Ewa Lach
Kosmohikanie
Ilustrował Marian Stachurski
Wydanie polskie 1970
-2-
Spis treści:
Teraz się zacznie.............................................................................................................................................................4
Pierwszego dnia............................................................................................................................................................10
Latarnia i zimna wojna..................................................................................................................................................25
Na bezludnej wyspie.....................................................................................................................................................41
Rozbójnicy....................................................................................................................................................................58
Tata przyjeżdża, a Jarek nienawidzi.............................................................................................................................69
Niewidzialny wróg Kosmohikanów.............................................................................................................................79
Nocna wyprawa............................................................................................................................................................93
Duchy i tajemnica Jarka..............................................................................................................................................107
Dzień jak co dzień.......................................................................................................................................................120
Zemsta.........................................................................................................................................................................135
Bliscy zbawienia.........................................................................................................................................................147
Gdy pada deszcz.........................................................................................................................................................156
Mika............................................................................................................................................................................164
Nie ma sieci - jest sieć................................................................................................................................................173
Latające talerze...........................................................................................................................................................187
Wszystko dobre, co się dobrze kończy.......................................................................................................................201
-3-
Teraz się zacznie
Nasze wakacje były zazwyczaj wspaniałe. Prawie co roku
spędzaliśmy pierwszy miesiąc nad morzem, a drugi w górach.
Tatuś już dość dawno wybudował w Jastarni nieduży domek, w
którym mieszkaliśmy przez ten miesiąc. Domek jest pod opieką
pani Marcinowskiej, którą kiedyś tatuś wyleczył z ciężkiej
choroby. Bo nasz tatuś jest lekarzem.
Pani Marcinowska wraz z dwunastoletnim synem Jarkiem
zajmuje pokoik z kuchnią, a dalsze dwa pokoje czekają na nasz
przyjazd. Jeśli nie przyjeżdżamy do Jastarni, pokoje wynajmuje
się letnikom. Także w sierpniu mieszkają w nich letnicy.
Pani Marcinowska pracuje w Jastarni w Biurze Wczasów czy
jak to się nazywa. Zawsze wyobrażałam sobie, że wdowa wygląda
poważnie, ponuro, jest smutna i ubiera się na ciemno. Tymczasem
mama Jarka jest młodą i strasznie miłą kobietą. I ubiera się bardzo
kolorowo. Zbyszek powiedział, że gdyby tylko zechciała, to Jarek
już dawno miałby ojczyma. Ja też tak myślę, bo pani
Marcinowska jest również bardzo przystojna. Jarek często dostaje
zabawki i słodycze od różnych panów.
W tym roku także pojechaliśmy do Jastarni. Już w pociągu
daliśmy do zrozumienia pasażerom, że mamy wakacje i chcemy je
wykorzystać pełną parą. Zrobiło się w naszym przedziale luźno,
choć w innych był tłok. Mama wciąż nas upominała, ale i jej było
chyba wygodniej w luźnym przedziale.
Oprócz naszej niecałej rodzinki (tatuś miał przyjechać do nas za
tydzień) siedziała w przedziale jakaś pani i jeden pan, który nie
zważając na nic spał w najlepsze.
Ja ulokowałam się przy oknie, Zbyszek zablokował drugą
stronę. Michał musiał dźwigać walizę i pomagać mamie, toteż nie
-4-
dostał się do okna. Z Adzikiem nie było kłopotu, bo to dobre
dziecko, więc gdy chciał wyglądać, siadał na stoliku pod oknem.
Najwięcej kłopotu było z Jumpo. Zawsze tak grzecznie
zachowywał się w podróży, a teraz raptem zaczął odzywać się w
najniewygodniejszych momentach.
Tylko kiedy konduktor przyszedł sprawdzać bilety, wsunął się
pod ławkę i udawał, że śpi. Mama zapłaciła za niego psi bilet, ale
mogli go zabrać do bagażowego wagonu. Dlatego Jumpo był taki
niewinny przy konduktorze.
- Jaka to rasa? - spytała sąsiadka mamy. Patrzyła na Jumpo z
życzliwym uśmiechem.
- Pudel - wyjaśniła mama, również się uśmiechając. - Ludzie
przyzwyczajeni są do pudli przystrzyżonych „na lwa”, więc każdy
pyta mnie o rasę.
- Bardzo przyjemny piesek - pochwaliła pani spoglądając
przyjacielsko na Jumpo, który właśnie usiłował wskoczyć na
śliską ławkę, co przy kołysaniu pociągu nie bardzo mu się
udawało.
Wyciągnęła rękę i chciała pogłaskać psa po białej sierści, ale
Jumpo warknął niechętnie i wskoczył mi na kolana.
Roześmiała się.
- Nieprzystępny! A jak go nazwaliście?
- Wabi się Jumpo. Nikogo nie usłucha oprócz mnie - odparłam z
dumą.
Jumpo pozwala się głaskać i pieścić mym braciom, ale słucha
naprawdę tylko mnie. Mogę z nim robić, co mi się żywnie
podoba. Stroiłam go w kubraczki, kokardki, woziłam w wózku,
kazałam mu przedstawiać psa myśliwskiego i używałam go do
zaprzęgu (ciągnął mnie na wrotkach). Czasem był wilkiem,
białym niedźwiedziem, lwem, raz wyobrażał jednocześnie
-5-
ogromne stado owiec i psa pasterskiego, a raz był nawet kozą.
Zależy, w co się bawiliśmy.
Bardzo lubimy się bawić. Nie ma dnia, żeby nasza czwórka
zachowywała się grzecznie od rana do wieczora. Wciąż jakieś
figle, psoty, zwariowane pomysły. A zawsze broimy zgodnie i
razem.
Przyjaciel tatusia, pan doktor Kubiak, powiedział kiedyś do
niego:
- Masz w domu zgraną paczkę, Pawle. Masz czterech pełnych
temperamentu synów.
- Czasem i mnie się tak wydaje - odparł śmiejąc się tatuś. - Ale
Małgosia potrafi być dziewczynką, o, potrafi!
Kilka razy słyszałam, jak koledzy tatusia, gdy przychodzili do
nas na herbatkę, mówili, że kobiety są stworzone do robienia
intryg, że „nieodgadnione jest serce kobiety” i wiele innych
-6-
rzeczy. Najbardziej wygadywał na nas pan doktor Kubiak, który
jest jeszcze kawalerem.
Gdy doprowadziłam do tego, że ten młody inżynier spod
czwórki ożenił się z panną Wandą z trzeciego piętra, mama
pogłaskała mnie po głowie, mówiąc z uśmiechem:
- Ach, ty mała kobietko!
A przecież działałam tak ostrożnie! Nikt się nie spostrzegł i
triumfowałam w duszy, aż tu mama w ten sposób! Skąd ona się
dowiedziała?
Może to prawda o kobietach, co mówił pan Kubiak?
Na razie największą nagrodą dla mnie jest, gdy ktoś powie:
„Jesteś prawdziwym chłopakiem!” Zwłaszcza gdy ta pochwała
wyjdzie z ust Michała lub - o dumo! - z ust Zygmunta Rylskiego,
najwspanialszego chłopca, jakiego zdążyłam poznać w swym
dwunastoletnim życiu.
Zygmunt jest już dorosły, ma osiemnaście lat i zdał w tym roku
maturę. Pójdzie teraz na politechnikę i będzie inżynierem. Jest
bardzo wysportowany i wszyscy chłopcy z naszej ulicy chcą być
tacy jak on. Uczy się dobrze, gra ślicznie na gitarze i śpiewa.
A zawsze jest uśmiechnięty, wesoły, uprzejmy dla wszystkich. I
nie odpędza nas tak, jak inni starsi chłopcy i dziewczęta, nie
wyśmiewa się z naszych zabaw ani z tego, co robimy, i nieraz
dobrze nam poradzi w jakiejś sprawie. Bardzo go wszyscy lubią, a
ja chyba najbardziej!
„Zachwycone” rozmyślania o Zygmuncie przerwał mi nagle
Jumpo. Udało mu się wreszcie wleźć na ławkę, ale raptem wagon
zakołysał się jeszcze mocniej i biedaczek wpadł z rozmachem na
śpiącego mężczyznę. W obawie przed wylądowaniem na podłodze
uchwycił się pazurami jego spodni. A pazurki ma nasz pupilek
ostre!
-7-
- Bardzo pana przepraszam - powiedziała mama z tym swoim
czarującym uśmiechem - Jumpo tak się przestraszył!
- Nic nie szkodzi - uśmiechnął się Gwałtownie Obudzony, choć
gdy się budził, nie miał przyjemnego wyrazu twarzy. - To się
zdarza. A piesek jest bardzo miły. I ta panienka również.
Powiedział to pod moim adresem, więc wypadało uśmiechnąć
się wdzięcznie. Chyba chciał powiedzieć, że jestem ładna, bo
przecież wcale nie zna mojego charakterku i skąd raptem
stwierdził, że jestem miła? Na szczęście wysiadł dwie stacje przed
Gdynią, więc nie zdążył poznać mnie lepiej. Zresztą nie udałoby
mu się, bo ja lubię wprowadzać dorosłych w błąd.
Nudziłam się trochę, więc zaproponowałam, żebyśmy zagrali w
inteligencję. Chłopcy zgodzili się, bo też akurat nie mieli lepszego
pomysłu, i zaczęliśmy grać. Przyłączyli się dorośli, no i było
dosyć wesoło. W końcu Zbyszek oznajmił, że już mu się ta gra
znudziła (nie mógł znaleźć gór i sławnego człowieka na ,,z”), i
wyciągnął z kieszeni karty.
- To o wiele ciekawsze - zaznaczył.
Oczywiście zgodziliśmy się z nim.
Do przedziału weszła jakaś pani z dwunastoletnią może
dziewczynką. Gdy zobaczyła w naszych rękach karty, sapnęła ze
zgorszeniem i przeniosła się do sąsiedniego przedziału.
Dorośli rozmawiali o wczasach, pogodzie i chorobach (że też
nie mają innych tematów!). Potem tamci wysiedli w Gdyni, a my
pojechaliśmy dalej, bo ten pociąg szedł aż do stacji Hel.
