The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2021-02-20 05:40:22

Ucho od śedzia

- Pamiętasz - zwrócił się Michał do Agnieszki - mówiliśmy
kiedyś, co jest najważniejsze. Sama powiedziałaś wtedy: prawda,
a teraz...

- Ale ja myślałam o takiej prawdzie w człowieku, który nic nie
udaje, nie jest obłudny, no, jednym słowem, można mieć do niego
zaufanie.

- Zgadza się! Do mnie można mieć zaufanie, bo jak myślę o
kimś, że jest rudy, mówię to samo. To chyba nie jest obłuda, co?

- Ale po co tak mówić? Przecież temu rudemu czy garbatemu
robisz przykrość.

- Jeżeli to prawda...

- A pamiętasz - teraz przypomniała Agnieszka - jak ktoś
narysował twoją karykaturę? Zły byłeś jak osa!

- Bo się wyśmiewali!

- Mnie się zdaje, że kiedy ktoś takie prawdy ogłasza bez
potrzeby, to też wygląda na drwiny...

Michał się zamyślił, czy to tak jest, jak Agnieszka mówi?.,.

- A znasz przysłowie „Prawda w oczy kole"? Widocznie już tak
musi być. Ja tam zawsze będę obstawać za prawdą.

- Ale niech to będzie z życzliwością, a nie żeby tylko zabolało.

- Oho! Już jest i życzliwość. Tego się od pielęgniarki
nasłuchałaś. A wiesz, dla kogo ona najżyczliwsza? Dla swego
Pimpusia!

- Bez życzliwości pani Anieli, twojego wujka, mojej cioci -
byłoby tu strasznie źle! Nie do wytrzymania po prostu!

- Nie do wytrzymania - powtórzył Michał patrząc uważnie na
dziewczynkę. - Tam w Rzeszowie podobno też było „nie do
wytrzymania". Tak?

- Tak - powiedziała krótko Agnieszka, odwracając głowę, żeby
nie było widać jej twarzy. - Ja tam już nigdy...

- 201 -

Wujek wrócił w humorze, ale wcale nie takim, jakiego
spodziewał się Michał. Położył dużą torbę pomarańczy na łóżku
siostrzeńca.

- Powiem ci. Michał, że mnie strach oblatuje przed tą
zagraniczną wycieczką.

- Bo co?
- Bo jeżeli przy mnie takie sztuki ciągle wyprawiasz... co
dopiero będzie po moim wyjeździe? Przecież całe dwadzieścia
cztery godziny sam zostaniesz.
- Niech się wujek nie boi - nachmurzył się Michał. - Zresztą
najlepiej, żebym ja tego samego dnia albo nawet dzień wcześniej
wyjechał.
- Nie, nie! Prosiłem już Piotrowską, żeby miała oko na ciebie.
No, a jak ci się prezenty podobały?
- Prezenty? To nie za mamine pieniądze? - zdziwił się Michał.
- A jak za mamine to co? Należy ci się? Zapracowałeś? Oj,
głupiś ty, Michał, głupi! Co prawda, masz wytłumaczenie.
- Jakie wytłumaczenie? - podejrzliwie patrzył na wujka.
- Wstrząs mózgu, nie? Przecież cię rąbnęło.
- Wujek w humorze! - odciął się.
- A co, nie wolno? Te pomarańcze dla ciebie wszystkie. To już
ode mnie. Było całe dwa kilo, ale wstąpiliśmy do kolegi w
szpitalu. Dwie zostawiłem jemu.
Michał wyjmuje pomarańcze z torby. Jest ich siedem. Dwie
bardzo ładne odkłada na bok.
- Te dwie dla wujka na podróż.
- A po co mi? - broni się wujek.

- 202 -

- Jeżeli wujek nie weźmie, to nie chcę żadnej - kategorycznie
oświadcza Michał. - Przecież i ja najwyżej dwie zjem. Małym
zawiozę, mamie... niech też spróbują.

- Dobra. Rób, jak chcesz - mówi wujek i swoje dwie
pomarańcze wkłada do plecaka. - Pójdę na chwilę do
Piotrowskich.

Michał zostaje sam. Słyszy, że Szafrańcowie też już wrócili.
Przez otwarte okno dolatuje głos Agnieszki, rozmawiającej z
panem Franciszkiem o pelargoniach na balkonie.

Michał szybko wstaje. Robi mu się na chwilę ciemno przed
oczami i łupie w głowie. Mężnie bierze się w garść.

Już poprzednio wybrał z pozostałych pomarańczy dwie
największe i najładniejsze. Chwyta je teraz i cicho otwiera drzwi.
Nie ma w przedpokoju nikogo? Świetnie! I drzwi naprzeciwko
otwarte!!...

Ile to trwało? Dziesięć, najwyżej piętnaście sekund. Michał
znowu spokojnie leży w łóżku! Torba z pomarańczami stoi obok
na taborecie.

Ach, żeby tak mieć czapkę niewidkę! Żeby zobaczyć minę
Agnieszki, kiedy wejdzie do siebie i spojrzy na stoliczek koło
tapczanu!...

Ale kiedy po kolacji uśmiechnięta Agnieszka zagląda do jego
pokoju, Michał wie, że ona już wie, że on wie...

14.

Było jeszcze kilka minut do dzwonka, kiedy Witek z Michałem
weszli na korytarz prowadzący do klasy. Natychmiast zauważyła
ich Grażyna i podbiegła wraz z Danką.

- 203 -

- Michał, jak się czujesz? Czy już wszystko dobrze? -
dopytywała troskliwie.

- Jak ja się mam czuć? - burknął Michał, szorstkością
pokrywając zażenowanie.

- No... bo kiedy wczoraj zemdlałeś, to doprawdy...
przestraszyłam się.

- Niepotrzebnie - ciągnął tym samym tonem Michał - wcale nie
zemdlałem. Co ja, dziewczyna jestem?

- Nie zemdlałeś? - Grażyna szeroko otworzyła swoje ładne,
zielone oczy, wiedząc, że jej z tym do twarzy. - Wszyscy przecież
widzieli, że...

- To nie było zemdlenie. Po prostu straciłem...

- ...głowę - wpadła mu w słowa Danka z najpoważniejszą miną,
tylko w oczach jej czaiła się kpina.

- Oj, Danka! Oj, Majewska! - zaczął Michał, daremnie szukając
ciętej repliki. Już nieraz przekonał się, że Danka niby ścichapęk, a
szpilę puścić potrafi. - Czego wy ode mnie chcecie - rozgniewał
się. - Interesujcie się tymi, co wam teczki noszą!...

Nie otrzymał odpowiedzi, bo uwagę dziewcząt zaprzątnęła
nowa nauczycielka, która właśnie ukazała się w końcu korytarza.

- Idzie! Pani od polskiego idzie! - zawołała Danka. - O!, ma
znowu inną bluzkę! Ładną!

- Phi! - wydęła wargi Grażyna. - Tę bluzkę już miała, tylko że z
szalikiem, a dziś z broszką, nie widzisz? Ja mam lepsze oko.

- Masz rację, bluzka ta sama - szeptała Danka, bo nauczycielka
była już blisko - ale świeżo wyprana. Ona w ogóle zawsze jak z
pudełeczka.

- Eee - Grażyna nie podzielała opinii przyjaciółki, ale nie
zdążyła już nic dodać. Trzeba było wejść do klasy.

- 204 -

Pani Wanda Kołudzka zastępująca w szóstej klasie chorą
koleżankę, nie była ani lepsza, ani gorsza, a po prostu - inna. Dla
pani Tołłoczko język polski był nie tylko najważniejszym
przedmiotem w szkole, ale i najdroższym skarbem narodowym,
nad którym jej powierzono pieczę. Dlatego wymagała na swoich
lekcjach powagi, graniczącej .z celebrowaniem nabożeństwa.
Wszelkie żarty czy choćby drobne okazje do śmiechu nie
znajdowały u niej zrozumienia i szybko a radykalnie były
likwidowane. Sama uśmiechała się tak rzadko! Nowa
nauczycielka tryskała zdrowiem, energią i radością życia. Na
pierwszy rzut oka wydawała się dużo młodsza od pani Tołłoczko,
chociaż w rzeczywistości wcale tak nie było. Na młody wygląd
składały się jasne, modnie uczesane włosy, brązowe, trochę
skośne oczy, świeża cera i zręczna sylwetka.

Ale chyba największy kontrast stanowił wyraz twarzy obu
profesorek. Pani Tołłoczko wchodziła do klasy poważna,
skupiona, z namaszczeniem układała na katedrze pięknie oprawny
tom zawierający potrzebny do lekcji fragment, chcąc i tą bogatą
oprawą podkreślić wartość autora: człowiek, którego pióro
zasługiwało na półskórek czy nawet skórę oraz na tłoczone złotem
nazwisko, musiał stać na ołtarzu sztuki.

Nowa polonistka posługiwała się zwykłymi szkolnymi
wydawnictwami, nie doceniając, widocznie, znaczenia okładek i
złotych liter. Była jednak również wymagająca, orientowała się
błyskawicznie już po jednej odpowiedzi, czy uczeń zaglądał do
zadanego materiału, czy tylko „kołował", i w zależności od tego
kropiła zasłużoną notę. Ale niezamierzone, stylistyczne potknięcia
i humorystyczne nieraz próby wykręcania się - kwitowała
dowcipem, a nawet śmiała się z nich razem z całą klasą.

I teraz, nie czekając, aż uczniowie powiedzą jej dzień dobry,
pierwsza rzuciła: „Jak się macie?" i gestem zagoniła do klasy.

- 205 -

- Wiesz - szeptem informował przyjaciela Witek, już siedząc w
ławce - Danka z Grażyną kłócą się o tę nową. Grażyna mówi, że
ona ma tlenione włosy, a Danka aż jej do oczu skakała, że
nieprawda.

- Czy to nie wszystko jedno? Dziewczyny mają kręćka.
Najważniejsze, żeby się nie przyczepiała - odpowiedział Michał,
niespokojny o los swego wypracowania. Było tak krótkie, że
przepisując je na czysto nie wyrzucił jednak zdania
porównującego Konopnicką z Mickiewiczem: zawsze dwie linijki
więcej.

Pani Kołudzka sama zebrała domowe prace, a otrzymując zeszyt
Michała, przyjrzała się chłopcu uważnie:

- Ciebie nie było kilka dni w klasie? - zapytała życzliwie. - I
wypracowanie napisałeś? Dobrze, że nie korzystasz z wymówki.

- Oj, niech go pani za wcześnie nie chwali! - wyrwało się
Dance.

- Dlaczego? - zwróciła się w jej stronę zdziwiona nauczycielka.
- Dlaczego?

- Bo... bo... - jąkała się speszona Danka - on do wypracowań nie
ma drygu... On się interesuje więcej fizyką... podobno chce robić
jakieś doświadczenia z elektrycznością... i w ogóle on jest raczej...
matematyk.

- To się okaże, nie uprzedzajmy faktów - odpowiedziała
nauczycielka, a Michał napisał na kartce:

Jak ci ścisnę nos za wsadzenie go w cudze
sprawy, to będzie moje najlepsze doświatczenie.

Danka natychmiast odesłała kartkę podkreślając czerwonym
ołówkiem błąd w ostatnim wyrazie.

Lekcja płynęła bez normalnego skupienia. Co chwilę zdarzały
się jakieś nieprzewidziane dygresje, które tylko na oko wydawały

- 206 -

się przypadkowe, a w rzeczywistości były celowo przygotowane.
Musiała w tym zorientować się i nauczycielka, gdyż w pewnym
momencie oświadczyła:

- Coś mi się zdaje, że wy niewiele dziś myślicie o lekcji.

- Nie, proszę pani! Święta blisko i nikt do lekcji głowy nie ma -
przyznała któraś z dziewczynek.

