The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-11 18:22:20

Bajki - Jean La Fontaine

Sen Mongoła

Pewien Mongoł miał takie raz we śnie widzenie:
Wezyr zdobył po śmierci Elizejskie Błonie
Chłonąc najczystszą rozkosz, szczęśliw nieskończenie,
Gdy jednocześnie w innej stronie
Ogień palił pustelnika,
Aż litością przejmował widok nieszczęśnika.
Rzecz to tak osobliwa i niezwykła była,
Że chyba Minos pomylił wyroki.
Gdy śpiący się obudził, zdjął go dziw głęboki.
Sądząc, że tajemnica jakaś w tym się kryła,
Pytał ludzi, co prawdę poznać mu pomogą.
Tłumacz rzekł: „Niechaj sen ten nie dziwi cię zgoła.
O ile wiedza moja sensu w nim dojść zdoła,
Jest on od bogów przestrogą.
Gdy obaj żyli, wezyr szukał samotności,
A pustelnik pochlebiał wezyrowej mości.”
Jeśli czym uzupełnić śmiem tłumacza zdanie,
Zbudzić w was chcę ustroni cichej ukochanie:
Daje ona kochankom swym dobra bez troski,
Dary spod stóp rosnące z niebios łaski boskiej.
Samotnio, co uroki kryjesz tajemnicze,
O miejsce ukochane, czy znajdę słodycze
Cienia i chłodu, z dala od świata i gwaru?
Któż mi zapewni ustroń błogą, pełną czaru?
Kiedyż natchną mnie Muzy, bym miasta i dwory

- 251 -

Porzuciwszy, na niebie badał różne tory
Gwiazd, których błędna droga jest oczom nie znana
Jak ich rządzące losem mym cnoty i miana?
Jeśli mi nie pisane wielkie przeznaczenie
Niech mi użyczą słodkich obrazów strumienie,
Których kwitnące brzegi w wierszach opisuję.
Parka mi złotą nicią życia nie przesnuje.
Nie będę spać wśród obić złotych wspaniałości,
Ale czy przeto traci coś sen na wartości?
Czyli jest mniej głęboki i pełen słodyczy?
Ofiary mu w ustroni złożę samotniczej,
A gdy mi przyjdzie odejść z tego świata cieniem,
Powiem: żyłem bez troski i z czystym sumieniem.

- 252 -

Wilk i lis

Jak na jednego zdrajcę i urwisa,
Ma wilk rozumu niemało.
Ale jednak powiem śmiało,
Ani się umył do lisa.
Ten łotr pewnego wieczoru
Dybiąc na zgubę gęsiego plemienia
Biegł milczkiem dokoła dworu.
I tak jakoś od niechcenia
Spojrzał w studnię.
A księżyc świecił przecudnie
I w cichej wodzie jego tarcza biała
Jasno błyszczała.
Lis zgrzytnął zębem i wytrzeszczył oko:
„To ser! A ja z głodu ginę!
Skoczyć? Ej, nie! Za głęboko!”
Gdy tak rozmyśla, w zapale
Wdrapał się na cembrowinę.
Spostrzega wał, a na wale
Okręcone jakieś sznury
I cebry: jeden na dnie, a drugi u góry.
Dał susa w ceber - i jedzie,
Spuszcza się na dół, ale zamiast sera,
Żłopnął wody. Aj, gwałtu! Co począć w tej biedzie?
Tymczasem dzień zaświtał. Lis z głodu umiera,
Słyszy psów ujadanie i kroki człowieka -

- 253 -

I śmierci niechybnej czeka.
Czekał dwa dni. Już księżyc, zwykłą dążąc drogą,
Trzeciej nocy wydawał się od prawej strony
Jak wyszczerbiony,
A tu nie widać nikogo!
Wtem, o radości! Czy go wzrok nie myli?
Para błyszczących oczu do studni się chyli:
Wilk! „A witajże, kumie! Gościu najmilejszy!
Czekałem cię jak zbawienia!
Patrz: mam tu coś dla ciebie, coś nie do wzgardzenia,
Coś do zjedzenia!
Czy widzisz ten ser? Kawałeczek mniejszy
Sam zjadłem; patrz, nic prawie; ot, cząsteczkę czwartą;
Ale z tym wielkim kawałem
Na ciebie duszko czekałem;
Zobaczysz, buzi dać warto.
Siadajże w ceber, com ci tam zostawił,
I w lot przybywaj.” Wilk gracko się sprawił,
Skoczył i swym ciężarem na cebrze zawisa.
Jedzie w dół, lis do góry: drapnął - nie ma lisa.
Nie szydźcie jednak czytelnicy moi,
Z wilka i lisa kłopotów,
Bo i z nas każdy chętnie wierzyć gotów
W to, czego pragnie lub czego się boi.

