- On sam. Dostaje od matki dużą tygodniówkę. Co tydzień
będzie musiał komuś oddać dług. Zrobiliśmy listę i dopilnujemy
tego, zobaczy mamusia.
- I wszystko ty z Michałem?
- Tak. Michał wymyślił, a ja mu pomogłem.
- A dlaczego wy? Czy on Michałowi też jest coś winien? A
może tobie?
- Mnie? Mamusia chyba żartuje! Z czego ja bym mu pożyczył?
Te kilka złotych, co dostaję, nie wiem jak ściskać, żeby na
wszystko starczyło. Prędzej chyba pasowałoby, żebym u niego
pożyczał.
- Dobrze wiesz, gdybyś u kogo pożyczał, to...
- Wiem: sprałaby mnie mama, jak nie wiem co. Dobrze wiem.
Ale Michałowi też nic nie był winien. A zajęliśmy się tym, no bo
ktoś musiał się zająć, nie? Wichan wykręcał się, wypierał, ale go
Michał zagiął! O, Michał potrafi! Żeby mamusia słyszała, jak mu
wygarnął!... A naokoło wszyscy „dłużnicy" czekali, co z tego
będzie. A dziewczyny (dziewczynom winien był najwięcej)
najpierw mówiły, że nic z tego, że się znowu na obiecankach
skończy, ale potem...
Po raz drugi ze wszystkimi szczegółami Witek opowiada o całej
sprawie Agnieszce.
Agnieszka cieszy się razem z nim. Z całej twarzy, ze sposobu
słuchania widać wyraźnie, że i pomysł, i sposób przeprowadzenia
znalazł uznanie.
Nie tak jak mama. Witek myślał, że będzie zachwycona,
pochwali przynajmniej, a mama tylko: A na co? A po co?
- 301 -
- ...Po co oni się do tego mieszają? - opowiada mama ojcu
półgłosem, myśląc, że Witek dawno śpi.
- A mnie się to podoba - oświadcza również nie-głośno ojciec. -
Niech próbują własnych sił. Niech się czują odpowiedzialni za to,
co się dzieje na ich oczach.
- Ale mogą z tego być nieprzyjemności. Chłopak poskarży się
matce.
- Wątpię. Chociaż w życiu tak bywa: ujmiesz się za kimś i sam
oberwiesz.
- No widzisz!
- Widzę. A ile razy do mnie mówisz: „Nie mogłeś się wtrącić?
Nie mogłeś wygarnąć, żeby był porządek? Ktoś musi zacząć".
- Co innego dorośli.
- I dorosłe sprawy, tak? W szkole inne, mniejsze, na miarę
dzieci, ale też ważne. Niech się wprawiają...
List, jaki otrzymali Szafrańcowie, był odpowiedzią mieszkającej
daleko od Warszawy kuzynki Heleny Łoskot, które to nazwisko z
trudem trzymało się pamięci pani Leontyny.
- Witek, zgadnij! Kto pierwszy wyprowadzi się z kołchozu? -
pytał któregoś dnia Michał.
- Co mam zgadywać. Każda komisja mówi, że nam jest
najgorzej: cztery osoby w jednym pokoju!
- A właśnie, że nie! - droczył się Michał.
- Jak to, nie! Co ty tam wiesz! U was dwie osoby, i ty się nie
liczysz, bo jesteś tu czasowo. U pani Tołłoczko to samo:
Agnieszka jak królowa teraz mieszka. Pielęgniarka sama jedna -
druga królowa, a Szafrańcowie...
- 302 -
- Więc rozwieś uszy - przerwał Michał - i słuchaj: trzęsiłebki
wystartują pierwsze.
- Skąd wiesz? - zaniepokoił się Witek i zaraz ochłonął. - Aha,
wezmą tę pojedynkę na parterze?
- Nie. Jadą do Szczecina. Sami, bez gratów, tylko walizki.
Szafrańcowa dzień i noc o tym mówi.
- A ty podsłuchujesz! - oburzył się Witek.
- Co mam robić? Uszy watą zatkać? Mówią głośno. Szafraniec
słuch ma kiepski...
Pani Leontyna była w nie byle jakiej rozterce.
