- Ach, tak? - powiedział powoli i spokojnie Michał, ale w
środku aż go ścisnęło. - To ja za ciebie murem! Za twój honor!...
Dechy na łbie dźwigam, spróbowałbyś! A ty, że kiepski pomysł?!
- Agnieszka też tak powiedziała.
- Agnieszka? - głos Michałowi przeciągnął się o wiele więcej,
niżby on sam tego chciał. - Agnieszka jest zgaga! Nieraz ci
mówiłem! Małe to, ale prześpiegłe! Oho! Do kuchni wczoraj
przyszła i tak się podszywała, że sam zgłupiałem. „Widzisz,
Michał, Witek powinien mieć klaser - przedrzeźniał sposób
mówienia Agnieszki - tego... owego...", a do ciebie: „kiepski
pomysł"...
- Czego się wściekasz? Nie do mnie, tylko do mamy, bo mama
się denerwowała, więc Agnieszka, kiedy przyniosła krople,
tłumaczyła, że niby czasami człowiekowi wpadnie do głowy jakiś
prędki pomysł i jeżeli nie zdążył się zastanowić czy poradzić, to...
- Nie kręć! Powiedziała czy nie powiedziała „kiepski"?
- Może nie tak, może trochę inaczej, ale na to wychodziło... I
mama była tak zdenerwowana, jak nie wiadomo co...
- Twoja mama w ogóle musi mieć w sobie za dużo tych
nerwów.
- Tak ci się zdaje. Mama myślała, że to złodzieje...
- Ale kiedy cię lała, to już wiedziała, że żadnych złodziei nie
było?
- Z nerwów tak. Nie rozumiesz?
- Rozumiem! Moja mama lepsza. Jakbym zbierał znaczki albo
co, to moja mama, chociaż się u nas nie przelewa, na pewno...
Niczego mi nie żałuje. Pojadę do domu... Na kolację będą pyzy z
sosem - marzył na głos Michał. - Bardzo lubię, mama wie...
I królica na pewno już się okociła, przywiozę parkę, zobaczysz.
- 151 -
Dzwonek na lekcję przerwał dyskusję. Ale i to, co było
powiedziane do dzwonka, nie pojednało, nie złagodziło
obustronnych żalów - odwrotnie.
„Narozrabiał i jeszcze się stawia" - zżymał się Witek.
Poczucie sprawiedliwości kazało mu jednak stwierdzić:
Zbyszek chodzi jak pies z podwiniętym ogonem...
„To tak? To ja za niego! Dla niego!” - jątrzy bolesne miejsce
Michał. - „A on razem z Agnieszką: «kiepski pomysł»!
Poczekajcie! Mam ja jeden pomysł niekiepski. Oko wam
zbieleje!"
- Witek Piotrowski! - zwróciła się w stronę ich ławki
nauczycielka geografii - czy ty chociaż słyszysz, o czym ja
mówię? Przecież Janosik i w historii, i w polskim na pewno się
przyda, a ty patrzysz w ścierkę do tablicy przez całe piętnaście
minut! Specjalnie obserwuję.
Cała klasa zwróciła oczy najpierw na ścierkę (może tam
rzeczywiście coś jest?), a potem na Witka, który zerwał się z
ławki i zebrawszy całą przytomność tłumaczył się:
- Słyszę, proszę pani! Pani mówiła o zbójniku Janosiku, który
zabierał skarby, ale tylko bogatym. To był bohater.
- No, a ty. Kowalski, możesz coś dorzucić?
- Mogę, proszę pani - wstał Michał. - Mnie się zdaje, ale
zastrzegam, że to jest moje osobiste zdanie, że nie taki wielki
bohater ten Janosik, który tylko bogatym odbierał skarby. Pewnie,
że tylko. Bo co mógł odebrać biednym? Chłop miał po kolei w
głowie. Ale czy zdrowy pomyślunek to aż taka
nadzwyczajność?...
- 152 -
- Oj, Kowalski, Kowalski! - załamała ręce nauczycielka. - Coś
mi się zdaje, że zdrowy pomyślunek, jak mówisz, to rzecz u ciebie
rzadko spotykana...
Witek nie kwapił się wyjść z klasy razem z Michałem. Coś tam
wyjmował z teczki i upychał znowu. Za to, nie wiadomo skąd,
znalazła się w korytarzu Grażyna i zagadała:
- Wiesz, Michał, odkąd przyszedłeś do naszej klasy, to
przynajmniej uśmiać się można częściej.
Michał przyjrzał się, czy aby ona sobie z niego nie pokpiwa. Ale
nie, w oczach koleżanki odnalazł prawdziwe uznanie. Lubił być
podziwiany, toteż odpowiedział łaskawie:
- Śmiech to zdrowie!
- Uhm! A kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje! - z wyraźną
kpiną rzuciła Danka Majewska, która dogoniła przyjaciółkę w
drodze do szatni i pędem puściła się za nią korytarzem.
Michał wołał za nimi:
- Ty, Majewska! Dostaniesz się w moje ręce... to się
pośmiejesz! Ale inaczej!
Dobrze się układało, że wujek wieczorem musiał wyjść na
„fuchę". Teraz przed świętami ludzie odnawiali mieszkania, a w
związku z tym przeprowadzali różne naprawy. Michał był
zadowolony, że nikt mu nie przeszkodzi w zrealizowaniu, tym
razem naprawdę niezwykłego, wynalazku. Każdy będzie się
stukać w głowę. Taki prosty pomysł - że też do tej pory nikt na to
nie wpadł! Dopiero Michał! Aha! Właśnie!
Zebrał sznury do żelazka. Jeden wziął z kuchni, drugi pożyczył
u Agnieszki. Jeszcze było za krótko, ale kiedy dodał przedłużacz
od lampki nad łóżkiem - starczyło.
- 153 -
Środowy wieczór w kolejce kąpania wypadł na pokój Czernika,
a więc i okazja do wypróbowania pomysłu dziś była najlepsza.
Mały radioodbiornik udało się wnieść do łazienki
niepostrzeżenie. Michał ustawił go na taborecie przy wannie,
zapalił gaz i puścił wodę. Rozebrał się, wszedł do kąpieli i
włączył radio. Muzyka grała cichutko, nie było jej prawie słychać,
przygłuszał ją szmer i plusk płynącej z kranu wody.
Wyłączył gaz i wodę, której nie naleciało jeszcze dostatecznie
dużo, ale czas naglił. Teraz słychać było jakąś piosenkę wyraźniej,
ale nie tak dobrze, jak w pokoju. Coś przeszkadzało.
Aby „genialny pomysł" zwrócił uwagę lokatorów - muzyka
powinna być o wiele głośniejsza. Powinna ją usłyszeć Agnieszka
w kuchni i Szafrańcowa, która naturalnie pobiegnie zaraz z
nowiną do Piotrowskich, no i pani Aniela, jeżeli jest u siebie.
Pokręcił gałkami - nie pomogło. Piosenka płynęła jakby zza
gęstej mgły.
Może przejść lepiej na drugą falę? Zapiszczało, zagrzechotało -
odbiór jednak nie był mocniejszy. Coś nawaliło, nie kontaktuje,
ale co? - Michał nie chciał zrezygnować z powziętej decyzji.
Gdyby był w pokoju u siebie, sprawa byłaby łatwa. Nie raz, nie
dwa zaglądał do wnętrzności radioodbiornika i naprawiał drobne
uszkodzenia, ale tam miał narzędzia.
Rozejrzał się po łazience. Nic! Na półeczce pod lusterkiem leży
tylko szczotka do rąk. Na bocznej ścianie nad wanną jest większa
półka. Stoją tam szklanki i kubeczki ze szczotkami do zębów. Nic
więcej? Jest!
Między szklankami leży mała metalowa pincetka. Pewnie
pielęgniarka ją tu zostawiła. Świetnie!
Od biedy można się posłużyć pincetka przy odkręcaniu śrubek,
chociaż idzie to powoli. Dobra jest, zanim naprawi radio, można
- 154 -
jeszcze dopuścić do wanny wody. I Michał znowu odkręca gaz i
wodę.
Teraz klęka w wannie i przysuwa taboret z radioodbiornikiem
tak, aby wygodnie było manipulować. Mokre ręce zostawiają
plamy na bakelitowej skrzynce, ale to nic, woda czysta, a w
łazience ciepło. Wilgotne ślady zaraz znikną.
O! tu trzeba odkręcić. Michał wyciąga rękę z pincetka, dotyka
śruby i... trach!!!
Potężny wstrząs targnął ciałem chłopca! Strach wyrzuca go niby
kopniakiem z wanny. Stoi ociekający wodą na środku łazienki i
trzęsie się w okropnym dygocie, którego nie może opanować.
Zęby szczękają, ręce drżą, nogi się trzęsą!...
Osłabły, opiera się o ścianę.
Zaraz... zaraz... Uspokoić się za wszelką cenę!... Chyba nikt nic
nie słyszał?... Nic nie spadło, a ten okropny dreszcz, który jeszcze
trzęsie Michałem, czuje on sam tylko... I to szczęście...
Widocznie coś z tym radiem nie jest w porządku, może sznur
zepsuty? Pewno sznur. Trzeba będzie to wszystko wypróbować
najpierw w pokoju ostrożnie.
Teraz żeby tylko ten dygot minął.
Może to z zimna? No tak! Do wanny leci struga zimnej wody,
bo zajęty radioodbiornikiem zapomniał zapalić gaz!
Michał drżącymi jeszcze rękami sięga po zapałki. Zaraz, trzeba
najpierw wytrzeć ręce, bo zamoknie pudełko.
- Już!!!
W ostatnim błysku świadomości miga: „To mi się śni"...
- 155 -
Pan Szafraniec układa pasjansa, pani Leontyna ceruje starannie
letnie popielate rękawiczki. Od czasu do czasu spogląda sponad
spuszczonych na koniec nosa okularów na stół i pomaga mężowi:
- Siódemka, Franiu, kierowa siódemka na ósemkę pik!
- Widzę, Leoniu, widzę - spostrzega się pan Franciszek - tylko
tak sobie jeszcze myślę...
Agnieszka siedzi w kuchni. Zajrzał tam i Henio, pewnie
przysłany przez brata na rekonesans w terenie, bo po chwili
przyszedł i Witek.
- Pojechała twoja ciocia?
- Pojechała.
- Sama?
- Z jedną panią. Rozmowa jakoś nie kleiła się.
- A wiesz, Agnieszka - zaczął w pewnej chwili Witek i nie
zdążył dokończyć.
Gruchnęło!!! Rąbnęło!!! Z trzaskiem i łomotem wyleciały jakieś
drzwi!...
Drobno zadzwoniło spadające na kamień szkło...
Potem cisza. Taka cisza, że i Witek, i Agnieszka przerażeni,
skuleni, ze schowanymi w ramionach głowami, jakby za chwilę
miał na nich zwalić się sufit - słyszą tylko przyspieszone bicie
własnych serc.
Ale cisza trwa krótką chwilę. Już słychać mocny, choć też
przestraszony głos pani Anieli:
- Co tu się dzieje?
I zaraz jękliwe, skrzypiące słowa Szafrańcowej:
- Dom się wali! Dom! Franiu! Święci anieli! Ratunku!
- 156 -
- Światła! Światła! - woła pani Aniela. - Żywo. prędko, dawajcie
lampę z kuchni, bo tu żarówka wysiadła i w łazience zgasło! Co
tak gaz śmierdzi? Kto tu leży?
Witek szybko wynosi światło na próg korytarza, bo tylko dotąd
sięga sznur lampy, przy której się uczą.