- 254 -

Wieśniak znad Dunaju

Nie sądź ludzi po minie. Rada to nie nowa -
Kiedyś bajką o myszce stwierdziłem te słowa.
A to przykład drugi, nie baśń, prawda szczera,
Treść jej oraz rysopis mego bohatera
Znajdziecie w pismach Marka Aureliusza.
Żył nad Dunajem wieśniak, dobra dusza,
Ogorzały, włochaty, brodaty, kosmaty,
Nawet nieco zezowaty;
Wargi miał grube, nos krzywy,
Słowem, niedźwiadek prawdziwy.
Na barkach skóra, na nogach sandały.
Na biodrach pas z sitowia - oto ubiór cały.
W owym to czasie Senat dumnej Romy,
Zaborczy, chciwy, łakomy,
We wszystkie świata ówczesnego strony
Na łup wyprawiał legiony.
I w każdy kątek ujarzmionej ziemi
Sięgał dłońmi drapieżnemi.
Ów wieśniak, z naddunajskich siół wysłany zatem
Jako poseł do Rzymu, stanął przed Senatem
I tak rzekł: „O wy wszyscy, którzy mię słuchacie,
Rzymianie, wielki Senacie!
Błagam, niech mi swej łaski użyczą bogowie,
Abym nie wyrzekł w tej mowie
Słowa godnego nagany.

- 255 -

Bo bez opieki bogów umysł obłąkany
Złe tylko pełnić zdolny i bezprawia,
Ich nawet wolę gwałci, depcze i zniesławia.
Myśmy tego świadectwem, mówię bez bojaźni,
My, ofiary chciwości rzymskiej i ciemięstwa:
Rzym, raczej dla win naszych niż przez swe zwycięstwa,
Jest narzędziem naszej kaźni.
Zmienny jest los, a tajne przeznaczenia drogi:
Pomnijcie, o Rzymianie, że potężne bogi
Na wasz kraj zesłać mogą łzy nasze i nędze.
Może kiedyś za karę ich wyrok surowy
Sprawi, że waszej wydarci potędze,
My wam nałożym okowy,
Za co niewolnikami jesteśmy waszymi?
Za co wam oddajemy swe mienie i życie?
Na jakich praw podstawie dumnie się wznosicie
Nad wszystkie ludy na ziemi?
My do roli i rzemiosł wprawne mamy dłonie,
W ciszy pracując na rodzinnej niwie,
Żyliśmy bez trosk, szczęśliwie.
Wy mord i gwałty w nasze wnieśliście ustronie.
Czegoż przez wasze dłonie panowanie
Nauczyli się Germanie?
Wszakże was przeszli w zręczności, w odwadze:
Gdyby w ich sercach wasze chucie tkwiły,
Może mieliby dość siły
Nad światem zagarnąć władzę,

- 256 -

A wierzę, iż posiadłszy Rzymianów podboje,
Łaskawiej rządy sprawialiby swoje.
Ucisk naszych pretorów pomsty nieba woła.
Przemoc, bezprawie dokoła.
Nawet majestat ołtarza
Ich niecny zarząd obraża,
Bo bogi na nas patrzą; a z waszej przyczyny
Widzą wszędzie łzy, nędzę, rozpacz i ruiny,
Znieważone świątynie, pogardę dla wiary
I tylko chciwość, chciwość bez granic i miary.
Rzym nowych nam zarządców nadsyła co chwila.
Wszystko dla nich za mało: krwawym zlana potem
Na próżno żyzna gleba się wysila,
Aby ich nasycić złotem.
Odwołajcie pretorów; zastąpcie innemi,
Dla tych nikt nie chce już uprawiać ziemi.
Kto żyw, rozpaczą przejęty
Rzuca sioło, rodzinę, ucieka w pustynię
I z drapieżnymi zwierzęty
Podziemne dzieli jaskinie.
Nad losem dzieci każdy ojciec płacze;
O hańbo! Nawet pożąda ich zgonu:
Nie chce, by z synów wyrośli siepacze
Wpośród rzymskiego legionu.
Odwołajcie pretorów, cóż nam wskazać mogą?
Czego nauczyć? Przekupstwa i zdzierstwa,
Występku, gwałtu, morderstwa.

