The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka, 2020-09-09 06:50:02

Poczta Doktora Dolittle

- Na pewno potrwa jakieś trzy tygodnie - szepnął wróbel. -
Żółwie robią wszystko bardzo wolno. Będzie to z pewnością
najdłuższa historia na świecie. Proponuję, doktorku, abyśmy sobie
najpierw urządzili małą drzemkę, a potem przekąsili porządnie.
Na słuchanie będzie jutro czas.

I tak się też stało; Jan Dolittle musiał powściągnąć swoją
niecierpliwość i odłożyć opowiadanie żółwia do następnego dnia.
Na kolację udało się Dab-Dab naznosić mnóstwo smakowitych
mięczaków, a Tu-Tu zebrała trochę jagód na deser.

A potem zajęto się sprawą noclegu. Nie było to łatwe, gdyż
jakkolwiek pagórek żółwia miał kamienne fundamenty, to nie
było na nim ani jednego suchego miejsca, gdzie by można się
położyć. Doktor Dolittle próbował przespać się w łodzi, ale tam
mógł leżeć jedynie skurczony i w bardzo niewygodnej pozycji.
Zresztą nawet tam był teraz muł naniesiony nogami doktora i
Dab-Dab. W tej okolicy do największych trudności należało
unikanie błota.

- Gdy rodzina Noego opuściła arkę - odezwał się żółw - spali
wszyscy w małych łożach, uwiązanych między pniami
zatopionych drzew.

- Ach, w hamakach - zawołał doktor - naturalnie, przydałyby się
one tutaj ogromnie!

I przy pomocy Jipa i Dab-Dab uplótł sobie bardzo wygodny
hamak z giętkich gałązek i powiesił go między dwoma wielkimi
drzewami mangrowymi. Potem ułożył się w nim i przykrył
pledem. Jakkolwiek drzewa pod jego ciężarem zgięły się nad
wodą, były jednak dość mocne i wskutek swej giętkości
elastyczne jak najlepsze sprężyny.

Księżyc wzeszedł i upiorny krajobraz jeziora Junganyika był
pełen zielonego światła i niebieskich cieni. Gdy doktor zgasił
świecę, a Jip skulił się przy jego nogach, żółw zaczął nagle swoim

- 201 -

niskim, basowym głosem śpiewać jakąś pieśń, poruszając przy
tym swą długą szyją na prawo i na lewo w blasku księżyca.

- Co to jest za melodia, którą nucisz? - spytał doktor.

- To marsz słoni - odpowiedział żółw. - Śpiewano go podobno
stale w królewskim cyrku w Szalba podczas pochodu słoni.

- Mam nadzieję, że nie liczy on zbyt wielu zwrotek - mruknął
Pyskacz, sennie chowając głowę pod skrzydło.

Słońce nie ukazało się jeszcze nad ponurą tonią jeziora
Junganyika, gdy Jip usłyszał, że doktor już się porusza w hamaku.

Wkrótce usłyszeli też Dab-Dab, krzątającą się w mule i
usiłującą w tych trudnych warunkach przygotować śniadanie.

Potem zaspany Pyskacz wysunął głowę spod skrzydła, rzucił
wzrokiem na błotniste otoczenie i schował ją czym prędzej. Ale
dalsza drzemka była bezcelowa. Całe towarzystwo było już
rozbudzone i doktor Dolittle, który się palił do tego, aby usłyszeć
historię Błotnistej Skorupy, wyskoczył z hamaka i mył się
hałaśliwie w jeziorze.

Wróbel otrząsnął więc piórka, zaklął kilkakrotnie w dialekcie
londyńskim i frunął do doktora.

- Doktorku - szepnął - to nie jest zdrowe miejsce. Na skutek
wilgoci w powietrzu cały zesztywniałem. Jestem pewny, że
gdybyśmy tu dłużej przebywali, urosłyby nam błony między
palcami. Niech pan się ma na baczności, gdy stary żółw zacznie
prząść nici swoich wspomnień. Wie pan, kogo on mi przypomina?
Starego żołnierza. Gdy taki zacznie wygrzebywać swoje
wspomnienia, nie może przestać. On ze swoją długą, chudą szyją
podobny jest nawet do takiego starego wiarusa. Niech mu pan
powie, żeby to załatwił krótko i bez bólu, tyko w ogólnych
zarysach. Im prędzej otrząśniemy nasze nogi z błota jeziora
Junganyika i wrócimy do Fantippo, tym lepiej.

