The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-19 16:43:54

Za minutę pierwsza miłość

Hanna Ożogowska
Za minutę pierwsza miłość
Ilustrował Gwidon Miklaszewski
Wydanie polskie 1972

-2-

Irka Gołąbkówna lubiła przychodzić do Ewy na wspólne
odrabianie lekcji. Duży pokój, gdzie nikomu nie przeszkadzały,
miał okna od podwórza. Topole, które wiosną i latem zieloną
ścianą zasłaniały stojącą w głębi oficynę, teraz gubiły już żółte
liście przy mocniejszych podmuchach, stawały się koronkowe,
przejrzyste.

W ciepłe wrześniowe popołudnia przyjaciółki siadały przy
parapecie otwartego okna, a kiedy nadchodził zmierzch,
przenosiły się z książkami na duży, dobrze oświetlony stół.
Starsza siostra Ewy wychodziła do koleżanki albo zamykała się w
pokoju po drugiej stronie mieszkania, babcia krzątała się w kuchni
i podrzucała dziewczętom coś na „ząb". Kiedy milkły obie,
słychać było przyjemne cykanie wahadła w starym, stojącym w
kącie, zegarze babci. Ale takie chwile ciszy zdarzały się rzadko.

Odrzucając co chwila przydługą czarną grzywkę i zerkając do
podręcznika, Irka mówiła:

- ,,... i wtedy Napoleon opromieniony sławą niezwyciężonego
wodza sięgnął po cesarską koronę..."

- A widziałaś film „Marysia i Napoleon"? Śliczny! Jak ona go
kochała! - przerwała przyjaciółce Ewa.

- Widziałam. I czytałam książkę Gąsiorowskiego: „Pani
Walewska". Weź z biblioteki, fajna. Owszem, kochała go, ale on
był podły, bo jak wyjechał z Polski, to zaraz się za innymi
oglądał.

- Z tego filmu wynikało, że i on Ją bardzo kochał. Może to nie
była prawdziwa miłość? - westchnęła Ewa. - Ale wiesz, nasza Ola
znowu się zakochała.

- Jak to „znowu"? - dziwiła się Irka. - Opowiadałaś mi przed
wakacjami, że zakochała się na wiosnę, wtedy jak pojechali na
wycieczkę do Krakowa. I on się nazywał... zaraz... Janusz?

-3-

- Już zaliczony! Ola powiedziała, że kolega z tej samej klasy
dobry jest na pierwszą miłość, a ona już przedtem była zakochana
dwa razy. Janusz był ten trzeci.

- Więc teraz zakochała się już czwarty raz? - Irka była niemile
zdziwiona. - Chyba niemożliwe! Tyle razy?...

- Widocznie możliwe. Ola mówi, że te trzy razy były nieważne,
że dopiero teraz to jest prawdziwe uczucie.

- A po czym się poznaje prawdziwe czy nieprawdziwe? -
dopytywała Irka.

- Bo ja wiem... - zamyśliła się Ewa. - Ja jeszcze nigdy nie byłam
zakochana...

- Ja też nigdy... - westchnęła Irka. - Nam zadają tyle lekcji... po
prostu na nic nie ma czasu.

- Jak się człowiek zakocha, lekcje idą na bok. Ale w kim się
zakochać? Sama powiedz, w kim?

- Właśnie! A w kim zakochała się twoja siostra?

- W studencie. Poznała go na wakacyjnym obozie, był
kierownikiem ich grupy.

- Szczęściara! Na naszym obozie ani jednego studenta nie było.
A ty go widziałaś?

- Widziałam. Przyszedł do nas tego samego dnia, jak Ola
wróciła do domu. Niby pomógł jej walizkę przynieść, ale ja od
razu wyczułam, że coś w tym musi być, bo Ola i herbatę sama
zrobiła, i do stołu tak starannie nakryła, jakby nie wiem co.
Wyciągnęła najładniejszy obrus - wiesz, taki dla lepszych gości. I
wcale nie chciała, żebym jej pomagała, wszystko sama, sama, a ja
musiałam tylko skoczyć do „Delikatesów" po ciastka, i to za
swoje pieniądze, bo mamusia akurat wyszła, a Ola była bez
gronia. Ale przysięgła, że odda, i od razu widziałam, co się święci,

-4-

jak w kuchni złapała mnie za rękę tak mocno, że dwa dni mnie
bolało, i tylko syknęła: „Ewka! Musisz pomóc". Co miałam robić?

- No i co było dalej?
- No i pili herbatę w pokoju, i on jadł ciasto, i jadł - już
myślałam, że ani kawałka nie zostanie. I ciągle się śmiali i
wspominali wakacyjne przygody.
- Byłaś z nimi w pokoju?
- Nie, w kuchni prasowałam sobie różne rzeczy, ale słyszałam,
jak rozmawiali, a jak się zrobiło cicho, zajrzałam, czy czego nie
potrzebują, i widziałam, że on ją za ręce trzymał, a jak mnie
zobaczył, to zaraz puścił i zapalił fajkę. Ola była wyciekła,
widziałam po oczach, ale powiedziała słodziutko: „Ewuniu,
uważaj, żeby się żelazko nie przepaliło!" Tak, jakbym nie umiała
obchodzić się z elektrycznym żelazkiem! Co?
- No i co? I co? - Irka czekała na coś więcej niż picie herbaty.
- No i wtedy przyszła mama i Ola zaraz zaczęła: „Mamusiu, to
jest pan Jurek jakiś tam, kierownik naszego szkolnego obozu, i
właśnie był taki dobry, że mi pomógł nieść walizkę"... I znowu do
niego: panie Jurku to, panie Jurku tamto, a przecież mam dobry
słuch i słyszałam, że mu przedtem po imieniu mówiła, a on jej też.
No i niedługo poszedł.
- Nie widzę w tym wszystkim nic nadzwyczajnego - wydęła
wargi zawiedziona Irka - poznali się na obozie i on jej pomógł
przytargać walizkę. Wielka rzecz! Każdy przyzwoity chłopak tak
by postąpił. Nawet z naszej klasy.
- Z naszej klasy? Który? Dobrze, jeżeliby nogi nie podstawił.
Ty, Irka, masz złudzenia co do naszych kolegów, no!

-5-

-6-

- Raz dźwigałam dwie wielkie torby, wiesz, zakupy na niedzielę
i poniedziałek, i jeszcze kartofle dla chorej sąsiadki, mówię ci,
mało mi ręce nie odpadły. Spotkałam Nemka Batorowicza,
pomógł mi. Chciał nawet wziąć obie torby, ledwie go
przekonałam, że z jedną śpiewająco sobie poradzę.

- Phi! Jeden Batorowicz! Wyjątek potwierdza regułę.

- W każdym razie żadnego zakochania tu nie widzę. Ponosi cię
wyobraźnia.

- Wcale nie - protestowała Ewa. - Posłuchaj tylko, co było dalej.
Pan Jurek, jak powiedziałam, już długo nie siedział. Jasne: ciasto
zjadł, herbaty dwie szklanki wypił i przy mnie, rozumiesz, już
tylko: „panno Olu", „panie Jurku", i żadnych takich. Więc zaczął
niby się śpieszyć na pociąg. Mieszka w jakimś miasteczku pod
Siedlcami, to znaczy jego rodzice tam mieszkają, a on jedzie,
mówił, bo do rozpoczęcia roku na uniwerku ma cały miesiąc, i że
będzie kuł do egzaminu, i że leci swojej mamie kupić jakiś
prezent. No i poszedł. Jeszcze w drzwiach z Olą szuszuszu i
szuszuszu, ale nie słyszałam co. Dopiero potem Ola mi
powiedziała (bo ja jej powiedziałam, że słyszałam, jak mówiła mu
„Jureczku"), że jest zakochana i że tym razem to naprawdę, i że na
obozie wszystkie dziewczyny zazdrościły jej takiego chłopaka.

- Ładny?

- Bo ja wiem? - zastanawiała się Ewka. - Niby ładny, owszem:
brodacz, kudłaty, kurtka zamszowa, pepegi bez sznurowadeł i
kołnierzyk przypięty z tyłu na guziczek, widziałam, bo kurtkę
zdjął. Za to mamie nie spodobał się absolutnie.

- Mówiła?

- Nie, ale od razu było widać. Kiedy wyszedł, zapytała Olę, czy
on sznurowadła na obozie zgubił, i bardzo się gniewała o ten
nowy obrus, bo herbata się wylała, a po herbacie, wiesz, trudno
doprać.

-7-

- No, a Ola co?

- Ola się kłóciła z mamą ząb za ząb, mówię ci, wołała, że mama
jest zastarzała i konserwa, że mama nie zna się na młodzieżowej
modzie, że to jest postępowy chłopak i że jest bardzo zdolny. A
jak mama powiedziała, że niech sobie nim głowy nie zawraca, bo
od razu widać, że to ktoś niepoważny, to Ola w bek, że ona przez
mamę matury nie zda. No to już wiedziałam, że to miłość, jeszcze
zanim mi o tym powiedziała.

- A co będzie z Januszem?

- Janusz przyleciał tego samego dnia. Ola się schowała i kazała
mi powiedzieć, że wyszła, i teraz tak ciągle, ile razy on telefonuje,
muszę odbierać telefon i wyłgiwać ją, że to, że tamto. Już mam
tego dość, mówię ci, Janusz się chyba czegoś domyśla, bo mówi
takim smutnym głosem. Jestem przekonana, że on ją kocha na
całe życie!

- Na całe życie! - powtórzyła współczuciem Irka. - A to się
urządził! I co on teraz zrobi?

- Nie wiem. Zupełnie jestem na to głupia. Bardzo mi go żal. Na
miejscu Oli wolałabym Janusza.

- Ładniejszy?

- O sto procent! Elektryczna gitara, czarne oczy, piękne, włosy
długie, ale nie takie, jak ten student. W szkole, wiadomo, nie ma
się tej wolności, co na uniwerku.

- Studenci są rozmaici - rozważała Irka. - Ci, co przychodzą się
uczyć z naszą Marylą, wszyscy mają włosy zwyczajne.

- A Maryla zakochana?

- Bo ja wiem... - namyśla się Irka. - Teraz chyba nic... Zrobił się
z niej straszny kujon. Tylko o swoich egzaminach myśli. W domu
palcem nie ruszy, wszystko na mnie zwala, mówię ci, ja mam
życie! Nie, teraz chyba nie jest zakochana. Przecież bym się

-8-

poznała. W zeszłym roku na wiosnę owszem, coś tam musiało
być. Wszystko jej z rąk leciało, taka ciągle była zamyślona. Jak
zbiła trzeci talerz, mama powiedziała, żeby się do zmywania broń
Boże nie brała. Że niby ja to lepiej robię. No i tak już zostało.
Chociaż teraz Maryla już się tak nie zamyśla.

- E, to chyba nie była miłość - zlekceważyła Ewa - zamyślać się,
cóż w tym dziwnego? Każdy może się zamyślać. Moja babcia tak
się czasem zamyśli, aż zaśnie.

- To ci jeszcze powiem, że parę razy wtedy beczała bez żadnego
powodu. Aż mi jej żal było, szlochała i szlochała. A twarz miała
spuchniętą, że coś okropnego!

- No i co? Co twoja mama?

