The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-11 18:22:20

Bajki - Jean La Fontaine

Ostryga i pieniacze

Dwaj wędrowcy na widok ostrygi,
Którą fala rzuciła na piasek,
Wzrokiem ją pożerają, wskazują na migi,
Lecz gdy chcieli ją spożyć, przyszło do niesnasek.
Jeden schylił się po nią, drugi pchnął kompana.
„Nie rusz! - krzyknął - nie wiemy, komu jest pisana.
Sądzę, że kto ją pierwszy mógł dojrzeć z daleka,
Ten ją połknie na śniadanie,
A drugi niech z boku czeka.”
„Jeśli tak, tedy, mój panie,
Mam oczy niczym sokół, widzę doskonale.”
„Ja mam też nie gorsze wcale.”
„Na Boga, ja dostrzegłem pierwszy, nie bądź sprzeką!”
„Tyś dostrzegł, ale ja ją poczułem daleko.”
Właśnie tą porą
Nadchodzi Dobroradzki - na sędzię go biorą.
Ten małża otworzywszy, poważnie go chrupie
Przy obydwu asystentach,
Po czym do nich przemawia tonem prezydenta:
„Niech każdy bez opłaty wezmie po skorupie
Od sądu i niech odejść w pokoju pamięta.”
Zważcie, ile to dzisiaj kosztują procesy,
Ile nędzy przynoszą rodzinie pieniaczej!
Dobroradzki pieniądze zgarnia do swej kiesy,
A pieniaczom zostawia wór i kij żebraczy.

- 201 -

Świeca woskowa

Pszczoły pochodzą z bogów rezydencji.
One to pierwsze, na Hymetu zbocza
Spadłszy rojem z podobłocza,
Jęły ssać słodkie skarby kwiatowej esencji.
Gdy z pałaców tych niebianek
Na stół bogów z ambrozją niejeden szedł dzbanek,
Czyli jak się mówi z prosta,
Gdy z braku miodu wosk w ulach pozostał,
Wtedy z pustych plastrów owych
Lano mnóstwo świec woskowych.
Jedna z nich zajrząc cegle, że w ogniu hartowana,
Przetrwała liczne wieki, chciała być jej równa.
Jak nowy Empedokles, istny potępieniec,
Rzuciła się w żar płomienia.
Czyn ten popełnić mógł tylko szaleniec -
Zmysłu do filozofii nie miała ni cienia.
Co krok to rozmaitość - nie myślcie ni chwili,
Byście istocie której równi byli.
Empedoklesa z wosku - roztopiły żary:
Nie był większym wariatem niż filozof stary.

- 202 -

Kot i lis

Kot i lis dwa świętoszki, by rozgrzać się krzynkę,
Raz się wybrali na pielgrzymkę.
Obaj arcyszachraje, trusie, niewiniątka,
Pokrzepiali się w drodze, jak przykładne stadło,
To serkiem ukradzionym, to udkiem kurczątka,
Słowem - co tam któremu pod ręką popadło.
Droga nudna, wiadomo. Lecieć tyle światy!
Więc zaczęli debaty.
Debata krew rozgrzewa - jak mądry ktoś rzekł.
Bez niej by usnął najuczeńszy człek.
Gardłowali więc gromko - i nie po próżnicy -
Obydwaj podróżnicy.
Gdy się już nagadali, co komu ochota,
Rzekł lis do kota:
„Mówisz, żeś chytry, lecz ja mógłbym przysiąc,
Żeś kiep. Patrz, u mnie w worku fortel na fortelu.”
„Tak. Ja znam tylko jeden. Ale, przyjacielu,
Ten jeden fortel wart tysiąc.”
I dalejże od nowa: kot w lisa, lis w kota,
Ten to, ten tamto - nie żałują słów,
Gdy wtem znienacka wypadła zza płota
Sfora myśliwskich psów.
Wrzaśnie kot: „Masz okazję, pokaż swoją sztukę!
Fortelami na pieski, aż się uspokoją!
Ja, chociaż jestem nieukiem,

- 203 -

Także pokażę swoją.”
To mówiąc - hyc na drzewo, przycupnął i patrzy.
Tymczasem lis, gromadzie zmykając sobaczej,
Kluczy tędy, owędy - od nory do nory,
Aż pieskom ze zmęczenia obwisły jęzory.
Tak nurkując po chaszczach, bez tchu, resztką siły
Buch w jamę. Lecz, że pachniał, psy go wywęszyły,
Więc zaledwie nos wytknął śmiejąc się z pogoni -
Już było po nim.
Zbytnia chytrość nierzadko daje się we znaki.
Choć znasz tysiączne fortele,
Tracisz czas po próżnicy, a zyskasz niewiele.
Lepiej znać jeden dobry niż sto lada jakich.

- 204 -

Skarb i dwaj ludzie

Biedak bez grosza, znękany i głodny,
Znalazł sposób niezawodny,
Aby co prędzej
Ulżyć swej nędzy.
„Raz przecie - myślał - skończę te kłopoty;
Śmierć nędzarzowi zawsze się uśmiecha,
Ale śmierć z głodu!... niewielka pociecha,
Męczyć się nie mam ochoty.
Nie będę zatem czekał, aż mnie głód zmorzy:
Swoje cierpienia własną dłonią skrócę
I na konopnej obroży
W wieczność koziołka wywrócę!
Dobranoc, podły świecie, już cię nie zobaczę!...
Bezduszni skąpcy, kamienni bogacze,
Złodzieje wielcy i mali,
Obyście wszyscy kiedyś, jak ja, podyndali!”
Spełniając tedy występne zamiary,
Wziął powróz mocny, choć stary,
I w opuszczony pospiesza budynek
Szepcąc „Wieczny odpoczynek.”
Wetknął hak w ścianę i uderza młotem,
Wtem mur, nadwątlony laty,
Kruszy się, pada z łoskotem:
O cudo! Z gruzów sypią się dukaty!
Nędzarz, zdumiony, skarbu nie rachował;

- 205 -

Co tchu kieszenie złotem naładował,
Zostawił stryczek na haku
I czmychnął. W krótką chwilę właściciel nadchodzi,
Patrzy: pieniędzy ni znaku.
„Gwałtu! - woła - rozbój! Złodziej!
Ja tej straty nie przeżyję,
Powieszę się! Stryczka! Haka!”
A stryczek już na haku czekał nieboraka.
Sknera zakłada pętlicę na szyję
I gdy w rozpaczy się wiesza:
„Mam sznur za darmo - rzecze - i to mię pociesza.”
Nigdy ze swoich skarbów nie korzysta sknera:
On je gromadzi, kto inny zabiera.
I jak w bajce, przez losu kaprys niespodziany,
Dzieją się nieraz dziwaczne przemiany:
Ów, śmierci szukając z płaczem,
Został bogaczem.
A za miast niego, z życiem i ze złotem
Ten się pożegnał, co nie myślał o tem.

