- I prawdę mówię, bo zależy, z kim się człowiek uczy. Z
jednymi dobrze idzie, a z drugimi - ani w ząb. Chyba nie
zaprzeczysz, co?
- Prawda - zgadza się Irka, a widząc siostrę rozpogodzoną, pyta:
- Maryla, co to jest życie wewnętrzne?
- Życie wewnętrzne? - powtarza zaskoczona Maryla. - Skąd ci
to przyszło do głowy?
- Rozmawiałyśmy z koleżankami i jedna powiedziała, że ktoś
tam ma bogate życie wewnętrzne.
- A ten ktoś to pewnie chłopak i ma ładne oczy? Zgadłam? -
roześmiała się domyślnie Maryla.
- Czy to jedno drugiemu przeszkadza? I czy ty znasz kogoś
takiego, co ma życie wewnętrzne?
- Każdy ma jakieś życie wewnętrzne - Maryla, jak chciała,
potrafiła znaleźć czas i cierpliwość na rozmowę z siostrą. - Myśli
przecież, czuje, zastanawia się nad tym, co się wkoło niego dzieje,
a czasem i nad samym sobą, uczy się...
- Eee... to znaczy znowu, że kto więcej wykuje... - Irka jest
wyraźnie zawiedziona.
- Wcale nie. Widzisz, już sam wyraz „życie" mówi, że to coś, co
pulsuje, zmienia się, żyje. Myśl, ciągle żywa myśl, rozumiesz?
Zastanawiać się, poszukiwać wciąż czegoś nowego, interesować
się... No, jak ci to najlepiej wytłumaczyć? Ktoś, kto tylko chciałby
jeść, spać, robić pieniądze i głowy sobie niczym nie łamać - na
pewno nie ma bogatego życia wewnętrznego.
- Aha - zrozumiała wreszcie Irka. - To znaczy: zero
intelektualne. A ten brodacz... no, ten brzydki, z długimi włosami,
co przychodził z tą Hanią...
- Grzegorz? Brzydki? - dziwiła się szczerze Maryla. - Naprawdę
myślisz, ż& on jest brzydki? Widziałaś, jakie on ma oczy?
- 151 -
Przyjrzyj się dobrze, bo zaraz tu będzie. Hania z nim już
skończyła. Nie mogli się w niczym zgodzić. Nic dziwnego: on ją
przecież o tyle przerasta! Hania chodzi teraz z Karolem, przyjdą
razem z Grzegorzem. Irka, rozejrzyj no się, czy tu wszystko w
porządku, a ja herbatę nastawię. Mocna herbata, wiesz, pomaga,
bo teina, rozumiesz.
- Dobrze - Irka zakrzątnęła się po pokoju - teraz rozumiem, że
na przykład Grzegorz na pewno ma bogate życie wewnętrzne...
- Oczywiście - odpowiada z kuchni Maryla - jakie on ma
szerokie zainteresowania! Nie taki wiatrak, jak Karol! Grzegorz
jest skupiony, małomówny. I to też świadczy o jego...
Irka usłyszała ruch na schodach, pewnie idą Maryli koledzy.
Zdążyła jeszcze zapytać:
- A... a czy w siódmej klasie można już mieć bogate
wewnętrzne życie?
- Można. Przecież i ty już zastanawiasz się... Nurtują cię jakieś
problemy, szukasz odpowiedzi na...
Maryla nie dokończyła, bo odezwał się dzwonek u drzwi
wejściowych, i pobiegła otworzyć.
Z Irką przywitano się z daleka, bez ceremonii, ale z uśmiechem.
Zanim poszła zaparzyć herbatę, obrzuciła uważnym spojrzeniem
nowego chłopca Hani. Ten miał brodę! Gęsty, lśniący, rudawy
zarost wił się cały w lokach.
Chyba ją zakręca na noc na wałki - pomyślała Irka stwierdzając
wyraźną przewagę urodziwego, postawnego Karola. Grzegorz był
niższy, równego wzrostu z Hanią, a Maryla mówiła, że „przerastał
ją"... Intelektem - domyśliła się Irka.
Podała herbatę, którą przyjęto z radością, chociaż nic do niej nie
było prócz cukru. Karol opowiadał o wyczynach sportowych
któregoś z kolegów, Hania rzucała żartobliwe uwagi, często
wybuchała śmiechem. Maryla słuchała opowiadania Karola,
- 152 -
wtórowała Hani, ale co chwila rzucała oczami w stronę
milczącego Grzegorza. Ten miał czarną, nie tak długą, jak
dawniej, czuprynę i broda jego nie lśniła tak powabnie, jak u
Karola. Ale kiedy podniósł ciemne oczy na stawiającą przed nim
szklankę- herbaty Irkę i powiedział głębokim aksamitnym głosem
„dziękuję" - zrobiło jej się gorąco.
O takich właśnie oczach Jaga Sieczko powiedziałaby na pewno,
że są „przepaściste". Maryla miała rację: Grzegorz musi mieć
bardzo bogate życie wewnętrzne, Irka nie ma co do tego żadnych
wątpliwości.
Nie był to dzisiaj jej dyżur w bibliotece, ale nie mogła usiedzieć
w domu. Włożyła w torbę kilka książek i postanowiła je odnieść.
Na schodach w szkole spotkała zbiegającego Kostka,
- O, Kostek! Co tu robisz?
- Umówiłem się z Basińskim. Miał przyjść ze szczeniakiem,
wiesz, z Agatem, ale już pół godziny czekam, a jego nie widać.
- Nie lubię niepunktualności - mówi Irka. - Jak się kto umawia...
- Ja też - zgadza się Kostek. - Ale może coś wypadło, może
ojciec kazał na budowę jechać... Wiesz, oni w Wilanowie mają
plac i budują domek. Sami budują. Basior mówił, że w każdą
niedzielę tak się natyra.
- Ale będzie miał daleko do szkoły - zmartwiła się Irka.
- Gdzie tam! - uspokoił ją Kostek. - Zanim oni ten domek
wybudują. Basior szkołę skończy.
- Tak? No to chodź ze mną do biblioteki, oddam książki i razem
wyjdziemy. A Bigoszewskiego tam nie ma?
- Nie. Pewno się z kimś...
- Że co. że co? - zapytała żywo Irka.
- 153 -
- E, nie warto mówić, może mi się coś przywidziało. A dlaczego
pytasz o Bigosa?
- Poczekaj. Oddam książki, wyjdziemy, coś ci powiem.
Wracali powoli znajomymi ulicami. Wysokie latarnie rzucały
snopy białego zimnego światła, w którym wirowało tysiące
iskierek - mżyło. Chodniki były wilgotne, ubarwione odbiciem
neonowych reklam. Niektóre wystawy udekorowane już po
zimowemu, bo chociaż trwała kalendarzowa jesień, lada dzień
mógł spaść śnieg. Święty Marcin lubił przyjeżdżać na białym
koniu.
Kostek raz i drugi pytająco spojrzał na Irkę, Ciekawy był, co ma
do powiedzenia, ale nie nalegał.
Irka właściwie chciała z nim porozmawiać, ot tak, o niczym, i o
wszystkim. Po prostu wolała wracać do domu w towarzystwie. O
Bigoszewskiego zapytała też nie wiadomo po co. Ale kiedy z
odpowiedzi Kostka wywnioskowała, że Marcin z kimś się
umówił, a według niej, tym kimś mogła być tylko Ewa -
zdecydowała się porozmawiać o tych dwojgu z Kostkiem.
- Kostek, wiesz, mnie się zdaje, że Ewa poszła do kina z
Marcinem.
- Ewa? Z Marcinem?! - Kostek własnym uszom nie wierzył.
- Czego się tak dziwisz? - Irka była niezadowolona, że Kostek
nie potwierdził jej domysłów. Czyżby nie zgadła? Czy też on tak
umiał udawać?
- Bo... bo myślę, że oni nie bardzo się lubią. Marcin ma chyba
do niej żal... no wiesz... o te uszy, pamiętasz, zawsze mu
dokuczała.
- Teraz już nie dokucza.
- 154 -
- I nie chciała od niego wziąć zeszytu do matmy. Wtedy, co to
dwóję oberwała. „Od ciebie miałabym wziąć! Od ciebie?" -
krzyczała.
- Ale do Zielonego Siodła razem pojechała.
- Dla ciebie to chyba zrobiła, samej nie chciałoby ci się jechać.
- A tak, niczego nie zauważyłeś? Naprawdę?
- Niczego. No, może... Marcin czasami, jak myśli, że nikt nie
widzi, przygląda się Ewie. Zdaje się, od czasu, jak mu
powiedziałem, że po wakacjach zrobiła się ładniejsza.
- Ewa zawsze była ładna - bohatersko przyznała Irka, chociaż
kolnęło ją to niemile.
- Owszem, ale teraz rzeczywiście wyładniała. Nie widzisz, jak
ją chłopaki obskakują? I Kosmulski, i Stefanowicz, a jeżeli i
Marcin... no, no!... Irka sceptycznie pokiwała głową.
Już ona wie, kto kogo „obskakuje". Tego jednak Kostkowi nie
powie.
- A dlaczego myślisz, że Ewa... z Marcinem? - dopytywał
Kostek.
- Bo nagle zaczęła się nim interesować. Chce wiedzieć na
przykład, czy on ma bogate życie wewnętrzne...
- Życie wewnętrzne?! - Kostek przeciągle spojrzał na Irkę. - Cóż
to znowu takiego? Bo chyba nie myślisz, że ja w kieszeni noszę
encyklopedię?
Irka roześmiała się.
- Przydałoby się takie kieszonkowe wydanie, nie? Ciągle teraz
napotykamy jakieś nowe wyrazy, zauważyłeś? Pani Potorejko
mówi, że nam się język wzbogaca.
- No, ale to „życie"? - niecierpliwił się Kostek.
- 155 -
- Tylko nie myśl, że jestem głupi. Mógłbym udawać, że wiem, a
dopiero w domu zobaczyć, co to takiego. Ale przecież z tobą
można mówić jak z Marcinem, nie?
- Oczywiście - ucieszyła się Irka. - Ja też do dzisiaj nie
wiedziałam, wytłumaczyła mi dopiero siostra. Życie wewnętrzne,
to znaczy, że człowiek myśli, czuje, ma różne zainteresowania, na
przykład ty interesujesz się wykopaliskami, archeologią,
zastanawiasz się nad wszystkim...
- Oj, Irka, żebyś ty wiedziała, ile ja się muszę na- zastanawiać! -
zawołał Kostek. - Tyle różnych spraw naokoło. Tak, ja na pewno
mam bogate życie wewnętrzne. Marcin też. Możesz to Ewie
powtórzyć. Teraz widzę, że bogate życie wewnętrzne ma ten, w
kim się rozwija osobowość. A w Marcinie i we mnie w tym roku
zaczęła się właśnie rozwijać osobowość. Żebyś wiedziała! Wacek
to zauważył. Marcina brat, a on jest niegłupi. Chodzi do jedenastej
klasy.
- To ten, co się wklepał w jakąś Grażynę?
- Wacek? Wklepał się? - Kostek znowu był zaskoczony. - Skąd
wiesz?
- Wie się. My, dziewczyny, wiemy dużo więcej niż wy. Ale
teraz wytłumacz mi, jak to jest z tą osobowością?
Więc Kostek cierpliwie tłumaczył, a Irka nagle zrozumiała, że i
w niej zaczęła się już od dawna, chyba jeszcze przed wakacjami,
rozwijać „osobowość".
- Kostek! Ile to rzeczy o sobie się nie wie! Przecież w każdym
myślącym człowieku rozwija się osobowość!
