The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-19 16:43:54

Za minutę pierwsza miłość

wolałby teraz siedzieć oddzielnie, pomyśleć sobie o tym
przyjemnym popołudniu (z wyjątkiem parasola - brr!), a nie tkwić
naprzeciw Piotruchy, który wybałusza na niego co chwila oczy.

- No i czego się gapisz! - warknął wreszcie Marcin. - Dawno
mnie nie widziałeś? Skarżypyta z końca świata, co ma jęzor jak
łopata!

- Wcale nie skarżypyta - obraził się Piotruś. - Odpowiadałem na
pytania. Wacek pytał, to odpowiadałem. Ciebie też mamusia uczy,
żebyś odpowiadał.

- I od razu, ledwo wszedł, pytał o parasol?

- Ciebie też od razu spytał - robił unik Piotruś. - Pytał mnie,
gdzie jesteś, więc powiedziałem, że gdzieś poszedłeś i że się tak
przymierzałeś przed lustrem.

- Piotrucha, ale mamie ani słowa! Co się stało, to się stało, ale,
rozumiesz, to są męskie sprawy. Chyba że jesteś jeszcze za
dziecinny.

- Nie jestem za dziecinny - zapewniał Piotruś. - Rozumiem i ani
słówka nie powiem. Ale ja też pójdę kiedyś z tym parasolem, jak
Wacka nie będzie, co? Z Wiśniewskim pójdziemy.

- Piotrunia! Przecież, ten parasol większy od ciebie! Jak ty byś
wyglądał! Jak... jak... kogut w kalesonach.

- A ty myślisz, że do ciebie ten parasol pasował? - odparował
Piotruś. - Wyglądałeś tak głupio, jak... jak nie wiem co.

- Dobra - ustąpił Marcin - głupio wyglądałem, niech ci będzie, i
żebyś wiedział, że już nigdy, nigdy a nigdy z tym parasolem nie
pójdę! I tobie nie radzę, bo będziesz żałował. Ale mamie ani
słówka!

- Nie powiem - obiecywał Piotruś. - Ale jak Wacek powie?

- Może nie powie. Nie powie - zapewnia siebie Marcin, ale
zaczyna go gryźć niepokój.

- 201 -

Przychodzi ojciec, rozkłada gazety, od czasu do czasu patrzy na
zegarek.

- Co tej mamy tak długo nie ma? - zaczyna się niecierpliwić. -
Marcin, może weźmiemy się za kolację?

- Mamusia poszła do trwałej - oznajmia Piotruś - i powiedziała,
żebyśmy nie czekali. Kolacja w kredensie.

- Dopiero teraz mówisz? - gniewa się ojciec. - Już myślałem,
że...

Właśnie wchodzi mama. Zdejmuje z głowy jedwabną
chusteczkę i każe się podziwiać.

- Ładnie mnie pani Kazia uczesała, co? Będę miała teraz na
dłuższy czas spokój. Siadajmy do herbaty.

Kiedy już wszyscy siedzieli za stołem, otwierają się drzwi od
małego pokoju i staje w nich Wacek.

- Jesteś w domu? - dziwi się ojciec. - Nie wiedziałem, tak cicho
siedziałeś.

- Sam siedzę zawsze cicho - uśmiecha się Wacek. - Marcin,
pamiętasz, jak żeśmy się dawniej naparzali? Teraz mam inne
problemy.

- Wacek! - woła mama. - Nic nie mówisz? Jak tam było u
dyrektora? Nie, jacy wy wszyscy jesteście! Jak z kamienia!
Przecież dlatego do fryzjera poszłam, bo nie mogłam sobie
miejsca znaleźć.

- Opowiedz - zwrócił się do Wacka ojciec.

- Dyrektor był wściekły... - zaczął Wacek.

- A co? Nie mówiłam! - gorączkowała się mama. - Teraz się
przekonasz, co sobie narobiłeś! Jeszcze korepetycje stracisz!
Maciołajtyszewiczom poleci innego ucznia, jakbym przy tym
była!...

- Marysiu! Dajże Wackowi dokończyć...

- 202 -

- ... był wściekły, żeśmy go wyprzedzili. „Cóż to, myślicie, że ja
nie wiem. co się w mojej szkole dzieje? I nie widzę, że z
matematyką nie jest tak, jak być powinno?... - mówił do nas. - Już
postanowiłem, że pan Jamajski przejmie od półrocza młodsze
klasy. - A od wakacji on sam chce przejść na emeryturę. Coś mu
trzeba wykombinować, może jakieś pół etatu albo co innego...

- A widzisz! Dyrektor rozumie człowieka.

Wacek przegryzł kilka kęsów chleba z wędliną, znowu popił
herbatą i ciągnął:

- ... zawsze o nim mówimy, że to jest chłop z głową.

- „Chłop z głową", o dyrektorze! -jęknęła mama, ale ojciec
uspokoił ją ruchem ręki.

- ... no i dogadaliśmy się. Dyrektor tylko postawił jeden
warunek.

- Jaki?

