The Travellin’ Band
Obaj na słuchawkach jazzowaliśmy do późna w nocy. Arthur nagrywał te wypo- ciny na kasetę i słuchając potem, mieliśmy radochy co niemiara. Wysłuchaliśmy też całej płyty Gino Vannelliego. O! jakie aranże! Jeden utwór, który słyszałem wcześniej, zdecydowaliśmy włączyć do repertuaru. Arthur zaczął szukać akor- dów, a ja spisywałem tekst.
– Ciekawe jak Kaziu na to zareaguje – zastanawiałem się, bo nie był „grzeczny”.
– Łeee tam, nie przejmuj się. Musimy go tylko dopasować na trio – i dodał: – Słyszałem od ludzi, że w tym roku występował w Sopocie Kirka Babitzin z Finlandii.
Po odegraniu następnego tygodnia przyszła zaliczka i Arthur od razu oddał auto do miejscowego warsztatu, aby mu sprawdzili hamulce i wbili kolce w opony. Za tydzień ma katsastus (przegląd auta) w sąsiednim mieście Piek- sämäki. Wczesna zima zrobiła się na całego, spadło sporo śniegu i było –15 stopni. Po warsztacie w piątek Arthur odkopał auto ze śniegu i po dwunastej wcisnęliśmy się w trójkę na przednie siedzenie, bo tylnego nie było. Pamiętając, że w Pieksämäki kupiłem tanie płyty, gdy grałem tam z Vox Remedium, chcia- łem sprawdzić układy.
– Coś to ogrzewanie Arthurku kiepsko ci działa – powiedział Kaziu, zapina- jąc katanę pod szyją.
– W mojej toyocie też na początku ogrzewanie było do dupy – dodałem. – Było tak zimno, mówię wam, że Witkowi pękła flaszka coca-coli, którą miał za plecami.
Arthur przypalił następnego skręta i zjechaliśmy z głównej szosy w boczną drogę. Tutaj leżał śnieg ubity przez auta i wyglądało na to, że jest dość ślisko. Po obu stronach ośnieżone świerki ładnie wyglądały. Ujechaliśmy chyba z 400 m, gdy z przeciwka minął nas dupny TIR załadowany drzewem. Śnieg zawirował i przez chwilę nie było nic widać.
Wyjechaliśmy z lasu i droga zaczęła iść najpierw w dół, a potem na zakręcie pod górkę. Auto zarzuciło lekko dupą i zauważyłem jak Arthur ścisnął mocniej kierownicę.
– Tylko nie hamuj! – krzyknął Kaziu.
Auto zarzuciło mocniej w drugą stronę i gdy odbiło z powrotem, znajdowa- liśmy się na krawędzi drogi. W trzech sekundach przekoziołkowaliśmy na bok do rowu i wylądowaliśmy na dachu! Silnik zgasł i poczułem zapach benzyny. Przed oczami przeleciały mi w ułamku sekundy wszystkie filmy, w których auta się przewracają, a następnie wybuchają. Z trudem znalazłem klamkę od drzwi, wszystko było do góry nogami i nie wiadomo kiedy staliśmy już na drodze. Na- stąpiła cisza!
– Wszyscy cali!? – spytał Kaziu drżącym głosem.
Podciągając szalik pod szyję, kiwnąłem tylko przytakująco głową.
– Ależ Arthurku wylądowałeś! Całe szczęście, że nikt nie jechał z przeciwka –
dodał po chwili Kaziu.
301
– Co się stało? – krzyknął Fin, opuszczając szybę.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Staliśmy oszołomieni na poboczu i patrzyliśmy na podwozie toyoty. Spod maski leciała para i przednia szyba była mocno zgnieciona. Arthur bez słowa zapiął się pod szyją, a mną zaczęło trząść zimno. Po dłuższej chwili czekania przejechało jakieś auto i widząc nas, zatrzymało się.
– Ano, wylądowaliśmy w rowie – powiedział Kaziu i poprosił, aby przysłał kogoś, żeby wyciągnąć auto. Fin spojrzał na nas szeroko otwartymi oczami, kiwnął głową i pojechał w stronę motelu. Minęło długich dwadzieścia minut i mróz dawał nam już porządnie popalić. Stukając nogą o nogę, wypatrywałem, czy coś jedzie. W końcu usłyszeliśmy silnik traktora. Po chwili zatrzymał się ten sam Fin, który reperował Arthurowi hamulce. Ja nie czekając, spytałem, czy można wejść do szoferki, bo jest pirun kylmä (diabelsko zimno). Kaziu żarto- wał, że Fin zrobił mu bardzo dobre hamulce. Po zaczepieniu liny z boku za tylny most cofając się przewalił toyotę na koła. Następnie przełożył linę na przód i wyciągnął auto z rowu. Spytał Arthura, czy zaciągnąć auto prosto do warszta- tu. Arthur nadal w szoku, kiwnął mu przytakująco głową.
– Kto będzie jechał za mną?
– No, ja mogę, tylko dajcie mi jakieś rękawiczki, bo bez przedniej szyby to zmarznę do kości – podjął się Kaziu.
Dałem mu swoje rękawiczki i Kaziu po odgarnięciu z siedzenia szkła i śniegu wskoczył do szoferki. Przyczepiony krótką liną wpatrywał się przez szparę w przedniej szybie jak w czołgu. Arthur nareszcie się odezwał i tłumaczył się, że nic nie zdążył zrobić i już byliśmy w rowie. Po dobrej chwili dojechaliśmy do warsztatu i Kaziu zmarznięty wyszedł z auta, klepiąc się dłońmi po policzkach.
– Co teraz zrobimy z tym autem – spytał Fin, odczepiając linę.
Arthur spojrzał na Kazia i powiedział, żebym mu przetłumaczył, aby wykle- pał dach i wstawił przednią szybę. Kaziu powtórzył i dodał, że najlepiej gdyby znalazł używane części z purkamo (złomowiska). Fin obiecał, że w ciągu ty- godnia postara się to naprawić. Zmarznięci poszliśmy na piechotę do motelu, całe szczęście nie było daleko. W restauracji wzięliśmy po ciepłej kawie i Kaziu zaczął żartować z Arthura, że zrobił bardzo dokładny przegląd auta w lesie, bo aż do góry nogami go oglądaliśmy. Do końca dnia Kaziu nie popuszczał i przy- gadywał mu kilka razy.
W ostatnią niedzielę „Kassu” pojechał jak zwykle do domu, a ja z Arthurem znowu graliśmy w pokoju do rana nagrywając. Arthur słuchał dużo Chica Corea i w większości jego improwizacji było to słychać. Gdy Kaziu wrócił we wtorek, potwierdził, że na grudzień wracamy, według planu, do Aulanko. Grania będzie tylko pięć dni w tygodniu, ale mamy grać w czasie świąt znowu dla amerykań- skich emerytów i za to Hertell płaci podwójnie. W piątek Arthur odebrał auto. Gdy przyjechał wyklepaną toyotą, wyszedłem obejrzeć.
302
– Pomalował mi tylko kawałek dachu, bo z boków jako tako jeszcze wygląda. – A ile zabuliłeś – spytałem.
The Travellin’ Band
– Z szybą i malowaniem 660 marek – i dodał, że przegląd zrobi w Hämeenlinnie.
W sobotę po graniu spakowaliśmy graty i Kaziu pojechał od razu do domu. Ja z Arthurem zostaliśmy w motelu, aby się nie tłuc nocą z przyczepą. W niedzie- lę w południe kazałem Arthurowi jechać ostrożnie przede mną, abym miał go na oku.
Scena była pusta i z pomocą uczynnego portiera wnieśliśmy instrumenty. Od- stawiliśmy auta na parking i Arthur poszedł z kawą na balkon skręcać papiero- sy, a ja z ciuchami do pokoju. Gdy wróciłem, siedział już na słuchawkach i coś sprawdzał na pianie. Podszedłem, kopnąłem nogą w scenę i Arthur podskoczył jak oparzony. Spytałem, czy coś zjemy. Arthur zdjął słuchawki i kiwnął przyta- kująco głową. Jedząc, spytałem go, czy wie, kto przyjechał do nocnego klubu?
Hämeenlinna, grudzień 1977, hotel Aulanko
– Taki polski kwartet, Happy Band się nazywają – i dodał: – Widziałem, że taszczyli Hammonda B-3.
Po chwili przyszedł Kaziu i mówi, że ta druga kapela jedzie na przyszły mie- siąc do Norwegii i muszą wyruszyć o dzień wcześniej. Zagramy więc za nich sylwestra w nocnym klubie, a w restauracji zabukowali jakąś fińską orkiestrę. Gdy wychodziłem z kawą, weszła do auli ta nowa kapela. Przywitaliśmy się i po krótkiej gadce dowiedzieliśmy się, że Bogdan Strażyński „Strażak”, który gra na pianie i organach, jest kierownikiem. On jest z Krzycka pod Poznaniem, Le- onard „Lońka” Zakrzewski gra na basie i jest z Poznania, Jan Zieliński – pałker – też z Poznania, no i wysoki saksofonista, Jurek Karwowski. Poszliśmy razem zo- baczyć, jaki mają sprzęt. Świadomy tego, że my mamy dużo sprzętu na scenie, przyznam, że koledzy też zaszpanowali. Niedawno kupili sporo instrumentów z Niemiec od Langowskiej. Hammond B-3 na nogach prezentował się świetnie. Obok miał też piano, a na nim jakiś klawisz, chyba synth Oberheima.
– Mam u Langowskiej układy i jak coś potrzebujecie, to mogę wam pomóc – zaoferował się Bogdan.
– Inni handlują też u Mannys’a w Nowym Jorku, ale od Langowskiej przycho- dzi szybciej – i dodał, że nie trzeba się gimnastykować z amerykańskimi trans- formatorami prądu do europejskiego napięcia.
– Tak, słyszałem coś o tym – odezwał się Arthur – podobno niektórzy musie- li grać w „A”, aby usłyszeć „C”, a może było odwrotnie?
Była chyba pierwsza w południe, gdy następnego dnia otworzyłem oko. Po kawie podłączyłem aparaturę wokalną razem z restauracyjnymi kolumnami Shura. Ustawiłem je na leżąco z przodu jako monitory odsłuchowe.
– Noo! Teraz to ja też się słyszę – ucieszył się Kaziu.
Wieczorem było mało ludzi. Zreperowali podobno spieprzony decybelo- mierz nad kierownikiem sali i odruchowo wzrok leciał mi tam, aby sprawdzić jakiego koloru palą się lampy. Po graniu poszliśmy oczywiście posłuchać, jak grają koledzy z Happy Band. Jak to w tej branży bywa, gdy zespół zauważy, że
303
Moje życiowe zwrotki i refreny
koledzy podsłuchują, najczęściej gra swoje popisowe utwory. Zagrali nam od razu utwór Fantasy Earth, Wind & Fire. Lońka na basie bardzo fajnie grał i śpie- wał, a Jurek na saxie z Bogdanem dobrze podegrali mu rury. Słychać było, że są zgrani. Podobało mi się! Następnego dnia zerkając w auli w telewizor, zoba- czyłem, że prezentują jakiś nowy film muzyczny Saturday Night Fever, gdzie w głównej roli występuje John Travolta, a muzykę zrobił zespół Bee Gees. Pu- ścili jeden kawałek i nawet był fajny. Gdy go puszczą w Finlandii, to trzeba będzie obejrzeć. Dograliśmy już do połowy miesiąca, gdy pierwsza grupa ame- rykańskich rencistów zwaliła się do hotelu. Swingowaliśmy im standardy jaz- zowe i wiara tańczyła żwawo, nie szczędząc braw i było thank you, thank you...
– Fajna chałtura, nie? – powiedział Arthur, schodząc na ostatnią przerwę.
Gdy wróciliśmy, o dziwo, sala była prawie pusta. Kaziu podszedł do Pekka, dowiedzieć się, w co jest grane. Otóż emeryci mają jutro rano jakiś program i przewodnik zarządził im wcześniejsze spanko.
– Ale jaja – uśmiałem się. – A może i my skończymy wcześniej? – dodałem.
Po zagraniu dwóch kawałków, Pekka kiwnął jadłospisem, że możemy skoń- czyć. Kaziu zachwycał się nadal swoimi bębnami i zarządził próbę.
– A może weźmiemy to nowe disco Bee Geesów z tego filmu? – zaproponował Kaziu – mam je na kasecie.
– No to dawaj, spiszę sobie harmonię – zachęcił go Arthur.
Przez ten wysoki falset było łatwo wyłapać tekst i po chwili zaczęliśmy szukać z Arthurem tonacji, żebym wyrobił.
– Zostawimy to w „B” – zaproponowałem.
– Z „B”? – zdziwił się Arthur i dodał: – Niee, weź to z „A”, bo po czarnych nie będę się męczył.
– OK, spróbujemy.
I tak koledzy obciążyli mnie falsetowym utworem Night Fever i How Deep Is Your Love. Po próbie posłuchałem u siebie w pokoju radia, aby odpocząć od tych falsetów. ABBA znowu weszła na listę z następnym utworem Thank You for the Music. Arthur siedział jak zwykle na łóżku w słuchawkach i skubiąc pestki słonecznika, czytał książkę. Aby nie zostać na lodzie, Kaziu podzwonił po znajomych i złapał na styczeń zastępstwo Andrzeja Nowaka z Tampere. On grał często z saksofonistą Lucjanem Czaplickim, z którym Kaziu wcześniej przyjechał do Finlandii. Dobra, mamy pianistę na drugą połowę stycznia. Co- dzienne pogawędki z kolegami z Happy Bandu spowodowały, że czas zleciał nam miło i szybko. Zbliżały się święta i przed Wigilią musieliśmy w pierw- szym bloku grać Joulu laulut, czyli fińskie świąteczne piosenki na ludowo. Melodie były bardzo krótkie, w najlepszym wypadku dwie, trzy linijki i po- wtarzanie ich po sześć-osiem razy robiło się monotonne. Arthur kombinował zmieniać sound w organach i przeskakiwał na Clavinet i skrzypy, aby urozma- icić. W Wigilię graliśmy trzy godziny, a w drugi dzień świąt już normalny wie- czorek między choinkami.
304
Zadowoleni, że za- robimy trochę extra, dowiedzieliśmy się, że na styczeń mamy krótki przerzut, bo je- dziemy do miejscowo- ści Lahti, do restaura- cji Musta Kissa. Dzień przed sylwestrem Happy Band wyjechał raniutko i przenieśli- śmy instrumenty do nocnego klubu. Po po- łudniu zjawiła się w re- stauracji fińska orkie- stra Pertti Metsärinne Sexteti i konferansjer Olavi Sile. Po odegra- niu fajnego sylwestra Arthur wtaszczył na balkon pedał basowy od Hammondów.
The Travellin’ Band
– Zostawię tutaj, bo
i tak go nie używam. The Travellin’ Band, od lewej: ja, „Kassu” Kawka, Arthur Kraśko
Następnego dnia po-
spaliśmy sobie dłużej, bo do Lahti było tylko 75 kilometrów.
W południe, po obowiązkowej kawie, zaczęliśmy się zwijać.
– Arthur, ja podjadę z przyczepą pod drzwi wejściowe OK?
Założyłem katanę i wyszedłem. W nocy musiało być dość zimno, bo było
sporo skrobania lodu z szyb. Po odgarnięciu śniegu z przyczepy podjechałem pod drzwi.
– Zostaw go zapalonego, to ci się rozgrzeje – zaproponował Arthur, taszcząc wzmacniacz SG.
Na drzwiach wisiał już nowy plakat, że w styczniu gra tutaj humppa orkesteri Ilkka Hemming z Kiviset. Od portiera pożyczyliśmy wózek, aby załadować na niego Hammondy.
– Ależ to bydlę ciężkie! – westchnąłem.
– Za każdym razem ważą więcej – narzekał Kaziu.
– No, podsuwaj ten wózek, bo dłużej już nie wyrobię – pogoniłem Arthura.
– Dobra, dobra opuszczaj.
Popchaliśmy go do wyjścia, narzekając znowu na dywany przed drzwiami.
Wstawiliśmy je na przód przyczepy, aby tylne koła w mustangu nie wpadały mi 305
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
łatwo w poślizg. Leslie miało swoje kółka, więc po prostej było lekko je pchać, ale po schodach już trudniej. Rączki były zamontowane za wysoko i pudło obi- jało się nam o nogi.
– Aj! – jęknął kilka razy Arthur, łapiąc się za kostkę.
– Kaziu, my idziemy na górę spakować ciuchy.
– Dobra, ja wrzucę bębny do swojej bryczki, a centralny do przyczepy i będę
na was czekał w auli.
Spakowaliśmy płyty, kasety, ciuchy i zjechaliśmy windą. Kazia znaleźliśmy
w kuchni. Siedział na skrzynce po piwie i popijając kawę, gadał z kierownikiem. – No to, ja jadę pierwszy – zaproponował.
– Dobra, tylko nie gazuj – powiedziałem, otwierając drzwi.
Była druga po południu, niebo pochmurne i nadal mrozek. Minęliśmy dwo-
rzec i zerknąłem w lusterko – Arthur trzymał się za nami. Trochę po trzeciej po południu zatrzymaliśmy się przed restauracją Musta Kissa.
– Takie krótkie przerzuty to ja lubię – cieszył się Kaziu, zamykając drzwi auta.
Scena była bardzo mała pod takim baldachimem czy kwadratowym parasolem. Rozstawiliśmy większość gratów jeden na drugim. Na leslie Arthura stał jego wzmacniacz SG, było ciasno.
Lahti, styczeń 1978, restauracja Musta Kissa
Chatę mieliśmy obok rynku, blisko restauracji. Po paru dniach Arthur zrobił rundę po mieście i wrócił z nowiną, że jest przecena na fajne kozaki i kurtki Wranglera. Poszliśmy obciąć te zniżki. Kurtka była podbita białym barankiem i nawet dość długa, tylko rękawy były na mnie trochę za krótkie. Ale gdy zoba- czyłem cenę 99 marek, to pomyślałem, że dosztukuję mankiet ze starych jean- sów i kupiłem ją. Pierwszy tydzień zleciał nam szybko. W sobotę przyjechała One, żona Arthura, i po chałturze pomogliśmy mu załadować Hammonda do toyoty. Jakby był o trzy centymetry szerszy, toby się nie zmieścił. Teraz wszyst- ko ma na styk.
– No to życzę wam miłej podróży do Suwałk i wracajcie cało – powiedziałem, żegnając ich.
Restauracja Musta Kissa w Lahti
W poniedziałek przyjechał Andrzej Nowak z Tampere i jak muzyczne klauny odegraliśmy pierwszy wieczór z kapelu- sza. Andrzej grał stylowo, ale z samym pianinem bez Hammondów brzmiało teraz cienko. W ciągu tygodnia dowie- dzieliśmy się, że w przyszłym miesią- cu gramy w Helsinkach w Klubie Marski obok giełdy. Minął ostatni dzień pracy i pożegnaliśmy się z Andrzejem zadowo- leni, że za chwilę Arthur wróci z Polski.
306
ARCHIWUM AUTORA
Następnego dnia wyjechaliśmy do Helsinek.
The Travellin’ Band
– Żeby tylko nie dał plamy i zjawił się na czas, bo inaczej będzie pierdziawka – martwił się Kaziu.
