The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2021-09-10 12:12:18

Chłopak na opak

Strzeżonego Pan Bóg strzeże!
W nic już teraz nie wierzę, i koniec. Ani w mamin poniedziałek,
ani w Olesi palce, ani w obiecanki kolegów. Koniec!
W poniedziałek przecież dostałem piątkę, więc jak mnie w środę
pan do mapy wyrwał, to pomyślałem:
„Dam sobie radę”.
Spojrzałem na Olesię, zobaczyłem, że garście ma zaciśnięte, i
Zosia, co koło niej siedzi, też. A Tomek (i on wie o tym sposobie) —
zanim jeszcze z ławki wyszedłem — już kułaki ścisnął. Do mapy taki
pewny szedłem, jak nie wiem co. A tymczasem pan naumyślnie pytał
mnie o same takie rzeczy, których nie wiedziałem. I nikt. mi nie
podpowiadał. To są koledzy? A na zbiórce jak gadali?
I to przy drużynowym!
Dwója na półrocze jak drut. Ładnie wyszedłem. I co ja mamie
powiem?
ZŁOTA KORONA
P obiłem się znowu z Romkiem. Bardzo trudno było dojść, kto
zaczął, bo mnie się zdawało, że on, a on znowu upierał się, że to ja
pierwszy stuknąłem go w plecy. Pan zdenerwował i obydwu nart
wpisał uwagi do dzienniczka i jeszcze na pauzie w kancelarii
rozmawiał z nami i kazał nam się zastanowić nad tym, co robimy.
Kiedy wyszliśmy z kancelarii, Romek chciał iść do klasy, bo i się
lekcja zaczęła, ale ja bałem się, że potem zapomnimy, nam pan
mówił, i powiedziałem Romkowi, żebyśmy się zastanowili, bo
nauczyciela trzeba słuchać. A do tego w klasie był polski i pani
pewnie już pytała z zadanego na dziś wiersza. A mnie wczoraj jakoś
nauka nie szła, a dziś, kiedy mnie Romek przewrócił, na pewno
uderzyłem się głowę, bo zapomniałem nawet, jak się ten wiersz
zaczyna. Stanęliśmy więc w korytarzu przy oknie. - Widzisz Romek -
powiedziałem - przez ciebie głowę rozbiłem. Jeszcze czuję, jak mi się
mózg rusza. Niedobrze jest nadwerężać mózg. Nawet kiedy lanie
dostaję, tatuś zawsze uważa, żeby nie w głowę, tylko dużo niżej. To
jest bardzo ważne, bo widzisz, przez ten wstrząs wiersz zupełnie
wyleciał mi głowy i mógłbym dwóję dostać. I za co? Za to, żeś mi
nogę odstawił? To byłaby straszna niesprawiedliwość, bo nie tylko że
mnie zabolało, ale jeszcze nasłuchałbym się nie do wyżymania.

Romek chciał coś mówić, ale wolałem, żeby lepiej zastanowił się,
więc tłumaczyłem mu dalej.

- Widzisz, Romek, zastanowienie to jest bardzo ważna rzecz. Kto
się zastanawia, ten ma przed sobą jasną przyszłość, . nie takie uwagi
w dzienniczku, jak my dzisiaj. Gdybyśmy się zastanowili, tobyś się
przyznał, że ty zacząłeś, i pan wpisałby tlko jedną uwagę, do jednego
dzienniczka, a tak obaj jesteśmy przegrani.

- Dlaczego ja miałem się przyznać? - mówi Romek. Przecież
gdybyś ty się przyznał, też byłaby tylko jedna uwaga, ?o pan zawsze
karze tego, kto zaczyna.

- Oj, Romek - mówię - jesteś strasznie mało wyrobiony. Nie
umiesz żyć w gromadzie, nie rozumiesz, że czasami trzeba się
poświęcić?

- A ty rozumiesz? - mówi Romek.
- Naturalnie, że rozumiem lepiej od ciebie - mówię. - I żeby cię
przekonać, dam ci dobry przykład. Zaraz na przerwie pójdę do pana i
przyznam się, że ja zacząłem. Niech już będzie na mnie. Ale pamiętaj,
że następnym razem, jak się pobijemy, to ty się przyznasz.
- A może się nie pobijemy? - mówi Romek.
- „Może”. Morze jest głębokie i szerokie, a w życiu zdarza się
różnie. A jeżeli nie wierzysz, to cię wolę zaraz uprzedzić, że i tak będę
królem Sobieskim, i koniec. Rozumiesz? A ty, jak chcesz, przebieraj
się za tego barana, bo ja rogów sobie nie przyczepię! Wiesz?
Wróciliśmy do klasy. Do dzwonka zostało niewiele czasu i pani
zadawała już nową lekcję. Zdziwiła się, dlaczego tak późno
przychodzimy. Ja wolałem nie kłamać, więc nic nie mówiłem.
A koledzy zaraz pani powiedzieli, że byliśmy w kancelarii. Pani
tylko głową pokiwała.
Szedłem do domu i myślałem, co by tu wymyślić, żeby się
przebrać za Sobieskiego. Bo ma być u nas w szkole zabawa z
przebieraniem. Każdy sobie już coś wybrał, a dla mnie został kostium
barana: kożuch do góry włosem i zakręcone rogi. Romek wybrał
sobie kostium Sobieskiego, ale powiedziałem mu, że chyba ja mam
większe do tego prawo, bo nazwisko mam podobne do Czarnieckiego,
a ten wiadomo, też był sławnym wodzem.
Romek zaczął się śmiać i wołał, że co Jan, to nie Jacek, a co
Sobieski, to nie Czarnecki.
Sam to rozumiem, że jest pewna różnica, ale nie miałem
cierpliwości dłużej z nim rozmawiać, tylko go pchnąłem i stąd była

cała awantura.
Ale życie jest pełne niespodzianek, jak mówi babcia. Przekonałem

się zaraz w domu.
Nie miałem wcale zamiaru pokazywać dzienniczka mamie. Mama

i tak ma cały dom na głowie. Chyba bym serca nie miał, żeby jeszcze
mamę truć tym, co mi pani napisała.

Po obiedzie poszedłem do Kasi Smolikówny, bo obiecała ni
pokazać jakąś ładną książkę.

Wracam, a tu się okazało, że mama szukała nożyczek w mojej
teczce i znalazła dzienniczek. No, miałem za swoje, a najgorsze, że
mama obiecała powiedzieć o wszystkim tatusiowi.

Więc się zaraz wziąłem do lekcji. Odrabiałem wszystko, je-ino za
drugim, tak porządnie, jak nigdy. I na głos się uczyłem. Mama tylko
słuchała, ale nic nie mówiła, i nie mogłem umiarkować, czy powie
tatusiowi, czy już się przestała gniewać.

Na wszelki wypadek poszedłem wcześniej spać i nawet trochę
zasnąłem. Kiedy się obudziłem, tatuś już był w domu. Siedział w
kuchni przy kolacji. Słyszałem, jak mama zapytała:

- Kiedy będziesz miał tę koronę?
- Jutro już na pewno.
- I prawdziwa złota?
- Bój się Boga - mówi tatuś - tyle pieniędzy i miałaby nie być
złota? Nie martw się, prawdziwa. Zobaczysz jutro. Bardzo porządnie
zrobiona.
Gdyby nie ta dwója, zaraz wyskoczyłbym z łóżka. Ale trzeba
odczekać, aż mamusi przejdzie. Przebiorę się za króla, tatuś na
pewno mi pożyczy korony! Jeśli będzie za duża, to się podłoży waty. .
Na drugi dzień powiedziałem o koronie Wieśkowi. Niech
wytłumaczy Romkowi, niech mi pomoże. Kto ma koronę - ten
powinien być królem!
Wiesiek powiedział innym. Obstąpili mnie i pytali, czy to prawda.
Nie chcieli wierzyć. A najgorzej Romek. Zdenerwowałem się.
Powiedziałem, żeby Romek i jeszcze ktoś przyszedł do nas dziś
wieczorem, to zobaczą na własne oczy. Zgodzili się.
Z biologii dostałem piątkę. Bardzo było mi to na rękę. W domu
najpierw pokazałem piątkę tatusiowi, a kiedy się ucieszył mówię:
- Tatusiu, czy tatuś ma już koronę?
- Mam - mówi tatuś - nie zauważyłeś? -1 pokazuje mi koronę… na
zębie!

Co ja powiem Romkowi?
Całe szczęście, że koledzy przyszli trochę później. Nie zaprosiłem
ich do mieszkania, tylko wyszedłem na schody. Powiedziałem, że
ojciec korony mi nie pożyczy. I bardzo gniewał, że mówiłem o niej w
klasie. Nie takie teraz czasy, żeby o koronach myśleć. Ja też za króla
się nie przebiorę. Wolę za kominiarza.
STRASZNA NOC WIELKANOCNA
Ile to razy i tatuś, i mamusia, i babcia mówią mi, żebym był
zaradny, żebym sobie umiał w każdej sytuacji poradzić i żebym nie
wyrósł na niedołęgę. W szkole pani też często o tym mówi i jeszcze
zawsze dodaje, że po to się uczymy, żebyśmy umieli w życiu sobie dać
radę i innym pomóc.
Więc kiedy nadeszła klasówka z rachunków, zaraz przypomniało
mi się to wszystko i postanowiłem być zaradny.
Tuż za moimi plecami siedzi Wacek, a dla Wacka rozwiązać
zadanie to tak, jak dla mnie ciastko z kremem zjeść: przyjemność i
nic więcej. Obróciłem się więc do Wackowego kałamarza, że niby
pióro tam maczam, a do zeszytu raz i drugi zerknąłem i zobaczyłem,
co trzeba napisać.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby pani zanadto nie uważała. Ale
nasza pani nic o siebie nie dba. Zamiast posiedzieć na katedrze i
odpocząć, to tylko uważa i uważa. No i zauważyła.
- Co ty robisz? - zapytała mnie.
- Ja, proszę pani - mówię - pióro maczam w Wackowym
kałamarzu, bo w moim to atrament jakiś taki…
- Dla ciebie „jakiś taki”, a dla Tomka dobry - powiada pani. - Coś
mi się zdaje, że tu nie o atrament chodzi.
Podeszła do mojej ławki, zobaczyła, że wszystko mam tak samo, j
ak u Wacka - zabrała mi zeszyt i postawiła w nim dwójkę czerwonym
ołówkiem.
- Za ściąganie - powiedziała.
Bardzo mnie to zmartwiło, bo przez całe święta będę mu-ał
myśleć o tej dwójce. Zaraz po świętach ma być wywiadówka. Czy na
nią przyjdzie tatuś, czy mama, wszystko dno, i tak skrupi się na mojej
skórze. Wracałem do domu z Tomkiem i byłem bardzo zmartwiony.
- Tomek - mówię - szkoda, że nie jesteśmy rycerzami w dawnych
czasach. Mam taką jedną książkę, piszą tam wyrazie, że „rycerze

ściągali ze wszystkich stron”, i o żadnych dwójach mowy nie było. A
jak ja ściągałem od Wacka - to teraz całe święta będę się martwił, co
mnie czeka po wywiadówce.

- A ja - powiada Tomek - już pierwszy dzień świąt będę miał
fatalny. Mama kupiła na Wielkanoc nowe spodnie, a mnie podkusiło,
żeby w nich polecieć do parku. I kiedy skakaliśmy z tych desek pod
szopą, zaraz o pierwszy gwóźdź rozdarły się w okropny sposób.
Położyłem je do szuflady w to samo miejsce, ale wyobrażasz sobie tę
chwilę, kiedy je mama w niedzielę wyjmie?

- Wyobrażam sobie - mówię. - Ta chwila wcale wesoła nie będzie.
- No, widzisz. I jak to jest - wzdychał Tomek. - Materiał robią
lichy, o byle gwóźdź zaczepić można, a kto cierpi? Ja. Naprawdę
wolałbym pojechać nie wiem gdzie.
- A ja wiem, gdzie chciałbym pojechać! - zawołałem.
- Gdzie?
- Do Turcji. Tatuś czytał wczoraj w gazecie, że tam w jednym
mieście pod ruinami ogromny skarb leży. Ukrył go jeden król już
bardzo dawno temu. I teraz angielscy profesorowie z uczniami
wybierają się na poszukiwanie tego skarbu. Pojadą latem, ale teraz
już się przygotowują.
- To my się wcześniej wybierzemy! - wykrzyknął Tomek.
- Mogą angielscy, mogą i polscy uczniowie ten skarb znaleźć!
Chcesz?
- Chciałbym, ale to chyba trudne - mówię. - Ci profesorowie
wszystko wiedzą, a my? Jak do tej Turcji trafić?
- Nie zrażajmy się trudnościami - powiada Tomek. - Już moja w
tym głowa, żeby się dowiedzieć o tej Turcji. Nawet przejeżdżałem
przez miasto Turek.
- No i co?
- Wiesz, jak nazywają się ci, co mieszkają w Warszawie?
- Warszawiacy.
- A w Krakowie?
- Krakowiacy.
- A w Turku? - Turcy, rozumiesz? Naturalnie, są różni Turcy,
dobrzy i źli. My poszukamy sobie takiego dobrego Turka, który nam
wszystko dokładnie opowie - jak trafić do Turcji, gdzie schowany jest
ten skarb, no i już.
- A jak się do Turku dostaniemy?
- Koleją - mówi Tomek. - Żeby czasu nie tracić.

- Nie mam ani grosza - zmartwiłem się.
- Ja mam w skarbonce - uspokoił mnie Tomek. - Starczy dla nas
obydwu.
- Ale musimy chyba przygotować się do tej wyprawy?
- Naturalnie - powiada Tomek. - Od dzisiaj odkładaj chleb na
suchary. U nas w spiżarce już leży szynka, też ją zabiorę.
- Ja mogę wziąć wędzoną kiełbasę i jajka - obiecałem.
- Dobrze, tylko żeby były ugotowane na twardo, bo z innymi
kłopot.
- Ale wiesz, Tomek, powinniśmy wziąć jakąś broń. Możemy
spotkać dzikie zwierzęta.
- Wezmę tasak - mówi Tomek. - U nas jest pierwszorzędny tasak.
- U nas nie ma. Sąsiadka nam zawsze pożycza, a za to od nas
bierze wyżymaczkę. Ale mogę wziąć młotek.
- Phi! Młotek! -wykrzywił się Tomek.
- Nie śmiej się z młotka. Może się przydać! Jak się na ciebie rzuci
jaki lew albo tygrys, to ja go tylko młotkiem stuk! -i skóra gotowa.
- Akurat go trafisz! Lepiej wziąć mydła. Jak się zorientujemy, że w
okolicy są drapieżne zwierzęta, to narobimy z mydła piany i
będziemy ją mieć pod ręką. Kiedy taki zwierz podejdzie do nas, to my
pac! pac! - mydłem prosto w ślepia. I w nogi! …. Rozumiesz! Zanim
się pozbiera, to my już będziemy w tym mieście, gdzie jest ukryty
skarb. Tylko pamiętaj: dzielić się będziemy po połowie,
sprawiedliwie. Każdą rzecz na pół.
- A jak tam będą trzy złote talerze - mówię - to j ak podzieli, żeby
było sprawiedliwie?
- Jeden talerz dla ciebie, drugi dla mnie, a trzeci damy na-;j pani.
Będzie miała od nas pamiątkę.
To mi się bardzo podobało. Rzeczywiście, ile razy nasza ni będzie
jadła obiad, tyle razy przypomni sobie, że mi niesprawiedliwie
dwójkę tylko za ściąganie postawiła- a ja przez lądy i morza, przez
dzikie dżungle i suche pustynie przywiozłem dla niej złoty talerz. To
będzie ładnie! Omówiliśmy z Tomkiem wszystko dokładnie. On
zabierze jeszcze kompas. Chociaż kompas jest zepsuty, ale zawsze z
kompasem poważniej. Ja wezmę nowy sznur do bielizny. Jeżeli uda
nam się oswoić jakieś dzikie zwierzęta, to przyprowadzimy je do
szkoły. Niech koledzy też coś mają z naszej wyprawy.
Skarb rozdzielimy w domu. W razie jakiegoś nieporozumienia
pan kierownik albo rodzice powiedzą, kto ma rację. A potem Tomek

u siebie rozłoży wszystko na pięć kupek: dla lamy, dla ojca, dla
siostry, dla brata, dla niego. U nas są tylko trzy osoby, ale odłożę
kupkę i dla babci.

