The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2021-09-10 12:12:18

Chłopak na opak

HANNA OŻOGOWSKA
CHŁOPAK NA OPAK

CHŁOPAK NA OPAK
JAKI JA JESTEM NAPRAWDĘ?
Nazywam się Jacek Czarnecki i jestem zupełnie porządny
chłopak, chociaż moja mama mówi o mnie „straszne dziecko”. Nie
mogę się z tym pogodzić.
Po pierwsze, nie jestem już dzieckiem. Skończyłem dziewięć lat i
cztery miesiące i codziennie mi jeden dzień przybywa. A za osiem
miesięcy będę miał całe dziesięć lat. Zresztą przeczytałem już dwie
książki dla młodzieży. To chyba najlepszy dowód.
A po drugie, nie jestem straszny, bo nikt się mnie nie boi. Ani
jeden chłopak ze starszej klasy, ani nikt w ogóle jeszcze się mnie nie
przestraszył, chociaż czasami tobym nawet chciał.
Bardzo często coś mi się nie udaje. A dlaczego? Nie wiem. A jak
się kogoś o to pytam, to mi też nie umie wytłumaczyć. Dopiero
niedawno przyszło mi na myśl, że może ja jestem pechowy, bo
niektórzy ludzie to są pechowi, więc może i ja?…
Kiedy tylko coś mi się nie uda, to wszyscy na mnie, że dlaczego ja
jestem taki? A może ja wcale taki nie jestem, tylko pech i już?
O tym pechu powiedziała mi Olesia z pierwszej ławki przy
drzwiach. Mieszkamy na tej samej ulicy i czasami wracamy po
lekcjach razem do domu. Olesia ma pechową ciocię, której nigdy się
nic nie udaje. Ciągle zaczyna w innym miejscu pracować i jak tylko
parę tygodni popracuje, mówią jej, że się nie nadaje do roboty.
Olesina ciocia zupełnie nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje, aż
wreszcie poszła do wróżki i wróżka jej powiedziała. Olesina ciocia jest
urodzona trzydziestego pierwszego. Te cyfry są niedobre, bo jak je
przestawić, to robi się trzynastka, a kto ma blisko siebie trzynastkę,
to go los prześladuje. Pech.

Bardzo mnie to zastanowiło. Pierwszy raz taką rzecz słyszałem. U
nas w domu nikt we wróżki nie wierzy. Tatuś mówi, że one kłamią, aż
się kurzy, i od głupich ludzi pieniądze wyłudzają.

A tymczasem ta wróżka wywróżyła Olesinej cioci prawdę. Sama
Olesia mówiła.

Powiedziałem o tym wszystkim Mietkowi Staszewskiemu z
naszego podwórka* Ale on jest strasznie przemądrzały. Wykrzywił się
tylko.

- Eee tam.
- Nie żadne: eee tam - mówię - bo i na mnie się to sprawdza.
- Jak to - pyta Mietek - czy i ty urodziłeś się trzydziestego
pierwszego?
- Nie trzydziestego pierwszego, ale czternastego, a to przecież też
blisko trzynastki i pewnie dlatego los mnie prześladuje, tak jak
Olesiną ciocię, bo we wszystkim mi się nie wiedzie.
- Eee tam - skrzywił się znowu Mietek - wcale nie widzę, jby ci się
nie wiodło.
- Jak to - nie widzisz? I na drugi rok w trzeciej klasie o lało nie
zostałem, i w szkole jak tylko co, to zawsze wszystko a mnie, i w
domu mama najwięcej na mnie krzyczy, i w ogóle.
Ale Mietek, jak się okazuje, bardzo rozgarnięty nie jest zupełnie
nie rozumie się na poważnych sprawach. Powie-ział, że na drugi rok
o mało nie zostałem, bo miałem dwójki, przeszedłem do czwartej
klasy tylko dlatego, że właśnie dałem szczęście.
- Udało ci się - mówił - a nie jakiś tam pech.
Na ostatek powiedział mi jeszcze, że jestem głupi jak dziki siół, i
poszedł. Nie daruję mu tego za nic w świecie. Miałem iu pożyczyć na
wakacje wędkę, bo mam dwie, ale figę z makiem. Zęby chociaż
powiedział zwyczajnie: „jak osioł”, ale jak dziki osioł?” Tego mu nie
zapomnę.
„Udało ci się!” Gdyby wiedział, co ja miałem w domu przez całą
wiosnę aż do samych wakacji, toby mi nie zazdrościł.
I mama, i ojciec, i babcia, i obie młode ciotki, i ta jedna starsza to
się po prostu nade mną znęcali. Nic tylko „ucz się” i „ucz się”… Za
oknami słońce, chłopaki po podwórku ganiają, grają w piłkę, a ja…
Każdy mądry człowiek na pewno się zgodzi, że to było prawdziwe
prześladowanie losu.
Albo na przykład przedwczoraj: byliśmy z Tomkiem w parku i
ustawiliśmy parę ławek do góry nogami. Niedaleko od nas

spacerowało dwóch starszych panów. Jeden z nich, taki z brodą,
powiedział do drugiego starszego pana bez brody: „Miłe dzieci, co?”
A ten drugi pan przytakiwał głową. Ale miał bardzo smutną minę.
Pewnie dlatego, że on już jest stary. A moja babcia często mówi:
„Starość - to nie radość”.

Ucieszyłem się, że tak nas chwalą, i pomyślałem nawet, żeby
powiedzieć o tym w domu, ale kiedy zabieraliśmy się do następnej
ławki, to ten pierwszy pan podniósł laskę i zaczął nas gonić. Więc
uciekliśmy i schowaliśmy się w krzakach. Tomek powiedział, że ze
starszymi osobami to zawsze tak: najpierw chwalą, a potem zaraz
gniewają się nie wiadomo o co.

To prawda, bo w domu też nieraz tak bywało. Babcia jest dla mnie
dobra, dogadza mi, aż tu naraz zaczyna babcię lewa noga drzeć i
nagle wszystko babci przeszkadza, gniewa się o byłe co, a najczęściej
na mnie. Noga drze babcię, ze starości. Nie rozumiem tylko, dlaczego
jedna, przecież chyba obie nogi są jednakowo stare?

Kiedy o to zapytałem, babcia strasznie się rozgniewała, że się
wyśmiewam. A mnie nawet do głowy nie przyszło, żeby się z babci
wyśmiewać. Mnie też jest bardzo przykro, jak babcię zaczyna noga
drzeć, bo zawsze potem pada deszcz i muszę siedzieć w domu.

Opowiedziałem to wszystko Tomkowi, a potem wyszliśmy z
krzaków. Starszych panów już nie było. Wszystkie ławki stały znowu
na swoich miejscach. Namawiałem Tomka, żeby po-odwracać je
jeszcze raz do góry nogami, ale Tomek powiedział, że szkoda naszego
trudu, bo dorośli lubią, żeby każda rzecz ciągle stała tak samo, i wcale
nie mogą zrozumieć, że życie byłoby o wiele ciekawsze, gdyby
codziennie wszystko poprzemieniać.

To prawda. W szkole pani od rachunków też nie lubi zmian,
jednego dnia odrobiłem inne zadania, niż pani kazała. Co się wtedy
działo! Już się potem pilnowałem. Wiedziałem, że pani żadnej
odmiany nie lubi

WESOŁA PODRÓŻ
Najpierw mamusia kazała mi samemu zapakować · walizkę na
kolonie, a potem, kiedy walizka nie chciała się zamknąć, powiedziała,
żebym wyrzucił wszystkie niepotrzebne rzeczy.
Tłumaczyłem, że nic niepotrzebnego nie włożyłem, ale lama tak
na mnie spojrzała, że zacząłem jeszcze raz od początku.

„Niech tam - pomyślałem. - Mamusia przekona się sama”.
I rzeczywiście, kiedy znowu wszystko wpakowałem, to
niepotrzebnymi rzeczami okazały się tylko szczoteczka do zębów
dwie chusteczki do nosa - bo jedna zostawiona w walizce zupełnie
mogła mi wystarczyć. Kataru latem nie ma od czego ostać, a tyle
chustek to tylko zmartwienie. Bardzo łatwo się gubią. Najłatwiej ze
wszystkiego. A potem mama, która ma napisane wszystko, co biorę
na kolonie - robi mi wymówki.
Walizka ciągle nie chciała się zamknąć. Przyszedł Mietek i
poradził mi na niej usiąść. Nie pomogło. Więc usiadł on, bo jest ode
mnie o całe kilo cięższy. Też nie pomogło. Chcieliśmy siąść razem, ale
nie zdążyliśmy, bo weszła mama i bardzo się rozgniewała. Walizka
jest pamiątkowa - jeszcze babci ojciec jeździł z nią do Ameryki. I
zawsze była bardzo mocna, a teraz moich rękach od razu rozleci się w
drobny mak. Więc już nie siadaliśmy - a mama wyjęła wszystko i
sama zaczęła pakować, naturalnie szczotka do zębów zmieściła się,
ale to, co najpotrzebniejsze zostało. Rodzice żadnego zrozumienia nie
mają la takich rzeczy, jak: sznurki, drut, blaszane pudełka, różne
blaszki, gwoździe albo na przykład reszta starej opony. Zupełnie mały
kawałek deski też nie uratował się przed mamy okiem. O mało nie
płakałem, bo na koloniach to czasami człowiek życie by oddał za
kawałek drutu albo kilka mocnych gwoździ— ale skąd je wziąć? Na
piechotę do domu drałować?
Więc powiedziałem mamie, że trudno, jak już mam wakacje takie
zatrute, to wolę zostać w domu, bo mama wcale nie ocenia moich
dobrych chęci.
- Jakich dobrych chęci? - spytała mama.
- A tych, że na przykład jestem taki oszczędny i chcę zgubić tylko
jedną chustkę do nosa. Mama do walizki włożyła mi aż trzy. A jak
zgubię wszystkie trzy, to znowu będę musiał słuchać, że ojciec i
mama ciężko na mnie pracują, a ja myślę, że wszystko z nieba leci.
Owszem ja wcale tak nie myślę i dlatego chcę zabrać ze sobą tylko
jedną…
- I zgubić? - zapytała mama.
- Przecież wolałbym jej nie zgubić, ale to jest strasznie trudno. W
ogóle uważam, że człowiek jest źle obmyślony. Taki na przykład
kangur to jest obmyślony o wiele lepiej: ma kieszeń w skórze na
brzuchu. Czy śpi, czy chodzi, czy się kąpie - to kieszeń ma zawsze
przy sobie, nie rozbiera się… i chustki do nosa nie zgubi.

- Bo jej nie nosi - mówi mama.
- No właśnie: kangur ma taką wieczną kieszeń, a nikt od niego nie
wymaga, żeby nosił chustkę do nosa. A ja, chociaż mam kieszeń tylko
w spodniach, które trzeba zdejmować, a do tego w kieszeni zawsze
robią się dziury…
- O święta Małgorzato! - zawołała mama. - Ja też wolałabym,
żebyś był obmyślony inaczej…
- A widzi mamusia! - ucieszyłem się, ale na krótko, bo mama
dokończyła:
- … i nie plótł tyle głupstw.
Obraziłem się, ale nie warto było, bo mama nawet nie zwróciła na
to uwagi. Zamknęła zupełnie łatwo walizkę i wyszła do kuchni, żeby
mi przygotować coś do zjedzenia na drogę. Skorzystałem z tego i
zdążyłem wrzucić do walizki kilka gwoździ, kawałek drutu i kłębek
sznurka. Deska, niestety, przepadła: mama zabrała ją do kuchni.
Na dworzec chciałem pojechać sam, ale mama oświadczy-a, że
oka w nocy nie zmruży, jeżeli mnie własnoręcznie do zagonu nie
wsadzi, bo ze mną nigdy nie wiadomo, jaki cud się darzy. Wybieram
się na kolonie, a kto wie, czy nie wyląduję a księżycu.
Aż mnie to zastanowiło. Rzeczywiście, gdybym pojechał na
księżyc, to byłby cud - bo przecież jeszcze z księżycem komunikacji
nie ma. Ale o cuda teraz bardzo trudno. Dawniej było dużo cudów.
Mój patron to chyba jakiś cud z pierogami zrobił, bo kilka razy
słyszałem, jak nasza dozorczyni mówiła: „O Święty Jacku z
pierogami!” No, z pierogami o wiele łatwiej niż a przykład z
księżycem.
Wstyd mi było, jechać z mamą, jak małe dziecko, ale na dworcu
zobaczyłem, że każdy był z matką albo z ojcem, a niektórych
odprowadzała cała rodzina. Tłok był okropny.
Całe szczęście, że pan kierownik kazał szybko się pożegnać,
ustawić w pary i wyprowadził nas na peron. A rodzice zostali za
siatką. Tylko jeszcze coś wołali. Nic nie było słychać, le zupełnie łatwo
można się było domyślić.
Każdy chciał siedzieć przy oknie albo chociaż wyglądać, ale to było
niemożliwe. Tylko silniejsi się dopchali. Ja też wychyliłem się i
chciałem mamie dać znak chusteczką, żeby była spokojna, że jadę
zwyczajnym pociągiem, a nie rakietą. Pociąg w tej chwili ruszył, pani
złapała mnie za pasek od spodni, ja przestraszyłem się i wiatr porwał
mi chusteczkę z ręki.

„Ładny początek” - zmartwiłem się, ale nie na długo, bo od
zmartwień można w chorobę wpaść, a mama kazała mi nabrać
zdrowia na koloniach.

W wagonie było wesoło i głośno. Jeden tylko Wacek, który
siedział koło okna, miał bardzo smutną minę. Pewnie było mu żal, że
jedzie bez mamy. Nieraz widziałem, że on jest, jak » się mówi,
przywiązany do rodziny. Mieszka na naszej ulicy iraz za Tomkiem.
Nigdy prawie nie jest sam. Chodzi albo z mamą, albo z ojcem, albo z
małą siostrą, którą trzeba wozić w ózku, albo z psem. Taki już jest
towarzyski.

Jak tylko pociąg ruszył, wszyscy poczuli straszny głód.
Rozpakowaliśmy zapasy i zaczęliśmy jeść. Tylko Wacek nie ruszył
swojej paczki. Patrzył w okno. Przylepił nos do szyby. Nie zwracał
uwagi na to, co my robimy.

Tymczasem zajrzała do nas pani. Poczęstowaliśmy ją, a pani
powiedziała, że nas też poczęstuje za chwilę.

Kiedy wyszła, zaczęliśmy zgadywać, co to będzie. Nagle Romek
powiedział:

- Szkoda, że nie mam papierosów, a może który z was ma? Nikt
nie miał papierosów, a Tomek oświadczył, że Romek pewnie
porażenia słonecznego dostał, bo na dworze było dziś bardzo gorąco.

Ale Romek zobaczył konduktora idącego korytarzem i zapytał
niby zupełnie dorosły mężczyzna:

- Panie konduktorze, prawda, że tu wolno palić? - i pokazał napis
w naszym przedziale: „Dla palących”.

Konduktor spojrzał na Romka, potem na nas, potem znowu na
Romka i uśmiechnął się.

- Owszem - odpowiedział - przecież to przedział dla palących. A
czy pan szanowny pali? - i podsunął Romkowi paczkę „sportów”.

Romek zaczerwienił się, ale nie stracił głowy.
- Nie… dziękuję panu… nie będę palił… moi koledzy nie lubią
dymu… kręci ich w nosie.
Ale dłużej nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem, a za nim
wszyscy. Konduktor też się z nami śmiał. Nadeszła pani i
poczęstowała wszystkich miętówkami. Podeszła i do Wacka. Wacek
wziął miętówkę, podziękował i znowu odwrócił się do okna.
Zauważyłem, że oczy miał mokre. A to beksa!
Powiedziałem zaraz o tym Tomkowi, który siedział koło mnie.
Tomek wytłumaczył mi, że Wacek miał ukochanego psa, a wczoraj

ten pies wpadł pod ciężarówkę i zdechł. Tomek pomagał Wackowi
pochować psa w ogródku.

