się w porę i nie wymówił straszliwej nazwy. - Hm... hm... tej
wyspy, o której Waszej Królewskiej Mości opowiadałem.
- To mi się nie podoba - rzekł król marszcząc brwi.
- Wasza Królewska Mość nie ma potrzeby się obawiać -
przerwał pośpiesznie doktor - żaden z jego poddanych nie będzie
nigdy zmuszony do wylądowania na tej wyspie. Zagraniczny
urząd pocztowy będzie się mieścił w łodzi zakotwiczonej dość
daleko od wybrzeża. Pomoc ze strony urzędników poczty w
Fantippo nie będzie mi wcale potrzebna. Przeciwnie: stawiam
warunek, aby wyspę, o której mówię, pozostawić w spokoju. Chcę
pocztę zagraniczną prowadzić sam na swój własny sposób i przy
pomocy moich własnych, specjalnych urzędników. Jeśli
mieszkańcy Fantippo będą chcieli wysyłać listy do obcych
krajów, muszą je przewozić czółnem do mojej łodzi. Ale
adresowane do nich listy będą im regularnie doręczane zwykłym
sposobem - za pomocą skrzynek na drzwiach. Co Wasza
Królewska Mość o tym sądzi?
- Daję moje zezwolenie - rzekł król - ale na wszystkich
znaczkach musi być wizerunek mego pięknego oblicza.
- Oczywiście - powiedział doktor. - Tylko musimy wyraźnie
ustalić, że odtąd cała poczta zagraniczna będzie obsługiwana
przez moich własnych urzędników, moim własnym systemem.
Ale nad pocztą krajową w Fantippo, gdy już ją uruchomię
całkowicie, musi Wasza Królewska Mość czuwać, aby dalej
funkcjonowała prawidłowo. Jeśli Wasza Królewska Mość się
zgodzi, mogę zapewnić, że za kilka tygodni królestwo Fantippo
będzie miało najlepiej działającą pocztę na całym świecie.
Po czym Jan Dolittle zaczął znowu naradzać się ze Śmigłym i
polecił mu rozesłać ptaki na wszystkie strony świata z wieścią,
aby przywódcy mew, mysikrólików, srok, sępów, drozdów,
jaskółek, czyżyków, pingwinów, jastrzębi, dzikich gęsi i
- 51 -
wszelkich innych gatunków ptaków zgromadzili się na Wyspie
Niczyjej, gdyż doktor Dolittle chce z nimi mówić.
A doktor powrócił do swoich zajęć i starał się dalej organizować
wewnętrzną pocztę w Fantippo.
Tymczasem dzielny Śmigły rozesłał orędzie naokoło świata; i
ptak ptakowi przekazywał wieść, że doktor Dolittle, słynny doktor
zwierząt, chce się zobaczyć z przywódcami wszystkich dużych i
małych ptaków. Ptaki zaczęły więc przylatywać do doliny Wyspy
Niczyjej. Po trzech dniach Śmigły mógł oznajmić doktorowi, że
wszystkie ptaki przybyły i czekają na niego.
Doktor Dolittle wsiadł więc do pięknej, dużej łodzi, danej mu
do rozporządzenia przez króla Koko, i przypłynął w niej do stóp
wzgórza, z którego poprzednio oglądał piękną dolinę raju
zwierząt. Wraz ze Śmigłym, siedzącym na jego ramieniu,
spoglądał teraz w dół na morze głów ptasich, gdyż od kolibrów do
albatrosów stawiły się wszystkie rodzaje. Wziął liść palmowy i
zwinąwszy go w trąbkę, aby być lepiej zrozumianym, wygłosił
wielkie przemówienie do przywódców ptaków, które miały
współpracować ze słynną jaskółczą pocztą.
Gdy doktor skończył mówić, ptaki, które nadleciały ze
wszystkich stron świata, wyraziły swoje zadowolenie gwizdem,
szczebiotem, krakaniem, biciem skrzydeł. Wynikł z tego taki
straszny hałas, że tubylcy z Fantippo szeptali do siebie o wielkiej
walce smoków na Wyspie Niczyjej.
Potem doktor Dolittle wyjął notes i wdał się w rozmowę z
każdym z przywódców po kolei, zadając mu pytania dotyczące
znaków używanych przez ptaki jego gatunku. Doktor zapisywał to
wszystko i wziął notatki ze sobą do domu, aby całą noc
zapoznawać się z nimi. Obiecał, że nazajutrz wróci.
Na drugi dzień przepłynął znów na wyspę i w dalszym ciągu
omawiał, przygotowywał i opracowywał wszystko.
- 52 -
Zostało postanowione, że swój główny urząd mieć będzie
poczta jaskółcza na Wyspie Niczyjej, filie zaś jej znajdować się
będą na przylądku Horn, w Grenlandii, na Tahiti, w Kaszmirze,
Tybecie i Puddleby nad rzeką Marsh. Większość linii pocztowych
była tak urządzona, że ptaki, które spędzały zimę w innym kraju, a
na lato wracały do ojczyzny, miały zabierać listy podczas tych
regularnych corocznych podróży. A ponieważ są i takie ptaki,
które prawie co tydzień przelatują z jednego kraju do drugiego,
- 53 -
więc w ten sposób poczta mogła być załatwiana bez wielkich
trudności.
Rozumie się, że przybyły również i ptaki, które nie opuszczają
nigdy, nawet w zimie, swego kraju rodzinnego. Ich przywódcy,
otoczeni specjalną opieką innych ptaków, przylecieli również na
wezwanie doktora, aby mu okazać swoją gotowość. Ptaki te
obiecały, że przez cały rok będą czuwać nad listami
dostarczanymi do ich ojczyzny i rozprowadzać je wśród
adresatów.
W ten sposób w ciągu pierwszych dni ustalono cały plan
działania.
Następnie doktor Dolittle i przywódcy zgodzili się na jeden
określony, prosty, jasny alfabet dla wszystkich ptaków, aby ptaki
pocztowe mogły z łatwością zrozumieć i odczytać adresy na
kopertach. Wreszcie doktor odesłał wszystkie ptaki z powrotem
do domów, aby mogły nauczyć swych krewniaków nowego
alfabetu i zaznajomić ptaki całego świata z organizacją poczty,
która miała się przyczynić do podniesienia poziomu życia i
wychowania mieszkańców świata zwierzęcego.
Potem doktor Dolittle poszedł do domu i wyspał się porządnie.
Nazajutrz rano dowiedział się, że łódź przeznaczona na urząd
pocztowy, którą król Koko kazał dla niego sporządzić, jest już
gotowa i wygląda ślicznie. Umieszczono ją na kotwicy w pobliżu
Wyspy Niczyjej. Następnie przeniesiono tam Dab-Dab, Jipa, Tu-
Tu, Geb-Geb, dwugłowca i białą myszkę. Doktor Dolittle zwinął
swój dom na głównej ulicy w Fantippo i do końca swego pobytu
w kraju króla Koko mieszkał w urzędzie poczty zagranicznej.
Doktor Dolittle wraz ze swoimi zwierzętami miał teraz
mnóstwo roboty, gdyż trzeba było wszystko zorganizować,
umeblować, cały lokal zaopatrzyć w szuflady na znaczki i karty
pocztowe, w wagę, w torby do sortowania listów i w tym podobne
- 54 -
przedmioty. Dab-Dab jak zwykle prowadziła gospodarstwo i
dbała o to, aby wszędzie było co dzień czysto sprzątnięte i
zamiecione. Jip był dozorcą i pilnował punktualnego zamykania
wieczorem i otwierania rano budynku pocztowego. Tu-Tu,
najlepsza matematyczka, prowadziła książki i rachunki zapisując,
ile znaczków zostało sprzedanych i ile pieniędzy wpłynęło za to
do kasy. Jan Dolittle siedział przy okienku w dziale informacji i
odpowiadał na setki pytań, które ludzie zadają we wszystkich
urzędach pocztowych. A obowiązkowy, niezawodny Śmigły
kręcił się tu i tam, i wszędzie. Pierwszy list został nadany przez
Pocztę Jaskółczą w następujący sposób: pewnego dnia król Koko
zjawił się we własnej osobie, wsunął swoje szerokie oblicze w
okienko i zapytał:
- Jaka linia pocztowa jest najszybsza na świecie?
- Angielska poczta szczyci się tym, że list z Londynu do Kanady
może przesłać w ciągu czternastu dni.
- Mam tutaj list do przyjaciela - powiedział król - który posiada
salon czyszczenia butów w Alabamie. Zobaczymy, jak szybko
będziesz mi mógł przynieść odpowiedź na ten list.
W istocie doktor Dolittle nie uruchomił jeszcze poczty
zagranicznej i chciał to zakomunikować królowi, ale Śmigły
skoczył na biurko i szepnął:
- Niech mi pan da ten list. Pokażemy mu!
Potem zawołał Świergotkę-Gońca i powiedział do niej:
- Zanieś ten list, jak tylko możesz najprędzej, na Wyspy
Azorskie. Tam spotkasz białoogoniaste skowronki z Nowej
Karoliny, które teraz wybierają się w podróż do Stanów
Zjednoczonych. Daj im ten list i powiedz, żeby jak najprędzej
przyniosły tutaj odpowiedź.
Świergotka poleciała jak błyskawica.
- 55 -
O godzinie czwartej po południu oddał król swój list j na pocztę.
Kiedy zaś Jego Królewska Mość obudził się nazajutrz i zasiadł do
śniadania, odpowiedź leżała już obok jego nakrycia!
- 56 -
CZĘŚĆ DRUGA.
Rozdział I NIEZWYKŁY URZĄD POCZTOWY.
Nikt, nawet doktor Dolittle, nie przewidywał, jaki olbrzymi
rozwój osiągnie Poczta Jaskółcza i ile dziwnych zdarzeń i nowych
pomysłów powiąże się z nią.
Rozumie się, że przy tak oryginalnej organizacji trzeba się było
wiele nauczyć i dużo napracować, zanim wszystko zaczęło działać
bez przeszkód. Każdy dzień przynosił jakieś nowe, świeże
zadania. I chociaż doktor, który był zawsze bardzo
obowiązkowym człowiekiem, harował teraz niemal do upadłego,
zajmowało go to wszystko tak bardzo, że nie narzekał na swoją
pracę. Tylko macierzyńska Dab-Dab oburzała się na to ogromnie,
bo przecież doktorowi brakło czasu nawet na sen.
Na całym świecie nie było nigdzie i nigdy podobnego urzędu
pocztowego. Po pierwsze, był to urząd pocztowy na łodzi, po
drugie, każdy z urzędników i każdy klient dostawał punktualnie o
czwartej godzinie po południu herbatkę, a w niedzielę nawet
kanapki z ogórkiem do herbaty. Podwieczorek w zagranicznym
urzędzie pocztowym stał się ostatnim krzykiem mody w Fantippo,
oczywiście wśród bardziej wytwornych mieszkańców. Wielka,
słomiana mata rozpościerała się na kształt markizy po drugiej
stronie budynku, tworząc ładną werandę z pięknym widokiem na
morze i na zatokę. I gdy ktoś przypadkiem wstępował do urzędu o
czwartej, aby kupić znaczek, przeważnie zastawał tam króla i
innych dostojników z Fantippo popijających właśnie herbatkę.
Jeszcze jedną szczególną właściwość urzędu doktora Dolittle
stanowiły pióra do pisania. Doktor Dolittle stwierdził, że w wielu
urzędach pocztowych pióra są niemożliwe do użytku; skrzypią i
robią kleksy. Istotnie, nawet po dziś dzień dużo urzędów
- 57 -
pocztowych słynie z niedobrych piór. Ale doktor Dolittle postarał
się o to, aby jego pióra były w doskonałym gatunku. Rozumie się,
że w owych czasach nie posługiwano się jeszcze stalówkami, lecz
gęsimi piórami. Doktor polecił albatrosom i mewom, aby
zachowywały dla niego pióra, które im wypadają z ogonów w
okresie zmiany upierzenia. Przy takich więc możliwościach
nietrudno było mieć urząd zaopatrzony w najlepsze pióra.