Szafrańcowa otwiera szeroko drzwi od pokoju i żeby było
widniej, odsuwa jeszcze firankę. Ale i bez tego widać wyraźnie:
Przerzucony przez próg łazienki leży nagi, nieprzytomny
Michał. Z czoła i ramienia nad obojczykiem sączy się krew.
- Pani Ireno... żywo, prędko! Łóżko! Panie Feliksie! Weźmiemy
go razem - pielęgniarka klęka nad Michałem, kładzie rękę na
serce, bada puls, zagląda pod powieki, ostrożnie podnosi kolejno
ręce, potem nogi Michała.
- Ogłuszony. Upadł mocno. Rzuciło go, aż drzwi wywalił. To
gaz wybuchł. A co tu robią sznury od żelazka? Aaa! Radio tu leży.
Może włączył mokrymi rękami? Nie wiedział, że elektryczność w
wannie to śmierć? Matko Boska! Dobrze, że to się tylko tak
skończyło.
Michał leży na swoim łóżku. Już odzyskał przytomność.
Otwiera oczy. Dziwi się, że nad nim stoi przerażony wujek. Czego
wujek taki blady? Co tak strasznie piecze w głowę i koło
ramienia? Chce się ruszyć. O!... Jak wszystko boli! Z ust wyrywa
się jęk.
- Cicho! Cicho!... - uspokaja pani Aniela. Podkłada mu rękę pod
głowę, nachyla do ust szklankę.
- Wypij. Zaśniesz. Jutro będzie lepiej.
- 157 -
Rano, a był to czwartek, Michał obudził się i otworzywszy oczy
zdziwił, że do pokoju zagląda słońce. Przecież słońce zagląda tu
dopiero około południa!
Spojrzał na wujkową dużą „cebulę", zawieszoną na ścianie,
wprost jego oczu: jedenasta godzina! Co on robi w łóżku? Zaspał?
Poruszył się gwałtownie i aż go zamroczyło z bólu. Głowa
bolała najbardziej! Sięgnął ręką do czoła i napotkał bandaż. Chciał
wyciągnąć spod kołdry drugą rękę, ramię zabolało dotkliwie. Co
się z nim stało?...
Nie mógł sobie przypomnieć.
W pokoju był sam. Wujkowe łóżko zasłał ktoś obcy, bo
poduszka położona nie z tej, co zwykle strony. Obok łóżka
Michała na przysuniętym taborecie stoi szklanka herbaty z
cytryną. Skąd wujek dostał cytrynę?
Pić! Ostrożnie, powoli, żeby jak najmniej bolało, podciągnął się
na poduszkę.
Drzwi uchylone cichutko: wsunęła się głowa Henia. Przez
chwilę patrzyli na siebie bez słowa. Słychać było tylko świergot
kanarka Szafrańców i szybki, przygłuszony turkot maszyny u
Piotrowskich.
- Nie śpisz? Może czego chcesz? - zdecydował się zapytać
Henio.
- Pić!...
Henio podsunął Michałowi szklankę. Herbata była zimna,
kwaskowa i smakowała jak nigdy.
- No? - zapytał odstawiając napój.
- No? - odpowiedział tym samym Michał. - Co się stało?
- To ty nie wiesz? - zdziwił się Henio. - Wybuch zrobiłeś! W
łazience! Tak cię rąbnęło w drzwi, że ojej. Aż zawiasy wyrwane.
Twój wujek zreperuje... nie bój się. I moją szklaneczkę do zębów
- 158 -
stłukło. Pani Aniela powiedziała, że jakby cię rzuciło na ścianę,
tobyś się zabił na całą śmierć. A pani Szafrańcowa powiedziała,
że w tym domu szatan mieszka. Ale to nie szatan... tylko gaz. I
radia nie można do mokrej wody wsadzać... wiesz? Bo rąbnie, że
ojej!.....
Teraz Michał już wie: sznury od żelazka, radio, zapałki...
Rąbnęło go, rzeczywiście...
Zaciska powieki. Milczy. Henio myśli, że Michał będzie znowu
spał. Patrzy z bliska na zegarek pana Czernika. Widzi, że już czas,
aby się zbierać do szkoły. Wychodzi na palcach, przymykając za
sobą drzwi.
Znowu słychać tylko trele Maciusia.
„Ale się urządziłem!... Dobrze ci tak, barania głowo! Pomysłów
ci się zachciało? Ciut, ciut, i wylądowałbyś tam, gdzie nikomu się
nie spieszy... Pomysły! Dobrze jeszcze, że przedtem się nie
pochwaliłem. Dopiero byłaby kupa śmiechu przy każdej okazji! O
rany! Jak boli!..."
Sen jest dobrodziejstwem.
Kiedy otwiera oczy po raz drugi, przy łóżku widzi pana
Szafrańca. Teraz Michał od razu wie, dlaczego o tej porze -
zegarek pokazuje dwunastą - znajduje się w łóżku. I nie dziwi go
również obecność pana Franciszka, który od czasu kiedy on
zamieszkał u wuja, przychodzi tu rzadko.
„Zaraz się zacznie" - mówi w duchu Michał i krzywi się na
samą myśl.
Nie lubi kazań...
- 159 -
- Boli cię? - pyta pan Szafraniec, tłumacząc sobie grymas na
twarzy chłopca. - Niedługo przyjdzie pani Aniela, zrobi ci
zastrzyk.
Na wspomnienie o zastrzyku w Michałowych oczach widać tyle
popłochu, że pan Szafraniec szybko dorzuca:
- Nie bój się. Pani Aniela nadzwyczajnie to robi. Nic a nic nie
boli. A zresztą może zastrzyk nie będzie potrzebny? Jak się
czujesz?
- Nic mi nie jest - zapewnia na wszelki wypadek Michał.
- Podać ci co?
- Pić mi się chce.
- Jest tu herbata, ale zimna. Może zrobić świeżej?
- Nie. Zimnej.
Pan Szafraniec delikatnie unosi poduszkę z głową Michała i
daje mu się napić.
- A może chcesz wstać? Pomogę ci przejść do łazienki.
Michał kiwa przytakująco. Teraz dopiero widzi, z jaką
umiejętnością zabiera się do rzeczy pan Franciszek. Zsuwa
najpierw nogi Michała, potem każe położyć się na prawy bok,
ostrożnie omija bolącą lewą stronę i Michał już siedzi na łóżku.
Niczym przy pomocy pielęgniarza idzie do łazienki, a potem
znowu ostrożnie układa się na podsuniętych wyżej poduszkach:
swojej i tej z wujkowego łóżka. Wygodniej.
- Nie chce ci się jeść? Przyniosę ci bułkę z masłem.
- Nie, dziękuję, teraz nie - Michał odwraca głowę, chociaż go
strasznie boli. Nie może patrzeć w oczy pana Szafrańca. Widzi w
nich współczucie. A przecież...
- Prześpij się jeszcze. Na obiad pani Piotrowska rosół dla ciebie
gotuje, wujek tak zarządził... No, to śpij...
- 160 -
Ale teraz Michałowi już nie do spania. Ledwo Szafraniec
wyszedł, ktoś obcy dzwoni do drzwi. Piotrowska idzie otworzyć.
Jak zawsze ostrożnie: zakłada łańcuch. Michał wszystko świetnie
słyszy.
- Do kogo panowie? Komisja... Proszę, proszę bardzo. Owszem,
wszystko można obejrzeć.
Wprowadza przybyłych do pokoju nauczycielki. Za chwilę
komisja wchodzi do pokoju Czernika.
- Tylko proszę cicho, bo tu chory śpi - mówi Piotrowska, a
widząc otwarte oczy Michała, dodaje: - A! Już nie śpi. Nic
takiego, potłukł się wczoraj, jak to chłopak. Ma trochę gorączki.
Mieszka tu u swojego wujka, Michała Czernika. Czernik pracuje
na Żeraniu. Kwalifikowany mechanik.
Jeden z przybyłych ma na teczce rozłożoną jakąś kartkę, może
plan, coś tam zaznacza, drugi zapisuje. Trzeci patrzy po ścianach,
wygląda przez okno.
- Że to tyle lat stoi! - dziwi się szczerze. - Na czym to się
trzyma? Przecież dół wypalony.
- Działowe ściany solidne. Trzymają - odpowiada drugi.
Wychodzą, idą do Piotrowskich i dalej, po kolei.
Przez zamknięte, prowadzące do środkowego pokoju drzwi, pod
którymi stoi łóżko Michała, słychać, jak jeden z przybyłych pyta:
- A nie woleliby państwo do Domu Starców? Byłoby
wygodniej, nie trzeba kłopotać się o gospodarstwo, o nic. I opieka
lekarska na miejscu.
- Całe życie... całe życie w tym domu... urodziłam się tutaj...
stąd mój syn... a teraz...
- Leoniu, nie denerwuj się... przecież pan tylko pyta. Prawda,
proszę pana, pan tylko pyta?
- Oczywiście, oczywiście! - zapewnia członek komisji.
- 161 -
Wraca Witek. Zagląda od razu do Michała. Jest trochę
przestraszony, ale widząc otwarte oczy przyjaciela, mówi
półgłosem, jak należy do chorego:
- Cześć! Zaraz do ciebie przyjdę.
Po chwili siedzi już koło Michała.
- Aleś strachu narobił! O rany! U nas w pokoju tak huknęło,
jakby ten dźwig na budowie się przewrócił. No, mówię ci! Leżałeś
jak zamordowany. Tyle krwi! Twój wujek wrócił, jak już byłeś na
łóżku i pani Aniela bandażowała ci głowę. Zbladł, mówię ci, aż
krzyknęła na niego. Myślała, że zemdleje.
- Co w szkole? - odwraca temat Michał.
- W szkole? Panią Tołłoczko zastępuje nowa nauczycielka.
Zgrywa była, bo o wszystko się pytała, a Kuba, wiesz, jakie on ma
pomysły, udawał, że się jąka. Pani uwierzyła i kazała mu siadać,
oburzona, że się śmiejemy... Nawet coś tam przygadywała
Grażynie. Ale, z Grażyną!
Słuchaj, co te dziewczyny wymyśliły: chcą, żeby im teczki
nosić! Sam słyszałem, jak kiedyś w szatni opowiadały, że w
innych szkołach już w piątej klasie chłopcy dziewczynkom teczki
noszą, a u nas widocznie są opóźnieni w rozwoju, jak bozie-kozie!
tak mówiły: „opóźnieni".
- A chłopaki, co? - zainteresował się Michał.
- Najpierw proponowali, żeby dziewczynom lanie spuścić.
Wieczorek powiedział, że on to zrobi z przyjemnością, bo
dziewczyny z niego się wyśmiewają. Ale Jędrek i Zbyszek
powiedzieli, że nie pasuje. Najpierw trzeba sprawdzić. Sprawdzili
i okazało się, że owszem, w szóstej klasie już noszą, a najwięcej w
siódmej.
- Ale po co?
- 162 -
- Właśnie! Ja też mówiłem: po co? Przecież ani ciężko, ani w
ogóle. Nikt nie umiał tego dojść; no, więc powiedzieli, że taki
fason; i mówię ci, Michał, żebyś widział, jak dzisiaj Jędrek z
Kubą za łby wzięli się o teczkę Grażyny.
- Osły!
- Pewnie, że osły. Oni się bili, a tymczasem Grażyna dała teczkę
Zbyszkowi. Królewnę odgrywała!... Mówię ci, boki mnie bolały
ze śmiechu.
- A... o mnie... pytali się? Dlaczego mnie nie ma?
