Tak ich zastali Witek i Henio wracający z gościny.
- Pimpuś się znalazł! Pimpuchnal - wołali szczerze uradowani. -
Gdzie był, co robił?
- Wpadł na budowie w dół - zaczęła Agnieszka - ledwo go
Michał...
- Jeszcze czego! - krzyknął nagle rozzłoszczony Michał. - Nie
ja!... I żebyś ani słowa!
- Michał, Michał - mitygowała go Agnieszka - jak to...
- Tak to, i ucho od śledzia! Rozumiesz?
- Nie rozumiem - wzruszyła ramionami. - Najważniejsze, że
pani Aniela przestanie się martwić.
Tymczasem cieszyli się Piotrowscy i Szafrańcowie, którzy
wrócili już do domu. Pimpuś był lubiany, a zgryzotę pielęgniarki
widzieli i rozumieli wszyscy. Witek nie odstępował Michała -
kolację muszą zjeść razem.
Agnieszka poszeptała z panią Piotrowską i nakrywała do
jedzenia w swoim pokoju. Piotrowski dopytywał, gdzie Pimpusia
znaleziono, i dziwił się wymijającym odpowiedziom Agnieszki.
Całą prawdę wysypał Henio:
- Pimpka znalazł jeden chłopak, co u nas mieszka. I on go
wydostał, ale Agnieszka ma mówić, że to nie on, boby jej nalał, że
ojej! - informował ojca szeptem.
Kolację młodzież zjadła u Agnisi. Michał tym razem nie
wymawiał się. Przyniósł duży kawał kiszki i dwie pomarańcze,
dzieląc wszystko sprawiedliwie na cztery części, bo Henio tego
dnia zaliczony był również do młodzieży i zaszczyt ten doceniał w
zupełności. Pani Aniela oczy miała widocznie, tak jak Agnieszka,
na mokrym miejscu: znowu płakała, tym razem z radości.
- 251 -
- 252 -
„Po co ona mi to mówiła? Po co? - Michał układa się już do
snu, ale ciągle tyle pytań, tyle myśli ciśnie mu się do głowy. - Czy
chciała przypomnieć, że zachowałem się wtedy jak... jak..."
Brak mu dość ostrego słowa na określenie swego postępku.
Jakie to dziwne: Wtedy dotknięty był dosadnym zwrotem Witka.
Czyż nie powiedział o Agnieszce prawdy, tylko prawdy?
A dziś na samo wspomnienie gorąca fala wstydu oblewa go
całego, aż odrzuca z siebie kołdrę. Co się odmieniło?...
Odmieniło się! Odmieniło... W kopercie była jeszcze druga
kartka do wujka! Mama bardzo dziękowała, że wujek wszystkie
wydatki wziął na siebie, że za Michała nie trzeba ani grosza, na
nic...
Szczęście, że nikt o tym nie wie! Bo chyba nie wie? On sam
wyciągnął z koperty za pierwszym razem tylko jedną kartkę, nie
zauważył drugiej. A jeżeli? Jeżeli wścibska pani Aniela... Jeżeli
powie mu któregoś dnia: „Na łasce u wujka jesteś!..." Michał aż
ręce zaciska, aż zęby zwierają mu się mocno, mocno.
Agnieszka również nie śpi. Siedzi w progu otwartych na balkon
drzwi. Światła stojące na drugim brzegu Wisły tak pięknie
odbijają się w wodzie. Błyskają neony, czerwieni się ogromny,
zawieszony w powietrzu napis ogrodu zoologicznego i z rzadka
huczy biegnący po moście tramwaj.
Agnieszka myśli o sobie i o innych. Początkowo, kiedy
przyjechała, czuła się w tym mieszkaniu trochę jak w teatrze. Co
pokój to inne przedstawienie, inni aktorzy i tyle nowych
obserwacji! Ona też podjęła swoją rolę z całą dobrą wolą.
Czuła się o wiele starsza od obydwóch chłopców. Co oni
wiedzieli o życiu?... Witek wydawał się dziecinny i naiwny!
Zadziorny i gruboskórny Michał - śmieszył. To on właśnie
- 253 -
„podskakiwał jak wieloryb na agrafce", aby jej zaimponować,
aby, broń Boże, nie zachciało się jej nad nim górować.
Później, kiedy po trochu, ze słów ciotki, pielęgniarki i
Piotrowskiej ułożyła się prawda o sytuacji Michała - Agnieszkę
zastanowiły pewne analogie do jej własnych przeżyć. W Wielką
Środę była świadkiem zawodu, jaki spotkał chłopca. Rozumiała
go. O! Nikt nie mógł zrozumieć Michała lepiej niż ona.
Rozumiała również, że Michał oprócz zawodu przeżył i wstyd, i
obawę przed współlokatorami: wyśmieją go! Tak się wyrywał do
domu, a matka go nie potrzebuje!
Jej wstyd był gorszy... Gdyby nie ucieczka do Warszawy, kto
wie, co stałoby się z nią do tej pory...
Dlatego rozumie Michała. Dlatego chcąc mu pomóc
opowiedziała o sobie.
17.
Drugiego dnia świąt sprawiła najpierw dyngusa pogoda.
Wczesnym rankiem przeszła nad miastem burza, po której
mocniej zazieleniły się trawniki i krzewy. Widać było po prostu,
że lada moment otworzą się wszystkie pączki.
Pan Szafraniec podśpiewywał kujawiaka: udało mu się oblać
panią Anielę.
Chłopcy Piotrowskich, pokropieni jeszcze w łóżkach przez ojca,
wzięli odwet na nie spodziewającej się niczego Agnieszce. Teraz
cała trójka czyhała za drzwiami na wyjście Michała. Ale Michał
zamknął się u siebie i ani myślał wychylić nosa pod dodatkowy
prysznic.
- 254 -
Upilnował chwilę, kiedy młoda generacja wyszła na schody, a
gdy usłyszał nawołującego z podwórka Henia - już był pewny:
teraz można przemknąć bezpiecznie do kuchni!
Ale był to przygotowany manewr: Witek i Agnieszka chlusnęli
na niego wodą, zanim zdążył uciec. W korytarzyku pani Aniela
dołożyła od siebie i śmiała się do rozpuku z miny Michała, który z
tej strony nie oczekiwał wcale napaści.
Do południa wesoło było i głośno, tak przy oblewaniu, jak i
zacieraniu śladów dyngusu.
Jedna tylko pani Piotrowska wyglądała na niezadowoloną i
chmurną od samego rana. Aż pani Aniela, zauważywszy jej
skrzywioną minę, zapytała z niepokojem:
- Czy pani coś nie zaszkodziło w tej gościnie?
- Jakby pani zgadła! Żałuję w ogóle, że tam byliśmy. Całą noc
wątroba mi dokuczała. O, tu - pokazywała - tu przecież jest
wątroba, prawda?
- Ale jak to mogło się stać? Zawsze pani mówi, że siostra
świetnie wszystko potrafi przyrządzić, taka gospodyni!
- Prawda, gospodyni, co ma pełno w skrzyni! Czego tam nie
było: indor i szynka, schab. A tort czekoladowy jak z cukierni!...
- Fiu! Fiu! Przyjęcie niczym na weselu!
- Ładne wesele - machnęła ręką Piotrowska. - Nic mi nie
smakowało. Strułam się po prostu, chociaż, owszem, wszystko
było przyrządzone doskonale. Ale żeby pani słyszała te
narzekania! Te lamenty!...
- Stało się tam co?
- Nic się nie stało. Oni już tacy są. Mąż nawet nie bardzo miał
ochotę na te odwiedziny i mówił: „Zobaczysz, że będą stękać".
Ale jedyna siostra i żeby się w takie święta nie odwiedzić?
- 255 -
Zapraszali nas naprawdę szczerze. No i ciekawa byłam, jak tam u
nich, bo mieszkanie dostali.
- Nowe? Z kwaterunku? - interesowała się pani Aniela.
- Spółdzielcze. Szwagier specjalista przecież, na budowie
bardzo dobrze zarabia. I premie dostaje, i nadgodziny.
- Mieszkanie ładne?
- Piękne! Dwa pokoje, duża kuchnia i balkon śliczny. Wprost na
park. Ach, żebyśmy takie dostali, cieszyłabym się nie wiem jak!...
A szwagier cały czas kwaśny jak ocet. Że im tak ciężko!
- Ciężko? A takie święta bogate?
- I ja nie wytrzymałam: „Na stole nie widać, że wam tak ciężko"
- powiedziałam. A siostra jak nie zacznie, że niczego dostać nie
można, że się w kolejkach wystała, że taka drożyzna! Mówię pani,
wszystko mi w gardle stawało.
- Oj, ludzie, głupi ludzie, nie umieją się cieszyć tym, co mają -
kiwała głową pielęgniarka.
- Dzieci ma zdrowe, mąż robotny, wszystko co do grosza jej
odda...
- I ty masz dzieci zdrowe, i ja ci co do grosza wszystko oddaję -
wtrącił z humorem Piotrowski. - A mieszkanie dostaniemy już
niedługo. Nie masz czego Andrzejczakom zazdrościć.
- Gdzie nam do nich! Wcale się nawet nie porównuję! I meble
nowe, i telewizor, i lodówka - wyliczała Piotrowska, nie mogąc
widocznie zapomnieć o wizycie u zamożnej siostry.
- ...i hulajnoga na gumach - dodał Henio z przejęciem.
- A my, synu, zamiast hulajnogi mamie pralkę sprawimy!
Będziesz wyżymaczkę kręcić?
- Co tam o pralce marzyć... - zaczęła Piotrowska, ale mąż nie
dał jej dokończyć.
- 256 -
- Możesz nie marzyć, bo już tak, jakby w twojej nowej kuchni
stała.
- Jak to? Skąd niby?...
- A widzisz! Chociaż nie na budowie pracuję, też mi premia
spadnie od czasu do czasu. Ta - za piętnastolecie pracy. Na 1 Maja
dostanę. Pralkę już zamówiłem.
- Naprawdę? - ucieszyła się Piotrowska i aż poróżowiała z
radości. Zaraz jednak oświadczyła: - Ale lodówkę też muszę
mieć! Bez lodówki to w ogóle... niech pani Aniela powie, czy to
jest życie?...
- Słyszy pani? - śmiał się już razem z panią Anielą Piotrowski. -
A jak będzie lodówka, a jeszcze w niej pieczona kura, to dopiero
zaczniesz stękać?
- Nie - zaprotestowała energicznie Piotrowska - nie będę. Bo i
teraz nie stękam, chociaż mogłabym, oj, mogła!... Pani Aniela
dobrze wie, jak nam nieraz ciężko związać koniec z końcem!...
Ale od narzekania nic mi nie przybędzie.
- Chyba kamień żółciowy - wtrąciła pielęgniarka.
- Tfu, tfu! Na psa urok! Aby tylko zdrowie było, to jakoś się z
tej biedy wygrzebiemy...
Po południu cała trójka za zgodą Piotrowskich wybrała się do
kina.
„Biały kanion" zrobił na nich silne wrażenie, a chociaż każde
odbierało film po swojemu, zgodzili się jednogłośnie, że był „w
dechę". Michał wyraził nawet chęć obejrzenia go po raz drugi.
U Piotrowskich byli goście. Witek, zadowolony, wymknął się
do Michała. Zajrzała zaraz do nich Agnieszka i wywołała na swój
balkon.
- 257 -
Wieczór był cichy, ciepły. Po rannej ulewie mocniej
zapachniało wiosną.