- Maryla płakała, jak mamy nie było, i prosiła mnie na
wszystko, żebym o tym nic nie mówiła. Dała mi wtedy tę
aksamitkę z wisiorkiem. I kazała mi nazywać się Mariolą, bo „on"
tak lubi. Ale nic z tego nie wyszło. Zdążyłam tylko raz przy
kolacji powiedzieć „Mariolko", to się rozpętało takie piekło, że
mówię ci... Maryla usłyszała po raz nie wiem który, że to imię
ukochanej Mickiewicza i tak dalej. Słyszysz? Mickiewicza! Kiedy
to było!!!

- Dokładnie ci nie powiem - Ewa zrozumiała, że Irka ją pyta. -
Ale jeżeli umarł w roku 1855...

- W każdym razie strasznie dawno.

- No i co było z tym zakochaniem w wakacje?

- Chyba się skończyło, bo Maryla teraz nic, tylko się uczy, aż
mama znowu krzyczy, że zanadto i że...

- To musiała być miłość bez wzajemności - przerwała Ewa - a to
już najgorsze ze wszystkiego. Ja się zakocham z wzajemnością.
Wyłącznie.

-9-

- Ja też bym tak chciała - westchnęła Irka - ale czy to można
wiedzieć?...

- Można. Trzeba się zakochać w takim chłopcu, o którym wiesz,
że mu się podobasz.

- Dobrze, ale skąd takiego wziąć?

- Przecież do twojej siostry przychodzą różni koledzy. Przecież
ich widujesz?

- Owszem. Zawsze im otwierani drzwi.

- No więc jest okazja. Nie zauważyłaś nigdy, że któryś z nich...
że któremuś z nich podobałaś się?

- Zauważyłam tylko to, że oni mnie wcale nie zauważają.
Mówię ci, Ewa, oni patrzą na mnie jak...'jak... oni chyba nawet nie
wiedzą, że ja mam przeszło trzynaście lat!

- Hm... Prawda, jesteś drobna i wyglądasz jak dziecko...
Szkoda...

- Za to ty na pewno znasz niejednego chłopca, któremu się
podobasz...

- Ach, moja droga - Ewa nie dosłyszała ironii w słowach Irki -
cóż mi z tego, że ja się podobam komuś, kto mnie wcale, ale to
wcale nie interesuje -mówiła nie patrząc przyjaciółce w oczy. -
Owszem, chciałabym poznać kogoś, ale gdzie? Jak? Ciągle tylko
gonią mnie do lekcji. Czy to jest życie?...

- Może masz rację - westchnęła Irka - ale skoro nie ma na to
rady...

- Jest. Irka, popatrz tylko: nasza Ola już tyłe razy była
zakochana, twoja Maryla - też, Kostka siostra wychodzi za mąż, a
jak wiesz, za mąż wychodzi się z miłości. Bigosa brat zakochany
w jakiejś dziewczynie...

- Bigos ci mówił?

- 10 -

- On by co powiedział! Sobek i zarozumialec! Wyobraża sobie
Bóg wie co! Podciągnął się z matmy, bo podobno ma bardzo
zdolnego brata i ten brat mu pomaga. A może, kto wie, całą
matmę za niego odrabia?

- E... to się rzadko zdarza - powątpiewała Irka. - Mnie siostra
najwyżej wytłumaczy, i to tylko raz.

- Trzeba by sprawdzić. Więc ten brat Marcina podciąga
Maciołajtyszewicza. No i musi być rzeczywiście zdolny, bo
zauważyłaś, z tego tępaka zrobił się w tym roku całkiem niezły
uczeń, i mówił mi właśnie, że...

- Że mu się podobasz? - przerwała z najwyższym
zainteresowaniem Irka.

- Też masz pomysły!... Maciołajtyszewicz myśli tylko o tym co
by zjeść. Ale jest spostrzegawczy, bo właśnie on opowiadał mi o
bracie Bigosa, że jak tylko nikogo w domu nie ma, to ten dzwoni
do jakiejś Grażyny. I że wklepany na amen.

- No dobrze, ale co z tego? - Irka nie rozumiała, do czego Ewa
prowadzi.

- Z czego?

- Z tego wszystkiego, co mówisz.

- Jak to, nie rozumiesz? Wszyscy naokoło zakochani, a my?

- Wszyscy?. Skąd wiesz? W naszej klasie nie widzę nikogo, kto
by był zakochany. Może w siódmej to jeszcze za wcześnie?...

- A jakże! Mało razy słyszałaś, że teraz wszystko wcześniej się
zaczyna i młodzież szybciej się rozwija? Nawet nie stawiają
przeszkód, jak kto chce wcześniej zdawać maturę.

- Wszystko trzeba umieć i tak, więc po co?

- Zgoda, ale co do naszej klasy, to teraz cię zastrzelę: ta nowa,
Jaga Sieczko, co siedzi w ostatniej ławce, jest właśnie zakochana.

- 11 -

- Co ty mówisz? - oczy Irki zrobiły się okrągłe. - Skąd wiesz?
Może tylko ktoś ją obgadał?

- Żadne takie. Sama prawda - Ewa zniżyła głos tajemniczo. -
Powiem ci, ale przysięgnij, że ani piśniesz, bo ja też...

- Przysięgam! Mów prędzej!

- Przyjaciółka mojej cioci jest nauczycielką w tej szkole, gdzie
chodziła Sieczko. I kiedy moja ciocia przypadkiem powiedziała
jej coś o naszej szkole, dowiedziała się...

- I powiedziała tobie?

- A jakże! Ciocia spytała tylko, czy u nas w klasie jest nowa,
która się nazywa Jaga Sieczko, i jak się uczy. A potem w kuchni,
kiedy mamusia szykowała herbatę, rozmawiały tak cicho, że od
razu pomyślałam sobie: „Coś w tym jest!" I stanęłam blisko drzwi
przy półce z książkami, że niby czegoś szukam, i wszystko
słyszałam.

- Mów prędzej!

- Sieczko zakochała się w nauczycielu od wuefu. No! Coś
okropnego! Przestała odrabiać lekcje, tylko trenowała, bo chciała
mu zaimponować. Aż pewnego razu przyszła do szkoły żona tego
nauczyciela z bliźniakami w wózku!

- O raju! A Sieczko nie wiedziała?

- Nic a nic. Nie przyszło jej to na myśl, bo on podobno bardzo
młody...

- Nauczyciel i młody! Też coś! Gdzie ona miała. oczy?

- Właśnie! No i wtedy powiedziała matce, że więcej do tej
szkoły nie pójdzie. I tak ją zostawili na drugi rok. bo miała dwój a
dwój - tylko z wuefu piątkę. |

- Fiuu! - gwizdnęła Irka. - Dlatego jest taka osowiała! Uczy się
nieźle, ale to żadna sztuka, powtarza klasę... No, no...

- 12 -

- Mnie na tym podsłuchiwaniu ciocia przyłapała i miałam za
swoje. Przysięgłam, że nikomu ani mrumru. Ty się nie liczysz, bo
przyjaciółce mówi się wszystko, prawda? - Zadowolona Ewa
bujała się na krześle w poczuciu spełnionego obowiązku.

- Jasne - Irka oszołomiona rewelacją zamknęła podręcznik. -
Sieczko z nikim się nie przyjaźni, mil- czek. Nic dziwnego, ta
miłość musiała ją wkurzyć. Ale głupia! W nauczycielu!...

- A ty w kim byś się chciała zakochać?

- Ja? - Irka usiadła lepiej na krześle i zamyśliła się głęboko. -
Jeszcze nie wiem...

- A ja wiem - oświadczyła zdecydowanie Ewa, bujając się
ciągle. - Będzie ładny i musi coś mieć... rozumiesz, żeby mi
wszystkie dziewczyny z klasy zazdrościły. I chcę, żeby był
elegancki i delikatny, na przykład taki, jak Marek Grechuta. Irka,
mówię ci, jak go widzę w telewizorze, serce mi zamiera!...

- Marek Grechuta? - Irka była zaskoczona. - Owszem, ładnie
śpiewa, ale... naprawdę on ci się podoba?

- Nawet sobie nie wyobrażasz jak!...

- Chyba już dosyć na dzisiaj tej nauki? - W drzwiach stanęła
babcia Ewy. - Za kilkanaście minut ósma. Zrobiłam kanapki.
Przegryziecie?

Kiedy Ewa wróciła z talerzem kanapek, zastała Irkę pochyloną
nad podręcznikiem historii i przerażoną.

- Ewa, Ewka! Przegadałyśmy tyle czasu! Co ja w domu
powiem? Maryla będzie mnie przepytywać... A matma?

- Zdążymy jeszcze raz przeczytać. Ale zjedzmy, bo dopiero
teraz czuję, że umieram z głodu, a ty?

- Ja? Też, i chętnie. Dziękuję.

Kanapki zniknęły w przyspieszonym tempie. Przy ostatniej Irka
spojrzała badawczo na Ewę i powiedziała:

- 13 -

- Przez chwilę myślałam... że... że ten Grechuta... Ale - nie.
Maryla, jak się zakochała, to prawie wcale nie jadła.

Irka tego dnia długo nie mogła zasnąć, choć późno poszła spać.
Spodziewała się jutro odpowiadania z historii. Starsza siostra jak
zwykle przepytała ją i stwierdziła z całym okrucieństwem, że
jeżeli nie powtórzy sobie jeszcze przynajmniej ze dwa razy,
oberwie murowaną dwóję!

Powtórzyła więc kilkakrotnie zadaną lekcję, aż złowieszczy cień
„murowanej dwói" zniknął. Z całego materiału najlepiej
zapamiętała o Napoleonie. Stawał jej przed oczami zawsze razem
z piękną panią Walewską,

która go tak bardzo kochała Szkoda, że o to pani

Skoczelowa na pewno nie zapyta. A przecież los Marysi
Walewskiej to wątek równie autentyczny, jak pobyt Wielkiego
Cesarza w Polsce i związane z nim nadzieje Polaków.

Miłość!... Ewa powiedziała, że jak nadchodzi miłość, to lekcje
można odłożyć. A jakże! Żeby zostać na drugi rok w tej samej
klasie? Nie, takiej sytuacji Irka sobie nawet nie wyobrażała. Była
dobrą uczennicą, a z niektórych przedmiotów nawet bardzo dobrą.
Cieszyła się każdą piątką i obawiała - dwói, nie tylko ze strachu
przed konsekwencjami w domu, a po prostu ze względu na własną
ambicję.

A taka Jaga Sieczko! Taka trusia i nagle okazuje się, że potrafiła
już być zakochana. I tak dramatycznie! Prawie jak w kinie! Czy to
była jej pierwsza miłość? Żeby można dowiedzieć się czegoś
więcej... Trochę później, bo chyba jeszcze przeżywa... zawsze
taka zamyślona!... Ciągle pewnie zakochana. A może nie
rozmawia o tym z koleżankami z klasy, bo myśli, że one są
dziecinne, że żadna z nich nie ,potrafiłaby się zakochać?...

- 14 -

„Mylisz się, moja Sieczko - myśli Irka. - Niejedna potrafiłaby,
na pewno. Ale w kim? W tamtej szkole twoi koledzy też chyba
nie nadawali się na obiekt gorących uczuć. Dlatego zakochałaś się
w Wuefie. - Au nas, sama widzisz, ani pan Tomaszewski, ani
matematyk nic wchodzą w rachubę. A koledzy?..."