- Owszem. Wieczorek pytał, Grażyna też pytała i pan
Grzybowski.
- Powiedziałeś?
- Tylko, że się potłukłeś. Ale co i jak nie mówiłem. Agnieszka
nie kazała.
- A co ona?
- Powiedziała, że może sobie nie życzysz albo co. Że potem
powiesz sam, jak zechcesz. Teraz parę dni musisz poleżeć. Pani
Aniela mówiła, że to stłuczone będzie długo bolało. A wiesz,
Zbyszek nie może strawić, żeś go zagiął.
- No?
- Powiedział, że udajesz. Że pewno ci się nie chce w niedzielę
iść z łopatą...
- Długo tego opowiadania będzie? - zapytała pani Piotrowska
wchodząc z talerzem pachnącego rosołu. - Witek, przynieś no tu
deskę do mięsa. Ale już!
Michał tylko okiem rzucił na złocisty rosół, posypany zieloną
pietruszką, wśród której różowiły się krążki marchewki, od razu
poczuł, że owszem, jeść mu się chce.
- 163 -
Z pomocą pani Piotrowskiej usiadł na łóżku. Deska do mięsa
położona na kołdrze doskonale zastępowała stół. Prawą ręką, na
szczęście, mógł ruszać swobodnie.
- Witek! Na ciebie też czeka obiad na stole - przegnała syna
pani Piotrowska. Potem położyła Michałowi rękę na czole.
- Gorączki chyba dużej nie masz, ale to już pani Aniela
sprawdzi, kiedy ze szpitala przyjdzie. Jedz. nie żałuj sobie. Jak
masz apetyt, to ci dołożę jeszcze.
Michał nie kazał się prosić.
Makaron był robiony w domu, jak u mamy! Mama też, kiedy
Michał chorował, chociaż zdarzało to się rzadko, podtykała mu co
lepsze. Chociaż kryć się musiała przed ojczymem. Jak coś takiego
zobaczył, zaraz się brał do bicia...
Gdzie to się podziała Michałowa krzepa? Zjadł talerz zupy i
całe czoło ma w kropelkach potu. Chyba go ten rosół tak rozgrzał?
Za drugi talerz dziękuje. Dobre jedzenie, bardzo mu smakuje, ale
osłabł. Żeby te poduszki trochę niżej - usnąłby. Już śpi...
Budzi go przyjście pielęgniarki. Pani Aniela jest w białym
fartuchu i Michałowi wydaje się, że pachnie szpitalem.
- No jak tam z humorem? - przygląda mu się bacznie. - Załóż no
termometr!
Gorączka niewysoka, ale jest. Pani Aniela umie ją wytłumaczyć,
uspokaja wujka, który też właśnie nadszedł, i - zmizerowany jakiś,
nie ogolony - słucha uważnie każdego jej słowa.
- A może doktora, pani Anielo, jak pani myśli?
- Na co tu doktor? Dziś musi leżeć spokojnie. Jutro wymasuję
go i trochę pogimnastykuję. A w poniedziałek do szkoły marsz! I
jeść może wszystko, co tylko sobie zamarzy, byle się nie przejadł.
A pan niech się zaraz ogoli, bo tak wygląda, jakby mi za chwilę
miał tu jeszcze jeden pacjent przybyć.
- 164 -
Wujek po wyjściu pani Anieli goli się w milczeniu. Michał leży
z przymkniętymi oczami. Od przedwczoraj nie zamienił z
wujkiem ani słowa. I teraz - niezręcznie jakoś. Może udać, że chce
mu się spać?...
Przełamuje się.
- Podobno wujek wczoraj stracha o mnie miał? Dlaczego?
Pozbyłby się wujek kłopotu, i kropka.
- No, no, jak ja tu zaraz postawię kropkę, to ci jeszcze jeden guz
wyskoczy - uśmiecha się z trudem wujek. - Ale masz ciężki
dowcip, wiesz? Zapomniałeś, że woda jest dobrym
przewodnikiem elektryczności? Co wy? Nie uczycie się fizyki?
- Elektryczność dopiero w siódmej przechodzą. Ale zapamiętam
na całe życie.
- Myślę! I ty, i Witek, i nawet Henio. Ale powiem ci, Michał...
powiem ci, Michał... Och, trudno to powiedzieć... może kiedy
indziej...
Wujek wybiera się po zakupy. Na niego spadły teraz kłopoty
aprowizacyjne. Michał przypomina sobie o lizakach dla małych.
Może ludzie na święta wykupią? Prosi wujka o lizaki.
„To będzie radość! Małe chyba trochę podrosły. A co by mamie'
za prezent?... Jeszcze siedem dni. Całe siedem długich dni... O
raju!...
Znowu cicho. Od czasu do czasu za ścianą zakaszle pan
Szafraniec, korytarzem przechodzi kilka razy Agnieszka. Do
niego nie zagląda.
Dlaczego?
- 165 -
13.
Tej nocy Michał spał bardzo źle. Bolało ramię. Nieznośnie
dokuczało to, że mógł leżeć tylko na prawym boku, ciągle w tej
samej pozycji. Każdy nieostrożny ruch wyrywał go ze snu.
Nigdy nie słyszał za ścianą tyle kaszlu, co tej nocy. Chyba
Szafrańcowie też nie mogli spać, bo rozmawiali. Pomimo
wujkowego chrapania, Michał słyszał każde słowo niby nad
uchem.
- Czy my jesteśmy tacy starzy - pytała pani Leontyna. - Przecie
Domy Starców są dla zupełnie starych ludzi.
- Nie myśl o tym, Leoniu! Śpij, duszko.
- Jakże o tym nie myśleć, Franiu? - wzdychała ciężko. - Co z
nami będzie?
- Co będzie, to będzie. Dach nad głową musimy mieć. A gdzie?
Powiem ci prawdę: żeby w tym Domu Starców był jakiś ogródek,
żebym mógł w nim robić... poszedłbym z chęcią.
- Za dobry jesteś, Franiu, na dzisiejsze czasy. Za dobry... Na
wszystko byś się zgodził. A tak nie można. Coś nam się jeszcze
należy. A jeżeli ogródek... to już lepiej do Helenki. I dom ma
duży, i ogród. Jeszcze byśmy się jej przydali. Zawsze to rodzina,
chociaż i dalsza.
- Jakże do Helenki, kiedyś ją obraziła. Nie pamiętasz, duszko,
jak odpisałaś na jej zaproszenie?
- Tyle lat, kto by tam pamiętał... A zresztą, odpisałam tak, bo
mnie rozgniewała: dziewczyna ładna, mądra, zakopała się na
odludziu. Nie mogła w Warszawie?... I za jakiegoś tam... Grzmota
czy Pioruna wyszła.
- Łoskot, Leoniu, Łoskot się nazywa. A może lepiej zrobiła, że
nie w Warszawie? Masz ich adres?
- 166 -
- Mam... Trzeba by jutro napisać... Zapytać zawsze można.
Przecież to rodzina, choć i dalsza...
- Ogród... ogród - powtarza pan Szafraniec - można by inspekty
założyć... choćby i niewielkie...
Michał zastanawia się: nie chcą iść do Domu Starców.
Dlaczego? Tam chyba też... jak w internacie... Każdy woli po
swojemu. Pewnie... żeby ich syn żył... U niego mieliby lepiej...
Michała mama na starość wszystko będzie miała. W ogóle niech
on tylko zacznie zarabiać, wszystkie pieniądze mamie odda -
niech mama rządzi...
Pić nie będzie - napatrzył się dosyć, co to jest pijaństwo. Palić
też nie. Próbował, nie smakuje. Są chłopaki, co palą, chociaż im
nie smakuje. Osły! Tyle pieniędzy z dymem puszczać! I wujek,
żeby nie ta wódka, dawno by miał telewizor. Ale jakby tutaj -
zaraz każdy chciałby patrzeć.
A Michał wpuściłby tylko Witka i Agnieszkę. Może jeszcze
Szafrańca - więcej nikogo. Wujek naturalnie powiedziałby - niech
patrzą!!
O wujku też można by powiedzieć, że za dobry na dzisiejsze
czasy. Maszyna Piotrowskiej zepsuła się - do wujka, jak w dym.
Nauczycielce zamek do komody - wujek. Pani Aniela klucz od
zatrzasku zgubiła - kto dorobił? A byłby prysznic w łazience, żeby
nie wujek? O zapchanym zlewie w kuchni, o przeczyszczaniu
palników to nawet szkoda mówić! A jak wujkowi lokator przybył
i nie obcy, ale siostrzeniec, to - huzia!...
Wtedy, co to za awantura o nalepki była, Michał choć już drzwi
za sobą przymknął, dobrze słyszał, jak pielęgniarka do
Szafrańcowej mówiła: „Żeby on już prędzej pojechał na święta". I
teraz pewno tylko dlatego tak dba: i z termometrem, i opatrunki, i
zastrzyki, żeby szybciej wyzdrowiał i jechał do matki. Dobra jest.
On sam też niczego więcej nie pragnie...
- 167 -
Szafrańcowie chyba usnęli. Za to słychać poszczekiwanie
Pimpusia. Pielęgniarka okno na noc zostawia otwarte. Tu - lufcik,
założony haczykiem. Czy takiemu psu coś się śni? Czy to można
sprawdzić? A może ktoś obcy koło domu chodzi - pies poczuje
najpierwszy...
Michał ostrożnie, jak tylko można, przekręca się na drugi bok.
Boli...
Do domu dobrze byłoby pojechać wcześniej. Mama pewno
kuchnię bieli. Kuchnia zawsze najbrudniejsza. Kto mamie
pomoże?
Z małymi trzeba będzie wybrać się do ZOO. Łódzkie - nie takie
duże jak w Warszawie, ale też przyjemnie popatrzeć. Małe lubią
zwierzęta. O białą królicę umiały już dbać. Ciekawe, jakie są
młode króliki? Czy wszystkie białe? Trzeba przywieźć ze świąt
parę młodych. W komórce na podwórzu zrobi się dla nich
miejsce. Agnieszce najbardziej spodobałyby się chyba białe?
Ile to rzeczy przychodzi do głowy, kiedy nie można zasnąć:
Michał patrzy w okno. Nie wiadomo, kiedy zginęły z nieba
gwiazdy i samo niebo zbladło, pojaśniało. Noce kwietniowe co
dzień krótsze...
Michał budzi się późno. Pierwsze, co spostrzega, to piękną złotą
pomarańczę leżącą na taborecie przy jego łóżku. Skąd się tu
wzięła?
Przez drzwi zagląda Piotrowska.
- Nie śpisz już? Ale chrapałeś! To dobrze, że tak długo spałeś.
Choroba prędzej wyjdzie. Zaraz ci przyniosę śniadanie.
Przynosi mleczną kawę i bułki z masłem.
- Wujek też pomarańcze kupił? - pyta stawiając śniadanie przy
łóżku.
- 168 -
- Musiał w kolejce ładnie postać, bo ludzie na święta
wykupywali. Ja też kupiłam. Pomóc ci podnieść się? A widzisz,
już dziś trochę lepiej. Tylko ci poduszkę poprawię.
Michał ostrożnie podciąga się sam i z apetytem zabiera do
śniadania.
Koło południa wpada pani Aniela.
- A co, Piotrowska przyniosła ci pomarańcze? Widzisz,
mówiłeś, że skąpa, a ona i dzieciom kupiła, i tobie nie pożałowała.
O mnie też pomyślała, kiedy stała w kolejce.