- Wybraliśmy ładne miejsce pod dzikim bzem - opowiadał Tomek.
- Położyliśmy duży kamień, ale zawsze to jednak straszne
nieszczęście.

- E - mówi Romek - to już jest za dużo. Płakać z powodu psa?
Mnie w zimie stryjeczny dziadek umarł i nie płakałem. Mężczyźni nie
płaczą.

Tomek nie chciał się zgodzić.
- To zupełnie co innego. Nic chowałeś stryjecznego dziadka od
szczeniaka - mówi - a Wacek swego Reksa butelką karmił. A po
drugie-do takiego psa to sit,- można przywiązać jak do rodzonego
brata, wiesz? Miałeś kiedy psa?
- Nie miałem - mówi Romek.
- A brata?
- Też nie miałem.
- No, to nie znasz się na takich sprawach. Nie rozumiesz, że pies i
stryjeczny dziadek to są zupełnie inne rzeczy.
- Jak to - mówi Romek - nie rozumiem? Człowieka od psa nie
odróżnię?
Chcieli się z Tomkiem pokłócić, ale dałem im znak, żeby byli
cicho, bo Wacek usłyszy i będzie mu przykro. Pies to przecież
przyjaciel, a przyjaciela żal…
Pani znowu zajrzała do naszego przedziału, więc chłopcy zaczęli
wypytywać, jak wygląda to miejsce, gdzie będziemy mieszkać.
- Czy tam jest las? - pyta Romek.
- Jest, i to bardzo duży.
- A czy w tym lesie są dzikie zwierzęta?
- Nie wiem - mówi pani - ale przypuszczam, że są tam zaj ą-ce i
borsuki, może jelenie.
- E - Romek na to - to przecież nie takie dzikie. Ja myślałem o
tygrysach albo o lwach.
- A więc myślałeś o drapieżnych. Na szczęście lwów ani tygrysów
w całej Polsce nie ma. Na szczęście - powtórzyła pani - bo nie byłoby
chwili spokoju na koloniach. Ciągły strach, brrr!
- A ja bym się wcale nie bał - zaczął się chwalić Romek. -Trzeba
tylko znać różne myśliwskie sposoby.
- Jakie? Jakie? - dopytywali chłopcy.

- A na przykład, jeżeli nieść przed lwem zapaloną pochodnię, to
lew nic nie zrobi.

- To prawda - mówi Tomek - wilki też ognia się boją.
- Proszę pani, a co pani myśli o tym sposobie? - zapytał Se-werek.
- Czy to możliwe?
- Możliwe, ale pod jednym warunkiem.
Wszyscy byli ciekawi, co to za warunek. Nawet Wacek od okna się
odwrócił.
- Pod takim warunkiem - ciągnęła pani - że pochodnię będzie się
niosło bardzo prędko… ile sił w nogach.
Oj, było śmiechu, było! W ogóle cała podróż upłynęła bardzo
wesoło.
UPIĘKSZAM UMYWALNIĘ
Isolonia w Celestynowie jest naprawdę ładna. Do lasu blisko. A
jeszcze bliżej domu, w którym mieszkamy, płynie strumień. Woda w
nim co prawda niegłęboka. W najgłębszym miejscu dosięga brzucha,
ale dno jest bardzo ładne, twarde i czyste. Przyjemnie tam się kąpać.
Z Tomkiem zaraz po przyjeździe zajrzeliśmy, jak to się mówi, w
każdą dziurę.
Koło domu jest park. Drzewa w nim stoją ogromne. Na niektóre
trudno będzie się wdrapać, ale na inne zupełnie łatwo.
Spróbowaliśmy zaraz. Tomek starł sobie nogę, a ja rozdarłem
koszulę. Właściwie nie rozdarłem, tylko się rękaw sam prawie cały
wyrwał. Strasznie marne teraz nici. Ledwo człowiek czegoś dotknie,
już się ubranie rozlatuje.
Dom jest duży, drewniany, zbudowany specjalnie na kolonie. W
ośrodku, na wprost dużego tarasu, jest jadalnia. To największa sala.
Od razu powiedzieliśmy sobie z Tomkiem i Sewerkiem, że w deszcz
można by tu świetnie piłkę ganiać, tyle miejsca.
Po jednej i po drugiej stronie jadalni są sypialnie i umywalnie.
Sypialnie duże, umywalnie małe.
A w piwnicach są takie rozmaite kuchnie, spiżarnie i magazyny.
Musieliśmy to wszystko obejrzeć. Jedne rzeczy widzieliśmy przez
drzwi, a tam, gdzie drzwi były zamknięte, to polecieliśmy zajrzeć
przez okna. Nic specjalnie ciekawego: węgiel, kartofle, jakieś worki.
Tomek, który co roku jeździ na kolonie i zna sie, na tym,
powiedział:

- Wszystko przygotowane! Fajnie będzie!
I powiedział w złą godzinę. Moja babcia mówi, że niczego nie
trzeba głośno chwalić, bo zaraz sic. zapeszy! I Tomek tak właśnie
zapeszył ten pierwszy dzień na koloniach. Ledwo pochwalił -
usłyszeliśmy dzwonek i trzeba było lecieć na złamanie karku.
Zbiórka była na placyku przed gankiem. Na ganku stali pan
kierownik i nauczyciele. Tak na nas popatrzyli, jak ze sceny. A my
staliśmy czwórkami - po jednej stronie chłopcy, a po drugiej
dziewczyny.
Pan kierownik mówił do nas jak z trybuny.
Słuchałem i smutno mi się zrobiło. Pomyślałem sobie, że dorośli
to tylko myślą i myślą, co by tu wymyślić, żeby młodzież na nic nie
miała czasu. Nawet na koloniach. A to dyżury, a to opieka, a to znów -
czego na koloniach robić nie wolno.
Tak się nad tym zamyśliłem, że nawet nie bardzo dobrze
słyszałem, co pan kierownik dalej mówił.
Tymczasem chłopcy już się zaczęli zgłaszać do różnych zajęć i
dyżurów. I do opieki nad salami, żeby ładnie wszystko urządzić.
A Tomek nawet mnie nie zapytał, tylko zgłosił się do urządzania
jadalni. Największa sala! Gdzie on ma rozum? Jeszcze mnie
namawiał. Ale mu odmówiłem krótko i stanowczo.
Myślałem, że może mi się raz uda, może pan wychowawca mnie
nie zauważy.
Niestety - zauważył! I zapytał, do czego się zgłaszam.
- Do umywalni - powiedziałem, bo umywalnie przynajmniej
nieduże.
Pan chwilkę pomyślał, a potem powiedział:
- Dobrze. Zobacz, co tam można zrobić, żeby umywalnie
przyjemnie wyglądały.
I dal mi do pomocy Sewerka, którego przezywamy „Gruszką”, bo
ma głowę taką, jakby kto gruszkę do góry nogami postawił. Sewerek
też jeszcze do niczego się nie zgłosił.
Ten Sewerek to jest dobry kolega, tylko bardzo powolny. Nigdy
mu się do niczego nie spieszy.
Kiedy wszyscy rozeszli się do swoich spraw, powiedziałem do
niego:
- Gruszka, chodźmy do tej umywalni, zobaczymy, co tam trzeba
zrobić.

- Nie pali się, możemy iść - mówi Gruszka. Poszliśmy. Do
oglądania było niewiele. Pod jedną ścianą umywalnie blaszane, nad
nimi półka, pewnie na kubeczki do mycia zębów. Pod drugą ścianą
kilka taboretów, niska ławka, nad nią wieszaki, miednice do mycia
nóg. Wiadomo, na koloniach też mycia nie przepuszczą.
Westchnąłem ciężko i mówię do Gruszki:

- Co my tu możemy zrobić? Żeby tu nawet ściany ozłocić i na
podłodze dywan położyć, to i tak nie pomoże, to jest straszne miejsce.
Gdybym nie był mężczyzną, to płakałbym tu rano i wieczorem.

- Jak to? - przestraszył się Sewerek. - Co ty mówisz? Może nas tu
będą bić? Ja zaraz do mamy napiszę.

- Głupi jesteś. Dla ciebie straszna rzecz to tylko bicie. A mycie
uszu? A nogi codziennie - słyszysz? - co-dziennie umyć to
przyjemność? Zobaczysz zaraz dzisiaj wieczorem. Możesz do mamy
pisać. Pomoże figę z makiem.

- E… - odetchnął Sewerek - ja się już zląkłem, że naprawdę coś
strasznego. Ale zgadzam się z tobą co do mycia: nie jest przyjemne.

- I nieprzyjemne - mówię - i niepotrzebne. Eskimosi wcale się nie
myją, a podobno są bardzo szczęśliwi i długo żyją.

- A może by tak u nas spróbować - mówi Sewerek.
- A jakże. Pozwolą ci? Nie bój się, już nas tu przypilnują.
- No, to nie ma o czym rozprawiać. Co by tu zrobić? - rozejrzał się.
- Może bukiet kwiatów postawić na środku?
- W czym? Nie ma tu żadnego wazonu ani garnka. W miednicy nie
postawisz.
- A właśnie, że postawię w miednicy. Jak nie ma czego innego to
trudno. Idę po kwiaty. Widziałem, gdzie dziewczyny zbierały. Tylko
żebyś wiedział, że to tak bardzo prędko nie będzie.
- Idź! idź! Byle osioł wpadnie na taki pomysł. Ja lubię zrobić coś
takiego jak nikt. Wiesz?
Gruszka chciał coś powiedzieć, ale zanim się namyślił, wyszedł
bez słowa.
A ja tymczasem rozejrzałem się uważnie po umywalni. Możliwości
faktycznie były niewielkie. Pola do popisu - wcale. Czarno-biała
kafelkowa posadzka. Białe miski, biała półka, wieszaki na ręczniki,
białe ściany. Czysto wszędzie, aż zimno się od tego robi. Żeby chociaż
jakiś obrazek na ścianie albo jakiś przyjemny napis…
Napis! Już wiedziałem, co zrobię.

Ach, jak żałowałem, że nie wziąłem ze sobą farb albo kredek! Na
przyszłe wakacje muszę je zapakować, choćby nie wiem co.

Z braku farb musiałem ruszyć głową. I nie tylko głową, ale i
nogami. Przydało się moje bystre oko, które zdążyło zauważyć
rozsypany koło śmietnika popiół, a w nim kawałki drzewnego węgla.

Wzdłuż umywalni rozstawiłem sobie taborety, tak że przy
rysowaniu napisów przechodziłem tylko z jednego taboretu na drugi.

Robota szła mi szybko. Ma się zdolności do rysunków.
Co jak co, ale z rysunków zawsze miałem piątki.
Kiedy Gruszka wrócił z bukietem polnych kwiatów, zdążyłem już
skończyć napis nad umywalniami, ustawiłem taborety po drugiej
stronie i zacząłem drugie hasło nad ławką.
Sewerek włożył kwiaty do miednicy z wodą i ustawił na środku
umywalni. Kwiaty nie chciały stać, tylko ciągle przewracały się do
wody. Sewerek udawał, że nie widzi moj ego arcydzieła, aż mu
powiedziałem:
- Gruszka, popatrz, jak tu od razu inaczej wygląda, czy nie świetne
hasło do umywalni?
Gruszka zostawił kwiaty i podniósł oczy na ścianę. Aż tu za
naszymi plecami odzywa się głos:
- Świetne jak świetne, ale … oryginalne… Odwracamy się, a w
drzwiach stoi pan wychowawca.
- Oryginalne, owszem -.powtarza, ale się wcale nie uśmiecha.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, bo nie mogłem poznać, czy moja
robota podoba się panu czy nie. Więc mówię:
- Na tej ścianie będzie jeszcze ładniej.
- Złaź w tej chwili i powiedz, kto ci to kazał robić? - pyta pan i
odbiera mi węgiel.
Zrozumiałem od razu, że mu się mój pomysł nie podobał. A tak
się przecież starałem!
- Nikt mi nie kazał - mówię - tylko się sam z własnej chęci tak
przyłożyłem. A jak środki liter umaluję czerwonym burakiem - będzie
jeszcze ładniej.
- A nie słyszałeś, że pan kierownik powiedział, żeby nikt sam nic
nie robił, tylko najpierw zgłosił swój pomysł?
- Nic nie słyszałem - mówię. - Gruszka słyszałeś?
- Owszem - mówi Gruszka - słyszałem.
- To dlaczego mi nie powiedziałeś?

- Skąd ja mogłem wiedzieć, że ty nie słyszałeś? Stałeś obok mnie.
Słychać było bardzo dobrze. Może ty masz krótki słuch?

- A ta zupa co tu robi? - pyta wychowawca i pokazuje na miskę z
kwiatami, które wpadły wszystkie do wody i wyglądały rzeczywiście
jak szczawiowa zupa.

- To… to… - zaczął się jąkać Gruszka, ale pan nie dał mu
dokończyć.

- Wyrzuć to natychmiast, a ty - zwrócił się do mnie - żebyś mi się
nie ważył nic tu malować. Czyste śliczne ściany i już spaskudzone!
Zaraz pierwszego dnia! Oj, będę ja tu z wami miał karuzelę - to
mówiąc pan podrapał się po głowie i szybko wyszedł.

Byłem rozgoryczony do najwyższego stopnia. Mój piękny napis!
Tak wyraźnie odcinały się na białym tle czarne litery:

CZĘSTE MYCIE SKRACA ŻYCIE!
- A co miało być tutaj? - pokazuje Sewerek na nie dokończony
napis. - Bo tu widzę tylko „Mycie nóg …”
- Tu miało być - mówię: Mycie nóg - to twój wróg. Gruszce napis
chyba się nie podobał. Kiwał głową i ciągle
powtarzał: Mycie nóg - to twój wróg!
Do umywalni przybywało coraz więcej chłopaków. I dziewczyny
zaczęły się schodzić. A każdy, kto wszedł i przeczytał, zaraz zaczynał
pękać ze śmiechu. A Sewerek ciągle tłumaczył, co miało być na
drugiej ścianie. Zgniewało mnie to wreszcie i mówił do Sewerka:
- Zjeżdżaj z tą swoją zupą.
- Tymczasem okazało się, że w tłoku kłos wlazł nogami w miskę,
aż się przewróciła. Więc znowu śmiech.
Myślałem, że już będzie koniec tej historii, ale gdzie tam
nasłuchałem się jeszcze od pana kierownika.
A czy ja co złego chciałem? Pech i koniec. Widocznie zgubienie
chusteczki przy wyjeździe to zły znak. Tych z walizki ‘cale wyjmować
nie będę. Niech leżą na samym dnie.
W nocy długo usnąć nie mogłem. Pewnie z tych wszystkich
przeżyć i z tego, że siennik był mocno napchany w takie góry-doły.
Myślałem sobie: Szkoda, że się nie urodziłem dawniej, za ,rch
czasów, kiedy ludzie mieszkali w pieczarach. Mówi się, s to były
straszne czasy, ale przecież w pieczarach było o wie-; ciekawiej. I o
żadnym myciu nikt wtedy nie przypominał.

