Duch mój, przy każdej sposobności,
Odkrywa prawdę skrytą pod pozorem.
Nie jestem wcale w zgodności
Ze swym spojrzeniem, może nazbyt skorem,
Ni z uchem, które wolniej dźwięki łowi.
Gdy woda zanurzony w niej kij załamuje,
Mój rozum go prostuje:
Rozum o wszystkim stanowi.
Oczy się na tę pomoc godzą
I choć mnie okłamują wciąż, nigdy nie zwodzą,
Gdybym im wierzył, przesąd to znany, niestety,
Na księżycu zobaczyłbym głowę kobiety.
Czyż może być tam? Wcale nie. Więc skąd się wzięła?
Z nierówności tamtejszych gadka się poczęła.
Księżyc nie ma powierzchni jednolitej, gładkiej:
Są tam miejsca górzyste, doliny i spadki,
Toteż cienie i światła rysują po społu
Człowieka, słonia lub wołu.
W Anglii wypadek taki zaszedł przecie:
Ktoś przez lunetę patrząc nowe zwierzę
Na owej pięknej zobaczył planecie.
Co za niezwykłość! Dziw każdego bierze:
Jakieś tam w górze zajść musiały zmiany,
Które wypadek wróżą niesłychany.
Wszak może dojść stąd między mocarstwami
Do wielkiej wojny, wreszcie król nadbiega,
Gdyż opiekuje się król naukami.
- 151 -
On też potwora w księżycu spostrzega.
A to mysz między szkłami się ukryła.
I ona wojen tych przyczyną była.
Wszyscy się śmieli. O szczęśliwi ludzie!
Kiedyż Francuz żyć będzie w pięknych nauk trudzie?
Mars pozwala nam zbierać bujne żniwo glorii:
Bitwy z nami unika wróg ze strachu blady
I my poszukujem go, pewni wiktorii;
Przyjaciółka Ludwika pójdzie w jego ślady
I wawrzynami swymi wsławi nas w historii.
Nawet u Mnemozyny córek względy mamy,
Nie odbiegły nas one, cieszą nas ich łaski.
Życzym sobie pokoju, lecz doń nie wzdychamy.
Karol go ma. Odwagi roztoczyłby blaski,
Gdyby chciał poprowadzić swą Anglię do boju,
Na który ona dzisiaj spogląda w spokoju.
Gdybyż mógł jednak uciszyć niesnaski,
Ileż by chwały z tak godnych zamiarów!
Czyliż mniej piękne są Augusta czyny
Niźli podboje pierwszego z Cezarów?
Szczęsny lud, jeśli pokoju godziny
Wrócą go światu sztuki i jej czarów.
- 152 -
Księga ósma.
Śmierć i starzec
Kres życia nie zaskoczy rozsądnego człeka,
Ten, zawsze do ostatniej gotowy podróży,
Sam sobie zwykle wywróży
Dzień, w którym śmierć go czeka.
A czekać może, niestety, w każdej życia chwili.
Jakbyśmy sobie tego życia nie dzielili,
Na godziny, dni, lata,
Jest panią świata.
Bywa, że i dziecięta ich królewskich mości
Ledwie raz pierwszy otworzą oczy,
Już je mgła śmiertelna zmroczy
I odchodzą na łono wieczności.
Nie ocali nas ani wielkość, ani cnota,
Młodość i piękność nie pomoże,
Śmierć, jeśli jej przyjdzie ochota,
Wszystkich zmoże.
Mimo że na tej prawdzie świat stoi,
Człek się jej boi.
Pewien umierający, a liczył więcej niż sto lat,
Skarżył się śmierci, że go śle na tamten świat,
Że tak zaraz, od razu, z miejsca, w tym momencie,
Że nie zdążył pomyśleć o testamencie,
Że go nie uprzedziła o niczym. „Ach - kwili -
- 153 -
Więc to już? Więc nie możesz czekać ani chwili?
Małżonka mi samemu odejść nie da,
Dla wnuczka nie gotowy legat,
Trzeba by i poszerzyć domostwo po trosze,
Okrutna, nie poganiaj mnie, ja cię tak proszę.”
Śmierć odrzecze: „Mój starcze; toż ja ciebie wcale
Nie pragnęłam zaskoczyć, śpieszyć; doskonale
Wiesz, żeś stuletni. Znajdź takich
Dwóch w Paryżu, a dziesięciu w całej Francji. Znaki
Jakieś miałam ci dawać, co by oznaczały
Mego przyjścia godzinę?
Ech, można było do momentu
I dokończyć testamentu,
I wnuczka zaopatrzyć, i poszerzyć budynek...
Czyżby też żadnej przestrogi
Nie udzielały ci nogi,
Wzrok, słuch czy pulsacja krwi?
Stare one jak ty!
I na cóż kotu spyrka, gdy liznąć nie może? -
Próchnoś, nieboże.
Sprawiłam, że niedawno ujrzałeś bez liku
Chorych, zmarłych - twoich rówieśników,
Przypominali ci mnie!
Choć, staruszku, żadne tu nie pomoże gadanie,
Francja Francją zostanie,
Czyś testament sporządził, czy nie.”
Śmierć miała rację. Nie ma rady,
- 154 -
Trza odchodzić od życia jak z biesiady:
Podziękować i zabrać się. Tak być musi.
Nie umkniesz, bracie, Kostusi.
Narzekasz, starcze, zważ jednak - tyle młodzi
Idzie w śmierć, ona ku nim co żywo nadchodzi,
Nieraz, co prawda, piękna, nieraz wieńczy ją sława,
Lecz zawsze nieuchronna, często krwawa.
Wiem próżno język strzępię. Lecz wciąż pytam, czemu
Najciężej umrzeć stuletniemu.
- 155 -
Szewc i bankier
Poczciwy szewc, kum Michał, pracując wytrwale,
Od rana do wieczora śpiewał przy robocie.
Tuż obok mieszkał bankier - ten posiadał krocie,
Lecz nie śpiewał, a nawet i nie sypiał wcale.
Jeśli przypadkiem zdrzemnął się o świcie,
Szewc go natychmiast budził swoim śpiewem.
I bogacz rozmyślał z gniewem,
Na co mu to nędzne życie,
Skoro o żadnej dnia i nocy porze
Na chwilę zasnąć nie może;
Gdy opatrzność bogactwem chciała go ukarać,
Mogła się przecie postarać,
Aby na targu co rano
Sen tak jak chleb sprzedawano -
Aby kto nie śpi, mógł za swe talary
Kupić snu ze dwa centnary.
Tak zawodząc gorzkie żale
Przywołał szewca. „Mój panie Michale,
Powiedzcie, proszę, ile ze swej pracy
Przez rok zarobić możecie?”
„Przez rok! Ja nie wiem.” - „Porachujcież przecie!”