- 206 -

Kot i małpa

Żyła po społu u jednego pana
Hultajów para dobrana,
Kot wszędobylski i małpa niecnota.
Te dwa łotry w całym domu
Nie dały spocząć nikomu:
Co chwila to nowa psota,
Nowa kradzież, figiel nowy.
Kot zjadł sery, zamiast iść na łowy,
A małpa kradła, co jej w ręce wpadło.
Pewnego razu, o szarej godzinie,
Grzało się złodziejskie stadło
Przy kominie; a w kominie
Piekła się dla sług i panów
Garść kasztanów.
Gdybyż je dostać! „Słuchaj no, kolego -
Ozwie się małpa - przyszedł mi do głowy
Figiel podwójny, figiel arcynowy:
Nasz zysk, a przy tym strata dla bliźniego.
Czujesz, jak pachną kasztany?
Pokaż, co umiesz, kotku mój kochany,
Dobądź je z ogniska swoimi łapkami.
Ach! Gdybym miała z natury
Takie jak twoje pazury,
Źle byłoby z kasztanami!”
Kotek, skory do posługi,

- 207 -

Wysunął łapkę, sparzył się raz, drugi,
Dmuchnął w pazurki - i znów do komina;
Zręcznie kasztany wybierać zaczyna,
A co wyciągnie, to małpa wnet zjada.
Wtem do kuchni dziewka wpada.
Małpa w nogi. Na kocie skrupiło się zatem:
Nic nie zjadł, sparzył łapę i oberwał butem.
Tak nieraz małe książątko się sparzy
Walcząc dla zysku mocarzy.

- 208 -

Do Pani de La Sabliere

Nie trudno by cię chwalić, Irys, pani miła,
Gdybyś kadzideł naszych nie odrzuciła
Stokroć razy - inna w tym niż inne nadobne
Damy pochlebstw łakome i co dzień sposobne,
By wysłuchiwać nowych. W cale im nie ganię
Słabości tej, albowiem owe śliczne panie
Z królami i bogami dzielą ją niechcący.
Ów napój zachwalany przez lud rymujący,
Ów nektar, władcy gromów przynoszony w dani,
Wino, którym poimy bogów tego świata,
To pochwała, Irydo; nie cenisz jej, pani.
Natura bogata,
Tak jak twoja, ku innym rozrywkom się skłania:
Lubisz dowcipne słowa, przyjemne zebrania,
Gdzie przypadek, zazwyczaj wielce pomysłowy,
Najróżniejszych dostarcza tematów rozmowy.
Gawędząc tedy z tobą świat sądzi uparcie,
Że pogwarka ta zawsze polega na żarcie
I że tylko jest pusta;
Machnijmy ręką na świat i na jego gusta.
Moim zdaniem, a za mną człek mądry to powie,
Wszystko powinno to znaleźć miejsce swe w rozmowie:
Rzecz poważna i błaha, nauka i fraszka,
Dowcip, fantazja, głupstwo, pocieszna igraszka.
Rozmowa to rabaty,

- 209 -

Gdzie flora hojną ręką sieje wszelkie kwiaty:
Pszczoła na każdym siada, niechże niczyje
Nie dotkną mnie przygany za to, że czasami
Również i bajki moje obdarza cechami
Filozofii odważnej i pełnej uroku,
A także subtelności. Czyście już w tym roku
Słyszeli o niej trochę, bo nowa rzekomo?
Mówią więc, że zwierzęta to tylko machiny
Bez myśli, tępe, wprawiane kryjomo
W ruch za pomocą sprężyny;
Wszystko w nich jest materią - nie istnieje dusza,
Nie wiedzą co to uczucie. Zwierzę się porusza
Równomiernie jak zegar, ślepo i bez celu.
Otwórzcie go, zajrzyjcie: spośród kółek wielu
Za duch świata niejedno wziąłbyś tajemniczy.
Pierwsze sekundy liczy,
Drugie za trzecim goni,
Trzecie porusza czwarte -
I w końcu zegar dzwoni.
Zwierzę, podług tych ludzi, nie jest więcej warte.
Coś je na przykład ugodzi,
A z tego faktu się rodzi
Naszym zdaniem wiadomość. Zaraz się otwiera
Przed nią droga mknąc w dalsze i dalsze przestrzenie,
Aż nowina do umysłu dociera
I tak powstaje wrażenie.
Powstaje! Ciekaw tedy jestem w jaki sposób?

- 210 -

Zdaniem wymienionych osób,
To z konieczności jedynie,
Bez uczucia i woli udziału,
Ciałem zwierzęcia płynie
Raz prędko, a raz pomału
Strumień różnych odruchów, które gmin w swej mowie
Smutkiem, okrutnym bólem czy tkliwą miłością,
Rozkoszą, weselem, radością
Lub jeszcze inaczej zowie.
Omyłka ta wprowadzać was w błąd nie powinna.
Cóż to jest zatem? Zegar. A my? To rzecz inna.
W takich słowach Kartezjusz sprawę tę wykładał.
(Śmiertelnik, co u pogan łacno by zasiadał
W gronie bogów - stał bowiem jakby na rubieży
Między człekiem a duchem; tak samo należy,
Kierując się przenośni poetyckiej szlakiem,
Umieścić między rodem ludzkim a mięczakiem
Człeka, co jucznych bydląt naturę posiada.)
Tedy autor nasz powiada,
Że spośród wszystkich zwierząt, które Pan stworzenia
Uczynił dziećmi swemi,
Ja jeden mam świadomość oraz dar myślenia
Na całej ziemi.
Sama to wiesz, Irydo, przecie bez wątpienia,
Że choćby zwierzę myślało,
Nigdy by nie dumało
Na temat myśli swojej oraz postrzeżenia.