FAKIR I DESKA
Na koloniach lekcji nie ma, i to jest wielkie szczęście. ‘ Ale od
czasu do czasu jest coś takiego, co się nazywa pogadanka. Siadamy
wszyscy na ganku na schodkach albo dzie kto chce. Nie można
rozmawiać. I trzeba uważać, co lówi pan. Dla mnie to rzecz bardzo
trudna. Po pierwsze dlatego, że są wakacje, a po drugie, jak na złość
przychodzą mi o głowy inne myśli.
Te myśli są przeważnie o tym, co będę robił, jak się pogadanka
skończy.-
Ale dzisiaj na pogadance było coś naprawdę ciekawego, chociaż
zaczęło się zupełnie zwyczajnie.
Pan mówił o tym, jakie to ważne, żeby człowiek czegoś iciał i do
czegoś dążył.
Na przykład ktoś chce zostać sławnym sportowcem. To lusi po
trochu, po trochu polepszać swoje wyniki w biegach
czy w pływaniu. Tu opowiedział nam pan o małej Australijce
Szirlej, która wprawiała się w bieganiu goniąc kangura. Kangur
strasznie szybko gna, a ona biegała za kangurem. To dopiero!
A można też przez codzienną wprawę wyćwiczyć wolę. Na
przykład ktoś lubi rano długo spać. Ale jeżeli powie sobie, że będzie
codziennie parę minut wcześniej wstawał, to odzwyczai się od
wylegiwania w łóżku.
Albo na przykład ktoś chce mieć aparat fotograficzny lub zegarek
- to wystarczy, aby sobie składał złotówkę do złotówki, po troszku, po
troszku, a w końcu spełni się jego marzenie.
Pan mówił również o indyjskich fakirach. Potrafią oni ćwiczyć
swoją wolę i swoje ciało. Mogą się na przykład przyzwyczaić do
leżenia na ostrym żwirze, a nawet na gwoździach.
I jeszcze pan mówił o tym, jak to można zahartować się, znosić
niewygody i trudy, i w ogóle zawsze być zdrowym i dzielnym.
Ale mnie najbardziej podobał się ten fakir. Już o niczym innym
nie mogłem myśleć. I tylko czekałem, kiedy pogadanka się skończy.
Zaraz dałem znak Tomkowi i pobiegliśmy na nasze drzewo. Mamy
takie drzewo, na które łatwo się wdrapać. Siedzi się na nim jak w
kryjówce i nikt nie wie, gdzie ona jest.
- Tomek - mówię - podobała mi się ta pogadanka.
- Mnie też - odpowiada Tomek.

- I zaraz sobie coś pomyślałem.
- Ja tez mam jeden pomysł.
- A jaki? — spytałem.
- Chciałbym być sportowcem - mówi Tomek. - Muszę się zacząć
ćwiczyć w jakimś sporcie.
- E, w sporcie? Królakiem nie będziesz.
- Dlaczego?
- Roweru nie masz.
- Nie słyszałeś, jak pan mówił, że złotówka do złotówki? …A nawet
po pięćdziesiąt groszy też można zbierać: ziarnko do ziarnka.
- Ale za długo czekać. A tymczasem mógłbyś się wprawiać w czym
innym.
- Owszem - mówi Tomek. - Teraz mogę się wprawiać w bieganiu.
- Też niedobry pomysł.
- Dlaczego?
- Skąd weźmiesz kangura? Kangurów w Polsce nie ma.
- A gdyby za zającem?
- Coś ty, Tomek? Biednego zająca, który się i tak wszystkiego boi,
będziesz ganiał? Chybabyś serca nie miał.
- E - zezłościł się Tomek - tobie to zawsze moje pomysły ie
podobają się. Wymyśliłeś coś lepszego, tak?
- Tak - mówię - posłuchaj tylko.
I zacząłem go namawiać, żebyśmy się ćwiczyli jak ten fakir, kiedy
się już wyćwiczymy - może szkoła urządzi na przykład jakąś
akademię - a tu my występujemy za fakirów i kładziemy się na
deskach nabitych gwoździami. A w całej sali ludziom aż ech zapiera.
No co, zły pomysł?
Tomek przez długą chwilę nic nie odpowiedział, tylko gryzł
trawkę. Wreszcie mówi:
- A gdzie deska, a gdzie gwoździe?
- Gwoździ trochę mam - niedużo, ale w* sam raz. Przecież >an
mówił, że te wszystkie sztuki po trochu, powoli trzeba ćwiczyć. Deskę
też chciałem wziąć, tylko mi mama wyrzuciła. Ue to nic. Deska się
znajdzie. Nie musi być nadzwyczajna. )opiero początek. A więc
chcesz zostać fakirem?
Tomek powiedział, że chce.
Zaczęliśmy szukać deski. Oblecieliśmy cały park i koło łomu w
każdą szparę zajrzeliśmy, nigdzie nic. Miałem do lamy straszny żal.

W domu była tylko deska do prasowania. Stała w korytarzu nikt
jej nie pilnował. Mogliśmy ją sobie pożyczyć. Ale nie nadawała się.
Była niemożliwie gruba.

Rano zauważyłem, że w kuchni jest kilka desek: do mięsa, do
klusek i inne. Jedna była akurat jak dla nas. Dosyć cienka

nieduża, taka jak u nas w domu do krajania cebuli. Tyle, żeby
usiąść. Do leżenia zrobimy sobie deskę w Warszawie. Na razie
będziemy się wprawiać w siedzeniu na gwoździach. Ale ak tę deskę
wydostać? W dzień zawsze ktoś w kuchni się kręci, nawet parę osób.
A w nocy - kuchnia zamknięta. W żaden sposób nie da się pożyczyć
tej deski tak, żeby nikt nie zauważył.

- A ja w ogóle nie chcę brać po kryjomu - mówi Tomek. -Czy ja
jestem złodziej? Nie podoba mi się to, i już.

- Kiedyś taki mądry - mówię - to wydostań tę deskę innym
sposobem.

- A żebyś wiedział, że wydostanę.
Myślałem, że się tylko tak chwali. Zacząłem już nawet żałować, że
mój piękny pomysł na nic się nie przyda. A tymczasem na drugi dzień
po obiedzie Tomek przyniósł deskę.
- Jakim cudem to ci się udało?
- Żadnym cudem - mówi Tomek spokojnie, ale widzę, że nosa
drze. - Poprosiłem gospodynię i pożyczyła mi.
- Jak to, tak ni z tego, ni z owego wzięła i pożyczyła?
- Tak. Wzięła i pożyczyła, tylko mówiła, żeby nie na długo. Więc
powiedziałem, że na krótko.
- Dobrze powiedziałeś. Obliczyłem dziś rano, że do końca kolonii
zostało już tylko osiemnaście dni. To bardzo krótko. Aż szkoda -
westchnąłem.
Tomek też westchnął i mówi:
- Trzeba się spieszyć. Bierz gwoździe. Ja poszukam kamienia.
Znaleźliśmy dobre miejsce w krzakach. Zaczęliśmy wbijać
gwoździe. Wbiłem w środek deski jeden i spróbowałem usiąść, ale to
było zupełnie niemożliwe. Wbiłem więc wszystkie pięć.
Ustąpiłem pierwszeństwa Tomkowi, bo mnie zawsze w domu
uczą, że kto grzeczny, ten ustępuje. Ale Tomek zupełnie się na mojej
grzeczności nie poznał. Powiedział, że pomysł był mój i robota moja,
bo ja wbijałem gwoździe, więc ja pierwszy mam to wypróbować. Jak
inżynier zbuduje most, to też pierwszy musi po nim przejść.

Aż się zdziwiłem, jaki ten Tomek jest. Do czwartej klasy przeszedł,
a mostu od deski z pięcioma gwoździami nie odróżnia.

Powiedziałem mu to, a on się strasznie rozzłościł.
- Co ty sobie myślisz - wołał - że ja bez ciebie fakirem nie zostanę?
Mam lepszy sposób od twojego!
- Jaki?!
- A taki, że jeden fakir to mógł na jednej nodze stać parę lat. W
tym się łatwo wprawić i majtek się nie podrze jak na swoich głupich
gwoździach.
- Jeśli moje gwoździe są głupie - mówię - to mi je odda] i zabieraj
swoją głupią deskę.
Tomek zaczął wybijać gwoździe. Trudno szło, a po wyciągnięciu
zostały w desce dziury. Przestraszyliśmy się, co na to powie
gospodyni. I jak jej wytłumaczyć? Bo o fakirze to obaj uważaliśmy, że
lepiej nie wspominać. Przy tym wszystkim Tomkowi złość przeszła,
ale się martwił i bał się iść z deską do kuchni.
Musiałem się poświęcić. Zawsze to przecież kolega z te] samej
ławki.
Więc poszliśmy razem.
Gospodyni zaraz nas zobaczyła i pochwaliła Tomka, ze taki
porządny chłopiec.
- Powiedziałeś, że na krótko, i rzeczywiście prędko odnosisz. To
ładnie.
Potem spojrzała na deskę i aż krzyknęła:
- A to co? … Tomek zaczął przepraszać, że nie wiedzieliśmy, ze jest
nam
bardzo przykro i że jak tylko wrócimy do miasta, deskę zaraz
odkupimy.
Gospodyni słuchała, kiwała głową, wreszcie mówi:
- Z chłopakami zawsze tak. Dobrze chociaż, że się poczuwacie do
winy. Ale dlaczego nie powiedzieliście, że to do zabawy? Myślałam, że
do przygotowania jedzenia wam potrzebna Do zabawy mam tu inną.
Patrzcie - i podała Tomkowi kawałek deski. - Możecie ją sobie wziąć.
Niepotrzebna mi. A z tym odkupieniem - to już dajcie sobie spokój.
Trudno. Stało
Tomek trzymał deskę, kłaniał się i dziękował. Ja też. Poszliśmy
pod nasze drzewo. Tomek postawił deskę i mówi: . . ¦
- Weź sobie tę deskę. Ja fakirem na gwoździach nie będę.
Wolę składać na rower.

Honor mi nie pozwalał ustąpić. Wbiłem tylko trzy gwoździe w
deskę, bo dwa już się tymczasem zgubiły.

Ale co to za fakir na trzech gwoździach? Nawet nie próbowałem
siadać. Wrzuciłem deskę do komórki przy szopie i po wszystkim.

Tomek jest szczęściarz. Przy podwieczorku pan rozdawał pocztę.
Tomek dostał od matki pięć złotych na cukierki. Powiedział, że bez
cukierków się obejdzie. Oddał panu na książeczkę SKO.

Wieczorem dopiero zobaczyłem, że spodnie mam rozdarte.
Widocznie na tym jednym gwoździu.

Chciałbym poznać prawdziwego fakira. Może by powiedział , jak
to on zaczynał na samym początku. I z jakiego materiału miał
spodnie. Może z blachy?

DRZEWO WACKA
Wacku zawsze myślałem, że jest porządnym chło-V^ pakiem. W
pociągu, jak mi Tomek powiedział o tym psie, to było mi go żal. I
postanowiłem, że się z nim trochę lepiej zapoznam. Dogadaliśmy się
zaraz drugiego dnia po przyjeździe na kolonie. Jego łóżko stało obok
mojego z prawej strony. Rano zmartwiłem się, że mam najgorsze
łóżko, bo i siennik bardzo niewygodny, a przy słaniu i koc, i poduszka
nie chciały tak równo leżeć, jak u innych. Wtedy Wacek pokazał mi,
jak to się robi, żeby łóżko wyglądało po ludzku.
Zaraz sobie pomyślałem, że nie będę gorszy od niego, i kiedy
poprosił mnie o scyzoryk - pożyczyłem mu, chociaż tego nie lubię, bo
scyzoryk się tępi. Wacek wystrugał moim scyzorykiem trzy kije: jeden
dla mnie, drugi dla Tomka, a trzeci dla siebie. Na kijach wyciął nasze
monogramy i to wyglądało bardzo ładnie, aż inni chłopcy nam
zazdrościli. Od tej chwili trzymaliśmy się we trójkę prawie przez całe
trzy tygodnie, aż dopiero dzisiaj…
Przed wieczorem siedzieliśmy blisko domu pod drzewami w
parku. Tomek usiadł z nami, ale się nic odzywał, bo on nie lubi dużo
mówić, tylko splatał coś z sitowia, jakłi warkocz na koszyk czy coś
takiego. Raptem Wacek mówi:
- Szkoda, że nie należałem do kółka młodych przyrodników.
- Dlaczego?
- Podobno w tym kółku potrafią różne cuda robić.
- Coś ty - mówię - przecież żadnych cudów nie ma.

- Tak się tylko mówi „cuda”, a naprawdę to podobno można
wyhodować nadzwyczajności, jakich jeszcze oko ludzkie nie widziało.

- No, na przykład?
- Na przykład takie buraki-olbrzymy albo też ogórki-olb-rzymy.
- I na co ci te warzywa?
- Warzywa mi na nic - mówi Wacek - ja chciałbym wyhodować
takie olbrzymie, olbrzymie drzewo.
- Zasadź więc żołądź. Zobaczysz, że wyrośnie olbrzymi dąb.
- Ale trzeba by długo czekać, a podobno są sposoby na szybki
wzrost drzewa.
- No i co z tego?
- A to, że gdybym znał taki sposób, jeszcze dziś pojechałbym do
Warszawy i zasadziłbym tuż koło stadionu sportowego dąbek czy
lipę. Drzewo rosłoby w oczach. Za kilka dni byłoby już takie jak…
jak… no, może jak pół Pałacu Kultury. Wystarczy. Wdrapałbym się na
to drzewo, usiadłbym na jakiejś gałęzi i widziałbym wszystkie zawody
sportowe bez niczyjej łaski. Tylko bym butelkę po lemoniadę na
sznurku spuszczał.
Podobał mi się ten pomysł i mówię:
- Pytanie. Ja usiadłbym na drugiej gałęzi.
- A co byś mi dał? - pyta Wacek.
- Za co?
- A za to, że cię wpuszczę na moje drzewo.
- Twoje drzewo! Wielka rzecz! Nic bym ci nie dał. Ubyłoby ci czy
co?
- Oho! Na takie miejsce amatorów będzie cała kolejka. Po rękach
będą mnie całować. A ty chciałbyś za darmo. Za darmo nie puszczę.
Aż się podniosłem na te słowa i z początku chciałem go tylko
nastraszyć. Ale on też się zerwał i zaraz z pięściami do mnie.
Spojrzałem na Tomka, myślałem, że on Wackowi do rozumu
przemówi, ale Tomek plótł swoją plecionkę i nic.
- Nie puścisz mnie? - mówię do Wacka.
- Nie puszczę.
- Powtórz jeszcze raz!
- Nie puszczę!
Wtedy go pchnąłem, ale zupełnie leciutko, a on się zaraz
przewrócił. Ale jak wstał, rzucił się na mnie jak wariat.
Przecież nie mogłem stać jak słup, no i zaczęła się bijatyka, a ten
gałgan Tomek wciąż się nie odwracał. Dopiero jak Wackowi poszła

krew z nosa, to poleciał po pana.’
Naturalnie wszystko było na mnie, że zawsze zaczynam, że już

taki jestem, no, różne rzeczy, jak zwykle. Myślałem, że Tomek stanie
w mojej obronie. Przecież słyszał, jaki z tego Wacka samolub i
nieużytek. Ale z Tomka widocznie też dobry ananas, bo się tylko
śmiał. A innym chłopakom, którzy się zaraz nie wiadomo skąd
zlecieli, to pokazywał mnie i Wacka, i palcem w głowę się stukał.

Powiedziałem panu, że właściwie najwięcej winien jest Tomek.
Gdyby poleciał po pana prędzej, to może by się ta krew nie polała, ale
pan nie chciał mnie nawet do końca wysłuchać. Musieliśmy z
Wackiem za karę sprzątać po podwieczorku, chociaż to nie była nasza
kolej i chociaż ja miałem nad okiem takiego guza jak śliwka.

Napisałem do mamy list i napisałem, że na tych koloniach bardzo
niesprawiedliwie obchodzą się z niektórymi chłopcami, a specjalnie
ze mną. Wrzuciłem do skrzynki, bez znaczka, bo takie listy podobno
najlepiej dochodzą. Mama może nie od razu uwierzy, że mi się tu
krzywda dzieje, ale babcia pożałuje mnie na pewno.

Dziś rozmawiałem z jednym chłopakiem, który należy do kółka
młodych przyrodników. Takiego dużego drzewa, o jakim mówił
Wacek, w ogóle nie da się wyhodować, a po drugie, niech się nikomu
nie zdaje, że koło stadionu każdy może robić, co mu do głowy
przyjdzie. Tam się wszystko robi planowo i Wacek tylko by się
wygłupił. I po co to wszystko było?

