The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2021-02-20 05:40:22

Ucho od śedzia

Henio był już na progu. Uciekał korytarzem w popłochu,
dziwiąc się jednocześnie wzmiance o kaloszach: miał przecież na
nogach żółte, sznurowane buciki!...

Górne światło było zgaszone. Piotrowscy siedzieli przy
zasłoniętej od strony łóżka lampie stołowej. Byli pewni, że obaj
chłopcy dawno już śpią. Jeden i drugi - wystarczyło, żeby
przyłożyli ucho do poduszki - zapadali w zdrowy, mocny sen.
Rodzice rozmawiali o Michale. Piotrowska obawiała się złego
wpływu na Witka.

- Nic dobrego z tego kolegowania nie będzie - mówiła
półgłosem.

- Czy ty nie widzisz, jak się Witek zmienił? Nie da sobie nic
powiedzieć. Na każde słowo - cztery odpyskuje. I coraz częściej
po południu przepadają razem. Dawniej miał jakieś zbiórki w
szkole, a teraz to do kolegi na telewizor, to na miasto, a raz nawet
powiedział, że do kina! Czy nie za wiele swobody?

- A ty byś chciała, żeby ciągle tak jak Heniuś twojej spódnicy
się trzymał? Przecież to już za pięć minut mężczyzna. Tylko
patrzeć, jak się golić zacznie... Ja też w jego wieku wyrywałem z
domu, jak mogłem, chociaż telewizora żaden kolega nie miał. Co
tam telewizor! Radia w domu nie było! Dzięki Bogu, że z nauką
chłopak się podciągnął. Jakoś i z matematyki mu idzie.

- To Agnieszki zasługa, umie wytłumaczyć. Sam mówił, że mu
się rozjaśniło. Trzeba coś wymyślić, żeby jej wynagrodzić...

Witek, odwrócony do ściany, bał się poruszyć, ale aż go korciło,
żeby pomacać górną wargę: może już mu wąsy rosną? Mamie
ciągle się zdaje, że on jest małym dzieckiem. Czego się mama
boi? Kiedy był przedtem cichy, rzadko się na mamy uwagi
odzywał, narzekała: „Co z ciebie za milczek? Na mruka

- 101 -

wyrośniesz?", a teraz znowu źle, że pyskaty. Mamie trudno
dogodzić. Ale co do Agnieszki - sprawiedliwa.

Michał też zauważył, że Witek w języku mocniejszy. Prawda -
jego wpływ. Ale czy to źle? Witek nieraz zazdrościł tym, co się
umieją odciąć. W gromadzie szkolnej dobrze mieć ostry język
albo ciężką pięść. Michał i odciąć się potrafi, i po karku nakłaść.
Spostrzeżono te zalety od razu. Dziewczyny wodzą za nim
oczami, chłopaki wolą się nie narażać. A odkąd Witek z
Michałem sztamę trzyma - i z nim się liczą. To dodaje odwagi w
języku, a to znowu pomaga zdobyć uznanie w klasie.

Tak, Witek sam dobrze widzi, że mu teraz idzie inaczej, lepiej.
Dobrze mieć takiego przyjaciela. Tylko czy między nimi jest już
naprawdę przyjaźń?... Michał jest czasami dziwny...

Co on wyprawiał na tym stole? Dlaczego się nie odezwał?
Dlaczego nawet jemu nic nie powiedział? I do łazienki nie
przyszedł, chociaż Witek parę razy na niego tam czekał. Może
jutro... może jutro coś na ten temat powie?...

Rodzice umilkli. I Witek już śpi.

Dzień był wyjątkowo piękny. Na ulicach sprzedawano osypane
złotym pyłem bazie i pierwsze wiosenne kwiaty. Wybrzeże roiło
się od spacerowiczów, łakomych świeżego podmuchu Wisły.

Michał i Witek bez czapek, w rozpiętych wiatrówkach
obserwowali pracę na budowie. Blisko, kilkadziesiąt metrów od
ruin domu, przed paru tygodniami ruszyła budowa sporego bloku.
Fundamenty położono jeszcze przed zimą. Teraz zwożono
materiały, warczały samochody i koparki, zgrzytał dźwig.

- Może tu stanie wieżowiec? - zastanawiał się Witek.

- 102 -

- Taki jak na Waszyngtona? Chciałbyś? Ale nigdzie na
Wybrzeżu takich wysokich domów nie ma - mówił Michał.

- Gdyby tu wybudowano drapacz, zasłoniłby i zepsuł cały
widok z brzegu i z Pragi - zgodził się Witek. - Ale wiesz, Michał,
może nas tam przeniosą? Przecież naszą ruderę rozbiorą, co?

- Mnie się pytasz? A ucho od śledzia widziałeś? No, to i na ten
dom nie licz. Mieszkania wywalą fajne i na pewno dla lepszych
gości niż ty i ja...

- A tatuś mówił, że kto wie. Przecież tatuś tu blisko pracuje i
pani Aniela, i nauczycielka... Ilu z naszej klasy w nowych domach
mieszka! Już zapomnieli o przeprowadzce.

- I znowu do jednego kołchozu? O raju! To już lepiej, żeby
wujkowi dali na Pradze, w tych dużych blokach.

- Po co do jednego? Przecież mieszkania będą różne i każdemu
dadzą oddzielnie. Tobie wszystko jedno, ale ja przyzwyczaiłem
się tu od małego. I powietrza więcej, ładnie na Wisłę z okien
popatrzeć. Naszą szkołę też lubię. Chciałbyś znowu do innej?

- Nie. Już jak muszę chodzić, to niechby do tej. Chłopaki fajne.
Nie wszyscy, ale... Zresztą powiem ci coś: najzdrowiej nie
przyzwyczajać się, wiesz? Tak samo jak i do ludzi. Wydaje ci się,
że masz kolegę, przyjaciela... aż tu widzisz: bęc! Kropka,
skończyło się!

Witek przyjrzał się uważnie Michałowi. Chciał lepiej
zrozumieć, do czego zmierza.

- Tak... przyjaciel powinien być taki...

- ...żeby na niego można było liczyć - dokończył szybko Michał.

- I żeby zawsze pomógł. Agnieszka opowiadała...

- Co ty o tej Agnieszce? Co ona może wiedzieć? Głupia
dziewczyna, i już.

- 103 -

- Nieprawda. Ona jest mądra. Z nią można poważnie
porozmawiać. Nie tylko o zgrywach.

- To znaczy, że ze mną tylko?...
- Nie. Ale ona nie ma lekkiego życia. Już ja wiem, jaka jest pani
Tołłoczko.
- Skarżyła się? Skarżypyta!
- Ani słowa nie mówiła. Można się chyba domyślić...
- To niech jedzie tam, gdzie była!
- Nie może. Ona nie ma wyjścia.
- Napłakała ci w kamizelkę. A co o mnie gadała?
- Nic. Skąd znowu o tobie. Mówiła o jednym chłopaku. To był
prawdziwy kolega.
- Jak prawdziwy, to się pewno z niej nie nabijał? - zapytał
poważnie Michał.
- Właśnie! Nie mówiąc już o tym, żeby się śmiał razem z jej
wrogiem, jak ty kiedyś śmiałeś się ze mnie razem ze Zbyszkiem -
podchwycił Witek.
- Jak ty z Agnieszką pod moimi drzwiami! - odparował
natychmiast Michał.
- O to ci chodzi? - zdziwił się szczerze Witek.
- A tobie o tamto? Osioł jesteś. Śmiesznie było, to się śmiałem.
Ale przez dziurkę od klucza nie podglądałem, wiesz?
- Też widok był nie do płaczu! - Witek na samo wspomnienie
roześmiał się i, cisnąwszy teczkę, zaczął pokazywać, jak Michał
kręcił biodrami.
- No, chciałem zobaczyć, czy potrafię na stole takie krakowiaki
robić jak jeden na filmie. Ale stół się kołysał i bez butów przytupy
nie wychodziły - tłumaczył Michał i sam się też roześmiał. -

- 104 -

Dobra. Jesteśmy na remis. Tylko mi o tej Agnieszce nie gadaj ani
o tym chłopaku, w którym się pewnie bujała.

- Kiedy mówi, że nie, że to kolega.

- Każda tak mówi. Już ja się na tym znam. I radzę ci: trzymaj się
od dziewczyn z daleka. Fałszywe jak nie wiem co. A jaki ja
jestem - zobaczysz.

- Michał - Witek był naprawdę uradowany z wyjaśnienia
sytuacji - ty się też przekonasz. Mówię ci. Ja dla przyjaciela
tobym zrobił wszystko! Wszystko!... Wszystko bym mu oddał!
Podzieliłbym się każdą rzeczą!...

- Już ja widzę: podzieliłbyś się... grypą.

- Nie, naprawdę. Gdybym znalazł jakiś skarb...

- Ucho od śledzia! Skarb właśnie na ciebie czeka. Pewnie byś i
w Totolotka milion wygrał.

- Wszystko jedno, gdybym w Totolotka wygrał, sprawiedliwie
bym podzielił i połowę ci dał. Naprawdę! No, a ty?

- Ja?... Wziąłbym - odpowiedział beztrosko Michał. - Ale
chodźmy na obiad, bo już mi w brzuchu kruczy.

Obrócili się w stronę domu. Zbliżali się do bramy, kiedy
dogonił ich dźwięczny głos:

- Chłopcy!... Chłopaki!... Zaczekajcie!

Przystanęli. Ulicą biegła Agnieszka, wymachując zdjętą
wiatrówką. Koło uszu podskakiwały jej związane wstążkami
„takie te".

- Nowina! Nic nie wiecie, bo dopiero na szóstej lekcji woźny
chodził z zarządzeniem od klasy do klasy, a was już nie było -
mówiła zadyszana.

- W niedzielę cała nasza szkoła będzie porządkować tu, na
Wybrzeżu. I wszyscy dorośli, kto tu mieszka, też!

- 105 -

- A z jakiej racji? - Michał już przyjął obronną postawę. - Mnie
tam nie będzie. I wujkowi nie dam. Jedną niedzielę ma do
odpoczynku, i kropka.

- Nie... Michał, ty zawsze musisz zgrywać - zaczęła Agnieszka,
ale nie dał jej dokończyć.

- Bez żadnej zgrywy. Niech się gimnastykują ci, co tu będą
mieszkać - pokazał na wystające nad fundamentem mury. - Mnie
to nic nie obchodzi.

- A ja... - próbowała powiedzieć Agnieszka, ale znowu jej
przerwał:

- Wiem, wiem: i ty, i Witek, i ten twój kolega to zaraz, w dyrdy,
do ostatniej kropli potu!...

- Skąd wiesz o moim koledze? - Agnieszka była zaskoczona.

- Opowiadałem mu - zaczął tłumaczyć się czerwony po uszy
Witek.

- I kolega! I pomagał każdemu! I sam był uczeń na medal! -
drwił Michał. - A wyobraźnię miał? Na kilogramy! Co godzina -
nowy pomysł. I pościł co drugi dzień! Jak spojrzał na pełny talerz
bigosu albo flaków, to aż się trząsł z obrzydzenia. Żaden soliter
przy nim by nie wytrzymał. Skądże?

Michał z takim talentem zagrał obrzydzenie na widok pełnego
talerza, że Agnieszka, a za nią Witek wybuchnęli śmiechem.

- Tu cię boli! - zawołała dziewczyna. - Ale nie zgadłeś. Romek
apetyt miał prawie taki jak ty. Za to co do wyobraźni i
pomysłów... tak! To była głowa! A organizator! Jak tylko była
jakaś trudna robota... wszyscy mówili: Romek znajdzie radę!