- Na stare lata wszystko rzucić? - żaliła się pielęgniarce. -
Helenka pisze, żeby nic oprócz osobistych rzeczy nie zabierać, że
będziemy mieli duży i wygodnie umeblowany pokój. Ale przecież
szkoda: taki piękny kredens! Taka szafa!
- Co pani będzie rupieci żałować - odezwała się niebacznie pani
Aniela - jeżeli tam wszystko jest.
- Co też pani mówi! Takiego forniru jak na tej komodzie już się
nie spotyka!... A te szybki w kredensie! Prawdziwe kryształowe
szkło!... A szafa!... - pani Leontyna wpadła na ulubiony temat.
Na szczęście wtrącił się pan Franciszek:
- Leoniu, zdrowie od wszystkiego ważniejsze! A tam las
sosnowy, pachnący. Sucho, powietrze jak balsam.
- Las? To nie w mieście?
- Do miasta niedaleko, ale dom w lesie stoi, leśniczówka -
opowiadał pan Franciszek - bo Helenka za leśniczego wyszła. I
ogród mają koło domu, i sadek. Jeszcze tam moje ręce i głowa
pomogą.
- 303 -
- Ja bym się tak nie śpieszyła - kręciła głową Szafrańcowa. - Nie
wszystko mi się w tym liście podoba, nie. Na starość cudze dzieci
niańczyć...
- Są tam dzieci? - dopytywała pielęgniarka.
- Dwoje. Chłopiec ma dwanaście lat, a dziewczynka... pięć.
Kuzynce trafia się praca, dojazd do miasta dobry, ale dziecka nie
ma z kim zostawić. I tak się ucieszyła, tak nas serdecznie
zaprasza! Mieszkanie... pisze... duże, bardzo wygodne, chleba nie
brak, tylko prędko przyjeżdżajcie - opowiadał pan Franciszek, i
widać było, że jest zadowolony z propozycji.
- Twój ojciec ma cierpliwość - podziwiał Michał - jakby mnie
Szafrańcowa spytała, czy nie kupiłbym szafy, tobym nie
wytrzymał i takie cztery prawdy jej wyczytał, że...
- Mamusi też już mało brakowało. Ale tatuś tłumaczy, że już
niedługo, że nie można robić przykrości. Trzeba się pożegnać.
- Phi! W gości tam nie pojedzie! I nie spotka ich nigdy w życiu!
- No to co, że nie spotka? - podniosła oczy znad książki
Agnieszka. - Pan Piotrowski jest mądry. Mądry i dobry - dorzuciła
nie patrząc na Michała, który wbrew do tej pory praktykowanym
zwyczajom zamilkł, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dopiero po
długiej chwili odzyskał mowę.
- Tak za nimi obstajesz, bo ci Szafraniec oleander podarował.
- A ty podskakujesz, bo ci nic nie dali? - odcięła się od razu, aż
Witek spojrzał zdziwiony, ale zaraz powiedział:
- Dostanie i on, na pewno coś dostanie. Mamusia ma wziąć
komódkę, pani Aniela tremo, twoja ciocia ten stary fotel...
- O raju! Ale prezenty! - kpił Michał. - Ciekawe, kto weźmie
klatkę z Maciusiem?
- 304 -
- Maciuś jedzie do leśniczówki - informowała stając na progu
kuchni pielęgniarka. - A ty, Michał, nie kpij, bo nie ma z czego.
Do mebla też można się przyzwyczaić. To jedyne, co im z
dawnych lat zostało. Trzeba uszanować... Sama tylko nie wiem,
jak oni się zabiorą na pociąg. Tam, na stację, wyjdą po nich, ale
tu? - zastanawiała się głośno. - Dwie walizki, koszyk, worek z
pościelą... to cztery, a drobnych paczek i siatek... jakbym
widziała... dwa razy tyle. A klatka z kanarkiem? I parasolka, i
torebka? Pociąg odchodzi o czternastej. Jak na złość ja będę na
dyżurze. Mężczyźni w pracy...
- O drugiej godzinie? To już po lekcjach! - zawołała Agnieszka.
- Poproszę starszego kolegę...
- A po co? - przerwał Michał. - Ja każdej walizce poradzę.