W Gdyni znów napchało się podróżnych, jakaś wycieczka, i
musieliśmy gnieść się w ścisku aż do Jastarni. Dobrnęliśmy na
miejsce pod wieczór.
Na dworcu czekała już pani Marcinowska z Jarkiem. Uściskały
się z mamą i zaraz zaczęły rozmawiać o różnych swoich
-8-
sprawach. Są wielkimi przyjaciółkami i nie widziały się przez cały
rok, a w listach nie zdążyły się „nagadać”.
My też zarzuciliśmy Jarka pytaniami i tak gadając i śmiejąc się
pobiegliśmy do naszego domku. Stał jak zwykle, w niewielkim
ogródku, tuż obok domu wczasowego „Muszelka”. Dookoła las,
za lasem wydmy, plaża i morze!
Z radosnymi okrzykami wpadliśmy do ogródka i obiegliśmy
nasz domek trzy razy dokoła. Jumpo szczekał wesoło.
Z okna „Muszelki” wychyliła się jakaś starsza pani o surowym
obliczu. Jej mina zdawała się mówić: „Teraz się zacznie!”
-9-
Pierwszego dnia
Po powitaniu z morzem zabraliśmy się do budowania
Rodzinnego Grajdołka, w którym rozłożono koc i obie mamy
rozpoczęły „przypiekanie”. My oczywiście nie mogliśmy
usiedzieć spokojnie ani chwilki, więc od czasu do czasu musiały
rozejrzeć się po rozległej plaży za „pociechami”. Zwłaszcza że
wybraliśmy brzeg nie strzeżony.
Z początku grzecznie graliśmy w piłkę tuż pod okiem mam, ale
wreszcie znudziło się nam to zajęcie.
- Wybudujmy fortecę! - zaproponowałam, gdy przysiedliśmy na
chwilę.
- Ee... - skrzywił się Michał. - To dla małych dzieci!
Michał ma już dwanaście lat i jedenaście miesięcy, więc uważa
się za osobę bardzo dorosłą i doświadczoną.
- Możemy wybudować całe miasto - nie ustępowałam. Raptem
zachciało mi się zostać architektem.
- To buduj sama - mruknął Zbyszek wyciągając się na piasku.
- Właśnie że zaraz wybuduję! - odparłam i odeszłam tuż nad
wodę, gdzie wilgotny piasek świetnie nadaje się do budowy.
Narysowałam patykiem spory prostokąt i zabrałam się do
wznoszenia murów obronnych.
- Tu będzie brama, dokoła fosa, most zwodzony - mruczałam
pod nosem, pracując wytrwale.
Czasem lubię bawić się sama i wtedy mówię na głos o tym, co
robię. Niekiedy układam przy tym różne historie, często bardzo
fantastyczne. Chłopcy podśmiewają się ze mnie z tego powodu i
tylko Adzik lubi słuchać moich bajań.
- Tu będzie barbakan, tu zamek księcia, tu mieszkanie służby -
zaczęłam sobie nawet przyśpiewywać.
- 10 -
Mury rosły w oczach. Wstałam z klęczek i przyjrzałam się
krytycznie swemu dziełu. Prawie skończone.
- Tu coś za ciasno - stwierdziłam. - Zrobię w tym miejscu plac
pod turnieje.
Poprawiłam wszystkie niedociągnięcia i z zadowoleniem
usiadłam obok. Gród jest naprawdę wspaniały, chłopcy powinni
go podziwiać. I dopiero teraz spostrzegłam, że na plaży już od
dłuższego czasu nie słychać głosów mych braciszków.
No tak! Zostawili mnie i polecieli gdzieś sami. Beze mnie! Na
pewno wymyślą jakąś fajną drakę, a ja nie będę brać w tym
udziału. Zawsze razem, aż tu masz! Ogarnęła mnie złość.
- Gdzie oni wsiąkli? - ostro pytam grzecznego Adzika,
budującego podkop pod grajdołem.
- Nie wiem. Ale zdaje się, że w lesie.
Adzik również może czuć do nich żal, bo ma dopiero niecałe
siedem lat i uważają go za smarkacza.
No, mógłby mieć żal do całej naszej trójki. Poczułam coś w
rodzaju wyrzutów sumienia i powiedziałam łaskawie:
- Mogę się z tobą bawić.
- Nie trzeba! Ja sam.
- To zagraj ze mną w piłkę - zaproponowałam po chwili.
- Dobrze, ale w nogę.
- A jak pęknie?
Piłka była duża, czerwona w niebieskie i białe grochy. Taka
piłka plażowa z plastyku.
- Nie pęknie - odparł spokojnie Adzik i kopnął z całej siły.
Wyleciała wysoko w powietrze. Trzeba przyznać, że nasz
najmłodszy kopie wcale nieźle. Stanęłam na „bramce” i
- 11 -
przepuściłam tylko dwa strzały na dziesięć z różnych punktów
„boiska”.
Adzik przegrywał, a że byłam jakoś nastawiona miłosiernie,
przerwałam grę (prawdę mówiąc, już mi się znudziła).
- Chodźmy poszukać chłopców.
- Dobrze - zgodził się Adzik, bo jest to dziecię raczej posłuszne
woli starszych.
Mama wychyliła się z grajdołka mówiąc:
- Niech Adzik włoży koszulkę. Za bardzo się już przypiekł.
Adzik ubrał się i wraz z Jumpo, który do tej pory spał sobie
słodko w piasku, wydrapaliśmy się na wydmy w miejscu, gdzie
„chodzenie surowo wzbronione”. Zagłębiliśmy się, o ile można
się tak wyrazić o tym wąskim kawałku lasu, w „puszczę”. Są tu
wspaniałe pagórki, jamy i dolinki do zabawy w rozbójników czy
Indian. Szkoda tylko, że las rzadki.
- Wyobraźmy sobie - powiedziałam - że jesteśmy zabłąkani w
puszczy i szukamy ludzi.
- Phi! Taka puszcza! - skrzywił się Adzik. - Ale mogę sobie
wyobrazić - dodał szybko.
- Jumpo jest naszym psem - wtrąciłam, co było zresztą prawdą i
nie trzeba sobie było tego wyobrażać.
Błądziliśmy w „gęstwinie”, aż wreszcie Adzik zawołał:
- Są tory!
- Zaraz będą ludzie - oznajmiłam uroczyście, przechodząc przez
zagradzający dalszą drogę tor kolejowy.
- Ojej, ile namiotów! - wykrzyknął Adzik biegnący przodem i
nie zachowujący powagi „leśnych ludzi” przy lustracji terenu.
Jednakże i ja przestałam rozglądać się „odkrywczo” i pobiegłam
za nim.
- 12 -
- Nie było ich, gdy szliśmy na plażę - powiedziałam patrząc z
zachwytem na obóz różnokolorowych namiotów.
Uwijali się przy nich jak najbardziej skąpo odziani ludzie.
- I chłopcy tu są! - zawołał Adzik i pobiegł do największego z
namiotów.
Stali tam nasi zbiegowie i asystowali przy rozpakowywaniu
bagaży trzech obrośniętych młodzieńców i trzech modnie
rozczochranych dziewcząt, w tym dwóch blondynek.
Jeden z nich powiedział coś śmiesznego i wszyscy się
roześmieli. Jednakże nasi chłopcy odeszli, zanim zdążyłam
zrozumieć, o co chodzi.
Dogoniłam ich na leśnej dróżce.
- Co to za jedni te szczotki ryżowe? - Zapomniałam, że mam
czuć do chłopców żal za ucieczkę.
- Turyści - machnął ręką Michał. - Pojutrze jadą dalej.
- Fajny namiot, co? - zachwycał się Jarek. - To jest życie w
takim obozie!
- No! Chciałbym mieć takie wakacje - westchnął Michał.
Zbyszek nagle wybił mi z rąk piłkę i zaczął grać w główki.
Chciałam mu odebrać, ale uprzedził mnie Jarek. Tak mocno
kopnął piłkę, że przeleciała nad płotem, obok którego staliśmy, i
wylądowała po drugiej stronie.
Pobiegliśmy szukać furtki. Na szczęście ogrodzenie było tylko z
dwóch stron i Zbyszek bez przeszkód (i bez pytania o pozwolenie)
wpadł na czyjeś podwórko. Bawiło się tam kilkoro małych dzieci i
jakiś większy chłopak. Trzymał w rękach naszą piłkę.
- Oddaj! - zawołał Zbyszek, jak zawsze skory do bitki o byle co.
Chłopiec oddał mu piłkę bez sprzeciwu, a Zbyszek ledwie
raczył mruknąć „dziękuję”. Wtem podskoczył i krzyknął:
- Co to? Gwóźdź?!!
- 13 -
W piłce tkwił zardzewiały gwóźdź, wbity aż po główkę.
- Wbiłeś? - wrzasnął Zbyszek napierając na chłopca. - Ja ci
pokażę!
- Odczep się! Nie wbijałem.
- No, no!
- Co się stawiasz? Sama się nadziała!
- Sama! Przyznaj się! Miałeś w rękach!
- Ale nie wbijałem! - zaperzył się chłopiec.
- Ładny z ciebie gagatek!
- Ty gagatek! - skoczył tamten. - Nie wiesz, jak było, i się
kłócisz!
Mówił z tym śmiesznym kaszubskim akcentem, z którego
Zbyszek bardzo lubił pokpiwać. I teraz zaczął przedrzeźniać:
- Niewinny aniołek!
- Ty przestań! Co ty się wyśmiewasz? - krzyknął zirytowany
chłopiec. - Ty patrz, jak ty mówisz! Przyjechał taki i będzie się
wyśmiewał!
Język mu się poplątał i zaczął wykrzykiwać coś po kaszubsku.
Zamachnął się i walnął Zbyszka w głowę.
- Co? Chcesz się bić? - Zbyszek oddał mu lewym prostym, i to
porządnie, bo chłopak omal się nie przewrócił. Skulił się i zaczął
płakać. - Beksa! - mruknął Zbyszek z pogardą i odwrócił się do
niego tyłem.
- Ostatecznie mogła się sama nadziać - powiedziałam
pojednawczo.