- No, to na niedzielę zadepeszuj. Zobaczymy tego... Kościuszkę
do wynajęcia. - Michał chciał okazać największą, jaką można,
pogardę i wyższość swojej postawy życiowej. Nie wyszło.

- 106 -

- 107 -

Po południu mieli być u Marka Galicza na telewizji. Zjawili się
punktualnie, ale zaambarasowany Marek czekał na nich przed
bramą.

- Telewizor wysiadł - oznajmił.

- Szkoda, miał być fajny film - Witkowi przeciągnęła się mina.

- Szkoda, nie szkoda, jak wysiadł... to kropka. Cześć! Idziemy
dalej! - Michał miał jak zwykle szybką decyzję.

Ruszyli dobrym krokiem.

Krakowskim Przedmieściem sunęła w obie strony fala
wiosennie ubranego tłumu. Przed sklepami gromadzili się
kupujący. Chłopców nie interesowały wystawowe okna.
Zatrzymali się na chwilę przy zagranicznych samochodach przed
hotelem „Bristol".

- Chodź, chodź - poganiał Michał. - Nic mi się w tych
karawanach nie podoba! Motocykl, rower... to rozumiem. Jak
zechcę mieć jeden albo drugi, to sobie zarobię, naskładam, i już.

Witek patrzył na przyjaciela z niedowierzaniem, chciał o coś
zapytać, ale skręcili już przy Kopernika i wkrótce stanęli przed
wieżowcem. Michał pewnym krokiem wszedł do klatki
schodowej. Wiedział, gdzie jest winda, otworzył drzwi i puścił
kolegę przodem.

Nacisnął guzik i zanim oszołomiony Witek ochłonął, byli już na
czternastym piętrze.

- Do kogo my jedziemy? Kto tu mieszka? - dopytywał
półgłosem, jakby z obawą, że ktoś na schodach usłyszy.

- Tu? Mnóstwo ludzi. Moja ciocia też.

- Nigdy nie wspominałeś, że masz tu ciocię - Witek szczerze się
zdziwił. - Nie wiedziałem.

- Jeszcze dużo rzeczy o mnie nie wiesz - mówił z wyższością
Michał.

- 108 -

- A czy twoja ciocia nie będzie się gniewać? Może jej
przeszkodzimy? - niepokoił się Witek.

- Po co jej mamy przeszkadzać? Nie bój się. Patrz! - Michał
przystanął na półpiętrze przy wielkim oknie. - Patrz!

Witek wstrzymał okrzyk zachwytu.

Z tej wysokości widać było ogromny kawał Warszawy. Wisła
ciemną pręgą płynęła, pod dwoma mostami: Śląsko-Dąbrowskim i
Gdańskim, ulice wydawały się misterne jak na wystawie w
Składnicy Harcerskiej. Sunęły po nich tramwaje i auta. Za
dwupoziomowym nowym mostem, zasłaniającym stary kolejowy,
dymił w biegu pociąg.

- ZOO widzisz? Tam? A naszego domu nie widać. Pałac Pod
Blachą zasłania, ten koło Zamku.

- A tam dalej Katedra! - zawołał Witek, uradowany, że i on
może coś wymienić. - A przed nią Bernardyni. A tu kościół
Świętego Krzyża!

- No i co jeszcze?

- Dom Związków Zawodowych koło mostu też poznaję.

- A tu blisko?

- Tu? - Witek zawahał się - to chyba Świętokrzyska.

- Tak. Ministerstwo Skarbu.

- Gdzie?

- No, te bloki kremowe. A tu bliżej, przed Kopernikiem, Pałac
Staszica. Wieżyczka na dachu to Bristol, a tam gdzie chorągiew -
Pałac Rady Ministrów. A tu - wychylił się - widzisz? Elektrownia
dymi.

- Skąd ty to wszystko wiesz? - dziwił się Witek. - W Warszawie
jesteś parę miesięcy. Chyba do tej cioci przyjeżdżałeś?

- Taka ona moja ciocia, jak i twoja.

- 109 -

- Jak to?

- Żadnej cioci tu nie mam. Powiemy tak na wszelki wypadek,
gdyby nas kto zapytał.

- O raju! Michał! Spływajmy stąd!

- Już cię strach obleciał. A co to kogo obchodzi? Popatrzeć nie
można? Kto ma forsę, jedzie wyżej w Pałacu Kultury. Tam
jeszcze lepiej widać. Byłeś?

- Nie.

- Co z ciebie za warszawiak? Jak bozie-kozie! Co ty widziałeś,
jak to się mówi, w rodzinnym mieście?

- Mało - przyznał szczerze Witek - ale chodźmy już, Michał.

- Dobra, idziemy.

Sprowadził windę, zjechali kilka pięter niżej, wysiedli,
poprowadził jakimś korytarzem do innej windy, znowu pojechali
na czternaste piętro, znowu patrzyli z góry na Warszawę.

Witek, egzaminowany przez Michała, powtórzył z łatwością
nazwy gmachów. Ale teraz zwrócił uwagę i na coś innego.

- Tyle nowych domów! Tyle ludzi mieszka w tej Warszawie! A
tatuś mówił, że kiedy po wojnie tu przyszedł, to była jedna wielka
ruina. Gruzy i gruzy. Tego mieszkania u Szafrańców tak mu
zazdrościli, jak nie wiem co. Jakby to było wielkie szczęście.

- Wtedy to było szczęście. A teraz nieszczęście.

- Dlaczego?

- Dlatego, że ta rudera kupy się jeszcze trzyma. Gaz jest.
Elektryczność jest. Łazienka i ubikacja z przepychem...

- Z jakim znowu przepychem? - Witek podejrzliwie patrzył na
przyjaciela.

- Nie kapujesz? Z tym do przepychania - śmiał się Michał. -
Luksusowe mieszkanie, może nie?

- 110 -

- Ty ze wszystkiego zgrywasz, Michał. Nie rozumiesz... A moja
mama tak by chciała, żeby w tym nowym domu... Dostalibyśmy
dwa pokoje. I kuchnia byłaby tylko nasza... - Witek powtarzał na
głos marzenia matki.

Zeszli schodami, przystając na każdym piętrze. Ciekawie było
widzieć zmniejszający się zasięg obserwacji i rosnące w miarę
schodzenia najbliższe domy.

- Ale fajnie wymyśliłeś! - Witek uradował się naprawdę, kiedy
wyszli na ulicę. - Jakżeś ty wpadł na taki pomysł? Powiemy
chłopakom?

- Ucho od śledzia i kropka! Zlecą się całą gromadą i gotowa
awantura. Co ty myślisz, że każdy może do mojej cioci -
przymrużył łobuzersko oko - z wizytą? Tylko ja. Kogo chcę,
przyprowadzę. Mój pomysł, nie?

- Dobry pomysł.

- Główka pracuje, widzisz? Chociaż Agnieszka mówi, że
wyobraźni nie mam.

- A z Agnieszką przyjdziemy tu, co?

- Zobaczy się. Tymczasem możesz jej powiedzieć, że
wymyśliłem coś takiego. No, jak by to nazwać...

- Warszawa z lotu ptaka - powiedział Witek.

- Dobra jest. Pasuje. Warszawa z lotu ptaka. Faktycznie.

- Ale ty jesteś odważny. W takim domu, gdzie nikogo nie
znasz...

- Kto ci powiedział, że nie znam? Właśnie, że znam.

- Skąd? Znowu pewnie bujasz.

- Wcale nie bujam. Mogę ci powiedzieć: to było dobre parę
tygodni temu. Przyszedłem, żeby z góry popatrzeć na Warszawę
wieczorem. Pięknie wtedy wyglądały lampy i różne światła. A tu
winda nie chodzi. Jedna i druga. Awaria. Myślę sobie: mam czas,

- 111 -

pójdę na tę czternastkę po schodach. Idę, a na drugim piętrze
jakieś dwie starsze panie stoją z kwiatami. Szoruję dalej, a jedna
do mnie tak słodziutko: „Kochaneczku, na które piętro idziesz?"
„Na czternaste". „Na czternaste? Kochanku! Prosimy bardzo,
wstąp po drodze na trzynaste. Nasza siostrzenica tam mieszka.
Powiedz tak: «Ciocia Mania i ciocia Frania przyszły
powinszować, ale nie mogą tak wysoko wejść i proszą, żeby
Helenka zeszła»". „Dobra jest - mówię - powtórzę". Na
dwunastym piętrze już słychać było imieniny, aż miło.
Zastukałem, otworzyli, a ja zaraz: „Ciocia Mania z ciocią Franią
na drugim piętrze spuchły i proszą, żeby Helenka po kosz z
kwiatami zeszła". Mówię ci, śmiechu było! Wciągnęli mnie,
musiałem dwa pączki opchnąć. Jeszcze mi ta pani, ta Helenka,
dziękowała. No, to nie jestem znajomy? A do tego wiem, że w
gazecie pracuje. Nie mogę do niej z interesem przyjść?

Witek słuchał i patrzył z podziwem: jaki ten Michał!...

Michałowi podobało się to, owszem. Przyjemnie być
podziwianym. Mówił:

- Ty mnie jeszcze nie znasz... ty się jeszcze przekonasz. Po co
tyle gadać o tej tam przyjaźni? Jak co do czego przyjdzie, sam
zobaczysz.

- I ty możesz na mnie liczyć - zapewnił żarliwie Witek. - I ty się
przekonasz.

- Naprawdę? - zapytał Michał, przystając i patrząc wprost w
oczy przyjaciela.

- Naprawdę - odparł mocno Witek.

Michał już usta otwierał, chcąc coś powiedzieć, ale nagle
zmienił zamiar i machnął ręką.

- To się pokaże! To się pokaże!... - powtórzył.

Z Krakowskiego zjechali ruchomymi schodami i dołem wrócili
do domu.

- 112 -

Agnieszka kończyła odrabiać lekcje w kuchni, kiedy przyszedł
Witek.

Ledwo zdążył opowiedzieć o wspaniałym pomyśle Michała,
wszedł i on sam. Wbrew codziennej gadatliwości w milczeniu
rozłożył zeszyty i zaczął przygryzać koniec ołówka, ale widać
było, że nie myślał o lekcjach.

Co chwila rzucał spojrzenie to na Agnieszkę, to na Witka, jakby
czegoś wyczekując. Wreszcie powiedział:

- Kiszki marsza grają. Witek, wyciągnij mój garnek z bigosem,
bliżej tam masz. Chcecie, to was poczęstuję?

- Dziękuję - odpowiedziała grzecznie Agnieszka - będę zaraz
jadła kolację z ciocią.'

- I ja dziękuję. Nie lubię bigosu - oświadczył Witek wyciągając
wielki gar ze spiżarki.

- To nie będę całego odgrzewać - mówił z trochę sztuczną
swobodą Michał. - Witek, tam, zdaje się, na półce jest mały
niebieski rondelek? Sięgnij po niego. W sam raz pasuje.

- Dobra. Ale to rondelek pani Szafrańcowej. Nie boisz się? -
pytał Witek.

- Lepiej nie rusz, będą znowu nieprzyjemności - radziła
życzliwie Agnieszka.

- Dawaj, dawaj! - naglił Michał.

Witek szybko wyciągnął rondelek strącając niechcący pokrywkę
i... krzyknął, o mało nie puszczając rondelka z rąk:

- O raju! Tu są kotlety!

- Kotlety?! - powiedzieli jednocześnie Agnieszka i Michał.

Ale dalej wszystko potoczyło się inaczej, niż sobie Michał
umyślił. W tej samej bowiem chwili wpadł do kuchni Henio,
wołając:

- Agnieszka! Leć do cioci, leć! Prędko!

