Jumpo śmieje się po psiemu i szczeka.
- Przynieś ścierkę! - wołam do Adzika.
- Potop świata! - śpiewa Adzik pędząc do kuchni. - Bałtyk
wyłazi ze skóry!
Wypędziłam Jumpo i wytarłam „potop”. Weszła mama.
- 151 -
- Właściwie powinniście siedzieć w domu do wieczora -
powiedziała nie zauważając mokrej podłogi. Mrugnęłam do
Adzika porozumiewawczo. - Ale pozwalamy wam przejść się
przed kolacją. Tylko gdzieś w pobliżu.
- Ooo! Dziękujemy!
Z radosnymi okrzykami pobiegliśmy do lasu. Trzeba teraz
odskakać to siedzenie. Nawet Adzika mama wypuściła pod
warunkiem, że wciągnie sweter.
Wariujemy więc po lesie, strasząc wrzaskami spokojnych
letników. Jakoś, chcąc nie chcąc, znaleźliśmy się w pobliżu
bunkra.
- Jeżeli już tu jesteśmy - powiedział Michał - to zabawmy się w
policjantów tropiących bandytów. My będziemy z Królewskiej
Konnej.
- Dobrze. W takim razie patrzcie, jaki ze mnie dzielny
Czerwony Kubrak! - zawołał Zbyszek i zaczął skradać się w
stronę bunkra.
Ruszyliśmy za nim, starając się stąpać jak najciszej.
- Co tam? - spytał szeptem Michał, bo Zbyszek zatrzymał się
nagle i nasłuchiwał.
- Wytropiłem bandytę - odszepnął. - Tam naprawdę ktoś jest!
- Eee, to Mika - powiedziałam również szeptem, wyjrzawszy z
krzaków.
- Zaskoczymy go!
Mika siedział w kucki przed bunkrem i zwijał sieć.
- Jednak dziadek oddał! - nie wytrzymał Michał i wybiegł z
ukrycia.
Mika odwrócił się gwałtownie. Widać było, że wcale się nie
zachwyca naszym przyjściem. Ale Michał, ucieszony tym
spotkaniem, nic nie zauważył.
- 152 -
- Po coście tu przyleźli?
- Jak to po co? - oburzył się Zbyszek. - Przecież nam wolno,
pożyczyłeś bunkier do końca lipca.
Wzruszył ramionami ze złością i nic nie odpowiedział.
Michał, w dalszym ciągu nie widząc jego humoru, spytał,
dlaczego się nie pokazuje. Przecież możemy znowu coś wymyślić.
Mika mruknął na to, że nie ma czasu.
Nie powiedzieliśmy mu o „zemście”, bo nawet wspomnienie tej
draki jest dla nas nieprzyjemne. Michał znów go spytał, czy nie
wybiera się czasem na połów.
- Masz już przecież sieć.
- No to co, że mam? Muszę ją schować, bo... - zaczął Mika
podniesionym głosem, ale chyba przypomniał coś sobie, bo dodał
już ciszej: - Dziadek pilnuje mnie na każdym kroku.
Wstał, wszedł do bunkra i schował sieć w skrytce.
- Nie mam teraz czasu - powiedział krótko i, ponury jak
gradowa chmura, oddalił się szybkim krokiem.
Michał chwilę patrzył za nim.
- On jest fajny chłopak, ale dziś bez humoru - odezwał się
szybko. - No bo taki stróż, jak jego dziadek, to nie przyjemność.
- Pewno - wzruszył ramionami Zbyszek i przestał się zajmować
Miką. - W co się bawimy?
- Jakoś mi się nic nie chce - odparł Michał siadając na trawie. -
Właściwie nie zdążymy zabawić się przed kolacją.
Wobec tego ja również usiadłam pod krzakiem, wzięłam Jumpo
na kolana i zaczęłam szukać pcheł w jego puszystym futerku.
- Dawno go nie szczotkowałam - mówię. - A tu cała kolonia
pcheł!
Na dźwięk słowa „kolonia” Michał spytał:
- 153 -
- A kiedy wyjeżdża ta twoja Baśka?
- Kiedy? Dwudziestego pierwszego.
- To przecież dzisiaj! - uśmiechnął się.
- Cooo?! Już?
- Już.
- A ja się z nią nie pożegnałam! - rozpaczam. - I nie znam jej
adresu!
- Widzisz!
- Widzę. A może one jeszcze nie wyjechały? - pytam z nadzieją.
- Mogła przecież jechać na noc!
- Gdzie tam! Do Bielska jedzie się stąd dzień, noc i jeszcze
kawałek. Na pewno wyjechały rano.
- Co za pech! To wszystko przez tę dzisiejszą pokutę!
- 154 -
Michał kiwa smętnie głową i milczy. Adzik wycina łódeczkę z
kory, a Zbyszek poczuł widocznie nagłe zainteresowanie
przyrodą, bo czołga się wytrwale za jakimś robakiem.
Jumpo wyrwał się niespodziewanie z mych objęć i skoczył
między Zbyszka a robaka. Zbyszek zamierzył się na niego pięścią,
a robak skorzystał z okazji i zwiał. „Badacz Przyrody” mruknął
coś, wstał i otrzepał spodnie.
- Uaaa! - ziewnął. - Gdyby człowiek miał być dzień w dzień taki
grzeczny jak dzisiaj, toby wkrótce skonał z nudów.
- Właśnie! - przytaknął Adzik.
- O! Już ty nic nie mów, bo jesteś i tak święte dziecko -
mruknęłam zjadliwie.
Jestem zła, że z Baśką tak głupio wypadło. „Święte dziecko”
obraża się i pokazuje mi język. Michał podnosi się z niezwykłą
powagą na obliczu.
- Świeci? - pyta.
- Co?...
- Aureola!
- Gdzie?! - przeraża się Adzik.
- Nad mą głową - rzecze dostojnie najstarszy.
Parskamy śmiechem i grzecznie wracamy za nim do domu na
kolację.
- 155 -
Gdy pada deszcz
Jarek wrócił wieczorem z torebką słodyczy i nową żaglówką,
ale - jak się to mówi - z męką na twarzy. Zaraz też poszedł spać i
dopiero nazajutrz rano uznaliśmy go za „obecnego”. Nie
pytaliśmy o szczegóły tej wycieczki, bo po co go drażnić. I tak
jest „u kresu sił i nerwów”, to widać.
Wałecki zaraz po śniadaniu gdzieś wyszedł, a wychodząc
zwrócił się do Jarka:
- Zastanów się, Jarosławie, nad tym, co ci mówiłem.
Zgrzytnęłam zębami. Jarek siedział nieporuszony, ale posłał za
nim takie spojrzenie, że tamten z prostej przyzwoitości powinien
zamienić się w kupkę popiołu.
Mama spytała Jarka, czy nie chce więcej herbaty, a potem
powiedziała do mnie:
- Podaj na deser truskawki. Chyba wszystkich nie
sprzątnęliście?
- Zdaje się, że jeszcze coś tam zostało.
Po śniadaniu wspaniałomyślnie pomogłam mamie posprzątać w
kuchni, a potem wyszłam na werandę. Tutaj czekał na mnie Jarek.
- Małgosiu! - jęknął błagalnie. - Wymyśl coś prędzej, bo ja już
nie mogę!
- Myślę, aż mi głowa trzeszczy, ale nic nie wymyśliłam -
odparłam. - A kiedy on wyjeżdża?
- Zdaje się, że w końcu lipca albo w sierpniu.
- To mamy jeszcze czas.
- Ale lepiej teraz. Ja już nie mogę!
- Myślę przecież. Słucham? - zwróciłam się w stronę kuchni,
skąd mama mówiła coś do mnie.
- 156 -
- Pójdziesz do sklepu i kupisz...
Tu nastąpiła litania zakupów. Nie wzięłam do pomocy Adzika,
bo chciałam skorzystać z samotności i zastanowić się nad
sytuacją.
Miałam czas się zastanawiać! Wystałam się i w jarzynowym, i
za rybami, i po pieczywo. Ale choć miałam tyle czasu, nie
posunęłam sprawy naprzód. Ustaliłam tylko, że trzeba powiedzieć
o wszystkim chłopcom. Co cztery głowy, to nie jedna! Pomysłów
zbierze się na pewno sporo, trzeba tylko wybrać i rozpracować
najlepszy.
Ukończyłam wreszcie zakupy i szybko wróciłam do domu.
Rozpakowałam torbę i wyszłam przed dom. Gdzie ich teraz
szukać?
- Zdaje mi się, że twoi waleczni bracia pobiegli do lasu nad
zatokę - poinformował mnie profesor, który stał koło płotu i
oglądał jakiegoś robaka.
Podziękowałam mu spiesznie, bo pilno mi było naradzić się z
chłopcami, i pobiegłam nad zatokę.
W lesie cicho. Może bawią się w podchody?
O, widzę już jednego! To Zbyszek. Gna przez krzaki w moją
stronę. Dopiero teraz zauważyłam, że stoję obok drzewa, na
którym kredą narysowano wielki znak „M”. Aha, meta.
- A gdzie „ciąg dalszy”? - pytam Zbyszka, który dotknął ręką
pnia.
- Nastąpi - odsapnął.
W tej chwili wypadł na ścieżkę Michał, a za nim Jarek. Michał
już z daleka woła coś do Zbyszka.
- Skróciłeś sobie trasę! - zrozumiałam wreszcie. - Ominąłeś
leszczynę. Bieg unieważniony!
- 157 -
- Nie ominąłem! - zaperzył się Zbyszek. - Biegłem uczciwie!
Jestem pierwszy!
- Guzik! - dyszy Michał opierając się o drzewo. - Opuściłeś.
Tam były dwie leszczyny. Wziąłeś obie?
Zbyszek ze złością wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.
- A widzisz! - triumfuje Michał. - Przegrałeś.
Zbyszek nie spiera się, widocznie Michał ma rację.
