Wszystko dobre, co się dobrze kończy
Stanowczo za prędko ten czas leci! Zdawałoby się, że dopiero
tydzień temu przyjechaliśmy do Jastarni, a tu już wyjazd!
Siedząc na plaży, podsumowaliśmy wszystkie wybryki,
popełnione w tym miesiącu. Dość sporo tego było! A największy
„wybryk” miał teraz nastąpić. Wszystkie tamte dziecinne psoty są
niczym wobec Wiadomej Sprawy. To pachnie dorosłością.
A jeśli... Ale po co te wątpliwości? Co będzie, to będzie!
Najwyżej dostaniemy lanie.
Jarek patrzy na mnie pytająco. Nie ma odwagi wprost zapytać,
kiedy TO nastąpi. Przysuwam się do niego i mówię:
- W poniedziałek załatwimy.
Jarek kiwa głową.
Michał zrywa się nagle i woła:
- Co my tak siedzimy jak wrośnięci? Korzystajmy pełną parą z
tych ostatnich chwil nadmorskich!
- Phi! Phi! - parska Zbyszek. - Jak to wzniośle powiedziane! Ale
co racja, to racja - wstaje również. - Korzystajmy!
Biegniemy do lasu. Wrzaski, krzyki, wycia. Walka leśnych
ludzi. Wyrzynanie Bladych Twarzy! Drzewa trzęsą się ze strachu
aż po korzenie.
Na chwilę przycichło. Złowroga to cisza. Kończy się
przeraźliwym wrzaskiem. To waleczni Kosmohikanie po
żmudnych podchodach otoczyli gniazdo wrogów i wycinają ich w
pień.
A potem wysypuje się z lasu na step wataha na koniach z
patyków. To już nie Indianie, to Tatarzy i Kozacy na Dzikich
Polach!
- 201 -
Teraz znów zmęczona karawana brnie przez piaski pustyni.
Nogi z trudem wychodzą z zaspy w zaspę, siły opadają,
pragnienie dokucza. Wody! Wtem jedyny pies karawany (w
takich wypadkach wabi się Saba) staje i długo węszy, a następnie
z głośnym szczekaniem rzuca się naprzód. W podróżnych
wstępuje otucha. Tak, to woda! Całe morze wody!
Wojna! Ćwierkają papierowe kule i szyszki, huczą po niebie
samoloty (bąki, muchy, komary). Na morzu walczą okręty, giną
bohaterscy żołnierze.
Potem znów wojna. Ale ta „staromodna”. Rycerze biją się na
miecze.
Oto pojedynek pana Wołodyjowskiego (Zbyszek) z Bohunem
(Michał), oto sprytny Zagłoba (Jarek) uprowadza Helenę (niestety
ja). A tam Kmicic idzie wysadzić kolubrynę. „Naści, piesku,
kiełbaski!”
Obrona Głogowa. Bohaterscy głogowianie nie ulękli się
przeważającej siły przeciwnika. Poświęcili nawet swoje dzieci
(Adzik), ale się nie poddali.
W sherwoodowskiej puszczy kryje się grupka wyjętych spod
prawa. Na czele stoi sławny Robin Hood. Płata tysiąc figlów
panom i sługom. Wydaje wojnę bezprawiu (oczywiście Robin to
Michał).
A teraz Wyspa Skarbów. Jednakże łodzi brak, więc jakiś pień
zastępuje statek. Pięciu srogich marynarzy siadło na nim okrakiem
i możliwie najgrubszymi głosami wyśpiewuje:
Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni,
Joho-ho! i w butelce rum...
- 202 -
Wreszcie wszystkie przeczytane dotąd przygody Tomka
Wilmowskiego: i W krainie kangurów, i Na Czarnym Lądzie, i Na
wojennej ścieżce. Żeby nie było kłótni, każdy z chłopców po kolei
jest Tomkiem. Tylko ja muszę być przez cały czas Sally Allan.
Potem znów pustynia. Tym razem śnieżna. Plażowiczów można
uważać za białe niedźwiedzie, pingwiny, foki czy nawet odłamy
lodu.
No cóż! Trzeba rzeczywiście wykorzystać te ostatnie trzy dni!
Nadeszła niedziela. Od samego rana robimy próby do
wieczornego występu. Jesteśmy zajęci i przejęci.
Z trudem udaje się rodzicom namówić nas na wspólny spacer.
Dochodzimy aż het, za Juratę. Po drodze tata opowiada po raz nie
wiem który, jak wyglądał ten półwysep przed wojną.