- 211 -

Twierdzenia Kartezjusza jeszcze dalej idą:
Wcale nie myśli zwierzę;
W co zapewne z łatwością uwierzysz, Irydo,
A ja i w to uwierzę.
Kiedy jednak po lesie
Granie rogów daleko niesie,
A spokojne zarośla w istne piekło zmienia
Ludzka wrzawa, nie dając ni chwili wytchnienia
Zmykającej w popłochu zwierzynie;
Gdy nieszczęsna ofiara
Przeczuwając, że zginie,
Pogoń zmylić się stara
Na fałszywe prowadząc ją ślady -
Rogacz dziesięcioletni, najstarszy z gromady,
Zmusza siłą młodszego, by ten, ścieżki kręte
Wybrawszy, pomknął nimi, za nową przynętę
Służąc psom rozjuszonym. Jakże rozumować
Świetnie musi to zwierzę, by życie zachować!
Kluczy, zawraca, zwodzi - przebiegi, fortele
Godne największych wodzów i lepszego losu:
Takie mądre i tak ich wiele.
Ale cóż! Nie uniknie śmiertelnego ciosu.
Psy zagryzą jelenia, sprawi go myśliwy,
Chociaż zasłuży sobie na pogrzeb uczciwy.
Kiedy kuropatwa
Widzi, że jej dziatwa
W opresji się znalazła, jeszcze bowiem pióry

- 212 -

Młodziutkimi okryta nie może do góry
Wzbić się, by ujść przed śmiercią, co zastawia sidła -
Udaje ranną, chroma i po ziemi skrzydła
Ciągnie, psa i myśliwca oszukując snadnie.
Każdy łatwo zgadnie,
Że ptaszyna dowcipem familiję ratuje.
I gdy Łowca jest pewien, że pies ptaka dusi,
W przestworza ptak ulatuje,
Żegnając ich cięgotem. Jakże śmiać się musi,
Gdy człek ucieczką zdumiony
Próżno goni go wzrokiem, patrząc na wsze strony.
Istnieje na Północy kraina
Pełna lasów i tonąca w błocie,
A mieszkańcy jej, z ojca na syna,
W najgłębszej żyją ciemnocie,
Jak za czasów, których dziś nikt już nie pamięta;
Mam tu na myśli ludzi, ale nie zwierzęta.
Przemyślne to stworzenia, nadzwyczaj wytrwałe.
Wznoszą wielkie budowle, aby rozszalałe
Potoki, kiedy wzbiorą, z hukiem pędząc wody,
Nie zdołały wyrzucić w ich żeremia szkody.
Mostami łączą rzeki, strumienie i stawy.
Solidne to konstrukcje, nic ich nie naruszy:
Pod bale drzewa kładą fundament zaprawy
Mularskiej. I tak pośród leśnej głuszy
Pracują wszystkie bobry: nikt się nie wykręci,
Bo wspólnym jest ich dzieło. Pustota nie nęci

- 213 -

Młodych, którymi stare bobry bez ustanku
Kierują rad nie skąpiąc. I tak od poranku
Majster drepcze za majstrem, raźno się uwija,
Pilny, roztropny, rządny, nie szczędzący kija.
A więc republika Platona
Terminować byłaby godna
U nich ledwie - tak jest uczona
Ta familia ziemnowodna.
Jesienią, kiedy zbliża się zimowa pora,
Budują skrzętnie domy, dni całe i noce.
Mostem umieją złączyć dwa brzegi jeziora:
Takie mądra ich sztuka wydaje owoce.
Sąsiedzi bobrów, ludzie, darmo patrzą na to,
Próżno są otoczeni wiedzą tak bogatą:
Jeśli który napotka rzekę albo staw,
Losy falom zawierza puszczając się wpław.
Nikt przeto dowodzeniem, choćby doskonałem,
Nie zdoła wmówić we mnie, że bobry są ciałem,
W którym duch nie zamieszkał. Lecz powiem o wiele
Więcej, przytaczając śmiele
Słowa, które słyszałem od króla sławnego.
Ów obrońca Północy, pan słynący z męstwa
I wiekopomnych czynów, faworyt zwycięstwa,
Niechże gwarantem będzie przykładu mojego.
Monarcha ten, którego imię samo
Dla cesarstwa jest Porty niezdobytą bramą -
To król polski; królowi człek zawsze uwierzy,

- 214 -

Bo król nigdy nie kłamie. Owoż na rubieży
Jego państwa - powiada - niby hufce zbrojne
Zwierzęta jak świat światem krwawą toczą wojnę.
Od lat setek nienawiść tam z ojca na syna
Przechodzi - i odnawia się wojny przyczyna.
Czworonogi te, które dzieli waśń odwieczna,
Podobne są do lisów: to brać ich cioteczna.
Doprawdy nie wiemy,
Czy doszli do równej sztuki
Nawet ludzie epoki tej, w której żyjemy.
Posterunki graniczne, widety i szpiedzy,
Wycieczki i zasadzki: nie znalazłbyś luki
W tej przeklętej i zgubnej wiedzy.
Prowadzić będą wojnę aż do sił ostatka.
Córka Styksu - zarazem bohaterów matka -
Uczy te stworzenia
Fortelów i doświadczenia.
Któż opisze ich czyny? Acheron podwoje
Winien otworzyć chyba, zwrócić nam Homera -
Jeden Homer umiałby opisać te boje.
Skoro zaś Acheronu brama się otwiera,
Niechże powróci do nas rywal Epikura.
Cóż by o tych przykładach miał do powiedzenia?
To, co i jam powiedział: w zwierzęciu natura
Może zdziałać to wszystko jakby od niechcenia,
Własnymi środkami jedynie;
Że pamięć jest cielesna, a nie darem nieba.

- 215 -

Z przykładów zaś podanych w moim wierszu płynie
Wniosek, że zwierzętom pamięci tylko trzeba.
Postrzeżenie wracając aż do miejsca dąży,
Które wspomnień nazwałoby składem -
A drogą tą krąży
Za obrazów uprzednio nakreślonych śladem;
Zawsze ujęte niby niewzruszoną ramą,
Obrazy wciąż wracają koleją tą samą,
Ażeby - myśl tu żadnej nie odgrywa roli -
Do wciąż tych samych skutków przywodzić powoli.
Inna zgoła jest u nas działania przyczyna,
Albowiem w człeku wola nowe czyny rodzi,
A nie obraz lub instynkt. Człowiek mówi, chodzi,
To kończy jedno dzieło, to nowe zaczyna,
Czując rozumną siłę w sobie:
I cała cielesna machina
Słucha jej w każdym sposobie.
Że między ową siłą a ciałem różnica
Zachodzi - pojąć łacniej, niźli czym jest ciało.
(W nim główna tkwi tajemnica.)
Siła ta każdym naszym poruszeniem włada
Z akuratnością doskonałą;
Lecz gdzie kryje się zasada,
Że posłusznym jej jest ciało?
Nad problemem tym wielu już debatowało:
Kto rękę moją wodzi, gdy trzymam narzędzie
Posłusznie i do pracy mej dopasowane?

- 216 -

A kto gwiazdy prowadzi w ich zawrotnym pędzie?
Anioły może na te olbrzymy przysłane.
Duch żyje w nas i wszystkie porusza sprężyny
Naszej cielesnej machiny.
Wrażenie powstaje. Skąd się ono bierze?
Nie wiem. Dowiem się tego tylko w Bóstwa łonie.
A jeśli mówić szczerze -
Tu sekret wam odsłonię:
Sam Kartezjusz nie wiedział - to równa go z nami.
To tylko wiem, Irydo - choćbym przykładami
Zwierząt innymi jeszcze wzbogacił poema -
Że w stworzeniach tych ducha, tak jak u nas, nie ma.
Jedynie
Człowiek owego ducha stanowi świątynię.
Zwierzę jednak jest wyższe niż roślina licha,
Chociaż - przyznajmy jej to - roślina oddycha.
Lecz nie skończyłem jeszcze, ciąg dalszy znajdziecie -
I ciekaw jestem, co mi wtedy odpowiecie.