- I jeszcze, że oprócz tego. co w szkole, no wiesz, z
podręczników - dowiadujemy się o sobie różnych rzeczy. Według
mnie to jest dużo ciekawsze niż lekcje. Ja na przykład wcale nie
wiedziałem, że jestem realistą, a jestem realistą, i to od małego
dziecka, a dowiedziałem się o tym dopiero niedawno.
- 156 -
- 157 -
Irka od dawna wie o sobie, że jest realistką. Kiwa ze
zrozumieniem głową, ale nie mówi na ten temat ani słowa. Nie
chce, żeby Kostek pomyślał, że ona wszystko tak samo, jak on,
jak za panią matką pacierz.
Po powrocie do domu spytała, czy nie telefonowała do niej
Ewa.
- Nie, do tej pory nikt do ciebie nie telefonował - powiedziała
Maryla i dorzuciła półgłosem oglądając się na kuchnię, w której
siedzieli rodzice: - No, przyjrzałaś się? Widziałaś jego oczy? Po
samych tylko oczach widać od razu, że to niezwykły człowiek,
co?
- Tak - przytaknęła Irka nie wiedząc, co innego mogłaby
odpowiedzieć. - A ten... ten Karol? To jaki? Przystojny?
- Phi! Przystojny! - wzruszyła ramionami Maryla. - Manekin na
wystawie też może być przystojny. Karol Grzegorzowi nie dorasta
nawet do pięt!...
„Choć jest o głowę od niego wyższy" - pomyślała sobie Irka i
uśmiechnęła się: wie, że Maryla nie wzrost fizyczny ma na myśli.
Ewa nie telefonowała. Co więc robiła dziś po południu? Czyżby
rzeczywiście umówiła się z Marcinem? A niech tam! Niech
zawraca, jak chce, głowę Marcinowi! Nawet Kostek to zauważył,
że przygląda jej się w tym roku ukradkiem. Niech się przygląda!
Na zdrowie! Irkę to nic nie obchodzi, jest przecież realistką. Jeśli
Ewa ma większe szanse, proszę bardzo!
- 158 -
Ewa z nikim się nie umówiła. Po prostu była zajęta w domu i
nawet zatelefonować nie miała czasu.
Mama naszykowała pranie. Ale kiedy wróciła z pracy do domu,
czuła się tak źle, że babcia natychmiast pościeliła tapczan i kazała
się mamie położyć.
- Serce masz słabe od dziecka - mówiła - a z sercem nie ma
żartów.
- Dobrze - nie sprzeciwiała się mama - trochę odpocznę, a
potem wezmę się za pranie.
- Ani mowy! A jutro rano zobaczymy, jak się będziesz czuła,
czy pójdziesz do pracy, czy do lekarza.
Babcia mówiła cicho i spokojnie, ale wiadomo było, że to jest
ostateczna decyzja.
- Dziewczęta - oświadczyła w kuchni - bielizna w wannie
namoczona od wczoraj, musimy ją uprać...
- Babciu! - jęknęła Ola - umówiłam się z koleżanką na powtórkę
przed klasówką! Pojutrze klasówka!
- To zdążysz. Pralka dobra, weźmiemy się we trzy, szybko
pójdzie. Chyba... chyba że uważasz, że my z Ewą - same?...
- Ach, babciu! Czy nie powinno się oddawać bielizny do pralni?
Po co są pralnie? Przecież to nie takie drogie! Przecież nas stać!
- Jak kto nie może, oddaje do pralni - tłumaczyła babcia. - Koszt
nieduży, ale bielizna szybciej się drze i ostatecznie wypada drogo.
I w pralni nigdy tak nie wypiorą jak w domu.
- A czy tego prania nie można odłożyć do jutra? - jęczała Ola w
dalszym ciągu. - Jutro byśmy wyprały raz dwa. Będę miała mało
lekcji.
- I powtórkę do klasówki zdążysz zrobić jutro. A pranie trzeba
dziś, nie ma rady. Chcesz, żeby matka za pranie się wzięła? Chyba
ją znasz i wiesz, że tak będzie. A dobre to dla jej zdrowia?
- 159 -
- Bo mama też uparta jak babcia. Jak sobie co powie...
- Moja córka, to i podobna. A upartym na robotę dobrze być.
Zawsze miałyście czystą bieliznę i porządek w mieszkaniu.
- Babciu - wtrąciła się Ewa - u jednej mojej koleżanki zmywa
się tylko dwa razy na tydzień, jak już wszystkie talerze i garnki
brudne. Co się tam dzieje w kuchni, aż strach spojrzeć! A
koleżanka tłumaczyła mi, że to jest właściwa organizacja pracy:
raz się wodę grzeje, raz się ręce brudzi...
- Każdy robi po swojemu, jak go w domu nauczyli. Mnie matka
zawsze mówiła: „Na noc wszystko ma być w porządku, bo jakby
nie daj Boże pożar albo co - ludzie wejdą i powiedzą: brudasy.
Wstyd!" Tak sobie to zapamiętałam, że nie mogłabym zasnąć,
gdybym po kolacji zostawiła brudne naczynia. Chodź, Ewa,
weźmiemy się, a ty, Olu, jak już musisz do tej klasówki...
- Za kogo mnie babcia ma! - oburzyła się Ola.
- Niech babcia siedzi i rządzi, a my z Ewą to nieszczęsne pranie
zrobimy. Ewa, jazda do łazienki, wyciągniemy pralkę, tylko
cicho, żeby mamy nie obudzić. Co ty sobie myślisz, sercem nie
żarty, babcia wie, co mówi.
Nie było to znowu takie wielkie pranie. Robota poszła ostro.
Kręciły wyżymaczką na zmianę. Kilka razy do łazienki zaglądała
babcia, poprawiała" wodę proszkami, poradziła, jak składać do
wyżymaczki, żeby było równo i nie za grubo, wreszcie kazała
odpocząć, bo podwieczorek gotowy.
- Jedzcie, jedzcie, moje praczki kochane - podsuwała smakowite
kanapki wnuczkom. - Praczkom trzeba dawać dobrze jeść, taka
jest tradycja.
Zadzwonił telefon, podbiegła do niego Ola, a chociaż nie
mówiła głośno, słychać było wyraźnie każde słowo przez nie
domknięte drzwi.
- 160 -
- No, nie mogę - mówiła - chciałam zatelefonować, ale nie
wiedziałam, gdzie jesteś. Nie, naprawdę nie. Muszę z siostrą
przerobić chemię, jutro ma klasówkę. Oj, Wojtek, nie rozumiesz,
że jak ja jej nie pomogę, to kto? Nie masz siostry, to nie wiesz.
Dobrze, może jutro. Zatelefonuję. Cześć!
Kiedy Ola wróciła do kuchni, zastała Ewę i babcię duszące się
od śmiechu. Ewa nie wytrzymała i głośno parsknęła. Zawtórowała
jej babcia. Ola zorientowała się, że słyszały rozmowę,
poczerwieniała.
- Aleś nałgała! „Siostrze pomagam!" „Chemia!"
- A co? Nie pomagam ci? - broniła się Ola. - I jakbyś wiedziała,
że pranie to chemia. Składniki proszków do prania, detergenty,
rozkładają brud, chlorek wybielą, to też proces chemiczny, może
nie? Babcia też się ze mnie śmieje? Nie spodziewałam się.
- A dlaczego nie powiesz chłopcu, że masz pranie?
- Babciu, babcia nie rozumie? - dziwiła się Ola. - Przecież sama
babcia mówiła mi kiedyś, że teraz tak mało romantyzmu w życiu
młodzieży. Czy w praniu jest coś romantycznego? A Wojtek to
dusza artystyczna, esteta.
- Esteci lubią pięknie wyprane i wyprasowane koszule.
- Babciu - Ola miała oczy na mokrym miejscu i niewiele już
brakowało, aby napełniły się łzami. - Babcia naumyślnie nie chce
mnie zrozumieć. Wojtek mi się podoba, przecież babci mogę to
powiedzieć. Mamy jednakowe gusty: on kocha poezję Różewicza,
Szymborskiej, ja też uwielbiam ich wiersze. Dostałam od niego
tomik Szymborskiej.
- Musisz mi dać przeczytać, lubię Szymborską. To nowoczesna
poezja, ale głęboka i rozumna.
- No, widzi babcia! Wojtek lubi filmy Wajdy, ja też. Babcia
rozumie, jakie to ważne, kiedy się znajdzie człowieka, który lubi
to samo?
- 161 -
- Ważne - zgadza się babcia - ale wspólne upodobania nie
muszą ograniczać się tylko do sztuki.
- Co babcia ma na myśli? - Ola przyglądała się babci
podejrzliwie.
- Na przykład: ty nie lubisz prania i pewno on też nie lubi
prania, ale oboje, kiedy trzeba, pomagacie, bo chyba i on pomaga
w domu matce, ojcu?
- Nie wiem, babciu. On ma tylko matkę i chyba nie
nadzwyczajne warunki materialne. Nie wiem.
- A to się dowiedz, Olu. Delikatnie, przy okazji, ale dowiedz się
choćby jego zdania na ten temat. To też ważne. To ci dużo powie.
- Dosyć, Sobierajski, siadaj. Kulawo ci wypadła odpowiedź.
Chyba nie przepracowałeś się wczoraj nad powtórzeniem, co?
Sobierajski milczał. Co miał odpowiedzieć? Zaprzeczyć nie
mógł, bo świadczyły przeciw niemu z trudem wydobywane z
głowy i uzupełniane skąpym podpowiadaniem kolegów
wiadomości tyczące kongresu wiedeńskiego. Potwierdzić obawiał
się, bo to by mu w oczach pani Skoczelowej też nie pomogło.
To już nie była uśmiechnięta, opalona pani Skoczelowa z
pierwszych dni po wakacjach. Parę miesięcy pracy w szkole
przygasiło kolory na jej twarzy, zmęczyło oczy i ustom kazało się
czasami zaciskać w cienką linijkę, dobrze od lat znaną uczniom. A
kiedy pani Skoczelowa tak zaciskała usta, wiadomo było, że nikt
nie może liczyć na pobłażliwość. Tak było i dzisiaj.
- Tróją na szynach - ledwo zdążył szepnąć ktoś z pierwszej
ławki, a pani Skoczelowa, nie doczekawszy się odpowiedzi
Sobierajskiego, powiedziała:
- Przegoń, proszę dalej o kongresie wiedeńskim.
- 162 -
Kostek Przegoń nie słyszał nawet, że go pani Skoczelowa
wzywa. Nie spodziewał się tego, przecież był święcie przekonany,
że historię ma z głowy. Odpowiadał na poprzedniej lekcji, dostał
mocną czwórkę, więc kolej była na innych. A wczoraj, owszem,
miał zamiar, bez specjalnej gorliwości, przejrzeć zadaną lekcję,
rozłożył nawet podręcznik i żeby nie mama...
Alicja z narzeczonym właśnie poszła do kina w najczulszej
zgodzie, bo Seweryn, jak się energicznie zakręcił, otrzymał
przydział dwupokojowego mieszkania. Ślub będzie jeszcze przed
świętami. Klucze do mieszkania doktor dostanie za kilka dni i
zaraz tam zaczną przenosić po trochu takie rzeczy, z którymi
trzeba obchodzić się ostrożnie. A na Wilię Alicja i Sewer zaproszą
mamę i Kostka już do siebie, do nowego domu.
Mama, zadowolona, że tak wszystko dobrze się - układa,
przyszła z jakimś szyciem do stołu, przy którym Kostek rozłożył
się z lekcjami, i nagle oświadczyła, że musi się z nim naradzić.