Zaparkowałem mustanga z przyczepą na chodniku główniej ulicy Mannerheimin- tie przed wejściem do hotelu. Zszedłem na dół i ulżyło mi. Arthur już czekał na nas na scenie. Nosząc sprzęt, opowiadał o przepałkach w Polsce. Nocny Klub Marski był dostępny tylko dla członków tego klubu. Mieścił się w podziemiach w kształcie litery T. Ze sceny było widać na wprost tylko dwa stoliki. Jeżeli obok byli goście, a te na wprost były wolne, to wydawało się, że gramy do pustego lokalu. Dobrze wy- tłumaczyłem? No! Tak jak przewidywaliśmy, mieszkanie i jedzenie w Helsinkach nie było najlepsze. Ponieważ klub był zamknięty w dzień, często robiliśmy próby lub przesiadywaliśmy obok na giełdzie, czyli w kawiarni Kolme Kreiviä. W połowie miesiąca nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie gramy w przyszłym miesiącu.
Helsinki, luty 1978, Marski Club
– Kaziu, ja mogę spytać znajomego dyrektora w Pieksämäki, czy ma zaklepa- ny przyszły miesiąc?
– No to dzwoń.
Jeszcze na giełdzie wykręciłem z automatu i miałem szczęście, zastałem Eero. On miał zabukowany jakiś miejscowy zespół, ale coś nie wypaliło i właśnie
miał zamiar dzwonić i szukać innego.
– Spadłeś mi Andre jak z nieba – ucieszył się.
Ja chyba ucieszyłem się więcej od niego. Eero obiecał, że za chwilę zadzwo-
ni do Hertella i nas zabukuje. Siadając przy stoliku, powiedziałem z lekką dumą, że właśnie załatwiłem dla nas robotę na przyszły miesiąc. Kaziu klep- nął mnie po ramieniu i postawił mi kawę. Od znajomych, przy stoliku obok, dowiedziałem się, że Danuta z The Blue Birds gra teraz na promie Ånedin Linjen między Sztokholmem a Maarianhaminą i nazywają się Dana & Sinners oraz że Marek Lewandowski zjechał
Sklep MS-Audiotron, od lewej: sprzedawca Carbo Lintinen, „Kassu” Kawka, Andrzej Janczak
z Bogdą do Polski i stworzyli z Jurkiem Krzemińskim, Maćkiem Czajem, Alexan- drem Mrożkiem, Ryszardem Cymerma- nem i Kazimierzem Cwynarem Grupę – T. Grają teraz przez Estradę. W dru- giej połowie miesiąca Kaziu wpadł na pomysł, że podmieni u „Saary”, taką ksywę miał Matti Sarapaltio, właści- ciel sklepu MS-Audiotron, swoje bębny Fibes na Sligerlanda. Tłumaczył się, że będzie więcej kopa. Pojechaliśmy do sklepu na Kiskontie. Kaziu targował się dość długo ze sprzedawcą Carbo.
307
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
W końcu dogadał się, że juto przywiezie swoje, a teraz weźmie już nowe. Po załadowaniu wróciliśmy do klubu. Całe popołudnie zeszło na strojeniu bębnów. Wieczorem między utworami Kaziu nadal kręcił kluczem przy kotłach. Wiado- mo, nowe. Następnego dnia pojechałem z nim oddać stare bębny. Rozglądając się po półkach z używanymi gratami, znalazłem ZeroLight – pudełko wielkości paczki kawy.
– Juha czy to jest do świateł? – chciałem upewnić się u sprzedawcy.
– Kyllä (tak).
Model ten był bardzo prosty. Miał dwie możliwości lights on sound i manual-
ny dimmer do przyciemniania.
– Za ile mi to opchniesz? Przypomnę ci, że właśnie pałker kupił u was bębny,
a na tym się nie skończy, no?
– Masz rację, potrzebne są nam światła – pochwalił mnie Kaziu.
O moim poprzednim patencie świateł opowiem mu innym razem, pomyślałem. Juha dał mi jeszcze trzy wtyczki w tej samej cenie i byliśmy zadowoleni.
Późnym wieczorem, w strasznej śnieżycy, dojechaliśmy cało do Savonsolmu. Po szybkim przywitaniu się z dyrektorem zaczęliśmy rozpakowywać instru- menty. Mieszkanie mieliśmy, tak jak poprzednio z Vox Remedium, w mieście. Sprawdziliśmy, czy wszystko jest w porządku i pojechaliśmy do chaty. Obmy- liśmy się i w ciuchach służbowych poszliśmy wcześniej do restauracji, aby coś zjeść. Pamiętając, jaka publika tu przychodzi, powiedziałem do Arthura, że w pierwszej godzinie to tylko fiński repertuar się liczy. Wieczór zleciał nam szybko, bo graliśmy tylko cztery bloki. Pod restauracją było disco, więc zeszli- śmy sprawdzić, co się tam dzieje. Kilka utworów mi się spodobało i spytałem DJ-a, czy mi je odegra. Zgodził się. Po dwóch dniach wpadł do nas na górę i dał mi kasetę. Następnego dnia w spokoju zamontowałem wtyczki i zawiesiłem moje kolorowe światła. Teraz to był szpan! Kaziu poznał któregoś wieczoru ja- kiegoś fotografa z miejscowej gazety, który zaproponował, że zrobi nam tanio zdjęcia. Ja wyciąłem z żółtego kartonu litery Travellin’ Band i pomalowałem je dookoła czarnym tuszem. Pożyczyłem z recepcji taśmę i przykleiłem na cen- tralny Kazia. Odwaliliśmy się w ciuchy i coś mi odbiło, zgoliłem brodę na Nie-
Pieksämäki, marzec 1978, hotel Savonsolmu
mena, zostawiając tylko boki.
Poniższe zdjęcie przed bębnami Kazia powiększyliśmy i zaczęliśmy wieszać
na drzwiach wejściowych do restauracji.
Z tych zdjęć na scenie możecie sobie wyobrazić, ile mieliśmy do noszenia. Następnie przebraliśmy się w jeansy i zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć. Produ-
cenci jeansów powinni nas za to sponsorować. W sklepie Sokos kupiłem prze- cenioną płytę Stuff i trafiłem w samą dychę. Grali na niej Richard Tee – piano, na bębnach – Stive Gadd, na gitarze – Eric Gale i basista – Gordon Edwards. Była to bardzo relaksowa płyta z dobrą muzyką. Sporo soundu i stylu pożyczyliśmy
308
The Travellin’ Band
Siedzimy przed perkusją The Travellin’ Band, od lewej: Kasimi „Kassu” Kawka, Bogdan Arthur Kraśko, Andrzej Andre Janczak
od nich i wzięliśmy jeden utwór do repertuaru – Do you – Want Some of This. Tutaj przydał mi się nabyty pedał Small Stone, a Arthurowi Envelop Filter Electro-Harmonixa na Clavinet i jego nowe echo Morleya na piano. Tak, często coś się dokupowało, z tymi efektami i ze spłacaniem nie ma końca... Potem za namową Arthura przegrałem płytę Briana Augera. Ależ on wymiata na or- ganach Hammonda!
Arthur wysłuchiwał go nocami. Na ostat- nią sobotę przyjecha- ła fińska piosenkarka Lea Laven ze swoim ze- społem, gdzie na basie grał nasz znajomy Fin, Leo Luoto. Arthur za- żartował, że mają tyle liter „L” w nazwiskach, więc powinni się na- zywać „4-L”. Korzysta- li z naszego sprzętu,
Na scenie
309
ARCHIWUM AUTORA ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
oprócz gitarzysty, więc ominęło nas znosze- nie. Po tym miłym mie- siącu mamy przerzut do Kotki, do restauracji Itämeri. Tam podobno grywają dobre kapele, jak na przykład popu- larne Black & White. Podziękowaliśmy dy- rektorowi Eero i po- żegnaliśmy z persone- lem. Do Kotki mieliśmy ponad 200 kilometrów.
Na scenie
O zmroku wjechaliśmy na ulice Kotki i według mapy, którą przestudiowałem wcze- śniej, restauracja powinna się znajdować w centrum w pasażu między dwiema ulicami. Grałem tutaj poprzednio z Vox Remedium, więc pamiętałem trochę. Zna- lazłem pasaż, wjechaliśmy na chodnik i mijając sklep muzyczny Fazera, podjecha- liśmy pod knajpę. Potem windą na ostatnie piętro. Dyro przywitał nas i częstując kawą, dał nam klucze do chaty, tłumacząc, że mieszkanie znajduje się w porcie nad restauracją Palski. Winda ułatwiła nam tachanie drobnych rzeczy. Na koniec wyciągnęliśmy z doczepy Hammonda Arthura. Stanęliśmy przed windą i zaczę- liśmy kombinować, jak to bydlę wstawić do środka. Próbowaliśmy na wszystkie strony, nawet na sztorc i nie mieściły się! Spojrzeliśmy niechętnie na kręte, wąskie schody i – chciał nie chciał – trzeba będzie je tą drogą wnieść. Poprosiliśmy por- tiera o pomoc i stękając co drugi stopień, przeklinaliśmy po fińsku. W końcu we- pchnęliśmy je na scenę i zziajani usiedliśmy na chwilę przy stoliku. Wypaliliśmy po papierosie i zaczęliśmy się rozkładać. Po godzinie wszystko było podłączone. Pojechaliśmy do mieszkania. Były to dwa pokoje na drugim piętrze, a pod nami ta restauracja, w której Darek Witkowski chałturzył kiedyś jako trubadur. Po prze- prasowaniu koszul poczłapaliśmy pieszo do roboty. Nie było daleko. Akustyka na scenie była dobra. Gruba kurtyna na tylnej ścianie wytłumiała dobrze i mogliśmy przykadzić trochę głośniej. Na drugiej przerwie zjedliśmy żarcie prawie na stojaka, bo kuchnia była maleńka. Zmęczeni, ale zadowoleni z pierwszego wieczoru, wró- ciliśmy do chaty. Restauracja na dole była już zamknięta, ale na drugim rogu obok było słychać śmiech ludzi wychodzących z restauracji Kairo.
Kotka, kwiecień 1978, restauracja Itämeri/Meriniemi
– Ciekawe kto tam gra?
– Wpadniemy jutro i zobaczymy.
Następnego dnia przed południem otworzyłem oczy i zerknąłem przez okno,
czy mustang stoi na dole i co widzę – polską flagę! 310
ARCHIWUM AUTORA
– Ty, Arthur, polska flaga na kominie statku.
The Travellin’ Band
Widok tego małego towarowego statku przypomniał mi, jak Witek Piwoński zasiedział się i wpadł w panikę, gdy przeholowali statek z jednego miejsca na drugie.
– Dobra, idziemy – pogonił nas Arthur, przypalając skręta.
Po drodze wstąpiliśmy do Kairo.
– Tu chyba gra jakieś duo, bo mają tylko bębny i fińskie organy WLM – domy-
ślał się Kaziu.
Pijąc w knajpie kawę, Kaziu zaczął liczyć, ile szmalu mają nam zwrócić za
podróż.
– Kurczę mało wychodzi, będzie pierdziawka – i poszedł do dyrektora
z kwitem.
Arthur podłapał gazetę z sąsiedniego stołu, mówiąc, że trzeba sprawdzić, co
dają w kinach.
– No i na ten polski statek musimy wpaść – zaproponował Kaziu siadając. Kaziu odliczył za telefony do agencji i podzielił szmal, dodając, że w niedzie-
lę restauracja jest zamknięta, więc posiłki mamy w tej drugiej knajpie. Wy- piliśmy jeszcze po kawie i poszliśmy na dół do sklepu muzycznego. Z instru- mentów nic specjalnego nie wpadało nam w oko, więc polecieliśmy znowu po płytach i Arthur dorwał w kasetach jakiś soul Labelle. Przeszliśmy się po tej „głównej” ulicy w obie strony i zauważyliśmy, że w drugiej restauracji Ruotsin- salmi gra akurat Black & White, gdzie m.in. Buscher gra na basie, Eero „Eppi” Raivio na gitarze, jest dobry pałker Martti „Mara” Koivuniemi oraz Edek „Eetu” Stycz, którego Kaziu bardzo zachwalał. Nie musieliśmy długo czekać, bo tego samego wieczoru konkurencja zwaliła się, mając przerwę. Stanęli w drzwiach w jednakowych ciuchach i przesłuchiwali nas. Tak jak wspomniałem, wtedy ze- społy grają popisowe utwory. Gdy Kaziu ich zauważył, nabił dla jaj tango! Do- piero gdy mieli wychodzić, zagraliśmy Nature Boy. Widocznie podobało się, bo klasnęli po dżentelmeńsku nad głową. Tutaj dodam, że dobrego muzyka wy- czuje się również i w tangu... Po graniu podszedł jakiś facet i zagadał do nas po polsku. Okazało się, że to marynarz z tego statku, który stoi przed naszy- mi oknami. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że celnicy nie znaleźli wszystkiej gorzałki i sporo jeszcze mają schowane w suficie kabin. Oczywiście wprosiliśmy się. Poczęstowali nas również polską wędliną. Oj jak smakowała!
– Dawno się takiej wędliny nie jadło – powiedziałem.
– A może panowie mają polskie papierosy do sprzedania – zainteresował się Arthur.
Okazało się, że mają giewonty i carmeny. Sprawdziliśmy kasę i kupiliśmy po kartonie. Dochodziła chyba trzecia w nocy, gdy podziękowaliśmy za gościn- ność, zapraszając ich do nas do restauracji. Następnego dnia spaliśmy do trze- ciej po południu.
– Kto idzie ze mną do restauracji na kawę – spytałem.
311
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Poczekaj chwilę niech oprzytomnieję – powiedział Kaziu, przypalając papierosa.
– Ja nigdzie nie idę – wymamrotał Arthur i przekręcił się na drugi bok. Wieczorem, po graniu, Kaziu zwinął swoje manatki i pojechał do domu.
Ja spytałem kierownika, czy możemy przyjść w niedzielę wieczorem poćwi-
czyć. Zgodził się i dał nam klucze, prosząc abyśmy dokładnie sprawdzili, czy drzwi wejściowe są zatrzaśnięte, gdy będziemy wychodzić, bo pod restauracją są jakieś biura. W niedzielę zjedliśmy w Palskim smaczny obiad i Arthur wyczy- tał w gazecie, że są dwa dobre filmy w kinach, zaczynają się jeden po drugim.
– Może wezmę mustanga i obskoczymy oba?
– A wiesz, że to nie jest głupi pomysł – zachęcił się Artek.
Jak powiedzieli, tak zrobili. Zaparkowałem auto bardzo blisko drzwi wyjścio-
wych pierwszego kina i usiedliśmy z brzegu w rzędzie, aby mieć blisko do wyj- ścia. Gdy pokazał się napis END, wstaliśmy i daliśmy w rurę do drugiego kina. Prawie cztery godziny przesiedzieliśmy na dupie i gdy wyszliśmy po drugim filmie, poczułem jak z lekka boli mnie głowa. Pojechaliśmy z powrotem do re- stauracji. W kuchni wzięliśmy po coca-coli i po włączeniu gratów zaczęliśmy improwizować. Wpadło nam do głowy, że zrobimy jakiś protest song. Po na- graniu na magnetofonie Arthura przełożyłem kasetę do mojego i włączyłem go na dwa kanały do aparatury wokalnej. Teraz odgrywając z mojego magnetofo- nu, dogrywaliśmy na nową kasetę. Aby szumy nie wzrastały, dograliśmy tylko raz solówkę Arthura, a ja jednocześnie dostukałem na bębnach Kazia oraz na strasznie dużym echu zaśpiewałem pod koniec, nie wiem dlaczego, Hiroshima- aaaa! Pewnie klimat tej muzyki jakoś to zasugerował. Graliśmy tak do godzi- ny trzeciej w nocy. W mieszkaniu wsłuchiwaliśmy się w nasze wypociny. W po- niedziałek wrócił Kaziu i zameldował, że na przyszły miesiąc mamy jechać do Mikkeli do nowo wybudowanego hotelu pod miastem. Pochwalił się też, że podmienił w aucie radio i teraz ma jakiegoś strasznego Pioneera z głośnikami przykręconymi nad głową pod dachem.
– Ależ to panowie daje – zachwalał.
Tego samego wieczoru pojechaliśmy do roboty saabem Kazia, aby posłuchać nowego stereo. Faktycznie było dobre. Wieczór minął prawie jak jeden z wielu. W ostatnim bloku znowu było przesłuchanie z drugiej kapeli. Po graniu puści- liśmy Kaziowi nasze wypociny z niedzieli, czyli Hiroshimę. Raptem słyszę, jak trąbi mój alarm w mustangu. Podbiegliśmy do okna, ale nikogo tam nie było.
– Widocznie silny wiatr go poruszył – powiedziałem, gdy alarm ucichł.
I przeskoczyliśmy raptem na rozmowę o autach. Według Kazia zimą na przed- nim napędzie jest bezpieczniej i dodał:
– A tutaj muszę wam koniecznie opowiedzieć, jak dwóch muzyków z innej kapeli dyskutowało na ten temat. Jeden podobno jechał nocą z Helsinek do Tampere po lodowatej szosie 140 na godzinę i chwalił się, że auto szło mu jak po torach. Na to drugi muzyk powiedział, że on pieprzy głupoty, bo jak wpadnie
312
The Travellin’ Band
w poślizg, to nawet przedni napęd mu nie pomoże. Ten z przednim napędem zaproponował drugiemu, że przejadą się i on mu udowodni. A tam takie pie- przenie, upierał się ten drugi, sąsiad też miał z przednim napędem i rozwalił się niedawno, a jest zawodowym kierowcą. Po chwili brakło temu z przednim na- pędem argumentów i wyrwało mu się:
– A wiesz co? Ty ku...wa grasz tak jak jeździsz!
– Tak?! No to od jutra znajdź sobie lepszego kierowcę i lepszego pianistę – bo ja mam to gdzieś!
Praktycznie kapela rozleciała się przez taki drobiazg. Całe szczęście następ- nego dnia przeprosili się za wczorajszą wymianę poglądów i zespół kontynu- ował pracę! Ha, ha, ha, tak jak w rodzinie, bywają różne dni i humory...
Do końca miesiąca nie było w porcie polskich statków. Edek Stycz wpadł do nas jeszcze dwa razy i „obgadaliśmy” nieobecnych... „Wygadał się”, że mamy fajny repertuar i dodał, że podoba mu się to, co gramy.
– Wcale tego nie bierzcie na serio, bo Edek nam tu kadzi – żartował Kaziu.
Edek zdradził, że w przyszłym miesiącu idzie grać do fińskiego piosenkarza Markku Aro. O! Następny „rozwód”. Nie pamiętam od kogo się dowiedziałem, że kolega Witek Piwoński gra teraz w Niemczech w zespole pod nazwą So-So Show Group i mieszka w Hanowerze.
W ostatnim tygodniu dyrektor spytał nas, czy moglibyśmy zagrać pierwsze- go maja na otwarcie ich letniej restauracji Meriniemi. Ponieważ w Mikkeli za- czynaliśmy dopiero od trzeciego maja, więc pasowała nam ta extra chałtura. A w święto zażyczyliśmy sobie podwójną stawkę. Stary zgodził się. Po zagra- niu ostatniego wieczoru następnego dnia przewieźliśmy instrumenty do let- niej restauracji.
– Ależ tu, kurczę, zimno – powiedział Kaziu, wchodząc ze statywami na scenę.
– Wielka ta restauracja jak stodoła, ciekawe, ile ludzi tu wchodzi – zastana- wiałem się.
– Weź Kaziu powiedz im, żeby włączyli jakieś ogrzewanie, bo palce mi ze- sztywniały – narzekał Arthur.
