The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-18 05:58:26

Kosmohikanie

Dalej nie słyszałam, bo tata dał nam do zrozumienia, że w
ogrodzie o wiele przyjemniej.

- Kłócą się - pokiwał głową Adzik. - Ale to przejdzie. Pocałują
się i kropka.

Nasłuchuję z zainteresowaniem odgłosów kłótni. Nie jest wcale
tak gwałtowna. W pewnym momencie głos mamy załamał się, a
po chwili w kuchni nastała cisza. Wzruszam ramionami z
pobłażliwym uśmiechem.

Tata wychodzi na ganek.
- Tak to bywa, chłopie, jak się ożenisz - westchnął w stronę
Adzika.
- Ja się wcale nie ożenię - odparł poważnie Adzik. - Bo ja chcę
być wdowcem.
- Co? Wdowcem? - roześmiał się tata. - Irenko! Posłuchaj, co
ten smyk wykombinował.
Mama wyszła z kuchni jeszcze troszeczkę nachmurzona.
- On chce być wdowcem nie żeniąc się! Wygodne, co?
Mama całkiem się rozpogodziła.
- Ech, ty mądralo! - uściskała skompromitowanego Adzika.
- Trąbo! - zawołałam przestając się śmiać. - Przecież wdowiec
to mąż, któremu żona zmarła.
- Nie musisz się śmiać! - mruknął obrażony i odwrócił się
tyłem. - Patrz - powiedział nagle. - Idą oni.
Myślałam, że wracają chłopcy, ale to była pani Marcinowska i
Wałecki.
Mama zaprosiła go na obiad.
Pomogłam rozstawić stół w ogrodzie i usiadłam pod drzewem,
obserwując jedzących, a zwłaszcza Typa i mamę Jarka.

- 101 -

On jest dość wysokiego wzrostu i przystojny. Elegancko
ubrany, wesoły, rozmowny, sprawia dobre wrażenie. Ale mnie nie
podobają się jego oczy. Mają dziwny wyraz, taki jakiś chytry czy
coś w tym rodzaju. Oczywiście, gdy rozmawia z mamą Jarka,
oczy uśmiechają mu się i zmieniają, ale gdy tylko odwraca się, są
takie jakieś... nieprzyjemne. Czuję, że zaczynam go nie lubić.

Patrząc na roześmianą i ładniejszą niż zwykle panią
Marcinowską, pomyślałam, że może zanadto jest szczęśliwa.

- A gdzie to Jarosław? - spytał mnie Wałecki.

Już kilkakrotnie odwracał się napotykając mój wlepiony w
niego, badawczy wzrok. Widocznie nie lubi spojrzeń dzieci.

- Poszedł gdzieś z Michałem i Zbyszkiem - odparłam z miłym
uśmiechem, jaki miewam na ustach rozmawiając z dorosłymi.

Jednakże oni są bardzo naiwni! Zawsze wierzą w miłe uśmiechy
dzieci.

Wreszcie zjawili się chłopcy. Przyjęłam ich zimno. Roześmiana
twarz Jarka spochmurniała.

- Jarosławie - rzekł Wałecki marszcząc brew. - Dlaczego jesteś
wciąż taki ponury? Czy nie widzisz, jak to martwi twoją matkę?

Ton jego głosu strasznie się nam nie podobał. Jarek zachmurzył
się jeszcze bardziej i pobiegł w głąb ogrodu.

Spojrzałam na Typa z nienawiścią. Także spojrzenia Michała i
Zbyszka nie wróżą przyjaznych uczuć. Moi braciszkowie wyczuli
napięcie między Jarkiem a Typem.

- Dzieci, zjedzcie obiad przy małym stoliku - powiedziała nasza
mama.

- Lepiej w namiocie! - zawołał Zbyszek i skoczyliśmy do domu
po „prowiant”.

Jarek siedział już w namiocie.

- 102 -

- Nie martw się - pocieszył go Michał. - Dorośli zawsze lubią
dokuczać. A tego Typa to ja od pierwszej chwili nie lubię.

- Ja też - dodał Zbyszek.
A groźna i wielka bywa niechęć dzieci!
Po obiedzie, patrząc na chłopców, spytałam niby od niechcenia:
- Gdzie byliście?
- A, tak sobie. Poszliśmy się przejść - odparł Zbyszek i
nieznacznie zerknął na Michała. - Byliśmy w porcie, spotkaliśmy
tam Heńka, tego... wiesz, z rowerem i w żółtej czapeczce. Dał
nam trochę pojeździć.
Zauważyłam to spojrzenie. Moi braciszkowie potrafią oszukać
każdego dorosłego, każdego kolegę, ale nie mnie.
- Przypuśćmy - mruknęłam.
- A bo co? - postawił się Zbyszek.
Michał wyszedł z namiotu i powiedział:
- Idziemy.
- Gdzie? - pytam.
- Tak sobie. Ty zostaniesz.
- O, z jakiej paki?
- Będziesz obserwować Typa - oznajmił Michał. - Ważny
wywiad.
Choć nie bardzo chcieli, poszłam z nimi. I Adzika też wzięłam.
I Jumpo też. Ale nie było nic ciekawego. Połaziliśmy po lesie, po
Jastarni, po porcie i zrobiło się ciemno. Wróciliśmy na kolację.
Potem był znów koncert na czereśni i koncert Cozadzieci z
okna, a potem spać. Oprócz Adzika nocowaliśmy wszyscy w
namiocie. Zasnęłam szybko, bo całodzienny upał bardzo mnie
zmęczył.

- 103 -

Obudził mnie jakiś ruch w namiocie i niejasne uczucie, że chcą
zrobić ze mnie balona.

Otwieram jedno oko... Ktoś coś potrącił w ciemności, a Michał
syknął:

- Cii... jeszcze się Gośka obudzi.

Aha, więc to tak! Poczekajcie, niecni zdrajcy! Na nic wasze
starania, mnie nie wykiwacie.

Kiedy zniknęli w krzakach, wysunęłam się z namiotu, włożyłam
sweter i skradam się za nimi. Gnają gdzieś szybko przez las,
ledwo nadążam.

Wreszcie zatrzymali się. Stwierdziłam, że jesteśmy nad zatoką.
Przycupnęłam cicho w krzakach i czekam, co to będzie. Michał
gwizdnął. Zjawił się, nie wiadomo skąd, Mika. Zaczęli się
naradzać, ale tak cicho, że nie mogłam zrozumieć, o co idzie.
Poruszyłam się niecierpliwie i to zwróciło ich uwagę.

Wyskoczyłam z krzaków.

- Gośka! - jęknął Michał.

- A tak, Gośka. Myśleliście, że uda wam się mnie oszukać! Aha!
Więc to tak szanujecie wspólnotę rodową? Wymykacie się przede
mną, zdrajcy! Czekajcie, powiadomię, kogo trzeba.

- Jeśli piśniesz słówko, to padniesz martwym nieboszczykiem
na tę glebę piaszczystą! - syknął Zbyszek doskakując do mnie.

- Wcale się was nie boję. Jeśli mi nie powiecie, o co chodzi, i
nie weźmiecie z sobą... powiem!

- Zdrajczyni! - splunął Zbyszek.

- Nie zrobisz tego - powiedział spokojnie Michał. - Byłoby to
zupełnie po babsku. I żaden z nas już nigdy by ci nie uwierzył.

To mnie pognębiło. Milczałam.

- Wrócisz teraz do domu i twoją rzeczą przypilnować rodziców
- mówił dalej Michał tym swoim stanowczym i nie znoszącym

- 104 -

sprzeciwu tonem. - A o co chodzi, dowiesz się rano przy
śniadaniu.

Wróciłam do namiotu wściekła, ale bezsilna. Chyba
zdrzemnęłam się, bo aż podskoczyłam słysząc jakiś głos, który
darł się w ciemności:

- Ratujcie! Chłopaki topią się w zatoce!

Zerwałam się na równe nogi i wypadłam na dwór.

Drzwi werandy otworzyły się i stanął w nich tata.

- Gosiu! - zawołał. - Chłopcy śpią?

- Nie wiem, gdzie są - odparłam. - Nie ma ich w namiocie.

Mama krzyknęła. Tata złapał latarkę, apteczkę i pognał w stronę
zatoki. Za nim Wałecki, a za nimi młody inżynier z „Muszelki”.
Reszta wczasowiczów, rozbudzona, wyglądała oknami.

Ja zostałam. Byłam całkiem spokojna.

- Takie draby nie utoną - powiedziałam do mamy, która chciała
biec nad zatokę i szukała szlafroka.

Ręce jej się trzęsły. Popatrzyła na mnie jakimś dziwnym
wzrokiem i wypadła z domu. Za nią pani Marcinowska. Nie
zdążyły nawet dobiec do furtki, gdy ukazał się tata niosący kogoś
na rękach.

Mama Jarka krzyknęła i skoczyła ku niemu. Ale to był Michał.
Zbyszek i Jarek wlekli się z tyłu, podtrzymywani przez
Wałeckiego i inżyniera. Za nimi przyszedł jakiś rybak.

Mama była przeraźliwie blada, ale spokojna. Szybko
przygotowała łóżka i naparzyła herbaty. Michał był przytomny,
tylko strasznie osłabiony. Mama zaraz go położyła.

- A ten to był najdzielniejszy - powiedział stary rybak. - Nie
myślał o sobie, tylko ratował innych. Na szczęście byłem z łodzią
niedaleko, boby się źle skończyło. Wypłynęli, smarkacze, na

- 105 -

połów z tym hyclem - tu umieścił jakiś kaszubski wyraz - Miką i
łódź się wywróciła.

- A co z tamtym... Miką? - spytała mama.
- Żyje. Nic mu nie ma! - machnął ręką rybak. - To twarda
sztuka. Już jest w domu.
Tak zakończyła się nocna wyprawa mych braciszków.
Z triumfującą miną „dobrze wam tak!” stanęłam przy łóżku
Michała. Uśmiechnął się blado.
- Całe szczęście, że zostałaś - sapnął.
W tej chwili cała złość ze mnie uleciała. Uśmiechnęłam się do
najstarszego przyjaźnie.