- I wiosna - dorzucił jeden z chłopców.

Na potwierdzenie tych słów wpadł przez okno cytrynek.

- O! O! Motyl! Motyl! - zawołano z różnych stron klasy, jakby
to było coś nadzwyczajnego. Wystraszony - co prędzej wyfrunął
na słońce.

- ...Nikt do lekcji głowy nie ma - powtórzyła z humorem
nauczycielka. - A do lekcji... co jak co... ale głowa jest absolutnie
potrzebna...

Witek zapatrzył się w widoczny przez otwarte okno płynący po
niebie obłok. Michał też nie słuchał. Od samego rana był jakiś
roztargniony i prawie każde zdanie trzeba mu było powtarzać, bo
ciągle pytał: co? co?

Kiedy wreszcie dzwonek zakończył lekcję, spojrzał mało
przytomnymi oczami na Witka i powiedział ni z tego, ni z owego:

- Może mieć i sześć, a nawet siedem małych...

- O czym ty mówisz? - nie rozumiał Witek.

- O królicy. Przywiozę parkę z domu. Zobaczysz, jakie śliczne.

- A ja pytałem o nauczycielkę, nie słyszałeś? - zżymał się
Witek. - No, jaka ci się wydała?

- Nauczycielka? Owszem, niczegowata i chyba mi dwói nie
wlepi... Jak myślisz?

- Bo ja wiem... - w głosie Witka było mnóstwo wątpliwości -
krótko napisałeś.

- 207 -

- Krótko, ale... - Michał nie zdążył dokończyć tego, co
zamierzał powiedzieć, bo go Wieczorek chwycił za ramię i
gwałtownie zaciągnął w niszę okienną. Kiedy Witek chciał im
towarzyszyć. Wieczorek wykonał gest wykluczający wątpliwości
i poparty słowami:

- Spływaj, mięczaku! Ale już!

Witek odszedł obrażony. Z daleka widział w pobliżu okna
Zbyszka, który kręcił się tam, jakby czekał, że go zawołają. Czego
mógł od Michała chcieć Wieczorek. który na ogół nie cieszył się
wielką sympatią w klasie, tyle że nie zadzierano z nim: miał
ciężką rękę. Mówiło się o nim, że prochu nie wymyśli, bo nawet
kiedy trzeba było się wyłgać przed nauczycielem - żal było
patrzeć, jak niezgrabnie to robił. Pomyślunek miał ciężki. Siedział
w szóstej drugi rok. Początkowo na Michała boczył się, że mu
wziął pierwszeństwo w pięści, ale kiedy się dowiedział, że Michał
też repetował - poczuł do niego sympatię.

Witek nie pierwszy raz widzi, że Wieczorek ma jakieś sprawy
do jego przyjaciela, a zawsze na osobności. Co to może być?
Pewnie mu Michał powie...

Po dzwonku, już w ławce, raz i drugi rzuca ciekawe spojrzenie
na przyjaciela, który chyba udaje, że nic nie rozumie, wreszcie
pyta:

- Czego on od ciebie chciał?

- Eee tam... szkoda gadać.

- Ale o co szło? - nalega Witek.

- Mówię: szkoda gadać... Wieczorek na głowę upadł.

- Ciszej tam! Jeszcze było wam mało na przerwie? - rzuca
rozgniewany biolog.

Ale na przerwie znowu Wieczorek zaciągnął Michała w jakiś
kąt. Teraz już otwarcie przyłączył się do nich Zbyszek. Witka

- 208 -

jakby nie widzieli, jakby go w ogóle na świecie, nie tylko w
korytarzu, nie było.

„Nie, to nie” - zaciął się Witek. - „Nic a nic mnie to nie
obchodzi! Żeby nawet nie wiem co... Żeby nawet Michał przesiadł
się do Wieczorka! A niech tam! Nic mnie to nie obchodzi!" Ale
obchodziło: przeszkadzało uważać na lekcjach, kazało strzyc
uchem i nasłuchiwać, czy Michał nie zacznie zwierzać sekretu.

- Witek! Wiesz? - wionęło do niego na matematyce i Witek
natychmiast nachylił ucho, chociaż, pan Grzybowski dla uczniów
zajmujących się czymś innym niż „matematyką, nauką mądrą i
wspaniałą", był okrutny i wlepiał dwóję jak za nie odrobione
zadania.

- ...Gdyby wujek jechał dziś albo jutro - to ja też nie
czekałbym... A tak - mam pociąg dopiero w środę wieczorem! Ja
nie wytrzymam!...

- ...Witek, mówię ci, ja nie mogę się doczekać - powtarzał
Michał w drodze ze szkoły. - Żebym miał pieniądze - nie
patrzyłbym na nic, tylko adiu-fruziu i cześć! Ale wujek
powiedział, że forsę dostanie we wtorek wieczorem albo w środę
rano, że mi da na odjezdnym, jak już wszystko będzie miał
załatwione. Ucho od śledzia! Mama na pewno dawno już na mój
bilet przysłała, tylko wujek mnie przejrzał. Woli być pewny, że ja
nogi nie dam przed zakończeniem lekcji... No, co się nie
odzywasz? Nie mam racji?... Teraz, w domu, umówię się z mamą,
żeby forsę przysyłała na moje nazwisko pocztą. Co ja mam być
taki skrępowany? O każdy grosz wujka prosić, tłumaczyć się. Co
ja, dziecko jestem? Każdy lubi mieć swoje parę groszy...

Witek nie śpieszył z odpowiedzią, ale złość na przyjaciela
trochę mu przeszła. Może Michał chciał pożyczyć od Wieczorka
na bilet? Na pewno o pieniądze chodziło. Taki bilet kosztuje

- 209 -

kilkadziesiąt złotych. I nic z tego, jak widać, nie wyszło. Michał
parę złotych też zawsze ma, nie tak jak on...

Ale - przypomniał sobie - mama obiecała coś dać za ziemię do
kwiatów.

- Michał, pomóż mi. Po obiedzie muszę przynieść ziemi. Mama
chce kwiatki przesadzić. Pójdziesz ze mną?

- Gdzie?
- Jest takie jedno miejsce na skarpie, ziemia jak masło, tłusta. I
pokażę ci tam coś ciekawego...
- Co?
- Nie. Teraz nie powiem. Tajemnica.
- Tajemnica? - nadstawił uszu Michał. - Jaka?
- To się nie da opowiedzieć, trzeba zobaczyć.
- Dobra. Możemy iść zaraz po obiedzie: lekcji mało. Ale
Agnieszce nic nie mów. Jak tajemnica, to tylko między nami.
- To się wie - zgadza się Witek.
Miejsce z dobrą ziemią do kwiatków Witek znał od kilku lat.
Trzeba było iść kawałek Dobrą, skręcić w prawo, a potem już
tylko ścieżką pod górę.
Zbocze było gęsto zarośnięte krzakami, których uschnięte liście
jeszcze teraz dość grubą warstwą pokrywały grunt. Ale już przez
nie śmiało przedzierały się piórka nowej trawy, a gałęzie krzewów
obsypane były młodymi pączkami i wyglądały z daleka, jakby je
przesłaniała zielona mgła.
Witek, uzbrojony w ręczną grackę, szybko spulchniał ziemię, a
Michał łopatką do węgla nakładał ją w koszyk.
- No, a tajemnica gdzie? - niecierpliwił się, kiedy napełniali
koszyk.

- 210 -

- 211 -

- Zaraz - oglądał się Witek - przecież ja tu od zeszłego roku nie
byłem.

- Fiuuu! Już twoją tajemnicę dawno diabli wzięli! Tylko głowę
mi zawróciłeś.

- Nie jest do wzięcia, poczekaj... tu, od tej wierzby trzeba iść
pięć kroków na lewo i znaleźć połówkę zielonej cegły...

- Wariat! Zielonych cegieł nie ma, tylko czerwone.

- Ta jest po wierzchu taka zielona, omszała, trudno ją w trawie
zobaczyć. Może zarosła, może ją ziemią przysypało. Szukajmy...

- Albo ją kto stąd wziął, bo musiał szafę podeprzeć. Możemy
szukać do sądnego dnia! - złościł się Michał, ale rozglądał
zaintrygowany.

- O, jest - ucieszył się Witek - ta sama, tylko jeszcze więcej
zielona, widzisz? Teraz od tej cegły na skos w górę dwadzieścia
pięć kroków, aż się stanie w prostej linii nad kasztanem.

- To nie można od razu od kasztana w górę? Po co szukać
głupiej cegły?

- Po to, że tamtędy zarośnięte i nie przejdziesz. Gdyby tam było
przejście, to niejeden już by trafił i... po tajemnicy. Rozumiesz?
Idź za mną. O, tu trzeba przeleźć nisko, pod krzakiem - schylił się
na czworaki Witek - tu jeszcze raz... No, i patrz!

Stali na malutkiej platformie obok siebie. Z trzech stron
zasłaniały ich wyższe od nich krzaki, z czwartej widać było spod
kęp wyrastającego ze szczelin ziela kawałek muru i sporą w nim
wyrwę.

Michał zajrzał, a nawet wszedł do środka. Była to jakaś mała,
kilkumetrowej powierzchni piwniczka, pusta, z ceglaną podłogą,
którą przy wejściu zarastały chwasty, a w głębi pokrywały suche
liście i naniesione wiatrem strzępy śmieci.

- 212 -

- A tajemnica gdzie? - rozglądał się uważnie po ścianach
Michał.

- Kapuściana głowa jesteś! - zdenerwował się Witek. - Jeszcze
ci mało? Pokazuję mu takie miejsce, taki schowek, o którym nikt
nie wie - a on: „gdzie tajemnica".

- Aha! Rozumiem - uspokoił się Michał. - To nikt o tym nie
wie? A ty? Jak tu trafiłeś?

- Powiedział mi o tym chłopak z naszej klasy... W zeszłym roku
siedział ze mną w jednej ławce.

- Phi! To dopiero tajemnica! Jutro on tu może dziesięciu innych
przyprowadzić!...

- Nie. Już go w naszej klasie nie ma. Rodzice zabrali go do
Wietnamu. Pojechali tam na kilka lat.

- I myślisz, że on nikomu oprócz ciebie nie powiedział?

- Na pewno nie. To był taki... odludek. I mówił w ogóle mało.
Kiedyś spotkałem go koło naszego mostu i odprowadziłem do
domu. On tu gdzieś blisko mieszkał. Wtedy pokazał mi drogę. Ale
musiałem przysiąc, że nikomu nie powiem.

- No i powiedziałeś!

- Spokojna głowa. To miała być „pieczara przyjaciół", Józik
mówił, że jak się z kim zaprzyjaźnimy, to mu też pokażemy
pieczarę.

- Aha. To się z nim przyjaźniłeś?

- Bo ja wiem? - zastanawiał się Witek. - Dobry był chłopak,
spokojny. I uczył się dobrze. Ściągałem zawsze tylko od niego.
Ale po szkole ja szedłem w swoją stronę... on w swoją. Dopiero
jak mi pokazał tę pieczarę... On chciał, żebyśmy się bawili w
Indian. Miał tu na ścianie łuk, strzały, o, jeszcze jest gwóźdź. Ale
zaraz zaczęły się wakacje i wyjechał nad morze, a we wrześniu

- 213 -

już do szkoły nie przyszedł. O tym Wietnamie powiedziała mi
pani Tołłoczko.

- Tak... jak wróci za kilka lat, to ani o Indianach nie będzie
myślał, ani o tej pieczarze.

- Ale miejsce fajne, co... Michał?

- Fajne. I jakby nas tu kto chciał znaleźć, to... mowy nie ma!
Ucho od śledzia!