ILE IGIEŁ MA JEŻ?
Kiedy wyjeżdżałem na wakacje, sam widziałem, że mamie było
trochę żal, że mnie tak długo nie będzie v domu. Tatuś mamę
pocieszał, żeby się nie martwiła, bo mi am na pewno będzie dobrze, a
jak wrócę, to mnie nie pozna.
I rzeczywiście tak było. A mogłyby się tatusia słowa nie sprawdzić.
Bo gdybyśmy wrócili z kolonii rano, to mamusia poznałaby mnie od
razu - ale pociąg odchodził dopiero po po-udniu i wszystko stało się
dlatego, że nie mieliśmy co robić, bo nasze rzeczy już od samego rana
były spakowane.
Wyszliśmy z Tomkiem do parku i zobaczyliśmy jeża. Tomek
zapytał, czy ja wiem, że jeż ma szesnaście tysięcy igieł.
Więc go zapytałem, skąd on to wie. A on od razu:
- Nie wierzysz?

- Nie wierzę - mówię - bo przecież nikt tego nie może policzyć.
- Jak to: nie może! - zawołał Tomek. - Zaraz się przekonasz, tylko
pomóż mi go złapać.
Wcale to nie było łatwe, ale wreszcie złapaliśmy go w mój beret.
Zwinął się cały jak kula i nastawił wszystkie igły. Tomek kazał mi go
trzymać, a sam zaczął liczyć. Musiałem uważać, żeby dobrze liczył, bo
on jak zwykle bardzo się spieszył. Już trzeci raz zaczynał od początku
i doszedł do siedemdziesięciu trzech. Nagle ni z tego, ni z owego pyta:
- Czego się śmiejesz?
- Ja się wcale nie śmieję - ale naprawdę to można pęknąć ze
śmiechu, bo co ten jeż sobie myśli?
- Myśli sobie, że spotkał dwóch chłopców: jeden był mądry, a
drugi głupi.
- Ten mądry go trzymał - mówię.
- Nie! - zawołał Tomek. - Ten mądry chciał naukowo badać
przyrodę, a ten głupi się…
- … nakrył nogami - dokończyłem i tylko dotknąłem, a on
rzeczywiście nakrył się nogami, ale zaraz potem skoczył do mnie i
poturlałem się po ścieżce.
Raz ja byłem na górze, raz on. A jak starsi chłopcy przylecieli, to
jeż już gdzieś zniknął i mój beret też. I nawet nie wiadomo było, gdzie
szukać, bo Tomek mówił, że zaczęliśmy się turlać od dębu, a mnie się
zdawało, że od lipy. Jedno było pewne: wylądowaliśmy pod
jałowcem. Ja miałem całą twarz podrapaną, a kieszeń od wiatrówki
wyrwaną. Tomek wyglądał jeszcze lepiej, to znaczy był podrapany
jeszcze gorzej, ale miał wyjątkowe szczęście, bo po niego nie wyszła
mama, tylko starszy brat. A moja mamusia, kiedy mnie zobaczyła, to
zawołała:
- Matko Boska, Jacek, czy to ty?
A ja się tak ucieszyłem, jak zobaczyłem moją mamę, że od razu
zawołałem:
- To ja mamusiu. Tylko że bez beretu, bo mi go porwał jeż. Taki
jeż, który nie dał sobie policzyć igieł.
AUTOGRATY
Rano przyleciał do mnie Tomek i powiedział mi w se- krecie,
żebyśmy pędzili na dworzec, bo jego starszy brat, Alek, wybiera się ze
swoimi kolegami po południu. Spytałem - po co? A Tomek

powiedział, że po „autograty”. Wcale nie wiedziałem, co to jest.
Tomek początkowo też nie wiedział, a jak zapytał Alka, usłyszał tylko,
że to nie na jego rozum.

Ale Tomek jest chłopak sprytny. Słyszał, że te autograty chłopaki
mają dostać od zagranicznych sportowców, którzy przyjeżdżają do
nas na zawody. Więc Tomek od razu odgadł, że to będą popsute auta’
i że zagraniczni goście podarują je chłopakom. Każdy sobie może
potem taki autograt wyreperować. A nawet jak z kilku gratów zrobią
jeden samochód - też się opłaci.

Z początku nie chciałem wierzyć. Bo skąd zagranicznicy wezmą
tyle gratów? Przecież kto jedzie na zawody samochodem, to już na
pewno dobrym.

- Wyjeżdżali dobrymi - mówi Tomek - ale spróbuj z Australii albo
nawet z Ameryki przejechać autem, a zobaczysz, co z niego zostanie.
Grat i nic więcej.

- Australia - mówię - to jest zupełnie oddzielna część świata,
oblana ze wszystkich stron wodą. Przyjechać stamtąd trzeba okrętem
i jeżeli nawet ktoś zabiera ze sobą auto, to może ono zupełnie
spokojnie stać sobie na pokładzie i wcale się nie

niszczy.
- A jakże - mówi Tomek - nie niszczy się! A jak jest burza? A na
morzu musi być burza, bo co by to było za morze? I wtedy okrętem
rzuca po całym morzu jak skórką z pomarańczy. Ludzie morskiej
choroby dostają, a co dopiero auto. Ciska nim po całym okręcie, że
coś okropnego. Wyobrażasz sobie? Po dobrej szosie do Warszawy
auto jeszcze dojedzie, ale potem to już taki autograt, że nie ma co
zabierać.
- Może masz rację - mówię - chodźmy na dworzec. Całego
autograta na pewno chłopaki nam nie dadzą, ale niech byśmy sobie
chociaż kawałki złapali. Zrobiłbym przyczepkę do hulajnogi i
jeździlibyśmy we dwóch.
Pobiegliśmy na dworzec.
Chłopaków było mnóstwo, aż czarno, i dziewczyn też. Bardzo
dziwiliśmy się z Tomkiem, bo dziewczyny mniej się interesują
motoryzacją.
Widocznie, jak się dowiedziały, że za darmo, to nabrały chęci.
Pewnie, kto by nie chciał?
Ale okazało się, że pędziliśmy na próżno.

Po pierwsze, zagraniczni goście przyjechali już rano. A po drugie,
Tomek przesłyszał się. Nie ma żadnych autogratów, tylko autografy,
czyli podpisy, a to przecież zupełnie co innego.

Zrobiło mi się bardzo przykro. Już sobie wyobrażałem, że
będę miał zmotoryzowaną hulajnogę, a tu taka pomyłka!
Wracałem do domu strasznie zły i sam, bo już nie chciałem na Tomka
czekać. Ale Tomek dogonił mnie i powiedział, że jeden chłopak dał
mu adres domu, w którym zamieszkał Murzyn.
- Możemy tam iść i zdobyć jego autograf. Inni chłopcy zbierają
autografy, dlaczego my mamy być gorsi. Widocznie to jest coś
ważnego.
- Najpierw nie chciałem się zgodzić. Może to znowu jaka omyłka?
Ale Tomek zaklinał się, że znajomy chłopak przysięgał i tylko pod
największym sekretem Tomkowi powiedział, i broń Boże, żeby się
jaka dziewczyna dowiedziała, bo nie dopchalibyśmy się.
Polecieliśmy do tego domu. W klatce schodowej było już strasznie
dużo chłopaków i każdy trzymał taki zeszycik na podpisy.
Czekaliśmy bardzo długo. Połowa chłopaków poszła do domu.
Całe szczęście, bo ten Murzyn nie przecisnąłby się do mieszkania. Ja
też chciałem już iść, ale Tomek powiedział, że czekaliśmy tyle, to
poczekajmy jeszcze trochę. Przecież na noc każdy musi przyjść do
domu. Nawet Murzyn.
Było już szaro i robiło się coraz ciemniej na schodach. Ale
Murzyna poznaliśmy z daleka. Tylko białka i zęby błyskały mu w
czarnej twarzy. Chłopcy od razu rzucili się do niego. My z Tomkiem
też. A Murzyn widocznie przestraszył się, bo zaczął krzyczeć.
- Rany Boskie! Co to?
- Bardzo mnie zdziwiło, że Murzyn, a krzyczy po polsku. Ale nie
zdążyłem się nawet spytać dlaczego, bo na schody powyskakiwali
różni lokatorzy. Wtedy okazało się, że to nie żaden Murzyn, tylko
kominiarz, który po pracy wracał do domu.
Cała kamienica tak się śmiała, jak nie wiem co. A ja ze wstydu nie
wiedziałem, gdzie oczy podziać. Stałem sam na schodach obok tego
kominiarza. Tak zgłupiałem, że stałem jak wkopany, chociaż wszyscy
uciekli. Tomek też. Jak go spotkam, to go stłukę na kwaśne jabłko. I
na swojej hulajnodze nie pozwolę jeździć. Żeby mnie nawet na
kolanach prosił. Niech sobie „autograta” szuka…
WSZYSTKO PRZEZ TE UPAŁY

Niektóre rzeczy zaczynają się zupełnie zwyczajnie, a ! kończą tak,
że coś okropnego. Nikt by nawet nie przypuszczał, bo jakby
przypuszczał, toby zupełnie inaczej

robił.
Ostatniego dnia wakacji spotkałem na podwórku Mietka
Staszewskiego. Szedł do fryzjera i miał całe pięć złotych.
- Na co ci tyle pieniędzy? - pytam.
- Na porządnego fryzjera, bo ja nie chcę za tanie pieniądze
wyglądać jak strach na wróble. I to jeszcze w takim ważnym dniu.
Więc ja zaraz poleciałem do domu i dotąd mamę męczyłem, aż się
zdenerwowała i też dała mi pięć złotych.
Mietek czekał na mnie i poszliśmy razem.
Niedaleko naszej bramy spotkaliśmy Tomka, który właśnie szedł
do nas. Jak się dowiedział, dokąd idziemy, to tylko poprosił, żeby na
niego chwilę poczekać i też wrócił z pięcioma złotymi.
Do tego porządnego fryzjera mieliśmy spory kawał drogi. Słońce
tak strasznie grzało, że po prostu trudno było wytrzymać. A na
każdym rogu stała budka z lodami.
Tomek powiedział, że ma znajomego fryzjera. To jest też bardzo
dobry fryzjer, a po znajomości na pewno nas ostrzyże za cztery złote.
Tym sposobem możemy oszczędzić po złotówce.
A oszczędność to jest bardzo dobra rzecz. Nawet na jednej zbiórce
mówili, że kto oszczędza, to może sobie pozwolić na jakąś
przyjemność.
- Świetnie - mówi Mietek. - Najpierw oszczędzimy, a zaraz potem
możemy sobie kupić lody.
Tomek się zgodził z Mietkiem, a ja zgodziłem się i z Mietkiem, i z
Tomkiem, bo mama zawsze mi każe z kolegami żyć w zgodzie.
Kupiliśmy sobie trzy lody i skręciliśmy do Tomkowego znajomego.
Ale na tej ulicy upał był jeszcze większy. Pewnie dlatego, że
drzewa rosną tu rzadziej. Za to budek z lodami stało jeszcze więcej.
Mietek ciągle ocierał pot z czoła, a wreszcie powiedział:
- Jak mamy iść do tańszego fryzjera, to lepiej od razu chodźmy do
spółdzielni fryzjerskiej. Tam biorą za strzyżenie tylko po trzy złote.
Zgodziliśmy się z nim od razu. Moja babcia mówi: „Zgoda buduje
- niezgoda rujnuje” - a starsi zawsze mają rację i trzeba ich słuchać.
Znowu kupiliśmy trzy lody. Ale w tej budce porcje były chyba
mniejsze, bo zjedliśmy je bardzo prędko.

Poszliśmy do spółdzielni fryzjerskiej. Idziemy i idziemy, a upał
staje się coraz większy i większy. Pewno to było oberwanie słońca, bo
jak jest duży deszcz, to się mówi, „oberwanie chmury”.

Nagle Tomek poczuł, że na pewno dostanie porażenia
słonecznego i umrze. A Mietek powiedział do mnie, że nie możemy
do tego dopuścić, bo wszystko byłoby na nas. Więc kupiliśmy jeszcze
trzy lody.

Tomkowi zaraz zrobiło się lepiej, ale musieliśmy usiąść na ławce i
naradzić się, bo już nam zostało tylko sześć złotych.

Na dwa ostrzyżenia w spółdzielni starczyłoby. Długo nie
mogliśmy się zdecydować, który z nas zostanie z nie ostrzyżoną
głową. To wcale nie było łatwe. Tomek wczoraj zbił niechcący szybę i
nie mógł sobie pozwolić na nową rozprawę z rodzicami, bo co za
często - to niezdrowo. Ja i bez szyby dostałbym lanie, bo moja mama
jest strasznie prędka w rękach. A Mietek miał takie zapuszczone
włosy, że gdyby się z nie ostrzyżoną głową zjawił w szkole, pan
kierownik na pewno posadziłby go z dziewczynami.

Mietek znowu wpadł na dobry pomysł.
- Na każdego z nas wypada po dwa złote czyli po pół strzyżenia u
Tomkowego fryzjera. Skoczę po nożyczki i do połowy ostrzyżemy się
sami. A na dokończenie pójdziemy do niego.
Mietek poleciał do domu i przyniósł nożyczki. Znaleźliśmy dobre
miejsce w krzakach. Trochę było ciasno, ale nie zrażaliśmy się
trudnościami. Najpierw Tomek ostrzygł mnie i Mietka. Potem ja
ostrzygłem Tomka i poprawiłem trochę Mietka, bo wyglądał jakoś
dziwnie. Potem Mietek chciał jeszcze poprawić Tomka i mnie, ale
zrobiło się późno. Baliśmy się, żeby fryzjer nie zamknął zakładu.
Tomkowego znajomego wcale nie zastaliśmy. Właśnie kilka dni
temu wyjechał na urlop. A ten, co był, to tylko na nas spojrzał i tak się
zaczął śmiać, że aż mu / OCZU łzy leciały. Obraziliśmy się i
wyszliśmy, ale byliśmy tak zmartwieni, że aż się wszyscy ludzie za
nami oglądali.
Tomek radził, żeby iść do niego. Jego brat ma maszynkę do
strzyżenia włosów. Trochę tępa, ale trudno. Żeby się tylko zgodził nas
ostrzyc, bo nie lubi tego robić.
Kupiliśmy trzy lody po dwa złote, żeby go wprowadzić w dobry
humor. Już nam nie było wcale gorąco i naprawdę chcieliśmy dać
Tomkowemu bratu, ale rozpuszczały się szybko i musieliśmy’je co
chwila oblizywać. A potem Mietek powiedział, że to niehigienicznie

dawać takie oblizane lody, bo na języku mogą być zarazki. Więc
zjedliśmy do reszty te lody, chociaż nam już nie smakowały.

Tomka brat jak nas zobaczył, to tylko powiedział: „O rany!” - i
nawet nie kazał się długo prosić. Ale maszynka była bardzo tępa.
Bolało więcej niż lanie, które dostałem od mamy.

I gdzie jest sprawiedliwość? Lanie dostałem tylko ja. Tomka
wybronił brat. Mietka strasznie rozbolał brzuch. Jego mama myślała,
że on zaraz umrze, i upiekło mu się. Ja jeden padłem ofiarą. I za co?
Czy to moja wina, że na ulicy stoi tyle budek z lodami?!..