- Gdzie Adzik? - pytam. - Chyba nie brał udziału w tym
maratonie?
- Siedzi nad zatoką i łowi flądry - machnął ręką Michał. - Uff!
Alem się zmachał!
Usiedli na trawie.
- Jarek - zaczęłam trącając Michała -- idź i zawołaj tu Adzika,
chcę mu coś powiedzieć. Dobrze?
- Sama sobie idź! - wzruszył ramionami Zbyszek. - Coś taka
wygodna?
Ale Jarek wstał.
- Pójdę się umyć, to go zawołam.
I poszedł.
- O co chodzi? - spytał mnie Michał.
W krótkich słowach opowiedziałam o przeżyciach Jarka.
Poruszyły ich.
- To jest... - zawołał oburzony Zbyszek, gdy skończyłam - to
jest... no, jak się to nazywa? Czytałem kiedyś. Aha, bi... bigamia!
Czy nie tak?
- Coś takiego - kiwał głową Michał. - Musimy mu pomóc.
- Oczywiście! - podskoczył Zbyszek.
- Tylko chodzi o to, jak pomóc?
- Trzeba jakoś ostrzec panią Marcinowską - mówi Michał.
- 158 -
Zmarszczył czoło i spoważniał. Ma zamiar szczerze się tym
zająć.
- Ale jak?
- Właśnie Jarek mógł to dawno zrobić - stwierdza
Zbyszek. - Po prostu przyznałby się mamie do otwarcia tego
listu i kropka. Resztę niech dorośli załatwiają!
- Nie - pokręcił głową Michał. - Teraz już nie może tak po
prostu powiedzieć. Przedtem to tak. Ale przecież pani
Marcinowska... tego, no... wiecie, już za bardzo... tego...
- Nie jąkaj się - mruknęłam. - To jasne, że już za bardzo. I
byłoby jej przykro, i w ogóle...
- Ale lepiej teraz niż jeszcze później - upiera się Zbyszek. - Ja
bym po prostu powiedział.
- Może naszej mamie?... - zastanawiam się. - Ona nam poradzi.
- To w ostateczności! - sprzeciwia się Zbyszek.
- Zostawmy to na razie - przerywa Michał. - Naradzimy się
jeszcze z Jarkiem. Teraz nie mam melodii do takiej narady.
- A kiedy ci zagra?
- Nie wiem, zobaczymy. Ale chyba dziś po południu.
- Po co zwlekać? - wzruszam ramionami.
- Idzie Adzik - mówi Michał. - Chodźmy nad zatokę,
poskaczemy trochę w dal. Zrobiliśmy tam przecież boisko.
- Co chcieliście? - pyta Adzik podejrzliwie.
- Ważna sprawa. Dowiesz się niedługo - wyjaśnia Michał. -
Tylko język za zębami! Jak się wygadasz przed mamą, to
zobaczysz!
- Będę milczeć! - przyrzeka Adzik z przejęciem.
Idziemy nad zatokę.
- 159 -
- Strasznie dorosła sprawa - wzdycha do mnie Zbyszek. - Aż mi
się skakać odechciało.
Ale skakał, i to najlepiej. Potem trenowaliśmy judo, bo parę
chwytów pokazał nam kiedyś Zygmunt Rylski.
Niestety lunął deszcz i zapędził nas do domu.
Deszcz na wakacjach to głupi wynalazek. Zwłaszcza dla nas,
którzy tak lubimy brykać po lesie. Gdy leje, wymyślamy zawsze
jakieś kawały, żeby się tylko nie nudzić. Rodzice siedzą jak na
szpilkach i modlą się o słońce, bo dom jest nas pełen. Wynoszą się
wtedy do kuchni lub na werandę i zostawiają nam prawie całe
mieszkanie.
„Bo lepiej niech jawnie brykają i zamieniają pokój w okręt,
wigwam czy drugą stronę księżyca, niżby mieli dokuczać sobie po
kryjomu i zastawiać pułapki ze sznurka. Przy takich zabawach
wszystkie tłukące się przedmioty wędrują na śmietnik.”
Doceniamy pobłażliwość naszych rodziców, toteż staramy się
nie przekraczać granicy wytrzymałości ich nerwów.
Jak tylko rozpadało się na dobre, ulokowaliśmy się na
werandzie, bo tu bliżej wyjścia i „oddycha się” lasem. Ale kiedy
gry już się nam znudziły, weranda stała się dla nas za ciasna.
Wymaszerowaliśmy więc na zdobycie strychu. Komenderował,
jak zwykle, Michał.
Po zdobyciu strychu, zamiast bawić się dalej, kazał zamknąć
drzwi i powiedział:
- A teraz naradzimy się nad wiadomą sprawą. Tutaj nikt nam nie
przeszkodzi. Siadajcie na jakichś gratach i zaczynamy.
Narada była bardzo burzliwa, ale nie przyniosła rozwiązania.
Zdania były różne i nie mogliśmy wybrać najlepszego z
pomysłów.
- 160 -
Jeszcze najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji wydawało się
powiedzieć o wszystkim mamie. Zdjęlibyśmy wtedy z siebie ten
kłopot i tak byłoby najlepiej. Ale nie postąpiliśmy tak. My
chcieliśmy sami załatwić sprawę, czuliśmy się bardzo
„doświadczeni”. Niestety, nie wpadliśmy na lepszy pomysł niż
ten, który ja poddałam. Ale o tym potem.
Siedzimy więc na strychu i kłócimy się, aż tu wlazł tata i mówi:
- Deszcz przestał padać. Może któreś z was skoczy po gazetę?
- Wszyscy pójdziemy - zerwał się Zbyszek. - Chcemy się trochę
przejść!
Tata dał nam pieniądze i pobiegliśmy do kiosku, omijając (lub
nie) kałuże na ścieżce.
- Czekajcie - zatrzymał nas nagle Michał. - Ale jaką gazetę
mamy kupić?
- Prawda! Zapomnieliśmy się spytać - mówię. - Ale to chyba
wszystko jedno. Kupimy, jaka będzie.
Był „Głos Wybrzeża”. Chłopcy po przejrzeniu wiadomości
sportowych dali gazetę mnie, bo nie chciało im się nieść.
Szybko przerzucam okiem stronę po stronie. Nic ciekawego.
Nagle, na dole trzeciej strony, uderzyło mnie w oczy słowo
„alimenty”. Trzeba przeczytać!
Artykuł nie był długi, grzmiał za każdym słowem na
„wyrodnych” mężów i ojców. Na przykładzie pewnej rodziny. Że
to ob. P.Z. nie zjawia się w domu od roku, że żona nie może sama
podołać wychowaniu dzieci, że... itd. Czytałam już kilka takich
artykułów.
Złożyłam gazetę... i wtedy właśnie tknęła mnie TA MYŚL. Aż
podskoczyłam.
Rozpatruję na gorąco pomysł i nie odzywam się ani słowem.
- Coś tak zaniemówiła, Gośka? - trącił mnie Zbyszek.
- 161 -
- Mam myśl!
- Jaką? Powiedz!
- Nie teraz, aż dojrzeje!
I myślałam nad tym do późna w nocy.
Rano chłopcy zarzucają mnie pytaniami, ale jestem nieugięta.
Mówię tajemniczo:
- Dowiecie się później, na strychu.
- Oj, to musi być epokowy pomysł! - złapał się za głowę
Zbyszek.
- Zobaczycie.
- Trzeba go przedyskutować - zaznacza Michał.
- Oczywiście - zgadzam się pokornie. - Ja tylko podam projekt.
Nie jestem geniuszem.
A ponieważ Adzik ukłuł Zbyszka jego własnym śrubokrętem,
musieliśmy przerwać poważne rozmowy i wmieszać się w ogólną
bijatykę. Pod koniec nie pamiętaliśmy, kto ją zaczął.
Zbyszek siedzi na szafie za stertą walizek i ciska w nas
zeszłorocznymi kasztanami, korkami i w ostateczności pestkami
pożeranych czereśni.
Łajdak porwał całe kilo i siedzi za osłoną, a my szturmujemy
nie żałując pantofli i jaśków z wszystkich łóżek. Adzik, łobuziak,
korzysta z zamieszania i kłuje tym razem Jarka. Ten myśli, że to
Michał, no i rzucają się na siebie. Przewracają stołek, który wali
mnie w głowę, bo akurat klęczałam na podłodze, zbierając pestki.
Ja oczywiście mszczę się na obydwóch. Pierze z rozprutego jaśka
fruwa po pokoju.
Jumpo szczeka i skomli, bo „nadepnęliśmy” w ścisku na jego
ogon. Wreszcie włazi pod szafę. A z szafy Zbyszek wali w nas
pestkami i wyje pieśń wojenną jakiegoś plemienia.
- 162 -
Wpadają rodzice. Tata spędza Zbyszka z szafy, mama odbiera
Adzikowi śrubokręt. No i całą godzinę porządkujemy mieszkanie.
Za oknami leje deszcz. Dorośli toczą na werandzie jakieś
dorosłe rozmowy, Jumpo z nudów łapie muchy.
Cóż, deszczowy dzień na wakacjach.
Po kolacji maszerujemy na strych i tu wtajemniczam chłopców
w mój plan. Po burzliwej dyskusji, z małymi poprawkami, zostaje
jednogłośnie przyjęty.
Jarek wpatruje się we mnie z zachwytem.
- 163 -
Mika
Mokra pogoda skończyła się na szczęście po dwóch dniach i
znów zaświeciło słońce. Od rana więc jesteśmy poza domem. Nie
ma już Cozadzieci, możemy śpiewać na czereśni, ile wlezie.
Jest za to pan Wałecki.
- Grunt, że plan już mamy - mówi Michał chyba po raz setny. -
Teraz tylko upatrzyć odpowiedni moment i gotowe.
- Ostatniego dnia. Najlepiej! - woła Zbyszek.