„Kolega z klasy - przypomniały się Irce znowu słowa Ewy -
dobry na pierwszą miłość". Dlaczego? Chce sobie przypomnieć,
jak to było z Marylą, czy ona zakochała się pierwszy raz w
koledze z tej samej klasy? Irka nie pamięta, widać nie
interesowały jej wtedy te sprawy.

Przelicza kolegów z VIIa. Nie, żaden nie nadaje się. Może
Nemek? Zawsze taki milczący, jakby senny. Do niczego! Kostek
Przegoń? Dobry kolega, wysportowany, ale... niczym się nie
wyróżnia. Nijaki. Nikt by Irce nie zazdrościł. Bigoszewski? Zrobił
się z niego całkiem ładny chłopak, wesoły, dowcipny, nad nim
warto się zastanowić. Ciekawe, co o nim myśli Ewa? Zdaje się, że
go nie lubi. Irka musi ją o to zapytać. Albo nie, lepiej nie. Pewno
by Irkę wyśmiała. I czy to byłoby uczucie z wzajemnością?
Widziała kiedyś, jak Marcin ukradkiem przyglądał się Ewie.
Może Kostek coś wie? Czy chłopcy rozmawiają ze sobą o
miłości?...

Ten rok szkolny zaczął się pod dobrymi auspicjami: zniesiono
kapcie szkolne, jedną z najstraszniejszych codziennych udręk.
Trzeba było pamiętać o nich przed i po lekcjach, zostawiane w
szatni - ginęły, zamieniały się w niepojęty sposób na dwa lewe lub
dwa prawe, brudziły teczkę choć były noszone w worku,
„zapominały się" przynajmniej dwa razy na tydzień i człowiek
musiał po nie wracać z wywieszonym językiem tuż przed
dzwonkiem rozpoczynającym lekcje. Dziewczynom mniej dawały

- 15 -

się we znaki, podobno dlatego, że kładły się spać z workiem do
kapci na szyi. Tak twierdził Sobie- rajski, a mógł być autorytetem
w tej sprawie, bo miał trzy siostry w wieku szkolnym.

- Może i tarcze szkolne zniosą? - marzył głośno Marcin. - Do
czego to podobne, żeby człowiek chodził taki naznaczony! Czy ja
muszę całemu światu ogłaszać, że chodzę jeszcze do
podstawówki? Przecież wyglądam na studenta.

- Do studenta to jeszcze trochę zaczekaj - mitygował go Kostek
- ale na licealistów wyglądamy na pewno.

- A widzisz. I przez tarczę wydało się wszystko, co robiliśmy
latem u dziadka w Zielonym Siodle1 . Kiero wie, Pucia wie...

- I Skoczelowa chyba też, bo patrzy na ciebie jakby z
podziwem. Nie zauważyłeś?

- Zauważyłem, że się przygląda. Ale podziwu nie dopatrzyłem
się ani śladu. Patrzy, jakby czekała, co ja znowu wymyślę. A ja na
złość nic nie wymyślę. Albo jak wymyślę, no!...

- Lepiej na razie dajmy sobie spokój. Pierwszy okres, wiesz,
trzeba dobrze zaliczyć. Potem ma się już ustaloną jako tako opinię
i leci.

- A właśnie, że nie! Pierwszy okres nieważny, fraszki małe
ptaszki, można sobie jeszcze użyć, tak ładnie jesienią. Pojedziemy
do dziadka, do Zielonego Siodła, w każdą sobotę... - rozmarzył się
na dobre Marcin.

- A jakże! W każdą sobotę! - przedrzeźniał Kostek. - W każdą
sobotę będę miał w domu uwijantus nie z tej ziemi!

- Bo co?

- Bo Alicja za mąż wychodzi i wzięła dodatkowo dyżury w
szpitalu, pieniądze potrzebne, rozumiesz? A mama musi stukać na

1 Bohaterowie tej powieści występowali już w innej książce H. Ożogowskiej, „Głowa na
tranzystorach"

- 16 -

maszynie, bo obiecała dołożyć do moich, zarobionych latem, na
zimową wiatrówkę.

- A ten narzeczony nie mógłby chociaż w sobotę pomóc u was
przy sprzątaniu? Podobno z miłości wszystko można zrobić, więc
chyba tę drobnostkę... Przecież kocha twoją siostrę, co?

- Bo ja wiem? Mama mówiła do jednej pani, że on Alicję kocha
nad życie, że dla niej przestał palić papierosy... bo mama myśli, że
przestał...

- A nie przestał?

- Przy mamie nigdy nie pali. Ale jak mamy nie ma, to w otwarte
okno dym wypuszcza. I herbaty strasznie dużo wypija. Nie masz
pojęcia, ile u nas teraz herbaty wychodzi. Paczka to tylko się
mignie. Ale już niedługo. Wyprowadzą się, a ja będę miał swój
pokój.

- Będziesz miał dobrze! - westchnął Marcin. - I pokój tylko dla
siebie, i nową wiatrówkę. 'Ja dostanę kurtkę po Wacku, ale
jeszcze fajna. Wacek kupił sobie skórę, wiesz? Czarna, mocna.
Ciekaw jestem, czy na przyszły rok mi ją da, przecież powinien z
niej wyrosnąć.

- Skórę! Fiu, fiu! - gwizdnął Kostek. - Kupa forsy!

- Za swoje kupił, wiesz? U Maciołajtyszewicza jest teraz co
dzień. Pilnuje go ze wszystkiego. I forsy majak lodu. Szczęściarz!
Nawet tygodniówki się zrzekł.

- Szczęściarz! - powtórzył Kostek. - Ja też zacznę dawać lekcje,
jak będę w liceum albo na uniwerku. Oj, Marcin, żeby to już
prędzej! Chciałbym mamie pomóc, przecież jak Alicja się
wyprowadzi, to my z jedną pensją zostaniemy. Masz pojęcie?...

Marcin rozumiał przyjaciela. U niego pracowali oboje rodzice, a
przecież wiedział, że się nie przelewało, trzeba było głową kręcić,
żeby starczyło na wszystko.

- 17 -

Kiedy Wacek zrzekł się tygodniówki, Marcin przez chwilę miał
nadzieję, że dostanie podwyżkę swojej. Gdzie tam! Mama się
tylko ucieszyła, że kupi Piotrusiowi dwie pary ciepłych rajtek, bo
już nie ma siły codziennie cerować starych. 1

- Musisz tak drzeć te rajtki? Sumienia nie masz? - robił po cichu
wymówki młodszemu bratu, ale zaraz się wycofał jakimś żartem,
bo Piotruś o mało nie płakał.

- Ja bym nie chciał, Marcin, naprawdę ja bym nie chciał... One
same się drą, bez pytania...

Stosunek Wacka do młodszego brata zmienił się. Marcin
zauważył to i tłumaczył po swojemu: zmianę spowodował pobyt
na ostatnich wakacjach u dziadka w Zielonym Siodle i wszystkie
związane z nim osobiste Marcina zasługi. Wacek po prostu ocenił
je właściwie. Marcin domyślał się tego ze spojrzeń starszego
brata, bo w słowach Wacek był raczej oszczędny. Któregoś dnia
klepnął Marcina po ramieniu i powiedział tylko:

- Widać, że rozwija się w tobie osobowość.
Marcin nie wiedział, co to jest osobowość, domyślał
się, że to coś pozytywnego: w słowach Wacka było wyraźne
uznanie. Ale co to jest? Dokładnie.
- A... a co myślisz o Kostku? - zapytał mając nadzieję, że teraz
padną słowa wyjaśniające jeżeli nie całkowicie, to chociaż
częściowo problem „osobowości".
- Kostek, tak samo - odpowiedział Wacek.
- A właściwie... jak... no... jak to rozumiesz? - Marcin zdobył się
na odwagę i wystąpił wprost. Ostatecznie jest o cztery klasy niżej
od brata i ma prawo czegoś nie wiedzieć. - Co to znaczy
rozwijanie tej... osobowości?

- 18 -

- Zastanawianie się nad sobą, nad życiem, nad tym. czego się
chce od siebie, od innych... I realizacja tych

Zadzwonił dzwonek u drzwi wejściowych. Przyszedł inkasent
po należność za światło i gaz. Potem do pokoju Wacek wrócił z
mamą, bardzo zadowoloną, że rachunek za ostatnie trzy miesiące
był niewielki. Wiadomo: wakacje.

Ale dyskusja się już urwała.

Marcin jak najszybciej podzielił się słowami brata z
przyjacielem.

- Nad życiem i nad sobą zastanawiałem się już nieraz -
westchnął Kostek - szczególniej teraz, kiedy w domu Alicja zwala
wszystko na mnie.

- A ja dobrze wiem, czego chcę od innych - ciągnął Marcin -
tylko nie bardzo rozumiem, co znaczy „realizacja". A ty wiesz?

- Nie wiem. Ale daj no Słownik wyrazów obcych.

Znaleźli. „Realizacja - urzeczywistnienie, spełnienie".

- Zgadza się. Wszystko jasne - przyznał Kostek. - Znaczy,
wiesz, czego chcesz i dążysz do realizacji. „Realista - czytał dalej
- zwolennik realizmu, człowiek rozsądny, trzeźwy, liczący się z
możliwościami". Nawet nie wiedziałem, że jestem realistą!
Odpowiada mi to. I co sobie zaplanuję, to zrealizuję. Zobaczysz,
że będę miał psa! We mnie też rozwija się ta... osobowość. Czuję
to.

- A czy pies z osobowością ma coś wspólnego? - zastanawiał się
Marcin.

- Jeszcze jak! I jako realista liczę się z niemożliwością
zrealizowania tego planu życiowego natychmiast, ale niech tylko
Alicja się wyprowadzi... Zobaczysz!

- Szkoda, że z tym żółwiem od Nemka nic nie wyszło.

- 19 -

- Nie ma tego złego... Wolę psa. Pies rozumie, szczeka, bawi
się. Wolę zaczekać i mieć psa. Wcale mi nawet nie było żal, jak
Nemek powiedział...

Nemek Batorowicz chciał oddać Wackowi żółwia, którego mu
matka przywiozła z Bułgarii. Ale matka nie pozwoliła,
oświadczyła, że Nemek zrobi jej wielką przykrość. Tyle miała z
tym żółwiem kłopotu, droga daleka, na granicy celnik zastanawiał
się, jak żółwia oclić, chodził o to pytać i trzeba było długo czekać,
a Nemek tak łatwo teraz chce go się pozbyć? Przecież to prezent,
a prezentu się nie oddaje.

Nemek przeprosił Kostka, że nie może obietnicy dotrzymać. Ale
sam też do tego prezentu jakoś serca nie miał. Owszem, o żółwia
dbał, karmił go, poił, chodził specjalnie do sklepu zoologicznego
na Nowym Świecie, bo tak mu poradziła pani Smiątkiewicz,
dowiedzieć się, czego żółwiowi trzeba, żeby był zdrowy i
zadowolony. Ale serca do zwierzaka nie miał. Widocznie żółw
przypominał Nemkowi, że go do Bułgarii nie zabrali, chociaż miał
obiecane, chociaż na ten wyjazd tak się cieszył.

Może żółw wyczuł, że pod tym dachem nie jest miłym
gościem?... Bo jemu też chyba dobrze nie było. Spokojnie zdechł.
U Nemka w domu wszyscy myśleli, że zasnął, ale to nie był sen
zimowy, tylko wieczny.