Z domu wypadła rozłożysta Kaszubka i zaczęła nam wymyślać.
Nie chcieliśmy dalszej awantury i wymaszerowaliśmy z
podwórka.
- 14 -
- Będzie wojna z Kaszubami - orzekł Jarek. - On ma brata w
tutejszej bandzie.
- To co? Będzie wojna! - wzruszył ramionami Zbyszek. - Piłkę
mi popsuł i mam mu darować?! A że on beksa...
Piłka faktycznie była na nic.
Mama tylko pokiwała głową, bo i tak dziwiła się, że piłka tak
długo wytrzymała w naszych rączkach.
Po obiedzie pomagałam mamie zmywać naczynia, więc
wyszłam z domu trochę później niż chłopcy. Znów myślałam, że
sami gdzieś polecieli, bo w ogrodzie cisza. Ale oni stali przy
furtce i oglądali uważnie jakąś kartkę.
- To jest szyfr? - pytał Adzik, który nasłuchał się od nas o
różnych szpiegach i tym podobnych, więc wiedział, że bezładnie
na pozór ułożone cyfry czy litery mogą tworzyć szyfr.
- Wygląda tajemniczo - mruknął Michał. - Co to jest?
Zajrzałam mu przez ramię. Na kartce wyrwanej z notesu było
napisane atramentem:
6. Sz S Z P H
9. S K W
7. B K W B G
5. S W P Z D
Roześmiałam się.
- Zaraz wam przeczytam ten „szyfr”. To znaczy po prostu: Szara
Spódnica Z Płótna Harcerskiego, Szaroniebieski Kostium
Wełniany, Bluzka Kretonowa W Białe Grochy, Suknia W Paski Z
Dekoltem. To mój spis - oznajmiłam rozczarowanym chłopcom. -
Lubię tajemniczość!
- Szkoda, że to nie szyfr! - westchnął Zbyszek.
Michał zmiął kartkę i rzucił w krzaki.
- 15 -
- Co będziemy robić? - spytał Jarek.
- Mamy wybierają się na spacer - poinformowałam.
- Możemy iść nad zatokę - zaproponował Zbyszek.
- Albo do portu - zapiszczał Adzik.
- Idziemy do portu! - zadecydował Michał i pchnął furtkę.
- Mamo! Idziemy nad zatokę! - zawołałam w stronę domu i nie
czekając odpowiedzi, pobiegliśmy za Michałem.
W porcie natknęliśmy się na wysiadającą ze statku „Olimpia”
kolonię dziewcząt. Na pewno były na wycieczce w Gdyni. Spora
kolonia, chyba ponad sto dziewcząt.
- Skąd jesteście? - zaczepiłam jedną z młodszych.
Miała jasną czuprynę, bystre oczy i chyba ze dwanaście lat.
- Z Bielska, ze Śląska - odparła przyglądając mi się ciekawie. -
Mieszkamy w szkole.
- Aha! Wiem, gdzie - kiwnęłam głową.
Więcej nie zdążyłyśmy sobie powiedzieć, bo wychowawczynie
zagnały je w pary i wymaszerowały z portu.
Jasnowłosa dziewczynka mrugnęła do mnie okiem na
pożegnanie.
- One są z Bielska - powiedziałam do chłopców.
- Bielsko-Biała słynie z przemysłu włókienniczego i
metalowego - pochwalił się Michał.
Powiedział to tym swoim wyniosłym łonem, którego używał,
gdy chciał nam czymś zaimponować.
- Phi! Dobrze o tym wiem! - skrzywił się Zbyszek.
Lubi spierać się z bratem i ten wyniosły ton bardzo go drażni.
Ale Jarek przerwał zbliżającą się kłótnię.
- 16 -
- Widzieliście? - szepnął wskazując w stronę wyjścia z portu. -
Ten Kaszubek stoi tam za płotem ze swym bratem i jeszcze z
kimś.
- No to co? - podskoczył Zbyszek. - Chcą się bić, to będziemy!
Proszę bardzo!
- Jeszcze otwarcie z nami nie zaczęli, więc siedź cicho -
uspokoił go Michał. - Jak nas zaczepią, to co innego.
- Oni lubią się bić - mruknął Jarek, który przecież chodził z nimi
do szkoły. - I nie darują przedrzeźniania.
- No bo to nie ma sensu - wtrąciłam. - Ich mowa tak samo dobra
jak i nasza.
- Pewnie, ale jak zaczną... - i Zbyszek zrobił srogą minę.
Kaszubi w dalszym ciągu stali za drewnianym płotem
zamykającym port i nie mieli zamiaru odejść. Ale przestaliśmy
zwracać na nich uwagę, bo zainteresowała nas „Olimpia”.
Michał spytał jakiegoś marynarza, ile „Olimpia” robi węzłów,
no i przy okazji dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy.
Połowę nabujał, ale spostrzegliśmy się dość prędko.
Potem przyglądaliśmy się, jak amatorzy łowią ryby na wędkę,
siedząc na drewnianym molo, obejrzeliśmy też kutry stojące w
porcie. Na każdym było napisane „Jas” i numer. Zbyszek wlazł na
jeden z nich, potem przeszedł na drugi, ale przegonił go jakiś
rybak.
Zaczęliśmy więc spacerować po leżących pod płotem
betonowych słupkach. Milczeliśmy, bo nie było o czym gadać.
- Wciąż tu sterczą - odezwał się nagle Jarek.
- Kto? - zdziwił się Michał.
- No, Kaszubi. Stoją przy wejściu i naradzają się.
- Pewnie chcą nas zablokować w porcie - wyraziłam
przypuszczenie.
- 17 -
Zbyszek pokręcił głową.
- Nie będą się przecież tutaj z nami bić. Za dużo świadków.
- Ale uwięzić nas mogą - upierałam się.
- Pewnie, że tak - wtrącił Michał. - Ale ostatecznie moglibyśmy
się przebić. Ich jest tylko czterech.
- No a nas? - wzruszyłam ramionami. - Też czworo, bez Adzika.
- Przyszedł jeszcze jeden - odezwał się Adzik.
Rzeczywiście, do rozmawiających z ożywieniem chłopców
zbliżył się jeszcze jeden, największy z nich i najsilniejszy.
- Kto to jest? - spytał Michał.
- To Mika. Skończył w tym roku szóstą - odparł Jarek. - On
właściwie nimi rządzi.
- Tamten w czapce to Heniek. Poznaję go - mówił Michał
przyglądając im się spod oka. - Ten drugi - Władek.
- W niebieskiej koszuli - to brat tego małego, Józek. Też lubi się
bić - dodał Jarek.
- 18 -
Michał zastanawiał się przez chwilę.
- Staniemy na molo - powiedział. - Stamtąd dobrze widać
wyjście, więc będziemy ich obserwować.
- Zobaczymy, komu prędzej się znudzi! - zawołał bojowo
Zbyszek.
Poszliśmy na molo.
Właśnie odpływał do Pucka mały jacht, więc wcale się nie
nudziliśmy. Od czasu do czasu któreś z nas patrzyło na wyjście i
meldowało o Kaszubach. Sterczeli wytrwale.
Wreszcie Zbyszek oznajmił:
- Nie ma ich.
Chociaż wytrzeszczaliśmy oczy, nie mogliśmy dostrzec przez
szpary w sztachetach niebieskiej koszuli Józka ani żółtej
czapeczki Heńka.
- Naprawdę poszli - powtórzył Zbyszek.
Michał zmarszczył czoło.
- To może być podstęp. Jak myślisz, Jarek? Ty ich znasz.
- Możliwe. Trzeba wysłać zwiadowców.
- Dobra. Gośka - zakomenderował Michał - weźmiesz Adzika i
Jumpo i wyjdziesz na ulicę. Przemaszerujesz aż do głównej ulicy,
obejrzysz wszystkie rogi i bramy. Dla pozoru kupisz czereśni.
- Za co? Masz pieniądze?
- Zdaje się, że coś miałem. - Michał zaczął szperać po
kieszeniach. - Poszukajcie i wy.
Zbyszek znalazł złotówkę.
- Ja mam trzy - powiedział Michał. - Kupisz za to czereśni.
- Dobrze - kiwnęłam głową.
Zabrałam pieniądze, Adzika, psa i odeszłam.
- 19 -
W pobliżu portu nie było nikogo. Dalej tak samo „czysto”. Bez
przeszkód dotarliśmy do budki z czereśniami.
Właśnie płaciłam za nie, gdy Adzik pociągnął mnie za łokieć.
- Są! - szepnął.
Powoli obejrzałam się. Zza zakrętu, od strony stacji, wyjechał
wolno na rowerze jeszcze jakiś inny chłopak. Obok niego szli
Józek w niebieskiej koszuli i jego brat. Zobaczyli nas i
przyspieszyli kroku. Potem zatrzymali się przy chodniku.
- Ej, ty! Z Warszawy! - zawołał za mną Józek. - Ty powiedz
swojemu bratu, żeby nie podskakiwał!
- Sam nie podskakuj! - odparłam wzruszając ramionami i nie
zwalniając kroku.
- Obejrzyj się i powiedz, gdzie oni są - szepnęłam do Adzika,
gdy oddaliliśmy się trochę.
- Odchodzą gdzieś! - szepnął przejęty. - Tą główną!
- Dobrze!
Przyspieszyłam kroku i wkrótce dotarliśmy do portu. Chłopcy
siedzieli na słupkach.
- No i co? - poderwał się Zbyszek. - Są?
Powiedziałam, co i jak.
- Idziemy! - Michał podniósł się ze słupka.
- Dokąd?
- Wszystko jedno. Nie będziemy tutaj sterczeć.
Powłóczyliśmy się trochę po Jastarni, postaliśmy przed Jazz-
Pawilonem, odprowadziliśmy kawałek w stronę Juraty czeską
wycieczkę. Zbyszek wycyganił od jednego Czecha malutki
długopis, dwa znaczki, odznakę pionierów czeskich i widokówkę.
Michał też zdobył trzy różne odznaki, znaczek i dwie widokówki.
- 20 -
Czesi rozdawali te rzeczy wszystkim dzieciom, jakie nawinęły
się pod rękę. A kaszubskich dzieciaków nazlatywało się co
niemiara i odprowadziły wycieczkę aż do Juraty.
