- Bohaterzy! - krzywi się Zbyszek. Oczy latają mu na wszystkie
strony. Gdyby nie ja i zakupy, dawno by się jakoś wywinął. -
Bohaterzy! Tylu na jednego!
- Ty nie gadaj! - ucisza go Mika. - Słyszysz przecie, że chcemy
ściągnąć twojego brata i Jarka.
- I tak jest was więcej!
- Cicho siedź! - złości się Mika i mówi do mnie: - Czego jeszcze
stoisz?
Obrzucam ich wyniosłym i pogardliwym spojrzeniem, powoli
odchodzę. Za zakrętem przyspieszam kroku i zaczynam prawie
biec. Co z tego wyniknie? Czy Kaszubi mają zamiar pobić
naszych chłopców „zbiorowo”?
Wpadam zdyszana do kuchni.
- Mamo! Gdzie chłopcy?
- Poszli do lasu - odpowiada mama odbierając ode mnie siatkę. -
Coś taka zgoniona?
- Eee... nic! Muszę ich znaleźć! - wołam już z werandy.
Na pewno polecieli do bunkra.
Rzeczywiście. Michał i Jarek nacięli już gałęzi świerkowych na
miotły, Adzik znalazł duży kamień na stół.
- Co się stało? - pyta na mój widok Michał. - Gdzie Zbyszek?
- A właśnie!... - wysapuję wreszcie. - Właśnie Zbyszek... Mika
go zatrzymał!
- Co?!!
Opowiadam więc, co i jak. Po chwili biegniemy razem na
Portową.
Kaszubi siedzą na pierwszej ławce od strony kina „Żeglarz”.
Między nimi widzę Zbyszka. Siedzi w środku, dobrze przez nich
pilnowany.
- 51 -
Co oni mają zamiar zrobić?
Michał opanował się i kroczymy teraz dostojnie, z minami
dumnymi i wyniosłymi. Stajemy wreszcie przed ławką.
Mika ledwie raczył nas zauważyć. Siedzi wygodnie rozparty.
Przygląda się chwilę Michałowi zmrużonymi oczami. Reszta jego
kompanów wlepia w niego zachwycone spojrzenia.
Wielki Mika wreszcie raczył się odezwać:
- Aaa... jesteście?
- Jak widzisz - odpowiada spokojnie Michał krzyżując ręce na
piersiach.
Mika znów milczy. Ale nasz najstarszy jest cierpliwy. Mika nie
wytrzymuje.
- Chcemy pogadać z wami.
- Chętnie posłuchamy.
Znów krótkie milczenie.
- Czym się różni flądra od flądry? - pyta niespodzianie Mika.
„Zgrywa Indianina! - uśmiecham się w duchu. - Zaczyna gadać
porównaniami!”
- Jeśli jednej flądrze wydłubie się oko, to będzie się różnić od
drugiej - odpowiada Michał. On też łatwo wpada w „indianizmy”,
jak sam to nazywa.
- No więc - kiwa głową Mika Mądry.
Jakoś nie bardzo może znaleźć drugiego porównania i znów
milczy. Ale widać, że szuka słów. Nie wie, co dalej.
W oczach Michała pojawiają się ironiczne błyski. Chce okazać
swą wspaniałomyślność, więc pomaga:
- Wiem, co chcesz przez to powiedzieć.
Mika pozbywa się sztucznej maski i mówi naturalnym głosem:
- 52 -
- No to po co się przedrzeźniacie? Nasza mowa taka dobra, jak
wasza!
Chłopcy zaczynają się kręcić. Sprawa przedrzeźniania bardzo
ich drażni. Michał nie odpowiada. A Józek woła:
- I nie sprawdzi, jak było, tylko bije!
- O, przepraszam! - podskakuje Zbyszek. - Niech twój braciszek
nie ukrywa, że pierwszy walnął mnie w głowę!
- Bo się czepiasz! Nie widziałeś, czy wbił gwóźdź.
- Sam się wbił! - mruczy Zbyszek.
- Pewno, że sam! Żebyś wiedział! - woła rozgniewany Józek. -
A ten zaraz - bić!
- Przecież ci powiadam, że on pierwszy uderzył! - Zbyszek też
traci cierpliwość. - A że ma takie miękkie kości i zaraz beczy...
- Ty uważaj, żebym ja nie musiał sprawdzać, jak twarde są
twoje kości!
- A spróbuj! Narobię ci porządnych siniaków!
Mika chce ich uspokoić, ale Heniek nie daje mu dojść do słowa.
- Ty nie bądź taki morowy! - zwraca się do Zbyszka. - Wcale
aniołek nie jesteś! Kto nas schlapał błotem?
- A moja sukienka? - wtrącam odpowiednio. - A tam, przy
wystawie?
- Ty się nie wtrącaj!
- A pewno! Ma spokojnie patrzeć na zaczepki?! - woła Zbyszek.
- Wam wolno, a nam nie?
I w ten deseń rozpętała się kłótnia. Pozrywali się z ławki,
zacisnęli pięści. Aż przechodnie zaczęli przystawać na ulicy.
Z kolei tematem kłótni stał się Jarek. Odezwał się coś niecoś, a
Władek krzyknął na niego:
- Cicho siedź, ty zdrajco!
- 53 -
To było mocno powiedziane.
- Zdrajca! Pewnie, że zdrajca! - poparł Władka Heniek. - Niby
chodzi z nami do szkoły, a trzyma z nimi!
- Kolega!
- Ostatecznie nie jest nigdzie napisane, że musi być z wami! -
odpowiedział, a raczej odwrzasnął Zbyszek. - Nie jest do was
przywiązany!
Na chwilę zamilkli, ale zaraz sprzeczka znów przybrała na sile.
Jak się chłopaki zacietrzewią, to często zapomną, o co idzie, i
wynajdują byle powód do wymysłów. Zapominają też o
logiczności tego, co mówią, i plotą byle co, żeby sobie ulżyć.
I teraz też rozwrzeszczeli się bez ładu i składu. Zbyszka
poniosło. Michał starał się kłócić logicznie, ale go przekrzyczeli.
Dopiero gdy się zmęczyli, stwierdzili, że sprawa nie posunęła się
ani o krok naprzód.
Wreszcie padło słowo „pojedynek”.
- Nie będziemy się chyba wszyscy prać - powiedział Michał. -
Was jest więcej.
- Więc trzeba zrobić pojedynek! - zauważył Mika. - Nie
wszyscy, tylko dwaj.
- Ale kto z kim? - spytał Władek.
Zapadło kłopotliwe milczenie. Bo właściwie kto z kim ma się
pojedynkować?... Zbyszek jest o wiele silniejszy od Jędrka, to
widać.
- Słuchajcie! - odważyłam się wtrącić. - Mam myśl.
- A ty czego? - odwrócił się Mika. - Jaką tam myśl!
- Ona czasem też miewa pomysły - obronił mnie Michał. - I bić
się potrafi.
Chłopcy spojrzeli na mnie z mniejszą niechęcią.
- 54 -
- No, to coś tam wymyśliła? - pyta łaskawie Mika.
- Bo jeśli oni dwaj nie mogą się pojedynkować... - wyjaśniam. -
No, a od nich się zaczęło... Więc może by tak Michał bił się z
Józkiem? Brat z bratem...
Patrzą po sobie. Michał uśmiecha się półgębkiem.
- No... to może być - godzi się wreszcie Mika. - Oni są mniej
więcej jednakowi...
Rzeczywiście, Józek i Michał mają prawie jednakowe szanse.
- Dobra! - woła zdecydowanie Heniek. - Nie ma się co
namyślać. Oni dwaj będą się bić!
Postanowione. Jestem dumna.
Michał rozgląda się i mówi:
- Ale przecież nie będziemy tutaj załatwiać porachunków.
Trzeba wybrać miejsce.
- Pewno - uśmiecha się Mika i komenderuje: - Więc na miejscu
ustalimy rodzaj pojedynku...
- A sekundanci? - przerywa Zbyszek.
- Sekundanci to wszyscy oprócz ciebie i Jędrka.
- W takim razie Józek ma więcej sekundantów - oponuje
Michał.
- No, to z jego strony będą Heniek i Władek, a z twojej ta... no,
siostra i Jarek - wyznacza Mika.
- Jarek niech będzie sędzią! - woła Zbyszek. - On jest i tak
neutralny. Ani wasz, ani nasz.
- Jak to? - oburza się Heniek. - Z wami...
- Sędziów i wszystko wybierzemy na miejscu - przerywa Mika.
- Co, tu się mamy kłócić, na ulicy?
- No, to idziemy do lasu nad zatokę - mówi Heniek. - Tam
znajdziemy jakąś polanę.
- 55 -
- Dobrze.
Ruszamy w pozornej zgodzie w dół ulicy Portowej. Najpierw
my, za nami Kaszubi. Zza rogu skręca w Portową ciągnik z
przyczepą. Jedzie bardzo szybko, wcale nie zmniejszył prędkości
na zakręcie. Przyczepa jest długa i naładowana stalowymi
płytami. Płyty wystają poza nią.
Wtem Adzik, który jakoś się zagapił, wchodzi na jezdnię tuż za
przyczepą... Czuję, jak nogi wrastają mi w trotuar. Wystające
płyty zataczają spory łuk, tuż na poziomie jego głowy!...
Wszystko trwało krócej niż sekundę. Mika, nie namyślając się,
gwałtownie popchnął Adzika, który przewrócił się na bruk.
W tym momencie płyty przeleciały nad nim...
Stoimy jak skamieniali. Michał, blady jak ściana, wpatruje się w
Adzika, który podnosi się powoli. Jest oszołomiony, nie rozumie
jeszcze, co się stało. Z rozbitego nosa kapie krew.
Milczymy. Adzik wyciera nos wierzchem dłoni i rozmazuje
krew po twarzy. Michał patrzy teraz na Mikę. A Mika milczy
również i spogląda na swoje trampki.
Widzę, że Michał chce coś powiedzieć, ale nie wie, jak zacząć.
Wreszcie wyciąga rękę do Miki.
- Dziękuję ci... - mówi cicho.
Mika mruczy z zakłopotaniem:
- Nie ma za co...
Znów zapada kłopotliwe milczenie.
- No to... w takim razie... będzie ten pojedynek? - pyta
niepewnie Heniek.
- Właściwie... - mruczy Michał. - Właściwie po co ten
pojedynek?
- Moglibyście się pogodzić! - wtrącam stanowczo. - Z tym
przedrzeźnianiem głupio wyszło... no, ale mógłby go przeprosić...
