The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-19 16:43:54

Za minutę pierwsza miłość

- Aluniu, uspokój się - mitygował narzeczoną doktor - Była
jakaś specjalna kontrola. Sprawdzali. Tamci ludzie naprawdę w
strasznych warunkach czekali od kilku lat. Pokazano mi czarno na
białym. Pomyśl: cztery osoby w jednej izbie! Jakieś młode
małżeństwo, skromni urzędnicy z dziećmi, które się tam urodziły.

- A co mnie to obchodzi! - wołała wzburzona Alicja. - Jak sobie
kto pościele, tak się wyśpi. Mogli się uczyć, toby nie byli
skromnymi urzędnikami. Ty jesteś lekarzem! Tobie się przede
wszystkim należy! Nie mogłeś protestować? Nie umiałeś bronić
swego? Fajtłapa!

- Alicjo! Nie unoś się tak... - mama, choć też zmartwiona
obrotem sprawy, widziała, że Alicja przesadza. - Widocznie
Sewer nie mógł inaczej...

- Tak! Nie mógł! - szlochała Alicja. - Zawsze komuś z drogi
ustąpi! Tak, jak i z tymi fotelami w MHD. Żeby umiał zwymyślać
kierownika, toby nam sprzedał, bo myśmy pierwsi je oglądali! Ale
nie, on zawsze spokojnie, grzecznie, delikatnie! I co?! Sprzed
nosa nam fotele sprzątnęli! A takie ładne miały pokrycie!

- Ci, co je wzięli, zdecydowali się od razu, a ty namyślałaś się,
oglądałaś coraz to inne - bronił się Sewer.

- Może i dobrze, że tych foteli nie wzięliście - pocieszała mama
- teraz, jak mieszkania nie ma, byłby tylko kłopot, bo gdzie byś je
postawiła?

- Mieszkania nie ma, foteli nie ma! - nie przestawała rozpaczać
Alicja. - Zawsze tak będzie, bo Sewer nie umie się postawić.
Niedołęga. Ładna przyszłość mnie czeka!

Sewer zagryzł wargi. Ręka drżała mu wyraźnie przy nalewaniu
kropli do kieliszka. Podał Alicji - odsunęła go gwałtownie, aż
chlapnęło na podłogę. Kieliszek z rąk doktora zabrała mama.

- Wypij, Aluniu - prosiła - musisz się uspokoić i dopiero wtedy
pomyśleć, co i jak trzeba będzie zrobić.

- 101 -

- Musisz się, Aluniu, uspokoić - powtórzył Sewer - i zastanowić
poważnie, czy chcesz z takim... niedołęgą wiązać swoją
przyszłość... Pójdę teraz, bo mam dyżur w przychodni. Do
widzenia...

Nie pocałował Alicji ani mamy w rękę, jak to zawsze robił.
Cicho szczęknął zatrzask u drzwi. Alicja szlochała. Mama
siedziała ze zmarszczonymi brwiami. Zasępiony Kostek milczał
stojąc przy oknie.

Czy w takiej sytuacji można było mówić o psie?...

- Kostek, czy ty nie jesteś chory? - dopytywała nazajutrz Irka
Gołąbkówna przyglądając się podkrążonym oczom kolegi.

- Nic mi nie jest - bronił się Kostek, ale w jego głosie
wyczuwało się coś nienaturalnego. Marcin też zauważył rano
zmienioną twarz przyjaciela, ale że wpadł do szkoły w ostatniej
chwili, tuż przed dzwonkiem, nie pytał o nic. Lekcje zaczynała
historia z panią Skocze- lową, która, owszem, nie prześladowała
go w tym roku (jeszcze nie zdążył się niczym narazić, pilnował
się!), ale nie przepuszczała żadnego potknięcia. Udawał pilnego
ucznia przez całą godzinę.

Słowa Irki przypomniały mu, co trzeba.
- Kostek, wszystko okey?
- Nie chcę teraz o tym mówić. Potem, potem - odsuwał
zwierzenia Kostek.
- Ale co? Szczeniaka nie weźmiesz? - zaniepokoił się Marcin.
- Chodźmy na boisko, bo tu ciągle ktoś...

- 102 -

- 103 -

Dzień był słoneczny, przyjemny. Chmary uczniów wyległy na
szkolne podwórze. Gonili się, popychali, włazili na stojące z boku
trzepaki, przenosili je w inne miejsca, ku utrapieniu woźnego,
pana Rybki. Winowajcy, wielokrotnie wzywani przed oblicze
wychowawcy, a czasem nawet samego Kiera, przyrzekali, że „już
nigdy więcej", a na najbliższej przerwie powtarzało się wszystko
od początku, automatycznie, bez udziału świadomości. Coś trzeba
było w czasie przerwy robić, ujarzmiona w ciągu godziny
lekcyjnej energia musiała znaleźć ujście.

- Gadaj prędzej - niecierpliwił się Marcin. - I nie przejmuj się.
Nemek powiedział, że ci szczeniaka potem odda.

- Nic z tego. Co myśleć o szczeniaku, kiedy może i dla mnie
miejsca zabraknie! Nawet nie wspomniałem w domu o psie.

Marcin z niepokojem przyglądał się przyjacielowi. Nie mógł
zrozumieć, co znaczą jego słowa.

- Miejsca zabraknie? Dla ciebie?

- Żebyś wiedział! - wybuchnął Kostek. - Sewerowi mieszkanie
poszło koło nosa i nie wiadomo, kiedy dostanie przydział. Alicja
zrobiła mu straszną awanturę, on się obraził i poszedł sobie. Żebyś
widział, co się u nas działo! Mama krzyczała na Alicję, że tak się
z narzeczonym nie rozmawia, bo jak się obrazi, to już do niej
może wcale nie przyjdzie. Alicja zaczęła szlochać, że jak Sewer
nie wróci, to ona już nigdy za mąż nie wyjdzie, a nawet nie ma po
co żyć, bo tylko jego kocha! Masz pojęcie? Mama się zgryzła, że
coś okropnego. Całą noc musiałem latać od łóżka do łóżka -
podawać krople Alicji, a kompresy - mamie. Ani lekcji żadnej nie
odrobiłem, ani oka nie zmrużyłem. Jak mnie Tomasz wyrwie, leżę
z dwóją na szynach! A czy to moja wina?

- Pewnie, że nie twoja, ale nauczyciele nie potrafią się wczuć.
Ich to nic nie obchodzi.

- 104 -

- Słuchaj dalej, bo to jeszcze nie koniec - ciągnął rozgoryczony
Kostek. - Późno w nocy Alicja wpadła na pomysł.

- Znalazła wyjście?

- Ale jakie! Ustąpi mamie swój pokoik, a oni z Sewerem zajmą
duży pokój. Moją kanapę się wyrzuci, bo i tak stara, a teraz takie
kanapy niemodne", a mnie w kuchni na noc będzie się
rozkładankę ustawiać. Rozumiesz?...

- No, wiesz... - oburzył się Marcin za przyjaciela. - I twoja
mama zgodziła się?

- Jeszcze się nie zgodziła, ale wiem, że Alicja w mamę wmówi,
co tylko zechce.

- Kostek, nie daj się! Jak oni się u was rozlokują, to prawie na
zawsze! U naszych kuzynów tak samo było. Moja mama mogłaby
twojej mamie opowiedzieć.

- Mama tłumaczyła Alicji, że już lepiej, gdyby kawalerkę
wzięli, że przecież ja nie będę miał gdzie lekcji odrabiać, bo
kuchnia ciasna, a w Alicji pokoiku zmieści się tylko tapczan i
stoliczek pod maszynę. Ale Alicja zaraz chciała całe mieszkanie
poprzestawiać. Masz pojęcie, co mnie czeka? A tak się cieszyłem,
że nareszcie będę miał swój kąt, że oboje z mamą będziemy sobie
gospodarować...

- Może ten narzeczony coś wymyśli?...

- Gdzie tam! Pomysłów u niego nigdy nie widziałem. Cała
nadzieja, że się obraził, bo mu Alicja od niedołęgów
nawymyślała. Gdybym był na jego miejscu, obraziłbym się na
pewno.

Podbiegł do nich Basiński i opowiedział, jak go wczoraj Nemek
ładnie wybronił, jak ojcu wytłumaczył, że będą rosyjski razem
przerabiać. No, jednym słowem, zrobił jak najlepsze wrażenie.

- A szczeniak? Co ze szczeniakiem? - dopytywał Kostek.

- 105 -

- I szczeniak został w domu, niby tylko na razie. Ojciec
zdecydował, że jeżeli Nemek chce, niech go sobie weźmie. Więc
Nemek powiedział, że porozmawia w domu. Ale wiem, on jest
porządny chłop, nie weźmie mojego Agata, nie weźmie -
zapewniał z zadowoleniem Basior.

I Kostkowi jak gdyby zrobiło się trochę lżej na sercu. Nie było
już „okazji", więc nie było czego żałować.

O Kostku można było powiedzieć, że był w gorącej wodzie
kąpany. Przeżywał wszystko spontanicznie. Wściekał się ze
złości, załamywał się, pogrążał w rozpaczy i postanawiał nie
darować do samej śmierci. A po kilku godzinach, a najwyżej
następnego dnia, powracała mu równowaga ducha, zaczynał
chodzić po twardej ziemi i myśleć logicznie.

Sprawa ślubu Alicji i ewentualnego zagęszczenia mieszkania
rysowała się niezbyt wyraźnie. Narzeczony, spostponowany tak
bezlitośnie, nie przychodził. Alicja popłakiwała cicho po kątach,
żałując ostrych słów, i co pół godziny wzdychała pytająco w
kierunku mamy:

- On mnie nie kocha naprawdę, co? Gdyby mnie naprawdę
kochał, wróciłby tego samego wieczoru albo zatelefonował i
błagał o przebaczenie. Co?

- O przebaczenie raczej ty powinnaś prosić - mówiła spokojnie
mama - a nie telefonował, bo telefonu nie mamy.

- Mógł do mnie, do szpitala.

- To nie są sprawy na telefon. I- do tego w szpitalu. Ty będziesz
telefonować, on będzie telefonować, a kto się chorymi zajmie?

- Mama tak mówi, że...

- Dobrze mówię i słuchaj mak, bo wina po twojej stronie. Sewer
widać ambitny, cc tylko dobrze o nim świadczy. Może ty jesteś
zaradniejsza, ale on wie, co robi.

- 106 -

- No, widzi mama... - Alicji bardzo było potrzeba choć cienia
pociechy. - Ja przecież pierwsza na nim się poznałam...

- Niech ci będzie. Ale go szanuj!

- A jak nie przyjdzie? Mamo, co ja zrobię, jak on nie przyjdzie...

- Przyjdzie, przyjdzie, nie martw się. Mam przeczucie, że dziś, a
najdalej jutro, przyjdzie.

Przeczucie mamy nie zawiodło, bo właśnie w tej chwili odezwał
się dzwonek w przedpokoju. Tym razem Alicja nie czekała, aż
Kostek pójdzie otworzyć. Wyskoczyła sama, krzyknęła: „Sewer!
Kochany!", i za chwilę weszli oboje do pokoju. Alicji płynęły z
oczu rzęsiste łzy...

- ... ale to już był zupełnie inny gatunek łez - opowiadał potem
Marcinowi Kostek. - Zdaje się, że będę miał swój kąt w
mieszkaniu.

- Kiedy?

- Chyba na Boże Narodzenie. Mają dostać na razie jakąś dużą
kawalerkę. Alicja już nie protestowała. Nareszcie będę mógł
pomyśleć o psie. Ale, Marcin, powiedz, czy ja jestem tępy?

Marcin nie rozumiał, co ma wspólnego posiadanie psa z tępotą,
ale odpowiedział natychmiast:

- Absolutnie nie! Przecież, jakbyś chciał, mógłbyś się uczyć na
samych piątkach. Pamiętasz, w czwartej klasie mieliśmy same
piątki.