Agnieszka siedzi w ulubionej pozycji: w kucki z brodą opartą na
kolanach. Patrząc na granatową, jaśniejszą trochę od praskiego
brzegu smugę rzeki myśli jeszcze ciągle o bohaterach filmu.
Bardzo się jej podobała ta druga dziewczyna: skromna, nie taka
śliczna, nie taka efektowna, ale...
Michałowi przed oczami przesuwają się wyjątkowo piękne
zwierzęta. I ten piekielnik, którego niełatwo było okiełzać, inne
konie, czy to pod wierzch, czy w zaprzęgu... A stada krów takich
dorodnych, od razu się widziało, że rasowych!
Jeden Witek wyzwolił się widać najprędzej z magii filmu, gdyż
myśli jego zabłądziły najniespodziewaniej w stronę szkoły.
- A o tych „zielonych rękawiczkach", o tym wypracowaniu to
mi nic a nic do głowy nie przychodzi.
- Zielone... - westchnęła Agnieszka - to musi być coś z nadzieją.
- Dlaczego? - nie rozumiał Michał.
- No, bo zielony jest kolorem nadziei. Pewnie dlatego, że na
wiosnę, kiedy najbardziej, najładniej zielono - wszystko jest
jakieś... obiecujące. I każdy spodziewa się czegoś miłego,
dobrego, co go może w ciągu lata spotkać.
- Nadzieja, owszem, to jest ważna rzecz - stwierdza Michał. -
Wujek nieraz mówił, że gdyby nie nadzieja na to nowe
mieszkanie, toby ani książeczki PKO nie założył, ani w ogóle...
- Każdy człowiek nosi w sobie jakąś nadzieję - mówi powoli
Agnieszka, wracając myślą do filmu. - Wiecie, mnie bardzo żal
tego kowboja, co na farmie pracował tyle lat, tak się starał, na
pewno myślał, że ta piękna dziewczyna będzie jego żoną...
- 258 -
- Ale go nie chciała - stwierdza Michał. - Dopiero potem, kiedy
ten Gregory Peck od niej odszedł, to chyba już się z tym
brzydszym pogodziła? Co? Przecież on też był odważny, nie?
- A jak ten Peck tego szatana dosiadł! - przypominał Witek.
- Tylko głupi był, że nikomu nie kazał mówić - dziwił się
Michał. - Ja nie wytrzymałbym! Wsiadłbym na tego diabła i
przejechałbym pod balkonem. Ta cała narzeczona zaraz by inaczej
o nim pomyślała. A on... nic. I kiedy tamtemu nalał, też na pewno
nikt się nie dowiedział. No to po co?
- A może... a może dla niego było ważne, co on sam o sobie
myśli? - zastanawia się niegłośno Agnieszka.
- To takie ważne? - rzuca Michał.
Długą, długą chwilę na balkonie panuje cisza. Każdy po
swojemu szuka odpowiedzi na to pytanie.
Później rozmowa toczy się o różnych, innych, nie związanych z
„Białym kanionem" sprawach. I tylko w momencie, kiedy
opuszczają balkon, Michał bez żadnego związku z poruszanym
tematem mówi:
- Nadzieja! Nadzieja! Myślał, miał nadzieję, cieszył się, a tu
nagle rryms! Dostał w łeb, aż mu się wszystkie gwiazdy pokazały.
Ucho od śledzia z całą nadzieją! i kropka.
Agnieszka szybko zwraca twarz w jego stronę, a on również
szybko dorzuca:
- Ja, rozumiesz, mówię o filmie. O tym kowboju, co miał
nadzieję. I co mu z tego przyszło? Zero, zero, nul! Chyba się
zgodzisz, co?
Nie odpowiedziała, tylko patrząc mu prosto w oczy zaprzeczyła
ruchem głowy.
- 259 -
Agnieszkę ponosił koń, kubek w kubek podobny do tego
szatana z filmu. Ledwo się trzymała na jego grzbiecie! Michał
domyślał się przerażenia dziewczyny, chociaż twarzy jej nie było
widać. Obaj z Witkiem pędzili za nią, ale ich konie nie mogły się
równać z koniem Agnieszki.
Prędzej, prędzej! Jeżeli nie dogonią, jeżeli nie powstrzymają
rozhukanego rumaka, ten zrzuci Agnieszkę na kamienie, na skały,
po jakich dzwonią podkowy trzech koni. Śmierć wtedy niechybna.
- Trzymaj się! Trzymaj się grzywy! - woła ile sił Michał, ale
czuje, że wrogie moce wdały się w całą sprawę, bo nagle jakiś
ciężar pada mu na ramiona i ściąga z siodła.
- Trzymaj się! - chrypi resztą głosu i... otwiera oczy.
- Michaś! Obudź się już wreszcie! - mówi pochylona nad jego
łóżkiem matka. - Śniło ci się? Aż za ramiona cię targałam - nie
mogłeś się ocknąć. Synu!
A Michałowi teraz dopiero wydaje się, że śni. Skąd tu mama?
Jakim sposobem weszła do pokoju? Jest jeszcze tak rano. W
całym mieszkaniu cisza, a na wujkowym zegarku, który
przewiesił nad swoje łóżko, widać piątą godzinę.
- Kto mamie otworzył? - pyta mrugając powiekami.
- Śpicie jak zabici - matka zdejmuje płaszcz i buciki, które
widocznie są niewygodne, bo z wyrazem ulgi na twarzy wsuwa
stopy w wyciągnięte spod wujkowego łóżka kapcie. - Stukałam i
stukałam. Aż mi jakaś dziewczynka z pokoju nauczycielki
otworzyła. A wujek gdzie? Nie wrócił na noc?
- Nie - odpowiada krótko Michał. Niech się mama trochę
pomartwi.
- Boże, Boże! Pewnie z kolegami świętuje? A obiecywał, że już
nie będzie! I masz! Co ta wódka z ludzi nie robi! - narzeka mama
półgłosem, oglądając się co chwila na drzwi od Szafrańców i na te
od korytarza.
- 260 -
- Wcale nie wódka. Czego mama od wujka chce?
- Nie wódka? No to gdzie jest? Do roboty jeszcze za wcześnie. I
powiedziałeś przecież, że na noc nie wrócił.
- Nie wrócił, bo na wycieczkę pojechał. Do Czechosłowacji.
- Do Czecho... Czechosłowacji? - mamy zdziwienie pomieszane
z przestrachem nie dało się z niczym porównać i sprawiło
Michałowi dużą satysfakcję. - Kiedy?
- W Wielką Środę - powiedział obojętnym, specjalnie
obojętnym głosem i nawet oczy przymknął, jakby chciał spać
dalej.
Na chwilę zapadło milczenie. Mama była widocznie
zaskoczona, ale zaraz zaczęła szybko, chociaż ciągle półgłosem,
opowiadać:
- Chciałam przyjechać przed świętami. Coś mnie ciągnęło: jedź
i jedź! Ale sam wiesz: roboty w domu wyżej czubka głowy,
chociaż nie mogę powiedzieć, on pomaga mi teraz we wszystkim.
Bo wiesz, po tym wypadku...
- Po jakim wypadku? - przerywa Michał.
- No po tym, jak pod tramwaj wpadł. Prawie zaraz po twoim
wyjeździe. Nie mówił ci wujek? Pisałam w liście... ano, chyba nie
chciał cię martwić. Oj, jak mi było ciężko! Wszystko się na mnie
zwaliło. Przez parę miesięcy wcale nie pracował. Teraz jest
pomocnikiem dozorcy, w blokach, niedaleko. Dobrzy ludzie
pomogli. I jakoś się odmienił: nie pije. W domu, w podwórzu, w
ogrodzie wszystko robi... jak nie ten sam.
Michał kręcił się, aż łóżko jęknęło.
- A króle? - warknął.
- Co tam króle wspominać - machnęła ręką matka - czego mróz
nie wymroził, zjedliśmy. Obie małe to się zrobiły przezroczyste.
Ja sama na cztery brzuchy, bo i zasiłku żadnego nie dostawał:
- 261 -
akurat parę dni przed tym wypadkiem zwolnili go z roboty za
pijaństwo... Oj, ciężka ta zima była dla mnie, ciężka. Jedyna
pociecha, że ty tu u wujka...
- Na łasce - wtrącił.
- Na jakiej tam łasce? Rodzony mój brat, jedyny brat. Było już
tak, że ja jemu pomogłam, teraz... on mnie. Zaraz wtedy odpisał,
żeby już się o ciebie nie martwić, że wszystko bierze na siebie. I
trochę grosza kilka razy przysłał. Dobry brat... Teraz nam lżej, o
lżej...
Mówiła: „lżej", a westchnęła ciężko, głęboko. Michał to
zauważył.
- ...Ale na święta nie chciał, żebyś przyjeżdżał. Co się
naprosiłam, natłumaczyłam i obie małe też, aż płakały. A on: Nie!
i nie!... „Albo on, albo ja!"... to była cała odpowiedź.
- Albo on, albo ja! - powtórzył mściwie Michał myśląc o
pustych, a może nawet całkiem rozwalonych króliczych klatkach i
„gospodarowaniu" ojczyma.
- Ano, widzisz sam. Spokojne te święta nie byłyby. Groził, że
pójdzie na wódkę. Może by i poszedł, gdybyście się pożarli. A bez
tego nie obeszłoby się. Po wypadku, co ci mówiłam, kuleje. Nogę
mu przetrąciło. Wstydzi się. Nie wspomniał słowem, ale ja wiem:
bał się twojego jęzora. Przecież nie wytrzymałbyś, piekło byłoby -
nie święta. Poszedłby pić i stracił znowu pracę. Na kim by się
skrupiło? Nie jesteś dziecko... Rozumiesz...
- Rozumiem, rozumiem - powtórzył Michał z przekąsem, nawet
nie starając się niczego zrozumieć. - No to miała mama spokojne
święta, i kropka.
- Nie takie bardzo spokojne - westchnęła - ciągle o tobie
myślałam. I śniło mi się co noc paskudnie... Gdybym była
spokojna, tobym tu nie leciała jak głupia w nocy, bez spania, żeby
- 262 -
cię zobaczyć. Przecież ja dziś na wieczorną zmianę do fabryki
muszę zdążyć.
- Niepotrzebnie mama przyjeżdżała - mówi z całym
okrucieństwem Michał. - Po co?
Dopiero teraz spostrzegła, dopiero teraz do jej świadomości
doszło, jak z nią rozmawia: słowa i ton tych słów.
- Michał, co ty?... Myślałam, żeś ze snu taki dziwny, ale
przecież już się na dobre ocknąłeś? Co tobie? Czyś ty zdrowy,
synu? - i znów zaniepokojona wyciągnęła rękę do jego czoła.
- Zdrowy - burknął, odpychając rękę matki.
- A na święta to jak? Zaprosili cię chyba Piotrowscy?... No bo
tak bez wujka... sam?
- No to co?... Miałem się pchać? W takie święto każdy lubi bez
obcych - mówi ze znaczącym naciskiem.
Matka myśli o czym innym.
- Ale cię chyba poczęstowali jajkiem? Ciastem? Wujek u nich
zawsze...
- No to co, że wujek? - Michał aż unosi się na łóżku. - Mama by
ze mnie chciała dziada zrobić? A ja nie chcę niczyjej łaski! Nie
potrzebuję nic! Nikogo! Nikogo! Rozumie mama?
