The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka, 2020-09-09 06:50:02

Poczta Doktora Dolittle

Odpowiedź doktora brzmiała:
Kochana Basiu! Uważam marchew za bardzo

odpowiedni podarunek ślubny. Możesz przecież
poprosić gości, aby nie obcinali zielonej naci,
wtedy pęczki marchwi będą wyglądały jak
wiązanki kwiatów.

Z serdecznym pozdrowieniem
Jan Dolittle

- 101 -

CZĘŚĆ TRZECIA.

Rozdział I. MIESIĘCZNIK ZWIERZĄT.

Teraz muszę wam opowiedzieć o konkursie na najlepsze
opowiadanie. Sława wieczornych posiedzeń przy kominku w
Puddleby, podczas których Jan Dolittle zwykł był opowiadać
swoim ulubionym zwierzętom mnóstwo ciekawych historii,
rozeszła się szeroko.

Wygadała się z tym Tu-Tu, przechwalały się Geb-Geb, Jip i
biała mysz. Wszystkie one bowiem były dumne z tego, że
zaliczały się do domowników wielkiego człowieka. I w krótkim
czasie, dzięki swojej własnej poczcie, mówiły i pisały na ten temat
różne zwierzęta. Doktor Dolittle otrzymywał teraz listy, w których
proszono go o przesyłanie takich opowiadań. Stał się teraz sławny
potrójnie: jako lekarz zwierząt, jako nauczyciel zwierząt i jako
pisarz dla zwierząt.

Z Dalekiej Północy otrzymywał od białych niedźwiedzi,
wielorybów i lisów setki listów, w których go proszono, aby
oprócz pism lekarskich i książek z dziedziny oświaty i przepisów
dobrego wychowania nadsyłał również i lekką lekturę
rozrywkową. „Noce zimowe” - pisały zwierzęta - „trwające
całymi miesiącami, bez końca, bywają przeraźliwie nudne, gdy się
wyczerpuje własny zapas opowiadań, przecież zwierzęta
podbiegunowe nie mogą w żaden sposób spać przez całą zimę,
trzeba im dostarczyć jakiejś rozrywki na samotnych krach
lodowych, w jaskiniach i pieczarach, zasypanych śniegiem”.

Przez pewien czas doktor tak był zajęty poważniejszymi
sprawami, że nie był w stanie troszczyć się o to. Ale w pewnej
chwili przypomniał sobie prośbę zwierząt z Północy.

- 102 -

Jego ulubione zwierzęta, które pracowały teraz w urzędzie
pocztowym regularnie i stale, zapragnęły również w wolniejszych
chwilach wieczornych rozerwać się czymkolwiek. Gdy pewnego
wieczoru siedziały na werandzie, zastanawiając się, jaką zabawę
wymyślić, Jip nagle powiedział:

- Już wiem! Niech nam pan doktor opowie jakąś historyjkę.

- Ach, znacie przecież wszystkie moje bajki - powiedział doktor.
- Zabawmy się lepiej w berka.

- Nie, nasza łódź jest na to za mała - zauważyła Dab-Dab. -
Gdyśmy się ostatni raz bawili, Geb-Geb zawadziło o rogi
dwugłowca. Pan umie tyle historii, niech nam pan opowie jedną,
chociażby krótką.

- Ależ o czym wam opowiadać? - zapytał doktor.

- O zagonie marchwi - zaproponowało Geb-Geb.

- Nie, to byłoby nudne - rzekł Jip. - Niech pan zrobi tak, jak pan
to nieraz robił w Puddleby. Niech pan wyjmie wszystko, co pan
ma w kieszeni, a wtedy jakiś przedmiot nasunie panu temat do
opowiadania.

- No dobrze - rzekł doktor. Ale nagle coś mu się przypomniało.
- Wiecie przecież - powiedział - że różne zwierzęta proszą mnie o
przesyłanie opowiadań pocztą. Zwierzęta pod biegunem
północnym chciałyby mieć jakąś lekką lekturę na długie wieczory
zimowe. Chciałbym wydawać pismo dla zwierząt pod tytułem
„Krąg Polarny”. Wysyłać je będzie poczta główna, a rozdzielać
filia w Nowej Ziemi. To się da łatwo urządzić. Największa
trudność polega na tym, skąd wziąć tyle opowiadań, artykułów,
obrazków i tym podobnych utworów, aby zapełnić miesięcznik.
To wcale nie takie łatwe. Opowiem wam dzisiaj jakąś bajkę, ale
za to musicie mi dopomagać w redagowaniu pisma. Każdego
wieczoru, kiedy się nudzicie, musicie coś po kolei opowiedzieć.
W ten sposób powstanie siedem opowiadań. Dla pisma wystarczy

- 103 -

jedno opowiadanie na miesiąc. Resztę numeru wypełnią
codzienne wiadomości, porady lekarskie, kącik dla matek i dzieci
i różne drobiazgi. Potem ogłosimy konkurs. Czytelnicy będą
głosowali na najlepsze opowiadanie, a kto otrzyma najwięcej
głosów, dostanie nagrodę. Jak wam się to podoba?

- Wspaniały pomysł! - zawołało Geb-Geb. - Jutro ja wam
opowiem piękną bajkę. A teraz, panie doktorze, proszę zaczynać.

Doktor Dolittle wyłożył zawartość swoich kieszeni na stół,
szukając czegoś, co by mu przypomniało jakąś historię. Ukazał się
zbiór najdziwniejszych przedmiotów. Sznurki i druty, scyzoryki z
odłamanymi ostrzami, kawałki ołówków, guziki, sznurowadła,
szkło powiększające, kompas i korkociąg.

- To nie zapowiada się ciekawie - stwierdził doktor.

- Niech pan zajrzy do kieszeni od marynarki - poradziła Tu-Tu.
- Tam zwykle przechowuje pan najciekawsze rzeczy. Nie zaglądał
pan do nich zresztą od wyjazdu z Puddleby.

Doktor Dolittle opróżnił więc kieszenie marynarki i wydobył z
nich dwa zegarki - jeden dobry, a drugi popsuty - centymetr,
kawałek wosku, dziurawą monetę i termometr do mierzenia
gorączki.

- Co to jest? - zapytało Geb-Geb wskazując na termometr.

- Tym mierzy się temperaturę u ludzi - rzekł doktor - ach, to mi
przypomina...

- Historię!... - zawołała Tu-Tu.

- Wiedziałem od razu - rzekł Jip. - Taka rzecz musi mieć swoją
historię. Jaki będzie jej tytuł?

- A więc - zaczął doktor sadowiąc się wygodniej w fotelu -
zdaje mi się, że nazwę to opowiadanie „Strajkiem inwalidów”.

- Co to jest strajk? - zapytało Geb-Geb.

- A co znaczy „inwalida”? - zapytał dwugłowiec.

- 104 -

- Strajk - rzekł doktor - jest wtedy, gdy ludzie przerywają pracę,
żądając lepszych warunków życia, większej zapłaty itp. A
„inwalida”? Inwalida to człowiek, który jest zawsze mniej lub
więcej chory.

- A jaką pracę wykonują inwalidzi? - zapytała biała mysz.
- Ich praca polega na tym, żeby być zawsze chorymi - rzekł
doktor. - Ale przestańcie się pytać, bo nigdy nie zacznę
opowiadać.
- Jeszcze chwilę - zawołało Geb-Geb - noga mi ścierpła!
- Ach, co nas obchodzi twoja głupia noga! - wykrzyknęła Dab-
Dab. - Panie doktorze, niech pan zaczyna!
- Czy to piękna historia? - zapytało Geb-Geb.
- Gdy ją opowiem, osądzicie sami. Przestańcie przeszkadzać,
dajcie mi wreszcie zacząć. Robi się późno.

Rozdział II. OPOWIADANIE DOKTORA
DOLITTLE.

Doktor zapalił fajkę i gdy się zaciągnął, zaczął mówić:
- Przed wielu, wielu laty, gdy kupiłem ten termometr, byłem
młodym, pełnym nadziei lekarzem, który dopiero rozpoczął
praktykę. Uważałem się za dobrego doktora. Ale świat nie
podzielał mego zdania i upłynęło wiele miesięcy, a nie miałem
jeszcze ani jednego pacjenta. Na nikim nie wypróbowałem jeszcze
nowego termometru. Próbowałem go często na samym sobie, ale
byłem zawsze tak straszliwie zdrowy, że nie miałem nigdy
gorączki. Starałem się zaziębić; nie zależało mi naprawdę na tym,
żeby być chorym, chciałem się tylko przekonać, czy mój nowy

- 105 -

termometr dobrze działa. Nie udawało mi się nawet zaziębić.
Byłem bardzo smutny, ale przy tym zdrowy.

Mniej więcej w tym samym czasie poznałem innego młodego
lekarza, który był w tej samej sytuacji co ja - mianowicie nie miał
ani jednego pacjenta. Ten powiedział do mnie: „Wiem, co
zrobimy, założymy sanatorium”.

- Co to jest sanatorium? - zapytało Geb-Geb.

- Sanatorium - odrzekł doktor - jest to coś pośredniego między
lecznicą a hotelem - mieszkają tam ludzie, którzy są chorzy.
Zgodziłem się na jego plan i wynajęliśmy, ja i mój młody
przyjaciel, nazywał się Fipps, doktor Korneliusz Fipps, piękną
posiadłość na wsi, zaopatrzyliśmy ją w leżaki, fotele na kółkach,
worki gumowe, słuchawki, same takie rzeczy, które inwalidzi
lubią. Wkrótce też pacjenci zaczęli napływać setkami i nasze
sanatorium było stale przepełnione, a mój nowy termometr miał
wciąż dużo roboty. Naturalnie, zarabialiśmy mnóstwo pieniędzy,
gdyż wszyscy ludzie płacili nam dobrze i Fipps był bardzo
szczęśliwy. Ale ja nie byłem taki szczęśliwy, zauważyłem
bowiem, że żaden z naszych pacjentów nie odzyskiwał zdrowia i
nie opuszczał sanatorium. Wreszcie powiedziałem to Fippsowi.

- Kochany kolego - rzekł na to Fipps - opuszczać sanatorium?
Nie ma o tym mowy. Przecież nie chcemy wcale, żeby opuszczali
sanatorium, niech zostaną, żebyśmy mogli dalej zarabiać na nich
dużo pieniędzy.

- Fipps - powiedziałem - to nie jest uczciwe postępowanie.
Zostałem doktorem po to, żeby leczyć ludzi, a nie po to, żeby ich
wyzyskiwać.

Zaczęliśmy się kłócić. Rozgniewałem się bardzo i powiedziałem
mu, że nie chcę być dłużej jego wspólnikiem, że zapakuję rzeczy i
wyjadę następnego dnia.

- 106 -

Opuściłem jego pokój, wciąż jeszcze bardzo zagniewany, i
spotkałem jednego z pacjentów jadącego na wózku. Był to pan
Tymoteusz Quisby, nasz najważniejszy i najlepiej płacący pacjent.
Gdy go mijałem, poprosił mnie o zmierzenie temperatury, gdyż
zdaje mu się, że ma znowu gorączkę. Nigdy dotychczas nie
mogłem stwierdzić u pana Quisby żadnej choroby i według mnie
był on chory z urojenia. Ponieważ byłem wciąż jeszcze bardzo
zdenerwowany, więc zamiast zmierzyć mu temperaturę rzekłem
grubiańsko: „Ach, idź pan do diabła!”

Pan Tymoteusz nie posiadał się z oburzenia, zawołał doktora
Fippsa i zażądał, żebym go przeprosił. Powiedziałem, że tego nie
zrobię, na co pan Tymoteusz powiedział Fippsowi, że w takim
razie ogłosi strajk inwalidów.

Fipps był zrozpaczony i błagał mnie, abym przeprosił jego
najlepszego pacjenta. Ale ja znowu odmówiłem.

Wtenczas stało się coś bardzo dziwnego. Pan Tymoteusz, który
dotychczas nie miał sił do chodzenia, zerwał się ze swego fotela i
wywijając słuchawką popędził przez całe sanatorium,
przemawiając do innych chorych, opowiadając im, jak go
potraktowałem, i żądając, aby zastrajkowali.