- 56 -
Zbyszek próbuje się oburzać.
- Właściwie... - mruczy z kolei Mika. - Ale musicie odwołać to
przedrzeźnianie!
- No bo to nie ma sensu - przytakuję.
Chłopcy milczą jakiś czas. Zbyszek, ociągając się, podchodzi do
Jędrka i pyta groźnie:
- Nie wbiłeś gwoździa?
- Nie!
- Słowo?
- Słowo!
Zbyszek wyciąga rękę i mówi:
- No, to przepraszam.
I wszystko się rozwiało. Cała ta kłótnia była niepotrzebna, bo
można było od razu przeprosić. Ale to przecież chłopcy!
W wielkiej zgodzie idziemy na lody. Michał funduje z
pozostałych po zakupach pieniędzy, które Zbyszek miał jeszcze w
kieszeni.
Rozejm zawarty.
- 57 -
Rozbójnicy
- Będziemy się dzisiaj bawić w bezludną wyspę? - spytał Adzik
następnego dnia, gdy szykowaliśmy się do zniknięcia z plaży.
Adzik jest jeszcze pod wrażeniem Młodego Człowieka i bardzo
pragnie odegrać ważną rolę w polowaniu na jaguara.
- Eee... - skrzywił się Zbyszek. - Wciąż ta bezludna wyspa!
Zabawmy się lepiej w rozbójników i urządźmy napad na
„Muszelkę”.
- A wiecie.... to jest niezły pomysł! - zawołał Michał z
„błyskiem w oku”. - Tylko żeby wszyscy byli wtedy w domu.
- To będzie heca! - ucieszyłam się. - Wysmarujemy się farbą,
włożymy pióropusze, weźmiemy łuki!
- I narobimy wrzasku! - dodał Jarek.
- A Cozadzieci wyskoczy na nas i popsuje całą przyjemność -
mruknął Zbyszek. - Że też ona ma wszystko za złe! Dziś rano
chciałem umyć się pod tą średniowieczną pompą koło
„Muszelki”, ale coś się tam zacięło i woda nie chciała lecieć. No,
to poszedłem do domu. A potem patrzę, Cozadzieci stoi przy
studni, ogląda ją i coś tam mruczy. Pewnie śledziła mnie z okna.
- Też coś! - oburzam się. - Czemu się ona do nas przyczepiła?
- I teraz naskarży mamie, że zepsułem pompę - mruczy dalej
Zbyszek.
- Zepsułeś? - zmarszczył się Michał.
- Skądże! Ja tylko raz szarpnąłem, a tam coś strzeliło. To taka
średniowieczna pompa, na złom ją oddać!
- Ale jeśli zepsułeś...
- Przecież i tak nikt z niej nie korzysta! - zawołał Zbyszek. -
A Cozadzieci to chyba i w świętym znajdzie jakąś wadę.
- 58 -
- Specjalnie uwzięła się na ciebie - kiwnęłam głową. - Musimy
zrobić jej jakiegoś figla.
- I zrobimy! - zapalił się Zbyszek. - Ale takiego, żeby
popamiętała na całe życie.
- Jeśli w dalszym ciągu będzie nam dokuczać - powiedział
Michał - to wtedy się zemścimy. Ale na razie mamy za mało
powodów.
- I zemścimy się tuż przed jej wyjazdem z Jastarni - dodał Jarek.
- Bo tak, to zdążyłaby jeszcze zatruć nam życie.
Spojrzałam na niego z uznaniem. Pasuje do naszej paczki, umie
myśleć.
Przyglądam mu się w dalszym ciągu. I dopiero teraz
stwierdzam, że ma ładne oczy. Takie duże, „morskiego” koloru. I
długie rzęsy.
- Więc zemsta na potem! - decyduje gromkim głosem Michał. -
Tymczasem róbmy coś, nie siedźmy tak długo!
- Chodźmy nad zatokę - mówię.
- Eee... znów! - krzywi się Zbyszek. - To już nudne.
- A o bunkrze zapomnieliście? - i Michał podnosi się z piasku. -
Trzeba go uporządkować.
- I można zrobić z niego jaskinię zbójców - proponuję.
- Właśnie! - uśmiecha się Jarek. - Wy już potraficie się bawić,
nawet w Ali-Babę i rozbójników.
- A moglibyśmy!
Zbyszek chwilę patrzy uważnie w prawo, wreszcie mówi:
- A tam co się stało? Utopił się ktoś czy co?
- Gdzie?
- O, tam! Cały tłum się zebrał.
- 59 -
Rzeczywiście, tłum plażowiczów, przeważnie dziewcząt i
dzieciaków, posuwa się w naszą stronę brzegiem morza.
- Co oni tam mają? - zastanawiam się. - Ale idą tutaj, to
zobaczymy.
Na wszelki wypadek podchodzimy bliżej.
- To Murzyn! - mówi Jarek. - Tak. Murzyn jest z nimi.
- I dlatego ten tłum - uśmiecha się Michał.
- To dziewczęta z kolonii - zauważam. - Poznaję.
Siedzimy w milczeniu, czekając na „tłumik”.
Przechodzą tuż koło nas. Murzyn idzie w środku, obok niego
jakiś młodzian, widocznie kolega. Otaczają ich dziewczęta z
kolonii. Mają takie miny, jakby wlokły ze sobą cud świata.
- Phi! Murzyna nie widzieli! - wykrzywia się Zbyszek
naumyślnie głośno.
Kilka dziewcząt odwraca się i patrzy na nas z wyższością.
- To jest nasz Murzyn! Mieszka w namiocie koło szkoły - mówi
jedna. Ma dwa krótkie jasne warkoczyki.
- Wasz? - uśmiecha się Zbyszek. - Ile kosztował?
Wzruszają ramionami.
Znajoma blondynka uśmiecha się do mnie i zostaje w tyle.
Widzę, że ma chęć zawrzeć ze mną bliższą znajomość.
Chłopcy nudzą się, więc idą grać w piłkę z synami sąsiadki. Ja
zostaję i czekam, co zrobi blondynka.
Wciąż się uśmiecha. Wreszcie pyta:
- Jesteś tu na wczasach, co?
- A tak. Z mamą - odpowiadam.
Widzę, że trzyma zwinięty koc i nie wie, gdzie go rozłożyć,
więc proponuję:
- 60 -
- Rozłóż koło nas. O tam, przy tym grajdole. To dobre miejsce.
Chyba że nie chcesz.
- Nie, mogę. Jak ci na imię?
- Gośka, a tobie?
- Baśka.
Wybieramy miejsce niedaleko grajdołu. Baśka wyciąga z
kieszeni koble.
- Umiesz grać? - pyta.
- Oczywiście.
- To zaczynamy, dobrze? Ale zaraz, najpierw się rozbiorę.
Ściąga sukienkę. Zaczynamy grać.
Baśka gra świetnie, jest bardzo zręczna. Do tej pory żadna z
koleżanek nie mogła mi dorównać, aż tu natrafiłam na godną
przeciwniczkę.
- Zaraz, co to było? Aha, trójki!
- A ja znowu na czwórkach.
I gramy zawzięcie.
Jednakże wygrałam! Tylko o dwa, ale wygrałam.
Spod lasu wydziera się Zbyszek:
- Gośka! Idziesz czy nie?
- Idę! - odkrzykuję i żegnam się z Baśką.
Gwiżdżę na Jumpo i biegnę do chłopców.
- Coś się tak zagadała? - burczy Zbyszek.
- A bo co? Wciąż tylko z chłopcami mam się bawić?
- Aaa! Straciliśmy łaskę! - śmieje się Zbyszek. - Proszę bardzo,
idź do tej donniczki! (Od „donna”).
Wzruszam ramionami i pędzę wraz z nimi do bunkra. Już
wczoraj Michał z Jarkiem przygotowali miotły, więc sprzątanie
- 61 -
idzie raźno. Gruntownie wymiatamy tylko przedsionek, bo tutaj
będziemy się bawić.
Główna część bunkra za bardzo śmierdzi stęchlizną, trudno
wytrzymać. Sprzątamy ją więc tylko po łebkach. Jakieś odłamki,
kamienie zgarniamy pod jedną ze ścian.
- A może lepiej piaskiem? - proponuję.
- Co piaskiem?
- No, wysypać ten przedsionek. Zamiast choiny.
- Można. Ale choina od razu zastąpi i siedzenia. Będzie miękko
- mówi Michał.
Posypujemy jednak podłogę piaskiem, a dopiero potem
kładziemy choinę. Pod ścianami robimy z niej „wałeczki” do
siedzenia. Okrągły kamień, przytaszczony przez Adzika, ląduje na
środku w charakterze stołu.
- No, gotowe! - sapie wreszcie Michał ocierając twarz. Jest
bardzo gorąco.
Włazimy do kryjówki.
- Przynajmniej tu jest chłodniej! - wzdycha Zbyszek z ulgą.
Ale Michał nie daje nam długo próżnować.
- Trzeba go lepiej zamaskować - mówi. - Zbyszek lądując
odkopał wejście.
- Zrobimy drzwi! Z gałęzi! - woła Zbyszek i już jest na
zewnątrz.
- To będzie bardzo widoczne - protestuje Michał wyłażąc za
nim. - Trzeba zrobić coś takiego, żeby się nie różniło od
otoczenia.
- Pewno - przytakuję. - No bo jak! Nagle gałęzie świerkowe
wyrastają z pagórka?
- Trzeba otwór zamykać darnią - odzywa się Jarek.
- 62 -
- I ja tak myślę - zgadza się Michał. - Tylko wytniemy darń z
innego miejsca, nie tu obok.
- Ale z taką samą trawą, jak na tym pagórku - dodaje Jarek.
- Rozumie się!
Idziemy więc szukać odpowiedniego miejsca. Znajdujemy je
niedaleko, za krzakami.
- Trzeba wyciąć taki kawał, o! - pokazuje Michał i zakreśla na
ziemi spory kwadrat. - To powinno wystarczyć.
Zabieramy się do roboty. Idzie powoli, bo musimy wycinać darń
scyzorykiem i patykami. Tylko Michał ma sporą finkę.
No, ale wreszcie kończymy. Teraz trzeba wycięty kwadrat
przenieść ostrożnie do bunkra.
- Jeśli przykryjemy otwór darnią, to ziemia będzie się osypywać
do środka - zauważyłam.
- Toteż zamaskujemy go wbitymi w ziemię patykami - wyjaśnił
Michał. - Dopiero na to darń.