Ewa Jagodzianka nie dokuczała w tym roku Marcinowi żartami
na temat jego uszu. Kiedy ją pierwszy raz po wakacjach zobaczył
na szkolnym podwórku, był na to przygotowany i obiecywał
sobie, że jej przy- trze nosa!

Minął jednak jeden dzień, potem tydzień i drugi. a Ewa nie
zwracała ani na niego, ani na jego uszy najmniejszej uwagi. Im

- 20 -

bardziej Marcin w tym się upewniał, tym bardziej zastanawiała go
jej obojętność.

- Kostek, wiesz co, przyjrzyj się moim uszom.

- A co, nie umyłeś?

- Spróbowałbyś nie umyć przy mojej mamie! - burknął Marcin.
- O uszach mówię dlatego, że chyba mi jakoś przyrosły? Nie
odstają mi już tak, jak przed wakacjami, co?

- Większych zmartwień nie masz? Nigdy ci uszy nie odstawały.
Tyle, co u każdego.

- A Jagodzianka zawsze...

- Chłopie! Kiedy to było? W szóstej klasie. Nie widzisz, że
zmądrzała?

- Nie patrzę na nią - rzucił z udaną obojętnością Marcin. - Nie
ma na co.

- Chłopaki koło niej skaczą...

- Eeee

- Nie „eee", sam widziałem. Kosmulski z ósmej a...

- Ten z frędzlami?

- Ten sam. Elegant! Nie rozumiem, gdzie Kiero ma rozum:
włosy każą ścinać, a takie frędzle można?...

- Kosmulski zawsze wszystko ma pierwszy: łaty na łokciach,
łańcuch, teraz te frędzle u spodni. Zobaczysz, on pierwszy brodę
zapuści, ja ci mówię!

- No, na brodę to Kiero na pewno nie pozwoli...

- Zobaczymy. Ale z parasolem go widziałem.

- Z parasolem? Gdzie?

- Na ulicy. Leciał gdzieś, pewnie do kina - domyślał się Marcin.
- Taki parasol to fajna rzecz. Z parasolem wpuszczają na film
nawet od szesnastu lat.

- 21 -

- Taaak? - Kostkowi do tej pory nigdy to nie przyszło do głowy.
- Słuchaj, Marcin, przecież parasol można pożyczyć! Jak będzie
jakiś fajny film...

- Też już o tym myślałem. Wacek ma parasol. Kupił sobie
jeszcze w zeszłym roku. Ale go chowa w szafie, żeby mu nikt nie
ruszył. Mówię ci. on jest taki nieużyty, że coś strasznego! Bez
pytania wiem, że nie pożyczy.

- Musiałbyś się pytać? Jakbym ja Alicję o wszystko pytał albo
mamę, albo Sewera, wiesz, Alicji narzeczonego, no! Myślisz, że
dałby mi zapalić? Figę!

- Palisz? - Marcin niby niedbale przyjrzał się Kostkowi.

- Jakbym chciał, to bym palił. Raz, tak sobie dla rozrywki
spróbowałem. I nie ma głupich! Skąd brałbym forsę?

- A ten... Kosmulski pali?

- Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że go przezywają „rekordzista".

- Sportowiec?

- Największa ilość dwój. W siódmej siedział dwa lata. Ledwo
go za uszy przeciągnęli do ósmej, a teraz podobno też wcale się
nie przejmuje.

- Dobrze mu tak - powiedział mściwie Marcin

- tylko o strojach myśli. Frędzlowana moda z Honolulu!

- Tylko nie z Honolulu. Z gegry masz u mnie lufę. Frędzle to
moda indiańska - prostował Kostek. - Zresztą moda nie każdemu
przeszkadza. Wojtek Stefanowicz też zawsze modny. Widziałeś,
jakie ma rajfle? A podobno najlepszy uczeń w klasie. Tylko
milczek, jak nasz Batorowicz. Milczy, milczy, ale za Ewą też się
ogląda. Widziałem, ma się to oko.

Wychodzili razem z Kostkiem ze szkoły, przed bramą na ulicy
stał Kosmulski, wypatrywał kogoś, czekał. Marcin udał, że musi

- 22 -

poprawić sznurowadło, oddał torbę Kostkowi, zatrzymał się i
schylił. Z bramy wyszła Ewa.

- No to jak Ewa? - zapytał tuż koło niego Kosmulski. -
Przyjdziesz? Czekałbym już z biletami.

- Bo ja wiem... - namyśla się Ewa, niby obojętnie,. ale rzuca
oczami wkoło, czy ktoś widzi, jakie ma powodzenie.

- Coś taka wkurzona? - mówi Kosmulski.
- Zdaje ci się. No... chyba przyjdę. Na którą? - obiecuje
łaskawie Ewa.
- Na piątą. Ale przyjdź trochę wcześniej, żeby kroniki nie
przegapić. Cześć!
Marcin odebrał swoją torbę z rąk Kostka. Szli przez kilka minut
w milczeniu.
- To już nie pierwszy raz Kosmulski z nią się umawia -
powiedział Kostek.
- Skąd wiesz?
- Irka mówiła. Raz byli nawet na lodach.
- Co ta Ewka w nim widzi? - wzruszył ramionami Marcin.
- Irka też się dziwi - poparł przyjaciela Kostek. - Powiedziała
mi, że Kosmulski to intelektualne zero.
Marcin zaraz po przyjściu do domu sięgnął po Słownik
wyrazów obcych. Nie mógł się przecież kompromitować przed
Kostkiem, że mniej od niego wie. Znalazł.
- Ale te dziewczyny potrafią! Kostek też dobry! Zamiast mówić
po ludzku: „osioł na okrągło", albo: „łeb do kapelusza", nie, u
Kosmulskiego to pasowałoby „łeb od fryzury" albo coś jeszcze
innego, złośliwszego. Trzeba pomyśleć...

- 23 -

- 24 -

Marcin ślęczał nad fizyką. Kuł. Nie chciał się narazić pani
Drobniewskiej. Z drugiej strony stołu siedział Piotruś,
przepisywał coś z książki, szło mu to z trudem, pomagał sobie
językiem. Wzdychał, ale nie przerwał, dopóki nie skończył.

- Jeszcze słupki! - jęknął. - Marcin, sprawdzisz mi słupki?
- A liczydła od czego? Nie możesz wziąć liczydeł?
- Mama mówi, że jak będę na liczydłach liczyć, to przy tablicy
się zatnę.
- Prawdę mówi. Policzyć masz bez liczydeł, ale prawdzie
możesz na nich.
Piotruś liczy swoje słupki dość szybko i sprawdza za radą brata.
Jest zadowolony z wyników i nawet wpadł na racjonalizatorski
pomysł: wynik notuje na gazecie, a dopiero po sprawdzeniu na
liczydłach wpisuje do zeszytu.
Przychodzi do domu Wacek po lekcji u Maciołajtyszewicza.
Jest głodny, obiad zjada błyskawicznie. Potem robi sobie herbatę,
przychodzi do stołu i mówi:
- Zmordowany jestem, jak nie wiem co! Łopatą trzeba temu
chłopakowi wszystko kłaść do głowy.
- Tak, Maciora to intelektualne zero - mówi z udanym
współczuciem Marcin i starannie ukrywa satysfakcję, jaką mu
sprawia zaskoczenie widoczne w oczach brata.
Tego jeszcze nie było! Jagodzianka dostała dwójkę! To, że z
matmy, w której była zawsze mocna, nie dziwiło tyle, ile że... w
ogóle. Ewa i dwója? Nie pasowało.
Matematyk, pan Szczygieł, był sprawiedliwy i klasa rzetelnie to
oceniała. Ale Ewa była lubiana, szczególnie wśród koleżanek, i
wszystkim było żal, że taka dobra uczennica i nagle...

- 25 -

- Jagodzianka, co się z tobą dzieje? - biadał matematyk. -
Zawsze byłaś na pierwszym miejscu. A dziś muszę postawić ci...
niedostatecznie. W ubiegłym tygodniu też nie było najlepiej.

Ewa z trudem powstrzymała łzy.

- Ja odrobię, proszę pana. Odrobię. Naprawdę.

Wtedy też odrobiłam - mówiła przez ściśnięte gardło raczej do
siebie, bo nauczyciel jej nie słyszał.

Ledwo matematyk wyszedł z klasy, Ewa wybuchnęła płaczem.

- Nie martw się - pocieszały koleżanki - na najbliższej matmie
poprawisz się. Przecież zawsze ci tak dobrze szło... Raz każdemu
się może zdarzyć.

- Dlaczego nie powiedziałaś na przerwie - wtrącił się Marcin,
który pierwszy raz widział Ewę taką zapłakaną i chociaż nie
chciał tego okazać, zrobiło mu się jej żal. - Dałbym ci odwalić, i
po krzyku.

- Ja? Odwalić?! - Ewa aż podskoczyła, energicznie otarła mokre
policzki. - I to od ciebie? Wolałabym... wolałabym... - szukała
jakiegoś druzgocącego słowa. Nie znalazła, łzy znowu napełniły
jej oczy. Wybiegła z klasy.

Marcin wzruszył ramionami. Co tę Ewkę ukąsiło? Kostek też
nie rozumiał.

- Dlaczego nie chciała od ciebie? Przecież z matmy jesteś dobry.

Po przerwie Ewy nie było na lekcjach. Rozbolała ją głowa i
wychowawczyni pozwoliła jej pójść do domu.

- Wiesz co, Marcin - podszedł na przerwie Tomek
Maciołajtyszewicz pochłaniając ogromną bułkę z wędliną - miałeś
rację, że w naszej szkole jeszcze nie najgorzej. Rozmawiałem na
wakacjach z chłopakami. Uczyć się muszą jeszcze więcej niż u
nas. Nauczyciele poprawki sypią, a najwięcej z matmy. Dwóch

- 26 -

moich stryjecznych braci miało zepsute przez to całe lato. Kuli.
Jeden z ojcem, a drugi z takim jak Wacek.

- I ty byś kuł, żeby cię Wacek wcześniej nic wziął w swoje
graby.

- Ale się podciągnąłem z matmy, nic? - pochwalił się Tomek. -
Mama mówi, że ja na pewno jestem zdolny, tylko głowę mam jak
sito: wszystko przelatuje. Żeby coś zapamiętać, to muszę
powtarzać i powtarzać.

- Jakoś do matury dobrniesz - pocieszał kolegę Kostek chrupiąc
soczyste jabłko, którym sprawiedliwie podzielił się z Marcinem.

- Do matury! Ani mi się śni! - zawołał przestraszony Tomek. -
Pójdę do technikum na galanterię skórzaną. Tata mówił. Będę
miał fach i będę zarabiać więcej niż ty z maturą.

- Może być - nie przeczył Kostek - ale sławnym nie będziesz. A
jakbyś został lekarzem albo inżynierem, albo... archeologiem...
Sława, bracie, jest coś warta, nie?

- A czy każdy inżynier jest sławny? Wujka mam inżyniera,
wcale sławny nie jest. I zarabia słabo. Wolę - do technikum. Na
skórze już się trochę znam...

- Na boczku też... - dorzucił Marcin przyglądając się ostatniemu
kęsowi drugiej bułki obłożonej różowym boczkiem.