- Żeby nikt ani słowa i nigdzie. Niech to wypadnie zupełnie
naturalnie: reorganizacja. Żeby nauczycielowi przykrości nie
robić, bo nie zasłużył. Oczywiście, zgodziliśmy się, Mamaj
rzetelnie się napracował.

- Mamaj?

- Tak nazywamy matematyka. No i widzi mamusia, że wszystko
poszło dobrze?

- A mówiłeś, że dyrektor był wściekły.

- Bo był na początku. Nie mamy mu tego za złe. Żaden dyrektor
nie lubi, jak mu się wtrącać. Kiedy ja będę dyrektorem, pewno też
nie będę tego lubił.

Rodzice spojrzeli po sobie.

- Ale w końcu się udobruchał i nawet papierosami nas
częstował. Nie - uspokoił Wacek mamę otwierającą usta ze zgrozą
w oczach - ja nie palę, a Chrzan, palący, też podziękował. Co

- 203 -

mamusia myśli, że my się nie umiemy zachować? Dyrektor nas
zna i my go dobrze znamy. Klasa zadowolona, bo chociaż byliśmy
u Dyra po lekcjach, to wszyscy czekali.

- I myślisz, że nie powiedzą? A jak ktoś będzie miał długi
język? - niepokoiła się znów mama.

- Nie powiedzą - zapewniał Wacek. - Mamaja każdy szanuje,
przecież liczyliśmy, że Dyro potrafi to załatwić.

- Ale, Wacku, nie mieszaj się w takie różne sprawy na
przyszłość, ja cię proszę! Ja się zawsze tak niepokoję...

- Muszę, mamusiu. Co by ze mnie był za przewodniczący
samorządu, gdybym tego nie potrafił?

- No właśnie - przerwała mama. - Najpierw tak się cieszyłam, że
cię wybrali, bo to przecież dla twojej opinii, dla przyszłości -
dobrze. A tu się okazuje, że z jednej strony - dobrze, a z drugiej...

- Każdy medal ma dwie strony - stwierdził sentencjonalnie
ojciec patrząc na Wacka z wyraźnym zadowoleniem.

- Mamusiu, tato... chciałbym o coś prosić - zaczął Wacek. -
Chciałbym, żeby mały pokój był tylko mój. Książek mam coraz
więcej, kupię sobie regały... Kozetkę Marcina można by ustawić
tu, a szafę trochę przesuniemy. Ja muszę mieć swój kąt. Co
mamusia na to?

Marcina nikt nie pytał, tylko tata raz i drugi spojrzał na niego,
ale wtedy Marcin uciekał z oczami. Ważny Wacek! Na polibudę
pójdzie! Dyrektorem zostanie' Ważniak! Mama na wszystko mu
pozwala! A kiedy Marcin będzie miał swój pokój? Jak się Wacek
ożeni? Przecież to bardzo daleko!

„Ja mam życie! - wzdycha Marcin, ale zaraz pociesza się: -
Dobrze, że o parasolu chociaż zapomniał..

- 204 -

Nie wiadomo, jakim sposobem Jaga Sieczko dowiedziała się, że
w ósmej A, tej, gdzie wychowawczynią była pani Skoczelowa,
wzorowej, pokazowej i pod każdym względem wyjątkowej klasie,
szykuje się „trzęsienie ziemi".

Wywołało je ogłoszone kilka dni temu w prasie, raduA i
telewizji zarządzenie Kuratorium odwołujące wstęp do liceów bez
egzaminu dla tych uczniów, którzy w siódmej i ósmej klasie mieli
same piątki. W tym roku szkolnym wszyscy uczniowie,
piątkowicze czy nie, będą musieli się poddać egzaminom
wstępnym.

Siódmej B klasy nie zbulwersowało to wcale. Same piątki miał
tylko Nemek, ale ten uczył się wzorowo od początku, był
najzdolniejszym uczniem i czy z wstępnym egzaminem, czy bez -
do liceum zda bardzo dobrze. Cała reszta uczyła się „średnio na
jeża".

Ale w klasie pani Skoczelowej już drugi rok „wypruwano sobie
żyły", przy wydatnej pomocy wychowawczyni i przy stałym
dopingu: „Nasza wzorowa klasa"! Aż tu taki klops! Taki zawód!

Jaga Sieczko opowiedziała w największej tajemnicy Ewie, Irce i
Heli, że ósma A jest wzburzona do głębi. Nie dotrzymano im
słowa i wobec tego żądają rekompensaty.

- Rekompensaty? - dziwiła się Ewa. - To znaczy jakiegoś
wyrównania? Co oni sobie myślą, że minister ich przyjdzie
przepraszać? Czy tort im zafunduje?

- Nie wiedzą jeszcze - informowała Jaga. - Zbierają się dopiero i
naradzają.

- Zaraz z tych piątek zjadą - oceniła praktycznie Irka. - Jak
ciągle radzą, to czasu na lekcje nie ma.

- Ale co na to pani Skoczelowa? - ciekawa była Ewa.