Po tym wybuchu Michał przekręca się na bok i zakrywa
ramieniem twarz, nie mogąc znieść widoku pobladłej,
przestraszonej twarzy matki. Kilka miesięcy jej nie widział, a jak
się zmieniła. Schudła, zszarzała, pochyliła się.
Co ona teraz zrobi? Zezwie go? Zabierze się i pójdzie? Na tę
ostatnią myśl serce kurczy mu się boleśnie. Nie, niech już lepiej
gniewa się i wymyśla. Niech tylko jeszcze choć trochę zostanie!...
Słychać szelest. Michał odchyla łokieć, gotów wyskoczyć z
łóżka i zagrodzić drogę do drzwi.
- 263 -
Ale ona podchodzi do okna i ciężko siada na stołku. Kładzie na
parapecie ramiona, opiera na nich głowę. Musi być bardzo
zmęczona. Nie spała tej nocy wcale. W święta również nie
znalazła chwili, aby odpocząć. Michał dobrze zna wypełnione po
brzegi wszelką domową robotą „świąteczne dni" matki!
Następna noc - w fabryce. Dwie noce bez snu, dwie
niewygodne, męczące jazdy tylko po to, żeby zobaczyć czy mu się
co nie stało, żeby spędzić z nim parę godzin.
„Synu! Synku!" - dobiega skądś echo matczynych słów
usłyszanych po przebudzeniu. A może to ona sama powtarza je
znowu?
Nie. Michał na próżno wytęża słuch. Z podwórza dobiega tylko
gruchanie gołębi. Może zasnęła?
Ostrożnie, cichutko wstaje i podchodzi do okna. Bierze mamę
na ręce (jaka lekka, chyba jeszcze zeszczuplała) i układa
wygodnie na wujkowym łóżku. Niech odpocznie. Do pociągu jest
jeszcze kilka godzin. Narzuca koc. Ranek jest chłodny, niech się
mama rozgrzeje. Otula ją troskliwie i delikatnie, jak tylko umie.
I nagle szczupłe ramię owija mu szyję, a gorąca spłakana twarz
przywiera do jego policzka...
Kiedy po paru godzinach pani Jadzia otwiera oczy, widzi syna
krzątającego się koło stołu. Nakrył do śniadania, ładnie poukładał
na talerzykach wszystko, co miał w domu i co przywiozła ona.
Skąd wziął obrus? U brata nie widziała nigdy żadnego obrusa!
Zagadka wyjaśnia się, kiedy w ostrożnie uchylonych drzwiach
staje ta sama dziewczynka, która ją rano wpuściła. Podaje
Michałowi cukierniczkę.
- Michał - szepce - przyniosę prymulkę, postaw na środku.
- 264 -
- Po co? Przecież to nie do jedzenia.
- Ale ładniej.
- Dawaj tę prymulę!
Michał spostrzega otwarte oczy matki.
- Mama, trzeba już wstawać, śniadanie gotowe.
„Czy to ten sam Michał? Ten sam, a jakiś inny. Zmężniał.
Spoważniał. Co w nim zmienionego? Co?..." I matka przez cały
czas posiłku i potem w drodze na dworzec, a nawet przy oknie w
pociągu, który za chwilę odjedzie, przygląda się synowi uważnie,
jakby szukając w jego wyglądzie odpowiedzi na swój niepokój. I
po raz nie wiadomo który pyta:
- Powiedz prawdę: jak ci tu u wujka?
- O rany! - niecierpliwi się Michał. - Jak ma być? W porządku, i
kropka.
- Taki się z ciebie warszawiak zrobił - stwierdza matka
obrzucając go krytycznym spojrzeniem.
- A bo co? Czy ja mam być gorszy? To łódzkie ubranie już
wyszło z mody. Adiu-fruziu! A to mi lepiej pasuje, nie?
Myślałem, że mama forsę przysyła... Ale ja wujkowi spłacę...
niech się mama nie boi... Spokojna głowa!...
Mama coś mówi, chociaż pociąg już rusza. Michał biegnie koło
okna i przypomina:
- Niech mama pamięta: te dwieście złotych to tylko dla mamy!
Tylko! Bo jakby mama na co innego, to...
Mama już chyba nie słyszy dokładnie co - ale z nagłego błysku
zawziętości w oczach chłopca, z ruchu mocno zaciśniętych pięści
widzi - to jest ten sam co zawsze Michał: gwałtowny, kanciasty,
twardy, ale jak dawniej pilnujący, aby jej kto inny nie skrzywdził,
aby ona sama, pamiętając o innych, nie zapomniała o sobie.
- 265 -
18.
Agnieszka pokazywała sąsiadom urządzony, wysprzątany
czyściutko i pomalowany balkon.
- Wygląda porządnie, chociaż farba długo się nie utrzyma, ale
już chyba do przeprowadzki niedaleko - mówiła pani Aniela.
- Bratki ładnie dobrane - chwalił Szafraniec. - Jak się rozrosną -
w każdej doniczce będziesz miała kawałek ogródka.
- W doniczce! Dużo w tej doniczce urośnie! - powątpiewała
pani Leontyna. - Przed wojną mieliśmy tu skrzynki. Ogrodnik
ziemię zmieniał. Balkon wyglądał jak jeden wielki bukiet. Kto
przechodził... zazdrościł. Pamiętasz, Franiu, jak lubiłeś tu w
gorące dni w cieniu posiedzieć. A teraz...
- Teraz panu Franciszkowi w słońcu, na balkonie od podwórka,
o wiele zdrowiej - przerwała szybko pani Aniela. - Ale ileś ty,
dziewczyno, ziemi tu nadźwigała!...
- Michał mi pomógł!
- Michał? - dziwi się pani Szafrańcowa. - Chyba nie za darmo?
- Za darmo, proszę pani.
- Jak go tu wszyscy znamy, zawsze słyszeliśmy, że tylko głupi
robi darmo - dorzuca pielęgniarka.
- On tylko tak mówi - broni kolegi Agnieszka. - A naprawdę jest
zupełnie inny!...
- Teraz jakby trochę spoważniał - zauważyła Piotrowska. - Ale
ciebie, Agnisiu, trzeba pochwalić: czysto tu i porządnie w każdym
kącie. Mam na to oko.
Na uliczce, prowadzącej do bramy, ukazał się listonosz i
zamachał kopertą.
- List dla pani Szafrańcowej!
- 266 -
Oboje Szafrańcowie pośpieszyli do przedpokoju. Piotrowska
wyszła. Na balkonie została tylko pielęgniarka z Agnieszką.
- Niech pani usiądzie u mnie na chwilę - zaprasza Agnieszka.
- Ale tylko na chwilę - zastrzegła się pani Aniela, sadowiąc się
zręcznie, pomimo swojej tuszy, na podsuniętym stołeczku. -
Zawsze sobie w ten wolny dzień Bóg wie co obiecuję zrobić, a
nigdy czasu nie starczy. Nie wiesz, dlaczego Michałowa matka
tak raz-dwa zabrała się z powrotem?
- Śpieszyła się. Musiała zdążyć na wieczorną zmianę do fabryki.
- Że też jej się chciało jak po ogień wpadać? Ano... matka.
Michał opowiadał co?
- Niewiele. W ogóle od czasu tego listu i tej paczki... jakoś
przycichł.
- Piotrowska widziała, że mu pomagałaś naszykować śniadanie
dla matki.
- Troszeczkę. Chciał, żeby wszystko było gotowe, jak się matka
obudzi.
- Podoba mi się, że o matkę dba. I rzeczywiście trochę
przycichł. Nawet Piotrowska zauważyła, ale niedługo tego będzie.
Zobaczysz.
- Mnie się zdaje, że on się zmienił.
- Moja kochana, każdy by sobie tego życzył. Niechby tu trochę
spokojniej było. Może bym mu nawet darowała, że Pimpusia nie
cierpi, chociaż psina nikomu w drodze nie stoi.
- Michał? Nie cierpi Pimpusia?
- A co, nie powiedział, że taki pies tylko na sadło? I w tej
ostatniej przygodzie na pewno ręce maczał, bo się na mnie
zezłościł. Sumienia trzeba nie mieć, żeby się znęcać nad
bezbronnym stworzeniem! Ani krzty sumienia!...
- 267 -
- Nie, nie! - oponowała Agnieszka. - Przecież sam go znalazł i
na rękach do domu przyniósł. Zabronił o tym mówić, ale... żeby
pani widziała, jak go głaskał, jak go żałował, że tak schudł...
- Oj, schudł! Zupełnie do siebie niepodobny mój biedny
Pimpuś!... - rozczuliła się pani Aniela.
- A wczoraj widziałam, jak Michał mu skórki od kiełbasy
wsuwał pod próg i tak do niego przemawiał, ale jak mnie
zobaczył, zaraz go wymiotło - ciągnęła Agnieszka.
- Naprawdę? - dziwi się pielęgniarka. - Naprawdę? - powtarza i
zamyśla się głęboko. - Ano, może i nie jest taki najgorszy...
Witek i Michał jadą autobusem na Mokotów.
Michał projektował odbycie tej wycieczki na drugi koniec
Warszawy we trójkę. Niestety, Agnieszka wymówiła się. Obiecała
po południu wpaść do koleżanki. Będą tam na nią czekać - nie
może zrobić zawodu. Michałowi żaden zręczny wykręt nie
przyszedł do głowy, a powiedzieć wprost, że wolałby odłożyć
wycieczkę na inny dzień, kiedy i Agnieszka będzie mogła im
towarzyszyć - wstydził się.
Trafili na jedną ze spokojnych zielonych ulic Mokotowa, gdzie
po obu stronach leżały mniejsze lub większe ogródki, a za
siatkowymi ogrodzeniami i kwiatowymi grządkami stały
niewysokie domy lub pojedyncze wille.
- Ładnie tu - oglądał się Witek. - Ale dokąd idziemy?
- Zobaczysz.
Przystanęli obok gęsto zarośniętej żywopłotem siatki. Michał
musiał tu kiedyś być, bo zaraz odnalazł miejsce, gdzie przez
rzadsze gałęzie widać było mały, starannie utrzymany ogródek.
- 268 -
- Widzisz drzewo na wprost? To wierzba. Nazywa się płacząca,
bo ma takie zwisające gałęzie. Ta tutaj chyba specjalnie była
pielęgnowana, w całą altanę się rozłożyła. Widzisz ławeczki pod
nią? O, i fotelik stoi, pewno z mieszkania wyniesiony, jeszcze go
tu nie widziałem.
- Bywasz tutaj? - zapytał Witek i dodał z kpiną: - Znowu jakaś
ciocia?
- Jakbyś zgadł, tylko nie ciocia, a wujek, i nie mój, tylko
Zbyszka, i nie tu, tylko tam, na samym końcu ulicy.
Przechodziliśmy tędy i Zbyszek pokazywał, bo tu naprawdę jest
na co popatrzeć. O tam, tam na lewo, przed samym domem,
widzisz?... stawek zrobiony. Takie kwiaty w nim rosną jak na
prawdziwym stawie, widzisz?
Witek wyciągnął szyję i oglądał ukazywane przez przyjaciela
rośliny.
- Teraz chodź koło furtki. Tam najlepiej widać. Domek jak
pudełko zapałek. Przeszedłbyś i nie zauważył. A pod drzwiami
zawsze pies siedzi. O, jest, widzisz? Musi być chyba stary. Wcale
się nie rusza. Zbyszek wołał i drażnił, a pies nic, ani nie szczeknął.