- Jakbyś zgadł - przytaknął Tomek. - Boczek bywa różny. Na
świniobiciu u dziadka byłem nieraz. Forsa za świnie też ładnie
leci...

- Maciołajtyszewicz to chłopak bez ambicji - mówił potem
Kostek do Marcina - myśli, że najważniejsza jest forsa. Sława to
dla niego - mucha.

- 27 -

- Niełatwo zostać sławnym - wzdychał Marcin - ja, owszem,
chciałbym. Ale jak?

- O wszystkim w szkole trują, a o tak ważnej dla człowieka
sprawie - ani słowa. Ale mówiła mi o jednej książce Irka. O
dzieciństwie sławnych ludzi. Znajdzie mi ją.

Marcin zauważył, że Kostek, który do tej pory interesował się
książkami bez zbytniej przesady, zaczął częściej zaglądać do
biblioteki szkolnej. Pożyczał książki, czasem nawet zgłaszał się
do jakiejś doraźnej pracy. Tam po lekcjach spotykał Irkę. Irka
czytała dużo (skąd te dziewczyny mają na wszystko czas?). Kilka
razy podsunęła Kostkowi ciekawą książkę. Ale czy nie za często
Kostek powołuje się na Irkę? Marcin uważa, że za często, i mówi
wprost:

- Kostek, co ty z tą Irką?
- Normalnie. Porozmawiać nie wolno?
- Wolno, wolno... mnie to nic nie obchodzi. Tylko dziwię się, bo
dawniej...
- Co dawniej, to nie teraz - przerywa mu urażony Kostek. - Ty
dawniej też nie przyglądałeś się Ewie Jagodziance.
Marcin oblał się pąsem. A więc Kostek zauważył? Może ktoś
inny też? Może i sama Ewa? Obiecał sobie, że więcej na nią nie
spojrzy.
Ba, obiecać łatwo!

Gdyby w czasie ostatnich wakacji pan Dziewałtowski,
„przyszywany" cioteczny dziadek Marcina, nie zaprosił go do
siebie, gdyby z Marcinem nie pojechał Kostek i gdyby obaj
przyjaciele nie przyhołubili do siebie, naturalnie za zgodą dziadka,
Alby, wałęsającego się w okolicy uciekiniera z Domu Dziecka -

- 28 -

starszy pan nie miałby tak udanego lata. W Zielonym Siodle,
ładnej letniskowej miejscowości podwarszawskiej, we własnym
wygodnym domku z ogrodem mieszkał z synem Stefanem, świeżo
upieczonym inżynierem. Ale Stefan najpierw odbywał praktykę
we Wrocławiu, a później i pracą związał się z tym miastem,
przebywał więc najczęściej poza domem.

Nic dziwnego, że dziadek rad był chłopcom, którzy chociaż
sprawiali kłopoty, ale zapełnili życiem osamotniony dom, i to nie
tylko na czas lata.

Alba. rówieśnik Marcina i Kostka, pozbawiony własnego
rodzinnego ciepła, znalazł je tu, u dziadka Marcina. Siał się po
prostu jeszcze jednym jego wnukiem.

I wakacyjna przyjaźń chłopców nie przerwała się wraz z
końcem lata. Obiecali to Albie. Mieli przyjechać w najbliższą
niedzielę, ale nie mogli, bo u Bigoszewskich było wielkie
sprzątanie po remoncie. Marcin z Wackiem pomagali mamie, aby
na przyjazd ojca z delegacji wszystko było gotowe. A Kostek sam
też nie chciał jechać.

Kostkowy namiot, wygrany w maju na konkursie „Świata
Młodych", został w Zielonym Siodle na strychu. Nie był przecież
w Warszawie potrzebny i Kostek właśnie wyrażał swoje
zadowolenie z takiego obrotu rzeczy: u dziadka namiot był po
prostu bezpieczniejszy, Alicja chyba zapomni o jego istnieniu, aż
do przyszłych wakacji.

A przyszłe lato... O, Kostek już je sobie zaplanował właśnie w
Zielonym Siodle, chociaż nie mówił o tym jeszcze nikomu.

- A po co twojej siostrze namiot? - dopytywał Alba.

- Taki namiot? Każdemu się przyda, nie rozumiesz? Jeszcze
teraz, kiedy wychodzi za mąż?

- 29 -

- Myślisz, że z mężem w namiocie będzie mieszkać? W zimie? -
dziwił się Marcin.

- Pleciesz - zgniewał się Kostek. - Weźmie namiot, a mamie
wytłumaczy, że on mnie tymczasem nie jest potrzebny,
rozumiesz? Niepotrzebny. I opyli go, żeby kupić sobie jakieś
rondelki czy talerze, bo ciągle z mamą siedzą i radzą, i zapisują,
co Alicji na nowe gospodarstwo jest najkonieczniejsze. A tych
najkonieczniejszych rzeczy jest takie mnóstwo, że gdyby miała
nawet trzy razy tyle, ile ma na książeczce PKO, nie starczyłoby.
Rozumiesz teraz?

- Rozumiem. Masz rację, u dziadka namiot pewniejszy.

To było zaraz po wakacjach, w drugą niedzielę września w
Zielonym Siodle.

Alba już na dobre był przemeldowany z Domu Dziecka do
dziadka, zapisany do szkoły i chyba zadowolony, chociaż mówił o
tym niewiele. Roboty z nauką miał sporo: w poprzedniej szkole
był jednym z najsłabszych uczniów, ledwo przeszedł do siódmej.
Tutaj obiecał dziadkowi, że będzie inaczej.

- Dziadek jest fajny - odpowiadał jednakowo na wszystkie
pytania Marcina i Kostka.

- Fajny, ale twardy - dorzucił, kiedy nie dali się zbyć lakoniczną
odpowiedzią. - Zawarliśmy umowę.

- Na piśmie? - interesował się Kostek.
- Nie, po co na piśmie? Umowa była krótka: „Masz teraz dom -
powiedział dziadek - i wszystko ma być jak w prawdziwym
domu". I żeby, jak mi się coś będzie wydawać nie tak -
powiedzieć wprost. Ale mnie się tu wszystko podoba. Ogród...
Bobik mnie lubi... Tylko żebyście nie myśleli, że ja tju jestem z

- 30 -

łaski - nasrożył się nagle. - Dziadek na moje utrzymanie dostaje
co miesiąc pieniądze od Rady Narodowej. Pokazywał mi papier.

- A szkoła? Jaka?
- Jak wszędzie - westchnął Alba. - Ale muszę wytrzymać.
Przecież bez szkoły nie można.
- Dużo zadają?
- Dużo. I doganiać muszę, bo w tamtej szkole... nie bardzo.
Stefan mi w matmie pomaga. DziadeA też. Nawet nie macie
pojęcia, jaki dziadek jest mądry!
Wszystko wie! Wszystko potrafi i pokaże, jak trzeba zrobić.
- Wiesz, Kostek - mówił w powrotnej drodze Marcin - mnie się
wydaje, jakby dziadek był Albie nawet bliższym dziadkiem niż
mnie.
- Tak to wygląda - zgodził się Kostek. - Może dlatego, że jemu
dziadek jest potrzebniejszy niż tobie?...

Kostek trafiał w sedno. Tak sobie pomyślał Marcin przy
najbliższej wizycie Stefana Dziewałtowskiego.

- Marysiu, nie masz pojęcia - mówił Stefan do pani
Bigoszewskiej siedząc przy herbacie - jak od czasu, kiedy Alba
jest u nas, poprawiło się zdrowie ojca. Ubyło mu lat!

- Naprawdę? Nasłuchałam się już cudów o tym chłopcu od
Marcina i od jego kolegi. „Alba to! Alba tamto!" Naprawdę jest
taki nadzwyczajny?

- Tego nie powiedziałbym...
- A co! Podejrzewałam, że Marcin przesadza. Ma zdolności do
koloryzowania. Więc jaki jest naprawdę ten Alba?

- 31 -

- Trudno go określić jednym słowem. Ale myślę, że jest dobry.
Zwyczajnie: dobry chłopak. A pracowity! Nie uwierzyłabyś, jak
teraz dom wygląda: wysprzątane, wyfroterowane, jakby panna, i
to nie byle jaka, nie leniwa panna, była w domu.

- Sąsiadka przecież wam pomaga?

- Gdzież tam! Alba powiedział, że szkoda pieniędzy, bo
wszystko sam potrafi. I potrafi. A jaki gospodarny! Grzybów
nasuszył, powideł śliwkowych nasmażył, aż się dziwiłem, skąd on
to wszystko umie. Podobno tam, gdzie był, w Domu Dziecka,
pomagał ogrodnikowi.

O ojca dba, że i o rodzonego lepiej by nie mógł. Myśli zgaduje.

- Czy wszystkie rodzone dzieci myśli zgadują? - westchnęła
mama, aż Marcinowi nadsłuchującemu z kuchni zrobiło się
przykro.

- No, wiesz, Marysiu, w rodzinie różnie bywa. Mnie też czasami
sumienie gryzie, że więcej we Wrocławiu jestem niż z ojcem.

- Ale na każdą niedzielę przyjeżdżasz?

- Nie na każdą. Chciałbym się już ożenić. Pora przecież. No i
właśnie kandydatka na przyszłą panią Dziewałtowską mieszka we
Wrocławiu. Skończyła chemię, ma dobrą posadę. Mnie też tam
proponują stałą pracę.

- Taka nowina! Już się będziesz żenił? - mama się dziwiła,
jakby to było coś wyjątkowego. - A przecież niedawno, pamiętam,
cieszyliśmy się, że tak dobrze idziesz do matury, że jesteś taki
zdolny, a tu, patrzcie, ludzie, już się żenisz? A co na to dziadek?

- Powiedział to samo, co starszym braciom: „Żeń się na własną
odpowiedzialność. Ja ci żony nie będę wybierał".

Roześmieli się oboje.

- No i dlatego - ciągnął Stefan - od tej strony też dobrze się
składa, że jest u nas Alba. Nie mógłbym przecież ojca zostawić

- 32 -

samego. A znowu ojciec słyszeć nie chce o wyjeździe z Zielonego
Siodła.

- Ale, Stefku, ten Alba jest przecież całkiem obcy! Przecież go
wcale nie znacie, nic o nim nie wiecie...

- Niezupełnie. Ojciec pisał i dowiadywał się. Jest całkowitym
sierotą. Rodzice zginęli w wypadku kolejowym, żadnej bliższej
rodziny, ktoś z dalszej umieścił chłopca w Domu Dziecka i nie
pokazał się już nigdy. Okrutne to, nieludzkie, pewnie się
obawiano jakichś obowiązków. Nie mogę tego pojąć. Nieludzkie.
Na mój rozum, chłopak spragniony jest po prostu rodzinnego
ciepła, garnie się, chce być pomocą. A znowu ojciec odżył chyba
dlatego, że widzi, jak jest temu małemu potrzebny. Potrzebni są
sobie nawzajem.

Marcin słyszał rozmowę z drugiego pokoju, nie wytrzymał i
stanął w drzwiach.

- Alba - mały? Przecież jest wyższy i od Kostka, i ode mnie.

- A ty, zamiast odrabiać lekcje, ucha nadstawiasz! - udawała
niezadowoloną mama.