- 202 -

Po śniadaniu doktor zatemperował swój ołówek, wyciągnął
notes, kazał Tu-Tu uważnie słuchać na wszelki wypadek, gdyby
sam coś opuścił, i poprosił żółwia, aby zaczął opowiadać.

Pyskacz miał słuszność. Wprawdzie opowiadanie nie ciągnęło
się tygodniami, ale w każdym razie przez cały długi dzień. Powoli
i równomiernie wzeszło słońce na wschodzie, przeszło niebiosa i
zatonęło w jeziorze po zachodniej stronie. A żółw wciąż jeszcze
opowiadał o cudach, które przeżył w dawnych czasach, zaś
ołówek doktora Dolittle biegł niezmordowanie po stronicach jego
notesu. Przerwy były tylko wtedy, gdy żółw odpoczywał przez
chwilę i zwilżał swą długą krtań błotnistą wodą z jeziora albo gdy
doktor zadawał mu pytania, dotyczące przyrody w czasach
przedhistorycznych.

Dab-Dab przygotowała obiad i kolację i podała jak najciszej,
aby nie przeszkadzać. Ale doktor przełknął tylko kilka kęsów.
Opowiadanie ciągnęło się aż do nocy. Doktor Dolittle pisał teraz
przy świetle świecy, gdy jego wszystkie zwierzęta, z wyjątkiem
Tu-Tu, drzemały albo po prostu spały.

Nareszcie mniej więcej o wpół do jedenastej, ku wielkiej uldze
Pyskacza, żółw zakończył swoje opowiadanie następującymi
słowami:

- I tak oto, Janie Dolittle, kończy się historia potopu
opowiedziana przez kogoś, kto widział to na własne oczy.

Gdy żółw skończył, nikt nie odzywał się ani słowem. Nawet
Pyskacz, który nie miał dla nikogo szacunku, milczał. Skrawki
gwiazd, których światło zaćmiewał blask księżyca, migały jak
maleńkie oczka w błękitnej mgle, otulającej jezioro. Gdzieś w
gąszczu drzew mangrowych słychać było wołanie sowy, a Tu-Tu
odwracała szybko głowę, nasłuchując. Dab-Dab, oszczędna
gosposia, widząc, że doktor Dolittle zamknął swój notes i schował
ołówek, zgasiła świecę.

- 203 -

Wreszcie doktor przemówił.

- Stary żółwiu - powiedział. - Nigdy w życiu moim nie
słyszałem podobnie interesującej historii. Cieszę się, że tutaj
przybyłem.

- I ja się cieszę, Janie Dolittle - powiedział żółw. - Jesteś
jedynym człowiekiem na świecie, który rozumie mowę zwierząt. I
gdybyś mnie nie odwiedził, nie mógłbym nikomu opowiedzieć
historii potopu. Starzeję się bardzo i nie opuszczę już nigdy
jeziora Junganyika.

- Czy nie byłoby to zbyt zuchwałe, gdybym cię poprosił o jakąś
pamiątkę z zatopionego miasta? -zapytał doktor Dolittle.

- Jak najchętniej - odrzekł żółw. - Zaraz się zanurzę i przyniosę
ci coś z głębi.

Powoli i ostrożnie, jak nieprawdopodobny twór czasów
przedpotopowych, podniósł żółw swoje olbrzymie ciało i pogrążył
się w wodzie bez najlżejszego szmeru. Tylko lekko zmarszczona
powierzchnia wody zdradzała, gdzie znikł.

Zwierzęta rozbudziły się tymczasem i wszystkie oczekiwały w
milczeniu powrotu Błotnistej Skorupy. Doktor Dolittle wyobrażał
sobie, jak jego olbrzymi przyjaciel łazi po mule nagromadzonym
od stuleci na dnie jeziora, poszukując jakiejś pamiątki tej dawnej
kultury, która znikła wraz z potopem. Spodziewał się, że
przyniesie mu jakąś książkę albo rękopis.

Tymczasem gdy żółw wynurzył się mokry i błyszczący w
świetle księżyca, niósł na grzbiecie rzeźbioną w kamieniu ramę
okienną, która musiała ważyć przeszło tonę.

- Rety - westchnął Pyskacz. - Nasz żółw nadawałby się do
dźwigania fortepianów. Czy doktor ma to sobie przyczepić jako
brelok na łańcuszku do zegarka?