Wyszli przed piwnicę i Michał obydwiema rękami mocno
rozchylił krzaki u góry. W dole widać było kilka pięknych,
nowych i zamieszkanych już budynków. Jeszcze niżej tłoczyły się
dachy ulicy Dobrej. Dalej za nimi widać było wąski pasek
wiślanej wody, plażę, domy, drzewa praskiego brzegu.

- Z dołu nie widać, co?

- Nie widać - zapewniał Witek. - Nic a nic. Jeszcze jak na
krzakach będą liście, to zupełnie... jak ściana.

- Miejsce fajne - chwalił Michał. - Można by tu jakąś ławkę
skombinować. W środku porządek zrobić, drzwi poszerzyć,
byłoby widniej... o, cegły się ruszają... łatwo wyjąć. A tu, można
by w tych krzakach takie niby okno wyciąć. Siedziałbym na ławce
i na Wisłę patrzył.

- Aha, i poczytać można by tu przyjść. I gdybyśmy mieli jakiś
sekret, tobym ci tylko napisał „P.P.g.5" to znaczy: „Pieczara
Przyjaciół, godzina piąta" i już byś wiedział - dawał się ponosić
skrzydłom fantazji Witek.

- Słuchaj - powiedział nagle Michał kładąc mu rękę na ramieniu
i patrząc w oczy - jesteś mój przyjaciel?

- Głupie pytanie! - obruszył się Witek.

- Sprzedaj mi tę pieczarę! No, ile chcesz, dwadzieścia,
trzydzieści złotych? Uskładam, dam ci nawet pięćdziesiąt!...
Przecież ty nigdy grosza nie masz. No. sprzedasz?

- 214 -

- Sprzedać? - Witek myślał, że się przesłyszał. - Sprzedać? Jak
to? Czy ona jest do sprzedania?...

- Sprzedać, właśnie sprzedać! - nalegał Michał. - Ty jesteś
właścicielem, nikt prócz ciebie o niej nie wiedział. Tylko ty
mogłeś tu przyjść. Tylko ty miałeś do niej prawo.

- Jakie tam prawo? Wiedziałem, i tyle! A teraz ty wiesz. Teraz
we dwóch będziemy tu przychodzić. Co tu jest do sprzedania'.' -
Ale ja chcę, żeby ona była tylko moja, t yl ko . Rozumiesz? Żebyś
ty o niej, zapomniał, rozumiesz?

- To znaczy, żebym tu nic przychodził? - głos Witka zmatowiał,
a oczy nie odrywały się od oczu Michała, na próżno szukając w
nich zaprzeczenia.

- Przecież ci za to zapłatę! Chcesz sto złotych? Nie od razu, ale
po trochu zapłacę... Jak bozie-kozie! Co, nie wierzysz mi? -
Michał całkiem inaczej tłumaczył sobie zmieniony wyraz twarzy
Witka.

- Wierzę, ale nie chcę... Nie chcę, i już! - wybuchnął Witek. -
Do sprzedania tu nic nie ma, rozumiesz? Józik mnie jak
przyjaciela, bez żadnych pieniędzy, przyprowadził! Ja ciebie też!
Jak przyjaciela... rozumiesz? Jak przyjacielowi - powtórzył z
naciskiem - pokazałem coś, o czym nikt więcej w Warszawie nie
wie! A ty? Żebym za pieniądze stąd się wyniósł, tak? Żeby tu
moja noga nie stanęła więcej, tak? Żebym w ogóle o tym miejscu
zapomniał? O nie! Nie i nie! Nawet za tysiąc. Nawet za sto
tysięcy... nie!...

Michał na razie więcej był zdziwiony wybuchem Witka niż
sensem jego słów. Dotychczas nigdy jeszcze nie przeciwstawiał
mu się z takim ferworem.

- Nie, to nie - powiedział wzruszając ramionami. - Sto tysięcy!
Ho, ho! Nawet tysiąc! Skąd ja bym ci, bracie, wziął takie złote
góry? No, to chodźmy już. Jeszcze tam kto koszyk z ziemią

- 215 -

sprzątnie i dopiero miałbyś tajemnicę. Nie doszedłbyś do niej po
zielonej cegle. Ucho od śledzia!

Wzięli koszyk za uszy i zmieniając od czasu do czasu ręce, bo
ziemia swoją wagę miała, ponieśli do domu. Przez całą drogę ani
jeden, ani drugi nie odezwał się słowem.

Dopiero w podwórku, kiedy ustawili koszyk przed komórką,
Witek powiedział bez uśmiechu:

- Dziękuję.

- Nie ma za co i cześć! - odrzekł równie ozięble Michał i
zostawiwszy Witka, poszedł na ulicę.

A w Witku jeszcze kipiało, był tak oburzony, że aż wypieków
dostał.

- Ciężka ta ziemia? Po co braliście tak dużo? Lepiej było dwa
razy iść - przyglądała mu się matka.

- Nieee... taak... może za prędko szliśmy z powrotem - wykręcał
się Witek i usiadł nad książkami.

Ale nie mógł myśleć o lekcjach, chociaż było ich niewiele.
Ciągle, od początku, wracały słowa Michała: „Żeby pieczara była
tylko moja! Żebyś o niej zapomniał". Na co mu to było
potrzebne? Przecież chyba sam jeden nie siedziałby tam, bo co za
przyjemność! A więc z kim? Z Wieczorkiem? Ze Zbyszkiem? O,
pięknie Michał odpłaca za przyjaźń...

Gdyby do kuchni przyszła Agnieszka, Witek powiedziałby jej
wszystko, wszystko! Zobaczyłaby, jaki ten Michał jest naprawdę!
Bo już zdążył zauważyć, że Agnieszka broni Michała w różnych
złych przygodach. No, może nie broni, ale tłumaczy: że to, że
sio... Ciekawe, jak wytłumaczyłaby taki jego postępek... Ohydny!
Ohydny, i kropka!

Agnieszka nie przychodzi. Zajęta jest w swoim pokoju czy
może jej wcale w domu nie ma?

- 216 -

Witek z trudem skupia się na ortograficznym ćwiczeniu. Dwa
razy robi potworny błąd. Aż sam sobie się dziwi, że mógł tak
napisać. Przekreśla, poprawia, cała strona robi się paskudna. Pani
Tołłoczko za sam wygląd zeszytu postawiłaby dwóję...

Na progu kuchni zjawia się Michał. Ręce trzyma w kieszeniach,
widać, że wcale nie ma zamiaru odrabiać tu lekcji. Siada na
drugim końcu stołu, milczy. Może czeka, żeby Witek pierwszy do
niego się zwrócił? O, nie doczeka się!

- Witek, słuchaj - odzywa się wreszcie Michał.

- Czego chcesz? - pyta obojętnie Witek, nie podnosząc nawet
głowy znad zeszytu.

- Coś się tak nadął, niby kiszka z grochem? - próbuje żartować
Michał, ale i to również nie wywołuje oczekiwanego rezultatu. -
No, więc - Michał pochmurnieje - więc chciałem ci powiedzieć,
że cała ta pieczara wcale mi nie jest potrzebna, wiesz?

- Słyszę.

- To słuchaj dalej: głupio się wyrwałem z tym kupnem... No,
głupio, mówię ci! - widać, że to mówienie przychodzi Michałowi
z trudem. - I sam nie wiem, skąd mi się to wzięło... Bo niby na co
mi ta pieczara? Co ja bym w niej robił? Sam powiedz, no?

- A bo ja wiem? Jakżeś ją chciał mieć tylko dla siebie, to chyba
wiedziałeś?

- Nie wiedziałem! Naprawdę nic nie myślałem! Jak bozie-kozie!
- zaczyna żarliwie zapewniać Michał. - Nie wierzysz? To ci
powiem: ja tu może wcale z domu nie wrócę, wiesz?

Witek podnosi na Michała oczy. To słyszy pierwszy raz.

- Wolałbym być bliżej mamy... Mama wielkiego zdrowia nie
ma... teraz nikt mamie nie pomoże. Małe nie potrafią i przecież
siły trzeba. Ten... pijany ciągle. Kto mamę obroni? Rozumiesz

- 217 -

chyba?... Ja... lubiłbym gospodarować. Ja bym tam coś
wykombinował. Zrobiłbym...

Witek kiwa głową.
- A co ze szkołą? Wrócisz do starej budy?
- Z tym najgorzej - wzdycha Michał. - Mogą nie zechcieć.
Trochę tam naszurałem nauczycielce. Też była zgaga jak ta tutaj.
- Czego ty chcesz od pani Tołłoczko - ujmuje się za
nauczycielką Witek. - Że wymaga? Każdy nauczyciel wymaga.
Znałeś innego?
- Nie znałem - przyznaje Michał. - Dlatego życie w szkole -
katorga dla mnie. Wolałbym jakąś robotę.
- Mama ci nie da.
- Jakbyś zgadł. I dlatego, jak mi każe tu wrócić... to już nie
wiem... - znowu wzdycha. - Ale pieczara mi na nic. Ani tam nie
pójdę, ani nie powiem nikomu. Możesz być spokojny. I kropka.
- Mnie też ona niepotrzebna - mówi nieprzejednany Witek. -
Mogę o niej zapomnieć... nawet bez stu złotych.
W głosie Witka jest tyle goryczy, że Michał już nie odzywa się
ani słowem. Podpiera głowę ręką. Patrzy w okno, za którym
kołyszą się lekko gałęzie akacji... Zepsuło się coś. Stłukło. Czy da
się naprawić?...

Pani Kołudzka zaraz następnego dnia przyniosła zeszyty.
Wywołało to zdumienie klasy, bo nigdy tak prędko wypracowań
nie otrzymywano. Przyglądano się podejrzliwie: może nie
wszystkie były poprawione?...

Kiedy Michał zobaczył swój zeszyt na wierzchu paczki, a zaraz
potem w rękach nauczycielki - skóra mu trochę ścierpła.

- 218 -

„Klops!" - pomyślał i nawet zdążył tak powiedzieć do Witka.
Okazało się jednak inaczej.

- Przeczytam wam jedno z wypracowań - zaczęła pani
Kołudzka.

- Najlepsze? - zapytała niechętnie Grażyna, widząc, że to nie jej
ani Danki zeszyt.

- Nie, nie najlepsze.

- Najgorsze! - zawołała z triumfem Danka, która już się
domyślała, że to jakiś nowy wyskok Michała.

- Dajcie mi skończyć - roześmiała się nauczycielka. - Nie jest
ono podobne do żadnego z pozostałych, a więc można powiedzieć
- oryginalne...

- Bo i ten, co pisał, oryginalny - mruknęła Danka. - W cyrku za
pieniądze można by go pokazywać - dosłyszeli ją tylko najbliżsi.

- ...jest tu kilka dowcipnych sformułowań, może je autor
pożyczył od Wiecha?

- Autor? Na pewno jakiś lizus! - syknęła Grażyna.

- To Kowalski! - nachyliła się do przyjaciółki Danka, ale zaraz
po tej informacji spostrzegła, że Grażyna zaczęła uważniej
słuchać wypowiedzi nauczycielki, a nawet rozpogodziła się
zupełnie.

- ...przede wszystkim widzę tu próbę samodzielnego myślenia.
Można się z sądami autora zgodzić lub nie, ale niewątpliwie są to
myśli własne, wnioski, które autorowi rzeczywiście nasunęły się
po przeczytaniu wiersza. Posłuchajcie.

Tu nauczycielka przeczytała na głos wypracowanie Michała, a
w klasie co chwila wybuchała wesołość, w której nie brali tylko
udziału: Danka, trawiona zazdrością, oraz Michał i Witek, obaj
zaskoczeni pochlebną oceną nauczycielki.

- 219 -

Witek, kiedy go w sobotę Michał zapoznał ze swą pracą,
ostrożnie dobierał wyrazy, nie chcąc przyjaciela dotknąć, ale o los
wypracowania, o stopień, który był w tym okresie bardzo ważny,
niepokoił się, podobnie jak i Agnieszka. Wtedy - bo dziś, po
wczorajszym, ta sprawa była mu raczej obojętna.