- Wcale nie nadstawiam, tylko sama mamusia mówiła, że teraz
mieszkania takie akustyczne. Jak Brunon na babkę krzyczy, to
prawie każde słowo słychać, chociaż przez ścianę.

- Brunon? Jakiś nowy lokator? - pytał Stefan.

- Tu u sąsiadki, pani Obuchowskiej. Córka wyszła drugi raz za
mąż i wyprowadziła się. Ale zostawiła u matki swego syna z
pierwszego małżeństwa. Brunek też, zdawałoby się, tylko co w
krótkich majtkach chodził, a teraz już student. Pani Obuchowska
jest emerytką i jeszcze chałupnictwem dorabia, szyje. Wszystko
po to, żeby ukochanemu wnukowi pomóc, ubrać go, utrzymać. A
Brunon niedobry dla niej, o nie, krzyczy na nią, wymyśla, że
maszyna za głośno szyje. Tak to bywa u ludzi. Tak... - westchnęła
mama.

- 33 -

- A nie można z nim porozmawiać albo z matką tego wnuczka
na utrzymaniu?

- Próbowaliśmy. I ja, i sąsiedzi z drugiej strony. Zaprzeczyli i
obrazili się. Od tej pory Brunon nawet mi się przestał kłaniać.

- Tak, różni są ludzie - westchnął teraz Stefan. - W Zielonym
Siodle u sąsiadów też rozmaicie... Aleja tu

zagadałem się, a robota czeka. Muszę już iść. Marysiu,
wpadnijcie kiedy w niedzielę, ojciec się o ciebie zawsze dopytuje.

- Dziękuję, Stefku, ale wiesz, jak to jest w domu, zawsze coś
pilnego, nie do odłożenia. Tylko odwiedziny można odłożyć.
Pozdrów dziadka. A może by on wybrał się do nas którejś
niedzieli?

- Z Albą! Mamusiu droga, z Albą!

- Proszę bardzo, zapraszam i Albę. Chciałabym poznać tego
chłopaka genialnego pod każdym względem.

- Nie przesadzajmy, nie pod każdym - uśmiechnął się Stefan. -
Nauka mu ciężko idzie, o, ciężko! I nie bardzo lubi się uczyć.
Wymyśla sobie tysiąc zajęć, zanim nad książką usiądzie.

- Albę zapraszamy z Bobikiem, mamusiu, tak? - zagadywał
czym prędzej Marcin. - Zobaczy mamusia, co to za mądry pies!
Jak rozumie wszystko!

- Z Bobikiem będzie trudno - oponował Stefan.

- Ktoś musi domu pilnować. Chyba w taką niedzielę, kiedy ja
do ojca przyjadę, wtedy pozwolę Albie - z Bobikiem. Alba nawet
ma chęć, coś mi wspominał...

- Przyślij go, Stefan. Niech już będzie z Bobikiem.

- A tobie, Marcin, na pożegnanie muszę powiedzieć:
„Dziękuję". - Stefan był już w przedpokoju. - Gdybyś nie spędzał
u nas wakacji, gdyby do ciebie nie przyłączył się Kostek, a do was

- 34 -

obydwu - Alba, co ja bym teraz zrobił?... Nie byłoby wyjścia.
Jednym słowem: błogosławieństwo losu. Do widzenia.

- Pewno... - mruczał pod nosem Marcin, ale tak, żeby mama
słyszała - a jak po wakacjach opowiadałem Kierowi, że byłem u
dziadka za „błogosławieństwo", to o mało z krzesła nie spadł!

Moda szydełkowania rozpowszechniała się z zadziwiającą
szybkością. W szkole na wszystkich przerwach widziało się
dziewczyny manipulujące szydełkiem, ciągnące zręcznie nitkę z
wypchanej kłębkiem kieszeni i otoczone koleżankami, łasymi „na
nowy wzór", albo takimi, które jeszcze nie zdobyły szydełka czy
wełny.

O wełnę było łatwo. Stuprocentową, anilanę czy mieszankę.
można było wszędzie kupić. Często też dziewczęta pruły stare
swetry. Ale szydełko? Trzeba się było dobrze naszukać po
sklepach grubego szydełka do wełny. Ktoś wypatrzył je na
bazarze na ciuchach, ktoś inny wyprosił u cioci, u kuzynki, u
babci z prowincji. Czasami, całkiem nieoczekiwanie, znajdowało
się w pudełku ze szpargałami, wśród starych szpulek, sprzączek i
guzików. Zawsze - było na wagę złota.

Ewa Jagodzianka pierwsza w klasie miała modną, szydełkową,
długą kamizelkę. Całe plecy z granatowej elany wykonała sama.
Przody, w ciemne czerwone pasy, pomagała jej zrobić babcia i
starsza siostra.

Przy kraciastej spódnicy i jasnych bluzkach wyglądało to bardzo
szykownie. Koleżanki obstąpiły ją przed lekcjami podziwiając z
zazdrością i słuchając opowiadania o wykonanym wspólnymi
siłami dziele.

Grupa chłopców, wśród której był Marcin, stała z boku.
Wyglądało, jakby ich wcale nie interesowały takie sprawy. Ale

- 35 -

kiedy Anka Bielasińska rzuciła w ich stronę: - Patrzcie, co
potrafią dziewczyny! Żaden z was tego by nie umiał! - Maksio
Paterek zawołał:

- Ale o guzikach zapomniałaś!

Teraz dopiero wszyscy zauważyli, że kamizelka ma dziurki, a
guzików brak.

- Ciocia mi dziś przyniesie guziki. Bardzo ładne, złote, po
prostu cudo! Zobaczycie jutro - tłumaczyła się Ewa.

- Tata ci przyszyje, żeby już cała rodzina była w komplecie -
rzuciła złośliwie Hela Obarnicka.

- A ciocia te cudowne guziki odpruje pewno od swego czegoś
cudownego - półgłosem powiedział Marcin. ale usłyszał go
Maksio i zaraz powtórzył:

- Ewa! Marcin mówi, że te złote guziki...

- Nie obchodzi mnie, co mówi Marcin - wydęła wargi Ewa
przerywając Maksiowi, który nie mógł już dokończyć zdania, bo
właśnie do klasy weszła pani Araszewska i zaczęła się godzina
wychowania plastycznego.

Marcina ubodła pogardliwa uwaga Ewy. Mogło ją nie
obchodzić, co on mówi, nie do niej mówił, ale ta jej mina, to
patrzenie z dwudziestego piętra! Z jakiej racji? Że dobra
uczennica? Kujon pospolity! Z przyjemnością przypomniał sobie,
że z rosyjskiego wczoraj dostała tróję. W dyktandzie zrobiła tyle
błędów, że i ta tróją była z litości. O mało nie płakała. Marcin też
dostał tróję, ale dla niego to zwykła rzecz. Zresztą on w tym roku
weźmie się za naukę. Rosyjski będzie przerabiać z ojcem, już się
umówili, że codziennie przez dziesięć minut ojciec będzie
rozmawiać z nim po rosyjsku. A matmę -z Wackiem. Wolność
popołudniowa bardzo mu się skurczy. Wacek rozmawiał z nim o
tym poważnie, jak z dorosłym.

- Zastanów się - powiedział. - Czeka cię egzamin do liceum.

- 36 -

- Kiedy to będzie!

- Ani się obejrzysz! I wtedy pożałujesz. Wiem dobrze, tak samo
było ze mną. Kiedy byłem w podstawówce, też się nie wysilałem.
Dopiero przed samym egzaminem, jak mi strach włosy na głowie
podniósł...

- Naprawdę? - dziwi się Marcin. - Przecież zawsze dobrze się
uczyłeś. Mama mówi, że z tobą nigdy nie było żadnych kłopotów.

- Nie miałem dwój, to prawda, ale nie wysilałem się, nie.
Dopiero ten strach, kiedy zobaczyłem, że inni obok mnie są
lepsi... Tak, dostałem się do ogólniaka, bo po prostu dopisało mi
szczęście. Ale powiedziałem sobie wtedy: „Chłopie, stuknij się!" I
zobaczysz, Marcin, na polibudę się dostanę. Nie ma obawy.

- Tak - myślał na głos Marcin - tobie idzie wszystko łatwo.
Masz zdolności do matmy i chyba wam mniej zadają czy co, bo ja
na nic nie mam czasu...

- Mniej? Stuknij się w globus! Zaraz ci...

Ale dokończyć już tej rozmowy nie mogli, bo w przedpokoju
rozległ się dzwonek i Wacek, który czekał na przyjście kolegi,
wyskoczył do drzwi.

To nie był kolega. To pani Szeleścina przyszła do mamy i od
progu oznajmiła radośnie:

- Jest szydełko!

Mama wybiegła do przedpokoju, a widząc w rękach pani
Szeleściny kościane szydełko, uściskała ją z radości.

- Droga pani Ludwiko, pani jest nieoceniona! O takim właśnie
szydełku marzyłam. Akurat pasuje do grubości mojej wełny. I
skąd je pani wytrzasnęła? Musiała się pani natrudzić?

- Nie, wcale nie. Przecież moja Zosia tyle już razy coś sobie
robiła i na drutach, i szydełkiem. Więc kiedy mi pani
powiedziała...

- 37 -

- Zaraz je pani oddam, jak tylko skończę kamizelkę.

- A ja w prezencie przyniosłam, bo u nas są dwa takiej samej
grubości - krygowała się pani Ludwika. - I Zosia zaraz
powiedziała, żeby pani podarować, bo nam dwa niepotrzebne.

- Bardzo dziękuję - ucieszyła się mama. - Mam taki ładny wzór.
Chciałabym jeszcze dzisiaj wziąć się za robotę.

- A jaką pani ma wełnę? - dopytywała pani Szeleścina.

- Ciemnozieloną. Co prawda, nie stuprocentowa, tylko zerówka,
ale bardzo ładnie w robocie wygląda. Koleżanka w pracy ma
właśnie z niej kamizelkę, wygląda jak z prawdziwej wełny. A
fason taki sam, jak na wystawie w „Modzie Polskiej". Żebym
tylko potrafiła.

- O, pani na pewno zrobi jeszcze ładniej - pochlebiała pani
Ludwika śledząc z zadowoleniem zręczne ruchy pani
Bigoszewskiej. nakrywającej stół do podwieczorku. - Pani ma
takie zdolne do wszystkiego ręce, jak moja Zosia. Ona też zrobiła
sobie kamizelkę. Tę, co pokazywałam pani, jak tu ostatni raz
byłam. Prawda, pomogłam jej trochę, ale ona wszystko wiedziała:
na ile oczek i gdzie spuszczać, i jak wykończyć, wszystko,
wszystko umie. Jeżeli będę miała wełnę, to i sobie zrobię. Zosia
obiecała, że jak zobaczy zerówkę, to mi kupi, bo ciepła i tak się
świetnie pierze...

- Mamusia jeszcze lepiej potrafi - oświadczył Piotruś - mnie
cały sweterek zrobiła, a druty tylko migały i migały. Nikt by tak
nie potrafił.

- Ach, ty pochlebco! - śmiała się mama, ale widać było, że jej ta
pochwała sprawia przyjemność.

Po kolacji Marcin jeszcze odrabiał lekcje, rzucając od czasu do
czasu okiem na drugi koniec stołu, gdzie mama, nałożywszy na
rozstawione ręce Piotrusia pasmo wełny, zwijała ją na kłębek.

