The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-19 16:43:54

Za minutę pierwsza miłość

nie ruszać, to nie, rozumiesz? Na trzy kroki do niego podchodź,
tylko na trzy, nie bliżej! Idź zaraz i odmierz!

- Przecież telewizorowi nic się nie stało - nie mógł sobie
odmówić satysfakcji Piotruś - możesz zobaczyć. A szydełko...

- O rany! Pewnie to ty położyłeś ten przeklęty szalik na
kredensie! No, to teraz rusz głową!

- Ja bym i sto razy ruszył - zapewniał żarliwie Piotruś - ale... od
tego szydełko się nie zrośnie. Wiśniewski w przedszkolu złamał,
nogę i zrosła się, ale żywa kość w nodze to co innego.

- Rozumie się. A twój Wiśniewski nie ma czasem w domu
szydełka?

- Może ma, ale wątpię, czy wyniesie, bo go ojciec wczoraj sprał
za wynoszenie różnych rzeczy.

- Piotrucha, leć do Wiśniewskiego! Zaraz! Jeżeli ma szydełko,
to kupimy od niego albo od jego matki. Ile masz pieniędzy?

- Ja? - zdziwił się Piotruś. - Ja mam bardzo, bardzo mało.
- Ach ty, skąpirusie przebrzydły! Rodzonemu bratu z gardła byś
ostatni kąsek chleba wydarł! - Marcin wyciągnął portmonetkę z
kieszeni i przeliczył swoje fundusze. Było siedem i pół złotego.
Westchnął.
- Dołożysz się? - zwrócił się bez większych nadziei na
finansową pomoc do Piotrusia, ale ten tylko kręcił przecząco
głową.
- Może ty po bułgarsku do mnie mówisz? Bułgarzy, jak mówią
„tak", kręcą głową jak ty.
- Nie. Ja - po polsku. Wtedy, jak się niechcący szyba stłukła u
pani Raczkowej, to nie chciałeś się dołożyć...

- 51 -

- 52 -

- Szyba! Gdzie szyba, gdzie szydełko! Tylko taki knypek jak ty
nie odróżnia ważności problemu. Leć zaraz do Wiśniewskiego!
Daję za szydełko całe pięć złotych. Słyszysz? Całe!

- A ile ono naprawdę kosztuje?

- Na pewno mniej. Leć i przekonaj go, że to wspaniała okazja
do zdobycia pieniędzy.

- Po co mam lecieć? Zatelefonuję i zapytam.

- Ach, tak? Teraz się wydało, kto nabija u nas tyle rozmów
telefonicznych!

- Wacek i ty, wiadomo! - odpowiedział bezczelnie Piotruś. - Ja
telefonuję tylko w bardzo ważnych sprawach i rzadko, bo u
Wiśniewskiego telefon stale zajęty. Jego siostra jest zakochana,
wiesz...

- Nie wiem i telefonuj raz, dwa do tych Wiśniewskich, bo
Wacek niedługo wróci i dopiero się zacznie!

Ale Wiśniewskiego siostra musiała chyba właśnie stać przy
telefonie, bo Piotruś trzy razy próbował, a telefon ciągle był
zajęty.

- Wściec się można! - denerwował się Marcin.

- Toteż Wiśniewskiego ojciec się wściekł i raz wyrwał
Wiśniewskiego siostrze słuchawkę i zaczął strasznie wymyślać. A
po tamtej stronie telefonu matka tego chłopaka też mu właśnie
odebrała słuchawkę i też zaczęła wymyślać. Zrobiła się chryja
nadpoziomowa!

- Chryja nad-po-zio-mo-wa?

- Nie wiesz? Czego was w tej siódmej uczą! - wzruszył
ramionami Piotruś. - U nas wszyscy wiedzą. A Wiśniewski...

- Dzwoń wreszcie do tego Wiśniewskiego!

Piotruś zadzwonił. Jeszcze było zajęte.

- Zasmarkana zakochana! - parsknął z pogardą Marcin.

- 53 -

- Wcale nie zasmarkana. Jest w siódmej klasie tak jak i ty -
oświadczył poważnie Piotruś. - A w siódmej klasie to już można.

- Kto ci powiedział? - Marcin z zainteresowaniem przyglądał się
bratu.

- Chłopaki z naszej klasy. Ty myślisz, że ja jestem dziecko? W
drugiej klasie to już dzieci nie ma.

Znowu zatelefonował. Znowu na próżno.

- Widać ta „chryja nadpoziomowa" nie była taka
nadpoziomowa. Siostra twojego Wiśniewskiego nie przelękła się i
od telefonu nie odchodzi.

- Bo znalazła sposób na rodziców.

- Sposób na rodziców? Ciekawe, jaki.

A widzisz! Wiśniewski ma głowę, a jego siostra też - chwalił się
Piotruś. - Wymyśliła głodówkę. I tego chłopaka też namówiła. I
ogłosili głodówkę razem. A rodzice bardzo nie lubią głodówki.

- Jak to? Głodzili swoich rodziców?

- Nieee. Sami nic nie jedli. To znaczy, powiedzieli rodzicom, że
jak im nie pozwolą telefonować, to nic jeść nie będą. No!

- I długo wytrzymali?

- Rodzice wytrzymali tylko jeden dzień. Wiśniewski mi
wszystko opowiedział. Pani Wiśniewska płakała i krzyczała na
pana Wiśniewskiego, pan Wiśniewski krzyczał na Baśkę i chodził
jak struty. A Baśka siedziała przy oknie i nic nie brała do ust.

- I nie była głodna? - dziwił się Marcin.

- Ani trochę, bo Mietek, to znaczy, mój Wiśniewski, nosił jej
bułki po kryjomu, a w swojej szufladzie miała słoik z miodem. I
tak się tego miodu najadła, że teraz na miód nie może patrzeć. Ale
Mietkowi obiecane dziesięć złotych dała. A pan Wiśniewski
poszedł do rodziców tego chłopaka, żeby pozwolili. I uzgodnili,

- 54 -

że niech sobie telefonują, to im się może znudzi. Ale im się nie
znudzi, bo się zakochali na zawsze.

- I to wszystko twój Wiśniewski ci naopowiadał? Łgał, aż mu
dym uszami walił...

- Nie łgał. Widziałem na własne oczy, jak dziesięć złotych od
Baśki na PKO sobie wpisał. Składa na samochód. Już ma całe 97
złotych.

- Dzwoń! - Marcin był zły jak chrzan.

Tym razem Piotruś dodzwonił się.

- Dźbry. Proszę Mietka. Nie ma? Tak, tu Piotrek. Właśnie
czekam na niego. A czy ja mogę cię o coś zapytać? Czy masz
szydełko? Taaaak? Szkoda. Nie, nic, tylko chciałem pożyczyć dla
mamusi. Tak. Do widzenia!

Piotruś odłożył słuchawkę. Minę miał zawiedzioną.

- Baśka szydełko ma, ale wczoraj pożyczyła je kuzynce aż do
Bożego Narodzenia. Żebym powiedział wczoraj, toby mnie
pożyczyła. Szkoda, że nie utrąciłeś wczoraj tego szydełka.

- Widziałeś, że utrąciłem?! - skoczył Marcin. - Samo się
utrąciło! Samo spadło i utrąciło się!

Zabrzęczał dzwonek. Marcin się przestraszył.

- To Wacek! Piotrucha! Ani słowa!

- Nie Wacek, tylko Wiśniewski - Piotruś sżedł spokojnie do
drzwi. - Barbara powiedziała, że już dawno do mnie wyszedł.

Tak było. Marcin z większą niż zwykle uwagą przyjrzał się
przyjacielowi Piotruchy. Chłopak robił dobre wrażenie, spryt
wyglądał mu z oczu. Zaraz też, wprowadzony przez Piotrusia w
sedno sprawy, zgłosił gotowość do pomocy.

- Wiem, gdzie jest nasze szydełko. To niedaleko. Pójdę i
gwizdnę. Nie pali się. Gośka może poczekać. A Marcinowi...

- 55 -

- Obejdzie się - przerwał Marcin, któremu wcale się nie
podobała poufałość Wiśniewskiego. - Sam sobie poradzę. Słuchaj,
Piotrucha! Włączę wam telewizor i bawcie się tutaj. Tylko nie
zmajstrujcie czegoś - dodał. - Od telewizora na trzy kroki, nie
bliżej! A ja skoczę do Kostka. Piotrunia, jak Wacek wróci,
pamiętaj:, grób, mogiła. I tobie - zwrócił się do Wiśniewskiego -
niech się nic nie wyrwie, bo jakby coś, to dopiero zobaczylibyście
taką „nadpoziomową chryję", że niech ręka boska!

- On jest strasznie nerwowy - tłumaczył przyjacielowi Piotruś,
zawstydzony brutalną odpowiedzią brata na życzliwą ofertę
Mietka. - Rozumiesz...

- Pewnie, że rozumiem - odpowiedział Mietek - czy nasza
Barbara inna? Nic jej nie można powiedzieć, bo zaraz krzyczy, że
jest sfrustrowana. A ja nie mogę być sfrustrowany. Dlaczego?
Cholerne życie! - obejrzał się na wszelki wypadek, czy nikt nie
słyszy.

- Ja też nie mogę być... tego... - pocieszał kolegę Piotruś. -
Musimy zaczekać. Już niedługo...

Kostek przejął się kłopotem Marcina. Rozumiał go.

- Niechby mnie coś takiego przytrafiło się z szydełA kiem
Alicji, ho! Ale co z tym fantem poradzić? Drobiazg, wydawałoby
się, a gdzie go szukać?

- Wiesz co? Lećmy do Irki Gołąbkówny. Coś mi się
przypomina, że jej ojciec reperował kiedyś szydełko. A może jej
własne niepotrzebne...

Irki nie było w domu. Powiedziała im o tym starsza jej siostra,
Maryla.

- A o co chodzi? - zainteresowała ją wyciągnięta mina
chłopców. - Może wam coś potrzeba, co ja mogłabym załatwić?

- Nie, nie! - zawołał Marcin bojąc się, że Kostek niepotrzebnie
wtajemniczy Marylę w ich sprawy. - Przyjdziemy trochę później.

- 56 -

- Irka nieprędko wróci. Poszła do przyjaciółki, do Ewy.

- Nie ma wyjścia - mówił już na ulicy Kostek. - Idziemy do
Ewy, wiem, gdzie mieszka. Ewa też robiła coś takiego...
szydełkowego. Pamiętasz, Paterek pierwszy zauważył, że było bez
guzików?

- Nie! - Marcin stanął na środku chodnika. - Do Ewy nie pójdę!
Niczego od niej nie potrzebuję!

- Zwariowałeś? Co za różnica - od Irki czy od Ewy. Aby było!

- Kostek... ja wiem... ale rozumiesz, ja... ja jej nie cierpię. No,
nie cierpię! Przecież ona mi zawsze dokuczała... pamiętasz... że
moje uszy...

- Stuknij się! Przecież sam się dziwiłeś, że w tym roku o uszach
- nic. Czego ty od niej chcesz?

- Niczego! Absolutnie niczego!

- No dobrze - Kostek zmienił zdanie. - Poczekaj przed domem.
Ja sam pójdę na górę do Jagodów. Dawaj to szydełko, bo może
mają kilka, to się dobierze!

- Kostek, ale... proszę cię!

- Nie bój się! Będę łgał, że to mnie się coś takiego przytrafiło i
że broń Boże, nie ze strachu, bo moja siostra to anioł, ale właśnie
takiemu aniołowi nie chcę robić przykrości... Nie bój się!