- Ona nic a nic o tym nie wie. Ósma klasa ma jej powiedzieć w
ostatniej chwili, bo mają żal, że tak ich podkręcała.

- 205 -

Kto o tym Jadze Sieczko powiedział? Czy Kosmulski, który ją
kiedyś odprowadzał do domu, czy kuzynka o tym samym
nazwisku, rozmawiająca czasami na pauzach z Jagą? Trudno było
dociec, ale po rozmaitych drobnych szczegółach
niedostrzegalnych dla obcego oka, ale wyraźnych dla
wtajemniczonych w życie szkolne. było jasne, że w klasie ósmej
A przygotowuje się coś niezwykłego.

Irka nie wytrzymała, żeby w tajemnicy nie powiedzieć o tym
Kostkowi, Ewa poinformowała Marcina, a Basiński też już
wcześniej się o tym dowiedział.

Marcin o zarządzeniu usłyszał w radiu i nieobecnemu Wackowi
natychmiast po jego powrocie do domu oświadczył:

- A widzisz? Miałem dobrego nosa, że się nie dałem wrobić w te
piątki, co? Wiesz, że teraz minister figę z makiem pokazał
kujonom! Kupa śmiechu!

- Nie minister odwołał, tylko Kuratorium - tłumaczył Wacek. -
Myślisz, że minister sam każde zarządzenie wydaje? Musiałby
zwariować. A co do nabrania, faktycznie, włosy na głowie mi
stają, jak sobie pomyślę, co by to było, gdybyś ty umiał wszystko
na piątki. Coś okropnego! Niepowetowane straty!

Wacek mówił poważnie, ale Marcin rozumiał, że kpi.

- No, dobra, dobra. Wiem, że nie straciłbym, ale po co
obiecywać, a potem odbierać?

- Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera - przypomniał
Piotruś.

- Nie wiem. I zgadzam się, że to nieładna sprawa. Może wam
wytłumaczą, zapytajcie się. Może te piątki na świadectwach nie
wszystkie były jak szkło? Wiesz, jak to bywa: przyjdzie do Kiera
czy do nauczyciela matka i zacznie płakać: „Sierota". Albo -
ojciec ważniak. Albo się nauczycielowi podliżą. Ręczyłbyś za
wszystkich?

- 206 -

- 207 -

- U nas jeden chłopak przynosił naszej pani czekoladę. Ale jak
mu pani postawiła dwóję, już nie przynosi - włączył się do
dyskusji Piotruś. - Ale ja i Wiśniewski wszystkie piątki mamy
sprawiedliwe.

Godzina wychowawcza z panią Pucek miała być za kilka dni.
Będzie się na niej mówić o tej nieszczęsnej aferze z mrówkami.
Obrzydzenie brało na samą myśl o tym. Marcin mówił głośno, że
to dobre dla szczeniaków, że inne klasy na godzinach
wychowawczych mówią o poważnych problemach, a u nich
chociaż to siódma, a za pół roku prawie ósma klasa - o mrówkach!

- Kupa śmiechu! - wołał. - Pani Skoczelowa będzie się znowu
chwalić, że tylko w jej klasie poważnie myślą, że się umieją
zastanawiać, że tam filozof na filozofie siedzi... A u nas?
Mrówki!...

- Już lepiej pasowałoby, żeby się tą sprawą zajęła przyrodniczka
- mówi Irka. - Wygłosiłaby pogadankę o ochronie przyrody... O
barbarzyńcy, który zburzył pożytecznym mrówkom mrowisko...

- Wcale nie mrowisko! - We względnej ciszy, z jaką słuchano
Marcina i Irki, głos Sobierajskiego zabrzmiał ostro i wyraźnie, ale
zaraz zamilkł, a sam Sobierajski widząc, że się zdradził, wtulił
głowę w ramiona i chętnie wsiąkłby w podłogę, gdyby mógł.

- Aaaa! - rozległo się z kilku stron. - To ty, Sobieraj?! Skąd te
mrówki?! Gadaj!

- Ze spiżarni u ciotki w Powsinie. Znarowiły się tam i ciotka
była zadowolona, że wyzbierałem aż dwa pudełka. Ojej! Co się
tak patrzycie? Ile ja się przy tym namęczyłem, bo i oblazły mnie, i
pocięły. Dla hecy to zrobiłem. Ile razy Bigos takie różne hece
wymyślał, a teraz...

- Teraz żadnej hecy nie będzie, tylko zaraz pójdziesz do Puci i
przyznasz się! - zadecydowała Jaga Sieczko. - Przecież wiesz, że
podejrzenie padło na Marcina?

- 208 -

- A czy ja chciałem, żeby na niego? - bronił się Sobieraj. -
Pójdę, ale jeżeli Skoczelowa tam jest, nic nie powiem! Nic a nic,
żebyście wiedzieli!...

- Słuchajcie, mam myśl... - zaczął Marcin przypomniawszy
sobie sprawę Wacka. - Wybierzmy delegację do Puci.
Przeprosimy ją, i to właśnie przy Skoczelowej. A Sobierajski
niech przeprasza - Skoczelową. Cóż ty sobie myślisz, nie wiesz,
że za hece się płaci? Ja ci to mówię! Ja płaciłem! Przypomnij
sobie! A nasza delegacja niech Puci powie, że na godzinie
wychowawczej w sobotę chcemy z nią pomówić o różnych
ważnych sprawach...