- 113 -

Agnieszka zerwała się, już jej nie było. Michał, wściekły,
zwrócił się do Bogu ducha winnego Henia:

- Czego się wtrącasz do nie swoich spraw? Co cię to obchodzi?

- Ja się nie wtrącam. I nie krzycz tak. Nie jesteś moją mamą. A
pani Tołłoczko coś się stało i kazała mi lecieć po Agnieszkę.

- Trzeba pani Anieli powiedzieć - ruszył Witek stawiając
rondelek na oknie - ale skąd te kotlety?

- Kotlety - zainteresował się Henio i zajrzał do rondelka. - To
pewnie te kotlety pani Szafrańcowej. Witek, nie ruszaj ich.
Mówiłem ci: tamte Michał zjadł, a jak te zginą, to będzie na
ciebie.

- Ja zjadłem kotlety? - Michał mówił z taką dozą zdziwienia w
głosie, jakby pierwszy raz o tym słyszał. - Jakże mogłem je zjeść,
kiedy są w rondelku?

- Może to inne? Trzeba się zapytać. Zresztą powiem mamie -
zadecydował Witek. Zastukał po drodze do pielęgniarki, ale
odpowiedział mu tylko pisk Pimpusia. Pani Aniela była już u
nauczycielki.

- Może to reszta z niedzielnego obiadu? - zastanawiała się
Piotrowska. - Najlepiej się nie wtrącać. Znowu się piekła narobi.
Mało go było przez wczorajszy dzień? Nauczycielka z tego
przecież chora. Nerwy tu trzeba mieć z żelaza. To kotlety zginęły,
to Michał wyprawiał brewerie. I Czernik po północy wrócił na
gazie. Agnieszka mówiła, że już do rana ciotka oka nie zmrużyła.
Żeby jej się naprawdę co nie stało!... A o żadnych kotletach
słyszeć nie chcę. Nie wsadzajcie nosa w cudze sprawy!

Ale Henio był innego zdania, tym bardziej że zobaczywszy na
własne oczy wnętrze rondelka, już od niego nie odstąpił. Zapytał,
co prawda, Michała:

- Co teraz będzie?

- 114 -

- A co to mnie obchodzi? - odburknął Michał zły, że plan
zaskoczenia Agnieszki i zdementowania jej posądzeń (był
przekonany, że to ona rzuciła na niego paskudne oskarżenie) nie
udał się. - Możesz sobie te kotlety zjeść.

- To nie nasz rondelek i nie nasze kotlety - wyjaśnił rzeczowo
Henio.

- To je rzuć Pimpusiowi. Na pewno się ucieszy.
- Aha! Żeby było na mnie? Najlepiej zapytam się pani
Szafrańcowej.
Za chwilę do kuchni wsunęli się oboje Szafrańcowie,
poprzedzeni przez Henia. Nie musiał im nawet pokazywać
rondelka. Pani Leontyna złapała go, schyliła nad nim swoje
podbródki, potem pokazała wnętrze rondelka mężowi.
- Coś podobnego! Coś podobnego! - wołała co chwila zbolałym
głosem. - Teraz przypomniało mi się, że dwa z nich sama! sama!
odłożyłam do rondelka! Że niby na inny dzień będzie! Jakżeż ja
mogłam o tym zapomnieć? To przez ten list wszystko! Franiu,
mówię ci, że przez ten list. Przez to, że człowiek nie wie, co mu
na głowę spadnie! Ach, nie podoba mi się to wszystko! Wcale nie
podoba!...
- Nie denerwuj się, Leoniu - uspokajał żonę pan Szafraniec. -
Zapomniałaś, trudno, przeprosimy panią Tołłoczko. Chyba
zrozumie. Lata, duszko... lata idą, pamięć słabnie...

Pani Aniela musiała wygotować strzykawkę. Parę razy
wchodziła do kuchni. I ona już wiedziała, że kotlety się znalazły,
ale nie mówiła nic.

Najpierw trzeba było pomóc chorej.

- 115 -

Witek, wyraźnie przygnębiony, w milczeniu odrabiał lekcje.
Michał tłumaczył sobie: „Sumienie go gryzie. Przynajmniej tyle
satysfakcji! Na pewno nie protestował, kiedy mnie oczerniano".

- No co? Oliwa sprawiedliwa? - nie wytrzymał.

- Co z tego! - odpowiedział Witek. - Gdyby wczoraj się
znalazły, może by pani Tołłoczko Kisuni nie wywiozła i
Agnieszka...

- Znowu ta Agnieszka! - obruszył się Michał. - Co ona cię
obchodzi? Ma za swoje...

- Nie, Michał, nie. Śmiej się, a mnie jej naprawdę żal. Bo ty nie
wiesz - ściszył głos - wczoraj, kiedy nauczycielka wyjechała, to
ona... płakała.

- Wielkie rzeczy! Każda dziewczyna tylko płakać potrafi!

- Nie tylko - wtrąciła pani Aniela, stojąc znów przy gazie. -
Agnieszka to dzielna dziewczyna. Dzielna i dobra.

- Dobra jak śpi - burknął Michał.

- A ja ci coś powiem, Michał. Posłuchaj: nie każdy ma odwagę
mówić prawdę, to wiesz. I nie każdy umie w obronie prawdy
stanąć. A ona potrafi.

- Już ja widzę, jaka ona odważna! Byle co i od płakania w
całym mieszkaniu mokro.

- A właśnie, że nie. Wczoraj, owszem, i ja widziałam: płakała.
Pewno jej było kotki żal. Ale dziś, kiedy pomoc potrzebna, to jak
dorosły człowiek! Po pogotowie chciała lecieć. A przecież ciemno
i pustkowie tu koło nas...

- Proszę pani, jak trzeba, to ja... to my z Michałem... - zaczął
Witek.

- Możemy - zgodził się Michał.

- Nie trzeba już. Jutro doktora wezwiemy. Dziś zastrzyki
wystarczą. Ale, Michał, jeszcze ci coś chcę powiedzieć. Widzisz,

- 116 -

jak się zrobiło piekło o te kotlety, to przyznaję: pomyślałam, może
ty... z łakomstwa?

- Pani? Że ja?...
- Tak pomyślałam: a może?... Ale Agnieszka: „Nie i nie! To nie
on!".
- Mówiła tak? Naprawdę?
- A cóż ja bym ci tu bajki opowiadała? Powtarzam, co było, i
już. A za moje posądzenie... wybacz i przepraszam. Źle
pomyślałam. Agnieszka okazała się mądrzejsza.
- A widzisz? A widzisz? - wołał, uradowany nie wiadomo
czemu, Witek.
- Co widzę? Co mam widzieć? Zamiast żeby mnie kolega
bronił, czyli przyjaciel... to Agnieszka! A tyś słowem się nie
odezwał! Nic! Nawet mi nie powiedziałeś?
- Ani chwili w to nie wierzyłem! Owszem, Henio coś mi w
niedzielę na ucho szeptał, ale nie wiesz, ile razy on wszystko
pokręcił? „Michał pożarł pani Szafrańcowej kotlety!" Kupa
śmiechu! - i Witek naprawdę wybuchnął śmiechem.
- Możesz się śmiać. Ale jak ja się czułem...
- Wiedziałeś, że cię posądzają? Skąd?
Michał za nic nie chciał zdradzić źródła informacji, wolał się
wykręcić.
- Nie słyszałeś, jak wczoraj Szafrańcowa wołała pod moimi
drzwiami: „Mięso go roznosi", „Mięsa się nażarł i bryka"?
Mięso... to niby te kotlety, nie?
- Szkoda, że zapomniała o tym rondelku - westchnął Witek. -
Szkoda, prawda?...
Michał udał, że nie słyszy pytania.

- 117 -

10.

Przy obiedzie ojciec siedział zamyślony, milczący, wbrew
codziennemu zwyczajowi opowiadania o tym, co się zdarzyło w
biurze. Mama nakładając na talerze spojrzała wyczekująco, raz,
drugi, wreszcie nie wytrzymała:

- Nic nie mówisz? Zmęczony jesteś?

- Nie, tylko...

- Stało się coś? Jakaś nieprzyjemność? - zaniepokoiła się, a
Witek i Henio również czekali odpowiedzi.

- Sam nie wiem, jak ci o tym powiedzieć... niepotrzebnie się
zdenerwujesz.

- A co! Nie mówiłam rano? Miałam taki niedobry sen! A ty nie
wierzyłeś!

- I miałem rację. Bo wiadomość raczej dobra: na miejscu naszej
rudery już jesienią zaczną kłaść fundamenty pod nowy dom. To
co jest... wyburzą.

- Skąd wiesz?

- Kasjer mi mówił. Jego siostra pracuje w biurze naczelnego
architekta. Wezmą się teraz ostro za całe Powiśle.

- A co z nami?

- Właśnie o to chodzi. Część mieszkań w tym budynku obok ma
być gotowa na jesieni. Może nas tam przeniosą...

- Może, może... - zaczęła ostro mama. - U ciebie zawsze może!
A to się trzeba dowiedzieć na pewno. Do kwaterunku trzeba iść, i
to zaraz.

- Zaraz to nie, już po urzędowaniu.

- No to jutro! Nie odkładać! - gorączkowała się Piotrowska. -
Mieszkania przydzielą znowu innym, a my zostaniemy z figą. Ja z
tobą też się wybiorę, bo to trzeba domagać się, a nie cacy, cacy...

- 118 -

- Nie denerwuj się, Irenko. Dobrze - pójdziemy jutro oboje. I
trzeba powiedzieć Czernikowi, pani Anieli. Szkoda, że
nauczycielka chora... bo Szafrańcowie to i tak...

- Wszystkim powiesz? Żeby kumotrów znaleźli? Żeby co lepsze
zabrali dla siebie?

- Jakich tam kumotrów? Że też ty zawsze musisz sobie
wymyślić dodatkowe zmartwienie!

- Ja? Ja wymyślam dodatkowe zmartwienie? - mama bardzo
energicznie sprzątała ze stołu. - Dobrze. Nie będę się martwić.
Zobaczymy, co z tego będzie. Jeszcze się nie przekonałeś, że
tylko ten, kto się dobrze łokciami rozpycha, dochodzi do czegoś?

- Nie tylko, Irenko. Nie tylko. Zresztą, chciałabyś, żeby o mnie
tak opowiadali jak o Raciągłowskim albo o Pakoszku?

- O tobie? - słów mamie z oburzenia zabrakło. - Wolałabym...
wolałabym...

- No widzisz! Czy ja cię nie znam? - uśmiechnął się ojciec. -
Sama nagnałabyś mnie, żeby sąsiadom powiedzieć.

- Prawdę mówiąc - mama powoli uspokajała się - Szafrańcowie
przygarnęli cię w najgorszych chwilach. Czernik pomagał we
wszystkim... Grudzińska życzliwa jak rzadko. Pani Tołłoczko - tu
mama westchnęła - ciężka jest, prawda, ale i jej trzeba pomóc.
Sama nigdzie nie pójdzie. Chora...

- Doktor dziś był - Witek uznał, że już można bezpiecznie
wtrącić się do rozmowy rodziców. Na pytające spojrzenie męża
Piotrowska odpowiedziała:

- Źle z nią. Musi przerwać pracę. Coś z płucami. Ja zawsze
mówiłam, że ten kaszel paskudny. A do tego, podobno, wielkie
wyczerpanie - przy ostatnim zdaniu Piotrowska ruszyła
ramionami.

- Dobrze, że chociaż ta mała jest przy niej.

- 119 -

- Mała? Ta mała wszystko jak dorosły zrobi! Czy ja oczu nie
mam? I sprząta, i przepiera, i do sklepu po wszystko poleci.
Nauczycielka teraz nic w domu nie robi... nie rozumiem, z czego
to wyczerpanie.