- A czy my cały sierpień będziemy siedzieć w Warszawie? -
przerywa wreszcie znudzony Adzik.
Obrażony tata nie raczy się odezwać.
- Prawdopodobnie pojedziecie do pani Ludwiki - odpowiada
mama.
- Oooo!
- Ale tylko na dwa tygodnie - zaznacza tata. - I tak będzie cud,
jeśli pani Ludwice przez ten czas włosy nie posiwieją.
- Wybacz, ale bardziej już nie może osiwieć - śmieje się mama.
- Oj, prawda! - zawstydza się tata.
Pani Ludwika ma już ponad sześćdziesiąt lat i jest całkiem siwa.
Mieszka we wsi Jagodno, w dawnym swym dworze, w dwóch
pokojach z kuchnią. Resztę zajmuje teraz przedszkole. Latem
często przyjeżdżają tu kolonie. Korespondowałam jakiś czas z
pewną Zośką, poznaną właśnie w Jagodnie. Ale ona obraziła się
na mnie, bo gdy raz napisała, że jest śmiertelnie zakochana,
- 203 -
poradziłam jej, żeby wlazła na drzewo, pod którym On będzie
stał, i krzyknęła „Kocham Cię”, a następnie skoczyła mu do stóp.
Ale wróćmy do Jastarni.
Po kolacji przygotowaliśmy wszystko do ogniska. Wczasowicze
z „Muszelki” również zostali zaproszeni i rozsiedli się półkolem
na krzesłach w ogrodzie.
Rozpoczęliśmy przedstawienie.
Były różne wierszyki, piosenki, „rodzime” rytmy i takie, jakich
zazwyczaj używa się na koloniach. Była i żonglerka, i tańce, a gdy
się ściemniło, rozpaliliśmy wielkie ognisko i odtańczyliśmy taniec
indiański z przyśpiewkami.
A potem podochoceni dorośli śpiewali razem z nami,
opowiadali rozmaite historie i dowcipy - i tak przeciągnęło się do
późna. Nareszcie „muszelkowcy” rozeszli się nucąc:
Wesoła Wojciecha mina.
Co go cieszy?... Mar-ga-ry-na!
My zaś raczyliśmy zasnąć. Ale jeszcze przed zaśnięciem
robiliśmy sobie przeróżne kawały. Nawet tata się rozbrykał i
wysmarował mamę pastą do zębów.
Pozeszywaliśmy im nogawki i rękawy u piżam, a Zbyszek
wsadził do łóżka taty cienką gumową rurkę, niby węża. Szkoda,
że nie prawdziwego.
Ale i tak było wesoło.
Nazajutrz PONIEDZIAŁEK. Myślimy tylko o Wiadomej
Sprawie. Znów opadły mnie wątpliwości. Czy się uda? I czy to w
ogóle ma sens?
Chłopcy też są przejęci i obijają się smętnie po kątach. Jarek co
chwila spogląda na mnie i jest bardzo niespokojny. Bo gdyby się
- 204 -
nie udało, miałby za swoje! Typ ni darowałby mu tego. Bo on się
na pewno domyśli, ale pani Marcinowska?...
No, ale co będzie, to będzie!
Od rana przygotowania do wyjazdu. Tylko dwie godzinki udało
nam się pobrykać. Zresztą na brykanie nie mamy dziś ochoty.
Przed kolacją znów spacer, razem z Typem i mamą Jarka.
Jesteśmy grzeczni i poważni.
Zbliża się kolacja, trema rośnie. Wałecki został zaproszony do
nas i nie ma pojęcia, że coś się szykuje.
Połknęliśmy swoją kolację wcześniej (lepiej już mieć jedzenie
w żołądku) i usadowiliśmy się na stopniach werandy. Dorośli
jedzą na werandzie.
Jarek patrzy na mnie wyczekująco. Obserwuję jedzących. Pani
Marcinowska nie jest specjalnie w humorze, tata też milczy, tylko
mama i Typ podtrzymują rozmowę.
Trącam Zbyszka w kostkę. Odwraca się do dorosłych i pyta z
niewinną miną:
- Tatusiu, co to są alimenty?
Tata podnosi brwi i patrzy na mamę.
- Dlaczego o to pytasz? - dziwi się mama.
- Eee... Tak sobie, czytałem o tym w gazecie - odpowiada
Zbyszek i odwraca się szybko.