- 38 -

- Dużo będzie tych kłębków? - pytał Piotruś. - Ja bym chciał
zobaczyć, jak się robi.

- Zobaczysz. Dziś zwinę tylko jedno pasmo i zaraz biorę
szydełko. A co, chcesz się może nauczyć?

- Eee... nie - wycofywał się pospiesznie Piotruś

- taka robota... dla dziewczyn... Chciałbym tylko zobaczyć, bo
druty to były dwa patyki, a szydełko -jeden.

Mama skończyła nawijanie i wzięła szydełko. Rzeczywiście,
można było podziwiać, jak prędko miga ono w mamy palcach.
Nawet Wacek, który stanął na progu swego pokoju i przez chwilę
przyglądał się maminej robocie, powiedział:

- Teraz są modne szaliki na szyję, wie mamusia, takie
przerzucane przez ramię. Może...

- Wiem - domyśliła się od razu mama - widziałam już kilka razy
na ulicy. Mogę ci zrobić, synu. To szybko idzie, o wiele szybciej
niż kamizelka, bo tylko prosty długi pas. A jakiego chciałbyś
koloru?

- Ja mamusi wełnę przyniosę. I frędzle sam zrobię.

- Potrafisz? - zdziwiła się mama.

- Pomagałem koleżance, kiedy robiła dla siebie - tłumaczył
Wacek. Natknął się w tym momencie na spojrzenie Marcina,
umknął z oczami i zaczął szybko: - Piotruchna, dlaczego ty
jeszcze nie śpisz? Mamusiu, czy on nie powinien już leżeć w
łóżku? Jutro znowu trudno go będzie dobudzić.

- Powinien. Piotrusiu, słyszysz? Czas na ciebie.

- A Marcin to co? - zaczął jęczeć Piotruś. - Jemu wszystko
wolno...

- On też zaraz pójdzie. Chodź. Wacek o tym wstawaniu prawdę
mówi.

- 39 -

- 40 -

- A co ja jestem winien - mądrzył się jeszcze Piotruś - że
wieczorem to mi się nie chce kłaść do łóżka, a rano znowu nie
chce mi się wstawać? Widocznie tak już jestem urządzony.

- Czego kręcisz o tej wełnie? - Marcin mówił półgłosem nie
patrząc na starszego brata. - Przecież widziałem, jak kładłeś do
szuflady. Nawet pomyślałem, że to dla mamy na prezent, dopiero
kiedy usłyszałem twoją rozmowę przez telefon...

- Podsłuchiwałeś!...

- Nie podsłuchiwałem. Drzwi były otwarte, a ty wiłeś się przy
telefonie, jakby cię ten rudzielec widział! „Ach, Grażynko! Ach,
doprawdy! Dziękuję, ale to może zajmie zbyt wiele czasu? Może
mi kto inny szal zrobi, może ciocia... " A jaka ciocia, kiedy mamy
jedną, i to w Częstochowie? Mama będzie za ciocię, bo rudzielec
się rozmyślił? Prawda, już dwa dni do ciebie nikt nie telefonuje.

- Marcin - westchnął Wacek oglądając się na drzwi - mów
ciszej. Prawdziwy mężczyzna jest dyskretniejszy. Co ty wiesz o
życiu, o dziewczynach... Dziecko jesteś.

- Phi! Cóż ty sobie myślisz, że u nas w klasie dziewczyn nie
ma? Rudzielców nie ma, ale Kostka siostra przemalowała się na
rudo, to ci była heca! Wyglądała, jakby się z choinki urwała.
Matka ją sklęła, że coś okropnego, nic nie pomogło, dopiero kiedy
narzeczony powiedział, że patrzeć na nią nie może, odmalowała
się.

- Marcin - marszczył brwi Wacek - raz na zawsze proszę cię,
przestań mówić o Grażynie „rudzielec". To raz. A dwa,
zapamiętaj sobie: ona ma naturalne złote włosy.

- Niech ci będzie: złote. No i dlaczego się rozmyśliła co do
szala?

- Bo ja wiem? - wzruszył ramionami Wacek. - Musiała jej
nagadać jakaś koleżanka, że mnie widziała z siostrą
Maciołajtyszewicza. A przecież wiesz, że on siostry nie ma. Jakaś

- 41 -

kuzynka przyjechała do nich w sobotę i po lekcji wyszła razem ze
mną, bo chciała, żebym jej pokazał, którędy iść do Alei
Ujazdowskich. Więc ją odprowadziłem. I ktoś napytlował. Mówię
ci, Marcin... Gdybym teraz tę kuzynkę spotkał, tobym jej nawet
nie poznał. A Grażyna nie da sobie wytłumaczyć. Można się
wściec!...

Widać było, że Wacek musi przed kimś wyładować swoje żale.
Nigdy dotąd nie zwracał się do brata z takimi sprawami. Marcin
chciał stanąć na wysokości zadania.

- Tak. Dziewczyny są okropne. Jak się czego przyczepią, to rany
boskie! Obcęgami nie oderwiesz. U nas w klasie też...

- U was w klasie są jeszcze małe dziewczyny - machnął
lekceważąco ręką starszy brat - zielone. Zobaczysz dopiero, jak ci
dadzą w kość, kiedy będziesz w moim wieku. Ale najlepiej nic
sobie z tego nie robić. Nie - to nie. Zero uwagi. Całkowita
obojętność... - mówił do Marcina, ale przekonywał sam siebie.

Odezwał się telefon i Wacka wymiotło z pokoju. Marcin tylko
pokiwał głową.

- „Zero uwagi!" „Całkowita obojętność!" A zaraz zacznie się
wić przed słuchawką telefoniczną!

Ale to była omyłka i Wacek poszedł zaraz do swojego pokoju.
Może nie chciał pokazać, ile zawodu sprawił mu ten fałszywy
alarm?...

Marcin składał zeszyty i książki do torby i jeszcze
rozpamiętywał słowa brata.

„Małe dziewczyny". Jakie tam małe! Małe to u Piotruchy w
klasie. Ta nowa, Sieczko, co siedzi jak trusia w ostatniej ławce,
jest wyższa nawet od Basińskiego. Ale według Wacka wszystko,
co poniżej jedenastej klasy, to „małe", „zielone"... Ewa też jest
wysoka. I nikt nie ma takich warkoczy... Chłopaki z ósmej koło
niej się kręcą. Ciekawe, co powiedziałby o niej Wacek?...

- 42 -

Pani Przegoniowa, matka Kostka, przyszła wieczorem do
Bigoszewskich. Marcin aż się przestraszył otwierając jej drzwi, bo
tego właśnie dnia po lekcjach pobiegli obaj z Kostkiem do parku
na kasztany, co skończyło się niefortunnie, można powiedzieć -
po szczeniacku.

Amatorów na dojrzałe kasztany było już przed nimi wielu, na
trawnikach przyrzuconych opadającymi liśćmi rzadko gdzie lśnił
gładki, świeżo wyłuskany z kolczastej sukienki kasztan. Mało im
tego było, za mało! Marcin obejrzawszy się, czy gdzie w pobliżu
nie ma dozorcy, podsadził Kostka na drzewo, aby potrząsnął
gałęzią. Ali Kostek źle się widocznie podciągnął, bo sam spadł
Jdk dorodny kasztan i mocno sobie obtarł nogę, aż do krwi. Może
to o tę nogę?

Ale mina pani Przegoniowej nie zwiastowała burzy ani nawet
wiatru.

- Dzień dobry, Marcinku - powiedziała uprzejmie. - Czy
zastałam twoją mamę?

- Owszem, mama w domu. Proszę bardzo - Marcin rozszastał
się po swojemu, wprowadzając gościa do pokoju i podsuwając
krzesło. Ale, zapaliwszy na wszelki wypadek gaz pod imbrykiem i
wsunąwszy się do drugiego pokoju, nie byłby sobą, gdyby nie
nadstawił uszu, ciekawy, co też za sprawa przyprowadziła matkę
przyjaciela do ich domu.

Pani Przegoniowa mamę przepraszała! To już Marcinowi nie
chciało się zmieścić w głowie! Przepraszała! Chodziło o jakieś
zebranie przed wakacjami, o jakieś niepotrzebnie rzucone,
zagniewane słowa.

To pewnie na tej ostatniej wywiadówce - przypomina sobie nie
bez goryczy Marcin - kiedy wydało się, u klasa szósta
wyprowadziła w pole młodą nauczycielkę, a oprócz tego miała
inne „pomysłowe" grzechy na sumieniu.

- 43 -

Wtedy o inicjatywę we wszystkich szkolnych drakach
posądzano jego. Miał opinię nadzwyczajnie „pomysłowego",
nazywano go nawet „głową na tranzystorach". Toteż pani
Przegoniowa, zaniepokojona tym, że jej syn przyjaźni się z takim
„pomysłowym", kategorycznie zażądała, aby Kostek nie siedział z
Marcinem w jednej ławce, bała się, że będzie ulegał jego
„zgubnym" wpływom Całe szczęście, że to było tuż przed
zakończeniem roku szkolnego. I że pomimo wszystko, to znaczy
pomimo skreślenia Marcina z kolonijnej listy, wakacje spędzili
razem, chociaż matka Kostka była początkowo przekonana, że jej
syn pojechał posłusznie na szkolne kolonie.

- Wie pani - tłumaczyła się teraz - to było przed samym moim
urlopem, a te ostatnie chwile przed odpoczynkiem, kiedy ciągnie
się wszystko resztą sił, są nie do wytrzymania i byle co człowieka
z równowagi wyprowadza.

- Czyż ja tego nie rozumiem - mówiła mama - przecież ja też
cały rok siedzę w biurze, dopiero na wakacje jadę z dziećmi. Ale
nie mówmy już o tym. Wszystko się wyjaśniło. Latem chłopcy
spisywali się w Zielonym Siodle wzorowo. Dziadek nachwalić się
ich nie mógł.

- O, bo pan Dziewałtowski...

Dalej, już przy herbacie, nie było nic specjalnie ciekawego.
Marcin zajął się lekcjami. Dolatywały go tylko słowa o
chorobach, o maminej wątrobie i o jakichś nadzwyczajnych
pigułkach, które Kostek jeszcze tego samego dnia przyniesie.

Przyniósł, i nie tylko pigułki, ale i dobrą nowinę. Dziś po
lekcjach miał znowu dyżur w bibliotece. Po dyżurze bibliotekarka
kazała mu odnieść do pokoju nauczycielskiego książkę, o którą
prosiła polonistka. Kiedy Kostek kładł książkę na półce w
przegródce pani Pucek, zauważył leżące tam zeszyty z
wypracowaniami przygotowane do oddania na jutrzejszej lekcji.

- 44 -

W pokoju nauczycielskim nikogo nie było. Czy mógł nie zajrzeć?
Nie mógł.

- Nawet anioł na moim miejscu nie wytrzymałby i zajrzał. Co?

- Zajrzałby - potwierdził Marcin prędko. - No i co? Ile?

- Ja - czwórkę. Ty - prawie pięć. Właściwie to całe pięć, ale
potem Pufcia piątkę przekreśliła i postawiła cztery z plusem.

- Co ty mówisz? Dlaczego?

- Nie wiem. Spieszyłem się. Widziałem tylko podkreślony
krechą błąd. „Twarz" napisałeś przez „ż". Chłopie, o czym ty
myślałeś? Takiego byka!

