The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-11 18:22:20

Bajki - Jean La Fontaine

Wilki i owce

Po długich latach walk i nienawiści
Wilki z owcami zapragnęły zgody.
Pokój jednakie zapewniał korzyści
Dla stron obudwu; bo choć owcze trzody
Były gnębione wilczymi pazury,
Za to w napastników skóry
Odziewali się pasterze.
Stanęło zatem przymierze -
Na wniosek pełnomocników
Wilki dały wilczęta jako zakładników,
Owce - wierne kundysy. Traktat odczytano,
Przyjęto i podpisano.
Lecz wkrótce, kiedy w wilków wzrosły wilczki młode,
Głód zwyciężył skrupuły, przysięgi i zgodę.
Więc w nocy, gdy pasterze używali wczasu,
Wilki wpadły zdradziecko do owiec w zagrodę
I porwawszy jagnięta, uciekły do lasu.
Tymczasem piesków, co spokojnie spały
Ufając traktatów treści,
Ich stróże, starzy wilcy, rozdarli w kawały.
Oto i koniec powieści.
Zgoda dobrą jest rzeczą, lecz powiedzmy szczerze:
Na co zda się ze zdrajcą zawierać przymierze?
Nie pióro, ale oręż i waleczne ramię
Niech pisze pokój z wrogiem, co przysięgi łamie.

- 51 -

Żona uparta

Teraz tyle samobójstw, że czyhają straże
Nad rzeką. Niech no człowiek się pokaże,
Co na afisze nie patrzy
I od korzenników bladszy,
Niedbale utrzewiczony
I źle urękawiczony:
Myślą, że się chce topić;
A więc pełni zgrozy
Ratują go od śmierci, a wiodą do kozy.
Taki to jakiś, po Sekwany brzegu,
Biegł przeciw wody. Żandarm zatrzymał go w biegu
I urzędownie pyta o powody
Tego biegu przeciw wody.
„Nieszczęście! - woła biedak - pomocy! ratunku!
Żona mi utonęła, żona iż tak rzeknę,
Wpadła mi w rzekę.”
A na to żandarm mu rzecze:
„O, praw hydrauliki nieświadom człowiecze!
Szukasz utopionego ciała w złym kierunku.
Ono z góry w dół płynie wedle praw przyrody,
A ty za żoną biegniesz przeciw wody?”
„Boć to ciało - rzekł szukacz - było w życiu dziwne,
Zawżdy wszystkiemu przeciwne:
I domyślać się mam pewne powody,
Że popłynęło z rzeką przeciw wody.”

- 52 -

Kot i szczur stary

Czytałem kiedyś bajkę, ale gdzie - nie pomnę.
Było kocisko ogromne,
Ostrymi zbrojne pazury,
Cerber prawdziwy i zdrajca bez czoła,
Chytry, drapieżny; na milę dokoła
Znały go myszy i szczury.
Nad wszelkie wynalazki,
Nad pułapki, samotrzaski
I nad zatrute łakocie
Dotkliwsze mysiej hołocie
Wyrządzał psoty
Ten kot nad koty.
Widząc, że płochliwa rzesza,
Choć głodna, lecz zdjęta trwogą
Nie śmie z nory stąpić nogą,
Hultaj z pułapu się zwiesza
Głową na dół, a pazury
Zaczepił za jakieś sznury.
Myszy w śmiech z kota:
Pewnie kogo zadrapnął, w kuchni zrobił szkodę,
Skradł ser lub pieczeń, i za to w nagrodę
Wisi niecnota.
„Ha! Łotrze, przyszła kreska i na ciebie!
Będziemy tańczyć na twoim pogrzebie!” -
Tak szydząc, śmielsze z dziur się wychylają,

- 53 -

Biegną, wracają, wreszcie całą zgrają
Skaczą na środek. Wtem... bęc! Pękły sznury.
Wisielec ożył!... i z góry
Jak piorun na myszy spada,
Szarpie zębem, łapą goni,
Chwyta, dusi i zajada.
„To fraszka - rzecze - znam ja sztuk niemało.
Od moich figlów nic was nie uchroni:
Zginiecie wszystkie. „Jak rzekł, tak się stało.
Wkrótce znów myszki odrwił kot przebiegły:
Ubielił się, w mąkę schował
I tak na zdobycz czatował.
Płoche stworzenia zdrady nie spostrzegły;
Szczur tylko, co na wojnie gdzieś ogon postradał
(Stary szperacz, chleb z pieca niejednego jadał),
Patrzy i czeka.
Wreszcie z daleka
Tak do kota się odzywa:
„Znam cię, ziółko, żeś pokrzywa!
Widzę ja, co się tu święci,
I twoja biała postać wcale mnie nie znęci.
Bądź sobie mąką: ja głód cierpieć wolę
Lecz nie dam się wywieść w pole.
A zatem, do zobaczenia!”
I to rzekłszy czmychnął gładko.
Miał ten szczur rozum: wiedział z doświadczenia,
Że bezpieczeństwa ostrożność jest matką.

- 54 -

Księga czwarta.

Pasterz i morze

Ponad skały i rzeczki
Pędził pasterz owieczki.
Gdy zeszło zorze
A ujrzał morze,
Jak wspaniałe, dostojne,
Jak w zaciszu spokojne,
Jak się szkliniły po wodzie
Blaski słońca przy wschodzie -
Zakochał się w żywiole.
Więc rzekł: „Płynąć ja wolę
Niż się tułać po ziemi
Z owieczkami mojemi.”
Przedał je więc i ze stratą,
A za to
Nakupował daktylów, na okręt zgromadził.
Płynął morzem, a gdy go wiatr przeciwny zdradził,
W złą chwilę
Stracił okręt i daktyle.
Więc do owiec nieborak; a gdy je pasł znowu,
Zoczył morze. Wspomniawszy na korzyść z obłowu,
Rzekł kłaniając się nisko raz, drugi i trzeci:
„Mówię to i powtarzam z przysięgą wasześci,
Bądź jeszcze pozorniejsze,

- 55 -

Bądź jeszcze spokojniejsze,
Szklinij się, jak chcesz, w pogodzie
I w zachodzie, i w wschodzie;
Wiem ja, co cię łagodzi,
Wiem ja o co tu chodzi!
Chciałoby się daktylów?... Nie uda się sztuka!
Paniw morze! Ostrożny, kto się raz oszuka.”