- Przydałoby się sprawdzić, czy wystarczy tej darni - wtrącił
Jarek. - Potem się ewentualnie doda.
Spróbowaliśmy więc, czy wystarczy. Wystarczyło, nawet
wystawało na boki.
- To lepiej - powiedział Michał. - Bo jednak widać trochę
betonu. O, tutaj. Trzeba kawałek darni dokroić.
Jarek ze Zbyszkiem wycięli jeszcze trochę darni i po chwili
żadne oko nie mogło dopatrzyć się najmniejszych śladów bunkra.
Ot, zwyczajny pagórek, nic więcej.
- W porządku! - pochwalił Michał, gdy skończyliśmy.
- Teraz możemy się zabawić. W rozbójników - mówię. - To jest
nasza jaskinia.
- 63 -
- No... dobrze - zezwala łaskawie najstarszy. - Odwalmy
zasłonę. Ja będę hersztem.
- A ja zastępcą! - zawołał prędko Zbyszek.
Jarek zmarszczył brwi.
- Ty zawsze... - zaprotestował.
Michał przerwał zdecydowanie:
- Tym razem nie będę miał zastępcy!
- Mnie znowu chcecie zrobić dziewczyną-branką -
uśmiechnęłam się domyślnie. - Ale w takim razie nie bawię się.
- To się nie baw - wzruszył ramionami Zbyszek. - Łaski nie
trzeba! I bez ciebie będzie z nas dobrana „czterdziestka”.
- No, no! - wtrąciłam pojednawczo.
- Dosyć! - przerwał Herszt. - Nie kłóćcie się. Gośka, możesz się
raz poświęcić, bo mam pomysł. A ty byś zepsuła.
- No, jaki pomysł? - zaczęłam ustępować.
- Będziemy zbójcami, którzy napadną na wozy kupców, ale
zamiast kupców-mężczyzn spotkamy się z piękną dziewczyną i jej
starą opiekunką.
- A potem się okaże, że ta dziewczyna to przebrana królewna,
którą stara klucznica uratowała przed wrogami - wtrąciłam
szybko, olśniona pomysłem. - Bo na moje państwo napadli
sąsiedzi. I zwyciężyli. A ja w przebraniu.
- Widzisz! Dobrze wymyśliłaś - zgodził się Michał. - Ale jak
zagrasz rolę tej pięknej królewny, to już twoja rzecz. Na razie nic
nie powiesz, to będzie ciekawiej. Do czasu napadu możesz być
zbójcą.
- A ja? - zapytał Adzik. - Też jestem całkowitym zbójcą?
- Może wolisz być moim nieletnim synem? - uśmiechnął się
Herszt, który jest dzisiaj wyjątkowo łaskawy.
- 64 -
- Coś ty! - przestraszył się Adzik.
I już jako „całkowity” i pełnoprawny zbójca wyruszył na
wyprawę. Najpierw trzeba było sprawdzić, czy nie kręcą się w
pobliżu jakieś bogate kąski, a także wykiwać policję pobliskiego
miasteczka. Potem musiałam zmienić rolę i stać się królewną.
Szybko wytropiono mój wóz i przez resztę ścieżki czułam, że
śledzą mnie z gąszczu uważne oczy. Wreszcie na zakręcie stało
się. Wozy zostały otoczone. Musiałam udawać przestrach i nawet
krzyczeć o pomoc.
- 65 -
Poszło mi to znakomicie, bo nagle zatupotały na ścieżce czyjeś
kroki i wpadł na nas biało ubrany staruszek w słomkowym
kapeluszu, z groźną miną, z nastroszonymi wąsami i wysuniętą do
przodu laską.
- Co się tu dzieje? Wstrętni chłopcy! Co wy jej robicie?! Puśćcie
ją natychmiast!
Przerwaliśmy napad.
- Ale, proszę pana... my się tylko tak bawimy! - zawołałam.
- Jesteśmy niby zbójcami, a ona królewną! - tłumaczył spiesznie
Michał. - Nie nasza wina, że ona tak rozdzierająco wrzeszczy.
Patrzył na nas przez chwilę w milczeniu, wciąż trzymając
wyciągniętą laskę. Wreszcie oparł ją o ziemię, poprawił okulary i
kapelusz, pogroził nam palcem.
- No, no! Niepotrzebnie straszycie spokojnych ludzi.
Nie wyglądał na zagniewanego i wzbudził naszą sympatię. Inny
toby jeszcze nam nawymyślał, a on się uśmiechnął.
- Myśleliśmy, że w tej części lasu nikogo nie ma.
- Dobrze, już dobrze - wytarł chusteczką spocone czoło. -
Bawcie się dalej, chętnie popatrzę.
- Prosimy! - wykrzyknęłam. - Ale... - przypomniał mi się
bunkier i umilkłam niezdecydowanie.
Michał spojrzał na mnie groźnie i zaczął tłumaczyć staruszkowi
z zakłopotaniem:
- Bardzo chętnie... owszem, ale, pan rozumie, mamy kryjówkę...
Taką zamaskowaną...
- Aha! - domyślił się staruszek. - W takim razie nie będę wam
przeszkadzał. Niekiedy powinno się być dyskretnym. Rozumiem.
Do widzenia, wesołej zabawy!
- Do widzenia! I przepraszamy.
- 66 -
Odszedł wymachując laseczką.
- A teraz dalej! - zakomenderował Michał. - Porwijmy ją
wreszcie!
Zabawa potoczyła się w szybkim tempie. Nieszczęsna Królewna
błagała zbójców o życie, bała się bowiem, że są wysłannikami
wrogiego króla. Ale Herszt wyjaśnił, że są normalnymi zbójami, z
jej kraju. I że jej tak zaraz nie zabiją. A może wcale...
No i wrócili ze zdobyczą do kryjówki. Tutaj Królewna spędziła
kilka dni, zanim zdołała rozkochać w sobie jednego ze zbójów,
Jarka. Z nim to postanowiła uciec pewnej nocy. Herszt szybko
zauważył ucieczkę i zorganizował pościg. Zbiegów ujęto.
Wówczas bohaterski Jarosław (pouczony uprzednio przez
Królewnę) przemówił do sumień okrutnych zbójów i zdołał
nakłonić Herszta, aby na czele swoich dzielnych chłopców
pomógł przywrócić Królewnie tron. Herszt zabrał się energicznie
do rzeczy, zwołał do bandy innych „ludzi”, tworzył „oddziały”.
A potem zaczął wypędzać wroga z kraju. Po wielu walkach, w
których każdy z rzeczywistych członków bandy ginął po kilka
razy, Herszt zdobył stolicę i tryumfalnie wprowadził Królewnę do
pałacu. Wdzięczna Królewna została jego żoną, zapominając o
zbójcy Jarosławie, dzięki któremu odzyskała tron. Jarosław w
dalszym ciągu ją kochał, więc w dzień ślubu popełnił
samobójstwo przez nadzianie się na miecz. Królewna przez kilka
lat odczuwała wyrzuty sumienia, wreszcie otruła byłego Herszta, a
sama utopiła się w stawie. Państwo zaś stało się republiką.
Jednakże zbliżała się pora obiadowa i bohaterowie tragedii
zaczęli odczuwać głód. Więc zmartwychwstali.
Jarek patrzy na mnie z podziwem, Adzik z zachwytem, Zbyszek
nie kręci nosem, a Michał mówi z uznaniem:
- No... nawet nieźle to wymyśliłaś.
- 67 -
Bowiem ja to wszystko wyreżyserowałam. Jestem więc dumna.
Widziałam przecież, że chłopcy zostali porwani szybką,
urozmaiconą akcją i bawili się świetnie.
Moi bracia potrafią wymyślać różne zabawy, ale do tworzenia
takich zawiłych tragedii nie mają zdolności.
Zadowolona z siebie zasiadłam do obiadu i cały czas miałam
„reżyserską” minę. Aż Zbyszek kopnął mnie pod stołem.
- Coś taka ważna? Innym razem my coś wymyślimy. Nie jesteś
taki znów „genius”.
Wzruszyłam ramionami w pogardliwym milczeniu.
- 68 -
Tata przyjeżdża, a Jarek nienawidzi
Biała, przystojna „Olimpia” oczekuje nas w porcie. Jeszcze
piętnaście minut do odjazdu.
Płyniemy wszyscy po tatę, który ma przyjechać do Gdyni.
Rodzice urządzili dla nas przy okazji przyjemną wycieczkową
niespodziankę. Tatuś ma zostawić bagaże u znajomego lekarza i
przejść się z nami po Gdyni.
Pokazujemy bilety przy wejściu na trap i wbiegamy na pokład.
Zdobywamy miejsca i siedzimy na nich przez chwilę, dopóki
wszyscy pasażerowie nie powsiadają. Potem zrywamy się i
wyruszamy na zwiedzanie statku. Oczywiście, asystujemy przy
odcumowywaniu.
„Olimpia” trzykrotnym gwizdem syreny dała znać, że rusza.
Drgnęła leciutko, przechyliła się troszeczkę na lewą burtę i wolno
odbiła od mola.
Trzeba zajrzeć pod pokład. Ale tutaj duszno, więc szybko
wracamy na górę. Usiedliśmy na chwilę koło mamy, bo na stoliku
pojawiły się butelki z oranżadą. Ciasteczka też były niezłe.
- Mamo... to my już pójdziemy... - zaczął się wiercić Zbyszek
po zjedzeniu swej porcji.
- Dokąd?
- A tak... wszędzie - wyjaśnił Zbyszek zataczając ręką koło.
- Dobrze, tylko nie właźcie tam, gdzie zabronione.
Ale mamusia sama w to nie wierzy. Więc zaczyna czytać
„Film”, czym daje nam do zrozumienia, że nie chce słyszeć żadnej
awantury z naszego powodu.
Oprócz skoków za burtę, wobec tego, możemy wszędzie
wchodzić. Naszą zasadą jest przecież: włazić wszędzie! I mieć
oczy otwarte, bo dużo ciekawych rzeczy można zobaczyć.
- 69 -
Na razie stoimy grzecznie obok burty.
- Co to pływa? - pyta Adzik wyciągając palec.
- Boje świetlne - wyjaśnia Michał. - Wskazują wejście do portu.
- Aha...
Jeszcze chwilę postaliśmy spokojnie i ruszyliśmy dalej.
Niestety, nie udało nam się wejść do maszynowni. Zbyszek co
prawda już tam był do połowy, ale go jakiś marynarz przepędził.