- To najlżejszy przedmiot, jaki mogłem znaleźć -
usprawiedliwiał się żółw i zrzucił ramę z grzbietu z hukiem, od

- 204 -

którego zatrzęsła się wyspa. - Spodziewałem się, że znajdę garnek
albo talerz, albo coś podobnego, co mógłbyś zabrać ze sobą. Ale
te wszystkie mniejsze przedmioty leżą zakopane tak głęboko w
mule, że dotrzeć do nich nie sposób. Ten gzyms odłamałem z
drugiego piętra pałacu; pochodzi z sypialni królowej. Sądziłem, że
obejrzysz go chętnie, nawet gdy nie będziesz tego mógł zabrać z
sobą. Jest bardzo pięknie rzeźbiony, rozpoznasz to, gdy obmyję
błoto.

Zapalono znowu świecę i gdy oczyszczono rzeźby, doktor
przyjrzał im się dokładnie, a nawet przerysował do swego
notatnika.

Tymczasem całe jego towarzystwo, z wyjątkiem Tu-Tu, zasnęło
na nowo. Dopiero słysząc chrapanie Jipa w hamaku doktor
zorientował się, że zrobiło się późno. Gdy znowu zgasił świecę,
było bardzo ciemno, gdyż księżyc już zaszedł. Wobec tego doktor
wlazł do hamaka i przykrył się pledem.

Rozdział X. OSTATNI ROZKAZ
GENERALNEGO POCZMISTRZA.

Gdy Dab-Dab następnego ranka obudziła całe towarzystwo,
słońce starało się rozedrzeć mgły, zwieszające się nad jeziorem, i
rozjaśnić ponurą okolicę.

Biedny żółw obudził się z ciężkim atakiem reumatyzmu. To
cierpienie nawiedziło go podczas pobytu doktora po raz pierwszy
i było tak dokuczliwe, że każdy ruch sprawiał ból biednemu
stworzeniu. Dab-Dab musiała więc mu przynieść śniadanie tam,
gdzie leżał.

- 205 -

Doktor robił sobie wymówki, że prosił go o przyniesienie
pamiątki z jeziora.

- Obawiam się, że to właśnie stało się przyczyną ataku -
powiedział doktor - wyjmując ze swojej czarnej torby kilka
lekarstw i mieszając je razem. - Ale wiesz, z tej wilgotnej okolicy
powinieneś przenieść się do suchszego klimatu. Jakkolwiek
żółwie mogą znieść dużo wilgoci, to jednak w twoim wieku
należy być ostrożnym.

- Nigdzie na świecie nie może mi być tak dobrze jak tutaj -
powiedział stary żółw. - Tak trudno jest znaleźć w dzisiejszych
czasach kraj, gdzie można żyć w takim odosobnieniu.

- Zażyj to lekarstwo - powiedział doktor Dolittle i podał mu
filiżankę brunatnego napoju. - To ci od razu usunie sztywność w
przednich nogach.

Żółw wypił lekarstwo. W kilka chwil później czuł się już o
wiele lepiej i mógł poruszać nogami bez bólu.

- Ależ to cudowne lekarstwo! - powiedział. - Jesteś wielkim
lekarzem. Czy masz tego więcej?

- Przygotuję ci kilka butelek i zostawię - rzekł Jan Dolittle. - Ale
musisz sobie obrać miejsce zamieszkania wyżej położone. Ten
błotnisty pagórek nie jest odpowiednim miejscem pobytu dla
ciebie. Czyż nie ma na tym jeziorze ani jednej prawdziwej wyspy,
na której mógłbyś zamieszkać, skoro się upierasz przy pozostaniu
na jeziorze Junganyika?

- Nie, ani jednej - odrzekł żółw. - Milami ciągnie się tu tylko
błoto i woda. Dawniej podobało mi się to bardzo, a i teraz to lubię.
Nie pragnąłbym też niczego innego, gdyby nie ten szkaradny
reumatyzm.

- No, więc jeśli tutaj nie ma wyspy dla ciebie, musimy ci taką
wyspę zrobić - powiedział Jan Dolittle.

- Zrobić wyspę? - zdziwił się żółw. - Czyż to możliwe?

- 206 -

- Wkrótce ci pokażę - odrzekł doktor i przywołał Pyskacza.