Okazało się, że tutaj nie ma żadnego ogrzewania i dopiero gdy kucharze włączą kuchnię i kelnerki zapalą świeczki na stołach, będzie trochę cieplej.
– Andrzej odsuń trochę swoją kolumnę na bok, bo mam ją prosto w uchu, przecież jest dużo miejsca.
– To będziemy głośniej dzisiaj grali? – spytałem.
– A, możemy im trochę przykadzić na zakończenie – rozochocił się Arthur. Sprawdziliśmy aparaturę, grając kawałek utworu Oye Como Va. Wieczorem
w restauracji był full. Sama młodzież, chyba po raz pierwszy zostali wpuszcze- ni do restauracji. Na podkręconej aparaturze grało się fajnie. O wpół do drugiej zadaliśmy im ostatni utwór i Kaziu poszedł do kuchni skasować za chałturę.
Po spakowaniu się pojechał od razu do domu. Następnego dnia zadzwoni- łem do restauracji Varsavuori w Mikkeli i spytałem, czy możemy przyjechać
313
Moje życiowe zwrotki i refreny
o jeden dzień wcześniej. Nie było problemu, w południe wsiedliśmy z Arthu- rem w bryczki i daliśmy w rurę. Do Mikkeli mieliśmy tylko 158 kilometrów przerzutu, słoneczko świeciło i czuć było wiosnę.
Przed drzwiami wejściowymi stał autobus i fińscy muzycy wynosili instrumen- ty. W przejściu poznałem tego fińskiego śpiewaka Kissu. Obok recepcji wisiał duży plakat, że w Vaappu (1 Maja) grał tutaj Kissu ze swoją kapelą. A obok kto? Powiększone nasze nowe zdjęcie z napisem – „Erinomainen (doskonały) The Travellin’ Band gra cały maj”. W recepcji dostaliśmy klucze od pokoju w hotelu i po wniesieniu walizek poszliśmy do restauracji zobaczyć scenę.
Mikkeli, maj 1978, hotel Varsavuori
– O kurczę, okrągła scena pod schodami, jak my się tu pomieścimy?
Na sali było prawie pusto. Weszliśmy do kuchni i przywitaliśmy się. Mieli akurat żarcie dla personelu, więc załapaliśmy się na sępa. Po obiedzie wnie- śliśmy instrumenty. Wieczorem pogapiliśmy się trochę na telewizję, a potem poszliśmy do pokoju posłuchać muzyki. Na nowym miejscu spało mi się wy- śmienicie. Gdy rano wstałem, Arthura już nie było. Ubrałem się i po chwili idąc korytarzem do restauracji, zauważyłem, że jest na tarasie i opala się rozwalony na plastikowym krześle!
– Co ty pacanie chcesz się przeziębić? – spytałem, uchylając drzwi. – Spokojna głowa, tutaj w słońcu jest bardzo ciepło, spróbuj.
– Może innym razem, teraz idę na kawę się obudzić, idziesz ze mną? – Poczekaj chwilę, tylko założę koszulę.
Po południu zjawił się Kaziu i tak jak się domyślaliśmy zaczął narzekać, że na scenie ma za mało miejsca na statywy do czyneli.
– A może zestawimy leslie z boku na parkiet – zaproponowałem i przypo- mniało mi się znowu, jak Spidersi zbierali na nim boki.
Spróbowaliśmy i zostawiliśmy tak na pierwszy wieczór. Na kawie Kaziu po- wiedział, że obgadał z dyrektorem w Aulanko, że możemy zagrać tam trzy mie- siące pod rząd, ale są tylko cztery dni w tygodniu, pasuje wam to?
– No, odpadną nam przerzuty – odpowiedziałem.
Jednocześnie wpadło mi do głowy, że w te trzy miesiące będę miał czas na wyremontowanie silnika w mustangu, bo coś mi przeskakuje w skrzyni biegów.
– Dobra, to jutro zadzwonię do Aulanko i zaklepię to.
Następnego dnia rano znowu świeciło słoneczko i Arthur poszedł na taras się opalać. Ja z Kaziem przejechaliśmy się do miasta. Zatrzymaliśmy się obok re- stauracji Nuijamies i gdy wyszliśmy z auta, od razu usłyszeliśmy polską mowę. Przy stolikach stojących na chodniku siedziało trzech chłopaków z lodami w ręku. Podeszliśmy do nich i po krótkiej gadce dowiedzieliśmy się, że są z Kra- kowa i przyjechali przed dwoma miesiącami. Oni niestety grali w te same dni co my, tak że nie mogliśmy się odwiedzić wieczorem. Jacek Leski, grający na pianie, słyszał o nas od innych muzykantów i podał mi swój adres do Krakowa, o ile
314
The Travellin’ Band
bym tam kiedyś zabłądził. Z nim grała na skrzypcach Rozalia Czureja z Nowego Targu, na basie Waldemar Ożóg z Częstochowy i Leopold Kozłowski z Krakowa. Piotr Chybiński z Pagartu załatwił im tę trasę.
– O, zobacz Kaziu, po drugiej stronie na rogu jest ta restauracja Pillinki, gdzie w 1972 zagrałem mój pierwszy wieczór w Finlandii i właśnie tutaj w Mikke- li kupiłem mustanga. Gdy wróciliśmy do hotelu, Arthur powiedział, że szef re- stauracji coś tam mu mówił o podgrywaniu do show w piątek i w sobotę. Kaziu poszedł do kuchni dowiedzieć się, w co jest grane. Wrócił i powiedział, że znany aktor i piosenkarz Vesa-Matti Loiri ma show i mamy mu podgrywać.
– A to ten zgrywus z tych fińskich filmów – dopiero teraz go sobie skojarzyłem. – On gra też na flecie – i dodałem – podgrywałem mu do show w Oulu.
W piątek w południe zjawił się „Vesku” (Vesa-Matti Loiri) z synem. Zaprosił
nas do siebie do pokoju i szybko przelecieliśmy przez jego materiał. Umówili- śmy się, że gdy goście się zmyją po obiedzie, to zrobimy próbę. Około piętnastej zeszliśmy do restauracji. Vesa, trzymając flet w ręku, odśpiewał swoje utwory, podgrywając solówki na flecie. Na zakończenie poprosił, abyśmy zagrali instru- mentalnie Gogilla, bo on ma taki „cyrkowy” numer ze statywem od mikrofo- nu. Wieczorem show zleciał nam szybko. Vesa na zakończenie przechodził pod boomem statywu pochylony do tyłu i za każdym razem go obniżał. Publika była zachwycona. Dostał kwiaty i odśpiewał jeden extra numer na bis. Potem po- gadaliśmy z nim jeszcze z godzinę. W sobotę wieczorem w restauracji był full. Piętnastego przyszło zawiadomienie z poczty, że w urzędzie celnym mają dla mnie paczkę z USA. Pojechałem odebrać. Oni nawet nie otwierając, policzyli cło i po zapłaceniu około stu marek wróciłem do hotelu. Otworzyłem i jak te nowe części do mustanga ślicznie wyglądały. Zamówiłem je w dwóch rzutach, aby cło było minimalne. Pod koniec miesiąca lub na początku następnego powinna przyjść następna paczka. Osiemnastego, w sobotę, była Eurowizja, którą oglą- daliśmy w przerwach. Wygrał Izrael utworem A-Ba Ni-Bi. W ostatnim dniu za- uważyłem, że wywiesili w drzwiach nowy plakat.
– O! Markku Aro będzie grał po nas – przeczytałem na głos.
– Ciekawe czy Edek jest już z nimi.
– Markowe kapele tutaj przyjeżdżają – odparł żartobliwie Arthur. – Oczywiście, m.in. Travellin’ Band – dodał Kaziu z uśmiechem lisa.
Jesteśmy na „starych śmieciach”. Rozstawiliśmy się jak poprzednio i następne- go dnia zabraliśmy się z Kaziem do sklepu muzycznego po pałki.
Hämeenlinna, czerwiec 1978, hotel Aulanko
Gdy oglądaliśmy płyty, właściciel Risto wepchnął mi na siłę używany wzmac- niacz Acoustic na próbę.
– Spróbuj, porównaj i pogadamy – mówił.
Trzy dni porównywałem i nie słyszałem aż tak dużej różnicy. Być może dla- tego, że szukałem podobnej barwy. Byłem przyzwyczajony do mojego Peaveya
315
– Zaśpiewaj Leila na drugie – podpowiedział Kaziu.
Moje życiowe zwrotki i refreny
i oddałem Acoustica. Po tygodniu dostałem resztę części do mustanga. Załado- wałem wszystkie do bagażnika i pojechałem z Kaziem do jego znajomego zo- stawić mustanga do remontu. Po dwóch tygodniach odebrałem go i według za- leceń mechanika powinienem teraz wolno jeździć, aby dotrzeć silnik i potem wymienić olej. Stęskniony za autem, wyjechałem na szosę o pierwszej w nocy. Ruch był mały, a ci, co mnie wyprzedzali, patrzyli zdziwieni, dlaczego jadę takim autem tylko sześćdziesiątką? Przejeździłem kilka nocy, ale coś mi się nie zga- dzało, bo z jednej rury kopciło więcej. Oddałem auto, aby sprawdzili i okazało się, że jeden pierścień był pęknięty na czwartym tłoku. Widocznie przy zakła- daniu to się stało. Mechanik miał na szczęście pierścień na składzie i po dwóch dniach zacząłem znowu docierać. Nadszedł Juhannus (Świętego Jana) obcho- dzony w Finlandii tradycyjnie z wielką pompą. Gdy wieczorem weszliśmy do restauracji, kierownik poinformował nas, że na sali siedzi młoda para i proszą o fińskiego Häävalssi (walc weselny). Arthur zrobił taką minę, jakby zjadł suro- wego śledzia i mrucząc pod nosem, zaczął szukać w nutach. Obok leslie na pod- łodze leżała ich sterta. Po dłuższej chwili znalazł. Po nabiciu „y-ka-ko” polecie- liśmy. Młoda para tańczyła najpierw sama, a reszta towarzystwa stała dookoła i klaskała w dłonie, nie wszyscy jednak do taktu.
Teraz teściu zatańczył z panną młodą, a pan młody z teściową. Zamienili się w połowie i po zakończeniu młoda para dostała huczne brawa.
Po kilku dniach przejechałem mustangiem około 500 km i wymieniłem olej. Teraz zwiększałem szybkość do osiemdziesiątki. Wow!
Lato w pełni. W nocnym klubie grał popularny fiński wokalista Tero Kyrölä & Fermaatti. Było ich pięciu, a w połowie miesiąca zjawiła się ponownie na jedną sobotę fińska orkiestra Pertti Metsärinnena i musieliśmy znieść graty. Któregoś dnia barman namówił mnie, aby spróbować golfa. Nawet podobało mi się to, tylko jak dla mnie było za dużo chodzenia. Od kierownika dostaliśmy „rozkład jazdy” na sierpień, z którego wynikało, że za kilka dni przyjedzie jakiś polski kwartet akordeonowy na jeden wieczór, w związku z tym musimy trochę prze- stawić instrumenty na scenie, aby się zmieścili.
Hämeenlinna, lipiec – sierpień 1978, hotel Aulanko
– Myślę, że oni są z Polski – kontynuował Pekka i starał się wymówić jedno nazwisko.
– Popukowski czy jakoś tak – dodał śmiejąc się.
Kaziu usiłował go przekonać, że oni mogą stanąć na parkiecie przed sceną, bo przestawiać to wszystko tam i z powrotem to potrwa. Ale Pekka nie popuścił.
W mieście spotkałem Zbigniewa Gwóździa, który grał w zespole Sonic Quar- tet. Oni na przyszły miesiąc jadą do restauracji Knipan w Tammisaari, a do noc- nego klubu w naszym hotelu przyjechał znowu ten wesoły zespół Pablo & Pu- blikaanit z Pekka Loukiala. Robili dobry show z numerami Elvisa. W piątek
316
po południu zjawił się
polski kwartet Kor-
keatasoinen Varso-
van Harmonikkakvin-
tetti (wysokiej klasy
warszawski kwintet
akordeonowy) pisało
na plakacie. Faktycz-
nie grali wyśmienicie.
Mieli drogie cyje, które
też ładnie wygląda-
ły. Przypomniał mi się
mój 120-basowy Welt-
meister i moje pierw-
sze lekcje. Największą
cyję miał facet z basem Ja, Arthur i mój mustang przed hotelem Aulanko melodycznym. Musia-
The Travellin’ Band
ła nieźle ważyć. Odegrali kilka klasycznych kompozycji specjalnie napisanych na akordeon, ale ani jednej nie znałem. Oczywiście podobali się publiczności strasznie, bo cyja (hanuri) w Finlandii to prawie narodowy instrument obok lapońskich kanetele. Koncert przedłużył się ku naszemu zadowoleniu. Dogra- liśmy resztę wieczoru i po robocie weszliśmy do klubu posłuchać konkurencji. Przez następne dni Arthur namawiał mnie, abym zrobił sobie prezent urodzi- nowy i pomalował mustanga oraz kupił rajcowne felgi, to dopiero byłby szpan!
– Tak, tylko za jakie pieniądze?
– Za pięć, góra sześć koła to masz wymalowane auto i ładne felgi – nie dawał za wygraną Kraśko.
– Zobaczymy najpierw, jak będzie z robotą, a później pomyślę o malowaniu.
No i o wilku mowa. Pod koniec miesiąca Kaziu przyniósł nowinę, że na wrze- sień nie mamy jeszcze zaklepanej roboty i kiepsko to wygląda. Nie wiadomo skąd Jurek z Leena & Paradox się o tym dowiedział, bo zaskoczony odebrałem telefon. Jurek mówił bardzo szybko, że ma zaklepane miejsce w Helsinkach, ale wymienia basistę i potrzebuje na gwałt nowego! Hmm, historia się powtarza. Po bardzo krótkim zastanowieniu powiedziałem, że odpowiem mu za dwa dni. U nas nadal nie wydarzyło się nic nowego na tym froncie, więc zgodziłem się, że wskoczę do Jurka na miesiąc. Poinformowałem o tym Kazia, który nie był z tego zadowolony.
– Jeśli w ostatniej chwili coś wam wpadnie, to możecie wziąć tego wolnego basistę od Jurka – zaproponowałem.
Nadszedł ostatni dzień pracy i pech czy fart chciał, że dzwoni Hertell i mówi, że udało mu się załatwić miejsce w Espoo. Odkręcić teraz tego z Jurkiem nie idzie. Zadzwoniłem szybko do niego i wziąłem telefon do jego basisty. Dałem
317
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
go Kaziowi i dogadali się. Takie to powstały wymianki. Po chwili dzwonię do Jurka ponownie.
– Cześć, to znowu ja. Czy ta restauracja Sillankorva leży też za mostem?
– Tak – odparł Jurek i dodał: – „Diabeł”, jak będziesz jechał ze śródmieścia to kapakka (restauracja) leży zaraz po lewej stronie, prawie naprzeciwko tego hotelu Polar, gdzie graliśmy.
Ależ wyszły jaja, kapele zamieniły się basistami, pomyślałem sobie, jadąc do Helsinek.
Leena & Paradox
aparkowałem auto przed restauracją i po wniesieniu kolumny ze Zwzmacniaczem usiadłem na brzegu sceny i czekam. Po chwili zjawił
Helsinki, wrzesień 1978, restauracja Sillankorva
się Jurek z fińskim pałkerem. Keijo Jäppinen, przedstawił się.
– Dobra, idziemy na dół rozładować – zadał Jurek po fińsku.
Jurek podmienił bryczkę i miał teraz dużego jeepa dodge’a.
– Patrz, kupiłem elektryczny fortepian Yamahy – powiedział, otwierając tył
przyczepy. – ABBA ma taki sam, tylko biały – dodał.
– Ależ to waży! – zajęczałem podnosząc.
– Będę musiał zadzwonić po faceta, aby przyszedł mi go nastroić.
– Keijo perkele (do diabła), pomóż – krzyknął Jurek.
Gdy wnieśliśmy wszystko na górę, Jurek zarządził, że teraz wypijemy po
kawie, a potem podłączymy się.
– A twój dodge ma osiem garów? – spytałem niby to już w tym otrzaskany.
– A ja nie wiem – odparł szczerze – wiem tylko, że pije jak cholera.
Na scenie widzę, że Jurek dokupił klawisz Oberheima. Keijo miał nowiuteń-
ki skład bębnów Tama z czterema kotłami. Gdy sprawdziliśmy, czy wszystko działa, Jurek zadzwonił po stroiciela, a ja z Keijo pojechaliśmy zostawić przy- czepę pod klubem Marski, a potem pod ten adres, gdzie mieliśmy chatę. Otwo- rzyła nam młoda dziewczyna i pokazała, gdzie jest nasz pokój.
– Kibel i łazienka są w przedpokoju – dodała, dając nam klucze.
– Kiitos paljon – podziękował Keijo.
– Jakie ciuchy weźmiemy dzisiaj? – spytałem go.
– Marynarki z aksamitu i białe koszule, powiedział Jercy (Jurek).
Pierwszy wieczór obegraliśmy znanym nam repertuarem i Jurek obiecał, że
napisze mi na jutro prymki do nowych utworów Leeny. W nocy podjechałem pod chatę i nie było gdzie zaparkować. Helsinki! Musiałem pojechać na ulicę obok, aby znaleźć miejsce. W chacie Keijo pochwalił się, że trochę maluje i po- kazał mi kilka swoich obrazów. Miał talent skubany, bo na moje oko to te por- trety wyglądały wyśmienicie.
– A może byś mnie namalował? – spytałem go.
– Czemu nie – odparł Keijo i dodał – zapłacisz tylko za płótno i farby. Następnego dnia po graniu siedziałem dość długo jako model, a Keijo malował.
319
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Dobra, na dzisiaj starczy, bo na spanie mnie już bierze – i schował płótno za łóżkiem.
Przypomniało mi się, że zaparkowałem mustanga tam, gdzie po ósmej rano już nie wolno parkować. Nastawiłem więc budzik na godzinę ósmą, aby go prze- stawić, bo mandatu nie chciałbym bulić. Gdy następnego dnia zadzwonił budzik, wstałem szybko. Gdy wyszedłem na ulicę, patrzę, a jakaś baba w czapce stoi przy moim aucie i wypisuje mi mandat. Spojrzałem na zegarek, była godzina tuż po ósmej. Podbiegłem szybko do niej i mówię, że specjalnie nastawiłem budzik, aby przestawić i te trzy minuty w tę czy tamtą powinna mi podarować. Ona nic nie mówiąc, włożyła mandat za wycieraczkę i poszła do następnego auta. Fina nie przekupisz. Skoro mam już mandat, to zostawiłem auto tam, gdzie stało, i wróci- łem do pokoju. Walnąłem się na wyro, ale nie mogłem już zasnąć. Wziąłem aparat i zrobiłem pamiątkowe zdjęcie tego mandatu. Na obiedzie opowiedziałem Jur- kowi o porannym wydarzeniu. Jurek zaproponował, że może po nas przyjechać przed graniem i pojedziemy jego autem. Tak też zrobiliśmy, wieczorem zostawi- łem mustanga już prawidłowo zaparkowanego i pojechaliśmy z Jurkiem. Wysa- dził nas przed drzwiami i pojechał szukać miejsca na zaparkowanie. Na ostat- ni blok przyszli koledzy Keijo z drugiej kapeli podziwiać jego nowe bębny Tama. Keijo zaczął grać więcej i coraz częściej robił przejścia, aż Jurek zwrócił mu uwagę.
– Älä sotke niin paljon! (Nie mieszaj tak dużo!)