Trzeba przyznać, że wiele par oczu patrzyło na Michała z
zainteresowaniem. Zdanie nauczycielki ukazało kolegę w całkiem
nowym świetle.

Tylko Danka Majewska, już na korytarzu podczas przerwy,
spojrzała złośliwie i zapytała:

- Michał, czy ty piszesz wiersze?
- Ja? Wiersze? A bo co? - Michał był wyraźnie zaskoczony.
- Nic, tylko jeżeli nie... to szkoda. Wielka szkoda! - Danka kpiła
już w żywe oczy. - Bo gdybyś pisał wiersze, to znaczy, gdybyś
wiedział co z czym do rymu, mógłbyś zostać wieszczem...
Wszyscy, którzy słyszeli te słowa, wybuchnęli śmiechem.
Michał w pierwszym impulsie chciał się rzucić na Dankę, ale w
mgnieniu oka zmienił zamiar i oświadczył:
- Phi! Gdybym tylko chciał... Nawet i o tobie ułożyłbym coś do
wiersza.
- Ejże! Spróbuj - podjudzała Danka.

- Jak ja tę Majewską
zrobię na niebiesko,
to się tej Majewskiej
przyśni król Sobieski.

- 220 -

- Co za wiersz! Co za wiersz! No i co dalej? - droczyła się
Danka, zadowolona pomimo wszystko z uwagi, jaką skupiła na
sobie.

- Co dalej? Pojechali! Szczegóły jutro w prasie i w afiszach.
Witek, idziemy!...

Skręcali w ulicę przed szkołą, kiedy dogoniła ich Danka.

- Słuchaj, Michał - mówiła zadyszana - Grażyna, Grażyna
powiedziała, żebyś i o niej jakiś wiersz ułożył, i... jeżeli ułożysz,
to ona pozwoli ci teczkę nosić... Nawet dziś...

- Ja? Ja do noszenia teczki? Ludzie, czy ja dobrze słyszę?!...

- Spodziewałam się tego po tobie i mówiłam Grażynie, ale ona
koniecznie, żeby ci powtórzyć, że ty na pewno bardzo się
ucieszysz - wyraz na pewno Danka podkreśliła nie bez szyderczej
satysfakcji - więc powtórzyłam. I co?

- Co? Powiedz jej krótko: ucho od śledzia!

Danka popędziła do czekającej na nią przyjaciółki, a Michał
wzruszył ramionami.

- Teczkę nosić! Jeszcze czego! Witek, zróbmy zgrywę! Jutro
pójdziesz do Grażyny i powiesz niby ode mnie, że jeżeli chce, to
pozwolę jej odnosić moją teczkę pod sam dom. Dobrze? Powiesz?

- Dlaczego ja? Niech to zrobi Wieczorek.

- Ten głupi Wieczorek?

- Głupi, głupi... a przez wszystkie przerwy chowałeś się z nim
po kątach. I ze Zbyszkiem też. Pogodziliście się? - głos Witka
pełen był ironii.

- Po pierwsze, nie gniewaliśmy się. Po drugie, widzisz, jak mnie
rozrywają? - Michał pęczniał z dumy. - I chłopaki mnie ciągną, i
dziewczyny, co? I nauczycielka mnie pochwaliła za... jak to ona
powiedziała... samodzielne myślenie, tak?

- 221 -

- Gdyby twoje wypracowanie dostała pani Tołłoczko, byłoby
inaczej. Można powiedzieć... całkiem na odwrót.

To mówił Witek, Witek, któremu przyjaciel dotąd bardzo
imponował. Przyjaciel! Otóż to właśnie! Witka zaufanie do
przyjaciela i wiara w przyjaźń zostały boleśnie zachwiane.

- Mnie się ta nowa nauczycielka podoba - oświadczył Michał. -
Lepsza.

- Lepsza? Dlatego, że ci dwói nie postawiła? - mówi z
przekąsem Witek. - Pani Tołłoczko przyczepia się czasem,
owszem, ale to przeważnie na dobre wychodzi. Gdyby nie była
dobrą nauczycielką, nie dostałaby Złotego Krzyża. A ona dostała,
wiesz?

- No, to co ? Jak do klasy wejdzie, to się aż zimniej robi - nie
ustępował Michał.

- Zdaje ci się. A zauważyłeś, z jaką ładną zawsze książką
przychodzi? To są wszystkie jej własne książki. Pani Tołłoczko
woli nie zjeść lepiej, nie kupi sobie nic do ubrania, a szuka takiej
książki. Nie widziałeś, ile ich ma u siebie na półce?

- Phi! Czy to takie ważne? Wolę, że ta nie ma takiej skrzywionej
twarzy, uśmiecha się, zęby ma ładne.

- Zęby to jeszcze w człowieku nie wszystko - mówi znacząco
Witek i po chwili dodaje: - Mnie tam nic do tego. Jak chcesz
dobierać sobie otoczenie po zębach... dobieraj.

- Po zębach? Jak to?

- Wieczorek ma ładne zęby, Zbyszek też. Pasują do ciebie,
proszę bardzo.

- A właśnie, że nie! - roześmiał się szeroko Michał, jakby chciał
pokazać cały swój dobrany garnitur. - Zęby to oni może mają
pokazowe... ale pomyślunek nie bardzo.

- Poduczysz ich!

- 222 -

- Ani mi się śni. Nawarzą sobie piwa,,, niech spróbują, jak
smakuje. Mnie przy tym nie będzie.

- Piwa? - Witek wysoko podniósł brwi i nie powiedział nic
więcej. Nie będzie się dopytywał sekretów, jakie łączą Michała ze
Zbyszkiem i Wieczorkiem, ma swoją ambicję.

Ale Michał dziś udziela informacji chętnie, nawet i nie pytany.
Wyczuwa, że Witek wczorajszego nie zapomniał, i chce go
przejednać.

- Powiem ci - znowu się obejrzał - ale Witek, słowo? Nie
wygadasz się?

- Jak nie masz pewności, to możesz mi nic nie mówić, obejdę
się. Ja ci swoją tajemnicę odkryłem bez przysięgi - dorzucił z
wyższością, ale i goryczą w głosie.

- Zgoda. Ale to była tylko twoja tajemnica. Zresztą żadnego
porównania nie ma. To jest grubsza rzecz. No, ale powiem ci...

- Jak chcesz - ton był obojętny, tylko uszy Witka zaczynały z
lekka różowieć.

- No więc, bez długiego gadania: oni chcą zorganizować paczkę.

- Paczkę? - teraz i Witek obejrzał się. - I co?

- Na razie nic: dobierają. Chcą, żeby to była pierwszorzędna
paczka. Dlatego mnie ciągną. To będą żule, wiesz?

- Żule? To znaczy złodzieje?

- liii... jacy tam złodzieje? Za mocne słowo. Żule to takie więcej
rozrabiaki, żeby wesoło było.

- A ja ci mówię, że złodzieje. O niczym nie myślą, tylko żeby
gdzieś podkraść. Tatuś czytał na głos w gazecie. Słyszałem
dobrze.

- Dziecko jesteś. Nie wiesz, że w gazecie muszą z igły widły
zrobić? Inaczej ludzie nie czytaliby. Wieczorek zawsze pieniądze

- 223 -

ma i jeszcze drugim funduje. Wichan też forsiasty, widać, że mu
rodzice nie żałują. Po co mają kraść?

- Mnie żeby nawet na kolanach prosili... nie chciałbym! I ty nie
powinieneś z nimi, wiesz? Zawsze myślałem, że ten Zbyszek
czymś niedobrym śmierdzi, bo o Wieczorku to nawet nie mówię...
To świnia! I ty chcesz z takimi!...

- Aleś w gorącej wodzie kąpany. Kto ci powiedział, że chcę?
Właśnie, że nie chcę, dlatego mnie tak ciągną. Nie wiedzą, że
mnie jutro już tu nie będzie, i umawiają się, żeby się w sobotę
spotkać - Michał wybuchnął śmiechem. - A ja już będę łaził po
naszym ogrodzie i gdzie tylko! W każdą dziurę zajrzę! Robota na
mnie czeka nie wąska!

- Powiedziałeś, żeby się odczepili? - nastawał Witek.

- Po co? Niech jeszcze trochę poskaczą.

- Ale cię rozrywają! - z satysfakcją przypomniał Witek. - Ja ci
radzę: lepiej od nich odskocz!

- Żebym nawet nie chciał... zaraz jutro muszę odskoczyć o całe
sto dwadzieścia kilometrów. Oj, Witek! - Michał z radości
podrzucił teczkę do góry i złapał ją w powietrzu. - Kiszki kaszane
mama takie robi, że i królowa angielska oblizywałaby palce!
Wiesz? Przywiozę, spróbujesz i ty, co? Spróbujesz?

- Jak poczęstujesz... spróbuję, czemu nie? - powiedział Witek
uprzejmie, ale bez entuzjazmu.

„Twardyś” - pomyślał Michał. - „Ale ja cię rozgryzę".

Wchodząc do przedpokoju, zobaczyli Agnieszkę z miską i
ścierką w rękach. Speszyła się na ich widok i szybko zniknęla za
swoimi drzwiami.

Była w jakiejś starej sukience bez fartuszka, tylko przepasana
ręcznikiem i z głową owiązaną kolorową chustką.

- 224 -

„Że też jej się nie sprzykrzy to ciągłe sprzątanie" - pomyślał
Michał i nawet chciał coś złośliwego zawołać przez drzwi, ale mu
przeszkodziła pani Piotrowska.

- Gdzie wy przepadacie? - krzyknęła wyglądając do
przedpokoju. - Obiad przestygł, do miasta chcę wyjść i nie mogę
się doczekać! Ty sumienia chyba nie masz, że ani o matce ani o
bracie nie pomyślisz!

Michał zamknął za sobą drzwi: dobrze mieć tyle chociaż
swobody, co on u wujka.

W pokoju było mnóstwo słońca, chyba jeszcze więcej niż
zawsze - wiosna przyrzucała co dzień ciepła. Na parapecie za
szybą siedział siwy gołąb i kręcąc dziobem, zaglądał do środka, to
jednym okiem, to drugim. Michał nigdy nie zapomniał po
powrocie ze szkoły sypnąć trochę pokruszonego starego chleba. I
teraz, kiedy szeroko otworzył połówkę okna, gołąb odleciał w
pierwszej chwili na balkon Szafrańców, aby za moment znowu, i
już w towarzystwie, sfrunąć do Michała, dziobać z ręki okruchy, a
nawet dać się pogłaskać.

- Kto umył okno? Ty? - zapytał wujek wróciwszy z pracy.

- Nie - zdziwiony Michał dopiero teraz zauważył, że umyte
szyby aż lśniły. Dlatego wydało mu się w pokoju jaśniej niż
zwykle.

- Nie, nie ja - powtórzył. - Chyba Agnieszka - przypomniał
sobie jej spłoszoną minę i miednicę w rękach. - Sprząta i sprząta.

- Zaraz inaczej wygląda. Trzeba pajęczynę obmieść, bo aż
strach, ile ich tu wisi - obejrzał się Czernik po ścianach. - Może i
podłogę warto by do porządku doprowadzić? Ale już nie zdążę -
westchnął. - Dziś roboty na mieście mam jeszcze do samego
wieczora, a jutro odjazd. Autobus zakładowy już po kontroli.

- 225 -

Wygodny... będzie się jechać niby ekspresem. Wiesz, Michał,
pierwszy raz jadę tak daleko. Ciekawie przecież kawałek świata
zobaczyć...

Po obiedzie Michał poprosił.

- Wujek da pieniądze na benzynę i pastę. Ja się za podłogę
wezmę.