Kochana babcia tyle razy wybroniła mnie przed laniem.
Dzień wyjazdu ustaliliśmy na Wielką Sobotę. Wtedy jest najwięcej
roboty i dorośli są bardzo przemęczeni. Kiedy u Tomka wszyscy
zasną, to on po cichutku wyjdzie przez okno. Ja przez okno nie mogę,
bo mieszkamy na trzecim piętrze, ale wieczorem pójdę niby do babci.
Bo pierwszego dnia Wielkanocy to zawsze jesteśmy od rana u babci.
Więc ja pójdę spać już na noc.
Wszystko pysznie się udało. Plecaki były u Tomka w komórce na
podwórzu. Ja jeszcze przyniosłem kraszanki i mazurek, który
mamusia mi dała, żebym zaniósł do babci. Niby tam poszedłem, ale
kręciłem się koło domu Tomka, aż go się doczekałem.
Kupiliśmy bilety do Turku, to znaczy Tomek kupił, a ja tylko
stałem obok niego. Wszystko zapowiadało się świetnie.
Kiedy pociąg ruszył, zachciało nam się jeść. Więc podzieliłem
mazurek czekoladowy, co miał być u babci na rano. Pomyślałem
sobie, że w daleką drogę to jest rzecz krucha. A Tomek zaraz zaczął
mruczeć, że niesprawiedliwie.
- Jak to „niesprawiedliwie”? - mówię. - Na mazurku było
wypisane lukrem „ Alleluj a”. Ty dostałeś „ Alle”, dla mnie zostało
„luja” - akurat równa ilość liter.
- Ale z mojej strony poobłamywane - upierał się Tomek.
- Owszem, trochę obłamałem, kiedy czekałem na ciebie -mówię -
bo mi się chciało jeść. Ty kolację jadłeś w domu, a ja miałem zjeść u
babci, a przecież wcale u babci nie byłem.
Ale Tomek wyraźnie chciał się kłócić. Zaczął ważyć w ręku plecaki
i powiedział, że mój jest lżejszy, i żebyśmy je na zmianę nieśli. A mnie
się to nie podobało, bo po pierwsze, po co Tomek brał taki wielki
tasak, a po drugie, żeby w moim plecaku był ten mazurek, cośmy go
już zjedli, to też waga byłaby porządna. Miałem tam przecież sznur,
suchary, krąg kiełbasy, dwanaście kraszanek i trzy kawały mydła, co
się suszyło jeszcze do wczoraj na szafie.
- Po co tyle mydła dźwigać? - krzyknął Tomek.
- Na pianę - przypomniałem. - A jak nam się chustki do nosa
zabrudzą, to też trzeba je uprać. Niech nie myślą w tej Turcji, że my
nie wiemy, jak się zachować w zagranicznym kraju. I szyję trzeba od
czasu do czasu umyć.

- Mnie mama na Wielkanoc wyszorowała - mówi Tomek. - Starczy
na całą podróż w tę i z powrotem. Wyrzucaj to mydło! Dość będzie
jednego kawałka!

A mydło mama trzymała już od Bożego Narodzenia, było
suchutkie i gdzie ja bym miał rozum takie mydło wyrzucać.

Tomek się kłócił i kłócił, nawet wtedy, kiedy wysiedliśmy w
Turku. Jeszcze nie zdążyliśmy żadnego Turka zobaczyć, a tu
podchodzi do nas taki młody milicjant i pyta, czy nam czego nie
potrzeba. Powiedzieliśmy, że nie, że absolutnie, wcale, a on na to, że
w nocy to dobrze napić się gorącej herbaty, bo zimno, i żebyśmy z
nim szli do dyżurki.

Nam i bez tej herbaty zrobiło się bardzo gorąco, aż spociliśmy się,
a Tomek to szedł taki cichutki, jak nie wiem co.

W dyżurce od razu zrozumieliśmy, że wszystko stracone, bo ten
milicjant zameldował:

- Znalazła się zguba panie komendancie.
A komendant uśmiechnął się do nas i powiedział:
- Czołem podróżnicy! Siadajcie.
Wziął słuchawkę do ręki, zatelefonował do Warszawy i powiedział
, że znaleźliśmy się i że za dwie godziny będziemy w domu.
I rzeczywiście, za dwie godziny byliśmy z powrotem. Bilet nas już
nic nie kosztował, bo ten młody milicjant nas wiózł.
Najpierw po drodze odprowadziliśmy Tomka i chociaż była noc,
to u nich nikt nie spał, aż się zdziwiłem. A potem przyszliśmy do nas i
okazało się, że u nas też nikt nie spał. O tym, co było dalej, to lepiej
nie mówić. Z Tomkiem już więcej w poważną podróż się nie wybiorę.
Gapa nie zamknął okna. Jego mama się obudziła i zaraz zobaczyła
kartkę, na której napisał, żeby się nikt nie martwił, bo on ze mną
jedzie do Turku, a potem dalej po skarby, a jak wróci, to te spodnie
odkupi. Mama bardzo żałowała lukrowanego mazurka, bo go nie
było.
A tatuś mówił na drugi dzień, że to była straszna noc
wielkanocna.
NARESZCIE COŚ DLA NAS
Święto pierwszomajowe zawsze mi się bardzo podobało. Bo i
nauki wtedy w szkole nie ma, i dzień przedtem lekcje kończą się
trochę wcześniej, i jest uroczysta akademia. A w samo święto ulicami

idzie pochód, orkiestry grają i rozmaite ciekawe dekoracje można
oglądać. Moja ciocia mieszka na Marszałkowskiej i z jej okien
wszystko pysznie widać. Obiecałem Tomkowi, że go ze sobą wezmę.
Tyle osób tam zawsze przychodzi, to i jeszcze on się zmieści.

Ale w tym roku z powodu tego święta cieszyłem się dużo
wcześniej. Pewnie jakieś dwa tygodnie przed pierwszym maja
spotkałem Kasię Smolikównę na podwórku. Ona często mi opowiada,
jak jest w ich szkole. Owszem, ciekawie posłuchać, jak to jest gdzie
indziej, a czasami można się dowiedzieć czegoś pożytecznego. Tym
razem Kasia mnie zapytała:

- Czy w waszej szkole też tak postanowili, jak w naszej?
- A co w waszej szkole postanowili?
- W naszej szkole postanowili, żeby nie było dwójek.
- Eee… w naszej szkole już parę razy tak było - mówię.
- Nic nowego nie wymyśliliście. U nas po każdym kwartale
wychowawca rozmawia z uczniami. I niektórzy stale postanawiają, że
będą się lepiej uczyć, że nie będą mieli dwójek.
- Phi - takie postanowienia to w naszej szkole są już od początku
świata - mówi Kasia. - Ale ja mam na myśli postanowienie
nauczycieli.
- Nauczycieli? - zapytałem i nastawiłem uszu.
- Nauczycieli - powtarza Kasia. - Nasi nauczyciele dla uczczenia
majowego święta postanowili, że w ich klasach nie będzie dwójek i
nikt nie zostanie na drugi rok.
- Co ty mówisz - ucieszyłem się. - To przecież taki piękny pomysł.
Powinien być ogłoszony w gazetach, żeby nauczyciele innych szkół
też mogli z niego korzystać.
- A może u was już była rada pedagogiczna, tylko ty o niczym nie
wiesz? - mówi Kasia. - Bo ja od kuzynki słyszałam, że u nich w szkole
nauczyciele też tak postanowili.
- Kasiu kochana - mówię - to jest ogromnie ważne, co ty
opowiadasz. Jeżeli tak ma być nie tylko w waszej szkole, ale i w
innych, to pewnie minister kazał. Przecież taki minister od szkół
musi być bardzo mądry i może na coś takiego wpaść. Może ma dzieci
i widzi, j ak te dzieci się męczą i co dzień są mizerniejsze, i apetyt
tracą, i takie już są słabe, że lada wiatr może je przewrócić, tak jak
mnie.
- E, ciebie to chyba nawet dobry wiatr nie przewróci -śmiej e się
Kasia - i apetyt masz nie naj gorszy, widzę przecież.

- Kasiu, to tylko na wygląd, bo naprawdę od tej nauki aż schnę.
Ale skoro sam minister pomyślał o dzieciach, to już dobrze. Zaraz
jutro zapytam w naszej szkole. Ale jeszcze chyba nikt nic nie wie.
Przecież cała szkoła skakałaby do góry.

- U nas żadnych skoków nie było. Zobowiązanie jak zobowiązanie,
i koniec.

Eee, bo u was dziewczyńska szkoła - mówię. A u nas chłopaki
ucieszą się na pewno.

Ja drugi dzień zapytałem Zosię Jaskólską, której stryjenka t
nauczycielką w naszej szkole. Obiecałem jej przynieść ę kolorowych
szkiełek do gry w klasy, przybiegła do nas na podwórko zaraz po
obiedzie. Posiedzenie naszych nauczycieli będzie jutro. Co
postanowią, nie wiadomo, bo stryjenka Zosi naprzód nic nie wie.
Dałem jej trzy szkiełka. Dwa zielone, a jedno szafirowe, wszystkie
bardzo szczęśliwe. Sam wypróbowałem, fakt byłem strasznie
ciekawy, czy nasi nauczyciele też się powiążą. Na wszelki wypadek
lekcji nie odrobiłem. Bo je-i jutro coś uchwalą, to tylko na darmo
bym się męczył. Na drugi dzień powiedziałem o tym Tomkowi. I
dowiedzieliśmy się od pana woźnego, że zebranie będzie po południu.
Zdecydowaliśmy, że czekać jeszcze do następnego dnia jest
stanowczo za długo, i postanowiliśmy schować się w pokoju
nauczycielskim. Po lekcjach prędko pobiegliśmy na obiad.

- Na głodnego niebezpiecznie się chować - mówi Tomek. Kiszki
marsza zagrają i od razu wszyscy usłyszą, że ktoś sie-i pod stołem.

- Pod stołem to złe schowanie - mówię. - Sukno nie sięga samej
ziemi, zaraz by nas ktoś odkrył.

- Może masz i rację, ale jak nie pod stołem, to gdzie?
- Zobaczymy na miejscu - powiedziałem, a Tomek zgodził ze mną.
Do szkoły weszliśmy nie zauważeni! Pan woźny sprzątał isy, ani
się spostrzegł, jak przeskoczyliśmy za jego plecami.
Ostrożnie zajrzeliśmy do pokoju nauczycielskiego. Był pusty i już
sprzątnięty.
Obejrzeliśmy się za schowaniem. Sukno rzeczywiście zbyt krótkie.
Szafa zamknięta. Druga też. Wpakowałem Tomka pod biurko i
zastawiłem krzesłem. Dobrze by było, gdyby nikt nie ruszył krzesła,
ale to nic pewnego. Tomek nie chciał ryzykować.
Koło pieca stał wielki stojak na mapy. Pomyślałem sobie, że
można się w nim ukryć. Wyjęliśmy część map, wlazłem w środek, a
Tomek obetkał mnie mapami.

Byczo jest, nikomu do głowy nawet nie przyjdzie - powiedział.
- Tak bardzo byczo wcale mi tu nie jest - mówię. - Ciasno, ani się
ruszyć.
- To właśnie dobrze - mówi Tomek. - Jakbyś się ruszał, mógłbyś
przewrócić cały stojak.
- Zgoda, ale ile godzin może to zebranie potrwać?
- Ma się zacząć o czwartej. Jak będzie niedługie, skończy się o
ósmej, a jak długie, to najwyżej o dwunastej. Przecież nauczyciele
muszą jutro rano przyjść na lekcje wyspani.
- O rany - mówię - a jak nie wytrzymam?
- To wyłaź - mówi Tomek. - Ja tam wejdę. Ja wytrzymam. Usłyszę
wszystko, co o każdym uczniu będą mówić. Taka okazja! Niejeden nie
wiem co dałby za mą. Wyłazisz?
- Zaraz, coś ty taki prędki - mówię. - Jak stąd wyjdę, to gdzie się
schowam?
- Nigdzie. Sam wiesz, że drugiego schowania nie ma. Tylko jeden
z nas może tu zostać. No, wybieraj.
Tomek mówił takim głosem, że aż się zdziwiłem.
- Jeśli ty wytrzymałbyś - mówię - to j a też wytrzymam. Ale idź
już, bo może nas ktoś zauważyć.
Tomek poszedł i dobrze się stało, bo zaraz zaczęli nadchodzić
nauczyciele.
Rozmawiali o różnych rzeczach, zupełnie jak zwyczajni ludzie. O
meczu. O jakimś ciekawym filmie. A nasza pani (poznałem po głosie)
opowiadała, że wybiera się na niedzielę do Włocławka.
Nogi mi już zaczęły trochę cierpnąć, ale przypomniałem sobie, co
Tomek mówił, że on by wytrzymał, więc ścisnąłem zęby.
Całe szczęście, że pan kierownik powiedział: „Zaczynamy”.
Słyszałem, jak przystawiono krzesła do stołu. I rzeczywiście
zaczęło się, bo nie mogłem nic zrozumieć. Takie trudne różne wyrazy
i wszystko o starszych klasach.
Aż tu słyszę, że pan kierownik tłumaczy coś długo i nagle mówi:
- … Podejdźmy do ucznia… I drugi raz za chwilę to samo.
Ktoś odsunął krzesło, a ja w tym stojaku z mapami o mało nie
zemdlałem. Myślę sobie: „O mnie mowa, innego ucznia tu nie ma,
zaraz mnie stąd wyciągną”. Przeraziłem się, przeszedł mnie lodowaty
dreszcz, a potem mi się zrobiło gorąco. Tymczasem nikt do stojaka
ani nawet do pieca nie podszedł. Może nie zrozumiałem, może się
przesłyszałem? Tak się przejąłem, że aż mnie głowa rozbolała. Od

map rżało, w gardle miałem sucho, a dym papierosów tak walił, e już
nie było czym oddychać. I w nosie zaczęło mnie kręcić, w gardle
drapać.

Co robić? Poruszyłem ręką, żeby nos zatkać, a tu coś trzeszczy. W
pokoju zrobiła. się cisza. Może zauważyli? Znieruchomiałem i
dopiero jak ktoś zaczął mówić - podniosłem rękę do nosa. Znowu
zatrzeszczało. Słyszę, jak ktoś wstaje i wyraźnie idzie w moją stronę.
Przestraszyłem się, że mnie z góry zobaczy, chciałem trochę
przykucnąć, a tu rrryms! Cały stojak przewrócił się!…

Co się potem działo, to lepiej nie mówić! Nasza pani to tylko
mówiła „Jacku, Jacku” i załamała ręce.

Najgorzej, że nic nie miałem na swoje wytłumaczenie. A pan
kierownik po słówku, po słówku - całą prawdę ze mnie wyciągnął.

I co się okazało! Nasi nauczyciele też się zobowiązali, że w ich
klasach dwójek nie będzie. Ale to wcale nie znaczy tak, jak
myśleliśmy z Tomkiem, że nie będą stawiać dwójek. Owszem, kto nie
odrobi lekcji - dwójkę dostanie. Ale zaraz nauczyciel nim się zajmie,
zostanie z nim po lekcjach, pomoże, przypilnuje i dopiero tę dwójkę
skreśli.

Ze szkoły poszedłem prosto do Tomka. Bardzo byłem zgryziony. I
tym, że się stojak przewrócił, i postanowieniem nauczycieli też. Tym
drugim - więcej.

Tomek martwił się tak samo, jak ja. Bo dni teraz dłuższe. Można
by gdzie polecieć. Ale cóż, nic z tego.

Jednomyślnie postanowiliśmy z Tomkiem, żeby dwój nie
obrywać. Bo co to za przyjemność zostawać po lekcjach na jeszcze
jedne lekcje. Lepiej odrobić od razu.

TRZYNASTKA
‘trzynastkę, naturalnie, wierzyć nie trzeba. I mamusia tak mówi. I
tatuś z trzynastki się śmieje. Więc kiedy zobaczyłem dziś na
kalendarzu trzynastkę, zaraz sobie powiedziałem, że to nic nie
szkodzi. Do szkoły poszedłem bardzo zadowolony, bo wczoraj tak się
jakoś dziwnie złożyło, że wszystkie lekcje zdążyłem odrobić.
W planie było pięć lekcji. Ostatnia miała być historia. Nawet mi
się zrobiło żal, kiedy usłyszałem, że pani od historii zachorowała i na
lekcje nie przyjdzie. Tak dobrze na dziś wszystko umiałem!

