- A czy Józek to mój przyjaciel? Zawsze mi nogę podstawia albo
balona ze mnie robi. Dziś też wszystko przez niego. Więc go sprałem
jak Sobieski Turków pod Wiedniem. I czy mama wie, że o takich
królach, co się nie bili, to w ogóle mało się słyszy? Więc dlaczego ja
mam się nie bić?
- No, no-mówi mama-zaczekaj, aż królem zostaniesz. A
tymczasem weź się do lekcji.
Wziąłem się do lekcji. I już wcale się nie odzywałem. No, bo jeżeli
mama nie wie, że już nikt nigdy w Polsce królem nie zostanie i że nie
mam co czekać, to co można powiedzieć?
ŻEBY MAMIE BYŁO WESELEJ
daje mi się, że moja mama jest od jakiegoś czasu smutna. Ale
zauważyłem to dopiero tego dnia, kiedy nam na półrocze cenzury
rozdali.
Gdybym ja był nauczycielem, to jednak pomyślałbym przy każdej
stawianej dwójce o ojcu i matce. A przynajmniej zapytałbym tego
ucznia, czy jego mama jest zupełnie zdrowa. I gdybym dowiedział się,
że nie bardzo, nigdy nie trułbym jej dwójką na cenzurze syna.
Moja mama wielkiego zdrowia nie ma, a kiedy zobaczyła moją
cenzurę, to się tak przejęła, jak nie wiem co.
Wieczorem tego dnia przyszła do nas ciocia Genia i zaraz
wszystko zrozumiała. I powiedziała do mamy:
- Zosiu, nie przejmuj się tak, bo ci się nerwy zupełnie rozkręcą.
Koniecznie potrzeba ci trochę radości, rozrywki jakiejś, zmiany. Tak
tu u was ponuro, jak w mogile. Ciocia ma rację. Tatuś też powiedział,
że ten kolor przy odnawianiu pokoju nie wyszedł i ściany są sine jak
blacha, zimne i smutne. Moja mama mówiła do cioci:
- Nie, nie, nic mi nie jest. Tylko to dziecko tak mnie martwi. Co z
niego wyrośnie?
Już chciałem wtrącić, że po co mama się martwi jakimś
dzieckiem, ale nie zdążyłem, bo ciocia Genia zaczęła mi takie
wymówki robić aż strach.
Że chyba serca nie mam, że jestem taki sobek, że nie myślę wcale
o matce, aby jej trochę rozjaśnić życie.
Najwięcej przestraszyłem się tych rozkręconych nerwów. Bo kiedy
raz zajrzałem do budzika i tylko parę śrubek wyjąłem, to sprężyna się
rozkręciła i budzik był do niczego. A nerwy to chyba ważniejsza rzecz
niż sprężyna w zegarku.
I postanowiłem zrobić coś takiego, żeby w naszym domu było
weselej.
To nie było łatwe.
Najpierw czekałem na pomysł. Czekałem i czekałem, a tu nic. I
ciągle rozglądałem się po naszym mieszkaniu. Co by tu zrobić, żeby u
nas nie było „jak w mogile”.
Nareszcie olśniło mnie. Aż na łóżku podskoczyłem, bo to było z
samego rana, i już o niczym nie mogłem myśleć. Nawet zeszytu z
rachunkami zapomniałem.
A w szkole idę zaraz do Janka. Bo ojciec Janka jest malarzem.
- Janek, musisz mi pomóc!
- Dobra jest. Pomogę. O co chodzi?
- O żółtą farbę. Ale taką słoneczną.
- Zobaczę w domu. Jeżeli jest, to jutro przyniosę.
- Mój złoty, postaraj się. Koniecznie potrzebna. Ale nie przynoś
mi jej jutro, tylko pojutrze. Wieczorem mama i tatuś pój dą na
telewizj ę do sąsiadów, wtedy j a wszystko zrobię i będzie gotowe. Bo
ja chcę zrobić niespodziankę mojej mamie, rozumiesz? I przynieś
dwa pędzle.
Janek od razu zrozumiał.
Kiedy przyszedł do mnie, to razem wzięliśmy się do roboty. On
zaczął malować szafę, a ja kredens. Kolor żółty był prześliczny, jak
samo słońce. Tylko że farby było za mało. Jankowi starczyło na jeden
bok szafy i połowę drzwi. A u kredensu cały front został jeszcze
czarny. Janek powiedział:
- Teraz taka moda, że każdą ścianę pokoju maluje się innym
kolorem. Więc meble można tak samo. Skoczę po inny kolor.