Szukaliśmy tego marynarza, który tyle nam naopowiadał o
„Olimpii” pierwszego dnia. Stał na rufie w towarzystwie jakiejś
panienki, którą również zaznajamiał z „Olimpią”. Objaśnienia
były zupełnie różne od tych, które my słyszeliśmy. Ale ta
panienka to całkowita mysz lądowa, więc wszystkiemu wierzyła.
Z górnego pokładu nie można dostać się na sam „dziobek”, bo
przeszkadza budka sternika i mostek kapitański. W dodatku napis
głosi, że wstęp na mostek kapitański surowo wzbroniony.
Nie pozostało nam więc nic innego, tylko zejść na dół i
wyobrażać sobie, że jest się kapitanem pancernika, na dziobie,
tam, gdzie leżała olbrzymia kotwica.
Wstęp tutaj okazał się dozwolony, co nie popsuło nam humoru.
Wdrapaliśmy się na takie coś żelazne, podobne do polera w
porcie. Z tej wysokości staraliśmy się obrzucać morze przed
dziobem dumnymi spojrzeniami, jednak burty stykały się ze sobą
dość wysoko, więc było to nieco utrudnione. Adzik pierwszy
zrezygnował, bo i tak nic nie widział. Zrezygnowałam również;
usiadłam na ławeczce.
Po chwili Zbyszek zeskoczył ze stanowiska i usiadł obok mnie
na relingu, co bardzo zaniepokoiło spoczywające naprzeciwko
panie.
- Spadniesz, chłopczyku - powiedziała jedna przyjaznym
głosem.
- 70 -
Druga była widocznie bardziej energiczna, bo zawołała:
- Zejdź stamtąd natychmiast!
Zbyszek właśnie dlatego nie ruszył się.
- Jemu nic nie będzie - odezwałam się z czarującym uśmiechem.
- On już chodził po gzymsie na piątym piętrze i nie spadł.
Ta druga spojrzała na Zbyszka z naganą, a ta pierwsza spytała:
- Jesteście bliźniętami?
- Nie! - odparłam prostując się z wyższością. - Ja jestem starsza.
O całe dziesięć miesięcy.
- O, więc w tym samym roku?... - zainteresowała się.
- Tak.
Długo przyglądała się nam i kiwała głową.
Zbyszek wreszcie zeskoczył z relingu, mrucząc, że nie jest na
wystawie, i poszedł do Michała, który wytrwale sterczał na
stanowisku. Ja też wstałam i poszłam na pokład, żeby zobaczyć,
co też mama porabia.
Nagle cofnęłam się, a potem usiadłam na brzeżku ławki.
Koło mamy, bardzo blisko, siedzi jakiś młodzieniec o zabójczej
czuprynie i zabójczym wyglądzie „zdobywcy”. Mówi coś do
mamy, a ona uśmiecha się rozbawiona. Poczułam zadowolenie, bo
się cieszę, gdy mamusia się komuś podoba. Tatuś mniej się
cieszy, bo chociaż ma już czworo dzieci, jest w dalszym ciągu
bardzo zazdrosny.
Ba, żeby ten „zdobywca” wiedział, że kolejny przedmiot jego
westchnień płynie tym statkiem z czworgiem dzieci na spotkanie
męża!
Mama spostrzegła mnie i mrugnęła okiem. Oho! Już my się
dobrze rozumiemy. Uśmiechnęłam się znacząco i wycofuję się z
sytuacji. Wracam do chłopców. Mówię, co i jak.
- 71 -
- Pójdziesz teraz, Adzik, do mamy i poprosisz o lemoniadę.
Adzik kiwnął głową ze zrozumieniem. Nie musi udawać
niewiniątka, bo jego złota czupryna i błękitne oczy wzbudzają
zaufanie.
Wyszedł na pokład, a ja za nim. Przykucnęłam za łodzią
ratunkową i obserwuję efekt.
Jak go zatkało! Przez chwilę nic nie mówił, a potem uśmiechnął
się z przymusem. Już nie przysuwał się tak blisko do mamy. A
mama zachowała zimną krew, bo zaraz domyśliła się, o co chodzi.
Adzik wrócił i przyszła moja kolej.
- Mamusiu, nie zostało jeszcze jakieś ciasteczko? - spytałam
miłym głosem, uśmiechając się niewinnie. - Adzik wypił wszystką
oranżadę, to dla mnie może choć ciasteczko...
- Proszę, wybierz sobie, Gosiu - odparła mama. - Zostało
jeszcze trochę.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się znowu. - To ja sobie troszkę tutaj
posiedzę...
Usiadłam niedaleko i obserwuję gościa. Teraz milczał trochę
dłużej. Wreszcie powiedział:
- Bardzo miła dziewczynka!
Odsunął się jeszcze dalej. Zjawił się Zbyszek.
- O! Gośka rąbie ciastka! - zawołał. - A ja to co? Mamuś, daj i
mnie!
A gdy przyszedł Michał, gościa już nie było. Zwiał pod pokład.
Mama pogroziła mi palcem i roześmiała się.
Kiedy w porcie rzucałam się tatusiowi na szyję, zauważyłam
kątem oka zawiedzionego zdobywcę, jak z dala przyglądał się
temu powitaniu.
- Dobrze, tatusiu, że już przyjechałeś! - zawołałam mrugając do
mamy.
- 72 -
A tata ucieszył się, że ma taką kochającą córeczkę...
Oczywiście musimy zwiedzić port. Tym bardziej że za godzinę
ma odpłynąć do Danii statek pasażerski „Mazowsze”, a nieco
dalej stoi na kotwicy „Dar Pomorza”, który właśnie powrócił z
ćwiczebnego rejsu.
Długo przyglądaliśmy się obu statkom, a gdy rodzice
wyciągnęli nas wreszcie z portu, okazało się, że Zbyszek gdzieś
zniknął.
Rozpoczęliśmy poszukiwania. Pytaliśmy, biegaliśmy,
wołaliśmy. Korzystaliśmy z poszukiwań i właziliśmy tam, gdzie
było najsurowiej wzbronione. Michał zaczepił nawet jakiegoś
kapitana. Nic. Wsiąkł.
Mama zaczęła się niepokoić, tata stracił humor. A my
cieszyliśmy się raczej z przygody. Zbyszek nie zginie!
„Mazowsze” za chwilę ma odpłynąć, więc odciągamy rodziców
od poszukiwań, bo to ciekawsze. Już wszyscy pasażerowie zebrali
się przy burtach, ostatnie pożegnania, okrzyki. Jeszcze jakiś
spóźniony gość ładuje się po trapie. Mokre chusteczki, uśmiechy.
Na dziobie orkiestra złożona z dwóch akordeonistów gra
„Jeszcze Polska nie zginęła”. Żołnierz stoi u wejścia i pilnuje.
Raptem Adzik, wyciągając rękę w stronę górnego pokładu
„Mazowsza”, krzyczy:
- Zbyszek! Zbyszek na statku!
Zadzieramy głowy.
Roześmiana gęba naszego braciszka wygląda zza łodzi
ratunkowej. Tata podbiega do żołnierza i tłumaczy, że nielegalny
pasażer na statku.
- Co? - oburza się żołnierz. - Przecież pilnuję!
- Ale on tam jest i proszę go sprowadzić. Jeszcze popłynie do
Danii!
- 73 -
Jakiś oficer ściągnął nachmurzonego Zbyszka na ląd. Nie było
czasu na karę dla winowajcy, bo statek już odpływał. Tylko
żołnierz nasłuchał się wielu rzeczy.
- Jakżeś ty tam wlazł? - spytał tata, który zawsze interesował się
techniczną stroną sprawy.
- Jakaś zagraniczna rodzinka ładowała się po trapie - odparł
Zbyszek - no, to ja za nimi. Już byłem na statku, gdy żołnierz
zatrzymał mnie. No, to ja do niego po angielsku: „I have gone for
a while, Sir. Now I come back to ship”. Mówiłem szybko i
biedaczek pomyślał, że jestem cudzoziemcem.
- I omal nie popłynąłeś do Danii! - wołam z zachwytem.
- Właśnie! Po co ten głuptas Adzik narobił alarmu! Byłbym już
za granicą.
- No, jeszcze nie - powiedział Michał. - Statek jeszcze nie
wypłynął za falochron.
Zbyszek pokazał Adzikowi język i pobiegł naprzód.
- Zaczekaj! - zawołała mama. - Przecież to miasto, zachowuj się
możliwie. Już i tak twoja samowola przekracza dopuszczalne
granice. Trzeba z tym skończyć.
- Masz rację - poparł mamę tata. - Ale sama przyznaj, Irenko, że
dobrze jest mieć sprytnego synka - dodał ciszej. - Taki nigdzie nie
zginie.
- No wiesz! - spojrzała na niego karcąco.
Zbyszek nie słyszał tej rozmowy. To dobrze, bo była raczej
niepedagogiczna. Mamusia wciąż gniewa się na tatę, że nas psuje
i rozpuszcza. My się tym nie martwimy. Dobrze jest mieć takiego
ojca!
No, ale mamusia też „swój chłop”. Przyzwyczajona.
Proszę się nie dziwić, że Zbyszek potrafi porozumieć się po
angielsku. Rodzice wcześnie zapędzili nas do wkuwania języków.
- 74 -
Uczymy się angielskiego już czwarty rok, a niemieckiego szósty.
Ktoś może się przerazić. Takie uczone dzieci. Ale nam to nie
przeszkadza w zabawach.
Dosyć jednak o nauce! Teraz są przecież wakacje. I w dodatku
Gdynia, port, fotoplastykon morski, Muzeum Marynarki
Wojennej i weseli marynarze z francuskiego krążownika
„Guypatte”, z czerwonymi pomponami na czapkach!
Dzień pełen wrażeń.
No, ale trzeba wracać. Tatuś wziął swoją walizkę i teczkę z
mieszkania znajomego lekarza i poszliśmy do portu. Omal nie
spóźniliśmy się na statek, a to znów z mojego powodu.
Zabawiłam się w element budowlany.
To wszystko dlatego, że Zbyszek porwał mi plastusia i zaczął
uciekać. Ja za nim. Skręcił w jakąś uliczkę i stanęliśmy na placu
budowy. Właśnie skończyła się przerwa obiadowa i robotnicy
zabierali się do pracy.
Wykańczano ostatnie, piąte piętro. Ponieważ wpadło mi coś do
sandała i uwierało, więc przysiadłam na platformie zawalonej
pustakami. Zdjęłam sandał. Jednakże to coś było w skarpetce,
więc ściągnęłam i skarpetkę.