„Jaśnie Panie - szewc rzecze - bo to my biedacy,
Nie rachujem na lata ani na miesiące.
Ot, byle związać dwa końce,
To już pociecha. Kiedy z Laski nieba
- 156 -
Człek ma robotę, to ma i ochotę,
Więc wesoło żyję sobie,
Bo co dzień przecie zarobię
Na łyżkę strawy i kawałek chleba.”
„A ileż na dzień?” - „Złotówkę, dwa złote,
Różnie to bywa; lecz największa bieda,
Że raz w święta, procesje, odpusty,
A pracować niesposób, chociaż mieszek pusty,
Bo ksiądz rozgrzeszenia nie da.”
Zaśmiał się bankier. „Mój zacny sąsiedzie,
Dziś kres położę twej biedzie.
Oto masz sto dukatów: schowaj je u siebie,
Przydadzą ci się w potrzebie.”
Szewc, co nigdy w swym życiu nie widział dukata,
Mniemał, że posiadał wszystkie skarby świata.
Bieży w dom i do lochu zakopuje złoto -
Razem z dawnym weselem i dawną prostotą.
Zmilkły wesołe pieśni; błogi sen z daleka
Od jego powiek ucieka;
Nie znane przedtem troski, kłopoty i trwogi
Zawitały w jego progi.
W dzień nie pracował, lecz skarbu pilnował,
A gdy kot w nocy zaskrzeczał na dachu,
Szewc za kotem pędził w strachu,
Czy mu skarbu nie zrabował.
Zmizerniał biedak i nie śpiewał wcale -
Nie budził już nikogo, a sąsiad bogaty
- 157 -
Sypiał za to doskonale.
Michał nareszcie dość już miał tej męki.
Bieży więc do bankiera i z progu komnaty:
„Oddaj mi - woła - sen mój i piosenki,
A zabierz swoje dukaty.”
- 158 -
Lew, wilk i lis
Lew, pół wieku dzierżący rząd swego mocarstwa,
Zgrzybiały, z sił opadły, sama skóra, kości,
Bał się śmierci. Któż śmiałby rzec jego lwiej mości,
Że na śmierć nie ma lekarstwa?
Pragnął żyć i być zdrowym. Więc wszystkie zwierzęta
Do dostojnego pacjenta
Wysłały eskulapów (za sutą zapłatę) :
Wieprza aleopatę, bobra-hydropatę,
Motyla-homeopatę,
Chirurgów - wilka z tygrysem,
Kozy z żętycą i klacze z kumysem,
I specjalistów tłumy niezliczone.
Nurek doradzał powietrze ścieśnione;
Niedźwiedź miód stary, a razem
Trzy miesiące snu bez przerwy;
Piecuch kot twierdził, że zdrętwiałe nerwy
Trzeba gorącym przypiekać żelazem.
Każdy, jak zwykle, odmienne miał zdanie,
„A gdzież lis? - pyta lew chory -
Dlaczego lisa nie ma do tej pory?”
Wilk cyrulik przyskoczył. „Najjaśniejszy panie,
Lis, doktor obłąkanych, sam rozum postradał.
Nie pomnę, skąd słyszałem, lecz wiem, że powiadał,
Iż kto za twoje, królu, ręczy zdrowie,
Temu brak oleju w głowie.”
- 159 -
„Hej! Wołać tchórza - lew rzecze -
Niech mi waść tylko nie stchórzy,
Niech lisa z jamy wykurzy
I za uszy go przywlecze!”
Pan każe, sługa musi. Dopełnił rozkazu,
Lecz, że mściwego lisa obawiał się psoty,
Przez drogę mu wyśpiewał wszystko, co do joty,
Co wilk rzekł - nie opuścił ani pół wyrazu.
Stając u dworu. Lis z niskim pokłonem
Rzecze machając ogonem:
„Lękam się, królu, że waszej lwiej mości
Dano fałszywy powód mej nieobecności,
Wiedz zatem, iż w obawie o twe drogie zdrowie
Odbyłem podróż po świecie,
I to, co mi najmędrsi rzekli doktorowie,
Jeśli karzesz, powtórzę... Lecz w wielkim sekrecie.
Skutkiem starości krew twoja zakrzepła,
Brak jej żywotnego ciepła,
Więc, by rozbudzić życie zdrętwiałej natury,
Potrzeba wilka żywcem obedrzeć ze skóry
I dopóki gorąca, użyć na okłady -
To cię z pewnością uzdrowi.”
Lew z apetytem usłuchał tej rady;
Sam swą dostojną łapą zdarł skórę wilkowi
I czyniąc leków sprawiedliwy podział,
Mięso zjadł, skórą się odział.
- 160 -
Niech dla oszczerców będzie to przestrogą:
Chcąc zgubić drugich, sami zginąć mogą.
- 161 -
Władza bajek
Do Pana de Barillon
Czy wasza ekscelencja byłaby gotowa
Zezwolić, abym proste słowa
Bajki tej lekkodusznej złożył w darze?
Gdyby też czasem, zbyt śmiała,
Z wysoka ton przybierała,
Czy ci się zuchwałą nie okaże?
Więcej masz, ekscelencjo, na głowie
Niźli kłopoty sowie,
Sprawy lwa czy pantarki,
Czytając te wiersze - nie czytając,
Spraw, niech nam losy nie rzucają
Całej Europy na barki.
Choć pojmuję, że z wielu stron świata
Suną ku nam wrogowie,
Że król Anglii nie kocha króla Francji jak brata
Tego nie mieszczę w mej głowie.
Czyż nie czas Ludwikowi dać chwilę wytchnienia?
Jakiż inny Herkules nie czułby znużenia
Pokonując tę hydrę? Trzebaż, by na nowo
Walczył z coraz inną jej głową?
Jeśli twoja, panie, eksperiencja,
Zręczność i elokwencja,
Zdoła serca ucieszyć, odwrócić wyroki złych czasów,
- 162 -
Sto baranów dajęć w ofierze i rzeknę śmiele,
Że to niezmiernie wiele
Jak na mieszkańca Parnasu.
A teraz uczyń łaskę dla bajarza,
Przyjmij wiersz, którym cię obdarza
I sławi.
Lecz dość o tym. Wiem: nie jesteś rad,
Kiedy pochlebia ci świat,
Gdyż wraz ze światem czyni to i zawiść.
Niegdyś w Atenach, gdzie lud mieszkał wartogłowy,
Pewien mówca, widząc, że Grecji cios zagraża,
Wbiegł na trybunę i płomiennymi słowy
Los ojczyzny w serca ludu wrażał.
Gromko o pospólnym ocaleniu prawił,
Ale go nie słuchano; wtedy retoryką
Uczoną począł szaty drzeć nad republiką.