- Dobra. I mnie, i tobie przyjemniej tu będzie po świętach
wrócić do czystego. Żeby nie okno... do głowy by mi może nie
przyszło. Czystość to zawsze przez kobietę - roześmiał się.

- A u Piotrowskich prawie wszystko Witek z ojcem: i trzepali, i
okna myli, i froterowali - bronił męskiego honoru Michał.

- Owszem, ale żeby ich Piotrowska nie nagnała, toby się nie
wzięli. Ja Piotrowskiego dłużej znam... zawsze wolał gazetę
czytać niż sprzątać, ale jak się ożenił, odmienił się...

Michał w potrzebie wszystko potrafił zrobić. Matka go
nauczyła. I teraz, zawstydzony trochę przez Agnieszkę, wziął się
ostro do roboty. Podłoga była zapuszczona, ale nawet najgorszy
brud ustępował, wycierany benzyną i mocną ręką. Przy tym
zajęciu zastała go Agnieszka.

- Wyfroterujesz? - zapytała. - Może ci pomóc?

- Jeszcze czego! Po coś okno myła? - udawał zagniewanego. -
Teraz trzeba i podłogę, żeby pasowało.

- Po to właśnie umyłam - roześmiała się. - Ale nie tylko po to,
Michał, mam do ciebie prośbę.

- No?

- Pomóż mi przynieść ziemi. Sama nie dam rady. Nawyciągałam
z komórki doniczek i chcę je ustawić na balkonie. Pani
Piotrowska obiecała mi dać pelargonie. Ładnie będzie, ciocia się
ucieszy.

- 226 -

- Twoja ciocia wróci i raz-dwa balkon gwoździem zabije. Albo
przeprowadzi się do tego nowego domu. Nie widziałaś? Komisja
dziś była znowu. Radzili, od której strony zacząć rozbiórkę. Po co
ci ta ziemia?

- Nie pomożesz mi? - na twarzy Agnieszki odbiły się przykrość
i zawód.

- Pomogę, czy powiedziałem, że nie? Za pół godziny będę
gotów: zapastuję, niech przesycha, i możemy lecieć po ziemię.
Naszykuj koszyk albo weź ten od Witka.

Kiedy nabierali ziemię, Michała aż korciło, żeby pokazać
Agnieszce pieczarę. Powstrzymał się: Witek jeszcze na niego zły,
może rozgniewałby się więcej?

- Michał - mówi w pewnej chwili, trochę wahając się,
Agnieszka - powiem ci coś...

- No?
- Myszki się znalazły... za tapczanem... widocznie schowały się
tam i zginęły przyciśnięte. Jak dwa plasterki z tektury...
- O raju! To znowu będzie!...
- Nie, nie! Nie trzeba nikomu... Ja tylko tobie w sekrecie.
- Jak chcesz - wzruszył ramionami Michał - mogę nie mówić.
Wracając, z daleka już zauważyli na uporządkowanym
poprzednio placu kilka ciężarówek i mnóstwo wrzeszczącej
dzieciarni.
- Co tam się stało? - zainteresował się Michał. - Podejdźmy!...
Dzieciaki podnosiły wrzask niesamowity z radości. Dla ich
uciechy przywieziono tu starą, ogromną łódź, na której można
było doskonale odbyć podróż dookoła świata. Jeżeli komu nie
odpowiadał taki środek lokomocji, w innym miejscu placu czekał

- 227 -

na podróżnych ogromny samochód. Wrak to był tak samo, jak
łódź, ale od czego są skrzydła fantazji?

Siedzący za kierownicą chłopak kręcił nią z takim zapałem, że
najmniej domyślny człowiek rozumiał, jak karkołomną i trudną
drogą pędzi ten wehikuł.

Największy jednak tłok i wrzawa skupiły się wokół małej
samoczynnej karuzeli na cztery foteliki. Tu porządku pilnował
jakiś mężczyzna. Nie mniej rozradowany niż amatorzy
przejażdżki ustalał kolejność, pokazywał, jak należy chwytać za
okrągłą poręcz, aby się kręciło. Gdyby nie jego pomoc i opieka,
pole zabaw łatwo mogłoby się przeistoczyć w pole bitwy.

I Agnieszka, i Michał z zainteresowaniem przyglądali się
urządzeniom, które przeznaczone były chyba dla młodszych od
nich, ale....jeszcze nęciły.

- Na tej łodzi fajnie można by się bawić w piratów, co? -
wypalił Michał i zawstydził się nagle. - Eee... tak tylko mówię...
chyba rozumiesz?...

- Rozumiem - kiwnęła głową Agnieszka - ale wiesz, Michał,
wieczorem, jak się ściemni, jak tu już nikogo nie będzie, polecimy
z Witkiem, co? Nikt tak blisko nie mieszka jak my. Pojeździmy na
tym kręćku, dobrze? Ja się chyba zmieszczę? Jak myślisz?

- Zmieścisz się, Witek też. Ja może, jak brzuch wciągnę, też się
wcisnę. Dobra, przylecimy tu!...

Przyniesionej ziemi starczyło do zapełnienia połowy
przygotowanych doniczek.

Michał obiecuje Agnieszce pomóc i jutro w dźwiganiu ziemi.
Teraz bierze się za podłogę. Po godzinie prosi Agnieszkę, aby
przyszła zobaczyć wyfroterowaną podłogę. Owszem, podłoga
czysta, świeci się, a co najważniejsze, nie tylko na środku: całe,
mizerne co prawda, umeblowanie było odsuwane.

- 228 -

Zapach pasty ściągnął tu i Piotrowskich, i pielęgniarkę, a nawet
pani Leontyna zajrzała.

- Co to za piękny pokój był kiedyś! - opowiadała kręcąc głową.
Tu stała biblioteka, a tu dwa piękne skórzane fotele - pokazywała.

- To i okno umyłeś? - dziwi się pani Aniela. - Ale to już trzeba
zdjąć - podchodzi szybko do ściany i zrywa plakat z Michałowym
dopiskiem u dołu.

Za afiszem ukazuje się na ścianie brudny, ciemny zaciek.

- Zupełnie o tej plamie zapomniałam! - tłumaczy się
pielęgniarka. - Ano, niedługo już tu będziecie popasać. Coś mi
mówi, że ani się obejrzymy, a tu żywo, prędko... przeprowadzka!

- Żeby się pani słowa w złoto obróciły! Słodka godzino! Już się
doczekać nie mogę. Chcielibyśmy w tej drugiej klatce... -
rozmowa przeniosła się na korytarz.

W pokoju została jeszcze na chwilę Agnieszka. Patrzyła na
brudną plamę, która tak nieoczekiwanie wyskoczyła spod
zdartego afisza, i marszczyła śmiesznie nosek.

- Nie podoba mi się to, wcale nie podoba - jęknęła głosem pani
Leontyny, kręcąc jak ona głową, i parsknąwszy tłumionym
śmiechem położyła palec na ustach.

- Czekaj, zakryjemy to. Pinezki masz? - zapytała po chwili.

- Skąd? Chyba Witek ma, widziałem.

- Leć poproś! Żywo, prędko! - Agnieszce zebrało się dziś na
przedrzeźnianie, aż zadziwiła Michała: widział to u niej pierwszy
raz.

Przyniósł kilkanaście pinezek i zastał już Agnieszkę rozwijającą
jakieś rulony.

- To stare afisze z akademii szkolnych. Ciocia mi je dała do
obłożenia książek, ale na co mi tyle? Wybieraj, który chcesz.

- 229 -

Wybrali wspólnie kilka. U wujka nad łóżkiem biegła w dal
wysadzona rosochatymi wierzbami polna droga. Michał wybrał
sobie łowickie roztańczone wesele. Wyglądało to dziwacznie,
pstro, ale odwracało uwagę od brudnych, popękanych i
poplamionych ścian.

- Słodka godzino! - podziwiała efekt pomysłu Agnieszka
składając ręce jak Piotrowska i oboje, po cichu, niby spiskowcy,
śmiali się wesoło.

Czernik, wróciwszy późnym wieczorem, kiedy barwy plakatów
grały w ostrym świetle zawieszonej u sufitu żarówki, aż
przystanął na progu.

- Co to? Wytapetowałeś - spoglądał po ścianach mimo woli
szukając znajomego, co dzień oglądanego napisu.

- A co, nie podoba się wujkowi? Nie lepiej? - uśmiechnął się
ubawiony zaskoczeniem wujka Michał.

- Lepiej... pewno, że lepiej - odpowiedział trochę zażenowany,
ale i zadowolony mechanik.

Ciemno już. Agnieszka, Witek i Michał urywają się na plac.
Rozespany Henio zostaje w domu i nie wie nawet, że go ominęła
taka rozrywka.

Zmieścili się. Nawet Michał się wcisnął. Kręcili się bez
pamięci! Co za frajda!

Tylko kiedy przyszło do wysiadania - Agnieszka i Witek ledwo
wyciągnęli Michała z żelaznej obręczy fotelika, obliczonego na
szczuplejszych pasażerów.

- 230 -

Michał wiercił się na łóżku i pomimo zmęczenia długo nie mógł
usnąć.

Jutro o tej godzinie będzie już dawno w domu. Lekcje na pewno
skończą się wcześniej, ale pociąg do Łodzi idzie albo rano, albo
dopiero wieczorem. Najtrudniej czekać, kiedy zostają tylko
godziny... W domu o nim myślą... Michał to czuje... Mama chyba
jeszcze nie śpi: ostatnie dni przed świętami, tyle roboty... Może
pierze?... Małe już śpią, ale w dzień na pewno o nim mówiły...
Żeby im takiego kręćka pokazać! Musi mamę poprosić, niech tu z
nimi przyjedzie, póki biletu jeszcze nie trzeba za nie płacić...
Michał zaraz jutro będzie mamę namawiać... I zaraz jutro opowie
małym, jak tu jest... Lizaki im da... jutro...

Ju-tro!... Ju-tro!... Ju-tro!... we śnie miarowy stukot pociągu
unosi go do upragnionego celu.

15.

Nazajutrz budzi się wcześnie jak nigdy. Wujka już w pokoju nie
ma, ale wystarczy spojrzeć na wiszącą „cebulę" - jest jeszcze dużo
czasu. Michał nie może uleżeć. Wstaje, ubiera się, ale nie
wychodzi z pokoju. Nie chce, żeby go ktoś zobaczył, żeby
zapytał, a może bez pytania odgadł, co mu spędziło sen z powiek.

Do wyjazdu ma już wszystko przygotowane: niewielka paczka z
bielizną i trochę drobiazgów w starej, sfatygowanej teczce.
Jeszcze tylko bilet, na który wczoraj otrzymał pieniądze.
Oddzielnie, całe dwieście złotych, wujek dał na prezent dla mamy.
„Niech sobie matka coś kupi. Niech wie, że ma brata, który o niej
pamięta" - tak wujek powiedział. Ale Michał mamie tych
pieniędzy do ręki nie da. Oho! Dużo by z nich zostało dla mamy!
Zaraz znalazłoby się sto dziur do zatkania. Ucho od śledzia!

- 231 -

Michał pójdzie z mamą do sklepu, wybiorą tam ładny materiał
na letnią sukienkę - taki, żeby się mamie podobał, ale będzie się
mówić, że to niby na prezent od wujka dla pani Piotrowskiej,
niech mama kupi według swojego gustu. Dopiero kiedy już
zapłacą - Michał powie: To dla mamy!...

Jedna tylko sprawa kładzie się ciężarem na piersiach, chmurą na
czole: ojczym. Ale Michał od początku, od samych drzwi, tak się
postawi, że ojczym zacznie się z nim liczyć. To po ojcu dom, to
Michał będzie miał kiedyś do niego prawo - nie ojczym!...