Na innych lekcjach też nikt mnie nie wyrywał do odpowiedzi, nie
wywoływał do tablicy. Dobrze wiem, dlaczego: nauczyciele zawsze
poznają, chociaż nie wiem po czym, który uczeń lekcje umie, a który
nie. I, naturalnie, jak mają na kogoś złość, to go wywołują wtedy,
kiedy nie umie. A wtedy kiedy umie, nawet nie spojrzą w jego stronę.
Tak jak to było dzisiaj ze mną. Trudno, powiedziałem sobie. Nie będę
się tym przejmował. I zaraz się pocieszyłem, że dziś wcześniej ze
szkoły wyjdę i nie muszę spieszyć się do domu. Można pójść do parku
albo poganiać trochę na szkolnym boisku. Albo Tomek wymyśli
jeszcze coś innego.

Ale Tomek niczego nie chciał wymyślić. Był bardzo zły. Nie
odrobił na dziś rachunków, a pan wywołał go do tablicy i kazał
pokazać zadania. Tym sposobem Tomek złapał dwójkę, i to w
zeszycie. A jego tatuś często ogląda zeszyty.

Więc Tomek ze złości wcale na mnie nie czekał, tylko poleciał,
jakby mu zależało, żeby dwójkę prędzej do domu zanieść.

Wyszedłem razem z Felkiem, z drugiej ławki. Idzie w naszą
stronę, ale ma dużo bliżej. Mieszka na parterze w tym drewn8iaku po
prawej stronie. Czasami rano widzimy go z Tomem przez okno, jak
kończy w kuchni jeść śniadanie. Zatrzymujemy się wtedy i czekamy,
aż wyjdzie. Kolega z niego jest niezły, tylko bić się nie umie. I chyba
gdy się nie nauczy, bo ile razy jakaś draka, to on zaraz odsuwa się i
mówi, że jemu mama nie każe. Mnie mama też nie każe się bić,
wiadomo, ale się biję, jeżeli trzeba i już. Więc wyszliśmy z Felkiem ze
szkoły. Idziemy powoli i nic e mówimy. Raptem przypomniało mi się,
że mam w kieszeni kawałek kredy. Wyjąłem ją i pokazuję Felkowi.

- Widzisz?
- Widzę.
- Kreda-mówię.
- No to co, że kreda?
- A to, że kredą można pisać. Wiesz?
- Wiem - mówi Felek - lepiej od ciebie. Cóż to j a pierwszy iz kredę
widzę? W czwartej klasie drugi rok jestem. Dłużej d ciebie na tablicy
kredą piszę.
- Pisanie to nie sztuka - mówię. - Ciekawy jestem czy rysować też
potrafisz?
- Mogę ci jutro w szkole pokazać.
- Phi - mówię - do jutra daleko. Ja ci tu zaraz pokażę, jak się kredą
rysuje.

I narysowałem na płocie taki rysunek, przy którym się mówi:
„Kropka, kropka, kryska, kryska - fotografia twego pyska”.

Płot był dosyć długi, narysowałem tak już ze trzy razy, a Felek
pyta:

- Czyjego pyska?
- Co cię to obchodzi - mówię. - Patrz tylko, czy dobrze
narysowałem. I znowu rysuję: „Kropka, kropka, kryska, kryska,
fotografia twego pyska”.
- Nie mówi się „kryska”, tylko „kreska” - mówi Felek i wiać, że jest
zły.
- „Kreska” to nie pasuje do wiersza - mówię.
- To przecież możesz zmienić: „Kropka, kropka, kreska, kreska,
fotografia twego pieska”.
Aż przystanąłem ze zdziwienia, że Felek potrafi tak do wiersza coś
ułożyć. On widocznie zauważył, to mnie to zastanowiło, bo nadął się
jak balon i mówi:
- Aha?
„Poczekaj” - myślę sobie i mówię:
- Psy mają ogon, więc to nie jest fotografia psa, tylko Człowieka.
- A człowiek nie ma pyska! - woła ze złością lelek
- Jeden nie ma, a drugi ma - mówię i zabieram się do rysowania
następnej głowy.
- Przestań-woła Felek. -Przestań, bo zobaczysz!
- Nic nie zobaczę - mówię - przecież tobie mama nie pozwala…
A on jak nie złapie kamienia, jak nie palnie we mnie!
Nie trafił, kamień stuknął o płot, ale mu nie mogłem darować.
Złapałem ten kamień i pędzę za nim. To już było blisko jego domu.
Myślał, że mi ucieknie, i wpadł do sieni. Zdążyłem puścić kamień za
nim.
Na nieszczęście kamień trafił prosto w okno od kuchni. Szyba
pewnie była już pęknięta, a może w ogóle bardzo słaba, bo się od razu
rozleciała. I to z takim brzękiem, aż poszło po całej ulicy. Szczęście, że
akurat było pusto. Uciekałem, ile sił w nogach.
Wpadłem do parku i usiadłem w bocznej alejce na brzegu ławki.
Siedzę sobie i myślę, co teraz będzie. Najgorsze ze wszystkiego, że
Felek mnie zna. Gdyby to był nieznajomy chłopak, nikt by się nie
dowiedział, kto rozbił szybę, a tak to nic się nie ukryje. Na pewno jego
mama już wie, jak się nazywam. Całe szczęście, że Felek nie zna
mojego adresu. Nieraz namawiałem go, żeby mnie odprowadził do

domu, ale on nigdy nie chciał. Okazuje się, że dobrze robił. Gdyby
wiedział, gdzie mieszkam, to już by jego mama do mojej mamy
poszła. A tak to najwyżej Felek jutro w szkole na mnie naskarży.

Co prawda, pani często nam powtarza, żebyśmy ciągle nie
skarżyli. Ale mnie się zdaje, że Felek ma twardą głowę. Nie wie, że to
nieładnie. Może by zrozumiał, gdybym mu coś dał.

Ale co? Dwie nowe stalówki? Albo trzy? Dam mu cztery, niech
będzie święty spokój.

Siedzę, siedzę i myślę, aż tu nagle czuję, że mi coś ciepłego lodzę
do buta leci.

Patrzę, a to psiak jakiś widocznie się omylił. Myślał, że moja noga
to to samo, co noga ławki albo drzewko, jak się nie zerwę! Chciałem
tego głupiego szczeniaka kopnąć, a tu słyszę:

Jak śmiesz na mojego psa nogę podnosić! patrzę, biegnie jakaś
pani, bardzo gruba i czerwona ze złości. Parasolką się na mnie
zamierza i woła coraz głośniej. Odskoczyłem na wszelki wypadek
trochę dalej i mówię:

Proszę pani, przecież pani pies pierwszy nogę na mnie podniósł.
Ale ta pani wygraża mi parasolką, a z daleka nadchodzi już dozorca.

Uciekłem jak zmyty.
N domu nareszcie odetchnąłem. Spojrzałem niechcący na
kalendarz i przypomniało mi się, że to dziś trzynasty.
I jak tu nie wierzyć w trzynastkę - myślę sobie. - No, ale to się:
szyba wybita, w parku awantura - koniec i spokój”.
\ to wcale nie był ani spokój, ani koniec.
5o południu wyznaczono w szkole zbiórkę naszego zastępu.
szedłem jakby nigdy nic. Zapomniałem nawet o tym psie.
szybie pomyślałem tylko tyle, żeby nie przechodzić pod domem
Felka, a potem to mi zupełnie z głowy wyleciała.
spóźniłem się parę minut, bo mi okrężna droga zajęła trochę
czasu.
Wchodzę, chłopcy już siedzą na swoich miejscach, więc i ja czym
prędzej siadam w ławce. A tu wszyscy się na mnie patrzą tak jakoś
dziwnie.
Dotknęło mnie - jak to się mówi - niemiłe przeczucie. Wtem druh
zastępowy odzywa się:
- Jacku, przed chwilą była w szkole matka twojego kolegi.
- Felka?

Wyrwało mi się, ale naprawdę aż trudno było uwierzyć, żeby o
głupią szybę zaraz do szkoły lecieć.

- Tak. Mama Felka - mówi zastępowy i minę ma taką smutną,
jakby się stało jakieś nieszczęście.

- Rzuciłeś kamieniem i rozbiłeś im szybę w pokoju - mówi.
- Prawda?
- Nie. Nieprawda - odpowiadam.
- Jacku, spójrz mi prosto w oczy - mówi zastępowy - czyżby matka
twojego kolegi nie powiedziała prawdy?
- Tak, druhu zastępowy - mówię i patrzę mu prosto w oczy -
mama Felka nie powiedziała prawdy.
- Felek też tu z nią był. I to samo mówił. Więc jak to, czy to może
być jakieś nieporozumienie?
- Na pewno nieporozumienie, druhu zastępowy - mówię i ciągle
mu patrzę prosto w oczy.
- Wracałeś z Felkiem razem do domu? - pyta zastępowy.
- Wracałem.
- Posprzeczaliście się?
- Owszem, posprzeczaliśmy się, bo Felek na żartach się nie zna,
tylko zaraz kamienie chwyta. Więc i ja w niego rzuciłem.
- Aha. Więc teraz przyznajesz się, że rzuciłeś kamieniem?
- woła Wacek z naszej klasy.
- Nie przyznaję się, tylko mówię. Nikt mnie nie pytał o to, czy
rzuciłem kamieniem, tylko czy rozbiłem szybę w pokoju.
- A ty szyby nie rozbiłeś? - pyta druh zastępowy.
- Rozbiłem, owszem - mówię.
- Nic nie rozumiem - druh zastępowy aż za głowę się złapał -
przecież przed chwilą wszyscy słyszeli, jak mówiłeś, że to, co mówiła
matka Felka, to nieprawda.
- I teraz powiem, że to nieprawda - mówię.
- Dlaczego?
- Dlatego, że kamień wybił szybę w kuchni, a nie w pokoju.
- O rany! - zawołał druh zastępowy, a w klasie zrobił się straszny
hałas, jedni się śmiali, inni coś wołali. Nic nie rozumiałem, o co
chodzi. Zastępowy palnął pięścią w stół i zawołał:
- Cisza!
Wszystko ucichło, a mnie kazali wyjść na chwilę za drzwi.
Wyszedłem, ale drzwi tylko przymknąłem i stanąłem tuż za
rogiem. Najpierw słyszałem, że druh o coś pytał, ale o co, e wiem.

Odpowiedź była głośniejsza. Kilka głosów wołało: ..-. Zdrowy, zdrowy
zupełnie? Klepki ma w porządku, tylko…

Tu znowu nie dosłyszałem.
- Nie widzę innej rady - mówi zastępowy - tylko musimy Jacka
zawiesić na jakiś czas…
Nogi się pode mną ugięły. „Zawiesić?” Co oni sobie myślą?
niedoczekanie! Nie traciłem czasu na normalne wyjście korytarzem i
drzwiami. Wyskoczyłem przez okno. Już mnie więcej na zbiórce nie
zobaczą.
- A to dzień! Trzynasty!
GŁUPI POMYSŁ
Do szkoły nie poszedłem. Może po kilku dniach zapomną. Albo ja
przez ten czas coś wymyślę. Nie trzeba tracić nadziei.
Najpierw chciałem w domu powiedzieć, co się na tych zbiórkach
wyprawia. Mama na pewno poszłaby do szkoły i porozmawiała z
druhem zastępowym.
On jest jeszcze młody. Może nie wie, że zawieszanie to jest
niebezpieczna rzecz. To się tak mówi: „Zawiesić na jakiś czas”. A jak
pójdą, to zapomną i ja będę wisiał i wisiał. W ogóle najlepiej nie
zawieszać.
Mama powiedziałaby to wszystko druhowi zastępowemu. I nie
dałaby mnie zawiesić. Nie jestem cacko na choinkę.
i miałem to wszystko opowiedzieć, kiedy przypomniałem sobie o
szybie. Tego nie dałoby się ukryć.
Lepiej niech mama ani ojciec o szybie nie wiedzą. Niepotrzebnie
by się martwili.
Poszedłem więc do parku.
W parku było bardzo przyjemnie. Dużo dzieci z różnymi
zabawkami. Bardzo ładnie bawiliśmy się. Wymyślałem różne zabawy,
a malcy słuchali mnie i robili wszystko, co im kazałem.
Ale dorośli zawsze zabawę popsują.

Najpierw jedna pani zapytała mnie, dlaczego o tej porze nie
jestem w szkole. Odpowiedziałem grzecznie, bo ja starszym zawsze
grzecznie odpowiadam, że dziś u nas lekcji nie ma, bo wybuchła
szkarlatyna i najpierw szkołę trzeba wydezynfekować.

Ta pani przestraszyła się nie wiadomo czego, zabrała swoje dzieci,
a mnie kazała iść do domu i siedzieć, dopóki się nie okaże. Ale co ma
się okazać - nie powiedziała.

Znalazłem sobie inne dzieci. Bawiliśmy się w najlepsze, aż tu
podchodzi do mnie jeden pan i pyta, dlaczego nie jestem w szkole.

Więc wymyśliłem, że chodzę na popołudniową zmianę, i przez
jakiś czas miałem spokój. Nagle widzę, że ten pan rozmawia z tą
panią, która mnie wpierw zapytała. Patrzą przy tym na mnie w jakiś
dziwny sposób.

„Źle!” - pomyślałem sobie i w samym środku zabawy
powiedziałem, że muszę napić się wody.

Tak więc przez dorosłych musiałem trzy razy skłamać, a to bardzo
nieładnie. Najlepiej byłoby, gdyby dorośli nie wtrącali się do dzieci.
Kiedy ja będę już zupełnie dorosły, to nigdy nie będę pytał małych
chłopców, dlaczego nie są w szkole.

Dochodziła pierwsza, więc powoli poszedłem do domu.
Mama zaraz zapytała jak mi dzisiaj poszło. Powiedziałem, że tak
sobie: ani źle, ani dobrze.
- To znaczy, ani piątki, ani dwójki nie dostałeś? - pyta mama.
- Tak - mówię - ani dwójki, ani piątki. Ani trójki. W ogóle nic.
Po obiedzie wyszedłem przed bramę. Nagłe widzę z daleka - w
naszą stronę idzie Wacek. Zaraz domyśliłem się, że będzie mnie
pytał, dlaczego nie byłem w szkole. A ja nie wiem, co mam
powiedzieć. Co tu robić? Uciec? Nie mogę, bo wtedy Wacek pójdzie
do naszego mieszkania i wszystko się wyda. Powiedzieć, że jestem
chory, też nie mogę, bo co chory ma do roboty przed bramą? A tu
Wacek już stoi obok mnie.
- Dlaczego nie byłeś w szkole?
- Nie mogłem przyjść.
- Dlaczego?
- A bo co? Nie wszystko ci jedno, dlaczego?
- Mnie wszystko jedno, ale obiecałem pani, że wstąpię i zapytam
się.
- Nie potrzebujesz pytać. Jutro Tomek w szkole powie, co i jak.

- Przecież go nie ma. Wyjechał na wesele siostry, na wieś. Nie
wiesz o tym?

