The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka, 2020-09-09 06:50:02

Poczta Doktora Dolittle

drukowanego po raz pierwszy na świecie dla zwierząt został
wkrótce wydany i rozkolportowany za pomocą Jaskółczej Poczty
wśród mieszkańców mroźnej Północy. Pismo miało wielkie
powodzenie. Listy z podziękowaniami i odpowiedzi na konkurs
zaczęły napływać od fok, lwów morskich, wielorybów i innych
mieszkańców mórz podbiegunowych. Tu-Tu, matematyczka,
została naczelnym redaktorem. Dab-Dab prowadziła dział „Matki
i dziecka”. Geb-Geb zaś objęło dział „Kulinarny i ogrodniczy”.

W ten sposób „Krąg Polarny” wnosił zabawę i naukę do
domów, jaskiń i gór lodowych tak długo, jak długo trwał urząd
pocztowy doktora Dolittle.

- 151 -

CZĘŚĆ CZWARTA.

Rozdział I. PRZESYŁKI POCZTOWE.

Pewnego dnia przyszło do doktora Dolittle Geb-Geb i
powiedziało:

- Panie doktorze, dlaczego nie urządza pan działu paczek?
- Na miłość boską, Geb-Geb! - zawołał doktor. - Czy sądzisz, że
mam jeszcze nie dość roboty? Po co ci potrzebne przesyłanie
paczek?
- Założę się, że tu chodzi o jakieś sprawy żołądka - powiedziała
Tu-Tu, która siedziała obok doktora i robiła obliczenia.
- Myślałem o tym - przyznało się Geb-Geb - żeby sprowadzić
sobie z Europy trochę świeżych warzyw.
- Macie! - odezwała się Tu-Tu. - Czy nie mówiłam? Ono ma
bzika na punkcie warzyw.
- Ależ paczki są za ciężkie dla ptaków, Geb-Geb - orzekł doktor.
- Może z wyjątkiem małych paczek, większe ptaki mogłyby je
udźwignąć.
- Wiem o tym i obmyśliłem już sobie wszystko - powiedziało
prosię. - W bieżącym miesiącu ukazuje się u nas nowalijka -
brukselka. Jest to moja ulubiona jarzyna oprócz marchewki.
Słyszałem, że w przyszłym tygodniu przybyć ma do Afryki
pewien gatunek drozdów. Czy byłoby zbyt wielkim wymaganiem
prosić o przyniesienie brukselki? Ptaków będą setki i gdyby jeden
drozd z każdej gromady przyniósł mi po jednej główce,
wystarczyłoby mi to na długie miesiące. Od zeszłej jesieni nie
jadłem świeżych jarzyn. Mam już dość tych wiecznych
korzonków jam-jam i tych wszystkich afrykańskich paskudztw.

- 152 -

- Dobrze, Geb-Geb - powiedział doktor. - Zrobię, co będę mógł.
Najbliższą pocztą wyślę list do Anglii z prośbą, aby drozdy
zechciały zabrać ze sobą brukselkę.

Taki był początek nowego oddziału urzędu pocztowego w
Fantippo: dział poczty krajowej i zagranicznej został uzupełniony
oddziałem paczek. Brukselka dla Geb-Geb przybyła w ogromnych
ilościach, przyniosło ją niezwykle liczne stado drozdów. Potem
zaczęły przychodzić do doktora rozmaite zwierzęta prosząc go o
zamówienie zagranicznych artykułów spożywczych, gdyż ich
własne wyczerpały się. W ten sposób ptaki poprzynosiły do
Fantippo nasiona i rośliny z innych krajów i doktor poczynił
mnóstwo prób w rozsadzaniu i, jak się to mówi, aklimatyzowaniu
jarzyn, zbóż i kwiatów.

Wkrótce w staromodnej skrzynce pod oknem łodzi pocztowej
zakwitły pelargonie, nagietki i cynie, wyhodowane z nasion i
sadzonek przyniesionych przez ptaki z Europy. Stąd dziś jeszcze
rozmaite warzywa, znajdujące się zazwyczaj tylko w Europie,
spotyka się rosnące dziko w Afryce. Sprowadziła je tu namiętność
prosięcia Geb-Geb do świeżych jarzyn.

Nieco później przy pomocy większych ptaków regularnie co
dwa miesiące przesyłano paczki dla mieszkańców Fantippo.
Sprowadzano już teraz zegarki -budziki i wszelkie możliwe
przedmioty z Euro1

Król Koko zamówił sobie nawet rower, który mu przesyłano
częściami. Dwa bociany przyniosły każdy po jednym kole, orzeł
ramę, a wrony mniejsze części, jak pedały, śruby i olejarkę.

Gdy te pojedyncze części zostały zmontowane w urzędzie
pocztowym, okazało się, że brak jednej śrubki. Ale nie była to
wina poczty. Śrubkę zarzucili robotnicy, którzy ładowali rower na
okręt w Birmingham. Doktor napisał list z reklamacją i następną
pocztą dosłano mu nową śrubkę. Potem król przejechał się z

- 153 -

triumfem na swoim nowym rowerze po ulicach Fantippo i dla
uczczenia tego faktu dzień ten ogłoszono świętem państwowym.
Swój stary rower podarował król bratu, księciu Wolla-Bolla. I
wszędzie głoszono teraz sławę oddziału paczek, powołanego do
życia przez Geb-Geb.

W kilka tygodni później otrzymał doktor Dolittle list od
pewnego wieśniaka z Anglii.

Wielce Szanowny Panie doktorze! Dziękuję Panu
serdecznie za Pańskie doskonałe wiadomości
meteorologiczne. Dzięki temu udało mi się
osiągnąć bardzo dobry urodzaj brukselki. Ale
zanim zdążyłem ją zebrać, znikła pewnej nocy z
mego pola co do główki. Jak się to stało, nie
umiem powiedzieć. Może mi Pan udzieli jakichś
wyjaśnień.

Bardzo oddany
Mikołaj Skrog

- Do licha! - zawołał Jan Dolittle. - Chciałbym wiedzieć, co się
stało.

- Geb-Geb ją zjadło - powiedziała Tu-Tu. - To była na pewno ta
sama brukselka, którą drozdy tutaj przyniosły.

- Rety! - zawołał doktor. - To bardzo nieprzyjemna historia.
Muszę znaleźć jakiś sposób, żeby wynagrodzić temu rolnikowi
jego stratę.

Już od dawna usiłowała macierzyńska gosposia, Dab-Dab,
namówić doktora, aby wziął urlop z pracy na poczcie.

- Rozchoruje się pan, przysięgam na wszystko - zapewniała. -
Nikt nie podoła bezkarnie takiej pracy, jaką pan wziął na siebie w

- 154 -

ostatnich miesiącach. Teraz, kiedy poczta funkcjonuje
prawidłowo, może pan przecież przekazać ją urzędnikom
królewskim, a sam wycofać się nareszcie. A zresztą, czy nigdy nie
zamierza pan powrócić do Puddleby?

- Owszem, owszem - rzekł Jan Dolittle - wszystko w swoim
czasie, Dab-Dab.

- Ale wakacje musi sobie pan teraz urządzić - upierała się
kaczka. - Przez pewien czas nie będzie pan przychodził na pocztę,
popływa pan sobie łodzią wzdłuż wybrzeża dla zmiany powietrza,
jeśli nie chce pan słyszeć o powrocie do kraju.

Doktor Dolittle przyrzekł jej, że wkrótce weźmie urlop, ale nie
uczynił tego. Dopiero pewna sprawa wielkiej wagi dla nauki
potrafiła go oderwać od pracy na poczcie.

A stało się tak:

Pewnego dnia otwierając przeznaczoną dla niego pocztę doktor
znalazł paczkę wielkości dużego jaja. Odwinął zewnętrzne
opakowanie, składające się z trawy morskiej, i znalazł w środku
list i kilka skorup od ostryg, złożonych razem jak pudełko.

Trochę zdziwiony, czytał doktor list, a Dab-Dab patrzyła mu
przez ramię. List brzmiał jak następuje:

Kochany Panie Doktorze! Posyłam Panu kilka
ładnych kamyków, które znalazłam niedawno,
otwierając ostrygi. Nigdy jeszcze nie widziałam
kamyków tego koloru, chociaż spędziłam całe życie
nad morzem na otwieraniu mięczaków. Mój mąż
twierdzi, że są to jaja ostryg, ale ja temu nie
wierzę. Może Pan będzie łaskaw powiedzieć, co to
może być. Proszę mi to potem odesłać, gdyż jest to
ulubiona zabawka moich dzieci i obiecałam im, że
dostaną ją z powrotem.

- 155 -

Doktor odłożył list i przeciął scyzorykiem trawę morską
obwiązującą skorupki ostryg. Gdy je otworzył, wydał okrzyk
zdumienia:

- Dab-Dab - zawołał -jakie to piękne!

- Perły - szepnęła Dab-Dab głosem pełnym podziwu - różowe
perły.

- Jakie piękne - mruknął doktor. - Czy widziałaś kiedy takie
wielkie perły? Każda z tych pereł stanowi majątek. Kto mi je
właściwie przysłał? - i spojrzał ponownie na list. - List pisała
kaczka płaskonosa. Poznaję jej charakter pisma. Ptaki te
przebywają najchętniej na samotnych wybrzeżach, łowią mięczaki
i żyjące w morzu małe rybki i tym podobne stworzenia. Czy nie
wiesz, Dab-Dab, skąd ten list przybył? - zapytał doktor. - Czy
możesz odczytać adres umieszczony w nagłówku listu?

Dab-Dab zmrużyła oczy i zbliżyła je do listu.

- Zdaje się, że ze skał Harmattan.

- Gdzie się te skały znajdują? - zapytał doktor.

- Nie mam pojęcia - rzekła Dab-Dab - ale Śmigły będzie
wiedział. - I sprowadziła natychmiast jaskółkę.

Śmigły potwierdził, że list przybył istotnie ze skał Harmattan,
że jest to grupa małych wysepek na zachodnim wybrzeżu Afryki,
położonym około sześćdziesięciu mil na północ od Fantippo.

- To dziwne - zauważył Jan Dolittle - sądziłem raczej, że te
perły pochodzą z jakichś wysp południowych. Perły tej wielkości i
piękności stanowią w tutejszych wodach niezwykłą rzadkość.
Musimy je naturalnie odesłać dzieciom kaczki, ale w przesyłce
poleconej, chociaż muszę przyznać, że rozstaję się z nimi
niechętnie - są takie piękne. Musimy jednak z wysyłką zaczekać
do jutra rana. Gdzie by je schować do tego czasu? Z tak
kosztownymi klejnotami trzeba się bardzo ostrożnie obchodzić.
Nie opowiadaj o tym lepiej nikomu, Dab-Dab, z wyjątkiem Jipa i

- 156 -

dwugłowca. Obaj muszą kolejno całą noc pełnić straż przed
drzwiami. Ludzie są gotowi na wszystko dla zdobycia pereł.
Niech to pozostanie tajemnicą między nami, a jutro rano odeślemy
je z powrotem.

Gdy to mówił, zauważył jakiś cień padający na biurko, przy
którym stał. Podniósł wzrok i ujrzał przy okienku twarz
człowieka, najbrzydszą twarz, jaką kiedykolwiek widział,
wpatrzoną w perły, które wciąż jeszcze trzymał w ręku. Doktor
Dolittle, zmieszany i zły, po raz pierwszy podczas swojej kariery
na poczcie zapomniał o zwykłej grzeczności i chowając perły do
kieszeni, zawołał:

- Czego pan chce?

- Chciałbym kupić przekaz pocztowy. Muszę posłać pieniądze
mojej chorej żonie - odpowiedział nieznajomy.

Doktor wypisał blankiet i wziął pieniądze. Potem mężczyzna
opuścił urząd pocztowy, a doktor śledził go wzrokiem.

- Dziwny klient, prawda? - zwrócił się do Dab-Dab.

- Tak, nie można zaprzeczyć - przyświadczyła kaczka. - Nie
dziwię się, że jego żona jest chora, gdy ma męża z taką twarzą.

- Chciałbym tylko wiedzieć, kto to jest - rzekł Jan Dolittle. -
Biali pokazują się tu rzadko. Nie podobał mi się wcale jego
wygląd.

Następnego dnia perły zostały zapakowane tak samo jak
poprzednio i gdy doktor dołączył do nich list z wyjaśnieniem,
czym są te „kamyki” w rzeczywistości, odesłano je w poleconej
przesyłce z powrotem na wyspy Harmattan.

Ptak, któremu przesyłkę powierzono, był przypadkiem jednym z
drozdów, które przyniosły brukselkę dla Geb-Geb i przebywały
jeszcze w tej okolicy. I chociaż drozd był trochę za słaby, żeby
przenosić paczki, ta paczuszka była tak mała że mógł ją z

- 157 -

łatwością udźwignąć, zresztą w danej chwili doktor nie miał
nikogo innego pod ręką.