- 217 -

Dwa szczury, lis i jajo

Szukając raz żywności
Dwa szczury po społu
Znalazły jajo. Dla takich ichmości
Obiad suty - bo przecież nie zjedliby wołu.
Wesoło, z apetytem dwaj głodni panowie
Przystępują do uczty. Mieli po połowie
Zjeść ten specjał wyborny. Aż tu niespodzianie
Pan Mikita nadchodzi. Fatalne spotkanie.
Jakże zdobycz ocalić? Ratuj, dobry Boże!
Zapakować starannie i łapki przedniemi
Objąwszy nieść do domu? Albo też po ziemi
Toczyć, albo ciągnąć może?
Niesposób i ryzyko. Ale że podszeptu
Usłuchali potrzeby, matki wynalazku,
Nie zabrakło im konceptu.
Rabuś był jeszcze od nich o ćwierć mili; z lasku
Nos wytyka dopiero. Na grzbiecie się tedy
Kładzie jeden ze szczurów, ratując się z biedy,
Do brzucha cenną zdobycz przygarnia łapkami.
Drugi ciągnie za ogon. I tak zaroślami,
Nie zważając na wyboje,
Powrócili w progi swoje.
Czyż opowieść ta sądu waszego nie zmienia,
Że zwierzęta rozumu nie mają?
Gdybym ja władał nimi, mając dar tworzenia,

- 218 -

Dałbym im także rozum. Przyznają
(I każdy ku temu się skłania)
Rozum przecież i dzieciom. Czyż od lat zarania
Dziecię myśleć nie zaczyna?
Można więc myśleć nie znając siebie samego.
Wychodząc zaś z przykładu analogicznego
Powiadam wam, że rodzina
Zwierząt ma rozum własny. Innego rodzaju
Niźli rozum człowieka. Lecz to nie sprężyna
Ślepa, a znacznie więcej, mimo że w zwyczaju
Swym inaczej mniemacie.
A jeśli materii kruszynę
Tak uszlachetnię, że z trudem poznacie
Ową drobinę?
A gdy z atomu zdołam dobyć treści żywe
I esencje ze świetlnego promienia.
(Nie znane mi - lotniejsze i bardziej ruchliwe
Niźli migoty płomienia
I sam ogień?) Bo kiedy drzewo płonie z trzaskiem
A żar je kruszy,
Czyż płomień, oczyszczając się, nie może blaskiem
Dać nam pojęcia o duszy?
Czy złota nie wytopisz z ołowiu wnętrzności?
Dziełu memu bym nadał dwojakie zdolności:
Umiałoby odczuwać i wydawać sądy -
Sądy niedoskonałe tylko, tu rzecz cała;
Miałaby tym sposobem małpa swe poglądy,

- 219 -

Wiązać jednak logicznie by ich nie umiała.
Ludziom lepsze bym wiano przeznaczył w udziale,
Wyposażając mych braci wspaniale
W dwie dusze - pierwsza u wszystkich jednaka:
Mędrca i głupca, dziecka i prostaka,
Jak również u tych, co świat zapełniają,
A ludzie zwierząt miano im dają.
Drugą duszę dzielilibyśmy z aniołami -
Do pewnych granic dzielili.
Dusza ta, moi mili,
Z niebiańskimi falangami
Jak ogień lotna i przenikliwa,
W przestrzeń by się wzbijała,
I prawda to, choć osobliwa:
Mając początek, wiecznie by trwała.
Póki młodość wczesna i szczęśliwa,
Byłaby naszym udziałem,
Ta córa Niebios nieśmiałem
Drżeniem świeciłaby w ciele,
Niczym płomyk mdły, rozchybotany.
Lecz minęłoby lat niewiele
I wzmocniły się nasze organy:
Wtedy światło rozumu na świat by wyjrzało
Przebijając materii mroki,
Która wciąż by taiła niby mur wysoki
Duszę pierwszą - grubą i niedoskonałą.

- 220 -

Księga dziesiąta.

Człowiek i wąż

Człowiek ujrzawszy węża tak się doń odzywa:
„Uwolnię świat od ciebie, istoto złośliwa,
Musisz zginąć z mej dłoni.”
Gadzina chytra, lecz nie dość ostrożna
(Wąż nie człowiek - zbyt łatwo omylić się można),
Nie uszła żwawej pogoni.
Uwięziona w worku z płótna,
Gdy ją czeka śmierć okrutna,
Rzekł człowiek: „Twoja zguba albo ocalenie
Od mojej woli zależy jedynie,
Chcę jednak tobie dowieść, nikczemne stworzenie,
Że sprawiedliwie i w myśl prawa czynię
Karząc na gardle istotę tak podłą.
Kodeks kar głównych wyraźnie orzeka,
Że wąż, niewdzięczności godło,
Podlega zemście człowieka,
I jak powiada ów aksjomat znany,
Kto złym pobłaża, godzien jest nagany.”
„Stój - rzecze wąż - jesteś w błędzie:
Jeśliby zawsze i wszędzie,
Bez przywilejów i żadnej różnicy,
Śmierć ponosili wszyscy niewdzięcznicy,
Świat zmieniłby się w pustynię.

- 221 -

Twa wsławiona sprawiedliwość
To widzimisię, samolubstwo, chciwość.
Zabij mnie, ale w ostatniej godzinie
Krótko i szczerze powiadam waszmości,
Że symbolem niewdzięczności
Jest człowiek, nie wąż.” - „Płocha to obrona -
Człowiek odrzecze - jestem w swoim prawie,
Lecz w dowód bezstronności zezwalam łaskawie:
Wytocz skargę przed krową, niech ciebie przekona.”
Wysłuchawszy stron obu, jejmość pani krowa
Rzecze te słowa:
„Któż w niewdzięczności zrówna się z człowiekiem?
Ja go żywię swoim mlekiem,
Nad zgonem cieląt łzy leję,
A kiedy się zestarzeję,
Spokojnie umrzeć mi nie da:
Jeśli utyję, rzeźnikowi sprzeda,
Jeżelim chuda, jadła dać nie raczy,
Lecz zarznie i skórę zdziera.
Jest to samolub, niewdzięcznik i sknera,
Wąż lepszy.” - „Stara dziwaczy -
Rzekł człowiek - niech wół rozsądzi,
Kto z nas ma słuszność, kto błądzi.”
Wół, całą sprawę przetrawiwszy ściśle,
Tak rzekł po długim namyśle:
„Ja ciężkim pługiem twardą ziemię orzę,
Ja do stodół wiozę zboże,