- A w piątej - same piątki i czwórki - przypomniał smętnie
Kostek.

- Dopiero w szóstej coś się z naszymi stopniami popsuło.
Nauczyciele się uprzedzili czy co? Zadają coraz więcej i więcej.
Kto to może wytrzymać?

- Tylko kujony..

- 107 -

- Wyłącznie. A wczoraj Alicja o mnie powiedziała do Sewera,
że jestem tępy.

- Nie mogłeś jej wygarnąć? - oburzył się Marcin.

- Nie mogłem, bo rozmawiali po cichu, a ja stałem pod
drzwiami, bo chciałem usłyszeć, o czym mówią. Wkurzyło mnie
to, mówię ci! Niech tylko ona się wyprowadzi! Przekona się!
Siostra! Żeby tak o rodzonym bracie, do obcego człowieka!...

- Myślisz, że mój brat inny? - rozżalił się Marcin.- Słyszałem
raz, jak o mnie opowiadał koledze. Nic pochlebnego, mówię ci.

- Byłem pewien, że Wacek jest inny - dziwił się Kostek. -
Przynajmniej wydawał się inny. Aż ci zazdrościłem.

- Ja też po twojej siostrze spodziewałem się czego innego... -
westchnął Marcin.

Pani Smiątkiewicz weszła do klasy, położyła wypchaną teczkę
na katedrze i zwróciła się do uczniów:

- Dziś o mrówkach, chyba dobrze wiecie?

W klasie zapadła na moment, wywołana zaskoczeniem, cisza.

- O mrówkach? Proszę pani - poderwał się z miejsca Kazik
Piątkowski - na dzisiaj nie było o mrówkach ani słowa, tylko o
glistach i powtórzenie o stułbi.

- Pamiętam. A pytam was o mrówki faraona, które podobno
pojawiły się w Warszawie.

- Mrówki faraona?

- Co to za mrówki?

- Przecież faraonów dawno nie ma!

- Niech pani nam opowie, bo my nic nie wiemy! - padały
pytania z różnych stron klasy.

- No to posłuchajcie - ciągnęła pani Smiątkiewicz. - O mrówki
zapytałam dlatego, że przypomniały mi się pająki, o których

- 108 -

opowiadał tu kiedyś Bigoszewski. Bo mrówki faraona też potrafią
narobić kłopotu i zdezorganizować ludziom pracę.

- Czy one gryzą? - dopytywał ktoś z ostatniej ławki.

- Podobno pożerają papiery - odpowiadała pani Smiątkiewicz. -
Prasa podaje, że parę lat temu miliony mrówek opanowały w
Rzymie gmach Ministerstwa Finansów. Zniszczyły tam mnóstwo
ważnych papierów i w ogóle uniemożliwiły urzędnikom pracę.

- Proszę pani - wyrwa! się Marcin - co by tu się działo, gdyby
mrówki faraona opanowały na przykład naszą szkolną bibliotekę i
zjadły wszystkie lektury. Chyba nauczyciele nie mogliby wtedy
wymagać?...

- A jakby kto zostawił podręcznik do ruska... - zawołał
zachwycony taką wizją Basiński - przecież podręczników jest
wciąż za mało, pani wie, proszę pani, kupić nie można...

- I dzienniki lekcyjne mogłyby nagle zniknąć...

- I zeszyty z klasówką!...

Nauczycielka uśmiechnęła się kiwając głową ze zrozumieniem.

- Wiem, wiem, co kogo boli. Ale muszę zniweczyć wasze
nadzieje. Nic z tego. Mrówki, które pokazały się w Warszawie,
nie występują w takich masowych ilościach. I nic nie słychać o
gryzieniu papierów. Podobno na razie włażą do kredensów i
spiżarek i obsiadają na czarno wszelkie produkty żywnościowe, a
to przecież obrzydliwe i niehigieniczne. Włażą też do ubrań, do
bielizny...

- Brr! - otrząsnęła się Ewa. - Ja bym nie została w takim
mieszkaniu ani chwili! Za nic na świecie! Uciekłabym!

- A nie pomaga na te mrówki „azotox" albo jakiś inny środek
owadobójczy? Przecież mrówka to owad... - popisywał się
Paterek.

- 109 -

- Wyobraźcie sobie, że nie pomaga: chwilowo uciekają i
wracają. Te mrówki w Rzymie potrafiły się ukryć w przewodach
klimatyzacyjnych, w żeberkach centralnego ogrzewania, a po
zakończeniu akcji, która wydawała się bardzo radykalna - wróciły
do Ministerstwa nie oszczędzając nawet gabinetu ministra. Nie
było na nie innego sposobu, tylko - przeczekać.

- Proszę pani, Włochy to przecież daleko, jakim sposobem
mrówki przywędrowały do nas? Może to też „kaczka"? -
dopytywała zaniepokojona Ewa.

- Niestety, pojawiły się już na Saskiej Kępie i gdzieś podobno
na Pradze. Ale nie obawiajcie się, nie jest to żadna plaga. Nasze
mrówki nie gryzą i nie są trujące. Niebezpieczne są tylko dla
szpitali lub aptek, bo mogą przenosić zarazki. Instytut
Zoologiczny już się nimi zajął. Miejmy nadzieję, że znajdzie się
jakieś na nie lekarstwo.

- Proszę pani - pytał Nemek - czy one przywędrowały z Egiptu,
że je tak nazwano? Co miały wspólnego z faraonem?

- Tego i ja nie wiem, bo w rzeczywistości zawinęły do Europy z
Indii. Przywleczono je z towarami stamtąd sprowadzanymi. No,
ale cieszmy się, że w naszej dzielnicy jeszcze mrówek nie ma, i
wróćmy do lekcji.

- „Jeszcze"... - szepnął Basiński. - Ale nic nie Wiadomo...

- Jeszcze - powtórzył głośniej Marcin, zwrócony Świadomie w
stronę Irki i Ewy - ale może jutro rano, kiedy ktoś zechce
posmarować chleb, a tu masło aż czarne od mrówek! Bierze dżem,
a tam się łebki i łapki ruszają! Kładzie palto - pełno mrówek w
rękawach i wszędzie, i zaczynają po nim biegać! Chce się
wykąpać - nie ma mowy, mrówki zajęły wannę!...

- Brr... ohyda! - pisnęła Irka.

- 110 -

- Koszmar! - rzuciła Ewa w stronę Marcina i spojrzała niby na
mrówkę rozsmarowaną na chlebie. - Wyobraźnia cię ponosi.
Opanuj się Bigos!

Roześmiał się zadowolony: Ewa patrzy na niego i nawet
zagaduje. Wszystko „idzie do przodu".

Jedna lekcja, druga, trzecia, biegły po sobie zwyczajnie. Żółwim
tempem, z wiadomych względów, dla jednych, dla innych, z
czystym uczniowskim sumieniem - normalnie. Na dwóch
przerwach po biologii rozmawiano jeszcze o mrówkach - przy
końcu zajęć szkolnych nikt już o nich nie pamiętał.

Nauczyciele tego dnia zdziwieni byli wyjątkowym
roztargnieniem i niepokojem uczniów w klasie siódmej.
Wymieniali nawet na ten temat uwagi w pokoju nauczycielskim.

- To ciśnienie - twierdził pan Tomaszewski. - Już i młode
pokolenie zaczyna być bardzo wrażliwe na zmiany ciśnienia.

Ale to nie było ciśnienie, tylko numer „Świata Młodych", w
którym ogłoszono warunki, jakim powinni odpowiadać kandydaci
do roli Stasia i Nel. Egzemplarz przechodził w ciągu kilku godzin
lekcyjnych z rąk do rąk. Były to bardzo niecierpliwe ręce, ledwo
hamowane obecnością nauczyciela, za to bezceremonialnie
wydzierające sobie gazetę w czasie pauz. Przy końcu szkolnych
zajęć stronica, bo wędrowała już tylko jedna stronica, wyglądała
po prostu jak strzęp wyciągnięty z kosza na śmieci.

Marcin udawał, że go to ogłoszenie absolutnie (był to w tym
roku modny wyraz w siódmej B) nie interesuje. Kostek mu w tym
sekundował. Obydwu przychodziło to o tyle łatwiej, że o całej
sprawie ze szczegółami wiedzieli od wielu godzin, ba, mogliby
ogłoszenie wyrecytować na pamięć bez jednego błędu!

- 111 -

Nemek Batorowicz zatelefonował wczoraj po południu do
Marcina. Chodziło mu o książkę z biblioteki, którą Marcin miał u
siebie i jakoś zbyt długo nie mógł dokończyć. Przy sposobności
zapytał, czy Marcin czytał najświeższy numer „Świata Młodych",
bo właśnie tam...

Marcin odpowiedział, że jeszcze nie, ale serce zaczęło mu bić
przyśpieszonym rytmem. Oczywiście natychmiast pognał do
kiosku. Przeczytał w najbliższej bramie. I zaraz popędził do
Kostka, który na szczęście był w mieszkaniu sam.

Zziajany Marcin nic mógł złapać tchu, aż Kostek zaniepokoił
się nie na żarty, że stało się coś poważnego. Wreszcie Marcin
widząc, że inaczej nie da rady, podsunął Kostkowi tekst
ogłoszenia pod samą brodę i wybełkotał:

- Tu. tu, czytaj!

Kostek zerknąwszy na tytuł: „Staś i Nel", w lot zrozumiał, o co
chodzi. Rozmawiali przecież na ten temat parę tygodni temu.
Podszedł do stołu, rozłożył gazetę i podsunąwszy krzesło koledze
zaczął czytać powoli, dokładnie, z przymierzaniem:

- „Wiek czternaście lat" - się zgadza. „Wzrost - sto sześćdziesiąt
pięć cm". Ile masz teraz?

- Sto sześćdziesiąt trzy i pół - wypalił Marcin - ale włożę
wkładki.

- „Dobre wyniki w nauce" - ciągnął Kostek i w tym miejscu
spojrzał pytająco na przyjaciela.

- A co. może nie dobre? Żadnej dwói nie mam. No... prawie
żadnej. Ta jedna to przypadek.

- ... „prawidłowy rozwój fizyczny, dobry stan zdrowia i
zainteresowanie sportem". W porządku. „Śmiałość i odwaga w
obcowaniu z ludźmi" - to masz na medal. „Pożądana umiejętność
jazdy konnej oraz sympatia do zwierząt" - no. jeżeli „pożądana",

- 112 -

to znaczy niekonieczna. Pojedziesz do dziadka, tam u sąsiadów
jest koń i nauczysz się! A w ogóle zwierzęta lubisz, nie?

Kostek wierzył święcie w nieprzeciętne możliwości Marcina.

Po dokładnym, dwukrotnym przejrzeniu warunków, jakim
powinien odpowiadać kandydat na Stasia Tarkowskiego, okazało
się, że nawet brak znajomości języka angielskiego nie jest
poważną przeszkodą.

- Można się przecież, zapisać na skrócony kurs. Zapiszemy się
razem. To zawsze w życiu może się przydać.

- Naprawdę tak myślisz? - Marcin z radością patrzy na
przyjaciela i taki mu jest wdzięczny za krzepiące słowa!

Kostek tymczasem czyta wstęp do ogłoszenia. Czyta na głos. A
kiedy dochodzi do słów: ...wyjadą na kilka miesięcy z kraju i będą
przebywali na pustyni", zatrzymuje się i powtarza z nie ukrywaną
zazdrością:

- Na pustyni! Marcin, słyszysz? Na pustyni! Chyba na Saharze,
co?

- Pewno tak - mówi Marcin bez specjalnej uwagi, bo wyobraża
sobie minę Ewy Jagodzianki na wiadomość o jego sukcesie. To
będzie bomba! Ale zanim ten sukces osiągnie...

- Trzeba się zgłosić do Wytwórni na Chełmskiej.

- Z rodzicami?

- A jakże.