- 106 -

Duchy i tajemnica Jarka

Po tej nocnej wyprawie chłopcy spali jak zabici. Już dawno
minęła godzina wakacyjnego wstawania. Już dawno oboje z
Adzikiem zjedliśmy śniadanie, już dawno wróciłam ze sklepu -
śpią.

Rodzice siedzą w ogrodzie, nie idą na plażę, tylko czekają na
przebudzenie się winowajców. Pani Marcinowska i Typ siedzą tu
również. Rozmawiają, zdaje się, o różnych metodach
wychowawczych.

Nie chce mi się słuchać tych bzdur, więc wychodzę z ogrodu.
Obok płotu na ścieżce stoi Mika. Trzyma ręce w kieszeniach i
ponuro patrzy w okna naszego domku. Na mój widok ożywia się.

- Ty, Gośka, czemu tak siedzicie w domu? Wcale nie widziałem
twoich braci - patrzy na mnie z niepokojem.

- Oni jeszcze śpią - wyjaśniłam. - Nic im się nie stało, chociaż
niewiele było trzeba, a zostałabym najstarszą z pociech
Borzęckich.

- A, bo nie potrafią zachować się ostrożnie w łodzi, a ja...

- Eee, nie ma o czym mówić - macham ręką. - Teraz oni będą
mieli przeprawę z rodzicami... - wzdycham.

Mika, uspokojony tym, że nic się chłopakom nie stało, odwraca
się i gwiżdżąc znika w lesie. Kręcę się bez celu po ścieżce i
obserwuję maszerujące na plażę rodzinki. Spotykam też miłego
profesora z „Muszelki”.

- No i jak tam dzielni żeglarze po nocnej przygodzie? - pyta, jak
zwykle, z uśmiechem. - Jakoś wyjątkowo cicho w waszej
twierdzy.

- Bo jeszcze śpią.

- Pomęczeni. Nie poprzeziębiali się aby?

- 107 -

- Nie, tylko z Michałem było krucho.

- Aaa, dzielny Atomowy Tomahawk! No cóż, jest za was
odpowiedzialny. Dziwię się tylko, że księżniczka Czarna Rakieta
nie brała udziału w wyprawie. Zawsze razem...

- Bo mi uciekli.

Profesor odchodzi z grubą księgą pod pachą, a jego miejsce
zajmuje Cozadzieci.

- Wreszcie jest trochę spokoju - mówi na mój widok. - Przez
waszą lekkomyślność mogło się stać wielkie nieszczęście.
Strasznie jesteście rozpuszczeni... - dalszy ciąg przemowy znika
wraz z nią za zakrętem.

Wzruszam ramionami i wracam do domu, bo przez otwarte
okno sypialni słyszę stuk padającego krzesła i głosy chłopców.
Obudzili się wreszcie. No, teraz wysłuchają kazania od
zagniewanych dorosłych, którzy z uroczystymi minami siedzą pod
jabłonią.

Chłopcy tak długo się ubierali, że tata nie wytrzymał i wszedł
do domu. Mama zniknęła w kuchni.

Ale długiego kazania nie było. Tata zamknął się z chłopcami w
jadalni, załatwił sprawę krótko i węzłowato, prawdziwie po
męsku. W cztery, a raczej w sześć oczu.

Chłopcy wypadli z pokoju ze spuszczonymi głowami i poszli do
kuchni, do mamy. A mama nic nie powiedziała, tylko popatrzyła,
uśmiechnęła się i wszystko było dobrze. Rodzice przebaczyli.
Chłopcy usiłowali zachowywać się poważnie i spokojnie.

Ale Jarek nie uchronił się od kazania. Długo marudził wstając, a
gdy wyszedł wreszcie z domu, miał minę bardzo ponurą i
przygnębioną.

Na widok syna pani Marcinowska podniosła się z ławki, ale
powstrzymał ją Typ.

- 108 -

- Sam z Jarosławem pomówię.

A Jarek nie mógł uciec.

Widziałam z okna, jak pan Wałecki przechadzał się po ścieżce
założywszy ręce do tyłu i wygłaszał surowym tonem przemowę
biednemu Jarkowi. Trwało to dość długo. Wreszcie Jarek skoczył
w bok i pomknął w stronę plaży.

Wałecki kiwając głową zbliżył się do pani Marcinowskiej.

- Stanowczo za bardzo go rozpieszczasz - powiedział. - Uciekł
w połowie zdania.

A ja dziwiłam się, że Jarek tak długo wytrzymał.

Pani Marcinowska westchnęła i odparła:

- Zostaw go, Tomaszu, sama z nim pomówię. Od pewnego
czasu jest jakiś skryty i smutny. Dawno już szczerze z nim nie
rozmawiałam.

- Co tam szczerość! - w głosie Typa brzmi zniecierpliwienie. -
Chłopiec stał się krnąbrny, trzeba go częściej karać.

„Niby za co, potworze? - myślę wściekła, stojąc na werandzie. -
Co on takiego zrobił? Chyba tobie przeszkadza. W dodatku oni
mówią sobie po imieniu! To już jasne. Muszę uratować Jarka!”

Ta myśl zatrzymała mnie w miejscu. Wszystko możliwe! Mam
dopiero dwanaście lat, ale obecnie dzieci nie wierzą już w bociany
i tym podobne rzeczy.

Sądząc po naszej czwórce, dorośli niekiedy myślą, że stare
metody wychowawcze pomagają. Tymczasem dzieci potrafią
patrzeć i słuchać. Gdyby liczyli się z nami, z naszym zdaniem,
wiele rzeczy ukazałoby się winnym świetle. Cale szczęście, że
nasi rodzice są bardziej nowocześni!

Z takimi dorosłymi i poważnymi myślami zasiadam do obiadu.
Jarka jeszcze nie ma, Michał i Zbyszek są uroczyście spokojni.

- 109 -

Nasi rodzice nawet nie spytali się o Jarka, są wyrozumiali. Pani
Marcinowska, jakoś przygnębiona, prawie się nie odzywała.
Wstając od stołu poprosiła:

- Irenko, zajmij się moim Jarkiem. Na razie nie trzeba go wołać,
on sam przyjdzie.

- Oczywiście, Zosiu. Jak tylko wróci, dam mu obiad.

Pani Marcinowska podziękowała mamie uśmiechem.

- Pójdę teraz do biura, kierownik prosił, żebym wpadła.

- Odprowadzę cię - zaofiarował się Wałecki.

Nie odmówiła i poszli.

Rodzice milczeli. Mama sprzątnęła naczynia, a tata zabrał się do
gazety.

Pogoda dziś nienadzwyczajna. Wiatr nagnał na niebo chmury,
ochłodziło się po wczorajszym upale.

Nie mogę usiedzieć. Pójdę poszukać Jarka.

Długo błądziłam na brzegu morza, zanim dostrzegłam go,
opartego o sosnę. Podeszłam cicho i chrząknęłam.

Drgnął zaskoczony.

- Chodź na obiad.

- Nie chce mi się - mruknął i odwrócił się.

- Chodź, chodź! Potem pójdziemy z nimi na spacer do Juraty.

- Z kim? - spytał nie patrząc na mnie.

- No, z moimi rodzicami. Twoja mama poszła do biura, a „jego”
nie ma.

Milczy.

- No, chodźże! Nie będziesz już miał kazania, a obiad
wystygnie.

Nawet nie drgnął. Wzruszyłam ramionami.

- Nie, to nie! Poczekam - mówię siadając na ziemi.

- 110 -

- Możesz iść! - mruknął ze złością.
Raptem złapał się za brzuch, przysiadł pod drzewem i krzywi
się z bólu.
Zrywam się.
- Co ci się stało?
Trzyma się za brzuch, zacisnął zęby, kołysze się w przód i w tył.
- Co ci się stało? Brzuch?
- Tak - szepnął przez zaciśnięte zęby.
- Z prawej czy z lewej strony? - pytam fachowo, jako córka
lekarza. - Wysoko czy nisko?
- Z prawej, niżej...
- Tak rżnie i kłuje?
- Tak.
- Ślepa kiszka! Atak ślepej kiszki. Połóż się! - rozkazałam.
- Nie... po co...
- Połóż się, mówię. Poleżysz spokojnie, to ci przejdzie.
Posłusznie wyciągnął się na ziemi.
- Masz chustkę? - pytam.
- Nie.
Wyjęłam więc swoją i pobiegłam zamoczyć w morzu.
- Zsuń trochę spodnie - mówię wróciwszy z ociekającą chustką.
- Zrobię ci zimny okład.
Szybko położyłam kompres na zbolały brzuch Jarka i kazałam
mu w dalszym ciągu leżeć.
- A może to trzeba gorący? - stęknął.
- Gorący? Żeby się zrobiło ropne zapalenie? Nie gadaj, tylko leż
spokojnie.
Poddał się zupełnie.

- 111 -

- No jak? Lepiej?
- Lepiej.
- Jeszcze trochę sobie poleź. Może zmienić okład?
Usiadł.
- Ostrożnie! - ostrzegam. - Ślepa kiszka to nie żarty.
- Już mi przeszło.
- No! A teraz wstawaj i chodź na obiad.
Posłusznie ruszył za mną.
Chłopców nie ma.
- Pojechali z ojcem do Juraty - wyjaśniła mama.
- Jak to pojechali?
- Przyjechał po ojca znajomy, bo jego córeczka zachorowała
nagle, a nie chciał brać obcego lekarza. Dowiedział się, że tutaj
jesteśmy, i przyjechał.
- To tata nawet nie może mieć urlopu! - oburzam się. - Ale z
jakiej paki chłopcy pojechali?
- Tatuś ich zabrał, żeby tutaj znów czegoś nie nabroili. Zresztą
wprosili się.
Momentalnie straciłam humor, ale spojrzałam na Jarka i mówię:
- My się też nie będziemy nudzić. Zaraz coś wymyślimy, no nie,
Jarek?
Jarek kiwnął głową, a mama pogroziła nam palcem:
- Za bardzo nie brykać! I tylko w obrębie domu i ogrodu!
- Dobrze. W domu też można się bawić.
- Zwłaszcza na strychu - dorzucił Jarek. - Tu jest fantastyczny
strych, pełen zakamarków.
- Wiem. Znam go przecież. Ale w co można się bawić na
strychu?