- 56 -

Mucha i mrówka

Raz mucha przyganiała pracowitej mrówce:
„Patrzcie, co to się roi w tej szalonej główce,
Że taki owad lichy,
Przyziemny - Boże się pożal -
Ma w sobie tyle pychy
I mieni się być równy mnie, córce przestworza!
Wszak ja bywam w pałacach, królewskiego wołu
Pierwsza liznę, nim jeszcze król siądzie do stołu,
A ty, marna poczwaro, ty taka-owaka,
Trzy dni żyjesz ździebełkiem w twych nędznych czworakach.
Powiedz - niech cię me słówko, proszę, nie obraża -
Czyś ty kiedy usiadła na nosie cesarza
Albo na głowie damy?
Otóż ja - bo my, muchy, przywileje mamy -
Często, lecąc z ukosa,
Musnę skrzydłem pierś damy, poigram we włosach,
Lub siądę na policzku. Tak, moja kochana,
Zresztą po co tu gadać! Rzecz powszechnie znana,
Że właśnie ta moja śmiałość
Podnosi, uwydatnia niewieściej płci białość,
A dama, idąc na bal,
Wie dobrze, że jej muszka ważniejsza niż szal.”
Co rzekłszy jaśnie pańska, dumna burczymucha
Coś tam jeszcze bzyknęła mrówce koło ucha,
Ale wiatr złym podmuchem rozwiał musze słówka.

- 57 -

Na to jej mrówka:
„Że latasz po pałacach i dworach - to cóż?
Wszak muchy król przeklina, klnie dama i stróż!
A że pierwsza poliżesz wołu czy też wieprza,
Czy myślisz, że od tego pieczeń będzie lepsza?
Włazisz wszędzie, wiem o tym. Zasługa nietęga -
To samo robi włóczęga.
Mój Boże! Cóż za dama - i jaka wyniosła!
Siadasz, mucho, na głowie cesarza czy osła,
Ale tamten niech packą, ten ogonem ruszy -
Jakże marny los muszy!
Mówisz „Musi mieć pieprzyk, kto o piękność dba!”
Ale pieprzyk jest czarny jak ty - albo ja,
A że go zowią muszką - fi! - wielka mi chwała!
Ja bym go mrówka nazwała!
Zresztą, jeżeli pani ksiąg trochę poczyta,
Dowie się, że zwą muszką także pasożyta,
A więc po co te tony! Wszak tyle już razy
Dowiedziono, że mucha gorsza od zarazy,
A lepszego lekarstwa nie ma do tej pory
Przeciw muszej zarazie niźli muchomory!
Lato szybko przeminie, bzyk, bzyk - i już zima.
Będziesz mi wtedy, panno, świeciła oczyma.
Chuchać będziesz - bzyk - w łapki i moknąć na dworze,
Gdy ja w moich czworaczkach, w mojej nędznej norze,
Zamiast ziębnąć na mrozie, mrzeć wśród zawieruchy,
Będę plon mój spożywać - i żałować muchy,

- 58 -

Która woli przechwałki od prawdziwej chwały.
Jużeśmy się do syta chyba nagadały,
Więc żegnam. Ja do pracy - ty z sercem wesołym
Wracaj na dworskie stoły
I gadaj sobie dalej, żem owad najlichszy,
Lecz gadaniem nikt jeszcze nie napełnił spichrzy.”

- 59 -

Pan i ogrodnik

Jakiś niby z waszecia objął kiedyś w spadku
Wiejską zagrodę, pole i ogród w dodatku -
Skromny sad kmiecy, lecz mu się zdawało,
Że to ogród, jakich mało.
Więc żywopłotem otoczył go wszędy,
Warzywa zasadził w grzędy,
Szczepił jabłonie i gruszki,
A dla Małgosi na wianki
Był krzak jaśminu, trochę macierzanki
I koło dróżki
Róża kwitnąca.
Wtem licho wniosło zająca.
Wkradł się pomiędzy zagony
Gość nieproszony,
Młode listki skubał z rzepy,
Zjadał sałatę, kapustę,
Z kory poogryzał szczepy
I wszelką czynił rozpustę.
Tropił ogrodnik i ścigał natręta,
Lecz gdy mu wreszcie konceptu nie stało,
Przed jaśnie pana wytoczył rzecz całą.
„Ten rabuś - rzecze - ta bestia przeklęta
Już mi kością w gardle stoi.
Jak wąż umyka spod kija,
Wszystkie zasadzki omija

- 60 -

I kamienia się nie boi:
Istny diabeł, nie zając!” - „Skończą się te psoty -
Odrzekł jaśnie pan łaskawie -
Diabeł, nie diabeł, ja mu łaznię sprawię.
Niech no mój Doskocz wezmie go w obroty,
Zje licha szarak, jeśli się wywinie.
Jutro ciebie nawiedzę, zrobim polowanie
I kot, co tyle zbroił, tobie się dostanie.”
Jakoż przybył nazajutrz w porannej godzinie,
Za nim sług cała zgraja, dojeżdzacze, charty.
„Trzeba coś zjeść - pan rzecze - głodnym nie na żarty,
Zając może poczekać. Wszakże masz kurczęta?
A o koniach i ludziach niech też waść pamięta.
Panienko, prosim bliżej! Jakże ci na imię?
Małgosia?... Bardzo ładnie! A kiedyż wesele?
Siądźże tu przy mnie, porzuć ceregiele!
A jak z serduszkiem? Może jeszcze drzymie?”
I bez skrupułu ściska białe dłonie,
Chwali urodę,
Głaszcze pod brodę.
Małgosi wstyd pali skronie,
Płacze, broni się i dąsa,
A ojciec głową potrząsa.
W kuchni tymczasem tartas jak we młynie -
Praży się, smaży i piecze.
Drew zbrakło - szczepy z sadu płoną na kominie.
„Śliczne, widzę, masz szynki, poczciwy człowiecze.”