Pomysł udania się do koleżanek okazał się szczęśliwy. Ewa
miała niepotrzebne jej aktualnie szydełko i mogłaby je pożyczyć
Kostkowi na dłuższy nawet czas. Ale wyjście, jakie
zaproponowała Irka, wydało się Kostkowi lepsze.

- Pamiętasz - mówiła Irka - zauważyłeś kiedyś, że moje
szydełko jest krótkie. Było dłuższe i też się ułamało, całe
szczęście, że to nie ja je upuściłam, tylko Maryla. Tatko wziął
pilnik i koniec szydełka przypiłował w haczyk. Leć po swoje,
pójdziemy do tatki.

- 57 -

- Mam ze sobą - Kostek wyciągnął szydełko z kieszeni.
Ewa pożegnała go przypomnieniem, że w razie czego jej
szydełko jest do dyspozycji.
Marcin, zobaczywszy przyjaciela wychodzącego w
towarzystwie, chciał uciec, ale Irka od razu go zauważyła, a
Kostek z daleka wołał:
- Marcin, dobrze, żeś na mnie zaczekał. Jest fajna rada. Tata Irki
zreperuje nasze szydełko.
- Wasze? - zdziwiła się Irka. - Jak to? Wspólne?
- Mojej siostry, to i moje, a więc nasze. - Kostek ma refleks.
- Marcin, czemu nie przyszedłeś na górę? - dopytywała Irka. -
Powtórzylibyśmy przy okazji chemię. Ewa ucieszyłaby się, bo ta
chemia... wiesz...
- Nieee... taaak... wątpię... - nie wie, jak tłumaczyć się Marcin -
właściwie miałem już iść do domu, ale... właściwie ciekawy
byłem, czy coś wymyślicie, bo... właściwie... sprawa wydaje się
beznadziejna...
- Właściwie... właściwie... - przedrzeźniała Irka - a myślałeś
niewłaściwie. Ewa od razu chciała pożyczyć swoje szydełko.
- Pożyczenie sprawy nie załatwiłoby.
- Skąd wiesz?
- Nie znasz Alicji. Prawda, Kostek? Siostra urządzałaby ci
głębokie wiercenie przy każdej okazji. Nie?

Ojciec Irki przypiłował szydełko zręcznie i szybko, choć zdziwił
się w pierwszej chwili: chłopcy i szydełko? Trzeba się było
wyłgiwać po raz drugi. Irka powtarzała na odchodnym:

- 58 -

- Marcin, Kostek, pamiętajcie: dziewczyny zawsze we
wszystkim potrafią pomóc.

- Dlaczego ona powiedziała najpierw „Marcin" -. zastanawiał
się Kostek. - Czyżby się czegoś domyślała?

- Przypadek. Ale miałeś dobry pomysł.
- No widzisz. Irka jest fajna, nie?
- Uhm. - „Mama nawet nie pozna" - myśli o swoim Marcin.
- Piotrek nie wypaple?
- Zapowiem. Nie wypaple.

Na biologii Marcin zwrócił się do pani Śmiątkiewicz z
zapytaniem, czy słyszała o tych holenderskich pająkach, które
potrafiły w kilka godzin zasnuć pajęczyną całą szkołę tak, że
trzeba było przerwać lekcje.

Nie, pani Śmiątkiewicz nie słyszała o takich pająkach,
dopytywała, skąd Marcin zaczerpnął o nich wiadomości, a kiedy
wymienił wczorajszy „Express", powiedziała, że to może tak
zwana „kaczka dziennikarska".

Czy „kaczka dziennikarska" miała coś wspólnego z biologią?
Niewiele.

A jednak co chwilę ktoś wstawał i przypominał nowinę
wyczytaną w prasie, a dotyczącą na przykład potwora morskiego z
Long Beach, którego nie można złapać, albo ośmiornicy o
czterometrowym rozmiarze, albo wyłowionego ostatnio
dwudziestopięciokilogramowego szczupaka.

- 59 -

- 60 -

Były także wzmianki o największym zającu i o najstarszym
dębie (5,5 m obwodu). Pani Śmiątkiewicz wszystkiego cierpliwie
słuchała, wyjaśniała i ani się spostrzegła, że jedna trzecia lekcji
już minęła.

Ale Ewa Jagodzianka odwróciła się w stronę Irki i syknęła tak,
żeby Marcin słyszał:

- Kawał z. brodą! Lekcji nie umieją i nauczycielkę kołują.

Marcin wzruszył ramionami. Czy to jego miała na myśli?
Trafiła jak kulą w płot, bo właśnie o tasiemcu wiedział wszystko i
w zeszycie rysunek tasiemca wyjątkowo mu się udał. Może go
nauczycielka zapyta? Niestety, odpowiadali inni.

- Czy to do mnie było o tym kołowaniu? - obcesowo zapytał
Ewę po lekcji.

- Nie, broń Boże - ironizowała nie patrząc na niego - tylko do
tych, co ni z tego, ni z owego zaczynają o pająkach...

- Żadne ni z tego, ni z owego, bo na przerwie zobaczyłem
pająka na oknie w korytarzu i pomyślałem sobie-...

- Gdzie? - spytała zaniepokojona Ewa. - Trzeba panu Rybce
zaraz powiedzieć. Brrr! Ja się tak brzydzę pająków! W ogóle
różne takie drobne, łażące

- nie wiadomo kiedy mogą wleźć za kołnierz albo w ucho, brr!...

- To podziękuj, bo pająka zlikwidowaliśmy - wtrącił Kostek,
chcąc zwrócić na siebie uwagę Ewy.

- Bardzo niedobrze - odezwała się niespodziewanie .Jaga
Sieczko. - Pająk w południe tó szczęście. Zamordowaliście
szczęście.

- Też coś! - zawołał Kostek. - Wcale nie zamordowaliśmy, tylko
wyrzuciliśmy za okno. Jednym oknem wyrzuciliśmy, a drugim
może wrócić.

- 61 -

- Lepiej nie! A ty, Jaga, wstydziłabyś się wierzyć w takie
przesądy! - oświadczyła Ewa.

- W żadne przesądy nie wierzę, ale naprawdę, jak zobaczyłam
kiedyś pająka rano, to tego samego dnia spotkało mnie coś
takiego... coś takiego... - nagle oczy Jagi napełniły się łzami i
wybiegła z klasy.

Ewa i Irka spojrzały na siebie wymownie. Chłopcy nic nie
rozumieli. Marcin zagapiony na Ewę nie bardzo nawet słyszał, o
czym mówią, ale Kostek, przytomniejszy, narysował kółko na
czole mówiąc:

- Czy nie uważacie, że ta Sieczko jest trochę stuknięta?

- Co ty możesz wiedzieć - obruszyła się Ewa. - Dziecko jesteś i
na wielu rzeczach się jeszcze nie rozumiesz. No i czego mi się tak
przyglądasz? Dawno mnie nie widziałeś?

Speszony, ale i dotknięty lekceważącym tonem, odciął się:

- Nie to, tylko ile razy na ciebie patrzę, to mi się przypomina
Urszula Sipińska.

- Jestem do niej podobna? - zapytała Ewa łagodniejszym
głosem.

- Odwrotnie.

Zła i nadąsana, Ewa odsunęła się gwałtownie. Marcin chciał coś
Kostkowi powiedzieć, ale podszedł do nich Kazik Piątkowski z
Maksiem.

- Marcin, wiesz, o tych pająkach to nawet interesujące. Gdzie
one tak zapajęczyły szkołę? Czy był podany dokładny adres?

- Nie pamiętam, poszukajcie w starych „Expressach". A bo co?
Pojechałbyś tam?

- Po co jechać - odpowiedział Paterek - można by napisać, żeby
przysłali parę okazów w pudełku. Masz pojęcie, jakie by to było
wygodne? Na przykład ładna pogoda, człowiek pojechałby na

- 62 -

parę dni za miasto... No i wypuszczasz z pudełka takie pająki, a
one urządzają od razu co najmniej trzy dni wolnego.

- Albo na przykład jakaś klasówka... - marzył głośno
Sobierajski.

- Stuknij się w głowę - odpowiedział Kostek. - W Holandii
mówią po holendersku, a ty nawet po polsku listu byś bez błędów
nie napisał, a po drugie, pająki w przesyłce zdechłyby na pewno.
Nie słyszałeś, ile się ciągle narzeka na pocztę? Podobno sto lat
temu listy szybciej chodziły.

- List napisaliby w ambasadzie holenderskiej, a przesyłkę
mógłby ktoś pociągiem albo samolotem przewieźć - tłumaczył
Paterek - można by to załatwić przez kogoś, kto często jeździ za
granicę. Może Batorowicz zna kogoś takiego...

- Tak, tak, barania głowo - roześmiał się Marcin - i ten ktoś
zaraz by wam przywiózł pudło takich pająków, przez które trzeba
szkołę zamykać, a jakby się rozmnożyły...

- Jeżeli ja jestem barania głowa, to ty z twoimi uszami...

-- Paterek! Umiesz pływać? - zawołał nieoczekiwanie Marcin.

- Umiem... a... dlaczego?

- Spływaj, już cię tu nie ma! - wypychał chłopaków Marcin. -
Klasę trzeba przewietrzyć. Będę przez was mieć dodatkowe
nieprzyjemności. A hodowlę pająków załóż we własnej łepetynie,
bo do czego innego nie bardzo się nadaje.

Słowa Ewy dotknęły Kostka do żywego.

- Wcale nie miałem zamiaru jej się przyglądać - tłumaczył
później kolegom - naprawdę, zamyśliłem się po prostu o tych
pająkach.

- Na drugi raz zamyślaj się uważniej - radził Basiński.

- Ale widzicie sami, że Ewka zrobiła się zarozumiała do
niemożliwości - ciągnął Kostek. - „Dzieci jesteście!" A ona niby

- 63 -

taka dorosła! Jak zechcę, to nałapię pająków i puszczę jej na
ławkę od samego rana. Niech się przejmie, jak ta głupia Sieczko.
Słyszałeś? Nie odzywa się, nie odzywa, aż tu raptem, jak coś
powie! Wszystkie dziewczyny są stuknięte, Marcin, prawda?

Marcin nie przytaknął. Może nie słyszał pytania, a może
uważał, że nie wszystkie?...

Za to Sobierajski spojrzał uważnie na Kostka i powiedział:

- To jest myśl. Kostek, wiesz? Ty masz łeb nie od parady!
Przestraszy się, mur-marmur. I nie ona jedna!

Kostek marzył o posiadaniu własnego psa. Ile razy na ulicy
mijał kogoś prowadzącego na smyczy psa, przystawał i
obserwował, a kiedy pies ze swoim panem czy panią oddalał się,
patrzył za nimi z żalem i zazdrością. I chyba psy wyczuwały tę
jego sympatię, bo też zatrzymywały się i obracały w jego stronę.

Tego wieczoru Alicja siedziała ze swoim Sewerem w dużym
pokoju. Nie oglądali telewizji, tylko, pochyleni nad planem
mieszkania, które młody doktor miał dostać lada dzień,
„ustawiali" meble. Część mebli zakupią, Alicja też weźmie swoje
z pokoju, ale rozstawić je w M-2, żeby było i wygodnie, i ładnie,
to niełatwe zadanie. Wycierała gumką propozycje narzeczonego,
ten niby się godził, powtarzał potulnie: „Zrobisz, jak chcesz
Aluniu", ale korzystał z byle okazji, by wymazać z kolei
koncepcje narzeczonej i upierał się przy swoich.

