- Najbliżej? Michał Kowalski - powiedział szybko Wieczorek.
- Tak ? No to, Kowalski! Akurat dobrze się składa, bo jesteś
mocny w matematyce, nauce mądrej i wspaniałej. Więc proszę
cię, pomóż trochę koledze. Chyba ci to nie sprawi wielkiego
kłopotu?
Michał zakaszlał się tak okropnie, że trudno było usłyszeć
odpowiedź, ale pan Grzybowski nie wątpił, że była to odpowiedź
pozytywna, i nawet za nią podziękował.
Danka i Grażyna co chwilę wymieniały na ucho jakieś uwagi i
dusiły się po prostu śmiechem do samego końca lekcji, aż im
nauczyciel zwrócił uwagę. Jedna z nich na pewno była autorką
podsuniętej Michałowi kartki:
Cud+miód+ryba+kit=ucho od śledzia.
Michał usiłował robić minę człowieka, który nie rozumie, o co
chodzi. Ale cała klasa nie miała najmniejszej wątpliwości, kto
pomógł Witkowi w ściąganiu.
Witek posępny, z nosem zwieszonym na kwintę, i Michał
wściekły, że znalazł się w głupiej sytuacji, nie zamienili ani słowa
w drodze do domu.
Otworzył im spuchnięty od płaczu, ryczący Heniuś:
- Myszki zginęły! Jedna i druga!... Nie wiadomo, gdzie się
podziały!...
- Nie wiadomo? - zapytał głośno Michał. - Wiadomo: Kisunia
się po nich oblizuje! Nie widzisz? - i wskazał syjamską kotkę
nauczycielki, która siedząc pod drzwiami jej pokoju raz po raz
oblizywała mordkę różowym językiem.
- 51 -
- 52 -
6.
Takiego piekła jeszcze nie było!
Zmordowany głośnym płaczem Henio ustawał na parę minut,
aby potem wybuchnąć z nową siłą, a szlochał tak serdecznie, „że
kamień wzruszyłby się na pewno".
Pani Piotrowska za każdym szmerem przy drzwiach
wejściowych wyglądała na korytarz. Czekała na panią Tołłoczko,
aby poinformować ją o zbrodniczym fakcie, gdyż ani przez chwilę
nie wątpiła, że białe myszki padły ofiarą apetytu kotki.
Kiedy pani Janina, zmęczona po sześciu godzinach lekcji,
otworzyła zatrzask, Piotrowska natychmiast wyładowała na niej
swoje zdenerwowanie, spowodowane i stratą myszek, i płaczem
Henia, i dwóją przyniesioną ze szkoły przez Witka.
- ... a jeszcze to pani powiem - kończyła, energicznie
gestykulując przed twarzą oszołomionej i zaskoczonej
nauczycielki - że jeżeli się trzyma kota, to się go karmi! To mu się
daje tyle jeść, żeby po cudzych pokojach nie bobrował i nie żarł,
co mu w łapy wpadnie!
Pani Tołłoczko drżącymi palcami ledwo zdołała odpiąć guziki
zimowego płaszcza i wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć.
Tak ją zastała Agnieszka, która ostatnich słów Piotrowskiej
wysłuchała na schodach, bojąc się wejść do przedpokoju.
- Ciociu! Co tu się stało? - pytała biegnąc z pomocą. Posadziła
ciotkę na kanapce, zdjęła jej boty, odwiązała wełnianą chusteczkę
z głowy i czym prędzej odmierzała na łyżeczkę walerianowe
krople.
- Nie trzeba, daj spokój - słabo broniła się ciotka. - Mnie się już
żyć nie chce. Widzisz sama: co to za życie? Wracam
zmordowana, myślę: w domu odpocznę. A tu masz! Dom i
- 53 -
spokój. To ponad ludzkie siły... - podniosła obie ręce do skroni i
obróciła twarz do okna, wstydząc się łez.
Agnieszka krzątała się cichutko. Wybiegła nastawić herbatę,
przygotowała tapczan, ułożyła troskliwie ciotkę, wsunęła jej pod
nogi gumowy worek napełniony gorącą wodą i podała szklankę
herbaty z cytryną, potem wysunęła się na korytarz, ostrożnie
zamykając za sobą drzwi.
„Gdzie iść? Co robić?" - myślała przytomnie, chociaż i dla niej
dzisiejszy powrót do domu był mocnym przeżyciem.
Henio wypłakał się już widocznie do końca, bo od dłuższej
chwili nie było go słychać. Ale z tej strony zagrażało chyba
największe niebezpieczeństwo, więc Agnieszka zastukała
cichutko do Piotrowskich.
- Proszę! - odpowiedziała szorstko Piotrowska, patrząc z urazą i
zdziwieniem na młodą sąsiadkę.
- Ja... ja przyszłam przeprosić za naszą Kisunię. Heniu, nie
martw się, będą nowe myszki, obiecuję ci, tylko proszę, nie płacz.
Ciocię strasznie głowa rozbolała - dodała usprawiedliwiająco.
- Żadnych nowych myszek! - ucięła pani Irena. - Ja też mam już
tego wszystkiego dosyć. Mnie też głowa boli! A nie mogę sobie
pozwolić na odpoczynek.
- Może ja Henia zabiorę do kuchni i poczytam mu trochę - nie
zrażała się Agnieszka.
Henio okazał zainteresowanie propozycją, ale pani Piotrowska,
już łagodniejszym co prawda tonem, nie pozwoliła i na to.
Mechanik słyszał całą awanturę zza swoich drzwi. Michał chciał
je nawet uchylić, ale go wujek w porę powstrzymał. Więc chłopak
- 54 -
garścią usta sobie zatykał, żeby nie parsknąć śmiechem, a
oburzonych gestów wujka nie mógł zrozumieć ani rusz.
- I czego się cieszysz, wariacie? - pytał Czernik, kiedy za
drzwiami zapanował spokój. - Kobiety się przemówiły. No to co?
Najlepiej wtedy nie wtrącać się. A śmiać się nie ma z czego.
Ciasno tu, co chwilę ktoś komuś w drogę wchodzi i przeszkadza.
Myszy, rzeczywiście, potrzebne jak dziura w moście. Kocica je
zeżarła, jasne, inaczej być nie może. Żal mi nauczycielki.
Nasłucha się teraz do końca świata.
- Bo cała ta Agnieszka powinna kota pilnować! Kiedy ciotka jej
utrzymanie daje i dach nad głową, to niech się poczuwa, nie?
Pan Czernik uważnie spojrzał na siostrzeńca. Chciał coś
powiedzieć, szukał odpowiedniego słowa, nie spuszczając wzroku
z chłopca, ale ten, taki pewny siebie przed chwilą, nagle obrócił
się, podszedł do szafki i zaczął z niej coś wyjmować.
- A może to nie kocica? - zaczął po chwili smarując kromkę
chleba i nie podnosząc oczu na wujka. - Może Pimpuś? Przecież
każdy jamnik jest wróg na myszy.
- Nie przyszło mi do głowy - odpowiedział z namysłem pan
Czernik - ale... rzeczywiście, możliwe... rzeczywiście... wtedy
posądzenie na panią Tołłoczko... niesprawiedliwe.
- Możliwe, że myszy schowały się w jakąś dziurę. Jak im się
jeść zechce, wrócą. Toby dopiero było fajnie! - Michał błysnął
zębami w uśmiechu.
- Malec by się ucieszył - przytaknął mechanik.
- I nauczycielka wyczytałaby Piotrowskiej cztery prawdy?
Byłaby znowu heca!
- Oj, Michał, głupi ty jesteś, głupi! - pan Czernik aż głową
kręcił. - Draka, heca to dla ciebie wszystko. A ludzkie nerwy, a
spokój w domu niewarte nic?...
- 55 -
Nie doczekawszy się odpowiedzi, usiadł przy stole i rozłożył
przed sobą „Express Wieczorny".
Witek od dawna już siedział w kuchni. Pod pierwszym lepszym
pretekstem wymknął się spod zasięgu oczu matki, bo pani
Piotrowska nie żałowała gorzkich wyrzutów za przyniesioną
dwójkę. Całe szczęście, że ojca nie było. Do niedzieli w instytucji,
gdzie pracował, trwała jakaś „kursokonferencja". Ojciec nawet na
obiad nie wpadał. Wracał późnym wieczorem tak zmęczony, że
zasypiał nad kolacją, a rano nie można go było dobudzić.
- Serca nie masz! Ani odrobiny serca! - rozpaczała mama. -
Dobijasz ojca tymi dwójami. Nad jego grobem dopiero
zrozumiesz!
Witek nie mógł już tego słuchać. Mama zawsze musi w takich
wypadkach przesadzać. Co ma serce do matematyki? Czy mama
nie mówiła niedawno do ojca, że widocznie Witek głowy do
rachunków nie ma? Więc skąd znów serce? A o dobijaniu też...
Witek woli nie myśleć, kto kogo będzie dobijać. Mało to razy brał
lanie od ojca? Teraz jest już za duży. Ojciec sam przecież
rozumie, że szósta klasa... Żeby nie myszy, to może dałoby się co
zrobić, ale jak na złość... I kto im klatkę otworzył? Henio zawsze
pilnował, on sam sprawdzał, ilekroć wychodził. Kisunia, co
prawda, spodek z garnuszka umiała zsunąć, kiedy się chciała do
śmietanki dobrać. Ale haczyk podnieść?...
Witek idzie do łazienki i nagle słyszy szloch zza nie
domkniętych drzwi pokoiku pani Anieli. Czyżby Henio tu
przyszedł? Nie... to Agnieszka.
- ...Pani jest dobra... pani jest mądra... Niech pani poradzi, co
mam zrobić. Ja czuję... cioci trudno przyzwyczaić się do mnie.
Ciocia jest dla mnie bardzo dobra, ale ja wiem, że tu
- 56 -
przeszkadzam... Może jest jakaś szkoła z internatem?... Może ja
bym u kogoś w kuchni zamieszkała? Pomagałabym w domu... Ja
dużo umiem...
- Moje dziecko! Co też wygadujesz? No, wypij jeszcze trochę
wody! Co do cioci... może i prawda, że przyzwyczajona
przebywać u siebie sama ze swoimi książkami. Ale przecież tak
chętnie cię przyjęła!... Pamiętam dobrze, jak biegła na pocztę,
żeby do ciebie telefonować. Głowę straciła, tak się bała o ciebie.
Pamiętam...
- Bo... bo, proszę pani, mnie tam było tak źle! Tak źle, że...
- U obcych byłaś?
- Nie, u rodziny tatusia. Ale... ale... co tam! - decyduje się
Agnieszka - powiem pani.
- A! moja droga, możesz mi śmiało... każdą tajemnicę! -
zapewniała pani Aniela, bijąc się w piersi. - U mnie tu: studnia,
grób i święta ziemia!
- Mój tatuś... mój tatuś... - Agnieszce widać bardzo trudno
zdobyć się na ciąg dalszy. Wreszcie wyrzuca jednym tchem - był
aresztowany...
- Ach! - przestraszyła się pani Aniela, a i podsłuchujący Witek
zdrętwiał z wrażenia.