Naradzić?... Kostek myślał, że się przesłyszał. Do tej pory mama
zawsze naradzała się tylko z Alicją, jego nigdy do narady nie
wzywała, a jeżeli wtrącił jaką uwagę, była ona z reguły
lekceważona. Alicja zawsze opędzała się od niego jak od
uprzykrzonej muchy, kwitując co najwyżej słowami: „Co ty tam
wiesz, dziecko jesteś!" A tu nagle...
Starał się nie pokazać po sobie, jak go to przyjemnie
zaskoczyło, i słuchał uważnie. Okazało się, że mamie też zaprząta
głowę myśl o przestawieniu mebli po wyprowadzce Alicji.
- Wiem, ty, Kostuś, chcesz pokoik po Alicji. Ale tak sobie
myślę, że może ja bym się tam ulokowała? Bo ty musisz mieć i
stolik większy, i półki na książki, a gdzie tam zmieścić to
wszystko? Chyba żebyś tam tylko spanie miał?
- 163 -
- Nie, nie, mamusiu - błagał Kostek. - Ja tam sobie pokoik
urządzę, ja już nawet myślałem, jak... Przecież szafkę Alicja
zabierze. Będzie luźniej.
- Jak chcesz. Ja tylko się zastanawiam. Pytałam Alicji, ale ona
wyłącznie swoje mieszkanie ma teraz w głowie. I nie można się
dziwić. Namyśl się. Sami zostaniemy - mama westchnęła ciężko,
jakby Alicja wyjeżdżała na drugi koniec świata. - Będziesz teraz
w domu za mężczyznę.
Kostek chrząknął, chciał powiedzieć, że i do tej pory za kobietę
chyba go mama nie uważała. Ale dał spokój. Mama była
nastrojona wyraźnie lirycznie i trzeba było z tego skorzystać.
- My sobie wszystko też narysujemy na papierze, mamusiu. Tak
jak Alicja z Sewerynem. I zobaczymy, jak się co ustawi. Mamusia
musi mieć wygodnie... I dużo powietrza do pisania. Tyle godzin
mamusia przy tej maszynie...
- A ty nie? Przy lekcjach?
- Tak, ale ja trochę przy lekcjach, trochę z psem się przelecę...
- Z jakim znowu psem? Chryste Panie! Znów jakiś pies?
- Nie „jakiś", tylko mój. Mamusiu, my musimy mieć psa! Alicja
się wyprowadzi, niech chociaż pies tu będzie! Przecież wracać do
czterech pustych ścian to aż mróz człowieka przechodzi! Ani
żywej duszy! A pies, sama mamusia rozumie, to jest pies! I
przypilnuje, i złodzieja nie puści, i zaszczeka. Zawsze raźniej. A
czy mamusia wie, że u nas jeden chłopiec przez psa zaczął się
lepiej uczyć?
- Eee, opowiadasz!
- Wcale nie opowiadam. Nazywa się Wicek Basiński i może
mamusia na wywiadówce z jego ojcem porozmawiać.
- A co z psem w wakacje zrobisz?
- 164 -
- U Alby go zakwateruję. Budę mu wyszykujemy, deski są,
Alba umie.
- A pan Dziewałtowski się zgodzi? - miękła mama.
- Pan Dziewałtowski dla psa nie wiem co by zrobił. Taki już
jest. Zgodzi się.
- No dobrze, ale pomyśl o tym, co mówiłam, bo jakbyś chciał,
duży pokój może być twój.
Wróciła Alicja, opowiadała treść filmu, Kostek też słuchał, pito
herbatę. Kiedy wrócił do odrabiania lekcji, było już późno.
Odrobił tylko co ważniejsze. Historię na szczęście miał z głowy,
bo przecież tylko co odpowiadał.
Na drugi dzień w szkole ciągle myślami wracał do rozmowy z
mamą. Marcin radził:
- Weź mały pokoik. Duży tak czy inaczej będzie wspólny. A to
goście, a to jakaś rodzina wpadnie, i już nie jesteś sam, a w tym
małym nikt się nie zmieści oprócz ciebie.
- I psa - dorzuca szybko Kostek.
- I psa - powtarza Marcin. - Więcej ani szpilki nie wetkniesz.
Mama właściwie już się zgodziła na psa. Jest o czym myśleć. A
tu nagle Marcin szturcha Kostka łokciem.
- Wstawaj!
Kostek wstaje i mało przytomnie przygląda się pani
Skoczelowej, która powtarza polecenie:
- Opowiedz dalej o kongresie. Chyba słyszałeś, na czym
skończył Sobierajski? Kostek nie słyszał, bo wcale nie słuchał, ale
tego pani Skoczelowej powiedzieć nie może. I tego, że nie
przygotował lekcji - też nie. Więc wypowiada jedną myśl, która
wypełnia mu głowę.
- 165 -
- Proszę pani, ja... ja odpowiadałem na ostatniej lekcji.
- No to co? - dziwi się pani Skoczelowa udając, że się nie
domyśla, o co Kostkowi chodzi. - Pamiętam, dostałeś czwórkę i
powiedziałeś, że jesteś prawie usatysfakcjonowany. Więc dzisiaj
masz szansę zdobyć lepszy stopień i być usatysfakcjonowanym
całkowicie. Słucham.
Historyczka słuch ma dobry, a jednak podchodzi do ławek i
oczu nie spuszcza z Marcina i tych kilkorga, którzy siedzą blisko.
Niech nie próbują podpowiadać, bo za podpowiadanie pani
Skoczelowa kropi dwóje, jak za nieprzygotowanie lekcji.
- Więc... kongres wiedeński... - zaczyna pewnym głosem
Kostek, ale już ta fałszywa pewność dowodzi wyraźnie, że pojęcia
nie ma, na czym skończył Sobierajski.
- Tyle razy wam tłumaczyłam, że nie zaczyna się zdania od
„więc" - wtrąca pani Skoczelowa.
- Proszę pani, w telewizji bardzo często różni ludzie zaczynają
od „więc" - podniósł się Nemek Batorowicz. - Zwróciłem uwagę,
bo pamiętam, że pani o tym już nam mówiła.
- W telewizji może to się zdarzyć z tremy - tłumaczy pani
Skoczelowa. - Obiektyw robi podobno ogromne wrażenie. I
wtedy, po prostu dla kontenansu, ludzie coś takiego wtrącają.
Ale... Kostek, wdzięczny Nemkowi, zdążył rzucić półgłosem: -
Ratunku!
- ... ale nie odwracaj mojej uwagi od Przegonia, który chciałby
dostać piątkę. Przegoń, prawda, chciałbyś dostać piątkę?
W spokojnym głosie pani Skoczelowej, w twarzy bez uśmiechu,
było coś takiego, co pozwalało się domyślać: ona wie, że Kostek
dzisiaj piątki nie dostanie.
- Kto by nie chciał - bąknął pod nosem Kostek odwracając oczy
od nauczycielki w obawie, aby nie dostrzegła jego dla niej uczuć
dalekich w tej chwili od życzliwości.
- 166 -
- 167 -
- Więc... kongres wiedeński... - zaczął znowu zapominając o
tylko co zwróconej uwadze.
- Pamiętasz oczywiście datę?
- Osiemset... aście - dobiegło jakby westchnienie od strony Irki.
- Kongres wiedeński był w roku... tysiąc osiemset... tysiąc
osiemset... - nie wiedział, jak dokończyć Kostek, i już
przygotowany był na najgorsze, gdy nagle...
- Mrówki! - krzyknął Marcin zrywając się z miejsca. - O, tu
mrówka lezie po ławce, a tu... Ewa, po twoich plecach! Mam ją!
Skąd te mrówki?!...
- Mrówki!
- Mrówki faraona!...
- Tu pod ławką!
- O, i tu na pulpicie!...
- To pewnie te mrówki z Saskiej Kępy!
Takiego zamieszania i hałasu dawno nie było w tej klasie. A
jeżeli chodzi o lekcje pani Skoczelowej, to w ogóle coś
podobnego nie zdarzyło się jeszcze nigdy.
W pierwszej chwili sama nauczycielka, zaskoczona, zjeżyła się
z obrzydzeniem: niechby tak jakaś mrówka zaczęła jej chodzić po
plecach i ucięła znienacka! A mrówki potrafią ciąć, i to bardzo
boleśnie. Ale hałas spowodowany rzekomym najściem mrówek
wydał jej się podejrzanie przesadny.
Ewa Jagodzianka najpierw wyskoczyła z miejsca, potem nagle
złapała się za ramię, za bok i wybiegła z klasy bez słowa.
Irka obydwiema nogami wskoczyła na ławkę, inne dziewczynki
piszczały ze strachu. Jedna Jaga Sieczko uważnie oglądając
podłogę spokojnie stanęła koło tablicy. W chłopcach natychmiast
obudziły się instynkty łowców i tropicieli. Włazili pod ławki,
- 168 -
chodzili na czworakach, zaglądali do teczek i otworów na
kałamarze. Co chwila któryś z nich ogłaszał triumfalnie:
- Mam jedną!
- A ja dwie!
- Tu jakaś malutka, ledwo się rusza!
- O raju! - wołał Basiński. - Tu ich jest pełne pudełko, wlazły
jak do pułapki!...
- Cisza! - tupnęła nogą zdenerwowana pani Skoczelowa. -
Basiński, podaj mi to pudełko.
Basiński zaczął się wydobywać spod ławki, co mu szło
niełatwo, a tymczasem Hela Obarska zawołała:
- O, o! proszę pani! One idą od katedry! Tam musi być jakaś
dziura, przez którą wyłażą!
Ale to nie była dziura, tylko drugie pudełko, od zapałek, pełne
mrówek. Pani Skoczelowa obejrzała położone na stoliku oba
pudełka, z których przez nie domkniętą szczelinę wydobywały się
mrówki. Zasunięte przez Basińskiego - siedziały jak uwięzione.
- Kto przyniósł te mrówki do klasy? - ostry głos nauczycielki
nie zapowiadał nic dobrego. Odpowiedzią była cisza. Już chyba
wszyscy zrozumieli, jakiego rodzaju był rzekomy najazd mrówek.
W ciszy, która tak szybko nastąpiła po niedawnym rejwachu,
zbawczo zadźwięczał dzwonek szkolny ogłaszający koniec lekcji.
Ale nikt nie ruszył się z miejsca, tylko jak na komendę wszystkie
głowy odwróciły się w stronę otwieranych drzwi. To wracała
Ewa. Głowę miała potarganą, guziki szkolnego fartucha krzywo
zapięte, w ręku trzymała odpruty biały kołnierzyk. Zaskoczona
niezwykłą ciszą, wodziła pytającym wzrokiem to po klasie, to po
podłodze, a nie widząc żadnego niebezpieczeństwa zwróciła się
do nauczycielki:
- Jedna weszła mi pod bluzkę, ale ją złapałam, proszę pani. Brr!
- 169 -
- Podziękuj któremuś ze swoich kolegów za ten pomysłowy
dowcip - powiedziała nauczycielka. - Wyjątkowo pomysłowy.
Waszej wychowawczyni, pani Pucek, można pozazdrościć! - Tu
zwróciła się wprost do Marcina: - Ogromnie w porę zauważyłeś te
mrówki.
To mówiąc pani Skoczelowa wzięła do ręki dziennik, starannie
obejrzała, czy nie zadomowiła się w nim jakaś mrówka, i wyszła z
klasy.
Dopiero się zaczęło!
- Ja wam mówię, że to będzie twarde lądowanie - wołał
Basiński - albo większy klops! Skoczelowa wszystko wywali w
pokoju nauczycielskim. Jak bozie-kozie!
- A jak się dostanie naszej Puci! - zmartwiła się Irka. - Wszystko
będzie na nią, zobaczycie.