- Będę musiał nałgać, trudno.

- Coś wymyślisz.

- Kostek! Już wiem! Pójdziemy razem!

- Razem?... - Kostek podchodzi do lustra i krytycznym
wzrokiem obrzuca własną postać. - Nie. Ja nie mam szans. Jestem
za chudy, niższy i włosy mam ciemne. A tu wyraźnie jest

- 113 -

napisane: blond. Szkoda. Na Saharze!... Co za obszar! Masz ty,
chłopie, pojęcie, co tam można wykopać? Szkoda!

Marcin co innego miał na myśli, jednak przytakuje.
- Szkoda. Ale chodź ze mną na Chełmską w poniedziałek, co?
Samemu jakoś tak... głupio!
- Mogę iść - godzi się Kostek. - Ciekawe, czy będzie jeszcze
ktoś z naszej klasy?
Rozpatrzyli możliwości innych kolegów. Nie nadawał się nikt.
Dziewczyny wszystkie miały ukończone trzynaście lat. Za stare.
Ewa ma za długie nogi. Piękne włosy, owszem, ale wzrost taki
prawie, jak Marcina. Figa z makiem!
Nazajutrz w klasie przyjaciele nie włączyli się do dyskusji na
temat zamieszczonego w „Świecie Młodych" ogłoszenia. Na
wyraźne zapytanie Ireny Gołąbkówny Marcin odpowiedział
lekceważąco:
- Daj spokój! Mam ważniejsze sprawy na głowie!
Kłamał, bo do poniedziałku, do samego poniedziałku nie mógł
przestać o tym myśleć. Absolutnie!

Na ulicy Chełmskiej przed Wytwórnią Filmów stała długa
kolejka złożona z dziewczynek, chłopców i dorosłych. Już sama
ilość chętnych mogła odebrać odwagę. Speszony Marcin chciał
się zaraz wycofać, ale Kostek zaprotestował:

- Jak się zdecydowałeś, to już trudno. Tarkowski lwa się nie bał,
a ty na widok głupiej kolejki wysiadasz?

Marcinowi w tej chwili wydało się, że wolałby już raczej stanąć
oko w oko z lwem. Milczał. Wstyd mu było przed Kostkiem.
Stanęli potulnie na końcu. Udawali, że nie słyszą złośliwych pod
swoim adresem uwag. Po chwili zaczęli się przyglądać

- 114 -

wyprzedzającym ich kandydatom. Wymieniali szeptem uwagi. Za
nimi już się ustawili następni. Kolejka ciągle się wydłużała.

Co jakiś czas wejście do Wytwórni otwierano i z zawiedzionym
wyrazem twarzy wychodziła spora garstka kandydatów na
„gwiazdy". Rozpraszali się szybko.

- Odwaleni! - stwierdzano w kolejce z satysfakcją i nadzieją, że
oto zbliżający się i uważnie przepatrujący kandydatów reżyser ich
właśnie wybierze i zaprosi do wnętrza gmachu.

Zimno było. Nisko wisiała mokra mgła. Marcin i Kostek
przytupywali zziębniętymi nogami. Jak to długo potrwa? Jeszcze
tylko trochę poczekają i pójdą. O, właśnie idzie ten pan.

- Proszę - mówi reżyser do wybranej dziewczynki i żeby nie
było wątpliwości, o kogo chodzi, kładzie jej rękę na ramieniu. -
Proszę iść za mną.

Zbliża się. Już tylko dwie osoby przed Marcinem. Już tylko
jedna.

- Proszę - ręka w brązowej zamszowej rękawiczce lekko opada
na ramię Marcina i zaraz potem na ramię Kostka.

- Ja? - pyta przestraszony Kostek. - Ja też?...

- Też. Przecież to pierwsze eliminacje, od przybytku głowa nie
boli - śmieje się reżyser. I już przygląda się następnym
kandydatom w kolejce.

- Tak - mówi ktoś dorosły obok chłopców - to dopiero pierwsze
sito. Będzie ich jeszcze kilka.

- Jestem zupełnie spokojna - mówi pani w zielonym długim
płaszczu - moja Mariolka jest bezkonkurencyjna. Jak ona tańczy!
Jak śpiewa! A jak deklamuje! Urodzona aktorka! Mariolko, nie
ruszaj główką, bo ci się loki rozkręcą. O, ten z boku już się
rozkręca! Ta wstrętna wilgoć! Daj, poprawię! Grzebyk! Gdzieś

- 115 -

podziała grzebyk? Zgubiłaś! Ach, niedobre dziecko! Ja się tak
męczę, przeżywam, a ty stoisz i o niczym nie myślisz!

- Nie krzycz, mamusiu - mówi rezolutnie „mała Ne!" z główką
całą w lokach prosto od fryzjera. - Grzebyk jest w twojej
kosmetyczce.

- Ach, prawda! - pani w zielonym płaszczu wyjmuje z dużej
torby na zakupy małą damską torebkę, z torebki kosmetyczkę, a z
kosmetyczki grzebyk i zaczyna poprawiać włosy córeczki, nie
przestając mówić o nadzwyczajnych uzdolnieniach swego
„aniołka".

Marcin i Kostek już tego nie słyszą. Przeszli bramę, wysokie
drzwi, długi korytarz, stoją przed jakimś stołem. Jeden pan mierzy
ich wzrost, wagę, inny ogląda, obraca nimi, jakby byli
przedmiotami. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze są pytania
jeszcze innego pana, w skórzanej kamizelce.

- Jak ci idzie nauka?

- Dobrze - odpowiada bez mrugnięcia okiem Marcin.

- Świadectwo masz?

- Nie wiedziałem, że trzeba...

- Dobrze, jutro przyniesiesz. Jeździsz konno?

- Taak...

- Angielski?

- Trochę... nie... nie bardzo.

Pytanie za pytaniem. Owszem, w tym pierwszym sicie można
się wyłgać, ale... Jutro trzeba przynieść świadectwo ze szkoły, a
także jutro będzie egzamin z języka angielskiego. Pojutrze znowu
konna jazda...

Po półgodzinie wyczytano nazwiska tych kilku szczęśliwców,
którzy mają przyjść jutro na dalsze próby, na następne sito.
Kostek i Marcin nie słyszą swoich i... oddychają z ulgą.

- 116 -

W lokalu wcale nie było gorąco, a oni wychodzą jak z łaźni.
Uff! Czekają na autobus długo i w milczeniu.

- Po co nam to było? - dziwi się Marcin i temu. że mu tak jakoś
lekko i że wcale się nie martwi porażką.

- Nam? Powiedz, że tylko tobie! - wybucha złością Kostek. - To
ty chciałeś być aktorem! Ale że ja tak się dałem zrobić w konia!
Absolutnie! Przecież oglądali mnie jak konia na jarmarku! Mało
w zęby nie zaglądali. I jeszcze musiałem tak łgać. Nie! Nie
przerywaj mi, wiem, czasami się zdarzy, ale takie niestworzone...

- Ten wysoki powiedział, że masz ciekawą twarz - przypomniał
sobie Marcin przyglądając się Kostkowej twarzy i nie widząc w
niej nic specjalnie ciekawego.

- A ten w skórzanej kamizeli pokazywał na ciebie i mówił do
chudego dwa razy: „Profil. Widzisz, co za profil?" Słyszałeś?

- Słyszałem. I co z tego? Czy to było coś ważnego? Co z tego
wynika? - zastanawiał się Marcin, na próżno usiłując
wyprowadzić z usłyszanych uwag jakiś wniosek.

- Z tego wynika jedno - oświadczył Kostek już pod bramą
-jeżeli nie weźmiemy się galopem za lekcje, to jutro wystąpimy w
roli osłów dardanelskich. Czy w tym filmie występują osły?

- Nie wiem. Tylko to dobre - pocieszał się Marcin - że nic
nikomu nie mówiliśmy. Nikt nas nie widział. A jakby się kto
pytał, gdzie byliśmy, to co?

- Normalnie: w bibliotece szkolnej szukaliśmy lektur - ustalił
Kostek. - Cześć!

Kostek na poprzedniej lekcji historii dostał czwórkę.
Sprawiedliwie ją dostał. Już od tygodnia spodziewał się, że będzie

- 117 -

pytany, i był przygotowany, no, może nie „na blachę", ale na
czwórkę na pewno.

Irena Gołąbkówna uważała, że mógłby nawet otrzymać czwórkę
z plusem, ale Kostek nie miał do pani Skoczelowej pretensji.

- Jestem prawie usatysfakcjonowany - powiedział, zanim
jeszcze nauczycielka wyszła z klasy.

Ewa Jagodzianka odwróciła się w jego stronę i rzuciła:
- Mało ci? Może myślisz, że śpiewałeś?
- Chciałabyś, żebym śpiewał? Czy ja jestem Marek Grechuta?
- Co to znaczy? - porwała się z miejsca zaperzona Ewa. - Co
chcesz przez to powiedzieć?
- Tylko to, co słyszysz - odpowiedział Kostek podejrzliwie
przyglądając się Ewie, a także Irce, która nie wiadomo dlaczego
nagle speszona, trzepotała długimi rzęsami, co nawet dosyć ładnie
wyglądało, i ciągnęła Ewę za rękę do wyjścia z klasy.
- Daj spokój, Ewa. Daj spokój...
- Proszę bardzo, proszę cię bardzo! - żołądkowała się Ewa. -
Mogę dać ci spokój i na pewno dam ci spokój, ale żebyś
wiedziała, że na zawsze. Słyszysz? Na zawsze!
- Dlaczego? Co się stało?
- To się stało, że przyjaciółka tak nie postępuje!
O nie! Ja o Grechucie powiedziałam ci w sekrecie, nie
pamiętasz? W absolutnej tajemnicy! A ty czym prędzej
powtórzyłaś to Przegoniowi! Nie zapieraj się. Przecież to jasne
jak... jak... jak nie wiem co!... A ja ci tak wierzyłam! Nigdy, nigdy
nie posądziłabym cię o to, że wypaplesz. I to komu! Przegoniowi!
Ooo!...
- Ewa posłuchaj...

- 118 -

- Nie potrzebuję niczego słuchać! Nie wyprzesz się! Zresztą, ja
już dawno podejrzewałam, że z nim coś... tego... bo niby po co on
ciągle pomaga ci w bibliotece?

- Nie mnie, tylko pani Potorejko.

- Ale tylko w te dni, kiedy ty masz dyżur, prawda? - oburzenie
Ewy słabło, zastępowała je ironia. - To wszystko dzieje się
przypadkiem, co? A wtedy z szydełkiem, pamiętasz? Chciałam
mu dać swoje, ale ty „nie, nie, mój tatuś ci zreperuje!" Już wtedy
zaczęłam podejrzewać, coś mnie tknęło...

- A ja cię nigdy o nic nie podejrzewałam! - tupnęła Irka nogą. -
Wstydź się! Tego się po tobie nie spodziewałam!

Ewa też nie spodziewała się. że Irka tak zareaguje. Zamilkła
nagle i stały tak przez chwilę w głębokiej wnęce okna bez słowa.
Nikt nie zwracał na nie uwagi, na szczęście, bo Irka miała już łzy
w oczach.

- Chcesz, to zaraz zawołam Kostka albo chodźmy do niego obie,
i zapytam, czy mu cokolwiek o Grechucie i o tobie mówiłam,
chcesz?

- Tego jeszcze brakowało! - Ewa bacznie przyglądała się
przyjaciółce, ale głos jej nie był już taki pewny siebie. - To
dlaczego on wyskoczył z Grechutą?

- Dlatego, że wczoraj widział Grechutę w telewizji i on
pierwszy nawinął mu się...

- Grechuta wczoraj śpiewał?

- Jak to, nie oglądałaś? - zdziwiła się Irka. - Nawet miałam
ciebie zapytać, jak ci się podobały jego nowe piosenki.