- A chciałabyś się z nią na robotę zamienić? - zapytał podstępnie
ojciec.

- Owszem - odpowiedziała z rozpędem mama. - Tylko żeby do
szkoły nie chodzić. Tego hałasu, tego rejwachu słuchać co dzień...
to bym nie chciała za nic na świecie. Zwariowałabym!...

Ojciec wybuchnął śmiechem, dołączył się do niego i Witek.

- Nasza pani zawsze mówi: „Krzyczcie, krzyczcie na przerwie,
to na lekcji będzie spokój!" - wtrącił się Henio.

- Słyszysz? Jeszcze im przypominają!

- Bo tak jest. Dzieci muszą się wyskakać, wyszaleć. Przecież to
dzieci. A nauczyciele muszą to wytrzymać. Nasza... odkąd ją
znam... wielkiego zdrowia nigdy nie miała. I dobrze mówisz,
Irenko. Trzeba jej będzie pomóc...

Nowina, którą przyniósł pan Piotrowski, poruszyła wszystkich,
chociaż każdego inaczej.

Szafrańców przygnębiła. A więc już nawet śladu, nawet tych
kilku cegieł nie zostanie ze starego własnego domu.

- Nie podoba mi się to wszystko. Nie będzie nam dobrze w
nowym mieszkaniu, nie! - biadała Szafrańcowa.

- Co też pani mówi! - protestowała pielęgniarka. - Spokój będą
państwo mieli. Czy to nic niewarte? Ja to się tak cieszę, tak cieszę,
że aż mi słów brak. Pokoik sobie urządzę ładnie! Już teraz myślę,
jak go umebluję. Powoli ma się rozumieć! Trochę oszczędności
uskładanych w PKO trzeba będzie dać na kaucję.

- Kaucja! Słyszysz, Franiu! A skąd my na kaucję weźmiemy?

- Może pani do synowej napisze? - podsunęła pielęgniarka.

- 120 -

- Do synowej? - powiedziała z goryczą Szafrańcowa. - Co my ją
obchodzimy?

- Nie trzeba tak, Leoniu, mówić - mitygował żonę Szafraniec i
wyjaśnił pani Anieli: - Synowa za mąż wychodzi. Właśnie parę
dni temu list otrzymaliśmy.

- Za mąż? A co z wnukiem?
- Wnuk do pracy do innego miasta wyjeżdża.
- Wnuk, pani mówi wnuk... - powtórzyła z westchnieniem
Szafrańcowa - ani słowa do nas się nie odezwał. Synowa pisała,
że po polsku już mu trudno i wstydzi się...

Nauczycielka dowiedziała się od Piotrowskiego o ewentualnej
zmianie mieszkania. W pierwszej chwili przyjęła to
powściągliwie. Ale kiedy przyszła pani Aniela z czerwoną,
radośnie płonącą twarzą, cała rozgrzana wizją urządzenia
własnego pokoju, i ona poddała się nastrojowi.

- Chyba podczas mojej nieobecności nie będzie jeszcze żadnych
decyzji? - zaniepokoiła się. - Agniesz ka nie dałaby sobie rady. I
tak sama nie wiem, jak ona tu zostanie?...

- A cóż to, nie między ludźmi zostaje? - obruszyła się pani
Aniela. - Na pustyni? A do tego takie dzielne dziecko! I rozsądne
to, i dobre!

- Niech jej pani nie przechwali!
- Ciociu - mówiła zakłopotana słowami pielęgniarki dziewczyna
- ja właśnie chciałabym wszystko urządzić, kiedy cioci nie będzie.
Przyjechałaby ciocia do świeżego mieszkania, wysprzątanego...
- Agnieszko! Ty sobie nie zdajesz sprawy, ile to roboty!...
Chętnie się zresztą do niej wezmę na nowym miejscu. Tu już mi

- 121 -

się nic nie chciało. Jak wyprałam na święta firanki... tak nawet ich
nie założyłam - pokazała odarte okna. - Po co?

- A ja myślałam, że ciocia firanek nie ma.

- Mam. Stare, co tu wisiały, jeszcze dobre, i nowe też mam na
wszelki wypadek. Liczyłam się przecież, że tu wiekować nie będę.
Na kaucję dawniej... co miesiąc odkładałam chociaż parę
złotych...

Henio wywołuje Agnisię na korytarz. Zamykając drzwi
dziewczynka słyszy jeszcze przyciszony głos ciotki:

- Teraz... sama pani rozumie... wydatki większe...

Agnieszkę ściska coś za serce, zimno, boleśnie. Nie wie, co
mówi Henio. Dopiero za drugim razem jego słowa docierają do jej
świadomości wyraźnie:

- Chłopaki mówią, żebyś przyszła do kuchni.

Idzie. Opanowuje się na tyle, że rozumie, czego od niej chcą.

- A może ciocia nie pozwoli? - niepokoi się Witek.

- Pozwoli. Poproszę, to pozwoli. Jest u nas pani Aniela, a potem
ciocia trochę się prześpi. Przecież my tam niedługo będziemy? -
mówi Agnieszka, myśląc jednocześnie, że gdyby została teraz w
domu, to na pewno nie umiałaby powstrzymać łez.

Idą na Tamkę. To pomysł Michała. Uważa, że Agnieszce coś się
należy za obronę jego honoru. A jednocześnie okazja: niech
zobaczy, że on głowę ma nie od parady. Witek tyle lat w
Warszawie mieszka, i co? A on tylko parę miesięcy, i proszę! Idą
razem, ale każde z nich myśli o czym innym.

- Coś mi się zdaje, że z mojej nowej wiatrówki będą nici -
wzdycha Witek. - Mama teraz każdy grosz będzie ściskała na
meble... Musimy dostać dwa pokoje - dodaje z dumą. - Na cztery
osoby tak się należy.

- 122 -

- Ciekawe, czy mama zaczeka na mój przyjazd z dużym
praniem? Ja mamie zawsze wodę noszę i mydliny wylewam, bo u
nas pompa na podwórzu - mówi Michał. - Jeżeli mama nie
zaczeka, to będę taki zły... jak nie wiem co!

- Coś ty, pranie na koniec Wielkiego Tygodnia? Załóż się, że
przyjedziesz już po wszystkim - śmieje się Witek.

- No właśnie! I mama tak się zdźwiga? Dla mnie to mucha...

- A ja to chciałabym coś takiego robić, żeby zarabiać - myśli na
głos Agnieszka - żebym chociaż trochę mogła cioci dopomóc.

- Ty? - dziwi się Michał. - Ty jeszcze jesteś za mała. Kto ci da
jaką robotę? Ja to co innego. Mocny jestem. Jakbym tylko chciał...
I mam pomyślunek: Nie mógłbym na przykład brać po złotówce
za pokazywanie Warszawy z czternastego piętra?

Agnieszka przystaje.

- Ja nie mam złotówki. Nie idę.

- Ja też - dołącza się Witek.

Michał się obraża.

- Jak bozie-kozie! Czyście z rakiety międzyplanetarnej
wyskoczyli? Czy ja od was czego chcę? Powiedziałem dla
przykładu. A was tak, po koleżeńsku, z przyjaźni...

- A wiesz, co to jest przyjaźń? - pyta machinalnie Agnieszka, ot,
żeby zagadać, żeby zapomnieć o brzęczących przez cały czas w
głowie ostatnich słowach cioci.

- Nie! Skąd taki kapuściany głąb jak ja mógłby się rozumieć na
przyjaźni - odparł z drwiną w głosie Michał. - Na takich
delikatnych uczuciach tylko ty możesz się rozumieć. Nikt więcej.

- Przepraszam, Michał, ja tylko tak, żeby coś powiedzieć -
wycofała się Agnieszka.

- Ja też tylko tak...

Do samego drapacza na Tamce nie odezwali się ani słowem.

- 123 -

Michał pewnym krokiem podszedł do wejścia, prowadzącego na
klatkę schodową, i nacisnął klamkę. Drzwi nie ustąpiły. Spojrzał
jeszcze raz i machnął ręką nadrabiając miną.

- Nie rozumiem, co się stało. Dlaczego tu zamknięte? Chodźmy
do drugiej klatki.

Niestety, i tamte drzwi były zamknięte.

- Chyba założyli automat - tłumaczyła Agnieszka. - O, widzicie
te nazwiska i dzwonki? Do kogo się idzie - odpowiedni dzwonek
się naciska. U góry słyszą i mechanicznie otwierają drzwi na dole.

- Ale po co to zrobili?

- Tak jest w wielu nowoczesnych domach. Bezpieczniej. Na
klatkę nie wejdzie nikt nieproszony. Widocznie amatorów
jeżdżenia windą było sporo. Twój pomysł nie był zbyt oryginalny.

- Wymyśl coś lepszego! - warknął wściekły Michał, zawracając
w stronę domu.

Byli już przy placu Zamkowym, kiedy Witek zauważył, że
Agnieszka jakaś zgaszona. Zapytał: .

- A ty się nie cieszysz, że dostaniecie nowe mieszkanie? Twoja
ciocia bardzo tego pragnie.

- Cieszę się. I chciałabym, jak tylko można najlepiej, pomóc
cioci.

- Ale ciaśniej wam będzie niż tu - oświadczył Michał. - Takich
dużych pokojów teraz nie budują.

- Dla cioci starczy, ja pójdę do internatu.

- A kto zapłaci? - Michał jak zwykle nie grzeszył delikatnością.
- Przecież to drożej wypadnie niż teraz.

- Wystaram się o stypendium.

- Stypendium? Fiu, fiu! Trzeba na piątkach jechać.

- A czy to takie straszne? - uśmiechnęła się blado Agnieszka.

- 124 -

- Ja za nic nie poszedłbym do internatu, wiesz? Internat to
gorzej niż więzienie! W więzieniu przynajmniej wiadomo, że za
karę. Ale z dobrej woli? Wszystko na godzinę. Cały dzień
pokratkowany. Nie wytrzymałbym! Za nic na świecie! Za żadne
skarby!

- Rozumiem. Ty jesteś taki... indywidualista, co to wszystko
według swojej woli chce robić: wszyscy siadają do lekcji... on
robi porządki w szafie. Wszyscy układają drogę albo budują
remizę strażacką, on nie... bo odpoczywa. On zawsze chce
inaczej.

- A co w tym złego? Człowiek powinien być swobodny, nie?
Jak nie ma chęci, to i robota diabłu na uciechę. Wszyscy ludzie
nie mogą być jednakowi - byłoby strasznie nudno.

- Tak. Ale w ten sposób łatwo można stać się sobkiem, a
nawet... szkodnikiem.

- Tak jak kiedyś ten szlachcic, co na sejmie zawsze wołał „veto"
i nigdy nic nie mogli uchwalić - powiedział Witek.

- Wolnego! - zaprotestował Michał. - Ja wam dam i inne
przykłady: wszyscy orzą pługiem w konie... a ja pojadę traktorem.
Wszyscy mówią, że na księżyc nie doleci się... a ja dolecę. No?
Jakby nie było takich indywidualistów, to i postępu na świecie nie
byłoby. Może nie?

- Racja. Są różni indywidualiści - zgodziła się Agnieszka i
spojrzawszy na zegarek dodała: - Pośpieszmy się. Może tam cioci
co potrzeba...

- Gdzieś ty się podziewał? - powitała Witka rozgniewana matka.
- Nigdy żadnej wyręki z ciebie! Zawsze nie masz czasu, bo lekcje!
A teraz gdzie byłeś?

- 125 -

- Polecieliśmy, mamusiu, na miasto... z Agnieszką - tłumaczył
się potulnie Witek. - Jeden taki dom na Tamce, drapacz...

- Ja ci dam drapacz! Żebyś chociaż brata ze sobą wziął!