- 112 -

- W duchy.

- O! Właśnie! - ucieszyłam się. - Pozwolisz, mamusiu?

- Raz moje dziecko prosi mnie o pozwolenie! - zawołała mama
z uśmiechem. - Od dłuższego czasu to się nie zdarzało.

- No bo... tak jakoś wychodziło.

- Ale jeśli mnie prosicie o pozwolenie, to mogę wam udzielić
cennych porad - uśmiechnęła się mama. - Może nawet nie wiecie,
że posiadam zupełnie niepotrzebne, stare i podarte prześcieradło...

- Dziękujemy! Jesteś wspaniała! - wołam radośnie. - Ale gdzie
ono jest?

- Sama wam dam.

Przedarliśmy prześcieradło na dwie części i czarną farbą
wymalowaliśmy na nich ogromne trupie czaszki.

- Są już chałaty, ale nie ma masek! - zawołał Jarek.

- Zrobi się - odparła mama. - Weźcie twardy bristol, tasiemkę
wam dam. Albo, jeszcze lepiej, dam wam gumkę.

- Wspaniale! To będzie heca! - wołam. - Ustawimy się na
strychu, oświetlimy odpowiednio nasze twarzyczki i będziemy
wydawać „uduchowione” jęki. Ale, mamusiu, nie mów nic
chłopcom, tylko wyślij ich po coś na strych!

- Dobrze. Tylko czym oświetlicie wasze twarzyczki? Świeczką -
niebezpiecznie.

- Weźmiemy latarki - powiedział Jarek. - Otwory w oczodołach
oklei się czerwoną i żółtą bibułką, a latarka będzie oświetlała
maskę od środka.

- Racja! A usta mogą być zielonkawo-żółto-niebieskie -
entuzjazmuję się. - Musi to upiornie wyglądać!

Zabieramy się do robienia masek. Mama pomaga nam i
duchowe oblicza udają się znakomicie.

- 113 -

- Weźmiemy też z kuchni kartofle - powiedział Jarek. - Przetnie
się je na pół, wytnie na nich trupie czaszki, posmaruje atramentem
i duchowe pociski gotowe!

Zrobiliśmy tak i cały ekwipunek w komplecie.
Weszliśmy na strych. Usadowiłam się trochę z boku, niedaleko
drzwi, a Jarek naprzeciwko nich. Naprawdę wyglądał upiornie!
Siedzimy w milczeniu, czekając na chłopców.
Nagle Jarek powiedział szybko i takim jakimś przytłumionym
głosem:
- Wiesz, dlaczego ja go nienawidzę?
Drgnęłam. Nareszcie! Domyślam się, dlaczego, ale on może
jeszcze wie coś więcej.
- No?
- Bo on... bo on chce skrzywdzić moją matkę!
- Jak to? Skąd wiesz?
- Wiem na pewno - szepnął i umilkł na chwilę. Potem spytał: -
Wiesz, co to są alimenty?
- Wiem.
- Ja też wiem. A dowiedziałem się od niego.
- Dlaczego? - spytałam ni w pięć, ni w dziewięć.
- To długa historia. Wiesz... to było tak: od początku go nie
lubiłem. Czasem tak... nie zna się kogoś, ale go się nie lubi... nie
wiadomo, dlaczego... wiesz...
- Wiem... I co?
- On przyjechał tu w marcu. Mieszkał u nas, bo nie było pokoju,
a może mama sama... Ale zamieszkał. A ja zaraz wiedziałem, że
on, wiesz...
- Wiem. I co?

- 114 -

- Strasznie nie lubię, gdy nazywa mnie Jarosławem!- zgrzytnął
zębami, - A on wciąż: „Jarosławie” i „Jarosławie”! I wciąż mnie
upomina, wciąż mówi, że dokuczam mamie, że... wiesz zresztą...

- Wiem...

- A on mnie też nie lubi, dokucza mi... Nie wiem, chyba za to,
że i ja go tak nie lubię. Zawsze odwracam się od niego i... wiesz...

- Wiem.

- Za to mi dokucza. A może i za to, że domyśla się, że ja coś
wiem... bo wiesz...

- Wiem! No i co?

- No, bo raz przyszedł do niego list. Listonoszowi nie chciało się
do nas iść, więc dał mi go, żebym mu doręczył... A ja
zapomniałem... I bawiliśmy się z chłopcami, i list wypadł mi z
kieszeni do wody. Przestraszyłem się i otworzyłem, żeby
zobaczyć, czy nie zamókł w środku...

- No i?

- Tylko trochę zamókł. A tam było napisane... to jego żona
pisała! Prosiła go o coś... Zdaje się, że coś z dziećmi. Prosiła,
groziła... Rozwód, jakieś alimenty... wiesz...

- I nie oddałeś mu tego listu?

- Oddałem. Zakleiłem i oddałem... Powiedziałem, że mi wypadł.
Ale koperta była trochę rozdarta i on patrzył na mnie
podejrzliwie... A jak zapytałem wieczorem, co to są alimenty, to
aż podskoczył na krześle... I zaczął mi potem bardziej dokuczać...
Posądzał mnie... wiesz...

- Wiem. I powiedziałeś mamie?

- Coś ty! Byłaby awantura... a mama by się martwiła... Bo ona...
teraz... jak on teraz przyjechał... bardzo się ucieszyła i... wiesz...

- Wiem.

- 115 -

- On potem zaraz wyjechał, a ja myślałem, że już nie
przyjedzie... Ale zaraz przyjechał, no i nie mogę tego powiedzieć
mamie! - zawołał Jarek.

- No tak... głupia historia!

- I co teraz zrobić? - zapytał z płaczem.

- Hm... A czy ona tam, w tym liście... no, ta żona... ma już z nim
rozwód? - pytam. - Bo pisała o alimentach.

- Nie. Nie są rozwiedzeni, bo pisała, że jeśli tak będzie, to ona
go opuści.

- Aha. To już lepiej.

- Co lepiej?

- Musimy ostrzec twoją mamę! - gorączkuję się. - Szkoda, że
oddałeś ten list. Mielibyśmy dowód. A tak to teraz musimy
postarać się o dowody... Wybadać go... i musimy wygrać!

- Ale jak? - zawołał z nadzieją w głosie.

- Zobaczymy.

- Ale nikomu...

Przed dom zajechał samochód. Trzeba przygotować się do
roboty. Schody wiodące na strych zaskrzypiały.

- Uwaga - syknęłam.

Pierwszy na strych wszedł Zbyszek.

- Żadnego koszyka tu nie widzę - mówił. - Zdaje się, że...

- Ciii... - szepnął Michał. - Zdawało mi się, że usłyszałem jęk.

- Eeee...

Jęk powtórzył się, tym razem głośniej. Zapaliłam latarkę i
poruszyłam się bezszelestnie.

- O rany! - krzyknął Zbyszek.

Cofnęli się w stronę drzwi.

- Gośka, Jarek! - zawołał Michał. - Nie wygłupiajcie się!

- 116 -

Ale my sunęliśmy naprzód, jęcząc i szykując kartofle.

- Oj, nie wygłupiajcie się, duchy! - wrzeszczał Zbyszek. -
Myślicie, żeście nas przestraszyli?

Rzuciłam w niego kartoflem. Zaczęło się. Chłopcy pognali po
amunicję, rozgorzała bitwa. Ale na ciemnym strychu można było
naprawdę ponabijać sobie guzów, więc zepchnęliśmy „ofiary” na
dół i bitwa zakończyła się w ogrodzie.

- Hy, hy, hy! Co za duchy! - darł się Zbyszek ściągając ze mnie
prześcieradło. - Przy świetle dziennym my jesteśmy panami
sytuacji!

„Światło dzienne” było już światłem wieczorowym, więc
rodzice przerwali bitwę wołając na kolację.

Po kolacji, gdy się całkiem ściemniło, hasaliśmy po krzakach
przy ścieżce, polując na przechodniów. Zjawił się pierwszy i

- 117 -

Zbyszek chrząknął szykując się do jęków, ale szarpnęłam go za
rękę:

- Stój, to profesor!

Więc profesor bez przeszkód powrócił ze spacerku do
„Muszelki”.

- Szkoda, że Cozadzieci już w domu - westchnął Michał. - Ją
nastraszyłbym z przyjemnością!

- No! Myślę!
Nie mieliśmy szczęścia, nikt „porządny” się nie trafił. Omal nie
wpadliśmy na milicjanta, ale w porę spostrzegliśmy okrągłą
czapkę.
Wróciliśmy więc z wyprawy.
Tym razem spaliśmy w domu. Rodzice wolą mieć nas pod ręką.

- 118 -

Nie powiedziałam chłopcom o Jarku. Na razie nie muszą
wiedzieć. Przed zaśnięciem spytałam mamę:

- Mamo, czy dzieci mogą przeżywać dramat?
- Jeszcze jak! - odparła patrząc na mnie uważnie. - A dlaczego o
to pytasz?
- Aa... tak sobie.
Długo nie mogłam usnąć.

- 119 -

Dzień jak co dzień

- Bardzo was proszę - powiedziała mama następnego dnia -
żeby obyło się dzisiaj bez awantur. Głowa mnie boli i chciałabym
wypocząć.

- Słyszycie? - tata groźnie zmarszczył brwi. - Od tej wyprawy
na zatokę skończyły się podobne awantury! Zabierzemy się do
was.