- Tylko żeby był wesoły!
I rzeczywiście. Przyniósł taką śliczną farbę zieloną, zieloniutką.
Kiedy wszystkie meble zamalowaliśmy do końca, to w pokoju zrobiło
się ładnie niby w parku na wiosnę.
Już moimi farbami domalowaliśmy na rogach szafy i kredensu
pączki drobniutkich, kolorowych kwiatków. Ach, jak to pięknie
wyglądało! Jak wesoło!
Niestety,, zamiast pochwały miałem same przykrości. I mama
zaraz zmyła z mebli całą naszą piękną robotę.
Więc jak ja mam się starać o to, żeby mamie życie uprzyjemnić?
RASOWY SZCZENIAK
Kupiliśmy z Tomkiem psa. Właściwie kupił Tomek, ale mnie ten
pies też bardzo się podobał. Tylko że Tomek miał pieniądze, a nie ja.
Pies był naprawdę śliczny. Najładniejsze w nim było to, że taki
malutki. Właściciel trzymał go pod kurtką. Widać było tylko łeb i
długie uszy szczeniaka. Patrzył na nas zupełnie jak człowiek. Otwierał
mordkę i robił tak: kłap! kłap!
Pies do Tomka poszedł jak do swojego. Widać poczuł w nim
przyjaciela. I jeszcze więcej wytrzeszczał slipki i kłapał, jakby coś nam
chciał powiedzieć.
Tomek dał mu polizać landrynkę i nazwał go Klapkiem.
Przez całą drogę do naszego domu mówiliśmy do szczeniaka:
- Kłapek-Kłapuś! Kłapuchna! ,
A on aż ogonem z radości machał, chociaż tego nie widziałem, bo
go Tomek też pod marynarkę schował i tylko mówił mi, że szczeniak
macha ogonkiem.
Dopiero na podwórku Tomek sobie przypomniał, że jego mama za
nic na świecie nie chce mieć psa. A ojciec Tomka mówił raz, że
owszem, chciałby, ale tylko rasowego.
Więc na schodach zaczęliśmy szczeniaka oglądać, bo jeżeli
rasowy, Tomek będzie miał chociaż ojca za sobą, a to już coś jest.
Ale rasy na szczeniaku wcale me można było poznać. Tomek się
tak bardzo zmartwił, że aż postanowiliśmy oddać Kłapka
właścicielowi. Tylko że on już w tamtym miejscu nie stal i nie
wiedzieliśmy, gdzie go szukać.
Tomek się nawet z tego ucieszył. Żal mu było Kłapka.
Ale znowu zaczął bać się swojej mamy. Wtedy przypomniała mi
się jedna rzecz.
- Tomek - mówię - nie martw się. Z każdego szczeniaka można
wyhodować jamnika¦, a to jest przecież bardzo dobra rasa.
- Jak to zrobić?
- Zaraz ci powiem. Bierze się małego szczeniaka i wsadza pod
szafę. Pod szafą jest nisko. Pies nie może rosnąć do góry, tylko
wzdłuż. Rośnie, rośnie i raptem widzisz, z jednej strony wychodzi
głowa, a z drugiej ogon. Wtedy wypuszczasz go spod szafy i już jest
taki dłuuuuuugi jamnik.
- Pomysł dobry - powiada Tomek - tylko że u nas prawdziwej
szafy nie ma. Są dwie, ale obie wmurowane w ścianę.
- A to dopiero! - mówię. U nas jest szafa, ale nie wiem, czy mama
pożyczy, bo nikt jeszcze od nas szafy nie pożyczał.
- Słuchaj - pyta Tomek - jesteś mój kolega?
- Jestem.
- Zrób to dla mnie, weź Kłapka pod waszą szafę!
- Tak - mówię - łatwo ci powiedzieć. U mnie ani mama, ani ojciec
nic o żadnym psie nie mówili.
- To nic. Grunt, że macie szafę. Potrzymaj tam Kłapka. Żeby się
choć trochę wydłużył.
Myślę sobie: trzeba koledze pomóc - i umówiłem się z Tomkiem,
żeby Kłapka przyniósł wieczorem, to wsadzę go na noc pod szafę, tak
żeby nikt nie widział, a potem co będzie, to będzie. Udało się. Ja już
przedtem szafę zastawiłem, żeby szczeniak nie wylazł.
Tomek zdobył trochę mleka i bułki i nakarmił go. Niech nie
rozrabia w nocy.