Nie wiadomo, czym skończyłoby się to przemówienie. Na
szczęście do pokoju zajrzał Czernik.

- Pani Ireno złocista, czy nie poratowałaby pani samotnego
kawalera?

- Oho, już jak „złocista", to na pewno coś zreperować trzeba!
Niech no pan pokaże, z czym pan przyszedł. Plecak? A na cóż
panu teraz plecak? Na majówkę jeszcze za wcześnie.

- Ano, mówiłem państwu kiedyś o tej wycieczce do
Czechosłowacji. Odkładali, odkładali, aż dziś mówią: w Wielką
Środę wyjazd.

- No, no - mówiła z podziwem, ale i zazdrością Piotrowska. -
Nie ma to, jak dobry fach mieć w ręku. Na wszystko panu starczy,
i na siostrzeńca, i na zagraniczną wycieczkę...

- Na Michała mama pieniądze przysyła - wtrącił się Witek, a
widząc zaskoczone spojrzenie Czernika, dodał wyjaśniająco: -
Sam mówił.

- Nigdy nie widziałam, żeby do pana listonosz coś przyniósł.

- Bo do fabryki... siostra przez okazję przysyła... jest tam jeden,
co często do Łodzi jeździ... - mówił pan Czernik, uważnie
oglądając plecak. - O, widzi pani, tu, żeby trochę załatać i ten
pasek na maszynie przymocować.

Mechanik wyniósł się z pokoju, a mama mówiła ni to do siebie,
ni to do Witka:

- Coś mi się to wszystko nie widzi akurat tak, jak on mówi.
Jedno dobre, że mniej teraz pije. Chyba wstydzi się chłopaka? Ale
te pieniądze?...

- 126 -

- Michał mówił. Za jego nowe ubranie też matka zwróciła
wszystko co do grosza. Po co miałby kłamać? Jeszcze wtedy tak
na Agnieszkę powsiadł, że jest za darmo u ciotki... a on nie. Ale,
mamusiu, Agnieszka dziś mówiła, że chciałaby zarabiać...

- A po co jej pieniądze? Przecież wszystko u ciotki ma?
- Nie wiem. Tak mówiła.
- Może to do ciebie, że niby za tę pomoc w nauce?
- Nie. Ona chciałaby ciotce pomóc. Może właśnie za to, że u
niej jest?...
- Ano może. Nikomu łaska niemiła. A Michał nieładnie
powiedział. Niedobre chłopaczysko.
- Nie, mamusiu. On nie jest zły. Tylko taki nagły w mowie.
- Niech on tylko z tą nagłością na mnie nie trafi, bo się nie
pozbiera!

- Witek, słyszałeś, jak ta mądrala pytała, czy ja wiem, co to
przyjaźń?

- Słyszałem, ale przecież ona tylko tak... przecież ci tłumaczyła.
- Aha! Tłumaczyła, boją wziąłem na widelec. Ale już ona swoje
myśli. Przede mną się nie ukryje, nie.
- Może pamięta, jak mówiłeś, że nikt nic za darmo.
- Głupiś! Wcale nie tak. Ja inaczej wtedy myślałem. Ja...
Michał nie zdążył wytłumaczyć Witkowi, co wtedy myślał, bo
do kuchni weszła Agnieszka.
- Wiecie - zaczęła przyciszonym głosem - państwo
Szafrańcowie mają zmartwienie. Ta synowa, co jest w Ameryce,
wychodzi za mąż. W zeszłym tygodniu list od niej dostali.

- 127 -

- A! - zawołał Michał - to o tym liście Szafrańcowa mówiła:
„wszystko przez ten list". Ale jakie to dla nich zmartwienie?

- Napisała, że będzie miała duże wydatki, że jej teraz będzie
trudniej.

- Fiuu! To i paczek nie przyśle!
- Może nawet i tak. A tu: przeprowadzka, nowe mieszkanie...
Żal mi ich.
- A co... - Michał chciał powiedzieć „co cię to obchodzi", ale
spojrzał na Witka i nie dokończył zdania. Z Witka oczu też
wyglądało współczucie dla cudzych zmartwień.

Szósta lekcja upiekła się. Nauczyciel był chory. Klasie
pozwolono iść do domu, ale kto by tam myślał o domu w taki
piękny dzień!

Jeden Witek, na próżno zatrzymywany przez Michała, śpieszył
do domu. Musiał odnieść do sklepu wykończone przez mamę
szycie. Mama umówiła się z ojcem w kwaterunku, bo trzeba
przypilnować przydziału mieszkań. Nie wiadomo, kiedy rodzice
wrócą, więc Witek po odniesieniu paczki zajmuje się obiadem.

Michał wzrusza ramionami i raz po raz na Witkowe argumenty
odpowiada:

- Głupi jesteś! Dziura w niebie się nie zrobi, jak się teraz
przelecisz trochę. Z paczką... można później.

Witek jednak o tej dziurze w niebie myśli akurat na odwrót i
pędzi do domu, jakby go kto gonił.

Kilku chłopców zeszło na Wybrzeże. Wisła ciągnęła do siebie.
Widać już było pierwsze w tym roku kajaki. Pracowała maszyna
wydobywająca piasek z dna rzeki. Na praskim brzegu
porządkowano plażę i odnawiano kawiarnię.

- 128 -

Michał, rozleniwiony słońcem, przysiadł na ławce. Koło niego
usadowił się duży Wieczorek, Kuba i Zbyszek Wichan, który
kontynuował jakąś rozmowę, bo nagle zwrócił się do Wieczorka:

- ...no więc? Gadaj: zamieniasz się czy nie? Jutro będzie za
późno. Mam amatora.

Wieczorek odpowiedział bez pośpiechu:
- Pokaż jeszcze raz.
Zbyszek skwapliwie otworzył teczkę i wyjął z niej duży klaser,
specjalnie zrobiony na nalepki z pudełek od zapałek. Wieczorek
oglądał kolekcję udając brak zainteresowania.
Michał do tej pory nie zajmował się filumenistyką. Owszem,
słyszał o niej coś niecoś i niejednokrotnie oglądał nalepki Witka,
asystując przy umacnianiu na drzwiach szafy zdobyczy
przyjaciela.
Teraz patrzył w rozłożony na kolanach Zbyszka zbiór i
porównując go ze zbiorem Witka nie mógł się oprzeć uwadze.
- Phi! Cud-miód-ryba-kit! Nie masz się czym więcej pochwalić?
- A nie mówiłem? - podchwycił Wieczorek. - Same śmieci.
- Zbyszek, ja ci poradzę - kpił już na dobre Michał. - Daj te
nalepki na makulaturę. Mogą cię pochwalić w gazecie za nowy
pomysł.
- Racja, oddaj na kilogramy! Na makulaturę! - powtórzyli chętni
do zgrywy koledzy.
Zbyszek zbladł ze złości i obrazy. Zamknął z trzaskiem klaser i
wstał.
Michał też wstał.
- Masz lepsze? - zapytał Zbyszek przez zęby.
- Ja nie, ale Witek Piotrowski... tak.

- 129 -

- Witek? Witek już raz ode mnie za przechwałki dostał i
schował w kieszeń, wiesz? Teraz ty chcesz za to samo?

Aha! Już Michał wie, o co poszło między Witkiem i Zbyszkiem.
Tym lepiej! Jest okazja do rewanżu za przyjaciela. Tak właśnie:
niech Witek zobaczy, niech się przekona, co znaczy przyjaźń z
Michałem.

Wszystko to błyskawicą przelatuje przez głowę Michała. On
sam mówi drwiąco, pewien swego.

- A teraz ty dostaniesz i schowasz w kieszeń. Powtarzam: Witek
ma więcej i lepsze!...

- Założysz się? - podskakuje Zbyszek.

- Założę.

- O ile?

- Chłopaki! Chłopaki! Zakład!!! Chodźcie biegiem! Wydarzenie
światowe - woła ile sił Kuba.

- No? O ile? O dziesięć złotych?

- Dla mnie niech będzie i o dwadzieścia - Michał nie traci
kontenansu.

- Dobra! O dwadzieścia! Wieczorek, przecinaj!

- Przecinaj, Wieczorek! Przecinaj! - ryczy gromada.

Wieczorek przeciął.

- Leć po klaser! - mówi Zbyszek.

- Po klaser? - Michałowi przeciągnęła się mina. - Po klaser? -
powtórzył. Teraz dopiero zrozumiał, w jak fatalnej znajduje się
sytuacji.

Zbyszek patrzy na niego drwiąco. Drań! Musi coś wiedzieć o
Witkowym „klaserze".

- No, co ty? Wariata strugasz? - wołają chłopaki. - Chcesz, żeby
ci tak na gębę uwierzyć? Na piękne oczy?

- 130 -

- Na piękne zęby? - drwił Zbyszek. - Ganiaj po klaser, bo
inaczej źle z tobą.

- Te, nie wysilaj się jak szczypiorek na wiosnę - na-srożył się
Michał, aż Zbyszek przezornie odstąpił o krok.

- Michał! Jak bogatego! Co ty będziesz odstawiać z tata wariata,
z mamy panoramę?

- Bez klasera... sam rozumiesz? Nóżki na stół i cześć! -
niecierpliwili się chłopcy.

- Leć po klaser! Szoruj! Ale już!
Michał nadrabiając miną pospiesza w stronę domu. Już wie, co
zrobi. W pierwszej chwili przyszło mu do głowy zaprowadzić
chłopaków do Piotrowskich i pokazać Witkowe nalepki. Ale
wtedy na pewno wybuchłaby awantura: wpakowaliby się hurmem
do cudzego mieszkania, wyleciałaby z krzykiem Szafrańcowa,
pani Tołłoczko wyskoczyłaby z łóżka... O raju! Nie!
Pozostawało tylko jedno, jedyne wyjście. Ratowało honor, ale
było trochę karkołomne i wcale niełatwe do zrealizowania...

11.

Biegnąc w stronę domu, czując na swoich plecach oczy
kolegów, słysząc ich poganiające okrzyki, wśród których nie brak
było i drwiny, Michał jeszcze szukał jakiegoś uniku czy fortelu.

Nie wrócić wcale?... Nie będą przecież na niego czekali aż do
końca świata. Tak, ale mogą przyjść pod dom, pod okna i rzucać
obelgi pod adresem jego i Witka. Usłyszy to Agnieszka - Bóg wie,
co sobie pomyśli...

A może by wtedy wyjść i policzyć zęby temu dowcipnisiowi,
Zbyszkowi? Niechby Agnieszka zobaczyła, jaka jest mocna

- 131 -

Michałowa garść. Ale nie - nie można tak - wypadłoby
niehonorowo. Chłopaki przyszliby na pomoc, i słusznie; ujęliby
się za sprawiedliwością, a dziesięciu na jednego - toby się marnie
dla Michała skończyło...

Może więc przynieść te dwadzieścia złotych i kropka? Ale
wtedy Zbyszek będzie górą. Będzie szydzić przy każdej okazji:
„Czego tak podskakiwałeś?"... I Michał w oczach kolegów
zostanie na długo przegrany. O nie! Ucho od śledzia!...

Nie ma innego wyjścia: trzeba przynieść drzwi! Chyba nie są
ciężkie.

Szafa jest nieduża, sosnowa, drzewo lekkie. A gdyby nawet -
Michał da radę. Nie takie ciężary się dźwigało... Tylko żeby się
dały łatwo zdjąć z zawiasów, żeby, niczego nie popsuwszy,
szybko potem założyć na miejsce.