Milczymy, no bo co można powiedzieć? Z tej porannej
przemowy jasno widać, że dzisiejszy dzień będzie nudnawy.
Mama wzięła proszek i książkę, tata parasol, koc i gazetę i
wędrujemy na plażę. Tym razem nie nad pełne morze, tylko nad
zatokę.

- Tam jest więcej cienia - orzekła mama.

Owszem, cień jest, ale też niezliczone ilości komarów, różnych
muszek i muszeczek. Nie można wytrzymać. Jak się jest w ruchu,
to nie tak strasznie, ale spróbuj usiąść na chwilę. Toteż humor
mamy jeszcze się pogorszył.

- Oj, jaki ze mnie gapa! - tata stuknął się nagle w czoło. -
Ciekawe, po co przywiozłem ten cudowny płyn
przeciwkomarowy! Całkiem zapomniałem.

- No widzisz - westchnęła mama z naganą. - A ja się tak męczę!
Poślij któreś z dzieci, niech przyniesie.

- Wolę iść sam, one nie znajdą - powiedział tata i wrócił do
domu.

A my - do wody! Tu przynajmniej komary nie tną. Mama nawet
nas nie obserwuje, zatoka bezpieczna. Fal prawie wcale nie ma,
pełno mielizn. Zupełnie jak jezioro.

Jakaś para wypływa z trzcin na kajaku, z portu słychać syrenę
„Olimpii”, gdzieś warczy motorówka.

- 120 -

Grzecznie pływamy i nie dokazujemy. Michał ćwiczy jakiś
skomplikowany styl pływacki własnej produkcji, Zbyszek z
Jarkiem założyli się, kto dłużej wytrzyma pod wodą, i muszę
sędziować. Adzik został na brzegu, bo ma katar, i smętnym
wzrokiem śledzi nasze wyczyny. Jumpo goni jakiegoś bąka czy
trzmiela i szczeka.

Obaj chłopcy wynurzyli się na powierzchnię jednocześnie,
wobec tego zawody nie rozstrzygnięte. Ale mnie już znudziło się
sędziowanie i zaczynam fikać koziołki.

Chłopcy zmówili się i chcą mnie „utopić”. Wykręcam się, jak
mogę, ale ich jest trzech, więc napiłam się wody porządnie.

Potem zawody. Kto pierwszy do mety crawlem? Oczywiście,
metą jestem znowu ja.

Wygrał Michał przed Zbyszkiem i Jarkiem, którzy nadpłynęli
jednocześnie. Kłócą się i chcą jeszcze raz rozegrać wyścig, ale
„meta” ucieka, bo na brzegu zaroiło się od kolonistek. Nastąpił
przyjemny gwar, ale mama nie uznała go wcale za miły, bo z
trzaskiem zamknęła książkę i przeniosła się z kocem dużo dalej.
Tata poszedł za nią, wołając nas do smarowania tym cudownym
antykomarzydłem.

Nie mamy jednak zamiaru wyłazić na dłużej z wody, więc
olejek jest niepotrzebny. Tylko Adzik, ofiara kataru, został
dokładnie wysmarowany i kpi sobie ze skrzydlatych żądełek.

Nad zatokę przyszły cztery grupy, dwie najmłodsze i dwie
najstarsze. Piąta, w której znajduje się Baśka, poszła na spacer do
Juraty. Wobec tego wracam do wody. Ale Irka, którą widziałam
raz z Baśką na plaży, poznała mnie i woła:

- Gośka, cześć! Gdzie masz koc?

- Mama siedzi na kocu - odpowiadam. - Ale znam takie? fajne
miejsce, o, tam!

- 121 -

- Wspaniale! Bronka, Zośka, Lodka! - nawołuje Irka. - Chodźcie
tu z tym kocem!

Nadbiegają trzy dziewczynki i rozkładają koc w fajnym
miejscu.

- Wdechowo tutaj - mówi jedna.

- Gdzie masz krem?

- Po co krem? Idziemy do wody!

Rozbierają się szybko. Irka ogląda się.

- Oj, a która zostanie przypilnować koca?

- Ja nie!

- Ja też nie! Wolę iść do wody.

- No, to kto? - martwi się Irka. - Jeszcze te „staruchy” nam
wlezą! One uważają, że dla nich najlepsze miejsca. A ty, Gośka,
idziesz do wody?

- Oczywiście! Ale, wiecie co? - wpadam na pomysł. - Mój brat
ma katar, niech posiedzi!

- Oj, to świetnie! - cieszą się dziewczęta.

Wołam Adzika i polecam koc jego opiece.

- Siedź tu i nikogo nie wpuszczaj! - przykazuję.

Adzik krzywi się, ale milczy.

Bawimy się świetnie. Jedna z dziewcząt ma piłkę, więc gra na
sto dwa! Śmiech, nawoływania, piski, krzyki! Cała zatoka
(oczywiście na mieliźnie) kipi. Co trzecia z dziewcząt ma na imię
Baśka, a co czwarta Kryśka, więc zamieszanie niemałe. Niektóre
dobrze pływają, inne słabiej, a kilka zaczyna się uczyć. Koleżanki
udzielają fachowych porad. Chłopcy odsuwają się od tego
bałaganu z pogardą i w milczeniu pływają na głębszej wodzie.

Bawię się przez chwilę z dziewczętami, ale widzę, że chłopcy
wynoszą się na ląd, więc biegnę za nimi.

- 122 -

- Dlaczego nie zostałaś z tymi gęsiami? - rzucił przez ramię
Zbyszek. - To akurat dla ciebie towarzystwo.

- Nie gadaj głupio! - zaciskam pięści. - Dziewczęta wcale nie są
gęsi!

- To baw się z nimi.
- Też coś! One tylko piszczą i... a zresztą, proszę bardzo -
obrażam się. - Chcecie się mnie pozbyć?
- No i powiedzcie, czy ona nie baba! - woła Zbyszek mrugając
do chłopców. - Zaraz się obraża!
Błyskawicznie rzucam się na niego i, zanim zrozumiał, o co
chodzi, wylądował na ziemi powalony chwytem, którego sam
mnie nauczył.
Siadam na nim okrakiem i walę po żebrach.
- Kto baba? Kto baba? Odwołaj!
Jarek zaśmiewa się do łez.
- Widzisz, Zbyszek? Z taką lepiej nie zaczynaj!
Zbyszek wali piętami o ziemię, kręci głową i woła z udanym
przerażeniem:
- Litości! Litości! Pardon!
- Kto baba?! - ryczę groźnie, nie przestając walić.
- Nie ty! Są wyjątki! Ty jesteś wyjątkiem!
- No! - stwierdzam z satysfakcją, rozluźniam chwyt... i za
chwilę ląduję na ziemi, ale Zbyszek wspaniałomyślnie daruje mi
potłuczone kości.
Jarek jest zachwycony moją zręcznością.
- Całkiem jak chłopak!
- Cóż chcesz! - odpowiada Michał. - Trzeba sobie siostrę
wychowywać!

- 123 -

„Zależy, kto kogo wychowuje!” - myślę, ale milczę. Niech się
cieszy!

Wołam Adzika i idziemy się przejść. Tak sobie, bez celu.
Michał nie chce iść do bunkra, bo już go przestał bawić. Należy
przecież do Miki.

Spotykamy Mikę na jednej ze ścieżek.
Chłopcy powitali się krótkim „cześć” i zapadło milczenie.
Wreszcie Michał uśmiechnął się i spytał:
- Byłeś w bunkrze?
- Nie, nie byłem jeszcze.
- A sieci?...
- Dziadek zabrał - westchnął Mika. - Będę musiał postarać się o
nowe.
- Wszystko zabrał? - wtrącił Zbyszek. - Haczyki też?
- Nie, bo ich przecież nie brałem. Są w bunkrze.
Znów milczenie.
- No to... - chrząka Michał po chwili. - Masz czas? Bo mógłbyś
zostać z nami... Na pewno coś się wymyśli.
- Mogę na trochę - godzi się Mika.
- W co się zabawimy? - pytam.
Ale Michał marszczy czoło.
- Widzicie ją, bawić się chce! - prycha pogardliwie.
Patrzę na niego ze zdziwieniem. Co mu się stało?
Uprzedza moje pytanie i mówi szybko:
- Możemy iść do portu, co?
- Mamy się bawić - uśmiecha się Mika patrząc na mnie.
- Eee! Zawracanie głowy! - macha ręką Michał.
Co on wyprawia?!

- 124 -

Mika wyciąga z kieszeni nóż.

- Gramy?

Michał godzi się i przykucamy na ziemi. Ja też potrafię grać w
noże i Michał wie o tym, ale teraz odsuwa mnie na bok i mówi:

- To nie dla dziewczynek.

Jestem zdumiona. Mika uśmiecha się po swojemu.

I nagle zrozumiałam. Michał po prostu zgrywa się przed nim!
No tak, wstydzi się tego, że zawsze razem się bawimy. Chce
udawać takiego, jak Mika. Widocznie tamten musiał mu czymś
zaimponować. Chyba wtedy, na zatoce.

Przyglądam mu się spod oka. Nie od dziś znam przecież
najstarszego.

Grę przerwał wreszcie Mika. Znudziło mu się, choć miał cały
czas przewagę nad Michałem, który jest zawsze taki zręczny przy
nożach.

- Chodźmy do portu - mówi przeciągając się.

I znowu nie poznaję Michała. Wstaje i posłusznie idzie za nim.
A przecież on zawsze był wodzem, nie znosił, żeby ktoś
dyktował, co ma robić. Przynajmniej dyskutował każdy projekt. A
teraz bez gadania...

Idziemy za nimi. W porcie nie ma nic nadzwyczajnego. Pusto,
nudnawo. Tylko kutry stoją ciasno obok siebie, łatwo na nie
wejść. Toteż Zbyszek już tam jest. Na drugim od brzegu,
opatrzonym numerem 14, potknął się o coś i rozłożył jak długi na
pokładzie. Nogi zaplątały mu się w leżącej przy burcie sieci.