- Co za pech! - jęczała Ewa. - Nie wiedziałam! Siedziałam jak
głupia nad lekcjami! Ile razy nie włączę telewizora, to zawsze jest
coś takiego, a jak włączam, to nudy na pudy... No, Irka. nie dziw

- 119 -

się, że... pomyślałam... No dobrze, przepraszam cię, ale widzę
przecież, że Kostek ciągle ma ci coś do powiedzenia.

- No to co? Czasami człowiek musi coś... do kogoś... żeby się
upewnić...

- I on się tak u ciebie... upewnia? A dlaczego nie u tego swojego
Bigosa?

- A bo to właśnie o Bigosa chodzi.

- 120 -

- O Bigosa? Dziwne, że ty z Przegonieni prowadzisz jakieś
rozmowy, a ja nic o tym nie wiem.

- Ewa. Kostek prosił, żebym nic, nikomu, że to sekret.

- Ach. tak? - Ewa znowu była oburzona do głębi.

- A ja tobie wszystko a wszystko, i o randce ze Stefanowiczem.
i co usłyszę od Oli, i co ciocia mówiła o naszej Sieczko, chociaż
przyrzekłam cioci i dałam słowo.

- Dobrze. Powiem ci - zdecydowała się Irka z rezygnacją. -
Więc chodzi o to. że nasza Jaga Sieczko, nasza umierająca z
miłości do nauczyciela wuefu Sieczko, zaczyna podrywać Bigosa.

- Nic! Coś podobnego! Więc po tamtej miłości już ani śladu? A
my nic nie wiemy?!

- Ja wiem - pochwaliła się Irka. - Wiem o tym od Kostka.

- Irka, czy on nie robi z ciebie balona? Znasz go nie od dzisiaj.
Łgać potrafi, aż się kurzy.

- Posłuchaj. Pamiętasz to ogłoszenie w „Świecie Młodych", jak
szukano aktorów na Stasia i Nel?

- Pamiętam.

- Więc Marcin i Kostek zgłosili się wtedy do Wytwórni na
Chełmską.

- Co ty powiesz! I nikomu nic ani mru-mru, bo ich z punktu
odwalili, tak?

- Nie. Nawet ich zaprosili na próbę. Bigos zgłosił się na Stasia.
Pamiętasz, mówiłam ci, że on zewnętrznie jest trochę podobny...

- Ale go odwalili! - cieszyła się Ewa. - Kostek też chciał?

- Nie, ani mu to w głowie nie postało, przyłączył się tylko do
Marcina dla towarzystwa. Ale jak go zaprosili z kolejki do środka,
to co miał robić? Poszedł.

- Ale że ani słówka nie pisnęli! Nikt nic nie wiedział!

- 121 -

- Nie mieli się czym chwalić. Przecież tam było tyle warunków!
Kostek mówił, że nie dało się zełgać, bo wszystko sprawdzali. I
język angielski, i konną jazdę, i wyniki w nauce, ze świadectwa
szkolnego. Ale Kostek słyszał sam na własne uszy, jak jeden
filmowiec do drugiego mówił o Marcinie: „Patrz, co za profil! Co
za profil!"

- Profil? - zastanowiła się Ewa. - No tak, owszem, Bigoszewski
profil ma niezły.

- Według mnie, bardzo ładny - oświadczyła Irka. - Ma tak
zwany orli nos i piękny zarys głowy.

- Piękny zarys?... Muszę się przyjrzeć. Ale co z tym wszystkim
wspólnego ma Sieczko?

- Sieczko też była na Chełmskiej. Nie, ona sama nie zgłaszała
się. Za wysoka. Był tam jej brat, który i angielski język zna
doskonale, i konno jeździ, i uczy się dobrze, ale podobno
nieśmiały i nic z tego nie wyszło. Bigos i Kostek myśleli, że nikt
ich nie widział, bo i oni nikogo znajomego nie spotkali. Ale
Sieczko ich przyuważyła. I na drugi dzień Marcinowi coś na ten
temat przygadała.

- No i co?

- No i Marcin ją zaklinał na wszystko, żeby nikomu o tym ani
słowa, bo albo ją zleje, albo wymyśli coś strasznego.

- No wiesz! Jaki ten Bigos!...

- Przecież tylko tak mówił, nie rozumiesz? Kostek też ją prosił
zaraz wtedy, i potem w bibliotece, widziałam, jak rozmawiali.
Więc powiedział jej o tym profilu. I wtedy ona powiedziała, że
Marcina powinni byli przyjąć, bo ma fotogeniczną twarz i ten...
no... ten szlachetny zarys głowy. Aha, i jeszcze: przepaściste
spojrzenie.

- Przepaściste... To znaczy, jakie?

- 122 -

- A bo ja wiem? Zapytaj ją sama, jak chcesz. Jedno jest pewne:
wuefa ma z głowy. Albo to było „nieprawdziwe uczucie", albo już
sama nie wiem co.

- Wiesz - zastanawiała się Ewa i widać było, że rewelacja
zrobiła na niej wrażenie - ta Sieczko to się jeszcze okaże zgaga nie
z tej ziemi! Mówiła tak Kostkowi po to, aby powtórzył
Marcinowi, jasne jak słońce! Znamy się na tym! A Marcin, jak
usłyszy, że z niego taki Mikulski...

- Oczy Bigos ma ładniejsze. W tym roku wygląd w ogóle
zmienił mu się na lepsze.

- Może, ja mu się tak nie przyglądam - wydęła wargi Ewa. -
Zarozumialec. Wyobrażam sobie, jak łatwo dał się złapać.

- Wcale nie. Bo mu Kostek nie powtórzył. Powiedział mi, że
bzdur nie będzie powtarzać. Ewa, ty chyba też... nikomu?

- Możesz być spokojna: mur-marmur. Ale ta Sieczko! No, no!
Ledwo przyszła, a już się za naszych chłopaków bierze. My
chodzimy z nimi od pierwszej klasy, a ona dopiero teraz, i już,
raz, dwa... niby cicha, smutna, załamana... Ja się na niej od razu
poznałam! A jak się koło niej kręci Basiński, widziałaś? Wczoraj
farby jej pożyczał, dziś sznurowadło w szatni związywał... o... -
Ewa urwała, zamyśliła się i zakończyła nagle oświadczeniem: -
Tak. Ten filmowiec miał oko. Bigos ma profil, owszem, nawet
niczego.

- Przypomniałaś sobie? - w głosie Irki brzmiała drwina.

- Moja droga, jak się na kogoś patrzy od tylu lat, to nic
dziwnego, że go się wreszcie nie widzi. Ale profil, moja droga, to
jeszcze nie wszystko, o nie! Słuchaj... a może ty więcej wiesz o
Bigosie niż ja. no... choćby przez Kostka. Czy on ma coś
takiego... no, coś innego niż wszyscy?

- Przypatrz się, jeżeli cię to interesuje.

- A ty nie zauważyłaś?

- 123 -

- Owszem. Ma kurzaję na lewej ręce! U nikogo takiej nie
widziałam!

Stefan Dziewałtowski wpadł do Bigoszewskich późnym
wieczorem. Był u ojca w Zielonym Siodle, wracał teraz do
Wrocławia.

Cała rodzina siedziała przy kolacji, trochę późniejszej niż
zwykle, bo czekano na powrót mamy z wywiadówki w szkole.

Marcin nie obawiał się niczego, sumienie miał spokojne, chyba
żeby pani Skoczelowa coś tam wynalazła. Ale mama na pewno
dogada się z panią Pucek, bo przypadły sobie do gustu.
Wychowawczyni - sprawiedliwa i nie da Marcinowi krzywdy
zrobić. A jednak, kiedy mama wróciła i już od progu po minie
było widać, że wszystko w porządku - odetchnął. Piorunem razem
z Piotrusiem nakryli do stołu, postawili półmisek z od- smażoną
kaszanką, pokrojony chleb i salaterkę z surówką. Kolacja była
„taka sobie", ale nikt nie miał pretensji - koniec miesiąca.

Przysiadł do stołu i Stefan, ale jeść nie chciał, tylko prosił o
herbatę.

- Tak się u ojca najadłem placków kartoflanych, że mi na
tydzień wystarczy - mówił. - Alba ma jakiś swój sposób na placki:
takie chrupiące, złociste, że nie można się od jedzenia oderwać. A
jak mu to zgrabnie idzie! Ani za duże, ani za małe, w sam raz.
Urodzony kucharz!

Przepraszał, że wpadł tak późno, spieszy się, bo wkrótce ma
pociąg do Wrocławia, ale musiał przecież przekazać Marcinowi
zaproszenie od dziadka i Albina.

- Macie w niedzielę z Kostkiem i Nemkiem przyjechać na
pieczone kartofle. Ale nie tylko - Alba prosi, żebyście mu pomogli
grabić liście.

- 124 -

- W niedzielę? - zdziwiła się mama. - Czy tam kto nie będzie
wydziwiać?

- Nie, na szczęście nikt się już nie gorszy taką pracą w niedzielę.
Chociaż... pamiętam, jak mnie pani Kule- szyna zbeształa, było to
dobre kilka lat temu, kiedy w niedzielę kopałem grządki w
ogrodzie. Przemówili się wtedy z ojcem na dobre.

- Naprawdę? - dziwiła się pani Bigoszewska.

- Naprawdę. Ojciec z ganku wołał: „Pracować w niedzielę -
grzech, ale jakbyś nas pani przy kielichu i butelce »czystej«
zastała, to nie byłby grzech! To by się Panu Bogu lepiej widziało,
tak?"

- Dziadek umie trafić w sedno - uśmiechnął się pan
Bigoszewski.

- Dużo się w ludziach zmieniło - ciągnął Stefan. - Teraz, jeżeli
tylko ładna pogoda, to w niedzielę prawie w każdym ogrodzie
sznury rozwieszone i suszy się bielizna. Kobiety w ciągu tygodnia
nie mają czasu.

- Mamusia, to ja polecę do Kostka, co? - poprosił Marcin.

- Późno już. Wytrzymasz do jutra i powiesz mu z samego rana.
Teraz sprzątnij po kolacji - kategorycznie oświadczyła mama i
zapytała Stefana:

- Masz za sobą dobrą szkołę. I żonie chyba w praniu też
pomożesz?

- Sam będę prał! Oleńce nie dam się męczyć! - zapewniał
Stefan.

- Nie przesadzaj - uśmiechnął się ojciec. - We dwoje na pralnię
zarobicie.

- Zarobimy - uśmiechnął się Stefan. - Oleńka ma dobrą posadę,
ja też. Tylko z początku będziemy na dorobku. Mieszkanie,
samochód.

- 125 -

- Samochód? - Marcin patrzył na kuzyna z podziwem.

- Tak. Chcemy mieć samochód, i to jak najszybciej - powtórzył
Stefan. - Oczywiście, najpierw pomyślimy o mieszkaniu.
Dostaniemy je na nowym osiedlu. Już oglądaliśmy.

- Kiedy ślub? - dopytywała mama.

- Na Boże Narodzenie, i chyba w Zielonym Siodle.

- Ze względu na ojca?

- I to też, ale chcemy wziąć ślub cichy, bez żadnych „zastaw się,
a postaw się". Tylko najbliżsi. Rodzice Oleńki chcieliby inaczej, z
pompą, ale wyperswadowaliśmy, że pieniędzy szkoda. Przydadzą
się na meble.

- Macie rację - przyznał ojciec.

- Oleńka to ładne imię - mówiła mama. - A jej nie żal
uroczystego ślubu, welonu, kwiatów? Przecież to chwila jedyna
na całe życie.

- Na całe życie? - wmieszał się Marcin. - Naszego Tomasza
córka już się rozwodzi.

- Tomasza? Co to za Tomasz? Jak ty mówisz!

- No, nauczyciel... pan Tomaszewski... - poprawił się Marcin.

- I nauczyciel wam o tym opowiada? - mama była oburzona. -
To niemożliwe. O takich osobistych sprawach?