Wsadziliśmy Kłapka tak, że nikt nie zauważył. A Kłapek mądry,
jakby rozumiał, o co cl Izi, cichutko siedział i chyba zaraz usnął.
Dopiero w nocy!
Co to się działo - coś okropnego! Ja obudziłem się pierwszy. Pod
szafą coś piszczało i drapało okropnie. Przestraszyłem się, bo
zapomniałem o Kłapku. A jak sobie przypomniałem, to aż się kołdrą
nakryłem na głowę i tylko chciałem, żeby się rodzice nie obudzili.
Ale się obudzili.
Tatuś zapalił światło i zaraz zobaczył, że szafa tak obstawiona. I
wypuścił Kłapka, i zaraz mnie zapytał, co to wszystko znaczy. Bo u
nas w domu jest zawsze tak: jak się tylko coś stanie, to zaraz mnie
pytają.
Więc nie miałem żadnego wyjścia i musiałem powiedzieć całą
prawdę.
Mama chciała, żebym zaraz Kłapka odniósł do Tomka. Na
szczęście tatuś powiedział, że można z tym zaczekać do rana.
Kłapek wypuszczony z niewoli uspokoił się od razu. Kiedy mama
usnęła, wziąłem go do swego łóżka. Przytulił się do poduszki i zaraz
zasnął. Spał jak anioł. Naprawdę. Bardzo mądry pies. Na pewno
będzie rasowy, tylko szkoda, że nie jamnik, bo u Tomka prawdziwej
szafy nie ma.
Ć
CO ROBIĆ?
1 szkole nauczyciele bardzo dużo wymagają od uczniów. Za
wszystko, ale za wszystko można oberwać dwójkę. Nie nauczysz się
wiersza na pamięć-dwójka. Nie odrobisz zadania - dwójka. Nie
napiszesz ćwiczenia - dwójka. Nie narysujesz - dwójka. No, w ogóle,
nie nauczysz się, człowieku, czegokolwiek bądź - już dwójka. Czasami
wydaje mi się, że widocznie naszym nauczycielom najłatwiej jest
pisać dwójkę, bo już się wprawili od częstego pisania dwójek.
W innych szkołach jest inaczej. Wiem na pewno, bo wczoraj była
u nas ciocia Mania i przyniosła dziennik Heńka. A w tym dzienniku
były same piątki i czwórki.
- Patrz - powiedziała moja mama. - Popatrz i zastanów się.
Heniek jest o trzy miesiące od ciebie młodszy, a jakie ma stopnie! Czy
ci nie wstyd?
A mnie wcale nie było wstyd, bo niechby Heniek chodził do naszej
szkoły, dopiero by się mama przekonała. Naturalnie, nie
powiedziałem tego na głos, bo już wiem, że mama nie może mnie ani
rusz zrozumieć. Pewnie, mama do szkoły nie chodzi, to skąd ma
wiedzieć, jacy wymagający są nauczyciele. Tych kilka wywiadówek na
rok to się nie liczy. To tak, jakby rodzice jako goście do szkoły
przyszli. A przy gościach ja też jestem grzeczny i zupełnie inny niż na
co dzień.
Dziś na rachunkach sypnęły się dwójki jak deszcz. Pan kazał mi
rozwiązać zadanie. Starałem się, naprawdę. Aż mi się gorąco zrobiło
od tej chęci, żeby zgadnąć, czego pan chce. Napisałem jedno - źle.
Napisałem drugie - też nie trafiłem. A kiedy po raz trzeci i czwarty nie
udało mi się - dostałem dwójkę.
Po mnie wychodziło jeszcze trzech chłopców i jedna dziewczyna.
Oni też nie mogli utrafić w to, czego pan sobie życzył, i też złapali
dwóje. Aż mi się lżej zrobiło.
A jak nasza wychowawczyni zobaczyła te dwójki w dzienniku, to
dopiero było! I wcale nie chciała słuchać mojego tłumaczenia, że to
bardzo trudno zgadnąć, czego sobie życzy nauczyciel. Tylko od razu
powiedziała, że widocznie źle się przygotowujemy do lekcji. Ale
potem serce jej zmiękło i łagodniej zaczęła nam tłumaczyć, jak trzeba
odrabiać lekcje.
Chciałem uważać, ale ciągle przeszkadzała mi myśl, co ja w domu
powiem o tej dwójce, i nic nie mogłem wykombinować. A z
przemowy pani zapamiętałem tylko, żeby do roboty siadać nie zaraz
po jedzeniu i nie wtedy, kiedy się jest zmęczonym.
