The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-11 18:22:20

Bajki - Jean La Fontaine

Jeleń w winnicy

Jeleń, ścigany, mknąc rączymi skoki,
Zoczył szczep winny gęsty i wysoki.
Dopadł go, skrył się wśród bujnej zieleni
I pewnej uszedł zagłady -
Psy zgubiły zwierza ślady,
Stanęli łowcy stropieni.
Cisza dokoła, milczy bliska knieja,
Więc głodny jeleń niebacznie
Swojego zbawcę, swego dobrodzieja,
Skubać i ogryzać zacznie.
Ten czyn niewdzięczny nie uszedł bez kary.
Słysząc szmer liści zażarte ogary
Wpadły w jelenia ukrycie -
I w znieważonej przez siebie winnicy
Postradał życie.
Oto wasz los, niewdzięcznicy!

- 101 -

Niedźwiedź i dwaj strzelcy

Dwaj strzelcy, Piotr i Michał, w wielkiej byli biedzie:
Chłodno i głodno, i pustki w kalecie.
Więc do kuśnierza. „Słuchajcie sąsiedzie,
Kupcie skórę niedźwiedzia, takiej nie znajdziecie
Na całym świecie.
Bo to wielka jak wrota od pańskiej stodoły,
Można nią poszyć dach na naszej chacie,
A włos!... o tyli... czarniejszy od smoły,
Istna pierzyna! Miękki, jedwabisty...
Ot, krótko mówiąc, jak ją odprzedacie,
Sto na sto, zarobek czysty.”
„Ha, to pokażcie!” - „Ba; nasz niedźwiedź w boru,
Lecz jutro, słowo honoru,
Pójdzie do jatek.”
Targ w targ - przybili i wziąwszy zadatek
Poszli na łowy. Aż tu, jak wołany,
Niedźwiedź, sprzedany i zadatkowany,
Wprost na nich bieży.
Myśliwcy w nogi. Ten w prawo, ten w lewo.
Piotr co tchu wylazł na drzewo,
A Michał brzdęk na ziemię i jak martwy leży.
Bo słyszał kiedyś, gdzieś, że w takiej biedzie
Udawać nieboszczyka to sposób jedyny,
Gdyż całe plemię niedźwiedzie
Ma wielki wstręt do padliny.

- 102 -

Głupi niedźwiedź dał się złudzić.
Patrzy: człek leży zdrętwiały i blady,
Mniema, że umarł, lecz bojąc się zdrady
Wącha, obraca, próbuje przebudzić,
Potrąca łapą, za oddechem śledzi.
„To trup - powiada wreszcie - żer nie dla niedźwiedzi.
Uchodźmy, bo cuchnie srodze.”
Parsknął, nos przetarł i znikł gdzieś na drodze,
Piotr złazi z drzewa, biegnie do Michała:
„Żyjesz, bracie? Bogu chwała!
Marłem ze strachu, jak cię niedźwiedź macał
I łapą swoją obracał.
Ale co on takiego szeptał ci do ucha,
Gdy leżałeś jak kłoda zadarłszy nos w górę?”
„Rzekł mi: „Gdy jesteś tchórzem, nie udawaj zucha.
Najprzód zabij niedźwiedzia, potem sprzedaj skórę.”

- 103 -

Księga szósta.

Pasterz i lew

Bajki nie są tym, czym się wydają z pozoru.
W lada zwierzu dla siebie dopatrzym się wzoru.
Morał, wprost wygłoszony, nudziłby nas pono,
Uczy zaś, gdy z powieścią razem go spleciono.
Bawić bowiem i uczyć są bajki zadania,
I na nic by się zdało bajać dla bajania.
Przeto w bajek składaniu szukali zabawy
Liczni męże, co wielkiej dostąpili sławy.
Styl kwiecisty, rozwlekły nie był u nich w cenie,
Każde słowo ma u nich swój cel i znaczenie.
Fedr za treściwe bajki zyskiwał nagany,
Ezop z pisania bajek jeszcze krótszych znany.
Ale wszystkich przewyższył pewien Grek, antyczny
Mistrz zwięzłości lakonicznej.
W czterowierszowej strofie zawsze treść zamyka:
Źle czy dobrze, fachowa niech sądzi krytyka.
Zestawmy go z Ezopem w bajce tejże treści.
Ów strzelca, ten pasterza wprowadza w powieści.
Trzymając się napiętej przez obu osnowy,
Dorzucam tu i ówdzie jakiś drobiazg nowy.
Ezop bajkę mniej więcej kreśli w sposób taki:
Pasterz w rachubie owiec naliczył braki
Pragnął koniecznie przychwycić grabieżcę.

- 104 -

Podejrzewając wilka, przy grocie na ścieżce
Sieć na zgubę mu rozpina
I tak wzdycha na odchodnym:
„Zezwól, monarcho bogów, żeby łajdaczyna
Już teraz wpadł w mych oczach, w sidła za mą stratę,
Jakież widowisko lube!
A uczczę cię cielcem godnym,
Co najtłustszym, na obiatę.”
Wtem z jamy idzie lwisko potężne i grube.
Pasterz kucnął ze strachu i szepce zmartwiały:
„Nie wie człek, o co prosi, by mu bogi dały.
Obiecałem ci, panie, zabić cielę młode,
Bylebym draba, co łupi mą trzodę,
Zobaczył w matni, stojąc na uboczu.
Dam wołu, lecz potwór niech zejdzie mi z oczu!”
Bajkopis główny kreśli powieść w tej osnowie.
Słuchajmy, co nam jego naśladowca powie.

- 105 -

Lew i strzelec

Myśliwiec znany z przechwałek
Tchórz wielki, a niby śmiałek,
Na króla zwierząt powziął podejrzenie,
Że mu wiernego rozszarpał legawca.
„Wskaż mi - rzekł do pasterza - kędy ma schronienie
Obrzydły tej zbrodni sprawca.
Przed moją zemstą nic go nie ochroni:
Z tej mężnej dłoni
Zginie zwierz zuchwały.”
„Znajdziesz go u stóp tej skały -
Rzekł pasterz - od roku blisko
Ma tutaj swe legowisko.
Dla pożytku mej trzody wszedłem z nim w przymierze:
Co miesiąc, jako haracz, tłuste jagnię bierze,
A za to od krwawej wojny
Jestem spokojny.”
Ledwie to wyrzekł, lew bieży z daleka,
A strzelec, wybladły z trwogi:
„Ratujcie - woła - o potężne bogi!”
I co tchu, broń rzuciwszy, do domu ucieka.
Tchórz nikogo nie olśni szumnych słów nawałem,
Bo tylko czyn objawia prawdziwą moc ducha.
Niejeden, co przed bitwą grał wielkiego zucha,
Zmyka za pierwszym wystrzałem.