Więc posłusznie rozpoczęli strajk. Przy kolacji nie chcieli brać
lekarstw ani przed, ani po jedzeniu. Doktor Fipps sprzeczał się z
nimi, prosił ich i błagał, aby się zachowywali jak prawdziwi
pacjenci i wykonywali zarządzenia lekarza. Ale nie zważali na
niego. Jedli to wszystko, co było im zabronione, a po kolacji ci,
którym zalecony był spacer, zostali w domu, a ci, którzy powinni
się byli położyć, wyszli na spacer i biegali po ulicach tam i z
powrotem. Wieczorem, zamiast spać, jak zwykle o tej porze,
urządzili bitwę, podczas której fruwały w powietrzu poduszki i
worki gumowe. Nazajutrz wszyscy zapakowali swoje kufry i
odjechali, co oznaczało koniec naszego sanatorium.

- 107 -

Ale najdziwniejsze było to, czego dowiedziałem się później, że
strajk posłużył znakomicie każdemu z pacjentów. Porzuciwszy
leki i fotele na kółkach, wrócili do zdrowia, przestali w ogóle
chorować. Jako lekarz sanatoryjny, nie miałem więc powodzenia,
a może jednak... Gdyż w ten sposób wyleczyłem znacznie więcej
pacjentów niż Fipps, który ich zwabił do sanatorium.

Rozdział III. OPOWIADANIE GEB-GEB.

Następnego wieczoru, gdy wszyscy znowu zasiedli po kolacji na
werandzie, doktor zapytał:

- Na kogo dzisiaj kolej? Czy to nie Geb-Geb obiecało nam
wczoraj opowiedzieć coś ciekawego?

- Ach, lepiej, żeby nie opowiadało. To będzie z pewnością coś
bardzo głupiego - sprzeciwił się Jip.

- Geb-Geb jest za młode, żeby mogło opowiedzieć coś
ciekawego, nic jeszcze nie przeżyło - wtrąciła Dab-Dab.

- Ono interesuje się wyłącznie jedzeniem - rzekła Tu-Tu - niech
ktoś inny opowiada.

- Nie, poczekajcie! - zawołał doktor Dolittle. - Nie dokuczajcie
mu. Wszyscyśmy byli niegdyś młodzi. Niech opowie swoją
historię. Może właśnie ono dostanie nagrodę. Kto wie? Chodź,
Geb-Geb, i opowiadaj. Jaki jest tytuł twego opowiadania?

Geb-Geb w zakłopotaniu przestępowało z nogi na nogę,
zarumienione po uszy, i powiedziało wreszcie:

- To trochę zwariowana, ale bardzo ciekawa historia. Bajka o
świ... o świ... o świniach. Nazywa się „Czarodziejski ogórek”.

- Bzdura! - warknął Jip.

- 108 -

- Naturalnie, znów o jedzeniu - mruknęła Tu-Tu. - Czy nie
mówiłam od razu?

- Chi, chi, chi - pisnęła biała myszka.

- Zaczynaj, Geb-Geb - rzekł doktor Dolittle. - Nie zwracaj na
nich uwagi.

- Było raz - zaczęła świnka - pewne prosię, które udało się ze
swą matką na poszukiwanie trufli. Jego matka miała doskonały
węch. Dość że powąchała ziemię, żeby natychmiast z największą
pewnością powiedzieć, w którym miejscu rosną trufle. W tym
właśnie dniu poszła razem z synkiem na polanę pod wielkimi
dębami i zaczęła tam grzebać.

Udało się jej wygrzebać olbrzymią truflę, którą zjedli oboje.
Nagle ku swemu wielkiemu zdziwieniu usłyszeli głosy
dochodzące z głębi jamy. Świnia uciekła wraz ze swym synkiem,
gdyż nie znosiła czarów. Ale w nocy, gdy ojciec z matką już
mocno spali, prosiątko wylazło z chlewa i poszło do lasu. Chciało
się koniecznie dowiedzieć, w jaki to sposób spod ziemi
wydobywają się głosy.

Gdy doszło do miejsca, gdzie matka jego wygrzebała truflę,
zabrało się do grzebania w dalszym ciągu. Po pewnym czasie
ziemia rozstąpiła się i poczuło, że zapada się w nią coraz głębiej i
głębiej. W końcu spadło na sam środek jakiegoś stołu. Stół
nakryty był do obiadu - prosię wpadło wprost do wazy z zupą.
Rozejrzało się i zobaczyło dużo maleńkich człowieczków
siedzących wokoło stołu; ani jeden z nich nie był nawet w
połowie tak duży jak ono samo i wszyscy mieli ciemnozielony
kolor skóry.

- Gdzie jestem? - zapytało prosię.

- W zupie - odpowiedział człowieczek.

Prosię było z początku bardzo przestraszone, ale gdy zobaczyło
maleńki wzrost tych człowieczków, przestało się bać i przed

- 109 -

wyjściem z wazy zjadło wszystką zupę. Potem zapytało
człowieczków, kim są, a oni powiedzieli:

- Jesteśmy chochlikami-kucharzami. Mieszkamy pod ziemią i
połowę swego życia spędzamy na wymyślaniu nowych potraw,
drugą zaś połowę - na ich zjadaniu. Gwar, który usłyszałeś przez
jamę w ziemi, był to nasz hymn obiadowy. Zawsze śpiewamy
hymn obiadowy, gdy udaje nam się przyrządzić jakąś szczególnie
smakowitą potrawę.

- To się dobrze składa - rzekło prosię. - Trafiłem do
odpowiedniego towarzystwa. Wracamy do przerwanego obiadu.

Ale w chwili gdy podano rybę - zupa była już przecież zjedzona
- usłyszano dochodzący sprzed jadalni wielki hałas i gromada
ognistoczerwonych człowieczków wpadła do pokoju. Były to
duszki jadowitych grzybów, odwieczni wrogowie chochlików-
kucharzy, zaczęła się ogromna bitwa; jedna partia wzięła
wykałaczki jako dzidy, a druga - dziadki do orzechów jako
maczugi. Prosię stanęło po stronie swoich przyjaciół chochlików-
kucharzy, a ponieważ było dwa razy większe od swoich wrogów,
więc jadowite duszki grzybowe zostały wkrótce pobite.

Gdy bitwa się skończyła i jadalnia została oczyszczona z
wrogów, chochliki podziękowały serdecznie prosięciu za jego
cenną pomoc. Nazwały je bohaterem i zwycięzcą, uwieńczyły je
wieńcem z pietruszki i zaprosiły do zajęcia miejsca honorowego
przy stole. A potem ucztowano w dalszym ciągu.

Nigdy w życiu prosię nie jadło tak smacznych i wytwornych
potraw. Chochliki nie tylko wynajdywały nowe i doskonałe
potrawy, ale i sposób nakrywania stołu obfitował w mnóstwo
nowych pomysłów. Na przykład przy rybach podawano
poduszeczki do szpilek, w które wtykano ości rybie zamiast
gromadzić je na talerzu. Inny wynalazek stanowiły wachlarze do
budyniu, chłodzono nimi tę gorącą leguminę zamiast na nią

- 110 -

dmuchać. Kożuch, tworzący się na kakao, wieszano na
specjalnych sznureczkach - maleńkich jak zabawki - wiadomo
przecież, jak to brzydko wygląda, gdy taki kożuch zwiesza się z
krawędzi filiżanki. Gdy na deser podawano owoce, każdy z gości
otrzymywał jednocześnie rakietę tenisową; gdy ktoś siedzący na
końcu stołu prosił o jabłko, wtedy zamiast dźwigać ciężki kosz z
owocami brano po prostu jabłko i podrzucano je rakietą jak piłkę
w stronę tego gościa, który o nie prosił i który teraz chwytał je na
widelec.

- 111 -

Takie udogodnienia przyczyniały się bardzo do wytwarzania
przyjemnego nastroju; niektóre były rzeczywiście bardzo mądrze
pomyślane. Urządzony był nawet telefon, przez który mówiono
takie rzeczy, których przy stole nie wolno było mówić.

- Telefon? - zapytała biała mysz. - Po co telefon? Tego już nie
rozumiem.

- Wiesz przecież - objaśniło Geb-Geb - że zawsze się
przestrzega, żeby tego lub owego nie mówić przy jedzeniu.
Chochliki więc urządziły telefon w ścianie, wychodzący na drugą
stronę domu. I gdy się chciało mówić o rzeczach, których nie
wolno było mówić przy jedzeniu, szło się do telefonu i mówiło do
słuchawki. Potem siadało się znowu na swoim miejscu. Był to
rzeczywiście dobry wynalazek.

Więc, jak już mówiliśmy, prosięciu podobało się bardzo u
chochlików. Ale po uczcie oświadczyło, że musi już wracać do
domu, gdyż chce być w chlewie, zanim się rodzice obudzą i
spostrzegą jego nieobecność.

Chochliki żałowały bardzo, że muszą się z nim rozstać, i
ofiarowały mu, jako dar pożegnalny z wdzięczności za okazaną
im pomoc, czarodziejski ogórek. Gdy się z tego ogórka odkrajało
maleńki kawałeczek i zasadziło w ziemi, wyrastał z niego
natychmiast, według życzenia, wielki zagon warzyw albo
mnóstwo owoców. Dość było wymówić nazwę warzywa albo
owocu. Prosię podziękowało chochlikom, ucałowało je wszystkie
na pożegnanie i pobiegło do domu.

Jego rodzice spali jeszcze mocno, gdy powróciło. Schowało
troskliwie swój czarodziejski ogórek pod podłogę w oborze,
wlazło do chlewa i prędko zasnęło.

Zdarzyło się, że w kilka dni później król sąsiedniego państwa
wypowiedział wojnę królowi kraju, w którym mieszkała rodzina
prosięcia. Położenie napadniętego króla było bardzo ciężkie i

- 112 -

widząc, że nieprzyjaciel jest już blisko, wydał rozkaz, aby całe
bydło, wszyscy poddani i wszystkie zwierzęta domowe
zgromadziły się w murach zamkowych. Rodzina prosięcia została
również przygnana na pastwisko zamkowe. Ale zanim prosię
opuściło swoje miejsce rodzinne, odgryzło kawałek
czarodziejskiego ogórka i wzięło go z sobą.

Wkrótce nieprzyjaciel otoczył zamek i próbował go zdobyć. Nie
odstępował przez długie tygodnie, pewny, że wcześniej lub
później głód zmusi króla i jego lud do poddania się.

Tymczasem stało się tak, że królowa zwróciła uwagę na prosię
biegające po łące zamkowej. A ponieważ w żyłach jej płynęła
czysta irlandzka krew, więc polubiła je bardzo: zawiązała mu
zieloną wstążeczkę na szyi i nosiła je na rękach, i pieściła jak
małego kotka, ku przerażeniu królewskiego małżonka.

W czwartym tygodniu oblężenia wszystkie zapasy zostały
zjedzone i król kazał zarżnąć prosię. Królowa rozpaczała i
błagała, aby jej ulubieńcowi darowano życie, ale król był
nieubłagany.

- Moi żołnierze cierpią głód - mówił. - Nie mogę mieć litości dla
prosięcia.

Prosię zrozumiało, że uratować może je tylko czarodziejski dar
chochlików. Pobiegło do ogrodu zamkowego, wykopało dół i
zasadziło kawałek ogórka wśród najpiękniejszego klombu róż.

„Marchew” - zakwiczało w myśli zasypując dół - „niech rośnie i
rośnie wzdłuż i wszerz”.

Zaledwie wymówiło te słowa, gdy we wszystkich królewskich
ogrodach wyrosły gęsto zagony najpiękniejszej marchwi, nawet
ścieżki pokryły się tą smakowitą jarzyną. Król i jego żołnierze
mogli teraz jeść do syta, świeży sok marchwi dodał im tyle sił, że
odważyli się na wyprawę z zamku i zmusili nieprzyjaciół do
ucieczki.