Więc po udzieleniu drozdowi przestróg, że z poleconą przesyłką
należy obchodzić się bardzo ostrożnie i troskliwie, wyprawiono
go wraz z perłami w drogę.

Potem doktor Dolittle złożył wizytę królowi Koko, co czynił od
czasu do czasu. W ciągu rozmowy zapytał Jego Królewskiej
Mości, czy nie zna białego osobnika, który nadawał dziś pieniądze
w urzędzie pocztowym.

Gdy doktor opisał nieprzyjemną, o zezujących oczach twarz
tego człowieka, król od razu wiedział, kto to był: poławiacz pereł
przebywający przez większą część roku na Oceanie Spokojnym,
gdzie są duże możliwości połowu pereł. Znany jest w tej okolicy
jako łotr, który dla pereł i pieniędzy gotów jest popełnić każdą
zbrodnię. Nazywa się Jakub Wilkins.

Słysząc to doktor Dolittle był zadowolony, że już odesłał perły
w poleconej przesyłce ich właścicielce. Potem powiedział
królowi, że w najbliższym czasie zamierza wziąć urlop, ponieważ
jest przepracowany i potrzeba mu spokoju. Król zapytał go, gdzie
chce pojechać, i doktor oświadczył, że miałby ochotę na tydzień
popłynąć czółnem wzdłuż wybrzeża do skał Harmattan.

- Jeśli pan tam pojedzie - powiedział król - to będzie pan mógł
odwiedzić mego starego przyjaciela, wodza Nyam-Nyam, i oddać
mu pozdrowienia ode mnie. Do niego należy część kraju wraz ze
skałami Harmattan. Zarówno on, jak i jego naród są bardzo
biedni. Ale to bardzo porządny człowiek i spodoba się panu z
pewnością.

- Dobrze! Odwiedzę go i pozdrowię od pana - powiedział
doktor.

Następnego dnia, pozostawiwszy dozór nad urzędem
pocztowym Jipowi, Śmigłemu i Pyskaczowi, doktor siadł z Dab-

- 158 -

Dab do czółna i rozpoczął wakacje. Po drodze zauważył kuter
Jakuba Wilkinsa, poławiacza pereł, zakotwiczony w pobliżu portu
Fantippo.

Wieczorem doktor przybył do małego osiedla, złożonego z chat
pokrytych słomą, należącego do wodza Nyam-Nyam. Ponieważ
doktor oddał wodzowi ukłony od króla Koko, został bardzo mile
przyjęty.

Państewko, którym ten wódz rządził, było istotnie bardzo
ubogie. Przez długie lata potężni sąsiedzi napadali na starego
wodza i zagarniali najżyźniejsze części jego kraju, aż wreszcie
cały naród skupił się teraz na małym, nieurodzajnym pasie
skalistego wybrzeża. Doktora Dolittle przeraziła niezwykła
chudość kurcząt biegających po ulicach. Przypominały mu one,
powiedział, stare, zbiedzone konie dorożkarskie.

Gdy tak rozmawiał z wodzem, który robił wrażenie miłego,
starego jegomościa, przyfrunął do chaty ogromnie przejęty
Śmigły.

- Panie doktorze - zawołał - okradzione pocztę! Drozd wrócił do
urzędu z wiadomością, że po drodze zrabowano mu paczkę z
perłami. Perły znikły!

Rozdział II. WIELKA KRADZIEŻ NA POCZCIE.

- Na litość boską! - zawołał doktor. - Perły znikły? Ale przecież
były polecone!

- Tak - powiedział Śmigły. - Oto mamy i drozda. Opowie panu
wszystko - i skinął na niefortunnego listonosza.

- Panie doktorze - zaczął drozd wzruszony bardzo i bez tchu - to
nie moja wina. Nie spuszczałem pereł ani na chwilę z oczu.

- 159 -

Leciałem prościuteńko w kierunku skał Harmattan. Ponieważ
jednak obrałem najkrótszą drogę, część jej prowadziła ponad
lądem. Po drodze spostrzegłem jedną z moich sióstr, której dawno
nie widziałem i która siedziała na drzewie w puszczy, nad którą
przelatywałem. Zdawało mi się, że nie będzie w tym nic złego,
jeśli z nią przez chwilę porozmawiam. Sfrunąłem więc na dół, a
ona ucieszyła się bardzo, gdy mnie zobaczyła. Ponieważ ze
sznurkiem od paczki w dziobie nie mogłem mówić swobodnie,
położyłem paczkę za sobą na gałęzi drzewa i zacząłem rozmawiać
z siostrą. Gdy się potem odwróciłem, aby zabrać paczkę - już jej
nie było.

- Może zsunęła się z drzewa - rzekł doktor - i wpadła w krzaki?

- Nie, to byłoby niemożliwe - rzekł drozd - włożyłem ją do
małego wydrążenia w korze. Nie mogła ani się zsunąć, ani spaść.
Musiał ją ktoś zabrać.

- Do pioruna! - zawołał doktor. - Obrabowano pocztę. To
bardzo poważna sprawa. Kto to mógł zrobić?

- Założę się, że to był Jakub Wilkins, zezowaty poławiacz pereł
- szepnęła Dab-Dab. - Człowiek z taką twarzą jest zdolny do
wszystkiego, a on jedyny, oprócz nas i Śmigłego, wiedział o tym,
że perły zostały wysłane pocztą. To Wilkins, przysięgam na
wszystko.

- Mówiono mi, że to łotr bez sumienia - zauważył doktor. -
Powinienem wrócić do Fantippo i spróbować go odnaleźć. Urząd
pocztowy odpowiada za zgubę poleconej przesyłki i jeśli Wilkins
skradł perły, muszę je odzyskać. Ale odtąd będzie obowiązywał
przepis, że gońcom, którzy roznoszą poleconą pocztę, nie wolno
w czasie służby prowadzić rozmów z siostrami i kimkolwiek
bądź.

- 160 -

I mimo późnej pory doktor pożegnał się spiesznie z wodzem
Nyam-Nyam i odpłynął przy świetle księżyca do portu w
Fantippo.

Tymczasem Śmigły wraz z drozdem lecieli skróconą drogą nad
lądem do urzędu pocztowego.

- Co pan powie Wilkinsowi, panie doktorze? - zapytała Dab-
Dab, gdy czółno płynęło po zalanej światłem księżyca toni. -
Szkoda, że pan nie ma pistoletu czy czegoś podobnego. To musi
być groźny rabuś i na pewno nie odda pereł bez walki.

- Nie wiem jeszcze, co mu powiem, wpadnę na jakiś pomysł
dopiero wtedy, gdy go zobaczę - rzekł doktor Dolittle. - Ale
musimy go zaskoczyć, żeby nie zdążył nic podejrzewać. Jeśli
odczepi kotwicę i odpłynie, nie dopędzimy go tym czółnem.

- Powiem coś panu, doktorze - rzekła Dab-Dab. - Polecę
naprzód i wypatrzę wroga. Jak wrócę, wszystko panu opowiem.
Może go teraz nie ma na kutrze, może gdzieś poluje.

- No dobrze - powiedział doktor Dolittle. - I tak zajmie mi to ze
cztery godziny, zanim dopłynę do Fantippo.

Dab-Dab frunęła więc nad oceanem, a doktor wiosłował dalej
wytrwale. Mniej więcej w godzinę później usłyszał ciche
kwakanie nad sobą - jego wierna gosposia wróciła - niebawem też
Dab-Dab, szeleszcząc skrzydłami, usadowiła się u jego nóg.
Poznał po wyrazie jej oblicza, że przynosi ważne nowiny.

- Wilkins znajduje się na statku i ma perły, doktorze. Gdy
zajrzałam przez okno, zobaczyłam, że przekłada je przy świetle
świecy z jednego pudełka do drugiego.

- A to łotr - mruknął doktor wiosłując z wszystkich sił.

- Mam nadzieję, że nie opuści Fantippo przed naszym
powrotem.

- 161 -

Zaczęło już świtać, zanim ujrzano kuter poławiacza pereł. Było
już bardzo trudno zbliżyć się do niego niepostrzeżenie. Doktor
okrążył całą Wyspę Niczyją, aby dotrzeć do łodzi z drugiej strony,
skąd nie miał już do przebycia tak dużej przestrzeni otwartego
morza. Zanurzając cicho, bardzo cicho wiosła w wodę, wylądował
w swym czółnie wprost pod dziobem statku, potem przywiązał
czółno, aby nie odpłynęło, wdrapał się po łańcuchu kotwicy i
wlazł na czworakach na pokład.

Światło dzienne jeszcze nie zajaśniało i paląca się lampa
oświetlała słabo stopnie prowadzące do kajuty. Doktor,
przemykając się jak cień, zszedł na palcach ze schodów i zajrzał
przez uchylone drzwi do środka. Zezowaty Wilkins siedział
jeszcze wciąż przy stole, tak jak to Dab-Dab opisała, i liczył perły.
Dwóch innych mężczyzn spało na pryczach. Doktor otworzył
drzwi i wskoczył do środka. Wilkins zerwał się natychmiast,
wyciągnął pistolet zza pasa i wycelował w głowę doktora.

- Ani kroku, bo będę strzelał! - warknął.

Doktor zatrzymał się na chwilę, wlepił wzrok w otwór pistoletu
i rozważał, co czynić dalej. Nie spuszczając oczu z doktora
Wilkins zamknął lewą ręką pudełko z perłami i schował je do
kieszeni.

Tymczasem Dab-Dab, nie spostrzeżona przez nikogo, wśliznęła
się pod stół i nagle swoim mocnym dziobem uszczypnęła
poławiacza pereł w nogę.

Wilkins krzyknął i schylił się, aby ją strząsnąć.

- Teraz czas na pana! - zawołała kaczka.

I w tej samej chwili, gdy Wilkins opuścił pistolet, doktor
skoczył mu na plecy, chwycił za szyję i obydwaj potoczyli się
dysząc na podłogę kajuty.

Rozpoczęła się wściekła walka. Tarzali się po podłodze,
przewracając wszystko naokoło. Wilkins usiłował oswobodzić

- 162 -

rękę z pistoletem, a doktor starał się ją przytrzymać, Dab-Dab
skakała, fruwała i dreptała wśród nich, trzepocąc skrzydłami i
czekając na sposobność, aby nieprzyjaciela uszczypnąć w nos.

W końcu doktor Dolittle, który jak na swój wzrost był bardzo
dobrym zapaśnikiem, chwycił poławiacza pereł w żelazny uścisk,
w którym tamten nie mógł się wcale ruszyć. Ale właśnie w chwili
gdy doktor wytrącił pistolet z ręki wroga, hałas obudził jednego z
mężczyzn śpiących w kajucie. Wychylił się z pryczy i od tyłu
zadał doktorowi butelką silne uderzenie w głowę.

Oszołomiony i nieprzytomny padł Jan Dolittle na ziemię. Trzej
mężczyźni rzucili się na niego i związali mu ręce i nogi
powrozami. W ten sposób nastąpił koniec walki.

Gdy się doktor Dolittle ocknął, leżał na dnie swego własnego
czółna, a Dab-Dab, usiłując go uwolnić, skubała sznur, którym
związano mu ręce.

- Gdzie Wilkins? - zapytał słabym, nieprzytomnym głosem.

- Uciekł - powiedziała Dab-Dab. - Uciekł z perłami ten łotr.
Przynieśli pana do czółna, odczepili kotwicę, rozwinęli żagle i
odpłynęli. Spieszyli się strasznie, spoglądali wciąż przez lunetę na
morze i rozmawiali o statku straży celnej. Z pewnością Rząd ich
poszukuje z powodu wielu złych sprawek. Nigdy w życiu nie
widziałam równie podejrzanie wyglądającej bandy. Tak, nareszcie
udało mi się rozwiązać sznur na pana rękach. Teraz będzie się już
pan mógł sam uwolnić. Czy bardzo pana boli głowa?

- Jestem jeszcze wciąż trochę zamroczony - powiedział doktor
usiłując rozwiązać sznury krępujące mu kostki nóg. - Ale wkrótce
przyjdę do siebie.

Gdy udało mu się rozwiązać powróz na nogach, doktor Dolittle
wstał i spojrzał na morze. Na horyzoncie widać było żagle statku
Wilkinsa, znikające na wschodzie.

- 163 -

- Łotr! - To było wszystko, co mógł wymówić przez zaciśnięte
zęby.

Rozdział III. PERŁY I BRUKSELKA.

Smutni i zawiedzeni doktor i Dab-Dab udali się w powrotną
drogę.

- Zajrzę jeszcze prędko na pocztę, zanim wyruszę z powrotem
do wodza Nyam-Nyam - rzekł doktor. - Prawdopodobnie w
sprawie pereł nie da się już nic zrobić. Ale chciałbym stwierdzić,
czy tam jest wszystko w porządku.