- A to pech! Czwórka z plusem też dobra, ale co piątka to
piątka. Rzeczywiście, nie zastanowiłem się i byk na cztery nogi. A
to pech!

- Co za pech, chłopaki? - Wacek wszedł do pokoju i zaczął
szukać czegoś w książkach na półce.

- Wacek, popatrz, mógłbym załapać piątkę z polaka i przez
głupią „twarz"...

- Twarz? Czyją?

- Niczyją, w wypracowaniu wsadziłem byka: napisałem przez
„ż".

- Fiuuu! W siódmej klasie?

- A bo te wyrazy, gdzie nie można zmienić na „r", to mi się
głowy nie trzymają.

- Oj, Marcin, wiesz, że ortografia to twoja pięta Achillesowa. A
żebyś sobie tę „twarz" zapamiętał, to pomyśl: „morda". Jest „r"?
No więc. Pietrucha, co tak patrzysz? Ty jeszcze zmartwień na „rz"
nie masz?

- Nie mam - zgodził się Piotruś - ale też sobie zapamiętałem.
Chociaż „morda" to przecież nie „twarz". Mówi się: „psia morda".

- 45 -

- A psia morda to co? - ujął się Kostek. - Wiesz, jakie śliczne
mordy mają psy? A jakie mądre! Taki Bobik u dziadka w
Zielonym Siodle, jak na człowieka spojrzał, od razu wiedziałeś,
czego chce...

- Ale, Kostek, przypomniało mi się - przerwał Marcin. - Co z
tym kotem od Maksia? Przecież ci obiecywał wczoraj. Przyniósł?

- Nie przyniósł - westchnął Kostek. - Jego babcia nie dała, a
moja mama o niczym słyszeć nie chce, dopóki się Alicja nie
wyprowadzi. Bo teraz za ciasno. Za ciasno! - ciągnął z goryczą. -
Ale narzeczony się zmieści! Dzień w dzień przychodzi. Siedzą,
gadają, oglądają telewizję, a ja lekcje muszę w kuchni odrabiać.

- A dlaczego nie siedzą u Alicji w pokoiku? - zapytał Marcin,
który dobrze znał mieszkanie Kostka.

- Bo tam - mamusia z maszyną, przecież ma tyle pisania. Ale
niech no tylko Alicja się wyprowadzi! No! Zobaczysz, Marcin,
jak ja się fajnie urządzę! Pokoik malutki, prawda, ale dla mnie
wystarczy. I psa będę miał - marzył. - Będę go trzymał tylko u
siebie, żeby nikomu nie przeszkadzał. Ach, żeby mieć psa...

- Ja też bym chciał psa - wyznał Piotruś. - Ale mamusia mówi,
że trzech chłopaków w domu i tatuś czwarty to wystarczy. A
przecież u nas jest dużo miejsca. Budę zrobiłbym mu pod moim
łóżkiem...

Irka Gołąbkówna miała takie samo szydełko, jakie przyniosła
pani Szeleścina.

- Irka, skąd masz szydełko? - zapytał Marcin.
- Jeszcze moja babcia tym szydełkiem robiła. Kościane. A bo
co?
- Nic. U nas też jest takie.

- 46 -

- A czy kościane lepsze? - wtrącił się Kostek. - Nasza Alicja
robi sobie chustkę też takim samym. Trochę bielsze od twojego i
dłuższe na pewno.

- Moje stare. Kość podobno żółknie. Krótsze, bo raz upadło i
utrąciło się.

- A co robisz, kamizelkę?

- Nie.

- Szal? - zainteresował się Marcin. - Dla brata?

- Przecież ja brata nie mam. A coś ty dziś taki rozmowny? - Irka
przyjrzała się Marcinowi podejrzliwie.

- E tam... rozmowny! Zawsze przecież mam coś do
powiedzenia. Nie jestem taki milczek, jak... no, jak Nemek na
przykład.

- Nic mów nic na Nemka. To poważny chłopak. O. Nemek na
pewno będzie kimś niezwykłym.

- Aleś gadkę zasunęła! Każdy, jak zechce, może nic wiem co. A
Ewka wczoraj czego beczała? Przecież nie przez tę głupią dwóję.
Co ona. dwói nie widziała?

- No, wiesz... - Irka znowu badawczo przyjrzała się Marcinowi.
- My inaczej różne sprawy traktujemy... Poważniej.

- Wy? To znaczy: dziewczyny? Poważniej? - Marcin uszom nie
wierzył.

A Irka nie odrywając oczu od szydełka, które szybko migało w
jej palcach, ciągnęła:

- To jest naukowo stwierdzone, że dziewczęta wcześniej
poważnieją, w ogóle dorośleją, nie wiesz? Mogę ci pożyczyć taką
książkę.

- Wypchaj się swoją książką - Marcin nie wiedział, co
odpowiedzieć. - Ewa beczała jak przedszkolak, a ty - że
poważniej. Kupy się to nie trzyma.

- 47 -

- Ewa jest bardzo wrażliwa. Tak jak w ogóle dziewczęta.
Przeżywa.

- Przeżywa? Co?
- Tego ci nie powiem - ucięła Irka i odeszła w stronę grupy
dziewcząt.
- „Przeżywa!" - ironizował w myśli Marcin. - Pewno rano
mleko wykipiało albo szklanka się stłukła i matka powiedziała jej
coś do słuchu. A ta zaraz „przeżywa"...

Kostek też pierwszy raz słyszał o tym, że dziewczyny szybciej
dorośleją. Wątpił, bo jak mówił, nie ma na to żadnych dowodów.

- Dziewczyny są strasznie zarozumiałe - mówił. - Chciałyby
nami rządzić i wymyślają różne takie dziwne rzeczy.

- Przecież wystarczy spojrzeć po naszej klasie - rozważał
Marcin - wszystkie dziewczyny są niższe od chłopaków.

- No, ta nowa. Sieczko, jest najwyższa.
- Jedna to się nie liczy. Przyjrzyj się, jakie małe mają ręce i
nogi. Piłki nie mogłyby kopać, nie ma mowy.
- Tylko uczą się lepiej - westchnął Kostek. - Kujony, nie mają
tylu różnych spraw na głowie, co my.
- Ale nosa drą, jak nie wiem co.
- Dziwne, naprawdę dziwne te dziewczyny. Na przykład Ewa.
Jak ona to robi, że co dzień jest ładniejsza, zauważyłeś?
Marcin milczał, pochylony nisko. Długo i uparcie wydłubywał
jakiś kamyk z pantofla, widocznie mocno go uwierał.
Nie przyznałby się za nic na świecie, że od chwili, kiedy Ewa
przestała się interesować jego... uszami, zauważył to samo, co
Kostek.

- 48 -

Marcinowi tego dnia wszystko szło jak po maśle. Z matmy przy
tablicy odpowiadał dobrze. Rosyjskie ćwiczenia, które zrobił
jeszcze w niedzielę pod okiem ojca, „Bukwa" pokazała klasie jako
wzorowe, pan Tomaszewski, geograf, zawsze prawie nieomylnie
wywołujący do odpowiedzi uczniów słabo albo wcale nie
przygotowanych, tym razem, jakby swojej intuicji nie słuchał:
Bigosa nie wyrwał. Pycha!

W domu - spokój. Ojciec wyjechał w teren aż do czwartku,
mama zapowiedziała późny powrót z jakiejś konferencji, a Wacek
miał dziś siedem godzin i prosto ze szkoły szedł na lekcje do
Maciołajtyszewiczów.

Obiad trzeba było tylko odgrzać i uzupełnić kartoflami. To
Marcin potrafił. Zapędził do obierania i Piotrusia, ale marna była
ta pomoc: na trzy kartofle Marcina przypadał jeden Piotrkowy.

Sprzątanie po obiedzie też poszło szybko. Marcin tak, jak
należy, najpierw mył talerze w „ludwiku", a potem starannie
płukał je w gorącej wodzie. Może nie byłby tak dokładny, gdyby
nie młodszy brat asystujący mu we wszystkim i pełen podziwu:

- Marcin, ty wszystko tak dobrze potrafisz! Mamusia mówi, że
ty, jak chcesz...

- Pewnie, że jak chcę - zgodził się Marcin - bo jak się nie chce,
to sam wiesz... nic nie pomoże.

Ale uznanie Piotrusia sprawiło mu przyjemność. Więc jeszcze i
w kuchni zamiótł i nawet podłogę w pokoju przetarł suknem, a
potem suche już talerze wstawił na miejsce do kredensu.

I po co ta wełna leżała na kredensie? Czy to było odpowiednie
miejsce na zostawienie zaczętego szalika, kłębka i szydełka? I co
Marcina podkusiło, żeby wziąć do ręki i oglądać maminą robotę?

Szalik do połowy był już chyba zrobiony. Marcin pokazał
Piotrusiowi, gdzie będą frędzle. Przymierzył nawet do własnej
szyi, żeby zobaczyć, jaki jest długi. Wtedy właśnie z robótki

- 49 -

wymknęło się kościane szydełko i stuknęło o podłogę, a kiedy
Marcin się schylił, aby je podnieść - zobaczył ukruszony koniec
leżący obok, jak ziarnko grubej kaszy.

- O chole... nder! - zawołał i aż przysiadł na taborecie, patrząc w
zaskoczeniu to na ukruszone szydełko, to na nie mniej od niego
przestraszonego Piotrusia.

- Może... może to się sklei? - wybełkotał Piotruś. - Wacek ma
taki specjalny klej...

- Do kitu z klejem! - oprzytomniał Marcin. - Piotrucha, pierwsza
rzecz, żebyś nic, nikomu, ani słowa! Pamiętaj! Jak grób! Ani mru-
mru. Nie byłeś tu, nie widziałeś, nic nie wiesz. Rozumiesz?

- Rozumiem. Ale jak mamusia zapyta, czy to ja ruszałem?

- Powiesz, że nie ruszałeś. Przecież nie ruszałeś, no nie? A może
ruszałeś? Przyznaj się! - wołał Marcin. - Może przedtem ruszałeś i
ukruszyłeś, a teraz szydełko po prostu tylko wyleciało? Przecież
byłeś na dobrą godzinę przede mną w domu! No, przyznaj się!

- Nie, nie! Naprawdę nie ruszałem - zaklinał się ze łzami w
oczach Piotruś. - Wziąłem tylko z koszyczka bułkę, bo mi się
bardzo chciało jeść, i poszedłem oglądać film, bo Wiśniewski
powiedział, żebym włączył telewizor. Miał do mnie zaraz przyjść.

- A więc włączałeś telewizor! - krzyczał jeszcze głośniej
Marcin. - Chociaż tego ci robić nie wolno! Chociaż raz na zawsze
masz zapowiedziane, żebyś telewizora nie ruszał.

- Nie ruszałem telewizora, ani jednym palcem nie ruszałem -
zaklinał się Piotruś. - Wziąłem tylko wtyczkę i włączyłem do
kontaktu. Wtyczka to nie telewizor.

- Jak ci zaraz dam w kark, to żebyś nie mówił, że cię ruszyłem,
bo szyja to nie ty, co? A jakby lampa wysiadła, kto by
odpowiadał? Wiesz, ile taka lampa kosztuje? Może myślisz, że
pieniądze z nieba lecą? Jak było powiedziane, że masz telewizora

- 50 -


Click to View FlipBook Version