- Na budowie wykryto nadużycie... Tatuś był kierownikiem...
tak się przejął... wtedy miał pierwszy zawał. Naturalnie, śledztwo
wykazało, że był niewinny... O, bo mój tatuś!... Nigdy! Czy pani
mi wierzy?...
- Wierzę ci, dziecko drogie, wierzę.
- A tam, gdzie po śmierci tatusia zamieszkałam, chociaż to
rodzina... nie było dnia, żeby mi czegoś przykrego nie
powiedzieli. A kiedy raz zginęło stryjence parę złotych... Ja
wtedy... gdyby mnie ciocia nie zabrała...
- 57 -
Ktoś idzie od Szafrańców. Witek jednym skokiem jest w
kuchni.
To Michał. Jego książki i zeszyty od dawna tu na niego czekają.
- A co? Tej mądrali jeszcze nie ma?
- Nie, ale co ty tak na nią? - Witka serce pełne jest współczucia.
- Słodkiego życia ona tu nie ma.
- Będzie miała jeszcze kwaśniejsze, jeżeli nie przestanie się
mądrzyć - mówi z bezwzględnością Michał. - Przekona się, kto tu
ważniejszy.
Gadałby dalej, ale do kuchni wchodzi pani Szafrańcowa. Od
czasu kiedy Michał tak niegrzecznie zachował się wobec niej - po
prostu go nie widzi. I teraz zwraca się, jakby go nie było.
- Witku, mój kochany, czy te myszy nie siedzą gdzie u was pod
tapczanem albo pod szafą?
- Nie, proszę pani, na pewno nie. Odsuwaliśmy wszystko od
ścian. Heniuś w każdą szparę zaglądał.
- Ja chyba oka nie zmrużę!... Strasznie się myszy brzydzę. Może
kot jeszcze ich nie zjadł?
- Coś białego mignęło mi w przedpokoju - wtrąca z
premedytacją Michał - ale nie jestem pewien...
Pani Leontyna nie słucha do końca i nie spojrzawszy nawet w
jego stronę, wychodzi.
- Widziałeś coś białego? W którym miejscu? - dopytywał
Witek.
- Ucho od śledzia widziałem! Rozumiesz? A niech się boi całą
noc. Za tamte awantury.
- Ale ty jesteś zawzięty, Michał.
- Wcale nie jestem zawzięty, tylko swego nie daruję. Wujek
obiecał mi półbuty kupić. Te moje kamasze ciężkie jak pioruny.
No, i przepił wtedy wszystko. Nie pamiętasz? A przez kogo?
- 58 -
Przez Szafrańcową. Niech się teraz naje strachu, rachunek będzie
wyrównany. Sprawiedliwość musi być, nie?
Weszła Agnieszka i zabrała się do lekcji. Zaraz za nią wpadł
Henio.
- A ty po co? - ofuknął go brat. - Tu nie dla ciebie miejsce.
- Ja tylko do łazienki. I po drodze, Witek, muszę ci powiedzieć,
mama bardzo zła. Na ciebie i na mnie. Na mnie o te myszy. Bo
pan Szafraniec chodzi z latarką wszędzie i zagląda, czy ich nie
ma. A pani Szafrańcową na noc chce nogi do miednicy wstawić. I
potrzebne jej cztery miednice.
- Zwariowałeś? Jedna nie wystarczy?
- Wcale nie zwariowałem. Przecież łóżko ma cztery nogi, nie?
Każda noga będzie w jednej miednicy z wodą. I mysz wtedy do
pani Szafrańcowej nie przyjdzie, boby się utopiła. No?
Chłopcy przedrzeźniali paplaninę Henia. Agnieszka próbowała
się uśmiechać, wypadło to żałośnie.
Michał przyjrzał się i zauważył czerwone powieki.
- A co, beczałaś? - zapytał nie bez satysfakcji.
- Katar mam - tłumaczyła wycierając nos.
- Uhm! Katar! - powtórzył z wyraźną drwiną Michał i
otwierając wypisy, nagle aż podskoczył na krześle.
- Kto to?... - chciał dodać „zrobił", ale gniew złapał go za
gardło. Poczerwieniał, mało mu krew z twarzy nie trysnęła.
Wściekły podsunął Agnieszce kartkę i tylko stuknął w nią
wskazującym palcem.
- Chyba ty - odpowiedziała wolno Agnieszka.
Witek przechylił się przez stół, aby zobaczyć kartkę, i
przyłączył się.
- Ty! I utrafiony!
- 59 -
- Kto to zrobił? - wrzasnął Michał. - Twoja sprawka?
- Nie. Ja tak nie potrafię - zaprzeczyła spokojnie Agnieszka. -
To karykatura. Podobieństwo rzeczywiście uchwycone.
- Jakie tam podobieństwo! - Michał zrozumiał, że niepotrzebnie
dał się ponieść gwałtownym uczuciom. - Może to wcale nie ja?
- Ty, ty - zapewniał Witek. - O, spodnie takie szerokie jak
twoje. I marynarka wywatowana, przecież teraz już nikt takich nie
nosi.
- Nie nosi? - zapytał zjadliwie Michał. - A ty co? Takiś modny?
Ubranie ciocia z Ameryki ci przysyła?
- Nie wygłupiaj się - zaczął Witek zły, ale znowu przerwał mu
Henio, zaglądając do kuchni.
- I... Witek, mama mówiła o twojej dwói. Że w niedzielę tatuś
będzie miał czas, żeby się zdenerwować. I tak się zdenerwuje, że
dopiero zobaczysz...
Witek wyskoczył zza stołu, a Henio uciekł.
- Każdy nosi, co ma - ciągnął swoje Michał. - To ubranie mama
mi kupiła już używane. Dawno je mam, bo go nie lubię i kładłem
tylko w święto. Ale do Warszawy w starym nijako było. No więc?
Co to kogo obchodzi?
- Nie przesadzaj - uspokajała go Agnieszka. - Nikogo to na
pewno tak bardzo nie obchodzi. Po prostu ktoś sobie zażartował.
- Aha, może uważasz, że ja śmiesznie wyglądam?
- No, może nie śmiesznie, a... zabawnie. Ale mnie się zdaje, że
w twoim wieku to nie są ważne sprawy.
- W moim wieku? To znaczy, że niby co? - nastawał zaczepnie.
- Michał, przestań już. Mam jeszcze sporo lekcji do odrobienia.
Dzień był taki... nieprzyjemny. Pozwól mi zebrać myśli do roboty.
Ja muszę się dobrze uczyć.
- 60 -
- A to się fatyguj! Na pewno nie wiesz nawet, jak smakuje
dwója, kujonie?
- Wiem. Dostawałam dwóje i ja - odpowiedziała poważnie
Agnieszka. - Owszem, wiem, jak smakują. Ale to było dawno. Już
z tego wyrosłam...
Michał schował rysunek. Byle jak odrabiał lekcje. Rosła w nim
znowu złość do Agnieszki. Cokolwiek powiedziała, dawała do
zrozumienia, że jest starsza, mądrzejsza. A więc on jest w jej
oczach młodszy, głupszy?... O tę jedną klasę taki gwałt!
„Poczekaj - myśli Michał rzucając od czasu do czasu szybkie
spojrzenie na sąsiadkę - jeszcze zobaczysz! Jeszcze się
przekonasz! Jeszcze przestaniesz zadzierać nosa!..."
Witek ani słowem się nie odzywa. Na prośbę Agnieszki? Nie
tylko. Dowiedział się dziś czegoś bardzo ważnego o jej życiu.
Rozumie jej sytuację i współczuje. Wzdycha; każdego coś
gniecie, każdy ma swoje zmartwienie. Znowu wzdycha.
- A ta dwójka z matmy? - pyta nagle Agnieszka. Bez Michała,
który nie wiadomo kiedy wyniósł się z kuchni, Witkowi łatwiej
szczerze rozmawiać z Agnieszką.
- Tak. Nie mogę dać rady. Chyba Michał ma rację - przyznaje
zgnębiony - jestem tępy.
- Co teraz przerabiacie?
- Procenty - odpowiada z nie ukrywanym obrzydzeniem.
- Procenty? Mnie też w zeszłym roku było z nimi strasznie
trudno. Miałam zgryz, że ojej!
- No i co? - pyta z zainteresowaniem Witek.
- Odwalałam jak i ty. Przed lekcjami albo podczas pauzy...
Witek cały w słuch się zamienił.
- 61 -
- ...aż mi się znudziło. Wpadłam raz, drugi. I potem kiedy... -
Agnieszka nagle urwała przestraszona.
- I co... co potem?! - nie rozumiał Witek.
- Nic, nic... - szybko zagaduje Agnieszka. - Po prostu
zacisnęłam zęby i powiedziałam sobie: muszę. Kolega mi pomógł.
Fajny chłopak. Tylko mi jego jednego z tamtej szkoły żal.
- Chłopak? Nie koleżanka?
- Lepszy był niż trzy koleżanki. Potrafił wytłumaczyć. I teraz z
matmą nie mam kłopotów. A Romek, ten kolega, zdolny był!
Szykował się nawet do olimpiady matematycznej.
- Czy to prawda, że chłopcy są zdolniejsi do matmy? - pyta
Witek.
- Podobno - odpowiada niezbyt pewnie Agnieszka. - Pokaż to
zadanie.
Nie mówiła: zrób tak, a teraz tak. Zadawała tylko pytania. Na
jedne Witek odpowiadał od razu. Na inne - dopiero po wykonaniu
jakiegoś działania.
- Wcale nie jesteś tępy - orzekła w końcu. - Zrobiłeś sam trzy
zadania. W pół godziny - dodała spojrzawszy na zegarek. - To
niedługo.
- Sam? - w głosie Witka było sporo wyraźnego powątpiewania.
- Przecież ja nawet ołówkiem nie ruszyłam, trochę cię tylko
naprowadzałam, nie?
- No, tak... naprowadzałaś, prawda... Ale gdyby...
- Szkoda czasu, bierz się do czegoś innego - przerwała mu
szybko. - I odrabianie lekcji zaczynaj od matmy. Wtedy umysł
lepiej pracuje.
- Agnieszka, słuchaj... - Witkowi słowa z trudnością
przechodziły przez gardło. - Gdyby Michał przyszedł... nie mów...
- 62 -
- Zgłupiałeś? O czym ja mam mówić albo nie mówić? -
obruszyła się dziewczyna. - Cicho bądź! Patrz, przez ciebie
krzywą linię zrobiłam!
7.
Michał do tej pory nie zwracał większej uwagi na swój wygląd.
To tylko dziewczynki zajmowały się modą, mówiąc bez przerwy
o sukienkach, bluzeczkach i paltach. Sam od ubrania wymagał
niewiele: powinno być wygodne, zimą - ciepłe, latem - lekkie, nie
tamujące ruchów. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że może
wyglądać dziwnie, gorzej - zabawnie!
Gdyby włożył cylinder, kożuch do góry włosem lub damską
suknię, jak to robili w karnawale „przebierańce" - zgoda -
budziłby śmiech. Ale w zwyczajnym ubraniu?...
Wracając z kuchni zatrzymał się w przedpokoju. Stało tam od
dawnych, dobrych dla Szafrańców czasów, duże, wysokie tremo.
Wiele razy Michał przechodząc koło tego lustra rzucał okiem,
aby zobaczyć swoje zęby w sztucznym uśmiechu. Nic więcej.