- 106 -

Myszka, kot i kogut

Co by to była za szkoda!
O kąsek nie zginęła jedna myszka młoda,
Szczera, prosta, niewinna; przypadek ją zbawił.
To, co ona swej matce, ja wam będę prawił:
„Rzuciwszy naszych pieczarów głębiny,
Dopadłam jednej zielonej równiny,
Dyrdując jako szczurek, kiedy sadło śledzi.
Patrzę, aliści dwoje żywiąt siedzi:
Jeden z nich trochę dalej, z milczeniem przystojnym,
Łagodny i uniżony,
Drugi zaś zdał mi się być burdą niespokojnym:
W żółtym bocie z ostrogą chodził napuszony.
Ogon zadarty do góry,
Lśniącymi błyskał pióry,
Głos przeraźliwy, na łbie mięsa kawał,
Jakby go kto powykrawał;
Ręce miał, którymi się sam po bokach śmigał
Albo na powietrze dźwigał.
Ja, lubo z łaski boskiej, dosyć jestem śmiała,
Ażem mu srodze naklena,
Bo mię z strachu drżączka wziena,
Jak się wziął tłuc z tarasem obrzydły krzykała.
Uciekłam tedy do jamy.
Bez niego byłabym się z zwierzątkiem poznała,
Co kożuszek z ogonkiem ma, tak jak my mamy.

- 107 -

Minka jego nienadęta,
I choć ma bystre ślipięta,
Dziwnie mi się z skromnego wejrzenia podobał.
Jak nasze, taką samą robotą ma uszka,
Coś go w nie ukąsiło, bo się łapką skrobał,
Mój duszka!
Szłam go poiskać, lecz mi zabronił ten drugi
Tej przyjacielskiej usługi,
Kiedy nagłego narobił kłopotu,
Wrzasnąwszy na mnie z fukiem: „Kto to tu? Kto to tu?”
„Stój - rzecze matka - córko moja luba,
Aż mrowie przechodzi po mnie.
Wieszli, jak się ten zowie, co tak siedział skromnie?
Kot bestja, narodu naszego zaguba!
Ten drugi był to kogut, groźba jego pusta.
I przyjdą może te czasy,
Że z jego ciała jeść będziem frykasy,
A zaś kot nas może schrusta.
Strzeż się tego skromnisia, proszę cię jedynie,
I tę zdrową maksymę w swej pamięci zapisz:
Nie sądź nikogo po minie,
Bo się w sądzeniu poszkapisz.”

- 108 -

Lis, małpa i zwierzęta

Gdy król lew skończył życie, syt mordów i chwały,
Ogłoszono bezkrólewie.
Zwierzęta na elekcję tłumnie się zebrały.
Lecz skąd wziąć władcę, nikt nie wie.
Dobyto z puzdra koronę,
Smok przy niej czuwał na straży,
I zwierzęta zgromadzone,
Począwszy od dygnitarzy,
Jęły próbować koleją,
Komu w niej będzie do twarzy.
Lecz niebawem musiały rozstać się z nadzieją
Czworonogie kandydaty:
Ten miał głowę za wielką, a tamten za małą,
Ten zaś był szpetnie rogaty.
Wtem małpa dłonią zuchwałą
Po koronę sięga śmiało
I zaczyna dla pustoty
Różne psoty:
Kozły wywraca
Na kształt pajaca,
Jak derwisz się kręci
Bez tchu i pamięci
I zdjąwszy koronę z głowy
Jak przez obręcz skacze żwawo.
Zwierzęta w śmiech: „Brawo! Brawo!

- 109 -

To nasz król, wiwat król nowy!”
Lis nierad był z wyboru, lecz razem z drugiemi
Musiał złożyć przysięgę i powinszowanie.
Rzecze zatem do małpy: „Najjaśniejszy Panie,
Jest tu skarb blisko, złożyli go w ziemi
Waszej Królewskiej Mości poprzednicy.
Ja jeden tylko o tej tajemnicy
Pewną posiadam wiadomość
I jeśli chce Król Jegomość,
Natychmiast miejsce pokażę,
Gdyż w całym świata obszarze
Znanym jest prawo, że skarb znaleziony
Idzie na własność korony.”
Żaden monarcha skarbami nie gardzi,
Nowowybrany tym bardziej.
Więc małpa w myśli już liczy
Ogrom zdobyczy
I w trwodze bieży za lisem co prędzej,
By dworska tłuszcza skarbu nie rozkradła,
Tymczasem zamiast pieniędzy -
W wilczy dół wpadła.
A lis rzekł: „Gdy nie umiesz radzić samej sobie,
Czyliż drugimi rządzić ci przystało?”
Unieważniono wybór w tejże dobie
I jednomyślną uchwałą
Do kronik, gwoli wieczystej pamięci,
Wpisano z wyciśnięciem kanclerskiej pieczęci

- 110 -

Słowa, które lis wówczas wyrzekł w zwierząt gronie,
Że małpa zawsze małpą, chociaż i w koronie.