DOBRE POSTANOWIENIE
asza nowa pani prosiła, żeby każdy z nas postanowił sobie coś
dobrego. Może to postanowienie jutro powiedzieć albo, jak nie chce,
to może nikomu o nim nie mówić, ale powinien je sobie wyryć w
głowie, żeby o nim dobrze pamiętał przez cały rok. Wszystkim się to
podobało. „Postanowienie czwartoklasisty”. To się ładnie nazywa. I
nowa pani też się wszystkim podobała.
Dziewczynki powiedziały, że jest najładniejsza ze wszystkich
nauczycielek. A chłopcy cieszyli się, że uczy dopiero pierwszy rok, to
nie będzie taka ostra.
A ja siedzę i myślę, co by tu sobie postanowić. Chciałbym coś
ładnego, bo jak mi się od początku dobrze zacznie, to już tak będzie
przez cały rok. Ale mi nic do głowy nie przychodzi. Może mi się coś
przyśni? A może jutro pójdzie mi lepiej?
Ani mi się w nocy nic nie przyśniło, ani z rana nic nie wymyśliłem,
chociaż wcześniej wstałem. Co prawda przed śniadaniem nie bardzo
dobrze się myśli. Widocznie wrodziłem się w tatusia, bo mój tatuś
zawsze mówi, że na głodnego to żadna praca nie idzie.
Ale i po śniadaniu, chociaż się porządnie najadłem, też nie udało
mi się nic wymyślić.
Wreszcie wpadło mi do głowy, że skoro o tym postanowieniu
można nie mówić, to skąd pani będzie wiedziała, kto już sobie
postanowił, a kto jeszcze nie? Lepiej parę dni poczekać i postanowić
coś naprawdę niezwykłego, tak jak przystało na ucznia czwartej klasy.
Mamusia koniecznie chciała, żebym pobiegł do spółdzielni, a z
powrotem wstąpił jeszcze do piwnicy po kartofle i po drzewo, ale się
wymówiłem, bo mam taką ważną rzecz do wymyślenia, a jak nie
wymyślę, to pani będzie się gniewać i może mi od razu na samym

początku dwójkę postawić, a potem mama będzie na mnie krzyczała.
Więc mama już nic nie mówiła, tylko machnęła ręką, a ja poszedłem
do szkoły.

Było jeszcze wcześnie i w korytarzach nie spotkałem nikogo. W
naszej klasie siedział tylko Sewerek. Kiedy mnie zobaczył, zaraz
zapytał:

- Serwus, Jacek, czy wymyśliłeś postanowienie?
- Serwus, Gruszka. A ty wymyśliłeś?
- Wymyśliłem.
- A co?
- A ty co?
- Słuchaj, Gruszka, ja pierwszy cię zapytałem, co wymyśliłeś, to
powinieneś pierwszy odpowiedzieć.
- No, niech tam. Wymyśliłem takie postanowienie, że na mojej
ławce będzie zawsze porządek. Nie będę rozlewał atramentu ani
zostawiał ogryzków od jabłek, a koło mojej ławki ly nie będzie
żadnych śmieci. No, jednym słowem, każdy od razu pozna: tu siedzi
porządny uczeń, bardzo mi się ten pomysł spodobał i mówię: Wiesz,
Gruszka, to jest świetne hasło: „Tu siedzi porządny uczeń”. Bardzo
dobre postanowienie. Lepsze nawet niż twoje.
A ty co wymyśliłeś?
Ja wymyśliłem takie postanowienie, którego się na głos mówi.
Żeby nikt nie wiedział. Ale mi się twój pomysł le-j podoba i też tak
sobie postanowię.
Mądry jesteś - burknął Gruszka - do gotowego każdy by chciał. «
A właśnie że nie do gotowego, bo do twojego pomysłu ja coś
dodam i dopiero to będzie coś takiego, że cała klasa zbaranieje. Bo
tego jeszcze nie było.
- Mów lepiej, co - niecierpliwił się Sewerek.
- Masz scyzoryk?
- Mam, ale ci nie dam, bo możesz mi go złamać.
- Niepotrzebny mi twój scyzoryk, sobku - mówię do niego.
- To dlaczego pytasz?
- Bo gdybyś nie miał, to pożyczyłbym ci swojego. Ja nie je-m taki
chytrus jak ty.
- Ale na co ci potrzebny ten scyzoryk?
- Widzisz, Gruszka, pani powiedziała, żeby sobie każdy to
stanowienie wyrył w głowie…
- No tak, to znaczy, żeby zapamiętał.

- Ale sam wiesz, czy to łatwo pamiętać taką rzecz, którą sobie
człowiek niby to wyryje w głowie?

- Chyba nie.
- „Chyba, chyba”. A ja ci mówię, że na pewno niełatwo, wiem to z
doświadczenia. Ile razy w zeszłym roku postanawiałem sobie
wcześnie wrócić ze ślizgawki albo z boiska. No i ? Jak tylko
zobaczyłem piłkę, to zapominałem zupełnie. I potem miałem tylko
nieprzyjemności.
- No więc co?
- Więc my to postanowienie wyry jemy na ławkach. Nigdy nim nie
zapomnimy, bo zawsze będziemy mieć je przed oczami. A wszyscy
będą nam zazdrościli wspaniałego pomysłu.
Gruszce podobało się to, co mówiłem, i zaraz wzięliśmy się do
roboty.
Powoli przychodzili inni chłopcy i przyglądali się, co my robimy.
Tomek mnie popędzał, żebym się spieszył, bo on też nic nie mógł
wymyślić i chciał na swoim pulpicie wyryć to nasze postanowienie.
Ale powiedziałem, że tak zupełnie za darmo do gotowego pomysłu,
nad którym się inni może całą noc męczyli to nieładnie. Tomek jest
kolega honorowy. Zaraz wyjął z tornistra jabłko i niebieską szklaną
kulkę. Ja w? i iłem kulkę. Jabłko się zje i ani śladu.
- Idź, jabłko, do Gruszki - powiedziałem.
Robota szła mi szybko. Czy to, że mój scyzoryk jest ostrzejszy, czy
to, że Tomek mnie poganiał, dosyć, że kiedy pani wchodziła po
dzwonku do klasy, moje hasło było już skończone i podawałem
scyzoryk Tomkowi. A Gruszka miał dopiero dwa wyrazy gotowe.
Pani naturalnie zaraz zauważyła napis na Sewerkowej ławce, bo
na czarnym pulpicie te litery błyszczały jak złote. Aż rękami plasnęła i
zapytała:
- Kto to zrobił?
Zaraz sobie pomyślałem, że kiedy pani zobaczy mój już
wykończony napis, to dopiero się zdziwi. Ale nie chciałem się
chwalić. Może kto z kolegów powie. I rzeczywiście Tomek zaraz
zawołał:
- Proszę pani, Jacek jeszcze ładniej wyciął! O tutaj. Pani podeszła,
a nawet podbiegła do mojej ławki. Minę
miała taką, że aż mi się nieprzyjemnie zrobiło. A pani tylko
spojrzała na mój piękny napis, złapała się za głowę i powiedziała:
- Kto to wymyślił?

Mogłem powiedzieć, że Gruszka, ale widzę, że tu coś niedobrze
wyszło - po co będę całą winę na niego składał - więc jak szlachetny
kolega mówię:

- Proszę pani, wymyśliliśmy to razem z Sewerkiem. Sewerek nie
był taki szlachetny jak ja.

- Ja tylko do połowy wymyśliłem - powiedział. - Samo po-
anowienie, wycinanie to - Jacek.

Pani tylko głową pokiwała, a patrzyła na nas, jakby się sta-> jakie
wielkie nieszczęście. A potem jak zaczęła mówić! Ojeja!

Cała klasa spoglądała na nas jak na zbrodniarzy. A Zocha
Jaskólska powiedziała, że ten, kto niszczy własność szkolną, 3 jest
gorszy niż nie wiem co. Że trzeba pilnować, bo jutro przyjdzie nam do
głowy pokrajać kanapę w gabinecie pana kierownika, a pojutrze to
wyniesiemy fortepian na szkolne podwórze i porąbiemy go na drobne
kawałki, a za tydzień…

Całe szczęście, że pani jej przerwała i powiedziała, że nie trzeba
tak mówić’, bo chyba już sami zrozumieliśmy.

Myślałem, że to zaraz się skończy. Ale nie skończyło się tak
prędko. Bo jak pani przestała mówić o szanowaniu mebli w szkole,
zaczęła - o błędach. Gruszka zrobił jeden błąd, napisał „tu” przez „ó”.
A ja dwa, bo i „tu” z błędem, i „porządny”

przez „ż”.
I znowu pani więcej do mnie mówiła niż do Gruszki. A dlaczego
on ode mnie lepszy? Że nie zdążył do końca wyciąć napisu? Gdyby
zdążył, to na pewno zrobiłby jeszcze więcej błędów.
Od tego całego zamętu to aż mnie głowa rozbolała.
Postanowiłem już nigdy tak wcześnie do szkoły nie przychodzić.
Gdybym przyszedł później, nie miałbym czasu wyskrobać liter na
pulpicie. Tak jak Tomek. On przychodzi zawsze przed samym
dzwonkiem.
A Tomek też ananas. Powiedział, że się rozmyślił, i nie skorzysta z
naszego pomysłu, więc żebyśmy mu oddali to, co nam dał. I znowu
tylko ja musiałem oddać, bo Sewerek jabłko już zjadł. To był straszny
dzień. Wszystko przeciw mnie się obracało.
A czy ja co złego chciałem?
Kiedy wracałem do domu (sam, bo się z Tomkiem pogniewałem o
tę kulkę, taki chytrus), wymyśliłem sobie postanowienie: Nigdy nie
będę korzystać z cudzych pomysłów. Zawsze wymyślę coś własnego.
Nawet babcia często mówi: „Lepsze własne - choćby ciasne”.

NIESPRAWIEDLIWI KOLEDZY
Dziwne, że człowiek zawsze ma ochotę na to, czego nie ma. Jak
był rok szkolny, to wzdychałem, żeby były wakacje. Jak wyjechałem
na kolonie i przy końcu parę dni padał deszcz, to chciałem już być w
szkole. A jak przyjechałem do domu, to mama ciągle coś mi kazała
robić albo do sklepu posyłała, i nawet nie mogłem powiedzieć, że nie
mam czasu, bo na jutro dużo zadane. Przecież lekcji jeszcze ńie było.
I dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy zaczął się rok szkolny. A
teraz znowu żałuję, że wakacje będą dopiero za dziewięć miesięcy.
Dziwne!
W szkole, owszem, wesoło. Tylko przekonałem się znowu, że mam
pecha. Kasia Smolikówna, ta, co mieszka na naszych schodach,
mówiła, że w ich szkole jeszcze nie ma stałego planu. I codziennie są
tylko trzy albo cztery lekcje. A u nas to od pierwszego dnia po pięć
godzin. I nauczycieli nie brak, i żaden nie choruje.
Mietek Staszewski też szczęściarz, nie ma jeszcze wszystkich
książek do nauki. A mnie mama już w sierpniu kupiła. Żadnej
wymówki przy odrabianiu lekcji nie mam. Pech!
Albo na zbiórce. U nas zaraz na pierwszej zbiórce zaczęli mówić o
tym, żeby w tym roku wszystko było lepiej. Żeby dwójek nie było,
żeby nie opuszczać lekcji, no różne takie rzeczy.
Gdyby ode mnie zależało, to owszem, można o takich rzeczach
mówić, ale dopiero na jakiej dziesiątej albo piętnastej zbiórce. A tak
to tylko człowiek się zniechęca. I na drugą zbiórkę nie poszedłem.
Znów miałem pecha. Bo ta druga zbiórka była podobno tak
wesoła, jak jeszcze nigdy. Więc na trzecią poszedłem. No i znowu
wpadłem. Jak pech,
t0Rzucili się wszyscy na mnie, że się spóźniłem. Jakby było warto
o ten jeden raz takie piekło robić. Sam wiem, że w zeszłym roku
spóźniałem się często. W tym roku powiedziałem sobie, że spóźniać
się tak często nie będę. A na tę zbiórkę po prostu spóźniłem się
niechcący.
Całe szczęście, że są jeszcze dobrzy koledzy na świecie. Fe-lek
Jakubiak, ten z drugiej ławki, chociaż się słabo uczy, jest porządny
chłopak. Bronił mnie. Powiedział, ze nie powinno sie tak od razu
napadać. ,

Trzeba najpierw zapytać, dlaczego Jacek się spozmł. Może był
niezdrów; może ma daleko do szkoły albo może siostrę z przedszkola
musiał przyprowadzić? A może przechodzi obok Skiej ciekawej
wystawy? I w ogóle - mówił Felek - nie róbmy Jackowi takich
wymówek, bo mnie się zdaje, ze on jest bardzo nieśmiały i może mu
być przykro.

Niestety. Nic nie pomogło. Jeden Felek był za mną. A inni to się
strasznie rzucali. I na Felka napad i. Ze niby on mnie broni, bo sam
często się spóźnia. I nagadali nam obydwom, ze ze spóźnianiem ma
być koniec.

A przecież Felek prawdę mówił. Rzeczywiście, zdrowia wielkiego
nie mam. A chociaż nic mnie me boli, to nie wiadomo czy jakaś
choroba we mnie juz me siedzi. Do szkoły to mam niby niedaleko, ale
i nieblisko… tak… raczej nieb isko. A po drodze jest jeden sklep z
rowerami i ma dwie wystawy, koło których żaden chłopak spokojnie
nie przejdzie. Od tamtej zbiórki upłynęło już pięć dni Nie spóźniłem
się w tym czasie ani razu. Ale nikt mnie za to jeszcze me pochwalił.
Czy to tak powinno być?

Jednak nie zniechęcam się. Powiedziałem sobie: - Trudno pech
mnie prześladuje, koledzy są niesprawiedliwi. Dobrze, że chociaż
jeden wśród nich się znalazł, co mnie rozumie. To dużo znaczy.

PRZYKRE NIEPOROZUMIENIE
Wiele jest różnych wynalazków, ale przeważnie takich, które
wcale nie przydadzą się w życiu szkolnym. To pewnie dlatego, że ci,
którzy robią wynalazki, już dawno przestali chodzić do szkoły i
zapomnieli, ile musi namęczyć się biedny uczeń, żeby mieć więcej
czasu na bieganie po świeżym powietrzu.
A gdybym ja chciał wymyślić jakiś wynalazek szkolny, na
przykład, żeby pauzy były długie, a lekcje krótkie, toby zaraz wszyscy
powiedzieli, że jestem jeszcze za młody i za mały. A przecież kiedy
będę już stary, to zapomnę o pauzach.
Sputniki latają, owszem, ale jak będzie wycieczka na księżyc, to na
pewno pojadą sami dorośli, więc nic mnie nie cieszy i już wolałbym
choćby taki wynalazek, żeby w niedzielę była zawsze pogoda. Ale tego
nikt ze starszych nie wymyśli. Oni i tak mogą wychodzić z domu
nawet w taką niedzielę, kiedy pada deszcz.

Bardzo bym chciał, żeby się rozwinęła specjalna technika na
użytek uczniów, bo przez jej brak stale mam różne poważne kłopoty.

W tę niedzielę miała być wycieczka za miasto do lasu. Wszyscy się
cieszyli, i dzieci, i rodzice. W lesie jest całkiem inaczej niż w mieście. I
zupełnie bezpiecznie. Żeby nawet kto chciał, to nie może wpaść ani
pod auto, ani pod motocykl, ani nawet pod tramwaj.

W sobotę wieczorem siadłem do odrabiania lekcji, ale po krótkim
namyśle odłożyłem je na niedzielę wieczór, żeby w poniedziałek
pamiętać wszystko na świeżo. Tymczasem przygotowałem sobie to,
co było potrzebne na wycieczkę. Tatuś pożyczył mi chlebak, w którym
oprócz chleba zmieściły się bułki i placek, i jajka, i rzodkiewki, i wiele
innych rzeczy, żebym na wycieczce nie umarł z głodu i jeszcze mógł
kolegów poczęstować, bo oni też mnie na pewno poczęstują.

Spać poszedłem wcześnie, żeby nie zaspać, bo w niedzielę trzeba
było obudzić się o szóstej. I rzeczywiście, nie zaspałem, ale wszystko
na próżno: za oknami lało jak nie wiem co. Mysiałem, że deszcz może
przejdzie, ale nie chciał i nic było żadnej siły, żadnego takiego
wynalazku, żeby go zatrzymać.

Mama nie wypuściła mnie z domu. Powiedziała, że w taką pogodę
wycieczek się nie urządza. Cały dzień spędziłem w domu. Nikt ninie
nie żałował, tylko babcia powiedziała: „Biedne dziecko, nawet w
niedzielę siedzi nad książ-ką”.