Keijo uspokoił się na chwilę, ale w następnym utworze znowu zaczął szaleć. W moim wolniaku Feelings udało mu się przelecieć przez wszystkie kotły
dwa razy, aby zakończyć porządnym walnięciem w blachę crusha! Po robocie wyszliśmy z restauracji i Jurek powiedział, że auto ma zaparkowane za rogiem. Po chwili stanął i zmarszczył brwi, jego auta tam nie było.
– Ja was wpuściłem w kanał – zażartował. – Zaparkowałem z drugiej strony.
Obeszliśmy dom dookoła i po drugiej stronie auta też nie ma. Teraz Jurek przestał się śmiać i zaczął się zastanawiać, gdzie mógł zaparkować.
– A może policja je zwinęła, bo stałeś na zakazie – spytała go Leena.
– A gdzie tam – odparł Jurek.
Obeszliśmy jeszcze raz dookoła cały dom i auta nie ma. Jurek wszedł z po-
wrotem do restauracji i zadzwonił na glinę, aby spytać. Wrócił po chwili i oka- zało się, że auto odholowano, bo stało zaparkowane prawie na wjeździe do po- sesji. Wykupienie kosztuje 250 marek plus mandat.
– Voi saatana sinua! (Ależ do diabła z tobą!) – zadała wkurzona Leena.
Jurek zamówił taksówkę, a ja z Keijo poczłapaliśmy pieszo do chaty. Następnego dnia pojechałem na giełdę zobaczyć co w trawie piszczy i spo-
tkałem tam Arthura.
– Och, cześć „Diabeł”. Ależ ten basista Jurka nam wymiata, ja prawie nie muszę
nic grać. On wygrywa za wszystkich, mówię ci ale zupa.
– Wracaj do nas jak najszybciej, bo ja dłużej nie wyrobię – dodał, przypala-
jąc skręta. 320
Leena & Paradox
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Muszę z Jurkiem dograć, co obiecałem, a macie zaklepane następne miejsce? – Jeszcze nie, ale Kaziu coś tam mąci u Hertella.
– Poczekamy do piętnastego i zobaczymy, co się stanie, dobra?
Była wolna niedziela i Keijo malował pół dnia. Wieczorem wyjął zza łóżka
obraz i pokazał mi mój portret.
– Jak ci się podoba? – spytał.
Popatrzyłem przez chwilę i faktycznie jestem do siebie podobny.
– Ile ci wiszę.
Kejio pogrzebał w torebce i po krótkim liczeniu zameldował, że jak mu dam
50 marek, to będziemy kwita. Kiedy dałem mu szmalec, Keijo dodał, abym uważał przez kilka dni, dopóki farba jest jeszcze miękka. W poniedziałek spyta- łem Jurka, jak jest z robotą na następny miesiąc?
– Jeszcze nic pewnego – odpowiedział, więc powiedziałem mu, że wracam do The Travellin’ Band.
– Na razie wszyscy jesteśmy wolni jak szpaki – dodał.
W restauracji było prawie codziennie full, więc granie mijało szybko. W ostat- nim tygodniu umówiłem się z Kaziem i Arthurem, że po graniu podjadę do nich do Espoo. Na ostatni wieczór przyjechałem już z przyczepą. Załadowałem do niej swoje graty, uważając na mój portret owinięty w ręcznik. W Espoo chłopa- ki wystawili już instrumenty blisko drzwi wejściowych. Cofnąłem się i załado- waliśmy resztę sprzętu. Ponieważ ich „miesięczny” basista pojechał już, popro- siłem o nową pościel i przekimałem się u nich w hotelu.
goś Bułgara, nazywa się Daniel.
Reunion
The Travellin’ Band
utaj ogólnie była normalka. Może z jednym wyjątkiem. Któregoś Tdnia w dzień graliśmy dla grupy rencistów i Arthur był przekonany, że oni na pewno „polubią” naszą bluesową wersję When A Man Loves A Woman. Patrząc po zdziwionych twarzach i zmarszczonych czołach, byłem potem innego zdania. Hertell był tym razem szybki i poinformował, że na przy- szły miesiąc wracamy do Aulanko, a w grudniu gramy w Lahti w nocnym klubie Häränsilmä (Sunny-Side Up). Arthur też miał nowinę. Mianowicie pierwsze dwa tygodnie ma zaklepaną podróż z żoną One (Onerwą) do Polski i trzeba będzie znaleźć znowu zastępstwo. Kaziu załatwił szybko przez Hertella jakie-
Imatra, październik 1978, Valtionhotelli
Wnosząc instrumenty, zobaczyłem plakat, że w nocnym klubie gra zespół Toge- ther Again. Po krótkiej gadce z nimi dowiedziałem się, że są ze Szczecina i wła- śnie kupili aparaturę wokalną Echolette od Langowskiej. Tę markę pamiętam, była to nasza pierwsza aparatura w The Vox Remedium. Późnym popołudniem przyjechał zastępca Arthura – Daniel. Nawet dość dobrze mówił po fińsku. Na Hammondach bał się grać, bo nie znał ich, a piano Rhodesa też mu jakoś nie leżało, bo on jest z wykształcenia klasycznym pianistą, oświadczył. Oho! Domy- ślając się z Kaziem, co będzie wieczorem, wyciągnęliśmy z zaplecza zakurzone, akustyczne pianino i aby uszy nam nie zwiędły, podstroiłem kluczem Arthura kilka dźwięków. Szło wytrzymać. Gdy Daniel przykręcał sobie lampkę, zauwa- żyłem, że jest leworęczny. Raptem coś mi przyszło do głowy i mówię do niego, że fajnie, że ma lampkę dla leworęcznych, ale piano jest dla praworęcznych. Daniel nie zassał od razu, ale po chwili skontrował, że w Bułgarii produkują pałki dla leworęcznych perkusistów! Ha, ha. Spodobało mi się to porównanie i później dopasowywałem je do różnych sytuacji, jak np. czy macie widelce dla leworęcznych? Wieczorem granie ograniczało się do standardów, które znał Daniel. Większości utworów, które ja śpiewałem, nie znał. Dlatego leciałem otrzaskane już Fly Me to the Moon itp. Granie było sztywne. Natomiast koledzy w nocnym klubie grali bardzo fajnie. Mieli w repertuarze jeden utwór z Earth
Hämeenlinna, listopad 1978, hotel Aulanko
323
– Ale jaja! – bąknął Arthur.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Wind & Fire. Po dwóch dłużących się tygodniach przyjechał Arthur z urlopu i co? Bułgar nie chce odejść, tłumacząc, że on potrzebuje szmalec i czy chcemy, czy nie to on będzie grał do końca miesiąca, bo ma kontrakt! Słysząc to, staliśmy jak wryci!
Kaziu załatwił z nim w końcu, że dostanie część stawki Arthura, aby tylko nie grał. Te ostatnie zamianki basisty i pianisty dały nam nauczkę. Nie należy mie- szać w kapeli, gdy jest OK! W ostatnią sobotę organizowany był przegląd kan- dydatek na Miss Finlandii. Poprzesuwaliśmy graty na scenie, aby zrobić miej- sce z przodu. W sobotę w południe zszedłem z Arthurem na dół i w recepcji stało już stado młodych dziewczyn odbierających klucze do pokoi. Później mie- liśmy z nimi próbę wchodzenia na scenę i ich choreografię. Jako podkład gra- liśmy im utwór grupy Stuff, Do You – Want Some of This. Gdy wszystkie weszły na scenę, zrobiło się bardzo ciasno. Musieliśmy jeszcze bardziej przesunąć się do tyłu, ale i tak stały niecałe pół metra przed nami. Pachniało od nich mocno perfumami. Po godzinie zrobili przerwę i większość z nich rozsiadła się w auli. Gadały ze sobą jak najęte.
– Gracie wieczorem? – spytała jedna.
– Tak – odpowiedziałem siadając obok.
– Mä on Andre – przedstawiłem się.
– Kaisa, z Lahti – odpowiedziała.
– O, my graliśmy tam w styczniu w Musta Kissa (Czarny Kot) i jedziemy tam
znowu na grudzień do nocnego klubu Häränsilmä.
– To jest fajne miejsce – odparła Kaisa.
Choreograf zaklaskał w dłonie i zwoływał dziewczyny, bo koniec przerwy.
Wszyscy na scenę, wołał. Kaisa podskoczyła z fotela, chowając lusterko.
– Było miło cię poznać – powiedziałem, idąc za nią na scenę.
Po chwili zwalił się Kaziu i Arthur. Choreograf dawał im instrukcje podniesio-
nym głosem, aż echo dudniło po ścianach. „Proste plecy, proste!”
Wieczorem dziewuchy odwaliły się niesamowicie. Niektóre były tak po- malowane, że aż do przesady. Cała impreza zaczęła się o ósmej wieczorem i po trzech przebieraniach się w różne ciuchy jury wybrało trzy do finału, który odbędzie się w Helsinkach w restauracji Hesperia. Jedną z nich była
Kaisa.
– Gratuluję! – powiedziałem, gdy schodziła ze sceny.
– Oj, kiitos (O dziękuję).
Gdy konferansjer podziękował sponsorom i zakończył imprezę, przesunęli-
śmy instrumenty na swoje miejsca i dograliśmy ten blok.
– Lekka keikka, nie? (lekka chałtura nie?) – powiedział zadowolony Kaziu. W połowie następnego bloku zaczęły się pojawiać uczestniczki konkursu
jedna za drugą i oczywiście prawie wszystkie ledwo co usiadły przy stolikach, zostały proszone do tańca.
324
The Travellin’ Band
Gdy zaparkowałem mustanga przed drzwiami do hotelu, zobaczyłem, że obok naszego zdjęcia wisi mały plakat Ivan Zaczev & Formula Orchestra. Gdy wnosili- śmy sprzęt, napatoczył się pałker, od którego dowiedziałem się, że oni są z Buł- garii i grają w restauracji. Gdy się rozstawiliśmy w tym przytulnym nocnym klubie, poszliśmy na górę zobaczyć, jaki mają sprzęt. Było ich czterech i prawie wszystko, co mieli na scenie, było nowe.
Lahti, grudzień 1978, hotel Seurahuone, Night Club Häränsilma
– Ciekawe, jak długo to będą spłacać – zastanowił się Arthur.
Weszliśmy do kuchni i w jadalni zastaliśmy resztę bułgarskiej kapeli. Przy- witaliśmy się i czekając na nasze jedzenie, pogadaliśmy z nimi, mieszając polski, ruski i angielski. Była z nimi jedna dziewczyna, żona perkusisty, która nie mówiła ani słowa po angielsku. Pałker tłumaczył jej z grubsza. W pierwszy wieczór przyszło dużo ludu i fajnie się nam grało. Na drugiej przerwie rozpo- znałem w tłoku tę modelkę Kaisę z przeglądu na Miss Finland. Na przerwie po- gadałem z nią krótko, tłumacząc się, że muszę lecieć, aby zdążyć zjeść. W ostat- nim bloku zwaliła się z góry bułgarska kapela, bo kończyli o godzinę wcześniej. Stanęli w drzwiach i przysłuchiwali się przez cały blok. Następnego dnia chło- paki poszli na miasto, a ja na dół poćwiczyć. Po godzinie przyszedł Kaziu z Ar- thurem i pochwalili się, że znaleźli dwie fajne płyty w Anttili.
– Mają przecenę i sprzedają to, co nie idzie, za pół darmo – cieszył się Arthur. – A co kupiliście?
– Kaziu kupił Alphonse Mounzo, a ja płytę Al Di Meoli Land of the Midnight
Sun z 1976 roku – odparł Arthur.
Tytuł kojarzył mi się z Laponią, gdzie latem słońce w nocy nie zachodzi – tzw.
białe noce. Po posiłku słuchaliśmy nowych zakupów, jednocześnie przegrywa- jąc na kasetę. Wieczorem na przerwie stanąłem z Arthurem w drzwiach do re- stauracji, aby posłuchać, jak grają Bułgarzy. Ich kapelmistrz Ivan zapowiadał prawie każdy utwór w taki sposób, jakby grali tylko najpopularniejsze hity. And now we gonna play number one in Holland – i pojechali. A potem znowu Number one in Danmark itd. W sumie dobrze grali. Na dworze mróz był coraz więk- szy, a ja nie zapalałem mustanga już przez kilka dni. Pożyczyłem od gospoda- rza bardzo długi przedłużacz i na ostatnim piętrze, przez lekko uchylone okno z sali konferencyjnej, spuściłem go na dół. Podłączyłem do grzałki w misce ole- jowej i czekam. Gdy po godzinie wyszedłem na dwór, mój podgrzany mustang zapalił od pierwszego razu! Pojechałem zatankować i po drodze wstąpiłem do Anttili, aby też zerknąć na płyty. Jak zawsze nie zwracaliśmy uwagi na tytuły płyt, tylko patrzyliśmy, kto na nich gra. Dobrzy muzycy to będzie dobra płyta, z takiego założenia wychodziliśmy. Kupiłem m.in. Toma Scotta, Breaker Bro- thers oraz Made in Sweden, gdzie gra m.in. Włodek Gulgowski. Po powrocie podłączyłem znowu grzałkę do auta. W chacie po ponownym przesłuchaniu płyty Gino Vannelliego, napaliłem się na utwór People Gotta Move. Zapropono- wałem, aby wziąć go do repertuaru.
325
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Aranż jest tamten i trzeba będzie przerobić – posumował ponownie Arthur.
– No pewnie, że przerobimy, i tak zaczynasz co wieczór inne intro w wielu utworach.
Z tymi intro to osobna historia. Z nudów czy dla urozmaicenia Arthur wy- myślał co wieczór inne intro do ogranych utworów, czasami musiałem się porządnie wsłuchiwać, który to? Po graniu spisałem tekst i następnego dnia zrobiliśmy go. Fajnie nam wyszedł. Kiedy szedłem do kuchni, dorwała mnie dy- rektorka i pyta, czy to ja spuściłem kabel z okna w sali konferencyjnej? Zdzi- wiony odpowiedziałem, że tak. Ona zaprowadziła mnie na górę i pokazała na dużą palmę, która stała obok okna. Z mrozu oklapła tak, że przykro było na nią patrzeć. Przez tak małą szparę w oknie nie wytrzymała zmiany temperatu- ry. Hmm, podgrzewanie auta kosztowało mnie kupno nowej palmy! Ile? Lepiej nie mówić, ale parę kompletów strun do basu bym za to kupił. Czyli nie dałem plamy, tylko dałem w palmę! W wolną niedzielę Kaziu jak zwykle był w domu. Po powrocie w poniedziałek był w złym nastroju i zaczął opowiadać.
– Zaniosłem wypełnione papiery do urzędu podatkowego (vero) i spytałem, czy dobrze wypełniłem? Tam baba zerknęła sprawnym okiem na moje papiery i mówi, że oni nie uwzględnią marynarek, które kupiliśmy do grania, jako ubranie robocze.
– Spytałem dlaczego? W odpowiedzi usłyszałem, że w tej branży oni uwzględ- niają tylko smokingi.
Pojechałem więc z kwitem do sklepu i poprosiłem, aby dopisali, że to jest smoking, a jak. Wróciłem i daję babie kwit, a ona wzięła za telefon i dzwoni do sklepu. Spytała ich krótko: „czy mają smokingi, a jak nie, to kiedy ostatnio je mieli”. Oczywiście usłyszała, że nie mają i ponad rok ich nie mieli.
– I co?
– Ano wpieprzyła mi karę za celowe pomylenie danych! Taka baba! – pienił się Kaziu.
– To ile ci dowaliła?
– Dziesięć procent od ceny zakupu!
Tutaj wyjaśnię, że agencje wypłacały nam pensje netto, gwarantując pełne
zakwaterowanie oraz zwracały nam koszta za przerzuty. Deklaracje podatko- we robiły za nas. Ci, co chcieli, robili to sami.
Pod koniec miesiąca przyjechali do Bułgarów ich koledzy, basista Ruslan i pałker Svetlan, którzy skończyli granie w Kouvoli. Ich kapelmistrz Panczo po- jechał do Szwecji załatwiać robotę. Zgadałem się z nimi i wyszło na to, że to jest ten sam Panczo, którego spotkałem w 1972 roku w Mariehamn! Ale ten świat mały! Po południu poszliśmy na dół do klubu pojamować. Podłączyłem kase- towy magnetofon do aparatury wokalnej i puściłem Jaco Pastoriusa. Zaczą- łem jamować w utworze Bahama Mama. Ruslan też bardzo fajnie grał. Znał na pamięć prawie wszystkie utwory Pastoriusa i Czecha, Miroslava Vitousa. Sam miał jakąś podróbę Jazz Bas bez progów (fretless). Gdy pojawił się Kaziu, po- wiedział z radością:
326
The Travellin’ Band
– Nie ma żadnych zimowych przerzutów panowie, zostajemy tutaj również na styczeń!
– Aż tak nas polubili – dodał Arthur z przymrużonym okiem.
– To chyba musimy zrobić więcej utworów Vannelliego – zażartowałem.
W ostatnim tygodniu bułgarska kapela kupiła używanego forda transita, bo
Borys od Hertella sprzedał ich na następny miesiąc do Norwegii. Oczywiście dali plamę. Zimowe opony, ale bez kolców, i co gorsza sprawdzali, ile wycią- gnie na lodowatej szosie. Ruslan z kolegą nie otrzymali żadnej wiadomości od Panczo i pojechali do Helsinek z zamiarem powrotu do Bułgarii. W święta per- sonel zostawił nam otwartą kuchnię i wspólnie pichciliśmy sobie żarcie. Z go- towaniem kopytek już się nie wychylałem. Nadszedł sylwester i w dzień poszli- śmy z Kaziem do Alko kupić coś gazującego, aby było czym uczcić Nowy Rok. Wieczorem pod koniec trzeciego bloku pękła mi cholera „G” struna. Strój po- szedł od razu i było ganianie po gryfie. Na przerwie nie znalazłem zapasowej w pokrowcu. Gdy męczyłem się w ostatnim bloku, pech chciał i pękła mi rów- nież struna „A”! Ooooch!!! Teraz była gimnastyka z palcowaniem! Wiedziałem, że tych strun nie mam, ale palce nadal mi tam leciały... mordęga!
Nadal są mrozy -20 stopni. Pierwszego stycznia Bułgarzy wyjechali dopiero wieczorem. Jak oni się w piątkę zmieścili w tym aucie, nie mam pojęcia. Pewnie kilku siedziało z instrumentami w bagażówce, a tam raczej nie jest ciepło. Na- stępnego dnia, gdzieś tak o ósmej rano, dzwoni telefon. Pobudka o takiej godzi- nie to nie dla mnie. Jeszcze nieprzytomny podnoszę słuchawkę i słyszę, że to Ivan z tej bułgarskiej kapeli prosi mnie, abym przetłumaczył jakiemuś Finowi na stacji benzynowej, że ich auto właśnie się popsuło. Z silnika coś cieknie i auto nie chce zapalić.
Lahti, styczeń 1979, Night Club Häränsilma
– Spytaj go, czy on mógłby zreperować szybko, bo mają jeszcze kawał drogi – prawie krzyczał do telefonu.