- Nienadzwyczajnie to wygląda - powiedziałam, gdy wycieczka
zniknęła w lesie.
- Co? - spytał Zbyszek i na wszelki wypadek zrobił groźną
minę.
- No, takie wieszanie się na zagraniczniakach.
- Mówisz tak, bo tobie nic nie dali! - podskoczył Zbyszek.
Ale Michał spojrzał na to, co dostał, krzywym okiem i poparł
mnie:
- Ona ma rację. To głupio wygląda. Trzeba to będzie schować,
bo ani tata, ani mama nie lubią, jak się napraszamy.
- Wcale się nie napraszałem! - oburzył się Zbyszek. -
Zaprowadziłem jednego do lodziarni. Sam mi dał, wcale nie
prosiłem!
- Mnie też dali, no, ale... - i Michał obejrzał się za dzieciakami
oblepiającymi Czechów.
Humor mu się popsuł i ze złością wsadził podarunki do
kieszeni. Zbyszek też umilkł.
„Naszych” Kaszubów nigdzie nie spotkaliśmy. Zaczęłam nawet
myśleć, że się skończy na pogróżkach.
Ale gdy wracaliśmy lasem w stronę domu, Zbyszek oberwał w
głowę szyszką.
- Auuu! - wrzasnął i spojrzał w górę.
Staliśmy pod jakimś drzewem liściastym, więc szyszka nie
mogła spaść z góry. W dodatku to była zeszłoroczna szyszka.
Pac! Tym razem oberwał w nogę Michał.
- 21 -
- Tam! Tam, za krzakami! - zawołał Jarek chowając się za
sosnę. - To oni!
A „oni” obsypali nas gradem szyszek.
- O, tchórze! - wrzasnął Zbyszek. - Wielka mi sztuka bić z
ukrycia!
Pod osłoną drzew zaczęliśmy zbierać „amunicję”.
- Nie darujemy im! - sapał Michał. - Żeby tylko wypłoszyć ich z
tych świerków!
Rozejrzał się w sytuacji i kazał nam walić w krzaki zza drzew,
w pozycji leżącej. Chłopcy rzucali szyszkami, a ja z Adzikiem
szukałam nowych pocisków.
Kaszubi wciąż siedzą w krzakach i ani myślą wyłazić.
- Warszawiaki-ważniaki! Będą się przedrzeźniać! - drze się
jeden z nich.
- A oni jak mówią? Wcale nie lepiej od nas!
- Już my was oduczymy!
- Widzieliście ich!
- Niech się wydzierają - szepnął Michał. - My milczymy! Nie
odzywać się, tylko prać!
Powiedział coś do Zbyszka i Jarka i wszyscy trzej zaczęli się
ostrożnie przesuwać w lewo, w dalszym ciągu kryjąc się za
drzewami.
- Ty i Adzik przesuńcie się w prawo i bijcie cały czas -
przykazał mi „wódz”.
Pobiegliśmy w prawo, zawzięcie waląc w krzaki.
Kaszubi zauważyli ten manewr i pociski posypały się w naszym
kierunku.
Tymczasem Michał, Jarek i Zbyszek podeszli ich z boku i z
głośnym wrzaskiem poderwali się do ataku.
- 22 -
Kaszubi odwrócili się do nich, a wtedy ja i Adzik ruszyliśmy z
drugiej strony.
Wywiązała się zacięta walka. Przeciwników było tylko dwóch,
więc zostali zmuszeni do ucieczki. Pognaliśmy za nimi z dzikim
wrzaskiem.
Wybiegli z lasu na ścieżkę, potem znów w las, znów jakaś
ścieżka... Za ostatnią ścieżką wpadli w krzaki i stamtąd zaczęli się
ostrzeliwać.
- No! - wykrzyknął Zbyszek i chciał wrzasnąć jeszcze coś
bojowego, ale zamknął go inny okrzyk.
Z krzaków za nami, na zakręcie ścieżki, wyskoczyło jeszcze
trzech chłopaków. Wrzasnąwszy zwycięsko, schowali się znowu i
zostaliśmy wzięci w dwa ognie.
- Zbyszek i Jarek w lewo, reszta za mną! - zakomenderował
Michał i uchylając się przed kolejnym pociskiem, skoczył w las.
Kaszubi rozbili się na dwie grupy: jedni wzięli na cel Zbyszka i
Jarka, a reszta zwróciła się w naszą stronę. Ale Michał
wykorzystał chwilę wahania między nimi i pędem ruszył do
zakrętu, przebiegając obok głównych sił przeciwnika. Zanim
zdążyli się połapać, wpadliśmy na zakręt.
- A to co? - usłyszeliśmy głos mamy. - Co wy wyprawiacie?
Adzik, skąd ten guz na czole?
Michał zgrzytnął zębami. Zepsuć taką chwilę!
- Jak wy wyglądacie?
Mama i pani Marcinowska wracały właśnie ze spaceru.
- To tylko zabawa - wyjaśnił szybko Michał. - Niech mamusia
pójdzie do domu, proszę! My zaraz skończymy!
- Nie! - zdecydowanie rozkazała mama. - Idziemy wszyscy na
kolację.
- Ojej! - jęknęłam.
- 23 -
Mamy były jednak nieugięte i musieliśmy przemaszerować
grzecznie przed Kaszubami, którzy ukryli się w krzakach. Mamy
ich nie zauważyły i myślały, że my tak ze sobą wojujemy, bo
zakręt na ścieżce zasłonił im widok całej bitwy.
Wlekliśmy się za nimi w ponurym nastroju, rozcierając liczne
siniaki i zadrapania.
- Że też ci dorośli wszystko zepsują! - mruczał ze złością
Michał. - Kaszubi pomyślą, że prosiliśmy o pomoc.
- Z Kaszubami jeszcze się rozprawimy! - stwierdził stanowczo
Zbyszek.
- 24 -
Latarnia i zimna wojna
- Ale sami z nimi nie zaczynamy - powiedział Michał, gdy po
śniadaniu szliśmy z mamusiami na plażę.
Pani Marcinowska ma jeszcze urlop i pomaga mamie pilnować
nas do przyjazdu tatusia.
- Dopiero, jak nas zaczepią - powtórzył nasz najstarszy.
- Z nimi będzie łatwa wojna! - Zbyszek machnął ręką
pogardliwie. - Tacy tam... Ani żadnej zasadzki nie wymyślą, ani
nic ciekawego...
- No, w zasadzkę już wpadliśmy - przypomniałam łapiąc się za
siniaka na ręce.
- Ee tam! Nie mówię o takich zasadzkach. Zimna wojna,
dokuczanie sobie nawzajem... a dopiero potem bitwa!
- Dokuczać to oni nam będą - powiedział Jarek. - Mika umie
takie rzeczy robić. On nimi rządzi.
- Zobaczymy! - uciął krótko Michał.
Dogoniliśmy mamy i grzecznie rozłożyliśmy koc w grajdole.
Trzeba było posiedzieć trochę na plaży, żeby je udobruchać. Ale
wkrótce znudziło nam się oglądanie przeróżnych plażowych
„okazów”. Wykąpaliśmy się więc jeszcze raz, pograliśmy trochę
w piłkę z synami sąsiadów naszego grajdoła (piłka tamtych
dwóch, bo z naszej od wczoraj szmatka), no i zaczęliśmy powoli
znikać z plaży. Pierwszy zniknął Zbyszek, potem Jarek, a
wreszcie ja.
Nie chciało nam się bawić w leśnych ludzi. Namiotem, łukami i
pióropuszami zajmiemy się kiedy indziej. Teraz aktualni są
Kaszubi.
Wyszliśmy z lasu i postanowiliśmy przejść się po Jastarni.
- 25 -
Znów spotkaliśmy dziewczęta z kolonii. Szły dopiero na plażę.
Nie wszystkie, oczywiście, tylko jedna grupa. Darły się na całego:
Na koloniach fajno jest,
Fajno jest!
Dzieci bawią się na fest,
Się na fest!
Koszykówka i siatkówka,
Balonówka leci w dal!
Kto nie jedzie na kolonie,
Temu żal!
Wśród przechodzących dziewczynek dostrzegłam tę jasnowłosą,
z którą rozmawiałam wczoraj w porcie. I ona mnie poznała, bo
mrugnęła wesoło okiem. Odmrugnęłam.
Poszliśmy dalej.
Co prawda, postanowiliśmy nie szukać zaczepki, ale coś gnało
nas po uliczkach i zaułkach, w których można łatwo nadziać się
na skorych do bitki chłopaków. Michał nazwał myszkowanie po
zakamarkach „lustracją terenu”, ale i on rozglądał się za Miką i
jego bandą.
Nigdzie ich jednak nie było.
- Od czego to jest skrót: Mika? - spytałam Jarka. - Od jakiego
imienia?
- Chyba od Mikołaja - odparł niepewnie. - A może od Michała...
Nie wiem.
- Mika dostał bzika! - zamruczał Zbyszek. - Też imię!
- Takie dobre, jak i twoje! - zniecierpliwił się Michał.
- 26 -
W tej chwili stanęliśmy na skrzyżowaniu dwóch wąskich
uliczek. Jedna prowadziła na plażę, druga do miasta. Droga na
plażę była wolna, a na tej drugiej kilku mniejszych chłopców
grało w nogę. Trzej starsi stali obok, oparci o płot. W jednym z
małych poznaliśmy chłopca, od którego wszystko się zaczęło.
Jego to Zbyszek posądził o przebicie piłki.
Michał chwilę zawahał się, po czym pewnym krokiem wszedł w
uliczkę wiodącą do miasta. Z dumnymi minami ruszyliśmy za
nim.
Jędrek (bo tak nazywał się ten chłopiec) był zajęty wyciąganiem
drzazgi zza paznokcia u nogi, więc z początku nie zauważył nas.
Ale jeden z chłopców, szkolny kolega Jarka, zawołał:
- Cześć, Jarek!
Wtedy Jędrek podniósł głowę, spojrzał na nas i krzyknął:
- To te warszawiaki! Oni się przezywają!