Wujek dziś wrócił z pracy wcześniej. Ma iść do szpitala,
odwiedzić tego, co mu palce ucięło. Sam kucharuje. Jajecznicę z
kiełbasą i kompot z rabarbaru Michał zmiata, jakby nie jadł od
wczoraj.
- A pomarańcza od Grudzińskiej? - stwierdza wujek i nie wątpi
w to ani na chwilę. - Krzyczy, bo krzyczy, ale jak co do czego, to
złote serce. Ja ją znam!... Obrać ci ze skóry?
- Nie... niech leży... - mówi Michał i myśli: „Nie wujek, nie
Piotrowska, nie pielęgniarka, więc kto?" - Wujek, może tu przyjść
Witek? I Agnieszka? Ale z lekcjami, żeby tu odrabiali, bo mnie
się nudzi.
- A niech przyjdą. Zaraz Piotrowskiej powiem. Mnie nie będzie
do późnego wieczora, bo ze szpitala jadę na Pragę. Robota mi się
trafiła, a grosz potrzebny i na święta, i po świętach.
Przychodzi Witek, zaraz za nim Agnieszka.
- Wczoraj nie zajrzałaś - mówi z wyrzutem Michał, który dobrze
rozumie, że jako „chory" i ofiara - bądź co bądź - wypadku, ma
prawo do pewnych względów.
- Nie wiedziałam, czy chcesz, czy może będziesz
niezadowolony? I porządki robię w naszym pokoju. Ciocia
chorowała, nie sprzątało się tak jak zawsze. Całe okno wczoraj
- 169 -
umyłam, wiesz? Tylko balkonu otworzyć nie mogłam. Muszę
poprosić kogoś.
- Ja ci otworzę, jak wstanę - mówi Michał.
- Oho! Nie porywaj się - mówi Witek. - Balkon pani Tołłoczko
kazała zabić na mur, bo się bała, że niepewny, że może się
oberwać. Nie chciała za nic na balkon wychodzić. Twój wujek
zabił drzwi. Teraz trzeba by gwoździe obcęgami wyciągnąć.
- A jakby kwiatki zasadzić?... - marzy Agnieszka.
- Dlaczego nie? Zobaczysz, jak latem u Szafrańców ładnie. Cały
ogród! Pan Franciszek już się bierze do swojej ulubionej roboty -
mówi Witek.
- Co w szkole? - pyta Michał.
- Znowu się bili o Grażyny teczkę - opowiada szczegółowo
Witek.
- A tobie też noszą? - zwraca się Michał do Agnieszki.
- Noszą, noszą - odpowiada Agnieszka - ale się o nią nie biją.
I Michał nie wie, czy Agnieszce jest wszystko jedno, czy może,
owszem, chciałaby, żeby się o jej teczkę chłopcy bili.
- Ale, Michał, słuchaj! Nauczycielka, ta, co zastępuje panią
Tołłoczko, kazała wypracowanie napisać. Będzie stopnie stawiać.
Ty też musisz napisać, wiesz?
- Temat podała? - pyta Agnieszka.
- Owszem, ale jakiś dziwny. Twoja ciocia nigdy takich
wypracowań nie zadawała.
- Gadaj, jakie ma być wypracowanie - niecierpliwi się Michał.
- Zaraz. Mam zapisane - szuka w zeszycie Witek. - O, jest: „Po
przeczytaniu wiersza Marii Konopnickiej »A jak poszedł król na
wojnę«".
- 170 -
- To znaczy co? Po przeczytaniu i co dalej? - nie rozumie
Michał.
- Bo widzisz, wczoraj i dzisiaj na polskim mówiliśmy o tym
wierszu. Pani tłumaczyła zwrotkę po zwrotce i teraz każdy ma
sobie jeszcze raz w domu przeczytać, zastanowić się i napisać to,
co sobie pomyśli. Tobie, Michał, chyba będzie trudno. Może ci
pomóc?
- Phi! Myślisz, że ja sam nie umiem pomyśleć? Spokojna głowa.
Wiersz umiem na pamięć. I bez tłumaczenia wszystko rozumiem.
Po polsku napisane, nie? A nowa nauczycielka chyba gorsza nie
jest? To już byłoby... - „nie wiadomo co" chciał powiedzieć, gdy
przerwał mu Henio, stojąc w drzwiach.
- Mama pyta, czy chcesz jeść? A może napiłbyś się kompotu z
rabarbaru? To przyniosę... O! Pomarańcza!... Taka duża jak nasze.
Mama schowała pomarańcze na święta, tylko jedną Agnieszce
dała. Ale, Agnieszka, jak zjesz... skórek nie wyrzucaj!...
- Oj, chłopaki! - skoczyła z miejsca Agnieszka - przecież ja
miałam dziś do Konstancina jechać! - spojrzała na zegarek. -
Jeszcze jest dużo czasu. Cześć! Za dwie godziny będę z
powrotem.
Już jej nie było w pokoju. Ale zanim wyszła, Michał zauważył,
że różowa fala zabarwiła jej policzki, czoło, szyję. I Witek zwrócił
na to uwagę. Po wyjściu Agnieszki powiedział z wyrzutem:
- Michał, po co tak? Każdemu bez zastanowienia musisz
dopiec?
- Czego ty ode mnie chcesz? - zdziwił się szczerze Michał.
- Nie widziałeś? Aż się czerwona zrobiła z przykrości. Przecież
to jej ciocia!...
Widno jeszcze było. Michał leżał sam i znowu słyszał, co się
działo w całym domu. Szafrańcowie myli we dwójkę okno,
- 171 -
sprzątali balkon. Pan Franciszek cieszył się, że pelargonie w
piwnicy ładnie przezimowały i tyle mają nowych pędów.
Nagle słychać głos pielęgniarki:
- Pani Leontyno, czy ja nie mówiłam, że te górne szyby umyję
sama? Niech no pani złazi ze stołka! Żywo, prędko!
- Co też pani, pani Anielo kochana! Pomalutku jakoś sobie
damy radę - stękała pani Leontyna. - Czy pani mało ma swojej
roboty?
- Właśnie dlatego. Jeszcze mi tylko brakuje, żeby pani złamała
rękę czy nogę... Już wolę ten kawałek okna umyć. Czy to co
wielkiego?...
Michał bierze pomarańczę do ręki. Ciężka, chyba z ćwierć kilo
waży. Pachnie przyjemnie... Niech jeszcze poleży na taborecie. A
może ją zawieźć mamie?... Mama naturalnie zaraz podzieli
między małe. Skórki też schowa. Mama zawsze dodaje kawałek
skórki do kompotu z suszonych śliwek...
- ...Więc to Agnieszka?...
Agnieszka wróciła jeszcze za dnia. Pokręciła się po mieszkaniu.
Długą chwilę stała na balkonie u Szafrańców. Słychać było
uradowany głos pana Franciszka:
- Moje dziecko! Moje dziecko! Nawet sobie nie wyobrażasz,
jaką przyjemność sprawiłaś mi tym dzikim winem. Zawsze tak
myślałem, jakby tu ładnie było, żeby je puścić po ścianie. Przecież
to południowa strona...
- Może ci co przynieść? Może poczytałbyś sobie? - zagląda
Agnieszka i do niego.
- 172 -
- Nie. Czytać - nie. I tak w ogóle - nic. Ale posiedź tu trochę.
Powiedz co...
- Dobrze. Zaraz przyjdę. Tylko oddam pani Piotrowskiej skórki
od pomarańczy. O - pokazuje w fartuszku dużą kieszeń, z której
wyglądają żółte, podbite białym skórki. - Pani Piotrowska usmaży
je do ciasta, wiesz?...
A więc to nie ona?
Agnieszka wraca z gałązką „złotego deszczu". Gałązka jest
niewielka, ale ustawiona w szklance na stole - wnosi do pokoju
wiosnę.
- „Złoty deszcz" to ładna nazwa, prawda? - pyta. - Tam w
Konstancinie u pani Kobierzyckiej tyle tego! Daliby mi jeszcze
więcej, ale po co krzaki obdzierać?
- U naszego sąsiada w Łodzi - opowiada Michał - też jest taki
duży krzak „złotego deszczu". Pod płotem rośnie. Gałęzie na
naszą stronę zaglądają: ładnie, jak zakwitnie... A po co jeździłeś
do Konstancina?
- Musiałam odwieźć książki, które ciocia pożyczyła. Ciocia
mówiła, żeby w sobotę, ale ja wolałam wcześniej. Pani
Kobierzycka zatrzymywałaby mnie na niedzielę, a ja nie chcę. W
niedzielę... sam wiesz... wszyscy pójdą na Wybrzeże pracować.
No, ty... nie... rozumie się, ale pan Czernik?
- Nie wiem. Jak sobie wujek chce - mruczy Michał. - Kocicę
widziałaś?
- Widziałam. Wcale nie chciała do mnie przyjść. Nie poznała
mnie czy co? - Agnieszka posmutniała i zmieniła temat. -
Dlaczego nie jesz pomarańczy?. Nie lubisz? Spróbuj. Bardzo
soczysta. A słodka!
- Lubię. Tylko tak... niech jeszcze poleży - Michał nie ma chęci
powiedzieć Agnieszce, że tę pomarańczę zawiezie mamie.
- 173 -
- A jak z tym wypracowaniem? Napiszesz?
- Dlaczego miałbym nie napisać? Co ty myślisz? Takie to dla
mnie trudne?
- Michał, nie zgrywaj - mówi poważnie dziewczynka. - Ta nowa
jest wymagająca. Do nas też przychodzi. Po co ma ci wlepić gałę
na okres?
- Gałę? Ucho od śledzia! To tylko twoja ciotka nie rozumiała się
na żartach. W łódzkiej szkole, kiedy raz tak napisałam o wizycie u
kolegi, nauczyciel się uśmiał razem z całą klasą, wiesz?
- I upiekło się?
- Upiekło. Tylko że musiałem drugi raz napisać już bez zgrywy.
- Ale teraz nie zgrywaj - powtarza Agnieszka.
- Nie martw się. Napiszę. Myślisz, że nie potrafię? Potrafię -
przechwala się - tylko mi się czasem nie chce. Ale jak zechcę...
zobaczysz. Mogę ci pokazać.
- No. dobrze - uspokoiła się Agnieszka. - Dobrze. Ja wiem. że ty
potrafisz, jak zechcesz. Tylko żebyś zechciał.
- Ale Witkowi nie mów! - zastrzega Michał.
- Rozumie się - przytakuje Agnieszka. - Ale przecież ja to już
przechodziłam. Mogę ci coś poradzić, nie? Napisz na brudno.
- Zobaczy się. Ale nie mów.
Kiedy wujek wraca z miasta, Michał wspomina o balkonie u
Agnieszki.
- A jak się zawali? Wujku, czy to prawda, że ten balkon może
się zawalić?
- Gdzie mu tam do zawalenia! Ten od ulicy jeszcze mocniejszy
niż u Szafrańców. Zanim pani Tołłoczko pokój sobie
- 174 -
wyszykowała, to na tym balkonie leżało, co kto chciał: rupiecie,
żelaza, rynny... a zimą spiżarnia była, bo od wschodu najzimniej.
Dopiero jak się tam z dużego pokoju przeniosła, kazała mi drzwi
zabić. Od Wisły zimą dobrze wieje, więc i o palenie w piecu
ciągle się z Piotrowską kramarzyły, i Szafrańcowa sobie
upatrzyła, że jak nauczycielka balkon uchyla, to im po nogach
wieje. No i zaraz łamanie kości, zapalenie płuc i wszystko, co
tylko chcesz. Kiedy mi powiedziała, żeby drzwi zabić... zabiłem i
był spokój.