- 257 -

Ledwie przez bramy Rzymu przestąpiłem nogą,
Te zbrodnie na każdym kroku
Zjawiły się memu oku.
Gdy nie sypiesz podarków, purpury i złota,
Minie cię sprawiedliwość; tysiączne odwłoki
Krępują prawo i jego wyroki -
Gdzież prawość, sumienie, cnota?
Pewnie ta śmiała mowa budzi niechęć waszą.
Kończę więc. Szczerą skargę niechaj śmierć ukarze.
Otom jest: przed ofiarne wiedzcie mię ołtarze,
Mnie męczarnie nie zastraszą.”
To rzekłszy pada na twarz, a Senat, zdumiony,
Uwielbia jego męstwo, hart duszy, prostotę,
Wymowę, rozum i cnotę.
W tryumfie tysiącznymi podniesion ramiony,
Wieśniak uzyskał godność patrycjusza.
Uznano bowiem, iż tak wielka dusza
Takiej kary jest godną po takiej przemowie.
Odwołano pretorów, a senatorowie
Rozkazali, by wszystkim mówcom dla przykładu
I ku wiecznej pamięci spisano te słowa.
Lecz wprędce z Rzymu znikła gdzieś bez śladu
Tego rodzaju wymowa.

- 258 -

Starzec i trzej młodzieńcy

Zgrzybiały starzec sadził płonkę małą.
Trzech młodzieńców, co tam stało,
Śmiejąc się rzekło: „Mój ty biedny człeku,
Co w twojej głowie dzieje się!
Mniejsza budować, lecz sadzić w tym wieku,
Jakiż stąd owoc odniesie?
Starcze (gdyż pozwól, że powiemy tobie),
Jużeś jedną nogą w grobie,
Porzuć więc pracę i znoje:
To, co w przyszłości, nie twoje;
Wielkich zmysłów nadzieja należy
Do nas, młodzieży.”
„Nie do was samych, moi przyjaciele -
Odpowie starzec - co człowiek zakłada,
Długo się robi, a trwa lat niewiele.
Prędko czy późno śmierci ręka blada,
Nie uważając na lata,
Starych i młodych bez różnicy zmiata.
Nikt nie wie, kiedy komu Bóg koniec przeznaczy
I kto z nas zorzę ostatnią zobaczy.
Bądźcież mi jeszcze bronić
Sadzić to drzewo, gdzie me pokolenie
Znajdzie chłód i pożywienie?
Temu, którego zyski nie unoszą,
Robić dla drugich jest lubą rozkoszą:

- 259 -

Jest to jak owoc, co można dziś zrywać,
Jutro, pojutrze i długo używać.
Nikt tego nie wie: może ja, tak stary,
Dziś jeszcze pójdę na mary,
Może też w czerstwiejszej dobie
Przedłużę to życie biedne
I na waszym, o ufna zbyt młodzieży, grobie,
Policzę słońce niejedne.”
Zgadł dobry starzec, bo jeden z młodzieży
Płynąc do Ameryki w głębi morza tonie;
Drugi, gdy w bojach za laurami bieży,
Polega w szlachetnym zgonie,
A trzeci z wysokiego na dół spadłszy drzewa
Duszę wyziewa.
Płakał ich starzec w swym cichym schronieniu
I przypadki niesłychane,
Tu wam przeze mnie wspomniane,
Na twardym wyrył kamieniu.