Szczęście w nieszczęściu, że Piotrowscy poszli do tego
kwaterunku. Witek też chyba już poleciał z paczką. Gdyby jeszcze
był, może by pomógł? Nie, raczej ze strachu przed mamą nie
dałby ruszyć drzwi. I czego się ten Witek tak boi? Honor przecie
ważniejszy niż kilka razy po karku... Agnieszki jeszcze nie
będzie... przez przedpokój trzeba cicho... Henio pomoże... na
Henia są sposoby...

Michał kilkoma skokami zdobywa schody i jak zwykle, ani za
cicho, ani za głośno, otwiera swoim kluczem zatrzask.
Mieszkańcy tego domu po odgłosach, po sposobie otwierania
drzwi, doskonale poznają, kto wchodzi.

Dlatego też Michał idzie najpierw do swojego pokoju. Teraz już
i nauczycielka, i Szafrańcowa wiedzą, że to on wrócił ze szkoły.
Za chwilę wychodzi do przedpokoju i bez pukania otwiera drzwi
Piotrowskich. Witka nie ma. Henio siedzi z nogami na krześle i
rysuje coś w zeszycie, pomagając sobie wysuniętym językiem.

- 132 -

- To ty! - dziwi się zobaczywszy Michała. - Myślałem, że
Witek.

- Witka nie ma? Szkoda, bo, wiesz, jest taka ważna jedna
sprawa, ale co ci będę mówił, chyba nie zrozumiesz...

- Jak bardzo ważna - na pewno zrozumiem - zapewnia Henio. -
A bo co?

- Widzisz, to jest strasznie ważne. Jeszcze ci tylko powiem, że
gumę na procę wykombinowałem pycha! Dziś przed wieczorem
proca będzie gotowa. Słowa trzeba dotrzymać, prawda? To
rozumiesz, co?

- Pewnie. Każdy honorowy człowiek dotrzymuje słowa.

- Heniuś, więc ty rozumiesz, co to jest honor? - Michał
kamienieje z podziwu. - No, to już jestem spokojny. Mogę ci
powiedzieć, o co chodzi. Bo chodzi o Witka honor, rozumiesz? A
jak o Witka, to i o twój, bo jesteś jego brat, nie? A o mój też, bo
Witek i ja to przyjaźń - rozumiesz? No i honoru trzeba bronić,
nie?

- Zorro zawsze bronił honoru!

- Właśnie. Więc wiesz, tu, niedaleko koło domu, stoją chłopaki
z naszej klasy i jeden z nich, wróg Witka, taki, co tylko czyha,
żeby mu nogę podstawić... chwali się, że ma więcej nalepek, tych
- Michał pokazał szafę i od razu uważnie przyjrzał się zawiasom. -
A przecież Witek ma więcej. Jak bozie-kozie! A tamten oczernia
Witka, że Witkowe nalepki tylko do śmietnika albo na
makulaturę, rozumiesz? A ja powiedziałem: „Chłopaki! Zbyszek
łże jak pies"...

- Ten Zbyszek, co Witka nalał przed Bożym Narodzeniem? -
przerywa Henio.

- Ten sam - potwierdza na wszelki wypadek Michał. - I mówię
chłopakom: „Chodźcie, Witek swój zbiór pokaże i oko wam
zbieleje".

- 133 -

- Witka nie ma.

- Właśnie. A jak chłopaki nalepek nie zobaczą - powiedzą, że
Zbyszek ma rację. Jak myślisz... przyprowadzić ich tu?

- Podłogę zabrudzą - oświadcza Henio z namysłem.

- Heniuś, ty masz głowę! Od razu sobie tak samo pomyślałem.
Piętnastu chłopaków. A każdy ma dwa buty! Aleby się mama
zgniewała! O rany! I jakby co zginęło!...

- Mamusia mi kazała pilnować. Nie wpuszczać.

- Nie wpuszczać nikogo? Święta racja. No, ale co zrobić? Szafa
do nich nie pójdzie.

- Można zrobić fotografię - Henio naprawdę okazywał dużo
dobrej woli.

- Owszem, też świetna myśl, tylko że za długo. A tymczasem
Witka, twojego brata, obszczekają na glanc. A wiesz, jak co do
kogo przylgnie, to już amen i kropka, nie?

- Uhm... Jak Markowi jeszcze w zimie ktoś nie oddał gumki, to
on ciągle, że to ja. I chłopaki zawsze teraz mówią, że to ja. I
muszę zawsze mieć swoją gumkę, bo mi nie chcą pożyczać - że
nie oddaję.

- Heniuś! jak ty w lot wszystko kapujesz! Po prostu wspaniale!
Więc już teraz pomożesz mi wyjąć drzwi i wyjść. Lepiej zróbmy
to po cichu. Ja zaraz, za minutkę wrócę, drzwi wstawię na miejsce
i wszystko będzie w porządku. Najważniejszy Witkowy honor.
Witek nawet nie wie, jakiego ma mądrego brata. Ale ja mu
powiem.

Zanim oszołomiony Henio zdobył się na jakąkolwiek
odpowiedź, Michał zgrabnie wyjął obie połówki drzwi od
bieliźniarki. Zestawił je razem na płasko i umieścił na głowie.
Zdecydowanym ruchem nakazał Heniowi torowanie drogi,
jednocześnie palcem na ustach zalecając ciszę.

- 134 -

Sterroryzowany Henio wykonywał wszystko posłusznie i bez
słowa protestu. Tylko oczy robiły mu się coraz okrąglejsze. Nawet
nie zauważył, jak Michał, obracając się z drzwiami na głowie w
stronę wyjścia, zaczepił kantem poukładaną na półkach bieliznę i
wysypał na podłogę cały jej stos.

Już byli na schodach, kiedy malec zdecydował, że pójdzie
razem z Michałem.

- Drzwi są nasze. Mama kazała pilnować.
Udało się! Michał niósł drzwi niby piórko, wcale nie czując ich
ciężaru. A przecież mogłoby skończyć się inaczej. Gdyby Henio
stawiał opór, gdyby narobił krzyku i nie pozwolił wynieść drzwi?
Metoda zaskoczenia zrobiła swoje. Teraz Witek przekona się, do
czego jest zdolny prawdziwy przyjaciel. I Agnieszka nie będzie
już chyba zadawać głupich pytań... Nawet „tak tylko". Sama na
pewno nie zdobyłaby się na podobny wyczyn. Chociaż ma t aaką
wyobraźnię! I na co ta wyobraźnia? Psu na buty! A siła zawsze
człowiekowi się przyda!... I dwadzieścia złotych też!
- Heniuś, wiesz? Jeszcze na tym interesie dwadzieścia złotych
zarobimy. Zaraz zobaczysz. Zbyszek będzie bulić. Ale te
pieniądze Witkowe będą. Żeby się nie nazywało, że ja dla marnej
forsy... Zresztą jeżeli Witek koniecznie będzie się chciał podzielić
- Michał przypomniał sobie, co Witek kiedyś mówił...
Henio, w strachu o drzwi, nie bardzo nawet słuchał. Już ich
zauważyli. Już było słychać okrzyki:
- Dłużej nie mogłeś?
- Zbyszek mówił, że dałeś nogę!
- O raju, czy to klaser taki wielki?!

- 135 -

Piotrowscy wracali do domu rozpromienieni. Udało im się
nadzwyczajnie.

Wystali się w ogonku, wyczekali, ale przypadkiem trafili na
kolegę Piotrowskiego jeszcze z wojska. Pan Feliks nie wiedział,
że kolega pracuje w kwaterunku. Zajmował niewysokie co prawda
stanowisko, ale poinformował o wszystkim dokładnie, poradził,
jak mógł najżyczliwiej. To dużo znaczy.

- A widzisz! A widzisz! - mówiła uradowana mama. - Prawie
siłą musiałam cię wypchać. A widzisz, jak dobrze! Słuchaj mnie,
źle na tym nie wyjdziesz. Słodka godzino, gdybyś mnie nie miał,
to - według Michała - „zginąłbyś jak mydło w praniu"...

Dawno nie była w tak dobrym humorze. Śmiała się i żartowała
przez całą drogę.

- Już niedługo - mówiła, kiedy zbliżali się do domu - już bliżej
jak dalej. Na zimę na pewno będziemy w nowym mieszkaniu.
Jutro żebyś zaraz w radzie zakładowej pogadał o kaucji. Tyle lat
tam pracujesz. Znają cię, powinni pomóc.

- Pomogą, nie ma obawy - zapewniał, również uradowany,
ojciec. - Nareszcie radia posłucham, ile zechcę, albo gazetę
spokojnie poczytam. A chłopcy i uczyć, i bawić się będą mogli
swobodniej.

- Dawno już mogliśmy to mieć, gdybyś był energiczniejszy - nie
omieszkała wytknąć mama. - Ilu twoich kolegów już się
przeprowadziło, umeblowało. Nowikowa lodówkę ma i pralkę.
Malinowscy telewizor sobie kupili.

- I my, Irenko, dorobimy się telewizora.

- Wlazł na gruszkę, siał pietruszkę... ile to jeszcze przed
telewizorem wydatków będzie! A ile kłopotów!...

Wchodzili na schody. Zdziwili się, że drzwi wejściowe były
szeroko otwarte. Heniuś, zaaferowany nalepkami, zapomniał je
zamknąć.

- 136 -

Piotrowską tknęło coś niedobrego. Kiedy weszli do przedpokoju
i zobaczyli otwarte drzwi do siebie, zaniepokoili się nie na żarty.

- Jezus Maria! Złodzieje! - zawołała Piotrowską, widząc
zdemolowaną szafę i wyrzuconą na środek pokoju bieliznę.

- Gdzie Heniuś? Gdzie dziecko?

Już w przedpokoju stała Szafrańcowa, nie mniej przerażona niż
Piotrowską. I ona panicznie bała się złodziei.

- Nie słyszeli państwo? Boże! Boże! Cały dom pełen ludzi!
Palca nie ma gdzie wetknąć, a jak co do czego, w biały dzień
człowieka obiorą ze wszystkiego, co ma! W biały dzień! Pod
nosem sąsiadów!

- Pani Ireno! Nic nie słyszeliśmy. Naprawdę. Michał tylko
wrócił ze szkoły, owszem, zdawało się, że słyszałam - potem
byłam w kuchni. Ale przecież Heniuś...

- Dziecko! Dziecko mi porwali!... , - A gdzie się drzwi od
bieliźniarki podziały? - rozglądała się Szafrańcowa.

- Wyjęte z zawiasów - stwierdził Piotrowski. - Po co?...

- Pieniądze pod bielizną miałam! - krzyknęła znowu Piotrowska.

- Nie ma ich! Naturalnie! - gorączkowo szukała pod stosami
prześcieradeł i koszul. - Tu były! Nie, nie tu. Ach, w głowie mi się
z tego wszystkiego mąci! Czego stoisz jak słup? Leć na milicję!
Przecież trzeba zameldować! Wszystko przez ciebie! Gdybyśmy
mieli mieszkanie jak inni... Dziecko moje! Heniuś!!! - Piotrowska
odchodziła od zmysłów.

- Uspokój się, Irenko, to jest coś podejrzanego. Patrz, w dużej
szafie wszystko na swoim miejscu.

- A bielizna? A pieniądze? O tu! Tu na pewno były! - wołała
Piotrowska podnosząc znowu stos ręczników. - Zaraz! Leżą tu
przecież! - sięgnęła po zwitek banknotów i przeliczyła szybko. -

- 137 -

Są. Wszystkie. Więc co tu się stało? - trzęsącymi rękami zaczęła
układać wyrzucone poszewki i ręczniki.

- Michała w domu nie ma. Pani Tołłoczko nic nie słyszała, spała
- powiedział pan Franciszek stając w progu. - I nie wiadomo, kto
zostawił otwarte drzwi od klatki schodowej?