Jeszcze pod jednym względem różnił się urząd pocztowy
doktora Dolittle od innych urzędów - mianowicie klejem
używanym do gumowania znaczków. Klej używany dotychczas w
Fantippo wyczerpał się i doktor musiał sporządzić inny. Po wielu
próbach wynalazł klej robiony z soku lukrecji; klej ten wysychał
szybko i był bardzo smaczny. Jak już wspominałem, mieszkańcy
Fantippo ogromnie lubili słodycze i gdy tylko nowy klej wszedł w
użycie, zaczęły się gromadzić tłumy w zagranicznym urzędzie
pocztowym, aby setkami zakupywać znaczki.
Z początku przyczyny tego tłoku wydały się doktorowi
niezrozumiałe, a Tu-Tu, kasjerka, była zmuszona pracować w
godzinach nadliczbowych, aby nadążyć ze zliczaniem wpływów
kasowych. Kasa urzędu pocztowego nie mogła pomieścić
wszystkich pieniędzy i nadwyżkę trzeba było przechowywać w
garnku na kominie.
Ale nagle doktor zauważył, że klienci zlizują klej ze znaczków
pocztowych, a potem przynoszą je z powrotem, żądając zwrotu
pieniędzy. We wszystkich urzędach pocztowych obowiązuje
przepis, że znaczki można wymieniać na zapłacone za nie
pieniądze. O ile znaczki nie były podarte albo zabrudzone, nic nie
szkodziło, że zlizano klej. Doktor doszedł jednak do przekonania,
że musi wynaleźć inny klej, jeśli chce sprzedawać znaczki do
właściwego użytku.
Pewnego dnia zjawił się w urzędzie brat króla, strasznie
kaszlący, i prosił jednym tchem (raczej kaszlem) o pięć znaczków
- 58 -
po pensie i o środek na kaszel. To naprowadziło doktora Dolittle
na świetny pomysł i nowy klej do znaczków - który sporządził ze
specjalnego gatunku słodkawego syropu na kaszel - nazwał
klejem antykokluszowym. Wynalazł także klej przeciw
bronchitowi, klej przeciw anginie i rozmaite inne. Od tej pory,
gdy w mieście panowała jakaś zaraźliwa choroba, starał się
zawsze, żeby do gumowania znaczków używać jakiegoś
odpowiedniego, leczniczego środka. Zaoszczędził sobie w ten
sposób mnóstwo trudu, gdyż dotychczas ludzie zamęczali go po
prostu o porady na zaziębienie, ból gardła i inne choroby. Był
więc pierwszym generalnym poczmistrzem, który jednocześnie
obsługiwał pacjentów dostarczając smacznych lekarstw na
odwrocie znaczków pocztowych. Nazywał to: „zaklejaniem
choroby”.
Pewnego wieczoru Jip, jak zwykle, zamknął o szóstej godzinie
drzwi urzędu pocztowego i wywiesił tablicę z napisem:
„Zamknięte”. Doktor Dolittle, słysząc zasuwanie zamka u drzwi,
przerwał liczenie kart pocztowych i zapalił fajkę.
Pierwsza ciężka praca - uruchomienie poczty - była już
wykonana. Gdy więc doktor tego wieczoru usłyszał zamykanie
drzwi, przyszło mu na myśl, że odtąd może pozwolić sobie na
określone godziny pracy i nie musi pracować przez cały dzień. I
kiedy Jip wszedł do oddziału listów poleconych, zastał tam
doktora wyciągniętego na krześle, z nogami opartymi o biurko i
rozglądającego się naokoło z zadowoloną miną.
- Jip - powiedział z westchnieniem ulgi - teraz mamy prawdziwą
pocztę, urzędującą jak trzeba.
- Tak - odrzekł Jip i postawił na ziemi latarkę, z którą obchodził
lokal - i jaką pocztę... Podobnej nie ma na całym świecie!
- Pomyśl - powiedział doktor - że chociaż otworzyliśmy ją
przeszło tydzień temu, ja sam nie napisałem jeszcze ani jednego
- 59 -
listu. Wyobraź sobie tylko, mieszkać przez tydzień w urzędzie
pocztowym i nie pisać listów! Spójrz na tamtą szufladę. Kiedy
indziej sam widok tylu znaczków zachęciłby mnie do napisania
tuzina listów. Przez całe swoje życie, kiedy chciałem napisać list,
nie miałem nigdy znaczka pod ręką. A teraz - czy to nie zabawne -
kiedy mieszkam dzień i noc w urzędzie pocztowym, nie
przychodzi mi na myśl nikt, do kogo mógłbym napisać list.
- Szkoda - powiedział Jip - bo, pomijając szuflady pełne
znaczków pocztowych, gdy się ma takie piękne pismo jak pan...
Niech pan pomyśli o tych wszystkich zwierzętach, które czekają
na wiadomości od pana.
- Oczywiście, mógłbym napisać do Sary - poczciwa, kochana
Sara. Ale nie pamiętam jej adresu. Nie mogę więc do niej napisać.
- Już wiem! - krzyknął Jip. - Mógłby pan napisać do Mateusza
Mugg!
- Nie umie przecież czytać - mruknął doktor.
- On nie, ale jego żona czyta doskonale - odpowiedział Jip.
- To prawda - rzekł doktor - ale o czym do niego napisać?
Właśnie w tej samej chwili ukazał się Śmigły i oznajmił:
- Doktorze, obsługa miasta w Fantippo musi być zmieniona.
Moim ptakom pocztowym jest za trudno wyszukiwać domy, żeby
doręczać listy. Bo, widzi pan, my, jaskółki, jakkolwiek budujemy
nasze gniazda przy domach, nie jesteśmy właściwie ptakami
miejskimi. Przeważnie szukamy sobie samotnych domów na wsi,
wśród ulic miasta z trudem dajemy sobie radę. Kilka jaskółek
odniosło z powrotem listy, które miały roznieść dziś rano, gdyż
nie znalazły domów, do których te listy były zaadresowane.
- Hm - powiedział doktor - to fatalne. Zostaw mi chwilę czasu
do namysłu. Ach, już wiem! Sprowadzę tutaj Pyskacza.
- Kto to jest Pyskacz? - zapytał Śmigły.
- 60 -
- To londyński wróbel, który mnie odwiedza każdego lata w
Puddleby. Mieszka stale przy katedrze Świętego Pawła.
Wybudował gniazdo w uchu św. Edmunda.
- Gdzie?! - wykrzyknął Jip.
- W uchu figury św. Edmunda, na zewnątrz katedry - wyjaśnił
doktor. - Ten czuje się wśród ulic i domów jak u siebie w domu.
Przyda nam się znakomicie. Napiszę zaraz po niego.
- Mam wątpliwości - rzekł Śmigły - czy ptak pocztowy, jeśli nie
będzie sam ptakiem miejskim, odnajdzie tego wróbla w Londynie.
Londyn to przecież strasznie duże miasto, prawda?
- Tak jest - rzekł doktor.
- Panie doktorze - zawołał Jip - dopiero co zastanawiał się pan
nad tym, o czym napisać do karmiciela kotów! Niech Śmigły
napisze list do Pyskacza ptasim alfabetem, a pan włoży ten list do
listu adresowanego do Mateusza Mugg. Gdy wróbel przybędzie
do Puddleby na wakacje, karmiciel kotów może mu oddać list.
- Doskonale! - zawołał Jan Dolittle. Wziął natychmiast arkusik
papieru listowego i zaczął pisać.
- Niech go pan poprosi przy tej sposobności - wtrąciła Dab-Dab
- żeby rzucił okiem na nasze okna, czy jakaś szyba nie pękła.
Deszcz mógłby nam zmoczyć pościel.
- Dobrze, dobrze - rzekł doktor - wspomnę i o tym.
Doktor napisał więc list i zaadresował go tak:
„Jaśnie Wielmożny Pan Mateusz Mugg, sprzedawca mięsa dla
kotów w Puddleby nad rzeką Marsh, Anglia”.
List zabrała ze sobą Świergotka-Goniec.
Doktor nie spodziewał się szybkiej odpowiedzi, gdyż żona
karmiciela kotów nie była zbyt skora do czytania i zbyt mocna w
- 61 -
pisaniu. Trudno też było się spodziewać, aby Pyskacz przybył do
Puddleby przed upływem tygodnia. Zostawał zwykle przez
Wielkanoc w Londynie. Jego małżonka nie pozwalała mu
odlecieć na wieś, zanim nie nauczy swoich piskląt rozpoznawać
domy, z których ludzie sypią im okruszyny, wydziobywać owies
sprzed nosa koniom dorożkarskim bez narażania się na zdeptanie
przez ich kopyta, dawać sobie radę wśród ruchliwych ulic
Londynu i innych tym podobnych rzeczy, które młode ptaki,
żyjące w mieście, umieć powinny.
Tymczasem życie w urzędzie pocztowym szło dalej swoim
czynnym, ożywionym biegiem. Zwierzęta: Tu-Tu, Dab-Dab, Geb-
Geb, dwugłowiec, biała mysz i Jip były bardzo zadowolone z
mieszkania na wielkiej łodzi. A gdy im się czasem w tym
pływającym domu przykrzyło, udawały się na wycieczkę na
Wyspę Niczyją, którą teraz nazywano znacznie częściej tak, jak ją
doktor Dolittle nazwał - „Rajem Zwierząt”.
Czasem doktor Dolittle towarzyszył im w tych wycieczkach.
Czynił to bardzo chętnie, gdyż przy tej sposobności rozmawiał z
różnymi zwierzętami i uczył się ich znaków porozumiewawczych.
Z tych znaków, które skrzętnie notował, ułożył on rodzaj pisma
zwierząt albo gryzmolenia, jak to nazywał (podobnie jak to
uczynił dla ptaków).
Gdy mu zostawało trochę wolnego czasu, dawał zwierzętom w
wielkiej dolinie lekcje pisania. Na te lekcje uczęszczało bardzo
wielu uczniów. Jak zwykle małpy, jako najpojętniejsze, uczyły się
najlepiej i dlatego, że były takie mądre, doktor mianował kilka z
nich swoimi pomocnikami.
Ulubione zwierzęta doktora przeglądały codziennie z wielkim
przejęciem pocztę, szukając listów adresowanych do siebie. Z
początku nie otrzymywały ich dużo. Ale pewnego dnia powróciła
Świergotka przynosząc list z Puddleby. Była to odpowiedź
karmiciela kotów na list doktora.
- 62 -
Żona Mateusza Mugg pisała w imieniu męża, że list do wróbla
wisi na jabłoni w ogrodzie, gdzie go wróbel, gdy przyleci, na
pewno znajdzie. Pisała dalej, że szyby w oknach są jeszcze całe,
ale że drzwi kuchenne trzeba będzie na nowo pomalować.
Gdy Świergotka czekała w Puddleby na odpowiedź karmiciela
kotów, zdążyła opowiedzieć wszystkim szpakom i drozdom w
ogrodzie doktora o nowym urzędzie pocztowym dla zwierząt na
Wyspie Niczyjej. Niebawem dowiedziało się o tym każde żywe
stworzenie w Puddleby i poza Puddleby.
Wskutek tego zaczęły napływać do łodzi listy do ulubieńców
doktora. Pewnego dnia przy porządkowaniu poczty trafił się list
dla Dab-Dab od jej siostry; dalej dla białej myszki od jednego z jej
kuzynów, który mieszkał w szufladce biurka doktora, jeden dla
Jipa od szkockiego owczarka, mieszkającego w sąsiedztwie
Puddleby, jeden dla Tu-Tu, z którego się dowiedziała, że stała się
ciotką sześciu siostrzeńców i siostrzenic, które przyszły na świat
pod pułapem stajni. Tylko do Geb-Geb nie było żadnego listu.
Biedne prosię opłakało to rzewnymi łzami. A gdy doktor udał się
na poobiednią przechadzkę, Geb-Geb poprosiło, aby je na
pocieszenie zabrał ze sobą.
Następnego dnia ptaki uskarżały się, że worek pocztowy jest
wyjątkowo ciężki; a gdy go rozpakowano, przekonano się, że
zawiera dziesięć grubych listów dla Geb-Geb i dla nikogo więcej.
Jipowi wydało się to podejrzane i gdy Geb-Geb otwierało swoje
listy, popatrzył mu przez ramię. W każdej kopercie leżała skórka
banana.
- Kto ci przysłał te wszystkie skórki bananowe? - zapytał.