- 61 -

„Niech służą jaśnie panu.” - „Dziękuję ci szczerze
I szarakiem odpłacę miły upominek;
Warte szynki zająca, a zając wart szynek.
Niech je zaraz Walenty do dworu zabierze.”
Dano wreszcie śniadanie. Pan za trzech zajada,
Pije zdrowie Małgosi, ojca jegomości,
A na dziedzińcu hula służalców gromada.
Chrupią owies rumaki, charty gryzą kości.
„Na koń!” - pan krzyknął. I myśliwców rzesza
Z wrzaskiem i śmiechem do sadu pospiesza.
Hajże za kotem tędy i owędy!
Tratują krzewy i grzędy.
„Płot rozrąbać!” - pan woła - utorować drogę!
Przecież przez płot na koniu wyjechać nie mogę!”
Jękły ostre siekiery. Kot, w kapuście skryty,
Zobaczył otwór, więc nie tracąc czasu
Wziął nogi za pas i drapnął jak zmyty
Prosto do lasu.
Puszczono charty. Za chartami z tyłu
Pobiegł pan i dojeżdżacze.
Gracz szarak jak piłka skacze,
Wyprzedził czeredę całą
I zniknął gdzieś w kłębach pyłu.
Nie wiem, co się dalej stało,
Ale ogrodnik został sam wśród sadu
I łamiąc ręce, oblicza swe straty;
Przepadły grzędy warzyw i sałaty;

- 62 -

Dyń, ogórków ani śladu;
Złamane drzewka, żywopłot wycięty -
Słowem, straszliwe pustkowie.
Więc rzekł, boleścią przejęty:
„Ot, jak bawią panowie!
W jedną godzinę zniszczyli mnie więcej
Niżeli tysiąc zajęcy!”
Z równymi sobie jeżeli masz zwadę,
Własnym rozumem zwalczaj przeciwnika;
Bo gdy mocniejszych poprosisz o radę,
Czeka cię los ogrodnika.

- 63 -

Walka łasic ze szczurami

Plemię łasic, jak wiecie,
Od lat przeszło tysiąca
Spokój szczurów zamąca.
Nie stałoby na świecie
Dzielnych rycerzy onych,
Myszeidą wsławionych -
Twarogusów, Szperkasów
I Parmezanidasów -
Gdyby nie to, że nory
Z wąziutkimi otwory
Jako tako ich chronią
Przed łasiczą pogonioną.
Lecz gdy pewnego lata
Był urodzaj na szczury,
Król ich, mężnej natury,
Zebrał z całego świata
Hufce liczne i zbrojne
I podążył na wojnę.
Walecznych łasic rzesza
Przeciw wrogom pospiesza -
I wszczęła się rozprawa,
Wielce sroga i krwawa.
Z równym zapałem pono
Z obydwu stron walczono:
Tysiące mężnych padły,

- 64 -

Niejeden szczur zajadły
Wieczną okrył się chwałą,
Ale płoche zwycięstwo
Hufcom łasic sprzyjało.
Daremne było męstwo
Gryzandra, Schabowicza,
Słonino-Lizowicza
I innych pułkowników,
Co okryci kurzawą
Biegali w lewo, w prawo
I wśród groźnych okrzyków
Wiedli szeregi swoje
Na ostateczne boje.
Dzielne łasic ataki
Zniosły wszelkie zapory
I szczury nieboraki
Jęły zmykać do nory.
Udało się hołocie
Unieść życie i zdrowie,
Lecz w bezładnym odwrocie
Wyginęli wodzowie.
Bowiem każdy na grzbiecie
Dźwigał różne rupiecie
Jako znak dostojeństwa
I broń - dla bezpieczeństwa.
Na te stroje i zbroje
Ciasne szczurów podwoje!

- 65 -

Więc z wodzów mało który
Mógł się zmieścić do dziury.
Krwawą cierpiąc pokutę
Za tchórzostwo i butę,
Legli na bojowisku:
To im strój przyniósł w zysku.

- 66 -

Delfin i małpa

Był to, jak mówią od wieków
Zwyczaj u Greków,
Że dla rozrywki w morskiej podróży
Brali z sobą na okręta
Małpy i różne zwierzęta.
Raz okręt taki, wśród burzy,
W pobliżu Aten uderzył o skały.
Zatonął, lecz delfiny, pląsające w fali,
Rozbitkom ratunek dały.
Nic dziwnego: wszak Pliniusz te zwierzęta chwali
I powiada najwyraźniej,
Że z ludźmi żyją w najszczerszej przyjaźni -
A gdy Pliniusz tak powiada,
Na słowo wierzyć wypada.
Otóż w popłochu jeden delfin młody,
Więc nierozważny, dobył małpę z wody.
Złudzon pozorem, za człeka ją bierze,
Na swój grzbiet dumnie sadowi
I dźwigając głupie zwierzę
Zaczął płynąć ku brzegowi.
Wtem pyta: „Powiedz, o luba istoto,
Czy z Aten jesteś” - „Znają mnie tam wszędzie -
Odrzecze małpa - i mogę z ochotą
Dopomóc ci w każdym względzie.
Może chcesz wygrać proces w trybunale?

- 67 -

Mam tam krewnych na urzędzie.
Wiedz, że mojej rodzinie przypadły w udziale
Wszystkie zaszczyty: cała miejska rada
Z mych braci, wujów i stryjów się składa;
Nawet i ja do rządów mięszam się po trosze.”
„Dzięki ci - rzecze delfin - lecz powiedz mi proszę:
A Pireus?... Nie znam go, lecz słyszałem wiele...”
„Co, poczciwy Pireus? Myśmy przyjaciele -
Przerwie małpa - dziś nawet z obiadem mnie czeka.”
Pomylił się zwierz głupi w kłamliwym zapędzie
I wziął nazwę przystani za imię człowieka.
Takich ludzi pełno wszędzie.
Któż z nas owych kłamców nie zna,
Co dla omamienia gminu
Pocztą jeżdżą do Londynu,
A okrętem aż do Drezna?
Chiny, Peru, Egipt, Chili -
Wszystko znają, wszędzie byli,
A nie wiedzą ani słowa,
Gdzie Kraków lub Częstochowa.
Delfin spojrzał, zdziwiony, i zaśmiał się szczerze,
Lecz widząc, że uwiedzion człowieczą postawą,
Wyciągnął z morza tylko bezrozumne zwierzę,
Dał nurka, strącił małpę i popłynął żwawo
Naprawić swą pomyłkę i ratować ludzi,
Klnąc się, że już go nigdy czczy pozór nie złudzi.