- 260 -

Mysz i sowa

Nie trzeba mówić słuchaczom:
„Posłuchajcie dowcipu! Świetny! Przewyborny!”
Zali wiesz czy go uraczą
Osądem, co nie będzie z twą opinią sporny?
Mam tu jednak wypadek całkiem wyjątkowy.
Uważam go za dziwo, i to dziw nad dziwy
Pod każdym względem, nawet gdy prawdziwy.
W lesie ścięto spróchniały pień sosny wiekowej,
Starą sowy siedzibę, ponure schronisko,
Gdzie złowróżące gnieździ się ptaszysko.
W czeluściach pnia, któremu czas gotuje zgubę,
Mieszkały wśród innych tworów
Mnogie myszki bez łapek, okrągłe i grube,
Którym sowa znosiła zapas żytnich zbiorów,
By je tuczyć, gdy nóżki wprzód im dziobem przytnie.
Trzeba jej przyznać - wnioskowała sprytnie.
Kiedyś, kiedy przyniosła myszki z polowania
I wpuściła do dziupli, uciekły z mieszkania.
Aby temu zaradzić, metodą złoczynną
Następne nóg pozbawia, czego skutek taki,
Że mogła, kiedy chciała, zaspokoić smaki
Dzisiaj tą, a jutro inną.
Wszystkich zjeść na raz nie można, niestety,
Przy tym zdrowiu potrzeba było tej diety!
W swej przezorności, jak my gospodarna,

- 261 -

Zapasy zbierać zaczyna,
By myszkom nie zbrakło ziarna.
Cóż na to kartezjanin, co w głowę wbił klina.
Że sowa - to tylko machina?
Jakaż sprężynka ją skłania
Ścinać nóżki w mysim tłumie?
Jeśli to nie jest wynik jej rozumowania,
To nie znam się na rozumie.
Oto są jej argumenty:
„Ten ludek zemknie, gdy będzie ujęty.
Musiałabym zjeść je zaraz.
Wszystkie? To nie możliwe. Winnam je w zapasie
Przechować w domu. Ale z żywieniem ambaras
I przed ucieczką czy je ustrzec da się?
Jak zrobić? Obciąć nóżki. Niechże mi kto powie,
Czy człowiek może lepszym pysznić się wywodem?
Czy miał Arystoteles i jego uczniowie
Inną myślenia metodę?

- 262 -

Księga dwunasta.

Kot i wróble

Pewna pobożna dewotka
Chowała w celi wróbla i cichego kotka,
A grzecznisiowi temu dawszy imię Lubek,
Dla rymu z kotem wróbla nazwała Jakubek.
Obadwa przyszli na świat prawie jednej chwili.
Tak się też bardzo lubili,
Że jeden bez drugiego nie żyłby godziny.
„Ach, przyjacielu jedyny -
Mawiał wróbelek do kota -
Tyś moja rozkosz, tyś moja pieszczota...
Ale ja może ciebie czasem, wśród igraszki,
W nosek za mocno udziobię?”
„Nie, to ja może ciebie pazurkiem uskrobnę
Czasem aż do boląca?” - „Ej, co tam, to fraszki,
W przyjaźni wszystko łatwe do zniesienia.”
Więc powtarzając tkliwe uściśnienia,
Gdy sobie wieczną zgodę przysięgali,
Ściskali się, całowali,
Ni stąd, ni z owąd, oknem wróbel obcy wpada
I siemię Jakubowe, nie pytając zjada.
„Czego tu chcesz? - zawołał Lubek najeżony -
Jak śmiesz mojemu bratu zjadać pożywienie?”
Na to przybysz odrzeknie: :Proszę uniżenie!