- Pewnie, że nie on. Zauważyliśmy tylko, że ma jakieś
zmartwienie, a jedna koleżanka słyszała, jak w bibliotece
nauczycielki między sobą rozmawiały...

- I zaraz rozplotkowała. Brzydko.

- Wcale nie. Powiedziała tylko Kostkowi. A Nemka matka to się
już drugi raz rozwodzi.

Stefan śmiał się na cały głos.

- Marcin, chyba mi nie życzysz czegoś podobnego?

- 126 -

- Pewnie, że nie! - skonfundował się Marcin. - Tak mi się tylko
przypomniało.

Stefan się pożegnał. Przypomniał, żeby chłopcy wałówki w
niedzielę nie brali, bo przecież są zaproszeni na pieczone kartofle,
już tam Albin za pomoc będzie się rewanżował.

Sprzątanie po kolacji nie trwało długo. Piotruś już spał. Wacek
poszedł do swojego pokoju. Przy dużym stole pod żyrandolem
ojciec przeglądał jakieś wykazy, a mama szydełkowała szal dla
Wacka. Marcin kończył rysunek w zeszycie biologicznym.

Za oknami wiatr dmuchnął czasem mocniej o szybę, rzucił
suchym zabłąkanym liściem.

- Lecą liście, lecą - popatrzył w okno ojciec. - W nocy już
przymrozki. Będziecie mieli co grabić w niedzielę. Żeby tylko nie
padało.

- A ten Nemek, to jak, sam wam o rozwodzie matki opowiada? -
zapytała nagle mama, podnosząc głowę znad szydełka.

- Nemek? Nie - on nie. On w ogóle mówi bardzo mało. Ale
Basior do niego teraz często chodzi, razem się uczą. A Basior to
ma uszy i oczy, oho!...

- Nie powinien opowiadać o tym, co tam słyszy. Pamiętaj, tak
się nie robi. To niedyskrecja, a nawet nadużycie zaufania - mama
zawsze znalazła coś do poprawienia.

- A Tomasz... to znaczy pan Tomaszewski martwi się. bo będzie
miał dziecko - oświadczył nieoczekiwanie Marcin.

Teraz ojciec i mama razem podnieśli głowy, spojrzeli na
Marcina, potem na siebie i znowu na niego.

- ... bo jego córka wyjeżdża gdzieś, a ten zięć też nie ma czasu,
więc wnuczka będzie u To... pana Tomaszewskiego. Całe
szczęście, że jego żona nie pracuje, to się dzieckiem zajmie. Ale

- 127 -

jak zachoruje, to ja nie wiem. co to będzie z tym dzieckiem.
Pewnie dlatego Tomasz tak się gryzie.

-- Marcin, wiesz co? Idź ty już spać - powiedziała mama. -
Najwyższa pora!

Marcin położył się i zaczął myśleć, jak jutro powie Kostkowi o
zaproszeniu do Zielonego Siodła, do Alby. do dziadka, do Bobika.
A pieczone kartofle! Pycha!

Z dużego pokoju dobiegała go rozmowa rodziców.

- ... pamiętam, jak jeszcze babka krzyczała na moje siostry -
mówił ojciec - że szydełko w niedzielę to grzech. I nie pozwoliła.
Na wsi dłużej dawnego zwyczaju się trzymają, ale i tam już się
zmieniło.

- Ale żebym ja się kiedyś ośmieliła do swojej matki, już nie
mówię o ojcu, o rozwodzie opowiadać! Nie, nie mogę sobie tego
nawet wyobrazić. A tu. słyszałeś: mówi! jakby o pogodzie...

- Bo słyszy, bo czyta w gazecie, bo w telewizji... - tłumaczył
ojciec.

- Martwię się tym. Józku. Żebyś ty wiedział, żebyś słyszał, o
czym rozmawia Wacek z kolegami! Wołali tu kiedyś: „Precz z
pasożytami! Precz z oportunizmem!" Aż musiałam ich uciszać!
Na wszystkim się znają. Swoich braków nie widzą, ale wszystkich
chcą poprawiać: nauczyciele muszą lepiej uczyć, rząd ma lepiej
rządzić, a sejm powinien lepiej pracować. Mówię ci, włosy na
głowie stają!

- Dlaczego? Sama wiesz, że jeszcze mnóstwo spraw u nas jest
do poprawienia. Czy to źle. że młodzież zdaje sobie z tego
sprawę? Przecież niedługo już oni będą musieli zakasać rękawy
do pracy. Niech poprawiają, niech pilnują siebie i innych. A
pasożytów - tępić! Mają rację.

- Ale ten brak szacunku dla starszych, dla tych. co ich
wychowali...

- 128 -

- Hm... czy uważasz, że każdy dorosły zasługuje na szacunek
tylko ze względu na wiek?

- Józku, bój się Boga! Nie mów tego tylko przy Wacku albo
przy Marcinie.

- Ty na Wacka patrzysz ciągle jak na dziecko. Przyjrzyj się: to
już mężczyzna. Sam patrzy i ocenia. Marcin, naturalnie, dziecko
jeszcze, ale też za chwilę, za minutę...

Do sennej świadomości Marcina dociera co drugie, trzecie
słowo. Oportunizm? Pasożyci? Co to jest? To, że Wacek -
mężczyzna, a on dziecko, słyszy wyraźnie, ogarnia go żal i
gorycz, które na szczęście zaraz rozpływają się w pocieszającym:
„za minutę"...

Do Zielonego Siodła wybierała się cała wycieczka.
Marcin nazajutrz po wizycie Stefana wpadł jak piłka w gromadę
kolegów, w której dostrzegł Kostka.
- Kostek, w niedzielę jedziemy do dziadka! Będziemy piec
ziemniaki na polu i liście grabić! Stefan wczoraj był i zapraszał.
Nemek, ciebie też. Pojedziesz?
- Chyba pojadę. Zapytam w domu - odpowiedział spokojnie jak
zawsze Nemek, ale oczy mu poweselały.
- Gdzie to jest? Jak tam jest? - dopytywał Basiński, a
wysłuchawszy odpowiedzi, zaproponował: - Chłopaki, weźcie
mnie ze sobą. Ja nieraz układałem kopiec z liści na zimę. Wiem,
jak to się robi, przydam się. I wałówkę ze sobą zabiorę. Kłopotu
nie będzie.
Kostek z Marcinem przerzucili się spojrzeniem.

- 129 -

- To jest dziadek Marcina, ja nie mogę się w tej sprawie rządzić,
ale na mój rozum nic nie przeszkadza, żebyś pojechał z nami -
oświadczył Kostek.

- Jestem tego samego zdania - dorzucił Marcin. - Kartofle
będziemy piec gdzieś na rżysku albo na polu w zagonach.
Podwórka przecież dziadkowi nie ubędzie, co? I Alba z pomocy
się uraduje.

- Dobra jest. Jadę z wami! - cieszył się Basior.

Kostek też miał swoje powody do radości. Sam pan

Dziewałtowski go zaprosił, więc mama się zgodzi. Niech w
domu Alicja choć raz zajmie się niedzielnym obiadem. Dosyć
tego ustawiania mebli na papierze! On też ma prawo do jakiegoś
relaksu.

Tego samego dnia opowiedział o niedzielnych planach Irce
Gołąbkównie. Słuchała go z zainteresowaniem i nagle
powiedziała prawie to samo, co Basiński:

- A gdybyśmy z Ewą wybrały się razem z wami? W niedzielę w
domu tak nudno!... Kostek, co?

Zanim zaskoczony Kostek zdobył się na odpowiedź, Irka
przemyślała już całą imprezę:

- Oczywiście, nie do Marcinowego dziadka. Przecież ani nas
zapraszał, ani go nawet nie znamy. Ale mówiłeś nieraz, że tam
jest tak ładnie. Do lasu można iść... Na polu będzie to ognisko,
tak? Kartofli ze sobą weźmiemy. Tyle, że wy znacie drogę,
wiecie, jak się tam jedzie. No. jak myślisz?

- Myślę, że byłoby fajnie. Pokazalibyśmy wam, gdzie
najładniejszy spacer, potem mogłybyście przypilnować pieczenia
kartofli, a my tymczasem grabilibyśmy liście.

- My byśmy też grabiły! Cóż to, nie potrafimy grabić?

- Dobra. Pogadam z Marcinem.

- 130 -

Marcin, zaskoczony w pierwszej chwili tak, jak i Kostek, zaraz
potem musiał ukrywać, nie bez wysiłku, jak mu się pomysł Irki
podobał.

- Naturalnie, można jechać razem. Posiedzą sobie w lesie...
Kostek! Pokażemy im, gdzie graliśmy w piłkę. Co? I ten wóz bez
kółek! Chyba jeszcze stoi, co?

- I Bobika możemy wziąć na spacer, niech zobaczą, jaki to
mądry pies! - cieszył się Kostek.

- I niech Albin zobaczy, jakie mamy koleżanki, co?

- I kartofli przypilnują.

- Liście też mogą grabić, jak zechcą.

- Zechcą. Irka mówiła. Ale skąd weźmiesz tyle grabi? U dziadka
są tylko dwie sztuki.

- Są jeszcze jedne, takie mniejsze, akurat dla dziewczyn. I
pożyczymy od sąsiadki, pani Gzymsowej. Dobra jest!

Ewie na propozycję Irki zaświeciły się oczy.

- To jest myśl! Pogoda jeszcze taka ładna! Irka, lekcje odrobimy
w sobotę, żeby mieć z głowy. Umówiłaś się z Kostkiem? O której
godzinie? I skąd jedziemy? Czy to autobusem, czy EKD?

- Wszystko do omówienia. Przecież nie wiedziałam, czy tobie
się ten projekt spodoba. A poza tym nie wiemy jeszcze, co w
domu na to powiedzą. Moja mama chyba się zgodzi. Maryla też
umówiła się na wycieczkę z koleżankami. Czy ja mam być
gorsza? A tobie pozwolą?

- Muszą pozwolić. Irka, mówię ci, jeżeli nasza Ola nie ustatkuje
się, to ja w tym domu zwariuję.

- Nie przesadzaj, czy ja nie wiem, jak u was jest? Mieszkanie
macie duże, twoja babcia taka miła... Przecież ty w domu chyba w
niczym nie pomagasz?

- 131 -

- A jakże! Tak ci się zdaje. Jak u nas jest babcia, to owszem,
niewiele. Babcia mnie goni tylko do książki.

Ale jak babci nie ma, teraz znowu musiała pojechać do cioci na
parę tygodni, bo tam jest małe dziecko, to szkoda mówić. Zresztą
wcale nie o robotę mi chodzi. Jak trzeba, potrafię wszystko zrobić.
Ale te kłótnie! Jak babci nie ma, to Ola tak się z mamą kłóci, ząb
za ząb. że coś okropnego. Kiedy na to patrzę i wiem, skąd się to
wszystko bierze, mówię ci, mam ochotę przysiąc sobie, że nigdy,
ale to nigdy się nie zakocham.

- Nie przysięgaj - prosiła Irka - w tym coś jest.

- Jest, owszem, ale jeżeli tak, jak u Oli, to coś kompletnie
ogłupiającego. Jeżeli Ola w tym roku zrobi maturę, to będzie cud!
Siedzi niby nad książką, patrzy w jedną stronicę i tylko wzdycha
albo wyciąga lusterko i przegląda się, albo nagle zrywa się i leci
do koleżanki, ale zawsze teraz do takiej, gdzie nie ma telefonu i
nie można sprawdzić. Przerabiają niby, przerabiają, a z fizy miała
ostatnio naciągniętą tróję. I oczy ma chwilami zupełnie błędne, a
jak się ją czasem pytam, to nawet nie słyszy, co się do niej mówi.

- Myślisz, że nasza Maryla inaczej mnie traktuje? Mówię ci: z
dwudziestego piątego piętra. Przecież ja też chciałabym coś
wiedzieć, a ona tylko: „Dziecko jesteś, masz czas!"