- 68 -

Człowiek i bożek drewniany

Poganin drewnianego bożka przechowywał -
Z tych, którzy nic nie słyszą, chociaż mają uszy.
A jednak cuda sobie po nim obiecywał -
Może bóstwo bogatą ofiarą się wzruszy.
Ciągłe śluby i prezenta,
W dzień powszedni i od święta
Cielce kwiatami wieńczone;
Nigdy jeszcze żadne bóstwo
Nie jadło równie tłusto,
Kadzidłami otoczone.
Lecz na próżno się modlił, nieraz i do rana,
Bóg odwzajemniać darów nie był wcale skory,
To zawiodła go scheda, to znowu wygrana
I z nieba nie spływały nań żadne fawory.
Nie dość na tym; bo choćby zagrzmiało z daleka
I deszcz pokropił gdzieś w lesie,
Zawsze jakoś dotknęło to naszego człeka,
Nie mówiąc o jego kiesie.
Ale bóstwo niełaskawe
Miało wciąż posilną strawę.
Rozsierdziło go w końcu szkaradne oszustwo:
Złapał drąg i w kawałki rozbił skąpe bóstwo.
W środku pełno złota. „Pókiś miał wygody -
Powiada - czyś mi za to dał choć grosz nagrody?
Wynoś się z mego domu na ołtarze inne!

- 69 -

Głupie jesteś, nieuczynne,
Podobne do nikczemnika,
Co nie otworzy kabzy, gdy nie chwycisz bata.
Tuczył bym cię i tuczył do skończenia świata.
Dobrzem zrobił używszy innego języka.”

- 70 -

Szczur i żaba

Kto pod kim dołki kopie, sam w nie często wpada.
Ale morał na potem, a teraz po prostu
Powiem bajeczkę.
Szczur, żarłok nie lada,
Co nigdy nie znał adwentu ni postu,
Pulchny jak pączek w zapusty,
Gruby i tłusty,
Siedział nad brzegiem kałuży.
„Dzień dobry, kumie! Jakże zdrowie służy?
Zawoła żaba wychylona z wody -
Dziś u mnie gody,
Raczże mię nawiedzić, proszę;
Bezpiecznie ze mną płynąć wśród topieli.
Poznasz rozkosze
Chłodnej kąpieli,
Zobaczysz nieznane kraje,
Nasze rządy i zwyczaje.
Zdziwią się kiedyś wnuki i prawnuki
Ogromem twojej nauki,
Gdy im o żabach zaczniesz prawić cuda,
Mądrze i gładko jak z księgi.”
„Nie wiem - szczur rzecze - jak się podróż uda.
Żal mi biesiady, lecz szczerze ci powiem,
Że ze mnie pływak nietęgi.”
„To fraszka! - przerwie żaba - przywiążmy sitowiem

- 71 -

Twoją nogę do mojej, ja żwawo popłynę
I ciebie ciągnąć będę; pójdzie nam jak z płatka.”
Stało się. Jejmość żaba skacze na głębinę
I łyka ślinkę myśląc: „Mam cię!... to mi gratka!
To mi kąsek!... „I postać rzuciwszy układną
Daje nurka i gościa chce pociągnąć na dno,
Łamiąc prawo narodów i święte przysięgi.
Broni się szczur jak może; zemsty bogów wzywa.
Drwi z niego żaba zdradliwa
I szydzi z bogów potęgi.
Wtem jastrząb, co nad wodą zataczał swe kręgi,
Zobaczył biedne stworzenie,
Wpadł nań i ostrymi szpony
Chwycił szczura, z nim żabę, wielce ucieszony,
Że na obiad od razu zdobył dwie pieczenie.
Chytrze knowany zamysł nie zawsze się ziści.
Często przeciwko zdrajcy obraca się zdrada,
I zamiast niecnej korzyści
Hańba i kara nań spada.

- 72 -

Haracz zwierząt dla Aleksandra

Pewna bajka słynęła w starożytnym świecie,
Lecz czemu, trudno by mi racji dowieść.
Morał w czytaniu znajdziecie,
A oto sama opowieść:
Poszedł głośny słuch po świecie,
Że Aleksander niejaki,
Syn Jowisza, chcąc wolność zgnieść na całej ziemi,
Wszystkim stworzeniom wydał rozkaz taki,
By mu do stóp uległy z hołdy powinnemi
Czworonogi i ludzie, słonie i robaki,
I republikańskie ptaki.
Więc gdy stugębna boginka
Groźny o nowym władcy rozgłasza słuch,
Zwierzęta, dbałe o to, na co im szła ślinka
I czego pożądał brzuch,
Osądziły, że tym razem
Trzeba zgodzić się z nakazem.
Zebrały się na wiece, wyszedłszy z ukrycia,
I po wielu naradach, ci tak, ci inaczej,
Uchwaliły hołd złożyć i wysłać haracze.
Małpa słynąca z obycia
Miała być posłem; na karcie jej dano
Mowę spisaną.
Tylko z haraczem rada się kłopota:
Jeśli nie w złocie, jakiż zda się inny?

- 73 -

Tu pewien książe uczynny,
Posiadacz kopalni złota,
Wygodził im w tej potrzebie.
Kto skarb poniesie? Ciężar wziąć na siebie
Ofiarował się muł z osłem.
Koń i wielbłąd zgłosiły się też ku asyście
I wszyscy czterej ruszą uroczyście
Razem z małpą, nowym posłem.
Karawanie z lwem spotkać w drodze się zdarzyło.
Nie było im to miło.
Za to lew wołał: „O jakże szczęśliwie,
Że podróż odbędziemy razem w komitywie!
Właśnie miałem z daniną wyruszyć tą porą.
Wprawdzie nie jest zbyt ciężka, lecz brzemion nie znoszę.
Wyświadczcie mi łaskę, proszę,
I rozbierzcie ją na czworo.
Wam to nie sprawi różnicy,
A ja zachowam rześkość i ciała swobodę.
Gdyby nas chcieli ograbić zbójnicy,
Łatwiej z nimi walkę zwiodę.”
By się kto lwu sprzeciwiał, rzecz to niesłychana.
Pozbawiony ładunku, wzięty za kompana,
Mimo że syn Jowisza władał heroiczny,
Lew mógł w drodze brzuch sycić na fundusz publiczny.
Po drodze przyszli na ługi,
Gdzie szemrały strumyczki, kwiatów rosły smugi,
Na owiec pastewnik żyzny,

- 74 -

Do kraju świeżych wiewów, zefirów ojczyzny.
Lew, wyciągnąwszy je w nozdrza, zaraz się użali,
Że chory, że go żar pali.
„Sprawujcie poselstwo dalej,
Ja zaś na moją gorączkę piekielną
Muszę tu znaleźć jakąś drakiew zielną.
Ruszajcie dalej bez zwłoki,
Lecz mi zwróćcie część moją. Wyżyć bym nie zdołał.”
Rozładowano tłumoki.
Lew spojrzawszy w nie zawołał:
„O bogi, co za radość, jakiż to traf rzadki!
Moje monety wydały cór roje,
A wszystkie duże jak matki!
Przychowek mnie się patrzy. „I zabrał jak swoje.
Coś tam na dnie zostawił, lecz same odpadki.
Małpa z juczną świtą całą,
Strwożone, poszły dalej i jak głoszą gadki,
Na rabusia zaniosły skargę przed mocarza.
Na nic się to jednak zdało.
Wszak to lwa ze lwem sprawa, w tym racja głęboka.
Nikt nie usłyszał, by korsarz napadł na korsarza,
A kruk krukowi nie wykole oka.