Postanowiłem się do tego zastosować.
Wróciłem ze szkoły zmęczony - to chyba każdy rozumie -więc
musiałem trochę odpocząć. Potem był obiad. Po jedzeniu, tak jak
pani mówiła, nie brałem się do książki. Poszedłem na podwórko.
Ganiałem z chłopakami, że aż koszula na mnie była mokra. Musiałem
znowu trochę odsapnąć. A tu już mama przygotowała podwieczorek,
nie mogłem odmówić, mama tego nie lubi. Najadłem się po uszy. I
znowu nie mogłem siadać do nauki. Wstąpiłem do Stefka z
przeciwka. On mnie namówił, żebyśmy poszli do „drapacza”
pojeździć windą. Parę razy nam się udało, ale potem dozorca nas
wygonił. Wróciłem ledwo żywy do domu. Jeszcze dobrze nie
odetchnąłem,” a tu kolacja. Po kolacji myślę sobie: „Trudno, jak dalej
będę słuchał tego, co pani kazała, to lekcji nie odrobię”. Więc
rozłożyłem książki. A mama na to:
- Co, o tej porze nauka? Zabieraj mi się zaraz do mycia.
Więc jak ja mam sobie poradzić z tym wszystkim? Jak tak dalej
pójdzie, to w czwartej klasie wąsów się doczekam.
WSZYSTKO PRZEZ CIOCIĘ…
Pan od rachunków podczas dużej przerwy zebrał chłopców z
naszej klasy w korytarzu i powiedział tak:
- Chłopcy, wiecie, że jutro jest Dzień Kobiet?
- Wiemy! Wiemy! - zawołaliśmy chórem, bo już od kilku dni o
tym się mówiło.
- Więc pamiętajcie, żebyście jutro byli specjalnie grzeczni i
uprzejmi dla koleżanek w szkole, a o kobietach w domu też nie
zapomnijcie.
- A jeżeli u kogoś w domu nie ma kobiet? - zapytałem.
- Jak to, czyżby u ciebie nie było? - zdziwił się pan. - A twoja
mama?
- Mama to jedna kobieta - mówię - więcej u nas nie ma.
- Wystarczy jedna. Postaraj się zrobić mamie jakąś niespodziankę.
Tylko, chłopcy, pamiętajcie: nie sztuka zrobić prezent za pieniądze.
Umawiamy się, że sprawicie radość waszym matkom i siostrom
jakimś własnym dobrym pomysłem i własnym wykonaniem.
Już do końca lekcji o niczym nie mogłem myśleć, tylko o tej
niespodziance. Do domu wracałem taki zamyślony, że o mało nie
minąłem naszej bramy. Po obiedzie też ciągle o tym myślałem, aż się
mama zaniepokoiła, czy nie jestem chory, bo tak spokojnie siedzę.
Namęczyłem się więcej niż nad jakimś trudnym zadaniem.
Żałowałem, że tatusia w domu nie ma, bo kombinowalibyśmy razem,
ale wyjechał na trzy dni. Musiałem sobie radzić sam. Dopiero w
ostatniej chwili tuż przed zaśnięciem wpadło mi do głowy coś
wspaniałego.
Łatwe to nie jest, ale ja dla mamy wszystko zrobię, żeby się tylko
ucieszyła. Choćby ten raz w Dniu Kobiet.
Tę przyjemność mogłem mamie sprawić tylko wieczorem, więc
zaczekałem do zmierzchu. Gdy mama zeszła do sklepu po cukier,
skoczyłem do Mietka od dozorcy i wszystko do niespodzianki było już
gotowe.
Mama przyszła z ciocią, bo akurat ciocia do nas się wybrała.
Trochę mi to nie pasowało, ale co miałem robić, musiałem zaczekać,
aż ciocia wyjdzie.
Tymczasem ciocia usiadła na kanapie, a mamusia zaczęła
nakrywać stół do herbaty.
- Co to? - pyta ciocia i patrzy na moje łóżko. - Macie kota?
- Nie lubię kotów - mówi mama. - Co ci do głowy przyszło?
- A bo się tak coś na łóżku rusza, o, znowu!
- Cudy-niewidy! - woła mama. - Przywidziało ci się chyba.
- Popatrz sama. Coś się tam kotłuje. Może to jakiś pies?
- Skąd tu pies? - rozgniewała się mama i podchodzi do łóżka.
Odkryła moją kołdrę, a tu jedna kura frrr! druga frrr! na podłogę i
skrzydłami biją, aż pierze leci.