Nie zatrzymaliśmy się nawet. Michał wypchnął tylko Adzika i
mnie naprzód, a sam został na końcu.
Posypały się za nami wyzwiska. Mniejsi chłopcy darli się jak
opętani, a starsi stali przy płocie i tylko patrzyli. Mogli nam
sprawić lanie, ale jakoś wstrzymali się. Zwłaszcza że już
dotarliśmy do głównej ulicy.
- Mogliśmy im chociaż odpowiedzieć! - zawołał Zbyszek
oglądając się za siebie. - A tak to wyglądało, jakbyśmy się ich
bali.
- Cicho siedź! Właśnie, że dobrze wyglądało! - rozzłościł się
Michał. - Ich było trochę za dużo, a i powiedziałem przecież, że
nie zaczynamy!
Usiedliśmy na ławce pod drzewami, którymi jest wysadzona
cała ulica Portowa. Można tutaj podziwiać przeróżne wybryki
mody. Króciutkie spódniczki, „pędzelki”, „topielice”, cała galeria
- 27 -
nóg. Masa blondynek, mnóstwo „długowłosych”, kapelusze. Na
sąsiedniej ławce siedzą starsze dziewczynki z kolonii, gryzą
czereśnie i obgadują na głos przechodzące okazy. Wydziwiają nad
nimi, a same na pewno schną z zazdrości, że im jeszcze tak nie
wolno.
- Dumeza - mówi nagle Jarek.
- Co?!
- Du-me-za. Meduza, no - wskazuje na drugą stronę ulicy.
Jest tam hotel i kawiarnia „Meduza”.
- Za-me-du! - wołam.
- Me-za-du! - Zbyszek stara się mnie przekrzyczeć.
- Du-za-me! - piszczy Adzik.
- Eee... dajcie spokój! - krzywi się Michał. Chyba dlatego, że
już inaczej nie można przekręcić trzech sylab napisu
umieszczonego na trzech szybach wielkiego okna.
Milczymy więc przez chwilę i przyglądamy się przechodniom i
domom. Z okna hotelu jakaś dziewczyna rozmawia z chłopcami
stojącymi na chodniku. Do sklepu Centrali Rybnej po drugiej
stronie ulicy przywieziono nowy towar. Ulicą od strony portu
maszeruje grupka młodzieńców w kolorowych koszulach,
kapeluszach i chustkach na szyi. Jeden brzdąka na gitarze, trzech
się wydziera, reszta gwiżdże. Pewnie przypłynęli z Gdyni
„Olimpią” lub „Barbarą”. W kiosku z warzywami i owocami, tuż
obok sklepu rybnego, kłótnia. Ktoś tam poza kolejką, a tu przecież
tłum aż do rogu.
Dużo ciekawych rzeczy można zobaczyć siedząc na ławce na
ulicy Portowej!
Ale Michał przerywa te obserwacje.
- Co tu tak długo mamy siedzieć! Idziemy!
- 28 -
Adzik zatrzymuje się przy wystawie sklepu z pamiątkami. W tej
chwili ze sklepu wychodzą Józek i Heniek. Heniek staje obok
Adzika i zaczyna go popychać. Przed sklepikiem tłok, więc po
chwili Adzik zostaje wypchnięty i nic już nie może zobaczyć.
Zbyszek zaciska pięści i robi krok naprzód, ule Michał kopie go w
kostkę, nakazując spokój.
Idziemy dalej. Przy budce z wodą sodową Jarek wyciąga dwa
złote i funduje nam dwie szklanki wody z sokiem i jedną zwykłą
(2 X 80 gr + 40 gr). Pijemy stojąc obok budki.
Nadchodzą Józek i Heniek. Heniek kupuje dwie wody i piją
oparci o budkę. Po chwili Józek krzywi się i wylewa resztę wody
w ten sposób, że zachlapuje mi sukienkę.
- Uważaj! - mówię groźnie.
A oni śmieją się, oddają szklanki i odchodzą. Zbyszek chce ich
gonić, ale Michał, choć sapie ze złości, powstrzymuje go.
Józek i Heniek siadają na ławce naprzeciwko lodziarni. Obok
ławki jest spora kałuża po nocnym deszczu. A Heniek ma nową
modną koszulę...
Zbyszek machnął ręką na zakazy brata, błyskawicznie zdjął
pepegi i z rozpędem wpadł w kałużę, kierując całą fontannę na
siedzących.
Heniek wrzasnął i poderwał się z ławki, ale Zbyszka już nie
było. Obaj chłopcy ociekają brudną wodą i błotem. Heniek aż się
zachłysnął z oburzenia.
Michał zmarszczył brwi.
- Wariat! - mruknął pod adresem brata.
Kaszubi puścili się w pogoń za Zbyszkiem.
Stoimy i stoimy, aż wreszcie zaczynam się kręcić niespokojnie.
- Oni go jeszcze spiorą! - przerywam milczenie. - Trzeba mu
pomóc.
- 29 -
- Mówiłem, żeby nie zaczepiać... - mruczy Michał.
- Pierwsi zaczęli! - oburzam się. - Masz zamiar stać spokojnie,
gdy oni zaczepiają?
- Idziemy! - decyduje się Michał i obchodzi kałużę.
Zbyszek i Kaszubi zniknęli w Portowej. Kierujemy się więc w
tamtą stronę, ale nigdzie ich nie widać ani nie słychać odgłosów
bójki. Szukamy w porcie - nie ma.
Michał zaczyna się denerwować.
- Zapędzą go na jakieś zabite podwórko i poturbują!
Zaglądamy więc do każdej dziury, ale nigdzie ich nie ma.
Niepokoimy się coraz bardziej. Gdzie oni wsiąkli?!
Wracamy pod lodziarnię. Biegniemy w stronę szkoły, bo na
Szkolnej słychać jakieś wrzaski. Ale to tylko mali chłopcy grają w
nogę i kłócą się zawzięcie.
No i co teraz?
Adzik zaczyna pociągać nosem. Michał ogryza paznokieć.
- Eee... Zbyszek ma mocne nogi - pociesza Jarek. - I pięści też
dobre. Wywinie się!
- A pewno! - mówi Michał i zostawia paznokieć w spokoju.
Idziemy nad zatokę, ale żadna zabawa się nie klei, więc szybko
wracamy do miasta. Może Zbyszek nas szuka?
Wciąż go jednak nie widać.
- Chodźmy na plażę - mówię. - Może poleciał do mamy?
- No wiesz! - żachnął się Michał. - Żaden z nas nigdy nie prosi
dorosłych o pomoc w tych sprawach!
- Ale mógł tam polecieć!
Idziemy wobec tego na plażę. Nie dochodząc do grajdoła,
nadziewamy się na Zbyszka na ścieżce. Ma zadowoloną minę,
choć nogę podrapaną aż do krwi.
- 30 -
- Ha! Ale im się dostało! - wota na nasz widok. - Szkoda, żeście
nie widzieli!
Pytamy, w jaki sposób się wymknął.
- Schowałem się w jakieś podwórko, wkładam buty. A tu tamci
wpadają. To ja przez płotek i z powrotem na Portową. Pędzę do
portu. Oni za mną. Wpadam za ogrodzenie i zaraz daję nura za
jakieś beczki. Wbiegają. To ja zrywam się i przez dziurę w płocie
na ulicę. Zanim się skapnęli, byłem już daleko. Skręcam między
płoty, wybiegam na łąkę nad zatoką. Zobaczyli mnie i dawaj!
Gonią. A ja do lasu. Tak ich skołowałem, że pewnie jeszcze tam
siedzą.
- No! - mówię z satysfakcją.
- Czekaj! To jeszcze nie koniec. Wracam do miasta. Nie było
was przy lodziarni, więc chciałem iść na plażę. Poszedłem po
schodkach, za stacją benzynową. Idę, aż tu na schodkach - Mika i
ta reszta. Jak mnie zobaczyli, zaraz do mnie. A ja nie czekam,
puściłem pięści w ruch. Udało mi się jednego przewrócić, więc
uciekam. Oni za mną. Aż tu pociąg nadjeżdża. Tam są przecież
tory kolejowe. Nie zatrzymałem się i buch! Tuż przed
lokomotywą. A tamci zostali i musieli czekać, aż przejedzie. No, a
potem już mnie nie zobaczyli!
- Nieźle! - pochwalił Michał. Nie robił już Zbyszkowi
wymówek.
Ponieważ zbliżała się pora obiadu, wróciliśmy na plażę i jakby
nigdy nic, przyłączyliśmy się do gry w piłkę. Mamy nic nie
zauważyły. Myślałam, że zdziwią się, gdy zobaczą, jak ściągam
sukienkę, którą narzuciłam „znikając” z plaży. Ale one
rozmawiały o czymś z przejęciem (w dodatku przysiadł się do
nich jakiś młodzieniec opalony na Hindusa), więc nie zauważyły.
- 31 -
Po obiedzie przypomnieliśmy sobie o namiocie, który Jarek od
zeszłorocznych wakacji przechowywał w komórce. Wydostaliśmy
go stamtąd.
- Musimy znaleźć gdzieś w lesie miejsce na obóz - powiedział
Michał. - Będziemy tam nocowali.
- O nie! - rozległ się za nami głos mamy. - Na to nie pozwolę.
Tutaj, w ogrodzie, możecie nocować pod namiotem. Ale dalej
wam nie pozwalam.
- Mamusiu, chociaż na jedną noc! - zaczęliśmy błagać. -
Będziemy uważać, wystawimy warty!
- Nie pozwalam. Muszę was mieć na oku, chociaż w nocy.
- Oj, szkoda! Naprawdę nie?
- Naprawdę. Proszę nie nudzić!
Nie było rady. Musieliśmy rozbić namiot w kącie ogrodu. Całe
szczęście, że rosły tam jako-takie krzaki.
Z „obozu” mogliśmy obserwować nie tylko ganek naszego
domku, ale i dom wczasowy „Muszelka”. Okazało się to bardzo
wygodne, bo można było z namiotu sprawdzić, czy gdzie w
pobliżu nie widać gderliwej starszej niewiasty, której bardzo nie
podobały się nasze zabawy i stale nam przeszkadzała.