- Sam je sobie przysłałem - odpowiedziało Geb-Geb - wczoraj z
Fantippo. Nie widzę żadnego powodu, dlaczego wy mielibyście
dostawać tyle listów, a ja nie. Jeśli do mnie nikt nie pisze, to będę
pisał sam do siebie.
- 63 -
Rozdział II. PYSKACZ.
Był to wielki dzień w urzędzie pocztowym doktora Dolittle, gdy
przybył londyński wróbel, zwany Pyskaczem, aby współpracować
w dziale miejskim poczty w Fantippo.
Doktor w okienku informacyjnym spożywał właśnie drugie
śniadanie, gdy wróbel wsunął łepek w okno i zawołał zuchwałym
głosem londyńskiego ulicznika:
- Halo, doktorze, a więc widzimy się znowu! Co słychać
nowego w starej firmie? Kto by przypuszczał, że pan wpadnie na
taki pomysł!
Pyskacz był ptakiem z charakterem. Każdy, nawet widząc go po
raz pierwszy, odgadłby od razu, że całe swoje życie spędził na
ulicach wielkiego miasta. Każdym ruchem różnił się od innych
ptaków. Na przykład oczy Śmigłego, jakkolwiek nikt nie
ośmieliłby się nazwać go głupim, miały szlachetny wyraz
wiejskiej naiwności. Ale zuchwałe, sprytne spojrzenie Pyskacza
zdawało się mówić: „Niech wam się tylko nie zdaje, że możecie
mnie wywieść w pole. Jestem prawdziwym dzieckiem Londynu”.
- Ach, Pyskaczu! - zawołał Jan Dolittle. - Nareszcie jesteś! Jak
przyjemnie zobaczyć cię po tak długim czasie! Czy podróż
przeszła ci szczęśliwie?
- Nie najgorzej, mogło być gorzej - odpowiedział Pyskacz i
zerknął na kilka okruszyn, które pozostały na pulpicie po
śniadaniu doktora. - Ani jednej burzy, zupełnie przyzwoity lot.
Gorąco? Ma się rozumieć, i jak jeszcze! Dostatecznie gorąco,
żeby się upiec. Ależ osobliwą budę pan sobie tu urządził!
Na wieść o przybyciu Pyskacza zbiegły się wszystkie zwierzęta,
aby go przywitać i dowiedzieć się, co słychać w domu, w
Puddleby.
- 64 -
- Jak się powodzi starej klaczy w stajni? - zapytał doktor
Dolittle.
- Bardzo dobrze - odpowiedział Pyskacz. - Nie jest już, co
prawda, dziewczęciem, ale jak na tak starą kobyłę, trzyma się
wcale dobrze. Prosiła, abym zabrał dla pana gałąź pnących
różyczek, które rozkwitły na murze nad stajnią. Ale powiedziałem
jej: „Myślisz, że jestem wozem towarowym, czy co?” Proszę
sobie wyobrazić - ptaszysko w moim wieku miałoby przefrunąć
cały Ocean Atlantycki z gałązką różyczek w dziobku! Jeszcze by
pomyślano, że jestem zaproszony na wesele na biegun północny.
- Na litość boską, Pyskaczu! - zaśmiał się doktor Dolittle. -
Kiedy tak słucham twego londyńskiego świergotu, zaczyna mnie
ogarniać tęsknota za krajem.
- Mnie także! - zawołał Jip. - Czy dużo jest szczurów w drwalni,
Pyskaczu?!
- Tysiące - powiedział wróbel - takie duże jak króliki i takie
zuchwałe, jak gdyby wszystko wokoło było ich własnością.
- Już ja je nauczę rozumu, niech no tylko wrócę - oświadczył
Jip. - Mam nadzieję, że wrócimy przecież wkrótce do domu.
- A jak tam w ogrodzie? - zapytał doktor.
- Na medal - odparł wróbel. - Rozumie się, dużo zielska na
ścieżkach, ale pod oknami kuchni kwitły irysy, powiadam panu,
pierwsza klasa! Nigdy nie widziałem czegoś piękniejszego!
- A co nowego słychać w Londynie? - zapytała biała myszka,
która również była dzieckiem miasta.
- O, w Londynie zawsze jest coś nowego - odpowiedział
Pyskacz. - Takie to już miasto. Teraz wynaleziono nowy rodzaj
dorożek na dwóch kołach. Pędzą o wiele prędzej niż te stare
drapaki na czterech! A niedaleko giełdy otworzono nowy sklep
warzywny.
- 65 -
- Gdy dorosnę, chciałbym mieć sklep z warzywami - westchnęło
Geb-Geb - w Anglii, gdzie są takie dobre warzywa! Mam już dość
tej Afryki! Będę sprowadzać do sklepu wszystkie nowalijki.
- Geb-Geb klepie wiecznie to samo - odezwała się Tu-Tu. -
Żeby tak nie mieć w życiu wyższych dążeń, niż posiadanie sklepu
z warzywami!
- O droga ojczyzno moja! - zawołało Geb-Geb z uczuciem. - Co
może być piękniejszego nad główkę świeżej sałaty na wiosnę!
- To dopiero poetyczne prosię - zdziwił się Pyskacz. - Dlaczego
nie piszesz wierszy o kapuście z kiełbasą, panie Boczek?
- Teraz uważaj, Pyskaczu - zabrał głos doktor Dolittle. -
Chcemy, żebyś objął zarząd poczty miejskiej w Fantippo. Naszym
ptakom pocztowym jest bardzo trudno rozpoznawać domy, do
których adresowane są listy. Tylko ty, jako miejski ptak od
urodzenia, możesz nam dopomóc, prawda?
- Zastanowię się chętnie nad tym, co tu jest do zrobienia,
doktorku. Ale muszę się przedtem rozejrzeć po tym mieście.
Przede wszystkim jednak chcę się wykąpać. Po tym locie pod
prażącym słońcem lepią mi się po prostu wszystkie pióra. Czy nie
macie tu jakiej kałuży, gdzie by się można było pochlapać?
- Nie, w tym klimacie nie ma kałuż - powiedział doktor Dolittle
- nie jesteś w Anglii. Przyniosę ci moją miskę do golenia,
będziesz się mógł w niej wykąpać.
- Niech tylko pan nie zapomni dobrze jej wypłukać, żeby mi
mydło nie wlazło w oczy - pisnął wróbel.
Nazajutrz, gdy Pyskacz wyspał się po swojej długiej podróży,
doktor pokazał londyńskiemu wróblowi afrykańskie miasto
Fantippo.
- 66 -
Gdy już obejrzeli wszystkie osobliwości, powiedział wróbel:
- Jako miasto, wasze Fantippo to nic ważnego. Owszem, duże,
bardzo duże, wcale nie wiedziałem, że w Afryce bywają takie
duże miasta. Ale ulice są takie wąskie. Teraz rozumiem, dlaczego
tu nie ma dorożek, przecież nawet koza nie mogłaby się tutaj
przedostać, nie mówiąc już o wózku na czterech kołach. A domy
wyglądają, jakby były zrobione z włosia starych materaców!
Pierwsza rzecz, to należy powiedzieć temu staremu królisku,
zwanemu, jeśli się nie mylę, „Orzech Kokosowy”, aby nakazał
swoim poddanym umieścić kołatki przy drzwiach. Co to w ogóle
za mieszkanie bez kołatki? Naturalnie, że wasi listonosze nie
mogą dostarczać listów do domów, do których nie ma czym
stukać.
- Załatwię to - odrzekł doktor Dolittle. - Pomówię z królem
dzisiaj po południu.
- Poza tym ci ludzie nie mają przecież skrzynek do listów przy
domach - mówił dalej Pyskacz. - Należy zrobić szpary na
drzwiach, przez które można wrzucać listy. Tym zatraconym
dzikusom można wrzucać listy tylko kominem. W każdym domu
muszą być dwie skrzynki do listów: jedna z lewej, druga z prawej
strony drzwi.
- Dlaczego dwie? - zapytał Jan Dolittle.
- To taki mój pomysł - objaśnił wróbel - jedna skrzynka na
rachunki, a druga na listy. Ludzie są zawsze tacy rozczarowani,
gdy słysząc stukanie listonosza spodziewają się miłego listu od
przyjaciela albo wiadomości o wielkim spadku, a wyjmują ze
skrzynki rachunek od krawca. Ale gdy na drzwiach znajdować się
będą dwie skrzynki, jedna z napisem: rachunki, a druga: listy -
listonosz będzie mógł do jednej wrzucać listy prawdziwe, a do
drugiej rachunki. Jest to, jak powiedziałem, mój własny pomysł.
- 67 -
Ale dlaczego nie miałoby się pójść z duchem czasu. Jak pan
sądzi?
- Doskonały pomysł - powiedział doktor - ludzi będzie czekało
wówczas tylko jedno rozczarowanie, mianowicie, gdy któregoś
dnia będą musieli opróżnić swoją skrzynkę do rachunków i płacić
długi.
- Tak - powiedział Pyskacz - ja pomyślałem to samo. Proszę,
niech pan powie ptakom listonoszom, żeby, gdy kołatki będą już
zaprowadzone, kołatali raz, gdy przyniosą rachunek, a dwa razy,
gdy przyniosą list; w ten sposób ludzie będą wiedzieli, czy warto
wyjąć coś ze skrzynki, czy nie. Coś panu powiem: z czasem
nauczymy tych biedaków niejednego! Zaprowadzimy w Fantippo
pocztę co się zowie. A jak będzie z gratyfikacją świąteczną?
Listonosze spodziewają się zwykle na gwiazdkę pięknego
podarku.
- Obawiam się - rzekł doktor z powątpiewaniem - że ci ludzie w
ogóle nie święcą Bożego Narodzenia.
- Nie święcą Bożego Narodzenia! - zawołał Pyskacz
przerażonym głosem. - Co za skandal! Musi pan powiedzieć
królowi - zwanemu, o ile pamiętam, „Masło Kokosowe”, że jeśli
on i jego poddani nie będą święcili świąt Bożego Narodzenia
obdarzając nas, listonoszy, podarkami, to w Fantippo między
Nowym Rokiem a Wielkanocą w ogóle poczta nie będzie
roznoszona. Niech mu pan powie, że ja to powiedziałem.
Najwyższy czas, aby go ktoś oświecił.
- Dobrze - powiedział doktor - postaram się o to.
- Niech mu pan powie - ciągnął dalej Pyskacz - że w pierwszy
dzień Bożego Narodzenia liczymy na dwa kawałki cukru na progu
każdego domu. Nie będzie cukru - nie będzie listów.
Jeszcze tego samego popołudnia doktor Dolittle poszedł do
króla i powtórzył mu różne życzenia wróbla. Jego Królewska
- 68 -
Mość zgodził się na wszystko, wszyściuteńko. Ładne, mosiężne
kołatki, które ptaki mogły bez trudu podnosić, zostały umocowane
na wszystkich drzwiach. Wyglądały bardzo elegancko i stanowiły
w każdym razie najnowocześniejszą ozdobę koślawych domków.
Umieszczone też zostały podwójne skrzynki, jedne do listów,
drugie do rachunków.
Poza tym doktor Dolittle wyjaśnił królowi Koko znaczenie
świąt Bożego Narodzenia jako święta podarków. Obyczaj
wzajemnego obdarzania się na święta przyjął się w Fantippo
powszechnie. Odtąd obdarowywano nie tylko listonoszy, ale także
przyjaciół i krewnych. Stąd misjonarze, którzy w wiele lat po
bytności doktora odwiedzili tę część Afryki, stwierdzili ze
zdumieniem, że mieszkańcy Fantippo obchodzą święta Bożego
Narodzenia, chociaż nie są chrześcijanami. Ale nie dowiedzieli się
nigdy, że ten obyczaj wprowadził tu Pyskacz, zuchwały wróbel
londyński.