Wtem Zbyszek krzyknął, a ja zaczęłam unosić się w górę.
Sandał zleciał i klapnął tuż przed nosem zdumionego Jumpo.
Poczciwy pudel wiele widział w swym krótkim życiu rzeczy
dziwnych i niezrozumiałych, ale nie widział jeszcze swej panienki
„fruwającej”.
Przestraszyłam się troszkę, ale na widok roześmianych twarzy
robotników zaraz wrócił mi duch.
- Jaki piękny element budowlany! - zawołał jeden z nich. -
Takich cegiełek nam potrzeba!
- 75 -
Pomogli mi wysiąść z oryginalnego pojazdu i sprowadzili na
dół. Chciałam wrócić dźwigiem, ale wyładowanie pustaków długo
trwało.
Wiem, że od tej pory Zbyszek będzie czatował na sposobność
przejechania się dźwigiem.
Niestety, nie wracał statkiem do Jastarni tamten młodzieniec.
Mama opowiedziała tatusiowi całe zajście i oboje uśmiali się
serdecznie. Tata był bardzo ubawiony, ale potem przyglądał się
mamie ukradkiem i, zdaje się, doszedł do wniosku, że nie
powinna nosić takiej młodej fryzury, gdyż nie wygląda na matkę
nawet dwojga dzieci.
Do Jastarni dopłynęliśmy o czwartej, bez żadnych już awantur.
W porcie minął nas Mika, do którego Michał mrugnął przyjaźnie.
Gdy szliśmy do domu, zauważyłam koło Jazz-Pawilonu panią
Marcinowską w towarzystwie jakiegoś pana. Nie patrzyli w naszą
stronę i oprócz mnie nikt z nas ich nie spostrzegł. Spytam Jarka,
co to ma znaczyć. Tego pana nigdy przedtem tutaj nie widziałam.
A Jarek gdzieś wsiąkł. Poszłam go szukać.
Stał na wydmie nad dziką plażą i wyglądał na „złamanego
życiowo”.
- Jarek, ahoj! Coś taki „atmosferyczny”? - zawołałam z dala. -
Szukam cię i szukam, a ty tu, samotny jak palma. Chodź się z
nami bawić!
Spojrzał na mnie ponuro.
- Nie chce mi się.
- Oo! Co się stało? - zdziwiłam się. - Zbroiłeś i oberwałeś?
Mruknął coś pod nosem.
- Widziałam twoją mamę w towarzystwie jakiejś nieznanej
Bladej Twarzy. Kto to jest ten gość?
- 76 -
- To taki jeden Wałecki - odparł z widoczną niechęcią. -
Przyjechał dziś do „Muszelki”. Na dłużej.
- I już wybrał się z twoją mamą na przechadzkę?
- Oni się dawno znają, od wiosny.
Nie miał ochoty do zwierzeń. Wyczułam, że to jakaś przykra dla
niego sytuacja i że coś się tu kroi.
- Nie lubisz go? - pytam domyślnie.
- Nienawidzę! - krzyknął i zacisnął pięści. - Nienawidzę go!
Milczę przez chwilę z szacunkiem. Jak ten raczej spokojny
Jarek potrafi się unieść! A jaki miał wzrok! Zrozumiałam, że to
nie żarty. Nienawiść - to już coś jest! Pali mnie ciekawość: za co?
- Za co? - pytam wreszcie.
- Za wszystko - odburknął odwracając się i schodząc z wydmy. -
I w ogóle!
To „w ogóle” dużo znaczy. Idę za nim, a ciekawość rośnie.
- Powiesz mi?
Wzruszył ramionami.
- Po co? Nie twoja rzecz. Nie zrozumiesz.
Obrażam się. Nie zrozumiem! A może potrafię mu w czymś
pomóc? Czuję grubszą drakę i aż mnie rozsadza z ciekawości. Coś
tu się kryje!
- Innym razem ci powiem - mówi wreszcie Jarek.
Aha, przestraszył się mojej obrażonej miny i zmiękł.
Kiwam głową w podnieceniu.
- Pomogę ci, jeśli się da!
- Na razie nie mów nic chłopcom.
- Dobrze!
Resztę dnia przegraliśmy w piłkę. Tak byłam zajęta sprawą
Jarka, że przepuściłam dwie bramki.
- 77 -
I w nocy długo o tym myślałam łamiąc głowę nad zagadką.
- 78 -
Niewidzialny wróg Kosmohikanów
Choć wyłaziłam po prostu ze skóry, niczego nie dowiedziałam
się od Jarka. Chrząkałam, dawałam mu porozumiewawcze znaki -
nic. Udawał, że nie widzi, chodził cały dzień napuszony i ponury.
Tatuś zaraz rano zapowiedział, że się do nas zabierze i ukróci
nasz pociąg do brykania, ale my się tym wcale nie przejęliśmy, bo
tata wciąż zapowiada, a nic z tego nie wychodzi.
Mama niespodziewanie wzięła nas w obronę, mówiąc, że mamy
przecież wakacje, a i oni chcą od nas odpocząć. Więc niech
znikają, będzie spokój. Mają ten urlop czy nie?!
Znaczyło to, że zostawiają nam swobodę działania.
- Ale nie podpalcie czasem domu! Albo lasu! - powiedział w
końcu tatuś. - I nie potopcie się. Resztę wam wolno.
Wzięliśmy do serca to, że rodzice chcą mieć urlop, i nie widzieli
nas prawie cały dzień. Bawiliśmy się bowiem w Indian.
Wysmarowani farbami Jarka, zniknęliśmy w gąszczu.
Michał był oczywiście wodzem.
- Będę się nazywał Winnetou! - oznajmił.
- Eee... - skrzywił się Zbyszek. - To przestarzałe. Niech nasz
szczep nazywa się nowocześnie! Kosmohikanie, Latające Talerze
czy inne Termosy Jądrowe! Michał może się nazywać Atomowy
Tomahawk, Gośka - Czarna Rakieta albo Smukła Łajka, a Jarek to
chyba Skalpowany Sputnik, bo ma minę bardzo ponurą i
„oskalpowaną”. Coś takiego, a nie jakieś tam Orle Pióra!
- Niezły pomysł - poparłam. - Ale ja nie będę Smukłą Łajką! -
zaznaczyłam groźnie. - Wolę już Czarną Rakietę. A nasz szczep
może się nazywać Kosmohikanie.
- Dobra! W takim razie ja będę Rączym Odrzutowcem,
najlepszym łowcą plemienia - oznajmił Zbyszek.
- 79 -
- Hola! Kto tu jest wodzem? - oburzył się Michał. - Rączy
Odrzutowcu, proszę się nie rządzić. Ja wyznaczę funkcje i imiona.
Nazywam się... nazywam się... Kosmiczny Niedźwiedź!
- Eee - skrzywił się Zbyszek. - Nie możesz nic innego
wymyślić?
- Choćby i ten Atomowy Tomahawk - wtrąciłam.
Michał poczuł się dotknięty i sporo czasu musieliśmy zużyć,
aby go udobruchać. W końcu stanęło na Atomowym Tomahawku.
- Jarek będzie czarownikiem - zadecydował Atomowy
Tomahawk. - Mądry Reaktor. Adzik - syn wodza, Młody Sputnik.
A teraz słuchać mych rozkazów. Howgh! Skończyłem.
- Napadniemy na „Muszelkę”? - odważył się spytać Młody
Sputnik.
- O tym będzie mowa później! - uciął wódz. Stanął na pieńku i
poprawił pióropusz. - Słuchajcie, czerwoni bracia! - zagrzmiał. -
Otwórzcie szeroko uszy wasze, albowiem...
- Nie tak ewangelicznie! - przerwał Rączy Odrzutowiec.
- Milczeć tam! - huknął wódz. - A więc - ciągnął mniej wzniosie
- musimy naradzić się nad ważnym problemem.
- Dziwne. Żadne z plemion nie znało określenia „problem” -
przerwał znów Odrzutowiec.
- Oj, przestań, Stary Balonie! - zawołałam.
- Milczeć! Zachowujecie się nie jak wojownicy, ale jak kłótliwe
squaw! - zgromił nas Atomowy Tomahawk. - Teraz podzielimy
się na dwie grupy. Rączy Odrzutowiec poprowadzi swój oddział
na południe, a ja skieruję się z moim na północ. Musimy zbadać
okolicę. Podobno na nasze łowiska wtargnęły Blacie Twarze.
Rączy Odrzutowcu! Pójdzie z tobą Czarna Rakieta. Gdy
zauważycie coś podejrzanego, dacie znać trzykrotnym hukaniem
sowy. Następnie udacie się na polankę koło Krzywej Brzozy,
- 80 -
gdzie przybędę z mym oddziałem na wezwanie. Wspólnie
uderzymy na wroga. Howgh!
Zniknęliśmy bezszelestnie w gęstwinie. Każdy krzaczek, każdy
gąszcz lustrowały czujne oczy Odrzutowca i jego oddziału. Łuki
napięte, zmarszczone brwi, wzniesione tomahawki. Niech no
pojawi się w pobliżu tchórzliwa Blada Twarz!
- Pssst! - syknął Rączy Odrzutowiec zatrzymując się nagle.
Wytężyłam słuch. Tak! To Blade Twarze. Żaden przecież
czerwonoskóry nie zachowuje się w puszczy w tak głośny sposób.
Głosy wydobywały się spoza porośniętego gęsto paprociami,
niewielkiego pagórka. Rączy Odrzutowiec chwilę nasłuchiwał, po
czym bezszelestnie położył się w wysokich paprociach.
„Pięćdziesiąt procent” całego oddziału podążyło w jego ślady.
Zwiadowcy posuwali się w stronę głosów. Wystawili ostrożnie
głowy zza osłony.
Na niewielkiej polance zbierało jagody sześć dziewcząt z
kolonii. Baśka była między nimi.
Rączy Odrzutowiec powoli wycofał się w gęstwinę i dał znak
Czarnej Rakiecie.
- Pójdziesz teraz do Krzywej Brzozy i dasz wodzowi umówiony
sygnał. Zapoznasz go z sytuacją i przyprowadzisz tutaj. Ja będę
śledził te Blade Twarze i dam wam znać głosem dzięcioła.
Czarna Rakieta z szybkością przysługującą temu imieniu
pomknęła w stronę Krzywej Brzozy. Stanęła pod drzewem,
zwinęła dłonie i posłała w puszczę umówiony zew.