- 222 -

Tracę siły w skwarne lato,
A za to
Biorę plagi z ręki pana
I garstkę słomy lub siana.
A gdy przyjdą lata stare,
Czeka mię zaszczyt, że w swojej dobroci
Niewdzięcznik rogi mi złoci
I bogom rznie na ofiarę.”
„Milcz! - przerwie człowiek - dość tego!
Jam wybrał cię na sędziego,
Skądże się waszeć ośmiela
Grać rolę oskarżyciela?
Niech w ostatniej instancji rozsądzi nas drzewo.”
Z tym było jeszcze gorzej. „Słuchaj - drzewo rzecze -
Zły i niewdzięczny człowiecze,
Ja ci dostarczam cienia, chronię przed ulewą,
Na wiosnę daję kwiaty, owoce w jesieni;
Jakże twe plemię dary moje ceni?
Gdy zimy nadejdzie pora,
Rzucasz dobrodziejstw pamięć i nadzieję,
Drzewo twe członki skostniałe ogrzeje,
Niechaj więc drzewo ginie od topora.
Wąż zatem wygrał sprawę.” Lecz człowiek nie słucha:
„Ja ją wygrałem - rzecze - bo siła zwycięża!”
I machnął workiem od ucha,
Palnął w kamień, zabił węża.
Tak czynią wielcy panowie.

- 223 -

Coś im się roi po głowie,
Że przez jakiś przywilej (kat go tam wie jaki)
Dla nich Bóg wszystko stworzył: czworonogi, ptaki,
Węże i ludzi-bydlęta.
Kto zaprzeczy, ten głupiec. Głupiec - prawda święta!
Lecz cóż robić? Po prostu, mówiąc między nami,
Myśl, co chcesz, ale język trzymaj za zębami.

- 224 -

Żółw i dwie kaczki

Żółw, z rodu tych, co się szczycą,
Że bywali za granicą,
Chciał naśladować przodków obyczaje
I odwiedzić przodków kraje.
Bowiem w zwierzęcej, jak w ludzkiej, naturze
Sprzeczność na każdym kroku się objawia:
Głuchy lubi muzykę, kulawy podróże,
Każdy gani, co swoje, a cudze wysławia.
Żółw, gdy w nim ta chęć urosła,
Zwierzył się pod sekretem z zamiaru podróży
Kaczkom, co się pluskały w pobliskiej kałuży.
„Brawo! - krzyknęły kaczki - myśl chwalebna, wzniosła,
Myśl zaiste godna głowy.
I nam już odlecieć pora,
Więc jeśli chcesz, dziś z wieczora
Zabierz się z nami, a koszt do połowy.”
„Ba, wolne żarty - żółw gniewny powiada -
Jakże się puszczę w nadpowietrzną drogę,
Kiedy ledwie łazić mogę?”
„Fraszka! - odrzekły kaczki - i na to jest rada.
Oto kij: chwyć go zębami,
My ujmiemy końce w dzioby
I polecisz razem z nami
Ponad góry, ponad chmury,
A za trzy lub cztery doby

- 225 -

Miniem lądy, miniem wody,
Obce ziemie i narody,
Oblecimy ziemię całą.
Dalej w drogę, tylko śmiało!
Lecz, bracie, nie żałuj gęby:
Trzymaj ostro, ściskaj zęby.”
Żółw kij chwycił jakby w kleszcze,
Lecą nad miasta i sioła.
„Patrzcie! - lud zdumiony woła -
Dziwo, cud nie znany jeszcze!
Toż to żółw między kaczkami,
Król żółwi, żółw nad żółwiami!
„Tak jam monarchą” - żółw z dumą powiada.
Mówiąc, kij z zębów wypuszcza, upada,
I ten, co królem mienił się zuchwale,
Zginął, rozbity na skale.
Znane to w świecie przywary:
Gadulstwo, czcza ciekawość i próżność bez miary.
Zawsze idą po społu, a gdzie zawieść mogą -
Los tego żółwia niech będzie przestrogą.

- 226 -

Czapla, ryby i rak

Czapla stara, jak to bywa,
Trochę ślepa, trochę krzywa,
Gdy już ryb łowić nie mogła,
Na taki się koncept wzmogła.
Rzekła rybom: „Wy nie wiecie,
A tu o was idzie przecie.”
Więc wiedzieć chciały,
Czego się obawiać miały.
„Wczora
Z wieczora
Wysłuchałam, jak rybacy
Rozmawiali: „Wiele pracy
Łowić wędką lub więcierzem;
Spuśćmy staw, wszystkie zabierzem.
Nie będą mieć otuchy,
Skoro staw będzie suchy.”
Ryby w płacz, a czapla na to:
„Boleję nad waszą stratą:
Lecz można złemu zaradzić
I gdzie indziej was osadzić
Jest tu drugi staw blisko,
Tam obierzcie siedlisko.
Chociaż pierwszy wysuszą,
Z drugiego was nie ruszą.”
„Więc nas przenieś” - rzekły ryby.

- 227 -

Wzdrygała się czapla niby;
Dała się na koniec użyć,
Zaczęła służyć.
Brała jedną po drugiej w pysk, niby nieść mając
I tak pomału zjadając;
Zachciało się na koniec skosztować i raki,
Jeden z nich widząc, iż go czapla niesie w krzaki,
Postrzegł zdradę, o zemstę zaraz się pokusił;
Tak dobrze za kark ujął, iż czaplę udusił.
Padła nieżywa:
Tak zdrajcom bywa.

- 228 -

Skąpiec i złodziej

Sknera, co zgromadził krocie,
Rozmyślał w wielkim kłopocie,
Komu powierzyć swoje kapitały.
W tym sęk! I to sęk niemały!
„Słuchajcie, kumie, mam trochę grosiwa,
Chować w domu - czysta strata:
To grosz, to złoty, to talar ubywa,
Raz nawet(wstyd powiedzieć) wydałem dukata!
Sam się okradam. Poradźcie mi, kumie,
W swym delikatnym rozumie,
Co począć, przecie was nie bito w ciemię.”
„Co począć - chytry kum rzecze -
Po prostu zakopać w ziemię,
Stamtąd i grosz nie uciecze.”
Dobra rada! Nocną porą
Biorą złoto, rydle biorą,
Zakopali, przysypali,
Udeptali i tam dalej.
W kilka dni przyszła skąpcowi ochota
Zajrzeć do złota,
A złota ani śladu. Rozważa i duma,
Nareszcie idzie do kuma:
„Kumie, jeszcze raz tej nocy,
Zażądam waszej pomocy:
Zebrałem wór dukatów; niech razem z tamtymi

- 229 -

Idzie do ziemi.”
Złodziej-kum myśląc, że bez mozołu
Wszystko ułowi,
Co wprzódy ukradł, znów schował do dołu.
W to graj skąpcowi!
Znowu do domu swoje skarby bierze,
I wyleczony z wady, poprzysięga szczerze,
Dzielić się z przyjaciółmi zebranym dobytkiem,
Użyć owoców pracy; a kum odszedł z kwitkiem.
Stąd to nauka, prawdziwa, choć krótka,
Że można i oszusta wystrychnąć na dudka.