Cytował wielkich przodków, kamień by poruszył,
Lecz Ateńczyków nie wzruszył.
Słowo z wiatrem het leci.
Te pustogłowe stwory, bezmyślne, roztargnione,
Patrzyły w stronę,
Gdzie bawiła się gromadka dzieci.
Mówca więc widząc, że poprzednia mowa zła,
Rzecze: „Pewnego dnia
Ceres z węgorzem i jaskółką podróż czekała daleka,
Wyruszyli, patrzą: rzeka.
Węgorz ją przepłynął, jaskółka przefrunęła bez trudu.”
- 163 -
„Cóż uczyniła Ceres?” - zabrzmiał okrzyk ludu.
„Ceres? Chwycił ją zaraz gniew, nagły i srogi
Przeciw wam! „Grecji los zagraża srogi,
Wy, jedni pośród Greków, obojętni - prawi -
Patrzcie, jak dzieciarnia się bawi!
Lecz nie patrzycie końca! - zakrzyknie bogini -
Czemu nie zapytacie, co Filip uczynił?”
Ludu gromada, wyrzutem strapiona,
Opowieścią zbudzona,
Jak w tęczę, w słuch zamienić się skora,
Patrzy na oratora.
Jego zdziałały to słowa.
I my, jak Ateńczycy, niezbyt myślimy dorośle,
Gdyby mi teraz opowiedział kto bajkę o ośle,
Byłbym go ucałował.
Stary jest świat - tak mówią - wiem, lecz i to wiem przecie,
Że trza go zabawiać jak dziecię.
- 164 -
Kobieta i sekret
W życiu najbardziej ciążą nam sekrety -
Z wielkim je trudem zachowują damy.
Lecz i mężczyzn także znamy
Gadatliwych jak kobiety.
Pewien mąż co raz pragnął wypróbować żonę,
Wrzasnął nocą w sypialni: „Boże! Co za męki!
Parcie rozdziera mnie szalone.
Nie wytrzymam tej udręki!”
„Cóż to?” - „Ach! Znoszę jajo!” - „Jajo?” - „Oto ono!
Świeżutkie, jeszcze ciepłe! Tylko moja żono,
Nie mów o tym nikomu, bo gdy rzecz rozgłoszą,
Twojego męża zaczną przezywać kokoszką.
A więc nigdzie ani słowa,
Niech się sekret mój zachowa!”
Żona, jeszcze naiwna, zaraz uwierzyła,
Bo świadomą nie była spraw tego rodzaju -
Jako też wielu innych: ot głupia, choć miła;
I przysięgła, że nikt się nie dowie o jaju.
Ale, że paplać lubiła,
Rozwiała się wnet przysięga,
Kiedy pierzchły nocne mroki.
Skoro świt pod kaftan sięga,
W sąsiedztwo kierując kroki.
„Kumo - rzecze do sąsiadki -
Posłuchaj tylko, jak rzadki
- 165 -
Stał się dzisiaj przypadek, i to u nas w domu.
Mąż olbrzymie zniósł jajo. Lecz nie mów nikomu,
Błagam! To tajemnica. Za jej rozgłoszenie
Okrutne wzięłabym lanie.”
„Kpisz - sąsiadka jej na to - lub nie znasz mnie chyba
Nie frasuj się, gdyż będę milczała jak ryba.”
Powróciła do domu żona męża-kwoki,
A sąsiadka w świat szeroki,
Że ją zaświerzbiał ozór, wyruszyła.
Chodzi więc po kominkach i każdemu baja,
Że mąż jej kumy zniósł nocą trzy jaja.
Niebawem jeden drugiemu w sekrecie
Już o czterech jajach plecie
Szepcąc na ucho; zbytek ostrożności -
W tej bowiem okoliczności
Tajemnica tajemnicą być przestała.
Liczba jaj ciągle wzrastała,
I pod wieczór, dzięki famie,
Co z gęby do gęby ją niosła,
Nie skłamię,
Że sto przerosła.
- 166 -
Szczur i ostryga
Raz młody szczurek, co nie miał ochoty
Do nauki i roboty,
Znudzony gderaniem matki,
Pozabierał swe manatki
I po kryjomu
Wymknął się z domu.
Ledwie uszedł cztery kroki:
„Jakież to góry - zawoła -
Co sterczą aż pod obłoki?
Zapewne Tatry albo Apeniny!”
A były to kretowiny,
Które wędrowiec uczony
Wziął za skały niebotyczne.
Po kilku dniach, zwiedziwszy pola okoliczne,
Zaszedł gdzieś w nieznane strony,
Błądził przez lasy, bezdroża,
Aż stanął nad brzegiem morza.
Tu zoczywszy ostrygi, podziwieniem zdjęty,
Mniemał z początku, że to są okręty.
„Bodaj to podróżować! - rzekł - moi rodzice
Tych cudów nie znają wcale;
Wytrzeszczą oczy, kiedy się pochwalę,
Jakie zwiedziłem sioła i stolice,
I oceany, i pustyń obszary.
Powiem, na przykład, jak wpośród Sahary,
- 167 -
Gdzie nie ma rzeki, a nawet strumienia,
Wszelki zwierz ginie z pragnienia.”
Plótł trzy po trzy, co słyszał siedząc kiedyś w szkole;
Bo nie był z owych szczurów, co w wielkim mozole
Na książkach zęby zjadają
I potem mędrców udają.
Wtem na piasku zobaczył ostrygę otwartą.
„Co widzę? - rzecze - to jakieś pieczyste,
Białe, pulchne i soczyste!
Spróbujmy, spróbować warto.”
I oblizując wąsy bierze się do dzieła,
Chciwie do muszli łeb wtyka,
A wtem ostryga nagle się zamknęła
I zdusiła napastnika.
Z tej bajeczki podwójny wniosek wyprowadzę:
Tym, co chcą zwiedzać świata nieznane przestrzenie,
Za przewodnika wziąć radzę
Naukę i doświadczenie;
Zaś rabusiom los szczura niech będzie przestrogą:
Chcą się obłowić - złowieni być mogą.
- 168 -
Ogrodnik i niedźwiedź
Nie pomnę, z jakich pobudek
Niedźwiedź Misio porzucił swoich towarzyszy
I w ciemnych borów zaciszy
Żył jak prawdziwy odludek.
Zdziczał do reszty; nie dziw: przez dwa lata
Milczał i milczał, a gdy głód doskwierał,
W zimie ssał łapę, w lecie miód podbierał.
Zatęsknił wreszcie do świata;
Bo choć milczenie u ludzi
Zwie się cnotą i zasługą,
Jednak skoro trwa za długo
I niedźwiedziowi się znudzi.