- Kostuś, postaw wodę na herbatę - poprosiła Alicja. Zawsze,
kiedy od niego czegoś chciała, potrafiła odzywać się tak słodko.

Kostek poszedł do kuchni i wtedy w przedpokoju zauważył
leżący pod lustrem list. List był do mamy, z Wydziału
Finansowego. Nie zalepiony. Pewno jakieś zawiadomienie.
Kostek wyjął ze środka zadrukowaną kartkę, na której pod

- 64 -

urzędową pieczątką wzywano do zapłacenia podatku za psa. Za
psa?!!!

Kostkowi zrobiło się gorąco. A więc jest pies! Pewnie mama
skorzystała z jakiejś okazji, aby mu zrobić prezent na urodziny,
które wypadają wkrótce. I pewnie psa zostawiła tymczasem u
dawnych właścicieli, bo to - niespodzianka! Kochana mama!
Jednak dała się przekonać! No tak, za parę tygodni Alicja
wyprowadzi się na pewno! A ile to razy Kostek słyszał, jak mama
mówiła pół do siebie, pół do niego: „Pusto się tu zrobi bez Alicji,
pusto..." Z psem naturalnie brak Alicji nie będzie dla mamy taki
przykry, a cóż dopiero dla Kostka! Skoro mama chce, żeby to
było w sekrecie, a chyba tak chce, jeżeli do tej pory nie
wspomniała o psie ani słowem, proszę bardzo, Kostek się temu
podporządkuje.

Wsuwa kartkę do koperty i kładzie ją dokładnie w tym samym
miejscu. W samą porę, bo właśnie Alicja wychodzi z pokoju i
pyta:

- Kostuś, co z tą herbatą?
- Normalnie, woda się gotuje i trzeba zaparzyć.
Alicja już otwiera usta, żeby wymienić dalszy ciąg poleceń
związanych z przygotowaniem kolacji, ale Kostek ją wyprzedza:
- Na jutro mam tyle zadane... Pomożesz mi?
- Ja? Czy ja mam na to czas? Chyba widzisz, jak jestem zajęta!
- Marcinowi zawsze pomaga jego starszy brat... - próbuje
skarżyć się Kostek, ale nie kontynuuje tej kwestii, bo cel jest
osiągnięty: Alicja z widoczną niechęcią zagląda do kredensu i
szafki, namyślając się, z czego zrobić kanapki do herbaty.

- 65 -

- 66 -

Z przedpokoju dobiega chrobot klucza w zamku: wraca mama.
Oboje się ucieszyli, chociaż każde z innych powodów. Alicja
będzie mogła wrócić do ustawiania mebli na papierze, a Kostek
rzuca się mamie na szyję, szczęśliwy, że taka dobra, że jednak...
ale oczywiście bez słowa.

Musi jednak podzielić się z kimś swoją radością, musi! Nie
wytrzyma!

- Mamusia! Ja tylko na chwilkę skoczę do Marcina, żeby mu
coś powiedzieć... Za pięć minut wracam!

- Co? Po co? - pytała pani Przegoniowa oszołomiona tym
niczym nie usprawiedliwionym wybuchem uczuć, ale pytała na
próżno. Kostek był już na parterze.

- Cóż to za chłopak! - gderała mama. - Leci, pędzi, woła coś od
rzeczy, zupełnie jakby kręćka dostał!

- Wszystkie, wszystkie dzieci teraz takie, proszę pani - wyszedł
przywitać mamę narzeczonej Sewer. - Nerwowe, nieopanowane,
niecierpliwe. Jako lekarz szkolny ciągle mam z tym do czynienia.
A zresztą, czy to dorośli dzisiaj są inni? Na przykład... - spojrzał
w stronę pokoju, gdzie już była Alicja, ale nie dokończył, machnął
ręką i wrócił do niej.

A Kostek gnał, ile sił w nogach. Szczęście, że miał niedaleko.
Zadzwonił jak na alarm. Otworzył mu Marcin, ale w przedpokoju
znalazł się zaraz i Piotrek i Wacek, i nawet zaniepokojona pani
Bigoszewska stanęła w progu.

- Pies! Jest pies! - ledwo wykrztusił Kostek.

- Co? Gdzie? Jaki pies?

- U nas. No... niezupełnie jeszcze u nas, ale nasz. To znaczy...
mój! Trzeba za niego zapłacić siedemdziesiąt pięć złotych
podatku!

- 67 -

- Chcesz, żeby ci pożyczyć? Zaraz, zaraz ci dam - zakrzątnęła
się pani Bigoszewska.

- Nie, nie, dziękuję! Ja tylko chciałem o tym powiedzieć
Marcinowi.

- Jaki ten pies? Jak się nazywa? Szczeniak? Duży? - dopytywali
chłopcy.

- Nie wiem. Jeszcze go nie widziałem. Bo to ma być
niespodzianka... - dyszał Kostek. - Bardzo chciałem zawsze mieć
psa! Marcin, muszę wracać, bo kolacja. Możesz ze mną, na
chwilę?

Mama spojrzała na Wacka, porozumieli się oczami. Było późno,
ale... i wydarzenie było niezwykłe.

- Idź, Marcinku, odprowadź Kostka. Tylko zaraz wracaj.
Kiedy wyszli, mama chwilę uśmiechała się nad robotą, wreszcie
powiedziała:
- Przyjaźń tak właśnie wygląda: człowiek chce się dzielić każdą
radością. Podoba mi się ten Kostek. Trzeba przyznać, że zmienił
się bardzo na korzyść.
- Ja też mam przyjaciela - oświadczył Piotruś. - Wiśniewski się
nazywa.
- Wiśniewski? Ten, co ci wczoraj nabił guza?! - pytała mama.
- Ten sam. Ja mu nabiłem dzisiaj, i też niechcący. Jeden na
jeden. Remis, mamusia wie?

Kiedy Kostek wszedł do mieszkania, herbata już była na stole.
Zaczął pić z apetytem. Mówiła mama:

- ... i od rana byłam jakaś nieswoja. Bo jak się śni pieczywo albo
ciasto, to zawsze - nieprzyjemność. Ale...

- 68 -

- Mamusiu, kto dziś wierzy w sny! - krzywiła się Alicja
obawiając się kpin narzeczonego, ale ten milczał taktownie.

- Śniła mi się piekarnia pełna bochenków chleba. I takie były
świeże, pachnące. „Oho - pomyślałam sobie - będzie jakaś
nieprzyjemność". No i macie!

- A co mamusiu? - zapytał Kostek.

- Przysłali pismo, żeby zapłacić za jakiegoś psa. Całe
siedemdziesiąt pięć złotych! Podatek. Za jakiego psa? Przecież nie
mamy i nigdy nie mieliśmy żadnego psa. Więc za co mam płacić?

Kostek zbladł. Przed chwilą na szczęście postawił szklankę z
herbatą na spodku, bo chybaby mu wypadła z ręki. Zmartwiał po
prostu. Chwała Bogu, że mama i Alicja patrzyły w stronę Sewera,
który uspokajał mamę:

- Zwykłe nieporozumienie, proszę się nie niepokoić. Po prostu
omyłka. Wezmę to pismo i zaraz jutro wyjaśnię, bo mam dyżur w
lecznicy w tamtej stronie.

- Nieporozumienie? - zastanawiała się mama. - Pewno, że
nieporozumienie, bo przecież psa nie mam. Ale skąd wzięli moje
nazwisko? I adres? A może to jakiś głupi żart? Kostek, nic o tej
sprawie nie wiesz?

Kostek nie mógł wydobyć słowa z gardła. Zaprzeczył w
milczeniu głową, wziął kanapkę z kiełbasą w rękę, ukąsił, gryzł,
gryzł, nie mógł przełknąć.

- Co ci jest? - zaniepokoiła się mama. - Czyś ty czasem nie
chory? Patrz, jest chrzan, przecież lubisz z chrzanem, co? Jeszcze
tylko trzeba, żeby mi się dziecko rozchorowało! Połóż się, Kostuś,
zaraz ci pościelę.

Narzeczony pożegnał się, Alicja z mamą przeszły do kuchni.
Alicja się skarży, że Sewer taki uparty i że dla niego
najważniejsze są półki z książkami, a przecież potrzebny jest i
jakiś kredens, choćby niewielki...

- 69 -

Kostek słyszy, o czym mówią, ale nic nie rozumie.
Przypomina mu się dzisiejsza lekcja pplskiego: zwroty
retoryczne. Wymieniano różne, między innymi i taki: „spaść z
nieba na ziemię". To właśnie pasuje do niego. Tak się cieszył! A
teraz tak mu żal, że cieszył się na próżno...

W sny nie trzeba wierzyć. Tak. A jednak, ile było kłopotów i
nieprzyjemności z psem, o którym nikt nie wiedział, jakiego był
koloru i ile miał lat.

Sewer sprawy nie załatwił. Pani w okienku w Wydziale
Finansowym powiedziała mu grzecznie, ale stanowczo, że za psa
trzeba zapłacić, i koniec.

Następnego dnia mama zwolniła się specjalnie z pracy i
zwróciła się wprost do kierowniczki działu. I tam nie przyjęto
reklamacji. Zażądano zaświadczenia od dozorcy.

Dozorca dał zaświadczenie dopiero w środę, bo był „na
chorobie".

W środę Kostek zaniósł zaświadczenie od dozorcy. Jednak pani
w pokoju nr 510 uznała je za nieważne.

- Każdy sam sobie może takie zaświadczenie wypisać -
powiedziała opryskliwie zwracając papierek Kostkowi. - Tu
powinna być pieczątka administracji, że podpis jest prawdziwy.

Administracja poświadczyła stwierdzenie i podpis dozorcy. Z
tym dokumentem poszła znowu mama. Ale „pani 510", bo tak ją
już dla skrótu nazwano, powiedziała znowu, że taki papier
niczego nie dowodzi, że są ludzie, którzy trzymają psy i tylko
myślą, jak by się uchylić od płacenia podatku, którzy gotowi są na
zawołanie Bóg wie co zaświadczyć.

- 70 -

Pani Przegoniowa wyszła na korytarz i usiadła tam na ławce
zupełnie załamana.

- Już mi nawet nie chodziło o te pieniądze - opowiadała potem -
tylko myślałam, że zaraz zwariuję. Całe szczęście, że z tego
pokoju wyszła za mną na korytarz jakaś urzędniczka i poradziła,
żeby przynieść zaświadczenie wprost od administracji domu, a nie
od dozorcy, i że to dopiero będzie dla Wydziału Finansowego
dokument.

Do administracji poszła tym razem Alicja, bo mamie „odezwały
się" kamienie żółciowe i musiała leżeć w łóżku. Więc Alicja
zwolniła się z pracy i przyniosła zaświadczenie z ADM. Z tym
zaświadczeniem znowu poszedł Kostek. Poszli razem z
Marcinem. I nic nie wskórali.

- Trzeba zapłacić - powiedziała pani 510 - albo napisać
reklamację. Podatek to rzecz święta, obywatelski obowiązek. Nie
wiecie? Chyba was tego uczą w szkole?

Rzeczywiście, akurat w tych dniach na lekcji wychowania
obywatelskiego pan Kwaśnica mówił o działalności rad
narodowych, których zadaniem jest „organizowanie i czuwanie
nad ładem społeczności".

- Proszę pana - zwrócił się do nauczyciela Marcin - czy ja mogę
coś powiedzieć o radzie i ładzie, ale nie tak z książki, tylko z
życia?

- Proszę bardzo - ucieszył się nauczyciel - najlepiej wszystko
zrozumiecie, jeżeli teoria będzie poparta przykładem z życia.