Pojadę z Szafrańcami na stację, a ty z Witkiem weźmiecie drobne
pakunki i kropka. Pani Szafrańcowa bardzo nie lubi obcych. Sama
mówiłaś, żeby na końcu było wszystko grzecznie i przyjemnie.
Nie? Nikogo nie proś! Obejdzie się. Wszystko będzie na medal.
Pani Aniela własnym uszom nie wierzyła. Teraz jej zabrakło
słów do odpowiedzi.
Pogodnego majowego dnia państwo Szafrańcowie wyjeżdżali z
Warszawy. Pani Leontyna ukrywała, że płacze. Składała wszystko
na katar, którego się podobno przy otwartym na noc balkonie
nabawiła. Za to pan Franciszek pełen był werwy i jak najlepszych
nadziei na przyszłość.
- Zobaczysz, Leoniu, jak nam będzie dobrze. Jeszcze się komuś
przydamy. Zobaczysz!
Na stację odprowadził ich Witek, Michał i pani Piotrowska.
Agnieszka z Heniem zostali pilnować mieszkania.
- 305 -
Późnym popołudniem wzięli się za uporządkowanie
opuszczonego pokoju. Piotrowski z mechanikiem przesunęli
ciężki kredens i szafę pod ściany. Wyniesiono do komórki pod
schody zbędne graty. Agnieszka starannie zamiotła podłogę, na
której wyraźnie odcinały się miejsca po zagrodzeniu i wydeptana
do kuchni ścieżka.
- Ale salon! Tańczyć by tu można - wołała pani Aniela.
- W drobną kaszkę! W drobną kaszkę! - napierał się Henio
czepiając rąk Agnieszki, aż wreszcie zakręciła się z nim parę razy.
Luźno się zrobiło w mieszkaniu. Otwarty balkon przyciągał
oczy zielonymi pędami nasturcji i dzikiego wina. W skrzynce
kwitły już bratki i zieleniło się kilka doniczek pelargonii o
miękkich zamszowych liściach.
Całe to swoje królestwo pan Franciszek oddał pod opiekę
Agnieszce. Pamiętała o podlewaniu i skrapianiu roślinek. Pomagał
jej Henio, który jedyny siadywał na tym balkonie w słońcu. Inni
lokatorzy, owszem, zajrzeli i zaraz odchodzili do swoich pokoi.
- Jakoś smutno zrobiło się tutaj - stwierdziła któregoś dnia pani
Aniela. - Luźniej, ale i pusto. Maciusia nie słychać, pan
Franciszek kujawiaka nie śpiewa, a nawet i anioła archanioła,
który zawsze był u pani Szafrańcowej na zawołanie, też mi brak.
- Mnie tam wcale za nimi nie tęskno - mruczał słysząc te słowa
Michał. - Szafraniec w pojedynkę może był i niezły (zamyślił się
przypominając, jak go pan Franciszek obudził w kuchni, jak
zaglądał do niego w chorobie), za to ona! Stęku-kwęku bez
ustanku. Wszystko jej się nie podobało.
- Ale pożegnałeś się elegancko, jak hrabia - przypomniał
uśmiechając się Witek. - Pani Leontyna patrzyła, jakby cię poznać
nie mogła. Mówię pani, Michał i miejsce przy oknie znalazł, i
walizki ułożył, kanarka przez okno podał i jeszcze zdążył po
„Express" dla pana Szafrańca skoczyć. Warszawiak!...
- 306 -
- A coś ty myślał, że nie potrafię? Jak trzeba, to żywo, prędko
jak u pani Anieli. A jak nie trzeba, to po co? Ucho od śledzia, i
kropka...
21.
Bohaterem dnia został Witek, chociaż się wcale tego nie
spodziewał. Pani od polskiego przeczytała dziś na głos
wypracowanie, a oddając mu zeszyt, dorzuciła z uśmiechem:
- Masz łatwość wypowiadania się na piśmie. Kto wie, może się
w tym kryją zdolności literackie?
Witek wracał na miejsce, usiłując ukryć zadowolenie, ale
zarumienione uszy zdradzały jego uczucia.
Michał nie zazdrościł przyjacielowi. Czekał na swój zeszyt i na
pochwałę swego wypracowania o „zielonych rękawiczkach".