Niedaleko od puszczy był mały ogródek,
Mieszkał w nim drugi odludek,
Człowiek. I ten się nudził; i chociaż obficie
Zsyłały mu swe dary Pomona i Flora,
Sprzykrzył sobie milczenie i samotne życie.
Zatem pewnego wieczora
Ruszył w świat, pełen wesela,
Szukać sobie przyjaciela.
W tym zamiarze i właśnie w tym samym momencie
Niedźwiedź wyszedł z matecznika
I człowiek nagle na drogi zakręcie
Z Misiem nos w nos się spotyka.
Zadrżał, w oczach mu ściemniało:
- 169 -
„Otożem - myśli - sprawił sobie łaźnię!”
Lecz Miś, choć gbur jakich mało,
Kiwnął nań łapą przyjaźnie
I mruknął: „Pójdź waść ze mną, zjemy trochę miodu.”
„Panie - rzecze ogrodnik - jam już po obiedzie,
Ale racz wstąpić do mego ogrodu:
Mam owoce, miód, mleko. Panowie niedźwiedzie
Lubią przysmaki, więc proszę sąsiada:
Czym moja chatka bogata, tym rada.”
Miś zgodził się z ochotą; nim zjedli wieczerzę,
Zwierz pokochał człowieka, człek polubił zwierzę
I gdy miód rozczulił obu,
Przysięgli sobie przyjaźń aż do grobu.
Zamieszkali więc razem; chociaż to podobno,
Niźli z głupimi, lepiej żyć osobno.
Człowiek pracował w ogrodzie,
A Miś, ku wspólnej wygodzie,
Chodził w las na polowanie
I o kuchni miał staranie,
I pieczeń kręcił na rożnie,
Zaś nade wszystko zręcznie i ostrożnie
Muchy oganiał i łapał.
Pewnego razu, gdy znużony pracą
Ogrodnik smaczno zachrapał,
Zjawia się mucha ladaco,
Siada śpiącemu na nos, włazi w ucho -
Misio ją spędza, ale nadaremnie.
- 170 -
„Czekajże - wrzasnął - ty przebrzydła mucho!
Nie ujdzie ci to na sucho:
Zobaczysz, co to drwić ze mnie!”
Pochwycił kamień, z zamachem wycela,
Jak palnął... razem z muchą zabił przyjaciela.
Niech kto chce, co chce gada, a ja powiem szczerze,
Że jeśli tylko niebo nas ustrzeże
Przed przyjaciółmi głupcami,
Nieprzyjaciołom damy radę sami.
- 171 -
Przyjaciele
Długo przyjaźń prawdziwą goniłem po świecie -
W Monomotapa znalazłem ją jeszcze,
Choć muszę wyznać w sekrecie,
Że i ten przykład w rzędzie bajek mieszczę.
Żyli w tym kraju dwaj obywatele
Jedna dusza w dwóch ciałach; tacy przyjaciele,
Że im podobnych w całym bożym świecie
Z latarnią nie wynajdziecie.
Nie pomnę, jak zwali; więc ochrzczę tymczasem
Jednego z nich Damonem, drugiego Pityasem,
Bo te imiona, jak wiecie, u Greków,
W dziejach przyjaźni słynęły od wieków.
Pewnego razu o północnej porze
Pityas opuszcza swe łoże
I drżący, wybladły z trwogi,
W Damona pospiesza progi,
Rozbudza służbę. Ockniony łoskotem,
Powstał przyjaciel, wziął kiesę ze złotem,
Miecz ostry przypiął do boku.
I rzecze: „Powiedz, najmilszy Pityasie,
Z jakiej przyczyny w tak niezwykłym czasie
Mojemu zjawiasz się oku?
Skąd twoja bladość i trwoga?
Możeś w potrzebie? - przynoszę ci złoto
Może obelgę chcesz obmyć w krwi wroga? -
- 172 -
Mam oręż, chodźmy.” - „Dzięki ci Damonie,
Odparł przyjaciel, wiem ja, że z ochotą
Stanąłbyś w mojej obronie,
Lecz nie dlatego w nocy cię nachodzę.
Ledwie zasnąłem, aż oto
Zjawiłeś mi się z twarzą smutną i zbolałą;
Więc jak najrychlej przybiegłem tu w trwodze,
Czyli się tobie nic złego nie stało.”
Który z nich bardziej kochał? Trudne to pytanie
Dla Europy na zawsze zagadką zostanie.
- 173 -
Osieł i pies
„Jeśli chcesz, ośle, by pies kochał ciebie,
Kochajże ty psa”, słowa są Lokmana.
Rozumiał je nasz osieł, boć już nie był źrebię,
Ale z nich drwił. Ta lekkość jak była skarana,
Opowiem dla was, bydląt potomnych, nauki.
Ten osieł, nosząc jak zazwyczaj juki,
Szedł w ślad za panem; a za nim z tyłu
Mający nad jukami i bydlęciem dozór,
Ledwie widny w kłębach pyłu,
Biegł pies wywiesiwszy ozór.
Bogdaj takich dozorców! Przez drogi czas wszytek
Nie tknął się swego podwładnego łytek;
Owszem, bawiąc go, to z boku hercuje,
To się naprzód wysforuje,
Ogonem wciąż dla zachętu
Krętu-wętu.
Szli tak aż do południa. Pan na skwar narzekał,
Siadł pod drzewem i zasnął. Tegoć osieł czekał.
Obejrzał się i naprzód darń przy drodze siekał,
Potem postrzygać zaczął czubek miedzy;
Na koniec - przez rów hopsasa -
Widzi się w łące, jakoś mimo wiedzy.
Nie znalazł-ci tam przysmaków,
Chwastowiska ni bodziaków,
Lecz koniczyny do pasa.
- 174 -
„Będziesz się miał z pyszna! Tylko ty, człowiecze,
Zmiłuj się, śpij!” Tak westchnął i siecze a siecze.
Psu oskoma i pokusa:
„Mój osłosiu, od rana jestem na czczo, mdli mię;
Ty masz wędzonkę w jukach, aż stąd czuć po dymie;
Pozwól, że dam jej całusa.
Wiesz, jak zrobim? Ja stanę na dwie łapy dębkiem,
A ty przyklęknij na jedno kolano.”
Nasz egoista, jakby do muru gadano,
Siecze a żuje milcząc. Aż wreszcie półgębkiem
Wypchanym kończyną: „Co się tu wałęsasz?
Poszedłbyś, psie, do nogi! Jak jegomość wstanie,
Da ci się śniadanie!”
Odpowiedzi nie czekał i obuszcząk znowu
Tak zarwał trawy, że aż wygryzł w ziemi dołek,
Klnąc psa, że mu przeszkadza.
Wtem nagle, zza rowu,
Błysnął ku niemu parą krwawych świec wilkołak,
Biorąc go na cel i na tuj.