Teraz przystanął przed poplamioną i zakurzoną taflą, aby w
słabym świetle górnej żarówki przyjrzeć się krytycznie własnej
postaci.
Zobaczył mocnego, szerokiego w barach chłopca, którego
wywatowane ramiona podkreślały jeszcze rozpiętość męskiej
piersi. No to co? Spodnie były szerokie, owszem. Co w tym
śmiesznego?
Ale raz złośliwie zwrócona uwaga zburzyła jego spokój.
W szkole do dużej przerwy prawie nie słyszał, co się działo na
lekcjach. Opracowywał plan, który w jak najkrótszym czasie
- 63 -
doprowadzi do „zmiany skóry". Przede wszystkim wujka trzeba
usposobić przychylnie.
Po pierwsze, przeprosi panią Szafrańcową. Do tej pory Michał
kilkakrotne nagabywanie chrzestnego zbywał krótkim: nie! Teraz
- przeprosi, owszem.
Po drugie, wujek zawsze z przyjemnością słyszy o
Michałowych sukcesach w nauce. Tu - pomoże Witek. Potem
powinno już pójść jak po maśle. .
Przy końcu lekcji Michał całkowicie odzyskał dobry humor.
Przez głowę przebiegała co chwila myśl: „Uda się! Musi się
udać!" Z Szafrańcową uwinął się łatwo. Akurat w kuchni, kiedy
poszedł odgrzać zupę, spotkał panią Leontynę samą. Widząc, że
staruszka zmierza do drzwi, zaczął od razu:
- Proszę pani! Chwileczkę... Ja chcę panią za... tamto
przeprosić. Zachowałem się, faktycznie, jak żłób. Już nigdy nic na
ten brudny stół nie powiem. Nawet. żeby pani na niego patelnię
jajecznicy wywaliła, nie pisnę ani słowa. Jak bozie-kozie! -
buchnął się w pierś.
Pani Szafrańcową patrzyła na Michała okrągłymi oczami, w
których widoczny był niepokój, a nawet lekki przestrach.
- Jak to?... więc? - zaczęła, ale Michał nie miał wiele czasu.
Postawioną na gazie grochówkę trzeba było starannie mieszać,
bo lubi się przypalić.
- ...Więc żeby pani wiedziała, że panią przeprosiłem, i kropka.
O, już pani czajnik kipi. Zestawić?
Pani Leontyna wzięła czajnik i tylko głową kręciła w obie
strony, jakby zaraz miała powiedzieć: „Nie, nie, mnie się to nie
podoba". Ale Michał w błogim poczuciu, że spełnił niełatwe
zadanie, nawet tego nie zauważył.
- 64 -
Po południu, kiedy mechanik wracając z pracy wszedł do
pokoju, usłyszał jak gdyby dalszy ciąg rozmowy:
- ...i wiesz, Michał, nie tylko ja zazdroszczę ci tych piątek -
mówił Witek wpatrzony w kolegę.
- Eee... tam... - wielka rzecz piątki - oganiał się niedbałym
ruchem Michał.
- Tak... Dla ciebie to mucha, a ilu w naszej klasie takich jak ty?
- A co tam? - pytał pan Czernik, ściągając przez głowę sweter. -
O czym tak gadacie?
- A, bo proszę pana, Michał...
- Nie mów, nie mów! - protestował słabo Michał.
- Aha! Nie mów. Michał jest taki zdolny! Piątka za piątką leci
galopem.
- No, jakbym się nie przykładał...
- To się rozumie, pewnie, że i przykładasz się... - zapewnił
Witek szybko, jakby wydawał lekcję.
Nagle poderwał się.
- Ale ja już pójdę, przypomniałem sobie, że mam do sklepu
lecieć.
- No widzisz - mówił zadowolony mechanik skręcając papierosa
- no, widzisz, Michał, będą z ciebie ludzie!
- Co ja mam widzieć? - Michał stanął w pełnym świetle okna. -
To wujek niech mi się dobrze przyjrzy.
- A co? Co chcesz, żebym zobaczył?
- Stracha na wróble! - wybuchnął Michał. - O tych piątkach
Witek trąbi, ale o tym, że cała szkoła się ze mnie naśmiewa, nie
powiedział ani słowa!
- Naśmiewa? Dlaczego? - pan Czernik nieprzyjemnie zdziwiony
podszedł do siostrzeńca i powtórzył:
- 65 -
- Dlaczego?
- A dlatego, że wyglądam, jakbym się z choinki urwał! O, jakie
to spodnie, jak dziewczyńska spódnica, tak się fajtają. Marynarka
watą wypchana, jak na garbatego!
- Hmm!... Ubranie całe, porządne, a że niemodne?...
- Ja też na modę nie patrzę, ale te warszawiaki takie chichy-
śmichy ze mnie robią, że mam tego dość. Najlepiej pojadę do
domu. Albo mi mama ubranie do szkoły kupi, albo pójdę gdzie do
roboty, i już. W robocie chyba tak nie patrzą na człowieka, co?
- Ano, chyba nie patrzą - zamyślił się pan Czernik. - Młodzi
lubią się pochwalić, że coś modnego mają. A starsi?... Prawda,
teraz kto sobie nowe ubranie kupuje, to spodnie węższe i ramiona
inne... Ale po co masz do matki jechać? Przecież to męskie
sprawy. Usiądź no, zastanowimy się, co trzeba kupić i gdzie po co
iść!
Plan strategiczny Michała okazał się zwycięski. Już następnego
dnia szedł do szkoły trochę skrępowany nowym ubraniem.
Zręczna granatowa wiatrówka włożona na popielaty sweter
dobrze kontrastowała z kołnierzem barwnej kraciastej koszuli.
Spodnie były z czarnego „teksasu", długie i na tyle wąskie, że
nasuwały myśl o trudnościach przy ich wciąganiu. Nowe, czarne
półbuty uzupełniały całość.
Oczywiście, odmianę zauważono natychmiast. Chłopcy
powściągliwie wyrażali aprobatę, za to koleżanki, zorganizowane
chyba przez Dankę i Grażynę, otoczyły Michała zaraz na
pierwszej pauzie i wrzasnęły chórem:
- Cud-miód-ryba-kit!
- 66 -
Michał - jakkolwiek zaskoczony i trochę jeszcze speszony - nie
czuł się dotknięty. Nawet chyba rad był owacji.
Witek również pochwalał wygląd przyjaciela.
- Fajnie wszystko pasuje - oceniał z niekłamanym uznaniem. -
Ale się wujek wykosztował! Nie żałował ci.
- Co miał żałować?... - Michał ruszył ramionami. - Napiszę do
mamy, forsę zwróci. Lepiej, że wujek wydał na ubranie niż na
wódkę, nie? A tamto stare będę miał do roboty w domu. Powiem
ci: mnie ono nie przeszkadzało, ale żeby dziewczyny sobie ze
mnie pośmiewisko robiły! Ucho od śledzia!
- Skąd wiesz, że dziewczyny? - dziwił się Witek.
- Chłopaków moda nie obchodzi.
- No, Przeździecki i Zbyszek Wichan też trzymają fason.
Przyjrzyj im się.
- Już się im przyjrzałem - głos Michała pełen był pogardy. -
Zgniłki! Jedną ręką obydwu położę!
A jednak, kiedy po lekcjach podeszli do niego w hallu Jędrek i
Zbyszek - aby się lepiej przyjrzeć wspaniałym spodniom - z
zadowoleniem udzielił obszernej informacji co do ceny i miejsca
zakupu.
Witek zjeżdżał właśnie po poręczy z pierwszego piętra. Już był
prawie na dole, nagle na samym finiszu rozłożył się jak długi i do
tego z trzaskiem, spowodowanym klapnięciem teczki z książkami.
To jakiś mikrus wypadł z bocznego korytarza i niechcący
podciął Witkowi nogi. Leżeli teraz obydwaj chwytając się
nawzajem za ramiona, nogi, usiłując wstać i przewracając się
znowu i znowu. Nie wiadomo skąd wybiegł następny malec, a
sądząc, że starszy kolega znęca się nad jego przyjacielem - rzucił
się na ratunek okładając pięściami rzekomego napastnika.
- 67 -
- Nalejcie mu! A dobrze! - podjudzał uradowany Zbyszek.
Michał stał obok i dusił się ze śmiechu. Śmiał się jeszcze wtedy,
gdy Witek odchodził, nie oglądając się na nic i nikogo, pełen żalu
do kolegi.
Obiad Michałowi nie smakował, chociaż jeszcze przed godziną
ślinka mu napływała do ust na myśl o kapuśniaku na wieprzowych
żeberkach.
To przez Witka, przez tego głupiego Witka, który - widać było
wyraźnie - ma o coś do niego żal. O co? Śmiać się nie wolno?
A jednak niesmak, niezadowolenie z siebie czy nie wiadomo z
czego, nie opuszcza Michała. Przypomina ćmienie zęba: niby nic
strasznego, a ciągle się o tym myśli...
Wreszcie znajduje wyjście: zafunduje Witkowi kino! Piękny
film dają w „Zdrowiu". To będzie najlepszy plaster...
Stuka do Piotrowskich. Henio jest sam, układa pracowicie
wysokie piramidy z klocków.
- Witka nie ma. Taty nie ma. Mamy nie ma - oświadcza za
jednym zamachem, nie przerywając swojej zabawy.
- Witek wyszedł z rodzicami? - pyta niemile zdziwiony Michał.
- Nie. Witek jest z Agnieszką.
- Z Agnieszką? U nauczycielki? - w głosie Michała jest tyle
zaskoczenia, że Henio z przyjemnością decyduje się na
obszerniejsze wyjaśnienie.
- W kuchni, bo Agnieszka będzie Witka uczyć. Ona potrafi
lepiej niż ty. Nasz tatuś nie może się tak denerwować. Mama też.
To jest bardzo niezdrowo. A Witek musi zdać do siódmej, bo... bo
nasza mama nie jest taka bogata, jak twoja.
- 68 -
- Kto to tak prześlicznie wszystko wymyślił? Pewno Agnieszka?
- pytał Michał z ironią, której Henio nie rozumiał.
- Wcale nie Agnieszka, tylko wszyscy. No, mówię ci, że
wszyscy.
- I o tym, że moja mama taka bogata?
- Nie pamiętam, ale chyba wszyscy.
- Ale że Agnieszka mądrzejsza, to już na pewno ona sama
mówiła?
- Powiedziała, że będzie nauczycielką. I że umie wytłumaczyć.
Nasza pani też nam tłumaczy.
Michał trochę mocniej, niż trzeba, zamknął za sobą drzwi. W
przedpokoju zawahał się, przystanął na chwilę, ale jednak skręcił
do kuchni.
Dzień był już o tej porze roku dużo dłuższy. Przyzwyczajonemu
do odrabiania lekcji przy lampie zaskakujący się wydał widok
Witka i Agnieszki pod oknem w blasku zachodzącego słońca. Na
parapecie siedziała Kisunia.
Michał postanowił nie dziwić się niczemu.
- Cześć pracusiom! - powiedział z humorem. - Witek, zbieraj
się. Mam bilety na „Karmazynowego pirata".
Witkowi zabłysły oczy, ale zaraz opanował się.
- Nie mogę iść: matma.