Ogród nie był duży i ogrodzony tylko z trzech stron, w ten
sposób, że wyglądało, jakby „Muszelka” stała w jego obrębie.
A naprzeciwko werandy domu, na naszym „terenie”, rośnie
ogromna czereśnia. Jej gałęzie sięgają aż do pierwszego piętra.
Już w zeszłym roku zrobiliśmy na niej napowietrzną bazę.
Świetnie się w niej siedzi. Tym świetniej, że są tam owoce. I to w
sporej ilości. Najwyższe gałęzie zaglądają do okna pokoju, w
którym wypoczywa „wczasowo” owa gderliwa niewiasta.
Traf chciał, że Zbyszek wylazł na drzewo w chwili, gdy
„Cozadzieci”, bo tak ją nazwaliśmy, zmieniała sukienkę. Okno
- 32 -
było otwarte... No i Zbyszek dość szybko wrócił na ziemię, a
Cozadzieci krzyczała na niego porządnie. Od tej chwili zaczęła
być naszym „wrogiem”.
- Czy mogłem wycelować, kiedy ten babsztyl się rozbiera? -
wzruszył ramionami Zbyszek. - Ale jej nic nie da się
wytłumaczyć!
Zaczęliśmy więc jej nie lubić. No, a jeśli się kogoś nie lubi, to
chętnie robi mu się na złość. Więc gdy po kolacji napadło nas
„natchnienie” do śpiewania, wdrapaliśmy się właśnie na
czereśnię. Były w programie pieśni masowe i ludowe, wreszcie
nowoczesne i modne. I „Kochać”, i „Nie zadzieraj nosa”, i
„Zorba”, i „Jak mi się podobasz”, i wiązanka cowboyska.
W przerwach między piosenkami opowiadaliśmy sobie różne
wesołe i hałaśliwe historyjki.
Gdy byliśmy w połowie „Co mi tam wiaatr!”, wychyliła się z
okna Cozadzieci, bardzo czerwona i zła. Zaczęła krzyczeć, że co
to ma znaczyć, że wyją i wyją już od dwóch godzin, że nie można
odpocząć. I jak to wygląda, żeby takie małe dzieci wyśpiewywały
jakieś nowoczesne bzdury! Co za dzieci!
Zeszliśmy z drzewa obrażeni.
- Jednak śpiewaliście cokolwiek za długo - powiedziała mama. -
Mnie już to nie przeszkadza, ale dajcie innym żyć! Wasze głosiki
nie należą do słowiczych.
- Już nie będziemy. Ale po co ona tak krzyczy?
- Bo jest na wczasach i pragnie odpocząć. Uszanujcie cudze
nerwy. Trochę mniej hałasu, a wszystko będzie dobrze.
- Ale niech się nie czepia o byle co! - mruczał Zbyszek.
Wynieśliśmy się z ogrodu. Michał zawołał:
- Dla uspokojenia cudzych nerwów idziemy się przejść!
Mama tylko machnęła ręką.
- 33 -
- 34 -
- Gdzie się przejdziemy? - spytałam.
- Chodźmy w stronę latarni - powiedział Jarek. - Może pozwolą
nam tam zajrzeć.
- To nie wpuszczają? - zdziwił się Michał.
- Ostatnio rzadko, a wieczorem wcale nie.
- To właściwie nie ma po co tam chodzić - skrzywił się
Zbyszek. - Ale możemy się przejść. Zaraz będą zapalać.
Rzeczywiście, latarnia była zamknięta. Obeszliśmy ją dokoła
raz, drugi.
- Wysoka - zachwycił się Adzik zadzierając głowę. - Chciałbym
tam wleźć.
- Nie da rady, zamknięta.
- Może, jak latarnik przyjdzie zapalić, uda nam się wejść -
powiedział Jarek. - On czasem pozwala popatrzeć. Ja go znam.
Czekaliśmy więc cierpliwie, spoglądając na domek -barak, który
stoi przy ścieżce. Wreszcie wyszedł z niego jakiś wysoki
mężczyzna i skierował się w stronę latarni.
- Nic z tego - szepnął Jarek. - To ten drugi, jego pomocnik. On
nigdy nie wpuszcza.
Cofnęliśmy się nieco w krzaki.
Mężczyzna wyjął z kieszeni klucze i jednym z nich otworzył
drzwi. Klucze zostały w zamku.
- Będzie zapalał - szeptał Jarek. - Ale nie tak zaraz, bo musi
najpierw wejść po schodach.
Byliśmy już na latarni w zeszłym roku, więc wiadomo, jak tam
wygląda w środku.
- A gdyby tak... - odezwał się Zbyszek spoglądając znacząco na
Michała. - Tam jest ciemno, nie zauważy... A nie byliśmy jeszcze
na latarni w nocy...
- 35 -
Michał patrzył na niego przez chwilę, wreszcie zdecydował:
- Idziemy!
Schowaliśmy się w najciemniejszym kąciku, za drzwiami.
Długo czekaliśmy na latarnika. Wreszcie zszedł z góry,
pokaszlując w ciemnościach. Poruszał się tak pewnie, jakby miał
silną latarkę. Wstrzymaliśmy oddech, gdy oparł się o drzwi.
Nareszcie! Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Zgrzytnął klucz w
zamku. Zostaliśmy sami.
- No! - odsapnął Michał. - A teraz na górę!
Ostrożnie wspinał się pierwszy po wąskich i stromych
schodach. Weszliśmy na samą górę, na ganeczek, biegnący dokoła
latarni. Oślepiało nas co chwila ostre światło, więc przesuwaliśmy
się wzdłuż bariery, mrużąc oczy. Oparliśmy się o poręcz.
- Phi! - skrzywił się Zbyszek. - To jeszcze nic. Jarek, żebyś
zobaczył Warszawę z trzydziestego piętra Pałacu Kultury!
Ale i stąd jest na co popatrzyć. Jeszcze nigdy nie byłam na
latarni w nocy, więc z zachwytem rozglądam się dokoła.
Jest już ciemno i pod nami, tam, gdzie leży Jastarnia, migoce rój
świateł. Widać fragmenty oświetlonych ulic, latarnie na skwerku
wyłuskują z cienia puste ławki.
Las ciągnie się czarną linią, czarniejszą od nieba. Półwysep
wygląda jak długi wąż, usiany światłami. Latarnie w porcie
mrugają do siebie porozumiewawczo.
Na krańcu półwyspu latarnia helska posyła na wodę regularne
błyski. Daleko, po prawej stronie, można dostrzec światełka na
„stałym lądzie”.
A z drugiej strony szumi morze. Tak szumi, jakby gadało.
Światło naszej latarni przecina ciemności i zapala na wodzie
miliardy iskierek.
- 36 -
Szumiące morze, gwiazdy na czystym, granatowym niebie i
światełka rozsiane pod nami sprawiły, że coś połaskotało mnie w
środku. Czuję takie łaskotanie zawsze wtedy, gdy patrzę na coś
wielkiego, pięknego i groźnego. Przychodzą mi wówczas do
głowy różne dziwne myśli.
- Zimno - wdarł się do mej świadomości głos Zbyszka. -
Zejdźmy już.
- Ba, ale jak? - roześmiał się Michał. - Przecież jesteśmy
zamknięci!
Dopiero teraz zauważyłam, że dmie ostry wiatr.
Ciarki przeszły mi po plecach. Łaskotanie ustało.
- Wołajmy więc, może nas usłyszą! - niecierpliwił się Zbyszek.
Rozpoczęliśmy wrzeszczando. Na dole pod latarnią rozszczekał
się Jumpo, który zawieruszył się gdzieś w krzakach, więc został.
Usłyszał teraz nasze głosy i zaczął szczekać. Ale nikt jakoś się nie
zjawiał.
- Zimno mi! - pisnął Adzik. - Już cały zmarzłem!
- Chodźmy przynajmniej na schody - obudził się we mnie duch
opiekuńczy. - Adzik całkiem zmarzł, jeszcze się przeziębi!
Zeszliśmy na schody.
- Może zaczniemy walić w drzwi? - zaproponował Jarek.
- Dobrze, może usłyszą! - zgodził się Michał i pierwszy
rozpoczął kanonadę.
Waliliśmy pięściami, kopaliśmy nogami chyba z godzinę - nic.
Nikt się nie zjawiał.
- Nie szkodzi - powiedział spokojnie Michał, gdy zmęczeni
zaprzestaliśmy bombardowania. - Ostatecznie możemy tutaj
nocować!
- Pewno! - krzyknął Zbyszek. - Co to strasznego! Ja się wcale
nie boję!
- 37 -
- A kto mówi, że się boisz? Ani mi przez myśl nie przeszło, że
któreś z nas może się bać takiego głupstwa! - rzekł surowo Michał
starając się zgromić nas wzrokiem, co przy egipskich
ciemnościach nie bardzo wypadło.
Podniósł nas znacznie na duchu.
My - bać się??!
- Ale na czym będziemy spać? - spytałam.
- Jak to, na czym? Na schodach.
Usadowiliśmy się na wąskich schodach, jedno nad drugim. Nie
chciało się spać.
- Możemy sobie coś opowiedzieć - odezwał się gdzieś z dołu
Jarek.
- Na przykład o duchach! - podchwycił Zbyszek. - Akurat
aktualne.
- Eee... - skrzywił się Michał. - Lepiej o mordercach.
- Czytałem taki fajny kryminał! - pochwalił się Jarek.
- O czym?
- Jasne, że o morderstwie. O morderstwie i porwaniu - dodał. -
Porwali dziewczynę.
- Jaki tytuł? - zainteresował się Michał.
- Nie pamiętam, ale fajna rzecz!
- A jeden morderca schował się w szafie - odezwał się Adzik. -
I jak ta pani chciała wyjąć suknię, to on ją żelazem w głowę.
A potem zamknął ją w szafie i wszędzie szukali. Dopiero jak
zaczęła śmierdzieć, to znaleźli.
- Co za pani? - spytał Zbyszek. - I skąd to znasz?
- A to raz Rysiek opowiadał na podwórku. - (Rysiek to syn pana
Wiórka, listonosza.)