- 111 -

Starzec i osioł

Starzec pewien, na ośle wierzchem jadąc sobie,
Mijał łąkę przepyszną w rozkwitów ozdobie,
Więc puszcza bydlę swoje. Osioł jak szalony
Pędzi - i w trawie zielonej
Tarza się, ryczy, bryka, zadem śwista,
Grzebiąc i zielsko wyskubując gracko,
Sto miejsc objada do czysta.
Wtem wróg nadciąga znienacka.
„Uciekajmy!” - zakrzyknął dziad na całe gardło.
„A po co? - odparł mu żarłok. -
Zaliż mi zdwoją brzemię? Włożą dwie kulbaki?”
„Ej nie” - rzecze staruszek. I pierwszy zwiał w krzaki.
Zaś osioł: „Wszystko jedno - prawi - kto mną włada.
Ratuj sam siebie. Mnie zostaw na paszy.
Ten, co jest naszym panem, jest i wrogiem naszym.
Wierzaj mi, jakem Francuz, prawdę ci powiadam”

- 112 -

Jeleń przeglądający się

Razu pewnego w przezroczystej wodzie
Przypatrując się jeleń swej urodzie,
Sam się dziwił cudności rosochatych rogów.
Lecz widząc swoje nogi, cienkie jak badyle,
Gorzko narzekał na bogów:
„Gdzie proporcyja! Głowa tyla! Nogi tyla?
Me rogi mię równają z wysokimi krzaki,
Lecz mię ta suchość nóg szpeci.”
A wywierając żal taki,
Obejrzy się, aż tu doń obces ogar leci;
Nie bardzo dalej psiarnia cieka rozpuszczona.
Strach go w głęboki las niesie,
Lecz rączość jego nieco jest spóźniona,
Bo mu się w gęstym rogi zawadzają lesie.
Uciekł ci przecię, ale mu ogary
Podziurawiły mocno szarawary.
Kto kocha w rzeczach piękność i zysków się wstydzi,
Częstokroć się takimi pięknościami zgubi,
Jak ten jeleń, co swymi nogami się brzydzi,
A szkodną ozdobę lubi.

- 113 -

Żółw i zając

Chyży, wysmukły i zwrotny zając
Napotkał żółwia jakoś przebiegając.
„Jak się masz, moja ty skorupo! - rzecze. -
Gdzie to się waszmość tak pomału wlecze?
Mój Boże! Cóż to za układ natury!
Mnie w biegu i sam wiatr nie upędzi,
Żółw na godzinę, w swym chodzie ponury,
Ledwo upełznie trzy piędzi.”
„Hola! - odpowie - mój ty wiatronogi:
Umiem ja chodzić i odbywam drogi:
Mogę i ciebie ubiec do celu.”
Rozśmiał się zając: „Ha, mój przyjacielu,
Jeśli jest wola, ot, cel tej ochocie
Niech będzie przy owym płocie!”
To rzekł i rącze posunąwszy skoki
Stanął w pół drogi. Obejrzy się, a tam
Żółw ledwo ruszył trzy kroki.
„I na cóż - rzecze - ja wiatry zamiatam?
Nim on dopełznie, tak siebie suwając,
Sto razy wyśpi się zając.”
Tu swoje słuchy przymusnął, Legnie pod miedzą - i usnął.
Żółw, gdy powoli krok za krokiem niesie,
Stawa na koniec w zamierzonym kresie.
Ocknie się zając - w czas właśnie!
Darmo się rzucił do prędkiego lotu,

- 114 -

Bo ten, co idąc, w pół drogi nie zaśnie,
„A kto z nas - mówi - pierwszy u płotu?”

- 115 -

Słońce i żaby

Podczas tyrana weselnych godów
Lud topił w garnkach wesoło swe troski.
Lecz Ezop inne wyciągnął stąd wnioski,
Że głupcy do uciechy nie mają powodów.
Gdy słońce miało wstąpić raz w związek małżeński,
Stawów obywatelki
Wnet krzyk podniosły wielki
Skarżąc się losem w przeczuciu swej klęski:
„Gdy przyjdą dzieci, straszna nam godzina!
Jedno słońce wytrzymać można ledwo z trudem,
Lecz kiedy zjawi się ich pół tuzina,
Wysuszą staw i wód mieszkanki,
Żaby i kijanki.
Żegnaj, bagno, sitowie, koniec z naszym ludem.
Zostanie nam jedyna
Styksu głębina.”
Jak na zwierzątek tych ród biedny, mały,
Żaby niegłupio rozumowały.

- 116 -

Chłop i żmija

W pamiętnikach bestyjo-graficznych Ezopa
Jest wzmianka o uczynku miłosiernym chłopa
I o pewnego węża postępku łajdackim.
Chłop wyszedł zimnym rankiem po chrośniak do sadu,
Aż tu przed bramą wąż mu do nóg pada plackiem:
Przeziębły, wpółskostniały, przysypany szronem,
Już zdychał, już ostatni raz kiwnął ogonem.
Chłop zlitował się nad tą mizeryją gadu,
Wziął go za ogon, niesie nazad w chatę,
Kładzie go na przypiecku,
Podściela mu kożuszek jak własnemu dziecku
(Nie wiedząc, jaką wezmie od gościa zapłatę);
Póty dmucha, póty chucha,
Aż w nieboszczyku dobudził się ducha.
Nieboszczyk wąż jak ożył, tak się wnet nastrożył:
Rozkręcił się, do góry wyprężył się, syknął
I całym sobą w chłopa się wycela,
W swojego dobrodzieja, w swego zbawiciela
I wskrzesiciela!
„A to co się ma znaczyć, zdziwiony chłop krzyknął,
To ty w nagrodę dobrego czynu
Jeszcze chcesz mnie ukąsić? A ty żmii-synu!”
I wnet porwawszy dubasa,
Tnie węża raz pod ucho, drugi raz wpół pasa.
Odleciał ogon w jeden, a pysk w drugi kątek;

- 117 -

Rozpadło się żmijisko na troje żmijątek...
Darmo drgają
I biegają
Ogon za szyją, za ogonem szyja:
Już nie zmartwychwstanie żmija.
Przytrafia się to często, że dobry człek jaki
Niewdzięcznika przygarnie;
Ale trafia się częściej, że niewdzięcznik taki
Przepada marnie.