- No widzisz! U nas to samo: „Masz czas". A babcia raz
mówiła, że życie nie wiadomo kiedy przeleci i już starość! Coś
okropnego!

- Wasza Ola jest nietypowa. Ciągle coś nowego.

- Jakbyś zgadła. Wczoraj pokłóciła się z Julitką.

- Z tą przyjaciółką? O co?

- Nie wiem, o co, tylko słyszałam, jak Ola wymyślała jej przez
telefon: „To ty jesteś idiotka! - wołała. - Najpierw pouczasz mnie,
jakbyś wszystkie rozumy zjadła, bo ty zawsze wiesz lepiej, a to że
ja inicjatywy nie mam, a to że ja tego czy owego nie rozumiem, a

- 132 -

kiedy ja raz tę inicjatywę wykazałam, znowu ci się nie podoba! I
wiem dlaczego: zazdrosna jesteś, ohydna zazdrośnica...!"
Krzyczała tak w telefon na cały głos. No i potem mama do niej, że
co, że to, że tamto, że dlaczego, no, sama wiesz... A Ola znowu,
że nie powie, bo to są różnice pokoleń. Mówię ci, Irka, nic, tylko
zwariować! Ola na mamę ma jeden sposób. Oświadcza, że przez
mamę zawali maturę, i wtedy mama zaczyna płakać i we
wszystkim jej ustępuje. A to, że ja nie mogę lekcji odrabiać,
nikogo nie obchodzi. Przecież wtedy, pamiętasz, jak dwóję z
matmy oberwałam, to właśnie przez Olę i przez awanturę o tego
pana Jurka.

- A nie możesz się wyłączyć? - szukała rady praktyczna Irka. -
Iść do pokoju za kuchnią i zająć się swoją robotą? Nie słuchać ani
kłótni, ani telefonów?

- A jakże! Tak ci się łatwo mówi: „wyłączyć się". Przecież to
jest takie ciekawe! Nie rozumiesz? Przecież to może mi się do
czegoś przydać?

- „Do czegoś", ale nie do matmy. Musisz sobie jakoś życie
zorganizować. Pewno, że to ciekawsze niż matma - westchnęła ze
zrozumieniem Irka. - Ale, poproś mamę i jedźmy z chłopakami!

- Dobrze. A jak się ubrać?

- Chyba jak na wycieczkę. Lekko i wygodnie. Nie jedziemy
przecież w gości. Ja włożę spodnie, sweter i wiatrówkę.

Pani Jagodzina, zanim pozwoliła Ewie na niedzielny wyjazd,
zatelefonowała do pani Bigoszewskiej, aby się dowiedzieć, co to
za wycieczka. Obie mamy znały się przecież z wywiadówek
szkolnych. Uspokojona informacjami, obiecała Ewie upiec nawet
placek, aby kartoflany poczęstunek trochę urozmaicić.

Rano o ustalonej godzinie całe towarzystwo zebrało się na
przystanku autobusów podmiejskich. Ludzi było mnóstwo, ale

- 133 -

Basiński przewidująco zajął kolejkę do kasy, a Kostek i Nemek
wypatrywali przy nadjeżdżających tramwajach.

Marcin przyjechał jednocześnie z Irką i Ewą.

Pogoda była piękna, słoneczna i ciepła, złota polska jesień. Nic
też dziwnego, że tłok był niesamowity. Każdy, kto mógł, chciał
jeszcze odetchnąć świeżym powietrzem, którego brak w stolicy
dawał się, niestety, coraz bardziej we znaki.

Podróż trwała niedługo. Wysypali się na przystanku w
Zielonym Siodle i dziewczęta od razu zaczęły zachwycać się
drzewami, które, jakkolwiek gęsto już sypały liściem, paliły się
jeszcze złotem i czerwienią.

Marcin obiecywał sobie, że zaraz na przystanku „skromnie"
zwróci uwagę na wyrównane doły i kawałek ścieżki z płyt, jakie
tu z Kostkiem i Nemkiem ułożyli w czasie wakacji, aby ludzie
wysiadający z autobusu nie zostawiali obuwia w błocie. Już nawet
wyciągnął rękę, już otworzył usta, ale powiedział zupełnie coś
innego:

- Kostek, Nemek, widzicie, jaki tu porządek zrobiony? Nowe
płyty! I jaki kawał wyłożony! O, w obie strony idzie chodnik!
Irka, Ewa, wiecie, że jeszcze latem wcale tego nie było? Jak
deszcz padał, to takie bajoro stało, że okropność, bo tu glina. I
ludzie z autobusu włazili wprost w tę maź i nóg nie mogli z
błocka wyciągnąć. A teraz - proszę patrzeć! I budka na przystanku
nowa, elegancka, jest gdzie wygodnie przysiąść. To mi się
podoba!

- A którędy się idzie do twojego dziadka? - dopytywała Ewa.

- Tędy, na skos, jest dróżka, przez ten lasek. Tu od razu jest
ładnie, prawda? Idziemy! Ale się ciepło zrobiło, co?

W lesie przyjemnie pachniały sosny, ścieżka usypana igłami
miękko słała się pod nogami. Kostek leciał pierwszy, zdawało mu
się, że słyszy już szczekanie Bobika.

- 134 -

Na Środkowej z daleka zobaczyli stojącego przy furtce Albę z
Bobikiem na smyczy. Bobik wyrywał się, poznał gości. Alba
zrobił parę kroków, ale zawahał się i nie puszczał psa. Dopiero
kiedy podeszli bliżej, poznał ich i biegł na spotkanie ulicą grubo
zasypaną liśćmi.

- Już od godziny was wyglądam! - wołał. - Doczekać się nie
mogę! I teraz nie od razu was poznałem, bo... bo...

- Bo nas tak dużo - dokończył Marcin. - Poznajcie się, to Alba, a
to są nasze koleżanki, Ewa i Irka, a to Wicek, też z naszej klasy.

Wymieniono uściski rąk i powitania, Alba, trochę zaskoczony,
odzyskał po chwili swobodę i otwarcie przyglądał się gościom.
Bobik obskakiwał Kostka, który już nic wokoło oprócz psa nie
widział. Zatrzymano się dopiero przed furtką.

- Alba, zaczekaj tu z koleżankami i Wickiem. My tylko
skoczymy przywitać się z dziadkiem i zaraz wracamy.

- Nie - zaprotestował Alba. - Proszę do ogródka wszystkich. Wy
idźcie dziadka przywitać, jak zechce, to wyjdzie, jak nie, to nie.
Potem idziemy na spacer, bo widzę, że z grabienia liści chyba nic
dziś nie będzie. Nie szkodzi. Z takiej pogody trzeba korzystać. A
ja tu na was będę czekać z kartoflami.

- Nie! Nie! Będziemy z tobą grabić! - oponowali chłopcy. -
Wicek też! Dziewczynom tylko pokażemy, którędy iść na ładny
spacer.

Dziadek już stał na ganku, podeszli więc wszyscy i przywitali
się, jak przystało na gości ze stolicy. Dziadek też pochwalił
pomysł wyjazdu za miasto w tak piękny dzień. Śmiał się
zobaczywszy siatkę z kartoflami w rękach Basińskiego.

- Po coście to dźwigali? Kartofli u nas dosyć.

Alba wszystko zaplanował i zorganizował. O, od razu było
widać, że to dobry gospodarz. Grabie leżały obok małego
ręcznego wózka. Przygotowane były i worki na liście. W głębi

- 135 -

ogrodu Alba pokazał niemałą kupkę już nagrabionych liści. Dziś
chce ją uzupełnić.

Dziadek poradził, aby, póki takie ładne słońce, poszli na
niedługi spacer wszyscy. Po powrocie jedni się wezmą za liście -
drudzy za pieczenie kartofli. Miejsce w opustoszałych zagonach
gotowe, drzewa i suchych gałęzi - cały stos.

Zostawili na werandzie, co tam kto miał, tylko Nemek ze swojej
torby wyjął pudełko czekoladek, jakie jego mama dała dla pani
Kuleszyny, u której tu spędził wakacje. Musi teraz do niej wpaść,
ale ich zaraz dogoni, niech tylko powiedzą, gdzie idą.

Alba się ucieszył.

- Dobra jest, Nemek. Idziemy z tobą, zaczekamy i zawołamy
Zojkę, niech idzie razem z nami. Zojka to koleżanka z mojej
klasy. Mieszka z matką u pani Kuleszyny.

Zojka okazała się miłą i wesołą dziewczyną. Po krótkim czasie
Ewie i Irce wydawało się, że znają się z nią już od dawna.

- Alba, a jak bigos? - pytała Zojka śmiejąc się - jeszcze się nie
przypalił?

- Spróbujesz. Dla ciebie przysmażyłem specjalnie, zobaczysz.

- Bo nie wiecie pewnie - opowiadała Zojka - że Alba cały
tydzień gotował bigos na dzisiejszy bal. Cóż to ma być za bigos!
Palce lizać!

- Bigos, żeby był dobry, musi być kilka razy odgrzewany -
tłumaczył Alba.

- A czy świnia przez ten bigos przeskoczyła? - dopytywał
Basior. - Bo bigos bez świni...

- Przeskoczyła, przeskoczyła, nie bójcie się, nawet wędzona.
Bigos pyszny jak nie wiem co. Przecież ja umiem gotować -
zwrócił się Alba do Irki i Ewy. - Marcin wam nie mówił?

- 136 -

- Jakoś nie było okazji - odpowiedziała Ewa - ale dobrze się
składa, bo my z Irką wzięłyśmy parówki, włożymy je do bigosu.

- Pasuje - zgodził się Alba - można.

Doszli do polanki, na której stał stary cyrkowy wóz. Smutno tu
było, inaczej niż latem. Wóz, przy którym kiedyś poznali Albę,
miał drzwi zabite na krzyż deskami. Schodki, przewrócone,
połamane, leżały obok; po ognisku, gdzie Alba suszył kiedyś
grzyby i gotował zupę, nie zostało ani śladu.

- Żebyście wiedzieli, że to jest historyczne miejsce. Może tu
kiedyś nawet marmurowa kolumna stanie - oznajmił Marcin, a
widząc skierowane na siebie pytające spojrzenie tych, co byli tu
pierwszy raz, wyjaśnił: - Tu się spotkali trzej niezwykli, a może
nawet bardzo niezwykli ludzie. Spotkali się i poznali w młodym
jeszcze wieku, ale już i wtedy można było poznać, że nie byle co z
nich wyrośnie.

- Po czym można to było poznać? - zapytała Ewa.

- Jeden z nich - powiedział Marcin - był najgorszym uczniem w
klasie.

- Drugiego - dorzucił Kostek - matka wysłała na kolonie, a on
pojechał zupełnie gdzie indziej. To znaczy - tutaj.

- A trzeci - dodał szybko Alba - świetnie znał się na grzybach.
Nic, tylko zbierał je i suszył. I potem miał co kłaść do bigosu, o
czym się wkrótce przekonacie. Wracamy!

Przy rozpalaniu ogniska byli wszyscy. Wesoło trzaskały suche
gałęzie sośniny. Sypały się iskry, gromadził czerwony żar i gorący
popiół. Kiedy go było dość, zagrzebano w ognisku ziemniaki.

Teraz można było się zająć grabieniem liści, których pełno
leżało na całej Środkowej ulicy wysadzonej klonami. Te klony
właśnie sypały nimi obficie. Dziewczęta grabiły liście na kupki,
Marcin i Kostek napychali do worków, które Wicek woził
wózkiem do ogrodu i tam z Albą wysypywał na kopcu. Robota

- 137 -

szła szybko, zagrzali się przy niej porządnie, a kiedy Alba
zawołał: - Ziemniaki upieczone! - całe bractwo z przyjemnością
usiadło w krąg ogniska, nad którym nie wiadomo kiedy zawisł
spory kociołek z bigosem.