W krótkim czasie Pyskacz objął zarząd poczty miejskiej w
Fantippo. Rozumie się, że wróbel nie mógł sam poradzić sobie z
przesyłkami pocztowymi, które stawały się coraz cięższe, gdyż
wszyscy ludzie przywykli bardzo prędko do pisania listów do
swoich przyjaciół i krewnych. Wysłał więc jaskółkę do Londynu,
aby sprowadziła stamtąd pięćdziesiąt wróbli. Wróble londyńskie,
podobnie jak i on obznajmione z miejskimi zwyczajami, miały mu
pomagać przy roznoszeniu poczty. A na okres świąt narodowych:
Pełni Księżyca i Pory Deszczowej, zamawiał dalsze partie po
pięćdziesiąt ptaków, aby nadążyć z doręczaniem wszystkich
napływających listów.
Jeśliby ktoś o dziewiątej rano albo o szóstej po południu
przechodził główną ulicą w Fantippo, słyszałby bezustanne: puk-
puk-puk listonoszy kołaczących do drzwi; „puk-puk”, gdy był to
prawdziwy list; a tylko „puk”, gdy to był rachunek.
- 69 -
Ponieważ wróble są bardzo małymi ptaszkami, nie mogły
jednocześnie unieść więcej niż jeden lub dwa listy, ale
natychmiast odlatywały do łodzi pocztowej, aby zabrać nowy
transport. Tam już oczekiwała Tu-Tu z paką listów,
posortowanych w pudełkach, na których wypisane było:
śródmieście, dzielnica zachodnia, dzielnica wschodnia, dzielnica
północno-wschodnia, dzielnica południowo-zachodnia itd.
Podzielenie miasta na dzielnice, tak jak w Londynie, po to, aby
można było szybko, bez szukania ulic roznosić pocztę, było
również pomysłem i dziełem Pyskacza.
Jego pomoc była istotnie nieoceniona. Nawet król uważał, że
poczta była doskonale administrowana, a listy dostarczane
regularnie i zawsze pod właściwym adresem.
Pyskacz miał tylko jedną wadę, była nią jego zuchwałość. Gdy
wynikała jakaś sprzeczka, klął straszliwie, używając najgorszych
londyńskich wyrażeń. Chociaż doktor Dolittle wydawał wciąż
nowe zarządzenia, zalecając swoim urzędnikom i listonoszom
największą uprzejmość przy obsługiwaniu klienteli, Pyskacz miał
wciąż zatargi, które sam prowokował.
Pewnego dnia biały paw, ulubieniec króla Koko, skarżył się
doktorowi, że wróbel stroił do niego nieprzyzwoite miny, gdy
siedział sobie spokojnie za murem pałacu; doktor rozgniewał się
na dobre i dał swemu poczmistrzowi porządną burę.
W odpowiedzi na to Pyskacz zwołał bandę swoich londyńskich
czupurnych koleżków i pewnej nocy pofrunął z nimi do ogrodu
pałacowego, gdzie poturbowali białego pawia i wyrwali mu trzy
pióra pięknego ogona.
Ta awantura nie wyszła Pyskaczowi na dobre. Jan Dolittle
uważał, że miarka się przebrała, i odprawił natychmiast
naczelnika poczty miejskiej, chociaż uczynił to z wielkim żalem.
- 70 -
Ale wraz z Pyskaczem opuścili służbę wszyscy jego londyńscy
przyjaciele i urząd pocztowy nie miał teraz nikogo odpowiedniego
w dziale listów miejskich. Jaskółki i inne ptaki dokładały
wszelkich starań, aby dostarczać pocztę do domów, ale nie dawały
sobie rady i wkrótce zaczęły napływać skargi mieszkańców
Fantippo.
Toteż doktor Dolittle bardzo żałował, że odprawił Pyskacza,
gdyż mimo wszystko on jedyny potrafił kierować tym oddziałem
poczty.
Tymczasem pewnego dnia ku wielkiej radości doktora Dolittle -
chociaż starał się ją ukryć i raczej udawać zagniewanego - zjawił
się w urzędzie Pyskacz ze źdźbłem słomy w dziobku, zachowując
się tak, jak gdyby nic się nie stało. - Doktor Dolittle myślał -
- 71 -
nadmienił mimochodem - że poleciałem wraz ze swymi
przyjaciółmi do Londynu, ale przecież wiedziałem doskonale, że
doktor nie obejdzie się beze mnie, toteż powłóczyliśmy się tylko
trochę za miastem i oto jesteśmy z powrotem.
Jan Dolittle udzielił londyńskiemu wróblowi nauki grzeczności i
przyjął go ponownie do pracy. Ale nazajutrz bezczelny wróbel
wylał całą buteleczkę atramentu na ogon białego pawia, gdy ten
przybył wraz z królem na herbatę do łodzi pocztowej. I znowu
doktor musiał zwolnić Pyskacza z pracy.
Więc regularnie raz na miesiąc doktor Dolittle wymawiał
Pyskaczowi posadę i wtedy poczta miejska przestawała
funkcjonować. Ale ku wielkiej uldze doktora, za każdym razem,
gdy na poczcie panował już całkowity zamęt, zjawiał się
poczmistrz i doprowadzał na nowo wszystko do porządku.
Pyskacz miał nieocenione zalety, ale nie mógł się powstrzymać,
aby przynajmniej raz na miesiąc nie urządzić jakiejś awantury.
Doktor Dolittle doszedł w końcu do przekonania, że wynikało to z
jego temperamentu.
Rozdział III. PTAKI, KTÓRE POMAGAŁY
KOLUMBOWI.
Gdy Jan Dolittle wysłał Pocztą Jaskółczą swój pierwszy list do
karmiciela kotów, zaczął sobie przypominać wszystkich innych
ludzi, do których nie pisał od lat. I wkrótce każdą wolną chwilę
poświęcał na pisaniu listów do swoich przyjaciół i znajomych
rozproszonych po różnych stronach.
Potem nastąpiły listy, które wysyłał do ptaków zwierząt na
całym świecie. Najpierw pisywał do rozmaitych przywódców,
- 72 -
którzy sprawowali służbę w filiach urzędów pocztowych na
przylądku Horn, w Tybecie, na Tahiti, w Kaszmirze, Grenlandii i
mieście Puddleby nad rzeką Marsh. Dawał im dokładne
wskazówki, jak prowadzić te urzędy, przy czym stale zalecał
największą uprzejmość dla klientów, odpowiadał też na wszystkie
pytania zadawane mu przez potrzebujących wskazówek
poczmistrzów.
Wysyłał również listy do kolegów-przyrodników, których
poznał w różnych krajach, i przekazywał im mnóstwo wiadomości
o ptakach - ponieważ dzięki Ptasiej Poczcie nauczył się wielu
rzeczy, nie znanych dotychczas innym przyrodnikom.
Na zewnątrz urzędu umieścił tablicę, na której ogłaszano
wiadomości o nadchodzącej i odchodzącej poczcie. Wiadomości
te brzmiały mniej więcej tak:
W NAJBLIŻSZĄ ŚRODĘ, OSIEMNASTEGO LIPCA,
NASTĄPI ODLOT CZERWONOSKRZYDŁYCH SIEWEK DO
DANII I MIEJSCOWOŚCI POŁOŻONYCH NAD
SKAGERRAKIEM.
PRZYNOŚCIE LISTY WE WŁAŚCIWYM CZASIE.
OBOWIĄZUJĄ ZNACZKI CZTEROPENSOWE.
MOŻNA RÓWNIEŻ WYSYŁAĆ MAŁE PACZKI W
KIERUNKU MAROKA, PORTUGALII I NAD KANAŁ LA
MANCHE.
Kiedy na Wyspie Niczyjej oczekiwano odlotu nowej gromady
ptaków, doktor Dolittle przygotowywał im ulubione pożywienie.
Na wielkim zebraniu przywódców zapisał sobie w dużym,
starannie przygotowanym notesie daty dorocznych wędrówek, jak
również miejsca odlotu i przylotu różnych gatunków ptaków.
- 73 -
Pewnego dnia Śmigły siedział na wadze pocztowej, gdy doktor
sortował stos listów przeznaczonych do wysyłki.
Nagle Śmigły zawołał:
- Doktorze, gwałtu, rety! Przybyła mi uncja7, nigdy już nie będę
mógł stanąć do zawodów. Patrz pan, ważę już cztery i pół uncji.
- Nie, Śmigły - powiedział doktor - mylisz się, zapomniałeś, że
oprócz ciebie leży jeszcze na szali jeden ciężarek, ważysz więc
tylko trzy i pół uncji.
- Ach, to dlatego! - zawołał Śmigły. - Nigdy nie umiałem dobrze
rachować. Chwała Bogu, że nie utyłem!
- Słuchaj - powiedział Jan Dolittle - w tym stosie jest dużo
listów adresowanych do Panamy. Jaka poczta odchodzi jutro?
- Nie wiem - odpowiedział Śmigły. - Sprawdzę na tablicy. Zdaje
mi się, że sójki złociste. Tak - potwierdził wróciwszy po chwili. -
Jutro, we wtorek, piętnastego, jeśli pogoda będzie sprzyjała,
nadlecą sójki. Lecą one z Dahomeju do Wenezueli - zakończył
podnosząc do góry prawą nóżkę i tłumiąc w ten sposób
ziewnięcie.
- To się doskonale składa - zauważył doktor Dolittle. - Będą
więc mogły zabrać listy do Panamy bez zbytniego zbaczania z
drogi. Co właściwie jedzą sójki najchętniej?
- Żołędzie - rzekł Śmigły.
- Dobrze - odpowiedział doktor. - Poproś w moim imieniu Dab-
Dab, aby się udała na wyspę i poprosiła dzikie świnie o zebranie
kilku worków żołędzi. Wszystkie ptaki, które dla nas pracują,
trzeba dobrze nakarmić przed opuszczeniem głównego urzędu
pocztowego.
Kiedy Jan Dolittle obudził się następnego ranka, usłyszał głośny
świergot: sójki przyleciały w nocy. Gdy doktor się ubrał i wyszedł
7 Uncja - szesnasta część funta.
- 74 -
na werandę - ujrzał tysiące, tysiące czarno-złotych ptaków, które
świergotały i plotkowały na prawo i lewo, dziobiąc przygotowane
dla nich żołędzie. Przywódca, który, rozumie się, znał doktora,
przyleciał do niego po polecenia i informacje, ile listów będzie do
zabrania.
Gdy wszystko było już ułożone i przywódca upewnił się, że w
ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin nie trzeba się
obawiać wichrów ani burzy, wydał rozkaz - wszystkie ptaki
uniosły się w powietrze i powitały świergotem naczelnika poczty
miejskiej, doktora Dolittle, oraz główny urząd pocztowy.
- Panie doktorze - zawołał przywódca - czy słyszał pan kiedy o
człowieku zwanym Krzysztofem Kolumbem?
- Rozumie się - odparł doktor - przecież to ten, co w 1492 roku
odkrył Amerykę.
- Właśnie to chciałem panu opowiedzieć - zaświergotał ptak. -
Ale gdyby mu jeden z moich przodków nie pomógł, nie byłby jej
odkrył w 1492 roku. Może później tak, ale nigdy wtedy, w 1492
roku!
- Co też ty mówisz? - zawołał Jan Dolittle. - Musisz mi o tym
więcej opowiedzieć - i wyciągnął notes, zapisując w nim coś
skrzętnie.
- Tę historię - powiedziała sójka - opowiadała mi moja babka,
która słyszała ją od swojej prababki, i w ten sposób przechodziła
ona, począwszy od moich przodków, żyjących wówczas w
Ameryce, z ust do ust, a raczej z dzioba do dzioba.
Jesień roku 1492 była bardzo burzliwa. Silne wiatry i
gwałtowne burze szalały przez długi czas i przed połową
października nie mogliśmy się udać w naszą doroczną wędrówkę.
Przebywaliśmy wówczas na Bermudach od marca do
października, a resztę roku w Wenezueli. Mój przodek był przez
długi czas przywódcą naszej gromady, ale wtedy zestarzał się i
- 75 -
trochę osłabł, na jego miejsce więc obrano młodego ptaka, który
miał doprowadzić sójki do Wenezueli. Nowy przywódca był to
zarozumiały, młody fircyk, wmawiał sobie, że skoro go obrano,
posiadł już całą wiedzę o żeglarstwie, meteorologii i lotach
nadmorskich.
Wkrótce po odlocie ptaki zauważyły, ku swemu wielkiemu
zdziwieniu, dużą ilość statków płynących na zachód. Znajdowały
się teraz mniej więcej pośrodku drogi między Bermudami i
Wyspami Bahama. Statki były o wiele większe od tych, które
kiedykolwiek przedtem widziały, gdyż dotychczas widywały
tylko małe czółna Indian.