- 118 -

Król chory i lisy

Na ukaz Jego Lwiej Mości
Dany do nas (z Jaskiniewska
Zbójskiego, gdzie dla słabości
Zdrowia ma Jego Królewska
Mość pobyt), do gabinetu
Ministrów, My, z ich kompletu
Zamianowani być przy Nim
Na służbie, wiadomo czynim:
Po pierwsze:
Z obywatelstwa
Drapieżnego tudzież stanu
Bydlego wybrać poselstwa
Z tym, iżby, wskutek uchwały
Powiatów, one udały
Się Najjaśniejszemu Panu
Życzyć w najpoddańszy sposób
Co jak najdłuższego życia. -
Po wtóre:
Posłów brać z osób
Zaszczytnie nam znanych z tycia.
Dan:
Rezydencja letnia
Jaskiniewsk, 1-go kwietnia.
Przy czym:
Ministra rozkazem,

- 119 -

Postanowiono zarazem
Posłom z ich towarzyszami
W tej podróży nadzwyczajnej
Kazać jechać z pasportami
Z Lwiej Kancelaryji Tajnej;
Za czym:
Niech się nikt nie waży
Ani nawet z dygnitarzy
Posła ukąsić lub drapnąć,
A tym mniej w pół drogi capnąć.”
Na ten rozkaz ode dworu
Baraństwo tudzież stan ośli
Pierwsi sejmikować pośli.
Pilnując się onych toru,
Wszyscy inni z pól i z borów
Zgromadzić się mają dzisia,
Tylko jedna giełda lisia
Wstrzymuje się od wyborów.
Skądże im ta taktyka? I co jej powodem?
Wydał to jeden stary urzędnik, lis rodem.
„Uważałem - rzekł - dawno trop wszelkiego zwierza
Przed i za Jaskiniewskiem; upewniam was o tem,
Że pełno zewsząd śladów ku Monarsze zmierza,
Ale żadnego nie widać z powrotem.”

- 120 -

Ptasznik, jastrząb i skowronek

Nie wiem, z potrzeby czy też dla igraszki
Ptasznik lusterkiem wabił małe ptaszki.
Wkoło stały samotrzaski
I czyhała sieć rozpięta
Na ptaszęta.
Znęcony jasnymi blaski
Skowronek niebacznie leci
Tuż koło sieci,
Chyżym skrzydełkiem pomyka
Koło ptasznika,
Nie widząc, że zgon już bliski.
Wtem jastrząb, łowów spragniony,
Spada i ostrymi szpony
Chwyta go w krwawe uściski.
Lecz nim się zabrał do jadła,
Sieć nań zapadła.
„Cóżem tobie zawinił? Wypuść mię, człowiecze!”
Jastrzębią mową ptak rzecze.
„A za cóż - odparł ptasznik - waść skowronka gnębi?
Wszak i on tobie nie zawinił przecie.”
Niestety! Czemuż na świecie
Tak mało siatek, tak wiele jastrzębi!

- 121 -

Koń i osioł

Wesprzyj sąsiada w potrzebie -
Tak każe obyczaj stary;
Przez twe sobkostwo, gdy pójdzie na mary,
Jego kłopoty spaść mogą na ciebie.
Koń z osłem razem szli drogą.
Koń kroczył luzem, nawet bez kulbaki,
A osioł, ciężkie dźwigający paki,
Powłóczył nogę za nogą
Wyciągnąwszy chudą szyję.
„Bracie - rzecze do konia - pomóż! Ledwie żyję,
Ledwie dyszę, ledwie chodzę!
Ulżyj mi trochę, bo zdechnę na drodze.”
„A co mi tam do tego! - odparł koń wyniośle -
Co ci pan dał, to dźwigaj i mnie nie nudź, ośle!
A jeżeli chcesz zdychać, no, to zdychaj, bratku!”

I cóż się stało? Gdy padł osioł stary,
Koń musiał dźwigać ciężary
I skórę osła w dodatku.

- 122 -

Pies i cień jego w wodzie

Iluż to ludzi w obłędzie
Goniąc marę zysk postrada!
Trafną bajeczkę w tym względzie
Mędrzec Ezop opowiada.
Pies od rzeźniczej posługi
Niósł przez wodę mięsa kawał.
I wtem, gdy mu taki drugi
Z mięsem na dnie iść się zdawał,
Chcąc je porwać puszcz własne
I zatapia w nurt głęboki,
Nie jestże to głupstwo jasne
Dwie za ogon chwytać sroki?

- 123 -

Wóz w błocie

W oczach furmana wóz pełen siana
Ugrzązł w błocie do połowy.
Nie było o pomocy ludzkiej nawet mowy,
Bo była to wieś zakazana
W zaniedbanym, zapadłym powiecie.
Wiadomo przecie,
Że jeśli los chce kogoś dowieść do rozpaczy,
Tamtędy mu drogę wyznaczy.
Woźnica zrazu załamawszy dłonie
Gniewał się, złościł, wściekał klnąc na czym świat stoi
Drogę pełną dziur, wyboi
I wóz, i siebie, i konie.
Wreszcie przyzywa z prac swych słynne
Na całym świecie bóstwo dobroczynne:
„Herkulesie, coś dźwigał na grzbiecie świat cały,
Wybaw mnie z tej kabały.”
Wyrzekłszy to słyszy głos, który
Tak mówi z chmury:
„Kiedy człowiek sam się ruszy,
Herkules mu pomoże z duszy.
Zbadaj wypadku przyczyny,
Oczyść koła z błota, z tej paskudnej gliny,
Która zalepia osie,
Weź topór, potłucz ten kamień spod koła
I zasyp nim dziurę w szosie.

- 124 -

Skończyłeś?” - „Tak” - człowiek woła.
„A teraz ci pomogę. Weź no bicz do ręki!”
„Wziąłem. Co to? Wóz jedzie gładko aż dziwota.
Jakże ci godne dzięki,
Herkulesie, złożę?”
A głos: „Widzisz, jak konie dobyły cię z błota!
Pomóż sam sobie, a niebo pomoże.”

- 125 -

Szarlatan

Na całym świecie pełno szarlatanów
Wszystkich rodzajów i stanów.
Ten zwykły kuglarz - odwiedza kiermasze,
Skacze na linie i łyka pałasze;
Tamten, zbadawszy przyrody tajniki,
Odwary chwastów leje w alembiki,
W wodę alpejskie gdy zamienił śniegi,
Wygładza zmarszczki i wywabia piegi;
A inny, wiedzy chełpiąc się polorem,
Składa piśmienne dowody,
Iż mocą swojej metody
Nieuka zrobi doktorem
Lub, co najmniej, oratorem.
Taki to mędrzec na królewskim dworze
Szeroko prawił, co umie i może.
„Nie chcę się chwalić - rzecze - więc krótkimi słowy
Powiem, że w sztuce wymowy
Jestem mistrzem Cycerona.
Jakiego kto chce głupca, niech wyszuka -
Ujrzyjcie, moja nauka
Cudów dokona.
W rok... nie w rok, w miesiąc, do biesa!
W kąt wpędzi Demostenesa.
Osła mi dajcie nawet, nie człowieka,
Osła najprawdziwszego, osła dardańskiego,

- 126 -

A kto dożyje... no, ten się doczeka,
Że osioł będzie ministra kolegą.”