Ja cały czas siedzę bokiem, żeby mieć wszystkich na oku.
Rodzice milczą. Milczenie nie jest pożądane, bo gdy
zapanowało, można wyczuć jakąś atmosferę napięcia. Coś wisi w
powietrzu i mama wyczuła to, bo przygląda się nam z uwagą.
Po jakimś czasie, gdy już piją herbatę, pytam Typa z
najniewinniejszą i najsłodszą miną:
- Proszę pana, czy pański brat też ma imię zaczynające się od
litery T?
- 205 -
Mama patrzy coraz podejrzliwiej.
- Nie mam wcale brata - odpowiada Typ. - A dlaczego się tym
zainteresowałaś?
Rzucam szybkie spojrzenie w stronę pani Marcinowskiej.
Trzyma w ręku szklankę i patrzy na mnie. Mama marszczy brwi.
Przełykam ślinę i mówię prędko:
- Bo... bo czytałam w gazecie taki artykuł... o pewnym mężu,
który znika co jakiś czas i nie chce dbać o rodzinę... A żona nie
może sama dać sobie rady... i... To był taki artykuł, jakie często
zamieszczają w gazetach... A żona tego pana skarży się, że on
wciąż jeździ po uzdrowiskach - rąbię coraz szybciej - i tam... w
ogóle... A było to o jakimś ob. T. Wal., więc pomyślałam...
Pani Marcinowska zbladła i z brzękiem odstawiła szklankę.
Patrzę na nią uparcie, niechże zrozumie!
Tata z hałasem odsuwa krzesło. Typ poczerwieniał nieznacznie,
a potem zbladł i usiłował się uśmiechnąć.
Odwracam głowę, serce mi bije. Stało się. Oj, niedobrze!
- Małgosiu - mówi mama wstając od stołu - pomóż mi odnieść
szklanki.
Podnoszę się ze schodów i ze spuszczoną głową idę za nią.
Na werandzie cisza.
Wchodzimy do kuchni. Mama staje przy oknie, opierając się o
parapet.
- Zamknij drzwi.
Zamykam. I nie patrzę na nią.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz?
Milczę.
- Nie zastanowiłaś się nad tym, jakie mogą wyniknąć
następstwa z waszego wtrącania się w nie swoje sprawy? I to tak
- 206 -
poważne! - Głos mamy brzmi surowo. - Czy byłoby ci
przyjemnie...
- To co miałam zrobić? - wybucham. - Dla Jarka ten list też był
ciosem... on też przeżywał! Wszystko wiedział z tego listu... Ale
nie umiał tego mamie powiedzieć! I prosił mnie... i... i...
- Jaki list?
W krótkich słowach streszczam całą sprawę.
- Dlaczego nic mi nie mówiłaś? - pyta mama znacznie łagodniej.
- Sama zauważyłam, że coś tu się nie klei, i też żal mi Jarka. Ale
trzeba było powiedzieć, załatwiłabym to z panią Marcinowską. Co
sobie o was pomyśli? A Wałecki?
- Ja chciałam jak najlepiej... - mruczę chowając głowę pod jej
ramię.
- Wiem, ale trzeba było jednak mi powiedzieć.
- A... teraz powiesz jej... i przeprosisz., i...?
- Załatwię to, ale przyrzeknij, że nie będziesz już postępować za
bardzo samodzielnie i zawsze powiesz mi, o co chodzi. Do spraw
dorosłych nie trzeba się mieszać.
- Już nie będę.
Widzę przez okno, jak furtka otwiera się i wchodzi posłaniec.
Niesie coś w ręce.
- Depesza? - szepczę do mamy. - Ciekawe, do kogo?
I razem nastawiamy ucha. Okno kuchni znajduje się obok
werandy. Mama uchyla lufcik.
- Dobry wieczór! Przepraszam, czy zastałem pana Waleckiego?
Patrzę na mamę, a mama na mnie. Kładzie palec na usta.
Wstrzymuję oddech. Czy los ma zamiar przyjść nam z pomocą?
- Proszę! - posłaniec podaje depeszę.
Teraz na pewno Typ podpisuje.
- 207 -
Posłaniec salutuje i odchodzi. Na werandzie cisza.
Wreszcie odzywa się Wałecki. Mówi głosem możliwie
opanowanym:
- Och! Bardzo mi przykro, ale jestem zmuszony wracać do
domu. Państwo rozumieją: choroba, dzieci...
