziemią wyprostował samolot i słyszy za plecami głos chłopa:
Pilot nie wiedząc, o co mu chodzi, wspiął się jeszcze raz i dał drugiego nura, tym razem jeszcze bardziej pionowo. Gdy przed ziemią wyprostował samolot, słyszy znowu za plecami:
– No, tego to się spodziewałem – i cisza.
Pilot nic nie kapując, postanowił naprawdę pokazać, co jego samolot potra- fi. Wspiął się jeszcze wyżej, dał nura w dół i gdy się podniósł przed ziemią, zrobił pętlę, lecąc przez chwilę do góry nogami, i gdy się znowu wyprostował słyszy za plecami:
– No, a tego to też się spodziewałem:
– Aaaa, tego, to się w ogóle nie spodziewałem!
Po wylądowaniu pilot pyta chłopa z ciekawości:
– Coś ty tam mamrotał, że się spodziewałeś i potem nie spodziewałeś?
– No, jak dałeś pan nura pierwszy raz, to się trochę posikałem, ale tego to się
spodziewałem. Gdy daliśmy drugiego nura, to popuściłem znowu w pory, tylko tym razem z tyłu. Tego też się spodziewałem. Ale gdy samolot odwrócił się do góry nogami i to wszystko ze spodni pociekło mi po plecach do karku, to tego się nie spodziewałem!
200


Click to View FlipBook Version