Dał słuchawkę Finowi i powtórzyłem ich prośbę. Fin odpowiedział mi powoli i zwięźle, że z miski olejowej wycieka olej i diesel jest zamarznięty, bo oni nie wlali do baku płynu przeciwko zamarzaniu i na tej małej stacji ben- zynowej w Laponii on nie ma możliwości tego zreperować. Powtórzyłem to Ivanowi i się załamał. Poprosił mnie, abym spytał Fina, czy jest możliwość wypożyczenia innego auta i zostawienia ich transita gdzieś do naprawy. Po- wtórzyłem następną prośbę i Fin obiecał im pomóc. Ale mają pecha, pomyśla- łem, odkładając słuchawkę, i przekręciłem się na drugi bok w ciepłym łóżku. Gdy po kilku godzinach spotkałem Kazia i Arthura w kuchni, opowiedziałem im tę historię. Następnego dnia po kawie, nie mając nic innego do roboty, poszliśmy do sklepu muzycznego. Mieli poświąteczną przecenę. Przegląda- jąc różne pedały, znalazłem używanego Electro-Harmonicsa Doctor Q za 99 marek. Spróbowałem go i okazało się, że działa podobnie jak slap bas. Grając
327
Moje życiowe zwrotki i refreny
łagodnie (legato) nie zmieniał barwy, a gdy uderzyłem w strunę dynamicz- nie, strzelał zaokrąglonym brzmieniem jak slap w funky. Wyskrobałem szmal i kupiłem go. Gdy wróciliśmy do hotelu, w recepcji czekała na mnie wiado- mość. Czytam, że mam zadzwonić do Mike Chai i numer telefonu z numerem pokoju. Mike? Któż to może być? Wykręciłem i poprosiłem o połączenie na numer pokoju.
– Halo – słyszę w słuchawce i od razu poznałem głos Maćka Czaja.
– Ha, ha, cześć ty Mike Chai, Andrzej się kłania. Co, też cię przechrzcili? Maciek wytłumaczył szybko, że za miesiąc zjeżdża do Polski. Potrzebuje
jednak części do jakiegoś stereo Sanyo, które kupił używane, dodając, że ja się szybciej dogadam po fińsku. Dał mi telefon do importera i obiecałem mu, że się spytam. Zszedłem do klubu i podłączyłem swój nowy nabytek. Ale okazało się, że bateria w środku była stara i po kilku minutach siadła. Wyjąłem lutownicę z walizki i dolutowałem kawałek kabla z wtyczką do zasilacza, którego używam do Small Stona, mając nadzieję, że ilość amperów wystarczy, aby pociągnąć oba. O dziwo działały bez zarzutu. W sobotę Kaziu zwinął swoje bębny i zameldo- wał nam, że w poniedziałek przyjedzie z nowymi. Podobno u Risto w sklepie stoi przeceniony bardzo fajny zestaw Gretcha. W niedzielę Arthur męczył mnie, abyśmy może poszli do kina, ale gdy wieczorem zjadłem późny obiad, ogarnęła mnie śpiączka i z kina wyszły nici. Gdy w poniedziałek zszedłem do klubu, zo- baczyłem, jak Kaziu rozkłada nowe bębny Gretcha.
– Cześć, teraz to będę mógł grać swobodnie stopką, bo te 24-calowe Slinger- landa były jednak za duże.
– A ile dopłaciłeś – spytałem go.
– No wiesz, były już przecenione to nie szło za dużo utargować, ale rozłożył mi na dwie raty.
– Dobra, ty sobie tutaj kręć, a ja muszę iść do sklepu po struny.
Pod koniec stycznia są Maćka urodziny, kupiłem więc kartkę i wysłałem z na- dzieją, że zdąży dojść na czas. W PS. dopisałem, że u przedstawiciela firmy Sanyo nie mieli takich części, jakich szuka. Styczeń dobiegał końca i będzie- my mieli spory przerzut. Mamy jechać na wyspę Åland do Maarianhamina, do hotelu Arkipelag. Kaziu kręcił nosem, bo stamtąd nie będzie mógł jeździć na wolne dni do domu.
– Grałem tam w październiku w 1972 roku i było strasznie ciemno i zimno, byłem prawie cały czas przeziębiony.
– Małe miasteczko i nudy.
– Na dodatek zapomniałem wziąć basówkę ze statku, gdy wracaliśmy do Finlandii.
– Pamiętam, że nie chciałbym tam powrócić po tych przepałach, no i gdzie znowu jedziemy...?
– Aby zdążyć na statek, musimy wyjechać zaraz po graniu – powiedział Kaziu, sprawdzając rozkład jazdy.
328
The Travellin’ Band
Prom odchodził mianowicie o dziesiątej rano. Ostatniego dnia spakowaliśmy się szybko i wyjechaliśmy z Lahti w stronę Helsinek. Mroźną nocą jechaliśmy ostrożnie jeden za drugim. Gdy o piątej rano nasza karawana minęła Helsinki, do Turku mieliśmy jeszcze 165 kilometrów. Tutaj w porcie ustawiliśmy się w kolejce na prom i poszliśmy do poczekalni, aby kupić bilety. Po chwili zaczęli wpuszczać. Wielki ten pokład, a połowa deku była prawie wolna. Na górze w cafeterii wzięli- śmy po kawie. Prom odbił i po chwili przez okno było witać tylko granitowe skały i zachmurzone niebo. Nadal było ciemno i padał lekko śnieg. Minęła pierwsza go- dzina i to długie siedzenie zaczęło brać mnie na spanie.
– W Maarianhaminie (Mariehamn po szwedzku) będziemy dopiero po połu- dniu – dodał Kaziu.
– A ile knajp tam jest – spytał mnie Arthur, rozpieczętowując nową paczkę tytoniu.
– Oj, grałem tam w 1972, to wtedy było ich chyba z cztery czy pięć.
W końcu sali rozległ się nagle jakiś krzyk po fińsku i gdy się odwróciłem, zo- baczyłem jak dwóch Cyganów wydziera sobie z rąk plastikową siatkę.
– Sporo ich na tym statku – mruknął Kaziu.
– Oni tu chyba przezimowują, jeżdżąc tam i z powrotem – domyślał się Arthur. Po chwili wszedł portier czy strażnik i uspokoił ich. Patrząc na nich kątem
oka, przypomniało mi się to wydarzenie w 1973 roku, gdy graliśmy w Kuhmo- inen. Trochę głodny przypaliłem następnego papierosa. Patrząc przez okno, widziałem tylko wodę i małe wysepki.
– Jak ci ludzie mogą żyć na takim odludziu – zastanawiałem się.
– Ciekawe, gdzie dobijemy, bo wtedy port był kilka kilometrów od miasta. Dobiliśmy jednak do Mariehamn. Zmęczony z ulgą wyjechałem na ląd.
W tym małym mieście są trzy ulice na krzyż, ale zauważyłem, że dobudowali kilka nowych budynków. Hotel Arkipelag prezentował się z zewnątrz okazale. W recepcji dowiedzieliśmy się, że mieszkanie mamy w hotelu.
Mariehamn, luty 1979, hotel Arkipelag
– Pierwsza pozytywna wiadomość dzisiaj – skomentował Kaziu.
Wnieśliśmy najpierw swoje osobiste ciuchy do pokoi, a potem instrumen- ty windą towarową na pierwsze piętro do restauracji. Scena była w rogu i jak zwykle mała. Do tego sufit był wyłożony niebieskimi blachami, które na pewno będą drgały przy niskich dźwiękach. Na dodatek było bardzo nisko. Będę musiał uważać, by nie uderzyć gryfem w sufit, który był z gołego betonu, jeszcze niepo- malowany. Czyli tak wygląda ten zachwalany w Finlandii hotel Arkipelag. Gdy byliśmy prawie gotowi z rozstawianiem gratów, zjawił się szef.
– Hejsan (cześć) Raphael Karlsson, kamrer (księgowy) – przedstawił się, po-
dając rękę.
Od niego dowiedzieliśmy się trochę po fińsku i trochę po angielsku, że zaczy-
namy o 20.30 i mamy nie grać fińskiej humppy i nie śpiewać po fińsku. Angielski, 329
Moje życiowe zwrotki i refreny
szwedzki i inne języki pasują, ale nie fiński. Granie jest do 1.30 w nocy, jedzenie jest o 11.30, a wieczorem o 17.30, poinformował i zniknął.
– Tak, pamiętam, jak graliśmy tutaj w 1972 roku, że rzadko kto mówił po fińsku i w ogóle nie chcieli słyszeć fińskich utworów – dodałem, idąc za Arthu- rem do kuchni.
Do posiłku było jeszcze trochę czasu, więc Kaziu zaproponował, abyśmy poszli zobaczyć na miasto. Po kilku krokach stanęliśmy na rogu, gdzie był tu- tejszy bank i poczta. Po powrocie do hotelu poszukałem w aktówce wizytów- kę hovmaisterki i w kuchni spytałem młodego kierownika sali, czy tutaj nadal pracuje Sinikka K., która nam kiedyś polecała to miejsce. On przedstawił się, Janne Sundström, i odpowiedział po fińsku, że niestety ona już tu nie pracuje. Na obiedzie spotkaliśmy drugą kapelę z polski, która ma grać w nocnym klubie. Przyjechali tutaj już wczoraj. Nazywali się Juvenis, mieszkanie mieli w budynku po drugiej stronie ulicy. Na basie grał Piotr Waszek, Wiesiek Cieślak na gitarze i był jeszcze perkusista z ksywą „Ucho”. Najrozmowniejszy z nich był Wiesiek.
– Wesołe te Juvenisy – powiedziałem, wracając z Arthurem do pokoju.
Wieczorem bardzo miły kierownik Janne gadał z nami na przerwach łamanym fińskim i trochę przeklinał po polsku. Następnego dnia wieczorem dowiedzie- liśmy się od niego, że w restauracji siedzi dyrektor hotelu, Szwed Erik Jansson, i pokazał nam, przy którym stole ma on swoich gości. Nie szaleliśmy więc z mocą. Na pierwszej przerwie, gdy schodziliśmy ze sceny, dyro podszedł i przedstawił się. Wyglądał na typowego dyrektora. Chodził dostojnie w jasnym garniturze z wyprostowanymi plecami. Z daleka możny było się domyślić, jaki ma zawód. Po graniu weszliśmy na chwilę do nocnego klubu posłuchać drugiej kapeli. Pod- łoga i ściany były wyłożone imitacją skóry z tygrysa, a lusterka na ścianach były w ramach z grubego bambusa. Bardzo egzotycznie to wyglądało. Dobrze śpie- wał ten ich gitarzysta Wiesiek. Przypominał mi Humperdincka. Kaziu przykle- ił się do automatu bingo, a ja z Arthurem zagraliśmy raz we flippera. Gdy Kaziu spłukał się z drobnych, poszliśmy w kimę. Następnego dnia zaspaliśmy na obiad o 11.30 i głodni czekaliśmy do wieczora na drugi posiłek. Gdy o 17.30 przyszli- śmy do kuchni, kucharz Jack, który też gadał po fińsku, dał nam kiepskie żarcie. Nie byliśmy z tego zadowoleni. Kaziu się wkurzył i powiedział do niego, co o tym myśli. Potem poinformował kierownika Janne, że my dzisiaj nie zagramy dopóki nie dostaniemy czegoś porządnego do jedzenia. Jak tu bawić gości na głodnego i z bólem głowy? Tutaj przypomniało mi się opowiadanie o kapeli, która grała przez pierwszy blok (45 minut) cały czas ten sam utwór, motywując to tym, że skoro nie zmieniają im przez dwa tygodnie pościeli, to oni nie muszą zmieniać repertuaru! Usiedliśmy w sali jadalnej i minęło chyba z pół godziny, gdy wszedł księgowy Raphael. Na tacy miał dzbanek z kawą i filiżanki. Usiadł i po rozlaniu kawy spytał, o co nam chodzi. Powtórzyliśmy mu, jak kucharz nas potraktował. Raphael powiedział, że mogliśmy iść grać, a tę sprawę moglibyśmy mu przedsta- wić jutro w dzień, bo na sali goście czekają na muzykę.
330
– Jutro? My jesteśmy głodni teraz! – odparł Kaziu.
The Travellin’ Band
Po wymienieniu jeszcze kilku zdań Raphael obiecał, że załatwi nam na na- stępną przerwę dobre jedzenie, a w międzyczasie prosi nas, abyśmy poszli zagrać pół godziny, bo goście wyjdą. Spojrzeliśmy na siebie i zgodziliśmy się.
Odegraliśmy te pół godziny i na przerwie zjedliśmy świeżo usmażone kotle- ty. Po graniu przebraliśmy się w „cywilne” ciuchy i zeszliśmy na dół do nocnego klubu. Ludzi było tak średnio, więc koledzy lecieli na zwisie, grając instrumen- talne utwory. Ale gdy nas zauważyli, to od razu zadali na całego. Na przerwie pogadaliśmy z nimi chwilę i gitarzysta Wiesiek opowiedział nam kawał.
– Słuchajta – zaczął.
Dwóch Norwegów i dwóch Szwedów wybrało się pociągiem do Sztokholmu. Norwegowie kupili po bilecie, a Szwedzi tylko jeden. Zobaczyli, że konduktor się zbliża więc zamknęli się w kiblu i gdy konduktor zapukał do drzwi podali mu przez małą szparę bilet. Wszystko w porządku.
W drodze powrotnej Norwegowie spapugowali Szwedów i też kupili tylko jeden bilet, a Szwedzi żadnego. Gdy konduktor się zbliżał, Norwegowie dali nogę do kibla. Szwedzi podeszli do drzwi i zapukali. Norwegowie wystawili bilet przez szparę, a Szwedzi wzięli ich bilet i zamknęli się w kiblu naprzeciwko...
– Dobre nie? he, he.
– No to śmiejemy się – skomentował to Arthur.
Dobiegał koniec przerwy i koledzy poszli zagrać ostatni blok. Przez następ-
ne dni posiłki były OK, a atmosfera w hotelu bardzo miła, nawet koleżeńska można powiedzieć. Prawie połowa personelu była z Finlandii, więc można było się dogadać. Nadszedł koniec pierwszego tygodnia i według kierownika Janne w niedzielę na dyskotece w nocnym klubie zbiera się personel ze wszystkich restauracji w mieście na plotki. (Taki ówczesny Facebook na żywo). Dyskotekę prowadził cizio, który specjalnie przylatuje tutaj z Helsinek. Po godzinie było sporo ludu i zaczęły się tańce. Kaziu poszedł grać na automatach, a ja poprosi- łem do tańca jedną dziewczynę, która pracuje na górze w restauracji. Stojąc na parkiecie, sam się zdziwiłem, bo muzycy przecież nie tańczą. Tak to jedenaste- go lutego poznałem bardzo miłą dziewczynę. Na imię miała Mona.
Któregoś dnia zadzwonił nieoczekiwanie Tomek Król i powiedział, że gra ponownie w Finlandii ze swoją kapelą The Drops. W tym miesiącu grają w Jy- väskyli, marzec w Oscar Cabaret w Tampere i wymienił mi szybko następne miejsca pracy.
– Widzę, że masz zaklepane aż do jesieni.
Tomek dodał, że nasz znajomy Krzysztof Sas-Podchorodecki gra teraz w lutym w Kouvoli w hotelu Cumulus. Podziękowałem mu za telefon i infor- mację, dodając, że może się gdzieś na trasie scykniemy. Reszta miesiąca minęła nam sympatycznie. Pod koniec Arthur spróbował u kolegi z Juvenis piano Wur- litzera i dogadał się z nim na podmiankę, motywując, że brzmi podobnie jak jego, a jest dużo lżejsze.
331
nych miejsc pracy.
Moje życiowe zwrotki i refreny
Nadszedł ostatni dzień pracy na Wyspach Alandzkich. Następne- go dnia pożegnaliśmy się z personelem i w po- łudnie po zapakowa- niu instrumentów po- jechaliśmy do portu. Na zdjęciu widać, jak usta- wiliśmy się w kolejce jeden za drugim. Fiaty Juvenisów stały jako pierwsze, a z mojego mustanga widać tylko kawałek niebieskiego dachu i jedno koło.
Port w Mariehamn. Wyjazd z Wysp Alandzkich zespołów The Travellin´
Band i Juvenis Na statku mieli-
śmy wesoło, bo w dwie kapele było o czym gadać. W Turku rozstaliśmy się i pojechaliśmy do następ-
Gramy tutaj dwa pierwsze tygodnie. Wszystko jest po starem, Kaziu jest zadowo- lony, bo może spać u siebie w domu. Według plakatu na drzwiach wejściowych będą w restauracji co tydzień nowi śpiewający goście. Pani dyrektorka powiado-
Hämeenlinna, marzec 1979, hotel Aulanko
miła nas od razu, że mamy im podgrywać do show. Od drugiego marca z siostrami Koivistolaiset, potem 7–8 popularna Paula Koivuniemi, następnie Tapio Heinonen, a na koniec 14–15 znajomy mi Kari Tapio. W nocnym klubie gra nasz kolega Edek „Eetu” Stycz z Markku Aro. Gdy tylko się rozstawiliśmy, przy- szedł Edziu zerknąć na Hammondy Arthura. Nawza- jem wymieniali poglądy, jak ważny jest pedał mocy w organach, nie mówiąc już o technice zmian szyb- kości w leslie. Potem przeskoczyli na piano, dysku- tując jak blisko mają być struny do przystawki, aby uzyskać lekko przesterowany sound. Podłączając światła, słuchałem ich i miałem ochotę się wtrącić z du...y strony, że zostawiłem u bardzo zdziwionego kucharza struny do wygotowania i muszę iść je odce- dzić... Wychodząc z restauracji, wziąłem od kierow-
332
nika jedną reklamówkę show.
ARCHIWUM AUTORA
The Travellin’ Band
Pierwszy show był od razu następnego wieczoru. Siostry Koivistolaiset miały kwity i poszło nam zgrabnie. W drugim tygodniu, idąc do pokoju po obiedzie, spotkałem w korytarzu Zbyszka Urbana, który wpadł pogadać z Arthurem. Po tygodniu, w piątek, miała przyjechać Paula Koivuniemi, która niedawno brała udział w jakimś festiwalu w Niemczech w Rostocku. Minął cały dzień, a jej nie widać. Wieczorem zaczęliśmy grać pierwszy blok i w połowie ktoś szarpie mnie za spodnie. Paula stoi obok sceny i podając mi kasetę, mówi, abyśmy ją prze- słuchali na przewie. Odwróciła się i szybkim krokiem poszła do windy. Nachy- liłem się do Kazia i przekazałem mu wiadomość. Kaziu uśmiechnął się i powie- dział krótko:
– Na przerwie to my mamy przerwę i pijemy kawę.
Po drugim bloku przyszła Paula i pyta, czy słuchaliśmy kasety. Kaziu pokrę- cił przecząco głową i usiadł za bębnami. Sytuacja zrobiła się „sztywna”. Paula powiedziała, że jej piosenka jest w shufle z „F” i zanuciła krótko, jak idzie intro. Nabiła i Arthur improwizował zanuconą melodię, a ja za nim. Był to jakiś utwór specjalnie napisany dla niej z breakami i transpozycją po refrenie. Nigdy tego nie słyszeliśmy. Paula odśpiewała zwrotkę, jeden refren i zakończyła. Po krót- kiej gadce Kaziu zaproponował, aby śpiewała to, co wszyscy znają. Paula od- śpiewała kilka fińskich utworów i skróciła show do jednego bloku. Do końca wieczoru nie widzieliśmy jej. Dograliśmy do końca i Kaziu nie był w najlepszym humorze. Następnego dnia w recepcji czekała na niego wiadomość, że ma za- dzwonić do agenta. Gdy wrócił, powiedział do Arthura, że dzisiaj wieczorem ma wolne dwie godziny, bo Hertell na prośbę Pauli załatwił nowego pianistę z Akademi Sibeliusa z Helsinek i dodał:
– Podobno takie numery ona wykręca też z innymi zespołami. A wieta co? Na pytanie Hertella, dlaczego jej nie pasuje nasz akompaniament, powiedziała, że nie może się z nami dogadać po fińsku! Voi vi... ha, ha, ha.