- Niech się przyzna ten, co mrówki przytargał! - wołał
Maciołajtyszewicz.
- Nie musi się przyznawać. Zapomnieliście, kto u nas jest
najlepszy do pomysłów? - drwił Kazik Piątkowski. - Skoczelowa
też od razu wiedziała. Jakby to nie był Bigos, nie wołałby
pierwszy o mrówkach.
- Zamknij się, Piątek! - krzyknął na niego Kostek.
- A bo co? Nie trafiłem?
- Trafiłeś jak noga na mydło - powiedział Basiński.
- Właśnie! Najlepszy sposób - upierał się Kazik.
- Zawołał, bo chciał ratować Kostka - przypuszczała Ewa.
Ale będą nas teraz maglować, zobaczycie! Jeden cymbał
wymyślił, a nam urządzą głębokie wiercenie.
- Cymbał nadpoziomowy, fakt!
- Cymbał bizantyjski!
- 170 -
- Jaki tam cymbał. Zwyczajny baran, i trzeba go posłać do tej
maszyny z ogłoszenia - oznajmiła Jaga.
- Co za ogłoszenie? Jaka maszyna?
- Maszyna do uszlachetniania baranów. Nie wierzycie?
Przyniosę jutro „Życie Warszawy", zobaczycie ogłoszenie na
własne oczy. Jeżeli niedrogo sprzedadzą, warto by zrobić składkę.
- Wychodźcie! - krzyknął Maciołajtyszewicz. - Przerwa
niedługo się skończy, a klasa nie przewietrzona!
- Kostek - tłumaczyła koledze Irka - Skoczelowa ci nie daruje.
Nie masz wyjścia, tylko zaraz dzisiaj siadaj nad historią i kuj w te
i we wte. Inaczej leżysz z dwóją na okres. Już ona cię przepyta,
zobaczysz!
- Brr! Wolałbym nie wiem co! Najgorsze te daty.
Słyszałem, jak mnie ratowałaś, fajna jesteś, ale jakby cię ta
zgaga złapała...
- Kongres wiedeński łatwo zapamiętać - ciągnęła Irka - ten sam
rok, co Waterloo: 1815. I suma cyfr też piętnaście. Policz.
- Jeden plus osiem, plus jeden, plus pięć... faktycznie,
piętnaście! - ucieszył się z odkrycia Kostek. - No, to już
zapamiętam. Ale inne daty nie tak łatwo...
- Trzeba zawsze poszukać jakiegoś skojarzenia, czegoś, co
pomogłoby zapamiętać. Mnie nauczyła tego siostra. No, pomyśl,
na przykład: zwycięstwo pod Wiedniem 1683, a powstanie
styczniowe 1863. Widzisz: wymienić tylko szóstkę z ósemką...
- Widzę - westchnął Kostek. - Ale ona Marcinowi też nie
przepuści. Myśli, że to on. Zgaga.
- Najlepiej byłoby, żeby przyznał się ten, co to zrobił.
- A jakże! Przyzna się! Jak mi kaktus wyrośnie!
- 171 -
- Słuchajcie... - podeszła do nich Jaga i zaczęła tajemniczym
szeptem: - Zauważyliście, że jedno pudełko od zapałek było
bułgarskie?
- Prawda! Marcin! - zawołał Kostek. - Chodź no tu!
Zauważyłeś, że jedno pudełko było bułgarskie?
- Tak? Nemek miał takie. Matka mu przywiozła z Bułgarii. Ale
to przecież nie on! Bzdura na resorach!
- Ale to ślad... - upierała się Sieczko.
- Sieczko, nie bądź taki Sherlock Holmes, bo i tak nie dasz rady!
- powiedział żartobliwie Kostek i zawołał: - Nemek, chodź no
tutaj!
Nemek podszedł.
- Słuchaj, zauważyłeś, że to pudełko od zapałek było
bułgarskie?
- Od razu zauważyłem - odpowiedział Nemek. - I jeszcze
więcej: były na nim ślady anilinowego zielonego ołówka, którym
wtedy miałem pobrudzone ręce. Ale ja w tym pudełku
przyniosłem kilka dni temu pinezki, nie mrówki. Przypinałem
plakaty w korytarzu, pamiętacie? Potem puste pudełko wrzuciłem
do kosza w klasie. Ktoś musiał je stamtąd wyjąć. Pudełko to
samo.
- No i masz swój ślad, Sieczko-Holmesie! Nie tędy droga.
Chłopaki, wyjdźmy na boisko! Ale już! Biegiem!
- A ja wam mówię, że to jest ślad - upierała się Jaga Sieczko. -
Tylko trzeba byłoby się tym zająć dokładnie. Bo chyba zdajecie
sobie sprawę, że będzie awantura i każą się przyznać?
- Każą, no i co z tego? - mówiła Ewa. - Myślisz, że ten
mrówkarz się przyzna? Jeszcze teraz, kiedy podejrzenie padło na
Marcina? Słuchajcie, zróbmy coś, bo to przecież straszne, żeby
ktoś cierpiał niewinnie!
- 172 -
Irka westchnęła, wyglądało to na współczucie dla cierpień
„niewinnego", ale było wywołane myślą o tak niedawnym
przecież czasie, kiedy Ewa pierwsza ucieszyłaby się z jakiejś
wpadki Marcina.
- Zróbmy tak - mówiła Jaga. - Każda z nas niech wybada
jednego chłopaka. Ale, wiecie, to trzeba robić sprytnie, delikatnie,
żeby się nie spostrzegł. Z nich można wszystko wyciągnąć, jak się
chce. Może któryś z nich się wygada, powie coś takiego, co
naprowadzi na ślad. Same mówicie, że winny się nie przyzna.
Więc trzeba go zdemaskować i...
- I polecieć z jęzorem? Tak? - Irka nie posiadała się z oburzenia.
- Głupia jesteś! Jak dojdziemy kto, to zmusimy go do
przyznania się. No więc, Ewa, ty pogadaj z Marcinem, Irka z
Kostkiem, a ja...
- Nie podejmuję się żadnego „wyciągania" z Kostka -
oświadczyła Irka, zła na Jagę, że ją nazwała głupią i że się tak
rządzi. - Kostek nic nie da z siebie wyciągnąć.
- Powiedz od razu, że nie potrafisz! - wydęła wargi Jaga.
- Ty za to wszystko potrafisz! - drwiła Irka. - Taka jesteś mądra?
Nie wiesz, że chłopaki trzymają sztamę?
- Wiem. Ale można spróbować. Chyba że chcecie, żeby
wszystko zwalili na Bigoszewskiego...
- Nie, Jaga, nie! To byłoby niesprawiedliwie - gorączkowała się
Ewa, której odpowiadał pretekst do spotkania się z Marcinem. -
On zdjął ze mnie pierwszą mrówkę...
- No więc pogadaj z Bigosem, a ja z Basińskim i, skoro Irka nie
chce, z Przegoniem.
- Z Basińskim może ci się uda, ale z Kostkiem? Wątpię.
- 173 -
- Znajdę na niego sposób - oświadczyła Jaga tajemniczo. -
Zresztą to gaduła, jeżeli coś wie, na pewno się wygada. Opowiem
wam jutro!
- Mnie to się nie podoba - mówiła w ławce Irka do Ewy. - Cóż
to za sposoby! O czym ona będzie nam opowiadać i kto sprawdzi,
czy nie nazmyślała? Mądrala!
Tymczasem w pokoju nauczycielskim pani Skoczelowa nie
omieszkała opowiedzieć, co ją spotkało w klasie siódmej B. Nie
miała co prawda dużego audytorium, bo znajdowała się tam tylko
pijąca herbatę nauczycielka rosyjskiego i pani Śmiątkiewicz, która
przeglądała atlas przyrodniczy.
- Szkoda, że tu nie ma pani Pucek - zaczęła historyczka kładąc
na parapecie okiennym jakąś zawiniętą w gazetę paczuszkę, którą
dla pewności ścisnęła jeszcze wyjętą z torebki gumką.
- Pani Pucek ma czwartą lekcję w piątej klasie - oznajmiła
przyrodniczka zerknąwszy w wiszący na ścianie duży plan
lekcyjny, gdzie każdy nauczyciel innym kolorem miał zaznaczone
godziny swego przedmiotu - zaraz chyba nadejdzie. A co takiego?
- Siódma B jest niemożliwa! - powiedziała z oburzeniem pani
Skoczelowa nalewając sobie z imbryka herbatę. - To, co tam się
wyprawia, przechodzi wszelkie granice! Niedawno zbili szybę,
parę dni temu ustawili katedrę i ławki plecami do tablicy. Trzecia
część lekcji minęła, zanim przywróciłam porządek...
- To z ławkami było zrobione dla mnie, nie wiedzieli, że
zamieniłem się godziną z panią - mówił uśmiechając się
pobłażliwie pan Kwaśnica, który wszedł właśnie do pokoju
nauczycielskiego ze stosem zeszytów i usłyszał końcowy
fragment rozmowy. - Gałgany, przyznali się potem, że chcieli
- 174 -
ukraść w ten sposób trochę czasu, aby oszczędzić na ilości
odpowiadających.
- Dziwię się, że pan o tym mówi z taką pogodą - podniosła brwi
pani Skoczelowa. - Dzieci należy wdrażać do dyscypliny, a nie do
wykrętów...
- Prawda. Ale ja pamiętam, że kiedy byłem w ich wieku, to mi
się też rozmaite psie figle trzymały głowy, a przecież na
człowieka wyrosłem.
Pani Skoczelowa spojrzała na niego krytycznym okiem, jakby
chcąc powiedzieć, że nie jest tego całkowicie pewna, i ciągnęła
dalej:
- ... bo i to odwrócenie ławek, i...
- Oho, znowu o mojej klasie! - udawała zabawne przerażenie
pani Pucek wchodząc do pokoju i zdejmując szybko płaszcz i
zgrabną nową czapeczkę. - No bo jak „odwrócenie ławek", to
tylko siódma B! Chyba że i gdzie indziej to się zdarzyło? - pytała
dając wyraźnie do zrozumienia, że nie miałaby nic przeciw temu.
- Niestety - z nieszczerym ubolewaniem odpowiedziała
historyczka - ma pani wyjątkowo trudną klasę. Oczywiście, każdy
z nas ma swoje własne metody wychowawcze i nie pozwoliłabym
sobie nigdy nic nikomu narzucać, ale najskuteczniejsze metody
zdobywa się w...
- Proszę pani - przerwała jej Pucia - ja wiem, że pani jest
znakomitą siłą pedagogiczną i wiem, że stopnia tej doskonałości
nigdy chyba nie osiągnę, ale dlaczego pani ciągle o mojej klasie?
Dlaczego nie o swojej?
- Dlatego, że to, co mnie spotkało dziś w siódmej B...
Wychowawczyni „trudnej" klasy zamilkła i usiadła za stołem
nie spuszczając z historyczki pytających Oczu.
- 175 -
- Niechże pani nareszcie powie, co tam się stało? To że szyba
była zbita, a ławki - odwrócone i że to niełatwa klasa, wiemy
dawno - zniecierpliwił się pan Kwaśnica.
- Dzisiaj w siódmej B rozsypano, a raczej: wypuszczono
mrówki - oświadczyła triumfująco pani Skoczelowa i powiodła
uważnym wzrokiem po obecnych w pokoju nauczycielskim
kolegach, oczekując, że informacja wywoła niemałe wrażenie. I
rzeczywiście.