- To teraz znowu się zacznie - oświadczył Michał.
- Ee... Może nie? Dziewczyna umie z ludźmi, o umie!
Szafraniec ją lubi, a jak on kogo lubi. to pani Leontyna...
cichutka!... A kwiatki skąd?
- Agnieszka przywiozła z tego miejsca, gdzie jest teraz Kisunia -
odpowiedział Henio, który już od kilku minut stał przy łóżku
Michała. - Nam też dała. i panu Szafrańcowi, i pani Anieli, i
jeszcze u siebie w pokoju postawiła. Ja właśnie przyszedłem
zobaczyć, czy tu są te żółte deszcze, bo wszędzie są.
- Widzisz, Michał, jaka ona jest?... Pójdę ten balkon otworzyć.
Gdzież ja położyłem młotek?... Podoba mi się to dziecko.
- Naszej mamie też Agnieszka się podoba - mówi Henio do
Michała.
- Witek już dwój z rachunków nie ma, wiesz? Bo ona zawsze
pamięta, żeby miał zrobione zadania. Nasze żółte deszcze -
większe... A skórek ci dała? Bo mamusi dała. Przywiozła z
Konstancina. Ta pani, u której jest Kisunia, robiła pomarańczową
marmoladę do mazurka. Chciałbyś taki mazurek, co? Ja bym
chciał...
Michał nie słyszy i nie odpowiada na pytanie Henia.
Zaprzątnięty jest całkowicie inną sprawą. Dlaczego Agnieszka nie
chce, żeby on wiedział?... Gdyby to było zrobione na złość, żeby
- 175 -
dogryźć, żeby dokuczyć - zrozumiałby od razu. Ale dać prezent i
niczego nie żądać? Choćby tylko „dziękuję", to się w Michałowej
głowie nie mieści...
W sobotę z rana Michał czuje się prawie zupełnie dobrze. Lewa
strona ciała, którą rzuciło go w drzwi, jeszcze obolała jest, ale
siniaki zmieniły już trochę barwę. I skaleczenia zaczynają swędzić
- goją się. Jeszcze tylko głowa trochę ociężała i guz przy
dotknięciu boli.
Pani Aniela, której na wszystkie pytania Michał odpowiada:
„Nic mnie już nie boli" - przygląda mu się podejrzliwie, wreszcie
mówi:
- Zdrowie masz końskie, daj Boże każdemu. Ale dziś jeszcze
poleź.
Więc Michał leży cierpliwie i rozpamiętuje sobie ranną
rozmowę z wujkiem.
Ponieważ wczoraj zasnął dosyć wcześnie i spał przez całą noc
bardzo dobrze - zbudziło go wstawanie wujka do pracy, chociaż
ten starał się krzątać po pokoju jak najciszej.
- Spij, jeszcze wcześnie!
- Nie chce mi się spać. Może ja wujkowi śniadanie zrobię? -
proponuje Michał. - Mnie już nic nie jest.
- Leż, wariacie. Pielęgniarka mówiła, że wstaniesz w niedzielę.
Już ona lepiej wie. A mnie nic nie potrzeba. Kawę naszykowałem
do termosu wczoraj. Do pracy wezmę chleb z boczkiem. Fajny
boczek, z majerankiem! Masz ochotę, jedz. Chałkę ci tu kupiłem,
wiem, że lubisz z masłem. Masło w garnuszku za oknem, ale
odstaw, zanim się słońce obróci. Będziesz pamiętać?
- Będę.
- 176 -
- A może ci teraz kawy dać?
- Nie. Później zjem.
- Dobra. Jak chcesz, tak jedz. A ja - wujek wzdycha - ciężki
dzień będę miał dzisiaj, chociaż z fabryki wyjdę wcześniej:
sobota. Mam jedną robotę na Dobrej. Nie sam... z kolegą. Nowy
zlewozmywak założymy. Teraz każda kobieta - ciągnął wujek
pijąc kawę - hrabina: każda chce mieć zlewozmywak i świecące
krany. A obudowane wszystko pięknie! Wiadro ze śmieciami
zasunięte, zlew przykryty: salon nie kuchnia. Nie mówię o
nowych domach... ale w starych to samo. Każdy się teraz
nowocześnie urządza. Dzięki temu zarobi się i po fabryce, ale
czasem to mi się śmiać chce. Przecież ja te kamienice na Powiślu,
na Czerniakowie, na Pradze... znam jak własną kieszeń, a poznać
nie mogę.
„Panie - mówią do mnie - my się z panem znamy! Pan tu u nas
wodociąg reperował w czterdziestym dziewiątym! Nie pamiętasz
pan?" A ja nie pamiętam. Patrzę: pralka, lodówka, palenisko - jak
nie gazowe, to elektryczne, więc udaję, że oczy przecieram,
oglądam się i pytam: „A gdzie telewizor?" „Jest, jest w pokoju! -
mówią. - Jak pan nie masz swojego, to przychodź wieczorem
popatrzyć! Ale u pana pewnie większy?" Mówię ci, Michał -
wujek przestał się śmiać - kiedy tak po ludziach chodzę, to aż
mnie mierzi, jak o naszej ruderze pomyślę. Brudno tu. czarno,
graty ledwo się kupy trzymają... Ech!...
- Pielęgniarka mówiła, że sobie obieli pokoik. Wujek słyszał?
Też jej się chce!
- Wiem i obiecałem pomóc.
- Pomóc - to znaczy wujek wszystko wymaluje, a ona będzie
patrzeć - pokpiwa Michał.
- 177 -
- Jakbyś zgadł. - Ale jeden drugiemu pomaga, nie? Zresztą jej
pokój to przecież klitka, raz-dwa i po wszystkim. Będę się uwijać,
bo na kolację idziemy paczką do kolegi.
- Chrzciny? - z przekąsem zapytuje Michał.
- Nie. Chociaż już dwa razy byłem u niego na chrzcinach,
owszem, jeszcze w starym mieszkaniu. Ale teraz to awans. Musi
oblać... co by ludzie powiedzieli? No, bywaj zdrów!...
Michał wzdycha. Oblewanie awansu pewnie jeszcze lepsze niż
chrzciny. Dobrze, że nauczycielki nie ma, wujek wróci na pewno
na szybkich obrotach.
Piotrowska zagląda, kiedy Michał je śniadanie.
- Już wstajesz? Pewnie, wygodniej zjeść przy stole. Chała z
masłem? Fiu, fiu! Smacznego! Dba o ciebie wujek, nie można
powiedzieć. Na obiad kazał pomidorowej na mięsie ugotować.
Nie żałuje ci niczego. Dobry człowiek, a po drugie - jednego cię
tylko ma... A co, pomarańcza jeszcze do dziś wytrzymała? Pewnie
to już druga? Ja nasze musiałam na szafę schować, żeby nóg nie
dostały. Jedz na zdrowie. Witaminy... Łóżko ci prześcielę, okno
trochę szerzej otworzę i leż sobie.
- Dziękuję pani - powiedział Michał. Rzadko wypowiadane
słowo tak ciężko przeszło przez gardło, że można je było wziąć za
chrząknięcie.
Położył się, ale pomimo rozleniwienia już nie był śpiący. Przez
te parę dni wyspał się za wszystkie czasy.
Wstał więc znowu i przyniósł na łóżko teczkę z książkami.
Pomarańczę schował do walizki. Ciągle się o nią ktoś będzie
pytać, znudziło mu się.
Wyciągnął wypisy, odnalazł wiersz i przeczytał, chociaż treść
pamiętał dobrze. Wziął ołówek, zamyślił się.
- 178 -
Po przeczytaniu wiersza Marii Konopnickiej...
napisał cały tytuł. Podkreślił. Tytuł opatrzył cudzysłowem. Co
dalej? Nie tak łatwo szło, jak opowiadał Agnieszce. A chęci mu
przecież nie brakło. Naprawdę chciał coś mądrego napisać,
choćby dlatego, żeby się przed nią pokazać.
Wzdychał, gryzł ołówek, pisał jedno zdanie, kreślił, znowu
wzdychał, brał czystą kartkę i znowu zaczynał od tytułu.
Wreszcie, za którymś tam razem, skleiła się całość. Niedługie to
było, niekrótkie, chyba akurat... Kiedy już ostatni raz przepisał na
czysto, przeczytał całość na głos:
Maria Konopnicka już dawno umarła, ale ciągle
jeszcze trzeba się o niej uczyć, bo była wielką
poetką. Wieszczem, tak jak Adam Mickiewicz, nie
była, chociaż też wiedziała co z czym, żeby było do
rymu.
W wierszu o wojnie, królu i chłopie ładnie jest
opisane, jak ten młody chłopak leży w zielonej
dąbrowie. Osobiście wolałbym być królem. Zawsze
lepiej żyć niż leżeć w ciemnej mogile, choćby i pod
liliowymi dzwonkami.
A co do sprawiedliwości, o której też się myśli po
przeczytaniu wiersza, to teraz jest o wiele lepiej,
bo król nie król, jak bomba atomowa trzaśnie -
koniec pieśni i przerwa w życiorysie.
Dlatego, chociaż jeszcze niektórzy podskakują -
wszyscy są dziś za pokojem. Ja też.
Ale się zmęczył!... Widać leżenie w łóżku osłabia.
- 179 -
Agnieszka wróciła ze szkoły wcześniej niż Witek. Szósta klasa
miała dziś pięć lekcji - a siódma tylko cztery. Michałowi bardzo to
było na rękę.
Zaraz też przeczytał Agnieszce swoje wypracowanie.
- No? - pilnie się jej przyglądał, czekając na ocenę.
- Zaraz... - odpowiedziała wymijająco. - Daj no, sama
przeczytam - kiedy patrzę, lepiej rozumiem.
Przeczytała, zamyśliła się na chwilę. Jeszcze raz przeczytała,
poprawiła coś ołówkiem, położyła kartkę na kolanach i
westchnęła.
- A co? Pewnie za krótko? - zaniepokoił się Michał.
- Tak... I wiesz, to o Mickiewiczu - skreśliłabym. Po co? O
Konopnickiej piszesz, nie?
- Można. Ale to będzie jeszcze krócej.
- A gdyby coś dodać?
- Ale co? Raz pisałem o pani Twardowskiej, to dodałem
życiorys Mickiewicza, bo też było za krótko. O Konopnickiej nic
nie wiem. Aha! Przypomniałem sobie! Dodam tak: „Konopnicka
pisała przeważnie smutne utwory, bo i w jej życiu nic do śmiechu
nie było: dzieci kupa i wszystkie na jej głowie". Dobrze będzie?
- Lepiej o tych dzieciach nie wspominać.
- No, jak uważasz... Może tak starczy? Przecież myśl jest, nie? I
aktualizacja. Nauczyciele to lubią. Dosyć. Czy o wszystkim musi
być długo? Gdybym ja był nauczycielem, kazałbym pisać
wypracowania na pół kartki. Przecież i poprawić łatwiej, nie?
Krótko: o co chodzi, jaki sens, i kropka. Nie lubię pisać w ogóle, a
co dopiero długo. Mam to po mamie. Moja mama też, jak ma list
- 180 -
napisać, zaraz mówi: śmierć moja! No, ale cała całość, jak
myślisz, no?...
- Tak, w ogóle... rzeczywiście: niedługie... - przyznawała bez
entuzjazmu Agnieszka.
- A widzisz! Nauczycielka, kiedy mnie zobaczy, też będzie
widziała, że żaden Henryk Sienkiewicz nie jestem.
- O! tak! - zgodziła się Agnieszka, a w jej oczach błysnęły
wesołe iskierki, czego, na szczęście, nie zauważył Michał.