Nie czekam, aż opuszczą werandę, i biegnę do pokoju, z którego
wyskakuję przez okno. Pędzę przez las nad morze. Chce mi się
krzyczeć z radości. Co za szczęście!
W podskokach wbiegam na wydmę.
- Gośka! Heej, zaczekaj!
To Jarek. Skacze przez krzaki i ma taką szczęśliwą minę, że aż
promienieje.
- Świetnie! Świetnie! - wykrzykuje zdyszanym głosem. -
Dziękuję ci, Gośka!
Myślałam, że rzuci się na mnie z radości, ale zatrzymał się w
ostatniej chwili. Patrzy na mnie, uśmiecha się i widać, że chciałby
coś więcej powiedzieć, ale się wstydzi. Ja za to nie robię ceregieli
i walę go pięścią w kark.
- Udało się! - wołam.
Chwytamy się za ręce i ze śmiechem zbiegamy, a raczej
zjeżdżamy na plażę. Stacza się na nas rozszczekana kulka. To
Jumpo, też się cieszy! Za nim spadają z wydmy chłopcy śmiejąc
się i wymachując rękami.
- Udało się, udało się, się udało! - śpiewa Adzik, który jednak
dokładnie nie wiedział, o co chodzi.
Wziąwszy się za ręce, odtańczyliśmy w chmurach piasku
wspaniały Taniec Zwycięstwa.
A w nocy zabrało Jarka pogotowie. Niezwykle ostry atak ślepej
kiszki. Rano już był po operacji.
- 208 -
Pani Marcinowska, odjeżdżając wraz z synem, uściskała mnie
gorąco.
- Nie gniewam się, Małgosiu!
- Oj, to dobrze!
Teraz już wszystko w porządku!
No i wtorek. Michał mruczy pod nosem „Wieczór na redzie”:
Nadejdzie czas odjazdu,
Powiemy - żegnaj! - miastu...
Prosimy go, żeby się zamknął, bo do solowych występów nie
ma nasz najstarszy talentu.
Zamieszanie, tata zapodział gdzieś okulary i przewraca w
walizkach, mama gniewa się, że narobił bałaganu, chłopcy pakują
namiot do komórki i kłócą się, Jumpo szczeka, ja urywam guzik
od płaszcza, a Adzik omal nie wykłuwa oka tacie patykiem od
latającego talerza.
Wreszcie wychodzimy i już za furtką okazuje się, że okulary
leżą w kieszeni u taty, za to zapomnieliśmy aparatu
fotograficznego. Więc wracamy i zapominamy zamknąć drzwi na
klucz.
I znów dworzec. Ruch, gwar, jak zwykle przed odjazdem.
Pociągu jeszcze nie ma, więc korzystamy z okazji i galopujemy na
przełaj, przez tory i las, aby pożegnać się z morzem.
Na wydmach nadziewamy się na Mikę.
- Cześć! - mówi pierwszy i uśmiecha się wesoło.
- Cześć, Mika! odpowiada najstarszy. - A właściwie do
widzenia! wzdycha.
- 209 -
- Dlaczego? Wyjeżdżacie już? - dziwi się zaskoczony. - Ach...
bo to już koniec lipca...
- Tak, koniec... A co u ciebie słychać? - pyta Michał. - Co z
dziadkiem?
Mika śmieje się.
- W porządeczku! Z dziadkiem też.
- To fajno! - cieszy się Michał.
Milczą obaj przez chwilę, po czym Michał, patrząc gdzieś w
bok, wyciąga rękę i mówi:
- No to... trzeba się pożegnać... Zaraz mamy pociąg... Cześć!
- Przyjedziecie w przyszłym roku? - pyta Mika ściskając nam
kolejno ręce.
- Chyba przyjedziemy!
A morze żegna nas zwiększoną falą i granatowym kolorem. Jak
okiem sięgnąć, granat i białe koronki bałwanów. Wieje ostry
wiatr. Na linii horyzontu sunie szereg kutrów rybackich. Płyną na
połów.
- 210 -
Adzik macha ręką i woła:
- Do widzenia! Do widzenia!
My zaś wydobywamy z gardzieli pożegnalne wycie
kosmohikańskie i biegiem wracamy na dworzec, bo pociąg już
jest. Za minutę odjazd.
Zdenerwowani rodzice ładują nas do przedziału. Wyglądamy
przez okno i żegnamy Jastarnię.
Jumpo szczeka, źle ustawiona walizka spadła na kolana sąsiada,
lokomotywa gwiżdże.
Ruszamy!
- 211 -