- 75 -

Lis i popiersie

Wielcy ludzie przeważnie sceniczne to maski,
Których tłum bałwochwalczy czci kłamliwe blaski
Osioł z wyglądu tylko sądzić o nich umie,
Lecz lis od pierwszej chwili zagłębiać je zaczyna,
Z wszech stron je oglądając, a gdy raz zrozumie,
Że piękna powierzchowność to ich treść jedyna,
Wraz przylepia im słówko, którym go natchnęło
Bohatera popiersie, kamieniarskie dzieło.
Popiersie puste było i nadnaturalnej
Miary. Lis rzecze chwaląc kunszt rzeźbiarza walny:
„Piękna głowa, lecz mózgu nie ma w mózgownicy.”
W tym sensie są rzeźbami liczni dostojnicy!

- 76 -

Koza, kózka i wilk

Sąsiadka koza, ta, co to rozwódka,
Z rodu Ostrorożanka, a tak rześka czołem,
Że śmie łeb na łeb rozmówić się z wołem
I nie da lada wilku brać się do podbródka,
Wczoraj w las idąc zbierać na domu potrzebę,
Rokitę czy lipią skórkę,
Na gospodarstwie zostawiała córkę,
Której jest na imię Bebe.
A że młodym osobom pod niebytność matki
Rozliczne grożą przypadki,
Nakazuje dziecku srogo:
„Nie ruszać mi za próg nogą
I nie przyjmować, nikogo!
Jest tu wilk w okolicy; mam go w podejrzeniu,
Że zamyśla o czymś brzydkiem;
Pilnujże drzwi, aż wrócę i dam znak kopytkiem,
Wołając cię po imieniu:
Bebe! Lepiej, że zgrzeszym ostrożności zbytkiem,
Niż gdyby miało kiedy być przysłowiem trzodzie:
Mądra koza po szkodzie.”
O wilku mówiono w izbie,
A wilk tuż siedział na przyzbie;
Podsłuchał. Matka z domu, a on wnet do córki:
Stuk i puk we drzwi komórki.
Wilk zwykle wyciem łaje albo grozi;

- 77 -

Lecz gdy prosić ma potrzebę,
Nieźle udaje śpiew kozi;
Więc jako mógł najkoziej odezwał się: „Bebe!
Otwórz!” - A kózka na to: „Przepraszam nie można.
Mamy nie masz, jestem sama!”
On znowu: „Bebe, otwórz, to ja, mama!”
Na to znów kózka ostrożna:
„Głos wprawdzie matczyn; ale czyś ty matka,
Jak mogę wiedzieć, gdy zamknięta klatka?
Podejdźże tu i przez to pod progiem korytko
Pokaż mi na znak kopytko.”
Wilk odszedł klnąc Bebe i mać jej z ruska brzydko.
Ta bajka jest po całym świecie znana z treści;
Lecz żeby ją poznać polskiej płci niewieściej,
Udawajmy, że wzięta z francuskiej powieści.

- 78 -

Starzec i jego synowie

Bez jedności i zgody nic się nie ostoi;
Każdą w świecie potęgę kruszy rozdwojenie.
„Żegnam was - mówił starzec - o synowie moi!
Wzywają mnie do siebie ojców naszych cienie;
Lecz nim przejdę wieczności tajemnicze progi,
Chcę wam jeszcze ostatniej udzielić przestrogi.
Oto pęk strzał: próbujcie, który z was go złamie;
A co te strzały znaczą, później wam wyłożę.”
Ujął wiązkę syn starszy i wytężył ramię,
Lecz gdy mimo wysileń złamać jej nie może,
Oddał braciom. Ci także kuszą się daremnie,
Nie prysła ani jedna strzała w całym pęku.
„Bezsilni - rzecze starzec - bierzcie przykład ze mnie!”
Uśmiechnęły się dzieci. On w stygnącym ręku
Snop rozwiązał i łamiąc po kolei strzały:
„Patrzcie - rzekł - jam znękany, stary i schorzały,
Lecz gdy swą moc straciła wiązka rozdzielona,
To, co wam trudnym było, moja dłoń dokona.
Dzieci moje! To skutki zgody i niezgody!
Tym się wznoszą lub giną rodziny, narody;
Więc kochajcie się zawsze, o synowie mili!
Ta myśl będzie osłodą mej ostatniej chwili.”
Płacząc przyrzekły dzieci iść za ojca radą;
Wówczas starzec uśmiechem twarz rozjaśnił bladą,
W drżące ręce połączył swoich synów dłonie

- 79 -

I Bogu ducha oddał. Wnet po starca zgonie
Synowie, rozpatrując swe prawa dziedziczne,
Trafili na kłopoty i sprawy rozliczne:
Tu wierzyciel wieś zajął, tam sąsiad pozywa,
Lecz póki między braćmi przyjaźni ogniwa
Trwały nienaruszone, dopóty wesoło
Wierzycielom i pozwom mogli stawiać czoło.
Szczęśliwi - gdyby ojcu dochowali słowa!
Ale prysła niebawem ich zgoda chwilowa.
Nad krwi związki silniejsza chciwość braci dzieli,
Czcza duma, niecna zawiść; zauszników rady
Spór wzmogły, a w ślad za tym roje wierzycieli
Znów spadły na zwaśnionych. Więc w działy, w układy -
Trudny układ bez zgody. Więc proces się wszczyna
Z dłużnikiem, z wierzycielem, z bratem i z sąsiadem.
Wór palestry obfita napełnia danina,
Pozwy, koszta, wyroki, kary lecą gradem,
A bracia, żądzy zysku pełni i zawiści,
Dla złudnych - poświęcają rzetelnie korzyści.
Każdy, co miał, utracił. Wtedy zrozumieli,
Co znaczą owe strzały, gdy je kto rozdzieli.