Wtedy do psa: „Bracie, broń, ciuciu, na tu, ratuj!”
A pies: „Ja nie twój Ratuj ani twój pan Broniec,
Nie wrzeszcz i łąki nie tratuj!
Czekaj, aż jegomość wstanie
Na waść obronienie i poratowanie.”
W tejże chwili wilk osła dorżnął.
Ot i koniec.
- 175 -
Basza i kupiec
W pewnym mieście Grek handlował.
Popierał go basza, który
Łupiąc go za to ze skóry,
Więcej niż towar kosztował.
Grekowi zbrzydła opieka,
Więc gdzie może, tam narzeka.
Trzech podrzędnych Turków na to
Z pomocą wspólną się zgłasza
Za wiele mniejszą opłatą,
Niż pobierał jeden basza.
I Grek zawiera umowę.
Baszy donoszą to zdrajce
I rady dają mu zdrowe,
Aby kark ukręcił szajce,
By ich wysłał krótką drogą
Do Mahometa, do raju,
I to bez zwłoki, bo mogą
Ubiec go wiedząc, że w kraju
Ma mścicieli, więc zgotować
Zdolni mu truciznę przecie,
I każą mu protegować
Kupców, lecz na tamtym świecie.
Tu basza Aleksandrowi
Dorównał pełnią ufności.
Do Greka udał się w gości,
- 176 -
Gdzie za stołem się sadowi.
Z słów ni miny ani cienia
Nikt nie widział podejrzenia.
„Druhu - rzekł - wiem, co nas dzieli.
Mówią też, bym strzegł się złego,
Lecz cię mam za uczciwego,
Nie masz miny trucicieli;
Zmilczę, czym mi się wydają
Ci, co pono cię wspierają.
Słuchaj: krótko, węzłowato,
By nie nudzić się debatą
Ani rezonerstwa sieczką,
Poczęstuję cię bajeczką:
Pasterz miał psa, jakiego, by strzec owiec, trzeba.
Raz ktoś zapytał pasterza,
Co z psem uczynić zamierza,
Który zazwyczaj zjadał na dzień bochen chleba.
Należałoby oddać go panu do dworu,
A jemu, pasterzowi, dla owiec dozoru
Wystarczą dwa lub trzy psiaki,
Co mniej będą kosztować niźli ceber taki.
Żarł za trzech, prawda, lecz też miał trzy paszcze
Na wilki, których nie głaszcze.
Pasterz psa pozbył i wziął trzy szczeniaki.
Jadły mało, lecz tchórze były zawołane.
Owce na skórze swojej odczuły tę zmianę.
I twoja skóra ją poczuje,
- 177 -
Jeśli do spółki weźmiesz tamte szuje.
Wróć do mnie, radzę.”
Grek wrócił. Dla prowincyj stąd nauki wątek:
Lepiej na ogół oprzeć się o króla władzę
Niźli szukać pomocy u wielu książątek.
- 178 -
Korzyść z nauki
Do mędrca ubogiego rzekł prostak bogaty:
„Szkoda twej pracy, mój mądry sąsiedzie -
I żyjesz, i umrzesz w biedzie,
Bo z nauk nie ma intraty.
Uczonym zawsze się zdaje,
Że sława w dalekie kraje
Rozniesie blask ich nazwiska;
A moim zdaniem, przez wasze mozoły
Świat i szeląga nie zyska.
Gdy biesiaduję z mymi przyjacioły
(A ty nad książką biedzisz się na strychu),
Ten prawi to, tamten owo.
Mówim o wszystkim, ale daję słowo,
O uczonych ani słuchu.
Podporą kraju są obywatele,
Lecz tylko tacy, co wydają wiele.
Nasz zbytek, choć nań sarkacie,
Zbawiennie wszędzie przenika:
My wzbogacamy kupca, rzemieślnika,
A nawet waszej oświacie
(Choć nie wiem za co i po co)
Nieraz przychodzim z pomocą
I owe brednie, ci pisze hołota,
Płacimy na wagę złota.
Nikt ich nie czyta: czasu na to szkoda,
- 179 -
Ale teraz taka moda,
Aby w pałacu mieć izbę osobną,
A w izbie mędrca i ksiąg jak najwięcej.
Na tę zabawkę wszak i ja podobno
Co rok wydaję po parę tysięcy.
Wszystko na świecie, mój mości uczony,
Zawisło tylko od złota potęgi:
Handel, rzemiosła, wsie, miasta i trony,
Nawet wy i wasze księgi.”
Mędrzec mógł by odeprzeć tę mowę zuchwałą,
Lecz przekonywać głupca, na co to się zdało!
Więc tylko mruknął przez zęby:
„Szkoda gęby!”
Wkrótce wybuchła wojna w tej krainie,
Z nią głód, pożoga, zniszczenie,
I bogacz w jednej godzinie
Postradał całe swe mienie.
Więc o chlebie żebraczym gdy z głodu przymierał,
Mędrzec owocem swej pracy go wspierał.
Półgłówkom, co naukę w lekkiej mają cenie,
Dwie niedługie uwagi zrobić się ośmielę:
Rozum nie zastąpią ładowne kieszenie,
Gorzej umieć za mało niżeli za wiele.
- 180 -
Potok i rzeka
Z szumem straszliwym przez lasy i skały
Potok spieniony toczył mętne wały,
Huk gromu szerząc dokoła
Trwożył doliny i sioła.
Jeździec, przez zbójców w drodze napadnięty,
Skoczył w burzliwe odmęty
I przerażony hałasem,
Mniemał, że zginie, ale jego trwogi
Na niczym spełzły tymczasem.
Potok, z pozoru tak srogi,
Był w rzeczy płytki i niegroźny wcale.
Popędził dalej i stanął nad rzeką:
Jako sen cichy płynęły jej fale,
A zbójcy byli tuż, tuż niedaleko.
Zatem uchodząc pogoni
Śmiało przez rzekę popłynął;
Lecz w cichej, a zdradnej toni
I jeździec, i rumak zginął.
Nie ten groźny, kto huczy, miota się i dąsa:
Gniew błyśnie i przemija - zdrada milczeniem kąsa.
- 181 -
Wychowanie
Dwa psy, bliźniaki, szlachetnego rodu,
Dwóch różnych panów dostały za młodu:
Jednego zabrał kucharz - drugiego leśniczy.
Więc ten na łowy wstawać musiał rano,
Szukać po lesie zdobyczy -
I niebawem Cezara zdobył sobie miano,
Bo wsławiony świetnymi bohaterstwa czyny,
Stał się postrachem wszelkiej zwierzyny.
Pierwszy, chowany w kuchni, zgnuśniał, choć był młody:
Polubił smaczne kąski, próżniactwo, wygody;
Ciągle spał koło ogniska
Lub leżał do góry brzuchem;
Więc kuchta dla pośmiewiska
Nazwał go kiedyś Kopciuchem.