- 230 -

Wilk i pasterze

Raz poczciwe wilczysko, rzeźnik z powołania,
Ale tkliwy z natury, łzą zrosiwszy oko
Rzekł, zdjęty skruchą głęboką:
„Za co te nienawiści, te prześladowania?
Każdy pies, każdy człowiek za mną się ugania;
Na mnie strzelcy dla zabawy
Robią obławy,
Mną matka straszy swe dziecię,
Za mną głowę w całym świecie
Zabójcom płacą nagrody;
Dlaczego? Ot, że przypadkiem
(I z potrzeby, Bóg mi świadkiem)
Ukradnę jagniątko z trzody.
Chcecie, bym nie kradł, bym owiec nie zjadał?
Chcecie, bym życie postradał?
Dobrze! Na wszystko się zgodzę:
Wasza nienawiść duszę mi rozrywa!
Już ta dola nieszczęśliwa
Zbrzydła mi srodze.
Od dziś dnia zatem mięso jeść przestanę.
W pokucie pędząc życie opłakane
Będę gryzł trawę... może zdechnę z głodu,
Lecz do skarg nie dam powodu.
A wreszcie, lepiej umrzeć niż w pohańbieniu,
Na wstyd i wzgardę wszelkiemu stworzeniu!”

- 231 -

Tak mówiąc, gdy lasem bieży,
Ujrzał pasterzy.
Skrada się z cicha, ostrożnie,
Patrzy: przy ogniu się piecze
Jagnię na rożnie.
„Hola! - zawoła - obłudny człowiecze,
Za moje zbrodnie bierzesz zemstę krwawą,
A sam, jaką żyjesz strawą?
Rżniesz owce, zjadasz mięso, a psy kości chrupią!
Pójdę w twe ślady, rzucam skruchę głupią,
Na licha mi ceregiele:
Dobry przykład idzie z góry!”
To rzekłszy, nie myśląc wiele,
Między trzodę skoczył śmiało,
Capnął owcę w swe pazury,
Czmychnął - śladu nie zostało.
Ja wilka uniewinniam. „Co bajesz? Pfe, zgroza!
Taki hultaj wart powroza!”
O, nie tak bardzo, panowie pasterze,
Bo mówiąc prosto i szczerze,
Gdyby miał siłę i władzę,
Równą zbójeckiej odwadze,
Zyskałby poklask. U was gdy zachcenia wilcze...
Eej, lepiej milczeć - zamilczę.

- 232 -

Pająk i jaskółka

„Jowiszu, ratuj, bo już z głodu ginę,
Miej litość nad moim losem!
Jaskółka wszystkie muchy sprząta mi przed nosem,
To, czym ja żyję miesiąc, ona zje w godzinę.
Wszak przędę dość mocne siatki
I opływałbym w dostatki,
Gdyby nie ona,
Nienasycona i uprzykrzona.
Nieraz słyszę: mucha bzyka,
Jeszcze chwilka - wpadnie w sieci.
Gdzie tam! Jaskółka przyleci,
Cap za muchę i umyka.
Ma przecież na swe biesiady
Inne owady,
Ja zaś jedynie muchami się żywię,
Czemuż mi je zabiera? Czy to sprawiedliwe?”
Kiedy tak pająk nad swą dolą biada,
Jaskółka widząc muchę, że blisko się błąka,
Między pajęczynę wpada,
Porywa sieć i pająka.
Z woli Jowisza przy życia biesiadzie
Zręczność i siła rej wiedzie,
A gdzieś na szarym końcu prostaczków gromada
Okruchy zjada.

- 233 -

Król i pasterz

Onego czasu pewien pasterz młody
Strzegł wiernie królewskiej trzody.
Owce, jagnięta jak na drożdżach rosły,
Słowem, szło wszystko jak z płatka.
Wierność to cnota na świecie tak rzadka,
Że o pasterzu wieści się rozniosły
Aż do królewskiego dworu.
Król, nie chcąc rzeczy ocenić z pozoru,
Odwiedził ustronne niwy,
Gdzie ze swą trzodą żył pasterz szczęśliwy,
I ocenił w czas niedługi
Wiernego stróża zasługi.
Rzekł zatem: „Twoja cnota słuszny podziw budzi,
Rzuć trzodę, jesteś godzien być pasterzem ludzi.
Niezłomną prawość nagradzając w tobie,
Najwyższym sędzią królestwa cię robię.”
Pasterz, od świata żyjący z daleka,
Gdy wiódł swoje owieczki nad brzegi strumyka,
Jednego tylko widywał człowieka -
Pustelnika.
Nie znał więc ludzi, nie znał dworskiej wrzawy,
Lecz miał zdrowy rozsądek, cnotę, umysł prawy,
A te przymioty i zawsze, i wszędzie
Najwięcej znaczą na każdym urzędzie.
Mądrze więc dzierżył ku królewskiej chwale

- 234 -

Sprawiedliwości wielowładną szalę.
Pustelnik w czasu niewiele
Rzuca swą odludną celę,
Przybywa do pasterza. „Powiedz, to sen może?
Ty ulubieńcem króla! Lecz wyznam w pokorze,
Śliskie są królewskie progi.
Radzę, posłuchaj przyjaznej przestrogi:
Nie ufaj łasce, nie dowierzaj sobie,
Strzeż się dworaków, może już w tej dobie
Na zgubę twą zdradnie czyha
Zawiść i pycha.”
Zaśmiał się pasterz, a pustelnik na to:
„Łaska, jak widzę, nieprzezornym czyni,
Pomnij, że zmienną jest losu bogini,
A wzgarda możnych zwykłą cnót zapłatą.
Jesteś, jak ów ślepy, co szukając kija,
Wziął w rękę żmiję od mrozu skostniałą.
„Stój! Zawołał przechodzień, co czynisz, to żmija!”
„To kij” - „To żmija, mówię! Na cóż by się zdało
W błąd cię wwodzić?” - „Nikt waści o radę nie pyta,
Zazdrościsz, żem ja znalazł kij, nie ty... i kwita!”
Tymczasem, gdy niebaczny cieszy się z odkrycia,
Gad, ciepłem ocucony, pozbawia go życia.
I z tobą tak się stanie, może gorzej jeszcze.”
„A cóż nad śmierć gorszego?” - „Tysiączne zgryzoty,
Obawa hańby, sromoty
Będą krwawić twą duszę.” Te wyrazy wieszcze