Hertell odpowiedział jej, że zaakceptowałby każdy inny pretekst, ale nie ten, bo my już tu kopę lat w tym kraju gramy. Wieczorem tuż przed pierw- szym blokiem pojawił się młody chłopak, który ma podgrywać jej do show. Okazało się, że on będzie grał tylko na akustycznym pianie, które po Buł- garze stało zakurzone z boku sceny. Odegraliśmy nasz pierwszy blok i na przerwie przesunęliśmy piano do przodu. Tam było dość ciemno i stu- dent narzekał, że nie będzie widział nut. Kaziu zmiękł i pożyczył mu swoją lampkę. Aby było go słychać, włożyłem do środka piana pod prawą ręką mi- krofon Arthura. Show był marny, pianista odegrał sztywno to, co widział w nutach, a ja tym razem z prymki leciałem po akordach i żadnego jaja nie było. Bywają i takie wieczory, całe szczęście należą do wyjątków. Arthur po graniu pojechał na dwa wolne dni do rodzinki w Lappeenrancie. Będąc sam, polutowałem kilka kabli i ułożyłem je pedantycznie na scenie, aby mi się nie walały pod nogami. We wtorek Kaziu przyjechał wcześniej i nie widząc Ar- thura, zaniepokoił się.
333
Moje życiowe zwrotki i refreny
– Oby mu się tylko coś nie stało – i dodał: – Wiemy, że Arthurkowi brakuje trzeciej ręki, gdy pali w aucie. Jak musi strząsnąć popiół, zmienić bieg i włączyć migacz, wtedy są jaja... no, sam widziałeś.
Arthur wrócił tuż przed graniem i od razu powiedział, że miał niezłe przepał- ki. Patrząc na jego zabrudzone ręce, podnieśliśmy pytająco brwi? Athur obmył się i przepalając skręta, zaczął opowiadać. W Lappeenrancie grała polska kapela, więc pojechał w poniedziałek posłuchać ich. Po graniu pogadali chwilę i wycho- dząc, Arthur poprosił ich, aby go popchnęli, bo akumulator coś mu osłabł. Jest noc i na bocznej ulicy trzech jednakowo ubranych w orkiestrowe szmaty podkrzyki- wało głośno po polsku: „Dobra! Wrzuć na dwójkę! Teraz spuść sprzęgło! Dawaj jeszcze raz!” itd. Widzicie to? Jakiś Fin pewnie zerknął przez okno i widząc, co się dzieje, zadzwonił po glinę myśląc, że kradną auto. Po chwili podjechała suka i zwinęła wszystkich na komendę. Tam nie mogliśmy się wytłumaczyć po fińsku, co, kto i dlaczego, więc odsiedzieliśmy w ciupie do rana. W końcu po wyjaśnieniu sprawy toyota Arhura nadal nie chce zapalić. Czas leci i trzeba jechać na granie. Dogadał się z bratem żony i zamienili się autami. Brat dał mu stare isuzu, które jest na chodzie, „tylko” cylinder w przednim hamulcu „czasami” się zacina. Wtedy trzeba zdjąć koło i rozszerzyć śrubokrętem szczęki.
– Mówię wam, przez całą drogę starałem się hamować biegami i ręcznym ha- mulcem. Tylko trzy razy musiałem depnąć w pedał i zdejmować potem koło. Taki przyjemny weekend miałem, ale... teraz to nikt mi nie podskoczy w odkrę- caniu kół!
Współczując mu, uśmialiśmy się z Kaziem, wyobrażając sobie, jak Arthur na poboczu odkręca koło, na pewno ze skrętem w ustach.
– O, zobaczta, co udało mi się tanio kupić – wyciągnął z torby jakąś lampę.
– To jest lampa do opalania się – wyjaśnił, widząc moje zdziwienie.
Tuż przed graniem Arthur założył specjalne okulary i usiadł pół metra przed
lampą.
– Wglądasz jak przedwojenny motocyklista – żartowałem.
– Aha, przypomniał mi się jeden dowcip, à propos, jak popularnym instru-
mentem w Finlandii jest ten guzikowy akordeon (hanuri).
– Opowiadaj.
W antykwariacie w Turku facet zobaczył na półce małą, złotą statuetkę szczu-
ra. Utargował się i kupił ją. Wracając do domu szedł wzdłuż rzeki Aura, trzymając statuetkę w ręku. Po chwili zauważył, że kilka szczurów biegnie za nim. Przyśpie- szył krok, ale coraz więcej szczurów się zbierało. W końcu biegnąc, nie wiedział, co ma zrobić, bo szczurów było już sporo, wrzucił złotą statuetkę do rzeki, a wszystkie szczury za nią do wody i się potopiły! Stanął trzymając się za czoło i bez namysłu wrócił do antykwariatu i pyta sprzedawcę, czy ma statuetkę złotego akordeonu...
– No dobry, bez guzikowej cyji i tej przedwojennej Säkkijärven Polkka nie byłoby tu tańców na wsi – odparł Arthur dodając, że któreś z fińskich tang po- winno być ich drugim hymnem narodowym.
334
The Travellin’ Band
– Nie śmiej się, bo ci się zmarszczki nie opalą.
– Dobra, trzeba się przygotować do grania.
Na drugiej przerwie wracam z kuchni i widzę jak „Kassu” stojąc w drzwiach
do nocnego klubu, kiwa do mnie ręką. Podszedłem i „Kassu” mówi:
– Wsadź „Diabełku” głowę i posłuchaj, jak Edek fajnie śpiewa.
Faktycznie, Edek siedząc za pianinem Rhodesa śpiewał Georgia On My Mind
barwą głosu z bardzo bliską do Ray Charlesa. Podobało mi się bardzo. Oczywi- ście zauważyłem, że ma nowy model mikrofonu Shura SM 58. Trzeba będzie się za takim rozglądnąć. Po tygodniu przyjechał Tapio Heinonen. Podgrywał sobie częściowo sam na gitarze, więc show był lekki. Czternastego pojawił się Kari Tapio. Przypomnieliśmy sobie chałturę z Paradoxami dwa lata temu. Kari zerknął w listę naszych utworów i poprosił, abyśmy nie grali tych, które on będzie śpiewał, i obniżył w kilku tonację. Zostawił nam kwity do swoich fiń- skich hitów i to wszystko bez żadnych ceregieli. Show udał się i po owacjach Kari zaśpiewał jeszcze jedną na bis. Ludziska lubili go. Ostatniego dnia przed przerzutem Arthur oczywiście odkręcił koło i odblokował hamulce. W drodze do Kotki musiał to powtórzyć trzy razy!
Graliśmy tutaj rok temu w kwietniu i po zaparkowaniu przed restauracją, przy- pomniało mi się wnoszenie Hammonda – teraz będzie powtórka. Gdy wtasz- czyliśmy ostatnie kolumny, byliśmy nieźle zziajani. Wieczorem fajnie się nam grało. W wolną niedzielę, tak jak poprzednio, nagrywałem nocą z Arthurem nasze wypociny. Nieee, przepraszam, coś pożytecznego udało się nam też zrobić. Utkaliśmy swoją aranżację do You´ve Got a Friend z codą funky, podob- nie jak grałem z Witkiem i Tadkiem w Vox Remedium, gdzie mogłem sobie trochę postrzelać na basie (slap bas). A propos funky slap basu, to przypomina- ją mi się czasy z Łodzi. Często basiści mieli wzmacniacze słabej mocy, ja też. Aby było mnie słychać, gdy koledzy przygazowali na gitarach, a perkusista przyło- żył w talerze, dawałem w struny z pstryka. Był to sound podobny do slap basu, a o tej technice grania wtedy nie słyszałem, bo skąd. Po latach oglądając w Fin- landii jakiś program muzyczny, usłyszałem pierwszy raz ten sam sound z pstry- ka. W pierwszej chwili przeleciało mi po głowie pytanie – co, ten basista też ma za słaby wzmacniacz? Po chwili zauważyłem, jak on gra prawą ręką i było AHA!
Kotka, marzec 1979, restauracja Itämeri
Ha, teraz można się z tego śmiać, ale w latach 60. tego się nie słyszało. A już myślałem, że nieświadomie byłem pierwszy w Łodzi ze slapowaniem z pstry- ka... To, że potem, gdy ćwiczyłem prawidłową technikę slapu, poszło mi na po- czątku kilka strun, to już inna sprawa! Początkującym podpowiem, że struny mają być jak najbliżej gryfu, podkręćcie porządnie moc i nic na siłę! Nie trzeba walczyć z instrumentem, on ma nam pomagać!
Na przyszły miesiąc jedziemy do Helsinek i gramy ponownie w klubie Marski. Arthur zreperował hamulec, bo o zdejmowaniu koła na każdym skrzyżowaniu
335
Fraction, od lewej: Andrzej Matyśniak, Roman Kaźmierski, Krzysztof Ciemniewski
Po chwili zjawił się Arthur i wtaszczyliśmy jego Hammonda z leslie. Obróciłem jeszcze kilka razy windą i pobiegłem zaparkować mustanga z przy- czepą na parkingu w podziemiach hotelu. Kaziu
336
Moje życiowe zwrotki i refreny
w Helsinkach nie było mowy! Ostatniego dnia Kaziu pochwalił się, że w ze- szłym tygodniu przymierzał się do innego auta i prawdopodobnie podmieni jutro saaba na niebieskiego opla. Umówiliśmy się, że spotkamy się w Helsin- kach około piętnastej.
– Aha, musimy wpaść jeszcze na dworzec kolejowy.
– Na dworzec? A po co? – zdziwiłem się.
„Kassu” powiedział, że dostał cynę od innej kapeli, że lepiej się opłaca brać
zwrot za podróż kwitem za bilety i bagaż z pociągu niż za przejechane autem ki- lometry. Następnego dnia poszliśmy na dworzec i spytaliśmy się, ile kosztują trzy bilety plus bagaż. Kasjerka spytała, ile tego mamy? Domyślaliśmy się, że graty Arthura z Hammondem na pewno ważą z 300 kg, plus mój wzmacniacz basowy z kolumną stówę, aparatura wokalna też jakoś tak, a bębny Kazia ze statywami to będzie razem około 500 kg. Nie, nie kilogramy, tylko ile metrów sześciennych to zajmie w wagonie, spytała ponownie kasjerka. Znowu myślówa. Moja basówka to jeden metr, Arthura piano i wzmacniacz trzy, Hammond ze dwa, bębny i wokalna też dwa. Reszta rzeczy z metr i wyszło nam około 7 m3. Kasjerka policzyła na ma- szynce do liczenia, dodając bilety i na rolce papieru odczytała sumę.
– Teraz uważaj „Diabełku”, bo taki jest greps – powiedział Kaziu i poprosił ka- sjerkę, aby urwała ten wydrukowany papier i walnęła tam stempel, bo nas jest kilku do rozliczenia się i on musi mieć jakąś podkładkę. Kasjerka bez namysłu podstemplowała z dzisiejszą datą i zadowoleni wyszliśmy z dworca.
– Teraz na połowie kartki A4 wypiszę, kto skąd i dokąd jechał oraz przycze- pię ten kwit z dworca i hop, jest rachunek.
Następnego dnia, gdy podjechałem z przyczepą pod hotel Marski w centrum Helsinek, to „nowy” opel Kazia już stał przed wejściem. Zaparkowałem znowu na chodniku i zacząłem wnosić. W kuchni siedział Kaziu i gadał z kierownikiem. Widząc mnie, powie- dział, że spotkał wcześniej moich znajomków z Frac-
Helsinki, kwiecień 1979, Night Club, hotel Marski
tion z Łodzi, którzy grali tu przed nami.
– Widząc ich zdjęcie, doradziłem im, aby kupili
sobie garnitury lub przynajmniej marynarki, bo w tych koszulkach kiepsko się prezentują – powie- dział Kaziu.
– Oby odebrali to pozytywnie. A wiesz gdzie pojechali?
– A, zapomniałem się ich spytać.
ARCHIWUM ROMANA KAŹMIERSKIEGO
The Travellin’ Band
w międzyczasie wypytał się, gdzie mamy chatę. Okazało się, że znowu śpimy osobno. Po kiepskim posiłku dla personelu pojechaliśmy zobaczyć mieszkanie. – Ale pierdziawka – zadał po swojemu Kaziu, widząc, że mają z Arthurem
tylko jeden pokój.
– No to, ja jadę do siebie, zobaczymy się później na giełdzie, nie?
Po godzinie wróciłem. Kaziu z Arthurem przyszli po chwili. W dniach prze-
rzutowych mało kto zaglądał na giełdę. Odsiedzieliśmy tę służbową godzinę i zeszliśmy na dół do klubu. Kierownik nadal siedział w kuchni i był w dobrym humorze, bo zaczął opowiadać nam fińskie kawały, z których nie wiadomo było kiedy się śmiać. Podłączyłem aparaturę i światła, a Kaziu zaczął przestawiać statywy z blachami. Pomogłem Arthurowi przy wkręcaniu nóg do piana i po- szliśmy na kawę.
– Zaczynacie o 20.30 – powiedział kierownik.
Spojrzałem na zegarek i dochodziła siódma. Arthur powiedział, że musi wy- skoczyć i przestawić auto.
– Na dole w podziemiach jest hotelowy parking – krzyknąłem za nim.
Tego wieczoru wilgotne organy trzeszczały przez dwa pierwsze bloki, jakby ktoś skrobał śrubokrętem po mikrofonie. Według Arthura trzeba by prysnąć sprajem, bo lampy są już stare i styki zaśniedziałe. Następnego dnia spotkali- śmy się tuż przed dwunastą na giełdzie i Kaziu przyniósł zwrot za podróż. Rze- czywiście suma była większa niż za kilometry.
– Teraz możemy zatankować auto na cały miesiąc – cieszył się.
Po kawie poszliśmy do Hertella. Żona Borysa widząc, że się jeszcze nie obu- dziliśmy, poczęstowała nas kawą. Nie potrwało chyba wiecej jak z pięć minut i Kaziu wyszedł zadowolony od księgowej.
– Załatwiłem zaliczkę. Pani Korkeavuori wypisze mi zaraz czek i zasuwamy do Yhdyspankki.
W banku Arthur zaproponował, że może pojechalibyśmy do sklepu MS-Au- diotron zerknąć na klawisze. Będąc już w środku, Kaziu zszedł na dół zerk- nąć na blachy, a Arthur zaczął gadać ze
sprzedawcą Carbo coś o syntetyzato-
rze MiniMoog. Stojąc obok, usłyszałem ze zdziwieniem, że pyta Carbo, ile mu da za Hammonda i leslie? Oszalał czy co?! Nasłuchał się Zawinula (Joe Za- winul z Weather Report) i o! MiniMo- og mu po głowie chodzi. Przecież na tym można zagrać tylko jeden dźwięk, nie ma żadnej polifonii, dziwiłem się. Oczywiście ma zalety, bo jest lżejszy do noszenia.
– Czy to ten górny? – spytałem.
W sklepie MS-Audiotron, od lewej: Carbo Lintinen,
Kasimir „Kassu” Kawka, Andrzej Janczak
337
Moje życiowe zwrotki i refreny
był zachwycony podmianką.
– A słyszałem, że ich wyśmienity gitarzysta Jukka Tolonen podobno dostał
propozycję od Franka Zappy i odmówił – dodałem ni stąd, ni zowąd.
W klubie na scenie zaczęło się przestawianie. Trwało to długo. W końcu
ludzie ze sklepu wnieśli dwie wielkie kolumny Kustoma i wzmacniacz.
– Coo, większych nie mieli?! – spytałem Arthura.
– One mają dwa głośniki po 15 cali. Będą czadzić – odparł Arthur z uśmiechem. – Taa, na tych poduszkach to od biedy można się przespać – włączył się Kaziu. Teraz była dalsza gimnastyka, jak to wszystko zmieścić. Arthur próbował
kilka razy, ale nie znalazł miejsca na Clavinet i opierając go o ścianę, zrezygno- wał z niego. Gdy graty znalazły w końcu swoje miejsca, Arthur przypalił skręta i zaczął sprawdzać MiniMooga. Ja podłączyłem mój nowy mikrofon i zauważy- łem, że nie ma on wyłącznika. Hmm, trzeba będzie ściszać na przerwie w mik- serze. Widząc przed Arthurem tę górę klawiszy, wyjąłem aparat i cyknąłem mu na pamiątkę jedno zdjęcie.
Głodni jak cholera, zjechaliśmy windą do jadłodajni i gdy zobaczyliśmy, że dzisiaj serwują jakieś fińskie danie z ryby, odwróciliśmy się na pięcie i bluźniąc pod nosem poszliśmy na giełdę. Tam zjadłem lihapullat, te małe kuleczki z mie- lonego mięsa. Przepaliliśmy na deser i zwalił się jakiś Polak.
338
– Cześć, Heniek, Heniek Goj – przedstawił się siadając obok.
– Cześć, „Kassu”.
– Gram na statku Helsinki – Sztokholm i stoimy tu co drugi dzień.
Po chwili Kaziu zaczął pomagać Ar- thurowi w targowaniu się. Trwało to długo, bo zdążyliśmy wypalić dwa papierosy.
W sklepie MS-Audiotron, od lewej: Kasimir „Kassu”
Kawka, Bogdan Arthur Kraśko, Carbo Lintinen SM 58, gdy zgodzi się na układ Arthu-
ra. Po wypaleniu następnego papie- rosa dogadali się. MiniMoog zmieścił się do bagażnika opla Kazia, a kolumny Kustom obiecał Carbo podrzucić do klubu za godzinę, jak ich auto się zwolni. W aucie Arthur powiedział, że był wcześniej u Fazera i Frank Robson, który gra w grupie Tasavallan Presidentti, zademonstrował mu tego MiniMooga, ale nie
Gdy Carbo zmiękł i zaakceptował podmiankę Hammonda na MiniMo- oga, a leslie na aparaturę nagłaśniają- cą Kustom, Arthur dodał, że nie może tak z dnia na dzień zamienić organów na monosyntezator i chciałby mieć ty- dzień na zapoznanie się. Włączyłem się, aby dodać moją cegiełkę i zapro- ponowałem Carbo, że ja też zrobię mu dobry dzień i kupię mikrofon Shure
– A jak wy się nazy- wacie? – spytałem
The Travellin’ Band
– Henry & Jersy´s Or- kester, tak ze szwedzka, a wy?
– The Travellin´ Band, gramy tu obok, w klubie Marski – odpowiedział Kaziu.
– Taa, coś o was słyszałem.
– Mam nadzieję, że same pozytywy – żarto- wał „Kassu”.
– Ha, ha, taaa, podob- no macie furę sprzętu na scenie.
Gdy Arthur z Kaziem poszli po kawę, Heniek spytał, czy nie znam ja- kiegoś dobrego, śpie- wającego pałkera.
– Ale naprawdę musi Arthur Kraśko i jego instrumenty
to być muzyk, taki
z którym ty też chciałbyś zagrać. Takich, co krzyczą babole, aby im podwyższyć (transponować) z „D” do „C”, to nie chcę!
Uśmiechnąłem się, bo podobało mi się. w jaki sposób to sformułował. W pierwszej chwili pomyślałem o Tadku, ale on chyba jest w Polsce, a Maciek Czaj na pewno ma robotę z gwiazdami.