- 113 -

Królowej wolno było zatrzymać sobie ulubione prosię, które
sprawiło jej tyle radości, jako że pochodziła z prawdziwie
irlandzkiego rodu. Prosię zyskało wielkie znaczenie na dworze. W
tym samym miejscu, gdzie zasadziło czarodziejski ogórek,
wybudowano mu chlew ozdobiony drogimi kamieniami. I
wszyscy żyli szczęśliwie i wesoło, a jeśli jeszcze nie umarli, to
żyją po dziś dzień.

Na tym kończy się historia o świniach i czarodziejskim ogórku.

Rozdział IV. OPOWIADANIE DAB-DAB.

Zwierzęta oczekiwały teraz z radością wieczornych opowiadań,
jak ludzie, którzy przywykają do przyjemnych wrażeń.

I umówiły się, że następnego wieczoru Dab-Dab opowie z kolei
jakąś historię.

Gdy wszyscy zgromadzili się na werandzie, kaczka-gospodyni
wygładziła piórka i rozpoczęła uroczystym głosem:

- W okolicach Puddleby, nad rzeką Marsh, mieszka wieśniak,
który po dziś dzień przysięga, że jego kot rozumie każde słowo,
które on do niego mówi. Oczywiście to nieprawda, ale zarówno
wieśniak, jak i jego żona wierzą w to święcie. Opowiem wam
więc, jak do tego doszło.

Kiedyś, gdy doktor Dolittle przebywał w Szkocji na
poszukiwaniu mięczaków, pozostałam w domu pilnując
gospodarstwa. Pewnego wieczoru stara klacz w stajni uskarżała
się przede mną na szczury, które wyjadały jej owies. Gdy
przechadzałam się przed stajnią tam i z powrotem rozmyślając,
jak temu zaradzić, ujrzałam dużą, białą kotkę perską skradającą
się obok stajni. Kotów nie lubię, bo po pierwsze, zjadają małe
kaczęta, a po drugie, mają taki nieprzyjemny, podstępny

- 114 -

charakter. Kazałam więc białej kotce opuścić nasz ogród. Ku
memu wielkiemu zdumieniu zachowała się bardzo uprzejmie -
oświadczyła, że wcale nie wiedziała, iż znajduje się na obcym
terenie, i mówiąc to, oddaliła się. Poczułam wyrzuty sumienia,
gdyż wiedziałam, że doktor Dolittle był zawsze gościnny dla
wszystkich zwierząt, a zresztą kotka nie zrobiła mi przecież nic
złego. Poszłam więc za nią i powiedziałam, że jeśli nie ma
zamiaru polować tutaj, to może przychodzić i odchodzić, kiedy
chce.

Zaczęłyśmy rozmawiać i dowiedziałam się, że kotka mieszka u
wieśniaka o milę stąd w kierunku Oxentorpe. Towarzyszyłam jej
kawałek drogi i przekonałam się, że była bardzo przyjemnym
stworzeniem. Opowiedziałam jej o szczurach w stajni i o tym, jak
trudno jest utrzymywać je w karności wobec tego, że doktor
Dolittle nie pozwala ich tępić. Kotka ofiarowała się, że przez kilka
nocy będzie spała w stajni; gdy szczury tylko ją poczują, z
pewnością opuszczą stajnię.

Spędziła istotnie noc w naszej stajni i skutek był znakomity.
Szczury wyprowadziły się od razu i żłób starej klaczy był znowu
pełny. Potem kotka znikła i przez kilka wieczorów jej nie
widziałam. Pomyślałam więc, że wypada ją odwiedzić i
podziękować za przysługę. Poszłam do zagrody wieśniaka i
spotkałam kotkę na podwórku; podziękowałam jej i zapytałam,
dlaczego tak dawno nie była u nas.

- Mam teraz dzieci - powiedziała - sześcioro małych kociąt, i nie
mogę ich zostawić samych nawet na chwilę. Mieszkają w alkierzu
u moich gospodarzy. Chodź ze mną, pokażę ci je.

W alkierzu stał na podłodze okrągły koszyk, a w nim leżało
sześcioro ślicznych, małych kociąt. Kiedyśmy je oglądały,
nadszedł gospodarz z gospodynią. Ponieważ przypuszczałam, że
mogą być niezadowoleni z obecności kaczki w alkierzu -

- 115 -

niektórzy ludzie są strasznie zarozumiali i drażliwi, nie tak jak
nasz doktor - więc ukryłam się za szafą.

Gospodarze nachylili się nad koszykiem, w którym leżały
kocięta, pogłaskali białą kocicę i zaczęli rozmawiać ze sobą.
Naturalnie, kotka nie rozumiała nic z tego, co mówili. Ja jednak,
ponieważ przebywałam od tak dawna z doktorem Dolittle i
niejednokrotnie dyskutowałam z nim na temat różnic między
gramatyką ludzką i kaczą, rozumiałam każde słowo.

Wieśniak powiedział do swojej żony:

- Zatrzymamy tylko biało-czarnego kotka. Pozostałe pięcioro
utopimy jutro w stawie. Nie ma sensu, żeby się nam po domu
kręciło tyle kotów.

Zaledwie się oddalili, wyszłam zza szafy i powiedziałam do
kocicy:

- Spodziewam się, że wychowasz swoje małe tak, aby nigdy
żadnej kaczce nie uczyniły krzywdy. A teraz słuchaj! Dziś
wieczorem, gdy gospodarz i gospodyni zasną, weźmiesz
wszystkie kocięta, oprócz biało-czarnego, i ukryjesz je na strychu.
Gospodarz chce je utopić i zostawić tylko biało-czarnego.

Kotka zrobiła tak, jak jej powiedziałam. Następnego ranka, gdy
gospodarz przyszedł po kocięta, znalazł w koszyku tylko biało-
czarnego kotka, którego chciał zatrzymać. Nie mógł zrozumieć,
jak to się stało. W kilka tygodni potem, gdy gospodyni robiła
porządki wiosenne, znalazła na strychu resztę kociąt, które kotka-
matka ukryła tam i karmiła w tajemnicy. Ale teraz były już dość
duże, aby uciec przez okno i pójść własnymi drogami.

Odtąd gospodarz i gospodyni zaklinają się, że ich kotka rozumie
mowę ludzką, ponieważ podsłuchała ich, kiedy stali nad koszem i
mówili o tym, że trzeba kocięta utopić. I teraz, jeśli kotka jest w
izbie, a oni plotkują o sąsiadach, szepczą bardzo cicho, aby kotka

- 116 -

nie dosłyszała. Ale między nami mówiąc, nie rozumie ona ani
jednego słowa.

Rozdział V. OPOWIADANIE BIAŁEJ MYSZY.

- Na kogo dzisiaj kolej? - zapytał następnego wieczoru doktor
Dolittle, gdy sprzątnięto po kolacji.

- Zdaje mi się, że na białą myszkę - powiedział Jip.
- Dobrze - zgodziła się myszka - opowiem wam historię mojej
młodości. Doktor Dolittle zna ją, ale wyście jej nigdy nie słyszeli.
Myszka pogładziła białe wąsiki, owinęła różowym ogonkiem
swój mały, gładki tułów, błysnęła oczkami i zaczęła:
- Urodziłam się jako jedna z siedmioraczków. Ale rodzeństwo
moje było szare jak zwykłe myszy, tylko ja, jedyna z całej rodziny
byłam biała. Ta białość niepokoiła bardzo moich rodziców.
Twierdzili, że jest to zdradliwa barwa i że na pewno, gdy tylko
opuszczę gniazdo, schwyta mnie kot albo sowa.
Byłyśmy mieszkankami miasta i szczyciłyśmy się tym.
Mieszkanie nasze znajdowało się pod składem mąki.
Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, znajdował się sklep
rzeźnika, a obok farbiarnia, gdzie farbowano materiały na ubrania,
zanim je oddawano krawcowi do szycia.
Gdyśmy wyrosły dostatecznie, aby iść w świat o własnych
siłach, rodzice udzielali nam troskliwie różnych przestróg i rad,
jak się chronić przed kotami, psami, łasicami i nietoperzami.
Tylko nade mną, biedactwem, kiwali głowami. Mieli słabą
nadzieję, żebym z moją białą sierścią, widoczną o milę, mogła
zaznać spokoju.

- 117 -

Mieli zupełną słuszność. Moja barwa już w pierwszym
tygodniu, gdy rozpoczęłam samodzielne życie, przyczyniła mi
dużo kłopotu. Nie w ten sposób, jak przypuszczali. Syn młynarza,
właściciela składu, pod którym znajdowało się nasze mieszkanie,
znalazł mnie pewnego ranka w skrzyni owsa.

- Ach - zawołał - biała myszka! Zawsze pragnąłem mieć białą
myszkę!

Złapał mnie i zamknął w klatce, żeby mnie oswoić.

Z początku było mi bardzo smutno, ale z czasem przywykłam
do tego życia. Chłopiec - miał dopiero osiem lat - obchodził się ze
mną bardzo dobrze i codziennie regularnie mnie karmił.
Przywiązałam się bardzo do zabawnego, pucołowatego malca i
tak się oswoiłam, że wyjmował mnie od czasu do czasu z klatki i
pozwalał spacerować po swoim rękawie tam i z powrotem. Nie
miałam jednak nigdy sposobności do ucieczki.

Ale po kilku miesiącach miałam już dość tego bezsensownego
życia. Przy tym myszy żyjące na wolności postępowały ze mną
bardzo brzydko. Co noc gromadziły się przed moją klatką,
wskazywały na mnie poprzez druty mego więzienia i wołały:

- Patrzcie, oswojona biała myszka! Chi, chi, chi! Zabawka dla
małych dzieci! Cacy, mała myszeczko! Chodź, chodź, umyjemy ci
buziuchnę!

Głupie stworzenia! W końcu sprzykrzyło mi się to wszystko i
wymyśliłam sobie mądry plan ucieczki. Wygryzłam dziurę w
drewnianej podłodze mojej klatki i pokryłam ją słomą, żeby
chłopiec nic nie zauważył. I pewnej nocy, słysząc jego chrapanie -
stawiał moją klatkę zawsze w głowach łóżka - wymknęłam się z
klatki i uciekłam.

Była zima i śnieg leżał wysoko. Radując się swobodą, zaczęłam
badać świat wokoło mnie. Obiegłam naokoło dom i przez
podwórko młynarza przedostałam się na sąsiednie podwórko.

- 118 -

Stała tam szopa, na której siedziały dwie sowy oświetlone
księżycem.

W szopie spotkałam bardzo starego i bardzo chudego szczura.
Powiedział do mnie:

- Jestem najstarszym szczurem w mieście i wiem bardzo dużo o
życiu. Ale powiedz mi, po coś przyszła do szopy farbiarza?

- Szukam pożywienia - odrzekłam.

Stary szczur roześmiał się chrapliwym, drżącym, starczym
głosem.

- Tutaj nie ma pożywienia - powiedział - tylko farba w różnych
kolorach. - I wskazał wielkie kadzie napełnione po brzegi,
wznoszące się w półmroku nad naszymi głowami. - Całe
pożywienie, jakie się tu kiedykolwiek znajdowało, już zjadłem -
ciągnął dalej smutnym głosem - a nie odważam się wyruszyć na
poszukiwanie żywności, gdyż sowy czyhają na mnie na dachu.
Moje czarne ciało widać tak wyraźnie na białym śniegu, że nie
uda mi się uciec przed nimi. Jestem już zagłodzony prawie na
śmierć - i szczur zachwiał się z osłabienia na swoich starych
nogach.

- Ale teraz, kiedy ty tu jesteś, wszystko się zmieniło. Jakaś
dobra wróżka musiała cię przysłać. Siedzę tu od tygodni i czekam
na zjawienie się białej myszy. Ciebie, w twoim białym futerku,
sowy nie zauważą tak łatwo na śniegu. Masz na sobie tak zwaną
barwę ochronną. Mam dużo wiadomości przyrodniczych, jestem
przecież bardzo stary. Dlatego mogłaś się tu przedostać i nic ci się
nie stało. Zmiłuj się, idź i przynieś mi coś do jedzenia, byle co. Od
czasu kiedy spadł śnieg, trzymają mnie tu na uwięzi: koty we
dnie, a sowy w nocy. Umieram z głodu. Przyszłaś w samą porę,
żeby mi uratować życie.