- 38 -
- To ja znowu słyszałem - zaczął Jarek - że morderca schował
się w przedpokoju, w wieszaku na ubrania.
- Phi! - parsknął Zbyszek. - A jeden wlazł do fortepianu i to była
dopiero draka! Wszystkich wymordował.
- Bujasz! - roześmiałam się. Do fortepianu nie można się
schować!
- Już jak wymyślasz, to chociaż z sensem - poparł mnie Michał.
- Ale wyjdźmy na górę - dodał - i powrzeszczmy jeszcze, może
wreszcie nas usłyszą.
- Przecież mieliśmy tutaj nocować! - zawołał z żalem Zbyszek. -
Tak ci pilno do domu?
- Przynajmniej mamy jakąś przygodę - przytaknął Jarek.
- Ale nas na pewno szukają i mama się martwi... - oponował
Michał, wyjątkowo dobry syn, który psuł nam przez to nieraz
jakąś drakę, często przez siebie wymyśloną.
- Mama przecież przyzwyczajona do naszych wybryków -
bronił się słabo Zbyszek. I on też czasem mięknie.
- Ale się martwi - uciął krótko Michał. - I w dodatku Adzik
ledwie trzyma się na nogach.
- Wcale nie! - obraził się sennym głosem Adzik.
- Najlepiej byłoby zgasić latarnię - powiedział Jarek. - Wtedy na
pewno ktoś się zjawi.
- To fajny pomysł! - zapalił się Zbyszek.
- Tak, ale jak?
- Prawda...
Więc zostało wrzeszczenie. Znów wyszliśmy na górę i daliśmy
taki koncert krzyków przy akompaniamencie szczekania Jumpo,
że musiano nas usłyszeć.
- 39 -
Ktoś wybiegł ze światłem z domku latarnika. Sporo czasu
upłynęło, zanim uprzytomnił sobie, że wrzask dobiega ze szczytu
latarni.
- Złaźcie na dół! - zawołał. - Zaraz otworzę.
Po chwili byliśmy wolni. Latarnik był tak zdumiony, że nawet
na nas nie krzyczał.
Popędziliśmy do domu. Już w biegu odwróciłam się i
zawołałam:
- Dziękujemy panu!
Chłopcy jakoś o tym nie pomyśleli.
W domu zastaliśmy wszystkich na nogach. Nawet w
„Muszelce” przejęli się naszym zniknięciem. Jeden młody
inżynier był u nas i pocieszał panią Marcinowską. Robił to z
zapałem.
Na nasz widok mama nic nie powiedziała, tylko stała przez
chwilę, patrząc na nas w milczeniu.
To było gorsze od bicia. Pospuszczaliśmy głowy.
- Bardzo przepraszamy - wybąkał Michał - ale zamknęli nas na
latarni...
- Idźcie spać! - powiedziała mama. - Adzik cały zziębnięty.
Jeszcze się rozchoruje. Prędko do łóżka!
Przez resztę nocy byliśmy bardzo grzeczni. Spaliśmy.
- 40 -
Na bezludnej wyspie
Cały następny dzień też byliśmy względnie spokojni. Zaraz po
latarni trzeba tkwić przykładnie na plaży. Zbyszek usiłował
popełnić samobójstwo przez utonięcie, ale jakoś mu nie wyszło.
Tylko Jumpo omal się nie utopił. Nie lubi zbytnio wody, ale
kąpielą nie pogardza. Nauczył się pływać, chcąc wyratować
Adzika.
Było to zeszłego lata, gdy Adzik uczył się pływać w Wiśle.
W pewnej chwili stracił grunt pod nogami i zaczął tonąć.
Z przerażenia bił o wodę rękami i nogami, czym pogarszał jeszcze
sytuację. Wszyscy skoczyliśmy mu na ratunek, ale Jumpo był
pierwszy. Chwycił Adzika za kąpielówki. Oczywiście, mały
szczeniak nie mógł wyciągnąć z wody takiego dużego chłopca, ale
to się nie liczyło. Chodziło o samą odwagę.
Adzika wyratował Michał.
A teraz Jumpo, wrzucony do morza przez Zbyszka, zachłysnął
się wodą i poszedł na dno. Zaraz wypłynął, ale potężna fala znów
go zatopiła. Po chwili znów wypłynął i jeszcze raz poszedł na
dno. Widzimy, że to nie żarty. Skoczyliśmy na pomoc i
wyciągnęliśmy go na piasek. Od tej pory niespecjalnie lubił
morze.
Resztę dnia przespacerowaliśmy grzecznie wraz z mamusiami i
nic ciekawego się nie przydarzyło.
Nazajutrz od rana poszliśmy nad zatokę. Zaczęliśmy bawić się
w leśnych ludzi i zabawa zapowiadała się niezła, ale Michał
przerwał ją.
- Bawmy się w rozbitków na bezludnej wyspie - powiedział. -
Sztorm zagnał naszą łódź do tych brzegów i teraz musimy zbadać,
co to za ląd.
- 41 -
- Byczo! - zawołał Zbyszek. - Ty będziesz kapitanem
zatopionego statku, a ja twoim zastępcą!
- A ja czym? - spytałam.
- Ty będziesz jedyną kobietą wśród nas - mówił dalej Zbyszek. -
A Adzik będzie twoim synem.
- O! Ja też chcę być mężczyzną! - oburzyłam się, bo zawsze w
zabawach w bezludne wyspy byłam chłopcem.
- Nie! Będziesz kobietą, a Jarek będzie twoim mężem! - zawołał
stanowczo Zbyszek mrugając na Michała.
- Jarek nie ma nic przeciwko temu - uśmiechnął się Michał.
- Ale ja mam! - powiedziałam. - Nie chcę być jego żoną. Będę
inżynierem, który płynął tym statkiem. I kropka!
- Dobrze, dobrze! - machnął ręką Michał. - Bądź inżynierem.
- A ja? - spytał zmartwiony Jarek.
- Ty jesteś marynarzem - orzekł Zbyszek. - Przecież wszyscy
nie mogą być kapitanami i inżynierami.
- To dlaczego ty nie jesteś marynarzem? - głos Jarka przybrał na
sile.
- Proszę bardzo, mogę być!
- Cicho! - uspokoił ich Michał. - Więc wyruszamy na
zbadanie...
- A ja kim mam być? - zapiszczał Adzik.
- Ty? Chłopcem okrętowym! - zaśmiał się Zbyszek.
- Nie, jesteś młodym człowiekiem, który płynął do ciotki do
Ameryki - powiedziałam prędko, widząc zasmuconą twarz
braciszka. - Dokonasz wielu odważnych czynów.
Adzik rozpogodził się natychmiast. Weszliśmy w las.
- Udajmy się na północ - powiedział Kapitan „rozbitkowym”
tonem. - Musimy zbadać, czy to wyspa, czy kontynent.
- 42 -
- Ja twierdzę, że wyspa - rzekł takim samym tonem Zastępca. -
Na tej szerokości geograficznej nie ma żadnego stałego
kontynentu.
- Mogło nas przecież znieść z kursu - zauważył Inżynier.
- Przekonamy się.
Szliśmy kawałek w milczeniu, krocząc „odkrywczo”. Zawsze,
gdy bawiliśmy się w coś, staraliśmy się wiernie odtworzyć
sytuacje i przeżycia bohaterów.
- Spójrzcie, noc nadchodzi - odezwał się Kapitan patrząc w
niebo, na którym płonęło złociste słońce. - Już cały dzień jesteśmy
w drodze.
- Więc to chyba kontynent - uśmiechnął się Marynarz.
- Jeszcze nie wiadomo! - zawołał Zastępca Kapitana. - Przecież
do końca wyspy może być i kilka dni.
- Tutaj staniemy na odpoczynek - oznajmił Kapitan siadając pod
jednym z drzew.
- Trzeba coś upolować - zauważył nieśmiało Miody Człowiek.
- Masz rację, młodzieńcze! - zgodził się Kapitan. - Nabijcie
strzelby!
- Ale skąd je wziąć? - znów uśmiechnął się Marynarz. -
Jesteśmy przecież rozbitkami, którzy uratowali tylko własne
życie.
- Prawda! - podrapał się w głowę Kapitan.
- W takim razie musimy zrobić łuki - zauważył Inżynier. -
Inaczej zginiemy śmiercią głodową.
Zwykłe patyki z powodzeniem zastąpiły łuki. Tą prymitywną
bronią upolowaliśmy dwa zające i upiekliśmy je nad ogniskiem.
Noc trwała niecałe pięć minut. O świcie wyruszyliśmy w dalszą
drogę, kierując się wciąż na północ.
- 43 -
- Chyba dziś powinniśmy otrzymać odpowiedź na pytanie:
wyspa czy kontynent? - westchnął niecierpliwy Zastępca
Kapitana.
- Ależ skąd! - wykrzyknął Inżynier. - To byłoby za wcześnie!
Jeszcze kilka takich nocy upłynie, zanim się dowiemy.
- Musimy przecież przeżyć jakieś przygody przez ten czas -
poparł Inżyniera chichoczący wciąż Marynarz.
- Uwaga! - syknął nagle Kapitan wrastając w ziemię. - Tam w
tych krzakach coś zaszeleściło!
- Jakiś olbrzymi zwierz idzie ku nam - szepnął Inżynier.
- To na pewno jaguar! - zapalił się Zastępca. - Prędko!
Urządzimy zasadzkę.
- Trzymajcie wilczura! - rozkazał Kapitan. - Aż się rwie do
walki.
Adzik przygwoździł „wilczura” do ziemi.
- Inżynierze! Niech pan zajmie stanowisko z tamtej strony -
szepnął Kapitan. - Marynarz niech schowa się za tę brzozę.
Młodzieńcze - zwrócił się do Adzika - przyczaisz się wraz z psem
w tych paprociach. Twoim zadaniem będzie nie wypuścić zwierza
z pułapki. Masz bardzo odpowiedzialne zadanie.
Pobladły z emocji Młody Człowiek zniknął w paprociach.
Schowałam się za jakieś krzaki, Jarek stanął za brzozą, Michał za
sosną, a Zbyszek przykucnął w trawie.