- Nie - protestuję. - Ostatniego dnia nie, bo musimy mieć jakiś
dzień w rezerwie. A nuż TO się nie uda?
- W takim wypadku mówimy wszystko mamie - stwierdza
genialnie Michał.
- Jasne. I dlatego musimy mieć jeden dzień rezerwy - tłumaczę.
- Jeden dzień wystarczy? - powątpiewa Jarek.
- O ile znam mamę, to wystarczy. Całkiem wystarczy!
- Tylko czy się uda? - Jarek jest pełen niepokoju.
- Chyba.
- A nie boisz się? - pyta z podziwem. - Przecież to
niebezpieczna gra!
Wzruszam ramionami.
- Jeśli on wpadnie w gniew? - ciągnie dalej. - Bo przecież taka
draka to nie zwyczajny kawał...
- Z dziećmi nie będzie się przecież bił!
- Moja mama też może się na tym poznać. A wtedy co?
- I tak się dowie! To dla niej.
- No tak... ale, wiesz... mama może sobie o nas... pomyśleć...
bo... - Jarek jest zakłopotany, nie wie, jak to powiedzieć.
- 164 -
Ale ja go i tak rozumiem.
- Prawda...
To dopiero byłoby, gdyby ten ktoś, dla którego coś się robi, czuł
do nas żal i źle o nas myślał!...
- Zastanówmy się, co teraz - mówi Michał. -
Trzeba sprawdzić, czy rodzice już poszli na plażę.
Wracamy z lasu (zawsze rano urządzamy maleńką
„przechadzkę”) i Zbyszek ostrożnie idzie na zwiady.
- Poszli - stwierdza poruszając klamką u drzwi. - Już się
przyzwyczaili chodzić sami.
Nagle na ścieżce pojawia się milicjant. Patrzy na nas
podejrzliwie, zwalnia kroku. Robię szybki rachunek sumienia, ale
nie mogę sobie przypomnieć, cośmy ostatnio przeskrobali.
Milicjant nic nie mówi. Stanął na ścieżce, odwrócony tyłem, i
poprawia torbę.
Zachciało nam się pić i przypomnieliśmy sobie o istnieniu
resztki truskawek w kuchni. Włazimy więc przez okno (rodzice
domyślnie nie zamknęli) i wykańczamy te truskawki.
Michał potknął się w pokoju o „Zwichnięte skrzydła” Arcta i z
gniewnym pomrukiem podniósł książkę z podłogi.
Wyskakujemy przez okno, Michał z książką, Zbyszek z
truskawkami (a raczej z sokiem truskawkowym) w kieszeni.
Przed werandą stoi ten milicjant, bardzo srogi i „marsowy”, ręce
skrzyżował na piersiach i mierzy nas wzrokiem.
- No, no... - mruczy.
- My tu mieszkamy - tłumaczę z uśmiechem.
- To jest jak najbardziej moja książka - mówi Michał, widząc
jego badawcze spojrzenie, skierowane na „Skrzydła”. - O, tu
nawet napisane: „Michał Borzęcki”!
- 165 -
- Aha, więc ty jesteś Borzęcki - stwierdza genialnie milicjant i
marszczy czoło. - To dobrze!
- Dlaczego dobrze? - dziwi się Zbyszek.
Twarz milicjanta jest czerwona z gorąca. Biedaczek, musi
porządnie się pocić w tym mundurze!
- Gdzie rodzice? - pada krótkie i rzeczowe pytanie.
- Na plaży.
- Kiedy wrócą?
- Koło pierwszej - wyjaśnia Michał.
A Adzik pyta z przejęciem:
- Przeskrobali coś?
Milicjant omal się nie roześmiał.
- Nie rodzice, tylko wy! - Znów groźna mina. - My wszystko
wiemy, nie wykręcicie się!
- Ale co...
- To niesłychane, żeby takie porządne dzieci postępowały
niezgodnie z prawem! - grzmi. - Co wy sobie myślicie? Że wasz
niewinny wygląd i młodociany wiek uwolni was od kary?
Mimo woli uśmiecham się. Widać, że ten poczciwy starszy
milicjant nie ma zbyt często do czynienia z nieletnimi. Pewnie jest
kawalerem. I myśli, że krzykiem da się coś zrobić!
- Przepraszam - Michał jest opanowany. - A o co chodzi?
- Dobrze wiecie!
- Nic nie wiemy! - podskakuje Zbyszek. - Mamy... mamy czyste
sumienia.
- Nie udawajcie niewiniątek! To wam się na nic nie przyda.
Lepiej od razu przyznajcie się i będzie po kłopocie. - Milicjant
przestał wyrażać się wykrzyknikami i przeszedł na zdania
- 166 -
oznajmujące. - Zastanówcie się nad waszym zachowaniem. To się
przecież zdarzyło pierwszy raz, prawda? Pierwszy i ostatni!
Milczymy zdenerwowani.
- O, właśnie! - udał, że się bardzo ucieszył. - Zaczynacie
myśleć.
- Myślimy, co też pan od nas chce - mruknął Zbyszek.
- Licz się ze słowami! - huknął milicjant. - Nie gadasz z kolegą!
- I dlatego nic nie rozumie - mruknął z kolei Michał.
Milicjant spojrzał na nas groźnie. Wreszcie uśmiechnął się
słodko do Adzika i odsunął go trochę na bok.
- Oni są niemądrzy. Nie chcą mi powiedzieć... I spotka ich za to
kara. A ty dostaniesz nagrodę, jeśli opowiesz o wszystkim. Byłeś
przecież przy tym. Bądź mądrzejszy od nich.
Pomylił się. Wziął Adzika za młodszego, niż jest w
rzeczywistości.
- Ja nic nie wiem - odparł najmłodszy podnosząc na niego jasny
wzrok.
- Nie rozumiemy, o co panu chodzi - dodaję z uśmiechem.
Wyprostował się i poprawił torbę.
- Radzę wam, namyślcie się - oznajmił i dostojnym krokiem
wyszedł z ogródka.
Spojrzeliśmy na siebie w zdumieniu.
- Czego się władza nas czepia? - wykrzyknął Zbyszek.
Najstarszy wzrusza ramionami i milczy.
- To ci heca! - śmieje się Zbyszek. - Władze się nami
zainteresowały!
- Nie wygłupiaj się - przerywa Michał. - Tu trzeba się
zastanowić.
- 167 -
- Eee! Co tam! - macha ręką Zbyszek. - Przecież nic takiego nie
przeskrobaliśmy.
- Ja go znam - mówi Jarek. - To specjalista od włamań i
przestępstw drogowych.
- To widać. Zaraz chciał nas zastraszyć.
- I do Adzika się zabrał! Ale Adzik nasza krew! - woła w
zachwycie Zbyszek.
Najmłodszy poczerwieniał z dumy.
- Na wszelki wypadek chodźmy już na plażę - mówi Michał.
Rodzice zdziwili się zobaczywszy nas obok grajdołu, ale Michał
oznajmił, że w mieście i w lesie nudy, więc uspokoili się nieco.
Grzecznie siedzieliśmy na plaży, choć usychaliśmy z
niecierpliwości, co będzie dalej? Bo na pewno przyjdą do
rodziców.
Wreszcie tata przeciąga się, spogląda na zegarek i mówi:
- Wracamy? Jestem głodny.
Mama zwleka jeszcze trochę, bo nierównomiernie przypaliła
dzisiaj lewy bok, ale po chwili zaczyna się pakować. Michał
wstaje na końcu, otrzepuje się z piasku i zamyka książkę.
W domu nie możemy znaleźć sobie miejsca. Przyjdzie ktoś z
milicji czy nie?
Rodzice jakoś nie zauważyli naszego niepokoju. Niczego się nie
spodziewają.
Przyjdą?...
Przyszli. A raczej przyszedł.
Siedzieliśmy na stopniach werandy. Rodzice na werandzie.
Typa i pani Marcinowskiej nie było, poszli na obiad do restauracji
i zabrali Jarka. Nie miał ochoty iść z nimi, paliła go zrozumiała
ciekawość. Przyrzekliśmy mu zdać dokładne sprawozdanie.
- 168 -
Przyszedł porucznik, bardzo przyjemny milicjant, opanowany.
Nie robił głupich min, jak ten rano. Spojrzał na nas przelotnie i
uśmiechnął się, a zobaczywszy rodziców na werandzie,
zasalutował.
- Ja, niestety, służbowo - zaczął.
Mama zbladła i spojrzała na nas badawczo, a tata powiedział:
- Proszę, niech pan wejdzie do pokoju, panie poruczniku... -
Dalsze słowa zniknęły za drzwiami.
Mama obejrzała się.
- Zostańcie w ogrodzie - rzekła cicho.
- Hm... - chrząknęłam, żeby przerwać przykre milczenie. -
Ostatecznie to chyba nic strasznego.
Ale chłopcy milczeli.
Rozmowa trwała bardzo długo. Wreszcie uchyliły się drzwi i
porucznik skinął na nas.
- Chodźcie.
Weszliśmy do pokoju, niespokojni do ostatnich granic.
Tatuś stoi przy oknie z papierosem (oznaka najwyższego
zdenerwowania, nigdy nie pali) i nie odwraca się w naszą stronę.
Mamusia siedzi w fotelu. Jest bardzo blada. Również nie patrzy na
nas, wzrok ma wbity w serwetę na stole.
Szturcham Adzika i przywołuję go do porządku, bo malcowi
broda zaczyna się trząść.
Porucznik usiadł na krześle. Patrzy na nas uważnie.
- Chyba zdajecie sobie sprawę, po co tu przyszedłem? - pyta.
Michał podrywa się.
- To chyba pomyłka - stwierdza stanowczo. - Nic nie mamy na
sumieniu.
- 169 -
Mama przenosi wzrok z serwety na Michała. Zdaje się, że
nabiera rumieńców.
- Oni nie kłamią - mówi cicho.
Porucznik milczy chwilę.