Marcin opowiedział o psie, którego nikt na oczy nie widział, ale
za którego trzeba zapłacić podatek.

Klasa wiedziała od Kostka i Marcina o perypetiach z tym
dziwnym psem, codziennie przecież zapytywano o dalszy
przebieg sprawy. Wszyscy patrzyli teraz na nauczyciela. Co
powie? To go chyba postawi w trudnej sytuacji?

- 71 -

Pan Kwaśnica słuchał uważnie, tym bardziej, że zdziwiony był
zainteresowaniem całej klasy. Co chwila ktoś podpowiadał
Marcinowi jakiś barwny szczegół.

- A dlaczego o tym mówisz ty, Bigoszewski, a nie Kostek?
- Bo Bigos lepiej opowiada! - rzucił Basiński.
- O tak! - wydęła ironicznie usta Ewa Jagodzianka. - Opowiadać
i odgrywać to on potrafi!
- Jak to: odgrywać? - zaniepokoił się pan Kwaśnica. - Czy to, co
opowiedział, nie wydarzyło się naprawdę? Czy to jakaś wasza
nowa, jak wy to mówicie, zgrywa? Przegoń, jak to w końcu było?
Normalnie, proszę pana - wstał Przegoń - wszystko tak, jak
Marcin opowiada.
- Trzeba by tu użyć słowa „nienormalnie" - sprzeciwił się
nauczyciel. - Oczywiście sprawa musi być wyjaśniona.
- Już dwa tygodnie się wyjaśnia! - mruknął Marcin.
- Ja, proszę pana, mówię w domu, że najlepiej kupić psa, wtedy
nie będzie żalu o ten podatek, nie? - oświadczył Kostek patrząc z
nadzieją w oczach na pana Kwaśnicę.
- Nie, to nie byłoby załatwienie sprawy.
- Ale, proszę pana, co by pan w takim wypadku zrobił? -
dopytywała Irka Gołąbkówna, która naprawdę współczuła
Kostkowi.
- Ja? - zastanowił się nauczyciel. - Poszedłbym chyba do
zwierzchnika tej pani.
- A jak on też by powiedział, że „podatek - rzecz święta"?
- No, nie przesadzajmy. Przecież nie myślicie, że wszyscy
urzędnicy są tacy... tacy...
- Głupia ta urzędniczka - rzucił Basiński.

- 72 -

- Mój tatuś też pracuje w urzędzie, a nie postąpiłby w ten
sposób, na pewno - powiedziała Hela Obarska.

- I mój! I mój! I moja mama też! - odezwały się głosy.
- Nie wątpię - oświadczył nauczyciel. - A przytoczony przykład
pomógł wam zrozumieć, ile zależy od tego, jak człowiek
wykonuje swoją pracę. Dobry urzędnik - zły urzędnik. Dobry
fachowiec - zły fachowiec, i tak dalej...
- Można by o tym napisać do „Szpilek", prawda, proszę pana? -
zapytał Nowak.
- Można by, ale... brrr! Nie życzę tego tej... no, powiedzmy...
niewykwalifikowanej urzędniczce.

A jednak sprawa trafiła do prasy. Narzeczony Alicji, wściekły,
że nie można wyjaśnić sprawy nie istniejącego psa, napisał do
gazety. Pani Przegoniowa otrzymała list od samego dyrektora z
przeprosinami. Nareszcie była uspokojona i usatysfakcjo-nowana.
A pani 510 na pewno miała się z pyszna.

Kostek żałował, że nie wzięto pod uwagę jego propozycji.
Gotów był nawet pokryć podatek częścią swojej tygodniówki. Nic
z tego.

Los chciał mu powetować rozczarowania chociażby namiastką.
Do sąsiadów przyjechała na parę tygodni babcia z psem! Była
pogodna, miła, a pies - po prostu... według Kostka to nie był
zwyczajny pies, to był ósmy cud świata! Kostek zaprzyjaźnił się z
nim zaraz przy pierwszym spotkaniu, kiedy w niedzielę rano
babcia, pani Kwiatkowska, wyprowadzała psa na spacer, a Kostek
w tym samym czasie wyszedł na klatkę schodową. Panią
Kwiatkowską już znał (wczoraj zostawiła u nich pieniądze dla
inkasenta, bo w tym właśnie czasie musiała być w lecznicy), więc

- 73 -

ukłonił się, ale właściwie ukłon wypadł jakby dla psa, bo nie mógł
od niego, oczu oderwać.

- Jak on się nazywa, proszę pani?

- Bursztyn. Ładnie, prawda? Bo taki brązowy i lśniący jak
prawdziwy bursztyn. A jaki mądry! Bursztyńciu, powiedz „dzień
dobry", podaj łapę...

„Bursztyńcio" spojrzał uważnie na swoją panią, podał jej prawą
przednią łapkę i wydał kilka dźwięków, które widocznie w psim
języku były pozdrowieniem.

Nie wiadomo, jak i kiedy smycz z rąk pani Kwiatkowskiej
przeszła w ręce Kostka... no i tak się zaczęło!

Kostek sam zaproponował, że po przyjściu ze szkoły będzie
wyprowadzać Bursztyna, Bursztyńcia, Burszty- nulka, i jak tam
go jeszcze nie nazywano - na spacer. Bursztyn czekał na niego
pod swoimi drzwiami, czuł, kiedy Kostek wraca ze szkoły, i
piszczał radośnie, jakby chciał przypomnieć, że zaraz należy mu
się wychodne. Kostek nigdy dotąd nie wracał tak szybko i tak
punktualnie po szkole do domu.

Aż pewnego słonecznego jesiennego popołudnia spacerując po
ulicy z Bursztynem - a wyglądało to, jakby nie Kostek - psa, ale
jego prowadził Bursztyn, tak go ciągnął przed siebie na
wyprężonej smyczy - zobaczył idącą naprzeciw panią 510.
Speszył się mocno, bo nie wiedział, czy powinien się jej ukłonić,
czy nie. Był co prawda u niej dwa razy w biurze, raz z Marcinem,
ale czy go zapamiętała?

Zapamiętała. Widocznie miała po temu powody, albo po prostu
dobrą pamięć wzrokową, bo nagle przystanęła i zasyczała:

- A więc jednak ma się psa! Tylko podatku się nie chce płacić!...

Kostek zmartwiał i zatrzymał się jak wryty. Mowę mu odjęło.
Całe szczęście, że na krótko.

- 74 -

- To nie nasz pies. A podatek zapłacony, jest przecież przy
obroży blaszka! O, proszę: widzi pani?

Urzędniczka z wściekłą miną oddalała się szybkim krokiem.
Bursztyn warknął i pociągnął Kostka w odwrotnym kierunku.

Pan Jurek, kierownik z obozu, nie dawał znaku życia. Przecież
obiecywał napisać do Oli, umawiał się, że zaraz po jego powrocie
do Warszawy pójdą razem do teatru, a tymczasem nie odzywał się
ani słowem.

Ola codziennie, wracając ze szkoły, ledwo otworzyła drzwi,
jeszcze w paltku, jeszcze z książkami w ręku, wołała:

- Babciu, nie było do mnie żadnego listu?

I codziennie otrzymywała tę samą przeczącą odpowiedź.
Babcia, której w czasie powrotu Oli z wakacji nie było w domu,
bo pojechała na kilka dni na wieś, nie widziała pana Jurka, ale
chyba usłyszała o nim wszystko, co trzeba, a raczej nie trzeba, od
mamy, domyślała się, jakiego to listu oczekuje Ola, nie wyrażała
jednak swojego na ten temat zdania i z całą cierpliwością
udzielała codziennie tej samej informacji: nie ma. O, babcia była
zupełnie inna niż mama. Przy mamie Ola nie odważyłaby się
pytać o list. Mama zapytałaby zaraz, co to za list, od kogo, po co,
a gdyby przyszedł przy mamie, Ola musiałaby powiedzieć, o
czym do niej pisano, a może nawet przeczytać. Babcia była inna.
Nie pytała o nic, ale kiedy przez dwa tygodnie listu nie było, a Ola
stawała się coraz smutniejsza, powiedziała:

- Daj sobie spokój, dziecko. Mało to innych chłopców na
świecie?

Ola popłakała sobie wtedy obficie, ale chyba jej ulżyło, i nawet
trochę odeszło.

Wkrótce potem zwierzyła się ze wszystkiego przyjaciółce,
Julitce, która właśnie wpadła do Jagodów. Pytała ją nawet o radę,
co, jak Ewa zdążyła zaobserwować, bywało wtedy, kiedy

- 75 -

„prawdziwa miłość" zbliżała się szybkimi krokami do końca.
Jakaż ta Ola była kochliwa! Pan Jurek był już przecież czwartym
„prawdziwym uczuciem".

Zapytana o zdanie Julitka nie kazała się długo prosić.

Rezolutna i energiczna, uchodziła wśród koleżanek za
dziewczynę, która zawsze wie, co trzeba w danej chwili zrobić,
potrafiła bezapelacyjnie wskazać przyczynę i wyjście z sytuacji.

- Bo ty, Ola, nie masz inicjatywy - zawyrokowała i teraz
stanowczo. I nie zniżając nawet głosu do szeptu, co siedzącej w
pokoju obok Ewie bardzo odpowiadało, dodała: - Czekasz,
czekasz i może jeszcze, kto cię tam wie, w nocy nie śpisz, tylko
popłakujesz w poduszkę. To było dobre za czasów prababci.
Teraz każda dziewczyna musi być nowoczesna i postępować z
duchem czasu.

- Julitko, na pewno jesteś bardziej nowoczesna niż ja -
przyznawała zgnębiona Ola. - Powiedz, co zrobiłabyś na moim
miejscu?

- Napisałabym sama. List niedługi, nie zanadto słodki, ale
jednak przyjacielski i, najważniejsze, wymagający odpowiedzi.
Napisz.

- Po pierwsze, nie mam adresu, po drugie...

- To pierwsze najzupełniej wystarczy - przerwała Julitka - i
jeszcze raz dowodzi, że nie jesteś nowoczesną dziewczyną.
Nowoczesna dziewczyna wie, gdzie mieszka chłopak, co miał
szczęście wpaść jej w oko. Ja nauczyłam się tego dobre parę lat
temu, kiedy byłam chyba w klasie szóstej. Na zimowisku podobał
mi się jeden chłopiec, ach, żebyś wiedziała jak on pięknie jeździł
na łyżwach, a jaki miał sweter! Ja mu się też podobałam i trzeba
nas było prawie siłą ściągać ze ślizgawki, tak nam się świetnie
jeździło. Ostatniego dnia przysięgliśmy sobie pisać do siebie co

- 76 -

drugi dzień. On chciał co dzień, ale ja od razu wiedziałam, że co
dzień nie da rady, no bo sama rozumiesz...

- No i co? - dopytywała Ola, a Ewa, odrabiająca niby lekcje,
siedziała zamieniona w słuch. Na szczęście Julitka opowiadała
dość głośno:

- No i dopiero w autobusie, w drodze, przypomniałam sobie, że
nie wzięłam jego adresu. On mnie o mój adres też nie zapytał,
wiedziałam tylko, że przyjechał z Piotrkowa. Szukaj wiatru w
polu!... Ach, jaka byłam wtedy wściekła! Nigdy już takiego
partnera na ślizgawce nie spotkałam. W ogóle chłopak był równy,
trochę nieśmiały, ale i dowcipny, i niegłupi. Ale przepadł -
kamień w wodę. To mi się zdarzyło tylko raz. Potem już nabrałam
rozumu i nigdy o adresie nie zapomniałam. I jeżeli mi na kimś
zależało...