- Gwizdnij na całą matmę, dam ci odpisać, wszystko będzie w
porządku.
- Michał - wtrąciła Agnieszka. - Nie przeszkadzaj! Po co Witka
od lekcji odciągasz? Idź sam do kina, kiedy możesz sobie na to
pozwolić.
- Mogę, bo mam bogatą mamę, tak? Kto ci to powiedział?
Żebyś się musiała naharować przy tym bogactwie jak moja mama,
- 69 -
toby ci w pięty poszło, no! - wybuchnął, aż się do niego oboje
odwrócili.
- Nikt nic o twojej mamie nie mówił - odparła spokojnie
Agnieszka, gładząc Kisunię, która, przestraszona hałasem,
zeskoczyła z parapetu na stół, a ze stołu na jej kolana.
- Już ja wiem, kto co mówił - ciągnął Michał. - Dlaczego
powiedziałaś, że „mogę sobie pozwolić"?
- Po prostu myślałam, że już odrobiłeś lekcje, a Witek jeszcze
nie, więc nie ma na to czasu.
- Aleś sobie niańkę znalazł! - szydził Michał. - No, nie pójdziesz
ze mną?
Witek, nie patrząc w oczy Michałowi, powiedział:
- Nie.
Film był wspaniały! Ach, głupi, głupi Witek, że wybrał matmę
zamiast „Karmazynowego pirata"...
Przy kolacji Michał nie mógł się powstrzymać, aby nie
opowiedzieć nadzwyczajnych, dosłownie karkołomnych przygód
„Pirata".
Gestykulował przy tym zawzięcie, aż strącił ze stołu koszyk z
chlebem.
- A dlaczego Witek z tobą nie poszedł? - pytał pan Czernik. -
Albo i ta Agnieszka?
- Z dziewczyną będę chodzić? - oświadczył z największym
oburzeniem Michał. - A Witek jest kujon, niech garbacieje nad
nauką!
- Słyszałem, tłumaczyła mu coś. Dobra musi być dziewczynina.
I taka grzeczna... zawsze się jakoś ładnie odezwie. Pani Aniela też
ją bardzo chwali!...
- 70 -
„Oho! Już i wujka zbakierowała” - myśli Michał, pochłaniając
jedną pajdę chleba za drugą. - „Ziółko! Miałem nosa, kiedy przed
nią przestrzegałem Witka".
Dziwnie się jakoś cała sytuacja odkręciła. Przecież na początku,
kiedy Michał przyjechał do Warszawy, przyjęto go życzliwie. I z
Witoldem się zaprzyjaźnili. Przyjemnie było pogadać albo na
miasto razem lecieć... A teraz -jakby kto zauroczył -
powiedziałaby mama. Szafrańce na niego źli. Pielęgniarka - też.
O nauczycielce nawet szkoda wspominać. I Piotrowscy
niechętnym okiem patrzą, kiedy woła Witka. A wszystko - od
czasu przybycia tej zgagi, Agnieszki. Nawet Witek jakby się od
niego odsuwa...
Michał do tej pory nie miał nigdy prawdziwego przyjaciela. Tak
się jakoś układało. W Łodzi po szkole nie było czasu aż do
wieczora. Odrabiał byle jak lekcje, czasem czytał, czasem wyrwał
się na miasto. Jeżeli miał pieniądze, szedł do kina, jeżeli nie miał,
lubił przed kinem chociaż postać, posłuchać, co mówią, popatrzeć,
jak się zachowują. Nieraz szedł za ludźmi i nastawiał uszu.
Kilkakrotnie go przegnano, kiedyś nawet oberwał po karku. Za to
potem w domu przed matką i małymi odgrywał zauważone
scenki. Śmiechu było!
Tu - wszystko inaczej. Szkoła i szkoła aż do znudzenia. Myślał,
że z Witka będzie miał dobrego kompana, a patrzcie, moi ludzie,
już go Agnieszka bierze pod swoje skrzydła! Ale to się jej nie
uda! Największa cierpliwość ma granice. Trzeba Witka ocucić. I
jej na nosie zagrać!...
W kuchni, ku wielkiemu rozczarowaniu Michała, Agnieszka
siedzi sama.
- Co, jeszcze się obkuwasz?
- 71 -
- Lekcji na jutro dużo i mapę musiałam rysować.
- No, i Witkowi łopatą do głowy nakłaść. Że też ci się chce!...
- Obyło się bez łopaty. Naprawdę: on nie jest tępy, ma tylko
zaległości, a w matmie, wiesz, przeskoczyć nie można.
- Ja wiem swoje - mówi Michał, myśląc jednocześnie:
„Podbujała go. Osioł, dał się nabrać". - Żeby nie był tępy,
kapowałby od razu.
- A ty nie jesteś tępy?
- Ja? Nie słyszałaś, jak mi idzie matma?
- Matma! A inne przedmioty?
- Inne rozmaicie. Ale dwój nie zbieram, chociaż nie obkuwam.
Jedno tak, drugie siak, jakoś się kręci. A do kręcenia to, chyba
sama wiesz, trzeba mieć smykałkę - stuknął się w ciemię.
- Czyli że dwója z polskiego będzie dla ciebie gromem z
jasnego nieba - pokpiwała zupełnie wyraźnie Agnieszka.
- Dwója z polskiego? - Michał był zaskoczony. - Co za dwója?
Przecież ja z polskiego nie mam żadnej dwói?
- Masz, masz, tylko o niej jeszcze nie wiesz. I nie
powiedziałabym ci, gdybyś się tak swoją smykałką nie
przechwalał. Piękną gałę na szynach postawiła ci ciocia za
wypracowanie. Widziałam, kiedy przeglądała dziś wasze zeszyty.
Jutro zobaczysz i ty. Powiedziała, że zanadto sobie pozwalasz, i
tylko się niepotrzebnie zdenerwowała.
- Bo twoja ciocia jest głupia! Jak się będzie tak ciągle
denerwować, to wykituje raz-dwa, wiesz?
Agnieszka wstała. Jedną ręką zgarnęła książkę, drugą śpiącego
na brzegu stołu kota i opuściła kuchnię.
Długo tego wieczora Michał siedział przy lampie sam. Chociaż
na stole rozłożone były książki i zeszyty, myliłby się ten, kto by
go posądził o odrabianie lekcji.
- 72 -
Znowu rzeczowo rozpatrywał sytuację i szukał z niej
najlepszego i, jak to w jego naturze leżało, najszybszego wyjścia.
Po pierwsze, Witka trzeba przekonać, że nic nie zyska, owszem,
straci na przyjaźni z Agnieszką, która jako dziewczyna nie dorasta
po prostu do różnych męskich spraw.
Po drugie, wszyscy mieszkańcy tego domu muszą zrozumieć, że
Agnieszka wcale nie jest taka miła i dobra, jak wygląda, a tylko
podszywa się - tak, właśnie podszywa, i już.
Michał zdaje sobie sprawę: nie pójdzie mu łatwo, ale działać
trzeba jak najprędzej.
I przechodząc za firanką Szafrańców mówi niby do siebie,
szeptem, ale dosyć wyraźnie, aby go świetne uszy pani Leontyny
słyszały:
- Kisuniu, czego tu się kręcisz? Czy ty czasem nie masz apetytu
na kanarka?...
8.
Witek w pośpiechu parzył sobie usta gorącą kawą,
przysłuchując się wynurzeniom pani Szafrańcowej, zdziwiony, że
o tak wczesnej godzinie widzi ją w kuchni.
Szafrańcowie rano nie spieszyli się nigdzie i śniadanie zwykle
gotowali na ostatku.
- Ja już sama nie wiem, co robić... Oka dziś nie zmrużyłam...
Może mi pani coś poradzi - żaliła się Szafrańcowa matce Witka.
- Na sen to najlepiej panią Anielę zapytać.
- Kiedy nie o sen mi chodzi, tylko o Maciusia. Co się
zdrzemnęłam, to mnie tak jakby ktoś ręką trącał. Ciągle
nasłuchiwałam, czy się kocica do niego nie dobiera.
- 73 -
- Co też pani do głowy przychodzi? Przecież Maciuś w klatce! -
dziwiła się Piotrowska.
- Myszki też były w klatce, no i co? To samo będzie i z naszym
Maciusiem, ja pani mówię. Kocica tak się rozpanoszyła, że coś
okropnego. Chyba pójdę do pani Tołłoczko i powiem...
- Wie pani... - zawahała się chwilę Piotrowska - może to nie
kot... Muszę prawdę powiedzieć, że niepotrzebnie się wtedy
uniosłam. Pani Tołłoczko tak się zdenerwowała, a może to wcale
nie kot?...
- Nie kot? A co, jak nie kot?
- Może Pimpuś...
- Pimpuś? Co pani mówi? Pimpuś!...
- Czy to o moim Pimpusiu mowa? - zapytała wesoło
pielęgniarka, stając na progu kuchni, już ubrana do wyjścia.
- A bo właśnie pani Piotrowska mówi, że myszki to na pewno
Pimpuś zjadł - wyjaśniła z satysfakcją Szafrańcowa.
- Pimpuś? Mój Pimpuś!!! - pani Aniela z trudnością wyrzuciła z
siebie słowa pełne oburzenia. - O! Nigdy się czegoś podobnego po
pani Irenie nie spodziewałam!...
- Nie powiedziałam, że Pimpuś na pewno zjadł, tylko że może
zjadł, a to wielka różnica - tłumaczyła Piotrowska zaczerwieniona
z przykrości. - I pan Czernik mówił, że jamniki rzucają się na
myszy.
- Ludzie! Ludzie! - wołała dotknięta do żywego pani Aniela. -
Nigdy, nigdy bym się tego po pani Piotrowskiej nie spodziewała!
Ani po pani! Ani po Czerniku też! Ale wiadomo: na biedną
wdowę to jak na pochyłe drzewo...
- 74 -
Witek chciał zaraz wszystko opowiedzieć Michałowi, ale ten
wyszedł już widocznie do szkoły, nie oglądając się na kolegę. W
Witku odżył teraz na nowo stłumiony przez noc żal. Czy na
Michała można liczyć? Czy można przewidzieć, jaka mucha
wpadnie mu do nosa? Powinien przecież rozumieć, że wolałby z
nim iść do kina. I to na taki film. A co do Agnieszki - to jest
dziewczyna w dechę... Wytłumaczyć umie jeszcze lepiej niż pan
Grzybowski. I nosa nie zadziera. Dobrze się stało, że mama ujęła
się za nauczycielką, to znaczy za Kisunią... bo rzeczywiście:
widział kto?... Mama jest sprawiedliwa, fakt...
W tej chwili spostrzega idącą przed nim dosyć daleko
Agnieszkę.
- Agnieeeeeszka! - woła ile sił w płucach. Nieliczni przechodnie
obracają się w jego stronę. Ogląda się i Agnieszka, przystaje.
- Czego się wydzierasz, wariacie! - niby się gniewa, ale oczy ma
uśmiechnięte. - Ludzie patrzą. Stało się co?
- Niee... taak... - plącze się Witek i nagle przypomina mu się: -
Wiesz, Szafrańćowa tak się dziś użalała do mojej mamy!...
- Że co?
- Że... no... że się tak o swego Maciusia boją, bo niby już nic nie
mają, tylko tego Maciusia, więc... żeby mu się nic nie stało.