- Zbyszek! Uważaj! - ostrzegł Jarek, bo z budki sąsiedniego
kutra wysunął się jakiś rybak i woła coś po kaszubsku.

Zbyszek zerwał się i ruszył do burty, ale sieć wlecze się za nim.
Wreszcie wyplątał jakoś nogę i zwiał z kutra.

- 125 -

Kawałek sieci zwisa z burty. Rybak podnosi ją, ogląda, czy nie
porwana, i rzuca w kąt, za budkę.

Zbyszek śmieje się i gra palcem na nosie. Mika stoi nieruchomo
i patrzy na rybaka. Potem mówi:

- Chodźmy! Nic ciekawego.
Wychodzimy więc z portu.
Przed kinem stoi trzech starszych chłopców. Jeden zawołał
Mikę, a on kiwnął nam głową i poszedł do nich. Michał spojrzał
za nim, machnął ręką i wróciliśmy nad zatokę.
Rodziców już nie ma, wypłoszyły ich komary. Mimo
cudownego olejku.
W domu trafiamy na obiad.
- Nareszcie jesteście! - przywitała nas mama. - Czy musicie tak
ciągle znikać?

- 126 -

Mamę jeszcze boli głowa i dlatego nie przypominamy, jak
kiedyś sama mówiła, że chcą mieć spokój, więc możemy znikać.

Po obiedzie mama położyła się na leżaku w ogrodzie, połknęła
dwa proszki i zasnęła szybko. Tata pozmywał naczynia i zabrał
się do naprawiania maszynki elektrycznej. Adzik pilnie mu
asystuje.

Wychodzimy do ogrodu. Michał znów jest sobą i mówi:

- Jarek, gdzie piłka?

- Zrobi się.

Gramy w części ogrodu należącej do „Muszelki”, bo tutaj jest
równiej. Zbyszek i ja - to jedna drużyna, a Jarek i Michał - druga.
Raz ja jestem na bramce, a Zbyszek „kiwa się” z Michałem, to
znów on łapie, a ja walczę z Jarkiem.

W kulminacyjnym punkcie piłka znika. Okazuje się, że wpadła
do piwnicy „Muszelki” przez okienko.

- Jak ją wyciągnąć? - pytam. - Okienko wąskie.

- Zwyczajnie, poprosi się kierownika domu o klucze do piwnicy
- mówi Michał i wchodzi do budynku.

W całym domu nikogo nie ma. Mam na myśli personel.

Drzwi piwnicy zamknięte.

- Trudno, musimy przez okienko - decyduje Michał. - Spróbuj
ty, Zbyszek, jesteś cieńszy.

Ale Zbyszek nie mieści się w otworze.

- To może Adzik? - mówię.

Wołamy Adzika.

- Tam gdzieś jest piłka, musisz ją wyciągnąć - tłumaczy
Zbyszek.

Adzik wsuwa się do otworu. Zmieścił się dosyć łatwo.

- Jest?

- 127 -

- Odsuńcie się od okna, bo nic nie widzę! - woła.
- Jest? - niecierpliwi się Zbyszek.
Adzik chwilę milczy.
- Jest! - oznajmia wreszcie.
- No to wyłaź!
- Ale jak?
- Nie dasz rady? - pyta Michał. - Nie ma tam na co wyleźć?
- Jest skrzynka.
- Wdrap się po niej.
- Za mała!
- To popluj pod nogi! - śmieje się Zbyszek.
- Nie, serio, jak on wylezie? - zaczynam się martwić. - Może
podać mu tam jakąś drabinkę?
- To może deskę? - podskoczył Zbyszek. - Widziałem taką jedną
za naszym domem.
- Dobra. Adzik, wyleziesz po desce? - pyta Michał.
- Jasne!
Więc Zbyszek przyniósł sporą deskę i zaczęliśmy wsuwać ją
przez okienko. Nagle, zupełnie niespodziewanie, rozległ się za
nami oburzony głos:
- Tego to już za wiele!
Cozadzieci!!!
- Nie dość, że broją niesamowicie, to zabierają się do
myszkowania po cudzych piwnicach!
- Ależ, proszę pani... - próbował zaprotestować Michał.
- O, już wy dobrze wiecie, kiedy personel jest w domu, a kiedy
go nie ma! Znudziły wam się inne zabawy, to robicie wyprawy do
piwnic!

- 128 -

- Piłka nam wpadła! - wrzasnął Michał chcąc ją przekrzyczeć.
- Kłamiesz! Co za bezczelne i nieznośne dzieci! - wołała
wchodząc do „Muszelki”. - Stanowczo wasi rodzice powinni
ukrócić te wybryki!
Mruczała jeszcze coś pod nosem, ale tego już nie dosłyszeliśmy.
- Nie sprawdzi, jak jest, i wymyśla - Zbyszek zacisnął pięści. -
Szkaradny babsztyl!
- Tak, ona jest okropna - zgrzytnął zębami Michał. - Na pewno
myślała, że ta deska jest z piwnicy, że Adzik zabiera stamtąd
różne rzeczy i wysyła na górę. Złodziei z nas zrobiła!
- To już za dużo - mówię. - Co ona sobie myśli?
- Wyciągniemy Adzika i trzeba będzie zrobić jej jakiś kawał! -
zawołał Zbyszek.
- Dobra!
Adzik wraz z piłką wydostał się po desce na wolność i
schowaliśmy się w namiocie, żeby coś wymyślić. Mama w
dalszym ciągu drzemie, tata poszedł po gazety, można więc
działać.
- Zróbmy jej... - zaczyna Zbyszek, ale Michał przerywa:
- Nie możemy teraz zrobić jej mocnego kawału, bo to przecież
jeszcze nie ostateczna zemsta. Poczekajmy, aż zbierze się więcej
„materiału”. Ale możemy posłać jej karteczkę...
- Oo! Fajno! - przytakuję. - Ale z czym? Jakiś wierszyk?
- Właśnie! Wierszyk! - cieszy się Zbyszek. - Ale mocny!
- Jeszcze raz mówię, że nie możemy na razie nic mocnego -
niecierpliwi się Michał. - Myślę, że rysunek wystarczy.
- Ee... - krzywi się Zbyszek, ale ja mówię szybko:
- Rysunek, właśnie rysunek!

- 129 -

- Ty go narysujesz - decyduje najstarszy. - Żeby była na nim
Cozadzieci, gdy na nas wrzeszczy.

- Dobra.

Idę po papier i ołówek i po chwili na kartce pojawia się
karykatura Cozadzieci wrzeszczącej na pięciu niewinnych
aniołków.

Nad nią Michał umieścił napis: „Niesłuszne wrzaski”.
- Niech będzie i to. A teraz wrzucimy kartkę przez okno -
powiedział.
Owinęliśmy w karteczkę niewielki kamyk i Zbyszek posłał go
zręcznie do pokoju Cozadzieci. Schowaliśmy się w krzakach,
myśląc, że zaraz wyskoczy i będzie krzyczeć albo pójdzie na
skargę do mamy, ale nikt się nie zjawiał.
- Albo śpi, albo jej nie ma - orzekł Michał. - Chodźmy do lasu.
Nie było co robić, więc włóczyliśmy się bez celu.
Chłopcy rozmawiali o sporcie, a ja, idąc w tyle, rozmyślałam
nad sprawą Jarka.

- 130 -

Muszę mu pomóc, ale jak?

Jak się to mówi: „wspólna tajemnica złączyła nas” i
zaprzyjaźniliśmy się jeszcze bardziej. Oczywiście, po mnie nic nie
widać, że znam jakąś tajemnicę. Jarek też jest „Indianinem”, tylko
zaczął teraz więcej ze mną rozmawiać i bawić się. Zbyszek i
Michał mrugają do siebie porozumiewawczo, ale na mnie to nie
działa. Niech sobie mrugają, za to ja znam tajemnicę Jarka.

Obiecałam mu pomóc, ale na razie, chociaż potrafię być „małą
kobietką”, jak mówi mama - nic nie wymyśliłam. No, bo cóż
może zdziałać dwunastoletnia kobieta w takiej dorosłej sprawie?
Chociaż kilku smarkaczy na pewno by coś wymyśliło... ale na
razie wolę nie mówić nic braciom. Jeszcze coś pokręcą, a tu
trzeba być ostrożnym. Więc sama muszę coś wymyślić? Hm...

Przyglądałam się kilkakrotnie Typowi i zastanawiałam się, czy
mógłby ożenić się z mamą Jarka, chłopca oddać do internatu, żeby
mu nie przeszkadzał, a potem porzucić panią Marcinowską?
Napotkałam jego wzrok i pomyślałam, że mógłby to zrobić.
I jeszcze coś o wiele gorszego.

A jego żona? A dzieci? Jak ostrzec panią Marcinowską? W tym
sęk.

Myślałam nad tą sprawą również przy kolacji. W pewnej chwili
poczułam silniejszy szturchaniec od strony Zbyszka. Oddałam
sójkę i pytam, o co chodzi.

- Idzie Cozadzieci! Na skargę - syknął.

Groźna niewiasta zbliżyła się zamaszystym krokiem do
werandy. Po przywitaniu się zaczęła:

- Bardzo przepraszam, ale muszę z przykrością - robiła to z
satysfakcją - poskarżyć się na zachowanie dzieci państwa.

Mama spojrzała na nas przelotnie.

- 131 -

- Proszę, niech pani usiądzie - powiedziała podsuwając jej
krzesło. - Cóż one znów zrobiły?

- Dziękuję, wpadłam na chwilkę. Co one narobiły? Posunęły się
za daleko, proszę pani! Za to, że zwróciłam im uwagę, wrzuciły
do mojego pokoju kamień owinięty w ten oto rysunek.