Rzeczywiście, od książki nie mogłem się oderwać - taka była
ciekawa i wzruszająca. Bardzo mi było żal Robinsona, że miał takie
przygody, a mnie tam nie było. Na pewno pomógłbym mu, choćby
tym, co miałem w chlebaku.

Deszcz lał cały dzień. Nikt do mnie nie przyszedł i ja też do nikogo
nie poszedłem. A wieczorem taki byłem wzruszony i zasmucony
przeżyciami Robinsona, że już na nic siły nie miałem i bardzo chciało
mi się spać.

I tak przeszła cała niedziela.
A na drugi dzień w szkole przypomniało mi się, że był zadany na
pamięć wiersz, a ja się go nie nauczyłem.
Wiersz zaczynał się: „Jadą, jadą dzieci drogą…”, i tylko tyle
pamiętałem.
Miałem jeszcze nadzieję, że może pani mnie nie wyrwie, ale pani
ma jakiś sposób, bo zawsze wyrywa mnie wtedy, kiedy nie umiem
lekcji.

Tak było i teraz. Ledwo rozpoczęła się lekcj a, pani wyrwała mnie.
Nie miałem innego wyjścia, wstałem i zacząłem:

- „Jadą, jadą dzieci drogą…” - wtem coś mnie w gardle zadrapało i
zakrztusiłem się.

A pani mówi:
- Zacznij jeszcze raz. Więc zacząłem jeszcze raz:
- „Jadą, jadą dzieci drogą…” - ale dostałem kaszlu i nie mogłem
mówić dalej, a pani mówi:
- Cóż to znaczy? Jadą te dzieci, jadą, a dalej ani rusz. Nie
pamiętasz, co było dalej? Co te dzieci widziały w drodze?
- Proszę pani - tłumaczę - to wszystko przez tę niepogodę.
Gdybyśmy wczoraj byli na wycieczce, to byłoby mi o wiele łatwiej
zapamiętać, co się widzi po drodze. Ale padał deszcz, a u nas przez
okno to się widzi tylko plac i cegły na budowie i więcej nic.
- Mój Jacku - mówi pani - zawsze masz jakieś dziwne wykręty, a
przecież gdybyś przysiadł wczoraj nad książką, dziś nie byłoby
kłopotu.
Bardzo mnie zabolała ta niesprawiedliwość. O mało nie
zapłakałem nad swoim losem, ale przypomniałem sobie, że jestem
mężczyzną, a mężczyzna nie płacze, więc tylko powiedziałem:
- Całą, calutką niedzielę przesiedziałem nad książką. Jeżeli mi
pani nie wierzy, to i babcia, i mamusia mogą zaświadczyć.
- Nad jaką książką? - pyta pani.
- Nad „Robinsonem”.
- Aha, szkoda, że nie nad tą, w której był zadany wiersz. A
ćwiczenia napisałeś? Pokaż no mi zeszyt!
A ja o tym ćwiczeniu na śmierć zapomniałem!
Pani obejrzała zeszyt i postawiła w nim dwójkę. Dwójka nie była
duża, tylko średnia, a to znaczy, że pani nie była „strasznie”
rozgniewana, bo kiedy pani jest „strasznie” rozgniewana, to dwójki
stawia duże. I rzeczywiście pani już nic nie mówiła, tylko powiedziała
bardzo smutnym głosem:
- Jacku, już sama nie wiem, co mam z tobą zrobić. Obiecaj mi, że
tę dwójkę poprawisz. Tak, żebyśmy o niej zapomnieli, bo to wielka
dla mnie przykrość.
Naturalnie, obiecałem, chociaż nie mogłem zrozumieć, dlaczego
pani ma do mnie pretensję. Kto postawił tę dwójkę? Kto komu zrobił
przykrość?

W domu zaraz wszystko się wydało. Mama obejrzała zeszyt,
kazała sobie powtórzyć to, co mówiła pani, i powiedziała:

- Żebyś tylko nie odkładał tej obietnicy, bo zapomnisz znowu. Weź
się do roboty zaraz.

Wziąłem się zaraz po obiedzie. Namęczyłem się, bo to wcale nie
było łatwe. Chciałem dwójkę poprawić na piątkę - nie pasowało. Na
czwórkę też nie. Udało się na trójkę, ale ogonek musiałem wydrapać,
wygładziłem paznokciem i, rzeczywiście można by o tej dwójce
zapomnieć, tylko w tym miejscu, gdzie była, zrobił się trochę cieńszy
papier od skrobania i wycierania. Ale dziury nie było.

Zaraz na drugi dzień pani mnie zapytała:
- No, jak tam, Jacku, chcesz poprawić tę wczorajszą dwójkę?
- Już ją poprawiłem - mówię i pokazuję zeszyt, żeby pani
zobaczyła. A pani aż za głowę się wzięła.
- To nazywasz poprawieniem dwójki?
- Proszę pani - mówię - nie bardzo mi się udało, bo to pierwszy
raz i nie mam jeszcze wprawy. Na drugi raz postaram się lepiej.
Nawet nie chcę opisywać, co było dalej i w szkole, i w domu.
Okazało się, że to, co zrobiłem, to jest straszna rzecz. Stopnia
postawionego przez nauczyciela nie wolno przerabiać za nic na
świecie. A przecież cała klasa mogłaby zaświadczyć, że pani wyraźnie
mówiła: „Popraw tę dwójkę”.
LEKCJA O HIENIE
Dzisiaj na ostatniej lekcji miały być rachunki. Ale ‘ przyszedł pan
kierownik i powiedział, że zamiast rachunków jeden pan opowie nam
trochę o hienie. Wszyscy się z tego ucieszyli, a najwięcej ja i Tomek.
Nawet o zwyczajnych zwierzętach to też ciekawsze niż tabliczka
mnożenia, a cóż dopiero o takim drapieżniku.
- Może ten pan przyniesie ze sobą jaką hienę w klatce -mówi
Tomek, ale ja wiedziałem, że na to pan kierownik nie zgodziłby się. I
miałem rację, bo hiena mogłaby jeszcze klatkę przegryźć i rzucić się
na nas. Takie zwierzę wypchane albo na obrazku jest dużo
bezpieczniejsze.
Na ostatniej lekcji przyszedł do nas jeden pan i jedna pani. Mieli
na sobie białe fartuchy, bo to byli lekarze. I nie mówili o żadnych
dzikich zwierzętach, tylko - o higienie, to znaczy, żeby zawsze mieć
czyste ręce, uszy, i nogi, i szyję, no, jednym słowem - wszystko. I

jeszcze żeby myć owoce przed jedzeniem, bo na owocach siedzą takie
drobniutkie choroby i można zachorować.

Najpierw nam o wszystkim opowiadali i nawet dosyć to było
ciekawe. Potem ta pani namawiała, żeby się każdy wypowiedział. Ale
nikt nie chciał. Ta pani stała blisko mnie i nagle mówi:

- Może ty nam coś powiesz o higienie?
Wstałem, chociaż nie wiedziałem, co powiedzieć. I do tego bałem
się, bo pan już trzy razy zapisywał mnie za brudne paznokcie.
A ta pani podeszła jeszcze bliżej i namawiała:
- Śmiało. Nie bój się, tylko powiedz, co myślisz. Powiedz, szczerze,
czy ci się podoba nasza pogadanka?
Myślę sobie, jeśli szczerze to owszem, mogę powiedzieć, i mówię:
- Ja, proszę pani, wolałbym posłuchać o hienie niż o higienie, ale
trudno. A jeżeli ma być szczerze, to muszę powiedzieć, że ja się myć
nie lubię. A najgorzej nie lubię myć uszu i szyi. Moja mama
powiedziała, że co by to było, gdybym ja miał szyję jak żyrafa. Tyle
mycia! Ale mnie się zdaje, że to nie byłoby takie straszne, bo na takiej
pstrej szyi wcale nie widać, gdzie umyte, a gdzie nie. A na mojej
widać. Całe szczęście, że mama wychodzi do pracy wcześniej ode
mnie, a potem tylko pyta. Ja zawsze mówię, że myłem, bo po co
mamę denerwować? Tylko w niedzielę nie mogę się wykręcić, bo
mama własnoręcznie mnie szoruje i zawsze się dziwi, co ja robię, że
taki jestem brudny.
Powiedziałem to wszystko i chyba dobrze zrobiłem. Przynajmniej
jeden uczeń z naszej klasy wypowiedział się. Bo już nikt więcej się nie
wypowiadał. A panu w białym fartuchu podobało się chyba, co
mówiłem, bo cały czas się śmiał i kiwał głową do pana kierownika.
Tymczasem, kiedy ci państwo wyszli, cała klasa wsiadła na mnie.
Wołali, że się o mało nie spalili ze wstydu za mnie, że w moich uszach
to można rzepę siać. No i że od jutra będą mnie pilnowali.
Było mi bardzo przykro. Już nigdy nie będę się wypowiadał przy
obcych.
W domu obejrzałem swoje uszy w lusterku. Wcale nie są ta-e
strasznie brudne. Trochę tylko w zgięciach. A czy to ja jestem winien,
że ludzie mają takie pokręcone uszy? Przecież mogliby mieć zupełnie
gładkie. I ładniej byłoby, i do mycia łatwiej.
Tymczasem wróciła mama z miasta i skrzyczała mnie okropnie.
Spotkała pana kierownika i dowiedziała się o wszystkim. I też o mało
nie spaliła się ze wstydu. Każdy się tak przeze mnie o mało nie spali,

jakbym ja był z zapałek albo co. Powiedziałem mamie, ale mama
mnie skrzyczała, że już ma dość tego wszystkiego i niech tylko ojciec
wieczorem wróci… Jak to usłyszałem, to już dla świętego spokoju
rozebrałem się zaraz i umyłem w ciepłej wodzie prawie tak, jak na
Wielkanoc. Mama powiedziała, że woda po mnie jest jak z psa. Nie
chciałem się mamie sprzeciwiać, ale widziałem raz, jak mi z parteru
myła swojego pudla, to woda była brudniejsza. Przed wieczorem
przyszedł do mnie Tomek. Miał czerwone oczy i wcale nie chciał
siadać. Od razu się domyśliłem, że się coś stało. I rzeczywiście.
Tomek oglądał maszynkę do golenia. Żeby potem, kiedy już sam
będzie się golił, wiedzieć, jak się zakłada żyletkę. No i jedna śrubka
gdzieś się zapodziała, jak kamień w wodę. A ojciec powiedział, że cała
maszynka na nic, i sprawi! Tomkowi lanie.

Pocieszyłem Tomka, że mnie też czeka lanie. Chociaż umyłem
nawet nogi, żadnej nadziei nie mam, że mnie ominie. Tomek
postanowił, że do domu już nie wróci, bo o tej maszynce będzie się u
nich mówić do końca życia. I żebyśmy poszli w świat. Niech się
rodzice martwią.

Wziąłem na wszelki wypadek dwa kawały chleba, bo To-lek jest
bardzo niepraktyczny: w świat idzie, a o jedzeniu nie pamięta. I
poszliśmy.

Ledwie wyszliśmy na ulicę, a tu leci siostra Tomka i woła: -
Tomek! Chodź do domu! Śrubka się znalazła. Była pod komodą.

Tomek nawet się nie obejrzał. Poszliśmy na Mariensztat i
siedliśmy pod fontanną. Potem zjedliśmy chleb. I dopiero wieczorem
jak nam się jeść zachciało, wróciliśmy na naszą ulicę. Wstąpiliśmy
najpierw do mnie. Mama mi powiedziała, że ojciec tylko co pojechał
do Poznania. Wróci dopiero za trzy dni.

- I po co j a się tak myłem? - mówię do Tomka. - Jutro i tak mnie
mama przypilnuje. Już mi zapowiedziała.

Tomek westchnął głęboko. Pewnie pomyślał o śrubce.
- W życiu czasami tak dziwnie się składa - powiedział. - Za co ja to
lanie dostałem?
OKAZJA
Już po tej stronie, gdzie jest sklep z rowerami, rano nie chodzę.
Wolę iść po drugiej stronie ulicy. A jednak dwa razy się spóźniłem. I
znowu napadli na mnie na zbiórce.

Najwięcej przygadywał mi Wiesiek. Taki kolega to gorszy nie
wiem od czego. Nie zastanowił się, że na zbiórkę przyszedł sam
drużynowy, i wyliczał, jakbyśmy byli w swoim kółku, że ja tylko o
sobie myślę, że do żadnej pracy społecznej ręki nie przykładam, i w
ogóle.

Wolałbym się pod ziemię zapaść, bo wszyscy na mnie patrzyli jak
na jakiego zbrodniarza. Aż drużynowy powiedział:

- A może Jacek po prostu nie miał do tej pory okazji, aby was
przekonać, że nie jest z nim tak źle, jak myślicie?

- Naturalnie! - zawołałem. - Niech się tylko trafi okazja, to
zobaczycie.

I jak na złość okazja zaraz się trafiła.
Trzeba było zaopiekować się Jasiem Zwolińskim z drugiej klasy.
Jego matka wyjechała na miesiąc do Ciechocinka na leczenie. Ojciec
Jasia wychodzi do pracy wcześnie rano i wraca czasami późnym
wieczorem. A Jasio jest trochę niezaradny, więc mu trzeba pomóc. Bo
aż wstyd, żeby uczeń tak wyglądał i przychodził do szkoły z nie
przygotowanymi lekcjami.
Kiedy Wiesiek zapytał, kto chce zaopiekować się Jasiem,
drużynowy zaraz spojrzał na mnie. Więc co miałem robić?
Powiedziałem, że owszem, chcę.
Wiesiek bąkał coś pod nosem, że ja „nie wywiążę się”. Aż mnie
zatrzęsło ze złości. „Poczekaj — pomyślałem sobie — już ja ci pokażę!”
I rzeczywiście, przez dwa tygodnie mojej opieki to Jasio wyglądał
jak ta lala: umyty, uczesany, buciki — jak słońce.
Widziałem, Ŝe Wieśkowi oczy na wierzch wyłaziły ze zdziwienia.
Czekałem, kiedy wreszcie powie, Ŝe się „wywiązuję”, ale on — nic,
tylko patrzył.
A ile mnie ten Jasio pracy kosztował!!! Kto inny toby na moim
miejscu nie wytrzymał. Bo tak: szyi nie chciał myć. Musiałem stać
nad nim i własnoręcznie namydlać. Guzika nie umiał przyszyć. Ani
butów oczyścić.
Kiedy mówiłem, żeby sam coś zrobił, to zaczynał płakać, że on jest
prawie jak sierota. Dał mi nawet list od swojej mamy. W tym liście
było napisane: „Jak wy sobie radzicie, moje sieroty, beze mnie?”
Pokazałem mu, jak trzeba buty czyścić. Myślałem, że choć to
potrafi sam zrobić. Gdzie tam! Powiedział, że mu bez matki tak
smutno, że zupełnie do niczego chęci nie ma. A zresztą, czy ja się nim
nie opiekuję?…

Co miałem robić? Gdyby Jasio przyszedł w zabłoconych butach do
szkoły, to Wiesiek zaraz nagadałby na mnie, że „się nie wywiązuję”.
Niedoczekanie.

Już niedługo miała wrócić matka Jasia. Cieszyłem się, że moja
katorga się skończy. Niestety, jak kto ma pecha, to żeby na głowie
stawał, nie może sobie opinii poprawić.

Zaziębiłem się i kilka dni musiałem leżeć w łóżku. Pocieszałem
się, że może

Jasio przez ten czas brudem nie zarośnie. A ten cały Jasio zaraz
pierwszego dnia po lekcjach pobił się z chłopakami na podwórku. I
przyszedł na drugi dzień do szkoły jak nieboskie stworzenie. Brudny,
z oberwanymi guzikami, z rozprutym rękawem.

Nasi chłopcy zwrócili mu uwagę. A on jeszcze z pretensjami do
nich.

Że co to za opiekun ze mnie! że wcale u niego nie byłem! śe on juŜ
dwa dni ma nie oczyszczone buty. Wszystko przeze mnie.