Nowego przywódcę ogarnęło od razu przerażenie, rozkazał więc
ptakom lecieć w stronę lądu, aby ich nie dojrzeli ludzie z wielkich
statków. Był to bardzo przesądny ptak, który trzymał się z dala od
wszystkiego, czego nie rozumiał. Ale mój przodek nie poleciał
razem z gromadą, lecz skierował się wprost na statek.
Po pewnym czasie przyłączył się znowu do lecących ptaków i
rzekł do nowego przywódcy: „Tam, na tamtych statkach, dzielny
człowiek znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie! Statek
płynie z Europy i szuka stałego lądu. Majtkowie, którzy nie
wiedzą o tym, że ląd jest w pobliżu, buntują się przeciwko swemu
admirałowi. Jestem już starym ptakiem i znam tego dzielnego
żeglarza. Pewnego razu, gdy odbywałem moją pierwszą wielką
podróż nadmorską, burza rozłączyła mnie z towarzyszami. Przez
trzy dni walczyłem z wichrem i w końcu zostałem zapędzony na
wschód, w pobliże Starego Świata. Właśnie gdy utraciwszy siły
miałem spaść do morza, ujrzałem statek. Musiałem po prostu
odpocząć, byłem tą burzą całkowicie wyczerpany i niemal
zagłodzony. Pofrunąłem więc na statek i padłem na wpół martwy
na pokład. Majtkowie chcieli mnie zamknąć w klatce, ale kapitan
statku, ten sam żeglarz, którego życie zagrożone jest teraz przez
buntowniczą załogę, nakarmił mnie okruszynami i pielęgnował.
- 76 -
Dzięki niemu pozostałem przy życiu. Potem przywrócił mi
wolność i mogłem w piękną pogodę wrócić do Wenezueli. My,
sójki, jesteśmy ptakami lądowymi. Pozwól nam teraz uratować
życie temu dobremu człowiekowi i ukazać się załodze statku.
Poznają wtedy, że ląd jest w pobliżu, i posłuchają swego
kapitana”.
- Tak, tak, zgadza się - rzekł doktor Dolittle. - Kolumb
wspomina w swoim dzienniku o ptakach lądowych. Opowiadaj
dalej.
- Cała gromada ptaków uczyniła wówczas zwrot - ciągnęła dalej
sójka - i sfrunęła na statek Kolumba. Przybyła w porę, gdyż
majtkowie chcieli właśnie zamordować swego admirała, który, jak
mówili, przywiódł ich tutaj z głupoty na poszukiwanie lądu nie
istniejącego. Musi się cofnąć i wracać do Hiszpanii, inaczej zabiją
go.
Ale gdy majtkowie ujrzeli wielką chmarę ptaków lądowych,
lecących nad statkiem na południo-zachód, nabrali na nowo
otuchy, gdyż teraz przekonali się, że ląd musi leżeć niedaleko na
południo-zachodzie. Wiedliśmy ich tak na Wyspy Bahama i na
siódmy dzień wczesnym rankiem cała załoga padła na kolana z
okrzykiem: „Ląd! Ląd!” i słała dziękczynienia ku niebu. Wyspa
Watling8, jedna z Wysp Bahama, jaśniała przed nimi na morzu.
Majtkowie zebrali się wokoło swego admirała, Krzysztofa
Kolumba, którego jeszcze niedawno chcieli zabić, i podnosili go
w górę, wołając: „Niech żyje!” i nazywali największym żeglarzem
świata, którym był istotnie.
Ale sam Kolumb do śmierci nie dowiedział się o tym, że to
zmożony burzą ptak, którego on przed laty przyjął tak gościnnie
8 Wyspa Waitling to prawdopodobnie San Salwador, na której dwunastego października
1492 roku Krzysztof Kolumb po raz pierwszy stanął na ziemi amerykańskiej.
- 77 -
na swoim statku, przywiódł go najkrótszą drogą do Nowego
Świata.
- Gdyby nie moi przodkowie, doktorze - kończyła sójka,
zabierając swoje listy i szykując się do lotu - gdyby nie mój
przodek, Kolumb musiałby wrócić do Hiszpanii albo też
zamordowaliby go jego właśni marynarze. Gdyby nie mój
przodek, Ameryka nie zostałaby odkryta w 1492 roku - może
później, ale w każdym razie nie w 1492 roku. Do widzenia,
doktorze! Muszę już lecieć. Dziękuję jeszcze raz za żołędzie!
Rozdział IV. LATARNIA MORSKA NA
PRZYLĄDKU STEFANA.
U brzegu zachodniej Afryki, około dwudziestu mil na północ od
Fantippo, wrzyna się w morze Przylądek Stefana. Stoi tam latarnia
morska zwana Światłem Przylądka Stefana. Rząd, który
sprawował władzę nad tą częścią Afryki, troszczył się o to, aby
latarnia morska paliła się przez całą noc - żeby statki, znajdujące
się w nocy na morzu, mogły przy tym świetle rozpoznać, gdzie się
znajdują. Latarnia stała w niebezpiecznym miejscu wybrzeża,
morze było tu bardzo głębokie, pełne skał i raf. Gdyby więc
światło latarni zgasło którejś nocy, to statkom płynącym po tej
części oceanu groziłoby wielkie niebezpieczeństwo rozbicia się o
skały.
Pewnego wieczoru, wkrótce po tym gdy złociste sójki odfrunęły
na zachód, doktor Dolittle, siedząc w urzędzie pocztowym, przy
świecy pisał jeszcze listy. Było już późno i wszystkie zwierzęta od
dawna spały głęboko. Nagle przez otwarte okna z oddali doleciał
jakiś głos. Doktor położył pióro i nasłuchiwał.
- 78 -
Był to krzyk ptaka morskiego, dolatujący znad oceanu.
Zazwyczaj ptaki morskie krzyczą tylko wtedy, gdy znajdą się w
liczniejszej gromadzie. Ale to był głos tylko jednego ptaka.
Doktor Dolittle wysunął głowę przez okno i wyjrzał. Była ciemna
noc, czarna jak smoła, nic nie było widać - dlatego również, że
oczy doktora przyzwyczaiły się do światła świecy. Tajemniczy
głos odzywał się raz po raz, jak gdyby sponad oceanu wołał o
ratunek. Doktor Dolittle nie wiedział, co o tym sądzić. Niebawem
jednak głos się przybliżył, doktor wziął kapelusz i wybiegł na
werandę.
- Co to ma znaczyć? Co się stało?! - zawołał w stronę ciemności
zalegających ocean.
Nie otrzyma] odpowiedzi, ale wkrótce na brzegu łodzi usiadła
wielka mewa, omal nie gasząc świecy rozmachem swych
skrzydeł.
- Doktorze - zawołała bez tchu - latarnia na Przylądku Stefana
zgasła! Nie wiem, co się stało! Dotąd paliła się zawsze. Jej światło
ostrzegało nas, gdy fruwałyśmy po zapadnięciu mroku. Noc jest
ciemna, choć oko wykol. Boję się, że jakiś statek rozbije się o
skały! Przyszło mi więc na myśl, aby pana o tym zawiadomić.
- Na litość boską! - zawołał doktor. - Co się mogło stać?
Latarnik mieszka tam przecież stale i pilnuje latarni. Czy paliła się
dziś wieczorem?
- Nie wiem - odrzekła mewa - wracam właśnie z połowu śledzi.
Śledzie ciągną w tym czasie na północ. Kierując się światłem
latarni morskiej zgubiłam drogę i poleciałam za daleko na
południe. Gdy spostrzegłam swą pomyłkę, poleciałam z
powrotem, trzymając się wybrzeża. Dotarłam tak do Przylądka
Stefana, na którym panowała czarna noc: latarnia nie paliła się.
Byłabym sobie roztrzaskała głowę o skałę, gdybym nie miała się
na baczności.
- 79 -
- Jak daleko jest stąd do Przylądka Stefana? - zapytał doktor
Dolittle.
- Lądem około dwudziestu pięciu mil - objaśniła mewa - ale
wodą tylko dwanaście.
- Dobrze - powiedział doktor i włożył pośpiesznie płaszcz -
poczekaj chwilkę, obudzę Dab-Dab.
Pobiegł do kuchni i obudził biedną gosposię, która chrapała
głośno obok komina.
- Dab-Dab! - zawołał potrząsając kaczką. - Obudź się! Latarnia
morska na Przylądku Stefana zgasła!
- Co się stało? - zapytała Dab-Dab otwierając zaspane oczy. -
Ogień na kominie wygasł?
- Nie, latarnia morska na Przylądku Stefana. Mewa mi o tym
doniosła, statki są w niebezpieczeństwie. Mogą się rozbić i Bóg
wie co jeszcze! Obudź się i oprzytomnij, na miłość boską!
Nareszcie biedna Dab-Dab rozbudziła się zupełnie i pojęła, co
się stało. W jednej chwili stanęła na nogach, gotowa do czynu.
- Znam tę okolicę. Polecę natychmiast. Nie, mewa nie będzie mi
potrzebna. Niech lepiej wskazuje panu drogę. Doktorze, proszę
wziąć czółno i popłynąć za mną. Jeśli się czegoś dowiem, pofrunę
z powrotem i spotkam pana w połowie drogi, jeśli nie, będę pana
oczekiwała przy latarni. Dzięki Bogu, noc, chociaż ciemna, jest
bardzo cicha.
Jednym uderzeniem skrzydeł wyfrunęła Dab-Dab przez okno i
znikła w ciemnościach. Doktor tymczasem chwycił torbę z
lekarstwami, zawołał mewę, żeby mu towarzyszyła, pobiegł na
drugą stronę pływającego domu, odwiązał czółno i wskoczył do
niego. Odbił od brzegu, okrążył Wyspę Niczyją i powiosłował ze
wszystkich sił ku Przylądkowi Stefana, wysuwającego długą szyję
w głąb ponurego oceanu.
- 80 -
Mniej więcej w połowie drogi spotkał Dab-Dab, która nie
wiadomo jakim cudem rozpoznała go w ciemnościach - chyba
tylko po plusku wioseł.
- Nie mogę się dostać do latarnika - zawołała - albo jest chory,
albo musiało mu się coś przytrafić! Pukałam do okien, ale nikt się
nie odezwał.
- Mój Boże - mruknął doktor uderzając coraz szybciej wiosłami
- co mu się mogło stać?
- Lecz to nie jest jeszcze najgorsze. Gorzej, że po drugiej stronie
Przylądka - której stąd nie widać - zauważyłam światło wielkiego
statku płynącego z południa i kierującego się wprost na skały.
Sternik nie widzi światła latarni i nie ma pojęcia, jakie
niebezpieczeństwo grozi statkowi.
- Wielki Boże! - jęknął Jan Dolittle i o mało nie złamał wiosła,
tak gwałtownie roztrącił nim wodę, chcąc przyspieszyć bieg
czółna.
- Jak daleko od skał znajduje się teraz statek? - zapytała mewa.
- Około mili - odpowiedziała Dab-Dab - ale sądząc po
wysokości masztu, jest to bardzo duży statek, który w krótkim
czasie uderzy o skały albo osiądzie na mieliźnie.
- Niech pan płynie dalej naprzód, doktorze - rzekła mewa - a ja
tymczasem zwołam moich przyjaciół.
Rozpostarła skrzydła i poleciała ku lądowi, wydając takie same
okrzyki jak te, które doktor słyszał przez okno urzędu
pocztowego.
Doktor Dolittle nie miał pojęcia, jakie mewa ma zamiary. Ona
zresztą sama nie wiedziała, czy będzie dość czasu na wykonanie
planu, który powzięła. Ale nagle ku swej radości usłyszała odzew
na swoje wołanie, dochodzący ze skalistego wybrzeża, i wkrótce
otoczyły ją setki innych mew.
- 81 -
Mewa powiodła je za sobą w kierunku wielkiego statku, który
żeglował spokojnie wprost na skały, ku swojej zgubie. Pofrunęły
wprost do sternika, który trzymał szprychy koła sterowego i przy
świetle małej lampki obserwował poruszającą się igłę kompasu,
mewy natarły na niego: uderzając go skrzydłami po twarzy i
zasłaniając szkło kompasu przeszkadzały mu sterowaniu statkiem.