Niestety! Usłyszał tylko:
- Skąd ci taka makabra przyszła do głowy?
- Bo ja wiem? - odpowiedział zaskoczony nie bardzo znanym
wyrazem.
- Jak myślisz: źle czy dobrze? - Badał ostrożnie Witka.
- Chyba nie bardzo dobrze, bo pani tak mówiła, jakby chciała
dodać: „Bój się Boga!".
- Ale nie powiedziała - bronił się Michał.
Kiedy zwierzył się ze swych wątpliwości Agnieszce, zapytała:
- Czy opisałeś coś strasznego?...
- Ee tam! O żadnych strachach nie pisałem, tylko o nadziei.
Naprawdę.
- 307 -
I wyciągnąwszy zeszyt, Michał przeczytał o kacie, który
ścinając skazańca zakładał sobie zielone rękawice.
- O raju! - zawołał Witek. - To się może przyśnić!!!
- Aż człowieka dreszcz przechodzi! Skąd ci do głowy... -
zaczęła przestraszona Agnieszka, ale Michał nie dał jej
dokończyć.
- Czytałem w jakiejś książce, że kat miał czerwone rękawice,
więc pomyślałem sobie od razu, że gdyby miał zielone,
skazańcowi byłoby przyjemniej, nie? Sama mówiłaś, że zielony to
nadzieja. Rozumie się - dorzucił zjadliwie - Olek napisałby
ciekawiej!
- Owszem. Olek ładnie pisze i dużo wie.
- Tyle wie, co zje! - Michał był wyraźnie zły. - Gdyby tak dużo
wiedział, miałby o czym mówić, a to przecież mruk, jakiego świat
nie widział.
- Wcale nie! No, może nie mówi tyle, co ty, bo jest... trochę
nieśmiały.
- Nieśmiały? To znaczy, że ma coś na sumieniu! - ucieszył się
Michał. - Zawsze kiedy coś przeskrobałem, to taki byłem
nieśmiały, że coś okropnego. Mówię ci, Agnieszka, pilnuj się: on
mi się od razu wydał podejrzany. Na pewno jakaś makabra...
- Bzdury! - roześmiała się Agnieszka. - Olek jest dobrym kolegą
i dobrze wychowanym chłopcem. A jaki zdolny! I wysportowany,
i nawet - zniżyła głos - powiem wam w sekrecie: pisze wiersze!
No!!! Zresztą, wszyscy go lubią, możecie sprawdzić!...
- A nas nie lubią? - zastanawiał się Michał na głos, kiedy zostali
sami z Witkiem. - Jedna Szafrańcowa może nie za bardzo mnie
lubiła, ale to przedtem, bo na ostatku, sam widziałeś, nie? I
- 308 -
Pimpuś jak mnie lubi! A może nie jesteśmy zdolni? Jak Agnieszka
zobaczy teraz moje świadectwo... oko jej zbieleje. Jak bozie-
kozie! I twoje też! A wiersze? Wiersze to dla nas mucha, może
nie?
- No... - zaczął niepewnie Witek.
- Witek, nie łam się i słuchaj, co mówię: nie święci garnki lepią.
Zapomniałeś, jak raz-dwa ułożyłem wiersz o Dance? Może zły
wiersz? A jeszcze jeden pamiętam z Łodzi, też zgrabny wierszyk.
Zaraz... tak jakoś szło... „Aniołku kochany, słomianką
wypchany...", nie pamiętam dalej, ale jak zechcę, to koniec
dorobię na poczekaniu. Co ta Agnieszka sobie myśli, że my nie
potrafimy?..". Że tylko Olek? Ucho od śledzia!
- E... takie chichy-śmichy, a nie prawdziwe wiersze. Poeta, jak
pisze, to podobno męczy się, wzdycha i przeżywa... a nie tak
szast-prast.
- Jak nie potrafi, to pewnie, że się męczy i wzdycha. Olek
pewnie od wzdychania taki chudy. I powiedz mi, poradź, co
zrobić, żebym ja mu nakładł po karku? Agnieszka zaraz by
inaczej na nas spojrzała. Dziewczynom strasznie imponuje siła.
- Przecież wie, że jesteś silny. Widziała wtedy, z taczkami.