- No to smaruję do zeszytu na czysto. Byki poprawiłaś? Fajnie.
Niewiele, co prawda, ale zawsze ładniej. I wiesz co?
Agnieszka spojrzała wyczekująco. Może chce jej powiedzieć
dziękuję albo coś w tym rodzaju?...
- Wiesz co? - powtórzył niezdecydowanie Michał. - Chciałem ci
coś powiedzieć... I... chyba przez tę rozbitą głowę - zapomniałem.
Ale jak sobie przypomnę... powiem ci... zobaczysz!...
Wujek włożył stary kombinezon i poszedł malować do pani
Anieli. Michał nie wytrzymał, musiał iść popatrzeć. Zobaczył
przede wszystkim kuchnię zatarasowaną wystawionymi rzeczami.
Aż trudno było uwierzyć, że mieściły się w ciupce, która nawet
okna miała tylko połowę.
Pani Aniela nie próżnowała, jak przypuszczał Michał.
Szorowała szczotką i mydłem wszystkie swoje biało
polakierowane sprzęty. Za to Pimpek używał swobody i co chwila
wpadał komuś pod nogi.
Witek i Agnieszka już nie czekając zaproszenia przyszli do
Michała, bo o nauce w kuchni nie mogło być mowy.
Lekcji mieli niedużo i uwinęli się z nimi szybko. Agnieszka
poszła kończyć sprzątanie swego pokoju. U Piotrowskich pościel i
- 181 -
wszystko, co tylko było do trzepania, wynoszono na podwórko,
gdzie Witek i Henio pomagali ojcu w robocie.
Drzwi wejściowe były otwarte. Kiedy Michał usłyszał pukanie,
machinalnie powiedział:
- Proszę.
Wszedł starszy mężczyzna, ubrany w wełniany gabardinowy
płaszcz.
- Dzień dobry! - powiedział nie zdejmując kapelusza i
rozglądając się po mieszkaniu. - Czernika nie ma?
- Nie ma - odpowiedział krótko Michał. Nie spodobały mu się
ani rozbiegane oczka, ani nos kolorem zdradzający pociąg do
kieliszka.
- Mieliśmy iść razem do Feliksiaka, na Wolę. Czernik sam nie
trafi, a ja czekać nie mogę, bo przedtem mam jeszcze pilną
sprawę... To może zostawię tu adres i o, przyjrzyj się, synku, jak
tam się idzie: Tu... trzeba wysiąść z tramwaju, potem na lewo,
przez trzeci dom przejście na podwórko, a tam druga brama i za
nią oficyna, o tak - zręcznie kreślił na kartce. - W tej oficynie
klatka B. Tu na drugim piętrze Feliksiak czeka z dobrą kolacją.
Niech się Czernik punktualnie stawi, bo jak się nie stawi, to się i
nie wstawi - roześmiał się z dowcipu. - Taka okazja nieprędko
będzie. Powiedz wujkowi, bo ty siostrzeniec jesteś, tak? Powiedz
wujkowi, że powrót na napędzie spirytusowym... zapewniony.
Rozumiesz! A tu masz plan. Do widzenia, synku!
Nachylił się podając zeszyt, na którego okładzinie rysował.
Michała zaleciał wstrętny odór alkoholu przegryzionego śledziem.
Przypomniały mu się słowa Piotrowskiej: „Koledzy! Koledzy
go tak urządzają!" Przypomniał mu się ojczym, który też z
koleżkami przepijał cały zarobek.
Wujek już dawno nie był na gazie. A dziś miał wziąć udział w
takiej „okazji" i wrócić nad ranem jak... Żeby się jutro ludziom na
- 182 -
oczy nie śmiał pokazać? Żeby i on za wujka musiał się
wstydzić?...
Obdziera ze wstrętem okładkę brulionu, zdaje mu się, że ona
jeszcze cuchnie wódką, drze na kawałki i wrzuca do kosza na
śmieci. Potem szeroko otwiera obie połówki okna.
Wujek wraca umyty, włosy ma mokre, pewnie wszedł pod
prysznic. Goli się jeszcze raz i zaczyna ubierać na wizytę.
- Ile ja roboty dziś odwaliłem! - cieszy się. - Aż ją czuję w
kościach.
- Nie lepiej, by wujek odpoczął?
- Na starość będzie się odpoczywać. Co tam! Między ludzi też
trzeba iść, nie?
- A jutro? Na to kopanie tutaj?
- Dam radę. Nie martw się. Wszystko w swoim czasie. Co tego
„tatuńcia" nie widać? Powinien już o tej godzinie być.
- Tatuńcio?
- Nazywają go tak wszyscy, bo on do każdego mówi „synku".
Spóźni się, gałgan. Już. pewnie gdzieś na jednego wstąpił, żeby
przyjść w humorze. Aby się tylko nie spił, bo wtedy mowy nie
ma, do Feliksiaka nie trafimy.
Wujek jest zupełnie gotowy. Czeka i niecierpliwi się, coraz
częściej patrząc na ruchliwe wskazówki zegarka. Chodzi po
pokoju, spaceruje od drzwi do okna, jeszcze nasłuchuje, wreszcie
zrzuca marynarkę, kładzie się na łóżku i przekręca gałkę radia.
- Pewno się spił! Pewno się spił! - powtarza ze złością i mówi
coś jeszcze, ale słowa giną przygłuszone rzewną, liryczną
piosenką śpiewaną przez Sławę Przybylską.
Michał siada na łóżku, aby lepiej widzieć wujka. Chyba śpi?...
Zmachał się dzisiaj porządnie, a i tego malowania u pielęgniarki,
chociaż niedługo trwało, też wypoczynkiem nazwać nie można.
- 183 -
Niech sobie teraz odpocznie. Bardzo dobrze złożyło się z tym
całym „tatuńciem". Michał nie ma żadnych wyrzutów sumienia.
Działa przecież w najlepszej intencji: dla spokoju w domu i dla
wujka zdrowia. Każdy wie, że najbardziej szkodzi wódka wypita
po zmęczeniu.
Wstaje, ścisza radio i przygląda się leżącemu.
Dwie bruzdy biegnące od nosa do ust wydają się dzisiaj głębsze,
cienie pod oczami więcej sine niż zwykle. Cała twarz jakaś szara,
wycieńczona. Może wujek i obiadu dziś nie jadł? Nie miał czasu,
a szykował się na dobrą kolację.
Michał postanawia przygotować obfitszy posiłek. Niech sobie
teraz wujek wypocznie, a kiedy będzie wszystko gotowe, wtedy
go Michał obudzi.
Trzeba zajrzeć do kuchni, czy można tam w ogóle co zrobić.
Zaraz za drzwiami uderza ostry zapach pasty do podłogi. To u
Piotrowskich nacierają cały pokój. Krzesła, zestawione po dwa,
stoją w przedpokoju, nawet maszyna do szycia chwilowo tu
rezyduje.
Za to w kuchni już śladu nie ma po meblach pielęgniarki.
Podłoga wytarta, a pani Aniela kończy pastować korytarzyk przed
swoim pokojem.
- Już? - dziwi się Michał. - Myślałem, że tu jeszcze po
malowaniu wszystko stoi, a pani już pownosiła?
- U mnie wszystko musi iść: żywo, prędko, i koniec. Piotrowscy
dziś podłogę froterują: ładnie by wyglądało, żeby stąd wapno na
butach nosili!
- Phi! Jeszcze tyle dni do świąt! Po co się tak śpieszyć?
- 184 -
- A po to, żeby i przed świętami kilka dni posiedzieć w czystym.
Twoja mama też pewnie sprząta.
- Może i sprząta. Ale mamie ciężko, małe zaraz znowu
nabrudzą. Teraz, kiedy ja tu jestem, to i małych nie ma kto
przypilnować. Chciałem wcześniej jechać... ale tak już wyszło...
- Zdążysz jeszcze, zdążysz. No, a jak się czujesz? Ja cię jeszcze
raz na wieczór przemasuję. Nie możesz uleżeć?
- Mnie już dzisiaj nic nie jest. Nie będę leżeć! Przyszedłem
zobaczyć, czy do kuchni można przyjść... bo czas na kolację.
Jajecznicy na boczku zrobię.
- E, to widzę, że już naprawdę wszystko w porządku, kiedy do
kucharowania się zabierasz. A może masz apetyt na parę
podsmażonych kartofli?
- Jeśli pani niepotrzebne, wziąłbym, bo mi się zdaje, że wujek
głodny.
- Wujek jeszcze nie poszedł? - zdziwiła się pani Aniela.
- Nie. Położył się na łóżku i zasnął. Zmęczony.
- Co ty powiesz? Chciałam przekąskę zrobić, ale się wymawiał,
że późno, że się śpieszy. Poczekaj no, ja się do tej kolacji dołożę.
Wymalował mi cały pokój. Należy się.
Na czysto zmytej ceracie stoi półmisek z kiełbasą, talerzyk z
kiszonymi ogórkami, masło i chleb. Michał wnosi salaterkę
przysmażonych rumianych kartofli. Za nim pani Aniela idzie z
patelnią jajecznicy i butelką piwa.
- Wstawać! Żywo, prędko! Kolacja na stole! - woła razem z
Michałem.
Czernik zrywa się, przegarnia czuprynę palcami, a widząc panią
Anielę nakładającą jajecznicę na talerze mówi uradowany:
- 185 -
- Coś mi się zdaje, że i w domu może być lepsza kolacja.
- Nie taka jak proszona, ale głodny pan nie będzie.
- Oj, wilka bym schrupał - mówi szczerze mechanik. - Na obiad
nie miałem czasu, a w domu nie chciałem sobie psuć apetytu
przed przyjęciem.
- Co się stało, że pan nie poszedł?
Wujek opowiada o „tatuńciu", a Michał zastanawia się: wyznać
prawdę teraz, zaraz, czy później, kiedy pani Aniela pójdzie do
siebie. Decyduje się na to ostatnie.
Mechanik po zaspokojeniu głodu, po szklance piwa, nabiera
humoru.
- Nawet zadowolony jestem, że zostałem w domu - mówi -
przynajmniej się wyśpię jak człowiek. Ale nie pasowało mi
odmówić, bo i Feliksiak, i inni powiedzieliby, że nie idę przez
zazdrość.
- Dlaczego przez zazdrość? - dopytuje pani Aniela.
- Widzi pani... z tym awansem, to na dwoje babka wróżyła.
Albo on miał dostać, albo ja. Jednakowo długo pracujemy, opinię
obaj mamy dobrą. No i dostał on... więc...
- A dlaczego nie wujek? - zainteresował się Michał.
- Ano, kto wie? Ja mu tam nie zazdroszczę. Mnie i bez awansu
źle nie jest, a on chłop żonaty, dzieciaty... jemu zależało.
Widziałem, że mu zależało. Niech tam! Nawet na kurs się zapisał.
- A! Jak na kurs się zapisał... - zaczęła pani Aniela, spojrzała na
Michała i zatrzymała się chwilę - jak na kurs, pan mówi, to
pewnie dlatego awansował. A pan co, nie mógł się też na kurs
zapisać?
- Na starość? - mechanik ruszył ramionami. - Już by mi się nie
chciało.
- 186 -
- Na starość? - powtórzyła pani Aniela i pokiwała głową. -
Miałam to trzymać w sekrecie, bo nie wiadomo, czy mi się uda,
ale kiedy tak, powiem panu: ja się też na kurs zapisałam!
- Doktorem chce pani zostać? - śmieje się mechanik.