Dziwny pies, nie? Do niedźwiedzia podobny. Ale zaraz... tu koło
drzwi rósł jałowiec... O! spalony!... Widziałem, że miał parę
uschniętych gałęzi, ale po co go było palić? Taki był rozrośnięty!
Głupi pomysł! Głupi pomysł!...
- Racja - odezwał się nagle głos za plecami chłopców - ale kto
na ten pomysł wpadł?
Obaj odwrócili się i zobaczyli milicjanta w mundurze z paskiem
pod brodą - na służbie. Witek przestraszył się: może nie wolno do
ogródka zaglądać? Chociaż nic złego nie zrobili. Michał zapytał:
- Pan do nas mówi?
- Do was, do was. Pytam, czy nie wiecie, kto wpadł na pomysł
spalenia tego krzaka.
- 269 -
- A skąd my możemy wiedzieć - wzruszył ramionami Michał. -
Niech pan zapyta lokatorów - głową wskazał domek - my tu nie
mieszkamy.
- A gdzie?
- Daleko! - odpowiedział niedbale Michał, co widocznie
rozgniewało milicjanta, gdyż powtórzył ostrzej:
- Gdzie mieszkacie, pytam wyraźnie!
„Co ten Michał zgłupiał? Z milicjantem chce się kłócić" -
pomyślał szybko Witek i postanowił ratować sytuację:
- Na Powiślu, proszę pana, ulica Boleść 24.
- Obaj w jednym domu?
- Tak. Nawet w jednym mieszkaniu. W naszym domu w ogóle
jest tylko jedno. Ja z rodzicami, a on ze swoim wujkiem mieszka.
- A co tu robicie?
- Nie wolno po tej ulicy chodzić? - stawiał się Michał. - Tablicy
z ostrzeżeniem nie widziałem.
- Michał, uspokój się - mitygował przyjaciela Witek. -
Przyszliśmy, proszę pana, zobaczyć psa i ogródek. Bo kolega już
tu był i widział tę altankę pod wierzbą i tego psa...
- W Wielką Sobotę byliście tu?
- Nie - powiedział kategorycznie Michał.
- Na pewno? - powtórzył milicjant i nacisnął guzik przy furtce.
Drzwi domu otworzyły się. Stanęła w nich staruszka z głową
ciasno owiązaną chustką i podeszła do furtki. Michał
zobaczywszy ją skrzywił się i rzucił prędkie spojrzenie w ulicę.
Milicjant miał szybszy refleks.
Jedną rękę położył mocno na ramieniu Witka, drugą
przytrzymywał Michała.
- 270 -
- Spokojnie, obywatele. Bez głupstw. Zaraz się sprawa wyjaśni.
Proszę pani, poznaje pani tych chłopców?
Staruszka odchyliła lepiej chustkę z czoła i uważnie przyglądała
się Michałowi i Witkowi.
- Bo ja wiem... - mówiła powoli i trochę sepleniąc przez
brakujące zęby. - Tego mniejszego chyba nie widziałam. Tu byli
sami tacy jakby starsi. Jak ten drugi. Tak mi się wydaje, że go
widziałam, przez firankę. Parę razy psa drażnili, piaskiem w niego
rzucali. Pies mądry, nawet nie zaszczekał, tylko podniósł się i
poszedł na drugą stronę domu, a ja, proszę pana, drzwi
otworzyłam i zawstydziłam ich, że to nieładnie tak robić. Ale,
proszę pana, oni się bardzo brzydko zachowywali. Nie przeprosili
nawet. A jeden z nich, taki duży, jak ten, gwizdnął na palcach.
Może to ten... może nie... pewna nie jestem. Wzrok mam słaby -
westchnęła - już nie taki jak za młodych lat.
- To nie ja gwizdałem - zaprotestował Michał.
- A kto? - podchwycił milicjant.
- Skąd mogę wiedzieć? A ta pani, żeby nawet miała i najlepsze
oczy, toby mnie tu nie zobaczyła. Ucho od śledzia! Mnie tu w
sobotę nie było i kropka. Niech pan mnie puści - starał się
wywinąć spod ręki milicjanta, ale uchwyt był żelazny.
- W sobotę właśnie podpalili i uciekli - westchnęła znowu
staruszka.
- Nic nie słyszałam, aż ktoś z ulicy zaczął dzwonić. Otwieram, a
tu cały jałowiec jak pochodnia goreje!... Matko Boska! Myślałam,
że trupem padnę. Ludzie pomogli, po straż zadzwonili. Przecież
dom mógł się spalić!...
Chłopcy już się domyślili prawdy. Witek spocił się ze strachu.
Michałowi też cierpła skóra, ale bronił się:
- Jak uciekli, to skąd pani wie, że to ci sami, co psa drażnili?
- 271 -
- Wiem, wiem - kiwała głową staruszka - był taki, co widział,
jak psa drażnili, jak zapałki rzucali do ogródka. Taki mały
chłopiec, co tu w pobliżu mieszka.
- Dziękuję pani - przerwał staruszce milicjant i zagadał szybko
do chłopców, puszczając jednocześnie ich ramiona:
- Więc w sobotę was tu nie było?
- Nie.
- I nic o tym podpaleniu nie wiecie?
- Nic.
- A nie domyślacie się, komu to mógł taki pomysł wpaść do
głowy?
- Nie! - szybko, zbyt szybko rzucił Michał, za to Witek
powiedział z wahaniem:
- Michał, a może Zby...
- Jaki „Zby", co za „Zby" - parsknął Michał. - Byłeś przy tym?
Widziałeś? Z byka spadłeś!...
- Ja... ja tylko... - jąkał się przestraszony wściekłością
przyjaciela Witek. - Ja chciałem powiedzieć, że może on coś wie,
może akurat szedł...
- Skąd, baranio głowo! Skąd! - pienił się Michał, aż go milicjant
uspokoił.
- No, no, tylko bez wyzwisk. A Zbyszek to kto? Kolega? -
pytania były zwrócone do Witka.
- Kolega - bąknął Witek, nie patrząc w stronę Michała.
- Dobra. Możecie iść do domu. Sprawa się wyjaśni. Jak będzie
potrzeba, to was jeszcze zapytamy.
Chłopcy odeszli nie śpiesząc się. Witkowi nogi wydawały się z
ołowiu.
- 272 -
Michał czuł na plecach oczy milicjanta. Obrócił się.
Rzeczywiście milicjant oparty ręką o siatkę rozmawiał jeszcze ze
staruszką, ale patrzył za nimi.
Czekali na autobus dość długo. Michał złościł się.
- Osioł jesteś! Jak bozie-kozie, nie widziałem jeszcze takiego
osła! Milicjantowi będzie śpiewać wszystko jak z nut!
- Coś taki ważny? - bronił się Witek. - Dlaczego Miałem nie
mówić? Pytał się, to mówiłem. Stało się co?...
- Stało się! Jakbyś wiedział, że się stało! Teraz po nitce do
kłębka trafią.
- Do jakiego kłębka?! Najwyżej przyjdą do szkoły.
- Na szczęście nie zdążyłeś powiedzieć do jakiej.
- Po co? Milicjant przecież widział moją tarczę.
- Jeszcze i to! O raju! Że też ty musisz z tarczą latać. Mądre
chłopaki tarcze zdejmują po szkole. Ani Zbyszek, ani Marek
nigdy...
- Ja tam cudzych ogrodów nie podpalam, więc mogę i z tarczą
chodzić - nabierał odwagi Witek. - Nie mówiłem ci, żebyś się z
daleka od tej paczki trzymał?
- Skąd wiesz, że to oni? Pewności żadnej nie ma - oponował
Michał, ale już bez przekonania.
- Przysiągłbyś, że to nie oni? - nastawał Witek.
- Już się naszykowałem! Za nikogo bym nie przysięgał, wiesz?
I jeszcze ci powiem: nawet żeby to oni na głowę upadli... donosić
na nikogo nie będę, i kropka.
- Tak? Człowieka na twoich oczach obrabują albo zamordują, a
ty nic? Nie widziałeś, nie słyszałeś... tak? - unosił się Witek. -
Niech bandyci uciekną i w drugim miejscu zrobią to samo?
Pomożesz im jeszcze.
- 273 -
- O! O! Już cię pognało. A ja ci mówię: to nie oni. Owszem,
namawiali mnie, żebym się z nimi spotkał, ale mowa była o
piątku, nie sobocie. Marek miał przynieść kalichlorku do
strzelania.
- To gdzie byłeś w sobotę?
- Coś ty? W milicjanta się bawisz? Gdzie byłem, to byłem, moja
rzecz - obruszył się Michał.
Witek zamilkł nie chcąc wracać do przykrych dla przyjaciela
wydarzeń, dodał tylko:
- Milicjant do domu przyjdzie, zobaczysz.
- Ja mu adresu nie dawałbym.
- Głupi jesteś. Na komisariat by nas wziął.
- Mnie? Ucho od śledzia! Po drodze dałbym nogę.
- Ucieka ten, co ma nieczyste sumienie. Ja bym nie uciekał.
- O raju! Gdzie ja miałem rozum, żeby z tobą na ten Mokotów
jechać!
- Jak ci lepiej pasuje towarzystwo chuliganów... proszę bardzo -
odcinał się Witek.
- Jeszcze nie wiadomo, co się okaże. Pewnego nic nie ma... Bo
taka jest zasada: milicji nie trzeba wtajemniczać we wszystko,
wiesz? Gdybym tu przyszedł z Agnieszką, inaczej by się
wykręciło. Na pewno nie paplałaby tak jak ty. Ona ma rozum!
- Nie kłamałaby. Ona nigdy!...
- Eee... tam... co ma piernik do wiatraka - Michał ruszył
ramionami i już przez całą drogę nie odzywali się do siebie.
- 274 -
Na placu Zamkowym pod kolumną stała Agnieszka w
towarzystwie wysokiego, szczupłego chłopca. Pierwszy spostrzegł
ją Michał.
- O masz Agnieszkę, co „nigdy nie kłamie". Do koleżanki
poszła. Widzisz, jaka to koleżanka?...
- Ja tego chłopaka znam. On Agnieszce teczkę nosi. Widziałem.
- A teraz sam widzisz, randkę z nim miała, a nam powiedziała,
że do koleżanki. Kłamczucha!...
W domu już na schodach Witek oświadczył:
- Ja tatusiowi wszystko powiem. Bo jakby ten milicjant do nas
przyszedł, no! Dopiero by się narobiło!...
- Gadaj sobie, co chcesz! - Michał znowu był zły jak osa. -
Przez radiowęzeł ogłoś! Nic mnie to nie obchodzi. Na drugi raz
będę mądrzejszy.
Pani Piotrowska słysząc opowiadanie Witka załamała ręce.
- Jeszcze mi tutaj milicji brakuje! I gdzie was aż na Mokotów
zaniosło? Po co?
- Nie denerwuj się, Irenko. Chłopaków nosi... normalna rzecz.
Kiedy będą poznawać miasto, jak nie w czasie ferii? Nic złego
przecież nie zrobili. A milicja chce chuliganów złapać. Obserwują
dom, chcą znaleźć jakąś nitkę. I znajdą na pewno.
- Michał przepadał przed samymi świętami nie wiadomo gdzie.
Nawet w niedzielę przed południem nie było go w domu. A jeżeli
włóczył się z tymi chuliganami? A jeżeli go w to zamieszają?!
Żeby już ten Czernik wrócił!...