Tamten dzielnych Cezarków wydał całą psiarnię
I umarł wielkim Cezarem.
Kopciuch na całe życie został kaszowarem
I gdzieś pod płotem zdechł marnie.
Czyny, nie świetne imię, cześć mają u świata.
Z jednego przecie drzewa i krzyż, i łopata -
Pyszny zasługą przodków, a zmalały duchem
Niejeden przyszły Cezar staje się Kopciuchem.
- 182 -
Demokryt i Abderyci
Jakże nienawidziłem zawsze myśli tłumu!
Zda się, niesprawiedliwy, bez czci i rozumu,
Nigdy bezstronnie o rzeczach nie sądzi
I własną miarą mierząc drugich błądzi.
Mistrz Epikura poznał to na skórze własnej:
Kraj uznał go szaleńcem! Mózgu gminu ciasny!
Trudno! Nikt w swej ojczyźnie prorokiem nie będzie.
Demokryt mądry był, oni głupcami.
Abdera tak daleko doszła w swym obłędzie,
Że do wielkiego Hipokrata
Wyprawia posłów z listami
Prosząc, ażeby uleczył wariata.
„Oszalał ziomek nasz - z płaczem pisali -
Ciągle tylko czyta, czyta,
I to zepsuło rozum Demokryta.
Nieuka bardziej byśmy szanowali.
Światy są, mówi, liczbą nieograniczone -
Może są nawet wypełnione
Przez Demokryty nieskończone.”
Niekontent z owej mrzonki dodaje atomy,
Dzieci pustego mózgu, niewidne fantomy,
Nie ruszając się z miejsca mierzy ciała w niebie,
Poznaje cały wszechświat, ale nie zna siebie.
Niegdyś, bywało, rzecz swą w rozmowach wykłada,
Dziś do samego siebie gada.
Przybądź, boski, szał jego nie wiedzieć, gdzie zmierza.”
- 183 -
Hipokrates tłumowi nie bardzo dowierza,
Lecz pojechał. I oto jakie losu władza
Dziwne spotkania sprowadza.
Hipokrat przybył w czasie, gdy ów, jak mówiono,
Zwyczajnego rozumu pozbawiony pono,
Siedliska myśli szuka i docieka
W sercu lub głowie zwierza czy człowieka.
W gęstym cieniu, nad strumykiem,
Zajmował się zwojów mózgowych błędnikiem.
Mając u stóp ksiąg kilka, w pracy zatopiony,
Nie widział przyjaciela, co przybył w te strony.
Krótkie, jak łatwo zgadnąć, było przywitanie,
Bo mądrość słów oszczędza, czasu nie ma na nie.
Pominąwszy więc błahe i nieważne rzeczy,
I przeszedłszy do sprawy duchowej, człowieczej,
O moralności zaczęli.
Tego, co powiedzieli,
Tu nie poruszę bliżej,
To, co się rzekło wyżej,
Starczy, by ludu sąd podać w wątpliwość.
Bo jakże uznać prawdziwość
Sentencji, co jest dla wielu tak droga,
Że ludu głos jest głosem Boga.
- 184 -
Strzelec i wilk
Chciwcy! Czyż nadaremnie mnogimi przykłady
Chłostałem w moich bajkach wasze niecne wady?
Nieczuli na głos prawdy, nigdyż nie powiecie:
„Już zebraliśmy dosyć, użyjmy raz przecie?”
Spieszcie się, życie krótkie! Kto miał, a nie użył,
Ten zaprawdę na miano mędrca nie zasłużył.
„Usłuchamy cię... jutro.” Czemu nie dziś właśnie?
Jutro śmierć może nadejść. Raz stracona chwilka
Już się nigdy nie wróci. W dowód powiem baśnię
O chciwości myśliwca i łakomstwie wilka.
Myśliwiec zabił daniela.
Nienasycony tym łupem,
Zoczywszy sarnę łuk napiął, wycela
I płochliwego zwierza kładzie trupem.
Zdobycz, zdaje się, niemarna -
Daniel i sarna;
Ale dla strzelca było to za mało,
I zobaczywszy ogromnego dzika
Śmiertelną ranił go strzałą.
Wtem kuropatwa spod nóg mu pomyka,
I tej więc żąda, i strzałę nakłada,
Lecz dzik tym czasem ostatek sił zbiera,
Z tyłu do strzelca przypada,
Zębem żywot mu rozdziera
I na zwłokach swojego zabójcy umiera.
- 185 -
Otóż chciwość skarcona. Druga część powieści
Dla skąpców naukę mieści.
Wilk ujrzał, przebiegając, smutne widowisko.
„Cztery trupy! - zawoła - to cały majątek!
Wystarczy na miesiąc blisko.
Ale od czego zrobić mam początek?
Przede wszystkim oszczędność, bowiem taka gratka
Jest równie smaczna, jak rzadka.
A więc daniel i sarna niech sobie poleżą:
Jako wilk-magnat, lubię zwierzynę nieświeżą;
Dzik także, nim skruszeje, parę dni poczeka,
A na wety zachowam pulchnego człowieka.
Więc dopiero za tydzień biesiadować zacznę.
Tymczasem inne mam tu jadło smaczne.
Jeżeli mnie węch nie myli,
To łuku tego cięciwa
Jest to kiszka barania, zeschła, lecz prawdziwa.”
Rzekł i chwyta ją zębem - łuk puścił w tej chwili
I wilk przeszyty strzałą, zginął śmiercią marną
Razem ze strzelcem, dzikiem, danielem i sarną.
Tak więc słów moich prawdziwość
Zaświadcza przykład tych łakomców obu:
Jednego skąpstwo wpędziło do grobu -
Drugiego chciwość.
- 186 -
Księga dziewiąta.
Niewierny depozytariusz
Z łaski córek Mnemozyny
Zwierząt losy opiewałem.
Bohaterów innych czyny
Mniej by mi przyniosły chwały.
Z własnej, w bajkach mych, pobudki
Wilk z psem gada bogów mową
I zwierzęta, na wyprzódki,
Różnych ludzi grają zdrowo;
Mądrych, głupich, daję słowo,
Wszystko to zaś w taki sposób,
Że zwycięża głupich osób
Większość, wyższą mając cenę.
Wyprowadzam też na scenę
Moc oszustów i gałganów,
Niewdzięczników i tyranów,
Nieroztropnej stado dziczy,
Moc pochlebców, moc szalonych,
Jeszcze mógłbym tu doliczyć
Kłamców całe legijony.
„Każdy człowiek łże” - rzekł mędrzec.
Gdyby tylko o motłochu
Tak mu spodobało się rzec,
Jeszcze można by po trochu
- 187 -
Znosić brzydkość tej przywary,
Lecz że wszyscy, młody, stary,
Ilu nas jest każdy kłamie...