- 235 -

Sprawdziły się niebawem. Przez niecne zabiegi
Przedajnych świadków zebrano szeregi,
Skargę przed króla wniósł motłoch potwarczy,
Że sędzia swymi wyroki frymarczy,
Że okłamując świat udaną cnotą,
Stawia pałace za przekupstwa złoto.
Król spieszy w sędziego progi
I widzi wszędzie świadectwo prostoty:
Nagie ściany, sprzęt ubogi.
Oszczercy nie umilkli. „Gromadzi klejnoty,
Żyje skromnie jak odludek,
Lecz ma w komnacie skarbów pełną skrzynię
Zamknięta na dziesięć kłódek,
Ona zaświadczy o jego przewinie.”
Otwiera pasterz zamki: widok niespodziany!
Zamiast klejnotów łachmany,
Stara odzież wieśniacza! „Oto skarby moje -
Rzecze - kiedym je nosił, biedny, lecz szczęśliwy,
Omijała mię zawiść, troski, niepokoje.
Biorę je znów i wracam na rodzinne niwy,
Rzucam wielkość złączoną z cierpienia nawałem,
Królu, gdym był u szczytu, cios ten przeczuwałem,
Lecz żal mi było przerwać rozpoczętą drogę,
Wiedząc, że moim bliźnim dobrze czynić mogę,
Bo któż, co sprawiedliwie swą wartość ocenia,
Powie, iż nie ma żądzy sławy i znaczenia?”

- 236 -

Pasterz i ryby

Antosia miała raz chętkę
Rybki ułowić na wędkę,
A niedaleko
Nad rzeką
Siadł Antoś grając na flecie.
Dlaczego? Bo wiedział przecie,
Że wszystkie we wsi dziewczęta
Wielbią pasterza talenta.
Zasłynął na okolicę
Jako mistrz w śpiewie, w muzyce.
A więc nadzieja go łechce,
Że plemię rybek też zechce
W zasadzki zbliżyć się stronę,
Dźwiękami fletu zwabione.
Gra więc i dmucha, i dmucha,
Lecz żadna rybka nie słucha,
Każda unika
Haczyka.
A wiec na sposób się bierze,
Flet rzuca, chwyta więcierze
I ukochanej Antosi
Obfity połów przynosi.
Kto zdrady nie słucha głosu,
Nie zawsze od złego losu
Rozumem swym się wywinie.

- 237 -

Bowiem w ostatniej godzinie
Może go schwytać do matni
Siła, argument ostatni.
O biedne rybki, wszak wiecie,
Że przemoc prawem jest w świecie!

- 238 -

Lwica i niedźwiedzica

Goniąc za zwierzem przez pustyń obszary,
Strzelec porwał z lwiej pieczary
Jejmości lwicy najmilsze dzieciątko,
Lwiątko.

Powraca matka, nie znajduje syna,
I srogim żalem przejęta,
Straszliwie ryczeć zaczyna.
Pierzchają w trwodze zwierzęta,
Kto żyw, ukrywa się w norze,
Choć noc zapadła, nikt zasnąć nie może,
Bo lament lwicy zbolałej
Wstrząsa bór cały.

Aż wreszcie Niedźwiedzica rzecze do sąsiadki:
„Powiedz mi, wszak cielątek i jagniąt niemało
Przez twe ząbki na tamten świat powędrowało,
Czyliż one nie miały ni ojca, ni matki?”
„Miały.” - „Jednak sąsiadom nie suszyły głowy
Osierocone owce i stroskane krowy,
W skrytości serc płakały nad stratą dzieciątek.
Czemuż ty jedna masz czynić wyjątek?
Milcz, jak one milczały, oto moja rada.”

- 239 -

„Co? Ja mam milczeć po utracie syna!
Któż mi go wróci? Ach, biada mi, biada!
Nieszczęsna moja godzina!
Co mnie obchodzą czyjeś tam rozpacze,
Gdy ja boleję i płaczę!”
Człowiecze! Gnębią ciebie twe własne cierpienia:
Czemuż na krzywdy bliźnich masz serce z kamienia?

- 240 -

Talizman i dwaj wędrowcy

Droga do sławy po różach nie wiedzie.
Dwaj wędrowcy, w wielkiej biedzie,
Szukając szczęścia w nieznanej krainie,
Szli przez pustynię.
Alić nad brzegiem potoku
Zjawia się nagle ich oku
Słup, na nim napis wyryty:
„Wędrowcze, jeśli pragniesz niezłomnie i szczerze
Ujrzeć to, za czym błędni gonili rycerze,
Posiąść dostatki i wielkie zaszczyty -
Silnym ramieniem przepłyń bystre fale.
Po drugiej stronie na skale
Zobaczysz słonia z kamienia,
Weź go na barki i nieś bez wytchnienia
Na stromą górę, której szczyt wysoki
Dumnie sterczy nad obłoki.”
Jeden wędrowiec czyta, kręci głową,
Pilnie waży każde słowo
I tak powiada:
„To płochy żart albo zdrada.
Potok się zdaje ciężki do przebycia -
Szkoda sił, szkoda życia!
A jeżeli (dajmy na to)
Bez szwanku go przepłyniemy,
Cóż będzie naszą zapłatą?

- 241 -

Słoń kamienny, głuchy, niemy!
Gdzież siłacz, co go uniesie?
Chyba ty, o Herkulesie!”
„Ja popłynę” - rzekł drugi. - „Ha, szczęśliwej drogi!
Chcesz skręcić kark złamać nogi,
Wolna wola. Co do mnie, bez ogródki powiem,
Nie chcę się rozstać z życiem lub ze zdrowiem
Dla jakiejś głupiej przygody.”
To rzekłszy, nad potokiem wstrzymał swoje kroki.
Towarzysz bez wahania skoczył w nurt głęboki,
Przepłynął spienione wody,
Zobaczył słonia - resztę sił wytęża,
Niesie go z trudem na szczyt stromej skały
I spostrzega gród wspaniały.
Wtem słoń głos wydał. Ze szczękiem oręża
Zbrojnych gromada
Z miasta wypada
I bieży na wędrowca. Lecz ten bez obawy
Sposobi się na bój krwawy
I śmierć godną bohatera
Zamiast ucieczki wybiera.
Nowy dziw: rycerskie roty,
A za nim naród cały,
Królem swym go obwołały
W nagrodę męstwa i cnoty.
Nie dał się długo prosić, bo był tego zdania,
Że kto słonia niósł, zniesie ciężar panowania.