- Zachorował?
- Nie... tylko tak... że się o niego boi.
- Może mu trzeba coś innego dawać do jedzenia? Tam u nas w
Rzeszowie też był kanarek. Jak tylko mu coś dolegało, zaraz
piórka stroszył. Taki osowiały siedział, smutny, aż żal było
patrzeć... Rozumiem panią Leontynę... - Agnieszka zamyśla się i
twarz jej robi się poważna. Tamten kanarek to była jedyna
życzliwa istota, zawsze się cieszył, jak podchodziła do klatki.
Kiedy zdechł, płakała. No, tam często miała okazję do płaczu,
chociaż nikt tego nie widział. Płakała w nocy... E, co tam
- 75 -
wspominać takie bolące sprawy. U cioci jest inaczej. Agnieszka
otrząsa się i oświadcza z ożywieniem:
- Już wiem, co zrobię! Przyniosę mu zielonej sałaty! Ale wolę
Kisunię. Bo Kisunia jest taka miła, ciepła. Można ją wziąć na ręce
i głaskać. Strasznie ją polubiłam.
Witek słucha i prawie dokładnie wyczuwa, co przemilczała. No,
i jak jej teraz powiedzieć?
Pani Tołłoczko oddaje i omawia wypracowania na temat:
„Z wizytą u kolegi". Zeszyt Michała jest ostatni.
- Umyślnie na sam koniec zostawiłam pracę Michała
Kowalskiego - mówi - gdyż jest to praca wyjątkowa. Uczę już tyle
lat, tyle różnych wypracowań przeszło przez moje ręce. Takiego
jeszcze nie widziałam. Posłuchajcie.
Klasa z zainteresowaniem patrzyła na nauczycielkę. Co
nadzwyczajnego ten Kowalski wymyślił?
- Z wizytą u kolegi - zaczęła nauczycielka od tytułu i
odczekawszy kropkę, kontynuowała: - Kolegi nie było w domu!
Kropka tym razem była dłuższa, ciągnęła się i ciągnęła ku
zdziwieniu klasy. Pani Tołłoczko słysząc wyczekującą ciszę,
oznajmiła:
- Nie rozumiecie? Kolegi nie było w domu. To wszystko!
Dopiero teraz w kilku miejscach wybuchnął śmiech, ale
skończył się szybko. Nauczycielka była naprawdę rozgniewana.
Michał wysłuchał wielu ostrych słów.
Chłopcy i dziewczęta patrzyli na niego z nie mniejszym
zaciekawieniem niż poprzednio na polonistkę. Co powie, jak się
będzie tłumaczyć?
- 76 -
Michał nie tłumaczył się i nie okazywał żadnych w tym
kierunku chęci. Stał milczący, z oczami utkwionymi w pulpit.
Witek myślał, że Michał był zawstydzony, ale spojrzawszy na
jego twarz zmienił zdanie - on chyba wcale nie słyszał tego, co
mówiła polonistka.
Tak było. Michał nie słyszał, bo wcale nie słuchał. Pomyślał
sobie, że Agnieszka niechcący przysłużyła mu się, uprzedzając o
dwói. A chciała mu dokuczyć. Głupia! Niech tam sobie pani
Tołłoczko krzyczy! Proszę bardzo! Dwója! Co on? Dwói nie
widział? Przestraszył się? Ucho od śledzia, i kropka!
Dzwonek na pauzę wyprowadził nauczycielkę z klasy.
Nauczycielkę, ale nie uczniów. Spora ich część otoczyła Michała.
- Słuchaj, ty! Co to miało być?
- Po coś tak napisał?
- Czy to miało coś znaczyć?
- Pewnie tak dla hecy! - posypały się głosy i nagabywania ze
wszystkich stron.
Michał podniósł głowę i powiedział powoli:
- A bo co?
W kompletnej ciszy, jaka zapanowała po tym pytaniu, dziwnie
głośno zabrzmiały słowa Zbyszka Wichana:
- Kompletny idiota. Nie widzicie?
Michał jednym ruchem ramienia rozgarnął otaczających i stanął
na wprost Zbyszka.
- Powtórz! - powiedział.
Zbyszek oczami omiótł szybko sylwetkę kolegi i odpowiedział
już mniej napastliwie:
- Czego się wściekasz? Nikt mądry tak by nie napisał.
- 77 -
- Aha, nikt mądry! Mądry napisałby tak jak ty? Jak to tam było?
- I Michał, niby przypominając sobie treść Zbyszkowego
wypracowania, zaczął przedrzeźniać: - „U kolegi w pokoiku leżał
piernik na stoliku..." Tak? Ech, ty ofermo kurza!... Jakbym musiał
takie wypracowania czytać, to wolałbym rycynowy olej trzy razy
na dzień pić. Wiesz? A z tym „idiotą" bądź ostrożniejszy.
Nauczycielka gniewała się... jej prawo. Ale sama powiedziała, że
pierwszy raz na oczy coś takiego widziała. Pierwszy raz!
Rozumiesz? Żeby wymyślić coś pierwszy raz, to trzeba mieć
głowę jak ten... no...
- Kopernik - podpowiedział ktoś usłużnie, a Michał powtórzył
- ...właśnie, Kopernik!
Witek obserwował dziewczyny. Patrzyły na Michała niby
oburzone, niby zgorszone, a jednak chyba z zachwytem... No,
może nie z zachwytem, ale z podziwem na pewno.
W szatni mimo woli podsłuchał rozmowę dwóch przyjaciółek:
- Mówię ci, Grażyna, on jest straszny! - mówiła Danka.
- Straszny? Co przez to rozumiesz?
- Jak to, nie zauważyłaś, jak chciał się rzucić na Zbyszka?
- Mężczyzna powinien być odważny. I nie można zaprzeczyć,
on jest odważny... I żeby tak w zeszycie napisać! Mamma mia!
Mogłabym tydzień siedzieć i czegoś takiego nie wymyśliłabym.
- A więc on ci się podoba? -jasno postawiła sprawę Danka.
- Mnie?... - wrzasnęła Grażyna z oburzeniem. - Mnie on się
wcale nie podoba! Trzeba być taką idiotką jak ty, żeby tego nie
zauważyć!
Witek za wieszakiem zawalonym płaszczami aż ramionami
wzruszył.
- 78 -
Jakie te dziewczyny są: nie podoba im się? No, to czego ciągle o
nim gadają?...
U Szafrańców dawno nie było takiej radości, takiego święta.
Nadeszła paczka z Ameryki! Była to w tym roku pierwsza paczka,
a że i listu od synowej nie mieli od dawna, staruszkowie martwili
się już nie na żarty.
Przy skromnej emeryturze pana Szafrańca trudno było związać
koniec z końcem.
Kiedy Agnieszka wsunęła się za kotarę proponując zieloną
sałatkę dla kanarka, pani Leontyna przyjęła ją rozpromieniona.
- Dziękuję ci, dziękuję! Jesteś naprawdę dobre dziecko, że
pomyślałaś o naszym Maciusiu. O, widzisz, jaki z sałatki
zadowolony? Cieszy się prawie tak, jak my z przesyłki. Chodź tu,
do stołu, zobacz, co nam synowa przysłała.
Wyjęte ze sporego pudełka, odwinięte z bibułek leżały paczki
herbaty, kawy, blok czekolady, nylonowe pończochy, jakieś
drobiazgi...
Agnieszka przypatrywała się z zainteresowaniem ładnym,
efektownym opakowaniom, które ciągnęły oczy.
- A tu paczka tytoniu do fajki i lawendowa woda kolońska. To
dla mojego męża, zawsze tej wody po goleniu używał. Ja też
lubiłam lawendę, ale najładniejszy dla mnie zapach... fiołki.
Franiu, pamiętasz francuskie perfumy Coty'ego?
- Przyjemnie otrzymać taką paczkę - mówiła uprzejmie
Agnieszka. - Pan lubi na pewno dobrą herbatę?
- Hm... - pani Leontyna, zmieszana, spojrzała na męża - lubimy
oboje, owszem. Ale... nie ma co ukrywać: nie będziemy jej pić.
- A mówiła pani, że to dla państwa?
- 79 -
- Dla nas. Ale my wszystko sprzedamy. Nie stać nas teraz na
takie luksusy. Nie takie czasy, żeby zagraniczną herbatę popijać.
Nie...
- Nie narzekaj, Leoniu. Kiedy ty, duszko, po swojemu naparzysz
herbatę, smakuje mi lepiej niż zagraniczna - pan Szafraniec
szarmancko ucałował rękę żony. - A ja się cieszę najwięcej na
zrazy z kaszą! Bo, wiesz, Agnieszko - pan Franciszek uradowany
był jak dziecko - u nas po każdej paczce to hulaj dusza bez
kontusza! I zrazy! I gulasz! A w niedzielę obiad wystawny. Z
deserem.
- Jeszcze skóra na baranie... - kiwała głową pani Leontyna. -
Zanim pani Aniela to wszystko ulokuje... A! Pani Aniela! Przecież
pogniewała się rano! Teraz przez kilka dni ani się do nas odezwie!
To zmartwienie! I co my zrobimy?...
Uśmiech, rzadki gość na twarzy pani Szafrańcowej, zniknął bez
śladu. Policzki obwisły, głowa zaczęła się trząść, lada chwila da
się słyszeć:
„Nie, nie, mnie się to wcale nie podoba".
- A czy ja nie mogłabym pomóc? - zaproponowała Agnieszka,
nie bardzo wiedząc, o co chodzi i co z tym wszystkim ma
wspólnego pani Aniela.
Szafrańcowie spojrzeli na siebie.
- A nie lepiej napisać kartkę do Stefanii? - poddał myśl pan
Franciszek.
- Masz rację, Franiu. Poczekamy kilka dni. A może
zatelefonować? - dodała po zastanowieniu.
Agnieszka nie wiedziała, jak się wycofać. Skorzystała z okazji.
- To może ja zatelefonuję? Bo idę wieczorem do koleżanki, tam
jest telefon.
- 80 -
- Dobre dziecko jesteś - powtórzyła pani Szafrańcowa. -Tak
rzadko dziś... -nie dokończyła schyliwszy się nad jakąś szufladką.
- O, mam tu numer telefonu, zapiszę ci. Powiedz tak: „Pani
Szafrańcowa prosi, żeby pani Trzeciakowska przyszła, bo jest
paczka". Zapamiętasz?
W kuchni siedzieli już obaj chłopcy. Michał też zaczął
przychodzić wcześniej, postanowiwszy przeciwdziałać zgubnym,
jego zdaniem, wpływom Agnieszki.
Witek dopytywał niecierpliwie:
- No co? Widziałaś? Co było w tej paczce?
A widząc zdziwione spojrzenie Agnieszki dorzucił:
- Wiem, mama mówiła. Szafrańcowa przyszła do nas pożyczyć,
bo jej zabrakło na cło! Rano tak z mamą postąpiła, że ojej... ale
jak potrzeba forsy, to zawsze do mamy przyjdzie. No, mów, co
tam było, słyszałem przecież, rozmawiałaś...
Agnieszka zdała relację i zapytała z kolei:
- Ale co było z panią Anielą? Mam do jakiejś Stefanii
telefonować, bo podobno pani Aniela się pogniewała.