- Po co?

- O czym?

- O jakich?

- O takich, co nas nurtują. Niech sobie każdy pomyśli, co go
nurtuje, i jutro możemy obgadać.

- Eee... jutro mikołajki! Dajcie spokój z jakimś tam
nurtowaniem!

- Mnie nic a nic nie nurtuje!

- Marcin zawsze się mądrzy!

- Właśnie, że dobrze mówi. Mam już dość o myciu zębów albo
podpowiadaniu. Uszami już się wylewa.

- Ale sam podpowiadasz!

- No, wybierajmy tę delegację! Proponuję Bigosa i Jagę
Sieczko.

- I niech przypilnują Sobieraja, żeby przeprosił.

- Dosyć o tych mrówkach! Pomyślmy teraz o mikołajkach!

Delegacja udała się do pokoju nauczycielskiego. Sobierajski
przepraszał panią Skoczelową i panią Pucek. Potem poprosili
wychowawczynię, żeby najbliższa godzina wychowawcza była

- 209 -

inna niż zwykle. Ze klasa chce pomówić o różnych poważnych
rzeczach.

Pani Pucek zadowolona, że sprawa mrówek została wreszcie i
ostatecznie zlikwidowana, zgodziła się chętnie,

Kiedy delegacja opuściła pokój nauczycielski, historyczka nie
mogła się powstrzymać od uwagi:

- Czy oni aby tylko nie szykują jakiejś nowej hecy? Wilka
ciągnie do lasu. A Bigoszewski zadziwi nas jeszcze niejednym
pomysłem. Całe szczęście, że nie jest w mojej klasie.

Biedna pani Skoczelowa nie spodziewała się, że jej własna klasa
za kilka dni zgotuje niespodziankę, która co prawda nie będzie
żadną hecą, ale tym bardziej dotknie i rozgniewa.

Tego dnia wychodząc ze szkoły Ewa zapytała przyjaciółkę:
- Chyba teraz widzisz, że Bigos to chłopiec z bogatym życiem
wewnętrznym! Co?
- Widzę - powiedziała krótko Irka.
- Wpadniesz dziś do mnie?
- Nie mogę, umówiłam się z Kostkiem. Powtarzamy razem
historię. Masz pojęcie, jak na nim może się teraz odgrywać
Skoczelowa?
- E, nie przesadzaj. Pani Skoczelowa do Kostka nigdy nic nie
miała. Z Marcinem co innego, nie może mu darować, że go
niesłusznie posądziła o te smolinosy na imieniny Kiera, w
zeszłym roku, pamiętasz? Muszę i ja przypilnować, żeby on histę
lepiej odrabiał. A o mikołajkach pomyślałaś? Boja naprawdę nie
wiem co...
- Ja też jeszcze nie wiem. Dopiero pomyślę.

- 210 -

- Halo?
- Dobry wieczór! Czy mogę prosić Wicka do telefonu? Mówi
koleżanka.
- Wicek! Telefon do ciebie!
- Wicek - informowała Jaga - wiesz, co dziś było po lekcjach w
ósmej A?
- Nie wiem, a co?
- No to słuchaj...

- Halo?
- Dobry wieczór, czy mogę prosić do telefonu Nemka? Tu mówi
kolega.
- Nemek, wiesz?
- To ty, Wicek? Co się stało?
- Usiądź mocno, bo spadniesz...

- Halo?
- Ewa? Dobry wieczór. Tu Nemek. Posłuchaj, co się stało w
ósmej klasie...

- Halo?
- Czy mogę prosić Irkę? Dobry wieczór... przepraszam, Olu, nie
poznałam. Ewa mówi. Irka jest?
- Jest, jest. Irka! Irka! Ewa do ciebie!
- Cześć, Ewka, co słychać?
- Oj, słychać, słychać! Duży ruch w ósmej A. Chyba, że już
wiesz?
- Nie! Gadaj prędzej!...

- 211 -

- Halo?
- Dobry wieczór. Czy mogę prosić Marcina? To ty, Marcin? Nie
poznałam - wiesz, co dziś było w ósmej A?
- Irka, mogę zawołać Kostka? Powtarzamy razem historię.
- Dobra. Pamiętaj, że Kostek ma trudności z datami. Trzeba mu
łopatą kłaść do głowy. Wołaj go! Słuchajcie, chłopaki: dziś w
ósmej A...

- Halo?...
- Dobry wieczór panu. Czy mogę prosić Wicka? Tu mówi
kolega.
- Wicek! Co dziś z tymi telefonami do ciebie! Czy kolega nie
może poczekać do jutra? Takie pilne?
- Marcin? Tak, te zadania z osiemdziesiątej trzeciej strony i
Jugosławia z gegry... - te słowa są jeszcze przeznaczone dla uszu
ojca. - No, co jest?
- W ósmej A chryja nadpoziomowa!!!
- Wiem! Telefonowała Jaga. Nemkowi też już powiedziałem...
Kostek wie? Ale salto mortale dla Skoczelowej, co? Jutro
dowiemy się szczegółów. O, raju!