- 263 -

A tobie co do tego, ty nikczemny kocie?”
Ledwie tych słów dokończył, już kot cap go w szpony,
Dusi i chrusta mówiąc: „Ach, co za łakocie,
Co za mięsko smaczne, kruche!”
I w minucie biednego zadławił jak muchę,
Potem pazurki zaczął oblizywać,
Na Jakubka spoglądać, mamrotać, poziewać,
Aż mu się chytre oczki zaiskrzyły!
„Cóż ci to, mój Lubku miły?
Czyś nie słaby? Ty widzę zjadłeś tego gbura,
Nawet z nogami i głową?”
„Zjadłem!” - kot fuknął dziko i surowo
(Aż na Jakubku zadrżała skóra)
I umilknął. To milczenie
Powiększyło ptaszka drżenie.
Nie chcąc jednakże dać poznać kotowi
Wzrastającej w sobie trwogi,
Tak dalej mówi:
„Dlaczegoś się zasępił, przyjacielu drogi?
Taki jesteś zamyślony!
Tak wyprężyłeś twe szpony!
Ślepki tak ci się świecą, a ogon jak pika
Prawie pułapu dotyka!
Pewnie ci go żal, żeś go tak skarał bez litości,
Bo też przyznaj sam w szczerości,
Że to był krok z twej strony zanadto dziwaczny.
Biedny, teraz się trapisz.” - „Ej! Nie zgadłeś wcale -

- 264 -

Odrzeknie kot poufale -
Ja myślę nad tym, jaki ty musisz być smaczny,
Kiedy ten polny wróbel, co nie zna siemienia,
Tak mi nałechtał podniebienia.
Przysiągłbym, żeś jest pulchny, delikatny, kruchy!”
Ale na te pochlebstwa Jakubek już głuchy
Frunął za okno, raczej z głodu uschnąć gotów
Niż z takim Pityasem dłużej żyć w przyjaźni.
Mamy i między ludźmi dość przyjaciół kotów,
Którym nasz byt spokojny podniebienie drażni.

- 265 -

Dwie kozy

Młoda koza Białonóżka
I Białoszyjka, jej drużka,
Obie, wsławione uporem,
Razem umknęły z łąki pod pozorem,
Że trawka miękka, wilgotna i ckliwa
Na kozie zdrowie źle wpływa.
Pasterz nie puszczał w zagaj, a więc na przekorę,
Zachciało się jejmościom z drzew ogryzać korę,
Skubać gałązki i listeczki młode.
„Nie wolno robić szkody, otóż róbmy szkodę.”
Białoszyjka w jedną stronę,
Białonóżka poszła w drugą.
Alić niedługo,
Uznojone i spragnione,
Jęły szukać dla ochłody
Świeżej wody.
Potok po skałach szumiał w bystrym biegu,
Między lasem na prawym i na lewym brzegu,
Przez dęby, brzozy i jodły
Dwie kręte ścieżki do potoku wiodły,
A kładka wąska, drżąca i zbutwiała
Końce drożynek wiązała.
Z jednej strony na kładkę Białonóżka wbiega,
A z drugiej Białoszyjka. Ta tamtę spostrzegła,
Tamta tę; z hardą miną, przyjaciółki obie

- 266 -

Idą ku sobie.
O wodzie zapomniały. Przyszła im pokusa:
Tej przejść na lewo, a tamtej na prawo.
Razem żwawo
Dają susa
I broda w brodę uparte sąsiadki
Zbiegły się w połowie kładki.
„Z drogi! - woła Białonóżka -
Ustąp, póki grzecznie proszę!”
„Ja mam ustąpić? Za jakie trzy grosze?
Najniższa służka!
Nie wiesz, że ja po ojcu z Kaszmiru pochodzę?
Jak śmiesz zawadzać mi w drodze?”
„Oto mi racja! A więc, że masz brodę
Z włosem grubszym od powroza,
Dla twej wygody mam się rzucać w wodę?
Mnie rodzi angorska koza!
Wiesz, co to znaczy, a zatem precz z drogi!”
„Ejże, bo wezmę na rogi!”
„A spróbuj!” - „A spróbujmy!” Wszczął się bój zajadły,
A wtem obie się potknęły,
Razem do potoku wpadły
I utonęły.
Wypadek to nie nowy. Na życia drożynie
Niejednej kozie noga się podwinie.