Mowa była o wilku, a już Pimpuś skowyczał radośnie: jego pani
otwierała zatrzask.
Witek, aby zagadać pytanie Agnieszki, oznajmił:
- Proszę pani! Do Szafrańców paczka przyszła! Fajna paczka!
Duża!
- A co? Pan Franciszek kujawiaka śpiewa? - zapytała
pielęgniarka, bo pan Franciszek przy dobrym humorze zawsze to
robił. - Dzięki Bogu! Kuso już tam było... - dodała z życzliwością.
Nagle pisk Pimpusia widocznie przypomniał ranne, bolesne dla jej
serca zajście, bo nastroszyła się cała. - Ale ja się tą paczką
- 81 -
zajmować nie będę! Mnie to nic a nic nie obchodzi! Nie będę, i
już!
- Agnieszka ma zatelefonować do Stefanii. Szafrańcowa kazała
- informował bezinteresownie Witek.
- Do tej handlary? - oburzyła się pani Aniela, ale już w
korytarzu powtórzyła: - Nic mnie to nie obchodzi! Nic a nic!
- Po coś powtarzał? - strofowała Agnieszka. - Może pani
Leontyna nie życzy sobie...
- Stefania to kto? - przerwał jej Michał.
- Dawna służąca Szafrańców - wyjaśnił Witek. - Bogaczka,
handluje na ciuchach. Da im pół ceny albo jeszcze mniej.
- Jak to? Więc ona po prostu Szafrańców oszuka, żeby na tym
więcej zarobić? - oburzyła się Agnieszka.
- A tyś myślała, że im dołoży ze swojego? - drwił Michał. -
Pielęgniarka też na piękne oczy nie załatwia. Ucho od śledzia!
- Nie, Michał, nie - ujął się Witek - na panią Anielę nic nie
mów. Ona jest rzetelna.
- Ucho od śledzia! - powtórzył Michał.
- Nie wierzysz, żeby ktoś pomógł drugiemu z życzliwości? -
zapytała Agnieszka, uważnie przyglądając się Michałowi.
- Nie wierzę - odpowiedział twardo. - Każdy musi mieć jakiś
interes.
- Eee... ile razy pani Aniela twego wujka ratowała! I krople, i
zastrzyki... no i co z tego ma? - pytał Witek.
Michał wzruszył ramionami.
- Coś musi mieć. Może się chce za wujka wydać?
Skojarzenie grubej pani Anieli z wysokim, chudym
mechanikiem wywołało salwę śmiechu, do której przyłączył się i
Michał.
- 82 -
- A sam nigdy nic nie robisz bezinteresownie? To znaczy, nie
myśląc o korzyści? - dopytywała Agnieszka.
- Nigdy. Zawsze się coś po coś robi. Każdy ma jakiś interes.
Agnieszka przyglądała się podejrzliwie.
- Ty chyba tylko udajesz?
- A po co miałbym udawać?
Do kuchni zajrzała pani Aniela.
- Agnisiu, kiedy masz iść do telefonu?
- Wieczorem.
- Nie chodź, moje dziecko, nie trzeba. Już ja to załatwię.
Przecież dla nich każda złotówka droga.
- Powiedzieć pani Leontynie? - poderwała się Agnieszka.
- Sama jej zaraz powiem.
- A widzisz, a widzisz! - cieszyła się Agnieszka. - Pani Aniela
naprawdę jest życzliwa ludziom. Ja już dawno to zauważyłam.
- A ja wcale!
- Bo ty...
- Tylko się nie zaczynaj wymądrzać!'- nastroszył się Michał. -
I dość gadania, bo przez ciebie tych zasmarkanych ćwiczeń nie
napiszę i twoja ciotka znowu wlepi mi gałę...
Agnieszka, głęboko dotknięta, spuściła oczy na książkę i w
milczeniu gryzła koniec ołówka.
Witka aż skręcało z jakiegoś nieprzyjemnego uczucia, a
jednocześnie nie mógł się obronić przed podziwem. Jaki ten
Michał jest!... W garści, w postawie, w bezczelności do starszych,
do każdego. Witek nie chciałby go naśladować, nie, ale rozumie
dobrze: gdyby nawet chciał - nie umiałby.
Nie umiałby, i już. No, na przykład dzisiaj w szkole...
I przypominając sobie rozmowę dziewcząt, Witek wzdycha.
- 83 -
- Czy nie rozumiesz czegoś? - troszczy się Agnieszka.
- Nie, nie, wszystko o'key. - odpowiada szybko. Nie może
przecież powiedzieć, że nie rozumie, dlaczego dziewczyny tak się
interesują Michałem. Czy nie mogłyby zwrócić uwagi na innego
chłopca w klasie?... Witkowi na przykład wcale na tym nie zależy,
absolutnie, ale...
To już było następnego dnia. W przerwie, bo ustalono wspólnie,
że w czasie odrabiania lekcji będzie przerwą na wyprostowanie
kości i przegryzienie czegoś, co szczególnie było potrzebne
Michałowi, Agnieszka zaproponowała:
- Chcecie? Zabawimy się w psychozabawę?
- A co to jest? - zapytał Witek.
- Taka jakby gra.
- Dobra, tylko skoczę po kawałek chleba - zgodził się Michał.
- Ale się pośpiesz!
- Dobrze, wezmę nie smarowany.
- No, więc tak: daję wam tu kartki - tłumaczyła Agnieszka w
chwilę później - teraz uwaga: powiem jakiś wyraz, wy napiszecie
ten wyraz, a pod nim zdanie, pierwsze lepsze zdanie, jakie wam
na myśl przyjdzie. Rozumiecie?
- Zrobimy tak trzy razy. A potem obejrzymy wynik.
- Czy to nie kawał? - Michał patrzył nieufnie.
- Nie. Zresztą za chwilę zobaczycie sami. No, zaczynamy.
„Oko"... Już? Drugi wyraz: „Deska"... I ostatni: „Mucha".
Skończyliście? No, dajcie mi kartki. Uwaga! Czytam kartkę
Witka:
- 84 -
W Tatrach leży Morskie Oko. - Z czerwonych
sosen będą białe deski. - Szyba brzęczała jak
mucha w pajęczynie.
- Ładnie - odezwała się stojąca już od dłuższego czasu przy
kuchence pani Aniela.
- A teraz, Michał, twoja-kartka.
Tłuste oka pływają po rosole. - Kotlet był twardy
jak deska... - Mucha w kaszy niepotrzebna.
Agnieszka z trudem hamowała teraz wesołość, narastającą w
trakcie czytania kartki. Michał zapytał ze złością:
- No, co tu jest do śmiechu?
Ale śmiech ogarnął już Witka i pielęgniarkę, nie mówiąc o
Agnieszce.
Śmiali się, patrzyli na Michała, a widząc jego groźną minę
wybuchali śmiechem od nowa.
- Nic, nic! - mówiła pielęgniarka krztusząc się - tylko akurat
cały się pokazałeś. Wypisz - wymaluj... rosół, kotlet i kasza!...
Jeszcze tylko deseru brak... O mój ty świecie! Dawno się tak
serdecznie nie uśmiałam!
Michał zwrócił się do Agnieszki z pretensją:
- Głupi kawał! Trzeba było powiedzieć, że to ma być coś
takiego - zamachał ręką nad głową. - A ty: pierwsze lepsze zdanie.
No, to napisałem.
- Nie gniewaj się, Michał. To taka zgaduj-zgadula, której wynik
potwierdził, że masz skromną wyobraźnię. A że taki jadłospis
wypadł, więc śmieliśmy się...
- 85 -
- 86 -
- Pewnie, że tylko dlatego - potwierdziła pani Aniela i
zatroszczyła się nagle:
- A czy ty jadłeś dziś obiad?
Ale Michał, naładowany złością, odburknął ostro:
- Niech pani lepiej swojego Pimpusia pilnuje. Taki spasiony,
że... czas go już na smalec przetopić.
Witek i Agnieszka ścierpli i z niepokojem obrócili się ku
pielęgniarce. No! Teraz się zacznie!
Pani Aniela była spokojna. Trzymała Pimpusia na rękach.
Głaskała i mówiła z namysłem:
- Ja tam wielkich nauk nie mam, ale co Agnisia o tobie
powiedziała, to prawda. Tej wyobraźni za wiele nie masz. Żebyś
ją miał, powiedziałbyś co innego. Rozumiem, chciałeś mi
dokuczyć, ale dlaczego furt dokoła Wojciechu łeb w spiżarce
trzymasz? Mógłbyś w radio w tym: „Co gotować - jak gotować"
pomagać. Tak... Wyobraźni wielkiej nie masz, ale ja ci powiem,
co ty masz! - dodała, już wychodząc. - Ty masz na pewno solitera!
Ostatnie słowa zrobiły na Michale wrażenie. Soliter! Coś
obrzydliwego! Siedzi w człowieku nienasycony. Trzeba jeść za
niego i siebie. Br!!!
Pierwsza odezwała się Agnieszka:
- Nie, mnie się zdaje, że to nie tak... Kto ma solitera, jest zwykle
chudy, mizerny, a ty przecież wyglądasz zdrowo i nawet na więcej
lat, niż masz.
- Właśnie - Michał aż pierś wypiął z dumy - i dlatego kicham na
wszystkie wyobraźnie, wiesz? Do czego mi one potrzebne? No,
powiedz, kiedyś taka mądra, do czego?! Ale nie żadne takie
zawracanie Wisły parasolem, tylko kawę na ławę, no?
- 87 -
- Mnie się zdaje... - ciągnie powoli Agnieszka, widać szuka
najlepszej odpowiedzi - że wyobraźnia jest potrzebna w każdej
pracy, wszędzie pomaga...
- Ale w czym? W czym? - woła Michał. - Daj mi przykład.
Przekonaj mnie, mądralo!
- ...Pomaga wymyślić coś nowego, ulepszyć, ulżyć. Pomaga
chyba rozumieć drugiego człowieka - mówi z namysłem jak
poprzednio. - Możesz sobie na przykład wyobrazić, co on czuje.
- A co mnie to obchodzi? Niech sobie czuje, co chce. Do kitu
takie tłumaczenie! I co ty sobie w ogóle myślisz? Wszystkie
rozumy zjadłaś? A co ty jesteś? Za służącą u ciotki!...
Agnieszka żachnęła się, aż zachwiała stołem.
- Nie skacz. Wszyscy to widzą. Przecież inaczej ciotka nie
trzymałaby cię u siebie!
- Michał - wtrącił się Witek. - Nie pleć! Agnieszka jest u ciotki,
tak jak ty u swego wujka.
- O nie! Duża różnica: za mnie mama pieniądze przysyła!
- To ja już pójdę... bo skończyłam - podniosła się Agnieszka z
jakimś spłoszonym wyrazem twarzy, aż to zastanowiło i Michała.
- Co ona? Beczeć poszła? - zwrócił się do Witka.
- Wstydziłbyś się! - Witek był poruszony do żywego. - Co za
diabeł w tobie siedzi? Każdemu dopieczesz! Postąpiłeś jak... jak
świnia!
- A co ja zrobiłem? - Michał był szczerze zaskoczony. - Co ja
powiedziałem? Prawdę! Tylko prawdę! Może nie? Przecież
nauczycielka ją za darmo trzyma.