Sternik oganiał się od ptaków i wołał o pomoc; nadbiegli
oficerowie i marynarze i usiłowali zmusić mewy do ucieczki.
Tymczasem doktor Dolittle w swej łodzi dotarł do krańca
Przylądka, wyskoczył na ląd i wspiął się po skałach do podnóża
latarni, która ponad czarnym ponurym morzem wznosiła się ku
niebu. Macał tak długo, aż znalazł drzwi i zaczął w nie walić
wołając głośno, aby go wpuszczono. Ale nikt nie odpowiadał,
Dab-Dab szeptała mu gorączkowo do ucha, że światła statku się
przybliża i że oddalone jest od skały o niecałe pół mili.
Doktor odstąpił parę kroków, podbiegł ku drzwiom rzucił się na
nie całym ciężarem swego ciała. Ale mocne zawiasy i zamki,
które potrafiły opierać się szalejącemu morzu, nie drgnęły nawet
od uderzenia, jakby to było dotknięcie muchy. W końcu doktor,
rycząc z wściekłości, chwycił kamień tak duży jak krzesło i rzucił
nim z całej siły w zamek; drzwi otworzyły się z trzaskiem i doktor
biegł do wnętrza latarni.
Na statku marynarze walczyli wciąż jeszcze z mewami. Gdy
kapitan zobaczył, że nikt nie potrafi kierować statkiem, gdy
tysiące mew krąży mu nad głową, wydał rozkaz zatrzymania
statku i użycia sikawek. Silny strumień wody skierowany na ptaki
zmusił je do odwrotu; po czym statek puścił się na nowo w drogę i
zbliżył do Przylądka.
Wewnątrz latarni morskiej było jeszcze ciemniej niż na
zewnątrz. Z wyciągniętymi przed siebie rękami doktor Dolittle
pobiegł naprzód i potknął się natychmiast o człowieka leżącego na
- 82 -
podłodze tuż przy drzwiach. Nie zwracając na niego uwagi
przeskoczył go i rzucił się na kręcone schody w głębi wieży,
prowadzące do wielkiej lampy na szczycie.
Tymczasem Dab-Dab pozostała przy drzwiach, śledząc statek,
który teraz, po krótkiej zwłoce, zbliżał się coraz bardziej ku
skałom. Oczekiwała każdej chwili ostrzegawczego blasku
płonącej latarni, rozpościerającego się szeroko na morzu, ale
zamiast tego usłyszała przerażony głos doktora, wołającego ze
szczytu schodów:
- Dab-Dab, Dab-Dab! Nie mogę zapalić lampy. Zapomnieliśmy
o zapałkach! Zostawiłem je na biurku obok fajki. Ale tu gdzieś
muszą być zapałki. Musimy je znaleźć.
- Jakże je możemy znaleźć w tych ciemnościach?! - zawołała
Dab-Dab. - A statek jest coraz bliżej!
- Szukaj w kieszeniach latarnika! - krzyczał doktor. - Prędzej!
Prędzej!
Dab-Dab przeszukała prędko kieszenie człowieka leżącego na
podłodze.
- Doktorze - wrzasnęła - on nie ma zapałek! Nie znalazłam ani
jednej zapałki!
- Do stu piorunów! - zaklął doktor.
Ciężka cisza zawisła nad latarnią morską, a w tej ciszy doktor
na górze, a Dab-Dab na dole pogrążył w smutnych myślach o
nieszczęsnym statku, który dąży ku swojej zgubie tylko dlatego,
że oni nie mogą znaleźć zapałek. Ale nagle wśród głębokiej ciszy
usłyszeli dźwięczny śpiew ptaka.
- Dab-Dab! - szepnął doktor. - Czy słyszysz? Kanarek! Tu
gdzieś śpiewa kanarek, na pewno w kuchni! - I zbiegł czym
prędzej ze schodów.
- 83 -
- Chodź - zawołał - musimy znaleźć kuchnię! Kanarek będzie
wiedział, gdzie leżą zapałki.
I oboje tłukli się w ciemnościach, macali ściany i natrafili
wreszcie na niskie drzwiczki; otworzyli je i wpadli na łeb, na
szyję o kilka stopni w dół, do kuchni. Było to małe podziemne
pomieszczenie wyrąbane jak piwnica w skale, na której wznosiła
się latarnia. Jeśli kiedykolwiek palił się tutaj ogień na kominie, to
wygasł on już dawno. Ciemności były tak samo nieprzeniknione
jak wszędzie. Ale zaledwie otworzyli drzwi, mały ptaszek
zaświergotał głośno.
- Gdzie są zapałki? - zawołał doktor w języku kanarków. - Mów
prędko!
- Ach, nareszcie się pan zjawił - odpowiedział cienki,
dźwięczny, grzeczny głosik z ciemności - może będzie pan tak
dobry i okryje moją klatkę kołderką. Jest straszny przeciąg i nie
mogę zasnąć. Od południa nikogo u mnie nie było, nie wiem, co
się stało z latarnikiem. Zwykle przykrywa moją klatkę zaraz po
kolacji, a ponieważ nie przykrył mnie dzisiaj, śpiewam bez
przerwy. Moja kołderka leży...
- Zapałki, zapałki! Gdzie są zapałki ? - wrzasnęła Dab-
Dab. - Światło zgasło i statek znajduje się w niebezpieczeństwie.
Gdzie leżą zapałki?
- Na kominie obok solniczki - objaśnił kanarek. - Stań obok
mojej klatki i sięgnij na lewo, a znajdziesz je z pewnością.
Doktor Dolittle wskoczył do izby, przewracając krzesło i
uderzając się o ścianę. Wyciągnął rękę i wymacał komin. Po
chwili Dab-Dab wydała głębokie westchnienie ulgi, gdyż
usłyszała uspokajający trzask zapalanej zapałki.
- Za panem na stole stoi świeca - rzekł kanarek, gdy słabe
światło rozjaśniło kuchnię. Drżącymi rękami doktor zapalił
świecę, osłonił płomień ręką i wybiegł z kuchni na schody.
- 84 -
- Nareszcie! - szepnął. - Oby tylko nie było za późno.
Na schodach spotkał mewę z dwiema towarzyszkami, które
nadleciały.
- Doktorze! - zawołała mewa. - Zatrzymywałyśmy statek,
dopóki się dało, ale głupi marynarze nie wiedząc, że chcemy ich
ratować, zaczęli nas oblewać wodą z sikawek i musiałyśmy
ustąpić. Statek jest już przy skałach.
Bez słowa wbiegł doktor Dolittle na kręcone schody
prowadzące na wieżę. Wspinał się coraz wyżej, kręcąc się ciągle
w kółko, aż zakręciło mu się w głowie i o mało nie upadł.
W końcu dostał się do oszklonego pokoiku na szczycie wieży,
postawił świecę, zapalił jednocześnie dwie zapałki i dotknął nimi
w dwóch miejscach knota wielkiej lampy.
Tymczasem Dab-Dab znowu wyleciała na dwór i śledziła
zbliżający się statek. Gdy nareszcie jasne światło na szczycie
wieży rozświetliło morze, dziób statku był oddalony od skalistego
brzegu o niecałe sto metrów!
Rozległy się głosy warty, rozkazy kapitana oraz liczne gwizdki i
dźwięki sygnałów. Cudownie uratowany na chwilę przed
pójściem na dno wraz z całą załogą i ładunkiem statek skręcił na
morze i popłynął bezpiecznie, bez przeszkód swoją drogą.
Rozdział V. MEWY I STATKI.
Poranne słońce, zaglądając w okno latarni morskiej, zastało
doktora Dolittle wciąż jeszcze zajętego latarnikiem, który leżał na
progu schodów wiodących na wieżę.
- Wraca do przytomności - oświadczyła Dab-Dab - niech pan
patrzy, mruga oczami.
- 85 -
- Przynieś mi jeszcze trochę świeżej wody z kuchni - rzekł
doktor, który zwilżał wielki guz na głowie zemdlonego człowieka.
Nagle latarnik otworzył oczy, wlepił je w doktora i z trudem
usiłując podnieść się, wyjąkał:
- Światło... światło... muszę zapalić światło!
- Światło się pali - uspokoił go doktor - zresztą teraz jest już
dzień. Wypij to, zaraz poczujesz się lepiej. - Przytknął mu do ust
lekarstwo, które wyjął z małej czarnej torby.
Po chwili chory był już na tyle wzmocniony, że mógł się
podnieść: przeszedł wsparty na doktorze do kuchni, gdzie go Jan
Dolittle przy pomocy Dab-Dab posadził wygodnie w fotelu,
potem rozpalił ogień i przygotował śniadanie.
- Jestem panu niesłychanie wdzięczny, cudzoziemcze,
kimkolwiek jesteś - powiedział latarnik. - Zwykle jest nas tu
dwóch, ja i mój towarzysz Fred, ale wczoraj rano wysłałem Freda
małym dwumasztowcem na połów ostryg i zostałem sam. Około
południa schodziłem na dół, aby zaopatrzyć lampę w nowy knot.
Pośliznąłem się i upadłem. Uderzyłem głową o mur i straciłem
przytomność. Jak długo leżałem, zanim mnie pan znalazł, nie
wiem.
- Wszystko dobre, co się dobrze kończy - rzek doktor. - Niech
pan się napije. Umiera pan chyba z głodu. - I podał latarnikowi
dużą filiżankę gorącej kawy.
Około dziesiątej przed południem wrócił Fred połowu ostryg.
Zmartwił się bardzo dowiedziawszy się o wypadku, który zdarzył
się podczas jego nieobecności. Fred, również jak i tamten latarnik,
pochodził z Londynu i był marynarzem. Obydwaj byli bardzo
miłymi ludźmi i cieszyli się, że przybycie doktora Dolittle
przerwało nużącą jednostajność ich samotnego życia.
- 86 -
Oprowadzili doktora po całej latarni, pokazując mu wszystkie
urządzenia, a potem pokazali mu z wielki dumą i kazali podziwiać
maleńki ogródek, w którym rosły pomidory i nasturcje.
Opowiadali, że tylko raz na rok dostają urlop wtedy gdy
przybywa statek rządowy, który przywoź dwóch zastępców, a ich
zawozi do Anglii na sześć tygodni wakacji.
Zapytali, czy doktor może im opowiedzieć coś nowego o ich
kochanym Londynie. Ale doktor musiał się przyznać, że sam
niewiele wie, bo już bardzo dawno tam nie był. Gdy tak
gawędzili, wleciał przez okno wróbel Pyskacz, poszukując
doktora. Gdy się dowiedział, że obaj latarnicy pochodzą również z
Londynu, wzruszył się bardzo i opowiedział im za pośrednictwem
doktora wszystkie najnowsze plotki z londyńskich dzielnic
portowych.
Obaj strażnicy byli pewni, że doktor zwariował, gdy zaczął się
porozumiewać ćwierkaniem i świergotem z wróblem. Ale
odpowiedzi na zadawane pytania przekonały ich, że miejskie
nowinki, udzielane przez wróbla, nie były wymysłem, ale szczerą
prawdą.
Pyskacz oświadczył, że twarze obu jego rodaków są
najpiękniejszym widokiem, jaki ujrzał od czasu swego pobytu w
Afryce. Odtąd korzystał z każdej wolnej chwili, aby pofrunąć do
latarni morskiej w odwiedziny do swych nowych przyjaciół.
Naturalnie nie mógł się z nimi porozumieć, gdyż latarnicy nie
znali języka wróbli, pomimo to wróbel przebywał chętnie w ich
towarzystwie.
- Są tak miłym, normalnym, prawdziwie kulturalnym
towarzystwem w przeciwieństwie do tych tubylców - mówił. -
Niech pan tylko posłucha, jak Fred świetnie śpiewa angielskie
piosenki: „Niechaj mój grób będzie zawsze zielony...”
- 88 -
Latarnicy żałowali bardzo, gdy doktor zaczął się zbierać do
odjazdu, i nie chcieli go puścić. Musiał im przyrzec, że przybędzie
w przyszłą niedzielę na obiad. Potem załadowali mu czółno
czerwonymi pomidorami i ognistymi nasturcjami i machali długo
chustkami, żegnając odpływających do Fantippo doktora Dolittle,
kaczkę Dab-Dab i wróbla Pyskacza.