- Mrówki w siódmej B? Boże, ratuj! A ja tam właśnie teraz idę
na lekcję! - krzyknęła przerażona rusycystka Zrywając się tak
gwałtownie z krzesła, że szklanka z herbatą podskoczyła i
przewróciła się rozlewając zawartość na stół. Matematyk szybko
odsunął zeszyty i chwyciwszy z umywalki gąbkę opanował przy
jej pomocy strugę herbaty. Pani Śmiątkiewicz patrzyła na
historyczkę jakby nie dowierzając jej słowom.
- Mrówki? Wypuszczono mrówki? Nie rozumiem, dlaczego
pani mówi „wypuszczono"? Chyba pani słyszała o inwazji
mrówek w Warszawie? Są już podobno w Śródmieściu, więc...
- Ale te były przyniesione do klasy, do siódmej B klasy -
powtórzyła z naciskiem pani Skoczelowa - i wypuszczone z
pudełka. Z pudełek - poprawiła się. - Oto corpus delicti - to
mówiąc podeszła do okna i rozwinąwszy paczuszkę położyła na
stole dwa pudełeczka od zapałek wraz z rozpostartą gazetą.
Mrówek nie było widać, więc zsunęła trochę pokrywki i wtedy
kilka ich niemrawo zaczęło się poruszać po papierze.
- Ojej! - pisnęła rusycystka. - One się rozlezą po całym pokoju!
Niech je pani zaraz zatrzaśnie!
- Tylko tyle? - powiedziała przygnębiona pani Pucek.
Przygotowana widocznie na coś gorszego, wyobrażała sobie całą
lawinę mrówek sunącą po klasie.
- 176 -
- A co, mogliby przynieść mrowisko w kufrze? - znęcała się
pani Skoczelowa. - Na pewno potrafiliby i to! Widać nie zdążyli.
- To „trochę" wystarczyło, żeby narobić zamieszania - kiwał
głową pan Kwaśnica. - Wyobrażam sobie, ile pisku narobiły
dziewczyny.
- A pan by nie piszczał? - denerwowała się rusycystka. - Co by
pan zrobił, gdyby pana nagle zaczęły kąsać pod koszulą?
- Poszedłbym do umywalni i wytrząsnął koszulę. Ale skąd oni
te mrówki faraona wytrzasnęli?
- To nie są mrówki faraona - oświadczyła pani Smiątkiewicz
autorytatywnie - to są nasze, swojskie, wybrane gdzieś z
mrowiska. Takie niemrawe, bo wytrącone z odpoczynku
zimowego. Już ja im powiem...
- Mrówkom?! - zdziwił się pan Kwaśnica.
- Nie mrówkom, tylko chłopakom, bo to mogli zrobić tylko oni.
Mrowisko ruszyć to jakby dom komuś rozwalić! Okrucieństwo!
Wandalizm!...
Pani Pucek siedziała milcząca, zgnębiona, zastanawiając się nad
tym, jak powinna zareagować na wykroczenie, jak znaleźć
winnego, bo to przecież musiał być pomysł jednego czy najwyżej
kilku uczniów. Jak pomówić z klasą, której była
wychowawczynią.
- Pani Jadziu - przyrodniczka objęła serdecznie zmartwioną
koleżankę - niech się pani tak nie przejmuje. Jeszcze niejedną taką
„zgrywę", i w niejednej klasie zobaczymy. I przeżyjemy.
- U mnie, w ósmej, nigdy! - rzuciła pani Skoczelowa tak
energicznie, aż jej grzywka podskoczyła na czole.
- Bo w ósmej są. starsi, więc i mądrzejsi - łagodził pan
Kwaśnica. - Ależ mają pomysły! O mrówkach, o czymś takim
jeszcze nigdy nie słyszałem.
- 177 -
- A wiecie co? - pani Śmiątkiewicz plasnęła w dłonie. -
Przypomniałam sobie: to chyba ja ich na ten pomysł
naprowadziłam!
- Pani? Przyrodniczka? Czy ja dobrze słyszę? - jęknęła pani
Skoczelowa.
- Niech pani dosłucha do końca. Otóż Bigoszewski pytał mnie
kiedyś o pająki w Holandii, które jakoby zasnuły pajęczyną całą
szkołę tak, że trzeba było przerwać zajęcia. Była o tym wzmianka
w codziennej prasie, a dzieci interesują się takimi ciekawostkami.
O pająkach nie wiedziałam, ale opowiedziałam im o mrówkach
faraona, które były kiedyś w Rzymie przyczyną awarii w
Ministerstwie Finansów. No i może któremuś zaświtał pomysł...
- Właśnie! Pomysł! Od razu sobie pomyślałam, że coś
wspólnego musi mieć z tym Bigoszewski - oświadczyła nie bez
satysfakcji pani Skoczelowa.- On pierwszy krzyknął: „Mrówki!
Mrówki!" I wie pani - zwróciła się do wychowawczyni - w jakim
momencie? W momencie kiedy jego przyjaciel Przegoń nie był w
stanie wyjąkać ani słowa na temat kongresu wiedeńskiego. Tak!
Nawet o dacie nie miał zielonego pojęcia! Zielonego! Słyszycie
państwo? - Historyczka szukała na twarzach kolegów śladów
własnego oburzenia. - Wtedy właśnie Bigoszewski krzyknął:
„Mrówki!"... i o lekcji już nie mogło być mowy. Inteligencji mu
nie odmawiam, nie! Pomysłowy! - wzruszyła ramionami. - Z tych
pomysłów wszyscy go dobrze znamy. Ale pani Pucek, jeżeli
chodzi o Bigoszewskiego...
Dzwonek na lekcję zadzwonił ostro i jakby ostrzegawczo nad
głową pani Skoczelowej, która stała pod ścianą, gdzie wisiał.
Wzdrygnęła się.
Rusycystka szybko wzięła dziennik, ale jeszcze zdążyła zapytać
historyczkę:
- A te, co wylazły z pudełka?... Może by tam pana Rybkę...
- 178 -
- Wszystkie wyzbierane. Chyba że jest jeszcze jedno pudełko.
Niech pani dobrze zajrzy pod katedrę.
Nauczycielka, wcale nie uspokojona, ale nadrabiając miną
weszła do klasy. Na katedrze nie siadała. Zbliżyła się do niej tylko
tyle, ile wymagało położenie tam dziennika klasowego.
Zapowiedziała dyktando, chociaż wcale nie było ono w planie
dzisiejszej lekcji. Chodziła po klasie, uważnie patrząc pod nogi.
Oczy miała dobre i żadna mrówka nie uszłaby jej uwagi. Po
dyktandzie wywoływała uczniów do tablicy i - wciąż chodząc -
polecała pisać różne trudne formy czasowników. Nogi ją już
bolały, ale nie miała odwagi zajrzeć pod katedrę: a nuż błąka się
tam jeszcze jaki mrówczany niedobitek!
Lekcja dobiegała końca, kiedy w uchylonych drzwiach stanęła
wychowawczyni, na której twarzy próżno by szukać zwykłego
pogodnego uśmiechu.
- Przepraszam panią - zwróciła się na chwilę do koleżanki -
chciałam tylko powiedzieć, żebyście po tej lekcji nie szli do
domu. Muszę z wami porozmawiać.
Rusycystka po zniknięciu pani Pucek pokiwała głową.
- Oj, ma z wami kłopot wasza wychowawczyni, ma! To szybę
wybijacie, to...
- Proszę pani! To nie my! Naprawdę - wołał Paterek. - Z boiska
piłką wybili! Już wszystko wyjaśnione!
- Tak? No, to co innego: ławki żeście poodwracali...
- Prawda, ale tylko dla hecy. Chcieliśmy, żeby pan Kwaśnica...
bo pan Kwaśnica lubi się pośmiać - tłumaczyli.
- No, a dzisiaj? Żebyście słyszeli, jak pani Skoczelowa waszej
wychowawczyni wyczytała ewangelię! Boże, ratuj! Dobrze, że ja
nie jestem waszą wychowawczynią. Los na loterii! Jak to będzie
po rosyjsku? Balszoj wyigrysz! Powtórzcie: Bal-szoj wy-ig-rysz!
- 179 -
- No i proszę! - ciskał się Paterek. - Jeden dzień w tygodniu,
kiedy są tylko cztery lekcje, a tu masz babo placek! Posiedzimy ze
dwie godziny najmniej. Mama będzie truć, gdzie byłeś? Co
robiłeś? I tak nie uwierzy. Niech nam pani Pucek zaświadczenie
do dzienniczka wpisze!
Ale zebranie trwało krótko.
Pani Pucek weszła do klasy, w której było cicho, cichutko.
Wszyscy i wstali, i usiedli, a żaden pulpit nie szczęknął.
Najpierw ta cisza była smutna, współczująca, bo już wiadomo
było, że w pokoju nauczycielskim wychowawczyni „dostała za
swoje", za swoją klasę, i to od pani Skoczelowej, a pani Pucek z
historyczką nie piją sobie z dziobków, nie!
Ale zaraz potem ta cisza zamieniła się w pełną zdumienia i
zaskoczenia, kiedy pani Pucek poleciła Kostkowi Przegoniowi
stanąć przed sobą i patrząc mu prosto w oczy spytała:
- W którym roku był kongres wiedeński?
- W 1815 - odpowiedział bez zająknienia Kostek, chociaż
przygotowany był, jak i cała klasa, na zupełnie inne pytania.
Innych pytań nie było. Pani Pucek westchnęła jakby z ulgą i
ruchem ręki odprawiła Kostka na miejsce. Usiadła na katedrze i
wodziła oczami po klasie tak, jakby nikogo nie widziała.
- Słuchajcie - zaczęła jakimś nieswoim głosem, nagle wstała i
powiedziała:
- Nie, ja dzisiaj z wami rozmawiać nie mogę. Trzeba spokojnie,
a ja... nie mogę dziś... Idźcie do domu. Do widzenia.
To zrobiło wrażenie. Jeszcze chyba nigdy siódma B nie
schodziła tak powoli po schodach, nie ubierała się tak spokojnie w
szatni.
Kostek zaczekał przed bramą na Irkę, musiał jej przecież to
powiedzieć:
- 180 -
- Irka, Skoczelowa mnie przed Pucią obszczekała, rozumiesz?
Fajnie, żeś mi pomogła... - patrzy na Irkę. Jakie ona ma długie
rzęsy! Jak to ładnie wygląda!... Chce jej o tym powiedzieć, ale
jak? Coś go powstrzymuje. Zaczyna z trudem: - W ogóle...
Ale co „w ogóle", tego już Irka nie usłyszała, bo z bramy
wyszedł Marcin Bigoszewski, a są sprawy, o których nie mówi się
w obecności osoby trzeciej. Nawet gdyby tą trzecią osobą był...
najlepszy przyjaciel.
- Mamusiu - mówił Wacek - ja wychodzę.
- Na kolację wrócisz? - zaniepokoiła się mama.
- Postaram się, ale nie jestem pewny - odpowiadał już z
przedpokoju Wacek. - Może się zebranie przeciągnie.
- Że też w szkole mają zdrowie jeszcze na zebrania!
- To nie w szkole, mamusiu. U kolegi. Do widzenia.
- Zebranie u kolegi! - wzruszyła ramionami mama. - Jakież to
mieszkanie musi być, żeby się zebranie zmieściło?!
- Wiśniewskiego siostra też zawsze mówi, że idzie na zebranie...
- zaczął Piotruś, ale nie dokończył, bo go Marcin kopnął pod
stołem. A mama surowo spojrzała na Piotrusia i powiedziała:
- Wacek nie kłamie. I chciałabym, żebyście ze starszego brata
brali przykład.
- Każdy by chciał brać z Wacka przykład - powiedział Marcin. -
Mamusia myśli, że ja nie chciałbym mieć takiej futrzanej czapki?