I tragicznym gestem podsunęła mamie karteczkę.
- „Niesłuszne wrzaski!” - przeczytała mama. - Co to ma
znaczyć? - zwróciła się w naszą stronę.
- To już jest bezczelność! - kipiała Cozadzieci.
- Co macie na swoją obronę? - spytał tatuś.
Zbyszek wysuwa się naprzód i mówi:
- To jest tylko delikatne ostrzeżenie.
- Ostrzeżenie! Bezczelność! - Cozadzieci wzniosła oczy ku
niebu.
- Spuść trochę z tonu - powiedział tata patrząc surowo na
Zbyszka. - A czy szanowna pani dała im jakiś powód do napisania
tego... ostrzeżenia?
- Powód! Chyba wolno zwracać dzieciom uwagę! To jest
lekceważenie starszego człowieka przez rozpuszczone bachory!
- Dlaczego to zrobiliście? - spytała mama.
- Bo zwrócenie uwagi było trochę za głoś... To jest - poprawił
się grzecznie Michał - ta pani krzyczała na nas niesłusznie.
- Właśnie! - podskoczył Zbyszek. - Bo my tylko chcieliśmy
wyciągnąć stamtąd piłkę i nie mieliśmy zamiaru zmalować czegoś
nowego.
- Oni tak się wykręcają - zagrzmiała Cozadzieci. - Ale już mi
nie idzie o piwnicę, tylko o ich zachowanie się wobec mnie.
- Za to zostaną ukarani - zapewnił tata.

- 132 -

- W takim razie żegnam państwa. Ale proszę o zwrócenie
większej uwagi na ich wybryki!

Wyniosła się „dumna i blada”.

Rodzice spojrzeli na nas. Wcale nie pospuszczaliśmy głów.

- O co tu właściwie chodzi? - spytał tata.

- Bo ta czarna piłka wpadła nam przez okienko do piwnicy
„Muszelki” - tłumaczy Michał. - Weszliśmy po prostu do
piwnicy...

- Przez to okienko?

- Tak, bo drzwi były zamknięte. Adzik właściwie sam tam
wlazł, a potem nie mógł się wydostać. Więc wsunęliśmy mu
deskę.

- A na to nadeszła ta cała Cozadzieci i zrobiła nam awanturę za
łażenie po cudzych piwnicach - dodał Zbyszek. - Nazwała nas
prawie złodziejami!

- O! To trochę za mocne - zmarszczył się tata.

- I nie chciała nam wierzyć!

- Więc „wyszliśmy z nerw”!

- Mogliście „wyjść z nerw”, ale ta karteczka to trochę za dużo -
potwierdziła mama. - Rozumiemy, że ta pani jest nerwowa, ale do
waszego zachowania trudno się przyzwyczaić. Więc proszę was,
bądźcie wobec niej grzeczni i nie posuwajcie się do...
bezczelności.

- Tak jest, trochę się zagalopowaliście - przytaknął tata. -
Pójdziecie ją przeprosić.

- Oj, to najgorsze! - zajęczeliśmy chóralnie.

- Ona teraz poszła na spacer - zauważył Zbyszek. - Po kolacji ją
przeprosimy, dobrze?

- Dobrze - zgodziła się mama.

- 133 -

- A kto to rysował? - spytał tata oglądając karteczkę.
- Gośka.
- Całkiem podobna! - uśmiechnął się tata.
- Pawełku! - skarciła go mama.
Tata westchnął posyłając jej skruszone spojrzenie i schował
karteczkę do kieszeni.
Dokończyliśmy kolacji i - za zgodą rodziców - zniknęliśmy w
lesie. Jednakże nie kleiła się nam żadna zabawa. Chłopcy,
pogderawszy na Cozadzieci, zaczęli rozmawiać o samochodach,
samolotach i w ogóle o nowoczesnej technice, a ja wlokłam się za
nimi, rozmyślając wciąż o sprawie Jarka.
Pokręciliśmy się na skraju lasu i zawróciliśmy w stronę głównej
ścieżki, aby spotkać się z Cozadzieci i przeprosić ją (niekiedy
zdarza się nam wypełnić w jak najkrótszym czasie polecenia
rodziców). Widocznie za mało staraliśmy się o to czy też
przedłużyła sobie spacer, dość że przeprosiny nie doszły do
skutku.

- 134 -

Zemsta

Nazajutrz rano tata zwrócił się do nas surowo:
- Przeprosiliście Cozadzieci?
Spojrzeliśmy po sobie.
- Jeszcze nie - odparłam - ale zaraz to zrobimy.
- No! - i tata pogroził nam palcem.
Po śniadaniu wyruszamy na poszukiwanie Cozadzieci.
- Ale ty będziesz gadać, Gośka! - zaznaczył Michał. - My sobie
staniemy trochę z boku, a ty weź Adzika. On tak niewinnie
wygląda...
Na Cozadzieci natknęliśmy się bardzo prędko. Szła ścieżką w
stronę miasta. Na nasz widok zrobiła surową minę.
Chłopcy przesunęli się trochę do tyłu, a ja wzięłam Adzika za
rękę i wyruszyłam na spotkanie groźnej matrony.
Zatrzymała się wyczekująco.
Spuściłam pokornie oczy i lekko trąciłam Adzika, który w tej
chwili podniósł na Cozadzieci swój niewinny wzrok, „błękitny i
czysty”.
Jednocześnie zrobiłam nakazujący ruch nogą. Chłopcy
pospuszczali głowy.
- Czego? - odezwała się surowo.
- Myśmy... myśmy... chcieli przeprosić panią za to... - mówię
cichym głosikiem. - My bardzo przepraszamy i już nie będziemy.
- Tak, przepraszacie! - mruknęła mięknąc trochę. - A czy
rozumiecie... - tu podniosła głos, bo pojawiła się jakaś rodzinka
zdążająca na plażę. Zagryzłam wargi. - A czy rozumiecie, że
wasze zachowanie zaczyna być bardzo... nietaktowne? - Starsza

- 135 -

osoba może chyba zwrócić obcemu dziecku uwagę. A wy jak się
zachowaliście? Bardzo nieładnie! Niżej krytyki!

To mówiąc ruszyła naprzód.
- Pani gniewa się na nas? - szepnęłam „wyżej krytyki”.
- Gniewam się! - burknęła Cozadzieci.
Owa rodzinka przeszła obok, przyglądając się nam ciekawie.
- Słyszałyście? - matka zwróciła się do swych córeczek.
Posłaliśmy za nimi ponure spojrzenia.
- Grunt, że już po przeprosinach - wzruszył ramionami Zbyszek
i kopnął szyszkę. - A z Cozadzieci i tak wojna!
- Ona wyjeżdża pojutrze - powiedział Michał. - Musimy
pomyśleć o zemście.
- Jutro się zemścimy! - zawołał Zbyszek. - Dziś musimy być
grzeczni jak aniołki.
- Chodźmy na plażę - pisnął Adzik.
Poszliśmy więc i byliśmy grzeczni przez cały dzień.
Za to nazajutrz! Co to było! Co za awantura! I mogła się nawet
źle skończyć...
Ale mówmy od początku.
Po kolacji usadowiliśmy się grzecznie w ogrodzie pod czereśnią
(pod!) i zastanawiamy się nad zemstą.
- Wpuścimy jej żabę pod prześcieradło - zaproponował Adzik.
- Też coś! - wzruszył ramionami Michał, a Zbyszek dodał:
- To jest głupie. Trzeba wymyślić coś lepszego.
- No to wymyśl - mruknęłam.
Ale żaden dobry pomysł nie przychodził nam do głowy.
Wreszcie Michał zniechęcił się i machnął ręką.
- Możemy w ogóle się nie mścić!

- 136 -

- Coo?!! Musimy! - podskoczył Zbyszek. - Ja jej nie daruję!

- Ja myślę... - odezwał się milczący dotąd Jarek - ja myślę, że
moglibyśmy urządzić jej prysznic.

- Prysz... to fantazja! - zerwał się Zbyszek. - Tak, tak! Zrobimy
jej prysznic!

- Ale jak? - pytam. - Chyba nie wsadzimy do jej pokoju węża
ogrodowego?

- Nie. Zrobimy tak - tłumaczył Jarek - nad drzwiami
wejściowymi do „Muszelki” jest spora belka. Pozostała jeszcze z
czasu, gdy zamiast werandy był daszek. Pamiętacie?

- Pamiętamy. Ale gadaj szybciej, o co chodzi - niecierpliwimy
się.

- Więc ja myślę, żeby postawić na tej belce wiadro z wodą i
kiedy...

- Racja! - klasnęłam w ręce.- To będzie prysznic! Przywiążemy
do wiadra sznurek i schowamy się za werandę. Takie tam dzikie
wino, że nikt nas nie zauważy.

- Albo można przywiązać wiadro do klamki u drzwi - zapala się
Zbyszek. - Jak ona otworzy, to wiadro samo zleci jej na głowę!

- Właśnie! - podskakuje Adzik. - Tak zrobimy!

- A masz wiadro? - pytam Jarka. - I sznur?

- Jest! Wszystko jest.

- No dobrze - zabrał głos Michał, który był troszkę zły, że to nie
on wpadł na ten pomysł. Chciał go teraz obalić i uśmiechał się
drwiąco. - Wszystko to pięknie, ale Cozadzieci nie wstaje „z
rannym słonkiem”. Jeszcze kogoś innego podlejemy bo przecież
musimy pułapkę założyć bardzo wcześnie.

Milczymy.

- Ale... - Zbyszek nie daje za wygraną.

- 137 -

- Nie ma żadnego ale - stanowczo powiedział najstarszy. - Ten
prysznic nie uda się z Cozadzieci.

- Szkoda, że ona zazwyczaj budzi się w południe - westchnęłam.

- Ale ten pomysł z prysznicem jest fajny - upierał się Zbyszek. -
Musimy zrobić taki kawał, chociażby komu innemu.

- Komu?

- Już wiem! - zawołał Jarek. - W „Muszelce” jest jeden inżynier,
co zawsze raniutko pędzi w kąpielówkach do morza. Jego
możemy podlać.

- Dobra - zgodził się Michał. - On jest młody, to mu na pewno
nie zaszkodzi.