- Proszę cię, poleć do Fantippo - powiedział do miejskiego
listonosza - i zanieś Kapitanowi Śmigłemu następujące
oświadczenie, które niech przekaże wszystkim poczmistrzom filii
pocztowych: „Poczta Jaskółcza zostaje na pewien czas
zamknięta”. Muszę teraz wrócić do Puddleby i będzie to dla mnie
niemożliwe utrzymać organizację pocztową w obecnej formie,
gdy opuszczę Wyspę Niczyją. Chciałbym wyrazić moje
podziękowanie wszystkim ptakom - urzędnikom i listonoszom -
za tak wielką pomoc w mojej pracy. Ostatnia prośba, z którą się
do nich zwracam, jest bardzo wielka, ale mam nadzieję, że
zbiorowymi siłami zdołają ją spełnić. Chciałbym je prosić, aby dla
starego żółwia utworzyły wyspę pośrodku jeziora Junganyika. Jest
on najstarszym ze wszystkich stworzeń żyjących w dawnych
czasach, zdziałał dużo dobrego dla ludzkości, dla zwierząt -
właściwie dla całego świata. Powiedz Śmigłemu, żeby
zawiadomił o tym wszystkich przywódców ptaków. Powiedz mu,
że potrzeba mi jak największej ilości ptaków do tego, aby
zbudować zdrowe miejsce pobytu, gdzie dzielny żółw mógłby
dokonać w spokoju swego długiego życia. Jest to ostatnia
przysługa, o którą proszę ptaki pocztowe, i sądzę, że mi jej nie
odmówią.

Pyskacz zauważył, że poselstwo jest tak długie, że nie potrafi go
dokładnie powtórzyć. Więc doktor poprosił, aby je sobie zapisał
ptasim pismem, i podyktował mu wszystko jeszcze raz od
początku.

Ten list, ostatni okólnik wystosowany przez generalnego
naczelnika poczty do sztabu Poczty Jaskółczej, zachował Pyskacz
w największym poszanowaniu przez długie lata. Przechowywał go
w swoim nieporządnym gnieździe, znajdującym się w lewym
uchu figury św. Edmunda na dachu katedry św. Pawła w
Londynie.

- 207 -

Wróbel wrócił nad jezioro Junganyika późno po południu tego
samego dnia. Doniósł, że Śmigły natychmiast po otrzymaniu
poselstwa doktora zakomunikował je poczmistrzom filii
pocztowych z uwagą, aby zawiadomić wszystkich przywódców
ptaków na świecie. Należało oczekiwać, że pierwsza partia
ptaków stawi się tutaj nazajutrz rano.

O świcie następnego dnia Śmigły we własnej osobie obudził
doktora i opowiedział mu podczas śniadania, jak wszystko
zorganizował.

Przywódca jaskółek obliczył, że robota zajmie trzy dni. Polecił
wszystkim ptakom zabrać po drodze kamyk albo grudkę ziemi i
przynieść ze sobą. Wielkie ptaki, niosące ciężkie kamienie, mają
przybyć pierwsze, potem średnie i na końcu małe, niosące ziarnka
piasku.

Niebawem niebo nad jeziorem zaciemniło się od gromad
skrzeczących rybitw, albatrosów i czapli. Śmigły poleciał
naprzeciw nich, a potem zatrzymał się i zawisł nieruchomo
wysoko nad jeziorem niby podniebny drogowskaz dla nosicieli
kamieni.

Potem rozpoczęła się robota.

Przez cały dzień ciągnęły bezustannie sznury wielkich ptaków,
po dwanaście w jednym szeregu, nad jezioro Junganyika - grube,
czarne sznury, dziób przy dziobie, ogon przy ogonie. A gdy taki
szereg dolatywał do miejsca, gdzie tkwił Śmigły, za każdym
razem padało dwanaście kamieni do wody. Bezustannie i
nieprzerwanie ciągnęły ptaki; czyniło to wrażenie, jak gdyby z
nieba padał deszcz kamieni, a nieustanny szum rozpryskującej się
wody słychać było na milę.

Jezioro było pośrodku bardzo głębokie i trzeba było wrzucić w
nie tony kamieni, aby wyspa mogła się wznieść ponad
powierzchnię wody. Liczba ptaków, które przybyły, była jeszcze

- 208 -

większa od tej, która niegdyś na Wyspie Niczyjej przywitała
doktora. Było to największe zebranie ptaków, jakie kiedykolwiek
miało miejsce. Przybyli bowiem nie tylko przywódcy, ale tysiące i
miliony ptaków wszystkich gatunków.