„Zgoda - król rzecze - właśnie w stajni mojej
Gotowy uczeń dla waszmości stoi.
Jeśli mi z osła zrobisz adwokata,
Czeka cię suta zapłata,
Gdy się nie uda, będziesz wisiał, bratku!
Ale tymczasem w zadatku
Dostaniesz dukatów tysiąc.”

„Uda się, rzekł szarlatan, mogę na to przysiąc!
Lecz aby spełnić tak trudne zadanie,
Potrzeba czasu, Najjaśniejszy Panie,
Lat... najmniej pełny dziesiątek.
Wtedy na podziw wszystkich osłów i oślątek
Przywiodę mego osła-Cycerona,
I jeśli całej ziemi nie zachwycę,
Niech na tym samym ośle, twarzą do ogona,
Zajadę na szubienicę.”

„Zaręczam - szepnął dworak - jak to słońce świeci,
Że będę widział stryczek na gardle wasześci.
Niechajże wtedy twe wymowne usta
Objaśnią zgromadzonych w kwiecistej przedmowie,
Jaki los czeka oszusta.”

- 127 -

„Za wczesna radość - szarlatan odpowie -
Wprzód nim mię waszmość ujrzysz w ręku kata,
Osioł, ja lub król stary możem zejść ze świata.
A choćbyśmy nie zmarli, łatwo się wybawię:
Tysiąc dukatów wziąłem, a osła zadławię.”

- 128 -

Niezgoda

Gdy bogini Niezgoda powaśnia bogów
I o, jabłko burzliwe wszczęła niepokoje,
Precz musiała wędrować za niebios podwoje.
Wtedy twór ziemskich rozłogów,
Człowiek, przyjął ją uściskiem,
Ją i jej brata z Tak-Nie-Tak przezwiskiem,
I ojca To-Moje-Nie-Twoje.
Wielki to zaszczyt ze strony Niezgody,
Że schodząc z nieba na ziemię,
Nas sobie podobała, a nie Antypody,
Prostackie, obskurne plemię,
Co żenią się bez księdza i bez notariusza,
Więc ich niezgoda nie wzrusza.
Gdziekolwiek na nią czekano z ochotą
I pożądano jej piętna,
Rozgłos kłopotał się o to,
By ją sprowadzić; tedy biegła, skrzętna,
Wprost na rozprawę, zawsze, by palił się dłużej.
Rozgłos, zanim ją znalazł, musiał się nabiedzić,
Gdyż zawsze była w podróży,
Nigdzie stałej osiadłości.
Jakaż to strata czasu gonić za nią wszędzie!
Niechże sobie raz wreszcie siedzibę wymości,
Skąd zapraszać się ją będzie,
By na termin przyszła w gości.

- 129 -

Lecz nie miała gdzie osiąść, w owym bowiem czasie
Jeszcze nie było klasztorów panieńskich.
Tedy wprowadziła się
Pod znak Hymenu, do komnat małżeńskich.

- 130 -

Młoda wdowa

Trudno po stracie męża oprzeć się żałości,
Wdowa gorzko zawodzi, srodze lamentuje;
Potem na skrzydłach Czasu boleść odlatuje,
A powracają radości.
Żałobie nie równa żałoba.
Wdowa, dzisiaj z żałości prawie nieprzytomna,
To już całkiem inna osoba,
Gdy rok przeminie.
Wiary nie dacie, jak różnica jest ogromna
I w zachowaniu, i w minie.
Zrazu mężczyzn odpędza - a później ich wabi;
Jakimż cudem więc my, słabi,
Rozeznamy się w tej gmatwaninie?
Zawsze te same słowa i ta sama nuta:
Nie docieczesz, czy kłamie, czy naprawdę struta.
Słyszysz wciąż: „Niepocieszona.”
Żali się zawsze i wszędzie,
Lecz to gadanie bez treści,
O czym zaraz was przekonam -
A bajka to nie będzie -
W tej prawdziwej opowieści.
Mąż pięknej młodej damy na tamten świat rusza,
A żona u wezgłowia woła nieszczęśliwa:
„Luby! Zaczekaj na mnie! Posłuchaj! Ma dusza
Za twoją się wyrywa!”

- 131 -

Lecz małżonek sam jeden swą podróż odbywa.
Pięknotka miała ojca - roztropnego człeka;
Stary pan cierpliwie czeka;
Niechże płyną łez potoki,
Jeśli smutek ów koją nadzwyczaj głęboki.
Ale w końcu powiada: „Dosyć twej udręki.
Cóż umarłemu z tego, że zatopisz wdzięki?
Przestań myśleć o śmierci - wokół życia tyle.
Nie mówię ci, że za chwilę
Los łaskawszy odmieni twą boleść w amory.
Ale kiedy przeminie już okres żałobny,
Zjawi się młody galant poślubić cię skory,
Do zmarłego w niczym niepodobny.”
„Ach! - westchnęła. - Skończyło się dla mnie kochanie:
Klasztor moim małżonkiem na zawsze zostanie.”
Ojciec nic jej nie odrzekł: bolej nieszczęśliwa.
I tak miesiąc upływa.
Drugi nadszedł, z nim razem nadeszła odmiana;
To w sukniach, to w bieliźnie, to znów uczesana
Wdzięczniej - i tak, czekając na inne ozdoby,
Strój zalotny zdołała uczynić z żałoby.
Jakoż i do gołębnika
Wraca kupidynów sfora -
Zabawy, tańce, muzyka
Tuż za niemi.
I od rana do wieczora
Pławi się nasza wdówka u źródła młodości.

- 132 -

Ojciec przestał się trwożyć leżącego w ziemi
Męża, za którym niegdyś ginęła z młodości.
Ale że milczy nadal, rozumem wiedziony,
Pięknotka nie wytrzymała:
„A gdzież jest ów narzeczony,
Któregoś mi obiecał?” - spytała.

- 133 -

Księga siódma.