- Ale co ja mam teraz zrobić?

- Nic. Moim zdaniem, masz to z głowy. Następnym razem
uważaj.

- A może on jeszcze napisze?

- Wątpię. Z chłopakiem to albo od razu się wklepie na amen,
albo od razu mu przejdzie.

- Taaak - westchnęła Ola - ty jesteś mądra, zawsze koło ciebie
kręci się tylu chłopców...

- Koło ciebie może się kręcić jeszcze więcej. Tylko wykaż
trochę inicjatywy. Chcesz poderwać chłopaka, to przyjrzyj się
najpierw, czym on się interesuje...

W tym miejscu Ola podeszła do nie domkniętych drzwi,
spojrzała podejrzliwie na Ewę i powiedziała profilaktycznie:

- Ewa, nie rozwieszaj uszu!

- Ja? Coś ty! - oburzyła się Ewa. - Co mnie obchodzi wasze
gadanie! Mam tyle zadane!

- 77 -

Ola nie dosłuchała nawet do końca, tylko szczelnie zamknęła
drzwi. W tak ciekawym miejscu rozmowy! Czy można było
wytrzymać? Ewa już się podniosła...

Ale jak pech to pech. Właśnie weszła do pokoju babcia i przez
kilka chwil szukała czegoś w szufladzie komódki.

A kiedy wyszła i Ewa na palcach cichutko podbiegła do drzwi,
zdążyła jeszcze usłyszeć Julitkę:

- ... nie znoszę tępaków. Nie ma nic gorszego niż tępy chłopak.
Spławiam go z orbity z przyspieszoną szybkością. Inteligencja u
mężczyzny najważniejsza. Dla takiego warto zrobić wszystko,
żeby mu się podobać. A ten Jurek jaki był?

- Bo ja wiem... - zawahała się Ola. - Podobał mi się, ale... bo ja
wiem...

- No to masz go z gło...

Znowu weszła babcia i chociaż Ewa „z przyspieszoną
szybkością" odskoczyła od drzwi, musiała coś zauważyć, bo
obrzuciła Ewę surowym spojrzeniem, a dowiedziawszy się, że
przygotowuje historię, poleciła zabrać książkę do kuchni, gdzie
smażyła powidła, i przeczytać zadaną lekcję na głos.

- Niech i ja sobie coś przy okazji przypomnę.

W całym mieszkaniu pachniały śliwkowe powidła. Ewa czytała
i prawie przy każdym akapicie sięgała łyżeczką do napełnionego
przez babcię spodka z powidłami. Zapach znęcił i Olę z
przyjaciółką, bo przyszły do kuchni i wsunęły z wyraźną
przyjemnością po dwie pajdy chleba grubo posmarowane
śliwkową pysznością.

Ewa przyglądała się Julitce. Co w niej jest, że ma takie
powodzenie u chłopców? Zgrabna, czyściutka, włosy
wyszczotkowane, wszystko na niej takie schludne, świeże,
wyprasowane, chociaż tylko wzorzyste pończochy są ciuchowe.
Ola jest o wiele ładniejsza. Ależ Ola wcina! A przy obiedzie

- 78 -

ledwo dziobnęła, nie miała apetytu!... Jasne: pana Jurka ma z
głowy. I myśli o nowym „prawdziwym uczuciu". Ewa też ma o
czym myśleć: chłopak powinien być mądry, a dziewczyna z
inicjatywą. Jutro będzie o czym mówić z Irką! Bomba!

Irka wcale nie była zastrzelona. W ogóle od jakiegoś czasu
przestała słuchać Ewy jak wyroczni, a przecież do tej pory zawsze
to, co powiedziała Ewa, musiało być najważniejsze.

Od kiedyż, uległa do niedawna przyjaciółka, tak się
usamodzielniła? Ewa chciałaby ten moment sprecyzować
dokładnie. Czy nie zaczęło się to od dyżurów w bibliotece
szkolnej?

Tak. Irka w tym roku w ramach pracy społecznej zgłosiła się do
biblioteki. Książki to było jej hobby. Kiedy usłyszała o ciekawej
książce, nie uspokoiła się, aż ją zdobyła i przeczytała. A dla Ewy
biblioteka była zbyt spokojnym miejscem. Okładanie książek w
tak zwany „szary papier", który nie był wcale szary, tylko miał
kolor zabielonej mlekiem kawy, podklejanie naddartych kartek w
„zaczytanych" książkach, ustawianie zwracanych tomów na
półkach i umieszczanie ich dokładnie zgodnie z numeracją. Eeee!
Książki pachniały kurzem, słoik oblepiony klejem wyglądał tak
nieapetycznie!

A Irce, owszem, odpowiadało to. Bez uzgodnienia z Ewą
zgłosiła się do pani Potorejko, która uczyła kiedyś starsze siostry
siedmioklasistek, a teraz, na emeryturze, prowadziła szkolną
bibliotekę za jakieś minimalne wynagrodzenie. Nie o zarobek jej
chodziło, a o książki, które, stara nauczycielka, kochała, i to
przywiązanie do nich chciała przekazać swoim wychowankom.
Irka Gołąbkówna pasowała do tej roboty jak nikt, ale że nie
powiedziała o tym Ewie, najlepszej przyjaciółce, tylko szast,
prast, w tajemnicy, i dopiero po fakcie...?

- 79 -

- W jakiej znowu tajemnicy? - odpowiedziała na pretensje Ewy
Irka. - Przecież wiesz, że ja za książkami przepadam. Pani
Potorejko najlepiej orientuje się, co warto przeczytać, i zawsze mi
doradzi. Ja lubię po prostu przebywać w bibliotece, może będę
kiedyś bibliotekarką?

- W bibliotece! - prychnęła Ewa. - Myślałam, że masz wyższe
aspiracje. Ja chcę studiować.

- Ja też. Jedno drugiemu nie przeszkadza. Na uniwersytecie jest
specjalny wydział, gdzie uczą bibliotekarstwa. Nie wiesz?

Ewa nie wiedziała i znowu była wściekła. Do tej pory to ona
zawsze górowała nad Irką.

Tak, to zaczęło się wtedy.

A teraz, kiedy powtórzyła przyjaciółce rewelacyjne jej zdaniem
zasady podrywania chłopców, ta, zamiast otworzyć usta,
wybałuszyć oczy i w ogóle osłupieć z wrażenia, wzruszyła tylko
ramionami.

- Żadne odkrycie Ameryki! Chłopak, który by mi się podobał,
nie może być głupi. Co to, to nie. I ty kiedyś mówiłaś, że
zakochasz się tylko w takim, który będzie coś mieć w głowie.
Toteż nadziwić się nie mogę, że ci się podoba ten baran
Kosmulski.

- No, wiesz! - obruszyła się Ewa. - Po pierwsze, wcale mi się
tak bardzo nie podoba.

- A chodzisz z nim, umawiasz się...

- Raz czy dwa, to się nie liczy. Po drugie, dlaczego baran! On
mówi, że nauczyciele uwzięli się na niego i że przez to zupełnie
się załamał... Rozumiesz? Kompleks.

- Ale żeby z matki ostatni grosz wyciągnąć na modne ciuchy,
kompleksu nie ma?

- Skąd wiesz? Może przez zazdrość ktoś...

- 80 -

- Wie się to i owo. A ty dajesz się nabierać: „Nauczyciele się
znęcają!" „Zazdrośnicy obmawiają!" Biedaczek! Siły go
opuszczają... ledwie już dyszy na korcie albo na kajaku!

- Kajak ma podobno wspaniały! Obiecał, że mnie przewiezie.
Ale... nie wiem, czy będę miała czas - wycofywała się ostrożnie
Ewa. - Cóż ja na to poradzę, że mu się podobam. Żadna
dziewczyna z jego klasy tak mu się nie podoba. Sam mi to mówił.

- A może to on żadnej się nie podoba? - pokpiwała Irka. -
Wiesz, teraz jest moda na mądrych i utalentowanych.

- Bo wasza Maryla zakochała się w jakimś mądrym, tak? -
rzuciła z drwiną Ewa.

- Nie. Jeszcze nie. Ale przychodzi do nas taki jeden, z jej
koleżanką. Brzydki, choć ma brodę i baki, i włosy do ramion, ale
mnie się nie podoba. Tylko słyszę, że tej koleżance wszystkie
zazdroszczą, Maryli też, bo to podobno genialny intelekt.

- Genialny! No i co z tego, kiedy brzydki. Nie, to nie dla mnie.
Kosmulski za mądry nie jest, to prawda. Ale... - zamyśliła się
Ewa, a po chwili oznajmiła z energią: - Już wiem! Muszę coś
wymyślić i poderwać tego... tego... no, Wojtka Stefanowicza. On
też jest zawsze modnie ubrany. Nie zaprzeczysz, że to przyjemnie
iść z przystojnym i dobrze ubranym chłopcem, co? A do tego
niegłupi i uczy się dobrze. Muszę się dowiedzieć o nim czegoś
więcej... może mamy jakieś wspólne zainteresowania...

- Wątpię - powiedziała ozięble Irka. - On interesuje się sztuką i
fotografią, bo zawsze oprócz lektur bierze w bibliotece jakieś
albumy. Słyszałam, jak prosił panią Potorejko o książkę o
malarzu... wymienił jakieś obce nazwisko, nie pamiętam.
Rozmawiali z panią Potorejko bardzo ciekawie, od razu było
widać, że to inteligentny chłopiec. I oczytany. Zachwycał się tym
malarzem, że taki... taki... aha, już wiem... że tak lubił gorące
kolory.

- 81 -

- Irka, teraz widzę, że w tej bibliotece są różne okazje -
oświadczyła Ewa. - Przecież ty możesz się tam z kimś nawet
umówić...

- Tak - przerwała krótko Irka. - Właśnie dziś umówiłam się z
Kostkiem, że przyjdzie nam pomóc przenosić książki na nowe
regały.

- Ee... z Kostkiem! - zaczęła i nje dokończyła Ewa, bo z bramy
wyszła Ola i zawołała:

- Ewka, babcia doczekać się nie może, kiedy przyjdziesz na
obiad! Przegadacie cały dzień!...

Ta lekcja geografii była wyjątkowo nudna. Pan Tomaszewski od
razu po wejściu do klasy siadł przy stoliku nauczycielskim,
rozłożył gruby notes i patrzył w niego długo i bez słowa. Podniósł
wreszcie oczy, obrzucił klasę roztargnionym spojrzeniem i
powiedział po cichu:

- Tak... - i westchnął.
Klasa przyglądała mu się podejrzliwie. Co miała znaczyć ta
nagła odmiana? Geograf był niepodobny do siebie. Ileż to razy
słyszano w tych ścianach, że do każdej lekcji nie tylko uczniowie
muszą się przygotować, ale wykładowca również, i to tak, aby
żadna minuta nie była zmarnowana. Pan Tomaszewski nazywał to
„dobrą organizacją pracy" i zalecał ją każdemu. A dzisiaj - chyba
już ładne kilka minut upłynęło i... nic. Wreszcie nauczyciel
poruszył się, ujął w rękę policzki i brodę i ścisnął tak mocno, aż
cała twarz pomarszczyła mu się i nabrała dziwacznego wyrazu.
- Pewnie pana zęby bolą - powiedział ze współczuciem Maksio
Paterek. - Może skoczyć do apteczki?