- Wiadomo: ten, kto ukradł drzwi - powiedziała zdenerwowana
Piotrowska. - Ale na co komu było potrzeba parę starych desek?
Niech mi kto powie?...

Nikt z obecnych nie mógł na to pytanie odpowiedzieć.
Wzruszając ramionami patrzyli po sobie na próżno szukając
wyjaśnienia. Nagle spod łokcia stojącego w otwartych drzwiach
Szafrańca wysunął się zasapany, czerwony Henio.

- Co tu się stało? - złapała go za ramiona matka. - Dlaczego nie
pilnowałeś mieszkania?

Na progu ukazał się Michał z bagażem na głowie. Skierował się
wprost do szafy, zsunął drzwi i zgrabnie osadził je na zawiasach.

Tymczasem Henio, przestraszony wybuchem matki, tłumaczył
prędko:

- Mamusia, ja pilnowałem! Ale jak Michał powiedział, że
honor, że Witek mój brat, że zaraz z powrotem na miejsce
przyniesie... to poszedłem za nim, żeby się te drzwi nie zgubiły.
Bo przecież chłopaki jakby tu weszli, podłoga byłaby zadeptana,
nie?

- Ja zwariuję! Ja tu zaraz zwariuję! - Piotrowska ściskała głowę
obydwoma rękami, mimo woli naśladując nauczycielkę, która
okryta flanelowym szlafrokiem, blada, z wpadniętymi oczami,
stała obok Szafrańca.

- No już! Fertig! Nic się nie stało - stwierdził Michał
wstawiwszy i zamknąwszy na kluczyk drzwi. - O, widzi pani?
Kluczyk miałem w kieszeni, żeby się nie zgubił. Główka pracuje...

- 138 -

- Jak śmiałeś! Z cudzego mieszkania!... Kiedy nikogo tu nie
było!

- Był Heniuś, widział wszystko, nie? I o co chodzi? Drzwi na
miejscu! Wszystko w porządku? Cześć! i przepraszam, że się
urodziłem.

Piotrowska otwierała już usta, aby wybuchnąć nowym potokiem
wymówek, ale powstrzymał ją mąż.

- Zaraz - powiedział kładąc rękę na ramieniu kierującego się do
drzwi Michała. - Po co to wszystko zrobiłeś? Co ci z tego
przyszło?

- Mamusiu, ten Zbyszek, ten, co to Witkowi nakładł jeszcze
przed Bożym Narodzeniem, dawał Michałowi dwadzieścia
złotych. Ale ja zaraz powiedziałem, że nie wolno, że to nasze
drzwi. I że są mamusi potrzebne.

- Jak to! Więc on chciał te drzwi sprzedać? - klasnęła ze zgrozą
rękami Piotrowska. - Drzwi od naszej szafy? Nie! To już koniec
świata!

- Chwileczkę! Heniuś, z tym rozumem trochę cię za prędko
pochwaliłem. Proszę pana - zwrócił się do Piotrowskiego. - O
honor chodziło. O nic więcej. Honor przyjaciela! Stanął zakład,
owszem. Porównaliśmy: Witka kolekcja jest kudy lepsza niż
Zbyszkowa. Wszystkie chłopaki na to się zgodzili. A dwudziestu
złotych nie wziąłem od tego pętaka - już ja się z nim inaczej
porachuję.

- Zanim ty się z nim porachujesz, ja tu z tobą porachunek
zrobię, gałganie! - groziła Piotrowska. - Wszystko wujkowi
powiem. Wszystko!

- A co? Zginęło co? Brakuje? Owszem, jednej rzeczy, której i
przedtem nie było: porządnego klasera dla Witka. To moja wina?
Ja bym nie był taki skąpy jak pani!

- 139 -

- Kropli! Dajcie mi jakich kropli na serce - osunęła się na
krzesło Piotrowska. - Ja tu chyba trupem padnę!...

- Zaraz pani przyniosę - zakrzątnęła się nauczycielka. - Co za
tupet! Pojęcie ludzkie przechodzi!

- Sam anioł archanioł kręćka mógłby tu dostać - trzęsła głową
Szafrańcowa stojąc w przedpokoju i tłumacząc pani Anieli, co tu
się stało.

Jeden Piotrowski był spokojny. Pchnął lekko Michała mówiąc:
- Idź już do siebie, Michał, idź!
Michał chętnie posłuchał. Brał za klamkę do swego pokoju,
kiedy zatrzymał go głos pani Anieli:
- Oj, Michał, Michał! Nie masz ty wszystkiego w głowie po
kolei. Nie podobasz mi się, chłopcze, nie!...
- A pani mnie się od początku nie spodobała! Ani ten zapasiony
Pimpek. Niedługo już będzie taki gruby jak... jak pani!...

Michał już parę godzin siedział u siebie zły na cały świat.
Gdyby mu teraz nawinęła się pod rękę Agnieszka, wygarnąłby jej
aż miło.

Oto zapłata za to, że ujął się za kolegą. Bezinteresownie. Nie za
coś, tylko za nic! Tak jak o tym była mowa. Kiedy chciał pokazać,
że rozumie, co to jest przyjaźń. A może mu Witek podziękował?
Ucho od śledzia! Ani się nawet nie pokazał! Ani nosa przez
szparę nie wetknął! Ale gadać potrafił!

- Dobrze mi tak! - mówił sobie Michał. - Dostałem nauczkę.
Bardzo dobrze! Teraz będę pilnować własnego nosa i cześć! Na
żadne tere-fere nie dam się już nabrać. Ucho od śledzia, i kropka...
Ach, obrzydło mu to wszystko. Ten zakopcony brudny pokój, z
mętnymi od kurzu szybami, to rozkładane, zimne łóżko. To ciągłe

- 140 -

pitraszenie. A najwięcej... krzywe, nieżyczliwe twarze dookoła.
On im przeszkadza? Przecież wujek mógłby tu mieć żonę i
kilkoro dzieci. Nie tylko jednego siostrzeńca. Dopiero byłoby
wesoło!...

A czy on albo wujek skarżą się, że u Szafrańców jak nie kaszel,
to stękanie? A u nauczycielki - ach! i och! i waleriana aż na
schodach śmierdzi? A Henio płacze o byle głupstwo, że chyba nad
Wisłą słychać? A Pimpuś skamle cienko i tak przejmująco, że aż
się nie wiem co robi. Biedne psisko, uwięzione przez cały dzień -
nawet załatwić się nie może, dopiero wieczorem, jak go
pielęgniarka wyprowadzi. Przyuczony: lanie by dostał. Czy to po
ludzku? Przecież tyle słoniny ma na sobie dlatego, że brak mu
ruchu.

Michał czasem, kiedy nikt nie widzi, wsunie skórkę od kiełbasy
szparą pod drzwi. Pimpek cieszy się, jakby go kto na sto koni
wsadził. Na pewno nie dlatego, że skórka - tylko że ktoś się do
niego odezwie. Biedak... Ma tu jeszcze gorzej niż Michał - nie
może uciec...

- A ja zabiorę się stąd i cześć! - cieszy się Michał. - Jak szurnę
do Łodzi, długo mnie tu nie zobaczą. Może nie wracać wcale?
Mama się zmartwi... Mama tak chce, żeby on się uczył... To
dlatego, że sama nie ma szkoły i tak ciężko musi pracować... Nie,
matki nie trzeba martwić. Trudno... ale może stąd uciec
wcześniej? W sobotę Witek w szkole powie, że przyszedł pilny
list...

Wraca z roboty wujek. Opowiada o wypadku, jaki miał miejsce
w fabryce: chłopakowi dwa palce u ręki maszyna urwała. Takie
nieszczęście! Dobrze jeszcze, że u lewej.

- A ty co taki zasmucony siedzisz? Może znowu dwóję
przyniosłeś?

- 141 -

- Ee tam... dwóję... Tak sobie myślę... Do mamy trzeba
wcześniej. Kto mamie wody do prania nanosi? Pompa ciężko
chodzi.

- Muszę ja tam kiedy waszą pompę odwiedzić i porozmawiać z
nią. A obiad jest?

- Nie gotowałem nic, bo już głowy mi brak. Tak zjadłem. Jest
chleb, masło i kaszanka... W domu świniaka na święta paśli,
przywiozę wujkowi kiełbasy.

- Dobra. A może byś tymczasem herbatę zrobił?

- Nie pójdę do kuchni - mruczy Michał - nie mogę już patrzyć,
jak się Szafrańcowej ten łepek trzęsie.

- I tobie się będzie trząść... przypomnisz sobie. Wstyd
wyśmiewać się ze starości.

- A czy ja się wyśmiewam? Mówię tylko.

Czernik bierze imbryk i wychodzi zagrzać wodę na herbatę.
Żeby kazał Michałowi, żeby wymówki robił - Michał zaciąłby się
i bronił swojej racji. Ale tak, bez słowa... Michał nagle rozumie,
że źle zrobił. Wujek wrócił z roboty zmęczony, głodny, a tu nawet
talerza zupy...

Robi mu się wstyd, bardzo wstyd i żeby zagłuszyć wyrzuty
sumienia, mówi sobie:

- A co ja Agnieszka jestem? Skakać tu będę?

Wujka nie widać dosyć długo. A kiedy wraca do pokoju, z
gorącym czajnikiem w ręku, Michał domyśla się: wie wszystko.
Ale od kogo? Od Szafrańcowej? Od pielęgniarki? A może w
kuchni była Piotrowska?

- Coś ty znowu narozrabiał? - mówi Czernik. - Przychodzę z
roboty głodny, zharowany jak koń, zdenerwowany, bo ten
wypadek... mówiłem ci. A tu masz! Już mi się jeść odechciało -
siada ciężko na łóżku i stawia czajnik na podłodze. - Łeb masz jak

- 142 -

ceber prawie. Ale co w nim strzela, to ja pojęcia nie mam. Po co
ci to było?

- Kto wujkowi mówił?

- Ty tu się nie pytaj, tylko odpowiadaj na moje pytania,
słyszysz? - unosi się wujek.

- Słyszę, nie potrzebuje wujek krzyczeć! Honorowa sprawa
była. O Witka szło.

- Nie wykręcaj mi tu kota ogonem. Witka wcale w domu nie
było i o niczym nie wiedział. Matka go zlała, można powiedzieć,
za nic. Teraz żałuje, że wpadła w nerwy. Z kobietami zawsze
tak...

Aha, więc to Piotrowska wujkowi powiedziała.

- Żadnego kota nie wykręcam. Jak wujek nie wierzy, że mi o
honor...

- Gdzie honor, a gdzie drzwi od szafy? Cudze drzwi?! Z
cudzego mieszkania! I pieniądze za co ci dawali? Czyś ty
zgłupiał? Mów mi zaraz!

- Jak wujek nie wierzy, to po co mam mówić? - Michał już się
zaciął.

- I na co ci było dwadzieścia złotych potrzeba? Czy ja ci nie
daję? Czy ja ci żałuję? Ile razy powiesz, że potrzeba... masz!

- Daje wujek nie ze swojego. Matki pieniądze. A że wujek nimi
rządzi... mama tak chciała, mnie to nie przeszkadza.

Wujek nachyla się, bierze czajnik w rękę, stawia go z
powrotem. Milczy chwilę, przełyka ślinę, opiera na kolanach
łokcie, a na rękach głowę.

Czuprynę wujek ma ciemną, gęstą, ale wielkie ręce nie chcą się
w niej schować i Michał widzi dokładnie, ile na tych rękach jest
blizn, szram i zadrapań. Palce są wszystkie...

- 143 -

- Michał - mówi wujek nie patrząc, bo głowę ma pochyloną
nisko - idź ty z książkami do kuchni. Tam teraz nikogo nie ma. Ja
się trochę położę.