- Co cię to obchodzi!
- A co ją moja wyobraźnia obchodzi? Każdy się mną zajmuje,
tylko mnie jednemu nigdy nic nie wolno? Ucho od śledzia! I to
- 88 -
sobie zapamiętaj: zawsze będę mówić prawdę! Nikt mi tego nie
zabroni! Wiesz? Prawda to dla mnie wszystko.
- Wiem. I tylko się dziwię, że dziś w szkole o tej miłości do
prawdy zapomniałeś.
- ... ??
- Kiedy ci pan Grzybowski dziękował, że ja już lepiej kapuję i
zadania mam zawsze odrobione.
- Iii... Co mu miałem mówić? Czas tracić? Nic by nikomu z tego
nie przyszło.
- No i wyszedłeś na dobrego kolegę.
- A co! Nie jestem?
- Ty chyba jesteś sobek - teraz Witek mówił z namysłem. - Ty
wszystko oglądasz, czy ci pasuje, czy ci się przyda...
- Każdy mądry tak robi i tobie to radzę. Zresztą, co mi tu jakąś
mowę do ludu zakładasz? Gadaj przez lufcik. Tamta skończyła, to
ten się uwziął. Cóżeś się taki wyszczekany zrobił?
- Od ciebie się uczę.
- No, widzisz: sztama ze mną przydaje się - udobruchał się
Michał. - Jeszcze cię tylko trochę pogimnastykuję, żebyś ciała
nabrał, chudzino. A może to ty masz solitera?... O raju! Jak mi się
jeść chce - przypomniał sobie i pognał do swego pokoju.
Po kolacji, szykując teczkę do szkoły, Michał zauważył zeszyt
do wypracowań. Skrzywił się, jakby cytrynę ugryzł. Nauczycielka
poleciła, żeby wujek dwóję podpisał. Ceregiele! Przez ścianę
mieszka, a podpisywać każe.
- Niech wujek podpisze - podsunął zeszyt. - Pani Tołłoczko
kazała.
- 89 -
- Po co? Pod jednym dachem...
- No właśnie - chciał zagadać Michał, ale pan Czernik
spostrzegł już nieszczęsną dwójkę opatrzoną energicznie dwoma
minusami.
- Oj! Dwója?
- Dwója.
- Nie podoba mi się. A ty tak lekko mówisz.
- Mnie się też nie podoba, ale jak pani Tołłoczko uwzięła się, to
żebym nawet ze skóry wyłaził...
- Za cóż miałaby się uwziąć?
- A bo ja wiem? Może przez tę kocicę? Wlazłem kiedyś na nią
po ciemku, jak bozie-kozie, niechcący! Kocica wrzasnęła, a
nauczycielka wyleciała do przedpokoju, i na mnie!
- A tyś odszczeknął, jakbym przy tym był.
- Ani-ani! Czy ja głupi jestem?! Nie wiem, co to z nauczycielką
zadrzeć? No i widzi wujek: zemściła się.
- E tam, zaraz zemściła. Pokaż no zeszyt. Co tu tak krótko?
- Nie moja wina. Żeby ten kolega był w domu, to napisałbym
długo. Dzwoniłem do drzwi z pięć razy i na próżno.
- A nie mogłeś o innych kolegach? O Witku? Albo coś z głowy?
- Inni za daleko mieszkają. Witek się nie liczy, bo za blisko, a z
głowy - nie potrafię. To trzeba by tę... wyobraźnię mieć. Nie
mam. Nawet Agnieszka powiedziała, że nie mam.
- Oj, Michał, Michał, nie zadzieraj z ludźmi. Widzisz sam:
Agnieszka tu nikomu wody nie zamąci... Nikt o niej złego słowa...
- 90 -
9.
W niedzielę bywało rozmaicie. Mogło być spokojnie, bo nikt
nie śpieszył na godzinę, nie stukał we drzwi zajętej łazienki, nie
denerwował się, że dla jego imbryka brak miejsca na gazie. Ale
mogło również dojść do krótkiego spięcia, bo w niedzielę wszyscy
mieli więcej czasu, żeby gruntowniej sprzątnąć, przeprać,
poprasować, no i obiad wymagał większego przygotowania:
świąteczny i jedyny w tygodniu obiad, który zjadano bez
pośpiechu i wspólnie.
Różne bywały niedziele. Ta była fatalna.
- Sześć było! Sześć! - wołała Szafrańcowa. - Sama je robiłam.
Zawsze z ćwierci sześć robię, bo i jajko, i cebula, i bułka.
Naturalnie to już nie to, co przed wojną, kiedy się robiło zrazy
tylko z polędwicy. A dzisiaj, zmiłuj się, Panie Boże! Siekanina -
pół na pół z żyłami! I to nam kocisko zeżarło. No, niech pani
patrzy - pokazywała garnek pielęgniarce - czy ja ślepa jestem?
Cztery kotlety tylko, a było sześć!
- Widzę, że cztery, ale niechże pani tak nie krzyczy...
- Będę krzyczeć! Będę, bo już i sam anioł archanioł straciłby
cierpliwość...
- Serca szkoda, pani Leontyno. Zdrowia szkoda! - tłumaczyła
pielęgniarka i nagle dodała cierpko: - Przynajmniej teraz nikt na
mojego Pimpusia nie powie.
- A czy ja co mówię? Niech mnie ręka boska broni! Pimpuś na
balkon nie przeskoczyłby! Za ciężki! A kocicę kiedyś widziałam i
przegoniłam.
- Tylko dlaczego, wszystkiego nie zeżarła? - zastanawiała się
pani Aniela.
- Co pani mówi! To jeszcze nie dosyć, że porwała dwa
największe? Miała nas zupełnie bez obiadu zostawić? Żeby mój
- 91 -
mąż nawet w niedzielę odrobiny lepszej strawy nie miał? - Pani
Leontyna była o krok od wybuchnięcia łzami, już się chwytała za
serce.
- Nie to, nie to! - pielęgniarka zamachała rękami. - Źle mnie
pani zrozumiała. Dziwię się, że zostawiła, bo jak się dobrała...
- Może ją co spłoszyło, a może miała dosyć? Przecież widzi
pani, kotlety jak pięść. Ale tego już nie daruję! Zaraz idziemy
oboje z Franiem do nauczycielki i tak jej powiemy, tak jej
wygarniemy, że...
Na próżno pani Aniela chciała Szafrańcową powstrzymać.
Wyraziła nawet w tym celu przypuszczenie, że to może nie
Kisunia, a obce koty, które w nocy wydzierały się na różne tony.
Dolała tylko oliwy do ognia.
- Gdyby kocicy nie było, obce koty nie złaziłyby się tutaj z
całego Powiśla. I spać przez to nie można, i zeżrą, co im się tylko
pod zęby nawinie. O nie! To mi się nie podoba, i już!...
Michał, gdyby nie obawa przed wujkiem, otwarcie zacierałby
ręce z radości. Ma, mądrala, co jej się należy. Już nie będzie się
obnosić ze swoją Kisunią. Może w ogóle przestanie do kuchni
przychodzić? Tak byłoby najlepiej.
Wyjmując ze spiżarki pod oknem duży garnek bigosu, zobaczył
wepchnięty w kąt mały, niebieski rondelek Szafrańców. Już
wyciągnął po niego rękę. Przełoży bigos i odgrzeje tyle, co na
obiad: będzie prędzej.
Pani Leontyna, co prawda, nie lubi, żeby jej garnki ruszać, ale u
Szafrańców już po obiedzie. Drzemią teraz, do kuchni nie przyjdą.
Wyciąga rondelek, zdejmuje pokrywkę i nagle, jakby tam diabła
zobaczył, szybko wpycha go znowu w głąb spiżarki.
- 92 -
- A to ci heca! To heca! - powtarza sam do siebie, mieszając
powoli ustawiony na gazie gar bigosu.
Pani Tołłoczko nie odpoczywa dziś po obiedzie. Z wielkiej
szafy, w której wszystko poukładane jest równiutko, jakby pod
centymetr, wydobywa spory koszyk z pokrywką.
- Jak myślisz, Agnisiu, z tego nam Kisunia nie ucieknie? - A
widząc przestrach w oczach dziewczynki dodaje: - Nie bój się.
Nie mam zamiaru jej w tym koszyku więzić. To byłoby przecież
nieludzkie. Po prostu chcę ją odwieźć do Konstancina, do pani
Kobierzyckiej. Ona bardzo lubi koty.
- Odda ciocia Kisunię?
- Tak.
- Na zawsze?
- Naturalnie, że na zawsze - nauczycielka nie słyszy w głosie
Agnieszki przejmującej nuty żalu. - Sama przecież widzisz, że
dłużej tego znosić niepodobna. Co tylko się stanie, wszystkiemu
biedna kotka jest winna. Czy chcesz, żeby ją zaczęto gonić i
potrącać?
- A... a cioci nie żal Kisuni?
- Myślę, Agnisiu, że będzie tu nam bez niej lepiej: wygodniej i
czyściej - odpowiada wymijająco ciotka.
- Ciociu, ja już bym tak pilnowała!...
- Nie, nie. Zresztą, przyznam ci się, Kisunię przywiozłam z tego
samego Konstancina, wiesz kiedy? Kiedy u Piotrowskich kupiono
białe myszki. Panicznie się boję myszy. Ciągle mi się zdawało, że
uciekną z klatki i wejdą do mego pokoju. Teraz myszek nie ma,
więc i kot niepotrzebny.
- 93 -
- Taka miła, taka kochana Kisunia!... - Agnieszka nie śmie
powiedzieć nic więcej, ale w oczach jej mieści się tyle prośby.
Ciotka woli tego nie widzieć.
- Zapomnisz o niej szybko. I przecież mówiłam ci: doktor
powiedział, że jeśli się będę denerwować, wpadnę w ciężką
chorobę... A jak tu się nie denerwować? Ciągle ktoś na złość robi.
Uwzięto się, żeby mnie z równowagi wyprowadzić. Nieżyczliwi
są ludzie. Żeby tylko nieżyczliwi! Na przykład ten Michał. To
straszny chłopak. On chyba... te kotlety...
- Ciociu!
- Pani Aniela to samo przypuszcza. Przecież on tylko o jedzeniu
myśli. Może to jakieś chorobliwe łakomstwo?
- Nie! On tych kotletów nie zjadł.
- Więc kto? Koty? Akurat tylko dwa! I nie zrzuciły przy tym
pokrywki? Nie! Nie! Ja mam tego dość. Ubieraj się. Pojedziemy
razem. Pani Kobierzycka ma wnuczki w twoim wieku, rozerwiesz
się.
- Ciociu - poprosiła Agnieszka. - Ja zostanę. Mam jeszcze tyle
lekcji. I lekturę. Wczoraj jakoś zeszło, a dziś przez te
nieprzyjemności... nic nie zrobiłam.
- A widzisz! Każdemu do pracy potrzebny jest spokój. Och!
Gdyby mieć spokój! W mysiej dziurze pod schodami, ale u
siebie!...
Agnieszka nie mówi prawdy. Lekcje dokończyłaby z łatwością
wieczorem. Ale nie chce jechać. Nie chce poznawać nowych
ludzi. Ani pani Kobierzyckiej, ani żadnych dziewczynek, które
dopytywałyby się na pewno, dlaczego jest u cioci, gdzie jej
mamusia, gdzie tatuś... Nie!