- Święty Antoni! - krzyknęła ciotka. - A cóż u was kury pod kołdrą
robią?
- Ty chyba na to nam odpowiesz - mówi do mnie mama, a po
minie widzę, że jest zła jak nie wiem co.
Zrobiło mi się tak przykro, jakby mnie ktoś za serce ścisnął. O
mało się nie rozpłakałem.
- Owszem - mówię. - Odpowiem zaraz - mówię. - Chciałem mamie
na Dzień Kobiet radosną niespodziankę zrobić i te kury przyniosłem.
Na własne uszy słyszałem, jak mama mówiła, że jakaś pani
Malinowska jest szczęśliwa, bo jej dzieci spać z kurami chodzą, ale
żeby mnie się to kiedy udało, mama nawet nie może marzyć. Więc ja
chciałem, żeby mi się właśnie udało, żeby mama chociaż raz była
szczęśliwa. I Mietek od dozorcy pożyczył mi te kury i poszedłbym z
nimi spać zaraz, jak tylko ciocia wyjdzie. I wszystko byłoby tak
ładnie, gdyby ciocia nic patrzyła na łóżko. Wszystko przez ciocię. Cała
radosna niespodzianka zepsuta. A Mietkowi kino i tak muszę
zafundować, bo co go to obchodzi, że mnie się Dzień Kobiet nie udał.
Kury pożyczył - nie?
JAK WAM SIĘ TO PODOBA?
Na godzinie wychowawczej pani oznajmiła, że teraz ¦ ona zada
nam jedno pytanie. I rzeczywiście zapytała jakby nigdy nic:
- Czy wiecie, że już wkrótce szkoła podstawowa będzie miała
osiem klas, a nie siedem jak dotychczas? Nowina? Jak wam się to
podoba?
Ale już nikt nie zdążył odpowiedzieć, bo właśnie odezwał się
dzwonek i pani powiedziała, że porozmawiamy o tym za tydzień i
żebyśmy szybko wychodzili na pauzę.
Wszyscy rzucili się zaraz do drzwi. Wszyscy oprócz mnie, bo ja po
tej wiadomości aż osłabłem i ledwo nogi za sobą ciągnąłem. Dopiero
kiedy się solidnie pożywiłem, zebrałem siły i zacząłem działać.
Poleciałem do Wacka.
- Wacek - mówię - musimy coś natychmiast zorganizować. Trzeba
się tak przygotować, żeby za tydzień cała klasa odpowiedziała na
pytanie pani: „Nam się to wcale nie podoba”.
Warto by nawet poćwiczyć, żeby to ładnie wyszło, jednogłośnie. A
Wacek na to:
- Nie masz innego zmartwienia? - i odkręcił się ode mnie
napięcie.
„Ach - pomyślałem sobie - źle zacząłem, nie od tego końca co
trzeba. Wacek ma same czwórki i piątki. Co mu przeszkadza
ośmioletnia szkoła? Najwyżej będzie te piątki o rok dłużej zbierał”.
Więc poszedłem do Józi, bo Józi to mniej więcej tak samo się
powodzi jak mnie. Jak tylko nie zdąży odrobić lekcji albo trochę
zapomni, to zaraz dwójka murowana. Ona mnie zrozumie.
I rzeczywiście była tego samego zdania co i ja, i nawet poddała
myśl, żeby w imieniu całej klasy odpowiedziała naszej pani Zośka, bo
ona jest taką wzorową harcerką, to będzie poważnie.
Na dużej przerwie zwróciliśmy się do Zośki, ale ona niby taka
rozgarnięta, tak ją pani zawsze chwali, a tu okazało się, że zupełnie
nie umie myśleć. Wyśmiała nas po prostu. Powiedziała, że jesteśmy
baranie głowy, że wszyscy się cieszą, bo więcej się nauczą. I że tylko
nieuki mogą się z tego powodu martwić, ale to i tak nic im nie
pomoże. Nawet jej nie zdążyłem powiedzieć, co o niej myślę, bo już
trzeba było lecieć do klasy. Ale postanowiłem się zemścić.
Po lekcjach zaczaiłem się za drzwiami. Widzę - pędzi Zośka, więc
ja nogę wystawiam, i ona bęc! - leży jak długa!
Ale się przeliczyłem. To nie Zośka upadła, tylko Frania. I do tego
pan woźny mnie złapał, i nie wiadomo kiedy byłem już w kancelarii.