- E... to nie to. Mówię ci, nakładłbym mu z chęcią! Aż mnie
ręka swędzi. Co ona się nad tym kijem od szczotki tak unosi?
- Podoba jej się. Normalna rzecz.
- Normalna? Dlaczego?
- Bo on jest w dziewiątej klasie. Takiś mądry, a tego nie
rozumiesz? Dziewczyny tylko w górę patrzą, nie zauważyłeś?
Grażynę i Dankę aż skręca, jak widzą, że za naszą Aliną łazi taki
jeden z siódmej.
- Za tą z warkoczami?
- 309 -
Witek przytakuje, a Michał uważniej niż zwykle przygląda się
przyjacielowi, który od jakiegoś czasu pozwala sobie na
wygłaszanie całkiem samodzielnych sądów. No, no!...
Od ładnych kilku dni Agnieszka nie odrabia lekcji w kuchni.
Przygotowuje się do egzaminu końcowego razem z koleżanką.
Siedzą na jednym albo na drugim balkonie, powtarzają
przerobiony materiał, przepytują się. Już drugi raz w tym tygodniu
wpada do nich starszy kolega, czyli Olek, czyli „tyka do fasoli",
czyli kij od szczotki. Uczą się w pokoju Agnieszki.
Witek i Michał również nie przesiadują już codziennie przy
kuchennym stole, który kiedyś był kością niezgody, a dziś zawsze
czysto wyszorowany czeka na chłopców. Czeka przeważnie na
próżno. Michał zdecydował, że teraz w kuchni jest zbyt gorąco,
poza tym... niezdrowo na oczy: słońce za ostro świeci. Uczą się
więc albo w pokoju mechanika, jeżeli Agnieszka jest u siebie,
albo w pokoju Szafrańców, jeżeli koleżanki siedzą na balkonie od
podwórka.
- Wiesz, Witek - mówi Michał strzygąc uchem i okiem w stronę
pokoju nauczycielki, widocznego przez szeroko otwarte drzwi
wujkowego pokoju - ja tej „tyki do fasoli" nie rozumiem. Niby
taki mądry, w dziewiątej klasie, a patrz, dzisiaj już drugi raz tu
przyleciał. Gdzie on ma rozum? Przecież aż na Zakroczymskiej
mieszka!
- Kawał drogi! - przytakuje Witek.
- I jaka strata czasu! Masz pojęcie?
- Może go dziewczyny prosiły?
- Po co? Mogłyby mnie albo ciebie poprosić. Zajrzałbym do
książki i też przepytałbym, nie?
- 310 -
- A może on im tłumaczy? Przecież dwie klasy wyżej, to chyba
coś więcej wie?
- Wątpię. Wcale na rozgarniętego nie wygląda. Prawda,
rozgadał się trochę, ale żebyś wiedział, czym on Agnieszce głowę
zawraca, tobyś pękł!...
- No? - zainteresował się Witek.
- Lalką! Słyszałem na własne uszy, jak bozie-kozie! O jakiejś
lalce opowiadał, aż ona widocznie tego miała dość, bo mu
przerwała, a potem od razu o jakimś Wokulskim, że ten Wokulski
jej się podoba.
- Wokulski?
- Tak. Dobrze słyszałem: Wokulski. Nie znasz takiego? Ja też
nie słyszałem, chyba nie z naszej szkoły. Ale kij od szczotki
wściekł się, widać zazdrosny, bo zaczął jej klarować, że ten
Wokulski taki i owaki, że jemu się wcale nie podoba. A za
chwilę... znowu o tej lalce. No więc, czy on jest mądry?...
- Wokulski?... Wokulski - przypominał sobie coś Witek. -
Lalka?... Już wiem. Tatuś przyniósł z biblioteki książkę i czytał
wieczorami na głos mamusi. Tam było coś o Wokulskim?... I o
lalce! Aha: książka nazywała się „Lalka"... Więc oni na pewno o
tej książce?
- Taaaak? - Michałowi zrzedła mina. - Może nie dosłyszałem...
Mija kilkanaście minut, w czasie których słychać tylko szelest
przewracanych kartek i bieg długopisów po papierze.
- A co do Agnieszki... - podnosi głowę znad zeszytu Michał - to
chyba sam widzisz, zmieniła się, nie?