- I nie będzie musiał biec do morza, umyjemy go na miejscu! -
zawołałam.

- Teraz obejrzymy sobie drzwi i belkę - powiedział Michał
wstając. - Wszystko obmyślimy, a jutro raniutko wstaniemy i
założymy wiadro.

Zbadaliśmy teren, zdobyliśmy wiadro, sznur i przemyślawszy
jeszcze raz cały plan, poszliśmy spać.

- A co będzie z zemstą? - spytałam przed zaśnięciem.

- Jutro zobaczymy.

Najwcześniej obudził się Zbyszek i powyciągał nas z łóżek.
Cicho wymknęliśmy się z domu, napełniliśmy wiadro wodą i
zaczęło się windowanie na belkę.

Ale okazało się, że to nie takie proste. Wiadro z wodą było za
ciężkie i musieliśmy ją wylać.

- Jak umocujemy wiadro, to nalejemy wody - powiedział
Michał.

Nie mogliśmy się dostać na belkę, a po drabinę nie było czasu
lecieć. Całe szczęście, że drzwi „Muszelki” nie były zamknięte na
klucz. Zbyszek wdrapał się po drzwiach i umocował wiadro.

- 138 -

Drugi koniec sznura przywiązaliśmy do klamki. Trzeba było
zachować ostrożność, no i śpieszyć się, więc nie zwracaliśmy
uwagi na okolicę.

Podałam właśnie Zbyszkowi dzbanek z wodą, gdy wtem rozległ
się ostrzegawczy krzyk Adzika i niemniej doniosły wrzask
Cozadzieci.

Zbyszek stracił równowagę i zleciał z belki, wiadro za nim,
oblewając jego i nas wodą. A Cozadzieci wsiadła na nas! Że
chcieliśmy się na niej zemścić, bo to na nią pułapka.

Otworzyły się okna, wczasowicze pytają, o co chodzi, hałas,
wrzask!

A my nawet nie uciekaliśmy. Byliśmy zbyt zdumieni. Bo
Cozadzieci, ten „południowy” ptaszek, zaszła nas od zewnątrz, z
podwórza! Wracała już ze spaceru!

Szkoda, że nie wstaliśmy wcześniej!

- Wstydu te dzieci nie mają! Dopiero wczoraj przepraszały, a
dzisiaj znów od rana broją!

I zaprowadziła nas przed oblicza rodziców.

Posypała się Niagara skarg, Cozadzieci koniecznie chciała
swym wrzaskiem rozbudzić wszystkich okolicznych
mieszkańców. Ten wodospad zażaleń przerwał wreszcie tata
groźnym zapytaniem:

- Czy to na tę panią zastawiliście pułapkę?

- Nie! - odwrzasnęliśmy chórem. - Na pana inżyniera!

- Kłamią! Kłamią! - zawołała Cozadzieci. - To było na mnie, to
przez zemstę! Co za niegodziwe dzieci! Kłamczuchy! Mściwe!

Rodzice zesztywnieli. Brew taty zaczęła drgać.

- Nasze dzieci nigdy nie kłamią! - oznajmił dobitnie.

Cozadzieci wyniosła się, oburzona do głębi.

- 139 -

Nie było długiego kazania, rodzice czuli się dotknięci. A my,
nie czekając, aż odbiorą od nas przyrzeczenie, że będziemy
grzeczni wobec Cozadzieci, zniknęliśmy w lesie.

Można powiedzieć, że „dyszeliśmy zemstą”.
- Wstrętny babsztyl! - wściekał się Zbyszek. -
Nie, będę bez litości!
- Obmyślamy zemstę - rzekł zimnym głosem Michał.
Rozpoczęliśmy naradę.
Do obiadu wszystko było postanowione. Zjedliśmy spokojnie, a
potem zabraliśmy się do przygotowania zemsty.
Nie była zbyt mądra, ale nic lepszego nie przyszło nam do
głowy, a czasu mało.
Znalazło się jeszcze jedno stare prześcieradło i spory drut,
giętki, ale trzymający się pionowo. Czarną farbą wymalowałam na
prześcieradle szkielet ludzki. Naciągnęliśmy je na ramę z drutu i
zeszyliśmy po bokach. Michał wyjął z walizki szelki Jumpo.
Postaraliśmy się również o mocny płócienny „kaganiec” dla psa.
Wreszcie wpakowaliśmy to wszystko do worka i po kolacji
czekaliśmy, kiedy Cozadzieci wyjdzie na swą zwykłą
przechadzkę.
Rodzice wzięli nas z sobą na spacer do Juraty, ale uciekliśmy im
przez las.
W „Muszelce” nie było żywej duszy. Bez ceremonii
wpakowaliśmy do worka zdumionego i zaniepokojonego Jumpo i
po gałęziach czereśni dostaliśmy się na dach werandy, a stamtąd
przez otwarte okno do pokoju Cozadzieci.

- 140 -

Zapadał zmrok, trzeba było się spieszyć.

Założyłam psu kaganiec, a chłopcy przymocowali do jego
szelek ramę z naciągniętym prześcieradłem.

Przywiązaliśmy Jumpo na długim sznurku w ten sposób, że gdy
Cozadzieci otworzy drzwi, sznurek opadnie i pies skoczy ku
wyjściu.

„Duch” wyglądał imponująco na ciemnym tle szafy.

Jumpo ma białą sierść, więc nie odbijał od reszty „ducha”. Na
jęki również mogliśmy liczyć, bo pies już zaczął warczeć i
piszczeć. Pocałowałam go na pociechę w kudłaty łeb i cicho
wynieśliśmy się przez okno.

Był już najwyższy czas. Rodzice wrócili, zaczęli schodzić się
„muszelkowcy”. Tylko Cozadzieci jakoś nie było widać i baliśmy

- 141 -

się, żeby ktoś inny nie zechciał sprawdzić źródła jęków, bo Jumpo
spisywał się znakomicie.

Nareszcie!
Schowaliśmy się głębiej w krzaki, Cozadzieci minęła nas,
weszła do „Muszelki” i...
Wstrzymaliśmy oddechy. Z naszego odległego miejsca
słyszeliśmy niemal zgrzyt klucza w zamku.
Przeleciało mi przez myśl, że przecież ona ze strachu może
dostać ataku serca, ale było już za późno...
Przeraźliwy krzyk poderwał wszystkich wczasowiczów na nogi.
Pobiegli na górę. Zrobił się ruch, nawoływania, krzyki. Przez
otwarte drzwi „Muszelki” wypadło białe widmo i warcząc
pognało w krzaki.
- Doktora! Prędko doktora! - rozległo się nagle wołanie.
Spojrzałam na chłopców - byli bladzi.
Gdy nasz tatuś wybiegł z domu, uciekliśmy. Nie mówiąc nic,
gnaliśmy przed siebie jak zwariowani. Po drodze znaleźliśmy
strzępy prześcieradła.
Opamiętaliśmy się aż pod Juratą.
- I co my teraz zrobimy? - jęknęłam. - Jeśli ona...
Przeleciał nas dreszcz strachu. Co to będzie? Cośmy narobili?
- To był idiotyczny pomysł! - krzyknął Michał. - Co teraz
będzie? - Broda mu się trzęsła.
- Uciekajmy! - zerwał się Zbyszek. - Uciekajmy jak najdalej! Po
tym wszystkim to chyba nas zamkną!
- Tak od razu... to nie zamkną - szepnął Jarek.
- Po cośmy to zrobili! A może ona jest chora na serce? -
Zbyszka ruszyło sumienie. - To w ogóle było głupie!

- 142 -

- Właśnie! Jeśli... - jęknął Michał i nagle wrzasnął: - To jest
morderstwo, rozumiecie?! Musimy uciekać!

Zerwaliśmy się.
- Tylko dokąd? - spytałam.
- Prosto przed siebie. Jak najdalej! - Michał już się opanował. -
Przeczekamy noc w lesie, a potem spróbujemy uciec z półwyspu.

- Albo statkiem za granicę - dodał Zbyszek.
- Szkoda czasu na gadanie - uciął Michał. - Idziemy!
- Czekajcie. Ktoś nas goni! - krzyknął Adzik chwytając mnie za
rękę. - O tam, w krzakach!

- 143 -

Stanęliśmy. Poznałam.

- To Jumpo!

Pies skoczył mi aż na ramiona i lizał po twarzy.

- Jumpo! Jumpo! - szeptałam obejmując go rękami. - Cośmy
narobili!

- Cicho! Idziemy! Musimy przekraść się przez Juratę -
powiedział Michał. - Teraz ciemno, może nas nie zauważą.

Przeszliśmy ostrożnie przez zasypiającą Juratę, a potem znów
las.

- Całe szczęście, że tu tak dużo lasów - sapał Zbyszek. - Może
się jakoś wywiniemy.

Nie poprawiło nam to humorów.

Wreszcie Adzik zatrzymał się.

- Ja już dalej nie mogę - rzekł płaczliwie. - Nogi mnie bolą,
zimno mi!

- Jeszcze kawałek, Adzik. Wytrzymaj! - prosiłam.

Ale nie uszliśmy daleko.

- Tu odpoczniemy - zawyrokował Michał siadając na piasku w
jakimś zagłębieniu między wydmami. - Odpoczniemy i pójdziemy
dalej.

Zbyszek zdjął swoją bluzę i okrył nią Adzika, który, zmęczony,
usnął natychmiast na moich kolanach. Było zimno, więc
przytuliliśmy się do siebie. Sami nie wiedząc, kiedy - zasnęliśmy.

Obudził nas przeraźliwy ziąb. Niebo już poszarzało, wstawał
nowy dzień.

- A mieliśmy tylko chwilę odpocząć! - powiedział Michał z
wyrzutem.

Dla rozgrzewki urządziliśmy niewielką bitwę, a potem naradę.

Co robić?

- 144 -

- W dalszym ciągu kryjemy się w lesie - zadecydował Michał. -
I idziemy dalej.