I na samą myśl o jakichś zmianach w domu czy na podwórku,
przeprowadzonych według woli tamtego, Michałowe szczęki
zwierają się mocno, aż boleśnie.

Patrzy na zegarek. Gdyby jeszcze teraz wyskoczyć, a złapać
tramwaj na dworzec - mógłby pojechać rannym pociągiem. Ale
nie... nie może tak odpłacić wujkowi... trudno...

Za drzwiami u Szafrańców rozmowa. Znowu o tej paczce od
synowej. Że też oni mogą myśleć o jednej rzeczy tak długo!
Paczka przyszła wczoraj i jest dużo skromniejsza niż poprzednie,
ale przecież spodziewali się tego.

Po co o tym ciągle?...

- ...Kawy tylko dwa pudełka.

- ...a tytoniu wcale.

- Może już w ogóle nic nie przyśle? Nie podoba mi się to
wcale... o, wcale nie podoba.

- Znajdź, Leoniu, ten adres Helenki... Napisz... Zawsze coś
odpowie...

- Dobrze, Franiu... Jak tylko wstanę... poszukam. I napiszę do
niej, co i jak. Sam anioł archanioł w naszym położeniu też nic
innego nie wymyśliłby...

- 232 -

W mieszkaniu zaczyna się ruch. Ktoś przechodzi przez pokój
Szafrańców. To już u Piotrowskich zaczynają się krzątać. Czas
robić śniadanie.

Wychodzą do szkoły we troje i po drodze Agnieszka
przypomina Michałowi o ziemi do kwiatów.

- Dobra. Polecimy zaraz, jak tylko ze szkoły wrócę.
- Ja przyjdę wcześniej od ciebie. Wychowawczyni powiedziała,
że dzisiaj będą tylko trzy lekcje.
- O raju! - zazdrości Witek. - A u nas pięć. To
niesprawiedliwość.
- Witek, zwagarujemy - namawia Michał. - Ja dzisiaj i tak nie
wytrzymam!
- Nie róbcie tego - perswaduje Agnieszka. - Przed samą
wywiadówką? I po co? Przecież i tak wcześniej pociągu do Łodzi
nie masz?
- Ale chcę wyszykować komórkę na króle.
- Ja ci pomogę - ofiarowuje się Witek. - Po ziemię z wami iść
nie mogę: mama dziś do magla naszykowała, muszę pomóc.
Dopiero potem będę wolny.
- A wieczorem polecimy na „kręćka", dobrze? - pyta Agnieszka.
- Beze mnie! Ja już będę się kręcił u siebie w domu - mówi
wesoło Michał i widać, jak bardzo mu do tego spieszno.

Szósta klasa także miała trzy lekcje. Na polskim więcej było
rozmowy o tym, kto i gdzie się w czasie świąt wybiera albo co ma
zamiar przeczytać.

Pani Kołudzka zapowiedziała, że wkrótce po świętach będzie
wypracowanie na wolny temat. Oganiała się żartobliwie
pytaniom, nie chciała nic więcej wyjawić, ale kiedy dziewczynki

- 233 -

przyparły ją do muru argumentem, że może w święta znajdzie się
chwila do namysłu - ustąpiła.

- No więc dobrze, to będzie wolny temat: „Zielone rękawiczki".
- Zielone? Dlaczego? Do kogo należały te rękawiczki? Czy to
może jaka historyczna postać? Pewnie to z teatru, proszę pani,
tak? - padały ze wszystkich stron pytania, aż nauczycielka
zamachała rękami koło uszu, broniąc się niby od natrętnego
brzęku komarów.
- Nic więcej! Ani słowa! Puśćcie wodze fantazji i zobaczymy,
dokąd ona pogalopuje.
Nawet Witka zastanowił niezwykły temat, więc kiedy ochłonął
z pierwszego wrażenia, zagadnął Michała:
- Co ty na to?
- Nic - odparł. - Głupi byłbym, żeby się dziś martwić o jakieś
tam rękawiczki, zielone czy niezielone. Mnie teraz najbardziej
obchodzą święta, a reszta? Ucho od śledzia, i kropka!
Na ostatnią godzinę tego dnia klasę szóstą wziął pod opiekę
biolog i wyruszono szukać wiosny. Nazywało się to „obserwacje
przyrodnicze", ale tylko garstka najgorliwszych asystowała
nauczycielowi. Reszta rozłaziła się pod byle jakim pozorem,
skupiała na wezwanie nauczyciela, aby za chwilę znowu
podstawić twarze i grzbiety głaskaniom wiatru i słońca. Ferie
świąteczne stały już na progu i nie było siły, która by o tym kazała
zapomnieć.

Agnieszka dźwigała koszyk, udając, że wcale nie jest ciężki.
Michał sam musiał proponować zmianę ręki.

- I na co ci aż tyle ziemi! Zobaczysz, że się pod twoimi
donicami balkon oberwie - straszył ją Michał.

- 234 -

- Nie boję się, przecież to nie wszystko dla mnie. Ten koszyk -
wracali już z drugim - to na balkon od podwórza.

- Dla Szafrańców? - Michał przystanął i postawił koszyk na
trotuarze.

- To ja dźwigam jak głupi dla tych trzęsiłebków? Agnieszka, ty
chyba rozumu nie masz?

- Nie mów tak. Wiesz dobrze: największa przyjemność pana
Szafrańca... ten balkon. Trzeba mu pomóc... Przecież...

- A co mnie obchodzą jego przyjemności? - przerwał jej
brutalnie. - Mam to w nosie! Szafrańcowa, żeby mogła, toby
mnie. do domu nie wpuściła! Tyle tygodni patrzyła na mnie jak na
powietrze! Chociaż ją prze... - zająknął się, nie chciał Agnieszce
powiedzieć o chwili upokorzenia - przekonywałem, że nie ma
racji. I do wujka o byle co leciała z jęzorem!...

- Nie mów tak, Michał - powtórzyła Agnieszka. - Przecież ty nie
jesteś taki!

- Nie jestem? - rozzłościł się Michał. - Nie, to masz, sama ten
piach dźwigaj! Ja się wysługiwać byle komu nie będę - to mówiąc
puścił ucho od koszyka i zostawiając Agnieszkę w połowie drogi,
poszedł mocnymi krokami przed siebie.

Obejrzał się jednak raz i drugi: Agnieszka unosiła koszyk w
obydwóch rękach, opierała go na brzuchu, posuwała się w ten
sposób kilka kroków naprzód i przystawała, aby trochę odpocząć.
Nie wołała za nim, nie zatrzymywała nawet gestem, chociaż
widziała, że się oglądał w jej stronę.

Zawrócił gwałtownie. Poniósł z nią koszyk, znowu rzucając
pełnymi pogardy słowami:

- Głupia! Za darmo! Przecież ci nie zapłacą!

- Zapłacą.

- 235 -

- Aaaa! Jak zapłacą, to co innego - gniew Michała opadł. -
Trzeba było od razu tak mówić. Ile?

- Tyle, ile ty ode mnie weźmiesz za tę ziemię dla mnie -
odpowiedziała zadyszana. - No ile?

- Ja od ciebie?! Nie było o tym mowy.
- No to ja od nich też tyle samo. I nie zgrywaj, żeś taki kamień.
Już ja swoje wiem.
- Tyle wiesz, co zjesz - burknął Michał i później przez dłuższy
czas nie odzywał się, dopiero w bramie przystanął i powiedział:
- Sama im tę ziemię przyniosłaś, żebyś pamiętała: sama! Ja z
tym nic wspólnego nie miałem. Ucho od śledzia, rozumiesz?
Wniósł koszyk na schody - postawił przed drzwiami i jeszcze
raz powtórzył:
- Pamiętaj: piśniesz słowo, to zobaczysz. - Podsunął jej pod nos
zwiniętą pięść, aż się żachnęła, i pognał na podwórko.

Wujek wybierał się w swoją wielką podróż zaraz po obiedzie.
Miał jeszcze na Pradze jakieś sprawy do załatwienia i nie chciał
wracać drugi raz taki kawał drogi.

Ubrany w lepszy garnitur, świeżo wygolony, z plecakiem na
ramieniu wyglądał młodziej niż zwykle. Widać było, że jest
przejęty wyjazdem, chociaż nadrabiał miną. Żegnał się kolejno ze
wszystkimi.

- Szczęśliwej drogi! Szczęśliwej drogi! - powtarzała pani
Aniela. - A niech pan wraca żywo, prędko z tych zagranic! Źle
nam tu bez pana będzie!

- ...jak się zlew zatka - dokończył z głębokim przekonaniem
Henio.

- 236 -

- Zdrowia, panie Michale! Zdrowia! Niech pan uważa, żeby się
czym nie zatruć! - ściskali wujka za ręce oboje Szafrańcowie.

- A niech pan tam gdzie serca za górami nie zgubi - żartowała
Piotrowska. - Czeszki podobno ładne i gospodarne, ale miałby pan
kłopot ze sprowadzeniem żony.

- Zastanowię się. A byłaby dobra okazja: metraż przydzieliliby
mi większy - odcinał się wujek z humorem.

Witek, Michał i Agnieszka odprowadzili mechanika do
przystanku autobusowego.

- No to cześć! Bywajcie zdrowi! Michał, kłaniaj się całej
rodzinie! - wołał wujek z platformy autobusu. .

- Szczęśliwej drogi! Szczęśliwej drogi!...

Biegiem wracają do domu. Michał wstydzi się zapytać
Agnieszki, która godzina, ale chyba to już niedługo.

W pokoju układa w szafce narzędzia, które wujek w pośpiechu
zostawił na stole, chce jeszcze zajrzeć do Agnieszki i poprosić,
żeby pamiętała o gołębiach, kiedy ona sama uradowana wpada do
pokoju.

- Michał! List od cioci przyszedł! I paczka do ciebie! Jaka duża!
Trzymaj!

- Paczka? - dziwi się Michał. - Do mnie?
Agnieszka podchodzi do okna i niecierpliwie otwiera kopertę.
Przebiega oczami list i czyta miejscami na głos:
- Cioci gorączka spadła, dobrze się czuje, zadowolona jest z
wygodnego pokoju i napatrzyć się nie może pięknu górskiego
świata. Była już nawet kilka razy na krótkich spacerkach, a z okna
wprost patrzy na Giewont... Na Giewont... Michał, wiesz -
odwraca się nagle od okna i dalsze słowa zamierają jej w gardle.

- 237 -

Na brzegu stołu leży na wpół rozwinięta paczka. Papier pokryty
dużymi plamami tłuszczu pozwala domyślać się zawartości. Obok
paczki leży niebieska, również przetłuszczona koperta i kartka
papieru.

Michał stoi przy szafie, nawet jest oparty o nią plecami. Twarz
ma szarą i usta mocno zaciśnięte.

- Co tobie, Michał? - biegnie do niego Agnieszka. - Słabo ci?
Połóż się! - troskliwie doprowadza go do łóżka. - Mój Boże! To
pewnie od dźwigania ziemi! I jak ty sam pojedziesz? Jeszcze ci
się co w drodze stanie? Jak ty pojedziesz?

- Nie pojadę - mówi Michał z wysiłkiem. - Nie pojadę...

- Tak? Może to i lepiej. Ja do twojej mamy napiszę, żeby się nie
martwiła.

- Nie trzeba. Mama nie chce, żebym przyjechał. - mówi Michał
głuchym, nie swoim głosem, ale bladość powoli ustępuje z jego
twarzy. - Mama nie...

Nie kończy, spogląda na Agnieszkę, jakby ją dopiero w tej
chwili zobaczył, zrywa się z łóżka, obraca w prawo, w lewo i
zanim dziewczyna może mu w tym przeszkodzić - już go nie ma.
Strzeliły gwałtownie zatrzaśnięte drzwi na klatkę schodową.