- 267 -

Stary kot i młoda myszka

Prosiła młoda myszka i niedoświadczona
Myśląc, że prośbą kota ułagodzi,
Że go przekona:
„Niech mi pozwoli żyć jeszcze dobrodziej!
Tej tuszy i tego wzrostu
Zali zacznę coś po prostu?
Zali przeze mnie właściwie
Cierpi głód pan i pani, ktokolwiek tu mieszka?
Jednym ziarenkiem się pożywię,
Grubieję już od orzeszka.
Teraz jestem chudziutka, poczekaj czas jaki,
Puść mnie dla ichmość kociąt na późniejsze smaki.”
Tak prosi myszka w strachu, by miał ją na względzie.
A kot na to: „Jesteś w błędzie:
Czyż wyglądam na durnia, co bzdurstw takich słucha?
Mógłbyś z równym skutkiem przemawiać do głucha.
Kot, stary - puszczać płazem! Nie, tego nie będzie!
Twardego prawa spełniając obrządki,
Zgiń, przepadnij i w otchłani
Skargami molestuj Prządki!
Moje dzieci dość jadła znajdą bez asani.”
Tak się stało. A oto mej bajki maksyma
Do jej treści stosowana:
Młodość się chełpi, że wszystko otrzyma,
Starość jest nieubłagana.

- 268 -

Jeleń chory

Raz jeleń zasłabł, więc przyjaciół rzesza
Bieży odwiedzić chorego.
Każdy chce leczyć, każdy go pociesza,
A doktor Daniel z Łosiem, swym kolegą,
Przez przyjaźń, więc bezpłatnie, z jeleniej apteki
Przepisali różne leki -
Dietę, zimne okłady
I tam dalej, i tam dalej.
Jeleń ze łzami się żali:
„Dajcie mi umrzeć, dziękuję za rady.
Pozwólcie tylko, niech w ciszy
Wyzionę ducha.”
Ale ciżba towarzyszy
Prośby nie słucha;
Płaczą nad chorym, a wpośród lamentu,
Pełniąc pociechy smutne obowiązki,
Skubali trawę, listki i gałązki,
Aż zjedli wszystko do szczętu.
Wyzdrowiał jeleń, ale drugiej doby -
Zmarł biedak z innej choroby -
Pościł bowiem od świtu do słońca zachodu
I dzięki przyjaciołom musiał skonać z głodu.
O czasy! O zwyczaje! Bez pełnej kalety
Niesposób żyć na świecie. Kędy stąpisz nogą,

- 269 -

Wszystko potrzeba opłacać zbyt drogo -
Nawet przyjaciół, niestety!

- 270 -

Wilk i lis

Jak na jednego zdrajcę i urwisa,
Ma wilk rozumu niemało.
Ale jednak powiem śmiało,
Ani się umył do lisa.
Ten łotr pewnego wieczoru
Dybiąc na zgubę gęsiego plemienia
Biegł milczkiem dokoła dworu.
I tak jakoś od niechcenia
Spojrzał w studnię.
A księżyc świecił przecudnie
I w cichej wodzie jego tarcza biała
Jasno błyszczała.
Lis zgrzytnął zębem i wytrzeszczył oko:
„To ser! A ja z głodu ginę!
Skoczyć? Ej, nie! Za głęboko!”
Gdy tak rozmyśla, w zapale
Wdrapał się na cembrowinę.
Spostrzega wał, a na wale
Okręcone jakieś sznury
I cebry: jeden na dnie, a drugi u góry.
Dał susa w ceber - i jedzie,
Spuszcza się na dół, ale zamiast sera,
Żłopnął wody. Aj, gwałtu! Co począć w tej biedzie?
Tymczasem dzień zaświtał. Lis z głodu umiera,
Słyszy psów ujadanie i kroki człowieka -

- 271 -

I śmierci niechybnej czeka.
Czekał dwa dni. Już księżyc, zwykłą dążąc drogą,
Trzeciej nocy wydawał się od prawej strony
Jak wyszczerbiony,
A tu nie widać nikogo!
Wtem, o radości! Czy go wzrok nie myli?
Para błyszczących oczu do studni się chyli:
Wilk! „A witajże, kumie! Gościu najmilejszy!
Czekałem cię jak zbawienia!
Patrz: mam tu coś dla ciebie, coś nie do wzgardzenia,
Coś do zjedzenia!
Czy widzisz ten ser? Kawałeczek mniejszy
Sam zjadłem; patrz, nic prawie; ot, cząsteczkę czwartą;
Ale z tym wielkim kawałem
Na ciebie duszko czekałem;
Zobaczysz, buzi dać warto.
Siadajże w ceber, com ci tam zostawił,
I w lot przybywaj.” Wilk gracko się sprawił,
Skoczył i swym ciężarem na cebrze zawisa.
Jedzie w dół, lis do góry: drapnął - nie ma lisa.
Nie szydźcie jednak czytelnicy moi,
Z wilka i lisa kłopotów,
Bo i z nas każdy chętnie wierzyć gotów
W to, czego pragnie lub czego się boi.