- Nie doktorem... to już nie dla mnie, ale kwalifikowaną
pielęgniarką będę.
- A tak czym pani jest? Przecież ma pani tyle lat pracy w
szpitalu, już pani chyba wszystko umie na pamięć, lepiej niż
świeżo upieczony doktor?
- Owszem, praktykę mam dużą, ale egzaminu brak. Więc kiedy
ten kurs u nas jesienią organizowali, sam ordynator mi kazał:
Uczyć się! Egzamin zdawać! Nie mówił, że za stara jestem,
chociaż lat mam sporo, więcej niż pan.
- Zapłacą lepiej? - pytał Michał.
- Naturalnie. I pensja większa, i honor: pasek na czepku przez
całą długość. Każdy będzie wiedział, że starsza siostra jestem.
- Czy to takie ważne? - machnął ręką mechanik. - Zarobek
owszem, ale...
- A nie chciałby pan inżynierem być? Dyrektorem?
- Za nic na świecie! - zawołał Czernik. - Czy pani wie, jaka to
odpowiedzialność? Jak trzeba o wszystko zabiegać, wykłócać się
z ludźmi, użerać! Na przykład ten Feliksiak... kierownikiem
zespołu będzie. Oj, spuchnie mu łeb, spuchnie! Ale sam tego
chciał. A ja i swoje zrobię, i na fuchę polecę, i mam jeszcze czas...
- Na wódkę - odpowiedział Michał.
- Na wódkę - powtórzył wujek, ale się zaraz spostrzegł. - No,
no, nie pozwalaj sobie zanadto. Jak piję, to za swoje piję, wiesz?
- A niech wujek pije, aby wujek mojego nie przepił. Proszę
bardzo. Tylko tak sobie myślę: jak już dadzą to nowe mieszkanie,
co w nim wujek postawi? Butelki po wódce?
- 187 -
Wujek poczerwieniał na twarzy i żyły mu na skroniach
nabrzmiały.
Patrzył na Michała, milczał, tylko leżące na stole ręce zaciśnięte
były, aż się na nich odznaczały białymi plamami kostki u nasady
palców. Pani Aniela zaniepokoiła się.
- Michał! Żebyś nie był po tym wypadku... w kark bym ci dała.
Panie Michale, trzeba go krótko wziąć. Myśli pan, że on tylko
panu tak odszczekuje? Każdemu! Każdemu coś powie, aż kolka
zakłuje. Taki ma ten jęzor paskudny. Zmień się, Michał, pomyśl i
zmień. Bo ci będzie ciężko między ludźmi. Ja ci to mówię.
Westchnęła sobie pani Aniela, a zobaczywszy, że mechanik z
pierwszego impetu ochłonął, wstała, zebrała ze stołu naczynia i
podziękowawszy raz jeszcze za pomoc - wyszła.
Michał czekał, co będzie. Sam widział, że wujka rozgniewał, ale
nie bardzo rozumiał czym.
- I po kim ty masz taki ozór? - usłyszał wreszcie. - Matka cicha,
spokojna, wody nikomu nie zamąci...
- Właśnie - przerwał Michał - napatrzyłem się: kto tylko chciał,
to mamę skrzywdził, zepchnął. Czy ja nie rozumiałem, myśli
wujek! Mama zawsze ustąpiła: a niech tam! Niech się inny
dopcha! O, tak jak wujek temu Feliksiakowi. A ja tak nie chcę! Ja
tak nie będę! Nie dam się, i już! I awansu sprzed nosa też bym
sobie nie dał wziąć!
- Przecież Feliksiak na kurs się zapisał.
- A wujek też się powinien zapisać!
- Patrzcie no go! Czy nie mówiłeś kiedyś tutaj, że ci się uczyć
nie chce?
- No to co, że mówiłem! Jakby wujek był w takim położeniu,
jak ja tam, z ojczymem..'.
- 188 -
- To znaczy, zmieniłeś zdanie? - wujek był udobruchany. - Nie
dawaj się. Ucz się. Przed tobą wszystko. Matka się ucieszy.
- No właśnie... mama... wujku - powiedział z wielką prośbą w
głosie - ja bym pojechał wcześniej. Mama też bieli, pierze...
Zamorduje się tam sama.
- E, nie. Te trzy dni jeszcze wytrzymaj. W szkole byłyby
nieprzyjemności.
- Wcale nie. Zresztą... ja zaraz wujkowi coś takiego powiem,
że... wujek mnie sam wyrzuci.
- No? - przestraszył się Czernik. - Znowu coś?
- „Tatuńcio" tu był - powiedział ponuro Michał.
- Był? Kiedy? - nie wierzył wujek.
- Wtedy, jak wujek bielił.
- Dlaczego nie zaczekał?
- Nie mógł. Powiedziałem, że wujka nie ma i nieprędko wujek
wróci. On mi jakiś plan rysował...
- Nie bałeś się, że wejdę i wszystko się wyda?
- Co się miałem bać? Zresztą on był już na gazie, śmierdział, aż
mnie mdliło.
- Toś mnie urządził! Toś mnie urządził! - Czernik nie
rozgniewał się tak, jak przypuszczał Michał; był raczej
zmartwiony. - Teraz na pewno i Feliksiak, i nie tylko on posądzą
mnie o zazdrość.
- A niech sobie gadają, co chcą. Przecież sam wujek powiedział,
że nie zazdrości.
- Ale po co ty, Michał, takie rzeczy robisz? Po co się rządzisz
cudzymi sprawami? Same nieprzyjemności potem.
- Jakby wujek spity wrócił, to przyjemność?
- To ci o moje zdrowie chodzi?
- 189 -
- O zdrowie... też. Ale chodziło mi jeszcze o jutrzejsze. Inni
pójdą... a wujek? Przecież rano nie mógłby wujek ręką, nogą
ruszyć. Może nie?
- Mądryś! Sam będziesz leżał, a ja pójdę łopatą machać.
- I ja pójdę! I ja będę łopatą robić. Zobaczy wujek.
- No, no! Nie stawiaj się. Już ja za nas obu odrobię.
W niedzielę rano Michał czuł się już zupełnie dobrze, chociaż i
wujek, i pani Aniela spoglądali na niego podejrzliwie.
- Nikt ci przecież nie weźmie za złe, jeżeli nie pójdziesz -
tłumaczyła pielęgniarka - wypadek miałeś... trudno.
- Pójdę. Mnie już nic nie jest! - upierał się chłopiec.
Kiedy z Witkiem wyszedł przed bramę i spojrzał w stronę
budowy - przystanął zdumiony.
- Jak to? Już podciągnęli pod dach? Kilka dni i taki kawał
roboty?
- Podobno jest zobowiązanie, że na jesień wprowadzą się
lokatorzy, nie mówiłem ci? - wyjaśnił Witek. - Mama z ojcem już
nawet oglądali rozkład w mieszkaniach i w której klatce byłoby
najlepiej. Mama nie chce od szczytu, zimno.
- To naprawdę dostalibyście tutaj? Ee, na jesień mury będą
jeszcze mokre - powątpiewał Michał.
- Są sposoby, żeby suszyć, całe lato będzie schło.
- Muszę i ja wujka podkręcić, żeby swoich spraw dopilnował i
nie został na lodzie.
- Nie zostanie, nie bój się. Przecież z rudery każdy musi się
wyprowadzić.
- A gdzie nasza zbiórka?
- 190 -
- O tam dalej. Tam, gdzie ciężarówka stoi, widzisz?
- Tak daleko? Wolałbym koło domu. Jak już mamy tu
mieszkać...
- Tutaj uporządkowane, nie widzisz? Wczoraj i przedwczoraj aż
czarno było od ludzi.
- Kawał roboty - sprawiedliwie przyznał Michał - i krzaki
posadzili, ładnie tu będzie.
- A tam, Michał, tam za domem będzie cały duży plac do zabaw
dla dzieci...
- Skąd wiesz?
- Jakiś pan opowiadał. Wymierzali tam coś, sprawdzali. Może to
jakiś inżynier albo kierownik?...
- Mój wujek też, jakby chciał, byłby kierownikiem -
przypomniał sobie Michał - ale musiałby na kurs iść. uczyć się...
Nie chce. „Po co mi to" - mówi. A ty. Witek, jak: wolałbyś
kierować robotą czy tylko tak?
- Ja? - zdziwił się. - Nigdy o tym nie myślałem.
- A ja wolałbym rządzić - przyznał szczerze Michał - i żeby ze
szkoły prędzej wyprysnąć...
Witek roześmiał się.
- Taki numer się nie uda.
- Dlaczego nie? Na praktykę pójdę. Będę umiał coś porządnie
robić, przyłożę się, nie wystarczy?
- Jeżeli tylko siedem klas skończysz, to gdzie? Na gońca?
- Na gońca? Na popychają? Ucho od śledzia!
- To do zawodówki idź: fachu się nauczysz i - do zawodu.
- A może jest jakaś szkoła rządzenia? Do takiej poszedłbym,
owszem. Nie słyszałeś?
- Nie słyszałem. Może Agnieszka wie?
- 191 -
- Nie pytaj. Wyśmiałaby się ze mnie. powiedziałaby: uczyć się. i
kropka.
- Ja ci to samo bez Agnieszki powiem: głupi człowiek nie może
innymi rządzić.
- Wiem i bez twojego gadania - spochmurniał Michał i już w
milczeniu podchodzili do ciężarówki. Kiedy zobaczyli kilku
nauczycieli i kierownika szkoły zabierających się do roboty na
wydzielonym miejscu razem z wychowankami, Michałowi
przeleciało przez głowę: „Ten, co szkołę jeszcze na niedzielę
wymyślił, też był mądry! O raju!".
- Witek! Michał! - wołano z daleka. - Do nas! Do nas!
Pokażemy, co potrafimy!!!
Były to szóste i siódme klasy. Michał poszukał oczami
Agnieszki. Znalazł ją w pobliżu. Kruszyła żelaznymi grabkami
duże bryły skopanej ziemi. Kręcili się koło niej jacyś dwaj
koledzy.
„Pewno ci. co noszą jej teczkę" - pomyślał, a przyjrzawszy się
im uważniej, wydął wargi: „Nic specjalnego".
Można było kopać, grabić albo zbierać do taczek kamienie.
Najsilniejsi wozili taczki z kamieniami na wskazane miejsce.
Wzięli do rąk łopaty. Dla Michała była to dobrze znana robota.
Co roku zagonki pod warzywa przy domu kopał sam. Miał
wprawę, szło mu zgrabnie i lekko. Witek zmachał się szybko, tym
bardziej że chciał dotrzymać przyjacielowi kroku. Toteż wkrótce
twarz miał czerwoną, spoconą i zaczął sapać.
- A co, spuchłeś? - zadrwił z Witka kopiący niedaleko Zbyszek.
- Wcale nie! - zaprzeczył zbyt prędko Witek. - Czego się
czepiasz?
- Mówię, co widzę: spuchłeś! Ja się na tym znam.
- 192 -
- Te! Specjalista z krótkim okiem! Wyłącz się i pilnuj swego
nosa - stanął w obronie przyjaciela Michał.
- A ty też nie skacz - przyłączył się Galicz. - Takiś mocny w
garści, a za łopatę się wziąłeś? Taczki z kamieniami to robota dla
takiego chłopa jak ty.
- Marek, nie wiesz, że Michał był chory? Do dziś leżał w łóżku.
Mógłby tu wcale nie przychodzić - informował Witek.
- Wiemy, wiemy - kpił Zbyszek, zadowolony, że dziewczynki, a
wśród nich Grażyna, z zainteresowaniem słuchały tej wymiany
zdań. - Najlepiej tak: jak się szykuje jakaś robota, to: „Boli mnie!