- 119 -



Pobiegłam natychmiast po śniegu w jasnym świetle księżyca, a
sowy, czatujące na dachu farbiarni, wcale mnie nie spostrzegły, na
białym śniegu byłam prawie niewidzialna. Byłam bardzo dumna z
siebie, nareszcie przydało mi się moje białe futerko.

Trafiłam do śmietnika, znalazłam w nim kilka skórek od
kiełbasy i przyniosłam je wygłodzonemu szczurowi. Szczur
podziękował mi gorąco. Pożerał skórki - na moje wąsiki! Jak
pożerał, jak pożerał! Wreszcie westchnął:

- Ach, teraz jest mi trochę lepiej!

- Muszę ci powiedzieć - rzekłam - że dopiero co uciekłam z
więzienia. Pewien chłopiec dla zabawy trzymał mnie w klatce.
Dotychczas miałam z powodu mojej białej barwy mnóstwo
przykrości. Koty spostrzegały mnie od razu - moje życie stale
wisiało na włosku.

- Powiem ci, co zrobimy - powiedział na to szczur. - Zostaniesz
tutaj u mnie, w szopie. To wcale niezłe mieszkanie, ciepłe i
wygodne, a pod podłogą jest pełno dziur, kryjówek i przejść. Póki
pada śnieg, ty będziesz wychodzić i przynosić pożywienie dla nas
obojga, a gdy zima się skończy i ziemia będzie znowu czarna, ja
wyjdę na poszukiwanie, a ty zostaniesz w domu. Żyje się tu wcale
nieźle, ponieważ nie ma tu nic takiego, co by szczury i myszy
mogły uszkodzić, więc nikt się o nas nie troszczy. W
mieszkaniach, w sklepach spożywczych, w młynach ludzie
stawiają zazwyczaj pułapki i nasyłają na nas koty i łasice. Ale na
szczury w farbiarni nie zwracają uwagi. Głupie młode szczury i
myszy osiedlają się w pobliżu składów spożywczych, ale ja tego
nigdy nie robię, bo jestem stary i mądry.

Zawarliśmy tedy umowę i przez cały rok mieszkałam z
mądrym, starym szczurem w farbiarni. Powodziło się nam
świetnie! W zimie ja starałam się o pożywienie, a w lecie mój
stary towarzysz, który wiedział, gdzie można znaleźć najlepsze

- 121 -

jedzenie, napełniał naszą spiżarnię najwyszukańszymi
smakołykami. Ach, jakie wyborne uczty urządzaliśmy sobie pod
podłogą szopy, słuchając z zaciekawieniem, jak farbiarze,
mieszając farbę w kadziach, opowiadają sobie najnowsze
ploteczki z miasta.

Ale nikt nie jest dość mądry na to, aby zadowalać się długo tym,
co ma. I gdy nadchodziło drugie lato, zatęskniłam znowu do
swobody, zapragnęłam być wolna, wędrować po świecie, szukać
przygód i tym podobne głupstwa. Nabrałam także ochoty do
wyjścia za mąż. Zapewne wiosna tak na mnie podziałała.
Pewnego dnia powiedziałam do starego szczura:

- Szczurku, jestem zakochana! Przez całą zimę co noc, gdy
wychodziłam na poszukiwanie żywności, spotykałam się z
pewnym bardzo dobrze wychowanym mysim kawalerem, który
mi się bardzo podoba. Mam ochotę zamieszkać gdzie indziej i
założyć własne gospodarstwo. Zbliża się lato, a ja znowu będę
musiała z powodu mojej wstrętnej barwy zamknąć się w tej
nędznej szopie.

Stary szczur popatrzył na mnie w zamyśleniu, jakby chcąc mi
powiedzieć coś szczególnie mądrego.

- Dziecko - powiedział wreszcie - jeśli chcesz odejść, nie mogę
cię zatrzymywać, chociaż uważam, że robisz wielkie głupstwo.
Bóg wie, jak tu sobie dam radę, gdy ciebie nie będzie. Ale
ponieważ przez cały rok byłaś dla mnie taka dobra, chcę ci także
dopomóc.

Mówiąc tak, poprowadził mnie na górę, gdzie stały kadzie z
farbą. Panował mrok i farbiarze już odeszli. Kształt kadzi ledwie
można było rozpoznać. Szczur chwycił sznur, który leżał na
podłodze, wdrapał się na krawędź środkowej kadzi i zanurzył go.

- Po co to robisz? - zapytałam.

- 122 -

- Przywiązuję go tutaj, abyś mogła się po nim wspiąć do kąpieli.
Ufarbuję cię na czarno. Inaczej zginęłabyś pewną śmiercią
wyruszając latem w świat.

- Gwałtu, rety! - krzyknęłam. - Ufarbować mnie na czarno!

- Tak, nie inaczej. To bardzo proste. Wdrap się na brzeg kadzi i
skacz do środka. Nie bój się. Wisi przecież sznur, po którym
wdrapiesz się z powrotem.

Miałam zawsze pociąg do awanturniczych przygód, wzięłam się
więc na odwagę i wdrapałam się na brzeg kadzi. Było strasznie
ciemno i zaledwie mogłam odróżnić farbę, która w głębi lśniła
matowo i mętnie.

- Dalej! - zachęcał mnie stary szczur. - Nie bój się! Zanurz się
cała porządnie razem z głową!

Trzeba było zdobyć się na wielką odwagę, żeby dać nurka.
Gdybym nie była zakochana, nie zdobyłabym się nigdy na to. Ale
odważyłam się i zanurzyłam głęboko.

Miałam uczucie, że nie wypłynę już na wierzch, i nawet, gdy
już byłam na górze, o mało co nie utonęłam, nim znalazłam sznur,
i z trudem chwytając oddech wylazłam z kadzi.

- Znakomicie! - zwołał stary szczur. - Teraz pobiegaj naokoło
szopy, żebyś się nie zaziębiła, a potem połóż się i przykryj ciepło.
Rano, gdy się rozwidni, zobaczysz, jak bardzo się zmieniłaś.

Łzy napływają mi do oczu, gdy wspominam następny ranek.
Obudziwszy się przekonana, że zobaczę się w wytwornej czerni,
ujrzałam, że moja sierść ma jaskrawo błękitny kolor! Stary szczur
pomylił się wskazując mi kadź.

Biała myszka zamilkła na chwilę, opanowując wzruszenie, a
potem ciągnęła dalej:

- Na nikogo w całym moim życiu nie byłam taka zła jak w tej
chwili na starego szczura.

- 123 -

- Patrz, patrz, coś mi narobił! - zawołałam. - Przecież to nawet
nie jest granatowy kolor. Jak ja wyglądam!

- Nic nie rozumiem - wyszeptał szczur. - Środkowa kadź była
dotąd zawsze napełniona czarną farbą. Musieli zamienić kadzie,
błękitna stała zawsze na lewo.

- Głupi, stary bałwan! - zawołałam w największej złości i
opuściłam szopę, aby do niej nigdy więcej nie powrócić.

Jeżeli dawniej zwracałam uwagę moją barwą, to teraz było sto
razy gorzej. Zarówno na czarnej ziemi, jak i na zielonej trawie
albo na białym śniegu moje jaskrawo-niebieskie futerko
odznaczało się wyraźnie. Zaledwie opuściłam szopę, rzucił się na
mnie kot. Udało mi się umknąć i wydostać na ulicę. Tam
zauważyło mnie kilku uliczników: krzycząc, że zobaczyli
niebieską mysz, przywołali swoich kolegów i gonili mnie wzdłuż
rynsztoka. Na rogu ulicy walczyły ze sobą dwa psy, na mój widok
porzuciły walkę i przyłączyły się do polowania na mnie. Wkrótce
biegło za mną całe miasto. Położenie było straszne. Dopóki noc
nie nadeszła, nie miałam spokoju, a potem byłam tak wyczerpana,
że padałam wprost ze zmęczenia.

Około północy spotkałam pod latarnią mego ukochanego i
trudno wam będzie uwierzyć - nie chciał nawet mówić ze mną.
Wykrzywił się i przeszedł obok mnie, jak gdyby mnie nigdy nie
widział.

- Dla ciebie - powiedziałam, gdy przechodził z zadartym
pyszczkiem - dla ciebie naraziłam się na tę przykrość. Ty
niewdzięczniku!

- Och, la, la - zanucił z wymuszonym uśmieszkiem. - Nie
spodziewasz się chyba, aby dobrze urodzony kawaler mógł się
pokazać w towarzystwie myszy pomalowanej na niebiesko!

Później, gdy szukałam miejsca na nocleg, szydziły ze mnie
wszystkie myszy wytykając mnie łapkami i kpiąc niemiłosiernie.

- 124 -

Byłam bliska płaczu. Potem pobiegłam do rzeki, spodziewając się,
że zmyję farbę i przywrócę mojej sierści biały kolor. Wolałabym
już tamto niż tę ohydę. Ale myłam i szorowałam się bez skutku.
Woda nic nie pomogła.

Drżąc z zimna, w najcięższej rozpaczy siedziałam na brzegu
rzeki. Wreszcie ujrzałam, jak niebo na wschodzie nagle się
rozjaśnia, z czego wywnioskowałam, że wkrótce będzie ranek.
Światło dzienne, które ukaże mój śmieszny strój. A więc znów
polowanie na mnie, znowu pościg i ucieczka, znowu kpiny.

Wówczas powzięłam bardzo smutne postanowienie. Chyba
najsmutniejsze, jakie kiedykolwiek powzięła mysz żyjąca na
wolności - postanowiłam wrócić do mego więzienia, do klatki.
Tam pucołowaty młynarczyk przynajmniej dobrze obchodził się
ze mną i karmił do syta. Wrócę do niego i będę żyła w niewoli.
Czyż nie zostałam odepchnięta przez ukochanego i wyszydzona
przez przyjaciół? Dobrze, odsunę się od świata i pójdę
dobrowolnie do więzienia! Może wtedy mój ukochany ulituje się
nade mną, ale będzie już za późno!

Podniosłam się znużona i podreptałam do młyna. Na progu
zatrzymałam się przez chwilę. Ciężko było mi się zdobyć na
rozpaczliwy krok. Spojrzałam jeszcze raz na ulicę, myśląc o
okrucieństwie życia i mojej smutnej miłości, gdy nagle ujrzałam
mego rodzonego brata z obandażowanym ogonkiem!

Gdy usiadł obok mnie na progu, opowiedziałam mu ze łzami o
wszystkim, co mnie spotkało od chwili, gdy opuściłam dom
rodzinny.

- To mnie bardzo martwi - powiedział brat, gdy skończyłam. -
Ale jestem rad, że cię spotykam, zanim powróciłaś do swego
więzienia, gdyż zdaje mi się, że mogę ci wskazać sposób
uwolnienia się od trosk.

- 125 -

- Jaka droga ratunku może jeszcze dla mnie istnieć? -
zapytałam. - Dla mnie życie jest skończone.

- Idź do doktora - powiedział brat.

- Do jakiego doktora? - zapytałam.

- Jest tylko jeden doktor. Czy możliwe, żebyś o nim nie
słyszała?

I brat opowiedział mi wszystko o doktorze Dolittle. Było to w
owych czasach, gdy doktor zaczynał zdobywać sobie sławę wśród
zwierząt. Ale ja przesiadywałam przecież ze starym szczurem w
farbiarni i nie słyszałam tych nowin.

- Wracam właśnie od doktora - powiedział mój brat. - Pułapka
przycięła mi ogon, on mi go opatrzył i obandażował. To
nadzwyczajny człowiek, uczciwy i życzliwy. I zna mowę
zwierząt. Idź do niego! Znajdzie na pewno jakiś środek, aby
wywabić niebieski kolor z twojej sierści. On wszystko umie!