- 82 -

- Co? Dlaczego? - ocknął się nagle geograf. - Zęby? Nie. Nic
podobnego. Dziękuję ci... Co to ja mówiłem? Aha - spojrzał
jeszcze raz w notes. - Rumunia. Rumunia... Proszę, kto chce
podejść do mapy?

Kto chce? Do tej pory na lekcjach geografii nigdy nie padały
takie pytania. Zresztą, dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy
nauczyciele wywoływali do odpowiedzi przeważnie tych, co nie
chcieli.

Zgłosił się Nemek Batorowicz, przynaglony przez Basińskiego,
obawiającego się o własną, słabo raczej przygotowaną, osobę.
Nemek zawsze „śpiewał", ale pan Tomaszewski... nie słuchał.
Widać było po jego utkwionych w parapet okienny oczach, że
głowę ma całkiem czym innym zajętą. Machinalnie postawił
stopień w swoim notesie, przemógł się jakoś, zebrał myśli i
polecił z podręcznika nanieść na kontur Europy większe miasta i
pokolorować granice państw. Basiński odetchnął z ulgą i odzyskał
zachwiany spokój.

Z mapą uporano się szybko. Potem każdy robił, co chciał, aby
tylko po cichu, aby tylko nie przerwać toku myśli nauczyciela,
który z rękami splecionymi do tyłu, z opuszczoną głową chodził
od drzwi do okna, tam i z powrotem, aż do dzwonka. Takiej lekcji
geografii jeszcze nie było!

Zadowolony z tego samego, co i Basior powodu, Marcin
Bigoszewski zdążył pożyczyć od Nemka zeszyt z zadaniami i
ordynarnie je odwalić do swojego. Historii, która miała być dziś
po dużej przerwie, też nie zdążył wczoraj przygotować. Niedziela,
najgorszy dzień na myślenie o lekcjach. Zaraz się weźmie za
historię!

Pospieszne te zajęcia pochłaniały jego uwagę, jednak nie do
tego stopnia, aby nie zauważył dziwnych, niezwykle badawczych
spojrzeń Ireny Gołąbkówny. Kilkakrotnie odwracała się w jego

- 83 -

stronę i zaraz potem nachylała do ucha Ewy Jagodzianki, która
tylko jeden raz obrzuciła Marcina szybkim spojrzeniem i
pogardliwie wzruszyła ramionami.

„Pewnie widziały, jak brałem zeszyt od Nemka. Będą mi teraz
kręcić dziurę w brzuchu. Zgagi, myślą, że każdy ma tyle czasu na
odrabianie lekcji, co one..."

Ale chodziło o coś zupełnie innego.

Po lekcjach, w szatni, Marcin, zajęty naprawianiem zerwanego
uchwytu u torby z książkami, został trochę dłużej. Nie spieszyło
mu się do domu. Skończył z torbą, zarzucił byle jak kurtkę i już
wychodził, kiedy w drzwiach wpadła na niego pędząca ze
schodów Irka Gołąbkówna.

- Och, Marcin! Przepraszam!

- „Przepraszam, przepraszam" - odburknął przedrzeźniając. -
Ale żeś mnie obgadywała przed Ewą!

- Ja? Obgadywałam? Ciebie?

- No, nie udawaj. Na gegrze...

- Ach, Marcin! Jaki ty jesteś niesprawiedliwy! - westchnęła Irka
-trzepocząc długimi ciemnymi rzęsami. - Mówiłam tylko, że jesteś
bardzo podobny do Stasia Tarkowskiego.

- Do Tarkowskiego? - zdziwił się z kolei Marcin. - Z której
klasy?

- Z żadnej - prychnęła Irka. - Z „W pustyni i w puszczy". Chyba
czytałeś?

- Czytałem, ale kiedy to było! Jeszcze chyba w piątej klasie. I
skąd ci się raptem przypomniał ten Tarkowski?

- Będą kręcić film! Nie czytałeś w gazecie? Filmowcy
poszukują aktorów do roli Stasia i Nel. Nel musi mieć jasne długie
włosy. Gdyby Ewa rozpuściła swoje warkocze, to zupełnie... |

- 84 -

- Ewa Jagodzianka i „mała złotowłosa Nel"? - Marcin jednak
coś niecoś pamiętał. - Trafiłaś jak kulą w płot.

- To samo o tobie powiedziała Ewa. Tylko dowcipniej. I...
złośliwiej.

- Na przykład, co? Powiedz! - nalegał Marcin.
- Nie chcę robić plotek. Nie powiem - Irka chwyciła swoją
teczkę i wybiegła z szatni nie przypuszczając nawet, jakiego
ćwieka zabiła Marcinowi w głowę.
Całą drogę do domu myślał o swoim podobieństwie do Stasia
Tarkowskiego i o złośliwości Ewy, którą dobrze byłoby nauczyć
szacunku dla jego osoby.
W domu po obiedzie wziął się do lekcji, ale kiedy przyszedł
starszy brat, nie wytrzymał:
- Wacek, wiesz co? - zaczął tajemniczo.
- No co? Mów prędko, bo mam kupę roboty.
- „Prędko, prędko". Wszystko byś chciał na łeb, na szyję. A to
jest problem...
- Coś ważnego?
- Czytałeś „W pustyni i w puszczy"?
- Dawno. Będą kręcić film.
- Właśnie. Mają szukać w szkołach aktorów do roli Stasia i Nel.
I... jedna dziewczyna powiedziała, że jestem wykapany Staś.
- Ty? - zdziwił się Wacek. - Absolutnie go sobie inaczej
wyobrażałem. Absolutnie.
- Każdy sobie inaczej wyobraża - nie ustępował Marcin -- ale
gdyby taki facet z filmu przyszedł do naszej klasy...
- Daj spokój, chłopie. Masz pojęcie, jakie są dziewczyny? Ta
zakpiła z ciebie, żeby klasa miała ubaw.

- 85 -

- 86 -

- Wcale nie! - zaperzył się Marcin i chciał szczegółowo
wszystko opowiedzieć, ale właśnie zadzwonił telefon i Wacek
skoczył do przedpokoju, jakby się paliło.

Po południu przyszedł Kostek. Razem odrobili matmę i
powtórzyli historię. Marcina swędził język - ciekawe, co Kostek o
tym powie. Zaczął opowiadać.

- Wiem - przerwał mu po kilku słowach Kostek. - Słyszałem na
własne uszy. Sprzeczały się obie w bibliotece: Może mnie nie
widziały za półkami, a może myślały, że nie usłyszę. Jagodzianka
powiedziała, że mógłbyś zagrać w tym filmie Kinga.

- Kinga? - nie mógł sobie w pierwszej chwili przypomnieć
Marcin.

- No, tego słonia, wiesz? To chyba przytyk...

- Wiem - zgrzytnął zębami Marcin. - Do moich uszu. Zgaga! Ja
jej!... Ja ją!...

- E! - machnął lekceważąco ręką Kostek. - Dziewczyny plotą,
byle coś pleść, a ty się tym przejmujesz?

- Ja? Ja bym się przejmował? - wypierał się Marcin. - Tego by
tylko brakowało!

A jednak wyciągnął z półki stary, ojcowski, nie po dzisiejszemu
oprawiony egzemplarz „W pustyni i w puszczy" i niecierpliwie
przerzucał kartki, starannie przykrywając je podręcznikiem przed
niepożądanym okiem.

Myśl o podobieństwie do Stasia Tarkowskiego nie dawała mu
spokoju przez cały wieczór. Już kładł się spać, już, umyty, szedł z
łazienki do łóżka, a jeszcze nie mógł się oprzeć chęci obejrzenia
się po raz dziesiąty w dużym lustrze w przedpokoju. Nie, Irka nie
żartowała. Kiedy czytał „W pustyni", cały czas widział siebie w
roli bohatera, ale wiązało się to raczej z charakterem, postawą i
sposobem bycia niż wyglądem Stasia Tarkowskiego.

- 87 -

Dzielny, odważny, zaradny Staś, o, Marcin w jego sytuacji
zachowałby się podobnie. Na samą myśl o tym podniósł głowę
wyżej i wypiął pierś.

- Marcin! Co się z tobą dzieje? - mama stała od kilku chwil w
drzwiach kuchni. - Ileż ty już razy dzisiaj podziwiałeś się w
lustrze?

- Bo mu powiedzieli, że mógłby zagrać Stasia Tarkowskiego w
tym filmie, co kręcą, wie mamusia... - informował zza pleców
mamy Wacek.

- Wiem. Czytałam w „Expressie". - Mama przyjrzała się
Marcinowi badawczo. - Może nawet i jesteś podobny... ale nigdy
bym na to nie pozwoliła. Ojciec też. I kto ci tak w głowie
przewraca? Mów mi zaraz!

- Koleżanka z klasy - odpowiedział za brata Wacek. - Zakpiła
sobie, a on dał się nabrać.

- Wcale nie kpiła. Mówiła poważnie - bronił się Marcin. - Ja
zresztą wcale bym nie chciał grać. Po co mi to? Ale .patrzyłem,
czy faktycznie mój wygląd... czy jestem choć trochę...

- Wygląd to pestka - oświadczył Wacek. -Talent trzeba mieć.

- Oczywiście, liczy się przede wszystkim talent - godziła się
uspokojona mama. - A ty aktorskiego talentu nie masz. Nigdy
tego u ciebie nie zauważyłam. I dzięki Bogu. Na człowieka masz
wyrosnąć.

Dlaczego mama tak powiedziała? Czy aktorzy to nie ludzie? -
myślał leżąc już w łóżku Marcin, skulony pod za krótką, po
Wacku, kołdrą, rozżalony bezlitosnym wyrokiem mamy. - Skąd to
można wiedzieć, kto do czego ma talent? To się może dopiero w
człowieku rozwinąć. A Wacek drań, nie brat! Zazdrości mu. Na
pewno żadna dziewczyna nie powiedziała o nim, że mógłby grać
w filmie. Talent! Ileż to razy dawniej, kiedy, zmuszony
okolicznościami, musiał mijać się z prawdą, Wacek wołał na cały

- 88 -

głos: „Łże jak z nut! Aktor! Urodzony aktor!" Zapomnieli już o
tym. I Wacek, i mama. „Talentu aktorskiego nie masz!" A jeżeli
mama się myli?...

Wszystko układało się pomyślnie. Ola przed chwilą wyszła do
koleżanki, aby się z nią uczyć. Ewa nie dałaby głowy za tę naukę,
bo widziała, jak siostra dwa razy zmieniała przed lustrem
uczesanie i jak miała starannie „zrobione" oczy.

Ola też korzystała z tego, że mama zaraz po obiedzie położyła
się, aby odespać wczorajszą, zarwaną dyżurem w pogotowiu, noc.

Babcia rozstawiła w kuchni deskę do prasowania i wiadomo
było, że nie odejdzie od żelazka, dopóki wszystkie poszewki,
koperty i obrusy nie będą ułożone równiutko, co do milimetra, w
odpowiednie kostki, żeby się serce radowało „na samo
spojrzenie".

Ewa bez przypominania pozmywała naczynia po obiedzie, z
własnej woli poskładała gazety z kilku dni, a nawet sprawdziła,
czy rozłożysta paproć nie usycha z pragnienia. W pewnej chwili
wydało jej się, że babcia rzuciła w jej stronę badawcze spojrzenie,
ale to było tylko przywidzenie podsunięte przez własny niepokój.

Usiadła przy stole i zmusiła się do odrobienia lekcji. Jutro
matma, nie może sobie pozwolić, żeby pan Szczygieł znowu nad
nią się litował, a ten przebrzydły Marcin ofiarowywał jej
odwalenie. Ohyda!