- W ten sposób dojdziemy aż do Helu, a tam półwysep się
kończy - mruknął Jarek. - Trzeba było wiać w przeciwnym
kierunku.

- Trzeba było! Kiedy każdy stracił głowę - westchnęłam.

- Na razie idziemy dalej, a potem się coś wymyśli - powiedział
najstarszy.

I znów, jak ścigani przestępcy, przekradamy się lasem.

Adzik wygląda kiepsko i zaczął kichać. Jeszcze się przeziębi!
Na szczęście dzień upalny.

Zaczął nam dokuczać głód. Przeszukaliśmy wszystkie kieszenie
i znaleźliśmy tylko dwa złote. Starczyło na jedną „długą bułkę”.
Jarek przekradł się do wsi (nawet nie wiem, co za miejscowość) i
przyniósł ją do lasu. Po chwileczce nie zostało ani okruszynki.

No i jesteśmy włóczęgami! Musimy się ukrywać. Ta myśl w
pewnej chwili zaczęła nas trochę bawić.

Ale już po południu odechciało nam się włóczęgi. Żołądki
przeraźliwie puste, a nie mamy ani grosza!

Dowlekliśmy się na koniec półwyspu, do „miasta” Hel. Już
wcale się nie ukrywaliśmy. Zeszliśmy na plażę. Tutaj siadamy na
wydmach.

Na pewno rodzice zawiadomili milicję o naszym zniknięciu...

A niechby nas znaleźli! Mnie i tak już wszystko jedno,
przynajmniej dadzą jeść... Chłopcy pewnie też tak myślą, ale nikt
nie odzywa się pierwszy.

Siedzimy i czekamy, aż nas znajdą.

Wybawienie nastąpiło pod wieczór. Przyszedł milicjant z jakimś
rybakiem i zabrali nas na komisariat. A potem odtransportowali
samochodem do domu, gdzie czekał obiad i zaniepokojeni

- 145 -

rodzice. Więcej wystraszeni niż zagniewani. Nie pytając o nic,
wpakowali nas do łóżek i dali po aspirynie.

Przed zaśnięciem spytałam zbierając całą odwagę:
- A... ona? Czy zdrowa?
Mama odwróciła się od drzwi i powiedziała:
- Zdrowa, wyjechała już.
Natychmiast ogarnął nas sen.

- 146 -

Bliscy zbawienia

Adzik przeziębił się tej pełnej przygód nocy i został w łóżku.
Tatuś mówi, że do jutra mu przejdzie. Rano rodzice nie odezwali
się do nas ani słowem. My też milczeliśmy, mieliśmy czas
przemyśleć całą drakę. I jeszcze raz doszliśmy do wniosku, że to
było bardzo głupie i nie na miejscu, na poziomie pięcioletnich
smarkaczy. I nie wiadomo, na kim ta „zemsta” najbardziej się
zemściła. Myślę, że chyba najmniej na Cozadzieci, która po
pierwszej chwili przerażenia przyszła całkowicie do siebie i w
kwitnącym zdrowiu wyjechała do domu. Potem mama
powiedziała nam, że gdy zniknęliśmy, Cozadzieci przebaczyła
wszystkie psoty i omal nie została do następnego pociągu, tak
była o nas niespokojna.

Najbardziej „zemsta” ugodziła w rodziców. Oni przecież nie
spali całą noc, prawie cały następny dzień szukali nas i
zamartwiali się z naszego powodu. Zrozumieliśmy to i było nam
strasznie wstyd.

Michał odczuwał największe wyrzuty sumienia. Nie odezwał się
od rana słowem, a gdy Zbyszek zaczął gwizdać, tak zdzielił go
pięścią, że ten spadł z krzesła pod stół. I wbrew swemu
charakterowi nie rzucił się zaraz na Michała, tylko wyniósł się do
łazienki. Bo Zbyszek znowu, gdy jest nie w sosie, wzburzony
czymś czy też nieszczęśliwy, zamyka się w łazience.

Z ponurymi minami zasiedliśmy do śniadania, podczas którego
mamusia powiedziała nam kilka słów i zakończyła zdaniem:

- Zrobiliście mi wielką przykrość.

To było najgorsze. Wolelibyśmy dostać lanie albo wysłuchać
grzmiącego i długiego kazania. A tak...

- 147 -

Adzik nie wytrzymał i rozbeczał się, a my siedzieliśmy ze
spuszczonymi głowami i pragnęliśmy zapaść się pod ziemię albo
powywieszać nawzajem.

Tata nic już nie dodał, bo widział, że mamy dość. Nastąpiły
mokre nieco przeprosiny. Potem tata powiedział:

- Dzisiaj cały dzień spędzicie w domu. I to dość cicho, bez
wrzasków. Posprzątacie mieszkanie, poprzyszywacie sobie
wszystkie brakujące guziki i pocerujecie skarpetki. My
tymczasem będziemy w ogrodzie i prawdopodobnie zdrzemniemy
się trochę, więc zachowujcie się cicho.

Pogoda była wspaniała, ale nawet nie wzdychaliśmy. To i tak
jeszcze za lekka kara!

- Mieliśmy zabrać Was dzisiaj do kina i na lody - dodał jeszcze
tata wychodząc do ogródka z leżakiem i z gazetą.

No i cóż!

Jarka zabrał Wałecki na jakąś dalszą wycieczkę. Zdaje się, że
nawet do Gdyni. Patrzyliśmy ze szczerym współczuciem na jego
smętną minę. Nasza sytuacja jest o niebo lżejsza.

Pani Marcinowska poszła do biura, więc Jarek jest zdany
wyłącznie na jego opiekę.

Wzięliśmy się do sprzątania. Tutaj ja objęłam dowództwo.
Chłopcy sprawnie zwijali się pod moim okiem i w mig mieszkanie
zaczęło lśnić czystością.

Zbyszkowi wrócił humor; zawzięcie wymachując szczotką,
wzniosłym i przesadnym tonem deklamował „Odę do młodości”.
Poprawiał też w wielu miejscach Mickiewicza.

- Młodości - grzmiał - weź się do szczotki i mydła!

Ach, ta dola mi zbrzydła, więc podaj mi skrzydła!

Niech nad brudną wzlecę izbę...

- 148 -

- Młodości! Uważaj na doniczką - ostrzegłam.
- „Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga!” - deklamował z patosem.
- Niech ten twój wzrok sięgnie głębiej pod szafę - mruknął
Michał zwijając dywanik. - Ominąłeś sporą kupkę śmieci.
- Już sięgam - stęknął Zbyszek i zgiął się przed szafą.
Adzik skorzystał z okazji i uraczył go śmietniczką.
- Młodości! Szanuj me kości! - wrzasnął Zbyszek, a potem
dodał: - Głupim zazwyczaj się wybacza.
Gdy zakończyliśmy sprzątanie, zapędziłam chłopców do szycia
i cerowania. Przyszywanie guzików szło nieźle, ale cerowania
Zbyszek nie mógł zrozumieć.
- To za mądre na mą głowę - przyznał się ze skruchą, - Wciąż
zapominam, Małgosiu, jak się to robi?”
- Ale weźże krótszą nitkę! Poplącze ci się i tyle. O, popatrz. To
takie proste!
- Już teraz wiem. Dziękuję pięknie!
Do obiadu wszystko było gotowe.
- Dobrze - pochwaliła mama. - A teraz zajmijcie się jakąś grą
czy też książką. Do wieczora musicie wytrzymać.
- Postaramy się - westchnął Zbyszek.
- Zagraj ze mną w szachy - zaproponował mu
Michał i ulokowali się na kocu pod agrestem.
Adzik prosi mnie, żebym też z nim w coś zagrała, więc
rozłożyliśmy się na werandzie z „Halmą” i „Połowami morskimi”.
Ograłam go całkowicie w „Halmie”, za to w „Połowach” tylko
dwa razy. Nie mam dzisiaj szczęścia do kostki.
- To jeszcze zagrajmy w bilard - poprosił w końcu rozochocony
Adzik.

- 149 -

- Dobrze - zgodziłam się łaskawie i po dziesięciu partiach
dopuściłam wspaniałomyślnie do remisu.

A potem przyniosłam papier, ołówek i nożyczki i zaczęłam
wycinać dla braciszka przeróżne dziwolągi.

Przy okazji ułożyłam na poczekaniu jakąś fantastyczną
historyjkę. Adzik ponaklejał te dziwolągi na tekturę i urządziliśmy
przedstawienie. Wreszcie zmajstrowaliśmy całą flotylli;
papierowych łódeczek i bawiliśmy się w „burzę na morzu” w
miednicy.

- Morze zaczyna falować, zrywa się wicher... Szczsz! Szczsz! -
dmucham, ile sił. - A na morzu kutry łowią ryby. Rybacy
dostrzegli burzę i zawracają do brzegu. Ale nie zdążyli, wszystkie
kutry poszły na dno. - (Papierowe łódki szybko mokną!)

- Tylko jeden się uratował! - woła Adzik holując na wpół
zatopioną łódkę do „przystani”. - I to jest polski kuter z Helu. Bo
tamte to są kutry obcych państw.

- Dlaczego? - pytam. - To chyba wszystko jedno.

- Nie, bo tamci to frajerzy i nie zdążyli - tłumaczył Adzik. -
A nasi dali radę.

- Coś taki patriotyczny? Chociaż... niech sobie będą
najdzielniejsi Polacy. Czekaj, zrobimy nowe statki.

I oto druga flotylla wypływa na morze. Ale tu wmieszał się
Jumpo. Bardzo podobały mu się białe łódeczki.

Wsadził łapę, zaczął je popychać i wyławiać. A w końcu cały
wpakował się do miednicy.

- Co to ma znaczyć? - krzyknęłam na niego. - Całe morze
przykrył!

- Oj, jaka kałuża! - klasnął w ręce Adzik, bo woda przelała się
przez „morze” i spływa na podłogę.

- 150 -


Click to View FlipBook Version