Dopiero pękła bomba.
Jak tylko przyszedłem do szkoły, to zaraz mnie zaczęli maglować.
A Wiesiek powiedział, że mu drużynowy powiedział, żeby mnie
powiedział, że ja Jasia zaraz… coś takiego o morelach. Aha: zde-
moreli-zowałem.
Broniłem się jak lew. To taka zapłata za moje uspołecznienie? I za
moje dobre serce? Że się ulitowałem nad opuszczoną sierotą?
- Powinieneś chłopakowi tylko mówić, co ma robić! -Wołali
koledzy.
- I pokazywać!
- I tylko dopilnować!
- Przecież najpierw mówiłem, ale on nie chciał nic robić.
- A nie mogłeś mu wytłumaczyć? Trzeba było spróbować z nim
cierpliwie jak matka?
- Jak matka? Właśnie jego matka za niego wszystko robiła.
- A nie mogłeś nam powiedzieć, że to tak jest? - mówił drużynowy.
- Przecież byśmy ci pomogli…
Że też mi do głowy nie wpadło!
TECHNIKA TO WIELKA RZECZ
Maszynę do liczenia widziałem pierwszy raz w życiu.

I jak Marek o niej mówił w klasie, to nikt nie wierzył, tylko
wszyscy zaraz chcieli iść obejrzeć.

Ale Marek powiedział, że szkoda chodzenia, bo jego mama i tak
całej klasy nie wpuści. Najwyżej trzech. Więc poszło nas tylko
siedmiu i Bronią Paluszkiewicz. Nie chcieliśmy jej wziąć bo i siedem
osób wystarczy, żeby zaświadczyć, czy Marek mówił prawdę. A tak się
rozkrzyczała, że niech nam się nie zdaje, że już minęły te czasy, kiedy
wszędzie tylko mężczyźni i mężczyźni, no jednym słowem, dla
świętego spokoju wzięliśmy i ją.

Mamy Marka w domu nie było, ale i tak Marek kazał nam nogi
dobrze wycierać, bo podłogi wczoraj pastowane, więc żeby nie było
na niego, bo my pójdziemy, a on musi zostać.

Ale nikt prawie nie słuchał, tylko wszyscy się rozglądali, gdzie ta
maszyna.

Maszyna była w drugim pokoju, w którym mieszka Marka wujek,
bo maszyna należy właśnie do niego.

Wujek akurat był w domu. Kiedy się dowiedział, po co
przyszliśmy, wyniósł maszynę do pierwszego pokoju. Pewnie mu też
było żal podłogi.

Aż się zdziwiłem, bo to była wcale nieduża maszyna.
- Co wam obliczyć? - zapytał nas. -1 na jakie działanie? Marek
podawał liczby na dodawanie, a maszyna wszystko
obliczyła dokładnie. Potem wszyscy ośmielili się i podawali różne
liczby i na różne działania.
Wacek jest najlepszym uczniem z rachunków. Napisał sobie liczby
na kartce, pomnożył je, a potem poprosił wujka, żeby zrobił to na
maszynie.
Kiedy wujek nacisnął guzik i odczytał wynik, Wacek aż krzyknął z
uciechy:
- Omyliła się! Omyliła!
Bp na jego kartce było inaczej! I co się okazało? To Wacek się
omylił, bo źle przemnożył szesnaście przez siedemnaście, a maszyna
podała dobrze.
Bronią oglądała maszynę ze wszystkich stron. Może tam coś
siedzi?
Bo aż się wierzyć nie chce, żeby człowiek, co ma głowę do
myślenia, omylił się, a maszyna - nie. Powiedziałem to głośno, a
Markowy wujek roześmiał się i mówi:

- Widzicie, to jest technika! To jest postęp! Wyszliśmy z Tomkiem
bardzo zamyśleni. Wcale do siebie

nie mówiliśmy.
A kiedy byliśmy już koło parku, usiadłem na ławce i mówię:
- Tomek, przekonałem się, że technika to naprawdę wielka rzecz.
- I ja to zauważyłem - mówi Tomek. - I w ogóle ten postęp. Ludzie
różne rzeczy wymyślają.
- No, właśnie - mówię - żeby już prędzej wynaleźli coś do
odrabiania lekcji.
- A wiesz, mnie się zdaje, że już wynaleźli - zawołał Tomek i aż
skoczył na równe nogi. -Jacek, lećmy do mnie! Żeby tylko ta gazeta
nie zginęła!
Pędzimy ile sił w nogach.
Po drodze Tomek opowiedział mi, że wczoraj widział na własne
oczy w „Expressie” takie ogłoszenie:
STÓŁ DO ODRABIANIA LEKCJI SPRZEDAM
Wyraźnie: „do od-ra-bia-nia lekcji” - tak jak maszyna „do
liczenia”.
Gazeta leżała pod usmolonym garnkiem, ale ogłoszenie
znaleźliśmy i adres dał się odczytać.
To było na Saskiej Kępie i nie wiedzieliśmy, czy jechać
tramwajem, czy iść. Bo może nam zabraknąć na stół. A znowu iść
pieszo, to stół może być sprzedany i wszystko przepadnie!
Wsiedliśmy w tramwaj. Jechał strasznie powoli. A przecież w
Warszawie jest kilka tysięcy uczniów. I każdy chciałby mieć taki stół.
- Tomek, a co będzie, jeżeli ten stół jest drogi? - spytałem. - Ja w
skarbonce mam tylko siedem złotych z groszami.
- Ja mam tylko dwa - mówi Tomek - ale wcale się nie martwię.
Cała klasa chętnie się złoży. Przecież ten stół odrobi lekcje za
wszystkich po kolei.
Zajechaliśmy pod wskazany adres. Mnie serce biło jak nie wiem
co, bo jeżeli tego stołu już nie ma?
Otworzyła nam jakaś dziewczynka. Włosy miała ostrzyżone jak
chłopak.
Chciałem powiedzieć „dzień dobry”, ale Tomek od razu zapytał:
- Czy tu jest stół do odrabiania lekcji?
- Tak - odpowiedziała dziewczynka.

Weszliśmy do dużego pokoju, dziewczynka pokazała nam stół.
Wyglądał zupełnie zwyczajnie. Cztery nogi, czarny blat i z przodu
szufladka. Nie było widać żadnego guzika ani wyłącznika.
Widziałem, że Tomek też szukał oczami śladu jakiegoś
mechanizmu.
Wreszcie zapytał:
- A czy można spróbować?
- Proszę bardzo - powiedziała dziewczynka i przystawiła o stolika
krzesło.
Ale Tomek nie siadł, tylko jeszcze zapytał:
- A gdzie się naciska?
- Gdzie się naciska? - powtórzyła ze zdziwieniem dziewczynka. - A
na co?
- Prawda! - palnął się ręką w czoło Tomek. - Przecież my nie
wiemy, co na jutro zadane. Nie mamy przy sobie dzienniczka. No, ale
na przykład na rachunki?
- Na rachunki? - zdziwiła się jeszcze bardziej dziewczynka oczy jej
się zrobiły zupełnie okrągłe.
- No, bo chyba inny guzik naciska się na rachunki, a inny ta polski
- tłumaczył Tomek.
- Nic się tu nie naciska - powiedziała dziewczynka. - Po co
naciskać? Po prostu siada się i…
- Jacek! - zawołał Tomek. - To jest taki wynalazek jak w bajce
„Stoliczku, nakryj się”! Siadasz i mówisz: „Stoliczku, odrób lekcje”.
Pycha!
- Chłopcy, o czym wy mówicie? - spytała dziewczynka i widać
było, że jest trochę przestraszona.
- O tym stole - mówi Tomek wskazując stolik - co sam odrabia
lekcje.
- Sam? Jak to: sam? Babciu -r zawołała dziewczynka – tu przyszli
jacyś dziwni chłopcy! Zrobiło nam się bardzo nieprzyjemnie.
„Dziwni!” Co to znaczy?
Weszła babcia, za którą człapał duży, czarny pudel. Okazało się, że
ten stół nie ma nic wspólnego z cudownym wynalazkiem.
Najzwyczajniejszy stół, który tylko stoi i nic więcej. Nie wie nawet,
ile jest dwa i dwa.
Starsza pani gderała, że pewnie jesteśmy leniuchami, a
dziewczynka usiadła na kanapie i zaczęła się śmiać. Pudel też skoczył
na kanapę i machał ogonem, jakby z uciechy. Głupi pies! Gdyby

wynaleziono stół do odrabiania lekcji, to byłoby więcej czasu na
spacer z psami. Głupi pudel.

Prędko wyszliśmy z mieszkania. Wracaliśmy pieszo. Byliśmy
bardzo zmartwieni, że technika tak słabo stoi.

- Jacek - powiedział Tomek - nie martwmy się, może za j a-kieś
pięć, dziesięć lat wynajdzie ktoś taki stół, o jaki nam chodzi.

- I co z tego - mówię. - Przecież wtedy nie będziemy już odrabiać
lekcji.

- To prawda - powiedział Tomek i zasmucił się znowu. - A może
taki wynalazek już istnieje, tylko my nie wiemy? Przecież o tej
maszynie do liczenia dowiedzieliśmy się dopiero dzisiaj.

Przyznałem Tomkowi rację. Możliwe. W czwartej klasie nie wie
się jeszcze o wszystkim.

PIERWSI W SPORCIE
Mam dzisiaj do zapisania wspaniałą wiadomość! Już nie
zazdroszczę Kasi Smolikównie, tej z naszych schodów. Ona zawsze
się chwali, że w jej szkole jest o wiele lepiej niż w naszej. A
tymczasem u nas właśnie taką rzecz wymyślili, że wszystkie inne
szkoły będą nam zazdrościć. Jak zechcą, to naturalnie mogą jak to się
mówi - iść w nasze ślady, ale to już nie to.
Do Ameryki jeździło dużo ludzi, ale nikt nie stał się taki sławny
jak Krzysztof Kolumb, który pierwszy tę podróż wymyślił.
Aż mi żal, że tego dnia, kiedy tę nowość ogłosili nie było mnie w
szkole. To było w czwartek, a w czwartek jest zawsze historia i bałem
się, że mnie pani do historii wyrwie, bo już dawno mnie nie pytała.
Miałem sobie wszystko powtórzyć, ale tak jakoś schodziło i schodziło.
Ostatniego dnia, to znaczy w środę, powiedziałem sobie, że porządnie
nad książką przysią-dę. I gdyby padał deszcz, to na pewno tak bym
zrobił. Nie moja wina, że była pogoda. Ja przecież pogodą nie rządzę.
A jesienią tak pogodny dzień to prawdziwy skarb, jak mówi babcia.
Ja się z babcią zgadzam. Babcia jest mądra, bo już długo żyje i dużo
na świecie widziała. Więc kiedy babcia powiedziała, żeby z tej pogody
skorzystać i wyjść dla zdrowia na powietrze, to ja zaraz posłuchałem,
wziąłem piłkę i poszedłem do chłopaków.
Nie wiadomo kiedy zrobił się zupełnie ciemny wieczór i rzeba było
iść do domu. A w domu była ciocia Mania. Bardzo ubię, jak ciocia
Mania do nas przyjdzie. Ciocia opowiada zawsze jakieś straszne

historie i sprzecza się z moim latusiem, bo tatuś mówi, że to wszystko
nieprawda. Kiedy ciocia poszła do domu, mama zaczęła zaganiać nas
do łóżek. Chciałem jeszcze trochę posiedzieć, ale tatuś się.
rozgniewał. Powiedział, że o tej godzinie to już nie pora na naukę.
Była dopiero dziesiąta, ale co miałem robić?

Więc na drugi dzień rano, jak tylko tatuś wyszedł do pracy
zacząłem narzekać, że mnie wszystko strasznie boli… I ręce, i nogi, i
głowa. O brzuchu nic nie mówiłem, bo wiem, że to się źle kończy.

Moja mama jest trudna do oszukania. Nie bardzo wierzyła w to,
co mówiłem, kładła mi rękę na czole i język musiałem pokazać. Na
szczęście babcia powiedziała, że może ja grypę złapałem, bo taka
pogoda jesienią to zdradliwa rzecz. A jak się grypę przeziębi, to nie
daj Boże. I niech lepiej biedne dziecko (to niby ja) w łóżku zostanie.

No i zostałem. Lepiej leżeć w łóżku, niż oberwać dwóję, a potem
mieć nieprzyjemności w domu. Ale po południu sprzykrzyło mi się i
nie mogłem już wytrzymać w łóżku. Całe szczęście, że przyszedł do
mnie Wacek i powiedział mi taką nowinę, że mało z łóżka nie
spadłem.

Dziś na apelu była mowa o sporcie i o naszych sportowcach
szkolnych. Pan kierownik powiedział, że wszyscy powinni zajmować
się sportem, bo sport wyrabia zdrowie i siłę. A zdrowie pomaga w
nauce. Na zakończenie zawieszono w sali taki wielki napis:

PIERWSI W SPORCIE - PIERWSI W NAUCE!!!
a cała szkoła klaskała, aż się szyby trzęsły.
Wacek wytłumaczył mi wszystko dokładnie. Ten napis znaczy, że
ci, którzy będą przodować w sporcie i będą pierwszorzędnymi
sportowcami, mają być również przodownikami w nauce. To znaczy,
że powinni mieć w dzienniku same piątki.
Zgodziłem się, że tak powinno być. Kto jest dobry sportowiec, ten
nie może mieć dwójek. Przecież ze sportowcami robią wywiady i
piszą o nich w gazetach. No i na przykład pytają takiego sławnego
sportowca, jakie stopnie miał w szkole, a on odpowiada, że miał
dwójki. To dopiero byłby wstyd dla szko-ły!
Bardzo mi się ten pomysł podobał. Nareszcie dorośli wymyślili
coś przyjemnego dla nas, bo do tej pory to nic, tylko ucz się i ucz! Na
piłkę prawie zupełnie czasu nie zostawało. Teraz przynajmniej będę
mógł spokojnie zająć się sportem.

Od tego dnia codziennie, ledwo połknę obiad, lecę na plac.
Gramy, dopóki piłkę widać.

Wczoraj mama mówi do mnie:
- Cóż to znowu? Czy wam lekcji wcale nie zadają, czy ty się w
nauce tak opuściłeś? Jakie będą twoje stopnie?
- Niech się mamusia nie martwi o moje stopnie - mówię. -Jeszcze
z tydzień to się tak w piłce podciągnę, że zobaczy mamusia.
- Co ma do tego piłka? - zdziwiła się mamusia. - Ja przecież pytam
o twoją naukę.
- Niech mamusia poczeka do wywiadówki. Już niedługo będzie i
nasza pani wytłumaczy mamusi, na co teraz kładzie się nacisk.
- Dobrze - mówi mama - poczekam. Ale nigdy w życiu nie
uwierzę, żeby w szkole zamiast nacisku na naukę, wprowadzili nacisk
na latanie za piłką.
Dziwna jest moja mama. W swojej pracy stosuje różne nowe
pomysły, opowiada o nich i cieszy się. A w ulepszenia w szkole nie
chce wierzyć.
Przez całe dwa tygodnie trenowałem, jak się to mówi, do
siódmego potu. Aż jednego dnia Wacek powiada:
- Jacek, wiesz? Mnie się wydaje, że ty grasz teraz lepiej od Wieśka.
Wiesiek był przy tym i nie zaprzeczył. Ucieszyłem się bardzo i
chciałem jeszcze jedną partię zagrać, ale Wiesiek nie chciał. Poszedł
do domu. On tak zawsze: godzinę pogra i leci do lekcji. Dziwak!
Nauczyciele i tak wstawiają mu same piątki.
Jak ktoś jest zapeszony, tak jak ja, to już trudno, to go same
niepowodzenia spotykają…
Nawet się nie. mam komu użalić. Mama, wiadomo, nie zrozumie.
Jeszcze powie: „A co, czy nie mówiłam?” Ojcu lepiej wet nie
wspominać. A to było tak.
Kiedy mi się Wiesiek przyznał, że gram lepiej niż on, to o stopnie
byłem już zupełnie spokojny. Piśmienne lekcje odrabiałem raz-dwa, a
ustne tylko przeczytałem, co zadane, i koniec. Następnego dnia była
historia. Pierwszy odpowiadał Wiesiek i dostał piątkę. Sam
widziałem, bo z mojego miejsca dobrze widać. Potem pani wywołała
mnie. Kiedy skończyłem, patrzę uważnie, co też mi pani postawi. A
tymczasem nic, pani trzyma pióro nad dziennikiem, patrzy na mnie,
wrębcie mówi:
- Doprawdy nie wiem, co ci postawić. - A ja stoję skromnie i myślę
sobie: „Pewnie, że to kłopot. Wiesiek dostał piątkę. A ja gram w piłkę

lepiej niż on. Na pewno już ktoś o tym ani powiedział”.
Aż tu słyszę:
- No, chłopcy, powiedzcie mi, ale tak rzetelnie, ile Czarneckiemu

postawić z historii?
- Dwójkę i to za dużo - mruknął Wacek, a ja zawołałem oburzony:
- Jak to, przecież wczoraj sam mówiłeś, że gram lepiej niż

Wiesiek.
- No to co?
- To i z lekcji powinienem mieć lepszy od niego stopień!
- Jak to „lepszy stopień”? - pyta pani. - Przecież prawie nic nie

umiałeś.
- Ale w piłce jestem pierwszy. A w sali wisi napis: „Pierwsi w

sporcie - pierwsi w nauce”.
- Jak ty ten napis rozumiesz? - pyta pani.
- Ja go rozumiem w ten sposób - mówię - że temu, kto ma dobre

wyniki w sporcie, każdy powinien stawiać dobre stopnie. Żeby mu
życiorysu nie psuć.