- A może jednak statek straży celnej dogoni Wilkinsa -
powiedziała Dab-Dab - i może wtedy odzyskamy perły?

- Nie wygląda na to - rzekł doktor. - Z pewnością sprzedaje jak
najprędzej. Przecież zrabował je wyłącznie dla pieniędzy, niczego
więcej nie pragnął. A kaczęta tak się cieszyły pięknością pereł.
Jaka szkoda, że je straciły, i to z mojej winy. No, ale nie warto
płakać nad rozlanym mlekiem. Przepadły, i już.

Zbliżając się do łodzi pocztowej ujrzeli mnóstwo czółen,
otaczających ją ze wszystkich stron. Ponieważ tego dnia nie
nadawano ani też nie przyjmowano poczty, doktor zdziwił się
bardzo tym nieoczekiwanym ruchem.

Przywiązał swoje własne czółno i udał się do urzędu. Wewnątrz
zgromadzony był wielki tłum. Doktor razem z Dab-Dab utorowali
sobie drogę i w oddziale przesyłek poleconych zobaczyli
wszystkie zwierzęta zgromadzone wokoło małej, czarnej
wiewiórki. Biedne, przerażone stworzonko miało nóżki związane
czerwoną tasiemką, przeznaczoną do obwiązywania paczek, i
wyglądało bardzo nieszczęśliwie. Po obu jej stronach stali na
straży Śmigły i Pyskacz.

- 164 -

- Co to ma znaczyć? - zapytał doktor Dolittle.

- Złapaliśmy złodzieja, który ukradł perły - oświadczył Śmigły.

- I odebraliśmy już perły! - zawołała Tu-Tu. - Leżą w szufladzie
ze znaczkami, a Jip ich pilnuje.

- Nic nie rozumiem - rzekł doktor. - Zdawało mi się, że to
Wilkins je ukradł.

I otworzył szufladę, w której rzeczywiście leżały trzy piękne,
różowe perły, które wysłał w poleconej paczce. Zapytał więc
Śmigłego, gdzie je znalazł.

- Po pańskim wyjeździe - zaczął opowiadać Śmigły - udaliśmy
się z drozdem do drzewa, gdzie zgubił paczkę. Było już ciemno,
usiedliśmy więc na gałęzi, żeby się przespać, odkładając
poszukiwania do rana. O świcie ujrzeliśmy tę podłą wiewiórkę
skaczącą z gałęzi na gałąź z ogromną, różową perłą w pyszczku.
Rzuciłem się natychmiast na nią i przytrzymałem, dopóki drozd
nie odebrał jej perły. Potem musiała nam powiedzieć, gdzie
podziała dwie inne. Gdyśmy odzyskali już wszystkie trzy perły,
zaaresztowaliśmy wiewiórkę i przyprowadziliśmy ją tutaj.

- Ach, mój Boże! - zawołał doktor spoglądając na biedną,
skrępowaną czerwonym sznureczkiem przestępczynię. -
Dlaczegoś ukradła te perły?

Zrazu wiewiórka była zbyt przestraszona, żeby się zdobyć na
odpowiedź. Doktor przeciął wiążące ją sznurki i powtórzył
pytanie.

- Myślałam, że to brukselka - powiedziała wiewiórka z
zakłopotaniem. - Kilka tygodni temu, gdyśmy z moim
małżonkiem siedzieli na gałęzi, doszedł nas nagle zapach
brukselki. Oboje przepadamy za tymi warzywami. Gdyśmy się
rozejrzeli, zobaczyliśmy tysiące drozdów niosących brukselkę w
dziobach. Mieliśmy nadzieję, że się zatrzymają i dadzą nam
trochę. Ale tak się nie stało. Spodziewaliśmy się, że może za kilka

- 165 -

dni przylecą inne ptaki. Postanowiliśmy więc zostać na tym
drzewie i czekać. I dzisiaj rano ujrzałam rzeczywiście jednego z
tych drozdów siadającego na gałęzi z paczką w dziobie. „Pst” -
szepnęłam do mego małżonka - „brukselka. Może uda się nam ją
ściągnąć, póki drozd nie patrzy w tę stronę”. Złapałam paczkę i
uciekłam. Ale gdyśmy ją otworzyli, znaleźliśmy, niestety, tylko te
błyskotki. Myślałam, że to jakiś nowy gatunek łakoci, i chciałam
je właśnie rozbić o kamień, gdy ten ptak schwycił mnie za kark i
zaaresztował. Te wstrętne perły nie mają dla mnie żadnej
wartości.

- Bardzo żałuję - powiedział doktor Dolittle spotkało cię tyle
przykrości. Dab-Dab odprowadzi cię do rodziny. Ale czy nie
wiesz, że rabunek poczty to bardzo poważna sprawa? Jeśli miałaś
tak wielką ochotę na brukselkę, dlaczego nie zwróciłaś się do
mnie? Do ptaków w żadnym razie nie mogę mieć pretensji za to,
że cię zaaresztowały.

- Kradzione smakuje najlepiej - odezwał się wróbel Pyskacz. -
Gdyby jej pan dał całą skrzynię najlepszych winogron
cieplarnianych, nie smakowałyby jej z pewnością tak jak to, co jej
się uda ściągnąć. Na miejscu pana skazałbym ją na kilka lat
przymusowych robót, żeby na przyszłość nie tykała łapami
poczty.

- Ach, lepiej zapomnieć o tym i przebaczyć - rzekł doktor. -
Przecież to były lekkomyślne, dziecinne figle.

- Ładne mi dziecinne figle - mruczał Pyskacz. - Matka dużej
rodziny i zawodowy złodziej kieszonkowy. Wszystkie wiewiórki
są jednakowe. Znam je z parku miejskiego: najbezczelniejsze
żebraczki na świecie, kradną innym chleb sprzed nosa i znikają w
jakiejś dziurze, nim zdążysz się obejrzeć. Ładne figle!

- Chodź - powiedziała Dab-Dab chwytając swymi wielkimi,
rozcapierzonymi łapami nieszczęsną przestępczynię. -

- 166 -

Odprowadzę cię na ląd, masz szczęście, że to doktor Dolittle jest
naczelnikiem poczty. Właściwie powinnaś pójść do więzienia.

- Śpiesz się z powrotem, Dab-Dab! - zawołał za nią doktor, gdy
wyfrunęła przez otwarte okno ze swoim ciężarem. - Gdy tylko
wrócisz, udamy się natychmiast do Nyam-Nyam. Tym razem sam
zawiozę perły i oddam je osobiście kaczce. Nie chcę już narażać
się na nowe kłopoty z ich powodu.

Około południa doktor po raz drugi rozpoczął przejażdżkę
wakacyjną, a ponieważ Geb-Geb, Jip i biała myszka uprosiły, aby
je zabrał ze sobą, czółno było przepełnione.

Około godziny szóstej po południu przybyli do wsi Nyam-
Nyam i stary wódz poczęstował ich obiadem. Było jednak bardzo
mało do jedzenia. Przypomniało to doktorowi, jacy ci ludzie byli
biedni.

Podczas rozmowy z wodzem dowiedział się doktor, że
najgroźniejszym wrogiem tego kraju było królestwo Dahomej.
Ten wielki, potężny sąsiad najeżdżał ciągle ziemie Nyam-Nyam i
zagarniał całe obszary, a mieszkańcy ubożeli coraz bardziej.
Żołnierzami w królestwie Dahomej były amazonki, to znaczy
kobiety. Ale chociaż były kobietami, miały tak wysoki wzrost i
taką siłę, a poza tym było ich tak dużo, że stanowiły straszliwą
potęgę. Ile razy napadały na małe państwa sąsiednie, zawsze
zwyciężały i zabierały wszystko, czego pragnęły.

Zdarzyło się, że tej nocy, kiedy doktor bawił w gościnie u
wodza, amazonki zaatakowały krainę Nyam-Nyam. Mniej więcej
około dziesiątej wieczorem wszystkich zbudziły ze snu głośne
okrzyki: „Wojna! Wojna! Amazonki nacierają!”

Zapanował straszny zamęt. Zanim księżyc wzeszedł, walczono
w ciemnościach, napadano na własnych rodaków, nie odróżniając
braci od wrogów.

- 167 -

Gdy się nieco-rozjaśniło, doktor zobaczył, że większość
wojowników wodza Nyam-Nyam uciekła do dżungli. Tysiące
Amazonek krążyło po wsi i zabierało wszystko, co im się
podobało. Doktor Dolittle próbował porozumieć się z nimi, ale go
po prostu wyśmiały.

Nagle biała mysz, która przyglądała się temu widowisku,
siedząc na ramieniu doktora, szepnęła mu do ucha:

- Jeśli to naprawdę jest armia kobiet, to dam sobie z nimi radę.
Kobiety strasznie boją się myszy. Zwołam trochę myszy i
zobaczymy, co się da zrobić.

Biała mysz pobiegła i wkrótce zebrała własną armię, złożoną
mniej więcej z dwustu myszy, które mieszkały pod podłogą i w
szparach chat murzyńskich. Myszy rzuciły się na amazonki i
zaczęły je gryźć po nogach.

Z krzykiem i wrzaskiem porzuciły wielkie, tęgie kobiety
wszystko, co ukradły, i uciekły na łeb, na szyję do swoich domów.
Przynajmniej raz sławne Amazonki nie osiągnęły tego, co
zamierzały.

Doktor Dolittle powiedział białej myszy, że może być dumna z
siebie, gdyż z pewnością jest jedyną myszą na świecie, która
wygrała wojnę.

Rozdział IV. POŁAWIACZE PEREŁ.

Następnego ranka doktor wstał bardzo wcześnie. Po skromnym
śniadaniu - trudno było w tym zubożałym kraju wymagać czegoś
innego - zapytał wodza Nyam-Nyam o drogę do skał Harmattan;
wódz powiedział, że stąd ich nie widać - są o półtorej godziny
jazdy łodzią od Fantippo.

- 168 -

Jan Dolittle zdecydował, że będzie najlepiej, jeśli go tam
zaprowadzi jakiś ptak wodny. I Dab-Dab w jego imieniu poprosiła
o to mewę, która przechadzała się na wybrzeżu, nie mając
właściwie nic do roboty. Mewa odrzekła, że zna dobrze te miejsca
i poczytuje sobie za zaszczyt towarzyszenie doktorowi. Więc
doktor wraz z Jipem, Geb-Geb, Dab-Dab i białą myszą wsiadł do
łodzi i wypłynął w kierunku skał Harmattan.

Ranek był piękny i przejażdżka bardzo przyjemna, jakkolwiek
Geb-Geb kilka razy o mało nie przewróciło łodzi. Wychylało się
bezustannie, aby uchwycić trawę morską, gdy zauważyło, że
mewa ją zjada. Ze względów bezpieczeństwa musiano je w końcu
ułożyć na dnie czółna, skąd już nic nie mogło zobaczyć.

Mniej więcej około godziny jedenastej rano - ląd afrykański
znikł już z pola widzenia - ujrzeli grupę małych, skalistych
wysepek, które według słów ich przewodnika były właśnie owymi
skałami Harmattan.

Wśród skał znajdowały się siedliska tysięcznych odmian
ptaków morskich. Gdy czółno się zbliżyło, przyfrunęły
zaciekawione mewy, rybitwy, albatrosy, kormorany, dzikie gęsi i
dzikie kaczki, aby się przyjrzeć obcemu przybyszowi. Gdy się
dowiedziały od mewy, że ten spokojny, niewielki, gruby
jegomość to nie kto inny, tylko sam wielki doktor Dolittle,
wiadomość ta rozniosła się jak błyskawica i wkrótce czółno
zostało otoczone chmarą błyszczących w słońcu skrzydeł. Ptaki
morskie powitały doktora takim serdecznym i hałaśliwym
świergotem, że zagłuszyły każde wymówione słowo.

Łatwo było zrozumieć, dlaczego ptaki morskie osiedliły się na
tej właśnie wyspie. Wybrzeże otoczone było ze wszech stron na
pół zanurzonymi w morzu skałami, o które fale rozbijały się z
szumem i hukiem. Żaden statek nie docierał tutaj i nie zakłócał
spokojnego życia ptaków; nawet łódź tak lekka jak czółno
doktora, zbudowana dla najpłytszych wód, nie mogłaby tutaj

- 169 -

przybić, gdyby witające Jana Dolittle ptaki nie przeprowadziły go
zręcznie wokoło największej z wysp na drugą stronę, gdzie
głęboka zatoka tworzyła rodzaj maleńkiego portu. Doktor Dolittle
zrozumiał teraz, dlaczego te wyspy zostały w posiadaniu biednego
wodza. Nikomu z sąsiadów nie wydawały się warte podboju.
Trudno dostępne, o gruncie nieurodzajnym i niezdatnym do
uprawy, płaskie i wystawione na wszystkie wiatry i burze,
samotne i nagie nie nęciły nieprzyjaciół i pozostawały od wielu,
wielu lat w posiadaniu Nyam-Nyam i jego szczepu, chociaż nikt
nigdy ich nie odwiedzał. Ale ostatecznie okazało się, że skały
Harmattan są o wiele więcej warte od tych wszystkich obszarów,
które zostały stracone.