Piotrowska nie wytrzymała i podzieliła się swoim niepokojem z
pielęgniarką, która nie omieszkała powtórzyć nowiny
Szafrańcom:
- 275 -
- Nawet koło psa nie mogą spokojnie przejść! - narzekała
Szafrańcowa. - A już żeby zapałki zapalone przez parkan
wrzucać? Pojęcie ludzkie przechodzi! Dlaczego rodzice nie widzą,
co ich dzieci wyprawiają?...
- Może to nie dzieci? - rzucił pan Franciszek.
- Podobno ta staruszka pokazywała, że tacy starsi jak Michał... -
informowała pani Aniela.
- Michała w sobotę w domu nie było! - powiedziała znacząco
pani Leontyna. - Dobrze słyszałam: wrócił już po ciemku. Coś mi
się to nie podoba...
- No właśnie! - klasnęła rękami pielęgniarka i powtórzyła, sama
o tym nie wiedząc, słowa Piotrowskiej: - Żeby już ten Czernik
wrócił!...
Wieczorem trzeba było zajrzeć do książek. Jutro zaczynały się
lekcje. Kiedy cała trójka zasiadła przy kuchennym stole, Michał
rzucił niewinne pytanie:
- Jak tam było u koleżanki?
- Niestety, nie udało się. Miała być jakaś mała potańcówka... nic
z tego nie wyszło. Przyjechała niespodziewanie rodzina z
Łowicza. Nie wypadało inaczej, tylko rozejść się i kropka, jak ty
mówisz. Namawiali mnie, żeby iść całą paczką do kina, ale
pieniędzy nie miałam.
- A kolega nie zafundowałby? - zapytał złośliwie Michał.
- Zafundowałby - odpowiedziała spokojnie Agnieszka - ale ja
nie lubię fundowania.
- No i za darmo odprowadził cię do domu.
- 276 -
- Tylko do ruchomych schodów. Zagadaliśmy się przed
Zamkiem. On wie od ojca, jak będzie uporządkowany cały teren.
Odbudowa Zamku pójdzie całą parą.
- Nerwy pani Szafrańcowej w niebezpieczeństwie - wtrącił
Witek - strasznie ją to irytowało.
- Wielkie zmartwienie. Innych kłopotów nie masz? - zapytał z
przekąsem Michał.
- Co wam się stało? Co wy macie takie dziwne miny? -
zaniepokoiła się Agnieszka.
- Nic... tylko... nam się też wycieczka nie bardzo udała - i Witek
jedno po drugim dokładnie opowiedział, co było na Mokotowie.
Agnieszka zmartwiła się tą przygodą. Nie chciała okazać, ale
chłopcy wyczuli jej niepokój, szczególnie Witek, bo Michałowi
zależało tylko na jednym:
- No więc jak? Wypaplałabyś od razu? Po imieniu, po nazwisku
wysypałabyś milicjantowi kolegów?
Zastanowiła się chwilę.
- Michał, ty jeszcze Zbyszka nie znasz - przerwał Witek. - Nie
wiesz, do czego i on, i Wieczorek są zdolni. A ja z nimi chodzę do
szkoły od kilku lat.
- Możesz opowiedzieć o nich coś, co pomogłoby Michałowi i
mnie rozumieć lepiej? - zapytała Agnieszka.
- Mogę. No na przykład, kiedy była jeszcze zbiórka złomu i
liczyło się w szkole na kilogramy: kto więcej. Któregoś dnia
dwóch malców z drugiej klasy wynalazło kawałek szyny. Ciężki
był. Ledwo go przydygowali. A pod samą szkołą Zbyszek i
Wieczorek odebrali im szynę i kazali być cicho, bo jak nie, to
zęby pozbierają.
- Świnie - wyrwało się Michałowi.
- I nikt nie powiedział? - oburzyła się Agnieszka.
- 277 -
- Prawie każdy tak jak Michał mówił: na kolegów skarżyć? A
niejeden się bał. Jak w zeszłym roku wypomniałem Zbyszkowi, to
mnie tak zbił, że do dziś pamiętam.
- I też nie poskarżyłeś!
- Nie, Zbyszek zawsze pięknie się wykręci, zawsze jego na
wierzchu. Ten, co z nim zacznie, tylko wstydu się nałyka. Nawet
twoja ciocia mówiła nieraz: „Czego wy chcecie od Zbyszka? Taki
porządny chłopak!" Porządny! Bo zeszyty ma zawsze w
lakierowany papier oprawione!... I kłania się elegancko.
Porządny!...
- Teraz się nie wykręci. Jak się milicja za to wzięła, to się nie
wykręci.
- To ty, Agnieszka, wydałabyś kolegów, tak? - na-stawał
Michał.
- Michał - powiedziała Agnieszka - na kolegów przykro
skarżyć, rozumiem. Ale jeżeli oni potrafią tak podle postępować?
I ciągle im uchodzi, bo nikt nie chce skarżyć? Jeśli ty miałbyś
jakieś poszlaki, że i teraz oni ten pożar zrobili... to trzeba
powiedzieć. Chociaż strach...
- Tylko nie strach - obruszył się Michał.
- Taak - westchnął Witek. - Doskakali się!
- Witek - wpadł Henio - mama nożyczek szuka. Gdzie położyłeś
nożyczki? Chodź prędko.
Witek niechętnie podniósł się, a kiedy zniknął w korytarzu,
Agnieszka rzuciła szybko:
- Możesz mi powiedzieć, gdzie byłeś w sobotę?
- Już mnie o to pytał Witek - ruszył ramionami Michał - nie
powiedziałem. Na złość. Wiesz, jak to czasem jest... Tobie może
powiedziałbym, ale... nie teraz. Później.
- 278 -
- Ja nie przez ciekawość pytam. Tylko widzisz, gdyby milicja
miała jakieś podejrzenia, gdyby wynikło jakieś nieporozumienie,
wtedy musisz powiedzieć. To się nazywa alibi i jest bardzo
ważne...
- Ja się niczego nie boję. Nie byłem tam. Nie zrobiłem tego...
odpowiadać za nic nie będę. A może nie wierzysz?
Wierzyła.
Przeglądali zeszyty, przerzucali kartki książek, ale żadne z nich
nie mogło przestać myśleć o tamtej sprawie. I kiedy u
wejściowych drzwi rozległ się ostry dzwonek, podskoczyli jak na
komendę i wybiegli do przedpokoju.
- Milicjant! - szepnął przestraszony Witek.
To samo chyba pomyślała pielęgniarka i Szafrańcowa, i
Piotrowscy, bo wszyscy znaleźli się przed drzwiami. Piotrowski
otworzył. Za progiem stał opalony i roześmiany Czernik.
- Wiedzieliście, że to ja? Wszyscy mnie tak hurtem czekają! -
wołał zrzucając plecak i witając się z każdym. - Uff! Wycieczka
była piękna, ale i do domu już się śpieszyłem. Nie ma to jak się
wyspać we własnym łóżku. Zaraz się trochę umyję, bo po drodze
kurzu aż strach. Michał, napiłbym się czegoś gorącego!...
Po kolacji, w czasie której Michał powiedział krótko i obojętnie
o świętach spędzonych w Warszawie i o bytności matki - wujek
rozpakował plecak.
Michał zaskoczony był prezentem. Nie przyzwyczajony do
takich niespodzianek, z nie ukrywaną radością oglądał porządną,
brązową teczkę zamykaną na błyskawiczny zamek.
- No co, podoba ci się?
- 279 -
- Fajna! Fajnie, że wujek o teczce pomyślał. Moja taka już
zdarta, i dziękuję.
- Chodźmy do sąsiadów.
O każdym wujek pamiętał. Dla każdego przywiózł jakiś
drobiazg. Nie były to rzeczy kosztowne, ale każdemu miła była
pamięć. A jak się cieszyła Agnieszka ze sznurka świecących
paciorków!... Tak ładnie wyglądały przy jej ciemnych oczach i
„takich tych".
Wszyscy lokatorzy zeszli się w pokoju Piotrowskich. Wujek
opowiadał chyba ze dwie godziny o tym, co widział na wycieczce,
co mu się podobało u Czechów, a co lepsze u nas.
Aż pani Piotrowska spojrzała niechcący na zegar i krzyknęła z
przestrachem - późno było.
Już po ciemku, Michał, słysząc wujka układającego się
wygodniej na łóżku, rzucił niegłośno:
- A wie wujek, dlaczego wszyscy do przedpokoju na dzwonek
wylecieli?
- No? - odpowiedział sennie wujek.
- Myśleli, że milicja.
- Milicja? Do kogo? - zawołał całkiem przytomnie wujek i aż
siadł na łóżku zapalając światło. - A więc coś tu jednak było!
Dlaczego mi nikt nie mówił?
- Jutro dowiedziałby się wujek z samego rana... spokojna głowa.
Jak nie pielęgniarka, to Szafrańcowa upilnowałaby. Ale ja wolę
sam co i jak... żeby wujek wiedział.
I Michał treściwie, biorąc pod uwagę wujkowe zmęczenie,
opowiedział o wyprawie na Mokotów i spotkaniu z milicjantem.
Mechanik uspokojony położył się znowu i gasząc światło
stwierdził:
- 280 -
- Myślałem, że co gorszego. Ciebie tam nie było i nie
poczuwasz się. Możemy spać spokojnie. Ale to prawdziwe
chuligany!
- Wcale nie prawdziwe. Na oko zupełnie porządne chłopaki.
Nigdy by ich wujek o nic takiego nie posądził. Może to nie oni
zrobili?
- A co Witek?
- Witek mówi, że oni. On ich lepiej zna.
- Agnieszka wie?
- Wie. I mówi, żeby takich nie kryć.
- Racja. Gałganów nie kryć. Jak im teraz porządnie tyłków nie
przetrzepią... na bandziorów jak nic wyrosną. Kara musi być. Już
milicja sobie...
Reszty słów nie było słychać. Utonęły w lekkim chrapaniu.
19.
Michał i Witek zmieniali obuwie w szatni, kiedy wbiegł tam
Wichan, a zaraz za nim zasapany Wieczorek. Obaj byli we
wspaniałych humorach. Zobaczywszy Michała, podskoczyli do
niego.
- Sie masz, Michał! Gdzie przepadałeś? - dopytywał Zbyszek.
- Żałuj, żeś z nami w sobotę wieczorem nie był! - wołał
Wieczorek. - Fajerwerk zrobiliśmy na sto dwa! Jeszcze takiego
nie widziałeś. Jak bozie-kozie!
Za plecami Wieczorka rozsunęły się nagle płaszcze ukazując
głowy Danki i Grażyny.
- 281 -
- Zbyszek - zawołała z wymówką Grażyna. - Nie mogłeś
powiedzieć? Przecież i my chętnie popatrzyłybyśmy.
- O co chodzi? O czym mówicie? - udawał, że nie rozumie
Zbyszek, rzucając jednocześnie złe spojrzenie Wieczorkowi.
- Przecież Jurek mówi o fajer... - zaczęła Danka, ale nie
dokończyła, bo już Wieczorek wyciągnął w jej stronę wielkie
łapska.
- Co mówię? Co? - nacierał groźnie. - Jak ci dam w ucho, to
dopiero gwiazdy zobaczysz! Podsłuchiwać ci się zachciało?
Obie dziewczynki zaskoczone tym, że Zbyszek, zawsze w
podobnych sytuacjach stający w ich obronie, teraz nawet się nie.
ruszył, starannie strzepując jakiś pyłek ze spodni, opuściły w
popłochu szatnię.