Doktor Dolittle, ogromnie przejęty, wskoczył do łodzi, chcąc
znaleźć się bliżej tej pracy. Ale Śmigły niecierpliwił się, że kopuła
kamienna wciąż jeszcze nie jest widoczna nad wodą, dał więc
rozkaz podwojenia szeregów, a potem, gdy nadleciały ptaki ze
wszystkich stron świata, ponownego podwojenia. I wkrótce
jezioro, w którego wodę padało teraz tysiące kamieni na sekundę,
zaczęło podnosić swe fale tak wysoko, że doktor Dolittle musiał
znów schronić się na grzbiet żółwia, gdyż łodzi groziło zatonięcie.

Przez cały dzień i całą noc, i jeszcze część następnego dnia
trwała nieprzerwanie robota. Nareszcie około południa następnego
dnia odgłos padających kamieni zaczął brzmieć inaczej. Biała
piana wody, która wznosiła się pośrodku jeziora jak wodotrysk,
znikła, a na jej miejscu ukazała się teraz czarna plama: szczyt
wyspy zaczynał stawać się widoczny.

- Tak wyglądały góry wynurzające się z wód potopu - szepnął
stary żółw do doktora.

Śmigły rozkazał teraz ptakom średniej wielkości zabrać się do
roboty i wkrótce dał się słyszeć zupełnie inny, przenikliwszy
dźwięk, gdy tony małych kamyków i żwiru zaczęły z góry padać
w toń wody.

Przeszła jeszcze noc i jeszcze jeden dzień, zanim dzielny
Śmigły nareszcie ruszył się z miejsca, żeby wyprostować swe
znużone skrzydła, gdyż teraz robotnicy nie potrzebowali jego
wskazówek spod nieba, teraz wznosiła się pośrodku jeziora wielka
wyspa, na której ptaki mogły składać swój ładunek.

Coraz większy i większy stawał się ten stworzony ląd i
niebawem nowa posiadłość starego żółwia rozciągała się daleko

- 209 -

na wszystkie strony. Jeszcze jeden rozkaz Kapitana i grzmiący
łoskot zamienił się w łagodny szmer. Niebo było ciągle czarne od
ptaków, deszcz żwiru skończył się, teraz padał piasek. W końcu
ptaki przyniosły nasiona traw i kwiatów, żołędzie i pestki palm.
Nowa siedziba żółwia miała być ozdobiona parkami, trawnikami i
cienistymi alejami, chroniącymi od afrykańskiego słońca.

Gdy Śmigły oznajmił doktorowi Dolittle: „Doktorze, dzieło jest
skończone” - stary żółw spojrzał na jezioro w zamyśleniu i
szepnął:

- Teraz dumne miasto Szalba zostało naprawdę pogrzebane.
Jego grobowym kamieniem stała się ta wyspa. Obdarzyłeś mnie
wspaniale, Janie Dolittle. Biada ci, biedne miasto Szalba! Król
Masztu zginął, ale Błotnista Skorupa żyje!

Rozdział XI. POŻEGNANIE Z FANTIPPO.

Przeprowadzka żółwia do nowej posiadłości była wielkim
wydarzeniem. Dolittle towarzyszył mu w swojej łodzi. Dopóki
sam nie postawił nogi na wyspie, nie wyobrażał sobie jej
rozmiarów. Mierzyła więcej niż ćwierć mili w przekroju. Kształt
jej był okrągły i sklepiał się w płaską wyżynę wznoszącą się na
sto stóp nad jeziorem.

Staremu żółwiowi podobała się wyspa ogromnie. Wdrapał się
na wzniesienie, z którego można było objąć wzrokiem dużą
przestrzeń, i oświadczył, że jest przekonany, iż jego zdrowie
poprawi się w tym suchym klimacie bardzo prędko.

Dab-Dab przygotowała najlepszą ucztę, na jaką pozwalały
warunki, aby uczcić tę uroczystość. Wszyscy wzięli w niej udział i
doktor był proszony o wygłoszenie mowy.

Pyskacz miał porządnego stracha, że żółw również zechce
podziękować przemówieniem, które może trwać do następnego

- 210 -

dnia. Ale ku jego wielkiej uldze, doktor po ukończeniu swej
mowy zaczął się natychmiast przygotowywać do odjazdu.