– Nie, nikt mi do głowy nie przychodzi.
Obiecałem Heńkowi, że jak będę coś słyszał, to dam mu cynk.
– Tylko żeby był dobry, wiesz żadne tam z „D” do „C”!
Pożegnaliśmy się i do następnego. Tego wieczoru granie było inne. Arthur
nie wiedząc jeszcze, jak te filtry w MiniMoogu działają, wygrywał nam od czasu do czasu „kosmiczne” solówki. Powiedzmy to łagodnie, o bardzo dziwnym so- undzie. Zamiast łagodnego soundu „fletu”, słyszeliśmy np. jak foka się śmieje. Miał jedną łapę na klawiaturze, a drugą na tym kółku (pitch band), brakowało mi podkładu z organów i piana.
– Jutro będzie trochę lepiej, a za kilka dni może jeszcze lepiej – żartował
Arthur.
Na ostatniej przerwie, pijąc w kuchni kawę, raptem słyszymy MiniMooga
Arthura.
339
ARCHIWUM AUTORA
Moje życiowe zwrotki i refreny
Artek zerwał się jak oparzony i biegnie zo- baczyć, kto mu rusza jego nowy instrument! Poszliśmy za nim, bo był czas zacząć grać i co? Na scenie nie ma nikogo, a MiniMoog gra sam? Trwało chwilę zanim Arthur go wyciszył.
Henry & Jersy´s Orkester, od lewej: Jerzy Szledakowski, Henryk Goj, Andrzej Szyszkiewicz
– Aha! – olśniło go – zostawiłem przez po- myłkę strasznie długi decay time i skuba- ny zaczął sobie grać
z opóźnieniem – śmiał się.
Zaczął się następny tydzień grania i na giełdzie spotkałem znowu Heńka Goja,
tym razem był z pałkerem, Andrzejem Szyszkiewiczem. Heniu zachwalał An- drzeja, dziwiąc się, że taki zdolny pałker i zachciało mu się pracować w Szwecji na jakimś tam etacie. Domyśliłem się, że to na miejsce Andrzeja Heniek szuka nowego. Z dyskusji dowiedziałem się, że Andrzej grał przez jakiś czas z Jankiem Mańkowskim w nowym składzie Spiders.
Gdy piętnastego poszliśmy do Hertella po szmal, spotkałem tam nieoczeki- wanie Zbyszka Nowaka! Nie widzieliśmy się od 1972 roku, od czasów Bractwa Kurkowego.
– Cześć Zbychu, co tutaj porabiasz? – spytałem.
– Cześć Andrzej, przyjechałem na kilka miesięcy z moim nowym zespołem Happy End – odparł.
– A jak tobie leci, jesteś tutaj cały czas od 1972?
– Tak, ciągnę ciurkiem już kilka ładnych lat. Obecnie gram z The Travellin’ Band w Helsinkach, w klubie Marski, masz czas wpaść?
– Nie, niestety, my tylko weźmiemy forsę i jedziemy dalej.
– A co porabia teraz nasz wspólny znajomy? – spytałem.
– On dobrał sobie młodych „tygrysów” i stara się jak może – odpowiedział
dyplomatycznie.
– Poza tym – dodał – staramy się o wyjazd do Ameryki.
– No to życzę miłego pobytu w Finlandii i powodzenia w Ameryce. Może się
gdzieś na trasie jeszcze spotkamy.
– No to trzymaj się Andrzeju, ale ci pióra urosły – dodał i wszedł do biura. Arthur spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Odpowiedziałem mu, że to był
mój kierownik muzyczny z Vox Remedium i Bractwa Kurkowego. Stojąc w po- czekalni, Kaziu spytał sekretarkę Anitę Katajainen, czy możemy na chwilę wejść
340
ARCHIWUM ANDRZEJA SZYSZKIEWICZA
The Travellin’ Band
do dyrektora Toma. Biuro jego mieściło się po lewej stronie korytarza. Ona wsa- dziła nos w drzwi i powiedziała, że „Kassu” z Travellin’ Band chce się z nim zo- baczyć. Odwróciła się i kiwnęła przytakująco głową. Weszliśmy, uśmiechnięty Tom uścisnął nam ręce i usiadł za dużym biurkiem z ciemnego drzewa.
– Istukaa ole hyvä (Siadajcie, proszę bardzo) – powiedział niskim głosem.
Kaziu podziękował i dodał żartując, że nie musi dzisiaj wyjmować koniaku, bo jesteśmy autami. Potem nie czekając dał z grubej rury, że kupiliśmy drogie instrumenty oraz że wszystko drożeje i nadszedł czas, abyśmy dostali podwyż- kę. Hertell spojrzał na nas zdziwiony i spytał, jaką stawkę teraz mamy.
Kaziu podał mu, ile mamy na rękę po podatkach. Hertell odparł od razu, że mamy jedną z lepszych stawek w jego agencji. Kaziu nie dawał jednak za wy- graną i kontynuował motywując.
– My mieszkamy tutaj na stałe i mamy koszta w domu, jak komorne, prąd, woda itd. oraz podróże w wolne dni, co kosztuje nas extra.
Przytakiwałem Kaziowi głową, a Hertell wziął głęboki oddech i wstając po- klepał Kazia po ramieniu, mówiąc, że się zastanowi, bo jest w tym trochę racji.
– Trzeba walczyć, może coś dołoży – powiedział Kaziu, gdy wyszliśmy.
Wpadliśmy obowiązkowo na giełdę i tam dowiedziałem się, że Marek Lewan- dowski z Bogdą są znowu w Finlandii z Bogda & Flowers. Arthur przesiadywał teraz wszystkie wolne chwile za MiniMoogiem, co owocowało. Jego solówki na echu Marleya zaczęły brzmieć fantastycznie. Podziwiałem, jak szybko zmieniał potencjometrami barwy między utworami. MiniMoog nie miał nic gotowego.
Następnym razem na giełdzie spotkałem Polaka Żadejkę, mieszkającego na stałe w Finlandii. Zgadaliśmy się coś na temat fińskiego wojska. On nadmienił, że jakiś Polak po zmianie obywatelstwa musiał odwalić fińską służbę wojsko- wą w Laponii. Przestraszył mnie trochę i zainteresowałem się, od ilu dioptrii nie biorą tutaj do woja, bo w Polsce mnie to ominęło. Żadejko podpowiedział, abym zadzwonił i spytał. Tak też zrobiłem. Wykręciłem do Helsingin Sotilaspii- ri w Helsinkach. W odpowiedzi usłyszałem, że ci z dużą wadą wzroku, nawet do -9, pomagają w bibliotece i w kuchni. Oho! Oby tylko im się nie przypomnia- ło o mnie cholera. Pod koniec miesiąca Arthur powiedział, że rozmawiał z żoną i dowiedział się, że jej brat proponuje mu znowu podmiankę na inne auto. Mia- nowicie tym razem na Alfa Romeo Giulia 1300. Podobno jest tuż po remoncie i nowo pomalowane na srebrny metalic. Lakier suszony w piecu i idzie jak ra- kieta, podniecał się Arthur.
Ludzie ze sklepu muzycznego zabrali w końcu Hammonda i leslie Arthu- ra. Na scenie zrobiło się luźniej. Tego wieczoru brakowało mi bardzo soundu organów, ale Arthur opanował MiniMooga na tyle, że już nie było takich nie- spodzianek w solówkach. Ostatniego dnia odebrałem z lotniska Monę, którą poznałem w Arkipelagu w lutym. Od tamtego czasu utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. Teraz ma tydzień wolnego, więc pasowało. Weszliśmy na giełdę na kawę i tam spotkałem Jerzego Dubiela z Mikkeli, dał mi adres i zapraszał, gdy
341
Moje życiowe zwrotki i refreny
będę w pobliżu. Po graniu Arthur nie mógł się doczekać, aby wsiąść w alfę romeo i pojechał od razu do Lappeenranty zrobić podmiankę. Odpadło nam noszenie Hammonda, więc spakowaliśmy się dość szybko. W poniedziałek mie- liśmy wolne, więc zostałem z Moną w Helsinkach i wieczorem poszliśmy zoba- czyć, kto gra po nas w Marskim. No i niespodzianka! Andrzej Puszkarzewicz gra w trio, a na basie Curt „Curre” Quanström z Ålandu. Curre od dawna urzędo- wał już w Helsinkach, a na wyspy wpadał tylko latem i na święta. Na przerwach Mona mogła sobie z nim pogadać po szwedzku, a ja z Andrzejem po polsku. Po- przednim razem tańczyłem z Moną w lutym. Teraz znowu zatańczyliśmy wol- niaka i ja miałem dla niej niespodziankę. W połowie tańca wyjąłem dwie ob- rączki i zaproponowałem, abyśmy się zaręczyli. Jak się domyślacie planowałem to trochę wcześniej. Udało się, Mona zaakceptowała!
Mieszkanie mam nadal w Helsinkach blisko sklepu muzycznego MS-Audiotron. Gdy we wtorek podjechałem ze sprzętem, srebrne alfa romeo Arthura stało już na parkingu. Zaraz potem pojawił się Kaziu. Oczywiście obejrzeliśmy dokład- nie alfę, tradycyjnie kopiąc w opony. Błotniki nie odpadły, więc jest OK.
Espoo, maj 1979, hotel Polar
W restauracji scena była mała, ale teraz bez organów jakoś się zmieściliśmy. Siedem wolnych dni Mony zleciało bardzo szybko i musiała wracać do pracy. Po dwóch dniach zadzwoniłem do niej z życzeniami, bo miała dziewiątego urodziny. Dowiedziałem się, że w Arkipelagu (Arkenie) gra polski zespół z Łodzi. She & They z „Jagodą”, Jackiem Wiśniewskim, Markiem Łokajem na klawiszach oraz Stasiem Kaniorskim na bębnach. Czternastego były urodziny Arthura, ale bez żadnej balan- gi. Tutaj nadmienię, że przez wiele, wiele lat pracy na scenie uchowaliśmy się od nadmiernego spożywania alkoholu. Tego wieczoru oglądaliśmy w przerwach Eu- rowizję. Wygrał Izrael wesołym utworem Hallejujah. Po głowie nadal chodziło mi to fińskie wojsko i szesnastego byłem u okulisty po receptę do ewentualnego wy- migania się. W następne wolne dni zafundowałem sobie samolot do Mariehamn, aby odwiedzić Monę i pogadać z kolegami z She & They. Wieczorem, tradycyjnie w nocnym klubie, spotkał się personel ze wszystkich knajp, a disco puszczał nadal Erik z Helsinek. Było głośno i wesoło. Pogadałem chwilę z Jackiem, który pokazał mi, jak on zapina pasek od basówki w kroku, czyli między nogami.
– W ten sposób gryf nie leci mi na dół – tłumaczył i dodał szybko, że trzeba się pilnować, aby się nie odwrócić tyłem do tańczących, bo... zrozumiałem. Marek pokazał klawisze swoje i „Jagody” i zanim się obejrzałem, było już późno w nocy.
W poniedziałek samolot do Helsinek i wieczorem granie.
Gramy tutaj tak jak poprzednio, codziennie do niedzieli dwudziestego czwar- tego, a po nas będzie dyskoteka. Stolarz przebuduje scenę dla disc jockeya. Po wyładowaniu gratów parkując auto usłyszałem, że rura wydechowa mi pękła,
342
Lahti, czerwiec 1979, Night Club Häränsilma
The Travellin’ Band
bo auto warczy dużo głośniej. Portier polecił mi warsztat pod miastem, którego właściciel miał na imię Kari. Pozdrowiłem go od portiera, aby wyrobić sobie chody i zaspawał mi na poczekaniu. W zespole, Arthur wymyślił, że teraz mało używa clavinetu i chętnie podmieniłby go na vocoder i pokazał mi prospekt Rolanda SVC-350.
– Podłączyłbym go pod skrzypy Rolanda i ten akord, który zagram, śpiewając jednocześnie do mikrofonu, to będzie polifoniczny chórek, rozumiesz? Można też ustawić balans między mikrofonem a chórkiem z Rolanda – tłumaczył dalej. – Wtedy te discowe utwory brzmiałyby blisko oryginału – dodał.
Kaziu przerwał mu, mówiąc, żeby trzymał forsę w kieszeni, bo załatwił z agentem dwutygodniowy urlop na początku lipca.
– Gramy prawie ciurkiem i musimy trochę odpocząć.
Arthur był niezadowolony, najchętniej pracowałby codziennie, bo co będzie robił przez dwa tygodnie w domu? Kaziu uspokajał go, mówiąc, że drugą połowę lipca gramy w Aulanko w Hämeenlinnie i dwa tygodnie to wytrzy- ma. Prawdę mówiąc to nawet przez myśl mi nie przeszło, że gram prawie bez przerwy ostatnie trzy lata. Po każdej wolnej niedzieli, gdy najczęściej graliśmy muzykę dla siebie, chętnie wchodziło się w poniedziałek na scenę. Tutaj czuli- śmy się najlepiej. Stąd widzieliśmy wszystko, kto z kim przyszedł i z kim tańczy, gdzie jest kierownik i kelnerki. My na scenie byliśmy widownią, a na parkie- cie występowali „aktorzy”. Widziało się niejedno, czego tutaj nie można opisać i zostanie to tzw. tajemnicą służbową. Spędzamy ze sobą całą dobę i po pierw- szych dźwiękach, bez gadki, rozpoznawaliśmy, w jakim humorze jesteśmy dzi- siaj. Instrumenty były częścią nas. W pracy, która jest również naszym hobby, można było czasami „ponarzekać” na przykład na żarcie, a teraz w wolne, na co tu narzekać? Dla nas – pracusiów i nałogowców – te wolne dni były faktycznie „problemem”. Całe szczęście, że podczas urlopu mamy gdzie mieszkać w po- równaniu do przyjezdnych kapel. Mając przed sobą wolne dni, postanowiłem, że odwiedzę rodzinkę w Łodzi. Poprzednim razem widzieliśmy się w grudniu 1975 roku. To już trzy i pół roku temu. W pokoju zerknąłem w kalendarz i ten nieoczekiwany urlop mi przypasował, bo trzeciego lipca będą 50. urodziny mamy. Następnego dnia poszedłem do biura podróży sprawdzić ceny biletów na samolot do Warszawy i zarezerwowałem miejsce. Piętnastego w piątek za- dzwoniłem do Mony i złożyłem jej życzenia imieninowe, informując, że lecę do Polski, bo mam mieć dwa tygodnie wolnego. Mona spytała, czy mogę się wyrwać z Polski kilka dni wcześniej i przyjechać do niej. Oczywiście, będę musiał tylko zmienić rezerwację lotów. Wyciągnąłem z banku walutę i wykupiłem bilety na dwudziestego czwartego w niedzielę. Powrotny lot pasował mi lepiej z prze- siadką w Sztokholmie. Bilety lotnicze w obie strony z ich prowizją kosztowa- ły 1370 marek. Zadzwoniłem do mamy i powiadomiłem, że się zjawię za kilka dni. Oczywiście ucieszyła się bardzo. Potem wykręciłem do taty i poprosiłem, aby po mnie wyjechał do Warszawy. Ostatni tydzień byłem myślami w Łodzi.
343
Moje życiowe zwrotki i refreny
W sobotę po graniu szybko się spakowaliśmy. Arthur zabrał ze sobą MiniMo- ga i mixer, aby „nie wylecieć z wprawy”. Ja po zaledwie paru godzinach „spania” wyjechałem raniutko z przyczepą do Helsinek. Znając bezpieczne miejsce, za- parkowałem ponownie przyczepę na parkingu pod hotelem Marski. Na lotni- sku w Vantaa wyszukałem bezpłatny parking dla mustanga. O 12.55 wylecia- łem z Helsinek do Polski. W Warszawie byłem już o 14.50, tam czekał na mnie tata swoim fiatem. Uściskaliśmy się i dawaj w drogę. Jadąc do Łodzi, przejeż- dżaliśmy przez Rawę Mazowiecką. Z sentymentem patrzyłem przez okno, bo będąc w podstawówce, spędziłem tutaj jedne wakacje.
W Łodzi wjechaliśmy na podwórko od strony ul. Sienkiewicza pod wieżow- cem TV. Z daleka zobaczyłem, że na szczycie oficyny Piotrkowska 60 nadal jest nazwa zespołu Vox Remedium, którą namalowałem w grudniu 1975 roku. Wyjąłem prezenty kupione dla taty i poszedłem na drugą stronę podwórka do mamy. Siostra wyglądała dobrze, mama natomiast jakby się trochę skurczy- ła. Lata robią swoje, pomyślałem. Uściskaliśmy się serdecznie i po niezbędnej wizycie w toalecie usiadłem na swoim krześle w kuchni. Mama krzątała się, przygotowując jedzenie. Uszy chyba mi się trzęsły, bo duszone mięsko, kopyt- ka i surówka z marchewki smakowały wyśmienicie! Gadaliśmy jeden przez drugiego. Po wypiciu chłodnego kompotu wybiegłem na Pietrynę. Naprze- ciwko był nadal sklepu muzyczny (Centrala Muzyczna). Wszedłem na chwilę i wymieniłem ze znajomym mi sprzedawcą kilka słów. Potem przeszedłem się po lewej stronie do Tuwima i wróciłem. Przed pasażem był drugi sklep muzyczny, gdzie mieli w większości płyty. Przy klubie Pod Siódemkami sta- nąłem na chwilę i zerknąłem w bramę. Doszedłem do „Magdy” przy Jaracza i odzwyczajony od takich spacerów poczułem, że nogi mi w tyłek wchodzą. Idąc Jaracza do Wschodniej, rozglądałem się dookoła jak turysta. Teraz, po dłuższej nieobecności, zauważyłem, jak szaro wyglądają łódzkie kamienice. Mijając restaurację Golonka, skręciłem w Narutowicza i obok Empiku przesze- dłem w stronę wieżowca i przejściówką do chaty. Wieczorem zadzwoniłem do Maćka Czaja spytać, co u niego. Odebrała Ewa, Maciek był w trasie. Następnego dnia poszedłem do klubu Pod Siódemkami i okazało się, że tam mało się dzieje latem. Większość kolegów albo wyjechała zagranicę lub podłapała granie nad morzem i w mieście są teraz puchy. Wracając, spotkałem na podwórku siostrę Igora, od której dowiedziałem się, że Igor pracuje teraz w Warszawie w tele- wizji jako inżynier dźwięku. O proszę, tak mu się ładnie ułożyło. We wtorek poszedłem do Empiku na ul. Narutowicza i sprawdzając w kalendarzu, kogo tam zanotowałem, kupiłem kilka pocztówek oraz miesięcznik „Jazz Forum”. W domu siostra poczęstowała sernikiem wiedeńskim do kawy, mówiąc, że pewnie się za tym stęskniłem. Przypasowałem, i powiedziałem mamie, że się zaręczyłem, pokazując zdjęcie Mony.
344
Łódź, czerwiec 1979
– Ma bardzo oryginalną urodę – po- wiedziała, wpatrując się przez chwilę.
The Travellin’ Band
– Ona mieszka na Wyspach Alandz- kich – dodałem.
– Gdzie to jest – spytała siostra.
Było trochę tłumaczenia, gdzie są te wyspy, aż siostra przyniosła atlas i się dogadaliśmy.
– Tak na środku morza? – dziwiła się mama.
Opowiedziałem krótko to, co wie- działem, że na tych wyspach, których jest około 6700, mieszka chyba 28 ty- sięcy ludzi. Gadają tylko po szwedzku i mają autonomię oraz swoją flagę. Fi- nowie nazywają te wyspy Ahvenan- maa, co po przetłumaczeniu brzmi trochę dziwnie dla nas „ziemia okonia”.