- Więc nie przywłaszczyliście sobie sieci z kutra nr 14? - pyta.
Jesteśmy oburzeni.
- My kraść?! - woła Zbyszek. Jeszcze jabłka czy orzechy, a i to
niewiele na raz, ale sieci?!
- Nie wiemy o żadnej sieci!
- Nie byliśmy na żadnym kutrze z czternastką!
- Ejże! - porucznik mruży jedno oko. - Mamy świadków.
- Kiedy to było? - pyta Michał. - Nie pamiętam, żeby któreś z
nas...
- Tydzień temu rybak Jakubczyk przegonił z „Jas-14” tego oto
chłopca - milicjant wskazuje na Zbyszka. - Twierdzi, że oglądałeś
sieć i zaplątałeś się w nią. Przed trzema dniami skradziono z tego
kutra sieć. Jakubczyk twierdzi, że to ty wziąłeś.
- Nic podobnego! - podskakuje Zbyszek. - Wlazłem na kuter,
przyznaję, zaplątałem się w sieci, widziałem tego Jakubczyka i on
mnie widział, ale sieci nie wziąłem!
- Nie jesteśmy złodziejami!
- Możemy dać słowo honoru! - wykrzyknęłam w końcu.
Tata odwrócił się od okna i zgasił papierosa.
- Kto był z wami? - spytał.
- Mika - odparł Michał. - Taki jeden Kaszub. Nawet nie znam
jego nazwiska.
- Przystanęliśmy tylko na chwilę, a Zbyszek wlazł na kuter -
dodałam. - Mika może poświadczyć!
- Mika... - mruknął porucznik i zamyślił się.
- 170 -
- Zaszło jakieś nieporozumienie - odezwała się mama. - Ręczę
za nasze dzieci.
- Tak, coś tu nie jest w porządku - powiedział porucznik
wstając. - Oparliśmy się na zeznaniach Jakubczyka, tego Miki,
jego dziadka... Trzeba jeszcze raz sprawdzić.
- Widzi pan - ucieszył się Michał. - I Mika świadczył!
Milicjant przyglądał mu się przez chwilę jakby w zamyśleniu.
- Tak... Mika świadczył... No, ale na mnie już czas! - poprawił
torbę. - Tyle jeszcze spraw...
- To nie zostanie pan na herbatce? - oburzyła się mama. -
Przecież...
Nie słuchaliśmy dalej. Wybiegliśmy do ogrodu ucieszeni, że tak
się skończyło.
- Zaraz mówiłem, że to pomyłka! - wołał Zbyszek. - Ktoś tam
buchnął sieć, mnie widziano na kutrze, no i draka! A our sumienie
is clear kak śnieg!
Mama zawołała mnie, pytając, co się stało z truskawkami. Tata
zaś posłał mnie po gazetę i cukierki.
Porucznik został jednak na herbatce i gdy weszłam do pokoju z
gazetą, mówił wciąż o sieci. Zamykając drzwi, usłyszałam:
- Na niego padło wpierw podejrzenie, bo to znany wisus i
zamiłowany rybak...
Więcej nie zdążyłam usłyszeć. Ale to wystarczyło, żebym
zaczęła zastanawiać się nad sytuacją. O kim mogła być mowa?
Wisus i rybak? Jakiś chłopak, który chce być rybakiem. Nie miał
własnej sieci, więc ukradł.
Jasne.
Lecz dlaczego na nas padło podejrzenie, jeśli zajście na kutrze
miało miejsce dużo wcześniej niż kradzież? Po prostu Jakubczyk
przypomniał sobie to zdarzenie. A może ktoś mu je
- 171 -
przypomniał?... Przecież porucznik powiedział: „Na niego padło
wpierw podejrzenie”. To znaczy, że ten ktoś umiał się wykręcić.
Przypomniał Jakubczykowi o Zbyszku... Z tego wynika, że ten
ktoś był przy zajściu na kutrze... A przecież pamiętam doskonale,
że oprócz Jakubczyka i Miki nikogo przy tym nie było!
Oprócz Jakubczyka i Miki... Oprócz Miki... Mika!
Z wrażenia potknęłam się o korzeń. Pogrążona w myślach, nie
zauważyłam nawet, że idę przez las.
Odkrycie zaskoczyło mnie. Mika! To bardzo możliwe. Dziadek
odebrał mu sieć po tej nocnej wyprawie, więc Mika na własną
rękę postarał się o nową. Ukrył ją w bunkrze. Przecież zastaliśmy
go tam nad siecią w dniu, w którym odbywaliśmy pokutę. Ładny
kwiatek z tego Miki!
Przez resztę dnia byłam w wyśmienitym humorze. Udało mi się
samodzielnie rozwiązać zagadkę (zresztą nie pierwszy raz). Za to
humor Michała zepsuł się zupełnie. Najstarszy chodził jak chmura
gradowa, a wreszcie machnął ręką.
- Jak tak, to tak! - mruknął do siebie.
I pobił się ze Zbyszkiem dla „rozładowania nerwów”.
A ja pomyślałam przed spaniem, że czeka mnie trudniejsza
rozprawa. Czas ucieka i przedostatni dzień wakacji w Jastarni -
dzień Rozwiązania Sprawy Jarka zbliża się coraz bardziej...
- 172 -
Nie ma sieci - jest sieć
Michał niby machnął ręką na Mikę, ale tak manewrował, że
znaleźliśmy się obok chaty jego dziadka.
Stał przy furtce, naprawiając zawiasy, stary, pomarszczony, lecz
zdrowy i krzepki. Miki nigdzie nie widać na horyzoncie. Tylko
Heniek był niedaleko z rowerem.
Na nasz widok twarz starca poczerwieniała. Wyjął z ust fajkę i
zaczął wymyślać nam po kaszubsku, wywijając nią z pasją. Że
były to wymysły, poznaliśmy z tonu jego głosu.
- Mika zwiał dziś w nocy - poinformował nas Heniek. - Stary
wścieka się i wszystkim wymyśla.
- Jednego miał wnuka, a ten go ocyganił - wtrąciła jakaś
Kaszubka z okna sąsiedniego domku. Tutaj uliczki są tak wąskie,
że sąsiedzi zaglądają sobie do mieszkań. - Wy wszyscyście tacy! -
dodała groźnie.
Heniek odprowadził nas kawałek, opowiadając obszernie o
wizycie milicjanta i o całej sprawie.
- Mówię wam, heca! On świsnął sieć cztery dni temu. W nocy
Jakubczyk skapnął się - i zaraz rano na milicję. Że nowa sieć, że
w ogóle. I naskarżył na was.
- A skąd o tym wiesz? - przerwał Michał. - Przecież milicja nie
chwali się tym, co mówią na przesłuchaniach.
- Milicja nie, ale Jakubczyk rozgadał - odparł Heniek. - Mówię
ci, wszyscy sąsiedzi kiwali nad tą siecią głowami. I gadali na was,
że strach!
- Czemu na nas? - zdziwiłam się. - Tak od razu? Przecież
najpierw padło podejrzenie na Mikę. Porucznik nam mówił.
- Pewnie, że najpierw na niego - podskoczył Heniek. - Znają go
już!
- 173 -
- Co on taki zapalony rybak? - wzruszam ramionami.
Heniek popatrzył na mnie i umilkł na chwilę, ale Zbyszek go
ponaglił:
- No i gadali na nas, a Mika...
- Mika... - powtórzył Michał nie spuszczając wzroku z Heńka.
- Mika najpierw to zaczął kręcić i wyglądało, jakby to była
prawda, że to wy...
- Jasne! Chciał obronić własną skórę - wtrącił gniewnie Jarek.
- Cicho siedź! - zachmurzył się Michał.
- Ale potem zaczął znów kręcić, że nie wie dokładnie, że nie jest
pewny, i w końcu powiedział, że to nie wy - opowiadał Heniek. -
No i wypuścili go do domu. Ale dowiedział się wczoraj, że
milicjant poszedł do was, i zwiał dziś w nocy. To teraz już jest
jasne, że to on. Bo po co miałby wiać? - zakończył Heniek i
rozłożył ręce.
W ostatniej chwili podtrzymałam padający rower.
- Hm... - chrząknął Michał i nie odezwał się więcej.
- Milicja wie o jego ucieczce? - spytałam.
- Oczywiście! Zaraz rano przyszedł porucznik, żeby go zabrać
na komisariat, a tu Miki nie ma! - i Heniek roześmiał się. - Ale ja
już muszę spływać - dodał patrząc w głąb uliczki. - Józek na mnie
czeka.
Pożegnaliśmy się i Heniek zawrócił rower.
- A to heca! - wykrzyknął nagle Zbyszek i kopnął kamień.
- Przestań! - warknął Michał i wsadziwszy ręce w kieszenie,
pomaszerował do domu.
Poszliśmy za nim.
Mama odebrała od nas zakupy, pogderała trochę, że tak długo, i
zagnała nas na plażę. Tata już wylegiwał się w grajdole, od czasu
- 174 -
do czasu zerkając znad gazety w prawo, gdzie na kocu rozłożyły
się dwie (zgrabne) młode niewiasty.
Nasi plażowi znajomi zaprosili nas do piłki, ale jesteśmy zajęci
sprawą Miki i nie chce nam się bawić.
- Ciekawe, gdzie on mógł zwiać? - zastanawia się Zbyszek,
kopiąc piętami dołki w piasku.
- Z półwyspu uciekł na pewno - stwierdza Jarek. - Tutaj za
ciasno i łatwo można wpaść.
- Może świsnął łódkę i przeprawił się przez zatokę? - Zbyszek
zaczyna fantazjować. - To fajna ucieczka!
- Wcale nie taka fajna - gaszę go. - Zatoka jest dobrze
pilnowana. Zaraz by go złapali.
- A może... - upiera się, choć już bez przekonania.
- Nie, to na pewno nie - kręci głową Jarek.