Jeszcze dudni łomot obcasów za ścianą, kiedy do pokoju
zaglądają przestraszeni lokatorzy.

- Co to? Co tak huknęło? - pyta pani Piotrowska.

- Gdzie Michał? - chce wiedzieć Witek.

- Myślałam, że sufit zaraz nam na głowę zleci - jęczy
Szafrańcowa.

- Agnieszko, byłaś tu? Wiesz, co się stało? Powiedz - żąda
spokojnie, ale stanowczo pani Aniela.

- Byłam tu, byłam - odpowiada przestraszona. - Przyniosłam
Michałowi paczkę, o - pokazuje na stół. - Czytałam list od cioci, a

- 238 -

Michał rozcinał sznurki. I... Kiedy się odwróciłam, bo stałam przy
oknie, to Michał wyglądał, jakby miał zemdleć. Ale nie zemdlał,
oczy miał cały czas otwarte. Przestraszyłam się, mówię, że nie
może sam do Łodzi... A on... tak jakoś dziwnie: „Mama nie chce,
żebym przyjechał"... i uciekł...

- Ta paczka? - rozwija papiery pani Aniela. - Tak, to od matki.
Świniaka na święta bili. A tu list. Zaraz, gdzie moje okulary?
Trzeba przeczytać, dopiero będziemy mądrzy.

Kochany synu!
- czyta na głos. -

Na święta zostań z wujkiem. Tak będzie lepiej
dla nas wszystkich. Za dwa tygodnie przyjadę.
Wszystko ci powiem. Życzę Warn zdrowych i
wesołych Świąt.

Kochająca matka

Ano, tak... - pani Aniela złożyła kartkę, wsunęła ją do koperty i
ciężko westchnęła. - Tak to bywa na tym świecie!

Agnieszka chodzi z kąta w kąt i nie może sobie znaleźć miejsca.
Wziąć się za okładanie książek szkolnych? Pocerować
pończochy? I balkon jeszcze niezupełnie doprowadzony do
porządku: żelazna balustrada pokryta rdzą, łuszczącą się,
obrzydliwa, co by tu na nią wymyślić?

Ale nie myśli, przynajmniej nie o tym. Agnieszka staje w
otwartych na Powiśle drzwiach balkonu i spogląda w obie strony
ulicy: może dojrzy barczystą sylwetkę Michała? Chciałaby mu

- 239 -

tyle powiedzieć, wytłumaczyć, pocieszyć, ale dobrze rozumie: nie
takie to łatwe...

- Agnieszka - odzywa się za jej plecami Heniuś - mama kazała,
żebyś do nas przyszła na kolację. Leniwe pierogi ze śmietaną.
Lubisz? Ja bardzo lubię. Chodź!

- Nie wrócił? - pyta krótko pani Piotrowska. - Może siedzi w
komórce na podwórzu?

W czasie kolacji nikt już Michała nie wspomina, ale czuje się,
że myśl o nim zabrała pogodny, przedświąteczny nastrój.

W komórce nie ma Michała. Schowek pod schodami - też pusty.
- Pewnie poszedł na miasto - mówi do Agnieszki Witek. - Bo
przecież do domu nie pojechał, co?
- Nie pojechał: wiatrówka wisi na krześle i teczka w pokoju, i
paczka. Chyba nie pojechał...

Późno, chyba koło północy, chrobocze zamek, lekko stukają
ostrożnie zamykane drzwi.

Agnieszka budzi się i wygląda do przedpokoju. Nie widać
światła w szparze między drzwiami a progiem, nie świeci przez
dziurkę od klucza. I dopiero kiedy słyszy zgrzytanie żelaznego
łóżka - pewna jest, że Michał wrócił na noc do domu.

- Nie, moja kochana, nie! On się nie da lubić i na to już chyba
nie ma rady - opowiada pani Aniela Agnieszce. - Dziś rano, była
może godzina szósta, szykowałam się na dyżur do szpitala. Patrzę
przez okno, Michał kręci się koło komórki. Myślę sobie: znowu
gdzieś na cały dzień pójdzie jak wczoraj. Żal mi się go zrobiło...

- 240 -

dziecko przecież, chociaż taki wielki... więc żywo, prędko idę na
dół i mówię jak człowiekowi, żeby sobie tak do serca nie brał, bo
matka musiała mieć jakieś powody. Zresztą przyjedzie...
wytłumaczy. A ten, wilkiem na mnie spojrzał, twarz mu się taka
jakaś zrobiła długa, jakby schudł, i mówi: „Skąd pani wie?". „Z
listu, co na stole leżał" - odpowiadam, bo to przecież nie żaden
sekret. A ten jak nie skoczy, jak nie zaklnie! Aż Szafraniec na
balkon wyjrzał, kto tak krzyczy. Mówię ci: żałowałam, że w ogóle
się do niego odzywałam. A chciałam go kawą poczęstować...
Niedobry to chłopak.

W czwartek wieczorem Agnieszka z Witkiem i Heniem
farbowali jajka, kiedy do kuchni wtoczyła się zaniepokojona,
zasapana i aż czerwona od pośpiechu pielęgniarka.

- Pimpusia nie widzieliście? Nie przyleciał tu sam? - pytała
rozglądając się na wszystkie strony. - Nie słyszeliście go na
podwórku?

- Nie. Wyszedł z panią na spacer. A co? - dopytywali. - Urwał
się ze smyczy?

- Sama go na chwilę spuściłam, żeby po trawie pobiegał.
Przystanęłam, bo spotkałam znajomą, co wróciła z sanatorium.
No, może dwie minuty potrwało... oglądam się: Pimpusia nie ma.
Jak kamień w wodę! Wołam na wszystkie strony... nic, ani śladu.
Myślałam, że tu... O Boże! Pewnie mi go ktoś ukradł! Taki piękny
pies!...

Pani Aniela, zawsze dzielna, zawsze energiczna, zawsze od razu
wybierająca najwłaściwszy sposób działania - teraz stoi drżąca,
bezradna, a łzy toczą się jedna za drugą po jej różowej twarzy.

Kto tylko mógł, pomagał szukać Pimpusia. Było jeszcze widno,
zaglądano w każdy kąt, w każdą dziurę, nawoływano - na próżno.

Prawdę powiedziała pani Aniela: jak kamień w wodę.

- 241 -

- Na co mi święta! Nic mnie nie cieszy - mówiła na drugi dzień
do Piotrowskiej struta zmartwieniem pielęgniarka. - Co wejdę do
pokoiku... jakby mi ktoś umarł. W oba dni wzięłam płatny dyżur.
Nie chcę być w domu! Nie chcę nic szykować. W pracy
przynajmniej nie będę mieć zgryzoty w pamięci.

- Może się jeszcze Pimpuś znajdzie - pocieszała Piotrowska,
sama nie bardzo w to wierząc. - Jak to na człowieka, nie
wiadomo, z której strony kłopot spadnie - ciągnęła. - Z tym
Michałem też... Podziewa się całymi dniami, nikt nie wie gdzie.
Wygląda jak ostatni łobuz, zaplamiony, obszarpany, brudny. A tu
choćby ze względu na Czernika... nie można go tak zostawić. W
pierwszy dzień na śniadanie zaproszę do nas Agnieszkę...
wzięłabym i jego. Ale jak go przydybać? Na noc przyjdzie...
świtkiem gdzieś leci...

16.

Michał rano w Wielką Niedzielę zaspał. Zbudziła go dopiero
stojąca nad łóżkiem Piotrowska. Kilkakrotnie trącała go w ramię:

- Michał, Michał, ocknij się! Chrapiesz, aż się rozlega. - Michał
otworzył oczy. - Wstawaj, ogarnij się i przychodź do nas na
śniadanie.

- Nie chcę! - mruknął i obrócił się plecami do Piotrowskiej,
która nie spodziewając się niczego lepszego, nie obraziła się.

- No, no, nie każ się prosić. Do sąsiadów idziesz. Jakby wujek
był, tobyś razem z nim przyszedł. Wujek co roku jest u nas na
jajku - odczekała jeszcze chwilę i dorzuciła: - Witek po ciebie
przyjdzie.

- 242 -

Po jej wyjściu Michał skoczył z łóżka jak wyrzucony sprężyną.
Ubrał się prędko, ledwo zgarnął pościel, cały czas obmyślając, jak
się niepostrzeżenie wymknąć z domu. Ale na to było już za późno.
Po korytarzu kręciła się Agnieszka, dreptał Henio, Piotrowski
wychodził na podwórko. Mogli Michała zobaczyć z okien, z
balkonu.

Co robić? Za nic nie chciał z nimi rozmawiać. Nie chciał, żeby
go widziano i wołano za nim.

Z usłyszanych przez ścianę rozmów wynikało, że pielęgniarka
wyszła na cały dzień, a Szafrańców zabierze do siebie jakaś
znajoma. Piotrowscy idą w gości do rodziny. Na pewno wezmą ze
sobą Agnieszkę. W domu będzie pusto - będzie spokój.
Nareszcie!!!

Witek puka do drzwi. Nikt nie odpowiada. Naciska klamkę,
wchodzi - nikogo.

- Uciekł? Agnieszka, Michał uciekł! Już go nie ma!
- Nie ma go? Szkoda, że nie zdążyliśmy! - w głosie Agnieszki
słychać szczery zawód, kiedy mówi do Witka z wyrzutem: -
Widzisz, trzeba było wcześniej przyjść, mówiłam, a ty guzdrałeś
się...
- Nie guzdrałem się, byłem gotowy, tylko... Nie rozumiem... I,
Agnieszka, wiesz - mówi z wahaniem w głosie Witek - źle, że on
tak przepada na cały dzień.
- Pewnie... Każdy ma dziś święto, smaczne śniadanie, a on co?...
- Ale nie tylko to... Może go jakie łobuzy przygadają...
- Jakie znowu łobuzy?
- Nie wiesz? Mało to w Warszawie takich różnych? Koniki.
Żule...

- 243 -

- E... to nie dla niego - stwierdza z przekonaniem Agnieszka. -
Możesz być spokojny.

- Jesteś pewna?
- Najzupełniej. On jest rozsądny, praktyczny. Ma przecież
zdolności do nauk ścisłych. Ścisły umysł. On by się nie dał
nabrać...
- Może i racja - zastanawia się głośno Witek. - Często mówi:
„Co z tego będę miał?" Więc chyba..; I taki zdolny, że aż mi
zazdrość. Zobaczysz, on teraz będzie miał najlepsze
wypracowania, złapał dryg. Ale co ty go tak chwalisz? I wczoraj
do tatusia, i dziś...

- Was to po śmierć posłać! - zrzędzi Piotrowska. - Gdzie
Michał? Chodźcie już!

- Nie ma go, mamusiu. Uciekł!
- Uciekł? Niemożliwe! Widzieliście?
- Właśnie, że nie widzieliśmy - wzdycha Agnieszka. - Ja bym go
zatrzymała, ale kiedy przyszliśmy, już go nie było.
- Szkoda - naprawdę żałuje Piotrowska - ale chodźcie prędzej,
bo wszystko naszykowane.
Słysząc trzaśniecie drzwi Michał poprawia zdrętwiałą w
niewygodnej pozycji rękę. Fajnie, że pod łóżkiem też wysprzątał.
Ile tu było kurzu! Zacząłby kichać albo kasłać - znaleźliby od
razu. Ale Witek papla! O mały włos nie wygadał sekretu!...
Za to Agnieszka! Chuchro takie, nie ma na co spojrzeć, a
okazuje się, że rozum ma. O, ma! Przejrzała go na wskroś! Sam o
sobie nigdy tyle nie myślał. Gdyby przy tym był, pomyślałby, że
podliza... Ale tak... „ścisły umysł" to jaki? Chyba lepszy niż
nieścisły. Tak jak ścisłe masło, ścisły materiał, ścisłe drzewo?