– To na Piotrkowskiej mieszka Mona Mattsson więcej osób niż na tych wyspach –
dodała siostra.
– To jak ty się tam porozumiesz z nimi? – spytała mama.
– Na początku po angielsku i trochę po fińsku, bo jest ich tam sporo. Szwedz- ki będę łapał w międzyczasie. A wiecie co, przypomniał mi się dowcip à propos języków.
Zagraniczny turysta zaczepia na Pietrynie dwóch milicjantów i pyta ich po an- gielsku. Ten starszy rangą odpowiada po polsku, że nie rozumie. Turysta pyta ich po niemiecku, po francusku, po włosku i milicjant za każdym razem odpowiada, że nie rozumie. Turysta wzruszył ramionami i poszedł. Wtedy ten drugi milicjant mówi, że może przydałoby się nauczyć jakiegoś obcego języka. Na to ten starszy rangą:
– Łeee co ty. On umiał tyle języków i też się z nami nie dogadał...
Mama z siostrą uśmiały się szczerze.
Trzeciego lipca rano poszedłem z siostrą do kwiaciarni na Pietrynie przy 22 Lipca i kupiliśmy duży bukiet czerwonych róż oraz zgrabnego fikusa w do- niczce. Mama miała dzisiaj 50. urodziny! Wieczorem szampan, kawa i kilku gości. Te kilka dni w Łodzi zleciały mi bardzo szybko i nadszedł czas powrotu do Finlandii.
Piątego lipca tata odwiózł mnie do Warszawy. W południe wystartowałem Finnair w stronę Helsinek z przystankiem w Sztokholmie. Z okna samolotu było
345
ARCHIWUM MONY MATTSSON
– Drive carefully – usłyszałem na zakończenie.
Moje życiowe zwrotki i refreny
widać wyraźnie, kiedy kończy się ląd, a zaczyna morze. Po skromnym posiłku i małej kawie, silniki samolotu zwolniły i samolot zaczął się zniżać. W Sztok- holmie byliśmy punktualnie. Staliśmy tutaj niecałą godzinę. Można było wyjść do terminalu tranzytowego, więc skorzystałem z okazji i kupiłem karton pa- pierosów. Na pasie startowym zaczął lekko padać deszcz, ale po minięciu ni- skich chmurek ukazało się słońce. Po niecałej godzinie dolatywaliśmy do Helsi- nek, pogoda się polepszyła i chmury pod nami zniknęły. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem statki Vikinga w porcie. Całe Helsinki leżały pod nami. Gdy koła zapiszczały po asfalcie, odetchnąłem, znowu jestem na ziemi. Po odebraniu bagażu poczłapałem w stronę parkingu. Uśmiechnąłem się, widząc, że mój mu- stang czeka na mnie lekko zakurzony. Obejrzałem dookoła czy jest powietrze we wszystkich kołach. Wyłączyłem alarm i po włożeniu bagażu na tylne sie- dzenie przetarłem boczne szyby papierem toaletowym. W środku było duszno, opuściłem szybę i podpompowałem kilka razy gaz. Przekręciłem kluczyk i wro- ouuum bul-bul bul-bul... Przygazowałem kilka razy i puściłem wodę na przed- nią szybę. Spłukałem jeszcze raz i wrzuciłem jedynkę. Auto wyrwało do przodu jak młody źrebak. Ale radocha, cieszyłem się jak dziecko. Jakby ktoś mnie teraz widział, to na pewno zauważyłby, że uśmiecham się sam do siebie. Za lotni- skiem zatrzymałem się na stacji Shella i zatankowałem. Obmyłem porządnie okna i sprawdziłem jeszcze raz, o której odpływa statek do Mariehamn. Wy- ruszał z Naantali (obok Turku) o 23.00 i jestem w Mariehamn na siódmą rano. W nocy statek płynie wolniej, aby ludziska stracili trochę gotówki w barze, a w porcie docelowym personel zaczynał dniówkę bez nocnych godzin. Busi- ness! Po zapłaceniu za benzynę podszedłem do automatu telefonicznego i wy- kręciłem do Mony. Krótko opowiedziałem, jak minęła mi podróż. Mona powie- działa, że jutro rano pracuje od szóstej, bo ma breakfast (śniadanie hotelowe), więc do zobaczenia w Arkenie.
Mając sporo czasu, pojechałem sprawdzić, czy przyczepa stoi nieruszona. Wszystko było w porządku. Wyjeżdżając po chwili na Kehä III (obwodnica Hel- sinek) dostrzegłem pierwszą tablicę z informacją, Turku 160 kilometrów. Spoj- rzałem na zegarek, dochodziła siódma. Był czwartek, więc na szosie nie było dużego ruchu. Do Naantali dojechałem bez problemów tuż po dziewiątej. Za- trzymałem się na pasie wjazdowym na deck promu i po wykupieniu biletu po- szedłem na górę do kawiarni. Usiadłem przy oknie, obserwując jak kierowcy ciężarówek zręcznie się cofają z tymi dużymi przyczepami TIR-a. Mają wprawę! O 22.00 zaczęli wpuszczać. Po zaparkowaniu mustanga na decku za czerwo- nym audi, zaciągnąłem ostrożnie hamulec i poszedłem na górę. Gdy odbiliśmy, zerknąłem do restauracji zobaczyć, kto gra. No i proszę bardzo, kogo ja widzę, Janek Kuczyński z Turku siedzi za klawiszami i gra z Finami. U kelnera zamó- wiłem piwo i usiadłem z boku sceny. Na przerwie pogadałem z nim i po dwóch blokach chciałem iść do kawiarni coś zjeść.
346
The Travellin’ Band
– A co ty opowiadasz takie rzeczy – powiedział Jasiu. – Chodź z nami do messy i razem coś tam wsuniemy – zaproponował.
Nie opierałem się i poszliśmy. W messie siedziało tylko dwóch Finów i oglą- dało telewizję. Wziąłem dwie kanapki z szynką oraz szklankę mleka i usiedli- śmy przy oknie.
– Gdzie cię niesie – spytał.
Powiedziałem w skrócie, że zaręczyłem się z miłą dziewczyną z Ålandu i mając dwa tygodnie wolnego, jadę ją odwiedzić. Poza tym w Finlandii niektó- re restauracje przechodzą na disco i robi się coraz mniej miejsc do grania.
– Aha, to dlatego Bohdan Maciejczyk przeszkala się na barmana czy kelnera i ma zamiar tutaj pracować. Znasz go?
– Ta, kiedyś tam się scyknęliśmy. On jest też z Łodzi, a jego ojciec był również pałkerem.
Janusz narzekał trochę na granie na statku, że nie można wyjść na ląd, bo stoją krótko, ale za to szmalec jest dobry i dlatego trzeba od czasu do czasu się poświęcić. Poza tym można bezcłowo kupić w slabie (sklep bezcłowy dla personelu) fajki i gorzałkę na handel. Ja na statku jeszcze nie grałem, więc nie mogłem sobie wyobrazić życia jako marynarz. Przerwa się kończyła i razem poszliśmy na górę. Przez to spotkanie czas zleciał mi dość szybko. Gdy skoń- czyli chałturę, pożegnałem się i znalazłem wolny fotel przy oknie. Gdy o siód- mej rano dobijaliśmy do Mariehamn zszedłem na deck do auta. Po chwili sły- chać było, jak jeden bok statku ociera się. Skrzypiało niesamowicie, w końcu przycumowaliśmy i podniesiono przednią klapę. Auta zaczęły wyjeżdżać. Na ulicach były puchy, miasto się jeszcze nie obudziło. Po chwili zaparkowałem przed hotelem i po przeczesaniu fryzury wszedłem do recepcji. Z plakatu na drzwiach wyczytałem, że w restauracji gra w tym miesiącu jakieś trio z Bułga- rii, a w nocnym klubie czeski kwartet. Czyli żadnych znajomków nie ma. Wsze- dłem na piętro do kuchni. Idąc korytarzem, zobaczyłem, jak Mona siedzi na skrzynce po coca-coli i pali papierosa. Widząc mnie, podskoczyła do góry i uca- łowała mnie. Na to wszedł hovmaister Janne i zaczął się zgrywać.
– No, terve Polanski!
Wypiłem kawę i po ósmej Mona podliczyła szmalec i oddała kasę.
Czekając na dole, zobaczyłem, jak dyrektor Erik Janzon wchodzi tylnymi
drzwiami. Przywitałem się krótko, mówiąc tylko Hejsan! Podczas tego pobytu na Ålandzie Mona pokazała mi stary zamek szwedzkiego króla, Kastelholm, i gdzie oni stawiają na Świętego Jana te ich tradycyjne midsommarstången. Jest to taki wysoki maszt z poprzecznymi patykami udekorowany kolorowym pa- pierem i świeżymi gałązkami brzozy. Dzieciarnia tańczy dookoła masztu i mu- zykanty grają na ludowo Små Grodurna, coś w stylu naszej piosenki Pije Kuba do Jakuba.
Któregoś dnia tankując auto, zobaczyłem na stacji benzynowej wypucowa- ne amerykańskie bryczki. Błyszczały jak psu... Gdy wróciłem po zapłaceniu,
347
Moje życiowe zwrotki i refreny
zobaczyłem, że kilku przygląda się dziwnie mojemu mustangowi. Mówili coś po szwedz- ku, pokazując na moje dodatkowe świa- tła z przodu i na hak. Wzruszyłem ramiona-
Mój mustang mi i pojechałem. Hmm,
pedanci, pewnie jeżdżą tymi autami tylko latem i to w słoneczną pogodę. Ja używam mojego codziennie przez cały rok. A jak ciągnąć przyczepę? Niech się odwalą, tłumaczyłem sobie
w myślach.
Urlop dobiegał końca i czas wracać do Finlandii do pracy. W niedzielę wie-
czorem pożegnałem się z Moną. Na promie stwierdziłem, że tym razem w re- stauracji gra jakaś inna kapela fińska. Wypiłem jedno piwo i zszedłem do auta. Na pokładzie smochodowym będzie ciszej, myślałem. Spanie na tylnym siedze- niu nie było wygodne. Trochę połamany o siódmej rano wyjechałem z promu. Był to poniedziałek i ruch na szosie był dość duży. W słoneczny poranek, pod- śpiewując sobie pod nosem, dojechałem do Helsinek tuż po dziewiątej. Zacze- piłem przyczepę i dalej do Hämeenlinny. Z małą przerwą dojechałem do hotelu po jedenastej. Zobaczyłem, że na parkingu stoi już alfa romeo Arthura. Staną- łem przed wejściem i wniosłem swój podręczny bagaż. W auli przeczytałem na plakacie, że do końca miesiąca gra w restauracji The Travellin’ Band. Wje- chałem windą na trzecie piętro i zostawiłem swój neseser. Wróciłem do auta i wnosząc jedną kolumnę Peaveya, zobaczyłem, że bębny Kazia stoją już na scenie, a MiniMoog Arthura leży na akustycznym pianie. Widocznie byli tutaj już wczoraj, w niedzielę. Stęsknili się za graniem? Wziąłem od portiera wózek i wtaszczyłem na scenę swoją basową kolumnę, wzmacniacz i drugą kolumnę wokalną. W przyczepie zostało piano Arthura, clavinet, skrzypy Rolanda, świa- tła, statywy, worek z kablami Arthura oraz te wielkie kolumny Kustoma. Przez chwilę zastanawiałem się, czy szukać Arthura, czy wnieść mu to wszystko. Ach, niech się ucieszy, że mu pomogłem. Wyładowałem resztę na wózek i odstawi- łem mustanga na parking. W pokoju przeprasowałem koszulę i wyprałem czu- prynę. Susząc włosy, spojrzałem na zegarek i dochodziła druga po południu. Ludzie z restauracji zmyli się, więc zacząłem podłączać aparaturę i światła.
– No cześć – usłyszałem za plecami głos Arthura.
– Cześć byku, wisisz mi piwo, bo jak widzisz wtaszczyłem ci twoje graty.
– No, jakoś to przeżyję.
– Byłem z Kaziem w mieście po dobrej jakości kasety, bo kupiłem w Lappeen-
rancie używanego porta-studio Tascama 244. – Co takiego?
348
ARCHIWUM AUTORA
The Travellin’ Band
Arthur wytłumaczył mi, że to takie domowe studio na cztery ścieżki. Kaseta zasuwa szybciej, więc jakość nagrań będzie lepsza niż na naszych samogra- jach, a poza tym będzie można trochę zmiksować poziomy mocy. Trzeba jednak używać lepszej jakości kasety niż dotychczas.
– A tę opaleniznę to masz od lampy czy byczyłeś się na słoneczku?
Arthur machnął ręką i zaczął wkręcać nogi do piana. Po chwili przyszedł Kaziu i powiedział, że dwudziestego siódmego mamy jeden show z piosenkar- ką Anneli Sistonen, a na sierpień jedziemy nad morze do Hanko.
– Aha – zaczął Arthur – gadałem z Kaziem, że na lato to moja baba może uszyć nam fajne koszule i spodnie.
– Czemu nie, w marynarkach jest trochę za ciepło latem. Mogę wziąć miarę, bo podpatrywałem mamę, jak to się robi.
Umówiliśmy się, że będą białe koszule z dużym kołnierzem i niebieskie spodnie. Wszystko z błyszczącego materiału, aby w światłach dobrze wyglą- dało. Wieczorem po pierwszym bloku poczułem urlop w palcach. Skóra na po- duszkach palców mi zmiękła i zaczęło boleć. W trzecim bloku również siadł mi głos i dośpiewałem zachrypnięty. Tak, urlopy to nie dla nas, aby utrzymać formę, trzeba ćwiczyć i grać codziennie. Na szczęście po dwóch dniach było lepiej. Natomiast Arthur nie tylko się opalał. Słychać było, że ćwiczył, bo solów- ki wymiatał teraz zawodowo, a jego codzienne przestawianie gratów na scenie nie miało końca. Chciał mieć wszystko pod ręką. Narzekał też, że za słabo słyszy wokal, bo kolumny Peaveya stoją z przodu. Przyjrzałem się, jakie ma wejścia w jego wzmacniaczu Kustom i „odkryłem”, że ma aux in. Polutowałem dwa krótsze kable w jeden długi i wyciągnąłem sygnał z mixera Kazia. Jak to teraz zagadało z Arthura kolumnami, aż gęby się nam roześmiały!
– Ty „Diabeł”, jak ja mam wasz wokal teraz u siebie w mikserze, to mogę na- grywać prosto przez kabel, zamiast przez mikrofony – ucieszył się Arthur.
Po graniu siedzieliśmy ze słuchawkami na uszach i słuchaliśmy naszych wypocin.
– No! A po co mi takie duże wibrato!? – komentował znowu Arthur swoje solo.
Nagrania pomagały nam bardzo w dyscyplinie muzycznej. Sami słyszeli- śmy, kiedy robi się „zupa”, a kiedy jest OK. Stojąc obok siebie na scenie ponad dwa lata, znaliśmy się na wylot. W nagraniach słychać było już po jednej frazie, kiedy kończy się pierwszy wątek improwizacji i zaczynamy grać długie nuty (myślówa), aby za kilka sekund znowu złapać ciągłość. Tak chyba jest w impro- wizacjach u większości muzyków. Mają ograne swoje riffy, a potem zależy od polotu tego dnia.
W niedzielę byłem sam w hotelu i oglądając w auli telewizję, zobaczyłem ponownie tego basistę, który wymiata slap bas. Podpatrzyłem go, że w takim samym Fenderze Precision ma inne przystawki. Hmm, a jakby też podmienić? W poniedziałek zaraz po śniadaniu (kawa i papieros) pojechałem do sklepu
349
– I co?
Moje życiowe zwrotki i refreny
Fazera i sprzedawca Friman wyjął mi właśnie te żółto-kremowe przystawki Di- Marzio P-bas. Wprawdzie tamten basista miał ich dwie pary, ale borować nowe dziury przy mostku nie mam czym. Kupiłem jedną parę i szybko na scenę luto- wać. Trochę się pogimnastykowałem z tymi sprężynkami na śrubach, bo bra- kowało mi trzeciej ręki, ale udało się. Sprawdziłem i działa. Ciekawe jak będzie wieczorem? Po południu Arthur wrócił z nowymi ciuchami. Spodnie były dobrze dopasowane i trzeba było uważać z siadaniem, aby... Wieczorem albo mi się wydawało, albo tak było. Na mniejszej mocy bas miał silniejszy sygnał. Sound był czytelniejszy, z większą dynamiką. Mając instrument codziennie w ręku, natychmiast odczuwałem najmniejsze zmiany. W piątek przyjechała piosenkarka Anneli Sistonen. Zrobiliśmy próbę i show, który trwa jeden blok, zaczyna się o dwudziestej drugiej. Również nasze ciuchy, jak i ostatnie ustawie- nie mikrofonów, sprawdziły się pozytywnie! Ostatni dzień w Aulanko gramy we wtorek, a po nas przyjedzie zespół The Sound z Emilem Czerniwczanem na bębnach i Markiem Mazurkiewiczem.
Emil grał poprzednio w grupie Wagant oraz Lublin Quartet.
Gdy rozstawialiśmy sprzęt na malutkiej scenie, kierownik powiedział, że pod parkietem jest basen. W ciągu dnia zasuwają scenę taką draperią jak miech w akordeonie i odsuwają parkiet/podłogę. Oho, pływać nie będziemy, ale jak ta wilgoć wpłynie na nasze instrumenty, dziwiliśmy się? Wieczorem Kaziu zaniósł kierownikowi rachunek „z dworca” za przerzut. Szmal ma być jutro, gdy księ- gowa przyjdzie do roboty. Następnego dnia kierownik zawołał Kazia do siebie.
Hanko, sierpień 1979, restauracja Regatta
– Ale paska (gówno) wyszło z tym rachunkiem – bąknął „Kassu”, gdy wrócił.
– Wiecie co on zrobił? Zadzwonił na dworzec i spytał, ile to jest 7 m3? Bo nasz rachunek był dużo większy od innych zespołów.
– No co, 7 m3 to podobno pół wagonu kolejowego! Dał nam tylko za kilometry. Przez ten basen pod parkietem nie było mowy o próbach. Za namową Arthu- ra poszliśmy, o dziwo, spacerkiem wzdłuż brzegu morza, zobaczyć, czy jest tu jakaś plaża. Doszliśmy do restauracji Segel Paviljongen, gdzie grał zespół z Łodzi Close To Each Other. Po pracy byliśmy ich posłuchać. Mili koledzy, grali w skła- dzie Stanisław Kaniorski, Ryszard Zagalski, Janusz Skarbek i Grzegorz Kuczyń- ski. W pawilonie tym mieszkał również żeński zespół z Polski, co należało do rzadkości. Nie pamiętam, jak się nazywał. Arthur otrzaskał się z MiniMoogiem na tyle, że wymiatał solówki aż łeb trzeszczał. Mogę to poświadczyć dosłownie, że trzeszczał, bo mając kolumnę pół metra od ucha w solówce Nature Boy, wyso- kie dźwięki MiniMooga tak mnie ukłuły w ucho, że aż usiadłem na dupie. Mam to nagranie na żywo, jako dowód wstawiłem je na YouTube (można szukać pod Travellin’ Band Live 1977 – Nature Boy). Solówka Arthura zaczyna się 4:08. To jest oryginalne nagranie bez żadnych edycji. Ucho bolało kilka godzin, a w nocy
350