- Uważam, że tutaj jest szkaradnie - rzekło Geb-Geb po wyjściu
z czółna. - Nic, tylko woda i skały. Nie wiem, po cośmy tu
właściwie przyjechali?

- Chciałbym tu wyłowić trochę pereł - powiedział doktor
Dolittle. - Ale przedtem muszę pomówić z kaczką płaskonosą i
oddać jej paczkę poleconą. Dab-Dab, bądź tak dobra i odszukaj ją
wśród milionów tych ptaków morskich. Sam nie umiałbym tego
zrobić.

Dab-Dab odfrunęła, aby rozejrzeć się wśród ptactwa na
wszystkich wyspach. A doktor zabawiał się tymczasem rozmową
z przywódcami wszystkich ptaków morskich, których poznał był
już zresztą na wielkim zlocie w dolinie Wyspy Niczyjej. Zbiegły
się one do niego, żeby pokazać swoim towarzyszom, że znają
wielkiego człowieka osobiście. I znowu notatnik doktora napełnił
się opisami spostrzeżeń, które można było zużytkować przy
przenoszeniu poczty przez ptaki zamieszkałe nad morzem.

Ptaki, które z początku otaczały Jana Dolittle wielkimi
gromadami, teraz, kiedy urok jego przybycia spowszedniał,
powróciły znowu do swoich zwykłych zajęć.

- 170 -

A gdy Dab-Dab wróciła i powiedziała, na której wyspie
znajduje się poszukiwana kaczka, doktor wsiadł znowu do czółna
i odpłynął w tamtym kierunku.

Kaczka płaskonosą oczekiwała go na wybrzeżu i
usprawiedliwiała się, że sama nie przyfrunęła, aby go przywitać;
ale obawiała się pozostawić swoje młode, gdyż w pobliżu krąży
orzeł morski. Dwoje małych, tłustych, ledwo opierzonych kacząt,
które nie umiały jeszcze fruwać, lecz zaledwie biegać, stało obok.
Doktor Dolittle otworzył paczkę i oddał im ich drogocenne
zabawki. Z radosnym kwakaniem pochwyciły je i zaczęły się
bawić w piłkę ogromnymi, różowymi perłami.

- Jakież to rozkoszne dzieciaki - rzekł doktor do kaczki, która
przyglądała im się z dumą. - Cieszę się, że odzyskały swoje cacka.
Za nic na świecie nie chciałbym, aby je utraciły.

- Tak, lubią bardzo bawić się tymi kamykami - powiedziała
matka. - Czy może mi pan, doktorze, powiedzieć, co to jest? Jak
panu już pisałam, znalazłam je w muszli ostrygi.

- To są perły - powiedział doktor - które posiadają ogromną
wartość. Wytworne panie w wielkich miastach noszą je jako
naszyjniki.

- Rzeczywiście? - zapytała kaczka. - A dlaczego nie noszą ich
również panie po wsiach?

- Nie wiem dokładnie - powiedział doktor - pewnie dlatego, że
perły są dla nich za drogie. Za każdą z tych pereł można by sobie
kupić dom z ogrodem.

- Czy nie chciałby ich pan sobie zatrzymać? - zapytała kaczka. -
Mogłabym się postarać o inną zabawkę dla dzieci.

- Ach nie - rzekł doktor-bardzo dziękuję, ale ja już mam dom z
ogrodem.

- Ależ, panie doktorze - wtrąciła Dab-Dab - przecież
niekoniecznie musi pan sobie kupić drugi dom z ogrodem za to,

- 171 -

co pan dostanie za te perły. Przydałoby się nam mnóstwo innych
rzeczy.

- Małe kaczęta tak chętnie bawią się perłami - powiedział doktor
- dlaczego miałbym je im zabierać?

- Kulki z różowej plasteliny sprawiłyby im taką samą
przyjemność - zauważyła Dab-Dab.

- Plastelina zawiera w sobie trującą substancję - powiedział
doktor. - Kaczęta cieszą się pięknością tych pereł, niech je więc
zatrzymają. Ale - zwrócił się do kaczki płaskonosej - jeśli wiesz,
gdzie takie perły można znaleźć, interesowałoby mnie to bardzo.

- Ja sama nie wiem - rzekła kaczka. - Nie wiem nawet, skąd
znalazły się w tej ostrydze, którą zjadłam.

- Perły rosną w ostrygach, jeśli w ogóle rosną - powiedział
doktor. - Ale są bardzo rzadkie. To właśnie interesuje mnie
najwięcej - przyczyna powstawania pereł. Ludzie utrzymują, że
tworzą się one wokoło ziarnka piasku, które dostało się do
wnętrza ostrygi. Sądziłem, że jeśli zjadasz tyle ostryg, będziesz mi
mogła więcej o tym powiedzieć.

- Tego, niestety, nie wiem - przyznała kaczka. - Prawdę
powiedziawszy, przyniosłam sobie te ostrygi ze stosu skorup,
który jakiś ptak pozostawił na skale. Pewnie nie mógł wszystkiego
zjeść i odleciał; leży ich tam jeszcze mnóstwo. Chodźmy tam i
spróbujmy kilka z nich rozłupać. Może we wszystkich znajdują
się perły.

Udali się na przeciwną stronę wyspy i wzięli się do otwierania
ostryg. Ale nie znaleźli ani jednej perły.

- Gdzie znajdują się tutaj ławice ostryg? - zapytał Jan Dolittle.

- Między tą wyspą a następną - odpowiedziała kaczka. - Nie
wyławiam ich sama, gdyż nie umiem się tak głęboko zanurzać.
Ale widziałam, jak inne ptaki morskie je stamtąd wydobywały,
właśnie pośrodku między tą wyspą a tamtą małą naprzeciwko.

- 172 -

- Pofrunę tam z nią - odezwała się Dab-Dab - i połowię trochę
na mój własny rachunek. Mogę dość głęboko nurkować,
jakkolwiek właściwie nie jestem kaczką nurkiem. Może uda mi
się wyłowić kilka pereł. - Dab-Dab odfrunęła wraz z kaczką
płaskonosą i rozpoczęła połów pereł.

Przez dobre półtorej godziny wyławiała wierna gosposia jedną
ostrygę za drugą i przynosiła je doktorowi. Otwierano je za
każdym razem z przejęciem, gdyż nigdy nie było wiadomo, co się
w nich znajdzie. Ale nic nie znajdowano w skorupach oprócz
chudych i tłustych ostryg.

- Chciałbym sam spróbować się zanurzyć - powiedział doktor -
jeśli woda nie jest zbyt głęboka. Kiedy byłem mały, wyławiałem
bardzo zręcznie pensy rzucane na dno naszego basenu.

Zdjął ubranie, wszedł do czółna razem ze zwierzętami i
skierował łódź w stronę ławic ostryg. Potem zanurzył się w
czystą, zieloną wodę, a Jip i Geb-Geb przyglądały się temu z
natężoną uwagą. Ale gdy, parskając jak mors, znowu się
wynurzył, nie wydobył ani jednej ostrygi, miał tylko usta pełne
trawy morskiej.

- Zobaczymy, jak mnie się uda! - zawołał Jip.

I drugi nurek skoczył w głąb morza.

Geb-Geb tak się tym przejęło, że zanim ktokolwiek mógł je
powstrzymać, dało susa w wodę. Prosię skoczyło tak szybko i
gwałtownie, że zaryło się w muł na dnie i doktor, który ledwo
odsapnął, musiał znowu wskoczyć do wody i wyciągnąć je.
Wszystkie zwierzęta były tak podniecone, że nawet biała myszka
skoczyłaby do wody, gdyby nie odstraszyło jej niepowodzenie
Geb-Geb.

Jipowi udało się wydobyć kilka ostryg, ale w żadnej z nich nie
znalazł perły.

- 173 -

- Myślę, że jesteśmy bardzo kiepskimi nurkami - zauważył
doktor Dolittle. - Zresztą jest zupełnie możliwe, że w ogóle nie ma
tu już żadnych pereł.

- Nie, ja sądzę inaczej - rzekła Dab-Dab - z pewnością znajdują
się tu perły, ławice są takie wielkie. Trzeba by zapytać ptaków
morskich, kto wydobył te ostrygi, w których kaczka znalazła
perły. Ptak, który wyłowił taki stos ostryg, musi być
doświadczonym poławiaczem.

Gdy doktor się ubierał, a Geb-Geb obmywało uszy z mułu, Dab-
Dab przedsięwzięła podróż odkrywczą na wyspy.

Po dwudziestu minutach przyprowadziła ze sobą czarnego ptaka
z czubkiem czarnych piór na głowie.

- Ten kormoran - oświadczyła Dab-Dab - wyłowił tę masę
ostryg.

- Aha - powiedział doktor. - Może teraz dowiemy się czegoś.
Czy możesz mi powiedzieć - zwrócił się do kormorana - gdzie
można znaleźć perły?

- Perły? Co to znaczy? - zapytał ptak. Dopiero gdy Dab-Dab
wypożyczyła od kacząt ich cacka i pokazała mu je, zrozumiał, o
co idzie.

- Ach tak, te kamyki znajdują się w niedobrych ostrygach. Gdy
szukam ostryg, nie wyławiam nigdy tego rodzaju, niekiedy tylko
przez zapomnienie, a wtedy nie zadaję sobie nawet trudu, żeby je
otworzyć.

- Ale jakże potrafisz odróżnić te ostrygi od innych? - zapytał
doktor.

- Węchem - odrzekł kormoran. - Ostrygi, w których te kamyki
się znajdują, mają niemiły zapach. Jestem bardzo wybredny w
jedzeniu.

- 174 -

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że gdy się znajdujesz pod
wodą, możesz odróżnić jedną ostrygę od drugiej?

- Rozumie się, to potrafi każdy kormoran.
- Teraz wiemy wszystko! - zawołała Dab-Dab. -Teraz może pan
mieć tyle pereł, ile pan zechce.
- Ależ te ławice ostryg nie należą do mnie - powiedział doktor
Dolittle.
- Ach, Boże - westchnęła kaczka - czy widział kto człowieka,
który by się tak bronił przed tym, żeby się stać bogaczem? Do
kogo te ławice należą?
- Naturalnie do wodza Nyam-Nyam i jego plemienia, skały
Harmattan są ich własnością. Czy nie chciałbyś mi przynieść na
próbę kilka ostryg w tym rodzaju? - zwrócił się do kormorana.
- Z największą przyjemnością - rzekł kormoran. Przefrunął
ławice ostryg i wpadł jak kamień do wody. Po chwili był już z
powrotem, trzymając trzy ostrygi, dwie w łapach, jedną w dziobie.
Zwierzęta z zapartym tchem zgromadziły się wokoło doktora,
który otwierał skorupy. W pierwszej znajdowała się mała, szara
perła, w drugiej średnia, różowa, a w trzeciej dwie ogromne,
czarne perły.

Rozdział V. BUNT OBOMBA.

Późnym popołudniem tego samego dnia powrócił doktor do
wioski Nyam-Nyam. Dab-Dab, kormoran i inne zwierzęta
towarzyszyły mu.

Gdy zbliżył się do grupy słomą krytych chat, zauważył, że coś
się stało. Wszyscy mieszkańcy wsi zgromadzili się wokoło chaty
wodza; wygłaszano przemówienia i wszyscy byli bardzo

- 175 -

podnieceni. Stary wódz stał na progu i ujrzawszy swego
przyjaciela, Jana Dolittle, skinął na niego, zapraszając do chaty.
Gdy doktor wszedł, wódz zamknął drzwi i opowiedział mu, skąd
pochodzi to wzburzenie.

- Ciężkie doświadczenia nawiedziły mnie na starość, o biały
człowieku - powiedział. - Przez czterdzieści lat byłem głową
mego szczepu, poważano mnie, czczono i okazywano
posłuszeństwo. Teraz mój młody zięć, Obombo, domaga się, aby
go obrano za wodza, i wielu moich poddanych popiera go. Nie
mamy już chleba; wszystkie środki żywności się wyczerpały.
Obombo twierdzi, że to moja wina - gdy on zostanie wodzem,
nastąpi dobrobyt i powodzenie. Nie jestem niechętny w
przekazaniu mojej władzy, ale wiem, że ten młody nicpoń, gdy
zajmie moje miejsce, popchnie kraj do wojny. I co przez to
osiągnie? Czy tym napełni żołądki swych poddanych? Wojny
przegrywamy zawsze. Nasi sąsiedzi są wielkimi narodami, my zaś
jesteśmy najmniejszym szczepem w całej zachodniej Afryce.
Byliśmy zawsze obrabowywani, po wielekroć obrabowywani, tak
że dziś matki i dzieci żebrzą na moim progu o chleb. O, gdybym
był nie dożył tego dnia!