Z takim dachem na pół metra?
- O, ja bym też chciał! - zawtórował Piotruś.
- Wacek czapkę kupił za swoje pieniądze - tłumaczyła mama. -
Mnie się ona zresztą wcale nie podoba, szczególnie ten wielki
daszek. Okropny! I czy to daje ciepło? Wolałabym, żeby miała
- 181 -
nauszniki, przynajmniej by uszy nie marzły. Ale - westchnęła -
Wacek kupił nie prosząc o radę.
- Teraz takie modne - bronił brata Marcin. - Jakbym miał
kupować czapkę, tylko taką, bo jeżeli niemodna, to już lepiej w
starej chodzić.
- Ja też tylko taką bym kupił - dołączył swój głos Piotruś.
- Jakich to ja mam modnych synów! - roześmiała się mama i aż
okulary zsunęła na czoło, żeby im się lepiej przyjrzeć. - Całe
szczęście, że jeszcze nie rozporządzacie własnymi kapitałami.
- A jak ja zarobię sobie pieniędzy... - zaczął Piotruś.
- Rób lepiej lekcje, Piotrusiu. Pieniądze zarobione przez ciebie
jeszcze nieprędko będą, o, nieprędko!
- Co będzie nieprędko? - w drzwiach pokoju rodziców stanął
ojciec poczesując grzebykiem włosy gęste, ale już posrebrzone na
skroniach.
- Chłopcy rozmarzyli się na temat modnych czapek zimowych,
kupionych za własne pieniądze. Więc im mówię, że to jeszcze
nieprędko będzie.
- Nieprędko, mówisz? - ojciec pokiwał głową. - Ani się
obejrzymy, jak chłopaki dorosną. Dawno to było, jak Piotruś w
wózeczku jeździł? A kiedy ja sam byłem taki, jak nasz Wacek,
czy tak dawno? Zdaje mi się, że wczoraj... no, może przedwczoraj
byłem studentem, a tu już siwizna...
- Nie przesadzaj - protestowała mama. - Przespałeś się? Głowa
cię nie boli?
- Nie, już dobrze się czuję.
- To ja wezmę się za kolację. Zrobię pierożki z mięsem, a ty,
Józku, zreperuj mi sznur od żelazka, proszę cię.
Rodzice przeszli do kuchni, chłopcy zagłębili się w swojej
pracy, ale Piotrusiowi nowa czapka Wacka nie dawała spokoju.
- 182 -
- Marcin, powiedz, ty nic mógłbyś dawać lekcji? No tak, jak
Wacek, co? Jeszcze nie?
- Dlaczego nie? Mógłbym, i to jeszcze jak! Nawet Kostek
mówi, że jak ja mu matmę wytłumaczę, od razu wszystko
rozumie. A jak mu Nemek tłumaczył, to już nie tak.
- Więc dlaczego nie chodzisz do jakiegoś ucznia?
- Nie takie to proste. Najpierw musiałby w jakiejś niższej od
mojej klasie być jakiś tępak, potem matka tego tępaka musiałaby
przyjść do Kiera i poprosić o korepetytora. No i Kiero posłałby jej
takiego, co ma same piątki...
- Ty nie masz samych piątek - stwierdził Piotruś.
- Właśnie. Jakbym się uczył na same piątki, tobym dawno ducha
wyzionął, i też z forsy byłyby nici.
- A Wacek?
- Wacek? To jest zupełnie inna para kaloszy. On ma końskie
zdrowie.
- ... nie chciałem ci tego mówić - dobiegł ich w tej chwili głos
ojca - ale tak mnie ta rozmowa z Zamiarą zgryzła...
- Dawno znasz Zamiarę? Może on to z palca sobie wyssał?
- Nie. On nie taki. Chciał mnie po prostu ostrzec, żebym przy
Grudewiczu był ostrożniejszy, bo on lubi powtarzać wszystko
naczelnikowi.
- No, ale twój awans dawno już postanowiony, jeszcze przed
przyjściem nowego naczelnika. Nikt ci nie może zaszkodzić.
- Tak by się wydawało. I ja na awans liczę, ale jeżeli
rzeczywiście Grudewicz podłożył mi świnię...
- 183 -
- 184 -
- Nie martw się. Szkoda zdrowia. Nie mówiłeś nic takiego, co
nie byłoby prawdą. Jeżeli ten nowy naczelnik jest mądry, to
rozumie, że zrobił błąd zaczynając urzędowanie od imienin w
biurze. Może on chciał jak najlepiej, ale wyszło źle.
- A jeżeli nie jest mądry?...
- To długo naczelnikiem nie będzie. Teraz sama protekcja nie
wystarczy, o nie! A temu lizusowi Grudewiczowi też się noga
powinie. Zobaczysz. .
- Koledzy go nie lubią. Ale pochwały zbiera. Opłaca mu się to
lizusostwo! - powiedział gorzko ojciec.
- Marcin - mówił półgłosem Piotruś - to zupełnie jak u nas! U
nas też jest jeden lizus. My go też wcale nie lubimy. Przynosi
naszej pani czekoladę.
- A wasza pani co na to?
- Nasza pani zawsze podzieli i wszystkich poczęstuje.
A raz mnie dała największy kawałek! Ale my go kiedyś
spierzemy, zobaczysz!
- Jak chcesz go sprać, to czekolady nie bierz! Honor trzeba
mieć, rozumiesz?
- Rozumiem. Od niego bym nie wziął. Ale od pani?... To
mówisz, że... Dobra. Nie będę brać i Wiśniewskiemu wytłumaczę.
Kolacja była gotowa. Marcinowi i Piotrusiowi chciało się jeść,
ale Wacka ciągle nie było. Ojciec obejrzał dziennik wieczorny w
telewizji i poprosił, żeby już dłużej nie czekać, bo pewnie
Wackowi coś wypadło, może go kolega zaprosił na kolację?
Mama bardzo niezadowolona postawiła na stole duży półmisek
pierogów, na których apetycznie złociły się przyrumienione
skwarki.
- 185 -
- Nie lubię - mówiła nakładając na talerze chłopcom - jak przy
kolacji wszystkich nie ma. Zaraz mi się zdaje, że stało się coś
niedobrego. Wacek już drugi raz w tym tygodniu...
W przedpokoju dał się słyszeć klucz obracany w zatrzasku -
Wacek miał swój klucz - i na progu ukazał się starszy brat.
- Przepraszam, nie mogłem wcześniej. Już idę, tylko ręce umyję.
Za chwilę Wacek siedział przy stole i wcinał pierogi, aż miło
było patrzeć. Twarz miał zaróżowioną mocno i oczy świeciły mu
bardziej.
- Czy ty nie masz gorączki? - zaniepokoiła się mama. - Albo
biegłeś do domu...
- Nie, mamusiu, szedłem normalnie. Chrzanowski mnie
odprowadził, jeszcze mieliśmy coś do obgadania.
- A lekcje zdążysz odrobić?
- Zdążę, niech mamusia będzie spokojna - Wacek pogłaskał
przymilnie maminą rękę. - A na zebraniu chodziło też o sprawy
związane z moją nauką.
- Z twoją nauką? Zebranie radziło nad twoją nauką? - zdziwił
się ojciec.
- Źle powiedziałem. Nie tylko z moją, ale z naszą, naszej klasy.
Z nauką tych, którzy chcą iść na politechnikę.
- Dobrze, że myślicie o studiach. To się wam chwali.
- No, tatusiu, nie jestem pewien, czy za to, co uradziliśmy,
pochwalą nas.
- A cóż takiego uradziliście? - mama odłożyła widelec i z
niepokojem patrzyła na Wacka.
- Uradziliśmy, żeby jutro iść do dyrektora i prosić o zmianę
matematyka.
- O zmianę? Wy? O zmianę? - mama była zaskoczona, myślała,
że źle zrozumiała.
- 186 -
- Zaczekaj, Marysiu. Nie denerwuj się niepotrzebnie. Wacek
wszystko nam powie. Więc co... chcecie, żeby matematyki uczył
was inny nauczyciel? Dlaczego?
- Dlatego, że ten źle nas uczy - wyjaśniał Wacek.
- Jak to, wy, wy, uczniowie - denerwowała się mama - lepiej
wiecie niż nauczyciel, czego wam potrzeba? Przecież to dobry
stary nauczyciel, uczy was już od lat, godzien jest najwyższego
szacunku. Kto wam dał prawo być sędzią jego pracy?
- Mamusiu, prawa nam nikt nie dawał, ale też i nie pytaliśmy o
nie. Mamusia myśli, że dzisiejsza szkoła to tak, jak za mamusi
czasów.
- Nie porównuj - zmarszczył się ojciec. - I ja, i wasza matka
mieliśmy szkołę w czasie okupacji. Do śmierci zachowamy
wdzięczność dla nauczycieli, którzy ryzykowali dla nas życie.
- ... no, to jak za czasów babci - kończył Wacek - gdzie w szkole
nikt nie śmiał słowa pisnąć.
- I to było dobre. I tak powinno zostać - upierała się mama. - Bo
jeżeli jajko będzie mądrzejsze od kury, jeżeli uczniowie nie będą
szanować swoich nauczycieli...
- Ależ my szanujemy naszego matematyka, mamusiu...
- No więc, po co...
- Zaraz, Marysiu, zaczekaj, niech Wacek dokończy. Dlaczego
uważacie, że on was źle uczy?
- Bo od dwóch lat nikt z naszej szkoły nie staje do olimpiady
matematycznej, po prostu nie czuje się na siłach.
- A może to uczniowie są leniwi?
- Nie. Nasza paczka matematyczna poważnie rozpatrywała tę
sprawę. Matematyk był dobry - do czasu. Od kilku lat już
powinien iść na emeryturę.
- Wiesz, że emerytura to mniej niż zwykłe wynagrodzenie.
- 187 -
- Wiem. Ale ja i moi koledzy chcemy się dostać na studia. A
konkurencja w matematyce ogromna.
- To, co mówisz, jest okrutne w stosunku do starego człowieka.
Bezwzględne.
- Stary człowiek nie ma już ani siły, ani energii, żeby iść z
nauką naprzód, żeby się dokształcać. I nikt nie ma prawa tego od
niego wymagać. Powinien odejść.
- Cała wasza klasa tak postanowiła?
- No, nie. Nie wszystkim przecież na matematyce zależy, są u
nas i poloniści, biolodzy, poza tym i w naszej klasie są „grzeczni".
Ale większość jest takiego właśnie zdania.
- Kto pójdzie w tej delegacji? - mama była wyraźnie zgryziona.
Odsunęła talerz.
- Ja i Chrzan.
- Ty? Wacku, nie rób tego! Proszę cię na wszystko, nie mieszaj
się w to!... Dlaczego właśnie ty?
- Nie mogę się już wycofać. Koledzy wybrali mnie i
Chrzanowskiego.
- O, tak! Wierzę, że chętnie was wybrali, sami się nie narażą. I
na was wszystko się skrupi. Dyrektor będzie wściekły.
Zobaczycie. I jakie to straszne przeżycie dla nauczyciela! A...
jeżeli zostanie? No, nie chciałabym być wtedy w waszej skórze!...
- Dyrektor jest mądry. Może i nie będzie zachwycony naszym
wystąpieniem, ale traktuje nas jak dorosłych, wie, że to sprawa
naszej przyszłości. I z nauczycielem potrafi załatwić. Mamy do
niego zaufanie.