- 80 -

Skąpiec

Cóż po skarbach, gdy człowiek zdjęty skąpstwa szałem
Nie użył ich ni razu w swoim życiu całem
I mrze z głodu, rachując grosze i dukaty?
Tam, w niebie, każdy nędzarz jest, jak on, bogaty;
A skąpcy tu, na świecie, żyją jak hołysze.
Aby tej prawdy czytelnikom dowieść,
Krótką, lecz trafną przypowieść
W ślad za Ezopem opiszę.
Pewien skąpiec, zebrawszy grosiwa niemało,
Czekał, by zeń korzystać na powtórne życie.
Nie on złoto, lecz złoto jego posiadało;
W ziemię zakopał je skrycie,
A z nim i serce; lecz w ciągłej obawie
O skarbie myślał we śnie i na jawie;
Każdej nocy, pełen trwogi,
Tajnymi drogi
Szedł go odwiedzać, kamień podejmował,
Dobywał złoto, rachował, całował,
I nasycony tym lubym widokiem
Znów, po kryjomu,
Wracał do domu.
Ale przed złodzieja okiem
Nic się długo nie ukrywa,
Choćbyś zamknął na trzy spusty.
Pewnego ranka skąpiec skoro świt przybywa,

- 81 -

Patrzy... dół pusty.
A więc w rozpaczy
Szlocha, rwie włosy
I klnie niebiosy.
Nadchodzi sąsiad: „Kumie, co to znaczy?”
„Skarb mi skradziono!” - „Gdzie?” - „Tu, z tego dołu.”
„A któż to widział - pieniądz trzymać w ziemi!
Mając go w domu, mógłbyś bez mozołu
Brać, ile zechcesz.” - „Brać? Dłońmi własnymi
Brać i wydawać?... trwonić me dukaty?
Jam ich ledwie śmiał dotknąć!” - „Więc na cóż te żale? -
Rzekł sąsiad. - Jeśliś skarbu nie używał wcale,
Żadnej nie doznałeś straty.
Nakładź w ten dół kamieni, a łatwo, jak sądzę,
Będziesz mógł w siebie wmówić, że znów masz pieniądze.”

- 82 -

Księga piąta.

Drwal i Merkury

Gust waszmości regułą pracy stał się dla mnie.
Starałem się też jego pozyskać uznanie.
Wasze gani staranność zbytecznie napięta,
Wymuszoną ambicję pustych ornamentów.
Waść ma słuszność; wysiłek ten nie może bawić.
Autor psuje, gdy pragnie za dobrze doprawić.
Nie iżby wygnać trzeba pewne subtelności -
Waść je lubi, ja także nie mam do nich złości.
Zaś do celu, na który Ezop pilnie baczy,
Dążę, jak umiem, najmniej niezgrabnie. Gdy rzeszy
Nic zgoła, w wierszach moich, nie uczy, nie cieszy,
To już nie wina moja, a to też coś znaczy.
Gdy sobie do krzepkości
Pretensji nie śmiem rościć,
Zło staram się ukazać zawsze z śmiesznej strony,
Nie mogąc Herkulesa zwalczać za ramiony.
W tym cały tkwi mój talent; niewielki zda mi się.
Czasem ukażę w opisie
Głupią próżność z zazdrością w złączeniu. Te obie
To dwa czopy: świat na nich krąży w naszej dobie.
Takie jest nędzne to zwierzę,
Co pragnęło dorównać wołu w wzrostu mierze.
Niekiedy w dwóch obrazach przeciwstawiam: cnocie

- 83 -

Zło, to znów dla odmiany rozsądek głupocie.
Jagnięta ciche srogim wilkom w boru,
Muchę mrówce, powoli czyniąc z tego zbioru
Komedię wielką z aktów długim traktem,
A której sceną jest świat ten.
Ludzie, bogi, zwierzęta, każde gra swą rolę,
A Jowisz tak jak inni. Wprowadźmyż więc tego,
Który zwykł jest pięknościom wieścić jego wolę:
Nie o to jednak chodzi nam dnia dzisiejszego.
Drwal pewien zgubił swej pracy narzędzie:
Siekierę swoją. Szukając jej wszędzie,
Płakał. Żal było słuchać tego wycia,
Nie mając przecie narzędzi do zbycia,
W tym jednym widział cały swój majątek.
Uchwycić chcąc jakiejś nadziei wątek,
„Moja siekiera! Gdzie moja siekiera?! -
Woła żałośnie, łzy ręką ociera -
Jowiszu; wskaż mi, błagam, drogę do niej!
To będzie jakby nowy dar z twej dłoni.”
Skarga do uszu doszła niebian grona.
Bieży Merkury: „Ona nie zgubiona -
Prawi - czy tylko rozpoznać ją zdołasz?
Gdzieś-em ją widział tutaj... O! Jest oto...”
Rzekł i siekierę pokazał mu złotą,
Lecz drwal odpowie: „Tej nie pragnę zgoła.”
Z kolei drugą podał: srebro szczere.
Drwal znów odmówił. Nareszcie tę z drewna.

- 84 -

„O, ta - powiada - to moja! rzecz pewna!
Tak, tę ostatnią chcę dostać siekierę.”
„I tamte obie - rzekł bóg - i tę z drewna.
Nagrodzić musim twej prawości cnotę.”
A drwal: „Więc wszystkie biorę bez kozery.”
Wieść się rozniosła błyskawicy lotem;
Dalejże drwale gubić swe siekiery,
O zwrot ich błagać i jęczeć bez przerwy.
Jowisz sam nie wie, kogo słuchać pierwej.
Aż znów krzykaczom, zstąpiwszy raz wtóry
Złotą siekierę pokazał Merkury.
Że ujść za głupców wszyscy się lękali,
Jeśli z nich każdy nie zawoła: „Ta-ć!”
Poseł Jowisza, zamiast im ją dać,
Każdego z nich obuchem po łbie zwalił.
Nie kłamać nigdy, poprzestać na swoim -
To najpewniejsze. Lecz jest i czerada
Takich, co kłamią, gdzie zysk im się kroi.
To co? Toż Jowisz nabrać im się nie da.