A szczegóły wyglądały tak.
Na ostatniej przerwie Wojtek Stefanowicz w korytarzu przed
drzwiami do pokoju nauczycielskiego dogonił panią Skoczelową i
prosił w imieniu klasy ósmej A, by zechciała przyjść do nich.
- Chętnie. Przyjdę do was kilka minut po zakończeniu lekcji, bo
mam tu jeszcze coś do załatwienia - powiedziała wychowawczyni
ósmej A z życzliwym uśmiechem: - Już tam pewnie wymyśliliście
jakąś nową akcję, co?

- 212 -

- 213 -

- No, może nie akcję, ale... - Stefanowicz był trochę
zażenowany, co historyczka wytłumaczyła sobie na jego korzyść:
skromny, wartościowy chłopiec, nie chce nic mówić, żeby klasa
miała przyjemność robiąc jej miłą niespodziankę. Na pewno miłą.
O, bo jej klasa...

A w tej wzorowej klasie...

- Proszę pani - zaczął wyszczekany Kosmulski, kiedy pani
Skoczelową zasiadła na katedrze z pogodną twarzą w oczekiwaniu
jakichś miłych rewelacji - proszę pani, my, uczniowie ósmej A,
zdecydowaliśmy, że wszyscy zapuścimy długie włosy i prosimy,
żeby pani również wyraziła na to zgodę.

Trzydzieści dwie pary oczu, w tym tylko cztery dziewczyńskie.
patrzyły na wychowawczynię z uwagą rozumiejąc, że zgoda z jej
strony nie przyjdzie łatwo. Twarz pani Skoczelowej zmieniła
wyraz, nie było już na niej śladu poprzedniej pogody.

- Nie... nie rozumiem... - powiedziała półgłosem. - Powtórz
jeszcze raz.

Kosmulski powtórzył.
- Czy ja dobrze słyszę? - zawołała już swoim zwykłym głosem
wychowawczyni. - Co się tu dzieje? Sądzicie, że mnie
wciągniecie w takie... w takie... - szukała właściwego określenia -
w takie primaaprilisowe żarty? Kto to wymyślił?
Klasa milczała. Po wszystkich minach widać było, że
spodziewali się właśnie takiej reakcji ze strony pani Skoczelowej i
że nie mają ochoty wycofywać się z podjętego zamiaru. Wojtek
Stefanowicz, układny, zawsze umiejący się właściwie zachować,
wstał i powiedział bardzo grzecznie:

- 214 -

- Proszę pani, my naprawdę prosimy o to, co przed chwilą
przedłożył Kosmulski.

Pani Skoczelowa zaniemówiła. Obydwoma rękami ścisnęła
skronie. Parę razy zacisnęła mocno powieki, aż „kurze łapki" w
ich kącikach pogłębiły się wyraźnie, potem szeroko otwartymi
oczami wodziła po klasie, jakby myśląc, że zaraz obudzi się ze
złego snu. Ale to nie był sen. Na wszystkich twarzach czytała
jednomyślną solidarność. Czyż nie ona sama uczyła ich tej
solidarności?

- Nie... nie... to jest niemożliwe - odezwała się wreszcie. - To
jest niemożliwe w szkole.

- Proszę pani - podniosła się Basia Szypowska - naprawdę, my
nie rozumiemy, dlaczego? Przecież to nie przeszkodzi ani w
nauce, ani w naszym zachowaniu. Dlaczego my, dziewczynki,
możemy nosić loki, czesać się w koński ogon, a chłopcom nie
wolno mieć włosów...

- ... w lwią grzywę - dokończył z całą powagą Kosmulski.

- Nie, nie - pani Skoczelowej nigdy do tej pory nie brakło
swady, ale teraz... - Co wy sobie myślicie? Szkoła to jest szkolą.
Pan kierownik nigdy na to się nie zgodzi.

Do tego więc doszło, że wychowawczyni, zawsze tak
stanowcza, zrównoważona, umiejąca sobie radzić w
najtrudniejszych sytuacjach, tak chętnie udzielająca rad innym,
teraz nie widziała już innego wyjścia, jak ucieczkę za plecy
Kiera?

Ale to była jej własna, jej wzorowa, inteligentnie myśląca klasa!

Zaraz też, zanim zdążyła się zorientować, dwoje uczniów
wybiegło, aby poprosić do klasy pana kierownika.

Cała ósma A była w nastroju takim, że nic, tylko wstać i
odśpiewać „Choć burza huczy wkoło nas".

- 215 -

Przyszedł pan kierownik. Nie skorzystał z podsuniętego mu
krzesełka. Stanął obok katedry, na której siedziała z kamienną
twarzą poszarzała, milcząca pani Skoczelową, polecił, aby krótko
powiedziano, o co chodzi.