- Tak, mój drogi, doświadczenia ci brak... Jeszcze ci życie pałką
po łbie nie dało. Zapytaj ojca, w ile spraw się mieszał, w ilu
delegacjach chodził, bo go wybrali, bo inni woleli schować się za
jego plecami! A potem, jak się udało, to „My załatwiliśmy!" A jak
- 188 -
nie, to: „Myśmy tego nie chcieli, nie wiedzieliśmy, to inżynier
Bigoszewski...!" Zapytaj, ile razy ojciec gorzko płacił za to, że
niepotrzebnie się mieszał.
- Tata, to znaczy, że chęć do „mieszania" odziedziczyłem po
tobie - uśmiechnął się Wacek. - Niech się mamusia nie martwi,
wszystko będzie dobrze. A oportunistą nie chcę być!
- Oportun?... - chciał powtórzyć Piotruś.
- Matko Boska! - krzyknęła nagle mama. - I to wszystko przy
dzieciach! O takich sprawach przy dzieciach! Że też ja głowę
straciłam do tego stopnia! I czego wy uszy rozwieszacie? Marcin,
sprzątaj ze stołu! Piotruś, do spania! Jedyna nadzieja, że nic z tego
nie zrozumieli.
- Nie zrozumiałem, co to „oportunista" - odezwał się urażony o
zaliczenie do „dzieci" Marcin.
- Taki, co z wiatrem idzie: lekko, wygodnie, bez przeszkód.
Oportunista się nie narazi. W żadnej delegacji nie pójdzie, chyba
że z prezentem - tłumaczył Wacek - albo z laurką. Zawsze jest
tego zdania, co jego zwierzchnik.
- Lizus - zrozumiał w lot Piotruś.
- Masz, bracie, refleks - pochwalił go Wacek.
Teraz mamę rozbolała głowa. Popiła herbatą proszek i wzięła
się sama za zmywanie po kolacji. Wygoniła z kuchni wszystkich
oprócz ojca, który miał przywilej wycierania szklanek. Robił to
„na wysoki połysk".
Do uszu myjącego się w łazience Marcina dobiegł pełen
wyrzutu głos mamy:
- ... i co się z tego Wacka zrobiło, nie rozumiem! Przecież to
było zawsze takie dobre dziecko, takie posłuszne. Zupełnie jakby
go kto odmienił. To wpływ tego Chrzanowskiego, na pewno.
Imponuje Wackowi swoim oczytaniem, oblataniem. Podobno jego
- 189 -
dwóch braci jest już na studiach. Był tu kiedyś u Wacka. Nie
podobał mi się. Zanadto wyszczekany, a ja tego nie lubię. Wydaje
mi się, że ten, kto mniej mówi, więcej myśli. Ale ten Wacek! Nie
do uwierzenia, co im teraz do głowy przychodzi! Nauczyciela
będą zmieniać!... A ty, Józku, dlaczego nic nie mówisz? Przecież
obchodzi cię, w co się Wacek pakuje? Co o tym wszystkim
myślisz? Powinieneś z nim porozmawiać. Ojciec jesteś!
- Nie ulega wątpliwości, ale nie mówię, bo: po pierwsze - nie
dopuszczasz mnie do głosu, po drugie - wolisz, jak przed chwilą
powiedziałaś, niewyszczekanych! A po trzecie...
Jaki był trzeci argument ojca, Marcin nie usłyszał. W rurach
wodociągowych coś nagle zabulgotało, jęknęło i popłynęło z
takim łoskotem, że przestraszony, jakby go kto złapał na gorącym
uczynku podsłuchiwania, chwycił ręcznik i wyskoczył z łazienki
zapomniawszy wymyć uszu i zgasić światło. On też był pod
wrażeniem tego, co usłyszał przy kolacji.
- Wcale mi się nie podoba to, co wymyśliła Jaga - wywnętrzała
się Irka do Ewy. - Za nic na świecie nie wypytywałabym Kostka
tak, że niby o co innego chodzi, żeby się wygadał. O nie! Jeżeli
się z nim przyjaźnię...
- A przyjaźnisz się z nim? - podchwyciła Ewa.
- Przyjaźnię. Podoba mi się. Tak. I mówię ci to po prostu, a nie
z jakimiś wykrętami, że „interesuje mnie jego życie wewnętrzne"
albo jakieś inne fiksy-faksy. Przyjaźń wymaga lojalności,
rozumiesz? A może nie wiesz, co to jest lojalność? To uczciwe,
szczere postępowanie, a nie ciągłe podstępy...
- Irka, co ci się stało? - biadała Ewa. - Czy ja nie jestem może w
stosunku do ciebie lojalna? Czy ja cię kiedy zdradziłam?
Obgadałam?
- 190 -
- A tak się od razu poddajesz tej Sieczko, która myśli, że
wszystkie rozumy zjadła, bo jest o rok od nas starsza. Nie
słyszałaś, jak do mnie powiedziała: „Głupia jesteś"?
- Daj spokój! Chodzi ci o taki drobiazg? Ile razy ty mnie, a ja
tobie coś takiego chlapnę, i co?
- Zupełnie co innego! My się znamy od dziecka, od pierwszej
klasy. A z nią dopiero od kilku miesięcy. To różnica!
- Masz może rację...
- Na pewno mam rację! 1 to ci jeszcze powiem, że jeżeli z
Marcina będziesz „wyciągać", też postąpisz niepięknie. Niby się
nim interesujesz, a takie podchody...
- Uspokój się. Wiem, co robię. Nie będę niczego z niego
wyciągała. Po prostu umówiłam się z nim do kina.
- Umówiłaś się? Kiedy?
- W szatni. Wcale sobie nie życzę, żeby Marcinem zajęła się
Jaga Sieczko. Zobaczysz, nakręci Kostka na swoją muzykę, ja ci
to mówię!
- Wątpię - odparła krótko Irka, zaskoczona przedsiębiorczością
przyjaciółki. - Widzę, że mądrze to zorganizowałaś.
Rzeczywiście, nie można pozwolić, żeby Kostek... Ale ja jej
pokażę. Spójrz! Czy to Kostek idzie tam przed nami? Tak? No to
cześć, Ewka! Powodzenia! Jutro mi opowiesz. Muszę dogonić
Kostka, bo mam mu coś ważnego do powiedzenia!
- Kostek! - dyszała ledwo łapiąc dech Irka. - Kostek, czy...
Sieczko umówiła się z tobą?
- Nie... bo co? - dziwił się Kostek. - Po co miałaby się ze mną
umawiać, kiedy Basiński ma do niej przyjść.
- Basiński? Pójdzie do Sieczko? Jak to, do niej, do domu?
- Przy mnie się przed chwilą umawiali. Sieczko chce, żeby on
jej pomógł w matmie.
- 191 -
- Basiński?... W matmie?... - nie mogła wyjść z podziwu Irka. -
Nie wiedziałam, że on taki mocny w matmie!
- Ja też nie wiedziałem - kpił Kostek. - Ale Sieczko od razu się
na nim poznała, co? Świeże oko!
- Kostek, wiesz... goniłam cię, bo już dawno chciałam ci
pokazać naszego psa. Wiem, że interesujesz się psami i teraz,
kiedy mama ci pozwoli mieć w domu psa, mógłbyś go dostać z
tego samego miejsca, co i my. Ale najpierw musisz zobaczyć
naszego Cezara.
- Chodźmy zaraz! - Kostek do psa gotów był lecieć i na drugi
koniec Warszawy, a Irka na szczęście mieszkała blisko.
- Nie. Teraz nie mogę, bo wiesz: obiad. Potem muszę
pozmywać i odrobić lekcje na jutro. Ale o szóstej wyjdę z
Cezarem, chociaż kolej na Marylę, bo ja z nim wychodzę
przeważnie rano. Więc jeżelibyś chciał, bądź przed bramą o
szóstej. Chcesz?
- Się rozumie! A jaki ten pies?
- Zobaczysz. I odrób lekcje też zaraz po obiedzie. To najlepiej,
ja zawsze staram się tak robić, ma się z głowy i spokój.
- A może chcesz, żebym ci w matmie pomógł? - przymrużył
Kostek oko z łobuzerskim uśmiechem.
- E, bratku, kto komu? - odparowała Irka. - Ja mam z matmy
lepsze stopnie niż ty.
- Bo pan Kwaśnica od dziewczyn...
- Więcej wymaga, to chciałeś powiedzieć, prawda? Czego tak
patrzysz? Cześć, i o szóstej czekaj na mnie przed bramą!
- Na ciebie z Cezarem - upewnił się Kostek.
- Jasne. Cześć.
Marcin zaraz po obiedzie wziął się do lekcji i odrabiał je w
takim tempie, że nawet nie słyszał, jak Piotruś zwracał się do
- 192 -
niego kilkakrotnie z zapytaniem. Obrażony Piotruś zamilkł i
nawet starał się nie patrzeć w stronę brata, ale przychodziło mu to
z trudem, bo Marcin zachowywał się dziwnie. Pisał coś w
zeszycie, pisał, nagle zerwał się i pobiegł do łazienki wymyć
zęby, co nigdy o tej porze mu się nie zdarzało. Wrócił do lekcji i
znowu zerwał się raz i drugi, żeby przed lustrem w przedpokoju
przeczesać włosy. Wreszcie złożył książki i zaczął się gdzieś
szykować. Do wiatrówki przyszył guzik, o którym mama
przypominała mu od kilku dni, wymył gumiaki, wyciągnął z szafy
dwa filcowe kapelusze ojca, ale były za duże, więc odłożył je,
szukał jeszcze czegoś, a nie znalazłszy, zamknął szafę. Przez cały
czas nie widział nawet, że Piotruś wodzi za nim oczami pełnymi
urazy, ale i zdziwienia. Wreszcie, ubrany do wyjścia, jeszcze raz
dokładnie przejrzał się w lustrze i już kładł rękę na klamce, kiedy
sobie coś przypomniał i wrócił do pokoju.
- Piotrucha, nie wiesz, czy Wacek poszedł w nowej czapce?
- Nie wiem.
- Nastawić ci telewizor?
- Nie trzeba. Nic ciekawego.
- No to cześć! Mam bardzo ważne zebranie, jak by się kto pytał
- rzucił z przedpokoju i... jeszcze raz wrócił. Z dużej szafy
wyciągnął parasol. Otworzył go, zamknął, zrolował, naciągnął
pokrowiec i niby laskę zawiesił na lewym przedramieniu. Odbicie
w lustrze, widać było po minie, zadowoliło go. Trzasnęły drzwi.
Wkrótce przyszedł do domu Wacek, a widząc Piotrusia samego,
zapytał:
- Mamusi nie ma?
- Mamusia poszła do fryzjera.
- Marcina też nie ma?
- 193 -
- Nie ma. Wyszedł na bardzo ważne zebranie - odpowiedział
Piotruś, zadowolony, że go wreszcie ktoś słucha. - Ale on tylko
tak mówił. Na pewno poszedł do filmu.
- Do filmu? Skąd ci to przyszło do głowy?
- A bo się tak przeglądał w lustrze, jak wtedy, co to ogłaszali w
gazecie. I zęby mył, i tatusia kapelusze przymierzał, i wziął
parasol...
- Parasol? Mój parasol! - krzyknął Wacek i rzucił się do szafy
sprawdzić. Parasola tam nie było. - Zgubi go! Na pewno zgubi,
smarkacz! Albo mu kto zwędzi! Albo popsuje przy otwieraniu!...
- Nie popsuje, nie bój się - uspokajał brata Piotruś. - Otwierał i
zamykał, i bardzo mu się dobrze składało. I założył go na rękę.
Ale po co? Przecież deszczu nie ma. Chciałem mu nawet
powiedzieć, ale jak on się do mnie nie odzywał, to i ja się do
niego nie potrzebuję odzywać, no nie?