- 85 -

Garnek żelazny i garnek gliniany

Garnek z żelaza ulany
Zapraszał z sobą gdzieś w drogę
Sąsiada, garnek gliniany.
Ten rzekł: „Wybacz, że nie mogę
Towarzyszyć ci w podróży,
Lecz przechadzka mi nie służy.
Jam bezpieczny, póki skromnie
W domu stoję przy ognisku,
A na drodze, w tłumie, w ścisku,
Trąci ktoś... brzdęk! I już po mnie.
Ty, co tak twarde masz kości,
Ruszaj śmiało, panie bracie,
Ja zaś dziękuję waszmości
I wolę pozostać w chacie.”
„Bądź bez obawy, kolego -
Garnek żelazny powiada -
Na wszystko znajdzie się rada,
I od nieszczęścia wszelkiego
Moje cię plecy ustrzegą;
Bo jeśli jakaś zawada
W drodze się zjawi przypadkiem,
To natychmiast, Bóg mi świadkiem,
Jako mur stanę przed tobą
I swoją własną osobą
Ciosy zabójcze odtrącę.”

- 86 -

Na te słowa ujmujące
Garnek z gliny, dobra dusza,
Z żelaznym w drogę wyrusza.
Ale podróż była krótka:
Lada kamyk, lada grudka
Plącze chwiejne garnków kroki
I co chwila, gdy szli razem,
Glina trąca się z żelazem.
Biedakowi trzeszczą boki,
Nie mógł znieść szturchańców dłużej
I roztrzaskał się w kawały.
A żelazny, zdrów i cały,
Do domu wrócił z podróży.
Własną piędzią mierz się, bratku,
Od mocniejszych bądź z daleka -
Głaszczą, pieszczą, a w ostatku
Garnka z gliny los cię czeka.

- 87 -

Uszy zająca

Stała się rzecz niesłychana:
Wół, co nigdy nikomu wody nie zamącił,
Ni stąd, ni zowąd ostrym rogiem trącił
Lwa, swego króla i pana.
Lew natychmiast w najdalsze swego państwa końce
Wyprawia gońce
Z rozkazem następnej treści:
„Pełni smutku i boleści
Z tak zbrodniczego zamachu,
Wszem wobec nakazujem, pod gardła utratą,
Do dni trzech wszelką istotę rogatą
Wygnać z ziemi naszych.” Więc, w śmiertelnym strachu,
Na wyrok tak niespodziewany
Wyniosły się co prędzej łosie i jelenie,
Żubry, woły, daniele, kozły i barany.
Wtem jakiś zając, lękliwe stworzenie,
Widząc na murze swych uszu cień długi:
„Nie ma co czekać - rzecze - bierzmy za pas nogi!
Lwa jegomości zbyt gorliwe sługi
Gotowe przez omyłkę uszy wziąć za rogi.
Bądź zdrów, świerszczu sąsiedzie, idę w obce kraje!...
Choćbym te... wiesz..., co sterczą... przyciął na dwa cale,
Jeszcze bałbym się zostać.” - „Co też waszeć baje! -
Świerszcz rzecze - toż to uszy, a nie rogi wcale.”
„Wiem-ci ja o tym - szarak mu odpowie -

- 88 -

Że nie mam rogów na głowie,
Lecz w tym cały szkopuł leży,
Że często głodną bywa lwa przyboczna rada,
Więc, choć jestem zającem z dziada i pradziada,
Choć dowiodę, przysięgnę, nikt mi nie uwierzy.”

- 89 -

Lis kusy

Stary lis, co sto razy był peregrynantem,
Podwójną prawie chytrość dała mu natura,
Wielki zjadacz królików, wielki łapikura,
Gdy szedł, na milę wkoło czuć go było frantem,
Lecz i nań dopust boży spadł jednego razu:
Dobrze odwietrzonemu nie umknął żelazu.
Życie zratował, ale ogona postradał.
Myśli, jakby tu pokryć tak sromotną wadę.
Właśnie też wtedy lisy miały radę,
Poszedł na nie, głos zabrał i w ten sposób gadał:
„Bracia, póki przesądy będą nami rządzić,
Nie możemy tylko błądzić.
Że nasz dziad nosił ogon, i my go nosimy:
Innej przyczyny nie ma. Lecz gdy w rzecz wejrzemy,
Na cóż on się przyda, proszę?
Próżno się po prochu szasta
Albo się w błocie zachlasta.
Więc ja z miejsca mego wnoszę,
Żeby tych nadpotrzebnych pozbyć się ciężarów.”
Ktoś mu rzekł: „Przyrodzenia nie gardziemy darów,
Możem jednak pójść za twoim przykładem;
Ale obróć no się zadem!”
Aż tu zaraz pełno huku,
Jak się wezmą śmiać wszyscy do rozpuku.
„Ach, jakiż teraz nielusy!

- 90 -

A pfe, kurta, a pfe, kusy!”
Szpetność się jego pokazała jawna:
Tajemne części nie miały zasłony.
Lisy więc noszą ogony,
Jak nosiły z dawien dawna.

- 91 -

Starucha i służki

Miała baba dwie służki, co w świątki i piątki
Przędły len, prześcigając co najprędsze prządki
Baba zaś, jak to baba, jak wszystkie staruchy,
Tylko to miała w głowie, by przędły dziewuchy,
Skoro tylko brzask ranny wyzłocił opłotki,
Już wjeżdżały do izby z sieni kołowrotki,
A baba już marudzi, popędza i pili.
Słowem, spoczynku ni chwili.
Skoro więc świt, jak rzekłem, zajrzał przez okienko,
Zapiał kogut w opłotkach donośnie i cienko;
Zanim jednak przebrzmiała kogucia fanfara,
Już stara
Łaps kieckę, świeci lampę i wraz, na wyprzódki,
Wpada w izbę, gdzie w kącie na słomie,
Każdej snu chwilki spragnione łakomie,
Spały dwie młódki.
„Wstawać!” - „A-ach...” - jedna sennie otwiera wpół oko,
„O-och!” - druga przez sen westchnęła głęboko.
Przeciągając się, jęcząc, obie bliskie płaczu
Pomstują, złe jak osy: „Poczekaj krzykaczu,
Już nam to twoje pianie do szpiku dożarło!” -
Co rzekłszy, kogutowi poderżnęły gardło.
Przędą rade, że teraz wyśpią się co rana;
Chytrość jednak przeważnie bywa ukarana.
Ledwie noc poczerniała, a dziewki się prawie

- 92 -

Do snu poukładały, już babsko w obawie,
Żeby świtu nie przespać, zapala ogarek
I tłucze się po domu jak po piekle Marek.
Tak to już zwykle na tym świecie bywa.
Człowiek chciałby się wyrwać z tego, co go gnębi,
A grzęźnie coraz głębiej,
Jak uczy bajka, niestety, prawdziwa.
Kogut zginął, to prawda, lecz dziewki niewinne
Z deszczu wpadły pod rynnę.