Cała klasa zaczęła się śmiać. Mało z ławek nie pospadali.
Wacek, który mi przecież pierwszy o tym powiedział, to aż za boki
się trzymał. A ja stałem jak głupi i nie wiedziałem, o co im chodzi.
Wreszcie okazało się, co ten napis znaczy. Ten napis znaczy, że ci,
co przodują w sporcie, to powinni się tak do nauki przykładać, żeby
umieć na same piątki. A bez nauki, za sam sport, żaden nauczyciel
dobrego stopnia nie postawi. Jednym słowem wszystko po staremu.
A ja niepotrzebnie cieszyłem się z wynalazku w szkole. Ładny
wynalazek!
Jak sobie pomyślę o stopniach za pierwszy kwartał, to mi włosy
dęba stają. Czy zdążę się poprawić?…
KONKURS CZYTELNICZY
eszcze we wrześniu, kiedy tylko ogłosili ten czytelniczy konkurs,
postanowiłem wziąć w nim udział. Drużynowy tak ładnie o tym
mówił. I pani od polskiego też. Że książka to przyjaciel. A przyjaciel,
wiadomo, pomaga we wszystkim. I z przyjacielem zawsze
przyjemniej niż samemu.
Wszyscy się wtedy zapisywali. Ja też nie chciałem być najgorszy,
no i zapisałem się razem z innymi.

Konkurs czytelniczy jest we wszystkich szkołach. W całej Polsce. A
ja myślałem, że tylko w naszej szkole. Dopiero Kasia Smolikówna
powiedziała, że u nich w szkole też o konkursie mówiono. Ona też się
zapisała.

Kilka dni temu na zbiórce drużynowy zaczął mówić o tym
konkursie. I pytał, kto z nas zorganizował już w gronie rodzinnym
wieczór pięknego czytania albo co innego. Całe szczęście, że mnie o
nic nie pytał, bo byłbym w kłopocie.

Postanowiłem tego samego dnia taki wieczór urządzić. Mama z
tatusiem poszli do teatru, więc, żeby „grono rodzinne” nie było zbyt
małe, zaprosiłem Kasię Smołikównę. Chociaż do rodziny nie należy,
ale mieszka na tych samych schodach.

Bardzo się ucieszyła. Powiedziała, że ona też taki wieczór urządzi i
mnie wtedy zaprosi. Przyszła z koleżanka, żeby nas było więcej.

Posadziłem wszystkich koło stołu i zacząłem czytać na głos moją
ulubioną książkę, która się nazywa „Koziołeczek”, a napisała ją
Janina Porazińska.

Szło mi gładko, bo całą książkę umiałem prawie na pamięć, ale
zaraz na początku zrozumiałem, że co obcy, to nie rodzina. Babcia nic
nie mówiła. A Kasia i ta jej koleżanka, jak zaczęły trajkotać! Że
„Koziołeczek” to książka dla drugiej klasy, one już ją dawno znają i że
to się do konkursu nie liczy, zaraz też wyciągnęły jakąś swoją książkę
o takiej dziewczynce, którą nazywano Bułeczką, i kazały mi czytać. A
ja tę książkę widziałem pierwszy raz na oczy i wcale mi nie szło.
Dopiero się pokazało, jaka z tej Kasi żmija, powiedziała, że ja
widocznie zaprosiłem je na wieczór pięknego jąkania, a nie pięknego
czytania. I wiedziałem, że się z koleżanką trącały łokciami i
podśmiewały.

C0 miałem robić?
Żeby to byli chłopcy, stłukłbym ich na kwaśne jabłko, ale
dziewczyny, to tylko pogniewaliśmy się i zaraz sobie poszły.
Na drugi dzień znowu pani od polskiego pytała o konkurs. kazała
przygotować dzienniczki lektur i zapowiedziała, że po lekcjach
zbierze je od nas. Dopiero sobie o tym dzienniczku przypomniałem!
Rzeczywiście, noszę go w teczce cały czas razem ze spisem książek do
konkursu.
Zostałem więc zaraz na całą przerwę w klasie. Poświęciłem się,
śniadanie zjadłem dopiero na historii, ale trudno. Wpisałem do
dzienniczka dwie książki. Trochę mało, ale więcej nie zdążyłem, bo

oprócz tytułu i autora trzeba było napisać trochę o tym, co jest w
książce. Musiałem wszystko na poczekaniu wymyślić. A to nie takie
łatwe.

Ale nie darmo moja mama mówi, że jestem zdolny do
wszystkiego. Jakoś mi szybko poszło. Przy „Poszukiwaczach
skarbów” Żukrowskiego napisałem, że to szalenie interesująca
książka o złodziejach, którzy szukali pierścionków z brylantami, ale
ich milicja złapała. Na drugą książkę wybrałem „Wańkę” Czechowa. I
napisałem, że to bardzo wesołe przygody radzieckiego pioniera i że
chciałbym też spędzić lato, jak on, w Arteku. Jeszcze dodałem, że z
takich książek można się bardzo wielu pożytecznych rzeczy nauczyć!
I już był dzwonek na lekcję.

Kto by pomyślał, że pani wszystkie książki zna! Przecież spis jest
taki długi! A jednak na drugi dzień pani strasznie mnie zawstydziła. I
przeczytała to, co napisałem w dzienniczku lektury, na głos.

Cała klasa śmiała się tak głośno, że chyba na ulicy było słychać.
Za karę mam napisać list do autora. Niby nie było powiedziane, że
za karę, tylko że niby to mi się nie udało, więc może list wyjdzie
lepiej.
Dobrze. Napiszę jeszcze dziś. Już nawet wiem do jakiego autora.
Mam jedną bardzo ciekawą książkę. Nazywa się „W pustyni i w
puszczy”, napisał ją Henryk Sienkiewicz.
Napiszę do tego autora, że jak teraz będzie jechał do Afryki, to
niech mnie ze sobą zabierze.
Taki człowiek, co pisze książki musi być mądry. Na pewno mnie
zrozumie, jak mu zupełnie szczerze napiszę, że wolę polować na lwy,
tygrysy i inne dzikie zwierzęta niż chodzić do szkoły.
I zobaczymy, co powie cała czwarta klasa, jak zobaczy moją
fotografię? z lewej strony tygrys, z prawej lew, a w środku ja…
… Przed chwilą dowiedziałem się, że Henryk Sienkiewicz już
dawno nie żyje… To pech!
SPOSÓB NA DOBRE STOPNIE
Na geografii dostałem znowu dwójkę. I przekonałem się, że
sprawiedliwości na świecie nie ma. Bo co do poniedziałkowej dwójki,
to rzeczywiście, należała mi się. Lekcji nie umiałem - żalu nie mam.
Nawet po tej pierwszej dwói pomyślałem sobie: „Teraz będzie spokój

do samych świąt”. A masz, babo, placek. Dziś, jak tylko pan od
geografii otworzył notes, zaraz do mnie:

Jacek Czarnecki, proszę do mapy.
Nawet nie wiedziałem, co zadane. Pan się tak rozgniewał, że aż
krzyczał:
— Tego już za wiele!
A czy dwie dwójki to tak dużo? I jeszcze kazał mi brać przykład z
Wieśka.
Dobre sobie! Wieśka pan rzadko pyta. Inni nauczyciele też. I
zawsze mu się udaje. Wszyscy mu stawiają piątki Gdyby mnie tak
stawiali piątki to też bym dwój nie miał. Ale mnie prześladuje pech.
Raz w październiku umiałem na blachę, a pan nawet nie spojrzał w
moją stronę.
Ledwie wróciłem na miejsce, Tomek zaczął mnie pocieszać:
— Nie martw się, do półrocza wylądujesz. Pewnie, że wyląduję.
Jeszcze tylko brakuje, żebym na półrocze dostał dwójkę.
Okazuje się, że ja zawsze mam rację. Kiedy na naradzie po
pierwszym kwartale uchwalono, żeby każdy uczeń miał dziennik do
stopni, zaraz wiedziałem, Ŝe nic dobrego z tego nie wyjdzie. I
rzeczywiście: mama dzisiaj zobaczyła moje dwie dwójki i co ja się
nasłuchałem. Aż mi głowa spuchła.
Przypomniałem mamie, że sama nauczyła mnie wierzyć w
poniedziałki: co w poniedziałek, to przez cały tydzień.
— Przecież pierwszą dwójkę w poniedziałek dostałem. Dziś to już
nie moja wina — powiedziałem.
— Zgadza się — mówi mana — na poniedziałek lekcji nie odrobiłeś
i na dzisiaj tak samo. Dwójki z nieba nie lecą. Już ja cię przypilnuję w
niedzielę, żebyś na poniedziałek miał wszystko w porządku.
„Dobrze — myślę sobie. — W niedzielę niech mnie mama
przypilnuje. Aby tylko nie w poniedziałek, bo jak w poniedziałek
pilnowanie, to i przez cały tydzień.
Ani chwili wolnej bym nie miał. A tak to w jedną niedzielę się
poświęcę, i spokój”.
Myślałem, że mama już nic nie powie, aż tu słyszę:
- Zobaczymy, co powie ojciec.
Zacząłem prosić mamę, żeby nic nie mówiła, ze juz się poprawię,
ale mama nie chciała słuchać. Więc zacząłem płakać. Z początku nie
bardzo mi szło, ale potem, jak sobie przypomniałem, że przez ten
poniedziałek i przez tę niesprawiedliwość ojciec może nie kupić mi na

gwiazdkę obiecanych łyżew, ogarnął mnie taki żal, że zacząłem płakać
wniebogłosy. Aż sobie całe zadanie zamazałem. Szczęście że było na
brudno. Pani o byle kleks przyczepia się. I znowu byłoby na mnie.

Jak się już porządnie spłakałem, mamie zrobiło się żal.
Zapowiedziała mi, żeby to było ostatni raz. I żebym się jeszcze dziś
wziął do geografii.

Nawet chciałem się wziąć, ale po pierwsze, jutro geografii nie ma,
a po drugie, kiedy zrobiłem inne lekcje, było już bardzo późno. Przez
ten dziennik ze stopniami tyle czasu straciłem. To jest pomysł do
niczego.

Dzisiaj było zebranie zastępu, Przekonałem się, że mam dobrych
kolegów. Zaraz na początku Gruszka powiedział:

- Słuchajcie, musimy pomóc Jackowi w geografii, bo już ma dwie
dwójki.

- Musimy się nim zająć, przecież to wstyd, żeby harcerz miał złe
stopnie - mówi Romek.

Zrobiło mi się naprawdę wstyd, bo drużynowy tak na mnie
spojrzał, jakby mnie pierwszy raz widział. Ale tylko powiedział:

- Chłopcy, pamiętajcie: niedługo półrocze. Słabszemu koledze
trzeba pomóc.

Zdziwiłem się, bo ja tam do słabszych nie należę. Każdego z naszej
klasy położę… A Wiesiek jeszcze dodał:

- Harcerz pomaga koledze. Jacek może na nas liczyć.
Już wiem, że łyżwy dostanę. Są schowane na szafie. Umówiłem się
z Tomkiem, że codziennie będziemy chodzić na ślizgawkę.
- Ale i o geografii pomyśl - przypomniał Tomek. Rozumie się, że
pomyślę, ferie długie.
Mama dzisiaj też mi przypominała. Powiedziałem, że cały istęp
obiecał mi pomóc. Mama bardzo się ucieszyła, że mam taikich
porządnych kolegów.
Pewnie! Chłopaki jak złoto.
Jak ten czas leci. Nie wiadomo/kiedy przeszły ferie. Ale
przynajmniej człowiek trochę odpoczął. Ślizgawka wspaniała. Uczę
się holendrować. Idzie mi wcale nieźle. Widzę, że mam silną wolę.
Postanowiłem sobie, że będę trenował co dzień przed i po południu, i
dotrzymuję słowa. Moje słowo to mur.
Dziś wieczorem wstąpiłem do szkoły. W korytarzu spotkał mnie
pan od geografii.

Kazał mi zanieść globus z nauczycielskiego pokoju do gabinetu
geograficznego. Idę z tym globusem, a tu z jedenastej klasy wychodzi
drużynowy i już z daleka woła do mnie uradowany:

— No co, widzę, że myślisz o półroczu — i po ramieniu mnie
klepie.

Nie zdążyłem mu odpowiedzieć, bo poszedł dalej. Myśleć o
półroczu to ja myślę.

Każdy by na moim miejscu myślał. Dwie dwójki, a tyle
obowiązków, że zupełnie na powtórzenie geografii czasu nie ma. Ale
skąd druh drużynowy o tym wie?

Chyba to tylko takie gadanie.
Dziś Olesia powiedziała mi, że jak się trzyma oba duże palce
zaciśnięte w pięści, to przy odpowiadaniu dobrze idzie. Prosiła mnie,
żebym tak trzymał palce, kiedy ona będzie odpowiadała z historii. Bo
z historii musi mieć piątkę.
Nie wiem, skąd wiedziała, że ją pani dziś wyrwie. Ja palce cały
czas trzymałem zaciśnięte. Pomogło. Dostała piątkę.
Dobrze o tym wiedzieć.
Po południu na ślizgawce holendrowałem wspaniale. Widział
mnie nasz zastępowy.
On rzadko przychodzi na lód. I Gruszka dziś przyszedł. Okazuje
się, że i on umie holendrować,
Jeździłem mu naumyślnie pod samym nosem. Niech widzi, że ja
też coś potrafię.
Przy wyjściu ze ślizgawki zastępowy mówi do mnie:
— Jacek, tylko pamiętaj, żebyś nam wstydu nie przyniósł.
— Pamiętam — powiedziałem, ale było mi przykro. Cóż on sobie
myśli. Czy ja tego nie rozumiem? Ja dla naszego zastępu tobym nie
wiem co zrobił.
Hura! Dostałem dziś z rachunków piątkę! W poniedziałek! Mogę
się teraz nie bać. Na wszelki wypadek umówiłem się z Olesią co do
trzymania palców w garści.
Dobra koleżanka.
Ale koledzy jeszcze lepsi. Prawie każdego dnia któryś z nich pyta
mnie:
— Jacek, pamiętasz, co się mówiło na zbiórce?
Pewnie że pamiętam. Każdy mówił: „Trzeba Jackowi pomóc”. I
wiem, że żaden nie zawiedzie. Ale i sam też się staram. Na
poniedziałek lekcje zawsze umiem.


Click to View FlipBook Version