- A czapkę? - rzucił się znowu do szafy Wacek. - Pewnie wziął i
moją nową czapkę?
- Nie mógł znaleźć, a ja nie wiedziałem, gdzie leży. Myślał, że
poszedłeś w tej nowej.
- Całe szczęście! - odetchnął Wacek głaszcząc z przyjemnością
jasne futro czapki. - Ale ja mu nakładę! Ja mu wyczytam!
- Wiśniewskiego siostra zawsze bierze pończochy
Wiśniewskiego matce. A Wiśniewski bierze jej chustki do nosa, a
ty bierzesz krawaty tatusia, przecież widziałem. Tylko ja nie mam
co komu wziąć - rozżalił się Piotruś - bo wszystko jest za duże.
Cholerne życie! - dodał odważnie patrząc na brata.
- No, no! Nie pozwalaj sobie za dużo. Niechby mamusia
usłyszała! Wziąłbyś - ale w skórę.
- 194 -
Ewa już była przed kinem. Marcin się zląkł, że jest spóźniony,
ale nie, na olbrzymim zegarze ulicznym, nad sklepem
zegarmistrza tuż koło kina, długa wskazówka stała pięć minut
przed piątą.
Bilety Ewa miała ze sobą. Dostała je od siostry, której coś
pokrzyżowało plany na dzisiaj, więc podarowała je Ewie
przekonana, że ta pójdzie do kina z Irką. Z daleka dostrzegła
Marcina, który wyglądał jakoś poważniej czy uroczyściej? Z
przyjemnością zauważyła, że jakaś dziewczyna, i to starsza,
obejrzała się za nim.
Potem był film, dobry, wesoły, ze świetnymi aktorami. Bawili
się doskonale.
Kiedy Marcin zziajany wszedł do mieszkania, mamy jeszcze nie
było. To dobrze. Spieszył się, żeby wrócić przed nią. Parasol na
wszelki wypadek ukrył pod płaszczami na wieszaku. Przy okazji
odłoży go na miejsce, a teraz, jeżeli Wacek jest...
Wacek był i jak tylko Marcina usłyszał, wypadł z małego
pokoju.
- A parasol? Gdzie mój parasol?! Zgubiłeś?!
- Wisi na wieszaku. Zaraz przyniosę... - Marcin wrócił do
przedpokoju. - Ubyło ci go? Sobek nad sobkami! Wszystkiego mu
mało: skóra, czapka, parasol! Obwalony wszystkim, jak nie wiem
co, a głupiego parasola żałuje...
Wacek był zaskoczony tonem i postawą brata.
- Coś ty taki kozak? Patrzcie no go! Do czego ci był potrzebny
mój parasol? Gdzie byłeś?
- W kinie. A co, tylko tobie wolno?
- 195 -
- Jak był w kinie z parasolem, to znaczy, że z dziewczyną -
odezwał się domyślnie Piotruś.
- A tak! Z dziewczyną byłem! I tobie nic do tego!
- A czy ta dziewczyna chociaż ładna? - kpił Wacek, alS Marcin
dzisiaj nie bał się niczego.
- Najładniejsza w całej szkole. Wszyscy tak mówią.
- Ta z warkoczami? - pytał Wacek.
- Ta. A co, znasz ją?
- Widziałem ją kiedyś z Kosmulskim, to kuzyn mojego kolegi.
Owszem, ładna.
- Kosmulski się u niej skończył: intelektualne zero.
- W jakim kinie byliście? Dobry film?
- W „Skarbie". Świetny.
- Drogie bilety? Miałeś forsę?
- Ona dostała bilety od swojej siostry.
- O! Marcin! Dziewczyna fundowała ci kino? Gdzie twoja
męska ambicja?
- Na swoim miejscu! Po kinie zaprosiłem ją na krem.
- Na krem?! - zawołał Piotruś z goryczą. - I nie mogłeś mnie
wziąć? Ja bym na was przed kinem zaczekał. Też jesteś sobek nie
z tej ziemi!
- Oczywiście odprowadziłeś ją do domu?
- Oczywiście. Za kogo ty mnie masz?
- Za młodszego brata. No cóż, wszystko w porządku. Myślę, że
mi wstydu nie zrobisz. Tylko, co do parasola, to na przyszłość
wypraszam sobie kategorycznie! Żebyś się nie ważył! Słyszysz?
Jak sobie zapracujesz i kupisz, noś, ile chcesz. Ale mojego nie
rusz! Zgubić łatwo! Nie masz pojęcia, jak łatwo.
- 196 -
Marcin miał pojęcie, bo właśnie godzinę temu tak się doskonale
rozmawiało z Ewą przy kremie i ciastku, że zupełnie zapomniał o
parasolu! Wyszli z cukierni, odeszli już spory kawałek, kiedy Ewa
nagle spostrzegła:
- A parasol gdzie?
Marcin skamieniał z przerażenia. Wackowy parasol zgubiony!
Uratowała sytuację przytomność Ewy. Chwyciła go za rękę i
zawołała:
- W cukierni wisiał za tobą na krześle! Szybko! Biegnijmy tam!
Co Marcin przeżył, kiedy zobaczył, że na poręczy krzesła, na
którym siedział, ani śladu po parasolu nie zostało, trudno byłoby
opisać. Ewa zwróciła się natychmiast do kelnerki, a ta
powiedziała, że owszem zostawiony męski czarny parasol
zauważyła i schowała w szatni. Marcin nie wierzył szczęściu!
Kiedy parasol znalazł się w jego rękach, niewiele brakowało, a
rzuciłby się kelnerce na szyję. Albo Ewie, bo jemu nie przyszłoby
do głowy, żeby kelnerkę spytać o parasol. A co działoby się w
domu!
Wacek nigdy się nie dowie, dlaczego Marcin tak łatwo dał się
przekonać:
- Spokojna głowa. Nie ruszę już twojego parasola, żebyś mnie
nawet na kolanach błagał.
- Marcin to chłopak całkiem, całkiem... - opowiadała
następnego dnia Ewa przyjaciółce. - I możesz sobie kpić, ale
przekonałam się, że to jest ktoś, kim warto się zainteresować. Tak.
I ma bardzo bogate życie wewnętrzne, w kinie to łatwo zauważyć.
- Po czym?
- 197 -
- Po tym, jak ktoś reaguje na film i co o nim ma potem do
powiedzenia. Reagował bezbłędnie. Śmiał się w tych samych
momentach, co i ja. I jeszcze ci powiem: okazało się, że mamy
wspólne upodobania. Ja lubię wesołe filmy - on też. Byliśmy po
kinie w cukierni, ja przepadam za galaretką z kremem - on tak
samo. Z ciastek ja wybrałam swój ulubiony sernik i okazuje się,
że i dla niego inne ciastka nie istnieją w ogóle, tylko serniki!...
Pomyśl, czy ta zgodność upodobań nie jest zastanawiająca? Ja
uważam, że to coś nadzwyczajnego. I wiesz, Marcin chce sobie
kupić aparat fotograficzny. Będzie mnie fotografować! Jak ci się
to podoba?
- Bardzo. Kostek jest inny, ale...
- No, właśnie, opowiedz, jak było z Kostkiem? Umówiłaś się z
nim?
- Umówiłam i kiedy wyszłam przed bramę z Cezarem, to już na
mnie czekał.
- Z Cezarem? To nigdzie nie mogliście iść...
- Jak to, nigdzie? Całe pół godziny spacerowaliśmy. Nawet
chyba więcej. Mama się już denerwowała, że mi się coś stało. Nie
chciała wierzyć, że ja tak długo z Cezarem chodziłam, dopiero
kiedy powiedziałam, że z kolegą...
- Powiedziałaś? Naprawdę?
- Powiedziałam.
- I co na to twoja mama?
- Zrozumiała, dlaczego byłam tak długo.
- No, a Kostek, jaki był? Co mówił?
- Powiedział, że mu się Cezar bardzo podoba i że poczuł do
niego sympatię. A Cezar chyba to zrozumiał, bo tak z nim
dokazywał...
- 198 -
- No, a Kostek, mówił ci coś o sobie? Bo Marcin, owszem,
mówił. I jeszcze powiedział, że wydaje mu się, że ja go rozumiem
jak nikt. A Kostek?
- Mówił, że zacznie się uczyć w przyszłym roku angielskiego,
bo chciałby dużo podróżować. I że chciałby mieć takiego psa. jak
nasz Cezar.
- Jak Cezar? Ale Cezar nie jest rasowy?
- Nie, zwykły kundel, ale nikt w naszym domu nie oddałby go
za najbardziej rasowego. Cezar jest taki mądry, taki
przywiązany...
- No, a co jeszcze Kostek?
- Kostek, jak się dowiedział, że Cezara wzięliśmy ze Schroniska
dla Zwierząt, to zaraz tam chciał iść, ledwie mu
wyperswadowałam.
- No, ale tak w ogóle, jak ten spacer wypadł? Zadowolona
jesteś?
- Owszem. Tylko zmęczyłam się, bo Cezar szalał, ciągnął
Kostka, ile sił. Cezar jest mocny, więc leciałam za nimi. To był
taki spacer-galop! - roześmiała się Irka.
- No, ale na końcu, co ci Kostek powiedział na końcu? Bo
Marcin przy pożegnaniu koniecznie chciał, żebym się z nim
umówiła. A Kostek?
- Kostek mi powiedział, że dopóki nie ma własnego psa, to
może codziennie pomóc mi na spacerze z Cezarem.
- Nie macie pojęcia, ile się wczoraj z Basińskim namordowałam
- opowiadała Jaga. - Przerobiliśmy matmę, to znaczy ja z nim
przerobiłam, ale oczywiście on myślał, że to on - ze mną. Kilka
razy zaczynałam o tych mrówkach, a on zawsze odpowiadał
- 199 -
jednakowo: „Eee tam, mrówki!" i zaczynał o czym innym. Ani
słowa z niego nie wydusiłam. Na próżno było moje
poświęcenie!...
- No, to właściwie straciłaś czas.
- Nie. Tego nie powiem. Basiński przy bliższym poznaniu wiele
zyskuje. Ciekawie opowiada. Bardzo grzeczny, o, grzeczniejszy
niż w szkole. Moja mama była nim zachwycona.
- Naprawdę? Nie zmyślasz?
- Ani odrobiny. Wicek ma złote ręce. Dzwonek w przedpokoju
naprawił, łóżko dla lalek mojej siostrzyczce zreperował, mamie
tasak w kuchni naostrzył i jeszcze się pytał, co jest do zrobienia.
Wyszedł od nas po kolacji. Mamusia telefonowała do jego
rodziców, czy może zostać. Ale o mrówkach, ani, ani. A jak
Marcin?
- Ani słóweczka.
- Spróbuję dzisiaj z Kostkiem - zaczęła Jaga.
- Nie potrzeba. Wczoraj już z nim rozmawiałam - oznajmiła
Irka. - Tłumaczyłam ci, że chłopcy trzymają sztamę. Nie pisną.
- Chyba macie rację - zgodziła się Jaga. - Może się znajdzie
jakieś inne wyjście. Mnie jest bardzo żal pani Pucek.
- A nam nie? Ale co można zrobić?...
Po rozprawie ze starszym bratem Marcin wziął się z kopyta za
lekcje. Nie zdążył ich wszystkich odrobić przed wyjściem do kina.
No, chwała Bogu, Wacek się uspokoił i zamknął u siebie, to
znaczy w małym pokoju, który należał niby do niego i do
Marcina, ale Marcin chodził tam tylko spać albo jak Wacka nie
było w domu. Nic swojego tam nie miał oprócz leżanki. Z
zazdrością spoglądał na zamknięte za Wackiem drzwi. On też
- 200 -