Milczymy. Upał. Biała flaga na maszcie przy budce ratownika.
Prawie wszyscy plażowicze topią swe ciała w falach. Rodzice też
zdecydowali się na kąpiel. Adzik nie wytrzymał i pobiegł za nimi.
Wszyscy troje baraszkują wesoło.
Wytrzymujemy chyba z minutę i pędzimy do wody. Jednak taka
kąpiel w morzu jest super-przyjemna!
Zbyszek omal nie utopił jakiejś pani. Nie miała odwagi zejść z
nadmuchiwanego materaca i „kołysała się wśród fal” w pozycji
siedząco-leżącej. Przymknęła oczy i rozanieliła się na obliczu.
Zbyszek dał nura i coś źle obliczył, bo wyskoczył na
powierzchnię tuż pod materacem. A on trenował specjalne,
„sprężynkowe” wyskakiwanie z wody...
Właścicielka materaca fiknęła dość pokaźnego kozła i
wylądowała w wodzie. Skończyło się na wrzasku i przeprosinach.
Wyszliśmy z wody i po wyschnięciu prysnęliśmy do lasu, bo na
plaży za gorąco.
- 175 -
- Mówi się: „leciutki nadmuchiwany materacyk”! - mruczał
Zbyszek rozcierając głowę. - Ale na materacyku chyba ze sto kilo
żywej wagi! Czuję, że szyja skróciła mi się o dwa centymetry!
- Na drugi raz uważaj, gdzie wyskakujesz - powiedział Michał,
który trochę się wypogodził. - Albo wyskakuj drugą stroną!
Zbyszek mruknął coś jeszcze i pognał naprzód. Zatrzymaliśmy
się przy przejeździe kolejowym, bo akurat jechał pociąg z Helu do
Władysławowa.
- On chyba zwiał pociągiem - odezwał się Adzik.
- Kto?
- Mika. Na gapę.
Michał znów spochmurniał.
- Ja myślę - powiedział po chwili Jarek - że będzie się ukrywał
przez jakiś czas, a potem zgłosi się do szkoły rybackiej w Gdyni.
Mówił mi kiedyś o niej.
- Ale czy go przyjmą? - wzruszył ramionami Michał. - Bez
siedmiu klas? Bez żadnych zaświadczeń?
- Na pewno nie! - zawołał Zbyszek.
- No tak, racja - przyznał Jarek.
- A może... - zatrzymałam się nagle - może on schował się w
bunkrze?
- Możliwe! - wykrzyknął Michał. - Nikt o nim nie wie, w
bezpiecznym miejscu... Chodźmy!
Wróciła mu energia. Ledwo nadążyliśmy za nim przez las.
Adzik biegł całą drogę.
Bunkier powitał nas chłodnym milczeniem. Otwór dobrze
zamaskowany, żadne ślady nie wskazują, że ktoś tu mieszka.
Michał zbliża się i nasłuchuje. Cisza. W środku
prawdopodobnie nikogo nie ma.
- 176 -
- Może śpi? - przypuszczam szeptem.
Najstarszy macha ręką i zdejmuje „maskowanie”.
Bunkier pusty. Michał, zawiedziony, siada opodal na trawie.
- A może gdzieś wyszedł na chwilę i zaraz wróci? - pocieszam.
- Wątpię - mówi Jarek. - To jednak za blisko domu.
Siedzimy w milczeniu. Nagle Michał zrywa się i woła.
- Sieć! Sprawdźmy, czy jest sieć!
Włazimy do bunkra.
- Jeśli sieć się znajdzie, to znaczy, że on tu w ogóle nie
przychodził - mówi Michał, gorączkowo szukając schowka. -
A jeśli nie ma...
- ...to znaczy, że wziął. Całkiem proste - parska Zbyszek.
- Jest! - woła Jarek odgrzebując „podłogę” z gałązek
świerkowych.
- Sieć?
- Nie, schowek. Ale pusty - dodaje wsuwając weń rękę.
- Zabrał! - piszczy Adzik.
Wychodzimy z bunkra.
- Ta-ak - mruczy Michał.
Upał rozleniwia nas. Kładziemy się więc w cieniu i milczymy.
Prawdę mówiąc, nie chce mi się nawet myśleć.
Jumpo, który przespał się na plaży, myszkuje po krzakach. Jest
pełen energii i zamiarów odkrywczych. Włazi do bunkra. Po
chwili wybiega. I znów wraca.
Wtem, po krótkiej chwili ciszy, słyszymy jakieś szamotanie w
głębi bunkra. Jakieś piski, postękiwania...
Siadam na trawie. To Jumpo! Zaplątał się w coś, czy jak? Pełna
niepokoju o pupila, wchodzę do bunkra.
- 177 -
Mijam przedsionek i - spadając z trzech schodków - zjeżdżam
do głównej części schronu. Przejrzeliśmy ją tylko pobieżnie, nie
sprzątając, toteż potykam się o jakieś odłamki, zmierzając po
omacku w stronę tego szamotania.
- Jumpo! Jumpcio! Idę na pomoc!
Piski wzmagają się. Potknęłam się o coś i padam na kolana.
W tej chwili ładuje się na mnie Jumpo oplątany... siecią!
Dusi się! Wyciągam go na dwór i wyplątuję. Chłopcy patrzą na
sieć w milczeniu. Wreszcie Jarek mówi:
- Widocznie Mika schował ją głębiej.
- To i haczyki, i ciężarki, i to wszystko musi tam być! - zrywa
się Zbyszek i znika w bunkrze.
- Jest! Są! - woła po chwili i wychodzi. - Zrobił tam drugi
schowek.
- A... co my z nią teraz zrobimy? - pytam wskazując na sieć.
- Jak to co? - odpowiada Zbyszek. - Schowamy ją z powrotem.
Mika może wrócić.
Michał namyśla się chwilę i mówi niepewnie:
- Wiecie co... a może by tak... No, bo jak się znajdzie, to rzecz
załatwiona!
- Powiedz wyraźniej! - zniecierpliwił się Zbyszek.
Ale ja się domyślam, o co Michałowi chodzi.
- Oczywiście! - wołam. - Jak się sieć znajdzie, to Mika może
wracać. Masz rację, Misiek!
Zbyszek nareszcie zrozumiał.
- Pewno! Odniesiemy na komisariat, tak, Michał? I powiemy,
żeśmy przypadkiem znaleźli - mówi.
Adzik i Jarek są zachwyceni. Ale najstarszy kręci nosem.
- 178 -
- Nie... tak to nie można. Nie uwierzą w ten przypadek.
Zwłaszcza, że mieli co do nas podejrzenie.
- Racja - przytakuję. - Jeszcze pomyślą, że byliśmy w zmowie z
Miką. Trzeba inaczej...
- Konspiracyjnie! - woła Zbyszek.
- A może by tak zrobić, żeby sami znaleźli - proponuje Jarek.
- Gdzie tam! A bunkier? - protestuje Zbyszek. - Znajdą bunkier i
co?
- Nie, tak też nie - mówi Michał, w zamyśleniu pocierając
palcem ucho. - Już wiem! Po prostu musimy sieć podrzucić -
stwierdza genialnie.
- Tak, tak! Na ten kuter! - rozwijam dalej tę myśl. - Jakubczyk
znajdzie i po krzyku.
Zbyszek z radości wali Jarka w plecy i woła:
- Hokus-pokus - nie ma sieci! Hokus-pokus - jest!
- Tak zrobimy. W nocy - kiwa głową Michał i wstaje. -
Chodźmy do portu, rozpatrzymy sytuację.
- Z siecią? - pyta Adzik.
- Skądże! Tak w biały dzień nie będziemy się z nią obnosić po
porcie.
Ukryliśmy sieć w drugim schowku Miki i - pełni zapału
„konspiracyjnego” - ruszyliśmy w teren.
W porcie dość duży ruch. Przy nabrzeżu stoi „Barbara”, z której
wysypała się spora garść pasażerów. Mijają nas jakieś dwie
rodzinki obładowane torbami, plecakami i namiotami. Dziś
sobota, widocznie postanowili spędzić weekend na zielonej
trawce. Przypłynęli z Gdyni statkiem, żeby było ciekawiej.
Ale nas tym razem nie interesują ani pasażerowie, ani
eleganckie stateczki. Wycofujemy się w stronę, gdzie
- 179 -
przycumowano kutry rybackie. Spacerując po betonowych
słupkach, wypatrujemy tego z napisem „Jas-14”.
Jest! Trzeci od brzegu. Sczepiony z dwoma innymi.
Z budki wychodzi Jakubczyk. Odwracamy się i - usiłując
zachować dostojność - spływamy jak najszybciej na molo. Po
dłuższej chwili Jarek oznajmia:
- Zniknął! Wyszedł z portu.
Ostrożnie wracamy w stronę kutrów. Nie zatrzymujemy się przy
nich, tylko spacerujemy tam i z powrotem, żeby nie wzbudzać
podejrzeń. Michał bada sytuację.
„Nasz” kuter stoi prawie naprzeciwko wejścia do portu. Od
brzegu dzielą go dwa inne, za nim jeszcze jeden. „Od dzioba” ma
też trzy, a „od rufy” dwa kutry. Żeby tylko się nie pomylić!
- Na nim jest latarnia - mówi Jarek. - Będzie oświetlać numer,
trafimy.
- Jeśli noc będzie ciemna, to uda się na pewno - orzeka Michał. -
Jarek, bardzo jest port oświetlony?
- 180 -
- W tym miejscu chyba nie - odpowiada Jarek oglądając się
niepewnie.
- Oj, zobaczymy w nocy! - niecierpliwi się Zbyszek. -
Schowamy się za płotem, a jeden z nas przebiegnie do kutra i
gotowe. Teraz szkoda czasu, pędźmy na obiad, bo już dłużej nie
wytrzymam.
- Obiad! Zapomnieliśmy o obiedzie - zauważyłam zdziwiona. -
Już musi być porządnie późno.