Przyrządził sześć butelek lekarstw na reumatyzm i dał je
żółwiowi z przepisem użycia. Powiedział mu też, że jakkolwiek
regularne połączenie pocztowe z zagranicą zostaje przerwane,
będzie jednak zawsze możliwość przesłania mu wiadomości do
Puddleby. Poprosi kilka ptaków przelotnych, aby zatrzymały się
na tej wyspie, i gdyby reumatyzm się pogorszył, niech mu żółw o
tym doniesie w liście.

Stary żółw dziękował mu wielokrotnie i pożegnanie było
ogromnie wzruszające. Gdy już wszyscy powiedzieli: „Do
widzenia!”, doktor z całym towarzystwem wsiadł do łodzi i
ruszyli w drogę.

Gdy znaleźli się na południowym brzegu jeziora, u ujścia rzeki,
zatrzymali się na chwilę, zanim wkroczyli w trzęsawiska
mangrowe, i spojrzeli za siebie. W dali ujrzeli starego żółwia,
stojącego pośrodku wyspy i spoglądającego ku nim. Pomachali
mu rękami i popłynęli dalej.

- Wygląda zupełnie tak samo jak w ów wieczór, gdy nas
powitał. Jak pomnik odcinający się na niebie - zauważyła Dab-
Dab.

- Stare, biedne stworzenie - szepnął doktor. - Prawdopodobnie
będzie się teraz czuł lepiej. Co za nadzwyczajne życie, co za
nadzwyczajna historia!

- Czy nie powiedziałem od razu, doktorku? - wtrącił Pyskacz. -
Najdłuższa historia na świecie. Półtora dnia musiał ją opowiadać.

- Tak, ale za to była to historia, której nikt inny nie potrafiłby
opowiedzieć - powiedział doktor Dolittle.

- Bardzo słusznie - przyznał wróbel. - Nie miałoby żadnego
sensu, gdyby dużo takich stworzeń rozmnożyło się w naszym
ruchliwym świecie. Ja zresztą nie wierzę ani jednemu słowu z tej

- 211 -

całej historii. Pewnie sobie stary żółw wszystko wyssał z palca.
Nie miał przecież nic innego do roboty, kiedy tak jedno stulecie za
drugim siedział w błocie i rozmyślał.

Droga powrotna przez dżunglę odbyła się bez szczególnych
przygód. Ale gdy podróżnicy dotarli do morza i skierowali dziób
łodzi na zachód, ujrzeli coś bardzo dziwnego: ogromną dziurę na
wybrzeżu albo, lepiej powiedziawszy, miejsce, z którego
wybrzeże zostało wyrwane. Śmigły wyjaśnił doktorowi, że to stąd
ptaki wybierały piasek i kamienie na budowę wyspy. Przeniosły w
ten sposób istotnie znaczną część wybrzeża o tysiąc mil dalej.
Rozumie się, że przypływ morza po kilku miesiącach wyrównał tę
dziurę i miejsce to nie różniło się od reszty wybrzeża.

Kiedy jednak po wielu latach geologowie zwiedzili jezioro
Junganyika, oświadczyli, że żwir morski na jednej z wysp jest
niezbitym dowodem, że niegdyś morze zalewało całą tę okolicę.
Odpowiadało to zresztą prawdzie w czasach potopu. Ale doktor
Dolittle był jedynym uczonym na świecie, który wiedział, że
wyspa starego żółwia i kamienie, z których była zbudowana,
miały zupełnie inną historię.

Gdy doktor przybył do swego urzędu pocztowego w Fantippo,
król Koko i dostojnicy państwa, którzy przypłynęli do miasta,
żeby go przywitać, zgotowali mu tak serdeczne przyjęcie jak
zwykle.

Natychmiast podano herbatkę i Jego Królewska Mość wydawał
się zachwycony wznowieniem tego miłego zwyczaju.

Toteż doktorowi Dolittle było bardzo trudno oznajmić królowi,
że będzie zmuszony wkrótce porzucić swą służbę na poczcie i
wrócić do kraju. Gdy gawędzili jeszcze na werandzie, do portu
wpłynęło kilka wielkich żaglowców. Należały do nowej
handlowej flotylli Fantippo, która regularnie pływała wzdłuż
brzegów i uprawiała handel z innymi krajami Afryki.

- 212 -

Doktor Dolittle zwrócił uwagę królowi na to, że poczta,
przeznaczona dla zagranicy, teraz bardzo łatwo może być
przewożona przez te żaglowce do wielkich portów wybrzeża,
gdzie parowce z Europy przybywają co tydzień.