Stary wódz padł na ławę i zalał się łzami. Doktor Dolittle
poklepał go po ramieniu i powiedział:

- Wodzu Nyam-Nyam! Zdaje mi się, że dzisiaj odkryłem coś, co
uczyni ciebie i twój lud bogatymi do końca życia. Wyjdź i
przemów do swego plemienia. Przypomnij im, że jestem
wysłannikiem króla Koko, i przyrzeknij w moim imieniu, że jeśli
jeszcze przez tydzień zachowają spokój pod twoim panowaniem,
kraj wodza Nyam-Nyam stanie się sławny ze swego bogactwa i
dobrobytu.

Stary wódz otworzył drzwi i wygłosił przemówienie do
hałaśliwego tłumu, zgromadzonego przed chatą. Gdy skończył,
wystąpił jego zięć, Obombo, i wygłosił inne przemówienie, w

- 176 -

którym zażądał od ludu, aby starego wodza wygnał w dżunglę.
Był dopiero w połowie swojej mowy, gdy tłum zaczął szemrać.

- Nie chcemy słuchać tego przemądrzałego młokosa! Lepiej
poczekamy, aż się spełni obietnica białego człowieka. To
człowiek czynów, nie słów. Czyż to nie on przy pomocy białej,
zaczarowanej myszy, mieszkającej w jego kieszeni, zmusił
Amazonki do ucieczki? Stańmy po stronie białego człowieka i
czcigodnego Nyam-Nyam, który przez tyle lat dobrocią nami
rządził. Obombo wpędziłby nas tylko w nowe wojny i jeszcze
większą biedę.

Wkrótce rozległy się z tłumu gwizdy i okrzyki; Obombo został
obrzucony kamieniami i błotem i nie mógł dokończyć swego
przemówienia. W końcu on sam musiał uciekać w dżunglę, aby
się schronić przed gniewem ludu.

Gdy wzburzenie minęło i mieszkańcy wrócili znowu w spokoju
do swoich chat, doktor Dolittle opowiedział wodzowi o
bogactwach, które czekają na niego w ławicach ostryg na skałach
Harmattan. I kormoran przyrzekł doktorowi Dolittle, że pewna
ilość jego krewniaków będzie wyławiała perły dla ludzi, tak
bardzo potrzebujących pieniędzy i żywności.

W ciągu następnego tygodnia doktor Dolittle przewoził swym
czółnem dwa razy dziennie starego wodza na skały Harmattan.
Kormorany wyłowiły mnóstwo ostryg, a doktor sortował perły,
układał je w małe pudełka i wysyłał na sprzedaż. Jan Dolittle
powiedział wodzowi, aby zachował w tajemnicy całą sprawę i
powierzył wysyłkę pereł tylko zaufanym ludziom.

Wkrótce dzięki połowom i sprzedaży pereł zaczęło napływać
mnóstwo pieniędzy do kraju, ludziom zaczęło się dobrze
powodzić i każdy mógł jeść tyle, ile chciał.

- 177 -

Do końca tygodnia doktor dotrzymywał istotnie swego
przyrzeczenia. Kraj wodza Nyam-Nyam stał się sławny ze swego
dobrobytu na całym wybrzeżu zachodniej Afryki.

Ale tam, gdzie ktoś zarabia dużo pieniędzy i interesy dobrze idą,
przychodzą zawsze obcy, poszukujący szczęścia. Nie upłynęło
wiele czasu, gdy mała, biedna dawniej i mało znacząca wioska
zapełniła się handlarzami z sąsiednich państw, którzy na
ruchliwych i tłumnych targach kupowali i sprzedawali towary. I
naturalnie powstało wkrótce pytanie, z czego ten kraj tak szybko
się wzbogacił. A chociaż wódz posłuszny doktorowi Dolittle
powierzył tajemnicę połowu pereł tylko kilku wybranym i
zaufanym ludziom, zaczęto zwracać uwagę na to, że czółno
doktora jeździ wciąż tam i z powrotem do skał Harmattan.

Łodzie szpiegów z sąsiednich państw, napadających i
rabujących dawniej kraj Nyam-Nyam, zaczęły krążyć wokół skał.
I oczywiście tajemnica niebawem została odkryta.

Emir Ellebubu, jeden z największych i najpotężniejszych
sąsiadów Nyam-Nyam, zwołał swoje wojsko i wysłał je w
wojennych łodziach, aby zawładnąć skałami Harmattan.
Jednocześnie napadł na wieś, wygnał mieszkańców, a doktora
Dolittle i starego wodza wtrącił do więzienia. W ten sposób lud
Nyam-Nyam został pozbawiony swej ziemi.

W dżungli zaś, gdzie się schroniła przerażona ludność wsi,
Obombo przemawiał do poddanych swego teścia, rozbitych,
rozsypanych małymi gromadami, tłumacząc im, jacy byli głupi,
gdy zawierzyli szalonemu białemu człowiekowi, zamiast słuchać
jego, który by ich powiódł do władzy i potęgi.

Gdy Emir Ellebubu wtrącił doktora do więzienia, nie pozwolił
ani Dab-Dab, ani Geb-Geb, ani Jipowi mu towarzyszyć. Jip
opierał się gwałtownie i ugryzł Emira w nogę. Ale osiągnął tylko
to, że uwiązano go na krótkim łańcuchu.

- 178 -

Więzienie, w którym zamknięto doktora, nie miało okien. Ta
okoliczność sprawiała mu wielką przykrość, chociaż już dawniej
siadywał w afrykańskich więzieniach - ponieważ przywiązywał
duże znaczenie do świeżego powietrza. Poza tym skrępowano mu
z tyłu ręce mocnym sznurem.

- Ach, Boże - mówił do siebie, siedząc w ciemnościach na ziemi
i rozmyślając, co pocznie bez pomocy swych zwierząt - a to
fatalne wakacje!

Ale nagle poruszyło się coś w jego kieszeni i ku wielkiej radości
doktora wybiegła z niej biała mysz, która spała mocno i o której
zupełnie zapomniał.

- Co za szczęście! - zawołał doktor. - Właśnie jesteś mi teraz
potrzebna. Bądź tak dobra, wejdź mi na plecy i przegryź ten
wstrętny postronek, którym związano mi ręce. Wrzyna mi się w
przeguby.

- Ależ bardzo chętnie - rzekła biała mysz i zabrała się zaraz do
roboty. - Dlaczego tu jest tak ciemno? Czyżbym przespała cały
dzień?

- Nie - odrzekł doktor - jest chyba dopiero koło południa. Ale
uwięziono nas. Ten stary głupi Emir z Ellebubu napadł na Nyam-
Nyam i wtrącił mnie do więzienia. Co za głupia historia! Stale
trafiam do więzienia. Ale najgorsze ze wszystkiego jest to, że nie
pozwolił ani Jipowi, ani Dab-Dab iść ze mną. Najbardziej gniewa
mnie to, że nie ma tutaj Dab-Dab. Gdybym przynajmniej mógł jej
posłać jakąś wiadomość.

- Niech pan poczeka, aż oswobodzę panu ręce - powiedziała
biała mysz. - Potem zobaczymy, co się da zrobić. Jeden postronek
już przegryzłam. Musi pan teraz tylko pomachać trochę rękami, a
rozwiąże pan wszystkie.

Doktor Dolittle wyprężył ramiona i po chwili jego ręce były
wolne od więzów.

- 179 -

- Co za szczęście, że siedziałaś w mojej kieszeni! - powiedział. -
To była strasznie niewygodna pozycja. Cóż za okropne więzienie
ma Emir Ellebubu! Najgorsze ze wszystkich, w których
siedziałem.

Tymczasem Emir, wyprawiając w swoim pałacu wielką ucztę
zwycięzców, oznajmił jednocześnie, że wyspy Harmattan, które
odtąd nazywać się będą

„Królewską Eksploatacją Połowów Pereł z Ellebubu”, stanowią
jego wyłączną własność prywatną i że wstęp do nich jest surowo
wzbroniony. Wysłał tam sześciu urzędników, którzy mieli objąć
wyspy w posiadanie w jego imieniu i eksploatować perły.

Kormorany nie wiedziały nic o wybuchu wojny i o
niepowodzeniu doktora. I gdy ludzie Emira przybyli i zabrali
ostrygi z perłami przez nie wyłowione, ptaki sądziły, że to są
ludzie wodza Nyam-Nyam, i nie broniły im niczego. Na szczęście
ten pierwszy połów ostryg zawierał tylko małe i prawie
bezwartościowe perły.

Jip i Dab-Dab układali plany przedostania się do doktora, ale nie
przychodziło im nic na myśl. A doktor w więzieniu machał
jeszcze wciąż rękami, aby odrętwienie ustąpiło.

- Zdaje mi się, że pan wspomniał o jakiejś wiadomości dla Dab-
Dab? - pisnęła biała mysz z ciemnego kąta.

- Tak - rzekł doktor - i nawet bardzo pilnej. Ale nie mam
pojęcia, jak do niej dotrzeć. Mury są kamienne, a drzwi bardzo
grube. Zauważyłem to, gdy tu wchodziłem.

- Niech pan się o to nie troszczy, panie doktorze, ja się z nią
porozumiem - powiedziała mysz. - Odkryłam tutaj w kącie dziurę
wydrążoną przez pewnego starego szczura. Wlazłam tam i
przekonałam się, że zaczyna się ona pod murem i sięga aż do
korzeni drzewa stojącego po drugiej stronie ulicy.

- Ach, jak to dobrze! - krzyknął doktor.

- 180 -

- Niech mi pan powie, o co idzie - mówiła dalej biała mysz - a
zawiadomię o tym w mgnieniu oka Dab-Dab; siedzi właśnie na
drzewie, pod którym jest wyjście z dziury.

- Powiedz jej, żeby natychmiast poleciała na skały Harmattan i
kazała kormoranom przerwać połów pereł.

Mysz wsunęła się do kryjówki szczurów i przedostała do
drzewa.

Gdy Dab-Dab dowiedziała się, o co chodzi, pofrunęła na wyspy
i oznajmiła kormoranom rozkaz doktora. Przybyła w samą porę:
właśnie wylądowali tam ludzie Emira, aby zabrać drugi ładunek
pereł. Dab-Dab i kormorany wrzuciły czym prędzej już
wyłowione ostrygi z powrotem do morza i ludzie Emira nic nie
znaleźli.

Po bezowocnych poszukiwaniach powrócili do Emira i
powiedzieli mu, że na wyspach nie mogą już znaleźć ostryg
perłowych. Wysłał ich po raz drugi, ale powrócili z tym samym
rezultatem.

Emir był bardzo zaskoczony i gniewny. Jeśli Nyam-Nyam mógł
znajdować perły wśród skał Harmattan, to dlaczego jemu miało
się to nie udać? Jeden z generałów był zdania, że to z pewnością
sprawka białego człowieka, gdyż on to przecież odkrył ławice i
rozpoczął połów ostryg.

Emir więc przywołał tragarzy i kazał się zanieść w lektyce do
więzienia doktora. Otwarto drzwi. Emir wszedł i powiedział:

- Co za kawały urządzasz mi z połowem pereł na moich
wyspach, ty łotrze o białej twarzy?

- To nie twoje perły i nie twoje wyspy, ty gburze o czarnej
twarzy - odpowiedział Jan Dolittle. - Ukradłeś je staremu,
biednemu Nyam-Nyam. Perły wyławiają ptaki wodne. Ale te ptaki
są uczciwe i mogą pracować tylko dla uczciwych ludzi. Dlaczego
w twoim więzieniu nie ma nawet okien? Powinieneś się wstydzić.

- 181 -

Emir wpadł w straszliwą wściekłość.
- Jak śmiesz tak mówić do mnie? Jestem Emirem z Ellebubu! -
zagrzmiał.
- Jesteś oszustem bez sumienia - powiedział doktor.
- Nie mam ochoty rozmawiać z tobą.
- Jeśli nie nakażesz ptakom, aby dla mnie pracowały, zabronię
przynosić ci pożywienie - zagroził Emir.
- Zginiesz nędznie z głodu!
- Już ci powiedziałem, że nie mam ochoty na rozmowę z tobą.
Nie dostaniesz ani jednej perły z połowu wśród skał Harmattan.
- A ty nie dostaniesz ani jednego kęsa, dopóki nie otrzymam
pereł! - wrzeszczał Emir.
Potem nakazał dozorcom, aby nie dawali doktorowi nic do
jedzenia, i wyniósł się. Drzwi zatrzasnęły się za nim z głuchym
łoskotem i po jednym, jedynym powiewie świeżego powietrza
został doktor znowu w ciemnościach swojej zatęchłej celi.