- Dam mu nauczkę - mówiła dotknięta Grażyna - niech tylko
zechce odnieść mi teczkę albo pożyczyć parę...
- To on i od ciebie pożyczał? - przerwała zdziwiona Danka. -
Nigdy mi nie mówiłaś!...
- Ty mi też nie mówiłaś - odcięła się Grażyna.
- Bo prosił o sekret.
- Mnie też i gdybym się nie wygadała...
- No widzisz! Jest mi winien piętnaście złotych.
- A mnie... dwadzieścia dwa. Parę razy już obiecywał oddać...
- I zawsze na obiecankach się kończy. Ale ja mu już nie dam ani
pięciu groszy - odgrażała się Danka. - Po co on z tym
Wieczorkiem ciągle łazi?
W szatni tymczasem Witek patrzył z ukosa na Michała, który po
zasznurowaniu pepegów podniósł głowę i spojrzawszy prosto w
oczy Jurkowi powiedział:
- Głupich fajerwerków nie lubię.
- 282 -
- Jak to głupich? - rzucił się Wieczorek. - Nie byłeś, to nie
wiesz.
- Odsuń się - Michał wstał z ławki. - Chyba że chcesz mi
powiedzieć „Dobranoc"?
- Zwariowałeś? - roześmiał się krzywo Zbyszek. - Dobranoc od
samego rana?
- Tak. Bo teraz jak on dostanie w ucho ode mnie, to mu się
ciemno zrobi.
Dzwonek wzywał na pierwszą lekcję.
A na ostatniej, która ciągnęła się w nieskończoność jak
perspektywiczne linie, rysowane kilkakrotnie na tablicy przez
nauczyciela rysunku, dosłyszano niegłośne pukanie i w uchylone
drzwi wsunęła się najpierw głowa, a potem cała potężna postać
kierownika szkoły.
Klasa poderwała się z miejsc, lecz na zniecierpliwiony gest
opadła z powrotem na ławki. Ogólna senność została wypłoszona.
To było coś zaskakującego: kierownik zawsze przychodził razem
z nauczycielem. W środku godziny - nigdy, a co dopiero, kiedy
lekcje dobiegały końca!
- Która na osi? - syknął jeden z chłopaków w stronę Wichana, a
ten zasygnalizował podniesioną dłonią z trzema rozstawionymi
palcami: trzy minuty do dzwonka.
Kierownik półgłosem przekazywał coś nauczycielowi. Było to
chyba coś niezwykłego, gdyż ten podniósł wysoko brwi, chciał
jakby odpowiedzieć czy może zapytać, ale zwierzchnik już
zawrócił do wyjścia. Zdążył tylko obrzucić klasę uważnym
wzrokiem, a Witkowi wydawało się, że na ich ławce oczy pana
kierownika zatrzymały się trochę dłużej.
- 283 -
- O raju! - szepnął do Michała. - Co tu się szykuje?
- Głupie pytanie. Co ma się szykować? Najwyżej dobry apetyt
na obiad - powiedział Michał i obejrzał się na siedzącego w
środkowym rzędzie Wieczorka, który z wyrazem małpiej uciechy
maczał w kałamarzu końce jasnych warkoczy siedzącej przed nim
Alinki Czuperskiej.
„Zamaże całą bluzkę" - nie zdążył do końca pomyśleć Michał, a
już ostry dzwonek ogłaszał koniec lekcji.
- Zostańcie na miejscach - powiedział nauczyciel i rękę
wyciągnął, jakby chciał powstrzymać zrywający się z uwięzi
żywioł. Może to w innej chwili byłoby potrzebne, ale teraz
młodzież sama zastygła w bezruchu: do klasy wszedł znowu
kierownik, tym razem w towarzystwie... milicjanta i jakiegoś
małego chłopca.
- Co to? Kto to? - przeleciało szeptem po ławkach. Nikt nie
umiał udzielić odpowiedzi. Tylko Wieczorek zsunął się w
mgnieniu oka pod ławkę. Robił to zawsze z wielką wprawą,
zdawałoby się magicznie. Nie raz, nie dwa ratował się tym
sposobem w ciężkich opresjach. Ale dziś zręczność go widać
zawiodła, poruszył ławką i Alinka szybkim ruchem obróciła za
siebie głowę. Prawy jej warkocz przeleciał nad ramieniem,
zachlapał atramentem pulpit, potem zeszyt i wylądował czarnymi
plamami na białej bluzce.
- Ach! - krzyknęła wystraszona dziewczynka. - Nowa bluzka!
Co powie mama!
Już był przy Alince pan kierownik. Już mocną garścią
wyciągnął spod ławki, opierającego się i czerwonego jak burak
Wieczorka.
- To ten! Ten mi wyrwał pieniądze! - zawołał nagle malec,
podbiegł parę kroków w stronę Wieczorka, zatrzymał się i równie
szybko wrócił na miejsce u boku milicjanta.
- 284 -
Kierownik trzymając Wieczorka za kołnierz wyprowadził go na
środek klasy.
- Przypatrz się dobrze - zwrócił się do malca - na pewno to ten?
- Na pewno. Tylko nie był taki czerwony...
- Ty, ty!... - bełkotał Wieczorek - widziałeś mnie? Poznajesz?
Przyśniło ci się!
- Co mi się miało przyśnić? - malec jeszcze bliżej przysunął się
do milicjanta. - Ten i jeszcze dwóch. We trójkę byli. O! ten,
proszę pana, ten, co tam pod oknem siedzi! Ten sam, poznaję
dobrze, tylko nie był taki blady! - malec palcem pokazywał
wprost na Zbyszka Wichana, który rzeczywiście zbielał na twarzy.
- Wyjdź z ławki - powiedział krótko pan kierownik i Wichan jak
niepyszny stanął obok Wieczorka.
- Mówiłeś: we trójkę. Trzeciego tu nie ma? - pytał milicjant.
- Trzeci to była chyba dziewczyna - tylko że w spodniach. W
takich zielonych jak trawa i w czarnym swetrze.
Chłopiec uważnie przyglądał się kolejno siedzącym w ławkach
chłopcom i dziewczętom.
Wszystkim dech zaparło w piersiach. Czy malcowi nie mogło
się przywidzieć, pomylić? Na każdego może wskazać...
Ale nie wskazał. Nie znalazł tego trzeciego, co może był
dziewczyną w zielonych spodniach.
- Nie ma jej tu - oświadczył. - Jakby była, tobym poznał. Ona
wtedy, w Wielką Sobotę, krzyczała na nich. Wołała, żeby
przestali, bo może być źle. Ale oni jej nie słuchali.
- Ty łgarzu! Ty kłamczuchu! - syczał purpurowy znowu ze
złości Wieczorek. Za to Wichan ochłonął z pierwszego wrażenia i
zaczął się bronić:
- 285 -
- Panie kierowniku! Słowo daję, że nie wiem, o czym ten malec
bredzi. Pierwszy raz widzę go na oczy! I gdyby nie to, że moja
ciężko chora na serce matka czeka...
- Matka twoja jest chora? - zapytał kierownik.
- Tak, panie kierowniku, ciężko chora - głos Wichana dźwięczał
wzruszeniem, a ładne zęby przygryzały raz po raz dolną wargę -
całe święta leżała. Teraz mam właśnie wstąpić do apteki...
Gwałtownie odskoczył pulpit ławki. To Grażyna Suzikówna
wstała i wyciągniętą w górę ręką prosiła o głos:
- Panie kierowniku! Ja coś powiem! Ja coś wiem! Przecież temu
małemu chłopcu mogło się pokręcić! A może on ma krótki
wzrok? Moja mamusia też jest chora na serce. Ja rozumiem
niepokój Zbyszka. Przecież...
- Miałaś powiedzieć coś związanego z wybrykami chłopców -
przywołał ją do porządku kierownik.
- Tak, panie kierowniku. Ja nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale
oni na pewno w sobotę wieczorem nic złego nie robili. Na pewno!
- Skąd wiesz!
- Bo dziś rano, panie kierowniku, słyszałyśmy obie z Danką ich
rozmowę. Kowalski - wskazała ręką Michała - wszedł do szatni, a
Wieczorek zawołał: „Żałuj, żeś z nami w sobotę wieczorem nie
był. Zrobiliśmy taki fajny fajerwerk!" I my z Danką, panie
kierowniku, zapytałyśmy, dlaczego nas nie zaprosili na ten
fajerwerk, a oni zawstydzili się, aż byli na nas wściekli. Ale
fajerwerki to przecież nic złego? Więc to nie oni, na pewno.
Grażyna usiadła na miejscu, pełna poczucia spełnionego
obowiązku - dała świadectwo prawdzie, stanęła w obronie kolegi,
który miał chorą matkę.
- 286 -
Oszołomiona swoim wystąpieniem nie zauważyła, jak w trakcie
jej wypowiedzi Zbyszek znowu zbladł, a Wieczorek
poczerwieniał.
Kierownik polecił obydwu uczniom iść za sobą do kancelarii.
Za nimi wyszedł milicjant z malcem, który go teraz dla pewności
trzymał za rękę.
Kiedy nauczyciel rysunku w pośpiechu opuścił klasę, pękła
zachowywana do tej pory cisza.
- Co oni zrobili?
- Jak to? Nie słyszałaś?
- A ja wam mówię: ten szczeniak łże!
- Wichan fajny chłopak! Zawsze daje zadania odwalić.
- Porządny! A pamiętacie?!...
- A Wieczorek... Pamiętacie?
Posypały się różne mniejsze i większe wypominki. Było tego
sporo.
W pierwszym rozgorączkowaniu nie zauważono, że Marek
Galicz milczy i tylko obciera chustką pokryte kroplami potu
czoło. Ktoś zawołał:
- A tobie co tak gorąco? Masz pietra? Może z nimi byłeś?
- Nie byłem - odpowiedział przestraszony Galicz - w piątek
wyjechałem do dziadka. Wczoraj dopiero wróciłem.
- Ale wiesz coś? Gadaj! No? Coś taki ugotowany?
- Nie wiem. Nic nie wiem - wypierał się Marek, znowu
ocierając czoło. Wyglądał żałośnie, aż go Michał wziął w obronę.
- Dajcie mu żyć! Sam czułem, jak mi mrówki po skórze biegały.
Mógłby ten mały i na mnie palcem pokazać.
- O raju! Na każdego! Przecież mogłoby mu się coś przyśnić!
- 287 -
- Nie na każdego. Nie każdy chodził na Mokotów - oponował
Michał.
- Na Mokotów? Skąd wiesz?
- Byłeś tam? - rzucono się na niego.
- Byłem. Ten sam milicjant tam mnie spotkał.
- Rany Julek! A dziś cię nie poznał?
- Poznał. Patrzył się na mnie, kiedy mi Grażyna alibi wystawiła.
- Grażyna? Alibi? Tobie? - sypnęły się pytania.
Klasa szósta liczyła prawie czterdzieści uczniów. Jak to było
możliwe, że cała ta czterdziestka obstąpiła ławkę, w której
siedzieli Michał i Witek? A jednak tak było. Jedni drugim włazili
na ramiona, przetykali głowy pod pachami, między łokciami,
gdzie się dało. Co chwilę ktoś spadał, zsuwając się z cudzych
pleców. Dziewczęta piszczały, ale też nie ustępowały. Witek
wołał, że zaraz padnie trupem, z braku powietrza.
Michał musiał powiedzieć wszystko, co widział i wiedział. Nie
kazał się długo prosić.