Ale skupić się nad lekcjami nie było łatwo. Babciny stojący
zegar posuwał swoje wskazówki tak powoli, że co chwila
sprawdzała - może stanął? Ale nie. Cykał jak zwykle, równiutko.

Lekcji nie było wiele, ale chciała stworzyć pozory, że tonie w
nich po uszy. W głowie, podpartej dwoma rękami nad
podręcznikiem, rozważała dwie możliwości: co na siebie włożyć -
brązowy kostiumik z koronkowym kwiatkiem w klapie czy bluzę

- 89 -

w zielone groszki, z długim krawatem, i płaszczyk? Wieczór
może być chłodny, ale lepiej nie przeciągać spaceru do wieczora.
Niech się chłopakowi nie zdaje, że to dla niej aż taka
przyjemność. Wystarczy, że inicjatywa od niej wyszła. Tak, to
ona zaproponowała Wojtkowi wyprawę po bajecznie kolorowe
liście do Łazienek.

Babcia zajrzała do pokoju i zapytała, czy Ewa ma już ochotę na
podwieczorek, lecz teraz właśnie wskazówki posunęły się na tyle,
że nie było czasu do stracenia.

Myślała, że wcale jej się nie chce jeść, ale kiedy babcia
przyniosła szklankę mleka i kawałek ciasta, uwinęła się z tym
błyskawicznie, a odnosząc szklankę i talerzyk do kuchni,
zobaczyła, że jakkolwiek sterta uprasowanej bielizny rośnie,
ulubionego zajęcia starczy babci jeszcze na długo.

Wiedziała, gdzie Ola chowa swoje kredki do oczu. Wyjęła je z
szuflady i chciała zamknąć się w łazience.

Niestety, w tej chwili wysiadła żarówka nad lustrem. Co za
pech! Uchylone do przedpokoju drzwi wpuszczały jednak dość
światła, aby zrobić szybko makijaż. Stwierdziła, że pod
seledynowymi powiekami bardzo zyskały jej szare oczy. Świetnie
to wyglądało przy zielonych groszkach bluzki. Jeszcze tylko
przyczesać włosy i podkreślić brwi, które zawsze wydawały się za
nikłe przy bujności włosów. Gdzież ten ołówek! Ola zawsze
chowa go za pudełkiem talku, na półeczce. Dziś tam go nie ma, za
to w kącie apteczki leży jakiś inny. Byle był dość miękki i
przyciemnił brwi, jak trzeba. O, świetnie! Ewa ma w tym już
niemałą wprawę.

- Babciu! - woła w stronę kuchni otwierając drzwi wyjściowe. -
Skoczę z matmą na godzinkę do Irki. Piekielnie trudne zadania.
Cześć...

- 90 -

Ileż to razy Ewa śmiała się z Heli Obarskiej, a nawet z
serdecznej przyjaciółki Irki, że nie mogą się obejść przy
opowiadaniu bez „ochów" i „achów". A teraz sama z trudem
powstrzymuje się, aby co chwila nie wołać:

- Ach, jak piękne są te klony! Och, co za cudny ten liść! Ach,
jak tu kolorowo!

A jednocześnie myśli sobie o tym wszystkim, co, chociaż takie
banalne, najlepiej wyraża jej doznania. Jaki ten Wojtek
przystojny! I elegancki! I jaki miły! Chociaż, jak zawsze, mało
rozmowny. Może nieśmiały? A może jej towarzystwo tak go
onieśmiela? Ale za to słucha bardzo uważnie. To jest bardzo
przyjemne.

Jutro opowie się wszystko Irce, która na pewno umiera z
ciekawości - wie przecież* że Ewa zdobyła się na inicjatywę i
umówiła się ze Stefanowiczem z ósmej A. Okazja zdarzyła się w
bibliotece. Irka chciała się wtedy wtrącić do rozmowy, już
otwierała usta, ale odwołała ją pani Potorejko, i dobrze się stało,
bo gdyby rozmowa odbyła się we trójkę, to i umówić trzeba
byłoby się razem, a cóż to za randka we troje!

Kto wie nawet, czy Irka, podejmując się pomagania pani
Potorejko, nie miała w tym jakichś swoich ubocznych planów. W
bibliotece spotyka się różnych chłopców. Czasami przychodzą po
książki nawet licealiści, bracia lub siostry uczniów tej szkoły.

Jutro Ewa opowie tylko Irce, no... może jeszcze Heli Obarskiej,
aha, i Czarnej Dorocie, która zawsze tyle opowiada o swoich
sercowych sukcesach u kolegów brata, choć nigdy jej nikt z
żadnym chłopcem nie widział. Zmyśla, wiadomo. A więc tylko im
- i koniec. Niech nie wygląda, że się chce chwalić. O, co to, to nie.
Inne koleżanki się dowiedzą (a dowiedzą się na pewno!) nie od
niej.

- 91 -

Opowie, jak to Wojtek Stefanowicz czekał na nią przy bramie
do Łazienek, a kiedy przyszła, to... widziała, że zrobiła na nim
ogromne wrażenie. Rozumie się: bluzka w zielone grochy i oczy
na zielono. Umie się te rzeczy efektownie stosować. A więc
Wojtek patrzył, patrzył, wzroku wprost od niej nie mógł oderwać
ani słowa z gardła wydobyć. Prawda, znają się ze szkoły, ale czy
to w szkole człowiek ma czas tak patrzeć na siebie, jak na randce?

Wojtek przeważnie milczał, tylko od czasu do czasu patrzył jej
w oczy i czym prędzej oglądał się na boki. Może sprawdzał, czy
inni widzą, z jaką elegancką i ładną dziewczyną idzie? Ale chyba
chciał Ewie coś powiedzieć, bo miał taką minę... już... już
otwierał usta...

- Chodźmy tędy - proponuje boczną, mniej uczęszczaną alejkę.

- Chętnie - godzi się Ewa. Wojtek oczywiście chce jej
powiedzieć... no coś takiego, czego nie mówi się w tłumie. Jest
ciekawa, co też to będzie. Ale czeka cierpliwie. W bocznej alejce
pod stopami miękko szeleszczą kolorowe liście.

- Ach, te liście... - mówi cicho Ewa. - Gdyby one umiały
mówić...

- O, tak - zgadza się szybko Wojtek. - Mogłyby ci powiedzieć,
że... że...

Ewa zamienia się w słuch. Nic z tego. Wojtek podnosi kilka
rudych liści i podaje Ewie, która dołącza je do bukietu. Czy chciał
jej coś przez to powiedzieć? Czy to ma coś znaczyć?

Przysiedli na ławeczce. Z drzewa przed nimi zsunęła się
wiewiórka, stanęła słupkiem, patrzy czarnymi ślepkami. Wojtek
wyciągnął z kieszeni kilka orzeszków i dał Ewie, aby rzuciła
wiewiórce. Ciągle milczał.

Całe szczęście, że ona ma tak zwane „gadanie". Nie zabraknie
jej nigdy tematu. Swoją drogą, człowiek zupełnie inaczej się
czuje, kiedy wie, że ładnie wygląda, że się podoba. Od razu ma

- 92 -

inny nastrój. Można powiedzieć, że wyrastają mu skrzydła u
ramion.

Jednak najdalej posunięta cierpliwość też ma swój koniec.
Niedługo trzeba wracać do domu. Onieśmielenie Wojtka na widok
jej podkreślonej urody i ślicznej bluzki w zielone grochy było
zrozumiałe, ale do czasu.

- No, powiedz coś - niecierpliwi się Ewa - przecież widzę, że
chciałbyś mi coś powiedzieć...

- Owszem... tak... zgadłaś, ale... ale nie wiem, jak ty to
przyjmiesz. Żebyś... nie pomyślała, że... Nie, lepiej nie.

Nigdy nie sądziła, że aż takie na nim może zrobić wrażenie! No
nic, przecież pierwszy raz tak rozmawiają ze sobą. Aż dziwnie, że
nigdy w szkole nie mieli okazji. Na przerwach Wojtka otacza
zwykle rój koleżanek, trajkoczą, aż furczy. On sam mówi mało,
ale za to widać, że uważnie słucha.

- Ach, babciu! - woła Ewa od progu do otwierającej drzwi
babci. - Ach, co za kolorowe drzewa w parku! Jestem zupełnie
odurzona!...

- W parku żeście się uczyły? - babcia ze zdziwieniem patrzy na
liściany bukiet w ręku Ewy. - Matma cię tak odurzyła?

- No... niezupełnie - spostrzegła się Ewa - odurzona jestem...
tego... tlenem. Babcia wie, tlen to teraz najważniejsze. Lekarka w
szkole ciągle nam mówi o tym tlenie. Jestem bardzo, ale to bardzo
niedotleniona. Babcia wie...

Stoi pośrodku kuchni ciepłej od prasowania i od blasku
zachodzącego słońca prześwitującego przez jesienne liście topoli.
Ona sama w tym świetle musi ładnie wyglądać, bo babcia
przygląda się jej jakoś dziwnie, jakby zaskoczona.

- Dziecko... Jak ty wyglądasz!

- 93 -

Ewa nie rozumie. Zielony tusz z powiek starannie starła przed
wejściowymi drzwiami. O co babci chodzi?

Babcia zdjęła wiszące przy oknie lusterko.

- Zobacz sama.

Z lusterka spojrzała na Ewę jakaś... obca twarz. Niby te same
usta, nos, oczy, ale nad tymi oczami, na tym miejscu, gdzie
powinny być brwi - leżały gęste fioletowe krechy!...

Dobrze, że prasowanie było już prawie skończone. Dobrze, że
babcia mogła usiąść z Ewą na kanapce i pozwoliła jej się
wypłakać na swojej piersi. Dobrze, że nikt nie słyszał tego i nie
widział, z jakim trudem schodził zjadliwy anilinowy ołówek.

- Życie jest okrutne! - szlochała Ewa. - Jestem absolutnie
zgubiona! W szkole nie mogę się w ogóle pokazać! - Tu Ewa
przypomniała sobie piękną opowieść, jaką zamierzała rozsnuć
przed koleżankami, i zaszlochała mocniej.

- Nie, ja tego nie przeżyję!

- Przeżyjesz. Nie przesadzaj - uspokajała babcia. - Nie
rozumiem tylko, dlaczego Irka nie powiedziała ci tego od razu.
Przecież rzucało się w oczy.

- O, tak! Rzucało się! Na pewno! - Ewa znowu zapłakała
obficiej. - Ale... ale... to ja już babci wszystko powiem...

- Tragedii tu żadnej nie widzę - oceniała babcia po chwili
sytuację. - A ten Wojtek... naprawdę ci się podoba?

- Babciu! W całej naszej szkole nie ma dziewczyny, której by
się on nie podobał! Gdyby mnie z nim zobaczyła któraś z moich
koleżanek, pękłaby z zazdrości!

- Lepiej, że cię nie zobaczyła.

- O, tak!

- To, że krępował się, jak wynika z twojego opowiadania,
powiedzieć ci o... hm... dziwnym upiększeniu...

- 94 -

- Babciu!...

- ... to tylko dobrze o nim świadczy.

- Ale jutro, jak wszystkim rozpowie...

- Mówisz, że niegadatliwy, chyba będzie dyskretny. Nie martw
się na zapas. Może to dżentelmen.

- Ale co on sobie o mnie pomyśli...

- Potraktuj to z humorem.

- Z humorem! Przeżyłam taką tragedię, taką kompromitację, a
babcia o humorze? Czy babcia nie ma litości?

- Mam, ale na inne okazje. Pomyśl, gdyby to wydarzyło się
którejś z twoich koleżanek...