Gdybym się z tym spotkał zdaniem,
Nigdy bym nie przystał na nie.
Bo pomyślcie tylko, żeby
Nawet ktoś tę czuł oskomę
I jak Ezop łgał lub Homer,
Kłamcą by prawdziwym nie był.
Snów nie jednych słodki urok,
Artystycznych owoc marzeń,
Pod pozornych kłamstw figurą,
Prawdę nam przynosi w darze.
Dał nam jeden, jak i drugi,
Twór, co ma wiek wieków długi
Trwać nie ginąć w czasów toni:
Nie łże byle kto, jak oni.
Alić kto się w kłamstwo wżarł już,
Tak jak ów depozytariusz,
Co się w własnym splątał słowie,
Ten jest zły i głupi człowiek.
Rzecz tak się miała:
Kupiec niejaki z Iranu,
W świat wyruszając w sprawach kupieckiego stanu,
U sąsiada swojego zdeponować kazał,
Ani mniej, ani więcej, jak kwintal żelaza.
„No cóż z żelazem?” - spytał, gdy wrócił z podróży.
- 188 -
„Żelazo wasze?... Znikło! Wiem, że was zachmurzy
Wieść ta: szczur zjadł je do cna. Cóż robić, u licha?
Wyłajałem mych ludzi. Wiadomo, na strychach
Zawsze dziury bywają.” Kupiec wpierw zdradziecko
Zdumiewa się udając, że to serio bierze,
Aliści po dniach kilku uprowadza dziecko
Przewrotnego sąsiada; potem na wieczerzę
Gdy go w dom swój zaprasza, ten z płaczem: „O rety!
Błagam - rzekł - już mnie zwolnijcie!
O, nie dla mnie życia wety,
Syna-m kochał ponad życie,
Jego tylko mam - biada! - nie mam już niestety!
Synaczka mi porwano! O straszny wyroku!”
Na to kupiec odpowie: „Toż wczoraj o zmroku
Puchacz skądsiś przyleciał porwać twego synka.
Sam-em widział, jak w starych skrył się z nim budynkach.”
Ojciec rzekł: „Jakże chcecie, abym dał wam wiarę,
Że puchacz mógłby taką udźwignąć ofiarę?
W potrzebie byłby syn mój zmógł puchacza siłą.”
„Nie powiem wam - odrzecze tamten - jak to było,
Lecz sam na to patrzałem, więc szkoda gadania,
I nie widząc, co was skłania
Do niewiary w to wszystko, com powiedział ninie.
Czyżby dziwne wam się zdawało,
Że puchacz w takiej krainie,
Gdzie szczur jeden żelaza kwintal zjada śmiało,
Pół kwintala ważących chłopaków porywa?”
- 189 -
Tu widząc, dokąd fimfy sens zmierza najprościej,
Sąsiad kupcowi oddał żelaziwa,
Zaś ów kość z jego kości.
Wędrowcom dwóm podobny spór się raz przydarzył,
A jeden z nich był właśnie z rodu tych bajczarzy,
Co wszystko zawsze widzą jakby w mikroskopie:
Zwiększone. Posłuchajcie ich: „Tu w Europie
Jak w Afryce - tak mówią - jest potworów mnóstwo.”
Nasz, że do hyperboli prawo sobie rościł:
„Widziałem - rzekł - kapustę wielką jak domostwo.”
„A ja - rzekł drugi - garnek tak wielki jak kościół.
Powoli! - dodał widząc drwinę w jego twarzy -
Zrobiono go, by w nim kapustę twoją warzyć.”
Człek od garnka dowcipny był; moc wyobrazni
Miał od żelaza człek. Zbyt wielki zaszczyt robi
Głupstwu, kto chce perswazją błąd w nim tkwiący pobić.
Prościej jest licytować - i żółci nie drażnić.
- 190 -
Gołąbki
Raz, gdy para gołąbków uprzejmie się kocha,
Słodko im wszystkie płynęły godziny,
Ale potem samiczkę chęć ujęła płocha
Odległe zwiedzić krainy.
„Co czynisz, siostrzyczko luba? -
Rzekł gołąbek rozrzewniony: -
Z twojej nieobecności moja będzie zguba;
Jak się śmiesz sama puszczać w nieznajome strony?
Ach! Jak nad rozstaniem się pomyślenie smutne,
Lecz nie dla ciebie, bo ty serce masz okrutne.
Niech ci ten zamysł zmienią trudy, niewygody,
Częste w podróżach przygody.
Zatrzymaj się przynajmniej, aż zwykłą koleją
Czasu porę swym tchnieniem zefiry ogrzeją.
Niedawno kruk na dębie
Wróżył przyszłe nieszczęścia jakowejś ptaszynie.
Wszystko mi odtąd niemiło,
Nigdy nie będę wesoły,
Nic mi się nie będzie śniło,
Tylko klatki, tylko siatki,
Tylko strzelec i sokoły.”
Tak zbawienne przekładanie
Powinno było błędne naprostować zdanie.
Lecz samiczki ciekawość, niespokojność głowy
Sprawiły, że wzgardziła rozsądnymi słowy.
- 191 -
Rzekła: „Niechaj się o mnie braciszek nie boi.
Kto rad zawsze w domu siedzieć,
Niewiele ten ma powiedzieć,
Krótka podróż pragnienia moje zaspokoi.
Będę cię miała czym bawić,
Gdy ci rzędem zacznę prawić
Rozliczne moje zdarzenia:
Jakie przebyłam krainy,
Jakie widziałam stworzenia,
To mi się w szare godziny,
A to zdarzyło w poranku,
Jakbyś tam sam był, kochanku.
Bądź mi zdrów.” Ścisnąwszy się zatem skrzydłami,
Porosili dzióbki łzami.
Leci precz wędrowniczka. Niebo się zachmurza,
I przymusza ją myśleć o jakiej zachronie
Gwałtami grożąca burza.
Lecz jedno tylko drzewo było w tamtej stronie,
Nie dosyć liściem odziane.
Ucierpiała od błyskotów,
Przelękła się huku grzmotów,
Wszystkie piórka były zalane.
Deszcz ustał, osusza się, jak może, nieboga,
I widzi, że jest grochem posypana droga,
Przy niej gołąb na posadzie.
Chce się do niego spuścić, nie myśląc o zdradzie,
A gdy na te ponęty nieuważnie leci,
- 192 -
Wpada w rozstawione sieci.
Sieć ta już była zbutwiała.
Gdy się wędrowna ptaszyna
Silnie w niej rzucać poczyna,
Utraciwszy coś piórek, przecież się wyrwała.
Dobyta z miejsc chytrości, umyka co siły,
Wtem słyszy jakiś szelest za sobą niemiły.