- Aha, szkoda. On powiedziałby wam o moim zmartwieniu.
- A co, masz zmartwienie?
- Uhm… Mój tatuś jest chory i dlatego ja muszę być w domu, bo
ciągle trzeba latać: a to do apteki, a to do doktora. Rozumiesz.
- Rozumiem - powiedział Wacek i rzeczywiście po jego minie
widać było wyraźnie, że rozumie. - Jutro pani powtórzę. Serwus.
- Serwus - mówię i nagle zrobiło mi się jakoś smutno i
przyjemnie.
Wacek odszedł już zupełnie daleko, mogłem być pewny, że nie
wróci. Na ulicy nic ciekawego się nie działo, więc postanowiłem iść
do domu.
Odwracam się i widzę, że w bramie, prawie za moimi plecami, stoi
Mietek. Stoi i śmieje się.
- Z czego się śmiejesz? - pytam.
- Z ciebie - mówi.
- No, no, żebyś tylko nie zaczął płakać - powiadam - jak się do
ciebie wezmę.
- Płakać W ty będziesz - mówi Mietek. - Zaraz idę do was i
powiem, że w szkole nie byłeś i nałgałeś, że twój ojciec chory-
- Wcale nie łgałem, bo właśnie że chory, wiesz?
- To chyba nagle wyzdrowiał, bo tu idzie - śmieje się Mietek.
Patrzę, a ulicą rzeczywiście idzie mój tatuś z fabryki. Struchlałem
cały, bo jeżeli Mietek teraz tatusiowi powie?
… Ale Mietek jaki jest, taki jest, przecież swój rozum ma. Nic nie
powiedział.
Poszedłem z tatusiem na górę, a kiedy wieczorem spotkałem
Mietka na podwórzu, to tylko zapytał:
- Miałeś stracha, co?
Pewnie, że miałem. Ale ten strach to jeszcze nic wobec tego, co
było na drugi dzień.
*
Przed południem bawiłem się w parku jak pierwszego dnia.
Dzieciaki* już mnie znały. Zabawa była pierwszorzędna. W domu
zjadłem obiad i powiedziałem mamie bardzo ładnie o tym, co robiłem

w szkole. Sam z siebie na pewno bym tyle nie nakłamał, ale mama
dopytywała się o wszystko szczegółowo, więc co miałem robić.

Potem wyszedłem na podwórko. Był tam Mietek i razem
wyszliśmy przed bramę. Ulica była pusta, tylko z daleka szła w naszą
stronę jakaś pani w zielonej sukni. Ledwo sobie pomyślałem, że taką
zieloną sukienkę ma nasza woźna, aż tu nagle widzę, że to właśnie
ona.

- Mietek! - zawołałem. - Ta zielona to nasza woźna. Na pewno
idzie do nas z kartką ze szkoły. O mój Boże, co ja zrobię? Już mnie nic
nie uratuje!

- Ja cię uratuję - mówi Mietek. - Ale mi dasz pudełko z
kapitanem.

- Dam ci wszystko, co chcesz, Mietek, tylko ratuj.
- Dobra..Schowaj się do sieni.
Schowałem się do sieni i czekam, co będzie .dalej. Po chwili słyszę
w bramie rozmowę.
- Chłopcze - mówi pani woźna - czy wiesz, gdzie tu mieszka Jacek
Czarnecki?
- Wiem, proszę pani - odpowiada Mietek. - Biedny chłopak,
sierota… ojciec…
- Co ty mówisz! -przestraszyła się woźna. -Więc Jacka ojciec?…
- Tak, proszę pani, tak… Strasznie mi Jacka żal… Pani woźna
powiedziała kilka razy:
- Mój Boże! Biedne dziecko!
Potem już nic nie było słychać. Wreszcie Mietek przyszedł do
mnie.
- Możesz wyjść. Udało się, co?
Nic mu nie odpowiedziałem. Chociaż to on nakłamał, a nie ja -
było mi bardzo przykro.
- Idź po pudełko-mówi Mietek.
Zrobiło mi się jeszcze smutniej. Takie ładne pudełko. W środku
całe złote. Na pokrywce namalowany prawdziwy kapitan z fajką. Nikt
takiego pudełka nie ma.
- Nie mogłeś co innego wymyślić? - mówię.
- Nie mogłem, czasu nie było. Idziesz po pudełko czy nie?
Musiałem iść po pudełko. Żal mi było jak nie wiem co. I do tego taki
głupi pomysł.
Późnym wieczorem wywołał mnie na schody Tomek. Już wrócił.
Opowiedziałem mu wszystko. Przecież to mój przyjaciel.

„Co dwie głowy, to nie jedna” - mówi zawsze moja babcia. I to
prawda. Szkoda, że Tomka nie było przez te dni. Nie zaplątałbym się
tak okropnie.

Tomek powiedział, że „zawiesić” to znaczy, że przez jakiś czas nie
ma się prawa przychodzić na zbiórki ani nosić mundurka. Takie jest
to zawieszenie, a nie na żadnym sznurku.

- Trudno. Stało się - mówi Tomek. - Musisz iść do szkoły.
Porozmawiaj z druhem zastępowym, poproś, może ci jeszcze ten raz
daruje. Przecież to straszny wstyd być zawieszonym!

- Dobrze - mówię - poproszę. A jeżeli mnie pani o ojca zapyta?
- Musisz powiedzieć, jak było, i w ogóle przyznać się.
- A może lepiej nie mówić nic?
- Lepiej powiedzieć. W sobotę będzie wywiadówka. Do szkoły
pójdzie twój ojciec i wtedy co?
To mnie przekonało. Ale tak od razu do szkoły nie chciałem iść.
Uprosiłem Tomka, żeby najpierw dowiedział się, co tam o mnie
mówią i czy pani już o wszystkim wie. Lepiej być przygotowanym.
Tomek miał wprost ze szkoły przyjść do mnie do parku, żebyśmy
wrócili razem do domu.
Czytam sobie w parku i coraz na słońce spoglądam, bo już
zauważyłem, że kiedy nadchodzi pierwsza godzina, to słońce jest
akurat nad dębem z prawej strony. Pan od geografii każe robić takie
obserwacje, bo to jest bardzo pożyteczne. Rzeczywiście, nie
potrzebuję już nikogo pytać o godzinę. Słońce jeszcze nie doszło do
dębu, a tu patrzę, biegnie Tomek. Zdziwiłem się, ale widzę, że ma
taką przestraszoną minę, więc pytam:
- Stało się co?
- Stało się! Już się stało!
- Co się stało?
- Wieniec kupiony.
- Jaki znowu wieniec?
- Dziewczyny dowiedziały się wszystkiego od pani woźnej i zaraz
zrobiły składkę na wieniec. Zaniosą go po południu do was.
Aż mi się zimno zrobiło.
- Tomek? - zawołałem. - Co ja narobiłem! Co teraz będzie?
- Heca będzie - mówi - Tomek. - Wielka heca.
- Dla ciebie to heca, ale co ja mam robić? Przecież i ojciec i mama
zaraz się dowiedzą. Idę do babci!
- Do domu nie pójdziesz?

- Nie. Może już wcale do domu nie wrócę. Przypomniało mi się, że
babcia jest stara i potrzebuje opieki. Ja się babcią zaopiekuję.

- Tak ci się akurat dzisiaj przypomniało? - mówi Tomek. -A ja
pójdę do was i zobaczę, co się będzie działo.

- Ty, Tomek, idź, owszem. Uważaj na wszystko. I co mój tatuś na
to powie. Uważaj, a potem mi wszystko powtórzysz, dobrze.

- Dobrze - mówi Tomek. - A gdzie cię szukać?
- Słyszysz, że idę do babci, do tej z ogródkiem. Przyleć, podobno
już agrest jest dobry.
- Przylecę. Poszedłem do babci.
Szedłem bardzo powoli, żeby nie przyjść za wcześnie. Babcia też
lubi się o wszystko pytać, a już nie chciałem więcej kłamać.
Otworzyłem furtkę do ogródka. Tak tam ładnie, zielono. Bratków
kolorowych tyle. Przed ganeczkiem na słońcu Maciek leży spasiony
jak wieprzek. Pewnie, takiemu to dobrze: wyśpi się, wyleży, w nocy
idzie na myszy - ani go kto zapyta, gdzie był, co robił. A ja?
Babcia obierała kartofle. W całej kuchni pachniało smaczną
grochówką. Przywitałem się i usiadłem koło stołu pod oknem.
- Dawno już u mnie nie byłeś - mówi babcia. - Czy tam u was się
co stało?
- Nie, nic się nie stało. A czy może babcia co słyszała? To wszystko
jest nieprawda. Tatuś żyje. Żadnego wieńca nie trzeba.
- Matko Boża! - krzyknęła babcia i aż nóż wypadł jej z ręki. -
Jakiego wieńca? A więc coś się stało? Wypadek? Mów mi zaraz
wszystko.
- Nie, naprawdę nic, babciu. Jak babcię kocham - nic zupełnie.
Tylko jeden chłopak nakłamał… Ale wszystko jest w porządku.
- W porządku? A jeżeli wszystko w porządku, to dlaczego do mnie
wprost ze szkoły przyszedłeś?
Postanowiłem powiedzieć babci całą prawdę, więc mówię:
- Nie zgadła babcia. Nię idę wprost ze szkoły, tylko wprost z
parku.
- To wiem. Przecież nie możesz parku okrążać, jak tu do mnie
idziesz. A po co przyszedłeś? Masz jakiś interes?
- Interesu żadnego nie mam. Tylko babciu droga, ja chciałbym tu
u babci być już do końca życia. Tu jest tak ładnie. W ogródku teraz
wszystko kwitnie. Czuję, że tutaj byłoby dla mnie o wiele zdrowiej.
Naprawdę. I byłbym za podporę. Sama babcia mówiła, że przydałaby
się babci jaka podpora na starość, więc sobie pomyślałem…

A babcia na to:
- Mów mi zaraz, coś zmalował. Tylko bez wykrętów.
Od razu mi się zrobiło lżej. Zacząłem od tej szyby. I o psie
powiedziałem, i o zbiórce. Wszystko po kolei. Babcia mi ani słowem
nie przerwała. Kiedy skończyłem, powiedziała:
- Wieniec kwiaciarnia przyjmie. Trochę stracą, ale pieniądze
dostaną z powrotem. No, a ty będziesz miał za swoje, zobaczysz!
- Babciu kochana, tylko babcia może mnie wybronić. Nikt, tylko
babcia. Ja się nawet zgodzę, żeby babcia wymyśliła karę dla mnie, bo
rozumiem, że bez kary to się nie obejdzie. Ale niech ją babcia sama
naznaczy. Ja od siebie też coś dodam.
- Ciekawa jestem co?
- Niech babcia posłucha. Za tydzień jest święto dziecka. I każdy
dostaje jakiś prezent. Dla mnie tatuś z mamusią też pewnie coś
kupią. Więc ja za tę karę nie chcę’ nic. Nic, a nic. Ani nawet porcji
lodów, ani jednego cukierka. To przecież duża kara, nie? Na taką
uroczystość nic nie dostać?
Babcia zalała kartofle wodą i powiedziała:
- Z taką głową to mógłbyś Kopernikiem zostać.
- Może, ale oprócz babci nikt tego nie widzi. A z tych wszystkich
zmartwień to mi głowa puchnie. O, czapka niedawno kupiona i o
numer większa, bo mamusia chciała, żeby trochę była na wyrost - a
już wcale na głowę nie chce wejść. Niech babcia zobaczy.
I włożyłem czapkę na głowę. Siedziała naprawdę na samym
czubku.
- Matko święta! - mówi babcia i ogląda tę czapkę. - To ma być
niedawno kupiona czapka? Coś ty z nią zrobił?
- Ja - nic. Tylko pożyczyłem wczoraj jednemu chłopakowi w
parku. Gonił motyla i cisnął za nim moją czapką. Niechcący wpadła
do sadzawki, do tej mniejszej, babcia wie, do której? Całe szczęście,
że tam płytko, więc wyciągnęliśmy. Bałem się, że mama wczoraj
zobaczy, bobym usłyszał. Ale czy ja mogę być taki sobek, żebym
nikomu nic nie pożyczył? Nie mogę…
Babcia wzięła mnie za głowę, potrzymała trochę i powiedziała
zaniepokojona:
- Nie gadaj tyle. Głowę masz gorącą. Jeszcze tylko brakuje, żebyś
się rozchorował. Już się nie bój. Wytłumaczę ojcu i wezmę cię
naprawdę na jakiś tydzień do siebie…
- Oj, babciu! - aż ręce złożyłem z radości, a babcia skończyła:

- … tyle pielenia w ogródku, przydałaby mi się jaka pomoc. A i do
nauki lepiej się brać, jak trochę popracujesz na świeżym powietrzu,
co?

Przytaknąłem babci, ale już bez wielkiej radości, bo pielenie, to
jest straszna rzecz: stale trzeba uważać, żeby z tym, co jest
niepotrzebne, nie wyrwać tego, co potrzebne.

Zamyśliłem się i nawet nie zauważyłem, kiedy pod oknem stanął
Tomek. Wyleciałem do ogródka i usiedliśmy koło furtki pod
agrestem. Był jeszcze kwaśny, aż wykrzywiało, ale już go można było
jeść.

- Widziałeś? - pytam Tomka.
- Widziałem - mówi Tomek. - Schowałem się naprzeciwko w
bramie - wszystko widziałem i słyszałem.
- No i co?
- Nic. Bardzo ładnie wyglądało. Dziewczyny wystroiły się. Wieniec
taki, mówię ci, zielony. Niosły go Zosia i Olesia.
- No i co? Mów prędzej.
- Co ci się tak spieszy? No więc podeszły pod bramę i stanęły.
Dzieciaków z całej ulicy przyleciało zaraz tyle, że ojej. Wyszedł nasz
dozorca i pyta się dziewczyn dla kogo ten wieniec.
- Dla ojca kolegi z naszej klasy - mówi Zosia.
- Z tego domu? - pyta dozorca.
Zosia potakuje, a dozorca mówi, że to chyba omyłka, bo w tym
domu nikt nie umarł. Więc Zosia spojrzała na numer na bramie i
pyta:
- Przecież tu mieszka Jacek?
- Jacek Czarnecki? - pyta dozorca. - Na pewno tu, i to od samego
urodzenia. A bo co?
- To dla jego ojca ten wieniec.
Jak to nasz dozorca usłyszał, to, mówię ci, po prostu zbaraniał.
Ale zaraz wszedł do bramy i zaczął wołać:
- Panie Czarnecki, niech pan tu idzie? Pilna sprawa do pana!
Wyszedł twój ojciec, a dozorca mówi:
- Tu wieniec dla pana przynieśli.
- Wieniec?! Dla mnie?! - dziwił się twój ojciec. A Zosia zrobiła się
strasznie czerwona i mówi:
- To pan nie umarł?
- Nie - mówi twój ojciec, a twoja mama, która już stała koło nich,
woła:

- Matko Boska, czy ja zwariowałam, czy wszyscy powariowali?! Co
tu się dzieje?!

A dozorczyni spod piątego mówi:
- Panie Czarnecki, będzie pan długo żył, bo taka omyłka wróży
długie życie.
Dozorca się śmieje, twój ojciec się śmieje, sąsiedzi, co
powychodzili na to wszystko, też się śmieją. Kto tylko szedł ulicą, to
zatrzymywał się i pytał, dlaczego tu się śmieją nad pogrzebowym
wieńcem, a potem, jak się dowiadywał, to zaczynał się śmiać - mówię
ci, heca pierwsza klasa!
- A co moja mama?
- Twoja mama też się śmiała.
- A co mówiła?
- Mówiła, że weźmie się do ciebie. Wszystkiego nie słyszałem, ale
pytała dziewczyn, ile dni nie było cię w szkole.
- I co?
- Oj, Jacek, czy ja mam w głowie taśmę i każde słowo nagrane?
No, dość tego agrestu, bo mnie brzuch zaczyna boleć. Chodź do
domu.
- Ja u babci zostaję. Babcia mnie teraz będzie wychowywać -
mówię - do domu za nic nie pójdę.
Aż tu nad głową rozlega się głos ojca:
- No to my przyszliśmy po ciebie.
Prysnęliśmy w dwie strony. Tomek na ulicę, a ja do babci.
Schowałem się za komodę i zdążyłem tylko powiedzieć:
- Babciu najdroższa!… - a tu już tatuś z mamą wchodzą i witają się
z babcią.
- Siadajcie - zaprasza babcia - zaraz nakryję stół. Śniło mi się, że
pierzynę na słońce wynosiłam, a to znaczy, że goście do domu. No i
patrzcie - wyjaśniło się. Dobrze, że ja tej grochówki na dwa dni
ugotowałam.
- A mnie jak pierzyna się śni, to zawsze zmartwienie -mówi moja
mama. -1 rzeczywiście, ile zmartwień z tym Jackiem, to przechodzi
ludzkie pojęcie. I kara nie pomaga, i nagroda. Mech mama tylko
posłucha…
- Dobrze, ale najpierw zjedzcie tej grochówki - zaprasza znów
babcia. Na boczku, tak jak Tadeusz lubi.
- Mamo droga, co tam teraz grochówka, z takim dzieckiem to…

- Na grochówkę u teściowej słowa nie dam powiedzieć - mówi
tatuś. — Siadaj, jak cię proszą.