Tak trafiłam po raz pierwszy do domu doktora Dolittle w
Puddleby. Gdy opowiedziałam doktorowi o swoich
zmartwieniach, wziął małe nożyczki i ostrzygł mi całą sierść;
wyglądałam jak łyse, różowe prosiątko. Po tym natarł mnie
specjalną maścią na porost sierści, którą sam wynalazł, i wkrótce
wyrosło mi nowiutkie futerko, bielutkie jak śnieg.

Gdy doktor dowiedział się, jak trudno było ukrywać się przed
kotami, zaofiarował mi schronienie w swoim własnym domu, a
nawet w swoim własnym fortepianie. Żadna mysz na świecie nie
mogłaby sobie wymarzyć nic lepszego. Chciał nawet posłać po
mego ukochanego, który teraz, gdy odzyskałam biały kolor, na
pewno inaczej by się zachowywał. Ale powiedziałam:

- Nie, panie doktorze, zostawmy to, z miłością skończyłam raz
na zawsze.

- 126 -

Rozdział VI. OPOWIADANIE JIPA.

Następnego wieczoru poproszono Jipa, aby opowiedział jakąś
historię. Po chwili namysłu rzekł:

- Dobrze, opowiem wam historię o psie żebraka. Wszystkie
zwierzęta nastawiły uważnie uszu, gdyż Jip opowiadał im już
dawniej różne historie i bardzo lubiły go słuchać.

- Przed wielu laty znałem psa - zaczął Jip - który był własnością
żebraka. Spotkaliśmy się przypadkowo pewnego dnia przy
przewróconym wózku rzeźnika. Czeladnik, który powoził
wózkiem, był to głupi chłopak, którego nienawidziły z całego
serca wszystkie psy z miasta. Toteż gdy jego wózek zderzył się z
latarnią i przewrócił, a cała ulica została usiana kotletami baranimi
i wieprzowymi, natychmiast my, psy, zjawiliśmy się gromadnie i
ulotnili z porwanym mięsem, zanim miał czas wygramolić się z
rynsztoka.

Jak już powiedziałem, zawarłem przy tej sposobności
znajomość z psem żebraka. Z kawałem wyborowego mięsa w
pysku biegł obok mnie wesoło ulicą. Ja sam porwałem wianek
kiełbasy, ale to paskudztwo plątało mi się wciąż wokoło nóg, aż
dopiero on mnie nauczył, jak sobie z kiełbasą poradzić i jak ją
zwinąć, żeby nie przeszkadzała w ucieczce.

Odtąd zaprzyjaźniłem się bardzo z psem żebraka. Jego pan miał
już tylko jedną nogę i był bardzo stary. Mój przyjaciel powiedział
mi:

- Mój pan jest strasznie biedny. Gdyby nawet miał obie nogi,
nie mógłby już pracować, bo jest stary. Wiesz, co on robi? Maluje
kolorowymi kredkami na chodnikach ulic obrazki i podpisuje pod
nimi: „Własnej roboty”. A potem siada obok z czapką w ręku i
czeka, żeby mu ktoś rzucił pensa.

- Wiem - powiedziałem - widziałem kiedyś takie obrazki na
chodnikach.

- 127 -

- Tak - odrzekł mój przyjaciel - ale przeważnie nikt mu nic nie
dawał i wiem, dlaczego: bo obrazy mego pana są nic niewarte. Ja
sam nie znam się wprawdzie na malarstwie, ale muszę przyznać,
że te malowidła są okropne, po prostu okropne. Niedawno stanęła
przed nimi jakaś starsza pani i chcąc żebrakowi dodać otuchy,
wskazała jeden obrazek i powiedziała:

„Ach, jakie to ładne drzewko!” Tymczasem obrazek miał
przedstawiać latarnię morską stojącą pośrodku wzburzonego
morza. Takim to artystą jest mój pan i nie wiadomo, co na to
poradzić.

Gdy pies to wszystko opowiedział, przyszedł mi pewien pomysł
do głowy.

- Słuchaj - rzekłem - mam myśl. Ponieważ twój pan nie może
sam zapracować na siebie, moglibyśmy założyć wypożyczalnię
kości.

- Co założyć? - zapytał.

- Wiesz przecież, że ludzie wypożyczają rowery albo pianina i
każą sobie za to płacić. Dlaczego my nie moglibyśmy wypożyczać
psom kości do obgryzania? Rozumie się, że psy nie mogłyby nam
za to płacić pieniędzmi, musiałyby więc zamiast pieniędzy
przynosić coś takiego, co by twój pan mógł sprzedawać i
dostawać za to pieniądze.

- To dobry pomysł - powiedział mój przyjaciel - jutro
zaczniemy.

Następnego dnia znaleźliśmy miejsce, na które ludzie wyrzucali
rozmaite rupiecie. Wykopaliśmy tam ogromny dół, który miał być
składem kości. Potem wczesnym rankiem powędrowaliśmy pod
kuchenne drzwi domów należących do najbogatszych ludzi w
mieście i powyciągaliśmy najlepsze kości ze skrzyń na odpadki.
Wyrywaliśmy kości nawet psom uwiązanym na łańcuchach, które
nie mogły nas gonić. Było to wprawdzie bardzo brzydko z naszej

- 128 -

strony, ale pracowaliśmy przecież dla dobrej sprawy i nie
mogliśmy się zastanawiać nad drobiazgami. Te wszystkie kości
zakopywaliśmy w dole, a w nocy nakrywaliśmy je gałęziami,
żeby nam ich nikt nie ukradł. Zresztą psy lubią najbardziej
obgryzać kości leżące przez kilka dni w ziemi, gdyż mają one
wtedy korzenny smak. Przez cały dzień pilnowaliśmy naszego
towaru, nawołując przechodzące psy:

- Kości do wypożyczenia! Kości wołowe, kości baranie, kości
cielęce, kości wieprzowe, kostki kurze! Smaczne, apetyczne!
Prosimy pięknie! Do wyboru! Kości do wypożyczenia!

Od pierwszej chwili interes szedł świetnie. Ze wszystkich stron
zbiegły się psy, aby wypożyczać u nas kości. Cena zależała od
czasu użycia. Na przykład można było wypożyczyć sobie
smaczną kość od szynki na cały dzień - za lichtarz albo za
szczotkę do włosów. Na trzy dni - za skrzypce albo za parasol.
Gdy ktoś chciał zatrzymać kość przez cały tydzień, musiał
przynieść jako zapłatę coś z ubrania.

- 129 -

Przez jakiś czas szło wszystko doskonale. Żebrak sprzedawał
rzeczy, które otrzymywaliśmy od psów jako zapłatę, i utrzymywał
się z tego.

Ale nie pomyśleliśmy o jednym: skąd się biorą te rzeczy, które
nam psy znoszą. Zwróciło naszą uwagę tylko to, że w końcu
pierwszego tygodnia naszego świetnego targu przechodziło ulicą
coraz więcej ludzi, jak gdyby poszukujących czegoś. Gdy ci
ludzie spostrzegli nasz skład, zgromadzili się wokoło, naradzając
się ze sobą. W tej chwili podszedł do nas wielki, piękny pies,
trzymający w pysku złoty zegarek z łańcuszkiem, który chciał
zamienić na kość od szynki.

Nie możecie sobie wyobrazić, co zgromadzeni wokoło nas
ludzie zaczęli wyprawiać na ten widok. Znalazł się wśród nich
natychmiast właściciel zegarka z łańcuszkiem i wszczął straszliwy
rwetes. Wyszło na jaw, że psy kradły swoim panom różne
przedmioty, aby za nie wypożyczać kości. Ludzie rozgniewali się
strasznie. Zamknęli nam skład i zrujnowali interes. Nie
dowiedzieli się, niestety, nigdy, że zarobione w ten sposób
pieniądze otrzymywał żebrak.

Rozumie się, że nie mogły mu one wystarczyć na utrzymanie do
końca życia i wkrótce musiał się znów zabrać do swoich
malowideł, które stawały się coraz gorsze, jeśli to było w ogóle
możliwe. Powodziło mu się fatalnie.

Ale pewnego dnia, gdy włóczyłem się za miastem, spotkałem
bardzo zarozumiałego wyżła. Przeszedł obok mnie z pyskiem
podniesionym do góry i tak bezczelną miną, że go zapytałem:

- Z czego właściwie tak się pysznisz?

- Mój pan dostał zamówienie na portret księcia - powiedział z
godnością.

- Któż to jest ten twój pan? - zapytałem. - Można by
przypuszczać, że to ty sam namalujesz ten portret.

- 130 -

- Mój pan jest sławnym artystą - powiedział. - Nazywa się Jerzy
Morland.

- Jerzy Morland?! - zawołałem. - Czyż przebywa on teraz w
tych stronach?

- Tak - powiedział wyżeł. - Zatrzymaliśmy się w hotelu „Pod
Królem Jerzym”. Mój pan maluje tutaj kilka wiejskich
krajobrazów. Na przyszły tydzień wracamy do Londynu, gdzie
mój pan rozpocznie malowanie portretu księcia.

Przypadkowo znałem Jerzego Morlanda, który był
najznakomitszym malarzem obrazów z życia wsi, jaki
kiedykolwiek istniał. Jestem bardzo dumny z tego, że go
poznałem. Najulubieńszymi jego tematami były konie w stajniach,
świnie nad korytem, kury na płocie i psy wałęsające się koło
domów.

Nie zauważony przez wyżła, szedłem za nim krok w krok i
zaszedłem tak do samotnej starej chaty chłopskiej na wzgórzu.
Ukryłem się w krzakach i przyglądałem się stamtąd znakomitemu
Morlandowi, malującemu jedną ze swych słynnych scen
wiejskich. Nagle położył pędzel i mruknął do siebie:

- Potrzeba mi psa. Powinien siedzieć tam, obok wiadra z wodą.
Gdybym mógł zmusić tego głupiego wyżła, aby posiedział
spokojnie choć pięć minut! Tutaj, Spot, chodź tutaj, Spot!

Wyżeł Spot podbiegł do niego. Morland porzucił sztalugi,
posadził psa obok wiadra i kazał mu cicho siedzieć. Zdawałem
sobie sprawę z tego, że Morland życzy sobie, aby wyglądało tak,
jakby pies spał w słońcu. Morland malował najchętniej zwierzęta
śpiące w słońcu. Ale głupie stworzenie nie mogło ani sekundy
usiedzieć. Najpierw łapał muchy, które go gryzły w ogon, potem
drapał się za uchem, potem szczekał na kota. Ani przez chwilę nie
zachowywał się spokojnie. Morland nie mógł go naturalnie

- 131 -

malować i w końcu tak się rozzłościł, że zaczął rzucać w niego
pędzlami.

Wtedy przyszedł mi do głowy najlepszy pomysł, jaki miałem
kiedykolwiek w życiu. Wyszedłem z krzaków i zbliżyłem się
machając ogonem. Jakże byłem dumny, gdy mnie wielki Morland
poznał, on, który widział mnie tylko jeden raz.

- Czy to ty, Jip? - zawołał. - Chodź tu, piesku, chodź. Jesteś mi
bardzo potrzebny.

I zbierając pędzle, którymi rzucał w wyżła, zaczął ze mną
rozmawiać. Znacie sposób, w jaki ludzie rozmawiają z psami.
Oczywiście nie spodziewał się, żebym go rozumiał, ale ja
rozumiałem każde słowo.

- Chodź tutaj, Jip, masz usiąść tutaj, przy wiadrze. Masz tylko
siedzieć cicho, nic więcej, możesz nawet spać, jeśli chcesz. Ale
przez dziesięć minut nie wolno ci się ruszać. Myślisz, że ci się to
uda?

Przyprowadził mnie do wiadra, położyłem się obok i leżałem
cichuteńko, dopóki mnie nie namalował na obrazie, który wisi
teraz w londyńskiej Galerii Narodowej. Nazywa się „Wieczór w
zagrodzie wiejskiej”. Co roku ogląda go tysiące ludzi. Ale nikt z
nich nie wie, że to ja jestem tym ładnym psem, który śpi obok
wiadra. Tylko doktor wie o tym, bo pokazałem mu ten obraz
pewnego dnia, gdyśmy byli w Londynie.