Michał bez słowa zeskoczył ze słupka i pożeglował do domu.
Na ścieżce spotkaliśmy zagniewanego tatę.
- Co to ma znaczyć?! - huknął na nasz widok. - Obiad stygnie, a
oni robią łaskę, że od czasu do czasu zjawiają się w domu!
A może my chcemy zjeść wcześniej i przejść się gdzieś?!
Nie odzywamy się i pokornie drepczemy za nim. Lepiej go nie
drażnić, jak się złości.
Mama nic nie powiedziała, tylko wzruszyła ramionami i z
rozmachem postawiła na stole zupę. W czasie deseru pojawiła się
pani Marcinowska, wesoła i „rozszczebiotana”. Zaraz poprawiła
rodzicom humor i wyciągnęła ich na przechadzkę. Adzik poszedł
z nimi, my zaś graliśmy w piłkę.
- Ale co będzie z rodzicami? - spytał Michał, gdy znudziła nam
się piłka.
- Będziemy spać w namiocie - odparłam - to może się nie
skapną.
- Pewnie! „Zdziesięcimy” ostrożność, to nic nie zauważą -
wykrzyknął Zbyszek. - Ale musimy sieć ściągnąć do namiotu
wcześniej.
- Rozumie się. Zaraz teraz pójdziemy po nią, bo potem może nie
być okazji - oznajmił Michał. - Chodźmy!
- 181 -
- Zaraz, poczekaj. Trzeba wziąć jakąś torbę, nie będziemy
przecież nieść sieci na wierzchu! - zawołałam znikając w domu.
Porwałam plażową torbę mamy i poszliśmy do bunkra.
Załadowaliśmy sieć do torby i powoli wracamy do domu. Nie
ma się do czego spieszyć.
Na stopniach werandy siedzi Adzik z miną złą i naburmuszoną.
- Obraził się na nas, żeśmy mu zwiali - mówię do chłopców.
- A niech się gniewa! - machnął ręką Michał. - Nie zwracajmy
na niego uwagi.
Nadzwyczaj ostrożnie zanieśliśmy torbę do namiotu. Adzik nie
wytrzymał i przyszedł do nas.
- Co to jest?
Nie odpowiadamy. Wyciągam sieć.
- Oo! - wykrzykuje Adzik.
- Cii! - syczy Michał wyglądając z namiotu. - Ciicho!
Przejęty Adzik milknie i pakuje palec w usta. Chowamy sieć
pod materac i wychodzimy. Po chwili Adzik mówi
konspiracyjnym szeptem:
- A wiecie... rodzice idą dziś do kina!
- Coo? - podskakuję.
- Na ostatni seans.
- Skąd wiesz?
- Bo zatrzymali się przed „Żeglarzem” i spodobał im się film...
to znaczy afisz, no i postanowili pójść - tłumaczy Adzik jednym
tchem.
- Brawo! - woła Zbyszek. - Sam los nam sprzyja!
Uradowani, gonimy się po lesie.
Przy kolacji tata zagaja:
- 182 -
- W „Żeglarzu” idzie dobry film. Niestety, nie dla was.
Wybieramy się do kina i mam nadzieję, że po powrocie
zastaniemy dom na swoim miejscu.
- Postaramy się - wzdycham. - Ale kiedy MY pójdziemy do
kina?
- Jak będzie odpowiedni film! - ucina tata.
Czekaliśmy niecierpliwie, kiedy wreszcie sobie pójdą, i na
wszelki wypadek zachowywaliśmy się jak najgrzeczniej.
Nareszcie wyszli. Pani Marcinowska i Typ poszli również, więc
cały dom ,,na naszych głowach”.
Siedzimy w namiocie i czekamy, aż się dostatecznie ściemni.
Michał przygotował latarkę. Sieć znów wpakowaliśmy do torby.
- Musi się udać - wierci się Zbyszek. - Szybko wpadnę na kuter,
rzucę sieć i w nogi!
- O, a kto powiedział, że to ty odniesiesz? - wzrusza ramionami
Michał. - Tak samo mogą to zrobić ja albo Jarek...
- Albo ja! - dodaję.
- I nawet Adzik! - parska Michał. - Nie musisz właśnie ty.
- Ja już tam byłem!
- No to co?
Zbyszek obraża się i milknie.
- Jak długo trwa seans? - pytam. - Dwie godziny? Wystarczy?
- Na pewno.
- Ale seans rozpoczyna się, gdy jest jeszcze widno - mówi Jarek.
- Więc niecałe dwie.
- Zdążymy!
Nareszcie ściemniło się zupełnie. Opuszczamy namiot i co sił w
nogach, pędzimy do portu. W mieście zwalniamy. Przed płotem
skradamy się niemal, wreszcie stajemy.
- 183 -
- O, do licha! - mruczy Michał zerkając przez szparę. - Co ich
się tam tylu zebrało?
Na molo stoi grupka letników. Wygląda na to, że nie mają
zamiaru wychodzić z portu.
- Na co oni czekają? - złości się Michał.
Co gorsza, w pobliżu kutrów kręci się trzech rybaków. Całe
szczęście, że „Jas-14” tonie we względnym cieniu.
- Cóż, musimy i my poczekać - najstarszy opiera się plecami o
płot.
Czekamy więc dobrą chwilę, a w porcie nic się nie zmienia.
- Szkoda czasu - decyduje Michał odsuwając się od płotu. -
Trzeba działać.
- Przydałoby się odciągnąć tych rybaków - mówi Zbyszek. -
Tamci mniej groźni.
- Jeden już sam odszedł. O, wychodzi z portu - oznajmia Jarek.
Rybak zmierzył nas niechętnym spojrzeniem. Michał obgryza
paznokcie i myśli. Wreszcie mówi zdecydowanym głosem:
- Mamy mało czasu. Gośka i Jarek zabawią tych gości i jakoś
odciągną rybaków. Jarek, oni cię znają, więc może ci się uda.
Zbyszek i Adzik będą pilnować wejścia do portu. Żeby nikt
wchodzący niczego nie zauważył! A ja...
- Dlaczego ty? - protestuje Zbyszek. - Ty jesteś wódz, ty masz
myśleć o całości!
- To trudna sprawa. Sam chcę ją wykonać.
- Wiesz co, Michał - wtrącam - Zbyszek jest mniejszy i może
dałby radę... Przecież ty i tak odpowiadasz za całość...
Michał obraża się na chwilę, ale nie ma czasu!
Wreszcie godzi się.
- 184 -
- Dobra. Więc do roboty. Zbyszek, schowaj się za słupki, a jak
będzie czysto, to gwizdnę. Wtedy ty...
- Rozumie się! Daj sieć.
Idę z Jarkiem na stanowisko. Michał zajął punkt
najdogodniejszy do obserwacji, tuż przy wejściu. Widać stąd
dobrze oświetlone molo i kutry, częściowo zacienione. Dwaj
rybacy majstrują coś przy pierwszym od mola.
Adzik pilnuje wejścia.
Wesołe towarzystwo na molo za chwilę może odejdzie. Na razie
jeszcze rozmawiają z jakimś „portowcem”, śmieją się, ktoś brząka
na gitarze.
Podchodzę do najweselszego, który wygląda na duszę
towarzystwa.
- Proszę pana, która godzina?
- Bardzo późna dla dzieci - odpowiada.
- To zależy.
Śmieją się.
- Państwo czekają na statek? - pytam dalej.
- Coś taka ciekawa!
- Statek z Gdyni już nie przypłynie - mówi „portowiec”.
- Ojej! - wykrzykuję. - To co ja zrobię!
- A co takiego? Co się stało? - zainteresowali się.
Opowiadam z rozpaczą historyjkę o cioci, do której
przyjechałam z Gdyni. Zagapiłam się i dopiero teraz przyszłam do
portu. Bilet mam już zapłacony. Mama czeka w Gdyni...
Martwią się razem ze mną i kiwają głowami. Rozpaczam wcale
nieźle.
- Wróć do cioci - radzi jedna z pań.
- 185 -
- Tak, ale to właśnie heca, że cioci nie zastałam w Jastarni! -
jęczę. - Bawiłam się ze znajomymi dziećmi, on mnie odprowadził
- wskazuję na Jarka.
I tak dalej. W końcu ktoś wpadł na pomysł, że mogę wrócić
pociągiem. Taka duża dziewczynka na pewno da sobie radę w
Gdyni.
- Czy masz pieniądze?
- Oczywiście - odpowiadam pewnie i wsadzam rękę do kieszeni.
- Co to? Nie ma?!
No i tragedia. Płaczę i twierdzę, że miałam je jeszcze przed
chwilką, że na pewno wypadły. Wesołe towarzystwo zaczyna
szukać po całym molu, wołania o światło, o latarnię... Kopię Jarka
w nogę. Teraz jego kolej! Biegnie do rybaków i prosi ich o
latarnię. Nie wiem, jakich użył argumentów, dość że po dłuższej
chwili, gdy towarzystwu odechciało się już szukać, zjawili się
obaj ze światłem. Poszukiwania rozwinęły się na nowo.
W pewnej chwili słyszę przytłumiony gwizd i wkrótce Michał
przyłącza się do szukających. Za nim Adzik.
- Trudno, musiały wpaść w wodę - mówi w końcu jeden z
rybaków, rozkładając ręce. - Tutaj są spore szpary.
Wobec tego wychodzimy z portu wraz z całym towarzystwem.
Ja jeszcze pochlipuję troszeczkę.
- Pójdę do jego rodziców - odpowiadam na pytania, co z sobą
zrobię, wskazując Jarka.
Szybko opuszczamy towarzystwo. Za bramą czeka Zbyszek.
- Wsio O.K. - woła szeptem.
Pędzimy co sił w nogach. Z kina zaczynają wychodzić pierwsi
widzowie. Jak wicher wpadamy do domu. Rozbieramy się w
szybkim tempie i hop! - do łóżek.