- Na miasto pójdę.
- Nie. Pójdziesz do kuchni - powtarza nie podnosząc głowy
wujek, spokojnie, ale twardo. - Pójdziesz do kuchni z nauką.
Michał odwraca oczy od pokancerowanych rąk wujka. Idzie do
kuchni.
Rzeczywiście, nikogo tu nie ma. Spokojnie i przyjemnie, bo
cała kuchnia zalana zachodzącym słońcem. Michał rozkłada
książki, ale nie lekcje mu w głowie.
- Każdy tu ma nerwy - mówi do siebie. - Wujek zdenerwowany,
Piotrowska w nerwach, nauczycielka z nerwów chora,
Szafrańcowa całe życie była delikatna... Za dużo tych nerwów na
moje wytrzymanie... zabieram się stąd i zostawajcie z Bogiem.
Albo się z łódzką szkołą przeproszę, albo do zawodówki
wieczorowej pójdę. Naradzimy się z mamą. Mama zrozumie, że ja
tu za taką truciznę być nie mogę. Nie, to nie. Jutro nasz dzień do
kąpieli, wykąpię się już na święta i... skończona pieśń...
Taka łazienka - fajna rzecz. Albo chociaż prysznic. Małe
piszczałyby z uciechy. Jak Michał będzie już zarabiać, to chałupę
wyremontuje, kanalizację przeprowadzi - wujek pomoże - będzie
łazienka i prysznic, i... radio w łazience będzie wesoło grać. U
nikogo tak nie ma, a u niego będzie!

- 144 -

- 145 -

Do kuchni wsuwa się po cichutku Henio i jakby nigdy nic
zaczyna szeptem informować:

- Michał, wiesz, Witek tu dziś nie przyjdzie. Mama go zlała.
Mama była taka zła, że ojej, chciała i mnie zlać, ale Agnieszka
przyniosła lekarstwo z apteki. I te nalepki mama chciała obedrzeć.
Witek płakał. Tatuś nie dał. Teraz z Witkiem odlepiają z całej
szafy, bo mama powiedziała, że nie może na te drzwi patrzeć. Tu
mamę kłuje, tu. A ja się już nic nie odzywałem, wiesz?

- Wiem, głuptasie, wiem, i też bym ci wsypał aż miło.

- Za co? - obruszył się Henio. - Ja pilnowałem. Głupi nie jestem.

- Może i nie jesteś. Dobra. Tylko uszy masz za krótkie,
rozumiesz? Mówiłem ci, kiedy zobaczyłem ojca i matkę: „Gnaj. i
powiedz, że drzwi już lecą z powrotem". Tak? Dlaczego nie
posłuchałeś? Nie byłoby całej grandy.

- Jak ja mogłem lecieć, kiedy się bałem, że chłopaki nasze drzwi
zabiorą Przecież podobały im się, nie? Mama zawsze mówi:
„Pilnuj, tego, co masz, nie daj". No to pilnowałem. A tata
powiedział, że ty jesteś twardy, wiesz? Pewno: takie ciężkie drzwi
i nic ci się w głowę nie zrobiło!...

- Tak - mówi sobie Michał po wyjściu malca - jestem twardy. I
będę jeszcze twardszy. Jak kamień. To nie każdy potrafi!

Dumny z siebie, otwiera książki i zeszyty. Lekcje na jutro może
odrobić, proszę bardzo!

Nie spodziewał się, że zajrzy tu dziś Agnieszka. Był gotów
przypuszczać, że i jej ciotka zabroni siedzieć w jego
towarzystwie. Słyszał przecież dobrze, jak wołała: „Co za tupet".
Agnieszki wtedy nie było, ale po powrocie ze szkoły na pewno
dowiedziała się o wszystkim i od ciotki, i od Piotrowskich.
Chodziła przecież po lekarstwo. Ciekawe, co ona myśli o całej
sprawie... Bo jeżeli nawet wujek nie zrozumiał, o co poszło?...

- 146 -

Ciekawe... Ale właściwie co go obchodzi cała Agnieszka.
Lepiej niech się od niego trzyma z daleka. Jakby mu co
powiedziała, to tak jej wygarnie, że się nie pozbiera. Bardzo
dobrze, że do kuchni z lekcjami nie przyszła! Bardzo dobrze!...

I wtedy właśnie przyszła. Rozłożyła jak zwykle dokładnie
książki na swoim końcu stołu i zajęła się lekcjami. Michał,
nastroszony wewnętrznie, czekał, kiedy się wyrwie z jakąś uwagą.
Czekał długo. Nie doczekał się.

Znudziło mu się o tym myśleć - więc machał zadania
matematyczne jedno za drugim. Uspokoił się zupełnie.
Zapomniał, że w kuchni oprócz niego znajduje się ktoś jeszcze.

- Michał, wiesz - zagadnęła nagle najzwyczajniejszym głosem -
na Świętojańskiej jest taki mały sklepik. Widziałam tam dziś
lizaki, ale jakie! Wielkie, kolorowe i takie różne: koguty, konie,
rakiety! Pycha! Kup swoim małym, co? Ucieszą się!...

- W którym miejscu? - pyta Michał i słucha uważnie objaśnień
Agnieszki. - Dobra jest - cieszy się. - Kupię za wszystkie
pieniądze.

Spogląda, jakie wrażenie zrobią te słowa na Agnieszce. Nie
może nic odczytać z pochylonej znowu nad książką twarzy.

- Słyszałaś? - mówi po cichu. - Wiesz?...

- Słyszałam - nie rozumie pytania Agnieszka albo nie chce o
„tamtym" mówić, bo ciągnie: - Pusto się tu zrobi na święta: jutro
wyjeżdża ciocia, za parę dni pan Czernik, a potem ty. Dziwnie
jakoś będzie, prawda?

- Ale ja pytam... z nalepkami, co?

- Z nalepkami?... - pyta i jakby nigdy nic. - Witek powinien
mieć klaser. I wiesz, Michał, klaser sporo kosztuje. Ale można by
kupić papier i zrobić. Ja potrafię... Pomógłbyś mi? Byłaby
niespodzianka dla Witka. Wiesz, że jego imieniny niedługo?

- 147 -

- A skąd pieniądze na papier? - pyta rzeczowo Michał.
- Może pan Piotrowski da? Jestem pewna, że da.
- Aha! Pan Piotrowski da, jeżeli mu pozwoli pani Piotrowska.
Ucho od śledzia!
- No to ja z tych, co mi ciocia zostawi. Przecież nie będę dużo
wydawać.
„Głupia, głupia Agnieszka - swoje pieniądze da na Witka klaser.
Po co? Co z tego będzie miała? Lepiej by sobie cukierków kupiła.
Głupia" - myśli Michał i zastanawia się, czy to jej powiedzieć
zaraz, czy trochę później? Powie zarazem, jak on wyszedł na tym,
kiedy myślał o Witku... I że lepiej być twardym...
Zanim się zdecydował, Agnieszka mówi „dobranoc". Siedzi
sam jeszcze długą chwilę. Nie chce mu się wracać do wujka.
Myślał do dziś, że wujek to ktoś bliski. Dorosły, prawda, ale
życzliwy, rodzony brat mamy. Zawsze dla niej był dobry, mama
nieraz opowiadała. I co się okazało: wujek nic a nic Michała nie
rozumie.
W ogóle nikt go tu nie rozumie... Każdy huzia na niego! I każdy
aby z daleka.
Tylko Agnieszka ani słowa wyrzutu. Dlaczego? Czyżby
rozumiała? Domyśliła się? Skąd?... Wyobraźnia?... Jak to ona
mówiła: „pomaga rozumieć drugiego". A o tych lizakach? I że tu
będzie pusto.
Michał kładzie głowę na stole na podłożonych rękach. Myśli i
wzdycha. Nie wie sam, że zasypia.
- Michał, Michał - ktoś go rusza za ramię. To pan Szafraniec
stoi nad nim w piżamie i mówi półgłosem: - Chłopcze, idź spać!
Późno już. Jutro musisz do szkoły. Idź, moje dziecko, spać...

- 148 -

Michał na pół przytomnie zbiera swoje rzeczy. Naumyślnie
głośno idzie przez pokój Szafrańców, przez przedpokój. A niech
się obudzą!... Nic go to nie obchodzi.

Wujek w ubraniu śpi na swoim łóżku.

12.

W szkole Michał zobaczył Witka dopiero tuż przed dzwonkiem.
Wpadł zdyszany do klasy, przestraszony, że się spóźni na lekcję,
co mu się nigdy nie zdarzyło.

Pierwsza była matematyka. Pan Grzybowski zapowiedział
klasówkę, ostatnią przed okresem. Michał cieszył się na tę okazję:
nie obejdzie się, żeby Witek nie poprosił go o pomoc czy choćby
nie zerknął w jego zeszyt.

Sam uwinął się szybko z zadaniami, które nie przedstawiały dla
niego żadnych trudności, ale dla Witka? Kątem oka obserwował
przyjaciela.

Słyszał jedno i drugie westchnienie. Męczy się ta ofiara bez
kości, zamiast zajrzeć w jego zeszyt, gdzie wszystko stoi jak wół.
Przecież specjalnie starannie pisał, a ten - nic.

- A to się męcz! - mówi sobie Michał i już bez ceremonii
zagląda w Witkowy zeszyt. To, co zdążył zauważyć - grało.
Powierzchnię graniastosłupa Witek obliczył dobrze.
Skomplikowane zadanie o procencie wzrostu produkcji w fabryce
tkanin - też posuwało się.

Powoli, ciężko (znowu westchnienie), ale prawidłowo...
Widać wyraźnie: Witek w matematyce podciągnięty. No, no!...
- Cóż to. Kowalski - rozległ się nagle nad jego uchem głos
nauczyciela - ściągasz od Piotrowskiego?

- 149 -

- Nie, skąd znowu, panie profesorze - skoczył w ławce Michał -
swoje już skończyłem. Tak tylko rzuciłem okiem.

- To dlaczego pracy nie oddajesz? - Pan Grzybowski wziął do
ręki Michałowy zeszyt, przejrzał, zamknął i położył na katedrze. -
Możesz już wyjść. I pamiętaj - dodał z humorem - oczy nie są do
rzucania.

Michał długo nie mógł się doczekać wyjścia przyjaciela. Witek
skończył jeden z ostatnich, tuż przed dzwonkiem.

- Ale stękałeś! - rzucił się do niego Michał. - No, ile ci wyszło?
- Dwanaście i siedem dziesiątych.
- Dobra jest! - ucieszył się Michał. - Mnie też tak wypadło!
- Witek! Twoje nalepki fajne! - przyskoczył do nich Kuba. -
Zbyszkowi nos się wyciągnął, o tak! Mówię ci. Ale Michał ma
krzepę! Drzwi przytachał! Śmiechu było.! Szkoda, że nie
widziałeś...
- Komu śmiech, a komu nie - przyłączył się Wieczorek. -
Zbyszek ze złości zębami zgrzytał. Ale dwudziestaka dawał
honorowo! Czegoś nie brał? Zagranie było rzetelne.
- Bo mi się nie chciało i kropka - Michał odciągnął
zachmurzonego Witka na bok. - Coś się tak skrzywił z piątku na
niedzielę?
- Oj, Michał! Daj spokój! Co ja miałem! Co ja miałem!
- A co, boli cię jeszcze? Ty. Witek, doświadczenia życiowego
za grosz nie posiadasz! W takich różnych okolicznościach, kiedy
brak pomysłu, to trzeba nogę dać, a ty zawsze kuper wystawiasz
jak ta ślepa gęś w gradobicie.
- Lepszy już brak pomysłów niż takie twoje... kiepskie.

- 150 -


Click to View FlipBook Version