- Eee... chyba ci się zdaje.
- Jak to mi się zdaje? Czy ja śpię? Oczy i uszy mam na swoim
miejscu. W matmie już ci nie pomaga!
- 311 -
- A po co? Sam sobie daję radę. Widzisz przecież... zadania
robię jedno za drugim, zaraz sprawdzimy, czy nam jednakowo
wyszło.
- Ale to nie w porządku. Mów sobie, co chcesz - nie w
porządku. Powinna chociaż zajrzeć, zapytać, czy nie masz jakichś
trudności. Jak się podjęła, to już powinna. Ja ci mówię...
Jakby w odpowiedzi na te słowa, drzwi pokoju nauczycielki
otworzyły się i stanęła w nich Agnieszka, a za nią wysoki,
szczupły chłopiec.
- Do widzenia, Agnisiu. Do jutra.
- Do widzenia. Jutro mam sześć lekcji.
Michał z Witkiem nie zdążyli wymienić znaczących spojrzeń,
kiedy Agnieszka stanęła w progu.
- Ale się męczymy z Małgosią! Coś okropnego! Mnie już się w
głowie kręci.
- Chyba nie bardzo - powątpiewał Michał. - Coś taka wesoła?
- Ach, bo uśmiałam się z Olka. To jest kiepski wariat.
- A co! Poznałaś się na nim? - uradował się Michał.
- Zobaczył fotografię mojej mamusi, wiecie, tę co wisi nad
tapczanem, i powiedział, że ja jestem bardzo podobna. Więc
musiałam się śmiać. Przecież moja mamusia była śliczna, czego
on takie bzdury plecie? Zupełnie jakby mu piątej klepki
brakowało! Ale, chłopaki, cześć! Tyle jeszcze roboty!!! -
I Agnieszka, lekko obróciwszy się na pięcie, frunęła do siebie.
Jeszcze przy zamykaniu drzwi mignęła jej uśmiechnięta,
rozradowana twarz.
- „Wariat! Kiepski wariat!" - przedrzeźniał Michał. - To czego
się cieszy, jakby ją kto na sto koni wsadził?...
- Mówiłem ci... A do tego z bukietem przyszedł.
- Widziałeś? - Michał aż zeszyt odsunął.
- 312 -
- Widziałem. Byłem akurat w przedpokoju, kiedy usłyszałem, że
ktoś po schodach idzie. Myślałem, że ty, otwieram, a ten oczami
przewraca i rękę z fiołkami do mnie wyciąga. Spodziewał się
widocznie, że ona mu otworzy. Mówię ci... zbaraniał i kwiatki za
plecy schował. Agnieszka zaraz do przedpokoju wyskoczyła,
musiała na balkonie siedzieć, ale co widziałem, to widziałem.
- Idiota! Z bukietem? Do dziewczyny? No, to już musi być
idiota nie z tej ziemi!...
Witek uważał temat za wyczerpany, wrócił do zadań. Michał
przysunął zeszyt, patrzył w książkę, ale coś mu przeszkadzało w
pracy. Kreślił w brulionie kółka i kwadraty, łączył je w dziwne
piramidy, dorabiał wąsy i oczy. Nagle stuknął ołówkiem w stół i
oświadczył kręcąc głową:
- Nie! Nie podoba mi się to wszystko, i kropka!...
Witek parsknął śmiechem.
- Czego się śmiejesz? - zapytał groźnie Michał.
- Bo mówisz i kręcisz głową jak pani Szafrańcowa.
- A ja ci zaraz coś takiego powiem, że ci się śmiać odechce.
- Co? - nastawił uszu Witek.
- Postaw na Agnieszce krzyżyk. Adiu-fruziu, i koniec.
Powtarzam: ja ci radzę.
- A ty?
- Ja?... Ja już dawno się zorientowałem w sytuacji. Nie
zauważyłeś, że pozwalam fasolowej tyce nosić Agnieszki książki?
- Myślałem, że tak się składało...
- Źle myślałeś. Chce... niech jej Olek nosi. Proszę bardzo! A ty
też się nie pchaj. Ambicję trzeba mieć, rozumiesz?
- Ale się pchałeś!