- Ale czy mama wie, co ten Jacek nam narobił?
- Wiem, wiem, już mi wszystko opowiedział.
- Czy tylko na pewno wszystko? - pyta mama.
- Na pewno wszystko. On mi zawsze prawdę mówi. To wcale nie
jest zły chłopak, tylko, jak to dziecko, rozumu całego jeszcze nie ma.
- On i połowy nie ma. Ja to mamie mówię. I niech go mama nie
broni, bo niewart. Już i Tadeusz powiedział: - Bronić go - nie bronię.
Kara mu się należy. AAe przecież i nieporozumienie też było. Do
czegóż to podobni żeby do dzieci po ludzku nie mówić? Jak zasłuży,
żeby go przepędzić, to przepędzić, a nie jakieś tam „zawiesić”.
Ojciec i mama nie wiedzieli, o co chodzi, więc babcia opowiedziała
wszystko.
Potem ojciec opowiedział o tym, co się działo na naszej ulicy, a
mama cały czas dokładała swoje.
Ojciec się śmiał, babcia się śmiała, a kiedy i mama zaczęła się
śmiać, to wyszedłem zza komody.
- Ty heretyku - zawołała mama - z pogrzebu będziesz żarty robił,
poczekaj!
- A czy ja chciałem?
- Chciałeś czy nie chciałeś, kara cię nie minie - mówi groźnie
mama, ale już widzę, że moja sprawa najgorzej nie wygląda.
A babcia na to:
- Naturalnie, że kara musi być. Już mu nawet coś obmyśliłam.
Niech przez cały tydzień u mnie zostanie.
- A to ładna kara! - powiada mama. - Wstydu nam na całą ulicę
narobił, a tu tymczasem babcia mu będzie dogadzać, a podtykać, co
najlepszego znajdzie.
- Już ty się nie bój. Zagonię go do pracy, to mu się odechce psich
figlów.
- Jacku - mówi tatuś - obiecaj, że się zmienisz.
- Dobrze, tatusiu. Obiecuję.
- I żebyś wytrwał w obietnicy. Żebyś w sobie wyrabiał wytrwałość.
- Dobrze, tatusiu.
Teraz mam straszne wyrzuty sumienia. Ciągle przypominam
sobie, jak tatuś do mnie poważnie przemawiał.
Na drugi dzień pani też ze mną rozmawiała, żebym się więcej
zastanawiał. I też - żebym dał jakiś dowód wytrwałości. Najpierw

pomyślałem sobie, że najlepszym dowodem mojej wytrwałości
będzie, kiedy babci cały ogródek czysto wypielę. Potem zobaczyłem,
że to nie takie łatwe, więc postanowiłem wyplewić tylko zagonek z
pietruszką. Ale kiedy i to nie wyszło, to już mi było naprawdę bardzo
przykro.

Wytrwałość to jednak bardzo trudna rzecz.
COŚ TAKIEGO JAK… KOLUMB
Nawet kiedy Tomek do mnie przychodził i bawiliśmy się, też nie
mogłem zapomnieć o tym, co obiecałem tatusiowi. O tej wytrwałości.
Aż kiedyś zapytałem Tomka, czy on chciałby być wytrwałym.
Owszem, on też bardzo chciał, tylko że nie ma żadnej okazji.
- Wytrwałość można pokazać najlepiej w podróży - mówił. -
Gdyby na przykład była tu jaka Sahara, tobyśmy szli i szli i nawet
jakby zabrakło nam wody, to przeszlibyśmy całą pustynię i wtedy
wszyscy powiedzieliby o nas, że jesteśmy samodzielni i wytrwali.
- To prawda - zgodziłem się - ale tu nigdzie blisko żadnej Sahary
nie ma. A żeby dojechać do Sahary, to trzeba mieć najpierw pieniądze
na bilet.
- Albo jakbyśmy wsiedli w łódkę i płynęli, płynęli, płynęli
ciągle prosto i prosto, aż zapłynęlibyśmy na drugą stronę Ziemi,
tak jak Kolumb.
- Tak, ale Kolumb miał swój okręt i w ogóle był dorosły. Nikt go
na kolację nie wołał ani nic. A nas to ciągle tylko pilnują, żebyśmy
gdzie dalej nie poszli. I zawsze się musimy opowiadać, dokąd
idziemy. A Kolumb nic nie mówił, tylko wsiadł i pojechał. I dlatego
Amerykę odkrył.
- Tak - mówi Tomek. - My byśmy Ameryki odkryć nie mogli. Za
daleko.
Zamyśliliśmy się nad tym i tak nam się smutno zrobiło, że coś
okropnego. Aż z tego wszystkiego przyszedł mi do głowy pomysł.
- Tomek - mówię - czy ty wiesz, że Ziemia jest okrągła?
- Wiem.
- Tak jak to jabłko, patrz - i pokazuję mu jabłko, co spadło na
trawę.
- No to co?
- A to - tłumaczę mu - że gdyby ktoś przekopał się przez to jabłko,
to znaczy przez Ziemię, o tak - i przebiłem jabłko na wylot kawałkiem

drutu - to wysiadłby po drugiej stronie Ziemi i wcale nie
potrzebowałby ani łódki, ani objeżdżać naokoło, wiesz?

- Prawda-mówi Tomek.
- No, widzisz! - zawołałem. -1 my to zrobimy. Chcesz?
- Chcę, ale nie bardzo wiem jak.
- Ale ja wiem - mówię. - Postarajmy się tylko o sznury. Najlepiej
od bielizny, bo są mocne. Ja pożyczę z domu. I babcia ma sporo.
Szpadel jest w komórce. Wiadro też babcia nam da. No co, chcesz?
- Naturalnie, że chcę, tylko to jest bardzo długie kopanie.
- Pewnie, że długie, ale jak się przekopiemy na drugą stronę to
nam dadzą medal za wytrwałość albo jakie odznaczenie.
- Dwa - przypomniał Tomek. - Jedno dla ciebie, a drugie dla
mnie. To świetny pomysł! Po prostu - odkrycie! Nikt jeszcze na to nie
wpadł. I wiesz, że to będzie bardzo ważna rzecz dla nauki?
- Pewnie. To będzie naukowe doświadczenie. I zarobić przy tym
możemy. Zobaczysz: wszystkie chłopaki zaraz będą chciały przez nasz
kanał przełazić. Ale za darmo - nie ma głupich. Kto się przy kopaniu
napracował, ten bierze opłatę. Będziemy żądać po dwa złote za kurs
- Dziewczyny będą się bały.
- Dziewczynom pozwolimy tylko zaglądać na tamtą stronę za
jedyne dwadzieścia groszy.
- Barierę trzeba będzie ustawić, bo powpadają - mówi Tomek.
- No to bierzmy się do roboty.
Poszliśmy do babci. Powiedzieliśmy, że koniecznie musimy dla
naukowego doświadczenia wykopać dołek. Spytaliśmy, czy babcia
pozwala. Babcia pozwoliła, ale tylko na tym kawałku za kurnikiem.
Bardzo dobre miejsce. Nikt nas tam nie będzie widział. Wzięliśmy z
komórki szpadel, ja narysowałem na ziemi kółko. Trochę krzywo,
więc Tomek poprawił.
- Kop pierwszy - mówię.
- Nie - powiada Tomek - ty kop pierwszy. Pomysł twój.
- Pomysł mój, ale ogródek mojej babci. Żeby to było w ogródku
twojej babci, to kopałbym, ale tu gościowi należy się pierwszeństwo.
Tomek zaczął kopać. Nie wykopał nawet na dziesięć centymetrów,
a już mu pot ciurkiem leciał.
Wziąłem od niego szpadel, ale po wykopaniu pięciu centymetrów
byłem cały mokry.
- Tomek - mówię - zapomnieliśmy o jednej bardzo ważnej rzeczy.
- O jakiej?

- Musimy spojrzeć na globus.
- Po co ci globus? - pyta Tomek. - Weź znowu to jabłko albo
jeszcze lepiej piłkę.
- Nie, to mi nic nie pomoże. Na jabłku ani na piłce nie ma mapy.
- A na co ci mapa?
- Na to, żeby wiedzieć, w którym miejscu się po tamtej stronie
przebijemy. Jak na lądzie, to dobrze, a jak trafimy na jakie morze
albo ocean, to co?
- Jak w ocean - mówi Tomek - to klapa. Potopimy się.
- Albo może siknąć na tę stronę i ogródek zaleje. Tego babci
zrobić nie mogę. Babcia naprawdę jest dla mnie dobra. Tomek wyjął
mi z ręki szpadel i oparł go o kurnik.
- Lećmy do szkoły - mówi. - Globus jest tylko w szkole.
- Polecieliśmy. Pukamy do kancelarii i wchodzimy. Nie było tam
żadnego nauczyciela, tylko paru uczniów z siódmej klasy. Coś
układali w szafie, a - % szafie stał globus.
- Bardzo przepraszam - zacząłem - ale chcielibyśmy spojrzeć na
globus…
- Patrzcie - mówi taki wysoki. - Stoi tu - i pokazuje ręką.
- Ale my chcemy z bliska - mówi Tomek.
- Proszę bardzo - ten wysoki zdjął globus i postawił na stole.
- A co wam potrzeba? - pyta taki czarny.
- Chcemy zobaczyć, czy naprzeciwko Warszawy po drugiej stronie
globusa jest ziemia czy woda?
Ten czarny zakręcił globusem, spojrzał w jedno miejsce, w
drugie i powiada:
- Hm, to jest dosyć trudno dokładnie określić. Ale tak mniej
więcej to będzie na Oceanie Atlantyckim, gdzieś koło Ziemi Ognistej.
- A ta Ziemia Ognista to wyspa? - zapytał Tomek.
- Nie, to przylądek. Na samym końcu Południowej Ameryki.
- A gdyby obliczyć… ile to będzie metrów - spytałem - tak przez
całą Ziemię na wylot, z Warszawy do tamtego miejsca.
- W prostej linii? - zastanowił się ten wysoki. - Na kilometry to
będzie około trzynastu tysięcy. Tak, Jurek?
- Coś koło tego - odpowiada czarny. Podziękowaliśmy i poszliśmy
do domu.
- Trzynaście tysięcy kilometrów, słyszałeś? - dziwił się Tomek.
- Słyszałem i dalej kopać już nie będę.
- Dlaczego?

- Po pierwsze, że trzynaście, rozumiesz? To dla mnie pechowa
cyfra. Po drugie, słyszałeś, że albo trafimy na ocean, albo na jakąś
Ziemię Ognistą. I to, i to niedobre. Przez taką dziurę to może być
straszny wiatr, no nie? A niech ten wiatr złapie ogień z tej Ziemi
Ognistej albo tylko iskrę? Widziałeś kurnik? Deski suche jak pieprz.
Spaliłby się od razu. Na to nie mogę babci narażać. Codziennie
dostaję na śniadanie świeżutkie jajko. Ładnie bym się odpłacił.

- Tak - mówi Tomek. -1 to jest strasznie głęboko. Pomyśl, kopać
dół na całe trzynaście tysięcy kilometrów!

- No, już nie na całe, bo zawsze te jakieś piętnaście centymetrów
zrobiliśmy. Ale przez tę trzynastkę to i tak nie udałoby się nam na
pewno. Ja ci mówię.

I tak mój wspaniały pomysł nie mógł być wykonany. Bardzo
trudno wymyślić coś na wytrwałość.

KARTOFLANKA Z NIESPODZIANKĄ
sobotę mieliśmy zapowiedzianą wycieczkę do lasu na cały dzień.
Wszyscy bardzo się cieszyli. Lekcji nie będzie, a w lesie czy na polu to
można biegać, krzyczeć i w ogóle przez cały dzień robić zupełnie co
innego niż w mieście.
Tylko jedna rzecz nam się nie podobała. Razem z nami na
wycieczkę wybierała się też trzecia klasa. Żeby to była jakaś klasa
starsza, owszem, nic nie szkodzi. Ale z takimi smarkaczami tylko
kłopot. A to trzeba im pomagać, a to się opiekować, a już najgorzej,
jak pani zacznie mówić, żeby młodszej klasie dawać przykład.
W szkole, nic nie mówię, daję ciągle przykład, ale staram się, jak
mogę. Ale jeszcze i na wycieczce o tym myśleć?
Wycieczka do lasu miała być na cały dzień, więc jedzenia trzeba
było zabrać dużo. Bo na świeżym powietrzu, w lesie, ma się duży
apetyt. Tomek wziął plecak z jedzeniem. Poprosiłem go o włożenie
tam i mojej paczki z żywnością.
Zmieściła się, ale trochę wystawała z plecaka i nie można go było
zawiązać. Więc umówiliśmy się, że Tomek będzie niósł plecak, a ja
będę szedł zaraz za nim i uważał, czy paczka nie wylatuje.
W kolejce okna były pootwierane, więc zaraz weszło świeże
powietrze i wszystkim bardzo zachciało się jeść. Kiedy pożywiliśmy
się, plecak można już było zawiązać zupełnie łatwo. Tomek

powiedział, że jak wysiądziemy z kolejki, to ja będę niósł plecak. Bo
musi być sprawiedliwość.

Zgodziłem się, ale trochę się bałem, czy od kolejki do lasu nie
będzie zanadto daleko, bo też byłoby niesprawiedliwie.

Na szczęście miejsce, gdzie mieliśmy się zatrzymać, było blisko.
Bardzo ładne miejsce. Duża polana-z jednej strony droga, którą
przyszliśmy, a za drogą piękne, wysokie żyto. Z drugiej strony i z
trzeciej - las, a z czwartej stała gajówka, czyli dom w którym mieszka
gajowy.
Na wycieczkę wyjechaliśmy z naszymi wychowawcami. Była nasza
pani i pan z drugiej grupy i jeszcze jedna nauczycielka.
I Tomek, i ja myśleliśmy, że na wycieczce będzie rządziła nasza
pani. Bo w naszej grupie jest młodzież z czwartych klas, a u pana
same dzieci z trzeciej. Ale już na polanie zrozumieliśmy, że wszystkim
będzie rządził pan. Pan poszedł zaraz do gajówki i przyprowadził
żonę gajowego, a ona pokazała nam miejsce w szopie, gdzie
mogliśmy złożyć wszystkie swoje rzeczy. Kto chciał, zostawił tam
marynarkę a nawet sweter.
Kiedy już każdy miał wolne ręce, pan powiedział:
- Na obiad ugotujemy zupę na ognisku.
Wszystkim się to bardzo podobało, a gajowa dała nam kartofli i
włoszczyzny i pożyczyła kociołek.
Dopiero teraz zobaczyliśmy, że pan, chociaż jest wychowawcą u
młodszych, dobrze zna się na wszystkim.
Najpierw podzielił nas na grupy i każdej grupie powiedział, co ma
robić. Potem z chłopcami zbudował z cegieł palenisko i ustawił na
nim kociołek z wodą. Ja z Tomkiem obieraliśmy kartofle, a potem
przynieśliśmy trochę chrustu, a potem chcieliśmy odpocząć, ale pan
powiedział, że musimy zobaczyć w lesie parę rzeczy.
Przy kociołku z zupą zostali dyżurni.
W lesie, owszem, było ciekawie. Aż żal nam się zrobiło, kiedy pan
spojrzał na zegarek i powiedział, żebym ja z Tomkiem leciał tamtych
przy kotle zmienić.
Pobiegliśmy. Wacek i Felek ledwo nas zobaczyli, już ich nie było.
A tu trzeba pod kociołek ciągle dokładać i mieszać, żeby się zupa nie
przypaliła.
Spróbowałem, bo kucharz musi próbować tego, co gotuje.
Kartofle były już miękkie, woda słona, ale co to za zupa? Wo-dzianka,
a nie obiad.