- Chciałabym! Na przykład Dorocie. Dopiero byłby ubaw!

- A widzisz! Spojrzyj i na siebie z boku: ubaw! Co?

- Tak babcia myśli? Żeby to Dorota, pewnie... Muszę to sobie
ustawić... - Ewa już nie szlocha, zagląda co chwila do lusterka,
zaczerwieniona od tarcia skóra na czole dochodzi do normalnego
stanu. Jeszcze chwila niepokoju:

- Babciu... ale babcia - nikomu?... Ani Oli, ani mamie, ani w
ogóle?

- Nikomu. Aż mi żal, bo to takie... Ale dobrze, nikomu.

Nazajutrz Ewa spotyka w progu szatni Wojtka, który patrzy jej
w oczy jakby z lekką obawą. Nie, nie w oczy, spogląda najpierw
na jej czoło. Szuka śladu?

Ewa oblewa się pąsem. Ale zaraz mężnie wychodzi
niebezpieczeństwu naprzeciw.

- Wojtek! Mówię ci, co to było, jak mnie wczoraj zobaczyła
babcia! Jak mi pokazała lusterko! To był ubaw!...

Oboje wybuchają śmiechem. Nie mogą przestać. Koleżanki
przyglądają się Ewie z nie ukrywaną zazdrością. Wchodzi do

- 95 -

szatni Kosmulski. Nie wie, z czego się śmieje Ewa. I Wojtek taki
ubawiony? Więc pyta z przekąsem:

- Można wiedzieć, co za powód do śmiechu?

- Ewa jest fajna - mówi Wojtek Stefanowicz. - Ma dziewczyna
poczucie humoru! Klasą!

- Phi! - rzuca niezadowolony Kosmulski. - Też mi odkrycie!
Każdy lubi humor. Wczoraj w telejajku była taka naparzanka, że
boki zrywać! Kto nie widział, niech żałuje.

Ewa i Wojtek spoglądają na siebie i znowu wybuchają
śmiechem. Irka już od kilku chwil czeka na Ewę przed szatnią.
Wreszcie idą razem na górę.

- No i co? Jaki ten Stefanowicz? W Łazienkach byłaś? O czym
rozmawialiście? - dopytuje niecierpliwie.

- O niczym. Naprawdę. Powiem ci, tylko, że Kosmulski i
Wojtek Stefanowicz to ziemia i niebo. Tamten pytluje!
Wytrzymać z nim nie można, a ten - milczy, że słowo trudno z
niego wydobyć...

- A tacy rozbawieni byliście przed chwilą...

- Bo mnie się przypomniało, że on wczoraj nawet trzech słów
nie powiedział.

- Może to dobrze? Przecież się mówi, że „milczenie jest
złotem".

- Ale nie w parku na randce. Cały czas ja musiałam za nas oboje
mówić. Aż mnie dzisiaj szczęki bolą. Może on jest i mądry,
owszem, inteligentny na pewno, ale... nic z tego, o czym
mówiłyśmy - westchnęła Ewa. - Widzisz, to nie tak łatwo idzie.
Jeden za głupi, drugi za mądry...

- I nie powiedział ci nic... No... o oczach albo o warkoczach?...
Nie wzdychał znacząco?...

- 96 -

- O oczach nie powiedział ani słowa. A westchnął tylko raz na
samym końcu, kiedyśmy się żegnali, ale nie znacząco, tylko...
Dopiero to dziś zrozumiałam: z ulgą.

Irka kręciła głową bez aprobaty, choć z ukrytym zadowoleniem.
Tak, wczoraj trochę zazdrościła Ewie. Randka z takim
chłopakiem! A dzisiaj dowiedziała się, że nie było czego
zazdrościć: nawet wzdychać jak trzeba nie potrafił...

- Chłopaki, nie ma dla mnie ratunku! - mówił Basiński po
godzinie rosyjskiego. - To trzecia zafasowana dwója, a ojciec
zapowiedział: „Przyniesiesz trzecią - z Agatem do widzenia!"

- Co to za Agat? - pytał Marcin.
- Szczeniak. Nasza Alga oszczeniła się. Cztery szczeniaki są już
sprzedane, piąty został, uprosiłem ojca, że będzie tylko mój,
nazwałem go Agat. Szczeniak jak złoto i mądry jak Salomon, ale
jak ojciec zobaczy tę dwóję...
- Nie szło ci z Bukwą - współczuł Marcin. - Chyba niedługo
siedziałeś wczoraj nad ruskiem?
- A czy mogłem rozedrzeć się na dwoje?- tłumaczył Basior. -
Fajny western szedł w kinie koło nas. Mogłem nie pójść?
- To łgałeś, że ojciec pozwala ci chodzić do kina tylko w
niedzielę? - wtrącił Kostek.
- O ojcu nie łgałem. Ty, Kostek, myślisz, że można żyć samą
prawdą? Absolutna niemożliwość! Więc wczoraj w domu
powiedziałem, że idę do kolegi odrobić ruska. No i... Chłopaki,
ratujcie, bo inaczej nie mam co wracać do domu! Z takim ojcem
trudno wytrzymać, ja wam mówię!...
- Przecież zostanie Alga - pocieszał kolegę Marcin. - Na co ci aż
dwa psy?

- 97 -

- Alga jest domowa, a szczeniak byłby tylko mój. Już się prawie
do niego przyzwyczaiłem. I żebyście wiedzieli, co to za psiak!...
A Bukwa sumienia nie ma. Powinna rozumieć, że są ludzie, co
łatwo uczą się obcego języka... Ty, Nemek, na przykład, przecież
ci idzie jak po maśle. A ja widocznie tych zdolności nie posiadam.

- Może posiadasz, ale mówiłeś, że się nie uczyłeś.

- Jak to się nie uczyłem! - zaperzył się Basiński. - Przecież
poszedłem do kolegi i przeszło dwie godziny...

O raju, prawda, już się wam przyznałem! Ale w domu... Co ja
będę miał! Ojciec zacznie zaraz robić dochodzenie - a u którego
kolegi, a na jakiej ulicy... Może nawet zechce iść sprawdzić... To
do mojego ojca podobne. Wtedy wszystko się wyda i, chłopaki,
będzie twarde lądowanie, mówię wam! Nie idę do domu!

- A jak nie wrócisz do domu, to co? Szczeniak zostanie? -
dopytywał Kostek.

- Na pewno nie zostanie - westchnął Basior. - U ojca słowo:
mur-marmur. Powiedział, że odda szczeniaka zaraz, jak tylko
zobaczy nową dwóję.

- Komu?

- Wszystko jedno komu. Powiedział: pierwszemu lepszemu, kto
będzie chciał. Odda, spokojna głowa. Byle komu odda, a ja nie
chcę. Jakby już musiał iść z domu, to niechby chociaż było
pewne, że w dobre ręce.

- Mówisz ciągle „odda", to znaczy, nie sprzeda? - pytał
rzeczowo Nemek.

- Nie sprzeda, bo ten Agat nazywa się „nieudany": nie jest taki
rasowy, jak te, co już sprzedane. Uszy ma krótkie, a ogon za
długi. Dlatego został. A teraz...

- Basior, słuchaj, ja go wezmę - oznajmił nieoczekiwanie
Kostek.

- 98 -

- Daj spokój - mitygował go Marcin. - Wiesz przecież, że matka
ci nie pozwoli...

- A może pozwoli? Jak powiem, że będę się uczyć na same
piątki... A nawet na same piątki z plusem!

Marcin, Basiński i Nemek patrzyli na Kostka zaskoczeni. Nie
mówili nic, ale z ich oczu musiał wiele wyczytać, bo dodał:

- A co? Gdybym zechciał, myślicie, że nie mógłbym? Marcin,
nie mówiliśmy, że jeżeli człowiek czegoś bardzo chce... jeżeli ma
silną wolę...

- Nie wiesz, jak to jest ze starymi? - wtrącił Ba: sior. - Ja też
kiedyś ojcu obiecałem, bo chciałem mieć zegarek. To było chyba
jeszcze w piątej klasie. Obiecałem, że nie tylko dwójek, ale nawet
trójek nie będę mieć. Ojciec powiedział: „Dobrze, najpierw
zobaczymy". Chłopaki! Jak ja się wtedy mordowałem! Dopiero na
trzeci okres udało mi się wylądować bez trój. No i zegarek jest -
widzicie. Szanuję go< bo mnie kosztował połowę zdrowia!...

- No... tak... - głos Kostka cichł razem z entuzjazmem. - Jakbyś
wiedział... wypisz, wymaluj, moja mama tak samo powie. Alicja
dołoży swoje. A tymczasem ty złapiesz następną dwóję z ruska.

- Złapię albo nie złapię - ta wystarczy. Żal mi szczeniaka, aż
mnie skręca.

- Może ja bym go wziął do siebie? - Nemek, jak zawsze
koleżeński, wystąpił z propozycją. - U nas szczeniakowi będzie
dobrze, z werandy prosto do ogródka. Będę o niego dbał... A jak
poprawisz dwóje, wtedy ojciec na pewno się zgodzi, żeby Agat
wrócił.

- Wątpię... ja z Bukwą nie dam sobie rady. A pies, jak się do
ciebie przyzwyczai, to już będzie nie ten sam. I tobie zrobi się
żal...

- 99 -

- Słuchaj, Basior - mówił z namysłem Nemek - mogę iść teraz z
tobą do twojego ojca i powiemy mu, że od dziś będziesz lekcje
rosyjskiego przerabiać ze mną, żeby pozwolił ci psa zostawić.

- Z tobą mogę iść... - namyślał się Basior. - Ale co do psa,
wiem, że szkoda każdego słowa. Najwyżej ojciec się zgodzi,
żebyś go ze sobą wziął. Ale może mnie chociaż lanie ominie...

- Basior! Nemek! Proszę was... jeżeli moja mama się zgodzi, ja
wezmę Agata, co? - prosił Kostek. - U mnie też będzie miał
dobrze, naprawdę! Nemek, przecież tobie nie zależy! Gdybyś
chciał mieć psa, miałbyś go już dawno! A ja... Chłopaki! Ja bym
nie wiem co dał za psa! Mnie się nawet ciągle śni, że już go mam!

- Dobrze - zgodził się Nemek -jeżeli twoja mama pozwoli,
Agata weźmiesz ty, jak myślisz, Basiński?

- Mnie tam wszystko jedno, który z was, abym tylko wiedział,
że pies idzie w dobre ręce. I żeby już było po rozprawie z ojcem.
Chodź, Nemek, raz kozie śmierć!

Kostkowi było widocznie sądzone, że Agat do niego nie trafi. W
domu tego dnia rozpętała się burza z piorunami, jakiej jeszcze
Kostek nie widział.

Narzeczonemu Alicji, który miał właśnie przyjść z kluczami do
nowego mieszkania, oświadczyli w administracji, że musi jeszcze
trochę poczekać. W tych jego dwóch pokojach z kuchnią
umieszczono rodzinę z dziećmi, która w jednej izbie czekała na
mieszkanie już od kilku lat i przez jakieś przeoczenie do tej pory
go nie dostała. Doktorowi powiedziano, że jeszcze musi okazać
trochę cierpliwości, na razie dadzą mu kawalerkę, a potem
dostanie dwupokojowe mieszkanie.

- Ale jakim prawem? Jakim prawem zabrali ci to mieszkanie,
skoro już było przyznane! - krzyczała cienkim głosem Alicja. - To
jest nadużycie, to na pewno za łapówkę zrobione!

- 100 -


Click to View FlipBook Version