- Proszę pana kierownika - mówię - mnie bardzo nieprzyjemnie,
że tak się stało. Ja wcale tego nie chciałem. Zaraz Franię przeproszę.
To niechcący.
- Prawdę mówisz? Niechcący? Ach, ile z wami kłopotu!!! -martwi
się pan kierownik.
- No właśnie - mówię - a ta Zośka Malinowska chciałaby, żeby pan
kierownik jeszcze o rok dłużej z nami się męczył. Taka egoistka! I
dlatego jej nogę podstawiłem, żeby sobie guza nabiła. A że wpadła
Frania, to nie moja wina. Ja tego nie chciałem, naprawdę.
RAZ, GDY CHCIAŁEM BYĆ SZLACHETNY
Mo a babcia zawsze mówi, że człowiekowi z każdym rokiem
rozumu przybywa. I zawsze tak pociesza moją mamę, żeby się nie
martwiła, bo ja na pewno też zmądrzeję i zacznę się zastanawiać.
I rzeczywiście w tym roku, gdy nadchodziły święta, to
zastanawiałem się bardzo dużo. Czasami sam, a raz to nawet z
Markiem.
I doszliśmy do jednakowych wniosków, że gdyby święta były
częściej, to rodzice o wiele bardziej byliby zadowoleni ze swych dzieci
i mieliby z nich większą pociechę.
- Ja r mówi Marek - przed Gwiazdką to się tak pilnuję jak nie
wiem co. Już widziałem, że na szafie za walizką leży jakiś pakunek -
to na pewno prezent dla mnie. Nie wiadomo, co tam jest, ale tatuś
premię dostał, to na pewno coś ładnego mi kupił. Więc wolę być
ostrożny, bo raz, jak przeze mnie koty rybę zżarły, to nie dostałem
nic.
- Ja się też pilnuję - mówię - bo i u nas na szafie leży paczka, ale
ciągle ktoś jest w domu i jeszcze nie wiem co. Przede wszystkim, j ak
mama coś mówi - to zaraz na j ednej nodze skaczę, żeby drugi raz nie
mówiła, bo moja mama strasznie tego nie lubi. A najważniejsze, żeby
mama była zadowolona, bo wiesz…
- Wiem, wiem - mówi Marek. - U nas też jak z mamą dobrze, to
ojca się nie boję, a jak z mamą źle - to ojciec nie patrzy, gdzie
sprawiedliwość, tylko jeszcze dołoży. A w ogóle szkoda, że Gwiazdka
jest raz na rok, bo gdyby była częściej, to każdy by się częściej starał,
no nie?
Naturalnie, byłem tego samego zdania i dziwiliśmy się, że dorośli
na takie różne ulepszenia wpadają i na Księżycu potrafią wylądować,
a na taki prosty pomysł nie wpadli.
Pewnego razu usłyszałem, jak babcia namawiała ojca i mamę,
żeby mi kupili coś żywego, takiego więcej przyrodniczego: kanarka
albo akwarium z rybkami, bo to wyrabia szlachetne uczucie.
Mama powiedziała, że teraz nie mogą, bo nie ma pieniędzy,
święta przecież tyle kosztowały. Więc ja zaraz pomyślałem, że sam
sobie kupię taką uszlachetniającą rzecz za te pieniądze, co sobie
uskładałem.
Na drugi dzień poszedłem do sklepu na Nowym Świecie. Miałem
dużo kłopotu z wyborem. Ryby w akwarium były bardzo drogie.
Kanarek też. Wreszcie kupiłem zaskrońca.
Przyniosłem go do nas i chciałem zrobić niespodziankę. Ale
mama takiego krzyku narobiła, że prędko zabrałem węża z domu. Na
schodach pokazywałem go Markowi, a wąż wyślizgnął mi się z rąk i
nie wiadomo jak - uciekł, tylko mignął. Szukaliśmy go od strychu aż
do piwnicy - ani śladu. I teraz mam zmartwienie: zobaczy go kto,
pomyśli, że to jadowita żmija, i zatłucze. A to tylko zaskroniec.
Więc napisaliśmy z Markiem takie ogłoszenie i rozlepiliśmy w
kilku miejscach:
Kto zobaczy węża, to niech nie myśli, że to ŻMIJA, bo to
zwyczajny zaskroniec, co ma żółte plamy za uszami, a żmija ma
zygzak. Kto się wężem zaopiekuje - może zostać za darmo
szlachetnym!
Pieniądze przepadły, ale każdy musi przyznać, że chciałem być
szlachetny -a że się nie udało, to już nie moja wina.