Rada zwierząt

Złe, które wszędy trwogę rozpościera,
Złe, które niebo w swym gniewie wywiera
Na karę ziemi za zbrodnie przeklętej,
Dżuma (albowiem trzeba ją wymienić),
Gotowa we dniu cały świat wyplenić,
Walczyć poczęła z zwierzęty.
Nie wszystkieć, prawda, umierały, ale
Zaraza wszystkich zesłabiła wcale.
Nie widać było, by który
Pokarmu dla się szukał i napicia;
Każdy z nich chory, smutny i ponury
Czekał na koniec mdlejącego życia.
Liszki do kaczek już się nie skradały,
Wilk się nie czaił na niewinne cielę,
Synogarlice z krzaków pozmykały...
Zniknęła miłość, zniknęło wesele!
Lew zatem, zwierzęcego król udzielny państwa,
Uczynił walną radę z swojego poddaństwa:
„O moi - rzecze - mili przyjaciele!
Czujemy złe powszechne i wątpić nie trzeba,
Że to za nasze winy jest z wyroku nieba.
Kto tu z nas najwinniejszy, niechaj na ofiarę
Pójdzie gniewu boskiego; może srogą karę

- 134 -

Ubłagamy tym czynem; może(kto zaprzeczy!)
Jednego zguba skazę powszechną uleczy.
Dzieje stare nas uczą, że w takowej mierze
Za niewinnych szło jedno najwinniejsze zwierzę.
Nie pochlebiajmy sobie i bez pobłażania
Chciejmy ściśle rozważyć stan swego sumienia.
Co się wiec tyczy najprzód mnie samego,
Wyznaję, iżem dość poczynił złego.
Nieraz bez prawa żadnego napadłem
Na cudze stada i sąsiedzkie sioła,
Bydląt niewinnych tysiące pojadłem,
Cóż mi te, proszę, zrobiły? Nic zgoła.
Nawet zjadłem(jeśli wyznać szczerze)
Pasterze.
Jeżeli tedy ze mnie jest potrzeba,
Pójdę sam za was na ofiarę nieba;
Lecz sądzę, by rzetelnie, jakem ja uczynił,
Każdy z was równym siebie sposobem obwinił;
Bowiem podług słuszności życzyć nam należy,
By zginął najwinniejszy, „A wtem lis wybieży
Na środek koła: „Miłościwy panie,
Skrupuł ci - rzecze - podał to wyznanie.
I cóż to za grzech, uważacie, zwierzęta,
Jeść niewolnicze i głupie bydlęta?
I owszem, dla nich honor czynisz, panie,
Jeśli się które na pokarm dostanie.
Co zaś pasterze, o! Ci wszyscy warci,

- 135 -

By żywcem byli ze skóry obdarci!
To są tyrani, co w srogiej zniewadze
Chcą mieć nad nami chimeryczną władzę.”
To lis wymówił, a pochlebce mili
Zgodnie to samo stwierdzili.
Nie chciano zatem zbytnie przetrząsać i innych
Potężniejszych matedor, choć najbardziej winnych,
Ni zajadłość lamparta, ni tygrysa zbrodnie -
Wzgląd miano na każdego, kto broił swobodnie.
Zgoła wszystkie zwierzęta, lubo grzeszne były,
Za mniej winnych, za świętych jednak się sądziły.
Nareszcie osioł w podobnym sposobie
Zaczyna spowiedź: „Przypominam sobie,
Iżem raz - rzecze - o wieczornej chwili
Szedł po święconej kamedułów łące;
Głód wielki, pochop i ziółka pachnące
Czyli też, myślę, diabli mnie skusili,
Że garstkę trawy zerwałem.
Złem to uczynił, bo prawa nie miałem.”
„Łotr i złoczyńca!” - wszyscy krzyknęli.
Wilk na trzy części kazanie podzieli,
Że winien osioł pójść na ofiarę.
Cały go naród lżył i przeklinał,
Że na nich ściągnął tak srogą karę.
Jeść cudzą trawę - co za kryminał!
Zatem na osła padł wyrok śmierci:
Żywcem roztargać na ćwierci.

- 136 -

Szczur anachoreta

Czytamy w podaniu perskim,
Jak szczur pewien, zbrzydziwszy sobie ziemskie sprawy,
Osiadł w serze holenderskim,
Z dala od światowej wrzawy.
Cisza tam była aż miło,
Nic jej wokół nie mąciło,
A nasz nowy pustelnik pośrodku królował.
Że zaś krzątał się pilnie, zębami pracował,
W mig miał spiżarnię pełną. Czegóż więcej trzeba?
Spasł się i nabrał ciała, boć nie skąpią Nieba
Temu, kto złoży im zakonne śluby.
Aż tu raz ów bigot gruby
Na progu swej pustelni delegację szczurzą
Wita. Wstąpili tutaj prosząc o niedużą
Jałmużnę, gdyż lud koci napadł szczurów lud.
Bez pieniędzy musieli ruszyć w obce strony,
Aby sprowadzić pomoc. Kraj wojną zbiedzony -
Armia kotów oblega piękny Szczurogród.
Nie prosili o wiele, bo żywili wiarę,
Że posiłki nadciągną za jakich dni parę.
„Przyjaciele - pustelnik im na to - mnie boże
Sprawy tylko obchodzą. Bo cóż wam pomoże
Eremita ubogi? Jedynie modłami
Spróbuje wzruszyć Niebo, by na was wejrzało.”
Tu nowy święty za drzwiami

- 137 -

Skrył się; szczęknęły zamki i zaległa cisza.
Kogo tutaj, mówcie śmiało,
Przedstawia szczura-sobka wizerunek wierny?
Mnicha? Nie, ale derwisza.
Mnich jest, nie wątpię, zawsze miłosierny.