Rozdział. VI. UWOLNIENIE DOKTORA.

Najmocniej przekonany, że po kilku dniach doktor z głodu zrobi
wszystko, czego się od niego zażąda, powrócił Emir z Ellebubu do
swego pałacu. Rozkazał zresztą, aby więźniowi nie podawano
nawet wody, gdyż był pewny, że to go uczyni podwójnie uległym.

Ale zaledwie Emir opuścił więzienie, biała mysz natychmiast
przelazła przez dziurę do miasta. Dniem i nocą przynosiła
okruszyny, zbierane po domach. Były to okruchy chleba, sera,
kartofli i mięsa. Te zapasy chowała w kapeluszu doktora w kącie
celi. Pod wieczór każdego dnia mysz zdołała zebrać tyle
okruchów, że starczyły na obfity, pożywny posiłek.

- 182 -

Doktor Dolittle nie miał pojęcia, co właściwie jada. Ale
ponieważ mączna mieszanina była bardzo lekko strawna i
pożywna, nie miał przeciw niej żadnych zastrzeżeń. Aby
dostarczyć swemu panu wody, mysz zaopatrywała się w orzechy.
Wygryzała małą dziurkę w skorupce, potem rozkruszała jądro i
wysypywała je przez dziurkę. Wreszcie napełniała pustą skorupkę
wodą i zaklejała otwór gumą arabską, którą zbierała z drzew. A że
orzechy, napełnione wodą, były dla niej nieco za ciężkie, Dab-
Dab przenosiła je z rzeki aż do wylotu korytarza podziemnego, a
potem biała mysz toczyła je dalej przez chodnik do celi więźnia.

Ponieważ biała mysz prosiła swe przyjaciółki - myszy polne - o
pomoc w zbieraniu orzechów, mogła zgromadzić dużą ilość
skorupek. Gdy doktor Dolittle był spragniony, brał jedną z nich do
ust, napełniał gardło zimną wodą, a potem wypluwał skorupkę.

Biała mysz przynosiła także kuleczki mydła, żeby jej pan mógł
się golić, gdyż doktor nawet w więzieniu dbał bardzo o swoją
powierzchowność.

Gdy cztery dni minęły, Emir z Ellebubu wysłał swego sługę do
więzienia, żeby się dowiedzieć, czy doktor Dolittle jest gotów
posłuchać jego rozkazów. Strażnicy rozmówili się z Janem
Dolittle i donieśli Emirowi, że biały człowiek jest dalej tak samo
uparty jak przedtem i nie ma najmniejszego zamiaru ustąpić.

- Dobrze! - zawołał Emir, tupiąc nogami. - A więc zagłodzimy
go na śmierć. Po dziesięciu dniach umrze, a ja wtedy przyjdę i
będę szydził z niego. Tak oto niech giną wszyscy nędznicy, którzy
ośmielają się sprzeciwić Emirowi z Ellebubu.

Po upływie dziesięciu dni przyszedł istotnie do więzienia w
otoczeniu ministrów i generałów, aby się nasycić widokiem
okrutnego losu białego człowieka. Ale gdy dozorca więzienny
otworzył drzwi celi, ujrzeli, zamiast martwego ciała leżącego na
ziemi, doktora Dolittle uśmiechniętego, ogolonego,

- 183 -

zadowolonego. Jedyną zmianą, jaka dała się zauważyć, było to, że
wskutek braku ruchu jego okrągła postać stała się jeszcze trochę
okrąglejsza i tłuściejsza.

Emir patrzył na więźnia w osłupieniu, z otwartymi ustami,
zaniemówiwszy ze zdumienia. Dzień przedtem opowiadano mu
historię o klęsce Amazonek i nie chciał temu dać wiary.

Ale teraz wierzył wszystkiemu, co opowiadano o tym
człowieku.

- Proszę patrzeć, Wasza Królewska Mość - szeptał mu jeden z
jego ministrów do ucha - ten czarownik nawet golił się bez wody i
mydła. Z pewnością stało się to za sprawą czarnej magii. Wasza
Królewska Mość, trzeba zwolnić tego człowieka, zanim nie wtrąci
nas wszystkich w nieszczęście!

I przestraszony minister ukrył się w tłumie, aby szatański wzrok
doktora Dolittle nie padł na jego twarz. Emir również zaczął się
niepokoić i wydał rozkaz natychmiastowego uwolnienia doktora.

- Nie wyjdę stąd - oświadczył doktor zasłaniając sobą drzwi -
dopóki nie zaopatrzysz tego więzienia w okna. To hańba trzymać
ludzi w więzieniach bez okien.

- Wstawcie natychmiast okna do więzienia - rozkazał Emir.

- Nie odejdę stąd również - mówił dalej doktor - dopóki nie
zwolnisz wodza Nyam-Nyam i nie rozkażesz twoim poddanym,
aby opuścili jego kraj i skały Harmattan. Musisz mu także zwrócić
pola i łąki, które ukradłeś.

- Stanie się, jak tego pragniesz - wyjąkał Emir, zgrzytając
zębami. - Tylko opuść nas.

- Opuszczam was - rzekł Jan Dolittle - ale jeśli kiedykolwiek
odważysz się niepokoić twoich sąsiadów, powrócę tutaj. Pamiętaj
o tym!

- 184 -

Potem wyszedł powoli przez bramę więzienia na ulicę zalaną
słońcem, a przerażeni ludzie uciekali przed nim zakrywając
twarze i szepcąc:

- Czary! Strzeżcie się jego spojrzenia!

A biała mysz w kieszeni doktora zakrywała sobie łapkami
pyszczek, aby nie wybuchnąć głośnym śmiechem.

Doktor Dolittle udał się teraz ze swymi zwierzętami i starym
wodzem Nyam-Nyam z powrotem do jego kraju. Spotykali ciągle
po drodze poddanych wodza, którzy wciąż jeszcze ukrywali się w
dżungli. Gdy dowiedzieli się o przyrzeczeniu Emira i usłyszeli
radosną nowinę, że ich kraj jest wolny i spokojny, przyłączyli się
do starego Nyam-Nyam i do doktora. I na długo jeszcze zanim
weszli do wsi, Jan Dolittle wyglądał jak zwycięzca powracający
na czele swych wojsk, tyle ludzi szło w jego orszaku.

Tego wieczora odbyły się wielkie uroczystości we wsi Nyam-
Nyam i doktor Dolittle obwołany został największym
człowiekiem, jaki kiedykolwiek przebywał w tym kraju. Dwaj
najgroźniejsi wrogowie zostali unieszkodliwieni. Emir był
związany swoim przyrzeczeniem, a Dahomejczycy po sromotnej
ucieczce Amazonek nie odważyli się już nigdy na nową napaść.

Poddani wodza Nyam-Nyam znowu mogli poławiać perły i
wkrótce dobrobyt i szczęście zapanowały w całym kraju.

Następnego dnia doktor Dolittle udał się do skał Harmattan, aby
podziękować kormoranom za ich pomoc. Towarzyszyli mu w tej
podróży stary wódz i czterej najbardziej zaufani mężowie
plemienia. Aby w przyszłości nie było nieporozumień, pokazano
tych ludzi kormoranom i polecono im, aby oddawały ostrygi z
perłami tylko im i nikomu więcej.

Podczas pobytu doktora i jego towarzyszy na wyspie
wyłowiono właśnie ostrygę, w której znajdowała się ogromna i
wyjątkowo piękna perła, największa i najpiękniejsza, jaką

- 185 -

kiedykolwiek znaleziono. Była po prostu doskonała w kształcie,
nieskazitelna, o bardzo oryginalnym zabarwieniu.

Po krótkim przemówieniu wódz Nyam-Nyam wręczył tę
cudowną perłę doktorowi Dolittle prosząc, aby raczył ją przyjąć
jako drobne wynagrodzenie za wszystkie usługi wyświadczone
jemu i jego poddanym.

- Dzięki Bogu i za to - szepnęła Dab-Dab do Jipa. - Czy ty
wyobrażasz sobie, co taka perła znaczy dla nas? Doktor wydał
właśnie ostatniego szylinga i jest biedny jak mysz kościelna.
Musielibyśmy znowu urządzić cyrk wędrowny z dwugłowcem w
roli głównej, gdybyśmy nie otrzymali tej perły w darze. Tak się
cieszę z tego, bo chciałabym już osiąść w domu na stałe, jeśli w
ogóle wrócimy tam kiedykolwiek.

- Ach - wtrąciło Geb-Geb - mnie się tam życie w cyrku bardzo
podobało. Bardzo lubię podróżować, ale po Anglii, i do tego jako
aktor.

- Cokolwiek się stanie, dobrze, że doktor dostał tę perłę - rzekł
Jip. - Nie ma nigdy pieniędzy, a ta perła, jak słusznie zauważyłaś,
Dab-Dab, uczyni go bogatym na całe życie.

Ale właśnie gdy doktor dziękował jeszcze wodzowi za ten
piękny dar, nadleciała Świergotka-Goniec z listem do doktora. Na
kopercie było napisane czerwonym atramentem „Express”.

- Panie doktorze - powiedziała jaskółka. - Śmigły przypuszczał,
że będzie lepiej, jeśli wyśle go specjalną pocztą.

Doktor Dolittle otworzył list.

- Ach, Boże - szeptał czytając - to od chłopa, któremu
zrabowano brukselkę dla Geb-Geb. Zapomniałem mu odpisać.
Przypominacie sobie zapewne, że pytał, jak to się stało, a ja byłem
tak zajęty, że zupełnie mi to wyszło z głowy. Muszę temu
biedakowi w jakiś sposób wynagrodzić tę stratę, nie wiem tylko

- 186 -

jak. Ach, już wiem, poślę mu tę perłę. To mu wynagrodzi straconą
brukselkę i jeszcze mu trochę zostanie. Tak, to świetna myśl!

Ku przerażeniu Dab-Dab doktor oderwał kawałek czystego
papieru z listu chłopa, nabazgrał odpowiedź, potem zawinął w to
perłę i wręczył ją jaskółce.

- Powiedz Śmigłemu, żeby wysłał to natychmiast listem
poleconym. Wracam jutro do Fantippo. Powodzenia i serdeczne
podziękowania za dodatkową, nadprogramową przesyłkę!

Gdy Świergotka-Goniec zniknęła w oddali z drogocenną perłą
Jana Dolittle w dziobku, Dab-Dab zwróciła się do Jipa i mruknęła:

- Tam odlatuje majątek doktora. To nieprawdopodobne, jak się
tego człowieka nie trzymają pieniądze.

- Tak, tak - westchnął Jip - żyjemy wszyscy wciąż jak w cyrku.
- Lekko przyszło, lekko poszło - zażartowało Geb-Geb. - Nic
nie szkodzi, uważam, że posiadanie majątku nie jest wcale
zabawne. Bogaci ludzie muszą zawsze dbać o dobre maniery.

Rozdział VII. TAJEMNICZY LIST.

Opowiemy teraz o niezwykłym zdarzeniu, może
najważniejszym ze wszystkich tych dziwnych spraw, które się
działy w czasie istnienia Poczty Jaskółczej.

Gdy po swoich krótkich i pracowitych wakacjach doktor
Dolittle wrócił do łodzi pocztowej, został radośnie powitany przez
dwugłowca, Tu-Tu, Pyskacza i Śmigłego. Nawet król Koko
przybył, aby powitać swego przyjaciela, którego przyjazd
obserwował przez lornetkę (cena dziesięć szylingów, sześć
pensów) przysłaną mu niedawno pocztą z Londynu. A
najwytworniejsi mieszkańcy Fantippo, którym podczas

- 187 -

nieobecności naczelnika poczty bardzo brak było popołudniowej
herbaty i towarzyskich ploteczek, wsiedli również w czółna i
przybyli wraz z królem do urzędu pocztowego.

Do wieczora doktor nie mógł nic robić, tylko przez trzy godziny
witał swoich przyjaciół i odpowiadał na ich pytania: jak spędził
wakacje, co robił i gdzie był. To serdeczne przyjęcie i widok
wygodnej łodzi o oknach ozdobionych czerwonymi pelargoniami
były powodem, że doktor powiedział potem do Dab-Dab:

- Mam wrażenie, iż istotnie wróciłem do domu.

- Tak - odpowiedziała gosposia - ale nie powinien pan
zapominać o tym, że ma pan inny, prawdziwy dom w Puddleby.

- Masz słuszność - odrzekł doktor. - Zdaje mi się, że
powinienem wkrótce pojechać do Anglii. Ale ludzie z Fantippo
cieszyli się przecież szczerze z naszego powrotu, prawda? I
ostatecznie musisz przyznać, że Afryka jest wcale ładnym krajem.

- Owszem - odparła Dab-Dab - bardzo ładnym, jeśli się jest tu
krótko i wlewa w siebie dużą ilość zimnych napojów.