Znowu referował Kosmulski. Brakowało mu już jednak tej
pewności siebie, jaką okazywał niedawno. Klasa nie dziwiła się
temu. Kiero to był Kiero! Niełatwo go było zaskoczyć albo zbić z
pantałyku! Toteż Kosmulski rozwiódł się teraz szerzej, a szukając
argumentów dla poparcia niezwykłej bądź co bądź prośby
wspomniał nie tylko o lwiej grzywie, ale nawet i o znakomitym
astronomie.

- Panie kierowniku, zbliża się rocznica kopernikowska.
Kopernik - tu Kosmulski wskazał piękny portret Mikołaja
Kopernika niedawno zawieszony na ścianie - chluba polskiej
nauki, nosił włosy aż do ramion, więc choćby dla uczczenia...

Pan kierownik dał niecierpliwie ręką i oczami znak, żeby
Kosmulski przestał. Dość. Klasa siedziała struchlała. No, teraz jak
gruchnie!

Ale to był dzień niespodzianek.

- Dobrze - powiedział nieoczekiwanie pan kierownik. - Możecie
sobie zapuścić włosy. Tylko uprzedzam, że jak który przyjdzie mi
z tłustymi kudłami zamiast lwiej grzywy, pan Rybka z miejsca
zaprowadzi go do fryzjera! I warunek: ponieważ Mikołaj
Kopernik, chluba polskiej nauki - teraz pan kierownik wskazał na
portret znakomitego uczonego - nie nosił brody, więc, Kosmulski,
słuchaj dobrze, nie zapuść czasem brody! Bo na to się nie zgodzę!
Tak. Absolutnie! Na żadne brody, nie tylko długie, ale i
najkrótsze, nie pozwalam! Chodźmy, pani Joanno - Kiero
mocnym ruchem wziął panią Skoczelową pod ramię, wyprowadził
z klasy i powiódł do swego gabinetu, gdzie prawie osunęła się na
fotel.

- 216 -

- Niech się pani uspokoi - mówił do niej, podawszy szklankę
wody. - To wszystko przecież łatwo wytłumaczyć.

- Łatwo wytłumaczyć? - szepnęła pani Skoczelową.

- Oczywiście. Oni musieli się jakoś wyładować po tym
nieoczekiwanym zarządzeniu Kuratorium. Przecież spotkał ich
wielki zawód. Nie dotrzymano im słowa. Dzięki Bogu, że tylko
tak się skończyło.

- I pan kierownik się zgadza?

- Tak. Ale słyszała pani: włosy mają być czyste. Zobaczymy.
Myślę, że im to szybko przejdzie i nie zakazany owoc przestanie
nęcić.

- Pan ma szczęśliwe usposobienie - westchnęła nauczycielka.

- Tylko doświadczenie, droga pani Joanno, doświadczenie
dłuższe o dobre kilkanaście lat niż pani. Ale w tym wypadku
powtarzam: normalna reakcja. Coś gdzieś musiało wystrzelić.
Zobaczy pani, uspokoją się i znowu będą wzorową klasą. Bo to
jest wzorowa klasa. Dzięki pani pracy.

Po wyjściu Kiera z wychowawczynią, w klasie panowała
martwa cisza, ale krótko.

- Wspaniały Kiero! - zawołał pierwszy Kosmulski.

- Niebotycznie wspaniały! - zawtórowała mu Basia Szypowska.
- Zrobił was w konia genialnie!

- Jak to? Dlaczego? - posypały się okrzyki, ale już tu i ówdzie'
parskano chichotem, a wkrótce cała klasa zanosiła się wybuchami
śmiechu.

- Nie ma zgody - na brody!

- Brody - nie!

- Tylko nie brody!

- Pamiętajcie! Ani włosa na brodzie!

- 217 -

- Kosmulski, chcesz super-żyletkę? Pożyczę od ojca.
- Te, Kopernik!...

W pokoju nauczycielskim nie wiedziano o niczym, ale z klasy
do klasy telegrafem bez drutu przenosiły się szczegółowe
informacje.

- Ale Kiero ich zagiął!
- Nasz Kiero ma łeb!
Działo się to w chwili, kiedy w siódmej B właśnie zastanawiano
się nad planowaną godziną wychowawczą.
- Nie możemy się wygłupiać tak, jak w ósmej A - oświadczył
Marcin.
- Racja! - przyznała Jaga Sieczko. - Proponuję, żebyście przyszli
do mnie i naradzimy się. W sobotę po południu, Ewka, Irka, Hela,
Wicek, Marcin, Kostek i Nemek. Co? Odpowiada wam?
- A twoja mama?... - pytała Ewa.
- Mama pozwala. Już pytałam, czy mogę zrobić prywatkę.
Naradzimy się, a potem sobie potańczymy. Zobaczycie, jakie
mam wspaniałe płyty!
- Marcin, ja nie umiem tańczyć! - zwierzał się w chwilę potem
Kostek,
- Ja też, ale to nic trudnego: zwyczajnie stoisz i kiwasz się, a
dziewczyna cię obskakuje. Potem ona stoi i kiwa się, a ty ją
obskakujesz, a potem oboje kiwacie się i obskakujecie.
Filozofia?...