Udało się! Teraz Mice nic już nie grozi.
- 186 -
Latające talerze
W samo południe spadł krótkotrwały deszcz i ochłodziło się
znacznie, toteż mama wpakowała na nas swetry. Szerokie rękawy
bardzo się przydały Zbyszkowi i „obżarł” nas całkowicie.
Dostaliśmy bowiem torebkę cukierków i każdy uczciwie brał
kolejno po dwa. Zbyszek tymczasem ładował sobie w rękawy całe
garście i torebka opustoszała w podejrzanym tempie.
- Co on tak wciąż żuje? - zainteresował się wreszcie Michał. -
Cukierki już się dawno skończyły.
- Zjadałem tylko po jednym i zrobiłem zapasik - odparł
skromnie Zbyszek.
Ale to Michała nie zadowoliło. Obejrzał go dokładnie i z
tryumfalnym okrzykiem szarpnął za rękaw swetra. Posypał się
grad cukierków.
- O, zdrajco! To ma być zapasik!
Nie pomogły wykręty, skonfiskowaliśmy cukierki i skazaliśmy
go na karę niejedzenia słodyczy przez następne cztery dni.
Włóczymy się po Jastarni. Przed „Meduzą” Jarek ciągnie
Michała za rękaw i mówi:
- Patrzcie, porucznik.
Przed hotelem stoi „nasz” porucznik i rozmawia z jakimś
mężczyzną.
- Trzeba dyplomatycznie zapytać o Mikę... - szepcze Michał.
Czekamy więc cierpliwie, aż skończą rozmowę. Wreszcie
milicjant salutuje i rozchodzą się w przeciwne strony. Pędzimy za
nim.
- Proszę pana! Panie poruczniku... - wołam.
Odwraca się.
- 187 -
- Dzień dobry - kłaniamy się jednocześnie.
- Aaa! To wy.
- Panie poruczniku... chcieliśmy się dowiedzieć, czy złapano już
Mikę? - mówię jednym tchem, ale bardzo uprzejmie.
- Nie, jeszcze nie - odpowiada z uśmiechem. - Ale wiecie co,
powiem wam w tajemnicy, że choćbyśmy go znaleźli, nic mu już
nie grozi.
- Oo! Dlaczego? - dziwię się ogromnie.
- Sieć się znalazła!
- Ojej, naprawdę?! - wykrzykujemy razem. - W jaki sposób?
- Ktoś podrzucił ją na kuter - wyjaśnia porucznik.
- Mika?
- Nie wiadomo, może Mika.
- To heca! - śmieje się Zbyszek. - I naprawdę nic mu nie grozi?
- Nic. Jakubczyk cofnął oskarżenie. - Porucznik zmrużył oko i
rzekł patrząc na nas łobuzersko: - Możecie mu powiedzieć, żeby
wracał do dziadka.
- My? Ależ my nie mamy pojęcia, gdzie on jest! - wołam.
- Ejże, naprawdę?
- Naprawdę! Sami chcielibyśmy to wiedzieć - mówi Michał
całkiem szczerze.
- W takim razie musimy go dalej szukać. Do widzenia, dzieciaki
- mówi wesoło i odchodzi.
- Do widzenia!
- A to dopiero! - śmieje się Jarek. - Posądzili nas o ukrywanie
Miki!
W doskonałych humorach ruszamy dalej.
Przy dworcu dostrzegamy jakieś zbiegowisko, w którym, jak
zwykle, przeważają dzieci.
- 188 -
- Coś się stało - cieszy się Zbyszek.
Ale to tylko jakiś handlarz zachwala swój towar.
Towar, trzeba przyznać, niezły: kolorowe latające talerze, za
jedne piętnaście złotych. Zręcznie żonglując jednym talerzem,
woła:
- Nowoczesne talerzyki! Ultra-talerzyki! Mogą służyć jako
talerzyk na owoce, jako oryginalny kapelusik i jako pojazd na
Księżyc! Bardzo modna i pomysłowa zabawka! Wyrabia
zręczność cyrkową za jedne piętnaście złotych!
Dzieciaki z zachwytem patrzą na wirujący talerzyk, nam się też
podoba. Ale Michał ma tylko dwadzieścia złotych, a każdy z nas
chciałby mieć własny talerzyk.
- Jak się to robi? - pyta Zbyszek biorąc do ręki patyk.
- 189 -
- O, tak. Bardzo prosto! - i sprzedawca objaśnia.
Mamy coraz większą chęć na tę zabawkę. Michał kręci w
palcach dwadzieścia złotych i marszczy brew.
- Kup! - mówię. - Zrobimy w domu cyrkowe przedstawienie.
- Ja już umiem! - woła Zbyszek i przybiera minę zawodowego
żonglera. Ale patyk nie chce jakoś trafić do wgłębienia pośrodku i
talerzyk spada.
- Figę umiesz! - śmieje się Adzik.
- Kupujesz? - pyta sprzedawca.
Najstarszy wyciąga pieniądze i odchodzimy na bok ze
zdobyczą.
- Daj, ja spróbuję - Michał chce odebrać Zbyszkowi zabawkę.
- Zaraz, zaraz! Muszę się nauczyć.
- Nie tylko ty jesteś na świecie! Ja zapłaciłem - i wyrywa mu
patyk z ręki.
Zbyszek zaciska pięści.
- Jeden talerzyk to dla nas za mało - mówię szybko. - Gdyby
było ich więcej, można by zrobić przedstawienie.
- W ostatni dzień! - woła Adzik.
- Właśnie. Jarek ma hula-hoop, więc będzie fajny występ.
- I poprzebieramy się!
- No dobrze, ale skąd pieniądze? - mruknął rzeczowo Michał.
- Jak poprosimy, to nam dadzą - pisnął Adzik.
- Głupiś! To ma być niespodzianka.
- Ja mogę dać pięć złotych - mówię. - Więcej nie mam.
Jarek sięgnął do kieszeni i wyjął „Kościuszkę1”.
1 Moneta 10 zł (przyp. red.)
- 190 -
- Dobra. Więc mamy już dwadzieścia złotych. Jeszcze jeden
talerz.
- A potrzeba co najmniej trzy - stwierdzam rozdzielając już w
myśli role w tym występie.
- Jednego „Kościuszkę” musimy sobie konspiracyjnie
pożyczyć! - woła Zbyszek. - Wiem, gdzie tata ma pieniądze.
- Ale oddamy? - niepokoi się Adzik, uczciwe dziecko.
- Nie martw się. Ostatecznie możemy urządzić uliczny występ i
uzbieramy - śmieje się Zbyszek.
- To niezły pomysł! - wykrzyknęłam z zapałem. - Ułożymy jakiś
tekst, a w przerwach będziemy reklamować na przykład
margarynę.
- Marga-ryna, marga-ryna, marga-ryna! Jak wina mi ciebie jest
brak! - zaśpiewał Zbyszek.
- Albo...
- Dobra, dobra! - przerwał Michał. - Nie wygłupiajcie się na
ulicy. Później coś wymyślimy.
Wrócił do handlarza i spytał:
- Jak długo pan tu będzie?
- Zaraz odchodzę, a bo co?
- Bo my tu za chwilę przyjdziemy...
- I kupimy dwa talerze! Czysty zysk! - zawołał Zbyszek. - Niech
pan poczeka.
- Mogę poczekać, ale niedługo.
- Zaraz wrócimy!
Pognaliśmy do domu.
Rodzice siedzieli w ogrodzie, rozmawiali z Typem i mamą
Jarka. Schowaliśmy się w krzakach, a Zbyszek podjął się
- 191 -
zdobycia pieniędzy. Wpadł kłusem do ogrodu, zdyszanym głosem
zawołał:
- Pić!!!
I zniknął w domu. Po chwili wyszedł i ukłoniwszy się grzecznie
dorosłym, wrócił szczęśliwie.
Pobiegliśmy do dworca. Sprzedawca zamykał już swą walizę.
- I to miała być ta chwilka! - mruknął.
- Przecież szybko! - oburzył się Zbyszek.
Dał nam dwa talerze i pobiegł do pociągu, który wjeżdżał na
stację. Talerze schowaliśmy w namiocie.
Następne dwa dni były wypełnione przygotowaniami do
występu. Obmyślaliśmy krótkie rymowane teksty pod znane
melodie, kombinowaliśmy stroje i ćwiczyliśmy się w żonglerce.
Najwięcej było o margarynie. W ogóle reklamowaliśmy różne
głupstwa i poważne artykuły.
Słuchajcie opowieści o Marynie,
Co się lubuje w świeżej margarynie!
Codziennie biały chlebuś nią smaruje
I dzięki temu piękne zęby ma!
To fragment margarynowy. Michał trochę spierał się ze
Zbyszkiem o te zęby, bo wolałby usta czy też coś w tym sensie,
ale takie rozwiązanie wydało się nam najlepsze.
Tresowałam Jumpo w trzymaniu na nosie papierowej misy, do
której miał zbierać datki.
- Wystąpimy w Juracie, bo tutaj niebezpiecznie - oznajmił
Michał. - Rodzice.
- 192 -
Trzeciego dnia pobyliśmy grzecznie w domu do obiadu, żeby
nie wzbudzać podejrzeń, a potem prysnęliśmy do lasu. Wszystko
było już przygotowane w pewnej skrytce nad zatoką. Zabraliśmy z
niej zawiniątka i poszliśmy lasem w stronę Juraty. Przebieraliśmy
się w gąszczu, tuż przy szosie. Miałam pełne ręce roboty, bo
musiałam ich ucharakteryzować i ubrać. Poszła w ruch mamina
szminka, węgiel, farby. Wkrótce staliśmy się bardzo mało
podobni do przyzwoitych ludzi.
Michał przyjrzał się nam krytycznie i pokręcił głową.
- Jeśli ja też tak wyglądam...
- Jeszcze gorzej - pocieszył go Zbyszek.