JA I ADAM MICKIEWICZ
Dwójka z polskiego spadła na mnie jak grom. I to do tego w
sobotę na ostatniej lekcji. Brakowało jeszcze paru minut do dzwonka.
Można powiedzieć, że prawie już się zaczęła niedziela. Aż tu kilka
mizernych błędów przy tablicy i - dwója. I jeszcze pani powiedziała:
- Co na to twoja matka powie? Ty chyba serca nie masz?
A ja w tej właśnie chwili poczułem, jak mi się serce aż skurczyło z
żalu nad mamą. Biedna mama! Tak zawsze chwaliła naszą panią, że
taka dobra, a tymczasem… Proszę: kto postawił mi dwójkę, która
mamie na pewno zrobi przykrość?
Tak się przejąłem, że aż strach. Musiała to zauważyć Zosia, bo po
drodze do domu dogoniła mnie i mówi:
- Ty się nie załamuj. Bo jak się załamiesz, to już najgorsze, co cię
może spotkać.
- Jak ja mam się nie załamać - mówię do niej - kiedy z tego
wszystkiego widzę, że mnie zostawią na drugi rok w tej samej klasie.
Nie załamałabyś się na moim miejscu?
- Nie. Adam Mickiewicz, jak był małym chłopcem, też został na
dmgi rok, ale się nie załamał, tylko tak się postarał, że został sławnym
człowiekiem.
- Co ty mówisz, Zosiu? Naprawdę? - zawołałem. - Ten sam
Mickiewicz, co stoi na środku Krakowskiego Przedmieścia za tym
pięknym ogrodzeniem? Skąd wiesz?
- Wiem na pewno, bo tatuś w książce czytał. Ten sam. Zaraz mi się
serce rozkurczyło i podniosłem się na duchu.
Przyszedłem do domu i mówię:
- Mamusiu, czy chciałaby mamusia, żebym ja był sławnym
człowiekiem? Ale nie takim byle jakim, ale takim, któremu by
pomnik wystawili?
- Chciałabym przede wszystkim, żebyś wyrósł na porządnego
człowieka - mówi mama.
- Naturalnie, że na porządnego, ale mogę przecież być i porządny,
i sławny. Tak na przykład, jak Adam Mickiewicz.
- Adam Mickiewicz? Ho, ho, mój kochany, przecież to
najsławniejszy polski poeta. Gdzie ci do niego? Daleko!
- Może nie tak daleko - mówię - bo jak chodził do szkoły, to też na
drugi rok w tej samej klasie został.
- Też - powiedziała mama tak jakoś przeciągle i zaraz podeszła do
mnie z bardzo dziwną miną. - Co to znaczy: też? Mów mi zaraz.
- To mamusia nie wie, że Mickiewicz…
- O Mickiewiczu wiem, ale pokaż mi dzienniczek.
Dłużej już nie mogłem ukrywać tego, co się stało, i powiedziałem
wszystko o naszej pani, i że niech się mama nie martwi, bo jeżeli
Mickiewicz… ale mama nie dała mi nawet dokończyć.
- Przestań o tym Mickiewiczu i nie doprowadzaj mnie do
ostateczności! Skąd ci do głowy przyszło z nim się porównywać!
Mickiewicz jako dziecko z okna wypadł i chorował, nic dziwnego, że
na drugi rok został, ale ty?
- Dobrze - mówię - jak mamusia chce koniecznie, to ja też z okna
mogę wypaść, proszę bardzo. Tylko że u nas trzecie piętro…
I chociaż nic już o Adamie Mickiewiczu nie powiedziałem,
mamusia „doszła do ostateczności”.
Teraz codziennie siedzę nad lekcjami jak przyklejony. Mowy nie
ma, żebym poszedł w ślady Mickiewicza. ^
Jak mamusia nie chce, to nie.
KSIĄŻKA - MÓJ PRZYJACIEL
Nasza Pani Powiedziała, że w maju są zawsze Dni Oświaty i
Książki. I że te dni są po to, żeby się ludzie przyjaźnili z książkami. To
znaczy, żeby byli z nimi blisko. I zaraz zapytała, czy my rozumiemy,
co to jest przyjaźń z książką.
Cała klasa wołała, że tak, a ja i Wacek najgłośniej. Wacek chciał
mnie przekrzyczeć, że to niby on więcej wie o przyjaźni, a ja
uważałem, że ja, i żeby to nie było w klasie, tobym mu pokazał, ale tu
pani patrzyła i na pewno zapisałaby mnie do dzienniczka.