Społeczność klasowa była wstrząśnięta. Od pewnego już czasu
podejrzewano Wieczorka i Wichana, że organizują coś
niedobrego. Jędrek Przeździecki przyznał się teraz, że go Wichan
namawiał do jakiegoś klubu, ale Jędrek nie cierpiał brudasa
Wieczorka - nie chciał. Wyszło również na jaw, że Wichan był
zapożyczony u koleżanek. Stwierdziły to ze zdumieniem i
przestrachem:
- Raz zgubił pieniądze, a musiał kupić lekarstwo dla matki. I
przysięgał, że odda - tłumaczyła Alinka.
- Dla ciężko chorej matki - przedrzeźniała Danka. - Przecież
widziałam jego matkę dziś na ulicy zdrowiuteńką.
- 288 -
- Co ty mówisz? - oburzyła się Grażyna. - A ja, kiedy o chorobie
matki usłyszałam, to mi się tak go żal zrobiło!... Kłamczuch!
Wstrętny kłamczuch!...
- Co teraz z nimi będzie? - zapytał ktoś lękliwie. Pytanie zostało
bez odpowiedzi.
Powoli rozchodzono się do domów. Na korytarzu zegar szkolny
pokazywał, że za chwilę odezwie się dzwonek po szóstej lekcji.
Przegadali całą prawie godzinę!
- O raju! - krzyknął Witek. - Miałem wcześnie wrócić. Mama
chce iść do miasta! Ganiajmy co sił!...
- Leć sam. Ja jeszcze załatwię tu pewną sprawę - mętnie
tłumaczył się Michał.
- To wróć z Agnieszką... ona dziś ma sześć lekcji.
- Zobaczę. Może... - odpowiedział wymijająco Michał, chociaż
„pewna sprawa" nie była niczym innym, jak tylko chęcią
zaczekania na Agnieszkę i podzielenia się z nią dzisiejszymi
przeżyciami.
- Witek - zapytał przyjaciela Michał - przyuważyłeś tego
drągala, co z Agnieszką ciągle łazi?
- Ciągle?... Skąd wiesz?
- Skąd? Głupie pytanie. Widziałem na własne oczy. Stąd wiem.
Mówię ci: tyka do fasoli.
- No i co?
- I nic. Lezie, lezie, teczkę jej niesie i nie gada ani słowa. Mruk.
- A ona?
- Też nic. Przynajmniej nic nie słyszałem.
- 289 -
- Może rozmawiali po cichu? Bo jak to: ze szkoły do nas jest
kawałek drogi. Jak nie mają o czym mówić, to po co on jej teczkę
niesie?
- No właśnie. Pomyślałem to samo. Idzie taki milczek i ani
mrumru. Agnieszce chyba też to się nie podobało, bo raz
przystanęła i chciała mu teczkę odebrać. Ale nie oddał... aż
dopiero pod naszą bramą.
- Widzieli cię?
- Widzieli. Szedłem za nimi i kiedy przystanęli przed domem,
musiałem koło nich przejść. Agnieszka się zaczerwieniła. Pewnie
jej było wstyd, że z takim drągalem chodzi.
- A on?
- On? Spojrzał na mnie, ale kiedy go zmierzyłem od stóp do
głów, zaraz odwrócił się plecami.
- Hm - mruknął Witek, bo nie bardzo wiedział, co innego
mógłby powiedzieć, i nie rozumiał, dlaczego Michał interesuje się
„tyką do fasoli".
- A ja ci mówię, że nie „hm" - tylko musimy zrobić z tym
wszystkim porządek.
- No dobrze, ale co?
- Ty, Witek, wolnomyśliciel jesteś.
- Wolnomyśliciel? Cóż to znaczy?
- To znaczy, że wolno myślisz, wiesz? Tak sobie dasz wszystko
sprzed nosa sprzątnąć! Pomagała ci Agnieszka? Podciągnęła w
matmie? Tak? A jak teczkę nosić, to ciebie nie ma?
- Ale przecież...
- Nie żadne „przecież", tylko słuchaj, co mówię, od jutra
żadnych drągalów, żadnych tyk od chmielu. Ucho od śledzia, i
kropka! Teczkę Agnieszki my będziemy nosić. My i nikt więcej!
- My? To znaczy ty też?
- 290 -
- Też. Tylko ze względu na ciebie, bo gdybyś sam przeciw temu
dryblasowi stanął... mogłoby się źle dla ciebie skończyć, nie? A
jak mnie zobaczy... mina mu zrzednie, przekonasz się.
- Ale... ale mówiłeś, że noszenie teczki to...
- Mówiłem o Grażynie. Żadnej dziewczynie z naszej klasy nie
nosiłbym, wiesz? Ale co innego Agnieszka. Mieszka razem z
nami, tak? Koleżanka, tak? I w nauce nam pomogła, bo jeżeli
tobie pomaga, a ty przecież jesteś mój przyjaciel, to prawie tak
jakby i mnie. Rozumiesz?
- Rozumiem, ale widzę, że zmieniłeś zdanie, bo wtedy
powiedziałeś, tylko osioł...
- Niech ci będzie, że zmieniłem. No to co? Krowa jestem?
Tylko krowa nie zmienia zdania. Zawsze jej smakuje najlepiej
cudza koniczyna. A z człowiekiem różnie bywa, wiesz? I tu, w tej
sprawie, o nasz honor chodzi, kapujesz?
- Noooo, tak. Właściwie to tak - dawał się przekonywać Witek.
Następnego dnia poczekali przed szkołą na Agnieszkę, a kiedy
wyszła, Michał stanowczym ruchem wyjął jej z rąk teczkę i jakby
nigdy nic pomaszerował u jej boku, ruchem głowy wskazując
przyjacielowi miejsce po drugiej stronie zaskoczonej
dziewczynki.
Witek raz i drugi obejrzał się, czy nie nadchodzi skąd
konkurencja, ale „tyki do fasoli" nie widać było nigdzie w
pobliżu. Tylko kilka koleżanek Agnieszki nie kryło uśmiechów, a
jedna parsknęła złośliwie:
- Agnieszka ma powodzenie!
- Myj się co dzień w zimnej wodzie - odparł Michał - to ci
zazdrość zaraz przejdzie.
- 291 -
- Michał, Michał, uspokój się - Agnieszka była niezadowolona.
- Po co zaczynasz?
- Ja? Chyba słuch straciłaś. Ona zaczęła. Ja tylko
odpowiedziałem. A ten, co wczoraj, to kto?
- O kim mówisz? - udawała, że nie rozumie Agnieszka, chociaż
nagle zaróżowione policzki zdradzały co innego.
- Ten, co ci teczkę odnosił.
- Ach, ten! To Olek, brat Bożenki z naszej klasy. Chodzi do
ogólniaka, do dziewiątej klasy.
- Do dziewiątej! Myślałem, że do jedenastej. Taki dryblas?
- Ma dopiero szesnaście lat, tylko taki wysportowany.
- Wysportowany? - Michał był niemile zaskoczony. - Pierwsze
miejsce w wyścigu na hulajnodze?
- O tym jeszcze nie słyszałam - uśmiechnęła się Agnieszka - ale
ma swój kajak. Obiecał mnie przewieźć w którąś niedzielę.
- Łże pewno jak pies - rozzłościł się Michał. - Lepiej na ten
kajak nie daj się nabierać.
- Dlaczego?
- Bo on albo wcale kajaka nie ma, albo cię utopi, i kropka.
- Ma, ma. Pokazywał mi. I nie utopi, bo ja dobrze pływam. A
on... po prostu świetnie.
- Widziałaś?
- Bożenka mówiła.
- Każdy może opowiadać. A dziś, co? Strach go obleciał?
- Co ty pleciesz? Jaki strach?
- A dlaczego nie przyszedł pod szkołę?
- Ich klasa pojechała na wycieczkę do Kazimierza.
- Taak? - Michałowi przeciągnęła się mina. - No, to się jeszcze
zobaczymy.
- 292 -
Ale tak się jakoś układało przez kilka najbliższych dni, że albo
Agnieszka kończyła lekcje wcześniej niż Witek i Michał, albo ich
klasa szła na wystawę i stamtąd już do szkoły nie wracała, a raz
Witek zbuntował się i nie chciał przed szkołą czekać, aż
Agnieszka wyjdzie.
- Stój sam, jak chcesz - powiedział i nawet wzruszył ramionami
na perswazje przyjaciela.
- Przecież ja dla ciebie tylko to robię.
- Dla mnie? - Witek myślał, że się przesłyszał.
- Dla ciebie. Podciągam cię, jak mogę, a ty nawet tego nie
raczysz zauważyć. Co ty jesteś w pojedynkę? Nic. Zero, zero, nul!
Pewnie byś jeszcze z Heniusiem latał i znak Zorro malował kredą
na płotach. Dziecko i kropka. A z nami, znaczy się z Agnieszką i
ze mną, to już możesz się zaliczać do tak zwanej młodzieży.
- Z tobą samym nie wystarczy?
- Coś niecoś za mało. W radio mówili, że młodzież interesuje
się dziewczynami. I rzeczywiście, sam widziałeś, że „tyka do
fasoli" interesuje się Agnieszką. No więc jak? Mamy być gorsi?
Tylko dlatego, że on do dziewiątej zaleciał?
- Hm - Witek zaczynał rozumieć znaczenie pewnych pozorów. -
Ależ jeżeli już on... jeżeli Agnieszka... moglibyśmy przecież nosić
teczkę innej dziewczynie. Mało to ich? Tylko czekają.
- Niech czekają, na zdrowie! - przerwał Michał. - Ty, Witek, za
grosz praktyczny nie jesteś. Będziesz tachać teczkę takiej, co
mieszka zupełnie w innej stronie? I co z tego? Kiedy na obiad
wrócisz? A tu, z góry sobie lecisz lekko. Dziewczyna mądra. A to
ważne, ja ci to mówię. Z dziewczynami w ogóle trudno
wytrzymać, sam wiesz. A jeżeli jeszcze trafi się głupia! Niech
- 293 -
ręka boska broni. A ta i zegarek ma... o godzinę zawsze się można
spytać. Nie bój się, fasolowa tyka swój rozum posiada!...
20.
Przez dłuższy czas w klasie szóstej przeżywano ciągle na nowo
niecodzienne wydarzenie. Wbrew przysłowiu „Nie mów co się
dzieje w szkole, choćby cię smażono w smole", wiadomość o
„bandzie" dotarła i do rodziców. Zaniepokojeni ojcowie i matki
odwiedzali szkołę. Zwołano konferencję rodzicielską. A to, co
było omawiane na zebraniu, przenikało do wiadomości klasy,
powodując nowe refleksje.
Piotrowscy wieczorem posprzeczali się.
- Na krok nie wypuszczę z domu! - wołała pani Irena po
powrocie z konferencji. - Rodzice tamtych też myśleli, że dziecko
na zebranie do szkoły idzie!...
- Witek nie taki - bronił syna ojciec. - Nie potrzebujesz go przy
spódnicy trzymać. Babę z niego chcesz zrobić?
- A cóż to złego baba? Ładnie byście tu wszyscy bez baby
wyglądali! - zaperzyła się Piotrowska. - Nie chcę, żeby moje
dziecko nauczyło się kłamać, a może i do jakiej szajki dało się
namówić!
- Nie denerwuj się. Dotąd nie kłamał. Jak mówił, że idzie na
zebranie kółka... na pewno tak było. Jak lecieli na miasto, też
powiedzieli, bez krętactwa.