- 272 -

Król, strzelec i kania

Strzelec wyszedł raz na polowanie,
Schwytał żywcem młodą kanię.
W dziejach łowiectwa wypadek to rzadki.
Chciał więc królowi ze swojej zdobyczy
Zrobić podarek; a w myśli już liczy,
Jakie w nagrodę otrzyma dostatki,
Jakie zaszczyty, godności:
Może zostanie stróżem sokolarni?
A może nadzorcą psiarni?
A może łowczym Króla Jegomości?
Pełen otuchy do pałacu spieszy
I staje wśród dworskiej rzeszy
Trzymając ptaka, jak chcą sokolnicy,
Na rękawicy.
Wtem kania, dzika i nieokrzesana,
Opuszcza dłoń swego pana,
Usiada (o smutny losie)
Na króla nosie
I ostrymi ściska szpony
Nos poświęcony,
Jak gdyby to był nos, ot, lada jaki,
Stąd prosty wniosek, że ptaki
Nie wychowane na królewskim dworze
Nie wiedzą, kiedy i kogo,
I kto za nos wodzić może.

- 273 -

Strzelec, zdjęty wielką trwogą,
Wabi kanię ręką, głosem,
Ale kania nie chce wcale
Rozstać się z królewskim nosem
I drapiąc go poufale
Zda się, jakby chciał stale
Siedzibę założyć sobie
Na onej twarzy ozdobie.
Odleciała nareszcie. „Najjaśniejszy Panie -
Rzekli dworzanie -
Za taką straszliwą zbrodnię
Wskaż na śmierć strzelca i kanię.”
„Bynajmniej - król odrzecze - niech idą swobodnie,
Bo ani głupiego ptaka,
Ani myśliwca prostaka
Za dobre chęci karać nie przystoi.
Zamiar nie dopiął celu, lecz nos się zagoi,
A król, co mimowolnych uraz nie przebacza
Swojej godności uwłacza.”
Tak więc króla pobłażanie
Ocaliło od śmierci i strzelca, i kanię.
Czy tak bardzo zgrzeszyli? Kania nieostrożna
Nie wiedziała, że nadto zbliżać się nie można
Do wielkich panów - to było jedyną
Obojga winą.

- 274 -

Lis, muchy i jeż

Lis, wyjadacz starej daty,
Co z niejednej tarapaty
Wykręcił się był na sucho,
Doigrał się wreszcie swego.
Z kitą spuszczoną, ociekły juchą,
Podziurawiony jak przetak,
Skarżył się biedak, a na ludzi nie tak,
Jak na te muchy, co go cięły do żywego.
„Tfu, do diabła! - rzecze w złości -
Już też mi przyszło na biedę,
Gdy i to psiarstwo na skórze mej gości
I najczystszą krew mą pije!”
„Idę ja tam, zaraz idę -
Ozwał się jeż - przyjaciel - wnet ja ci, sąsiedzie,
Każdą z tych pasożytek jak włócznią przeszyję.”
Ale lis pokręcił głową
Nad prostego jeża mową:
„O nie! Z tego nic nie będzie.
Daj mi pokój, mój bracie, już się te napiły:
Nowe przyszłyby głodne i gorzej dręczyły.”
Co do mnie - i ja także jestem zdania lisa:
Stary urzędnik chłepce, a nowy wysysa.