Łamie! Strzyka!" - Zbyszek łapał się za brzuch i boki z przesadą i
odpowiednimi minami, wywołując wybuchy śmiechu wśród tych,
co słyszeli i widzieli.
- Nie, Zbyszek. Jest i lepszy sposób - zawołał Michał raz za
razem naciskając szpadel i wywracając spore grudy ziemi. -
Najlepiej tak jak ty: stać i zgrywać. Niech się inni cieszą, a łopata
też sobie odpocznie.
- Aleś dowcipny! Jak rzodkiewka w maju - nadrabiał miną
Zbyszek chwytając jednak za łopatę.
- Aleś błyskotliwy! Jak salceson - odparował natychmiast
Michał. - Danka, prawda, że Zbyszek jest błyskotliwy?
Zaśmiewano się wokoło z tej słownej utarczki, aż pan
Grzybowski i nowa polonistka zbliżyli się do rozbawionej grupy.
- Co wam tak wesoło? - spytał matematyk.
- Tak się tu próbują niektórzy.
- Na siłę!
- Na języki! - wołano z różnych stron.
Uspokojeni wychowawcy odeszli.
- 193 -
- 194 -
- A może chciałbyś naprawdę spróbować się na siłę? - zaczepiał
Zbyszek.
- Z tobą? Nie - odpowiedział Michał pogardliwie, mierząc
Zbyszka spojrzeniem od stóp do głów.
- A ze mną? - Wieczorek wyrósł jak spod ziemi. Tam, gdzie
chodziło o mięśnie, znajdował się zawsze w porę.
- Dobra, jak?
- Z taczkami. Nałożymy gruzu jednakowo i... - dalej konceptu
Wieczorkowi zabrakło - na czas? Ale stopera nie ma... - oglądał
się bezradnie.
- Zaraz. Ja mam pomysł - zaproponował Kuba Nowik. - W
taczkach będzie tyle, żeby ledwo ruszyć, nie tak po trochu, jak
teraz nakładają. I który dalej dopcha. No?
- Dobrze! Dobrze! Dawajcie taczki! Szybko!
Witek podszedł do Michała.
- Nie bądź głupi, Michał! Po chorobie jesteś.
- Już ty się o mnie nie bój.
- Michał, zostaw, oni chcą z ciebie balona zrobić, ja cię proszę!
- nalegał Witek.
- Ze mnie? Ucho od śledzia! Zaraz zobaczysz, kto zostanie na
placu.
Taczki były prawie pełne. Inni chłopcy próbowali podnieść je w
pojedynkę, żaden nie dał rady.
- Ta jest cięższa - prowokował Zbyszek - Jurek, cięższą weź ty,
bo Michał po chorobie.
- Cięższą wezmę ja - Michał złapał za uchwyt, zaślepiała go już
złość.
Podnieśli i popchnęli taczki na dany przez Zbyszka znak.
Wieczorek, nie krępując się, stęknął:
- 195 -
- O rany! Ale napakowaliście!
Michał toczył kółko, uważnie wybierając drogę po nierównym
gruncie.
Poczerwieniał cały, na czole szybko wystąpiły mu krople potu.
Z boku podbiegła Agnieszka.
- Michał, zostaw taczki! Ty nie możesz! - krzyknęła, widząc na
jego twarzy wysiłek.
- Spływaj! - warknął.
Jeszcze pięć metrów, jeszcze trzy... Żyły na skroniach
nabrzmiały i odezwał się straszny ból w głowie, w tym miejscu,
gdzie było stłuczenie.
- Ja wysiadam! Kropka! - ledwo dyszy Wieczorek, stawiając
taczki i siadając ciężko na ziemi. - Chłopaki, pchajcie dalej, bo
będzie chryja!
- Michał! Dość! Zostaw! - błaga Witek.
„Jeszcze kawałek - myśli Michał zaciskając zęby - jeszcze
trochę".
Ma już za sobą więcej niż połowę drogi. Żeby mu się udało
pokonać resztę! Żeby pokazać Zbyszkowi...
Nagle - zarzuca mu ktoś na głowę czarną płachtę!... osuwa się w
ciemność!...
Kiedy otwiera oczy, znowu leży w łóżku. W pokoju pusto.
Sądząc po słońcu, które pcha się przez całe okno - jest dobrze po
południu. Michał z trudem przypomina sobie, co się działo
dzisiejszego ranka. Bardzo go boli głowa.
- 196 -
W uchylonych drzwiach ukazuje się twarz Agnieszki. Michał
szybko zamyka oczy. Kiedy po chwili unosi ostrożnie powieki -
drzwi są znowu przymknięte.
„Balona ze mnie chcieli zrobić!” - przypomina sobie, ale bez
gniewu. - „Pokazałem im. Wieczorek spuchł!..." - Wiesz, chcieli
ze mnie balona... wiesz? - pyta, kiedy Agnieszka zagląda znowu. -
Ale im pokazałem, co?
- Mnie się zdaje, że...
- Co ci się zdaje? - głos Michała nabiera tonu zaczepki.
- Zdaje mi się, że powinieneś łyknąć ten proszek. Pani Aniela
kazała.
Michał posłusznie łyka proszek i popija podaną przez
Agnieszkę herbatą.
- Dlaczego tak cicho? - pyta.
- Nikogo w domu nie ma. Dzisiaj sklepy otwarte, poszli po
zakupy.
- Szafrańce też?
- Też. Ja zostałam, żeby domu pilnować.
Michał chce powiedzieć: „bo nie masz forsy na kupowanie" -
ale go coś powstrzymuje.
- Będziesz spać? - pyta Agnieszka.
- Nie. Już mi się nie chce spać. A ty co robisz?
- Firanki założyłam. Te stare. Chyba ciocia nie będzie się
gniewać. Jak myślisz?
- Bo ja wiem... Twoja ciocia jest taka dziwna... wszystko jej się
nie podoba! Nie wytrzymałbym!...
- Nie. Ciocia jest dobra. Tylko, widzisz, długo była sama...
- Sama! Toś trafiła! Jak można w takim mieszkaniu być samą?
- 197 -
- Ja myślałam o czym innym: tyle lat nie miała nikogo
bliskiego. Wszystkich zabrała jej wojna. Ty nie wiesz, co ona
przeżyła.
- Przecież już dawno przeszło. Ciągle o tej wojnie pamiętać?
- Ciocia pamięta. Na to nie ma rady.
- No, ale teraz ty jesteś.
- Ciocia przyzwyczaja się powoli. Ja to widzę. Przecież czasami
człowiek woli być sam.
- Nie rozumiem: z ludźmi weselej. Czy coś robić, czy pośmiać
się, czy pochwalić.
- A ja rozumiem. Czasami człowiek chciałby zostać sam ze
swoimi myślami. Żeby na niego nawet nikt nie patrzał.
Agnieszka mówi jakby do siebie. Patrzy w okno, za którym
jedyna stara akacja kołysze nagimi jeszcze gałęziami.
W pierwszej chwili Michał chciał się roześmiać. Co ona tak
mówi jak z książki albo jak w teatrze - nagle przypomniał sobie:
Kiedy matka wychodziła drugi raz za mąż, kiedy było wesele -
on uciekł, schował się właśnie tak: żeby go nikt nie widział, żeby
nawet na niego nie spojrzał. Po domu kręcili się goście, jedli, pili,
grały skrzypce i harmonia. A on wlazł do psiej budy. Nikt go tam
nie szukał. Stary kundel siedział z brzegu, pilnował i grzał, bo
wieczór był chłodny.
Potem, po jednej i drugiej kłótni z ojczymem, kiedy nienawiść
stanęła między nimi mocno - Michał chował się na strychu. Miał
tam jedno takie miejsce, gdzie i diabeł nie znalazłby go wśród
rupieci.
Może i jest tak, jak mówi Agnieszka...
- 198 -
Wracają Piotrowscy z miasta. Witek zagląda do przyjaciela od
razu.
- Michał, jak ci jest? Mama powiedziała, że wujek powinien cię
sznurkiem do łóżka przywiązać, zanim na dobre nie
wyzdrowiejesz.
- Mama nam kupiła skarpetki - chwali się Henio. - Tobie też.
- I trykotowe bluzki w takie paski jak marynarze też mama
kupiła i dla nas, i dla ciebie. Dla ciebie o dwa numery większą niż
dla mnie - dodaje Witek.
- Wasza mama dla mnie? - dziwi się Michał.
- Twój wujek kazał, bo jakiegoś kolegę spotkał i poszli na piwo.
- No! - powiedział Michał. - Już ja czuję, co z tego będzie.
- Ale, Michał, nigdy byś nie zgadł, co ja jeszcze dostałem -
mówi Witek tajemniczo, przyciszonym głosem. - Spróbuj!
- Buty? Spodnie? - zgaduje Michał.
- Nie, takich grubszych sprawunków nie było. Wiesz przecież:
mieszkanie!
- Z grubszych to tylko szynka, ale też nie taka gruba, jak w
zeszłym roku - stwierdza z żalem Henio.
- No więc, co? Gadaj - niecierpliwi się Michał.
- Klaser - oświadcza z dumą Witek.
- Klaser? Nie łżesz?
- Sam zobaczysz. Fajny. Zaraz go tu przyniosę i nalepki też. Ale
mnie się zdaje, że tatuś mamę namówił, bo żeby mama tak sama z
siebie, to trudno uwierzyć.
- Fiu, fiu! - dziwi się Michał, myśląc, że jego zasługa była nie
mniejsza, i szkoda, że Witek już o tym zapomniał.
- Głowa cię nie boli? - troszczył się Witek. - Bo jak cię tu
przynieśli, jęczałeś „głowa! głowa!"... Ale dałeś się napuścić!
- 199 -
Strachu było! Agnieszka krzyczała! Ona pierwsza poleciała po
panią Anielę. Zaczekaj, przyniosę sprawunki, to ci opowiem.
Po chwili Michał ogląda nowe nabytki, wśród których najwięcej
zainteresowania budzi klaser. Siada na łóżku. Razem z Witkiem
dobierają i układają nalepki.
- A wiesz, Michał, Grażyna tak mnie wypytywała o Agnieszkę:
a kto? a co? a skąd ona ciebie zna? Nie chciała wierzyć, że
Agnieszka mieszka z nami, wiesz?
- Co ją to obchodzi?
- Właśnie, widziałeś, jak była wystrojona?
- Agnieszka? Jak zawsze. Przecież ona żadnych strojów nie ma.
- Nie Agnieszka, tylko Grażyna.
- Widziałem: żółte trampki, spodnie szare i zielony sweter.
Wyglądała jak kogut w kalesonach.
- Tylko jej tego nie powiedz. Będzie wściekła!
- A niech się wścieka. Przecież to prawda. Agnieszka - zwrócił
się do wchodzącej dziewczynki - powiedz: trzeba mówić prawdę
czy nie?
- Trzeba - zgodziła się od razu Agnieszka.
- A widzisz! - zatryumfował Michał.
- Zaraz, wolnego. Agnieszka nie wie, o co chodzi.
Powiedziałabyś rudemu, że rudy, a garbatemu, że garbaty?
- Za nic na świecie!
- O garbatych nie było mowy - obruszył się Michał.
- Ale na to wychodzi. U ciebie prawda... to tylko to. co tobie się
zdaje. Myślisz, że ktoś tępy, i od razu wołasz: tępy! tępy!
- Witek, kolacja! Mama woła - zajrzał Henio.
Witek wyszedł.
- 200 -