Jak już mówiłem, miałem w tym wszystkim jakiś ukryty cel.
Spodziewałem się, że Morland zechce mi okazać swą
wdzięczność. Ale ponieważ nie znał mowy psów, było mi dość
trudno z nim się porozumieć. Gdy zbierał swoje przybory do
malowania, ulotniłem się na jakiś czas. Potem wyskoczyłem
nagle, szczekając głośno w największym wzburzeniu, jak gdybym
mu chciał coś pokazać i zmusić go do pójścia za mną.

- Co ci się stało, Jip? - zapytał. - Czy się gdzieś pali albo co?

- 132 -

Szczekając jeszcze głośniej, pobiegłem drogą wiodącą do
miasta, oglądając się, czy idzie za mną.

- Co się z tym psem stało? - mruknął do siebie. -Przecież nikt
się nie utopił, bo nie ma tu rzeki w pobliżu. Tak, tak, dobrze, Jip,
dobrze. Idę już, ale musisz poczekać, dopóki nie oczyszczę pędzli.

Zaprowadziłem go więc do miasta na główną ulicę, gdzie
żebrak malował swoje obrazy, i gdy Morland zobaczył je,
zrozumiał od razu, o co idzie.

- Na miłość boską - zawołał - jakież okropne malowidła! Nic
dziwnego, że pies był taki wzburzony.

Jednonogi żebrak pracował właśnie nad nowym obrazem.
Siedział na chodniku - mój przyjaciel-pies obok niego - i rysował
kredą kota pijącego mleko. Umyśliłem sobie, żeby wielki
Morland, który wbrew temu, co ludzie o nim mówili, był w istocie
bardzo dobrym człowiekiem, namalował kilka dobrych obrazków,
które żebrak będzie mógł sprzedawać zamiast swoich okropnych
bohomazów. I stało się według mego życzenia.

- Co to jest?! - zawołał Morland wskazując rysunek żebraka -
przecież kot nie wygina w ten sposób grzbietu. Pokażę panu.

I Jerzy Morland starł cały obraz i narysował go jeszcze raz.
Było w nim teraz tyle życia, że można było prawie słyszeć, jak kot
chłepce mleko.

- O Boże, gdybym umiał tak malować! - westchnął żebrak. -
Tak prędko i tak lekko, jak gdyby to nie był żaden wysiłek.

- Tak, maluję z łatwością - przytwierdził Morland. - A to nie jest
powodem mojej sławy. Czy pan dużo zarabia swoim
malowaniem?

- Strasznie mało - rzekł żebrak. - Dzisiaj przez cały dzień
zarobiłem dwa pensy. Pewnie dlatego, że tak źle maluję.

- 133 -

Obserwowałem twarz Morlanda przy tych słowach żebraka. I jej
wyraz powiedział mi, że nie na próżno przyprowadziłem tu tego
wielkiego człowieka.

- Niech pan posłucha! - zawołał. - Namaluję za pana te
wszystkie obrazy jeszcze raz. Zetrzemy te, które pan namalował
na chodniku, a za które pan i tak nie dostałby nic. Poza tym mam
przy sobie płótno na kilka obrazów. Może je pan będzie mógł
sprzedać. Ja w Londynie mogę sprzedawać tyle obrazów, ile mi
się podoba. Ale na chodnikach nie próbowałem nigdy malować.
To będzie bardzo zabawne.

I Morland, podniecony i przejęty jak uczeń, zabrał się gorliwie
do roboty; starł malowidła żebraka z chodnika i zaczął malować
na nowo. Był tak pochłonięty pracą, że nie zauważył, jak go
otoczył tłum ludzi. Malował tak pięknie, że wszyscy ludzie
stawali zachwyceni jego sztuką odtwarzania kotów, psów, krów i
koni.

Potem zaczęli szeptem pytać się wzajemnie, kto to może być ten
obcy, malujący żebrakowi obrazy. Tłum wzrastał coraz bardziej i
nagle ktoś, kto już widywał dawniej dzieła Morlanda, poznał
wielkiego artystę. I teraz wszyscy szeptali do siebie: „To Morland,
sam wielki Morland”. Ktoś pobiegł i powiedział właścicielowi
sklepu z obrazami, który był jednocześnie znawcą sztuki, że Jerzy
Morland maluje dla kulawego żebraka.

Więc właściciel sklepu i burmistrz, i wszyscy bogaci i biedni
ludzie z całego miasta zbiegli się w to miejsce. A potem zaczęto
się pytać żebraka o cenę obrazów. Stary głupiec chciał je sprzedać
po sześć pensów sztuka, ale Morland szepnął do niego:

- Dwadzieścia funtów, ani grosza mniej niż dwadzieścia funtów!
Ręczę, że dostaniecie tyle.

I istotnie, obrazy te zostały zakupione przez właściciela sklepu z
obrazami i kilku bogatych ludzi po dwadzieścia funtów za sztukę.

- 134 -

Gdy tego wieczoru szedłem do domu, czułem, że spełniłem
dobry uczynek. Bo pan mego przyjaciela, jednonogi żebrak, miał
teraz dość pieniędzy, aby resztę swego życia spędzić w dostatku.

Rozdział VII. OPOWIADANIE TU-TU.

Wszystkie zwierzęta oprócz sowy Tu-Tu i dwugłowca
opowiedziały już swoje historie. Więc następnego wieczoru, w
piątek, postanowiono zagrać w „orła i reszkę”, żeby się
dowiedzieć, na kogo wypadnie kolej opowiadania. Wygrała Tu-
Tu.

- Dobrze - powiedziała - opowiem wam o tym, jak jeden jedyny
raz w moim życiu wzięto mnie za wróżkę. Wyobraźcie sobie mnie
jako wróżkę! - zaśmiała się mała, gruba sowa.

- Pewnego październikowego dnia - zaczęła - o zmroku
wędrowałam po lesie. W powietrzu czuć już było ostry, zimowy
podmuch i małe zwierzątka uwijały się gorliwie wśród suchych,
szeleszczących liści, gromadząc zapasy na nadchodzącą zimę. Ja
zabrałam się do polowania na myszy, które wówczas chętnie
jadałam; były zajęte wyszukiwaniem pożywienia, więc można je
było łatwo schwytać.

Gdy tak błądziłam po lesie, usłyszałam głosy dziecięce i
szczekanie psa. Zwykle w takich razach chronię się głębiej w las,
ale za młodu byłam bardzo ciekawa i ta ciekawość wtrącała mnie
często w rozmaite przygody. Zamiast więc odlecieć, zbliżyłam się
tam, skąd dochodziły głosy, przelatując zresztą ostrożnie z drzewa
na drzewo, aby mnie nie dostrzeżono. Wkrótce ujrzałam gromadę
dzieci, chłopców i dziewczynek, które zajadały w lasku dębowym
podwieczorek. Jeden z chłopców, największy z nich wszystkich,
drażnił psa. Ale dwoje dzieci, mały chłopiec i dziewczynka,

- 135 -

prosiły go, aby przestał. A gdy nie zwracał na to uwagi, rzuciły się
na niego z pięściami i ku wielkiemu jego zdziwieniu poturbowały
go porządnie. Pies pobiegł do domu, a mały chłopiec wraz z
dziewczynką - dowiedziałam się później, że byli rodzeństwem -
odłączyli się od reszty towarzystwa i poszli w głąb lasu zbierać
grzyby.

Podziwiałam odwagę malców nie lękających się chłopca
znacznie większego od siebie. A gdy się oddalili, pofrunęłam za
nimi znowu z ciekawości. Zapuścili się bardzo daleko. Zaszło
wkrótce słońce i w lesie zaczęło się ściemniać. Dzieci chciały
wrócić do swoich przyjaciół, ale nie znały leśnych dróg i poszły w
złą stronę. Stawało się coraz ciemniej i ciemniej; dzieci
przewracały się, potykając się o korzenie drzew, których nie
mogły dostrzec, były coraz bardziej zmęczone i już zupełnie nie
wiedziały, którędy iść.

Przez cały czas skrycie i bezszelestnie latałam nad nimi.
Wreszcie dzieci znużone usiadły i dziewczynka powiedziała:

- Wilusiu, zabłądziliśmy! Co teraz zrobimy? Robi się noc, a ja
się tak boję ciemności.

- I ja także - powiedział chłopczyk - odkąd nam ciocia Emilia
opowiedziała tę straszną historię o upiorach, boję się śmiertelnie
ciemności.

O mało co nie spadłam z drzewa ze zdziwienia. Po raz pierwszy
w życiu usłyszałam, że można się bać ciemności. Dla was to na
pewno brzmi zabawnie, ale pomyślcie, że ja, która o tyle lepiej się
czuję podczas ciemnej, chłodnej nocy niż w jaskrawym,
oślepiającym blasku słonecznym, nie mogłam uwierzyć, aby ktoś
mógł się bać tylko dlatego, że słońce poszło spać.

Niektórzy ludzie myślą, że nietoperze i sowy mogą dlatego
widzieć w ciemnościach, że mają wyjątkowo dobry wzrok, ale tak
nie jest. Posiadamy szczególnie ostry słuch, ale nie mamy wcale

- 136 -

specjalnie dobrego wzroku. Widzimy w ciemnościach dlatego, że
się w tym ćwiczymy. Jest to kwestia wprawy, tak samo jak gra na
fortepianie albo coś podobnego. Wstajemy wtedy, gdy inne
stworzenia idą spać, i kładziemy się spać, gdy inne wstają, gdyż
wolimy ciemności od światła. Nigdy byście nie uwierzyli, jak
pięknie bywa wśród ciemności, gdy się z nimi oswoić.

Rozumie się, że sowy uczą swoje pisklęta od małego widzieć w
ciemną noc. Toteż potem przychodzi nam to z łatwością. Ale
każdy może się tego do pewnego stopnia nauczyć, jeśli nabierze
wprawy.

Wróćmy jednak do dzieci. Siedziały więc biedactwa na ziemi
bardzo zalęknione, zaniepokojone i smutne i zastanawiały się z
płaczem, co robić. Przypomniałam sobie, jak obroniły psa, i za to,
że te dzieci są dobro dla zwierząt, postanowiłam im dopomóc.
Frunęłam więc na gałąź nad ich głowami i powiedziałam
najłagodniejszym głosem: „Tuh-witt, tu-hu!” Co, jak wiecie,
oznacza w mowie sów: „Piękny wieczór dzisiaj, jak się macie?”
Gdybyście widzieli, jak się te biedne dzieci przestraszyły!

- Co to? - zawołała dziewczynka i rzuciła się chłopcu na szyję. -
Co to było? Czy to duchy?

- Nie wiem - powiedział chłopczyk. - Ach, jak się
przestraszyłem. Szkaradne ciemności!

Próbowałam jeszcze trzykrotnie pocieszyć je, mówiąc do nich
łagodnie, po swojemu. Ale dzieci bały się coraz więcej. Najpierw
myślały, że to zły duch, potem, że czarownica, potem, że olbrzym
leśny. Myślały tak o mnie, którą mogłyby wsadzić do kieszeni.
Ludzie wychowują swoje dzieci w strasznej nieświadomości!
Gdyby istniał jakiś zły duch albo jakaś czarownica, albo olbrzym
w lesie czy poza lasem, to musiałabym ich przecież znać. Potem
pomyślałam, że gdybym je wabiła swoim pohukiwaniem: „Tu-

- 137 -

witt”, „Tu-hu” przez cały las, szłyby może za mną i w końcu
wyprowadziłabym je i wskazała drogę do domu.

I spróbowałam. Ale głuptasy nie szły za mną, bo myślały
pewnie, że jestem czarownicą czy czymś podobnym. Moim
pohukiwaniem zdziałałam tyle, że obudziłam inną sowę, śpiącą
gdzieś niedaleko, która myślała, że ją przywołuję.