W związku z tym doktor Dolittle wytłumaczył królowi, że on,
chociaż jest bardzo przywiązany do Fantippo i jego mieszkańców,
troszczy się o wiele spraw w swojej ojczyźnie i musi teraz
pomyśleć o powrocie. A ponieważ nikt z tuziemców nie mówi
językiem ptaków, więc Poczta Jaskółcza musi zostać zastąpiona
przez zwykłą pocztę.

Doktor Dolittle widział, że Jego Królewska Mość był bardziej
zrozpaczony możliwością utraty swego dobrego, białego
przyjaciela i poobiednich herbatek na werandzie niż wszystkim
innym, co ta zmiana mogłaby spowodować. Ale król zrozumiał,
że doktor Dolittle traktuje swój odjazd bardzo poważnie. I w
końcu lejąc łzy do filiżanki z herbatą pozwolił generalnemu
poczmistrzowi w Fantippo zwolnić się z pracy.

Zwierzęta doktora i cierpliwe jaskółki ucieszyły się bardzo, gdy
dowiedziały się, że doktor nareszcie jedzie do domu. Geb-Geb i
Jip nie mogli się doczekać, aż ostatnie obowiązki i uroczystości,
związane z zamknięciem urzędu pocztowego dla publiczności
oraz przeniesieniem poczty zagranicznej do miasta, zostaną
ukończone. Dab-Dab od wczesnego ranka do późnej nocy robiła z
zapałem przygotowania do podróży, a Pyskacz gadał bezustannie
o cudach Londynu, o przyjemnościach miejskiego życia i o tym
wszystkim, co będzie robił, gdy wróci w swoje rodzinne pielesze.

Dobry król Koko wraz ze swym dworem urządził na cześć Jana
Dolittle uroczystą ceremonię pożegnalną. Całymi dniami przed
odjazdem statku krążyły między miastem a łodzią pocztową
czółna wiozące podarki. Tymczasem doktor Dolittle, pokazując
wszystkim uśmiechniętą twarz, był coraz smutniejszy na myśl, że

- 213 -

musi się rozstać ze swymi drogimi przyjaciółmi. Toteż był rad,
gdy nadeszła godzina odjazdu i wyruszenia na morze.

Ludzie, piszący historię królestwa Fantippo, poświęcają kilka
rozdziałów tajemniczemu białemu człowiekowi, który w krótkim
czasie ulepszył urządzenia pocztowe, komunikację, żeglugę,
handel, przyczynił się do rozwoju oświaty i ogólnego dobrobytu
ludności. Dzięki cichemu wpływowi Jana Dolittle okres
panowania króla Koko można uważać za złoty wiek królestwa
Fantippo. Drewniany pomnik doktora wznosi się jeszcze dzisiaj
ku jego pamięci na rynku.

Długo po wyjeździe doktora poczta w Fantippo utrzymywana
była w doskonałym stanie. Znaczki z wizerunkiem króla Koko
były tak liczne i piękne jak poprzednio. Na pamiątkę pierwszej
dorocznej parady floty handlowej Fantippo wypuszczono bardzo
piękny, dwuszylingowy znaczek, na którym wyrysowany był król
Koko obserwujący swoje nowe statki przez lornetkę z cukierka.
Sam król został zbieraczem znaczków, a jego album ze znaczkami
służył mu jednocześnie za album rodzinny, zawierał bowiem tak
wiele jego podobizn. Jedynym nieprzyjemnym wypadkiem, który
zdarzył się w historii poczty w Fantippo, było to, że kilku zbyt
gorliwych zbieraczy, chcąc podnieść wartość tamtejszych
znaczków, uknuło spisek w celu zamordowania króla Koko. Ale
na szczęście spisek został odkryty, zanim to się stało.

Jeszcze po latach ptaki, które przylatywały do Puddleby,
opowiadały, że król przez pamięć dla Jana Dolittle wciąż starannie
podlewa i pielęgnuje pelargonie w oknach łodzi pocztowej.
Opowiadały podobno, że Jego Królewska Mość nigdy nie stracił
serdecznej nadziei, iż jego dobry, biały przyjaciel wróci pewnego
dnia do Fantippo, ze swym miłym uśmiechem, a wraz z nim
powrócą pouczające rozmowy i przyjemne herbatki poobiednie.

- 214 -


Click to View FlipBook Version