Dałem spróbować Tomkowi. Był tego samego zdania.
- Tomek - mówię - mam myśl.
- Jaką?
- A taką, żeby zrobić niespodziankę. Wszyscy przyjdą niedługo na
obiad, a tu zupa doskonała, palce lizać-jak u mojej babci, no?
- Zęby było jak u twojej babci, to musiałaby tu twoja babcia być i
po swojemu tę zupę ugotować. Nie rozumiesz? Każda gospodyni ma
swoje sekrety.
- Ja znam babci sekret.
- Jaki?
- Zupełnie łatwy: żeby kartoflanka była dobra, musi przez nią
świnia przelecieć.
- Widziałeś?
- Widzieć nie widziałem, ale słyszałem, jak babcia mówiła, że to
cały sekret dobrej kartoflanki.
- A skąd tu weźmiesz świnię?
- Siedzi w chlewiku. Widziałem, jak żona gajowego niosła tam
wiadro z żarciem. Słyszałem nawet tę świnię. Robiła tak: chr, chrrr…
- No to chodźmy prędzej, zanim tu kto przyjdzie. Otworzyliśmy
chlewik. Świnia jakby tylko na nas czekała,
bo stała na wszystkich czterech nogach na wprost drzwi. I
patrzyła, i mrugała oczami. Zupełnie jakby rozumiała, o co chodzi.
Nie była ani za duża, ani za mała. Taka średnia, w sam raz do naszego
kociołka.
Kiedy odstąpiliśmy od drzwi, skoczyła przez próg i pognała jak
wyścigowiec. Ale w zupełnie inną stronę.
- Tomek, zaganiaj z boku! Zaganiaj! - wołam i biegnę, ile sił, za
świnią.
Tomek też pędzi i zagania z boku.
Ledwo wygnaliśmy ją z podwórka. Pędzimy świnię prosto na
kociołek. Świnia leci truchtem przy ziemi, ale przecież kociołek stoi
nisko.
Myśleliśmy, że przeskoczymy go z łatwością. Z lewej strony
pilnował Tomek, z prawej - ja. Już blisko nasza kartoflanka. Aż tu
brzdęk!!!
Ta świnia skręciła gwałtownie w bok i zawadziła o kociołek.
Kociołek z cegieł spadł. Zupa już w trawie. Kartofle naokoło
rozsypane. Ogień zalany, dym taki gęsty wali do góry, a świnia gna
prosto do lasu, sadzi przez krzaki jak koń z medalem, a kwiczy!!!

Ś

„Co tu robić” - myślę sobie. - Świnia ucieknie do lasu, wilki ją
zjedzą. Ładnie będę wtedy wyglądał. Trzeba ją zaraz zła-

Pac”.
- Tomek, Tomek! - wołam. - Gońmy tę świnię!
- Zara , tylko kartofle pozbieram! - woła Tomek.
- Rzuć kartofle, pomóż mi! - i pędzę za świnią w las. Przewróciłem
się dwa razy, wpadłem w takie kolące krzaki, jakiś korzeń rozorał mi
nogę Patrzę: ręce mam podrapane do krwi, z nogi też krew kapie. Ale
trudno, nie zrażam się niczym, tylko pędzę za świnią. A świnia gna
przede mną. I nagle zginęła mi sprzed oczu, jakby się pod ziemię
zapadła.
„To na pewno dzika świnia - myślę sobie - zwykła świnia tak by do
lasu nie uciekała”.
A tu idą dziewczynki i z daleka widzę naszą panią. Pierwsza
zobaczyła mnie Olesia.
Przestraszyła się nie wiadomo czego i woła:
- Jacek, czy to ty?
A inne dziewczynki już zaczynają krzyczeć:
- Jacek! Jacek! Co ci się stało?
- Świnia! - wołam - zupełnie dzika świnia, pewnie dzik! -i dalej już
nic nie mogę powiedzieć, bo mi tchu brak i w ogóle ledwie żyję.
- Dzik! Dzik! Jacka dzik napadł! Dzik, dzik go pokaleczył! Nie
wiadomo skąd lecą wszystkie chłopaki, pan biegnie,
dziewczyny z krzykiem uciekają, pani za ręce mnie trzyma, ale
stoi koło mnie bardzo blada.
Co to się działo! Zanieśli mnie na płaszczu do gajówki. Pod
studnią wodą mnie obmywali. Rękę i nogę zaraz mi pan
zabandażował.
Dopiero jak już mogłem mówić, opowiedziałem o tej świni. I
prosiłem, żeby chłopcy z naszej klasy pomogli mi ją znaleźć.
Nasza pani ciągle sobie rękę do czoła przykładała. Raz jedną, raz
drugą. A pan tylko mi się przyglądał, ale bardzo uważnie.
A tu pędzi Tomek i woła:
- Jest! Jest!
- Kto? - pyta pan.
- Świnia! Sama wróciła z lasu. Już jest w chlewie. Zamknąłem ją.
Kamień spadł mi z serca. Tomek naprawdę jest dobrym
przyjacielem.
Zaraz zrobiło mi się lepiej i mówię:

- Gdyby się kartoflanka nie wylała, to teraz wszyscy razem
moglibyśmy świnię przez nią przegnać - ale wylała się. Szkoda.

A pan mówi, że już nie trzeba. I żebym na przyszłość nigdy
według takiego przepisu nie gotował, bo nie rozumiem go. Bo to
powiedzenie znaczy, że zupę trzeba słoniną okrasić.

Aż się zastanowiłem. Może być. Rzeczywiście, w dobrej zupie
skwarki pływają. Mój Boże, ile dziwnych rzeczy na świecie! Inaczej
się mówi, a inaczej robi…

Do końca wycieczki pani trzymała mnie za rękę. Za tę zdrową. Do
domu, do babci, też mnie odprowadziła. Powiedziała, że woli mnie
oddać z rąk do rąk, bo inaczej w nocy oka by nie zmrużyła.

Zatrzymałem się przy furtce. Najpierw poszła sama pani. Żeby się
babcia nie przestraszyła, jak mnie zobaczy pokaleczonego.

Kiedy po kilku minutach wszedłem, to babcia już się nie
przestraszyła, tylko zawołała:

- Matko Boska!
Z tego wszystkiego okropnie zachciało mi się jeść. A w kuchni
pachniało coś dobrego. Babcia domyśliła się i zaraz zaczęła nakrywać
stół. Prosiła naszą panią, żeby została na kolacji. Ale pani
podziękowała. Powiedziała, że zupełnie straciła apetyt. Szkoda. Zupa
była smaczna, jakby przez nią dwie świnie przeleciały.
PRZESTAJĘ WIERZYĆ W PRZEZNACZENIE
W niedzielę, tak jak było umówione, przyszli po mnie do babci
rodzice.
Siedziałem schowany w agreście. Najlepiej niech babcia sama
wszystko opowie. Tatuś już od furtki woła:
- No, jak tam sprawuje się wychowanek? Była umowa, że na
własne oczy dzisiaj coś zobaczymy.
- Owszem, zobaczycie - mówi babcia. - Ale najpierw chodźcie
ochłodzić się wodą z sokiem.
Czekam i czekam w tym agreście, kiedy mnie zawołają, ale nikt
dosyć długo mnie nie wołał.
Wreszcie wychodzi przed ganek tatuś i mówi:
- Jacek!
Nie odpowiedziałem, bo się przestraszyłem, żeby tatuś krzyknął
albo zawołał głośno jak zwykle, to wyszedłbym zaraz, i już. Ale tatuś
tak jakoś spokojnie, cicho: „Jacek!”

„Oj, niedobrze” - myślę sobie i nie ruszam się.
A tatuś znowu:
- Jacek, muszę z tobą pomówić po męsku.
„Po męsku?” - myślę sobie - to chyba będzie coś lepszego niż takie
zwykłe: „A mówiłem ci, a jaki ty jesteś i tak dalej.”
Poruszyłem się więc w agreście, a tatuś przyszedł i usiadł koło
mnie, tak jak Tomek, i rozmówiliśmy się. Naprawdę po męsku.
Powiedziałem tatusiowi o feralnej trzynastce i o swoim pechu.
- Żebym nie wiem jak chciał - mówię - żebym jak się starał, czy to
dla siebie, czy dla przyjaciela, czy dla społeczeństwa, zawsze się
wszystko przeciwko mnie obraca. To jest pech.
Jestem zapeszony przez to, że urodziłem się czternastego, a to
przecież blisko trzynastki. Takie jest już moje przeznaczenie. A jak
coś komu przeznaczone - to święte.
- Wcale nie święte - mówi tatuś. - Nie wierz w żadne
przeznaczenie ani w żadnego pecha. To bzdury. Chłopcy tylko w to
wierzą. Żaden rozsądny człowiek nie zawraca sobie głowy takimi
bzdurami. A ty przecież chcesz być rozsądnym człowiekiem?
- Rozumie się, że chcę.
- No widzisz! A te wszystkie twoje niepowodzenia to dlatego, że
jak ci wpadnie jaki niemądry pomysł do głowy, to nie zastanawiasz
się, tylko od razu robisz głupstwa. A trzeba najpierw pomyśleć,
poradzić się kogoś.
- A czy ja mam kogo do poradzenia się? - mówię. - Jedynak
jestem. Ani siostry, ani brata - a Tomek nie zawsze w domu.
- To przyjdź z kłopotem do mnie, Jacku. Porozmawiamy sobie jak
koledzy. Zobaczysz, że ci doradzę jeszcze lepiej niż Tomek. No co,
sztama?
- Sztama.
- I obiecaj mi, że od dziś w te żadne trzynastki, pechy i
przeznaczenia wierzyć nie będziesz. Zgoda?
- Zgoda.
- Ręka?
- Ręka - mówię.
Uścisnęliśmy sobie ręce po męsku i poszliśmy na obiad, bo babcia
wołała, że rosół na stole. Przy obiedzie byłem bardzo zadowolony, że
nie mówiło się
0 mnie. Mama tylko trochę wzdychała, ale to pewnie z innego
powodu.

Po obiedzie babcia z mamusią i tatusiem usiedli w altance. Ja
zostałem w kuchni. Siedziałem sobie przy otwartym oknie i czytałem
książkę.

Na kredensie stała salaterka truskawek. Same wybierane. Słodkie
jak nie wiem co. Były przeznaczone na konfitury. Więc je zjadłem.
Obiecałem przecież, że w przeznaczenie wierzyć nie będę.

RAZ, GDY CHCIAŁEM BYĆ SZLACHETNY

ZOSTAWIMY ŚLAD
Na obóz harcerski przyjechałem z opóźnieniem, i to z winy
tatusia. Doktor zabronił tatusiowi jechać nad morze, bo nad morzem
jest mokro i tatusia kolano jeszcze mocniej będzie rwało. Więc tatuś
pojedzie w góry. Ale w górach tak od razu miejsca nie było, trzeba
czekać aż do września. Tatuś się zmartwił, że do urlopu jeszcze cały
miesiąc. A ja nie, bo zaraz pomyślałem, że będę miał dłuższe wakacje.
Wszyscy we wrześniu pójdą do szkoły, a ja z tatusiem - do
Zakopanego! Tatuś już od dawna mówił, że zabierze mnie z sobą, a co
tatuś mówi, to święte.
A tymczasem wszystko się odwróciło do góry nogami. Okazało się,
że tatuś pojedzie sam.
- Przecież tatuś mówił, że ja z tatusiem pojadę?
- Mówiłem i gdybym jechał w sierpniu, to bym cię wziął. A tak nic
z tego. Sam widzisz…
Owszem, widziałem sam, że nic z tego, ale jeszcze wierzyłem,
jeszcze myślałem, że coś się odstanie. Dopiero kiedy mama zaczęła
mi walizkę szykować, to już zupełnie upadłem na duchu, bo
zrozumiałem, że wakacje będę miał jak wszyscy, tylko dwa miesiące i
na obóz trzeba jechać. A na obozie żadnych cudów: ręce myć, jeść, co
dają, czy się lubi, czy nie, i codziennie chodzić spać o tej samej
godzinie. Straszne rzeczy.
Odwiozła mnie mama. Powiedziała, że woli być spokojna, bo ja
sam mógłbym zajechać nie wiadomo dokąd.
Na obozie już było po obiedzie, ale nie bardzo dawno, bo jeszcze i
dla mnie coś się znalazło. Wszyscy popołudniu odpoczywali, ale ja nie

zdążyłem, chociaż się przy jedzeniu porządnie się zmachałem, bo
porcje były bardzo duże. I od razu trafiłem na zbiórkę.

Komendant chyba robił chłopakom jakieś wyrzuty, bo wiałem, że
niektórzy mieli nosy pospuszczane, ale nie rozumiałem, o co chodzi,
tylko się cieszyłem, że do mnie jeszcze :t pretensji mieć nie może.

Druh komendant też się ucieszył na mój widok, bo zaraz zawołał
do mnie:

- Jacek! Tylko ciebie mi tu jeszcze brakowało! Kazał mi usiąść i
wtedy usłyszałem, że chłopaki coś zmajstrowały. Że tu trzeba inaczej.
Tak, aby w okolicy została po nich jakaś pamiątka. Żeby jeszcze długo
po naszym wyjeździe mówili: „O, to chłopcy z kolonii zrobili”. Do
samego końca już nie słuchałem, bo tak mi było przyjemnie zrobiło,
że beze mnie to jakoś tu nie szło. I zaraz sobie pomyślałem, że muszę
druhowi pomóc. I zacząłem się zastanawiać, jak to zrobić.

Nasze namioty stoją blisko wielkiego parku, a do tego par-
wchodzi się przez bramę z wieżą. Wieża jest bardzo stara, wiedzieli
mi to koledzy. Podobno dawniej cały park był otoczony murem. Ale
mur już dawno się rozsypał, tylko wieża została. A że już zabytkowa,
to ją w tym roku otynkowali, rzeczywiście, bardzo ładnie wygląda,
tylko jak na zabytek to trochę za świeżo. Przypomniałem sobie zaraz
różne stare gry na wycieczkach i od razu mi przyszedł pomysł do
głowy. Powiedziałem o tym kilku chłopakom, ale tylko takim, o
których wiem, że umieją trzymać język za zębami. Bo to miała być
niespodzianka. Dopiero potem, kiedy my swoje zrobi, niech sobie
inni nasz pomysł wykorzystują. Wybraliśmy ścianę od frontu. Ja
wszystkim dyrygowałem, to był mój pomysł.

Więc najpierw zrobiliśmy kredą taką linię, która miała być vna,
ale nie bardzo wyszła. Nad tą linią każdy się podpisał, e było dużo
miejsca, więc i adres się zmieścił. Oprócz tego rek zaproponował,
żeby postawić datę. A Heniek powie-ał, żeby każdy jeszcze coś
narysował, to już będzie prawie :, jak na niektórych domach na
Starym Mieście.

I rzeczywiście narysowałem domek z kominem i dymem. Jurek
narysował słońce, ale to było za mało, więc dodał jeszcze serce
przebite sztyletem. Heniek machnął szybko trzy choinki, a najlepszy
był rysunek Tomka: od razu było widać, że to portret druha
komendanta, bo miał prawie takie same duże uszy i góralską laskę.
Wszystko było w dwóch kolorach, białą kredą i czerwoną cegłą, i na
szarym tynku bardzo ładnie odbijało.

Bałem się tylko, że pierwszy deszcz wszystko zmyje, ale Heniek
powiedział, że spokojna głowa, trzeba tylko poszukać ostrego
gwoździa i porządnie wy drapać te rysunki, to już na długo wspólna
robota na wieży zostanie i kto tylko przyjedzie przeczyta nasze
nazwiska.

Aż nam było żal odchodzić, ale musieliśmy, żeby nie zwrócić za
wcześnie uwagi, bo mieliśmy nasz pomysł ogłosić na apelu po kolacji.

Ale wszystko wydało się dużo wcześniej. I tyle było krzyku, tyle
hałasu!

Musieliśmy rysunki własnymi rękami na mokro pościerać. A druh
to tylko na mnie patrzył i powtarzał: „A nie mówiłem? A nie
mówiłem?” - i był taki zły, że aż strach. Na pewno mu o te uszy
chodziło. Mnie też one od razu wydały się trochę za duże. A czy to ja
je rysowałem?