- Nie marudźcie! Ustawiamy się na drodze! - dyryguję.
Rozpoczął się maskaradowy pochód.
Przodem, a właściwie wszędzie, jechał Adzik na Jarkowych
wrotkach, przebrany za krasnala. Walił do taktu w pomalowane
pokrywki, a nad nim kołysał się balonik, przywiązany na drucie
- 193 -
do paska. Jarek posuwał się wyćwiczonym krokiem i podrzucał w
górę trzy kolorowe piłeczki. Ubrany był w pasiastą piżamę,
obwieszoną bibułkowymi wstęgami, a na głowie miał spiczastą
czapkę z pomponem. Kroczyłam za nim przebrana za Chinkę, w
kolorowym szlafroku, w słomianym kapeluszu na głowie i z
wachlarzem w ręku. Idąc kręciłam wokół siebie obręcz. Za mną
szedł, a raczej podskakiwał Zbyszek w moich gimnastycznych
szarawarach i bluzie od owerola, przybranej bibułką. Kręcił jedną
ręką talerz. Na końcu Michał w turbanie z maminego szala, okryty
kapą z łóżka. Kręcił dwa talerze jednocześnie.
Trzeba dodać, że wszyscy mieliśmy w ustach gwizdki. Jacyś
wycieczkowicze omal nie powypadali z auta na nasz widok.
Potem minęła nas kawowa „Warszawa” i dwaj rowerzyści.
Wszyscy śmiali się do rozpuku.
Michał, który coraz niechętniej kręcił talerzami, nagle stanął i
zawołał:
- Idźcie sobie sami, jak chcecie!
- Co? Już ci się znudziło?
- Nie mam zamiaru narażać się na pośmiewisko - mruczał
ściągając kapę. - To nie ma sensu.
Zatrzymaliśmy się niezdecydowani.
Cały pomysł wydał nam się śmieszny.
- To jest głupie - mruczał dalej najstarszy zwijając turban.
- Sam przecież układałeś wierszyki! - próbował sprzeczać się
Zbyszek. - Co ci tak nagle przeszło?
Wzruszył ramionami.
- Przyznaję, że „zbłądziłem” - rzekł. - Ostatecznie nie jesteśmy
przedszkolakami.
- Phi, jaki dojrzały maturzysta! - skrzywił się Zbyszek, ale też
odrywa bibułkę od bluzki.
- 194 -
Westchnęłam, ale przyznałam im rację. Takie wygłupianie
naprawdę do nas nie pasuje.
- Na koniec zrobimy coś lepszego - pocieszyłam „trupę”.
W milczeniu schowaliśmy się w lesie, aby zlikwidować całe to
przebranie. Michał był zły, że zachował się tak dziecinnie, i
powiedział:
- Ja już od początku miałem zamiar przerwać tę maskaradę.
Czekałem tylko na okazję.
- Przypuśćmy! - przekomarzał się Zbyszek.
- Co? - najstarszy zmarszczył się groźnie.
- Ależ masz rację, kochanie - ukłonił się Zbyszek.
Przezornie pognał nad zatokę, wymachując kapą i śpiewając na
melodię arii toreadora z „Carmen” (mamy w domu tę płytę):
Zabiłem byka!
Cóż to dla mnie byk?
Krew z niego sika:
Sik, siku, sik!
Tak zakończył się nasz genialny pomysł. Jego resztki spłynęły
w wodę wraz z farbą. Domyliśmy się z trudem.
Ale skąd teraz wziąć pieniądze?
- Oddamy przy okazji - powiedział Michał. - Mamy przecież
książeczki PKO w Warszawie.
- W porządeczku!
Wracamy powoli brzegiem zatoki, niosąc tłumoczki z
kostiumami.
- Oj, Gośka! - Jarek przygląda mi się uważnie. - Jeszcze masz
czerwoną krechę za uchem.
- 195 -
- Za uchem? - dziwię się. - Poczekajcie na mnie, zaraz się
domyję! - wołam i skręcam do wody.
- Idziemy powoli, dogonisz nas!
Zapadłam aż po kostki w grząskie bagienko. O, tu jest coś w
rodzaju ścieżki. Wdrapałam się na nią i rozsuwam trzciny. Tutaj
na pewnym odcinku rośnie wysoka trawa, trzciny i pałki wodne.
Nad wodą ktoś jest. Zatrzymuję się niepewna, wracać czy nie?
„Ktoś” wychodzi z wody i rozgarnia trawy. To jakiś kaszubski
chłopak, opalony, z jasną czupryną. Trzyma w ręku trzy flądry.
Podnosi głowę... Błysk zdziwienia w oczach. Ja za to baranieję
zupełnie.
- Mika?!
Poznał mnie i uśmiechnął się jakoś z przymusem.
- Co ty tu robisz?
- 196 -
Przełożył flądry z ręki do ręki i stoi w miejscu. Cała jego
pewność siebie gdzieś uleciała.
- Myśleliśmy... - przełykam ślinę. - Myśleliśmy, że uciekłeś
gdzieś dalej.
Milczy.
- Wiesz co? Zawołam chłopców, jesteśmy tu wszyscy. - I nie
czekając na odpowiedź, wyskakuję z trzcin.
Chłopcy odeszli spory kawałek.
- Michaaał! Heeej, wracajcie!
Wymachuję przy tym rękami, dając im znaki, że stało się coś
bardzo ważnego. Zawracają.
Mika wyszedł już z wody i stanął na ścieżce. Ponura mina, oczy
latają mu niespokojnie.
- Nie ma tu nikogo? - pyta.
Rozglądam się.
- Nie, czysto. Tylko chłopcy. Ale nie obawiaj się niczego.
Teraz...
Chłopcy już go dostrzegli. Michał, rozpromieniony, przybiega
pierwszy.
- Mika!
Spojrzał na Michała i uśmiechnął się. Ale zaraz znów
spochmurniał.
- Nie róbcie cyrku - mruknął. - Nie mam czasu z wami gadać,
bo jeszcze mnie kto nakryje... - I zabiera się do odejścia. Nagle
zatrzymał się i spytał ostro: - Chodziliście do bunkra?
Widzieliście sieć?
- Oczywiście! - wykrzyknął Zbyszek. - A bo co? - I oczy mu się
śmieją.
- Nic... zginęła...
- 197 -
Bardziej ponurej miny nie można sobie wyobrazić.
Trącam Michała.
- No, powiedzże mu wreszcie!
Mika patrzy na nas podejrzliwie. Michał uśmiecha się i mówi:
- Bo ty nie wiesz... a sieć znalazła się wczoraj na kutrze i
Jakubczyk cofnął oskarżenie. Teraz możesz wracać!
Mika nie wierzy uszom.
- Eee...
- Naprawdę! - wołam i klaszczę w ręce. - Naprawdę się
znalazła!
Śmiejemy się i patrzymy na oszołomionego Mikę.
Przełyka ślinę i mówi:
- To znaczy...
- To znaczy, że nie musisz się ukrywać. Zrozumiałeś? - Michał
promienieje.
Kaszub zaczyna uśmiechać się niepewnie.
- Ale kto ją oddał Jakubczykowi?
Michał rozkłada ręce i mówi zgodnie z prawdą:
- Porucznik powiedział nam, że milicja nie ma zielonego
pojęcia... Ale czy to takie ważne? - dorzuca szybko. - Grunt, że się
znalazła. Sam porucznik zapewnił, że możesz wracać.
- Naprawdę?
- Po co mielibyśmy cię bujać!
Mika obejrzał się, przestąpił z nogi na nogę i znów przełożył
flądry.
- Dziadek bardzo się niepokoił o ciebie - dodaję. Przecież tak
też można tłumaczyć sobie jego zły humor i wymyślanie.
Mika wypogadza się zupełnie, ale nie chce tego pokazać, więc
marszczy brwi i mówi z namysłem:
- 198 -
- Może wrócę... No to cześć!... Dziękuję wam... - odwraca się i
powoli idzie do lasu.
Michał ma trochę zawiedzioną minę, bo nie skończyło się tak,
jak by chciał, ale rzuca wesoło:
- I już po krzyku! Dobrze się złożyło, żeśmy go już dzisiaj
spotkali. Ucieszył się!
- Myślę! - parskam. - Będzie się teraz głowił, kto oddał sieć.
- Dziadek go najpierw spierze, a potem pozwoli łowić ryby
swoją - śmieje się Jarek.
W wyśmienitych humorach wracamy do domu.
Przy kolacji cały czas myślę o Wiadomej Sprawie. Za trzy dni
wyjeżdżamy. Nadchodzi czas działania. Ale czy się uda? Może
lepiej powiedzieć mamie? Może lepiej zostawić to dorosłym?
Jesteśmy przecież tylko dziećmi.
Właśnie! Dlatego, że jesteśmy tylko dziećmi, załatwimy to
sami!... I z rozmachem odsunęłam szklankę po herbacie.
Wyszłam do ogrodu. Po kolacji towarzystwo jakoś się
porozchodziło, wszyscy gdzieś poznikali i byli czymś zajęci.
Postanowiłam przejść się nad morze.
Przy ścieżce, tam gdzie wspina się ona na wydmę, stał za
drzewem Michał i coś pilnie obserwował.
- Gośka, come! - zawołał półgłosem.
- Poczemu?
Wskazał palcem.
- Look here... and here.
Spojrzałam.
W zagłębieniu wydmy, na prawo od nas, siedział skulony Jarek.
Nie mógł nas widzieć. Obserwował plażę i płakał.
- 199 -
Po plaży, tuż nad samą wodą, szła jego matka wymachując
„szpilkami” i trzymała Typa za rękę.
Cofnęliśmy się ostrożnie.
- Trzeba działać - powiedział Michał.
- Wyjeżdżamy we wtorek, w niedzielę uroczyste zakończenie, a
TO zrobimy w poniedziałek - oznajmiłam zdecydowanie.
Kiwnął głową.
- 200 -