Nie mogąc pomóc dzieciom, pofrunęłam do tamtej sowy, żeby
się jej poradzić. Siedziała na pniu wypróchniałej brzozy i tarła
oczy, gdyż dopiero co zbudziła się ze snu.

- Dobry wieczór! - powiedziałam. - Piękną noc mamy dzisiaj.

- Tak - odrzekła - tylko nie dość ciemną. Dlaczego właściwie
narobiłaś takiego wrzasku? Budzić kogoś ze snu, zanim zapadły
ciemności!

- Bardzo mi przykro - powiedziałam - ale dwoje małych dzieci
zabłądziło w lesie. Biedne, głupie stworzenia siedzą na ziemi i
płaczą, i narzekają, bo jest ciemno i nie wiedzą, co robić.

- To muszą być jakieś wyjątkowe matołki - rzekła sowa. -
Dlaczego więc nie wyprowadzasz ich z lasu? Może mieszkają w
jednej z tych zagród wiejskich, które położone są w pobliżu, na
skrzyżowaniu dróg.

- Próbowałam już - powiedziałam - ale są tak zalęknione, że nie
chcą iść za mną. Nie podoba im się mój glos albo licho wie co.
Uważają mnie za jakąś straszną czarownicę czy coś podobnego.

- Hm - powiedziała sowa - musisz więc naśladować jakieś inne
stworzenie. Takie, którego się nie będą bały. Czy umiesz dobrze
naśladować? Może potrafisz szczekać jak pies?

- Nie - odrzekłam - ale umiem miauczeć jak kot. Nauczyłam się
tego od pewnego amerykańskiego ptaka, którego klatka wisiała w
stajni, gdzie gnieździłam się zeszłego lata.

- 138 -



- Doskonale - powiedziała - spróbuj i uważaj, jaki to będzie
miało skutek.

Poleciałam więc z powrotem do dzieci, które płakały jeszcze
rozpaczliwiej niż przedtem. Ukryłam się w krzakach nisko przy
ziemi i zaczęłam miauczeć jak prawdziwy kot.

- Ach, Willy - powiedziała dziewczynka do brata - jesteśmy
uratowani. („Uratowani” powiedziała, a przecież te małe głuptasy
nie były w najmniejszym niebezpieczeństwie).

- Jesteśmy uratowani - rzekła. - Słyszysz, nasza kotka Tuffi
przyszła tu do nas. Ona doprowadzi nas do domu. Koty przecież
zawsze znają drogę do domu, prawda, Willy? Pójdziemy za nią.

Tu-Tu zatrzęsła się bezgłośnym śmiechem na wspomnienie
sceny, którą opisywała.

Odfrunęłam nieco dalej, starając się aby mnie nie dostrzeżono, i
miauczałam dalej.

- Jest tam! - zawołała dziewczynka. - Woła nas. Chodź, Will.

Fruwałam tak i skakałam wyprzedzając dzieci, miauczałam jak
kot i wyprowadziłam je w końcu z lasu. Potykały się często i
długie włosy dziewczynki zaczepiały się o krzaki, ale czekałam na
dzieci cierpliwie, gdy zostawały w tyle. Gdyśmy się wreszcie
wydostali na otwarte pole, ujrzałam na horyzoncie trzy domy.
Środkowy był jasno oświetlony i ludzie z latarkami biegali na
wszystkie strony, jak gdyby czegoś szukali.

Gdy doprowadziłam dzieci właśnie do tego domu, rodzice ich
narobili strasznie dużo hałasu i tak płakali, jak gdyby ich dzieci
zostały uratowane od strasznego niebezpieczeństwa. Moim
zdaniem, dorośli ludzie są jeszcze głupsi od dzieci. Sądząc z tego,
co ci rodzice wyprawiali, można by przypuszczać, że dzieci są
rozbitkami powracającymi z bezludnej wyspy, a nie że spędziły
kilka godzin w naszym pięknym lesie.

- 140 -

- Jakim sposobem znalazłeś drogę, Willy? - zapytała matka
ocierając oczy z łez i promieniejąc ze szczęścia.

- To Tuffi przyprowadziła nas do domu - powiedziała
dziewczynka. - Przybiegła za nami i prowadziła nas do domu,
biegnąc przez cały czas naprzód i miaucząc.

- Tuffi? - zdziwiła się matka. - Ależ Tuffi spała tutaj, przy
kominku. Nie oddaliła się stąd ani na krok.

- W każdym razie to był jakiś kot - powiedział chłopczyk - musi
tu być jeszcze gdzieś w pobliżu, bo doprowadził nas do samych
drzwi.

Ojciec poświecił latarką, szukając kota. I zanim zdążyłam uciec,
pełne światło latarki padło na krzew, na którym siedziałam.

- Ach, to sowa! - zawołała dziewczynka.

- Miau! - odezwałam się, żeby pokazać, co umiem. - Tu-witt, tu-
hu, miau-miau! - i machnąwszy na pożegnanie skrzydłami,
frunęłam na dach stodoły, a potem zniknęłam w ciemnościach
nocy. Odlatując słyszałam jeszcze, jak dziewczynka zawołała w
ogromnym zdumieniu:

- Ach, mamo, to była wróżka! To ona zaprowadziła nas do
domu! To musiała być wróżka zamieniona w sowę! Nareszcie,
nareszcie widziałam wróżkę!

Był to pierwszy i ostatni raz w moim życiu, kiedy ktoś myślał,
że jestem wróżką. Ale potem poznałam dobrze te dzieci. Były to
naprawdę miłe dzieciaki, chociaż dziewczynka nie dała się
nikomu przekonać, że nie jestem wróżką zamienioną w sowę. W
owym czasie przebywałam często w pobliżu ich stodoły, gdzie
polowałam na myszy i szczury. Ale gdy mnie dzieci tylko
spostrzegły, biegły za mną wszędzie. Od owego wieczoru, gdy je
przyprowadziłam do domu, byłyby poszły ze mną na pustynię
Sahara - ponieważ wierzyły święcie, że jestem najlepszą ze
wszystkich wróżek, która je uchroni od wszelkiego

- 141 -

niebezpieczeństwa. Przynosiły mi z obiadu kotlety baranie, kraby
i najlepsze przysmaki. Miałam tam życie wygodne jak tresowany
kogut, ale tak się spasłam i rozleniwiłam, że nie potrafiłam już
upolować myszy.

Teraz dzieci nie bały się ciemności. Gdyż tak jak to kiedyś
powiedziałam doktorowi, gdyśmy rozmawiali o tabliczce
mnożenia i o innych zagadnieniach filozoficznych: strach nie jest
zazwyczaj niczym innym, jak nieświadomością. Nie boimy się
tego, co znamy. Tamte dzieci poznały ciemności i dowiedziały
się, że są one równie niegroźne jak światło dzienne.

Prowadziłam je często wieczorem do lasu i na wzgórza i szły za
mną chętnie. Polubiły przygody.

A ponieważ uważałam, że byłoby bardzo dobrze, gdyby chociaż
kilku ludzi miało tyle rozumu, żeby chodzić nawet wtedy, kiedy
słońce nie świeci już na niebie, nauczyłam te dzieci poruszać się
swobodnie w ciemnościach. Uczyniły w tym niebawem postępy,
widząc, jak chronię mój wzrok przed światłem latarni, aby nie
przywykł do jaskrawego światła. Wreszcie stały się prawdziwymi
znawcami ciemności - może nie tak dobrymi jak sowy i
nietoperze, ale dostatecznie dobrymi jak na kogoś, kto nie był do
tego przyzwyczajony.

Przydało im się to bardzo. Pewnej wiosny okolica, w której
mieszkały, została w nocy nawiedzona przez powódź i nigdzie nie
można było znaleźć ani zapałek, ani świec. I owe dzieci, które tyle
razy wędrowały ze mną wśród ciemności, teraz uratowały dużo
ludzkich istnień. Służyły za przewodników i prowadziły ludzi w
bezpieczne miejsce, gdyż, w przeciwieństwie do innych, miały
oczy do patrzenia.

Tu-Tu ziewnęła i zerknęła zaspanym okiem na latarkę wiszącą
nad jej głową.

- 142 -

- A po to, aby widzieć w ciemnościach - zakończyła - należy się
w tym ćwiczyć, tak jak w grze na fortepianie i temu podobnych
sztukach.

Rozdział VIII. OPOWIADANIE DWUGŁOWCA.

Teraz przyszła nareszcie kolej na dwugłowca. Był on bardzo
nieśmiały i skromny i gdy go zwierzęta poprosiły, aby im coś
opowiedział, rzekł bardzo grzecznie:

- Jest mi strasznie przykro, nie chciałbym was rozczarować, ale
obawiam się, że nie potrafię nic opowiedzieć - przynajmniej nic
takiego, co by was mogło zająć.

- Ach, zacznij tylko! - zawołał Jip. - Nie bądź taki naiwny, bierz
z nas przykład. Nie wmówisz w nas przecież, że mieszkając w
puszczy afrykańskiej nie przeżyłeś tam żadnych przygód.
Potrafisz z pewnością opowiedzieć mnóstwo ciekawych rzeczy.

- Ależ ja wiodłem tam na ogół bardzo samotne życie -
odpowiedział dwugłowiec. - Nasz ród trzyma się z daleka od
innych. Troszczymy się tylko o nasze własne sprawy, nie
mieszamy się w plotki, kłótnie, awantury.

- Pomyśl tylko trochę - poradziła Dab-Dab - a na pewno ci się
coś przypomni... Nie męczcie go - szepnęła do towarzyszy -
pozwólcie mu zastanowić się w spokoju. Ma dwie głowy do
myślenia, w końcu coś mu przyjdzie do jednej z tych głów. Ale,
na miłość boską, nie wprawiajcie go w zakłopotanie!

Przez kilka chwil dwugłowiec stukał w zamyśleniu swymi
zgrabnymi kopytkami o podłogę werandy. Potem podniósł jedną
głowę do góry i zaczął mówić cichym głosem, pokasłując z
zakłopotaniem drugą głową schowaną pod stołem.

- 143 -

- To, co wam opowiem, nie będzie właściwie niczym
nadzwyczajnym, ale może potrafi was zająć. Chcę wam
opowiedzieć o łowcach strusi. Musicie wiedzieć, że plemiona
murzyńskie polują w najrozmaitszy sposób, zależnie od gatunku
zwierząt, które chcą złapać. Jeśli polują na żyrafy, kopią głębokie
doły i nakrywają je lekko gałęźmi i trawą, potem czekać dopóki
żyrafa, biegnąc pędem, nie wpadnie do jamy. Wtedy nadbiegają i
chwytają ją.

Polując na pewien rodzaj szczególnie głupich antylop plotą coś
w rodzaju parawanu z gałęzi i liści, mniej więcej wielkości
człowieka. Ten parawan trzymają przed sobą jak tarczę, skradając
się do zwierzyny, i kiedy już są blisko, uderzają dzidą albo
strzelają z łuku. Głupia antylopa bierze poruszające się liście za
drzewo poruszane wiatrem i nie zwraca na nie uwagi, jeżeli
myśliwy zbliża się po cichu.

Murzyni posługują się przy polowaniu jeszcze innymi, mniej
lub więcej chytrymi sposobami. Ale podstęp wynaleziony przez
łowców strusi ze szczepu Badamoszów był chyba najpodlejszy ze
wszystkich. Jak wiadomo, strusie przeważnie chodzą małymi
stadami. Są przy tym dość niemądre. Słyszeliście pewnie, jak to
przy spotkaniu z człowiekiem wsadzają głowę w piasek i są
przekonane, że ich nikt nie widzi, ponieważ one nie widzą nikogo.
To nie bardzo dobrze świadczy o ich rozumie, prawda? W krainie
Badamoszów nie było tak dużo piasku, aby strusie mogły w nim
chować głowę, co właściwie wychodziło im na dobre. Skoro
bowiem zjawiał się człowiek, uciekały, prawdopodobnie szukając
piasku, w którym mogłyby schować głowę. W każdym razie
jednak taka ucieczka ratowała im życie. Myśliwi Badamosze
musieli więc wynaleźć coś takiego, aby móc zbliżyć się do stada
strusiów. Wymyślili bardzo sprytny podstęp. Przypadkiem
spotkałem pewnego dnia w lesie gromadkę myśliwych
wypróbowujących swój nowy sposób. Otóż przygotowali sobie

- 144 -

upierzenie strusie, wkładali je kolejno na siebie i próbowali
chodzić i wyglądać jak prawdziwe strusie, podtrzymując długą
szyję za pomocą pręta. Obserwowałem ich z mojej kryjówki i
domyśliłem się od razu, jakie mają zamiary. Chcieli, przebrani za
strusie, podkraść się do stada i wytłuc je siekierami schowanymi
pod upierzeniem.