- 138 -

Na dworze lwa

Jego lwia mość królewska chciał wiedzieć dokładnie,
Jakimi narodami z łaski niebios władnie.
Więc na wszystkie państwa strony
Uniwersał śle okólny,
W pieczęć króla opatrzony,
By wasalów tłum pospólny
Na królewski przybył dwór.
Jak manifest zapowiadał,
Cały miesiąc trwać miał zbiór.
Jako wstęp do zgromadzenia
Suta miała być biesiada
I błazeńskie małpie psoty.
Przed poddanych zgromadzeniem
Popisał się swą mocą, przepychem i mieniem.
Do Luwru ich prosił w gości.
Co za Luwr! Istna rzeźnia! Biły z niej wonności
Gościom w nos. Niedźwiedź przytykał obie dziury w nosie.
Niebaczny, gdyż monarsze nie spodobało się
To kapryszenie, za czym wpadłszy w furię wściekłą,
Wysłał go do Plutona w wybredniejsze piekło.
Małpa, lizus nieznośny, chwaliła te jatki,
Słuszność i siłę pańskiego rankoru,
Świetność jaskini, rozkosz jej odoru -
Wszystkie ambry, wszystkie kwiatki
Śmierdzą przy nim jak czosnek. Ale złego losu

- 139 -

Doznała głupio chwaląc i padła od ciosu.
Król się nad nią nie rozczula,
Okrutny jak Kaligula.
Lis był w pobliżu. „A ty - rzekł satrapa -
Czujesz co? Mów bez ogródek!”
Ale lis nie taki dudek:
Nos zaziębił, nie czuje i dręczy go sapa.
Ominęła go lwia łapa.
Niech ta dworakom nauczka służy:
Gdy chcecie być w zgodzie z panem,
Ni pochlebstwo, ni szczerość zysku wam nie wróży.
Trzeba wykręcić się sianem.

- 140 -

Dyliżans i mucha

Upał po stromej drodze - przez wyboje, dziury,
Piaski, zepsute mostki i błotniste rowy -
Sześć koni z trudem ciągnęło do góry
Ciężki dyliżans pocztowy.
Księża, starcy, kobiety - wszyscy szli piechotą.
Aż oto
Zjawia się mucha. „Hola! Co to znaczy?
Tym bydlętom, jak widzę, pracować się nie chce!
Zaraz tu będzie inaczej!”
I do koni. To kolnie w pysk, to w ucho łechce,
To usiada na dyszel, to na nos furmana.
Skoro wóz ruszył z miejsca, mucha zadyszana
Sobie wyłączną zasługę przyznaje -
Brzęczy, krząta się żwawo i leci na przedzie,
Niby wódz, co wśród bitwy rozkazy wydaje
I do zwycięstwa swe szeregi wiedzie.
Wielce się jednak czuła obrażoną,
Że na jej barki cały trud złożono,
Że nikt z podróżnej czeredy
Do pomocy się nie bierze,
By konie wydobyć z biedy.
Ksiądz czytał brewiarz - to czas na pacierze?
Panny śpiewały - jejmość pani mucha
Leci śpiewaczkom trąbić koło ucha,
Płata przeróżne psoty i swawole.

- 141 -

W końcu dyliżans po długim mozole
Wjechał na gładką drogę. „Dokazałam swego -
Rzecze mucha - hej, szkapy! Furmanie kolego!
Namęczyłam się za was, zapłaćcie mi przecie!”
Tak wszędobylscy(dość ich na tym świecie)
Swój nos wścibiają, chociaż nie proszeni,
Do cudzych spraw i kieszeni,
Naprzykrzają się jako muchy natrętnice,
Póki ich za dziesiątą nie wygnasz granicę.

- 142 -

Dzban z mlekiem

Ledwie od wschodu zaświtał poranek,
Pani Piotrowa oszczędna niewiasta,
Niosąc na głowie pełen mleka dzbanek,
Na targ ruszyła do miasta.
Podróż nudna i daleka,
Więc dla rozgrywki skrzętna gospodyni
Jęła rozmyślać, ile też uczyni
Taki ogromny dzban mleka,
I żwawe stawiając kroki,
Liczy zawczasu złotówki i grosze,
Dwie kopy jaj kupuje, nasadza trzy kwoki,
Widzi już z jaj kurczęta, a z kurcząt kokosze.
W marzeniu wszystko zawsze wije się jak z płatka.
Więc marzy: „Lis się wkradnie...ba! to go przepłoszę!
A zresztą... co tam! Choć porwie kurczaka,
Zawszeć mi spora zostanie gromadka.
Sprzedam i kupię prosiaka!
Kupiłam. Sadzam w karmnik i tuczę po trochu:
Kilka ziemniaków, garstka otrąb, grochu,
Jest wieprz!... A jużci tymczasem
Wielkanoc będzie za pasem,
Sprzedam na szynki; i w czasu niewiele,
Kiedy nadejdzie przednówek,
Za marny pieniądz kupię na przychówek
Dojną króweczkę i cielę!

- 143 -

Dopieroż radość będzie, gdy zobaczę,
Jak mój ciołaczek na pastwisku skacze!”
To mówiąc podskakuje, radością przejęta:
Brzdęk!... dzban prysnął o ziemię. Krowa, wieprz, kurczęta -
Razem z mlekiem przepadły, a Piotrowa w trwodze,
Zebrawszy swoich marzeń zgruchotane szczątki,
Wraca przepraszać męża, bowiem Piotr niebodze
Za szkodę nieraz daje dobitne pamiątki.
Któż z nas nie marzy na jawie,
Nie stawia zamków na lodzie?
Kiedy na skrzydłach rojeń duch w swobodzie
Do niebios wzbija się prawie,
Wtedy zarówno mędrzec czy szalony
Podbija światy i obala trony.
I ja, gdy lotnej myśli puszczę wodze,
Mniemam się bohaterem. Poddanych miliony
Sypią złoto i róże na zwycięzcy drodze -
Jestem królem, największym potentatem w świecie...
Potem budzę się nagle i znowu znachodzę
Pióro w dłoni, miast berła - i pustki w kalecie.

- 144 -

Wróżki

Rozgłos często się rodzi przez ślepy przypadek,
A powodzenie zawsze jest dziełem rozgłosu.
Ta niesprawiedliwość losu
Zostanie w rzędzie zagadek
Pewnie aż do końca świata.
Ale cóż począć? Zwyczaj, przywidzenie
W większej nad rozum nieraz bywa cenie,
A wtedy los figle płata
I ludzie, którzy mędrcami się mienią,
Wielbiąc, jako płoche dzieci,
Blichtr, co złudnym blaskiem świeci,
Za brak rozsądku przypłacą - kieszenią.
Żyła kiedyś guślarka w pewnym wielkim mieście,
A żyła... mam powiedzieć? Ot, z ludzkiej głupoty.
Kto miał grosz, spieszył do niej i chytrej niewieście
Zwierzał swe tajemnice, troski i kłopoty.
Skąd wziętość? Wróżka miała ze trzy ćwieki w głowie,
Prawiła dziwy i brednie.
A przecież w nocy i we dnie
Lud prosty, wielcy panowie,
Dziewczęta i wielkie panie,
Tamci jawnie, te po cichu,
Pukali do drzwi na strychu,
Gdzie było wróżki mieszkanie,
I pocieszeni wróżbą lub kabałą