- 218 -

Od dawna już istniał w szkole zwyczaj, że na szóstego grudnia
obdarowywano się wzajemnie drobiazgami. Tak zwany
„drobiazg" nie mógł być kosztowny, bo i po co, i za co, ale z
reguły - starannie i pomysłowo dobrany i zapakowany.

Irka już od paru tygodni miała przygotowaną na tę okazję
kolorową papierową serwetkę zadrukowaną życzeniami
„Wszystkiego najlepszego" w różnych językach. Maryla kiedyś
przy robieniu porządków w swojej szufladzie chciała tę serwetkę
wyrzucić do śmieci, ale od zagłady uratowała ją wtedy Irka - teraz
przyda się do opakowania mikołajkowego prezentu dla Kostka.
Ale co mu podarować?...

Przerzuca gałgankowe resztki od zapomnianych już sukienek i
płaszczyków, z których dawno i Maryla, i ona, wyrosły. Szpera w
pudełku z guzikami, z rozsypanymi paciorkami. Szuka pomysłu...
w swojej szufladzie.

Ewa też jest zakłopotana. Tak się złożyło, że nie ma ani grosza,
pomysłu też jej brak. Z zazdrością słucha Jagi Sieczko, która ma
różne drobiazgi podarowane jej przez braci. Wybrała dla Wicka
Basińskiego wisiorek do kluczy, ma je aż dwa, radzi się Ewy,
który ładniejszy. Oba są efektowne, jeden ma przyczepioną do
łańcuszka piłkę futbolową, misternie odrobioną, znać na niej
doskonale każdy „szew". Drugi wisiorek to błyszcząca niczym z
prawdziwego złota gwiazda szeryfa, z wyrytym napisem.

- Daj Wickowi tę piłkę, przecież to zapalony kibic, nie
zauważyłaś?

- Prawda, że też mi nie przyszło to do głowy! - dziwi się Jaga. -
Był kiedyś mecz „Górnika" z „Legią", to ani się ruszył od
telewizora, w ogóle nie słyszał, co do niego mówię.

- Jaga - zaczyna ostrożnie Ewa - znasz książkę „Tabliczka
marzenia"?

- 219 -

- Słyszałam, że fajna. Chciałam pożyczyć z biblioteki, ale
kolejka...

- Ja ci dam tę książkę, a ty daj mi wisiorek z gwiazdą, dobrze?

- Proszę cię bardzo! - Jaga wtyka w ręce Ewy gwiazdę szeryfa. -
Książkę przeczytam i oddam ci.

- Ależ...

- Nie ma o czym mówić - ucina Jaga. - A na tę godzinę
wychowawczą masz już jakieś pytania?

- Sama nie wiem... - waha się Ewa. - Mnie denerwuje, że
zawsze nam robią wymówki w rodzaju „Zachowujecie się jak
dzieci, w waszym wieku powinniście już mieć więcej rozumu".
Ale jeżeli mamy „rozum" i nie jesteśmy „dziećmi", to dlaczego
dorośli nie rozmawiają z nami poważnie? Dlaczego nigdy na
przykład Pucia nie rozmawia z nami... o miłości?

- Zapytajmy ją o to...

- Myślisz, że można? Nie będą się śmiać?...

- A niech się śmieją. Zobaczysz, jak będą słuchać!

Basiński dobrze sobie przyuważył „drobiazg" dla Jagi. U
Nemka zobaczył kartonik listowy z wiele mówiącym obrazkiem:
na mostku nad błękitną rzeczką stoją młoda dziewczyna i
chłopiec. Chłopiec jedną ręką ściska rękę dziewczyny, może ją o
coś prosi, a w drugiej, schowanej jeszcze za plecy, trzyma srebrne
serduszko. Sylwetki są namalowane, ale serduszko jest z metalu,
zgrabnie przytwierdzone do ręki chłopca, drży - może tak samo,
jak serce chłopaka?...

Nemek podarował kartonik i kopertę Basińskiemu, który
opakował go jeszcze w trzy coraz to większe koperty,
zaadresowane „Do Pani Jagi Sieczko", która je otwierała, jedną po
drugiej, bardzo zaintrygowana. Prezent podobał się jej, uważała

- 220 -

tylko, że w środku, na odwrocie, powinno być coś koniecznie
napisane. Najlepiej jakiś wiersz.

Ale Basiński nigdy w życiu żadnego wiersza nie popełnił.
Wybiera się do Technikum Samochodowego, wisiorek od Jagi
przyda się kiedyś do kluczyka jego własnego samochodu.

Kostek podarował Irce śmieszne malutkie dwojaczki. Stały w
kredensie od niepamiętnych lat, trochę przykurzone, zasunięte w
kąt za sosjerkę i dzbanuszek do śmietany. Nikomu nie były
potrzebne. W ogóle były niczyje, a jak niczyje, to można je było
śmiało wziąć. Kostek odszorował je szczotką z mydłem, aż na
porcelanie odżyły ludowe wzorki. Irka bardzo była zadowolona.