Byłem wówczas bardzo zaprzyjaźniony ze strusiami w tej
okolicy, od czasu gdy uczyniły niezdolnym do użytku plac
tenisowy Badamoszów. Wódz szczepu bowiem przed kilku laty
zniszczył moje najulubieńsze pastwisko, piękną łąkę porosłą
soczystymi ziołami: kazał spalić bujną trawę i zamienić łąkę na
plac tenisowy. Widział mianowicie białych grających w tenisa i
chciał ich naśladować. Ale strusie myślały, że piłki tenisowe to
jabłka, i połykały je. Wiadomo przecież, jak są mało wybredne w
wyborze pożywienia. Miały zwyczaj przechadzania się w dżungli
na skraju owego placu tenisowego i gdy piłka przelatywała poza
ogrodzenie, chwytały ją i połykały. Pożarły w ten sposób
wszystkie piłki tenisowe wodza i wskutek tego uczyniły cały plac
niezdatnym do użytku. Wkrótce moje piękne pastwisko pokryło
się znów wysoką trawą i mogłem na nie wrócić. Tym czynem
zdobyły strusie moją przyjaźń. Gdy więc ujrzałem, jakie ukryte
niebezpieczeństwo im grozi, pobiegłem do ich wodza i
powiedziałem mu to. Był strasznie głupi i kosztowało mnie dużo
trudu, aby mu wytłumaczyć tę sprawę.

- A więc nie zapomnij - powiedziałem żegnając się z nim - że
myśliwego, skradającego się do was, możesz poznać po kształcie i
kolorze jego nóg. Strusie mają tak jak ty szare nogi, ale nogi
myśliwych są czarne i poza tym grubsze. Rozumiecie, upierzenie,
którym się okrywali, nie zasłaniało ich nóg.

Teraz - dodałem - musisz powiedzieć swoim towarzyszom, że
gdy czarnonogi myśliwy zakradnie się do stada i będzie usiłował
zaprzyjaźnić się z nimi, niech się wszystkie na niego rzucą i

- 145 -

poturbują go porządnie. To będzie dobrą nauczką dla tych
nędzników.

Miałem nadzieję, że po takim ostrzeżeniu wszystko pójdzie
dobrze, ale nie liczyłem się z wyjątkową głupotą strusi. Gdy ich
przywódca owego wieczoru wracał do stada, ugrzązł po drodze w

- 146 -

straszliwym bagnisku i jego długie nogi oblepiły się czarnym
błotem. Zanim udał się na spoczynek, udzielił swoim strusiom
szczegółowego ostrzeżenia, które usłyszał ode mnie.

Następnego ranka wstał późno, stado wyruszyło już wcześniej
na pastwisko na zboczu góry. Więc ten głupi przywódca,
najgłupszy ze wszystkich strusi, jakie kiedykolwiek widziałem,
nie zadawszy sobie trudu obmycia z błota swych długich nóg,
udał się na ową piękną łąkę niby król oczekujący wspaniałego
przyjęcia. Toteż wspaniałe przyjęcie spotkało tego półgłówka!
Gdy tylko strusie zauważyły jego czarne nogi, porozumiały się
między sobą i na dany znak rzuciły się wszystkie na swego
biednego przywódcę i o mało go nie zatłukły. W tej samej chwili
zjawili się na widowni Murzyni z Badamoszu. A głupie strusie tak
były zajęte turbowaniem swego wodza, którego uważały za
przebranego łowcę, że Murzynom udało się zakraść między nie i
byliby wszystkie wyłapali, gdybym ich w porę nie ostrzegł
krzykiem.

Po tym zdarzeniu doszedłem do przekonania, że jeśli chcę
ratować moich dobrych, ale głupich przyjaciół, muszę sam zacząć
działać.

Postanowiłem więc - gdy czarni myśliwi będą spali - podkraść
się do ich chaty, zabrać im pióra strusie i w ten sposób położyć
koniec fortelom myśliwskim.

Wśród ciemnej nocy wymknąłem się z dżungli do chat
myśliwych i zacząłem poszukiwać strusiego upierzenia. Z
początku nie mogłem go nigdzie znaleźć i myślałem już, że ukryli
je gdzie indziej. Badamosze, jak wiele innych szczepów
murzyńskich, stawiają zazwyczaj w nocy wartę. Rozpoznałem
tych wartowników na skraju zabudowań i miałem się naturalnie
na baczności, aby mnie nie spostrzegli. Gdy tak przez pewien czas
poszukiwałem piór strusich, zauważyłem, że wartownik siedzi na
stołku zupełnie bez ruchu. Domyśliłem się, że zasnął, podsunąłem

- 147 -

się bliżej i ujrzałem ku memu przerażeniu, że włożył na siebie
strusie pióra, ochraniając się nimi jak kołdrą przed chłodem nocy.

Jakże mogłem tedy zabrać mu to upierzenie, nie budząc go? Na
palcach, wstrzymując oddech, zacząłem ostrożnie ściągać mu je z
pleców. Ale wartownik usiadł na rąbku odzienia i nie mogłem go
w żaden sposób wyciągnąć.

Zrozpaczony, chciałem już dać za wygraną. Ale myśląc o losie,
jaki niechybnie czeka moich biednych, głupich przyjaciół, jeśli nie
zdobędę tego upierzenia, zdecydowałem się na rozpaczliwy krok.
Nagle i szybko uderzyłem wartownika jednym z moich rogów w
miękką część ciała. Z głośnym wrzaskiem: „Aa!”, który rozległ
się na milę wokoło, skoczył do góry. Pochwyciłem pióra i
pobiegłem z nimi w głąb lasu, a tymczasem wszyscy Badamosze
zbudzili się i cała wieś wraz z kobietami, dziećmi i psami z
krzykiem rzuciła się za mną w pogoń jak stado wilków.

Dwugłowiec westchnął i mówił dalej, poddając się całym
ciałem kołysaniu łodzi.

- Mam nadzieję, że już nigdy w życiu nie będę musiał tak pędzić
jak owej nocy. Zimne dreszcze wstrząsają mną jeszcze dzisiaj,
gdy sobie przypominam szczekanie psów, wrzask kobiet,
trzeszczenie gałęzi pod nogami moich wrogów przedzierających
się w głąb dżungli w pogoni za mną.

Uratowała mnie rzeka. Była właśnie pora deszczowa i rzeki
wezbrały. Ledwie dysząc ze strachu i ze zmęczenia wydostałem
się na wysoki brzeg rwącego potoku, który liczył pełnych
dwadzieścia pięć stóp szerokości. Byłoby szaleństwem rzucić się
w jego fale niesione gwałtownym prądem. Gdy się obejrzałem,
spostrzegłem pogoń tuż za sobą. Zdecydowałem się więc na
rozpaczliwy krok. Odstąpiłem od brzegu, aby nabrać rozpędu, i
trzymając mocno w zębach to nędzne upierzenie strusie,
przeskoczyłem rzekę gwałtownym skokiem. Gdy znalazłem się po

- 148 -

drugiej stronie, zdałem sobie sprawę z tego, że skoczyłem w
ostatniej chwili, ponieważ moi nieprzyjaciele dobiegli już do
brzegu rzeki. W blasku księżyca widziałem, jak wygrażali mi
pięściami i usiłowali przedostać się do mnie. Kilka najbardziej
żądnych walki psów próbowało przepłynąć, ale bystry prąd
porwał je niby korki ze sobą i myśliwi lękali się pójść w ich ślady.

Z okrzykiem triumfu rzuciłem, na ich oczach, cenne upierzenie
strusie do rwącej wody, która uniosła je natychmiast ze sobą. Z
szeregów murzyńskich rozległy się wściekłe wrzaski.

Potem uczyniłem coś, co przez całe życie wspominam z
przykrością. Wiecie, że moja rodzina zawsze bardzo ceniła dobre
wychowanie i uprzejmość, toteż rumienię się na wspomnienie
sceny, która wtedy nastąpiła. W podnieceniu pokazałem moim
osłupiałym wrogom na przeciwległym brzegu oba moje języki.
Było to bardzo nieprzyzwoite! Takiej rozmyślnej obrazy nie
można niczym usprawiedliwić! Moja jedyna nadzieja w tym, że
przy świetle księżyca Badamosze mogli tego nie dojrzeć.

Jakkolwiek byłem chwilowo bezpieczny, kłopoty moje nie
skończyły się jeszcze. Gdyż odtąd Badamosze zostawili
wprawdzie strusie w spokoju, za to jednak zaczęli mnie
prześladować. Doprowadzali do rozpaczy. Zaledwie znalazłem się
w jakiejś okolicy, uchodząc przed ich prześladowaniem,
natychmiast zjawiali się tam, zakładali pułapki, kopali jamy,
szczuli mnie psami. I chociaż przez cały rok udawało mi się
uchodzić przed ich pogonią, życie w ciągłym napięciu było
straszliwie męczące.

Badamosze są, jak większość dzikich szczepów, bardzo
podejrzliwi i boją się - podobnie jak ludzie z opowiadania Tu-Tu -
rzeczy, których nie rozumieją. Prawie wszystko, czego nie mogą
zrozumieć, uważają za dzieło szatana.

- 149 -

Gdy mnie już tak gonili i nękali przez dłuższy czas, przyszło mi
na myśl użyć przeciw nim ich własnej broni i urządzić im
podobny kawał, jaki obmyślili dla strusi. Udałem się więc na
poszukiwanie odpowiedniego stroju. Pewnego dnia znalazłem pod
drzewem skórę dzikiego bawołu, którą prawdopodobnie myśliwi
rozłożyli tam do suszenia. To było właśnie to, co mi było
potrzebne. Pochyliłem jedną z głów, ułożyłem jedną parę rogów
płasko na grzbiecie - i włożyłem na siebie skórę bawolą w ten
sposób, że widać było tylko drugą moją głowę.

Mój wygląd zmienił się wskutek tego całkowicie. Poruszając się
w wysokiej trawie, wyglądałem po prostu jak każde zwykłe
zwierzę. Przebrany w ten sposób, pasłem się na otwartej łące,
czekając na zjawienie się moich wrogów.

Zauważyłem, nie będąc przez nich spostrzeżony, jak skradali się
wśród drzew na skraju łąki w moim kierunku. Polują oni w
następujący sposób: wdrapują się na drzewo i przyczajają
układając się zupełnie płasko wzdłuż dolnej gałęzi. Gdy
zwierzyna przechodzi pod drzewem, zeskakują na jej grzbiet i
powalają na ziemię.

Wyszukałem więc sobie drzewo, na którym umieścił się ich
wódz, i pasłem się pod nim, jak gdybym niczego nie podejrzewał.
Gdy wódz zeskoczył na to, co uważał za moją tylną część,
podniosłem w górę rogi, które ukryłem pod bawolą skórą, i
uderzyłem go nimi tak mocno, żeby to popamiętał przez całe
życie.

Z wrzaskiem zabobonnego strachu oznajmił swym poddanym,
że uderzył go diabeł. Uciekli wszyscy jak oparzeni i odtąd żaden z
nich nigdy mnie już nie ścigał i nie napastował.

Opowiadanie dwugłowca zakończyło serię opowiadań z życia
zwierząt i konkurs z nagrodami miesięcznika „Krąg Polarny”
ogłoszono za zamknięty. Pierwszy numer pierwszego pisma

- 150 -


Click to View FlipBook Version