- 145 -

Kładli nie skąpiąc zapłaty,
Co kto mógł: szeląg, tynfa lub sakiewkę całą.
Zebrawszy tedy złota wór pękaty
Jejmość wróżka w dumę wzrosła
I dom nabywszy, do własnego domu
Z nędznej pod dachem izby się wyniosła.
Strych po niej inna zajęła niewiasta.
I znowu z całego miasta,
To jawnie, to po kryjomu,
Łatwowiernych mnoga rzesza
Na strych pospiesza.
Bo strych już zyskał sławę ustaloną.
Na próżno biedna staruszka
Mówiła: „Jaśnie państwo! Jam nie żadna wróżka!
Mnie nawet nigdy czytać nie uczono!
Na gusłach się nie rozumiem,
Ledwie przeżegnać się umiem!”
Nikt jej nie wierzył i pomimo woli
Zmuszona jąć się czarnoksięskiej roli,
Zaczęła badać, wróżyć, przepowiadać.
I złoto do worka składać.
Nie zmądrzał dotąd jeszcze nasz świat, chociaż stary -
Byleby szyld był w modzie, mniejsza o towary.

- 146 -

Kot, królik i łasica

Raz królik żwawy i młody
Pobiegł w warzywne ogrody
Skubać kapustę i bujać po rosie,
A tymczasem łasica o spiczastym nosie
Przeniosła do jego chaty
Swoje lary i penaty;
I stu króliczych pokoleń mieszkanie
Prawem kaduka wzięła w posiadanie.
Królik powraca z przechadzki,
Zastaje dom zajęty. „Co to jest? - powiada -
Gwałt publiczny, rozbój, zdrada!
Za ten najazd świętokradzki
Warto, oj, warto jejmości
Połamać kości!
Jak śmiesz, wbrew mocy traktatów,
Wdzierać się w progi moich antenatów?
Precz stąd! Wracaj do swej dziury,
Bo jak w pomoc przyzwę szczury,
Zobaczysz, że będzie krucho!”
„Na co nam wojny! Ja przekładam zgodę -
Rzecze łasica - nakłoń baczne ucho,
A wnet praw moich dowiodę.
Wiedz, że przed laty dawnemi
Mój pra-pra-dziad chciał tu, na tej ziemi,
Wygrzebać nory dla swego plemienia.

- 147 -

Zamiar skończył się na chęci,
Lecz następne pokolenia
Przechowały go w pamięci.
I choć kiedyś króliki wspomogły łasice,
Gdy szczury naszą obległy stolicę,
Nic to nie znaczy - wola przodków święta,
Stwierdzona przez testamenta,
Kazała nam stosownej upatrywać pory
I zagarnąć wasze nory.
Twe włości są po prostu rewindykowane,
Dałeś je sobie zabrać, wzięłam i zostanę.”
„Ot, pleciesz! - odparł królik - przecież w tej dolinie
Z początku były tylko bagna i pustynie,
Króliki tu osiadły bez walk i potyczek.
Od niepamiętnych czasów każdy z nas posiada
Norę dziedziczną z ojca, dziada i pradziada:
Moją dzierżył król, królik wreszcie ja, króliczek.
Kto pierwszy ziemię posiadł, do tego należy;
A o rabusiach stoi w kryminalnym prawie...”
„Waszmość chce adwokatów? Waszmość mi nie wierzy? -
Przerwie łaska - i owszem, niech w tak ważnej sprawie
Rozstrzyga światły sąd Pazurowicza.”
Był to kot stary, potulny z oblicza,
Układny w mowie, w postępkach ostrożny,
Opasły, cichy, nabożny,
A jurysta jakich mało.
Królik z łasicą wyruszają zatem

- 148 -

I przed sędziego stają majestatem.
„Przystąpcie, dziatki, bliżej, mówcie śmiało
Rzekł Pazurowicz dobrodziej
I oczęta zmrużył skromnie -
Słucham, o cóż to wam chodzi?
Lecz widzicie, jam stary, mam słuch przytępiony,
Więc proszę bliżej, tu, do mnie.”
Na wezwanie tak łaskawe
Podchodzą zwaśnione strony
I zaczynają rozprawę.
Tego kot czekał. Chytrze mrugnął okiem
I nagle, jednym podskokiem
Capnął obu pieniaczy i mrucząc pacierze,
Dla świętej zgody, zjadł ich na wieczerzę.
Łatwo pozna, kto treści w tej bajeczce szuka,
Że pierwszym prawem świata jest prawo kaduka:
Kto mocniejszy, ten lepszy. Gdy z sąsiadem w sporze
Silniejszego od siebie chcesz wziąć pośrednika,
Pomnij, że łatwo dosięgnąć was może
Los łasicy i królika.

- 149 -

Zwierzę na księżycu

Kiedy jeden filozof powiada,
Że zmysły zawsze łudzą nas i mamią,
Drugi stanowczo wykłada,
Że zmysły nigdy nie kłamią.
Obydwaj mają słuszność, ale prawda leży
We filozofii, która uczy ludzi,
Że tego tylko mowa zmysłów łudzi,
Kto ich świadectwu ślepo wierzy.
Ale kto sprawdza swe wrażenia
Wedle przedmiotów oddalenia,
Środowiska, otoczenia,
Wedle narzędzia i organu,
Ofiarą zmysłowego nie będzie omanu,
Dzieła natury mądre są niezmiernie.
Kiedyś opowiem te sprawy obszernie.
Gdy widzę słońce na niebie wysokiem,
Ma stąd trzy stopy obwodu; lecz z bliska,
Gdybym oceniał je z jego siedliska,
Byłoby w oczach mych wszechświata okiem.
Oddalenie mi jego wielkość oznaczyło;
Przez kąt i boki ściśle określić je mogę.
Nieuk widzi je płaskiem, ja okrągłą bryłą;
Zatrzymuję je w miejscu, ziemia rusza w drogę.
Słowem, oduczam oczy me kłamstwa, co zwodzi,
I już mi zmysł ten nie szkodzi.

- 150 -


Click to View FlipBook Version