- 313 -
- 314 -
- Nie pchałem się, tylko mi jego matki było szkoda: co miesiąc
nowe zelówki chłopakowi! Masz pojęcie, co to kosztuje?
Agnieszka widać tego nie rozumie. Żal mi jej, bo muszę ci
powiedzieć: dopóki z nami trzymała, to była dziewczyna poważna
i w ogóle na medal. A teraz, sam widzisz: kwiatki, bratki, fiołki,
lalki... nie, to nie dla nas.
- Najgorsze, że jest w starszej klasie - wtrącił Witek.
- O! Trafiłeś w samo sedno. Straszne skrępowanie. A po co nam
to?
- Ostatecznie w naszej klasie, na przykład Grażyna Suzikówna...
- Zauważyłem... - ton był znaczący.
- Co? Że jej teczkę niosłem? - zapytał podejrzliwie Witek.
- I dlatego tak się wczoraj śpieszyłeś.
- Wczoraj i dziś - chwalił się Witek. - Wiesz, Grażyna jest
mądra, mądrzejsza niż inne, naprawdę. Koniecznie chciała
zobaczyć moje wypracowanie. Bardzo jej się podobało.
- Słyszała, że nauczycielka pochwaliła... i ona zaraz to samo.
- Wcale nie to samo - obruszył się Witek. - Taką mi jedną rzecz
powiedziała, że naprawdę jeszcze nigdy czegoś takiego nie
słyszałem. Coś takiego...
- Coś pięknego! - pokpiwał Michał. - Dużo jeszcze rzeczy nie
słyszałeś.
- Możliwe, ale tego co teraz...
- Ja ci powtórzę, chcesz?
- Podsłuchiwałeś? - zaperzył się Witek.
- Nie podsłuchiwałem. Tylko mnie też coś podobnego kiedyś
powiedziała.
- Na pewno nie to!
- No to powiedz, co?
- 315 -
- Już się naszykowałem! Zaraz zaczniesz się przechwalać, że
tobie mówiła to samo.
- Dobra, więc ja ci powiem. Była taka okazja, dawno już,
rozmawialiśmy o różnych sprawach, no i w końcu usłyszałem, że
mam bardzo myślącą twarz, a szczególnie z profilu...
- O raju! -jęknął Witek. - A ja myślałem...
- Ja też tak myślałem. I jeszcze tego samego dnia dowiedziałem
się od Zbyszka, że on też...
- I powiedziałeś mu?
- Każdemu będę oczy otwierać? Co innego tobie. Zresztą
mówiłem ci już kiedyś: nie dajmy się dziewczynom kołować, bo
zginiemy jak mydło w praniu! Mówiłem?
Witek milczał zgnębiony. Przeżywał pierwsze rozczarowanie:
dał się złapać na ładne słówka. Michał udawał, że nic nie
dostrzega.
- Składajmy książki i jazda na świeży luft! Pokażę ci, jak
wygląda teraz nasza pieczara. Nie poznasz jej!...
- Chodziłeś tam? Kiedy?...
- W te wszystkie dni... przed świętami. Ale nie mów nikomu.
Wybiegli bramą i zobaczyli stojącego o parę kroków
mechanika. Kręcił zadartą głową, jakby obserwując dach czy
komin zrujnowanego domu.
- Co wujek? Za komisję?... - zaczął Michał.
- Już mi się te komisje znudziły. Czekaj tatka latka. Patrzę, czy
byłoby gdzie antenę do telewizora ustawić. Mogą mieć
Piotrowscy pralkę, to my kupimy telewizor. Już się pytałem.
Weźmiemy na raty. Mniej was będzie ganiało po mieście, co?
I Witek, i Michał nie wierzyli własnym uszom! Telewizor!
Chcieli pytać, ale uwagę ich odwróciło co innego.
- 316 -
Ulicą szli pośpiesznie Piotrowscy. Pani Irena wymachiwała
radośnie jakąś kartką. Mąż nie mógł za nią nadążyć.
- Mieszkanie! - wołała. - Mamy już przydział na mieszkanie!
Dla pana też jest i dla pani Anieli! Agnieszko! - podniosła rękę w
stronę balkonu. - Dla cioci też jest przydział! Jutro można
odebrać! Za tydzień przeprowadzamy się.
- 317 -
- 318 -