Nie ma Kisuni, brunatnego, ciepłego kłębuszka, który
wskakiwał na kołdrę i mościł się przy nogach lub ocierał o
- 94 -
policzek, prosząc o pieszczotę. Siedział na kolanach, kiedy
odrabiała lekcje, patrzył uważnie w jej oczy i przymykał swoje,
jakby dając do zrozumienia, że owszem, wie, co Agnieszka myśli,
i zgadza się z nią najzupełniej.
Nie ma Kisuni. Nie ma nikogo w dużym, ciemnawym po
południu pokoju i można sobie pozwolić na... łzy.
Piotrowscy wybierali się z dziećmi na długi spacer. Witek
wstąpił do Michała, aby go namówić na wspólne wyjście.
- Z tatusiem i mamusią za rączkę... - drwił Michał. - Ucho od
śledzia! Ja idę do kina, chcesz, to i tobie zafunduję - proponował
wspaniałomyślnie.
- Nie mogę - wymawiał się wzdychając Witek - mama nie
pozwoli. Idziemy, żeby nałykać się świeżego powietrza. Pani
Aniela napuściła mamę na to świeże powietrze. Że niby Henio
mało go ma i ja, i mama, bo za dużo w domu siedzimy.
- Fajnie! Będziesz mógł pryskać ze mną, bez nianiek! - rzucił
Michał pocieszająco za przyjacielem. - I przyjdź wieczorem.
Wujek poszedł na chrzciny do znajomka. Wróci pewnie nad
ranem.
W pokoju Piotrowskich pani Aniela dzieliła się wnioskami w
sprawie nieszczęsnych kotletów. Witek nie słyszał wszystkiego,
bo go matka wysłała do Agnieszki z zapytaniem, czy nie poszłaby
z nimi, jeżeli pani Tołłoczko pozwoli.
- 95 -
Agnieszka siedziała w kącie na tapczanie, obłożona
poduszkami, owinięta pledem prawie po czubek nosa.
Nauczycielki nie było.
- Co ci, zimno? - zdziwił się Witek.
- Nie... tylko... może mam katar? - odpowiedziała
zachrypniętym, nie swoim głosem.
- A ja myślałem, wiesz, że pójdziesz teraz z nami na spacer?
- Nie, nie. Dziękuję ci, Witku. Ja mam jeszcze dużo lekcji.
Dlatego nie pojechałam z ciocią do Konstancina!
- Mnie się zdaje, że ona będzie miała grypę. Jakaś taka
czerwona! - oświadczył Witek matce, a pani Aniela zaraz poszła
zobaczyć, co jest z Agnieszką.
„W 80 dni dookoła świata" 'zafascynowało Michała całkowicie.
Trzy godziny minęły jak chwila, nawet o jedzeniu zapomniał.
Wcielał się po kolei w różne postacie, przeżywał ich przygody i
wzruszenia.
Wraca do domu i jeszcze po drodze przymierza się do różnych
bohaterów.
Oto on - jako esquire Fogg. Kroczy wyniosły, opanowany,
głowę niesie wysoko. Oczywiście - głowę w cylindrze. Jedną ręką
gładzi piękne faworyty, a w drugiej trzyma laskę. Właśnie
naprzeciw idzie Agnieszka. Im bliżej, tym widoczniejszy jest
zachwyt rozlany na jej twarzy. Wyraźnie - największy zachwyt.
- Dzień dobry, Agnieszko. Nie poznajesz mnie? - Michał unosi
cylinder i grzecznie, ale obojętnie mija osłupiałą dziewczynę.
- 96 -
Albo inaczej: oto corrida, strasznie krwawa corrida! Byk rozdarł
na kawałki już trzech najlepszych torreadorów. Nagle zjawia się
jeszcze jeden. Nieustraszony. W masce. Kilka zręcznych skoków i
oto byk, nadziany szpadą jak rożnem, pada martwy na arenie.
Tłumy w ekstazie! Żądają zdjęcia maski. Pragną poznać imię
zwycięzcy!...
Michał zrywa maskę i grzecznie, ale zimno kłania się w stronę
loży, gdzie siedzi Agnieszka. Oczy jej robią się okrągłe ze
zdziwienia i uwielbienia.
Naturalnie!...
Albo - to znaczy najlepsze: jest pięknym Hiszpanem i tańczy na
stole w oberży. Jak on tańczy!...
Publiczność ciśnie się wokoło. Z daleka zbliża się Agnieszka,
która z powodu swego małego wzrostu nie może nic zobaczyć.
Wskakuje więc na inny stół i widzi: to Michał! Ach!!
- Uważaj, jak idziesz! Cóż to za wychowanie! - krzyknęła
zagniewana starsza pani, na którą Michał nieprzytomnie wpadł.
To go otrzeźwiło.
- O raju! Zamyśliłem się. A pani mnie też nie widziała?
Wyminął oburzoną kobietę, nic sobie nie robiąc z jej słów, ale
dalej szedł już uważniej.
Tak. Najbardziej podobał mu się ten Hiszpan. Ależ tańczył! Czy
to trudno? Co tam! Gdyby poćwiczyć co dzień po trochu,
wprawiłby się na pewno. Niedźwiedzia można nauczyć, cóż
dopiero takiego zręcznego chłopaka, jak on. Pokazałby wtedy
dopiero tej całej Agnieszce, co on potrafi! Dziwna dziewczyna.
Siedzą przecież codziennie razem w kuchni, mijają się w
korytarzu w szkole na przerwach - a ona nigdy nic nie powie o
nim. No, choćby o zębach, przecież zęby ma naprawdę jak Burt
Lancaster. Nawet Grażyna mu to powiedziała. A ta - jakby nie
widziała.
- 97 -
Albo o nowym ubraniu - ani słowa. Nie zauważyła? Za to o
oślich uszach - dźgnęła. O karykaturze od razu: że podobna. I o tej
dwói, i że wyobraźni nie ma, że tylko o jedzeniu myśli - wszystko,
co najgorsze - owszem.
Raz tylko, ale to na samym początku, powiedziała, że dowcipny.
Później już nigdy nic dobrego. I zawsze tak jakoś złośliwie daje
do zrozumienia, że on jest głupszy. A przecież to ona jest
głupsza!!!
Piotrowscy wrócili przed godziną. Witek na próżno czekał na
Michała, nasłuchiwał, czy zamek w przedpokoju nie trzaśnie.
Poszedł z loteryjką do Agnieszki. Grali, rozmawiali, słuchali
radia.
Henio w pewnym momencie wsunął głowę przez drzwi, a
widząc, że nauczycielki nie ma, śmiało podszedł do brata.
- Witek, słuchaj - zaczął tajemniczo - Michałowi coś się stało.
- Wrócił już ? Nie słyszałem.
- Bo radio gra. Wrócił. Chciałem wejść, myślałem, że ty tam
jesteś, ale drzwi zamknięte od środka. A Michał stoi na stole i tak
się jakoś wzdryga i przegina...
- Skąd wiesz? - zapytali jednocześnie Witek i Agnieszka.
- Przez dziurkę od klucza - powiedział szczerze Henio.
- Stukałeś? Nie otworzył ci?
- Nie słyszał chyba, bo tam też radio gra. A kiedy zajrzałem
przez dziurkę, to już nie pukałem, bo on na stole tak brzuchem
kręci. I do tego bez butów. Chodź, sam zobaczysz!
Wylecieli zaraz do przedpokoju. Witek schylił się nad dziurką
od klucza i odskoczył, chwytając jednocześnie za czoło i sycząc z
bólu. Mocno uderzyli się głowami z Agnieszką.
- 98 -
- Lepiej zastukać - zawstydziła się Agnieszka.
- To on zejdzie ze stołu i nic nie zobaczycie - uprzedzał Henio.
Witek zajrzał. Rzeczywiście: Michał w skarpetkach
przytupywał i podrygiwał na stole, dziwnie kręcąc biodrami i
wyrzucając przed siebie lewą i prawą nogę na przemian.
Wyglądało to komicznie. Witek parsknął śmiechem.
- Co się tu dzieje? - groźnie zapytała pani Szafrańcowa, stojąc
za ich plecami. - Co się tam wyprawia u Czernika? -
Spróbowawszy klamki zastukała pięścią w drzwi. - Cały dom się
trzęsie! Święty Antoni nam ze ściany spadł! Poczekaj, gałganie,
niech tylko wujek wróci, wszystko opowiem! Sumienia trzeba nie
mieć, żeby przyzwoitym ludziom spokój odbierać w ich własnym
mieszkaniu!...
Zwabieni hałasem Piotrowscy również wyszli od siebie, na
progu przechodniego pokoju stał pan Szafraniec, a przez drzwi od
klatki schodowej wkraczała właśnie pani Tołłoczko.
- Co? Co się stało? - pytała zaniepokojona, widząc niezwykle
zaludniony przedpokój.
- Trzęsienie ziemi ten tu odgrywa! - odpowiedziała z najwyższą
pretensją w głosie pani Szafrańcowa. - Najadł się mięsa i roznosi
go. To ma być uczeń? Tego w szkole uczą? Nie, nie! To mi się
wcale nie podoba, wcale!
- Michał, odezwij się, powiedz, co tam wyprawiasz! - prosił
przez drzwi Piotrowski.
W pokoju pana Czernika zaległa niczym nie zmącona cisza.
Zebrane pod drzwiami osoby patrzyły na siebie pełne niepokoju i
wątpliwości: może tam nikogo nie ma? Nawet Witek, gdyby nie
widział skaczącego po stole przyjaciela, pomyślałby tak samo.
- 99 -
Rano spotkany przypadkiem w łazience Henio zaproponował
Michałowi transakcję: powie mu wszystko za zrobienie procy.
Michał bez ogródek wyraził głęboką wątpliwość co do wartości
„wszystkiego". Henio powiedział:
- A wiesz, kto zjadł kotlety pani Szafrańcowej?
Pytanie stało się nagle interesujące.
- A ty wiesz?
- Wiem.
- Kto?
- A procę zrobisz?
- Zrobię.
- No, to dobrze. Ty.
- Co ja? - nie rozumiał Michał.
- No, te kotlety. Bo masz coś tu w środku i ciągle cię tu - Henio
pokazywał brzuch - ssie. I myślisz tylko o jedzeniu! I Agnieszka
płakała przez ciebie, bo żebyś nie zjadł, kotletów, toby pani
Tołłoczko nie wywiozła Kisuni. I ten, kto tylko dla jedzenia żyje
na tym świecie, to jest bardzo zdolny. Do wszystkiego jest zdolny
i trzeba się pilnować, wiesz? Ale wczoraj, jak skakałeś na stole, to
było bardzo śmieszne. Naprawdę. Chociaż dziurka od klucza jest
za mała.
- Podglądałeś? - Michał groźnie nacierał na Henia.
- I Witek też, i Agnieszka - przyznawał się Henio, cofając ku
drzwiom.
- I Agnieszka?...
- Uhm... A jak mi zrobisz procę, to najpierw...
- Najpierw to dostaniesz w kark tak, że ci kalosze spadną! -
warknął Michał błyskając groźnie ostrymi zębami.
- 100 -