- 244 -

A sama Agnieszka - trzeba przyznać - zmieniła się. Kiedy tu
kilka miesięcy temu przyjechała, wydawała się inna. Zmądrzała.
O! zmądrzała!...

Michał ostrożnie, po cichu wydostaje się z ukrycia. Teraz już
nikt nie zajrzy. Zrzuca pantofle i włazi pod kołdrę do łóżka.
Znowu chce mu się spać...

Kiedy budzi się po raz drugi, już bez niczyjej pomocy, w całym
domu panuje cisza. Ciepło, słońce przypieka przez otwarte okno i
Michał, zgrzany, wydostaje się spod nakrycia.

Jest godzina druga po południu. Wszyscy na pewno dawno już
wyszli, ale na wszelki wypadek Michał podchodzi do okna i
ostrożnie przez nie wygląda. Balkon u Szafrańców zamknięty -
znak, że ich nie ma. U pielęgniarki okno założone na antabę - to
samo. Nawet gołębi nie widać - poleciały nad wodę czy
pochowały się gdzie przed słońcem?

Nie słychać codziennego warczenia autobusów i bezustannego
dudnienia tramwajów przy wjeździe do tunelu - święta...

Głód przypomina o sobie. Michał idzie do kuchni, aby postawić
na gazie czajnik.

W łazience przypadkiem spogląda w lusterko i ze zdziwieniem
patrzy na siebie: To on?...

Wykąpany, uczesany, zmienił koszulę i poczuł się trochę lepiej:
pozbierał się. Siadł do śniadania. Kiszki, jak zawsze, udały się
mamie... Sporo przysłała... chyba ojczym nie widział... a może
widział? Może godził się na wszystko, byle tylko nie zobaczyć
Michała?...

Ale mama?... „Zostań na święta z wujkiem"... Z wujkiem!...

Ciekawe, czy też jest jeszcze ktoś, co ma takie święta. Sam, jak
ostatni kołek w rozkradzionym płocie... Ech, lepiej o tym nie

- 245 -

myśleć. Wziąć się w garść i na nic już nie liczyć, tylko na siebie.
Mamie, kiedy przyjedzie za dwa tygodnie, też - ani słowa.
Owszem, bardzo mu tu było wesoło. Chce zostać u wujka na
zawsze, i kropka. I tak pokierować, żeby mamy ani na chwilę nie
zostawiać samej; przy nim ani Piotrowska, ani pani Aniela nie
będzie opowiadać. I mamie nawet przez myśl nie przyjdzie, że w
święta, w takie piękne wielkanocne święta, on tu sam jak pies...

W czasie tych gorzkich medytacji spaceruje po całym
mieszkaniu.

Zagląda do Szafrańców za firankę i widzi na komódce talerzyk
z kraszonymi jajkami. U Piotrowskich stół przykryty białym
obrusem, a na środku babka świąteczna, ozdobiona zielonym
widłakiem. U nauczycielki nic godnego uwagi - tylko balkon
szeroko otwarty, widocznie Agnieszka zapomniała zamknąć...

Michał staje blisko drzwi, na balkon nie wyjdzie, mógłby któryś
z mieszkańców wracać do domu i spostrzegłby go z daleka.
Spacerowiczów mało, chociaż dzień taki piękny - ale to pora,
kiedy wszyscy siedzą przy stole. Częstują się, zajadają.

- Święta! - mówi z goryczą Michał i aż się cofa przestraszony,
bo oto z boku, przewracając mały stołeczek, na którym siedziała,
zrywa się nie mniej przerażona Agnieszka.

- Ale się zlękłam! - śmieje się już. - Byłam pewna, że w domu
nikogo nie ma.

- Ja też tak myślałem - tłumaczy speszony Michał. - Zajrzałem
tu, bo chciałem na ulicę popatrzeć.

- Tak, stąd widać kawał Wybrzeża. Wejdź na balkon, proszę cię.
O, Michał, może mi coś doradzisz: popatrz, balustrada taka
zardzewiała, obrzydliwa, co robić, żeby ją oczyścić?

- Oczyścić? - namyśla się Michał. - Można wytrzeć
szmerglowym papierem, ale to dużo roboty. I po co? Przecież
niedługo się przeprowadzicie?

- 246 -

- Prawda, ale całe lato na pewno tu jeszcze będziemy. Zanim
pelargonie wyrosną i chociaż trochę zasłonią, tak to okropnie
wygląda.

- Pod schodami od podwórza stoi wiadro z tą farbą, co pani
Aniela u siebie odnawiała... Można by balkon zamalować i rdza
byłaby pokryta.

- Świetny pomysł! - ucieszyła się Agnieszka. - Cały balkon
pojaśnieje na kremowo. Tylko czy farba już niepotrzebna?
Zapytam.

- Nietrwała. Kilka deszczów spłucze farbę i po wszystkim.

- Zanim spłucze, będzie ładnie. Ale czy ty nie jesteś głodny? Bo
mnie pani Piotrowska dała tyle ciasta! O, proszę cię, spróbuj!

Agnieszka rozmawia i częstuje w tak naturalny sposób, że
Michał nie każe się prosić. Wyszedł na chwilę do siebie i wrócił z
pokrajaną kiszką na talerzyku.

- Spróbuj... domowa kaszanka. Fajna. A Piotrowscy cię nie
zabrali? - pyta po chwili. - Sama zostałaś?

- Nie chciałam iść. Po co? Oni tam w rodzinie, ja między nimi
jedna obca. Wolałam tu zostać. Poczytałam sobie, popatrzyłam.
Taka ładna pogoda...

- I nie... nudzisz się? - Michał pomyślał: „Nie przykro ci", ale
powiedziało się inaczej.

- Wcale. Ja lubię być sama... Lepiej być samą niż widzieć, że się
przeszkadza.

- Pewnie - przytaknął Michał, ale zaraz spojrzał na nią
podejrzliwie.

- Ja... ja mówiłam o sobie - spostrzegła się Agnieszka i aż
poczerwieniała z zakłopotania. - Widzisz, tam w Rzeszowie nie
krępowano się, żeby mi to często okazywać.

- Przecież u rodziny byłaś?

- 247 -

- Tak. U rodziny, ale...
- Rodziców dawno nie masz? - zaryzykował Michał.
- Mamusi nie pamiętam, znam ją tylko z fotografii. Babcia mnie
wychowywała. Parę lat temu i ona umarła. Byłam już duża i jakoś
dawaliśmy sobie radę. Było zupełnie dobrze... Dopóki tatuś...
- Ożenił się?
- Nie... nie ożenił się...
Agnieszka milczy, Michał nie śmie pytać. Opuszczone, długie
rzęsy rzucają cień na przybladłą twarz dziewczynki, która
przygryza wargi i mężnie walczy z ogarniającym ją wzruszeniem.
Wreszcie niegłośno i powściągliwie zaczyna mówić...

Za najlepszą do zwierzeń porę dnia zwykło się uważać szarą
godzinę, zmierzch życzliwie zacierający wyraz oczu, drżenie ust,
niedyskretny ślad łzy.

A oto na balkonie, w pełnym blasku dnia, otoczywszy
ramionami kolana i oparłszy na nich podbródek - Agnieszka
opowiada przykucniętemu obok Michałowi o trudnych i gorzkich
sprawach, z jakimi zdążyło zetknąć ją życie. Zdania są krótkie,
urywane. Słowa skąpe. A przecież Michał, ten sam Michał, o
którym niedawno mówiło się jeszcze, że nie ma wyobraźni, że
posiada twardą skórę - wszystko rozumie, chwyta w lot, uzupełnia
sobie każde niedomówienie.

- Sama zostałam... odsunęli się... Nienawidziłam. Wszystkich
nienawidziłam!... U tych, gdzie byłam... na każdym kroku... Całe
szczęście, że mnie ciocia zabrała...

Milknie na dłuższą chwilę. Michał oparty plecami o ścianę nie
patrzy na dziewczynę, rad jest, że i ona mówiąc spogląda przed
siebie... Tak - łatwiej...

- 248 -

Po jakimś czasie Agnieszka podejmuje zwierzenia, bo tak chyba
to trzeba nazwać, ale teraz mówi spokojniej. Najgorsze jest już
Michałowi wiadome.

- Powiedziałeś kiedyś: „Za służącą u cioci jesteś". - Twarz
Michała zalewa fala krwi. - W pierwszej chwili bardzo mnie
zabolało, a potem pomyślałam sobie: „No to co? Niech się
nazywa, jak chce. Gdybym nie mogła w jakiś sposób cioci się
odwdzięczyć... byłoby mi na pewno gorzej".

- Chciałbym zarabiać - wzdycha Michał, coraz lepiej rozumiejąc
Agnieszkę. - I ty mówiłaś o tym, pamiętasz?

- Tak. Postaram się od nowego roku o korepetycje. Pan
Grzybowski już mi obiecał. Ty przecież też w matematyce
mógłbyś...

- Nie. To nie dla mnie. Trzeba umieć uczyć. Muszę coś innego
znaleźć. Może w tym nowym bloku będę lokatorom mleko
przynosił albo trzepał, froterował, okna mył? Wszystko mogę
robić.

- No widzisz! - ucieszyła się Agnieszka. - Jakieś wyjście musi
się znaleźć. Chyba na jesień mieszkania będą gotowe?

- Piotrowscy podobno już oglądali i wybierali nawet. Byłaś tam
w środku?

- Nie.
- To chodźmy. Obejrzymy kawalerki. Wujkowi kawalerkę
dadzą.
- Cioci też. Chodźmy...

Na budowę niełatwo się dostać. Stosy cegieł, desek, worków
cementu zagradzały przejście. Ale Michał sprawnie w tym
wszystkim myszkował prowadząc za sobą Agnieszkę.

- 249 -

W pewnej chwili do ich uszu doszedł słaby pisk.

- Szczury? - przestraszyła się Agnieszka.

- Szczury? Co by tu żarły, cegłę? - wzruszył ramionami i
nastawił ucha: - Zaraz! - pisk powtórzył się raz i drugi.

- Szczenięta?...

- A może to Pimpuś? - zawołała Agnieszka.

- Skąd tu Pimpuś? Siedzi pewnie pod łóżkiem pani Anieli i
chrapie.

- Nie wiesz, że zginął? - zdziwiła się Agnieszka.

Nie, dopiero teraz dowiedział się i od razu zaczął nawoływać
psa po imieniu, idąc w stronę głosu. Pimpuś to był, w głębokim
dole po wapnie, ale jakże zmieniony! Po kilku dniach
przymusowego postu zmalał mu wlokący się po ziemi brzuch,
utykał na jedną łapę i słabo merdał ogonem, jednak merdał na
widok przyjaciół i piszczał bardzo żałośnie. Trudno go było
wydostać. Michał przyciągnął deskę, spuścił w dół, ale Pimpuś
pomimo najlepszej woli zsunął się z niej bezsilnie. Dopiero kiedy
Michał umocował kilka poprzecznych szczebli na końcu deski, a
Pimpuś o te szczeble się oparł, ostrożnie wyciągnęli go z dołu na
tej prawdziwej desce ratunku.

- O, ma sznurek na szyi. Widzisz? - zauważyła Agnieszka.

- Chyba go ktoś ukradł. Przegryzł uwiązanie - oglądał pętlę
Michał.

- Mądry pies: urwał się i leciał do domu. Musiały mu się nogi
obsunąć i wpadł tu, biedaczysko.

Pimpuś nie miał siły iść i co kilka kroków kładł się osłabiony,
więc Michał wziął go na ręce, przemawiając tak czułymi słowami,
o jakie Agnieszka nigdy by go nie posądzała.

Nakarmili psa mlekiem z bułką, dostał też kawałek kaszanki.
Agnieszka próbowała oczyścić go z wapna.

- 250 -


Click to View FlipBook Version