Po jakimś czasie nadbiegł Jumpo, który zachowywał się cicho
jak indiański pies, a za nim wymalowane oblicza reszty
Kosmohikanów. Wódz zapoznał się z sytuacją i szybko ruszyli w
kierunku wskazanym przez Czarną Rakietę. Po chwili usłyszeli
umówiony sygnał. Poszli w jego stronę.
- 81 -
Blade Twarze posunęły się zaledwie o kilka metrów, i to w
stronę dogodnego strategicznie punktu, jakim była kępa gęstych
świerczków. Atomowy Tomahawk rozejrzał się i wydał
odpowiednie rozkazy.
Bezszelestnie okrążyliśmy polankę. Mamy już wprawę w tego
rodzaju zabawach i zrobiliśmy to jak prawdziwi Indianie.
Dziewczęta nic nie zauważyły.
Atomowy Tomahawk ulokował się w owej kępie świerczków.
Czekamy na jego znak.
- Wieśka jest głupia. - usłyszałam głos jednej z dziewcząt. - Do
tej pory myślałam, że ona jest fajną koleżanką, ale teraz się
przekonałam.
- Nie rozmawiasz z nią? - spytała Baśka.
- Oczywiście! A wiesz, Kryśka powiedziała...
Nie zdążyłam usłyszeć, co powiedziała Kryśka, bo przeraźliwy
gwizd Atomowego Tomahawka poderwał mnie na nogi.
Z mrożącym krew w żyłach okrzykiem rzuciliśmy się na
zaskoczone dziewczęta. Błyskawicznie powaliłam Baśkę znanym
chwytem, wykręciłam jej ręce do tyłu i spętałam sznurkiem. Była
tak zdumiona, że nie próbowała się bronić.
Skoczyłam na pomoc Młodemu Sputnikowi, który wprawdzie
zgrabnie powalił na ziemię sporą Bladą Twarz, ale nie mógł sobie
poradzić z jej rękami. Wspólnymi siłami unieszkodliwiliśmy ją z
łatwością.
- Skalpować?! - wrzasnął Rączy Odrzutowiec chwytając za
warkocz swego jeńca.
- Brać żywcem! - od wrzasnął wódz. - Rozprawimy się z nimi w
obozie.
- 82 -
Wciąż bardzo zdumione i nie stawiające oporu dziewczęta
sprowadziliśmy na polankę pod Krzywą Brzozą. Usadowiliśmy je
wianuszkiem wokół drzewa, plecami do pnia.
- Kamo te lempe chrust! - rozkazał Atomowy Tomahawk.
Zaczęliśmy znosić patyki, śpiewając ponuro i kołysząc się do
taktu:
Śmierć Bladej Twarzy!
Mniam, mniam, mniam, mniam, mniam!
Niech się usmaży!
Mniam, mniam, mniam, mniam, mniam!
Niech się smaży powolutku,
W sosie własnym aż do skutku!
Śmierć Bladej Twarzy!
Blade Twarze w tej sytuacji nie umiały jednak zachować się
należycie i zaczęły się śmiać.
Gdy stos był gotów, Atomowy Tomahawk stanął w dumnej
pozie przed jeńcami i zamierzał wygłosić wzniosłe przemówienie
na temat włażenia w paradę prawowitym właścicielom ziemi
amerykańskiej, lecz od strony zatoki rozległ się gwizdek.
- Ojej! Musimy już iść! - zawołała z żalem Baśka.
Wódz był bardzo niezadowolony.
- W takim razie na czas bliżej nieokreślony odkładam egzekucję
- rzekł. - Ale nie myślcie, tchórzliwe Blade Twarze, że ujdzie
wam na sucho!
Uwolnieni jeńcy, śmiejąc się wesoło, pobiegli nad zatokę.
Baśka obejrzała się jeszcze i zawołała:
- Gosia! Poznałam cię. Przyjdziesz jutro na plażę?
- 83 -
- Przyjdę! - odkrzyknęłam nie zważając na powagę
Kosmohikanów.
- No i pieczeń się nie udała - westchnął Rączy Odrzutowiec.
- Kosmohikanin nie daruje swego! - powiedział groźnie
Atomowy Tomahawk i chciał władczym ruchem owinąć się
płaszczem wodza, ale że go nie posiadał, poprawił tylko broń za
pasem.
- A teraz na polowanie! - zawołał i ruszył naprzód.
Terenem łowów była kuchnia naszego domu, z której
powynosiliśmy czekający na nas obiad i godnie spożyliśmy go
pod namiotem w kącie ogrodu.
W pewnej chwili zauważyłam, że zaczynająca się rozpogadzać
twarz Jarka znów spochmurniała. Spojrzałam poprzez krzak
porzeczkowy w stronę „Muszelki”.
Na ścieżce stała jego mama i rozmawiała wesoło z tym panem
Wałeckim, którego tak nie cierpiał.
Atomowy Tomahawk również patrzył w tamtą stronę.
- Nie podoba mi się ta Blada Twarz - mruknął.
- Oskalpować? - podskoczył Rączy Odrzutowiec.
- Na razie nie trzeba.
- Wiecie, przestraszmy Cozadzieci - zaproponowałam. - Dawno
już jej nie dokuczyliśmy. Jeszcze nas takich wysmarowanych nie
widziała.
- Dobra! - zapalił się Zbyszek. - Ale ona znowu zrobi nam
awanturę...
- Z nią lepiej na razie nie zaczynać - przytaknął Michał.
- Ale na resztę „muszelkowców” możemy napaść - mówił
Zbyszek. - Wtedy, gdy będą siedzieli po kolacji w ogrodzie.
Cozadzieci w tym czasie odstawia codzienny spacerek.
- 84 -
- Dobra, napadniemy!
Ale do kolacji jeszcze daleko. Więc poszliśmy do bunkra.
- Tu ktoś był! - zawołał Jarek, który szedł pierwszy. - O, zdarł w
jednym miejscu osłonę.
Michał gwizdnął ze złością.
- Już nas odkryli!
- A może nie? - mówię. - Bo tylko kawałek jest odsłonięty, ale
otwór nie.
- Ten ktoś mógł znowu zamaskować wejście - mruknął Michał
oglądając uważnie ślady. - O, tutaj usiadł, trawa pognieciona.
- Musiał się bardzo nad czymś namyślać...
- Ale kto?
- Ślady są świeże - powiedział Jarek. - Musiał tutaj być
niedawno. Może jest jeszcze w okolicy?
- Albo obserwuje bunkier i nas - dodałam zniżając głos do
szeptu.
- Możliwe - odszepnął Zbyszek.
A Michał wyprostował się i „zagrzmiał” szeptem:
- Bracia! Nasz obóz jest w niebezpieczeństwie. Czyż mamy
zostawić go na pastwę niewidzialnego wroga?
- O, nie!
- Więc natychmiast ruszamy na zwiady! Jedni pójdą śladem
wroga „w górę”, tam, skąd przyszedł, a drudzy wytropią, gdzie się
schował. Howgh!
Podzieliliśmy się na dwie grupy.
Poszłam z Michałem i Adzikiem w kierunku, w jakim
przypuszczalnie udał się wróg.
Ślad z początku był bardzo wyraźny. Wróg miał wysokie buty z
odciskającym się napisem „Zuch”. Ale potem ślad zaczął się
- 85 -
plątać i gubić w gęstwinie. Przystanęliśmy niezdecydowanie.
Atomowy Tomahawk uważnie badał ziemię, krzaki i drzewa.
- O! - szepnął wreszcie i podbiegł do rosnącej opodal sosny.
Na korze, mniej więcej na wysokości mojego ramienia, widniał
wyraźny ślad zabłoconych butów.
„Gliniasta” pięta z pierwszą literą „Z”.
A więc „wróg” wlazł na drzewo!... Ale czy zlazł do tej pory?
Chowamy się za krzaki. Wstrzymujemy oddech. Może nas
jeszcze nie zauważył, jeśli tam siedzi?
Wódz wysuwa się z krzaków i dopada drzewa. Odrzuca broń i
długi pióropusz, wdrapuje się po chropowatej korze. Po chwili,
łamiąc gałązkę, zjeżdża na ziemię.
- Nie ma tam nikogo - mówi. - Ale był. Zrobił sobie nawet małe
„gniazdko”. Gałęzie połamał.
- Więc co?
- Musimy zbadać, gdzie on zlazł.
- Ale tu już nie widać żadnych śladów - szepczę rozglądając się
dokoła.
- Trzeba poszukać uważniej - mruknął Atomowy Tomahawk.
Ale nic już nie znaleźliśmy. Z krzaków wyszła druga grupa
zwiadowców.
- No i co? - spytał wódz.
- Nic - odparł krótko Jarek. - Na plaży ślad się urywa. Dalej
szedł boso.
- To znaczy najpierw szedł boso - poprawia Zbyszek - a w lesie
włożył buty.
- No tak.
- Widzieliśmy po drodze Mikę - mówi dalej Zbyszek. - Ale on
był w sandałach i szedł brzegiem morza.
- 86 -
- To chyba nie on - kręcę głową.
- Szedł nad samą wodą? - pyta Michał.
- Nie, górą, wydmami.
- Hm... Ale on chyba odpada. Był w sandałach...
- On nie! - ucina Zbyszek. - Ale kto? Kto chodzi latem w
wysokich „Zuchach”?
Wódz wzrusza ramionami. Oglądam się.
- Gdzie Jumpo? Wcale za nami nie przyszedł!
- Z nami go też nie było.
- Kręcił się koło bunkra i ułożył się w krzakach - poinformował
Jarek. - Pewnie śpi. Gorąco dzisiaj.
- No tak, możliwe, ale on tak długo nigdy bez nas nie zostaje -
niepokoję się o pupila. - Już powinien przybiec za mną.
- Oj, nie trzęś się tak nad nim! - woła Zbyszek. - Za bardzo go
rozpieszczasz, będzie strasznie niezaradny.
- Już ty się do niego nie wtrącaj! - odcinam urażona. - Ja jednak
pójdę go szukać.
- No to sobie idź. Poczekamy tutaj.
Biegnę w stronę bunkra.
- Jumpo! Jumpo! Gdzie jesteś, Jumpo?
Nic. Nie odpowiada. Gdzie on wsiąkł?
O, szczeka! Ale jakoś dziwnie, jakby przyduszonym głosem.
Może zaplątał się w gałęzie i dusi się? Prędzej!
- Jumpo!
Głos dobiega od strony bunkra.
Co to? Gdzie Jumpo? W bunkrze?!
Staję jak wryta.
Rzeczywiście, mój pupilek szamoce się we wnętrzu bunkra.