- 242 -

Do wielkich czynów niewiele pomaga
Zbytnia przezorność i zimna rozwaga.
Zapał, nie mędrkowanie, odnosi zwycięstwo,
Bo Fortuna jest ślepą i ślepym jest męstwo.

- 243 -

Królewicz, magnat, kupiec i pasterz

Wzdęta burzą wód głębina
Rzuciła kiedyś na obce wybrzeża
Kupca, magnata, królewskiego syna
I pasterza.
Nic nie unieśli z rozbicia
Prócz życia.
Cóż miało począć to grono podróżne?
Umierać z głodu? Prosić o jałmużnę?
A głód doskwierał. Więc nie tracąc czasu
Siedli wśród lasu
I zaczęła się narada.
Królewicz na losy biada:
Jakże śmiał dotknąć cios niezasłużony
Jego, dziedzica korony!
Rozprawiał o tym długo i szeroko.
Magnat nos zwiesił, kupiec łamał dłonie
I łzawe przecierał oko,
Tylko pasterz w całym gronie
Radził złej doli w oczy spojrzeć śmiało.
„Nie płaczcie - mówił - na co to się zdało?
Ot, lepiej niech każdy szczerze
Do roboty się zabierze,
Świat cały przecie można obejść pracą.”
Pasterz śmiał to powiedzieć? Zuchwalec! Ladaco!
Śmiał wyrzec mądre zdanie przy królewskim synu

- 244 -

Człowiek z gminu!
Szczęściem, że ludzi niedola jednoczy,
Więc mu to uszło na sucho.
Kupiec westchnął, obtarł oczy
I rzecze z dobrą otuchą:
„Gdy wedle pasterza zdania,
Praca ma być naszym celem,
Zostanę nauczycielem.
Będę uczył mnożenia i odejmowania.”
„Ja - rzekł królewicz - moi przyjaciele,
Kurs dyplomacji otworzę.”
„Ja zaś - rzekł magnat - nie umiem zbyt wiele,
Więc ujeżdżalnię założę.”
„W tych słowach - odparł pasterz - dobra chęć się mieści,
Lecz miesiąc ma dni trzydzieści,
Nim za naukę zyskacie pieniądze,
Wprzód wszyscy pójdziem do grobu;
Cały wasz rozum, jak sądzę,
Nie znajdzie na to sposobu.
W biedzie dłoń więcej znaczy niźli głowa:
Dłoń was od śmierci zachowa.”
Poszedł do lasu, chrust powiązał w pęki,
Sprzedał go w mieście i pracą swej ręki
Żywił ich cały miesiąc. Mimo swej mądrości,
Byliby do Plutona poszli jak najprościej
Wykładać politykę i odejmowanie.
Czyż nie prawda, że w biedzie dłoń za głowę stanie?

- 245 -

Cenną rzeczą jest mądrość, lecz gdy głód dokuczy,
Nieraz mędrca prostaczek rozumu nauczy.

- 246 -

Księga jedenasta.

Chłop, lis i pies

Lis, wyjadacz starej daty,
Co różne w życiu przebył tarapaty,
Nadaremnie przez czas długi
Kręcił się koło kurnika.
Przepłoszony raz i drugi,
Z dala wietrzy, ślinkę łyka,
Widzi kury i koguty,
I kurczęta, i kapłony
I głodem wielce dręczony,
Chodzi jak struty.
„Tfu, do licha! - pomyślał - jam nie bity w ciemię,
A znoszę takie męczarnie!
Dokądże to chamskie plemię
Drwić ze mnie będzie bezkarnie?
Śledzę, czatuję od zmroku do świtu,
I już mi nawet konceptu nie staje
Na lada figiel wart lisiego sprytu.
Biedzę się, trudzę, aż mi pęka głowa,
A chłop wykarmi, utuczy, sprzedaje
I bez zachodu grosz do skrzyni chowa.
Onegdaj wpadł mi w łapy jakiś kogut stary:
Twardy, chudy, jak trzaska, sama skóra, kości,
A przecie (wstyd powiedzieć), szczęśliwy bez miary,

- 247 -

Zjadłem go płacząc z radości!
Czekaj, chłopie! Masz rygle, masz wrota i pieski,
Lecz jam ci przysiągł zemstę do grobowej deski,
Zobaczym, czyje na wierzchu.”
Kiedy to mówił, o zmierzchu
Wraca chłop z karczmy po kwaterkach pięciu;
Zatoczył się do chaty, padł koło komina
I w Morfeusza objęciu
Chrapać zaczyna.
Tego czekał lis zażarty.
Gdy noc zapadła, do kurnika bieży,
Patrzy - i oczom nie wierzy:
Kurnik otwarty!
Dał susa i na początek
Zadusił troje pisklątek;
Potem wziął się do kokoszy,
Chwyta, goni, łowi, płoszy,
Gryzie i dławi,
We krwi się pławi,
A gdy już zemstę nasycił zajadłą,
Porwał, co mu w paszczę wpadło,
Resztę zostawił i nie tracąc czasu
Drapnął do lasu.
Nad ranem chłop wytrzeźwiał; wziął przetak pośladu
I jeszcze na wpół senny powlókł się do sadu,
Kędy stał kurnik. Wszedł w otwarte wrota -
Leżą kurczęta, kapłony, koguty!...

- 248 -

„O rety! - krzyknie - lis tu był, niecnota!
Gdzie pies? A łotr! A zdrajca! A skóra na buty!
Dać tu psa? Już parobek ciągnie go za ucho.
„Ha, psisynu! - chłop krzyknął - czy widzisz tę szkodę?
Nie ujdzie ci to na sucho:
Kamień do szyi - i w wodę!
Czemuś nie szczekał, czemuś nie ujadał,
Gdy lis do kur się zakradał?
Ty jesteś sprawcą mej straty!
Na ten raz jeszcze daruję ci życie,
Lecz abyś służbę pełnił należycie,
Dostaniesz baty.”
„Szczekałem ci ja - pies odrzecze na to -
Lecz ty, wróciwszy wieczorem
Tak... niby... pod dobrą datą,
Drzwi zostawiłeś otworem.
A potem... i jam zasnął, wyznaję to szczerze,
Bo jeśli tobie wcale się nie chciało
Dbać o swe mienie, dlaczegoż ja, zwierzę,
Mam być mędrszym od ciebie i czuwać noc całą?”
W ustach człowieka takie argumenta
Byłyby wielce cenione,
Lecz gdy je na swą obronę
Zechcą przywodzić bydlęta,
To bajki, brednie wierutne!
I pies z tej racji wziął cięgi okrutne.

- 249 -

Na co psa winić? Chcecie nie być stratni,
Wstańcie pierwsi do pracy - idźcie spać ostatni.
Przez posty wilk nie tyje - jest to prawda święta.
I człek się nie zbogaci przez plenipotenta.

- 250 -


Click to View FlipBook Version