- 93 -

Satyr i przechodzień

Na progu ciemnej pieczary,
Pod strzechą dębów zieloną
Siadł Satyr z dziećmi i żoną,
A wszyscy głodni bez miary.
Nie pragnąc innych przysmaków
Spartański żur jedli żwawo,
Bo głód najlepszą przyprawą
Skromnej biesiady prostaków.
Wtem z głębi lasu się zjawia
Człek na wskroś deszczem zmoczony.
Rzekł Satyr: „Bądź pozdrowiony!”
I misę przed gościem stawia.
Przechodzień zasiadł z pośpiechem,
Lecz go zziębiła ulewa,
Więc najprzód dłonie rozgrzewa
Ciepłym ust swoich oddechem.
A potem pieszczoch nie lada,
Na łyżkę dymiącą dmucha.
Satyr spogląda i słucha:
„Co czynisz gościu, - powiada.
„Oddech polewkę mi studzi
I grzeje skostniałe dłonie.”
„Więc opuść moje ustronie -
Rzekł Satyr - wróć między ludzi!
Strach mię przenika do głębi,

- 94 -

Żeś u mnie przyjął schronienie,
Precz z człekiem, którego tchnienie
Zarazem grzeje i ziębi!”

- 95 -

Koń i wilk

Onego czasu, gdy zefir ciepławy
Sędzioły zamiatał i odmładzał trawy,
Gdy poczynało karmy brakować w stodole,
Poszły bydlęta żywić się na pole.
Pewny wilk także wtedy spaceryjem chodził,
Który się całą zimę rozmyślaniem bawił,
Wielki post wiernie odprawił,
Przez co się wielce wygłodził.
Po zejściu więc skorupy, bieżąc koło błonia,
Ujrzał na czarny korzeń puszczonego konia.
Co za radość! Lecz chudziak, bojąc się nie sprostać:
„Szczęśliwy - rzecze w sobie - kto by ciebie schrupał.
Ej, czemuś ty nie baran, byłbym cię już łupał,
A tak muszę frantować, ażeby cię dostać.
Frantujmyż. „Bierze zatem ułożoną minę,
Stąpa z partesów na kształt karmnego prałata,
Powiada się być uczniem Hipokrata,
Ziółek szukanie kładzie za drogi przyczynę,
Których zna moc i własności,
I chce oddać usługę jego końskiej mości,
Gdyż paść się tak, nie będąc wiązanym na linie,
Znaczy słabość w medycynie.
Lekarstwo tedy gratis oświadcza mu z duszy.
Pan Ogierowicz, nie w ciemię go bito,
„Mam - rzecze - uczciwszy uszy,

- 96 -

Sprośny wrzód, który mi się zakradł pod kopyto.”
„Nie troszcz się, moje dziecię - jeśpan medyk mówi -
Z skutecznych leków wzrosła moja sława,
Każemy się wnet ustąpić wrzodowi,
I cyrulictwo bowiem jest moja zabawa.”
Tymczasem z tyłu zachodzi
Rzekomo nogę oglądać, a do brzucha godzi.
Zwąchał to ktoś i nie chce tego czekać losu;
Podnosząc nogę ochotnie,
Z całej siły jak go nie grzmotnie,
Z paszczy narobił bigosu.
„Au! - zawył wilk - au! Jakżem głupszy jest od osła!
Chciałem się bawić zielnikiem,
Będąc z natury rzeźnikiem.
Niechby każdy pilnował swojego rzemiosła!”

- 97 -

Rolnik i jego synowie

Nie szczędźcie sił i trudu - praca w pocie czoła
Oto skarb, co przynosi najpewniejsze zyski.
Bogaty rolnik, czując zgon już bliski,
Synów swoich do izby w tajemnicy woła
I rzecze: „Pamiętajcie nie sprzedawać ziemi
Którą ja uprawiałem rękami własnemi.
Jest w niej skarb zakopany. Gdzie? Nie wiem dokładnie,
Lecz poszukajcie pilnie, a przy dobrej woli
Z pewnością w ręce wam wpadnie.
Wnet po żniwach, w jesieni, weźcie się do roli
I od skiby do skiby rydlem skopcie całą,
Ażeby jednej grudki nie zostało.
Skrzętnie pracujcie, niechaj wasze dłonie
Każdą piędź ziemi poruszą.”
Zmarł rolnik, a synowie stają na zagonie,
Kopią skibę za skibą, każdą grudkę kruszą,
Tak że po roku łan dobrze sprawiony
Podwójne wydał im plony.
Pieniędzy nie znaleźli. Lecz ojciec sędziwy
Mądrze postąpił w ostatniej godzinie
Dając synom naukę na ich własnym czynie,
Że praca to skarb prawdziwy.

- 98 -

Góra i mysz

Góra połogu bliska
Jęczała tak straszliwie,
Iż na jej krzyki zbiegli się ludziska
Myśląc, że niewątpliwie
Urodzi miasto większe niż
Paryż, a urodziła mysz.
Chociaż ta bajka zmyśla dziwa,
Jednak prawdziwy sens ukrywa.
Przypomina poetę, który mówi: „W rym
Ujmę i opiszę
Boje, które wiedli Tytani z Jowiszem.”
Obiecywał wiele. Częsty wynik - dym.

- 99 -

Lekarze

Pan konsyliarz Tym-Gorzej odwiedzał chorego
Razem z panem Tym-Lepiej, swym zacnym kolegą.
I jak to wśród lekarzy przytrafia się wszędzie,
Tym-Gorzej mówił: „Umrze”, Tym-Lepiej; „Zdrów będzie”.
A że każdy odmiennej chciał użyć metody,
Więc chory, dla świętej zgody,
Pana Tym-Gorzej jął zażywać leki
I wkrótce zasnął... na wieki.
Stąd zaś nowe do sprzeczek wynikły powody,
Bo obaj przytaczali na swoją obronę -
Ten domyślność, a tamten mikstury wzgardzone.
Jeden mówił: „Wszak zgadłem, choć kolega przeczył,
Że musi umrzeć nasz chory.”
„Cóż z tego? - mówił drugi - gdybym ja go leczył,
Byłby już zdrów do tej pory.”

- 100 -


Click to View FlipBook Version