Doktor nie oddalił się jeszcze zbytnio, gdy nadleciała mewa, ta
sama, która zawiadomiła go o wygaśnięciu latarni morskiej.
- No cóż, wszystko w porządku, doktorze? - zapytała zataczając
wdzięczne półkola nad czółnem.
- Tak - odrzekł doktor Dolittle zajadając pomidora. - Latarnik
nabił sobie strasznego guza na głowie. Ale zagoi mu się to
wkrótce. Gdyby kanarek nam nie powiedział, gdzie leżą zapałki, a
ty nie zatrzymałabyś statku, rozbiłby się na pewno.
Doktor wyrzucił skórkę pomidora z łódki, a mewa pochwyciła
ją tak zręcznie w powietrzu, że skórka nawet nie dotknęła wody.
- Cieszę się, ze nasza pomoc przyszła w porę - powiedziała
mewa.
- Dlaczego właściwie doniosłaś mi o tym wypadku z latarnią? -
zapytał doktor przyglądając się uważnie mewie krążącej w
zręcznych półkolach nad łodzią. - Zazwyczaj mewy nie troszczą
się o losy ludzi i statków.
- Myli się pan, doktorze - rzekła mewa chwytając znowu w
powietrzu wyrzuconą przez doktora skórkę pomidora. - Statki i
ludzie obchodzą nas bardzo, wprawdzie mniej w południowych, a
więcej w północnych okolicach: umarłybyśmy z głodu, gdyby tam
nie było statków zimową porą. Gdy tylko nastąpią chłody, coraz
trudniej jest o jakiekolwiek pożywienie w morzu. Czasami
usiłujemy poradzić sobie w ten sposób, że lecimy do miast i
krążymy nad sadzawkami i stawami w parkach. Ludzie spacerując
rzucają tamtejszym ptakom kawałki bułki. Wówczas my
- 89 -
chwytamy tę bułkę w powietrzu, zanim dotknie powierzchni
wody, ot tak - i mówiąc to chwyciła znowu błyskawicznie po raz
trzeci skórkę pomidora.
- Mówiłaś przecież o statkach - wtrącił doktor.
- Tak - przyznała mewa, mówiąc niewyraźnie z dziobem
pełnym skórek. - Statki nadają się o wiele lepiej na dożywianie
zimowe. Trzeba bowiem przyznać, że nie jest to bardzo
przyzwoicie odbierać ptakom w parkach ich pożywienie. Toteż
robimy to tylko wtedy, gdy sobie inaczej nie możemy poradzić. W
zimie przebywamy najczęściej w pobliżu statków. Przed dwoma
laty przeżyłam cały rok wraz z jedną z moich kuzynek,
towarzysząc stale statkom, karmiąc się odpadkami rzucanymi
przez marynarzy do morza. Im morze jest burzliwsze, tym więcej
otrzymujemy pożywienia, gdyż wówczas pasażerowie nie mają
apetytu i wszystko idzie do morza. Towarzyszyłyśmy wraz z moją
kuzynką transatlantyckim parowcom na trasie Glasgow -
Filadelfia i przelatywałyśmy wraz z nimi dziesiątki razy nad
oceanem tam i z powrotem. Ale potem przeniosłyśmy się na trasę
wiodącą z Tilbury do Bostonu.
- Dlaczego? - zdziwił się doktor.
- Tam wikt był o wiele lepszy. Rano wyrzucano keksy, po
obiedzie herbatniki, a wieczorem kanapki, dostawałyśmy trzy razy
dziennie obfite posiłki - jednym słowem, wiodłyśmy żywot
prawdziwie pański. Było to wspaniałe życie, prawie że
marynarskie. Widzi pan, że mewy interesują się bardzo ludźmi i
statkami. I dlatego nie chcemy za nic na świecie, aby się któremuś
statkowi, a szczególnie pasażerskiemu przytrafiło coś złego.
- Hm, hm - bardzo to wszystko interesujące mruknął doktor. - A
byłaś już kiedyś świadkiem jakiejś katastrofy?
- 90 -
- Ach, mnóstwo razy - odpowiedziała mewa. - Burze, zderzenia
w nocy, pójście na dno podczas mgły i tak dalej. Widziałam już
wiele statków w niebezpieczeństwie.
- O! - rzekł doktor Dolittle przestając wiosłować. - Jesteśmy już
bardzo blisko naszego urzędu pocztowego. Słyszę, jak
dwugłowiec dzwoni na obiad. Przybywamy w samą porę. Czy nie
chciałabyś zjeść z nami obiadu? - zapytał mewy. - Rad bym
usłyszeć coś więcej o twoich spotkaniach ze statkami. Nasunęłaś
mi dobry pomysł.
- Pięknie dziękuję - rzekła mewa - z największą chęcią. Jest pan
bardzo uprzejmy. Po raz pierwszy spożyję obiad na samym statku.
Czółno przywiązano, wszyscy weszli do łodzi pocztowej i
zasiedli w kuchni do obiadu. Przy stole doktor powiedział do
mewy:
- Wspominałaś właśnie o mgłach. Jakże ty sama radzisz sobie
podczas mgły? Czyżby mewy widziały wtedy lepiej od
marynarzy?
- Nie - rzekła mewa. - Nie widzimy lepiej, to prawda. Ale
gdybyśmy podczas mgły były tak bezradne jak marynarze,
zginęłybyśmy dawno. Gdy lecimy w określonym kierunku i
natrafiamy na mgłę, wówczas unosimy się tak wysoko, aż
docieramy do warstw powietrza wolnych od mgły i odnajdujemy
drogę.
- Ach tak - rzekł doktor. - A co robicie podczas burzy, aby się
zabezpieczyć?
- Gdy burza jest bardzo gwałtowna, nawet ptaki morskie nie
zawsze mogą się jej oprzeć. My, mewy, nie próbujemy nawet
walczyć z silnymi wiatrami. Albatrosy odważają się na to czasem,
ale my nigdy. To zbyt męcząca i niebezpieczna zabawa, nawet
gdy się czasem udaje popływać i wypocząć na wodzie. Lecimy z
- 91 -
wiatrem, niech nas niesie, dokąd chce. Potem, gdy burza się
uciszy, lecimy z powrotem i kończymy naszą podróż.
- Ale to chyba zabiera mnóstwo czasu - zauważył doktor.
- O tak - odparła mewa. - Tracimy w ten sposób trochę czasu,
ale właściwie rzadko zdarza się nam natrafić na burzę. Zanim nas
dosięgnie, wyczuwamy, gdzie szaleje, i omijamy ją. Żaden
doświadczony ptak morski nie da się złapać burzy.
- Ale w jaki sposób to wyczuwacie? - zapytał doktor.
- Zdaje mi się, że przewaga, którą my, ptaki, posiadamy nad
marynarzami w rozpoznawaniu pogody, to nasz doskonały wzrok
i nasze doświadczenie. Możemy się zawsze wzbić tak wysoko, że
wzrok nasz jest w stanie objąć pięćdziesiąt do sześćdziesięciu
jardów odległości. Więc gdy widzimy zbliżającą się burzę,
możemy uciec przed nią, gdyż lot nasz jest szybszy od
najsilniejszego wiatru. Po drugie, mamy o wiele większe
doświadczenie od marynarzy. Ci biedacy wmawiają sobie, że
znają morze i że spędzili na nim całe swe życie. Ale niech mi pan
wierzy, że wcale tak nie jest. Połowę swego życia spędzają w
kajucie, drugą część na lądzie, a dużą część przesypiają. A nawet
wtedy, gdy są na pokładzie, nie zawsze patrzą na morze. Zajęci są
linami, miotłami, wiadrami. Bardzo rzadko można spotkać
marynarza, który naprawdę patrzy na morze.
- Może im się już ono sprzykrzyło? - wtrącił doktor.
- Prawdopodobnie, ale przecież, gdy się chce być dobrym
marynarzem, morze jest najważniejsze. Morze trzeba widzieć,
morze trzeba obserwować. My, ptaki morskie, spędzamy
naprawdę całe nasze życie na morzu, dnie i noce, wiosnę, lato,
jesień i zimę, mamy wciąż morze przed oczyma i obserwujemy je
dokładnie. A z jakim skutkiem? - zapytała mewa biorąc świeżą
grzankę, którą jej Dab-Dab podała. - Skutek jest taki, że znamy
morze doskonale. Gdyby mnie pan wsadził do małego,
- 92 -
zamkniętego pudełka, a potem na samym środku jakiegokolwiek
morza wyjął z pudełka i kazał spojrzeć na wodę - nawet gdyby nie
można było w tym miejscu dojrzeć skrawka lądu, mogłabym panu
powiedzieć, jakie to jest morze, i z dokładnością prawie do jednej
mili - w jakiej jego stronie się znajdujemy. Tylko rozumie się, że
musiałabym wiedzieć, jaka jest pora roku i który dzień miesiąca.
- To nadzwyczajne! - zdumiał się doktor. - Po czym to
poznajesz?
- Po barwie wody, po odpadkach unoszących się na niej, po
rybach i mięczakach, po sposobie marszczenia się małych fal i po
wznoszeniu się i opadaniu wielkich bałwanów, po zapachu, po
smaku, po zawartości soli i mnóstwie innych oznak. W większości
wypadków, chociaż nie zawsze, mogłabym panu po wyjęciu z
pudełka powiedzieć z zamkniętymi oczyma, gdzie się znajduję,
poznając to wyłącznie po wietrze rozwiewającym moje piórka.
Z marynarzami jest największa bieda, doktorze - ciągnęła dalej
mewa - bo nie znają wiatrów tak dokładnie, jak by powinni.
Potrafią odróżniać wiatr północno-wschodni od zachodniego i
silny od słabego. Ale nic poza tym. Gdy się jednak spędziło
większą część życia tak jak my w ciągłym ruchu wśród wiatrów,
stale razem, krążąc, wznosząc się i opadając wraz z nimi, to wie
się o wietrze więcej niż tylko o jego kierunku i sile. To wszystko
ma znaczenie: kiedy wiatr pędzi naprzód i cofa się, jak często
wzmaga się i słabnie - i ten, kto opanował wiedzę o wiatrach,
wiele z tego wniosków wyciągnie.
- 93 -
Rozdział VI STACJA METEOROLOGICZNA.
Po obiedzie doktor Dolittle zasiadł w fotelu obok kominka i
zapalił fajkę.
- Przyszedł mi pewien pomysł do głowy - powiedział do mewy.
- Założę nowy oddział urzędu pocztowego. Wiele spośród ptaków,
które ze mną współpracują, potrafi doskonale przepowiadać
pogodę. Twoje opowiadanie o znajomości morza i wiatrów
naprowadziło mnie na myśl urządzenia stacji meteorologicznej.
- Co to jest stacja meteorologiczna? - zapytał Jip, który zmiatał
właśnie okruszyny z obrusa, żeby później wysypać je ptakom.
- Stacja meteorologiczna - objaśnił doktor - to bardzo ważne
urządzenie, szczególnie ważne dla żeglugi i dla rolnictwa. Jest to
instytucja, gdzie przepowiada się pogodę.
- Jak się to robi? - spytało Geb-Geb.
- Właśnie że tego wcale się nie robi - powiedział doktor. -
Przynajmniej udaje się to tylko czasami. Stacje meteorologiczne
przepowiadają pogodę czasem trafnie, a czasem mylnie. Posługują
się przy tym barometrem, termometrem, higrometrem,
wiatromierzem i tym podobnymi przyrządami. Ale dotychczas
rezultaty tych badań i pomiarów są jeszcze niewielkie. Zdaje mi
się, że przy pomocy moich ptaków uda mi się to znacznie lepiej.
Bardzo rzadko mylą się w swych przepowiedniach
- Dla jakiej części świata chciałby pan mieć wiadomości o
pogodzie? - zapytała mewa. - Jeśliby szło tylko o Fantippo lub o
wschodnią Afrykę, byłoby to zabawką. Tutaj zdarzają się tylko
niekiedy trąby powietrzne, poza tym stale panuje piekielny upał.