Marcin zwędził Wackowi oprawkę do legitymacji. Nie była to
zwykła okładka: składana jak portfelik, z mięciutkiej, prawdziwej
skórki, starannie wykonana. Wacek miał tych oprawek kilka. Na
co mu to? Kłopot, co z nimi zrobić, i w szufladzie miejsce
zajmują... Na wszelki wypadek Marcin wręczył jednak swój
prezent tak, aby Maciołajtyszewicz nie widział. Wiadomo było, że
oprawki pochodzą od jego „wdzięcznych korepetytorowi"
rodziców.

Kostek prezent od Irki niecierpliwie rozwijał z kolorowej
bibułki, na której dopiero potem zauważył różnojęzyczne napisy.
Coś lekkiego, drobnego było opakowane w jeszcze i jeszcze jedną
bibułkę. Wreszcie z ostatniej - wydostał brązowego... jamnika.
Irka wycięła go ze starego filcowego kapelusza, przykleiła długie
rasowe uszy i przyszyła lśniące oczki z czarnych paciorków.

- To jest maskotka. Noś tego „Filipka" przy sobie. Niech ci
przynosi szczęście i powodzenie.

- Nazywa się Filipek?...

- Tak. Tak samo, jak kiedyś jamnik mojej mamy. Mama do tej
pory opowiada o jego wierności. Podoba ci się?

- 221 -

- Utrafiłaś - mówi krótko Kostek z roześmianymi oczami. -
Dziękuję.

W szatni za wieszadłami pełnymi płaszczy i kurtek, na skrzyni z
przegródkami, do których wstawia się kalosze - siedzi Kostek.

Źle skoczył z drabinki na gimnastyce, zabolała go noga, czeka
na Marcina.

Wpadają do szatni dziewczęta, ubierają się po „swojej" stronie.
Za ich plecami, odgrodzony okryciami, Kostek słyszy rozmowę
Irki i Ewy:

- Ładna ta apaszka - mówi Ewa - nowa?
- Nowa, ale nie moja, Maryli. Pożyczyłam sobie na dziś.
- W klasie jej nie miałaś?
- Żebyś ty wiedziała, ile ja się przez nią dziś strachu najadłam!
Już jej nigdy nie włożę! - zarzeka się Irka.
- Dlaczego?
- Myślałam, że ją zgubiłam. Zapomniałam, że rano rozbierając
się tutaj wsunęłam ją do rękawa płaszcza. Na lekcji patrzę, gdzie
jest apaszka? Przecież zawiązałam ją na szyi wychodząc z domu!
Co się z nią stało? Zaglądałam pod ławkę do torby, między
książkami - nie ma! Dopiero na przerwie przyleciałam tutaj. Jest!
Kamień z serca mi spadł. Ale już jej nie założyłam. Bałam się.
- Bo i po co ją brałaś, jak nie twoja?
- Chciałam się podobać...
- Ach. tak? - mówi z przekąsem Ewa. - Mam zgadnąć komu?
- Nie potrzeba. Sama ci powiem: Kostkowi. Przecież wiesz, że
on mi się też podoba.

- 222 -

Dziewczęta wychodzą z szatni. Kostek za płaszczami siedzi jak
ogłuszony. Irka chce mu się podobać?... On się jej podoba?...

On, Kostek, podoba się Irce Gołąbkównie, z takimi długimi
rzęsami, jak nikt! Irce, która ma fiołkowe (Kostek zauważył to
niedawno, ale kilkakrotnie sprawdzał), na pewno fiołkowe oczy i
w ogóle jest o wiele ładniejsza od Ewy Jagodzianki. Przecież
jeszcze wczoraj, tak, wczoraj, Kostek chciał powiedzieć
Marcinowi, że gdyby kto pytał o najładniejszą dziewczynę w ich
szkole, to Irka... Sobieraj przybiegł do nich z jakąś sprawą,
przerwał rozmowę i Kostek nie zdążył wyrazić swojej opinii o
urodzie Irki. Nawet był trochę zły na Sobieraja. Ale dzisiaj myśli,
że dobrze się stało. Dzisiaj o niczym takim nie będzie mówić za
nic na świecie nikomu, nawet Marcinowi. Bo właśnie tej
najładniejszej... bo ta najładniejsza...

Nie! Po prostu trudno w to uwierzyć!...
- Kostek, jesteś? Jak noga?
- Marcin! - Kostek zrywa się z ławy, zapomina o nodze i
zaczyna boksować przyjaciela, który, zaskoczony, ledwo się
broni.
- Wariacie! Tak cię rozpiera ta piątka z historii? Czego kły
suszysz?
- Bo... wiesz... Widziałeś, jaki śnieg sypie?... Będzie sanna!
Pójdziemy na sanki! I Boże Narodzenie blisko!
I wszystko jakoś tak... do przodu leci: piątka i w ogóle. Pycha,
nie?...

Obory 1970/71

- 223 -


Click to View FlipBook Version