Chłopcy byli u Agnieszki przy odbiorniku.
- 294 -
Przed chwilą właśnie skończył się koncert życzeń. Agnieszka
wyłączyła radio i podniesione głosy zza ściany słychać było
wyraźnie.
Witek siedział czerwony, oblany warem. Michał udawał, że nie
słyszy, Agnieszka naprawdę nie słyszała, myślała o swoich
sprawach, bo nagle odezwała się:
- Za dwa tygodnie ciocia już tu będzie.
- O raju! - zawołał Michał. - Znowu się zacznie!
- Co? - nie zrozumiała w pierwszej chwili Agnieszka, zwracając
na niego oczy.
- No... tego... z Szafrańcową będą się ciągle przemawiać. Nie
pamiętasz?
- Ciocia wróci zdrowa, wypoczęta. Przecież to były nerwy. Nie
rozumiesz?
- Nie rozumiem - przyznał się Michał. - Cóż to za choroba -
nerwy? Chyba człowiek może sobie powiedzieć: nie będę się
przejmować, i kropka. Wziąć się w garść...
- A czy to łatwo? - spytała poważnie Agnieszka.
Jakby w odpowiedzi odezwał się energiczny głos Piotrowskiej:
- Już ja potrafię wziąć tu wszystko w garść. Nie chcę, żebyś
przez rodzone dziecko zawału serca dostał. Przecież takim
wyrostkom tylko głupstwa w głowie! Ale niech coś zauważę, to
tak spiorę, że... Słodka godzino! Żebym ja takiego wstydu nie
doczekała!...
- Kto dostał zawału serca? - spytała przyciszonym głosem
Agnieszka.
- Ojciec Wichana - odpowiedział również szeptem Witek.
- A stary Wieczorka - odezwał się głośno Michał - jak Witkowa
mama, sprał go bez litości.
- 295 -
- Skąd wy wszystko wiecie? - dziwiła się Agnieszka. - Przecież
to podobno matka Wichana była chora?
- Ucho od śledzia! Zbyszek łgał jak pies! Jego matka wtedy była
zdrowa. A skąd wiemy? Z powietrza w uszy wpada. Z rana do
dużej przerwy dziewczyny sobie w wielkim sekrecie na ucho
opowiadają. Pod przysięgą. A po dużej przerwie to już cała klasa
wie i gada, aż brzęczy.
- A ci... no ten Wichan i ten drugi, co mówią? Tłumaczą się?
- Wieczorek nie przychodzi - informował Michał. - A Zbyszek?
Całkiem przegrany! Nadrabia miną, ale przegrany! Cichuuuutki
się zrobił. Prawie go w klasie nie widać.
- A jak się stawiał! - przypominał Witek. - Zapierał się,
przysięgał... Dopiero jak Galicza pan kierownik spreparował...
- Spreparował? - powtórzyła zaniepokojona Agnieszka.
- Na miękko! Galicz żył blisko z Wichanem, wiedział o
wszystkim. Wyśpiewał jak z nut, płakał jak zgłodniały osesek -
wyjaśniał Michał. - Widziałem na własne oczy. Mnie też do
kancelarii wzywano.
- O! nasz pan kierownik potrafi prawdę wycisnąć - kończył z
podziwem Witek.
- A kto był ten trzeci? Galicz?
- Nie. Tam to była dziewczyna, Zbyszkowego wujka córka.
Porządna dziewczyna - znowu wtrącił Michał.
Zbyszek Wichan do czasu fajerwerku był jednym z prowodyrów
w klasie. Uczył się średnio, ale wrodzone zdolności, obycie i duże
oczytanie pozwalały mu nieraz błysnąć zręczną odpowiedzią i
zaimponować wiedzą przekraczającą poziom klasy. Ładny i
wysportowany chłopiec podobał się szczególnie koleżankom, dla
- 296 -
których zawsze był uprzejmy. Ale kolegom również imponował i
siłą fizyczną, i zdolnościami organizatorskimi, które w płataniu
szkolnych figlów albo nagłym ratowaniu się przed „sidłami"
zastawionymi przez nauczycieli bardzo były przydatne.
Bliższych przyjaciół zmieniał często. Niechętni twierdzili, że
kto Zbyszka lepiej pozna, ten sam się od niego odsunie. Szeptano
o kilku jego niepięknych sprawkach. Ale tylko szeptano.
Świadków nie było, a jeżeli nawet byli, woleli ze względu na siłę
Zbyszkowej pięści siedzieć cicho.
I nagle „fajerwerk" sprawił, że się to wszystko odmieniło. Nie
można powiedzieć, żeby Zbyszek stracił popularność, nie, ale była
to już popularność innego rodzaju. Stał się znany nie tylko w
swojej klasie.
Wiele razy na korytarzu lub na boisku, a nawet przed szkołą na
ulicy dobiegały go słowa: „To ten podpalacz? Ten?" A kiedy
czasem odwracał się w stronę, skąd dochodził głos, najczęściej
widział tylko plecy oddalających się od niego pośpiesznie
kolegów.
W klasie zabrakło mu najbliższych kompanów. Wieczorek do
szkoły nie przychodził, a Marek Galicz unikał teraz Zbyszka jak
ognia. Podobno stary Galicz przychodził do szkoły i nawet w
klasie sprawdzał, czy jego syn nie siedzi za blisko Wichana.
Zbyszek był dużo sprytniejszy od Wieczorka. Wieczorek go we
wszystkim słuchał. Głupiemu, nieokrzesanemu i niechlujnemu
wyrostkowi imponowała zażyłość z eleganckim kolegą. Może
wykonywał tylko jego rozkazy? Już tam musiało coś być, skoro
ojciec Zbyszka zawału dostał.
A cała klasa ponosi konsekwencje: rodzice zobowiązali się, że
będą czuwać nad tym, jak spędzają wolny czas ich dzieci. Będą
pytać o każde wyjście i sprawdzać. Tak - będą sprawdzać...
- 297 -
Wielu chłopców, a także dziewczynek miało różne grzeszki na
sumieniu: ileż to seansów kinowych, spacerów, spotkań z kolegą
lub koleżanką zasłoniętych było magicznymi słowami „zebranie
w szkole". Nauczyciele patronujący różnym kółkom zdumieni
byli ilością rzekomych zebrań. A rodzice wierzyli.
Wierzyli dotąd. A teraz przestali. Życie nie lubiących siedzieć w
domu uczniów i uczennic skomplikowało się ogromnie! Cała
odpowiedzialność za taki stan rzeczy, cała niechęć i
niezadowolenie spadły na Zbyszka.
Omijano go ostentacyjnie, rzucano mu złe spojrzenia, a nawet i
słowa. I, o dziwo, Wichan, który dawniej nie darowałby
najmniejszej uwagi, aby nie odparować jej zjadliwym docinkiem,
a tam gdzie trzeba bolesnym kuksańcem, teraz położył uszy po
sobie, nie widział i nie słyszał złośliwości, nie podejmował
zaczepek. Łatwo nawet było zaobserwować, że próbuje naprawić
opinię.
Była duża przerwa. Szósta klasa, tak jak i inne, z przyjemnością
prostowała kości, rozsypując się po boisku szkolnym.
Dziewczynki po dwie, po trzy spacerowały trzymając się pod
ręce. Chłopcy gonili się, mocowali, kopali, w braku czegoś
podobniejszego do piłki, tekturowe pudełko. Niedaleko głównego
wejścia do budynku szkolnego przystanęło kilku chłopców z
szóstej. Rozmawiali głośno, spierali się o coś żywo gestykulując.
Wichan, który w tej chwili ukazał się w otwartych drzwiach,
zauważył kolegów ze swojej klasy i skierował się wprost do nich.
Spostrzegli go. Rozmowa zamilkła i zanim Zbyszek zbliżył się,
paru uczniów odeszło pośpiesznie.
- Wieją ode mnie jak od zarazy, co? - w wyzywającym głosie
chłopca można było wyczuć domieszkę goryczy.
- 298 -
- Sam rozumiesz... - zaczął Jędrek.
- Rozumiem - przerwał mu szybko Wichan - nie potrzebujesz
się wysilać. Głupio wypadło i w ogóle... Kto by przypuszczał, że
tak się będzie palić? A wszystko przez tego psa. Mówię wam: to
było takie interesujące, że się nie chciał ruszyć! Zupełnie jakby
wypchany!
- To znaczy... pies winien, nie ty? - zapytał z ironią Michał.
- A ty święty jesteś? - odparował Zbyszek. - Nie było mnie przy
tym, jak cię Wieczorek namawiał? I ciebie, i Jędrka. Jędrek,
prawda, od razu powiedział, że nie chce, ale ty, Michał, nie
wyrzekałeś się. Owszem, naciskałeś, żeby i Witka też. Co, może
nie było tak?
- Było. Na samym początku - przyznał Michał.
- Na początku czy na końcu, nie ma znaczenia. Umawialiśmy
się spotkać na Mokotowie, nie?
- Ale nie poszedłem.
- Bo pojechałeś do Łodzi. Gdybyś nie pojechał, przyszedłbyś i
nie zadzierałbyś teraz nosa.
- Michał całe święta był w Warszawie - zaczął Witek, ale
przyjaciel mu przerwał.
- Zaraz, wolnego. Może bym i przyszedł. Nie przyszedłem na
twoje, Zbyszek, nieszczęście. Bo ja już się zapałkami nie bawię.
Wyrosłem.
- Tak... Paskudna sprawa... Wieczorka zgubiła forsa. On dla
forsy to by nie wiem co.
- Ty nie? - włączył się Jędrek.
- Ja? Ja, mój kochany, zupełnie co innego. Mnie starcza, matka
mi daje niezłą tygodniówkę.
- Ile? - zapytał niedyskretnie Michał.
- Dwadzieścia pięć złotych.
- 299 -
- Fiu! Fiu! - trzej chłopcy gwizdnęli jednocześnie, jakby się
umówili.
- Tyle forsy co tydzień i jeszcze długi robisz? - dziwił się Witek.
- Długi? Chyba ze sputnika się urwałeś! - głos Zbyszka wyrażał
najwyższy stopień zdziwienia. On sam nie czekał nawet na
odpowiedź.
Słysząc dzwonek zapowiadający koniec przerwy obrócił się
lekko na pięcie i poszedł do klasy.
Koledzy spojrzeli na siebie bez słowa. Dopiero w ławce
wyciągając i rozkładając na pulpicie zeszyt do zadań klasowych
Michał oświadczył:
- Chce nas wykołować! Ucho od śledzia!
Witek nie rozumiał, o co chodzi, ale bał się zapytać,
zauważywszy zwrócone w stronę ławki groźnie zmarszczone brwi
matematyka.
- Ile było dziś lekcji? - indagowała syna Piotrowska.
- Pięć, ale mieliśmy bardzo ważną sprawę do załatwienia...
- Jaką sprawę?. Mów mi zaraz!
- Mamusia myśli, że my tylko jakieś tam... a my z Michałem
wzięliśmy się dziś za Wichana, co to razem z Wieczorkiem...
- A po co? To do was nie należy. Od tego są nauczyciele,
kierownik.
- To była taka więcej delikatna sprawa. Musieliśmy ją sami u
siebie... I tak już naszą klasę na języki wzięli. Wichan miał długi.
- Długi? Taki chłopak i długi? Słodka godzino! I co teraz
będzie! Kto zwróci?
- 300 -