Rozpakowano przywiezione wałówki. Parówki wrzucono do
kociołka, z którego buchnął smakowity zapach. Kartofle upiekły
się w sam raz, chrupała w zębach przypieczona skórka. Każdy
dostał talerzyk bigosu i widelec. To była uczta!

- Alba, powinieneś dostać za ten bigos medal - oświadczyła
Ewa.

- Co najmniej z pieczonego kartofla - dodał Marcin.
- Wybitny talent, jak pragnę repety! - oświadczył Basior.
- Może ty naprawdę zostaniesz sławnym kucharzem? -
żartowała Irka patrząc na Albę z uznaniem.
- Kucharzem? Może i kucharzem - odpowiedział poważnie
Alba. - Po ósmej klasie pójdę do technikum hotelarskiego. Tam
trzeba się znać i na kucharstwie. Zojka też tam idzie.
- Chciałabym pracować w domu wczasowym - powiedziała
Zojka. - Myślę, że to ciekawa praca i zawsze w jakiejś ładnej
miejscowości.
- A ja chciałbym rządzić dużym hotelem - mówił Alba - ale
wiem, że to nie od razu. Może zacznę właśnie od kucharza?
- Alba, ty sobie poradzisz nawet z bardzo dużym hotelem -
mówił Kostek dzieląc się resztą bigosu z Bobikiem - jestem tego
pewny.

Alba i Zojka odprowadzili warszawską gromadę na przystanek.
Irka i Ewa, zadowolone, niosły pęki żółtych i rdzawych jak

- 138 -

jesienne liście chryzantem, które zdążyła przynieść ze swego
ogródka Zojka.

W pewnej chwili Alba pociągnął za łokieć Marcina, przystanęli
obaj i szli na końcu, za wszystkimi.

- Marcin... słuchaj... - zaczął Alba i widać było, jak mu trudno
zacząć mówić.

- Słucham, wal prosto z mostu. O co chodzi? - zachęcał Marcin.

- No więc... czy... czy wiesz, że... że Stefan się żeni? - wyrzucił
wreszcie jednym tchem.

- Wiem. Na Boże Narodzenie. Mówił o tym u nas w domu. To
znaczy, teraz mówił o ślubie, bo o tym, że się będzie żenił, to już
dawno wiemy. A bo co?

- Bo... bo przyjedzie ze swoją żoną tutaj... Słyszałeś? Tu będą
mieszkać?

- Mieszkać? Nie. Mieszkać będą we Wrocławiu. Tutaj przyjadą
tylko na ślub.

- Skąd wiesz?

- Wiem. Stefan mówił.

- Marcin... mnie się zdaje... Mnie się zdaje, że jak oni tu
przyjadą, to już zostaną. Będą mieszkać u dziadka. Zrobi się
wtedy ciasno. Ja wiem. Słyszałem o takich sprawach jeszcze tam,
w Domu Dziecka... - Teraz Alba mówi szybko, jakby się bał, że
nie zdąży albo zabraknie mu odwagi do końca. - I wtedy mnie
odeślą, no bo jak? Ciasno będzie, wiem. Ale jest piwnica sucha,
ładna, okno duże. Ja mogę się tam urządzić, naprawdę... albo na
strychu... można też, tylko przepierzenie zrobić.

Deski są, potrafię. Bo... przecież ja rozumiem, to jest dziadka
syn. Żeni się. Jaka ta żona? Nie wiadomo. Ale sam rozumiesz,
będzie ciasno... Ja się urządzę, żeby tylko... żeby tylko Stefan...

- 139 -

Marcin słuchał od dłuższej chwili. Najpierw przestraszył się, że
Albie coś się stało, bo nie miał zwyczaju takich długich gadek
wygłaszać, a kiedy zrozumiał, że Alba po prostu boi się, i to jak
się boi! że go stąd odeślą, że straci dom, do którego się tak
przywiązał - aż mu się zimno zrobiło.

- Alba, coś ty! Zwariowałeś? Stefan tylko na ślub tu przyjeżdża
do ojca. Mieszkanie we Wrocławiu już dostali. O meblach u nas
opowiadał. A żebyś wiedział, jak mi dziękował, żć byłem tu na
wakacjach, że z Kost- kiem przyprowadziliśmy ciebie, bo gdyby
nie ty, nie mógłby się ożenić, nie mógłby tu zostawić samego
ojca... Jego Oleńka z Wrocławia się nie ruszy!

- Marcin! - Alba zatrzymał kolegę na drodze i patrzył mu w
oczy, jakby chciał go przewiercić na wskroś. - Nie łżesz?

- Co ci do łba strzeliło? Po co miałbym łgać? Możesz do nas
przyjechać, a moja mama to samo ci powtórzy, bo przecież do niej
Stefan parę razy mówił, że tak dbasz o dziadka i że dziadek teraz
dobrze się czuje, bo nie jest sam.

- Miałbym nie dbać? To już byłbym chyba ostatni podlec.
Dziadek jest dla mnie taki, jak... jak prawdziwy dziadek.

- No widzisz. I głupi jesteś, Alba, żeś od razu dziadka nie
zapytał, jak ci coś takiego zaświtało w głowie.

- Chciałem - tłumaczył się Alba - ale wiesz, myślałem, że może
dziadkowi przykro tak wprost mi o tym powiedzieć... Więc tylko
kiedyś zacząłem, że piwnica... że jakbym w mieszkaniu zawadzał,
to...

- No i co?

- Dziadek się na mnie rozgniewał, coś okropnego! Laską stukał
tak mocno, aż dołki w podłodze zostały.

- No widzisz! Jeszcze ci mało?

- 140 -

- Dziadek - to jedno, a Stefanowa żona - to drugie. Rozmaicie
bywa. Tylko, jak mówisz, jeżeli mieszkanie już tam dostali...
Słyszałeś wyraźnie?

- Jak najwyraźniej. Mieszkanie jest, ona tam ma dobrą pracę i
Stefan przenosi się też do Wrocławia na stałą robotę. A dziadek
nawet słyszeć nie chce, żeby wyjechać z Zielonego Siodła, bo
przywiązany do swojego domu.

- To dobrze - cieszył się Alba - to dobrze... Pewnie, taki dom i
ogród, i ziemia dobra... Zobaczysz, jak tu będzie na drugi rok! I
Bobik ma swoją budę, i króle będę hodować, materiał na klatki
już mam. Ach, Marcin!...

Idący przodem chłopcy i dziewczęta oglądali się, ponaglali.
Dołączyli do nich.

- Alba - zagadnął Basiński - czy tu są mrówki?
- Mrówki? Mrówki teraz już poszły spać. O, patrz, tutaj pod tą
sosną kopczyk przysypany igłami - to mrowisko. Kto nie wie, nie
pozna. Spokój, cisza, ani jednej mrówki aż do wiosny nie
zobaczysz! Dopiero jak się ociepli.
- Autobus leci! - krzyknął Kostek. - Słyszycie? Prędko, bo nam
ucieknie!
Do przystanku było niedaleko, pobiegli i zdążyli wsiąść,
chociaż na samym ostatku.

W Warszawie Basiński i Nemek pożegnali się pierwsi, bo do
domu mieli po drodze. Nemek co prawda chciał odprowadzić Ewę
i Irkę, ale Kostek powiedział, żeby szedł do siebie spokojny. Już
oni z Marcinem to załatwią, przecież mają blisko.

Basińskiego mina mówiła wyraźnie, że pierwszy raz słyszy o
czymś takim, jak obowiązek odprowadzania dziewczyn do domu.

- 141 -

Ale nie odezwał się żadnym głupim słowem. On też wiedział, że
Nemek najlepiej z całej klasy znał się na tym, jak trzeba się
zachować. Powtarzał za Nemkiem jak echo:

- Do widzenia. Dziękuję. Było naprawdę bardzo przyjemnie.

Kiedy zostali we czwórkę. Irka powiedziała:

- Widzieliście, jak Basiński wygrzeczniał? O mało się nie
roześmiałam.

- On pewnie tylko tak przy Nemku - zastrzegała Ewa. - Ja mu
nie wierzę! Ile on mi nadokuczał od pierwszej klasy!

U Jagodów drzwi otworzyła babcia, ku wielkiej uciesze Ewy,
która rzuciła się jej na szyję.

- Babciu! Jak dobrze, że już jesteś u nas!

- I ja się cieszę, że ty już jesteś, bo byłam niespokojna, czy się
co nie stało. Proszę, wejdźcie. Jak się udała wycieczka?

Opowiedzieli krótko, bo i oni spieszyli się do swoich domów,
gdzie również oczekiwano ich powrotu. Kiedy odprowadzili Irkę i
zostali sami, Kostek zapytał Marcina, co to była za sprawa, którą
omawiali z Albą po drodze.

- Chyba że to jakiś sekret?

- Żaden sekret - i Marcin krótko przekazał obawy Alby.

- Rozumiem go - powiedział Kostek. - Mojej mamy kuzyni nie
mieli dzieci i wzięli sobie jedno z Domu Dziecka, dziewczynkę,
ale po jakimś czasie odwidziało im się i oddali tę dziewczynkę z
powrotem. A ona już się przyzwyczaiła i... no, to było coś
okropnego. Mama opowiadała dawno, dziecka na oczy nie
widziałem, ale tak mi to w głowie utkwiło, jakbym przy tym był.

Okropne, pomyśl tylko: mieć dom i nagle - iść z tego domu.

- Dziadek by tego nie zrobił.

- Ja też tak myślę.

- 142 -

Marcinowi otworzyła mama. Ucieszyła się i mocno go
uściskała.

- Dobrze, że już jesteś. Wiem, nie jest późno, ale siedzimy z
ojcem i Piotrusiem i źle nam, bo ciebie nie ma i Wacka nie ma.
Jak tam było? Narobiliście się, grabiliście?

- Oj, narobiliśmy się! Nagrabiliśmy liści taką furę, aż pod niebo.
I najedliśmy się pysznego bigosu! Alba ugotował! I kartofle
pieczone były pyszne. Piotrucha, mam dwa dla ciebie! Mamusiu,
co na kolację?

Dobrze mieć dom, w którym się cieszą, kiedy człowiek do niego
wróci, w którym czekają bliscy...

W poniedziałek było o czym opowiadać w klasie! Okazało się,
że Sobierajski z Maksiem Paterkiem też spędzili wczorajszy dzień
za miastem. A Hela Obarska z Jagą Sieczko były na długim
spacerze w parku Ujazdowskim. Hela poinformowała o tym Ewę
z miną bardzo tajemniczą i w ogóle dawała do zrozumienia, że ten
spacer to dopiero było coś wspaniałego - żadna wycieczka nie
mogła się z nim równać.

- Nie rozumiem, jak można spacer w parku Ujazdowskim
nazywać długim? - wzruszyła ramionami Ewa. - Przecież cały ten
park to w ogóle, można powiedzieć, nie park, a ogródek dla
małych dzieci.

- A właśnie, że się mylisz - oświadczyła z wyższością Hela - ten
park ma w sobie coś takiego dziwnego, pociągającego... Stał się
teraz bardzo modny wśród młodzieży studenckiej. Nie mam za
złe, że o tym nie wiesz, brak ci kontaktów z uniwersytecką
młodzieżą.

- Ty za to masz tych kontaktów całe mnóstwo, oczywiście w
bujnej wyobraźni!

- 143 -

- Mylisz się, moja Ewo, mam dwóch braci na poli- budzie, a oni
mają swoich kolegów i koleżanki.

- Tak? - Ewa pożałowała ostrych słów i zaczęła z innej beczki: -
Nigdy mi o tym nie mówiłaś...

- Bo mnie nie pytałaś. Ty zawsze tylko z Irką. Zawsze macie
jakieś sekrety. Tak się trzymacie, jak sznurkiem przywiązane. Ale
to już niedługo potrwa. Ja się na tym znam.