Gdyby jaguar był mądrzejszy, na pewno już dawno wymknąłby
się z zasadzki, ale że należy do istot nie myślących, więc po
chwili padł trupem.
- Już! - wrzasnął podrywając się Zastępca.
Wymierzył, strzelił. Patyk doskonale imitował broń.
- Paf! Paf! Paf! - posypało się ze wszystkich stron.
Zastępca pierwszy był przy zwierzu.
- 44 -
- Moja kula go zabiła! - zawołał Kapitan wyskakując zza sosny.
- Guzik! Ja go zabiłem!
- Nie, ja!
Twarze chłopców poczerwieniały. Zacisnęli pięści, oczy
błyszczały im złowrogo.
Jarek siedział na ziemi i zanosił się od śmiechu.
- Myślałby kto... że to prawdziwy jaguar! - zawołał.
Bracia spojrzeli po sobie.
- Można sobie wyobrazić!
- Ale jak możecie kłócić się o to, kto zabił i czyja kula, jeśli
mamy tylko łuki? - wtrąciłam przestawszy się śmiać.
Jakie mieli głupie miny!
Jarek po prostu tarzał się ze śmiechu.
- Hm... - chrząknął Michał.
- W takim razie nikt jaguara nie zabił! - powiedziałam. -
Idziemy dalej!
Niefortunni myśliwi powlekli się za mną.
- Możemy złapać jaguara do dołu - pocieszyłam ich.
Zbyszek ożywił się.
- Racja! Zabieramy się do kopania!
- Ale wytrop najpierw jaguara - mówię. - Tamten już dawno
zwiał.
- Wytropimy!
- To już następnego dnia - odezwał się Kapitan. - Teraz musimy
się pospieszyć, żeby przed nocą zdążyć do rzeki.
Rzeką była droga z Jastarni do Juraty.
- Jak przejdziemy rzekę? - spytał Młody Człowiek następnego
dnia.
- 45 -
- Słuszna uwaga, młodzieńcze - pochwalił Kapitan. - Rzeka
głęboka. Musimy zbudować tratwę.
Zabraliśmy się z zapałem do roboty. Wymachując zawzięcie
rękami, ścinaliśmy drzewo.
- Stop! - zawołał nagle Michał. - A skąd siekiery?
- No, wsiadając do łodzi, mogliśmy zabrać chociaż jedną -
powiedział Zbyszek. - Strzelby zamokły, ale siekiery ocalały.
Wkrótce tratwa była gotowa.
- A teraz na drugi brzeg! - zawołał Kapitan wskakując na nią.
Szybko i sprawnie przeprawiliśmy się na drugi brzeg i
ruszyliśmy dalej. Tor kolejowy był strumykiem, który łatwo
przebyliśmy w bród.
- Słyszycie ten szum? - spytał Inżynier podnosząc w górę
wskazujący palec.
- Aha! Coś jakby szum morza! - zawołał Kapitan. - Czyżby to
była jednak wyspa?
- Wszystko możliwe, kapitanie! - krzyknął Zastępca. - Chodźmy
prędzej!
Ruszyliśmy biegiem. Na końcu szedł Jarek i śmiał się w kułak.
- To wyspa! - ryknął rozdzierającym głosem Zastępca
stanąwszy na wydmie. - Przed nami ocean!
- Tak, to wyspa! - jęknął Inżynier.
- No cóż, stało się, moi drodzy! - rzekł poważnie Kapitan. -
Teraz pozostaje nam tylko zbadać, czy jest ona zamieszkała, czy
bezludna.
- Z tego wzniesienia można rozejrzeć się dokoła - zauważył
Inżynier wstępując na najwyższą z wydm. - Niestety. Ani śladu
dymu. Więc wyspa jest bezludna!
- 46 -
- Chodźmy znaleźć dogodne miejsce na nocleg. Nie warto
rozpaczać - powiedział Kapitan zbiegając z wydmy. - Wydaje mi
się, że ta gęstwina...
Umilkł nagle i cofnął się.
- Co się stało, kapitanie?
- Tam jakaś parka na kocu - odparł z niechęcią. - Więc wyspa
nie jest bezludna!
Jarek nie wytrzymał i roześmiał się na glos.
- Ale wy jesteście! Myślałby kto, że to wszystko prawda!
- A ty nie umiesz się bawić! - odrzekłam wyniośle.
Jednakże odechciało nam się zabawy. Postaliśmy chwilę na
wydmach, patrząc na morze, a potem błąkaliśmy się po lesie bez
celu.
- Wiecie co? - zaproponował Zbyszek. - Zbadajmy las po
drugiej stronie Jastarni. Tam nas jeszcze nie było.
- Rzeczywiście! - zdziwił się Michał. - Chodźmy tam!
Poszliśmy więc brzegiem morza „tam, gdzie nas jeszcze nie
było”. Las jest tutaj jakby gęstszy, mniej za to jarów i pagórków, a
także mało ścieżek, bo z tej strony nie ma plaży. Są tylko wydmy,
obsuwające się niebezpiecznie.
Myszkowaliśmy po lesie, nie przeszkadzając wczasowiczom.
Zbyszek, który biegł przodem, potknął się o coś i... zniknął. Tak,
zniknął za niewielkim wzniesieniem.
Wybuchnęliśmy śmiechem.
- Ojej, chodźcie tu prędzej! - wrzasnął „odkrywczo”. -
Znalazłem bunkier!
- Bunkier?!!
W sekundę byliśmy przy nim. Siedział na ziemi naprzeciw
wejścia do bunkra, rozcierając kolano.
- 47 -
- Jej, bunkier! - westchnął Adzik patrząc z podziwem na
betonowe ściany, zamaskowane ziemią i krzakami.
- A my o tym nie wiedzieliśmy - pokiwał głową Michał.
- Grunt, że teraz wiemy! Musimy go zbadać - i Zbyszek
podsunął się do częściowo zasypanego otworu.
- Uważaj, bo tam mogą być żmije! - ostrzegłam.
- Albo niewypały - dodał Michał. - Lepiej, gdy ja tam pierwszy
wejdę.
- Guzik! - prychnął Zbyszek. - Ja odkryłem, więc ja pierwszy go
zbadam.
To mówiąc wsunął się do bunkra. Michał deptał mu po piętach.
- No i co? - niecierpliwił się. Co tam jest?
- 48 -
- Na razie nic nie widzę melduje Zbyszek. - Ciemno tutaj.
Trzeba będzie... au! Uważaj, Michał! Tu jest jakiś stopień, można
nogi połamać.
- Ale śmierdzi! - krzywi się Michał. - Nie można wytrzymać!
- Stęchlizna! - potakuje Zbyszek. - Poza tym jakieś ułamki
kamieni.
- Wychodźmy stąd! - woła Michał zatykając nos. - Trzeba
odetchnąć świeżym powietrzem.
Wygramolili się z otworu.
- I nic tam nie ma? - pyta Jarek. - Nawet żmij?
- Nie zauważyłem. Ale chyba nie ma.
Stoimy przez chwilę w milczeniu, patrząc na bunkier.
- Co z nim zrobimy? - pytam wreszcie.
- Jak to, co? - dziwi się Zbyszek. - Urządzimy w nim kryjówkę.
- Tylko trzeba go jakoś oczyścić i przewietrzyć. Bo tak, to w
nim nie wytrzymamy - wtrąca Michał.
- Jak go przewietrzysz? - mówię. - Przecież przez cały czas był
otwarty, a i tak śmierdzi.
- Ale oczyścić go trzeba - ucina Michał. - Przyjdziemy tu
później z latarkami, bo tak, to widać tylko przedsionek. A i to
niecały.
- Pusty! - zagląda Jarek. - Możemy tu przynieść jakiś stół,
krzesła...
- Stół, krzesła! - przedrzeźnia go Zbyszek. - A może jeszcze
łóżko, szafę?
- No, stół i krzesła możemy zrobić z kamieni. Albo z pniaków -
mówi Michał. - Jakoś na pewno się urządzimy.
- Będzie fajna kryjówka! - wołam z zapałem. - Zrobimy zapasy,
będziemy mogli przychodzić tu na podwieczorki.
- 49 -
- Oj, czy to czasem nie pora na obiad? - zaniepokoił się Zbyszek
usłyszawszy o jedzeniu. - Prawdę mówiąc, jestem głodny jak
wilk!
- Ja też! - przytaknęłam skwapliwie, czując, jak mi burczy w
brzuchu.
- W takim razie chodźmy! - Michał wstał i otrzepał spodnie. -
Przyjdziemy tu później i przygotujemy kryjówkę. Weźcie
scyzoryki, to natniemy gałęzi na miotły.
- I w ogóle można go wyłożyć choiną! - dodałam idąc za nim.
Przyszliśmy w samą porę. Mama już zaczynała się denerwować.
Ale dopiero zaczynała, więc obyło się bez awantury.
Jednakże nie skończyliśmy dzisiaj z bunkrem. Po obiedzie
mama posłała mnie i Zbyszka do sklepu po jarzyny i owoce. Przy
sklepie tłum jak zwykle. Stoimy więc i stoimy w ogonku, i powoli
posuwamy się do przodu. Zbyszek kręci się wzdłuż kolejki, ale
jakoś nie udało mu się wkręcić.
Wreszcie doczekaliśmy się. Zakupów było sporo, miałam
wszystko spisane na kartce.
Odchodzimy od kiosku i nadziewamy się prosto na Mikę i jego
bandę. Otaczają nas. Są tu Heniek i Józek, jego brat Władek i
jeszcze jeden chłopak. Trzymają ręce w kieszeniach, patrzą na nas
i uśmiechają się. Nic nie mówią. Wreszcie Mika zbliża się do
Zbyszka. Rozglądam się z rozpaczą. Nie da rady zwiać.
Ale Mika nie uderza go nawet. Wyjmuje mu tylko z ręki siatkę z
zakupami. Zbyszek jeży się i zaraz rzuci się na niego. Mika
powstrzymuje go ruchem ręki.
Zbliża się teraz do mnie i podaje mi siatkę.
- Weź to i zmykaj! - mówi wreszcie. - Przyprowadź drugiego
brata i Jarka. A ten zostanie u nas. Aż wy przyjdziecie. Pogadamy.
- 50 -