POMYSŁ NA OŻYWIENIE
Na naszym obozie jest fajnie. Najwięcej to mi się po-! doba, że nie
trzeba odrabiać żadnych lekcji i człowiek ma prawie zupełnie
spokojną głowę.
Mówię: prawie, bo myśleć- to tu trzeba. Zaraz na początku druh
komendant zapowiedział nam: „Żebyście sprawowali się dzielnie i
żebyście mieli mnóstwo świetnych pomysłów, które ożywią nasz
pobyt tutaj”.
Więc od razu sobie postanowiłem, że muszę coś takiego
ożywiającego wymyślić.
I rzeczywiście. Sam druh drużynowy się zadziwił.
Okazja do pomysłu nadarzyła się przy końcu pierwszego tygodnia.
Kończyły się warzywa i owoce, więc druh komendant /słał list. Ten
list Olek miał prędko zanieść na stację. Tak prędko, żeby zdążył na
pociąg, który list zabierze, a chociaż i stacji jest niecały kilometr, to
czasu było niewiele. Olek wziął list i, owszem, dosyć prędko ruszył w
drogę. Ale byłem niespokojny. Co będzie, jeżeli Olek na pociąg się
spóźni? Wszyscy to odczujemy na własnych żołądkach. Pewniej
będzie, jeżeli Olek odległość do stacji pokona biedni. Jak go do tego
zachęcić?
Przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł. Skoczyłem do tej budy,
odwiązałem Azora i trzymając na sznurku, pobiegłem, ile sił w
nogach, za Olkiem.

Olek boi się psów - to już zauważyłem. Nawet budę obchodzi
zawsze z daleka. Kiedy usłyszał szczekanie Azora, obejrzał się
zaniepokojony. A gdy zobaczył, że Azor rwie się na smyczy jak
szalony, a ja go ledwie trzymam - to się puścił takim galopem, że mu
tylko podeszwy migały. I naturalnie dzięki temu zdążył przed
odejściem pociągu wrzucić list do pocztowego wagonu. Ale wcale nie
był mi wdzięczny. O, co to, to nie! Nawet bym mu to darował, bo już
raz słyszałem, że na ludzką wdzięczność nie można liczyć.

Ale oburzyło mnie, kiedy poleciał na skargę do druha, że ja psem
poszczułem, że o mało Azor go nie rozszarpał. I że co było, gdyby
Azor się wściekł.

Ja zaraz wszystko druhowi wytłumaczyłem. I powiedziałem, że
wcale nie szczułem, tylko leciałem z Azorem za Olkiem, żeby go
zachęcić do szybkiego biegu. I pokazałem, jakie mam czerwone pręgi
na rękach od trzymania Azora, który - owszem - wyrywał się, ale go
nie puścili.

A kiedy Olek się skarżył, że się bardzo spocił, to ja też pokazałem
swoją koszulę: na plecach była cała mokra. I dodałem, że przecież
zrobiłem to dla dobra ogółu, nie tylko dla siebie.

- A nie wystarczyłoby powiedzieć, żeby Olek się pośpiesz - zapytał
mnie druh komendant.

- Nie wystarczyłoby. Olek zaraz by mi odpowiedział: „Nie
rozporządzaj się”, bo on tak zawsze mówi. I może nawet na złość
zwolniłby kroku. Ten pomysł był najlepszy.

Druh pokręcił głową i powiedział:
- Ale pomysł! Nigdy bym nie przypuścił, że coś podobnego może
wpaść do głowy!
- O, proszę druha, bo druh mnie nie zna! Ja tu jeszcze niejedno
wymyślę!
- Daj spokój! - krzyknął druh, który się widocznie przestraszył , że
mogę się zrobić zarozumiały. - Przecież to był głupi pomysł!
Rozumiem, że musiał tak powiedzieć. Ale pomysł był dobry.
Samego ożywienia ile było w obozie!… Trzy dni opowiadano tylko o
przyspieszeniu szybkości za pomocą psa.
JAK SOBIE UŁATWIĆ ŻYCIE
Pierwszego dnia w szkole to nawet bardzo przyjemnie i, owszem,
może się zdawać, że to jeszcze kawałek wakacji. Wszyscy tacy weseli,

zdrowi, pokazują, jak im mięśnie urosły. Hałasu mnóstwo, jakby cały
czas trwała przerwa.

Ale już na drugi dzień, widać, że skończyła się letnia swoboda.
Teraz tylko codziennie trzeba będzie słuchać: napisz, naucz się,
narysuj, przygotuj, rozwiąż. I jak w tej rubryce w gazecie: „Dziś
telefon - jutro odpowiedź”, to w szkole: dziś zadane -jutro odpytane
albo sprawdzone.
Najwięcej mówiło się o czytaniu. Musimy w ogóle dużo czytać,
żeby nam się rozjaśniło w głowie. I żebyśmy się tak zaprzyjaźnili z
książką, żeby to było na całe życie.
Edek Kowalski zaraz się pochwalił, że owszem on lubi czytać, ale
co z tego: kiedy spotka jakiś wyraz nie znany, to nic nie rozumie i
zaraz się denerwuje, i już mu chęć do czytania książki odleci.
Na to pani:
- A od czego są słowniki? I w bibliotece szkolnej, i w kaz dym
domu powinien się znajdować „Słownik wyrazów obcych”.
Posłuchajcie, jak trzeba się nim posługiwać…
Ale ja już tego nie słuchałem, bo mi właśnie Mietek zaczął
opowiadać, jak to oni na koloniach podjęli się zrobić przyrząd do
wskazywania pogody i jaki z tego był humor. Zdążyłem tylko
usłyszeć, że pani tak mówiła o tym słowniku, jakby jej na tym bardzo
zależało. Niech tam, pomyślałem sobie, mogę to dla pani zrobić.
Słownik stoi na półce tatusia, wiem dobrze gdzie, ma taką
ciemnozieloną okładkę.
Na pauzie przyszła pani od przyrody i też od razu znalazła dla nas
robotę. Mamy z każdego spaceru przynieść jakiś liść, zasuszyć go, a
jak już każdy z nas będzie miał cały zbiór, to przyniesiemy do szkoły i
pani sprawdzi, czy umiemy po liściu poznać, z jakiego on drzewa
pochodzi.
Kiedy na końcu była godzina wychowawcza, to ja tylko
przyglądałem się naszej pani i myślałem, co też pani wymyśli, aby
nam już zupełnie zatruć życie. Ale okazało się na szczęście, że się
omyliłem. Nasza pani widocznie nie miała czasu nic takiego
obmyślić, bo była na zagranicznej wycieczce, albo już jest taka dobra,
że tylko nam chciała pomóc.
- Nabraliście - mówiła - na wakacjach zdrowia i rumieńców. I
trzeba - mówiła - żeby ten wypoczynek jak najdłużej wam służył. I
trzeba, żebyście codziennie po południu znaleźli czas na sport i na

spacer i w ogóle żebyście przebywali jak najdłużej na świeżym
powietrzu.

- A lekcje? - jęknął Edek.
- Lekcje i obowiązki ucznia trzeba mądrze rozplanować,
pomyśleć, zorganizować pracę tak, żeby jedno drugiemu pomagało -
wtedy na wszystko starczy czasu.
Wracałem przez park. Liści pod nogami mnóstwo. Zaraz obie
przypomniałem o pani od przyrody i nazbierałem różnych bardzo
ładnych listków.
W domu za świeżej pamięci, jak to się mówi, wyciągnąłem
słownik i położyłem na swoim stoliku. A kiedy oglądałem się, gdzie
by tu zasuszyć liście, przyszła mi wspaniała myśl.
Powkładałem je między karty słownika i postanowiłem codziennie
nowe liście tam dokładać. Tym sposobem zastosuję się do życzeń
moich nauczycieli.
Jednocześnie i liście będę zbierać, i ze słownikiem będę miał do
czynienia dosyć często. Każdy musi przyznać, że pomysłowo
zorganizowałem sobie pracę.
Zaraz jutro opowiem o tym w szkole. Niech i inni skorzystają z
mojego wynalazku.
GDZIE JEST SPRAWIEDLIWOŚĆ
Synku - powiedziała mama. - Zrób porządek ze starymi
książkami. Słyszałam, że na Świętokrzyskiej można je sprzedać.
Przejdź się tam. Może się komuś akurat przydadzą, a do tego będzie
parę złotych. Zawsze to oszczędność.
Nie mogłem mamie odmówić. Wziąłem stare książki pod pachę i
wybrałem się na Świętokrzyską.
Przed bramą stał Mietek, powiedział, że chętnie mi pomoże. A
potem spotkaliśmy Olka, który też się przyłączył.
Na Świętokrzyskiej tłok. Każdy się pcha. Każdy się pyta: „Co
masz?” „Pokaż!” „Ile chcesz?” Dobrze, że ze mną byli koledzy, bo bym
zupełnie głowę stracił, a tak to tylko nową czapkę zgubiłem. Ale może
i ona komuś się przyda. Jeszcze nie każdemu rodzice kupili.
Jeden chłopak wziął moje książki do ręki i od razu zaczął się
stawiać.
- Wziąłbym - mówi - bo mi takie są potrzebne, ale bardzo
zniszczone. O, tu plama i tu, a tu naddarta kartka i okładka w

czytance ledwo się trzyma.
- Ale nie brak ani jednej strony - mówi Mietek. - To

najważniejsze. A poza tym książki należały do dobrego ucznia -wiesz.
To znaczy, że drugiemu też taka książka może przynieść szczęście,
wiesz?

- A okładkę bardzo łatwo przykleić - dodał Olek. - Trochę kleju, i
koniec.

- Nie na każdej stronie są plamy - zachęcał Mietek. - O, tu nie ma i
tu, i tu - widzisz, ile czystych stron! Prawie więcej niż poplamionych.

Prawdę mówiąc, to ten chłopak nie miał wielkiej ochoty do kupna,
ale i Mietek, i Olek tak mu zachwalali moje książki i po złotówce
opuszczali, aż wreszcie je kupił.

Potem Mietek cztery razy powiedział, że gdyby nie oni, to nigdy
bym tych książek tak dobrze nie sprzedał. Olek też to mówił, ale tylko
trzy razy.

I tak jakoś wyszło, że kupiliśmy bilety do kina na kowbojski film,
a potem tak nam się pić chciało, że koniecznie musieliśmy się napić
fruktowitu, i starczyło akurat na każdego po butelce. ‘

Mietek i Olek byli bardzo zadowoleni, a ja też, bo dopiero dziś
dowiedziałem się prawdy, że jestem dobry uczeń, a w zeszłym roku to
mnie nikt nie chwalił.

Mama krzywiła się, że tak długo mnie nie było, a potem, że tak
mało za te książki dostałem. Ale z tego wszystkiego łatwo się
wytłumaczyć. Najgorsze zaczęło się wtedy, kiedy mama powiedziała:

- No, to daj mi te pieniądze.
- Jakie pieniądze? - pytam.
- Te za sprzedane książki. Przecież innych nie masz.
- Mamusiu - ja i tych już nie mam.
- Jak to? Nie masz? Zgubiłeś je? - zawołała mama, ale zaraz ją
uspokoiłem i opowiedziałem o kolegach i o tym, że bez ich pomocy
nic by z tej oszczędności na książkach nie wyszło.
- Ładna oszczędność - mówi mama. - My z ojcem ciężko
pracujemy, a ty sobie tak lekko raz-dwa wydajesz, jakby złotówki z
nieba spadały. To mi się nie podoba. Powiem ojcu, żeby ci z
tygodniówki potrącał. Książki nie były twój ą własnością. Nie
kosztowały cię nic.
Aż mi się nie wiem co zrobiło. Nie kosztowały mnie? A kto się nad
tymi książkami męczył? Kto się nad nimi pocił? Ile razy płakałem,
kiedy zadanie nie chciało wyjść. Moje łzy poplamiły karty i wyżarły

dziury. Bo w łzach jest sól, a sól przeżera, to każdy wie. Od moich
ciężkich westchnień kartki fru-

wały, aż się postrzępiły. Gorączki nieraz nad książkami
dostawałem, aż się od niej okładki rozklejały.

A ile się od nauczycieli przez te książki nasłuchałem! Jak często
okazywało się, że w podręczniku jest zupełnie coś innego, niż mnie
się zdawało! A mamusia mówi: „Nic cię one nie kosztowały”. Ach, nie
ma sprawiedliwości na świecie! Już chciałem to mamie powiedzieć i
wytłumaczyć, ale przypomniałem sobie czapkę i dałem spokój. Bo
spokój to jest czasami najważniejszy. No nie?!

DOŚWIADCZENIE ŻYCIOWE
Na ostatniej godzinie było tak gorąco, że coś okropnego. Nikt nie
mógł myśleć o gramatyce ani o ortografii, tylko wszyscy ze ściśniętym
sercem spoglądali w okna.
Bo za oknami naszej klasy stoją kasztany. I gdyby ktoś bardzo
chciał, to mógłby sobie wyobrazić, że jeszcze jest lato i że zaraz
wyskoczy na dwór i będzie mógł się na drzewo wdrapać.
Naturalnie takie złudzenie trwa krótko, bo każdego do
przytomności doprowadzi głos: „Proszę do tablicy…!”
I od razu wiadomo, że to już jesień, bo latem do tablicy nikogo nie
wołają.
Dzisiaj, kiedy pani zauważyła nasze tęskne spojrzenia na zieleń za
oknem i kiedy usłyszała, jak ktoś ciężko westchnął, ulitowała się i
powiedziała:
- Dobrze widzę, że wam jeszcze wakacje niezupełnie wywietrzały z
głowy. No, więc porozmawiajmy o wakacjach. Bardzo mnie
interesuje, czego każde z was nauczyło się na wakacjach.
Mieliśmy bardzo zdziwione miny, bo przecież wakacje nie są od
tego, żeby się uczyć, więc pani dodała:
- Nie, nie. Nie o szkolną naukę mi chodzi, ale po prostu o to, czego
ktoś z was przedtem nie wiedział, a na wakacjach zobaczył i
przekonał się, no po prostu zdobył jakieś nowe doświadczenie
życiowe.
Teraz wszystko już było jasne i pierwszy zgłosił się Jurek.
Opowiedział, jak na wakacjach poszedł pewnego dnia do lasu i
nazbierał całą czapkę grzybów. Przyniósł do domu i myślał, że ciocia
się ucieszy. A ciocia pokazała mu, że to trujące grzyby, chociaż bardzo

do rydzów podobne. I kiedy je rozłamać albo rozkroić to ze środka
białe mleko aż kapie. I teraz już Jurek wie, jak odróżnić prawdziwego
rydza od wełnianki.

Stefek opowiedział, jak na własne oczy widział, jak kot porwał i
zjadł wiewiórkę, która zsunęła się z drzewa w ogrodzie. Stefek
dawniej myślał, że koty żywią się tylko myszami i tym, co się im da w
miseczce. A teraz wie, że kot potrafi być taki drapieżny.

Zaraz po Stefku chciała mówić Zosia, ale ja wstałem szybciej.
- Ja proszę pani, też miałem przygodę w lesie i też się
dowiedziałem jednej rzeczy, o której dotąd nie wiedziałem.
To było na koloniach. Druh drużynowy stale powtarzał, że
obozowisko to nie dom. Nie raz i nie dwa może czegoś zabraknąć. I
wtedy nie trzeba się załamywać, tylko ruszyć głową, a na wszystko
znajdzie się rada.
Pewnego razu mieliśmy z Frankiem dyżur przy gotowaniu obiadu.
Wszystko nam szło bardzo ładnie, aż do chwili, kiedy trzeba było
odcedzić makaron, a nie było czym. Ani durszlaka nie było, ani
żadnego sitka. A tu makaron gotuje się, aż kipi.
„Franek - wołam - nie załamujmy się, tylko ruszmy głową, bo
rozgotowany makaron do niczego i wszystko będzie na nas!”
„Rusz głową sam - mówi Franek - bo za chwilę i tego
rozgotowanego nie zobaczysz w kociołku: wykipi do dna”.
„Dobrze - mówię, bo mi nagle do głowy wpadł pomysł - ale żebyś
potem uczciwie powiedział, że to ja uratowałem sytuację”.
I poleciałem do namiotu drużynowego, gdzie na półce leżała
rakieta tenisowa
Makaron szybko dał się wybrać z wody, tylko rakieta tak się nim
zaklajstrowała, że nie można jej było dopłukać.
Wtedy Franek ruszył w końcu głową i poradził, żeby ją trochę
pogotować w kociołku, to może ten klajster odejdzie.
Pomysł Franka był kiepski. Sam to zrozumiałem. Druh
drużynowy niepotrzebnie tak krzyczał. I to był koniec mojej
przygody.
W klasie, nie rozumiem dlaczego, wszyscy pękali ze śmiechu. A
przecież moje przeżycie w związku z rakietą wcale nie było wesołe.
Pani tylko pokiwała głową i powiedziała:
- Ty masz zawsze niezwykłe pomysły.
- Owszem, proszę pani - zgodziłem się. - Nie chcę się chwalić, ale
wiele osób już mi to mówiło.