- 87 -
Wejście jest dobrze zamaskowane, wbite w ziemię patyki
podtrzymują darń... Sam nie mógł tam wejść! Więc kto go
wsadził?
- Jumpo! Jumpunio! - wołam przysuwając twarz do darni. - Nie
bój się, zaraz cię wyciągnę! Tylko pobiegnę po chłopców, bo
trzeba to wyjaśnić. Poczekaj!
Zrywam się i wracam.
- Michał! Zbyszek! Chodźcie prędzej!
- Co się stało?
- Ktoś zamknął Jumpo w bunkrze!
- Jak to?
- Kiedy?
- A skąd ja mogę wiedzieć?
Przybiegamy na miejsce. Chłopcy są przejęci. Co to za
tajemniczy i szybki wróg!
- Widocznie przyłapał psa po naszym odejściu i zamknął -
rozumuje Michał. - Ale gdzie on się schował?
- Przecież dokładnie przeszukaliśmy wszystkie krzaki - dodaje
niemniej zdumiony Zbyszek. - Wkrótce wracaliśmy tędy i nie
spostrzegliśmy nic nadzwyczajnego...
Oswobodzony Jumpo rzuca się na mnie z radosnym
szczekaniem. Kręci się w kółko jak zwariowany. Liże mnie po
rękach. A ja go całuję w łepek.
- Żeby on umiał mówić! - wzdycha Michał.
Kto nam płata takie figle? Kto jest tak szalenie zręczny i
„niewidzialny”?
Rozglądam się wokół. Może on stoi za moimi plecami? Ale las
jest pusty.
- 88 -
- Nic teraz nie zrobimy - mówi wreszcie Michał. - Trzeba
będzie codziennie śledzić bunkier.
Kiedyś go wreszcie wytropimy.
- Dziś już chyba tutaj nie wróci - godzi się Jarek. - Przyjdziemy
jutro rano.
Po krótkiej naradzie jeszcze raz sprawdzamy okoliczne zarośla,
ale nigdzie żadnych śladów. Maskujemy więc bunkier i powoli
wracamy.
Z zarośli na skraju lasu obserwujemy przez chwilę grę w
siatkówkę. Grają dziewczęta z kolonii z Murzynem i
autostopowiczami. Kilku Kaszubów i młodsze dziewczynki
kibicują.
- O, Mika sędziuje - mówię. - Wobec tego on nie może mieć nic
wspólnego z bunkrem.
- A może ich było dwóch? - odzywa się Adzik. - Bo jeden tak
szybko by nie zrobił...
- Możliwe, że było ich dwóch - kiwa głową Michał. - Chociaż
widzieliśmy jeden ślad... Ale ten drugi mógł siedzieć cały czas w
krzakach.
Gra wcale nas nie interesuje. Mamy co innego na głowie.
Odchodzimy więc w gąszcz. Z niecierpliwością oczekujemy
wieczoru. Napad nie został odwołany z powodu tajemniczego
wroga. Flanelowe stroje indiańskie grzeją nas porządnie, a i
pióropusze nie są wcale wygodne, gdy trzeba czaić się w gąszczu.
Nadeszła godzina dziewiętnasta. O tej porze „muszelkowcy”
kończą zazwyczaj kolację. Jest jeszcze widno, toteż przyczajeni
wokół budynku Indianie czekają zmierzchu.
Niektórzy wczasowicze idą na spacer (między nimi Cozadzieci,
która omal nie zauważyła przemykającego się za krzakiem
Zbyszka), a reszta rozsiada się przy stolikach w ogródku. Jedni
- 89 -
grają w karty, inni w szachy, jeszcze inni rozwiązują krzyżówkę.
A reszta pospolicie rozmawia.
Czarna Rakieta sterczy tuż pod płotem w agreście (konsumuje) i
słyszy wyraźnie, jak krzyżówkowcy głowią się nad ptakiem z
rodziny bekasów, na pięć liter, pierwsza „k”.
- To ptak kszyk, drodzy państwo, kszyk - rozlega się miły głos
staruszka, który przedwczoraj spieszył nieszczęsnej Królewnie z
pomocą.
Czarna Rakieta dziwi się, bo nie wiedziała dotąd, że staruszek
mieszka w „Muszelce”.
- Bardzo dziękujemy, panie profesorze! - mówi ktoś.
- Jestem przecież biologiem, powinienem znać rodzinę bekasów
- odpowiada staruszek.
- 90 -
„Aha, on jest biologiem!”
W towarzystwie znajduje się „Typ” - Walecki. Siedzi przy
kartach. Śmieje się hałaśliwie.
Nareszcie zapada zmrok. Słyszę cichy gwizd z lewej strony. To
Zbyszek. Daje sygnał, że za chwilę atak.
„Muszelkowcy” spodziewali się prędzej straszliwej burzy z
piorunami, nawałnicy, niż napadu Indian, ale ponieważ to nie
Dziki Zachód, więc po pierwszym odruchu udawali już tylko
przestrach.
Taniec dokoła stolików udał się znakomicie. Płonące pochodnie
zrobiły odpowiednie wrażenie. Dorośli zaczęli się śmiać, chwalić
nasze stroje i broń.
- Poddajemy się, poddajemy! - wołał profesor. -
Tylko nas za bardzo nie przypiekajcie w niewoli.
- My od razu uśmiercamy i skalpujemy! - ryczał Atomowy
Tomahawk wymachując pochodnią. - Serca nasze nie znają
litości!
- O, więc zginiemy marnie! - zawołała z rozpaczą jedna
„muszelka”.
- Serca nasze nie znają litości! - darliśmy się wniebogłosy.
- A to i Jarosław jest w tym walecznym szczepie - powiedział
Typ poznawszy Jarka po głosie. - Jakie nosisz imię?
- Mądry Reaktor, czarownik - wyjaśnił za Jarka Zbyszek.
- Cha! Cha! A to ci wymyślili! - wybuchnęli śmiechem.
- A ty jak się nazywasz?
- Rączy Odrzutowiec!
- Cha! Cha! To dopiero! Nowocześni Indianie!
- A z jakiego plemienia?
- My jesteśmy Kosmohikanie!
- 91 -
- Kosmohikanie? Cha! Cha!
Wprawiliśmy ich w dobry humor.
- Co tu się dzieje? - usłyszeliśmy głos taty. Oboje z mamą i
panią Marcinowską wracali właśnie z przechadzki. - Co to za
wrzaski? To na pewno moje dzieciaki!
- Gdzie dziki wrzask, tam one się znajdą, niestety - westchnęła
mama.
- Proszę się na nich nie gniewać! - zawołał wesoło profesor. -
Wyśmienicie nas zabawili. Niech państwo sobie wyobrażą, jakie
imiona powybierali!
Rodziców zatrzymano w ogrodzie niemalże siłą.
Towarzystwo długo jeszcze śmiało się i żartowało.
- 92 -
Nocna wyprawa
- Kiedy mi wreszcie coś powiesz o tym-tam Waleckim? -
spytałam Jarka, z którym szłam właśnie do sklepu. - Dlaczego
nienawidzisz? Miałeś mi powiedzieć!
- To innym razem - wykręca się Jarek.
Na wspomnienie Typa twarz jego momentalnie spochmurniała.
- Teraz właśnie jest dogodna chwila - nalegam. - Jeśli nie
chcesz, żeby ktoś inny oprócz mnie o tym widział, to powiedz
teraz.
- Ty też nie musisz o tym wiedzieć - machnął ręką i umilkł na
dobre.
Pali mnie ciekawość.
Gdy wracaliśmy ze sklepu, nie wytrzymałam i spytałam znowu:
- Za co go nienawidzisz?
- Nie lubię go i już! - wykrzyknął Jarek i zrobił taki ruch, jakby
chciał uciec ode mnie, ale pohamował się i chwycił za drugie ucho
siatki.
Milczę. Czuję, że rozmowa o nim sprawia Jarkowi przykrość,
ale moja ciekawość jest większa od delikatności, więc gdy
wchodzimy na werandę, mówię jeszcze raz:
- Ale powiesz mi o tym, prawda?
- Powiem - mruknął.
Mama odebrała od nas zakupy, pokręciła się trochę po kuchni i
zaczęła pakować do torby plażowej ręcznik, płaszcz kąpielowy,
kostium i coś tam jeszcze.
- Idziemy na plażę? - pytam.
- No oczywiście. Chłopcy już poszli.
- 93 -
Chciałam zapytać o panią Marcinowską, ale widząc smutną
minę Jarka, powstrzymałam się. Zresztą po chwili przyszło mi do
głowy, że może jej się urlop skończył i jest teraz w biurze. Mama
zamknęła dom i poszliśmy na plażę.
Piękna pogoda ściągnęła tłumy wczasowiczów. Plaża zapchana
parkami, rodzinkami i „pojedynkami”.
Wszyscy smażą się na kocach. Nie rozumiem, jak można tak
długo leżeć bez ruchu. Od kilku dni obok nas rozkłada koc jakaś
młoda kobieta, która wytrwale i planowo smaży się na słońcu.
Leży, wysmarowana olejkiem, strasznie długo na plecach, potem
na brzuchu, a potem po kolei podsmaża „boczki”. Ale za to już
teraz wygląda jak czekoladka. Ja bym tak nie wytrzymała!
Doszliśmy do naszego grajdołu. Tata właśnie rozkładał ten duży
parasol słoneczny w czerwone i żółte pasy.
- Chłopcy w wodzie? - spytała mama stawiając torbę na kocu. -
Wysmarowałeś Adzika olejkiem?
- Ty przecież wzięłaś olejek - odparł tata wkopując nogę
parasola w piasek.
- Małgosiu, poślij tu Adzika do smarowania! - zawołała za mną
mama.
Skoczyłam do wody.
- Adzik! Mama chce cię wylakierować - wrzasnęłam w stronę
najmłodszego. A do starszych: - Płyniemy do czerwonych?
- Płyniemy!
Woda jest wspaniała. Cudownie nas orzeźwia. Dopływamy do
czerwonych chorągiewek i z powrotem!
Teraz fikamy tuż przy brzegu. Ale długa kąpiel w morzu też
potrafi się znudzić.
Rozkładamy się więc na wilgotnym piasku, nad samą wodą.
Fale wbiegające na brzeg podmywają nam nogi, a plażowicze,
- 94 -
którzy chcą się przejść po mokrym piasku, muszą nas omijać.
Leżymy bez ruchu, udając wyciągnięte z wody krokodyle. Łatwo
można sobie wyobrazić Afrykę, bo upał niemiłosierny. Potem
idziemy do grajdołu.