- 275 -

Lis, wilk i koń

Lis młody, lecz w chytrości równy już staremu,
Ujrzał pierwszy raz w życiu konia na pastwisku.
Rzekł więc swemu koledze, wilczkowi głupiemu:
„Bratku, chcę cię przypuścić do wspólnego zysku,
Nastręcza nam się zdobycz, ale to nie lada!”
„No? Jakaż?” - „Ja sam nie wiem, jak się on nazywa,
Ten zwierz piękny i duży.” - „Poznać go wypada.”
„Toteż pójdź ze mną, on tu za krzakiem spoczywa.”
„Opisz mi go.” - „Nie umiem.” - „No, to idźmyż wreszcie.”
Poszli. Więc lis do konia: „Któż waszeć jesteście?
Ten pan życzy was poznać.” - „Jakże się waść zowie?” -
Zagapiony wilk spyta. „Na tylnym kopycie -
Odeprze koń - możecie przeczytać, panowie,
Co kowal sam napisał, a wnet się dowiecie.”
„Ja - lis rzeknie - przeczytać nie umiem, biedaczek,
Mój rodzic był to chudy, ubogi prostaczek,
Nie miał na mnie skąd łożyć; ale ty kolego,
Ty miałeś przecie ojca uczonego,
Ty zapewne przeczytasz?” Wilk próżnością zajęty,
Zawoła więc na konia: „Podnieś no waść pięty,
My to tam przeczytamy.” Tego koń chciał właśnie,
Jak wierzgnie nogą, jak w paszczę go trzaśnie,
Aż mu wybił sześć zębów. Wtedy lis zawoła:
„O zgrozo! Ten łotr bez czoła
Tak cię w łeb zamalował! Ale bo też, bracie,

- 276 -

Znać stąd, że mądrych książek niewiele czytacie
Wszakże tam napisano więcej od pół wieka,
Że z nieznajomym zawsze lepiej być z daleka.”

- 277 -

Małpa

Żyje w Paryżu małpa ogoniasta -
Samiec. Małżonkę wziął młodą.
Niemało mężów jest małpiego rodu.
Bił ją, a biedna niewiasta
Długo wzdychała, aż zgasła nareszcie.
Syn ich zawodził smętnie z głębi łona
I krzyczał z zbytniej boleści.
A stary śmiał się. Umarła mu żona,
Już z inną cieszy się damą,
Którą zapewne będzie bić tak samo.
Po szynkach pije, dopuszcza się gwałtów.
Nic nie oczekuj od tych przedrzeźniaczy,
Czy małpą który jest, czy książkę pisać raczy.
Z tych dwojga gorszy jest autor.

- 278 -

Scytyjski filozof

Pewien filozof, prostak jak przystało Scycie,
Pragnąc prowadzić miłe i przyjemne życie,
Powędrował do Grecji, gdzie w mieścinie małej
Spotkał mędrca, jak gdyby wziętego z Wirgila.
Człek ten, jak król poważny i jak bóg wspaniały,
Którego twarz pogodna i spokój umila,
Widział swe całe szczęście w piękności ogrodu.
Ujrzał go Scyta, jak z nożykiem w dłoni
Obcinał dziczki swych grusz i jabłoni,
Poprawiając naturę, która się wysila
I z lichwą płaci trud jego zachodu.
Widząc to Scyta
Pyta:
„Po co takie zniszczenie? Czy to czyn do rzeczy,
Że się biednych mieszkańców sadu tak kaleczy?
Oddaj ten nóż, narzędzie tak bardzo szkodliwe,
Pozwól, niech kosa czasu nad drzewami włada.
Dość wcześnie w czarną rzekę popłyną nieżywe.”
Na to starzec odpowiada:
„Tylko to, co zbyteczne, wycinam do czysta,
A reszta z tego korzysta.”
Scyta wróciwszy, gdzie jego kraina,
Bierze nóż, w każdej porze ścina i wycina,
Radzi swoim sąsiadom, przyjaciołom każe -
Rzeź na powiatu całego obszarze.

- 279 -

Ścina gałęzie w sadzie swym kwitnące w zdrowiu,
Trzebi, co tylko może, niedorzecznie,
Z czasem i porą roku sprzecznie,
Czy księżyc w pełni, czy na nowiu,
Wszystko więdnie i kona, z bajki tej wynika,
Że Scyta jest obrazem tępego stoika.
I ten obcina w duszy żądze i pragnienia,
Złe i dobre, i nawet niewinne życzenia,
Na takich ludzi złość mnie bierze dzika.
Niszczą sprężyny życia i oto ich dzieło:
Zabijają w nas życie, zanim się zaczęło.

- 280 -


Click to View FlipBook Version