Ale jeśli chce się przepowiedzieć pogodę dla Cieśniny Magellana
albo dla Nowej Ziemi, albo dla innej okolicy, gdzie pogoda jest
bardzo kapryśna, to sprawa wygląda zupełnie inaczej. Taka
przepowiednia dla samej tylko Anglii nastręcza już poważnie
- 94 -
trudności. Nawet ja nie wiedziałam nigdy, jaka w Anglii będzie
pogoda następnego dnia.
- Klimat angielski jest najlepszy na świecie - wtrącił wróbel
Pyskacz i nastroszył się wojowniczo. - Nie kręć mi tu tylko twoim
długim dziobem na Anglię, moja panno. Może to, co się tutaj
dzieje, nazywasz klimatem? Ja zowie to łaźnią turecką. My w
Anglii lubimy klimat urozmaicony i mamy tego pod dostatkiem.
Dlatego też prawdziwy Anglik ma taką świeżą, różową cerę, a ci
biedacy tutaj czernieją na węgiel.
- Chciałbym bardzo - powiedział doktor - mieć możliwość
przepowiadania pogody dla każdej części świata. Sądzę, że
powinno mi się to udać. Ten oto urząd pocztowy wraz z filiami
zatrudnia ptaki ze wszystkich stron. Mógłbym ulepszyć rolnictwo
i uprawę ziemi na całym świecie. Ale poza tym chciałbym także
zorganizować morską stację meteorologiczną dla żeglugi.
- Ach - rzekła mewa - nie mogę, niestety, przysłużyć się
rolnictwu, pogoda lądowa to nie moja specjalność. Ale co się
tyczy morza, to znam pewnego ptaka, który może panu
powiedzieć o pogodzie morskiej więcej niż wszystkie stacje na
świecie razem.
- Któż to taki? - zapytał doktor.
- Nazywamy go „Jednookim”. Jest to albatros, ptak stary jak
świat. Nikt nie wie, ile ma lat. Stracił oko w walce z orłem o
flądrę. Jest to najlepszy przepowiadacz pogody, jaki kiedykolwiek
istniał. Wszystkie ptaki morskie liczą się z jego zdaniem. Jeszcze
się nigdy nie omylił.
- Doprawdy? - zdziwił się doktor. - Chciałbym go poznać.
- Sprowadzę go tutaj, mieszka niezbyt daleko wśród skał na
wybrzeżu Angoli. Mieszka tam dlatego że na tamtejszych skałach
znajduje mnóstwo skorupiaków, a on widzi bardzo źle i nie potrafi
już schwytać wielkiej ryby. Po tych wszystkich dalekich
- 95 -
wędrówkach ma teraz starość dość nudną. Ucieszy się bardzo, gdy
się dowie, że pan ceni jego wiedzę i że może się panu przysłużyć.
Polecę zaraz i opowiem mu wszystko.
Doktor Dolittle był zachwycony tym pomysłem
- Jestem przekonany - powiedział do mewy - że twój przyjaciel
będzie nam bardzo pomocny.
Mewa podziękowała doktorowi i Dab-Dab za wyśmienity obiad
i, biorąc ze sobą kilka pocztówek adresowanych do Angoli, udała
się niezwłocznie w drogę po albatrosa zwanego „Jednookim”.
Powróciła późną nocą, a wraz z nią przybył wielki Jednooki,
najstarszy i najlepszy przepowiadacz pogody wśród ptaków.
Doktor Dolittle opowiadał później, że nigdy jeszcze nie widział
ptaka, który by mu tak przypominał marynarza. Czuć go było
silnie rybą, a gdy mówił o pogodzie, miał dziwny zwyczaj
zezowania swym jednym okiem ku niebu podobnie, jak to czynią
często stare „wilki morskie”. Jednooki uważał, że pomysł
urządzenia ptasiej stacji meteorologicznej jest najzupełniej
możliwy i przyczyni się do o wiele trafniejszych przepowiedni niż
wszystkie dotychczasowe. Potem miał wykład o wiatrach,
trwający półtorej godziny, który doktor Dolittle zapisał słowo w
słowo w swoim notesie.
Wiatr jest główną przyczyną zmian pogody. Jeśli się na
przykład wie, że w czwartek po obiedzie padał deszcz na wyspach
kanału La Manche i że wieje tam teraz wiatr północno-wschodni,
to możecie być najpewniejsi, że w Anglii będzie padał deszcz w
ciągu czwartkowego wieczoru.
Doktor Dolittle napisał więc do wszystkich filii pocztowych
prośbę, aby z rozmaitymi ptakami ustalono dokładną datę ich
dorocznego odlotu, nie tak jak dotychczas - mniej więcej w
drugim tygodniu listopada lub coś w tym rodzaju, lecz dokładnie
co do dnia i godziny. Gdyż znając szybkość lotu każdego gatunku
- 96 -
ptaków, mógł z łatwością obliczyć niemal co do minuty, kiedy
przylecą na miejsce swego przeznaczenia. Jeśli się spóźnią, będzie
to dowód, że zatrzymała je burza albo że odłożyły swój odlot na
lepszą pogodę.
Doktor Dolittle, mewa, Jednooki, Dab-Dab, wróbel Pyskacz,
Śmigły i Tu-Tu - sowa matematyczka - omawiali wszystko do
późnej nocy i opracowali mnóstwo nowych pomysłów, kierunków
i zasad prowadzenia przyzwoitej stacji meteorologicznej.
Po kilku tygodniach na ścianach urzędu pocztowego doktora
Dolittle-ukazała się obok dawnych tablic, zawiadamiających o
nadejściu i odejściu poczty, nowiuteńka tablica:
WIADOMOŚCI METEOROLOGICZNE
głosił napis, a wiadomości te brzmiały mniej więcej tak:
Zielone czaple na trasie: wyspy Sandwich -
przylądek Horn, jeden dzień, trzy godziny,
dziewięć minut opóźnienia. Wiatr południowo-
wschodni. Pogoda dzisiejsza na wybrzeżu Chile:
skłonność do burz. Lekkie wiatry na wodach
południowych Oceanu Lodowatego.
Ptaki lądowe, szczególnie te, które żywią się jagodami,
okazywały również dużą pomoc doktorowi donosząc mu
listownie, jakiej zimy należy się spodziewać w różnych krajach.
Po czym doktor Dolittle pisał znów listy do rolników na całym
świecie, donosząc im, czy mają się spodziewać ciężkiej, czy
lekkiej zimy, dżdżystej wiosny czy suchego lata, co im naturalnie
bardzo ułatwiało uprawę pól.
- 97 -
Mieszkańcy Fantippo, którzy dotychczas z obawy przed
burzami niechętnie wyruszali na morze, teraz, orientując się
świetnie w stanie pogody dzięki swojej doskonałej stacji
meteorologicznej, zaczęli budować większe żaglowce zamiast
dotychczasowych lichych czółen. Stawali się stopniowo narodem
kupców, uprawiali handel towarami wszelkiego rodzaju wzdłuż
wybrzeży Afryki, docierali do Przylądka Dobrej Nadziei,
objeżdżali Ocean Indyjski i prowadzili handel zamienny z
mieszkańcami nieznanych krajów.
Wskutek tego królestwo Fantippo rosło w znaczenie i w
bogactwa. Król przeznaczył na zagraniczną pocztę wielki zasiłek
pieniężny, który doktor Dolittle zużył na przebudowanie łodzi
pocztowej i ulepszenie jej urządzeń.
Wkrótce stacja meteorologiczna na Wyspie Niczyjej stała się
ogólnie znana. Chłopi z Anglii, którzy otrzymywali listy od
doktora Dolittle z tak trafnymi przepowiedniami pogody,
pojechali do Londynu i powiedzieli Rządowi, że wiadomości
urzędowe są nic niewarte i że niejaki doktor Jan Dolittle przysyła
im z Afryki o wiele lepsze.
Rząd przejął się tym i wysłał królewskiego meteorologa,
starego, siwego jegomościa do Fantippo, aby stwierdził, jak Jan
Dolittle to robi.
Doktor ujrzał go pewnego dnia skradającego się obok urzędu
pocztowego, gdy studiował tablicę z wiadomościami
meteorologicznymi i starał się odgadnąć tajemnice doktora.
Ale nie dowiedział się niczego ten królewski meteorolog i gdy
powrócił do Anglii, oznajmił Rządowi tylko tyle:
„Doktor Jan Dolittle nie ma żadnych nowych przyrządów. To
oszust. Jedyne, co posiada, to stara łódź, koło której lata gromada
brudnych ptaków”.
- 98 -
Rozdział VII. KURSY KORESPONDENCYJNE.
Zagadnienia wychowawcze i oświatowe odgrywały dużą rolę w
pracy doktora Dolittle i ich znaczenie stale wzrastało. Doktor
Dolittle powiedział przecież zaraz na początku do Śmigłego, że
gdy tylko zwierzęta i ptaki zrozumieją pożytek z własnej poczty,
będą z niej coraz więcej korzystały.
Naturalnie większość listów, jak to przepowiadał Śmigły,
adresowana była do samego doktora. Wkrótce biedak zasypany
był listami proszącymi o porady lekarskie. Eskimoskie psy
pociągowe zapytywały, co robić na wypadanie sierści. Jej bujność
- biedne stworzenia nie miały innej ochrony przed wiatrami
podbiegunowymi - miała dla nich ogromne znaczenie.
I doktor Dolittle spędził całą sobotę i niedzielę, robiąc próby na
sierści Jipa płynem na porost włosów, aby znaleźć środek
przeciwko łysieniu. Jip był bardzo cierpliwy, gdyż wiedział, że
doktor czyni to dla dobra jego współbraci, i nie warczał wcale -
chociaż mówił do Dab-Dab, że po tych wszystkich olejkach, które
doktor na nim wypróbował, czuje się jak apteka. Jego ostre
powonienie stępiało na całe dwa tygodnie.
Oprócz listów proszących o lekarską poradę doktor otrzymywał
od zwierząt z całego świata wszelkie możliwe zapytania na temat
odżywiania dzieci, materiału na budowę gniazd i tym podobne.
Powodowane nową dla nich żądzą wiedzy, zwierzęta zadawały
wiele pytań, na które ani doktor, ani nikt inny nie umiałby w
owych czasach odpowiedzieć. Na przykład: z czego zrobione są
gwiazdy? Skąd pochodzi przypływ i odpływ morza i jakim
sposobem można je powstrzymać?
Aby zaspokoić żądzę wiedzy swych korespondentów, doktor
Dolittle założył po raz pierwszy w historii kursy
korespondencyjne dla zwierząt.
- 99 -
Kazał wydrukować podręczniki zatytułowane między innymi:
„Co młode króliki wiedzieć powinny”, „Pielęgnowanie nóg w
czasie zimna” i tym podobne, i tym podobne. Te podręczniki
rozsyłał pocztą w tysiącach egzemplarzy.
A ponieważ otrzymywał również mnóstwo zapytań dotyczących
dobrych manier, napisał książkę pod tytułem „O umiejętności
zachowywania się w towarzystwie”. Książka ta jest prawie
wyczerpana, ale jeszcze dziś cieszy się wielkim uznaniem. Doktor
wypuścił pierwsze wydanie w pięćdziesięciu tysiącach
egzemplarzy, które rozesłał pocztą w ciągu jednego tygodnia. W
tym samym czasie napisał i rozprowadził bardzo głośną książkę
pod tytułem „Jednoaktówki dla pingwinów”.
Lecz, niestety, ilość listów, na które musiał odpowiadać, nie
zmniejszyła się wcale wskutek wydawnictw, przeciwnie,
powiększyła się stokrotnie.
Oto list, który doktor dostał od pewnej świnki z Patagonii:
Kochany panie doktorze! Czytałam pańską
książkę „O umiejętności zachowywania się w
towarzystwie” i podobała mi się bardzo. Mam
zamiar wkrótce wstąpić w związki małżeńskie. Czy
wypada zaproponować gościom, zaproszonym na
przyjęcie ślubne, aby ofiarowali mi pęczki
marchwi zamiast wiązanek kwiatów?
Z prawdziwym poważaniem
Basia Sadełko
P.S. Pierścionek zaręczynowy mam
przeciągnięty przez ryjek. Czy wypada w tym
miejscu nosić pierścionek?
- 100 -