- Pomysł rzeczywiście nadzwyczajny - powiedział z przekąsem
Jurek, bo mu pewnie było żal, że to nie jego - ale co to ma wspólnego
z pani pytaniem? Gdzie tu jakieś doświadczenie? Czego się
nauczyłeś?

- A właśnie, że się nauczyłem. Po pierwsze, że w ogóle nie należy
w kluszczance gotować tenisowej rakiety, a w szczególności - rakiety
druha drużynowego. Przed wakacjami tego przecież nie wiedziałem.

BIAŁE - NIE BIAŁE, CZARNE - NIE CZARNE
I o już teraz się od kary nie wykręcisz - mówiła mama oglądając
moją wiatrówkę. Wiatrówka niedawno była kupiona, ale pewnie
zrobiono ją ze starego materiału, bo kiedy dzisiaj raz zleciałem z tego
nowego płotu, który postawiono u nas na podwórku, żeby zakryć
śmietniki - zaraz się rozdarła, i to w dwóch miejscach: na plecach i na
rękawie. Mama była rozgniewana i zmartwiona i tylko powtarzała, że
się nie wykręcę.
- A po co mam się wykręcać - mówię. - Po pierwsze: nie ja ten płot
koło śmietników stawiałem. Mnie wcale nie przeszkadzało, że
śmietniki stoją na widoku. Innym chłopakom też. Ale nikt nas o
zdanie nie pytał. Postawili i już. Po drugie: nie ja wbijałem te
gwoździe tak, żeby sterczały na wylot…
Ale mama nie dała mi do słowa dojść.
- Dosyć już tego - mówiła. - Ja już nie wiem, jakimi słowami do
ciebie przemawiać. Ile razy słyszałeś: uważaj, żeby nie rozerwać
ubrania, szanuj. Białe - to białe, czarne -to czarne. Czy ty po polsku
nie rozumiesz?
- Mamusia to też… jak to: nie rozumiem? - rozumiem dobrze: nie
rozerwać, to nie rozerwać. Gdyby mamusia powiedziała „rozrywać”,
to co innego.
- Ale ci wyraźnie powiedziałam i powtarzam po raz setny:
nierozry…
Mamusia nie dokończyła, bo akurat do drzwi ktoś zastukał.
Przyjechała ciocia Mania. I to było moje szczęście, bo ciocia, jak
zwykle, zaraz od progu miała mamie bardzo dużo do powiedzenia. Z
ciocią przyjechał Maciuś. I to było moje nieszczęście, bo Maciuś ma
trzy lata i o byle co ryczy. Ciągle mu trzeba we wszystkim ustępować i
do ręki dawać wszystko, co tylko chce.
Akurat przyszedł po mnie Mietek.

Ucieszyłem się, bo mama o wiatrówce zapomniała, i myślałem, że
mi się uda polecieć z nim do parku, ale gdzie tam! Wszystko przez
tego Maciusia.

- Mój złociutki - mówi ciocia - my tylko na pół godzinki do sklepu
wyskoczymy. Zostawiam Maciusia pod twoją opieką. Wiem, że
będziesz umiał go rozerwać.

- Tak, tak - dodała mama. - Rozerwij go trochę.
Ani się nie obejrzałem i cioci nie było. A Maciuś tylko patrzeć, jak
zacznie ryczeć.
- Słyszałeś? - mówię do Mietka.
- Słyszałem.
- Pomożesz mi?
- A jakże! Mam coś lepszego do roboty.
„Nie, to nie - pomyślałem - dam sobie radę sam. Ale od czego
zacząć?”
Całe szczęście, że mama pieniędzy zapomniała, a ciocia parasolki i
wróciły na górę.
- Mamusiu - mówię - jak ja mam tego Maciusia rozerwać? Żeby
potem nie było na mnie.
- Nie wiesz? - dziwi się ciocia. - Pokaż mu jakieś obrazki w
książce, narysuj coś, może masz klocki, to razem z nim zbuduj
domek, on to bardzo lubi.
- To znaczy, że ja mam go zabawić, a ciocia i mamusia mówiły:
rozerwij go.
- Patrzcie go, jaki to dowcipny-zaczęła się śmiać ciocia. -Lubię
takich wesołych chłopaków. Może i Maciuś też taki będzie, jak
podrośnie.
- Oj, lepiej nie - powiedziała mama i tak jakoś dziwnie mi się
przyglądała, że czym prędzej wyciągnąłem spod łóżka pudło z
budownictwem.
- Chodź Maciuś, będę cię rozrywał. Mały jesteś, to nie rozumiesz,
że jak ci powiedzą białe, to może się okazać wcale nie białe. A czarne -
wcale nie czarne.
Ale Maciuś nawet mnie nie słuchał, a mama z ciocią były już
dawno na schodach.
Dla naszej pani!
Dla naszej pani to ja wszystko zrobię. Żeby nawet ‘ najtrudniejsza
rzecz-to, owszem, chętnie. Niczego nie pożałuję. Tak było i teraz.

Kiedy pani nam oddała zeszyty z ostatnim wypracowaniem, miała
taką smutną minę, że coś okropnego.

Podobno w tych wypracowaniach od błędów aż się roiło. I do tego
pani powiedziała, że to były duże błędy. Trochę mnie to pocieszyło,
bo jeżeli duże, to nie u mnie. Ja staram się pisać drobnymi literami -
więc i błędy robię małe.

Ale i tak cała klasa zasmuciła się, bo my swoją panią bardzo
lubimy.

A po drugie, zły stopień w zeszycie to rzecz niewesoła. A kiedy go
zobaczy mama albo ojciec, to już naprawdę nic do śmiechu nie ma.
Odwrotnie.

Ale to na drugim miejscu. Bo czasami się zdarza, że rodzice sami
nie zajrzą, a chwalić się nie ma czym, więc kłopot mija po cichu.

Teraz pani zmartwiona była ogromnie.
- Bardzo bym chciała - mówiła - żebyście przy odrabianiu swoich
lekcji pomyśleli trochę i o mnie. Jaka to wielka dla mnie przykrość,
kiedy jestem zmuszona zły stopień postawić. Jeżeli tego nie
zrozumiecie, to ja tu zdrowie przez was stracę.
Tak pani mówiła. A cała klasa słuchała. I nikt się nawet nie ruszył.
A w kilka dni później Zosia Kukulska powiedziała, że już niedługo
będzie Dzień Nauczyciela i żeby każdy coś wymyślił przyjemnego,
żeby nasza pani się ucieszyła.
Może jestem zdolniejszy niż inne dzieci? Bo od razu świetny
pomysł wpadł mi do głowy: w Dniu Nauczyciela nie pójdę do szkoły.
Dlaczego? Dlatego, żeby pani zaoszczędzić zdrowia.
Gdybym poszedł, to mógłbym się spóźnić, bo to mi się często
zdarza. A j ak nie pój dę, to się nie spóźnię. Ani nie będę się tego dnia
kręcił w ławce, ani nie podpowiem nikomu. Wszystko dlatego, że nie
pójdę do szkoły. Pani się nie zdenerwuje moimi źle odrobionymi
lekcjami albo brudnymi paznokciami. Ileż panią przykrości ominie.
A kiedy mnie na drugi dzień zapyta, dlaczego byłem nieobecny -
powiem. Od razu powiem. Niech się pani ucieszy. Chociaż ten jeden
raz w roku, że ja tak dbam o pani zdrowie.
I pochwali mnie na pewno, i podziękuje.
Aż mi cała klasa pozazdrości.
KOMU KOTKA, KOMU?

W ostatnią niedzielę była u nas ciocia Frania, ta z Mokotowskiej
ulicy. Bardzo tę ciocię lubię, bo zawsze mnie broni przed mamusią i
prosi, żeby się na mnie nie gniewała za różne rzeczy, które
niezupełnie mi się udają. Bo -mówi - to wszystko dlatego, że ja jestem
takie „żywe dziecko”, ale charakteru złego nie mam.

Jednego dnia ciocia opowiadała u nas, jaki ma kłopot z kotkiem,
którego ktoś jej przywiózł ze wsi przez nieporozumienie, bo ciocia
kotka wcale nie chciała. Nie było jej wtedy w domu i wujek przyjął, bo
nic nie wiedział, tylko się zdziwił, a kiedy ciocia wróciła, to już było za
późno, bo tamta pani poszła i nie wiadomo było, gdzie jej szukać.

- Może znacie kogoś, co by chciał kotka, to niech się zgłosi do
mnie, ale po czwartej, bo przed czwartą to nikogo u nas w domu nie
ma - mówiła ciocia. - Pomóżcie mi. To naprawdę śliczny kotek, ale u
nas być nie może, bo wyjeżdżamy w przyszłym tygodniu na urlop.

- Dobrze - mówi moja mamusia - będę w środę u Kowalskiej .
Wspominała kiedyś, że chce wziąć kota, bo u nich straszne myszy.
Może jeszcze nie znalazła, to ją skieruję do ciebie.

- Ach, zrobiłabyś mi wielką przysługę - ucieszyła się ciocia. - Tylko
pamiętaj: niech przyjdzie po czwartej.

Na drugi dzień rano, jeszcze przed lekcjami, powiedziałem w
naszej klasie, że gdyby kto chciał mieć ślicznego kotka, to właśnie taki
jest u mojej cioci na Mokotowskiej pod numerem 9. A nawet jeżeli
ktoś nie ma zamiaru wziąć go na zawsze, to i tak warto iść, żeby
zobaczyć, bo naprawdę jest prześliczny.

Prawie cała klasa zapisała sobie adres cioci Frani. Tylko Basia
Olczak powiedziała, że u nich już są trzy koty i mowy nie ma o jeszcze
jednym, więc nawet oglądać nie pójdzie, bo byłoby jej żal, że takiego
ślicznego kotka nie ona weźmie. Inni to przeważnie mówili, że bardzo
by chcieli, tylko najpierw muszą zapytać rodziców, ale obejrzeć pójdą
z przyjemnością.

Żeby już zupełnie na pewno znalazł się taki, co weźmie kotka i
wybawi ciocię Franię z kłopotu, na wszystkich przerwach chodziłem
do innych klas, dawałem adres, przypominałem, że dopiero po
czwartej, i prosiłem, żeby każdy powiedział swoim znajomym i
zachęcił do obejrzenia. Jak to się mówi: kupić - nie kupić, a zobaczyć
można.

Narobiłem się, nalatałem jak nie wiem co. Ale byłem zadowolony.
Może już dziś ciocia pozbędzie się kłopotu, a ten co kotka weźmie, też
się ucieszy.

Po obiedzie, kiedy było jakieś piętnaście minut po czwartej, nie
mogłem w domu usiedzieć. Może już kotek zabrany? Może się ciocia
cieszy, chce mi podziękować, po co się ma fatygować znowu do nas,
sam tam pójdę.

Na Mokotowskiej z daleka zobaczyłem, że przed domem w
którym mieszka ciocia Frania, stoi straszne zbiegowisko.

Przeląkłem się -może tam się pali? Może jakieś nieszczęście? Ktoś
krzyczy:

- Po straż trzeba zatelefonować! Po straż! A ktoś inny:
- Pogotowie mieli wezwać! Gdzie pogotowie! Co za porządki?
A tu już karetka pogotowia trąbi. I syrenę strażacką słychać.
Dołem, dołem pod łokciami przepchnąłem się na podwórko. Na
podwórku też aż ciasno od ludzi. Wszyscy pytają, co się stało, nikt nie
umie odpowiedzieć.
Dopchałem się do ciasnej klatki schodowej, a tam dopiero tłok!
Ale to już byli swoi. Nasza klasa, inne klasy, znajomi naszych kolegów
i znajomi ich znajomych. Od razu wydało mi się, że jest ich trochę za
dużo. W takim tłoku to nietrudno o wypadek. I rzeczywiście. Jednego
malca z pierwszej klasy trochę przycisnęli, a ten narobił wrzasku,
jakby go zarzynano. Był już na trzecim piętrze (ciocia mieszka na
czwartym), a ci na dole nie wiedzieli, o co chodzi, i stąd zrobiło się
zamieszanie. Karetka pogotowia odjechała pusta. Strażacy też bardzo
się złościli, że na próżno przyjechali. Najdłużej zostali milicjanci, bo
spisywali u cioci protokół o zakłócenie porządku. A przecież nikt się
nie kłócił, chociaż wszyscy mieli żal, że nie obejrzeli kotka, bo go rano
zabrała mleczarka.
Dzwonek u ciocinych drzwi zepsuł się. Klamka odleciała sama.
Słomiankę ktoś wyniósł na podwórko. Wujek ochrypł, a ciocia o mało
nie dostała nerwowej choroby.
Ale nie dostała, bo zaraz na drugi dzień przyszła do nas. I wyszło,
że wszystko przeze mnie. A czy ja tego chciałem?
CZY SIĘ BIĆ, CZY NIE?
Może raz nie dwa słyszałem, jak dorośli mówili: szczęśliwy ten, co
od doktora trzyma się z daleka. To wielka prawda. Przekonałem się
dosłownie na własnej skórze: ile razy tylko znajdę się blisko doktora,
to zaraz jakaś nieprzyjemność. Albo dlaczego szyja źle umyta, albo
uszy brudne, a raz nawet miałem, zdaniem doktora, za duże

paznokcie u nóg. Jakby człowiek chciał tak o wszystkim pamiętać, co
dotyczy mycia, to już na nic innego czasu by mu nie starczyło.

Więc dzisiaj, kiedy się dowiedziałem, że nasza klasa idzie do
gabinetu lekarskiego, to mnie od razu coś tknęło.

I rzeczywiście. Wchodzimy do gabinetu we trójkę i czekamy, czy
się trzeba będzie rozbierać do badania, czy może j akie zastrzyki, a
pani doktor nic, tylko od razu do mnie:

- Przechodziłeś odrę?
- Nie - mówię. - Odry nie przechodziłem. Tylko za Wisłą byłem
pewrlego razu, kiedy pojechałem do zoo przez most Śląsko-
Dąbrowski. W stronę Odry jeszcze żadnej wycieczki u nas nie było.
Pani doktor przyjrzała mi się tak jakoś dziwnie i chciała coś
powiedzieć, ale Józek zawołał:
- Proszę pani on się zawsze zgrywa, on już taki jest.
A ja wcale się nie zgrywałem, bo naprawdę za Odrą nie byłem,
więc nie wytrzymałem i dałem Józkowi porządnego kuksańca. I
właśnie w tej chwili weszła do gabinetu nasza pani, i widziała, i tyle
się musiałem nasłuchać, że coś okropnego. I za co?
Więc przypilnowałem Józka w szatni po lekcjach i nakładłem mu
regularnie. Chłopaki widzieli i mówili, że owszem, bitka była na
medal i Józek nie dał mi rady. Ale jak na złość pani całkiem
niepotrzebnie zajrzała do szatni i znowu mi się dostało. A co
najgorsze, muszę jutro z mamą przyjść.
- Bić się nie wolno - powiedziała pani. - Jeżeli nie możesz tego
zrozumieć, kiedy ja ci tłumaczę, to niech z tobą mama porozmawia
albo ojciec.
Bardzo się zmartwiłem, że moja mama będzie się martwić. Bo
mama nie lubi chodzić do szkoły w takich moich więcej osobistych
sprawach i zawsze się martwi.
Tak było i teraz. Chociaż tłumaczyłem mamie, jak mogłem.
- Niech się mama nie przejmuje - mówiłem - czy to ja jeden się
biłem? Ile to już razy słyszałem: król Bolesław Chrobry bił się,
Władysław Łokietek-też. A jak się bił król Jagiełło, to sama mama
bardzo dobrze wie, bo na filmie „Krzyżacy” byliśmy dwa razy. No i
co? Książki o nich piszą, obrazy malują i sławni są na cały świat. A
dlaczego?
- Bo się bili.
- Nie kręć, nie kręć-mówi mama. -Oni z wrogami się bili.


Click to View FlipBook Version