- Hela, co ty wygadujesz? - przestraszyła się Ewa. - Ktoś ci
czegoś naplótł, mów zaraz?

- Nie ktoś, tylko sama widzę: pokłócicie się o Kostka. Bo
między Irką a Kostkiem coś jest, każdy to widzi. A teraz ty raptem
zaczynasz się nim interesować. Ewa, tak się nie robi. Zastanów
się...

- Naprawdę? - zaskoczona Ewa postanowiła nie wyprowadzać
Heli z błędu. - Dobrze, zastanowię się. Ale powiedz no coś o tym
długim spacerze w krótkim parku.

- Ach, bo ty, Ewa, myślisz o przestrzeni, a ja mówię o czasie -
Hela ciągle nie rezygnowała z narzucenia koleżance swej
przewagi. - To był naprawdę długi spacer. Obie spóźniłyśmy się
na obiad. Możesz sobie wyobrazić, co miałam w domu!

- Łatwo zgadnąć: musiałaś sobie zupę odgrzać.

- Cały obiad! Tak żeśmy się zagadały. A oprócz odgrzewania
musiałam pozmywać. Zostawili wszystko dla mnie, chociaż to nie
była moja kolej, tylko młodszej siostry. Za karę - rozumiesz?
Starzy nie mają żadnych nowoczesnych pomysłów. Zawsze to
samo: zmywanie albo sprzątanie. Ale nie żałuję, bo wiesz... na
tym spacerze z Jagą...

Ewa słuchała, ale wbrew nadziei Heli nie dopytywała, nie
„umierała z ciekawości".

- Wiesz... na tym spacerze... - ciągnęła Hela.

- 144 -

- Na tym długim spacerze - uzupełniła z niewinni} miną Ewa,
ale Hela spostrzegła się, że ktoś tu z niej chce zrobić balona.

- Chciałabym ci powiedzieć o różnych bardzo niezwykłych
sprawach - Hela podkreśliła ostatnie dwa słowa - ale nie mogę,
wierz mi, naprawdę nie mogę. To są cudze tajemnice, rozumiesz?
Ale warto, abyście obie z Irką wiedziały, że Jaga Sieczko to
niezwykła dziewczyna. Ona ma tak bogate życie wewnętrzne! A
chyba wiesz, że tylko ten, kto ma bogate życie wewnętrzne, jest
coś wart?

To, co Hela chciała opowiedzieć Ewie, ta „cudza tajemnica" i
„niezwykłe sprawy" były Ewie dobrze znane. Nie potrzebowała
ciągnąć koleżanki za język. I tak nadejdzie chwila, kiedy Hela nie
wytrzyma i wypaple. Dobrą powiernicę wybrała sobie Jaga
Sieczko! No, no!

Ale naprawdę w słowach koleżanki zaprzątnęło Ewę co innego:
podejrzenia, że Irka interesuje się Kostkiem okazały się słuszne!
Nie tylko ona jedna zwróciła na to uwagę! Ale wbrew
przypuszczeniom Heli nie miała ani przez chwilę zamiaru
wchodzić Irce w drogę. Co to - to nie. Marcin Bigoszewski jest
bardziej interesującym chłopcem. Wczoraj na wycieczce do
Zielonego Siodła przyjrzała mu się dokładnie. Owszem, wszystko
się zgadza: szlachetny zarys głowy, orli profil... Jak to Hela
mówiła?... Bogate życie wewnętrzne"? Ładnie brzmi. Ale co to
jest? Czy Marcin ma bogate życie wewnętrzne? A ona sama?...
Może po prostu człowiek u siebie wielu rzeczy nie dostrzega?

- 145 -

- 146 -

Na przykład niedawno Ola powiedziała jej, że ma długie nogi i
że to jest duży plus w urodzie. Ewa tego nie wiedziała. Nogi jak
nogi, i koniec. Tymczasem okazuje się, że dłuższe są ładniejsze, i
ona właśnie takie ma.

Z Kostkiem częściej od jakiegoś czasu rozmawia, to prawda, ale
tylko ona wie dlaczego: aby odwrócić uwagę koleżanek, aby nie
podchwyciły jej zainteresowania się Marcinem. A ile by miały
frajdy, gdyby Bigoszewski ją wydrwił i dokuczał! Dawniej to była
przecież jego specjalność. Musiał jej wtedy nie cierpieć, jak i ona
jego. A teraz dlaczego nie zaproponuje nigdy pójścia na lody albo
do kina? Czy znowu ona ma wykazywać inicjatywę?

Lekcja geografii toczy się, ktoś odpowiada, ktoś stoi przy mapie
- Ewa z oczami niby uważnie skierowanymi na nauczyciela - nie
widzi go. Myśli o swoim.

Wracają ze szkoły razem z Irką i wspominają jeszcze
wczorajszy dzień. Irka wiele dowiedziała się od Kostka o Albie, o
lecie spędzonym u dziadka. Kostek bardzo dobrze mówi o
Marcinie, że można na niego liczyć, że od tylu lat się przyjaźnią i
że to jest prawdziwa męska przyjaźń.

Ewa przypomina sobie to, co mówiła Hela, i postanawia, pod
wpływem opisu tej „pięknej męskiej przyjaźni", wyjaśnić ich
własną sytuację.

- Irka, wiesz co? Przyjrzałam się Kostkowi. Fajny chłopak.
Zauważyłaś, jaki on ma refleks? Jest czasem złośliwy, to prawda,
ale jaki inteligentny! I zręczny! Na pewno świetnie tańczy.
Podoba mi się, naprawdę! Ale zauważyłam, że on coś do ciebie
czuje. Tak. Nie zaprzeczaj. Przecież nie jestem zazdrosna. I
powiem ci jeszcze, że skoro on tak dobrze mówi o Marcinie,
przyjrzę się temu Bigoszewskiemu. Ciekawe, jakie on ma życie
wewnętrzne? Bo, jak wiesz, to jest w człowieku bardzo ważne.

- 147 -

Chłopak bez bogatego życia wewnętrznego nie mógłby mnie
zainteresować, co to, to nie. Ale... zdaje mi się...

Ewa nie dokończyła. Irka z kamienną twarzą szła obok.
Wiedziała jedno: Ewa zdecydowała się zainteresować sobą
Marcina.

Po raz pierwszy chyba Irka była tak zła na Ewę. Co ona sobie
myśli? Szast-prast i chce w nią wmówić Kostka! „On coś do
ciebie czuje"... A jakże! Irka prędzej spostrzegłaby to, bo częściej
niż Ewa z nim rozmawia. Owszem, dobry kolega, myślący
chłopiec. Tyle razy pomagał w bibliotece, a jego pomoc to
prawdziwa pomoc, bo jest dokładny i też lubi książki. Przy jakiejś
okazji mówił trochę o swoich domowych perypetiach. Nie za
łatwe ma życie, nie. Irce jeszcze i to podoba się w Kostku, że
dobrze mówi o kolegach, o Marcinie, o Albie, o Nemku. Ostatnio
zabawnie opowiadał o Basińskim, który tak kocha swojego Agata,
że ze strachu, aby mu go ojciec nie odebrał, poprawił się, co
prawda przy pomocy Nemka, w rosyjskim. Dla Kostka jest to
jeszcze jeden dowód, że pies to prawdziwy przyjaciel człowieka.
On też „ma gadane", usta mu się nie zamykają. Gdyby wybrał się
z Ewą na spacer, nie bolałyby ją na drugi dzień szczęki. Ale Ewa,
jak widać, woli Marcina. A jeszcze kilka dni temu Irce wydawało
się, że przyjaciółka interesuje się Kostkiem. Pewnie od wczoraj
zmieniła zdanie, bo w Zielonym Siodle często zwracała się do
Marcina, w czasie spaceru szła cały czas koło niego, przy ognisku
siedziała między nim a Irką, a kiedy w drodze na przystanek Alba
odwołał Marcina i dość długo o czymś rozmawiali, Ewa
niecierpliwie oglądała się, jakby nie mogła doczekać chwili, kiedy
Marcin wróci do niej. I dzisiaj wspaniałomyślnie odstępuje
przyjaciółce Kostka! A może Irka też chciałaby się zainteresować
Marcina życiem wewnętrznym?...

- 148 -

„Życie wewnętrzne"! „Bogate życie wewnętrzne"... Ewka
znowu może powtarza coś podsłuchanego z rozmowy Oli z
przyjaciółkami. I pewno nie rozumie, co to jest. A co to właściwie
jest? Trzeba zapytać Marylę.

Ewa prosiła Irkę, aby do niej przyszła odrobić lekcje, ale ta
odmówiła - dziś nie może. I nie podała dokładnie powodu, co
obudziło podejrzenie Ewy.

„Aha, zła, że odkryłam jej tajemnicę, że wiem o niej i o Kostku.
Nie wpadnie jej do głowy, że nie tylko ja zwróciłam uwagę na to,
jak się sprawy mają. A może to zazdrość? Zauważyła, że wczoraj
Marcin ciągle mnie obskakiwał, niósł mi torbę, podawał pieczone
kartofle.

I nie tylko Marcin. Chyba każdy widział, jak przyglądał mi się
Alba. A czy to moja wina, że jestem ładna i wszystkim się
podobam?"

Ewa myśli o tym wszystkim w domu nad lekcjami, a w końcu
wzdycha, wstaje i podchodzi do wiszącego między oknami lustra,
aby z przyjemnością znaleźć w nim potwierdzenie własnej urody.

Irka nie może znaleźć sobie miejsca. To idzie do kuchni, gdzie
dzisiaj jest spokój, to rozkłada książkę, poczyta, powierci się na
foteliku w kącie pod oknem, to znów przenosi się do dużego
pokoju, w którym Maryla się kiwa powtarzając teksty z
rozłożonych skryptów. Przygotowuje się do egzaminu.

- Sama się uczysz? - pyta Irka.
- Przecież widzisz - odpowiada niecierpliwie Maryla.
- Nikt do ciebie dziś nie przyjdzie?

- 149 -

- A po co? Najlepiej uczyć się w pojedynkę. Ale teraz nie
przeszkadzaj! - Maryla znowu kiwa się nad skryptem, porusza
bezgłośnie wargami, minę ma ponurą jak noc.

Irka chciałaby porozmawiać z siostrą, zapytać o coś, czego nie
rozumie, ale widzi, że chwila do tego nieodpowiednia.

Dzwoni telefon. Siostra podrywa się, ale siada natychmiast.
Ręką daje znak Irce, żeby odebrała.

- Jeżeli do mnie, to powiedz... powiedz, że mnie nie ma.
- Tak - mówi Irka w słuchawkę - tak, proszę pana, ale siostra
właśnie... - nie kończy, bo Maryla już jest obok, już zdążyła
wyrwać słuchawkę z jej ręki.
- Słucham? Ach, to ty?... Uczę się, oczywiście, siedzę i kuję.
Wiesz, profesor jest wyjątkowo wymagający. Nie, nie, mowy nie
ma! Tak sobie zaplanowałam. Najwyżej, jeżeli chcesz, to
przyjdźcie do mnie. Możemy razem powtórzyć. Potem?
Zobaczymy. Karola weź po drodze. Tak, razem z Isią. Razem
uczyć się łatwiej. Cześć.
Maryla wraca od telefonu w zupełnie innym nastroju.
Poróżowiała, ruchy ma prawie taneczne, biegnie do lustra,
przeczesuje włosy. Zdziera z siebie granatowy sweterek, wkłada
jasnoniebieski.
- Tak lepiej, co? - pyta siostrę.
- Przecież wiesz, że ci w niebieskim najładniej - aprobująco
kiwa głową Irka i dodaje z wyrzutem: - O mało przez ciebie nie
wyszłam na łgarza.
- Nie bój się, powiedziałabym, że to ja ci tak kazałam.
- A sama też: to mówisz, że lepiej uczyć się w pojedynkę, to
znowu, że lepiej razem.

- 150 -


Click to View FlipBook Version