Po kolacji, gdy doktor opowiedział już swoim najbliższym od
początku do końca całą historię połowu pereł, zwrócił w końcu
uwagę na wielki stos listów, które go oczekiwały. Jak zwykle
pochodziła ta korespondencja ze wszystkich stron świata i od
wszystkich gatunków zwierząt. Doktor przeglądał je całymi
godzinami i odpowiadał na nie po kolei. Śmigły występował w
roli sekretarza i pisał ptasim pismem odpowiedzi, które mu doktor
tuzinami dyktował. Często dyktował tak prędko, że biedny
Śmigły, aby niczego nie opuścić, musiał prosić o pomoc Tu-Tu,
która miała wspaniałą pamięć.

Gdy stos listów był prawie przejrzany, doktor trafił na bardzo
dziwną, umazaną mułem kopertę. Długo nie można było odczytać
ani jednego słowa z tego listu, ani nawet domyślić się, od kogo
pochodzi. Doktor Dolittle przyniósł wszystkie notesy ze swej

- 188 -

szafy, porównywał, badał i przyglądał się temu pismu godzinami
z bliska i z daleka. Zamiast atramentu użyto mułu i list napisany
był tak niezdarnie, że nie sposób było odgadnąć, co zawierał.

Ale w końcu, po wielkich trudach, gdy go się na nowo
przepisało, po długim zastanawianiu się i dyskusjach nad każdym
słowem, odcyfrowano wreszcie treść tego tajemniczego listu.

List brzmiał, jak następuje:

Kochany Doktorze Dolittle! Słyszałem o
Pańskiej poczcie i piszę tak, jak umiem - jest to
mój pierwszy list w życiu. Jak się dowiaduję,
urządził Pan przy swojej poczcie stację
meteorologiczną, a jednooki albatros jest tam
naczelnym wróżem pogody. Chciałem więc Panu
powiedzieć, że to ja jestem najstarszym prorokiem
pogody na świecie. To ja przepowiedziałem potop i
moja przepowiednia sprawdziła się co do dnia i
godziny. Poruszam się bardzo, bardzo powoli,
inaczej byłbym Pana odwiedził, i może byłby mi
Pan poradził coś na mój reumatyzm, który mi
bardzo dokucza od ostatnich kilkuset lat. Ale
gdyby Pan zechciał mnie odwiedzić, udzieliłbym
Panu mnóstwa cennych wiadomości z dziedziny
meteorologu. Opowiem Panu również historię
potopu, który przeżyłem na pokładzie arki Noego.

Z najlepszymi pozdrowieniami
stary żółw

Błotnista Skorupa

- 189 -

Gdy doktor Dolittle odcyfrował na koniec to błotniste pismo,
nie posiadał się z radości i ze wzruszenia. Natychmiast rozpoczął
przygotowania, aby następnego dnia udać się w odwiedziny do
starego żółwia. Ale gdy wziął znowu list do ręki, aby odszukać
adres nadawcy i dowiedzieć się, gdzie żółw mieszka, okazało się,
że nie ma ani słowa o miejscu jego pobytu. Tajemniczy
korespondent, który przepowiedział potop, widział Noego i arkę,
zapomniał podać swojego adresu.

- Śmigły - powiedział doktor - musimy go odnaleźć. Choćby
trzeba było przewrócić wszystko do góry nogami, musimy się
dowiedzieć, od kogo pochodzi ten cenny dokument.

Kolejno więc przesłuchiwano wszystkie zwierzęta: dwugłowca,
Pyskacza, Tu-Tu i wszystkie jaskółki i ptaki, które przebywały w
sąsiedztwie, nawet zamieszkałą w łodzi parę szczurów.

Ale nikt nie widział, kto doręczył list; nikt nie mógł oznaczyć
dnia ani godziny, kiedy list nadszedł, nikt nie mógł powiedzieć,
skąd się wziął w stosie listów adresowanych do doktora; słowem,
nikt nic o tym nie wiedział. Była to jedna z tych tajemnic poczty,
które zdarzają się nawet w najlepiej prowadzonych urzędach
pocztowych.

Doktor Dolittle był zrozpaczony. W swoich studiach
przyrodniczych zastanawiał się często nad związkiem arki Noego
z najrozmaitszymi sprawami i doszedł do wniosku, że Noe po
ukończeniu swej pamiętnej podróży musiał się stać wielkim
przyrodnikiem. Teraz zupełnie niespodziewanie nadarzyła się
okazja usłyszenia tej nadzwyczajnej historii od naocznego
świadka, od kogoś, kto znał Noego i podróżował z nim w arce - a
tymczasem wskutek tak drobnego, głupiego przeoczenia, jak brak
adresu, mogła mu się ta niezwykła okazja wymknąć.

Gdy wszystkie próby odnalezienia dziwnego korespondenta
spełzły na niczym, doktor Dolittle po dwóch dniach powrócił do

- 190 -

swoich zwykłych zajęć. Miał w następnym tygodniu tyle pracy, że
w końcu zapomniał o żółwiu i o tajemniczym liście.

Ale pewnego wieczora, gdy siedział nad zaległą od dłuższego
czasu robotą, usłyszał ciche pukanie w okno łodzi. Przerwał pracę,
wstał i otworzył. Natychmiast wsunęła się przez okno głowa
olbrzymiego węża trzymającego w paszczy list, gruby, zabłocony
list.

- Wielki Boże - zawołał doktor - jakżeś mnie przestraszył!
Wejdź, wejdź do środka i rozgość się.

Powolnym, miękkim ruchem wąż wpełzł przez okno na dno
łodzi, niezliczone skręty jego ciała układały się u stóp doktora jak
zwinięta lina na pokładzie statku.

- Przepraszam bardzo, czy dużo z ciebie pozostało jeszcze na
zewnątrz? - zapytał doktor.

- Tak - odrzekł wąż. - Dopiero połowa przedostała się tutaj.

- W takim razie otworzę drzwi, abyś mógł choć w części
pomieścić się na korytarzu. Pokój jest trochę za mały.

Gdy nareszcie wielki wąż wsunął się całkowicie, grube zwoje
jego ciała zasłały całą podłogę w pokoju doktora, a większa jego
część wypłynęła na korytarz.

- Czym mogę ci służyć? - zapytał doktor i zamknął okno.

- Przynoszę panu list - powiedział wąż - list od starego żółwia.
Dziwi się, dlaczego nie otrzymał odpowiedzi na swój pierwszy
list.

- Przecież nie podał mi swego adresu - powiedział doktor biorąc
zabłoconą kopertę od węża. - Zadałem sobie dużo daremnego
trudu, aby dowiedzieć się, gdzie mieszka.

- Ach, to dlatego - rzekł wąż. - Błotnista Skorupa nie ma
wprawy w pisaniu listów. Prawdopodobnie wcale nie wie, że
należy podać swój adres.

- 191 -

- Cieszę się ogromnie, że znowu mam od niego wiadomości -
powiedział doktor. - Straciłem już wszelką nadzieję, że go
kiedykolwiek zobaczę. Czy możesz mi powiedzieć, jak się do
niego dostać?

- Ależ naturalnie - odpowiedział wielki wąż. - Mieszkam tam,
gdzie i on, w jeziorze Junganyika.

- Widzę z tego, że jesteś wodnym wężem - rzekł doktor Dolittle.
- Podróż, zdaje się, wyczerpała cię bardzo. Czy mogę ci czymś
służyć?

- Napiłbym się chętnie mleka - oświadczył wąż.
- Mogę cię tylko poczęstować mlekiem dzikich kóz - rzekł
doktor. - Ale jest bardzo świeże.
I poszedł do kuchni, aby zbudzić gosposię.
- Wyobraź sobie, Dab-Dab - zawołał ledwie dysząc; z wrażenia
- dostałem znowu list od żółwia i posłaniec chce mnie do niego
zaprowadzić!
Gdy Dab-Dab weszła z mlekiem do pokoju, Jan Dolittle czytał
właśnie list. Gosposia spojrzała na podłogę i wydała okrzyk
przerażenia:
- Co za szczęście, że nie ma tu pańskiej siostry Sary! - zawołała.
- W jakim stanie znajduje się pańskie biuro! Przepełnione wężem!

Rozdział VIII. KRAINA BAGNISK
MANGOWYCH.

Długa, ale bardzo ciekawa podróż zawiodła doktora Dolittle z
Fantippo do jeziora Junganyika. Okazało się bowiem, że miejsce
pobytu żółwia znajduje się daleko, w głębi kraju, w sercu jednej z
najdzikszych i najbardziej lesistych części Afryki.

- 192 -

Geb-Geb zostało tym razem w domu, doktor zabrał ze sobą
tylko Jipa, Dab-Dab, Tu-Tu i Pyskacza, który zapewniał, że
potrzebny mu jest urlop i że jego przyjaciele dadzą sobie
doskonale radę z roznoszeniem poczty podczas jego nieobecności.

Wielki wąż pociągnął czółno wraz z całym towarzystwem
czterdzieści czy pięćdziesiąt mil wzdłuż południowego wybrzeża.
Tam zostawili za sobą morze, skręcili do ujścia rzeki i rozpoczęli
podróż w głąb kraju.

Czółno, obok którego płynął wąż, było najlepszym środkiem
komunikacji w tego rodzaju podróży, dopóki w rzece było dość
wody. Ale gdy posuwali się w górę rzeki, zwężała się ona coraz
bardziej, aż w końcu, jak dużo rzek w krajach tropikalnych, stała
się na niektórych odcinkach wyschniętym łożyskiem strumienia, a
na innych - łańcuchem małych stawów połączonych długimi
ławicami piasku.

Ponad nimi wznosiło się liściaste sklepienie dżungli niby tunel z
zieleni. Przez cały dzień było to dobrodziejstwem, gdyż dawało
więcej cienia niż parasol. W wyschłym łożysku strumyka, gdzie
doktor Dolittle musiał czółno przenosić albo posuwać na szynach
przez siebie zrobionych, praca była bardzo ciężka i cień był
najbardziej pożądany.

Przy końcu pierwszego dnia podróży doktor Dolittle chciał
zostawić czółno w jakimś pewnym miejscu i pójść pieszo. Ale
wąż powiedział, że czółno będzie im potrzebne, gdyż mają jeszcze
dużo wód i bagien do przebycia.

Im dalej, tym gęściejsza stawała się dżungla, ale łożysko rzeki
tworzyło wciąż wyraźną, równą drogę i mimo wielu jego skrętów
i wygięć posuwano się po nim dość szybko naprzód.

Doktor Dolittle poznawał mnóstwo nowych rzeczy: cieszyły go
drzewa, których nigdy nie widział, barwne storczyki, motyle,
paprocie, ptaki i rzadkie gatunki małp. Jego notes zapełniał się

- 193 -

przez cały czas notatkami i szkicami, które dopełniały jego i tak
wielkiej wiedzy przyrodniczej.

Na trzeci dzień podróży przywiodło ich łożysko rzeki w
zupełnie nową okolicę. Kto nigdy nie był na bagniskach porosłych
zaroślami mangrowymi9, ten nie może sobie wyobrazić, jak takie
moczary wyglądają. Był to smutny krajobraz. Płaskie moczary,
mnóstwo wielkich i małych potoczków zarosłych kępkami trawy i
zielska, gąszcze sękatych korzeni i cierni - ciągnęły się milami we
wszystkich kierunkach. Ten krajobraz przypominał doktorowi
ogromną, porosłą krzakami płaszczyznę po ulewnym deszczu.
Wielkie drzewa, które widzieli poprzednio w dżungli, znikły. Na
siedem lub osiem stóp nad ich głowami wznosiły się mangrowe
drzewa, a z ich cienkich gałęzi zwieszały się długie pasma mchu
niby szare, trzepoczące się szmaty.

Tak samo zmieniło się całkowicie ich żywe otoczenie. Barwne
ptaki leśne nie mogły mieszkać w tej wilgotnej okolicy wodno-
lądowej. Zamiast nich widać było w kolczastych zaroślach
najrozmaitsze ptaki wodne, przeważnie długoszyje, o długich
dziobach.

Różne gatunki ibisów, kormoranów, nurków, czapli brodziły po
wodzie albo wysiadywały jaja na małych wysepkach. Z dziupli i
jam obok sękatych korzeni wyglądały dziwne i osobliwe wodne
istoty, półryby i półjaszczurki, szamoczące się z jaskrawo
zabarwionymi krabami.

Wielu ludziom ta kraina bagnisk mangrowych wydawałaby się
złowrogim, przytłaczającym snem. Ale dla doktora Dolittle, który
zawsze odnosił się do wszystkich stworzeń przyjaźnie i życzliwie,
było to zachwycające, nowo odkryte pole badań.