Tata, zdaje się, usnął nakrywszy głowę ręcznikiem, a mama
czyta książkę w cieniu parasola i opala nogi. Chłopcy kładą się
obok na piasku.
- Świat jest cholernie nudny - odezwał się Zbyszek. - Nic, tylko
się wieszać!
I żeby się mniej nudzić, obsypał wysmarowanego Adzika
piaskiem i zaczął go gonić. Adzik uciekł do grajdołu. Zbyszek,
chcąc go stamtąd wyciągnąć, zaczął szarpać za róg tatowej
koszuli, na której usiadł Adzik.
W rezultacie koszula pękła z miłym trzaskiem, mama przestała
czytać i powiedziała nam kilka słów, a tata obudził się i nie
wiedząc jeszcze, o co chodzi, zaczął krzyczeć, że trzeba zrobić
porządek z tymi smarkaczami.
- Ale co oni znów nabroili? - spytał wreszcie.
- Podarli twoją koszulę - odparła mama. - Pójdziesz teraz do
domu, Gosiu, i przyniesiesz ojcu drugą koszulę. Tę w paski,
sportową.
- A dlaczego właśnie ja? To chłopcy podarli! - oburzam się, bo
nie chce mi się wstać z miejsca.
- Chłopcy nie wiedzą, gdzie co leży.
- Dlaczego akurat ta w paski? - tatuś zaczął kręcić nosem. -
Przynieś, dziecko, tę niebieską.
- Właśnie że w paski, pamiętaj, Gosia! - podkreśliła mama. -
Niebieska jest już brudna.
Cóż było robić? Biorę podartą koszulę i wykrzywiam się do
chłopców. Idę powoli do domu.
- 95 -
Sporo czasu minęło, zanim znalazłam tę w paski. Poza tym
zjadłam trochę truskawek z lodówki i porzeczek z ogrodu. Wcale
się nie zdziwiłam, gdy wróciwszy na plażę, nie zastałam
chłopców.
- Pozwoliłam im pójść do lasu - odparła mama na moje pytanie.
- To ja też pójdę.
- Dobrze, jeśli chce ci się biegać w taki upał.
Gwizdnęłam na Jumpo i weszłam w las. Chłopcy na pewno są w
bunkrze. Będą śledzić tajemniczego wroga. Może znów zostawił
jakieś ślady? To ogromnie ciekawa historia!
Z daleka słychać podniesione głosy. Ojej! Kłócą się. Na pewno
coś znaleźli.
Rzeczywiście! Obok bunkra, otoczony naszymi chłopcami,
stoi... Mika!
Mika? Więc to jednak on jest tym „wrogiem”? A może odkrył
bunkier dopiero teraz...
Podchodzę bliżej. Mika uśmiecha się i mówi:
- W takim razie pożyczę go wam do końca miesiąca i nie będę
się wtrącał.
Michał milczy, jest z czegoś bardzo niezadowolony.
Zbyszek wykopuje nogą jakiś korzeń i pogwizduje.
- Więc to tak? - wołam wyskakując z krzaków. - To Mika!
- Ten bunkier należy do Miki - wyjaśnia sucho Michał. - Odkrył
go już dwa lata temu.
To znaczy, że nie mamy do niego żadnych praw... Milczę i
patrzę na Michała pytająco.
- Pozwalam wam siedzieć w nim do sierpnia - powtarza Mika.
Jaki łaskawy!
- 96 -
- Za co? - pytam, bo wiem, że chłopcy nie robią sobie nawzajem
przysług bezinteresownie.
- Za to, żeśmy go przyłapali na gorącym uczynku - wyjaśnia
Zbyszek.
- Więc to on!
- Tak, ja.
- Ale jak?
- Bardzo prosto.
I Mika na moją prośbę powtarza jeszcze raz, jak po prostu
zajrzał kiedyś do bunkra, stwierdził, że jest świetnie
zamaskowany i wyprzątnięty. Domyślił się, że ktoś odkrył jego
kryjówkę. Czatował więc na tego kogoś codziennie. Ale jakoś nie
mógł trafić na nasz ślad. Więc schował się w bunkrze.
Zamaskował go, ale na szczycie pagórka, przysłonięty krzakiem i
kamieniami, znajduje się bardzo wąski otwór, przez który z
trudem można się przecisnąć. Nie spostrzegliśmy go, bo był
zasypany ziemią i kamieniami. Krytycznego dnia Mika zrobił
obok bunkra te wszystkie ślady i schował się.
- Ale jak wróciłeś? - przerwałam. - Musiałeś przecież zostawić
ślad!
- Sztuczne ślady zrobiłem bardzo mocno, przytupując.
Wróciłem na bosaka, krzakami.
- Przecież miałeś na nogach sandały, a ślady były od „Zuchów”!
Mika z uśmiechem podniósł nogę i stwierdziłam, że sandały
zrobione są domowym sposobem ze starych podeszew „Zuchów”
i mocnych rzemieni.
Teraz rozumiem.
Chłopcy są źli, że się tak dali podejść. Milczą więc ponuro.
- A jak udowodnisz, że to twój bunkier? - upieram się chcąc
przerwać milczenie.
- 97 -
- Przecież zna to drugie wejście - mruczy Zbyszek. - I ma tam
skrytkę.
- Skrytkę? A z czym?
Mika prowadzi mnie do bunkra, odsuwa siedzenie zrobione
przez nas w przedsionku, i podnosi niewielką płytę. Zaglądam
ciekawie.
W zagłębieniu leży zwinięta sieć, pływaki, ciężarki, jakieś haki,
haczyki i druty. Cofam się zgnębiona.
Teraz Michał nie będzie chciał bawić się tak często w bunkrze,
znam go dobrze. Jeśli odkryje jakąś rzecz, a później dowie się, że
już ktoś to przed nim zbadał, traci serce do tej rzeczy czy miejsca.
Zniechęca się.
Chłopcy nie gniewają się na Mikę. Skapitulowali przed
oczywistym faktem jego praw do bunkra.
Mika rozmawia o czymś z Jarkiem po kaszubsku. Nie możemy
nic z tego zrozumieć. Jarek jest zadowolony z rezultatu rozmowy i
wesoło mruga do Michała. Mika też się śmieje, a Michał i
Zbyszek mają takie miny, jakby wiedzieli, o co chodzi.
No tak, zmawiają się beze mnie. Nie jestem jeszcze tego pewna,
ale czuję, że chcą mnie wykiwać. Udaję jednak, że to mnie nic nie
obchodzi.
- Spytałem go - mówi Jarek do nas. - To wszystko prawda.
Jakaś nieszczerość brzmi w jego głosie. Tak, jakby mówił nie
to, co naprawdę myśli.
Michał odpowiada tym swoim stanowczym „wodzowskim”
tonem, ale i w jego głosie zauważam jakieś podejrzane nutki.
Oho, ja mam dobre ucho!
- Wobec tego musimy wysłać zwiadowców. Gośka i Adzik
pójdą w lewo, Jarek i Mika do Jastarni, a Zbyszek i ja w prawo.
Potem spotkamy się tutaj i każdy powie, co widział.
- 98 -
- Ale co mam widzieć? - pytam.
- A prawda! Ty nie wiesz, co się święci.
- No? Co znowu?
- Jedna z band tutejszych chłopaków łazi po lesie i domyśla się,
że coś się tu kryje. Musimy wyśledzić, gdzie oni teraz są.
- Dobra! - kiwam głową.
Podejrzenia rozwiały się. Jakie fajne sytuacje! Z jednej draki w
drugą.
Rozdzielamy się więc i idę w swoją drogę, prowadząc Adzika i
Jumpo.
Szkoda, że nie obejrzałam się za siebie!
Łazimy i łazimy po lesie, a Kaszubów nigdzie nie widać.
- Tu nikogo nie ma - mówię do Adzika. - Czysto.
Wracamy więc do bunkra.
Chłopcy są w komplecie i wyglądają jakoś dziwnie. Ach, już
wiem, mają takie miny, jakby w tej chwili przerwali jakąś robotę,
ostrzeżeni o naszym zbliżaniu się. Znów opadły mnie podejrzenia.
Michał wysłuchał sprawozdania z obojętną miną i mówi:
- My wytropiliśmy wroga. Nie mają zamiaru na nas uderzać.
Potem rozmawiają o obojętnych rzeczach, wreszcie Mika
odchodzi. Siedzimy w chłodnym przedsionku bunkra i w
milczeniu czekamy, aż minie największy upał.
Po jakimś czasie Michał wstaje.
- Chodźmy!
Idziemy w stronę domu.
Rodzice są jeszcze na plaży, a nam już nie chce się tam iść.
Włóczymy się więc wokół domu i „Muszelki”.
W ogrodzie na leżaku odpoczywa profesor i przegląda jakąś
grubą książkę. Zauważył mnie i uśmiechnął się zza okularów.
- 99 -
- Aaa, księżniczka Czarna Rakieta! Witam, witam. Nie
szykujecie czasem nowego napadu?
- Na razie nie mamy w planie - odpowiadam z uśmiechem. -
Ciekawa ta książka?
- Bardzo! Ale nie wiem, czy cię to interesuje. O, popatrz, wiesz,
co to za zwierzę?
Zaglądam mu przez ramię.
- To chyba diplodok.
- Diplodok. A skąd wiesz? - jest przyjemnie zaskoczony.
- Michał miał taką podobną książkę - wyjaśniam.
- Michał... to ten najstarszy?
- Tak.
Obejrzałam jeszcze dinozaurusa, pterodaktyla, iguanodona i
wiele innych o strasznie zawiłych imionach. Profesor uprzejmie
objaśnił mi o każdym co nieco, ale i tak wszystko mi się
pomieszało.
Przez ten czas chłopcy zniknęli. Został tylko Adzik siedzący na
stopniach werandy. A niech sobie znikają! Taki upał, że mi się nie
chce biegać.
Siadam więc obok Adzika i czekamy na rodziców.
Nadchodzą wreszcie. Mama od razu zabiera się do obiadu, bo
już najwyższy czas. Pomagam.
Kiedy obiad był już prawie gotowy, do kuchni zajrzał tata i
skrzywił się:
- Znowu barszcz...
- Wcale nie znowu! Barszcz był w zeszły piątek! I proszę mi tu
nie kręcić nosem! - zdenerwowała się mama.
- Tak bardzo nie kręcę, ale mogłabyś...
- Mogłabyś! Wy wszyscy tylko „mogłabyś”! Ale jak...
- 100 -