Obejrzy się, aż tu kania
Z okrutnymi szponami tuż, tuż ją dogania.
O włos co nie zginęła. Los pomyślny sprawił,
Że srogi orlik leciał z innej strony pola
I bitwą kanie zabawił.
Lecz nie tu gołębicy kończy się niewola:
Długim torem zmęczona, bez picia, bez jadła,
Ze strachu ledwie żywa, na stodołę padła.
Chłop, który swego zboża zjadaczów nie lubił,
Zręcznym rzuceniem kamienia
Tylko co gołębicy do reszty nie ubił.
Ta, klnąc swoję ciekawość, swoje oddalenia,
Zalękniona, schorzała, podskubana, zmokła,
Ledwie nóżki za sobą do domu przywlokła.
O wy! Których dusze tkliwe
Łączy sprzyjanie wzajemne,
Porzućcie drogi daremne,
A pędźcie razem z sobą momenta szczęśliwe!
A gdyby się podróże kiedy spodobały,
Niech będą te podróże do najbliższych granic.
- 193 -
Znajdziecie w sobie świat cały,
A resztę rachujcie za nic.
Kochałem i ja niegdyś i tego płomienia
Miłe mi dotąd wspomnienia.
Wtedy za skarby królów, za niebieskie sfery
Nie byłbym się chciał rozstać z polem i morawą
Deptanym nóżką łaskawą
I oświeconym mojej oczkami Glicery.
O! Gdyby jeszcze taka przyszła chwila która!
Pewnie bym do kochania ośmielić się gotów:
Czyliż nie ma blisko mnie wdzięków i przymiotów?
Czyliż mojej miłości minęła już pora?
- 194 -
Lampart i małpa
Raz na kiermasz przywieziono
Lamparta z małpą uczoną;
W osobnych budach mieli zamieszkanie.
Lampart wołał: „Prosimy, panowie i panie!
Jest miejsce, kasa otwarta!
Nikt dotąd nie widział w świecie
Takiego jak ja lamparta!
Patrzcie, jak piękne futro mam na grzbiecie,
Jak włos miękki, lśniący, giętki,
Upstrzony w pręgi i cętki!”
Gawiedź pstrociznę nade wszystko ceni,
Więc tą przemową zwabieni,
Ludzie się zbiegli, weszli, oglądali,
A spojrzawszy, poszli dalej.
Małpa zaś tak wołała: „Proszę wejść łaskawie -
Sąsiad tylko postacią, ja dowcipem bawię.
Rozgłos mych zalet w świecie rozbiegł się szeroko:
Mój teść, jest to ów sławny brazylijski Żoko.
U niego chlubnie skończywszy nauki,
Umiem rozmaite sztuki:
Tańczę na linie, skaczę przez obręcze,
A kto się znudzi na sztuce,
Temu pieniądze powrócę -
Słowem małpy za to ręczę!”
Dobrze małpa mówiła, bowiem i u świata
- 195 -
Więcej popłaca rozum niż wytworna szata;
Ten się nigdy nie sprzykrzy - ta po chwili znudzi.
Ale że nikt półgłówka w mędrca nie przerobi,
Więc nigdy nie brak nam lampartów-ludzi,
Których tylko suknia zdobi.
- 196 -
Uczeń, nauczyciel i ogrodnik
Był sobie uczeń, wierny elew swojej szkoły,
Szelma nie byle jaki, matoł nad matoły,
Bo i młody, i - jak to zwyczajnie się zdarza -
Całkiem zdurniał od nauk pana bakałarza.
Dnia pewnego - tak mową - okradał
Ogród sąsiada.
Ten, zwykle od Pomony
Najhojniej obdarzony,
Przepiękne miał owce, a z tego był słynny,
Że nie skąpił ich sobie, tylko innym.
Szczodra była dlań zresztą każda roku pora,
Wiosna mu w ogród sypała
Wszystko, co wyhodowała
Flora.
Spotyka raz w ogrodzie naszego wisusa,
Ten, dawszy susa
Na jabłonkę, dalejże pąki jej obrywać
(Zdawały się owoców mnogość obiecywać)
Łamał nawet gałązki i taki okazał się szkodnik,
Że na koniec ogrodnik
Do bakałarza pobiegł, poskarżył na hultaja.
Przybywa mąż uczony, za nim dzieciarni zgraja.
I za chwilę na każdym drzewie, każdym krzaku
Siedzi po jednym uczniaku.
Tak oto pan bakałarz przyczynił się walnie,
- 197 -
By sad wyglądał teraz po prostu fatalnie.
„Chcę - rzecze - ukaraniem czynu niegodnego
Dać przykład” - zacytował przy tym Wergiliego.
„To dla dzieci jak gdyby lekcja nauczona” -
Tu nastąpiła cała strona
Z Cycerona.
I tak w górne rejony elokwencji lazł,
Hałastra splądrowała ogród przez ten czas
Przyznam wam się, że mnie irytuje,
Gdy kto tak uczenie tokuje
W owych trwających
Bez końca
I nie na miejscu mowach.
Najgłupszy zaś pod słońcem - co tu wiele gadać -
To uczeń lub nauczyciel. A od takiego sąsiada
Niech Bóg zachowa.
- 198 -
Rzeźbiarz i posąg Jowisza
Marmuru cudny głaz kupuje
W zachwycie rzeźbiarz pewien.
„Co dłutem - rzecze - zeń wykuję?
Boga, stół, misę? Nie wiem.
Bogiem niech będzie, gdyż ochota
Przyszła mi, by w prawicy
Miał piorun. Duchem znoście wota
I drżyjcie, śmiertelnicy!”
I zdziałał majster nasz tak celnie
Konterfekt Jowiszowy,
Iż osądzono niepodzielnie,
Że brak mu tylko mowy.
Krążyła nawet plotka znana,
Że gdy dokonał dzieła,
Ugięły się pod nim kolana -
Taka bojaźń go zdjęła.
Podobnym tu był do poety,
Który gdy zmyślił bogi,
Zląkł się, że dotknie go, niestety,
Ich piorun i gniew srogi.
Jak dziecię drżał, obawą zdjęty
Przed rychłą zemstą boską:
By lalki miały spokój święty,
Jest wieczną dziecka troską.
Za sercem umysły podążą -
- 199 -
A jakie stąd owoce?
Liczne pogańskie błędy grożą
Niejeden lud w pomroce.
Jak kochankowie szczęśliwi
Gonić będą mamidła:
Pigmalion swą Wenus ożywi
I złapie w miłosne sidła.
Nikt z nas nie szczędzi zachodu,
By ziścić swoje rojenia:
Człowiek dla prawdy jest z lodu,
Ale dla kłamstwa - z płomienia.
- 200 -