9 Mangrowe zarośla składające się z niskich drzew i krzewów porastają bagniste wybrzeża
słonych wód podzwrotnikowych.

- 194 -

Teraz podróżni byli radzi, że wąż nie pozwolił im zostawić
łodzi, gdyż tutaj, gdzie za każdym krokiem zapadało się po pas w
bagniska, doktor i Jip nie mogliby sobie dać rady. Ale nawet
łodzią posuwali się naprzód bardzo powoli i z wielkimi
trudnościami. Drzewa mangrowe wyciągały swe długie, skręcone,
krzyżujące się ramiona we wszystkich kierunkach, zastępując
drogę, jak gdyby zadaniem ich było strzec tajemnicy tych
milczących, ponurych miejsc, gdzie ludzie nie mogli się osiedlić i
dokąd rzadko ktokolwiek zaglądał.

Gdyby nie towarzyszył im wąż-olbrzym, który poruszał się
najswobodniej w grzęzawiskach, nie mogliby odbyć tej podróży.
Ale ten doświadczony towarzysz wyprzedzał ich stale o dziesiątki
mil, aby prowadzić ich najlepszymi drogami, odnajdywać wodę
dość głęboką do przebycia łodzią. I chociaż głowa węża
pozostawała przeważnie ukryta w gęstwinie, to jednak w
najtrudniejszych miejscach przeprawy obejmował ogonem dziób
łodzi. Gdy grzęźli w błocie, kurczył gwałtownie swoje długie,
muskularne ciało i popychał czółno jednym ruchem naprzód, jak
gdyby to był dzbanuszek przywiązany do jego ogona.

Dab-Dab, Tu-Tu i Pyskacz niewiele sobie robili z tej jazdy
łodzią. Fruwanie od drzewa do drzewa uważali za daleko
łatwiejszy sposób podróżowania. Ale przy jednym z tych
gwałtownych pchnięć, za pomocą których ta żywa lina holowała
ich przez bagno, łódź wysunęła się spod nich. Ten wypadek tak
rozbawił siedzącego na drzewie Pyskacza, że hałaśliwym
śmiechem przerwał uroczystą ciszę moczarów.

- Gwałtu, rety, doktorku, a to pan wpadł! Kto by to pomyślał, że
doktor medycyny Jan Dolittle, wielki lekarz z Puddleby nad rzeką
Marsh, pozwoli się ciągnąć po cuchnących trzęsawiskach w
najciemniejszej głębi Afryki przez tłustego gada, długiego na
kilkaset jardów. Nie ma pan pojęcia, jak pan komicznie wygląda!

- 195 -

- Ach, zamknij swój głupi dziób! - zawarczał Jip, od stóp do
głowy pokryty czarnym mułem, włażąc z powrotem do łodzi. -
Tobie łatwo mówić, możesz przefrunąć to całe błocko!

- Można by tu urządzić świetny plac do futbolu - szydził dalej
wróbel. - Dziwię się, że Afrykanie sami na to nie wpadli. Nie
myślałem, że istnieje gdzieś tyle błota, z wyjątkiem przedmieść
Londynu w deszczowe dni poświąteczne. Chciałbym wiedzieć,
kiedy nareszcie przybędziemy do celu. Tak to wygląda, jak
gdybyśmy wędrowali na koniec świata albo w sam jego środek.
Od czasu kiedy opuściliśmy wybrzeże, nie spotkaliśmy ani jednej
ludzkiej twarzy. Nasz pan żółw prowadzi, zdaje się, bardzo
samotne życie. Nie dziwiłbym się wcale, gdybyśmy za chwilę
mieli spotkać starego Noego siedzącego na szczątkach swojej
arki. Ratuj, doktorze, Jipa, jakiś wystający korzeń złapał go za
brodę!

Wąż, słysząc gadaninę Pyskacza, sądził, że przytrafiło się jakieś
nieszczęście, odwrócił więc głowę chcąc zobaczyć, co się stało.
Podczas tego krótkiego odpoczynku doktor i Jip osuszyli się, a
cenne notesy zostały wyłowione z błota i umieszczone w
bezpiecznym miejscu.

- Czy w tej okolicy w ogóle nie mieszkają ludzie? - zapytał
doktor Dolittle węża.

- Nie - odrzekł wąż. - Kraj zamieszkany przez ludzi
zostawiliśmy dawno za sobą. Wśród tych bagien nikt nie wyżyje
prócz stworzeń błotnych, wodnych, ptaków i wężów.

- Jak daleko jest jeszcze do celu? - zapytał doktor Dolittle i
opłukał swój kapelusz z błota w najbliższej kałuży.

- Jeszcze mniej więcej dzień podróży - rzekł wąż. - Szeroki pas
moczarów otacza Tajemnicze Jezioro Junganyika ze wszystkich
stron. Ruszymy szybciej naprzód, gdy się wydostaniemy na
otwartą toń jeziora.

- 196 -

- Czy zbliżamy się już do jego brzegów?
- Tak - odpowiedział wąż. - Ale właściwie Tajemnicze Jezioro
nie posiada brzegów, przynajmniej takich, na których człowiek
mógłby stanąć.
- Dlaczego nazywasz je Tajemniczym Jeziorem?
- Ponieważ od czasów potopu nie przybył tu żaden człowiek -
odpowiedział olbrzymi wąż. - Pan jest pierwszy, który je ujrzy.
My, stworzenia zamieszkujące je, jesteśmy dumne z tego, że
kąpiemy się codziennie w prawiecznych wodach potopu. Bo
powiadają, że jezioro to nie istniało przed owym
czterdziestodniowym deszczem. Ale od czasu gdy potop się
skończył, ten zakątek ziemi jeszcze nie obsechł, pozostając pod
ochroną drzew mangrowych.
- Cóż było w tym miejscu przed potopem? - zapytał doktor.
- Powiadają, że górzysta, urodzajna ziemia, szumiące łany zbóż
i słoneczne pagórki - odrzekł wąż. - Przynajmniej tak słyszałem.
Nie byłem tu wtedy. Błotnista Skorupa opowie panu o wszystkim.
- Cudownie! - zawołał doktor. - Jedźmy prędko dalej, chciałbym
jak najprędzej zobaczyć Błotnistą Skorupę i Tajemnicze Jezioro.

Rozdział IX. TAJEMNICZE JEZIORO.

Następnego dnia podróży, jak to wąż przepowiedział, ujrzano
bardziej rozległy i pogodniejszy niż dotychczas krajobraz.
Stopniowo znikały wyspy i rzedł las drzew mangrowych. Coraz
mniej było lądu, a coraz więcej wody. Posuwano się bardzo
szybko naprzód. Milami mogło teraz czółno doktora bez pomocy
węża płynąć przez wodę coraz głębszą. Było prawdziwym

- 197 -

urozmaiceniem widzieć nad sobą jasne niebo zamiast gąszczu
splątanych drzew.

Na tle nieba podróżni coraz częściej spostrzegali stada dzikich
kaczek i dzikich gęsi lecących na wschód.

- To oznacza bliskość otwartej wody - powiedziała Dab-Dab.

Około piątej po południu przebyli ostatnie wysepki i ławice
mułu. A gdy dziób łodzi wjechał na szeroko rozlewającą się wodę,
ujrzeli nagle przed sobą wielkie jezioro.

Pierwszy widok Tajemniczego Jeziora zrobił wielkie wrażenie
na doktorze Dolittle. Jeśli krajobraz moczarów wydawał się
smutny, to ten jeszcze bardziej. Jak okiem sięgnąć nie można było
dojrzeć końca tych wód, nie było widać brzegu, tylko jak na
oceanie linię, gdzie się niebo styka z ziemią. Ku wschodowi, w
najciemniejszej stronie przedwieczornego nieba, nie było widać
nawet tej linii, gdyż mętna woda i zapadająca noc stapiały się w
atramentową czerń. Na prawo i lewo doktor mógł odróżnić zarysy
drzew na brzegu jeziora, na północy i południu ginące gdzieś w
oddali.

Nad jeziorem unosiła się gęsta, szara mgła, rozwiewając się i
zwijając, łącząc i rozłączając pod podmuchami wiatru, który ją
pędził tędy i owędy nad powierzchnią wody.

- Na Boga - szepnął doktor cicho. - Tutaj można nieomal
uwierzyć w to, że potop jeszcze nie minął.

- Przyjemne miejsce pobytu, co? - rozległ się zuchwały głos
Pyskacza od steru łodzi. - Londyn przy najgorszej mgle jest
wobec tego miastem najpromienniejszego słońca. To kraina jakby
stworzona dla węży. Patrzcie, jak te welony mgieł ślizgają się po
jeziorze. Może to stary Noe i jego rodzina biegają w nocnych
koszulach, bawiąc się w berka?

- Mgły są tu zawsze - powiedział wąż. - Zawsze były i w nich
odbiły się promienie pierwszej tęczy.

- 198 -

- No, sprzedałbym za psie pieniądze tę całą krainę, gdyby była
moja. Z mgłą i całą resztą na dodatek - zakpił wróbel.

- Ile setek mil tego uroczego, błękitnego oceanu mamy jeszcze
przed sobą, zanim dotrzemy do naszego pana żółwia?

- Już niewiele - powiedział wąż. - Błotnista Skorupa mieszka o
parę mil na północ, na brzegu jeziora. Musimy się pośpieszyć,
żeby przybyć tam, zanim wieczór zapadnie.

Gdy o zmierzchu rozległy się z drzew mangrowych
nawoływania rozmaitych ptaków nocnych, Tu-Tu powiedziała
doktorowi, że są między nimi sowy, ale takiego gatunku, jakiego
nigdy przedtem nie widziała i o jakim nie słyszała.

- Tak - oświadczył doktor - na pewno istnieje tu mnóstwo
zwierząt i ptaków, których nigdzie na świecie znaleźć nie można.

W końcu, gdy jeszcze było dość jasno, aby rozpoznać okolicę,
wąż skręcił na lewo i wpełznął jeszcze raz w bezdroża moczarów.
Doktor, który w zapadającym mroku ledwo mógł mu nadążyć,
wprowadził czółno w głęboką zatokę. Nagle dziób łodzi natknął
się na coś twardego. Jan Dolittle wychylał się właśnie, aby się
przekonać, co to takiego, gdy usłyszał tuż obok siebie głęboki,
bardzo głęboki basowy głos:

- Witaj, Janie Dolittle, witaj na jeziorze Junganyika!

Gdy podniósł oczy, ujrzał na pagórkowatej wysepce
olbrzymiego żółwia - skorupa jego miała pełnych dwanaście stóp
długości - odcinającą się od czarno-błękitnego nieba.

Nareszcie długa podróż była skończona.

Doktor Dolittle nigdy nie lubił zabierać w podróż dużego
bagażu, miał więc z sobą tylko kilka niezbędnych rzeczy
zawiniętych w pled, no i, naturalnie, swoją małą, czarną torbę z
lekarstwami. Wśród tych przedmiotów znajdowało się szczęśliwie
kilka świec. Bez nich byłoby bardzo trudno wyjść z łodzi na ląd.

- 199 -

Nie było jednak łatwo zapalić te świece przy wietrze wiejącym
od wody. Aby ochronić płomień, Tu-Tu uplotła prędko kilka
zasłon z cienkich liści, przez które światło świeciło wprawdzie
trochę zielonkawo, ale dość jasno, aby oświetlić drogę.

Ku swemu zdumieniu doktor przekonał się, że owa wyspa czy
pagórek, na którym żółw mieszkał, nie był utworzony z mułu,
chociaż wszędzie widać było błotniste ślady. Był z kamienia
obrobionego dłutem.

Gdy badał to z największą ciekawością, żółw rzekł:

- To są mury miasta. Dawniej zadowalałem się mieszkaniem i
spaniem w błocie. Ale od czasu gdy mój reumatyzm tak się
pogorszył, poszukałem sobie bardziej słonecznego i suchego
miejsca zamieszkania. Te kamienie pochodzą z pałacu
królewskiego.

- Kamienie z pałacu, z miasta?! - zawołał doktor zapatrzony w
ciemną pustkę otaczającą wysepkę. -Skąd się tu wzięły?

- Z dna jeziora - odpowiedział żółw. - Stamtąd - i wskazując
mętną toń za sobą, dodał: - Tam wznosiło się przed tysiącami lat
piękne miasto Szalba. Znałem je dobrze, gdyż mieszkałem w nim
przez długie lata. Było to niegdyś największe i najpiękniejsze
miasto, jakie ludzie wybudowali. A król Masztu z Szalba był
najpotężniejszym władcą świata. Teraz ja, Błotnista Skorupa,
mieszkam w ruinach jego pałacu. Cha, cha!

- Mówisz tonem pełnym goryczy - rzekł doktor. -Czy król
Masztu zrobił ci coś złego?

- Dałoby się o tym dużo powiedzieć - zamruczał żółw - ale to
należy do historii potopu. Przybywasz z daleka i jesteś zapewne
głodny i zmęczony.

- Ale mimo to z niecierpliwością czekam na twoje opowiadanie.
Czy będzie bardzo długie?

- 200 -


Click to View FlipBook Version