A pani aż uszy zatkała i kazała nam być cicho. Powiedziała, żeby
się każdy do jutra zastanowił, bo jutro będziemy mówić na temat:
„Książka - mój przyjaciel”. A kto da najlepszy przykład, to dostanie w
nagrodę książkę, która się nazywa „Koń bez głowy”.
Ja sobie pomyślałem zaraz, że muszę tę książkę dostać. I kiedy
wracaliśmy do domu, powiedziałem Wackowi, że niepotrzebnie tak
krzyczał, bo i tak nic z tego nie będzie miał, bo on na pewno nie
rozumie, o co chodzi.
- Właśnie, że rozumiem lepiej niż ty - powiedział Wacek. Nikt nie
jest tak blisko z książkami, jak ja. Noszę je w tornistrze…
- Ja też!
- Trzymam je w ławce…
- Ja też.
- Przy obiedzie siedzę na takiej grubej encyklopedii.
- Bujasz!
- Choć do mnie, to zobaczysz. Encyklopedia zawsze na moim
krzesełku leży. A widzisz!
- Nic nie widzę - mówię. - Ja chyba więcej się przyjaźnię z książką
niż ty, bo nigdy nie siedzę na żadnej książce. Owszem, zawsze staram
się trzymać książkę z uszanowaniem przed oczami. Nawet przy
jedzeniu czytam, chociaż mama się gniewa.
- Bujasz!
- Nie bujam. Jutro na dowód przyniosę „Szwedów w Warszawie”.
Raz mi się zupa pomidorowa wylała. Do dziś można poznać pó
kolorze.
- A ja śpię z książką pod poduszką.
- Każdy tak robi, jak się lekcji nie nauczy. Nie masz się czym
chwalić.
- No to wiedz, że ja nawet w wannie czytam. I mam dowód:
„Poszukiwacze skarbów” wpadli mi raz do wanny - cały grzbiet się
rozkleił.
- Phi! Ja do parku z książką chodzę.
- Każdy może tak powiedzieć.
- Ale ja mam dowód: wczoraj byłem w Łazienkach, położyłem
„Robinsona” pod drzewem i zapomniałem go zabrać do domu.
Dopiero dziś rano tam poleciałem. A pamiętasz, wczoraj była
straszna burza i „Robinson” aż spuchł. Kartki się nie chcą odkleić. O,
możesz sprawdzić, patrz!
- Ale ci się dostanie za to w szkole!
- Wcale mi się nie dostanie, bo ta książka jest moja własna.
- To co, że twoja własna. Jesteś niszczycielem książek, i już!
- Ja?! - wykrzyknąłem. - A komu „Poszukiwacze” do wanny
wpadli?
- Sami wpadli!… A twój „Robinson”…
- Odczep się od mojego „Robinsona”, bo jak ci nim przyłożę!
I zamachnąłem się „Robinsonem”, a Wacek go złapał, a ja go
chciałem odebrać, a on pociągnął i rozerwał. I powiedział, że to ja
pociągnąłem, i zaraz uciekł.
„Dobrze - pomyślałem sobie - pokażę jutro Robinsona w klasie,
niech pani zobaczy, jaki z tego Wacka przyjaciel książek. I wszystko
opowiem”…
Nagrodę otrzymała Zosia. Podobno obłożyła w tym tygodniu
dziesięć książek w bibliotece szkolnej. Nigdy by mi coś podobnego do
głowy nie przyszło! A tak chciałem dostać tę nagrodę. Jeden chłopak
z piątej klasy już wczoraj obiecał dać mi za nią bilet do kina!
JAK SOBIE POŚCIELESZ…
Nasza Pani od polskiego mówiła nam o różnych przysłowiach.
Tłumaczyła, jak je należy rozumieć i jakie one są mądre. Mnie
najlepiej podobało się przysłowie o spaniu: „Jak sobie pościelesz - tak
się wyśpisz”.
U nas w domu ściele łóżka mamusia i zawsze jest mi wygodnie
spać, a kiedy raz na koloniach musiałem sobie sam na-pchać siennik,
to oka przez całą noc nie zmrużyłem. Bo były takie góry i doły. Więc
to prawda. A oprócz spania to przysłowie znaczy jeszcze, że w ogóle
jak sobie co przygotujesz, jak zorganizujesz - tak będziesz miał.
Zaraz przyszło mi na myśl, że ze Świętem Dziecka może być tak
samo. Więc zapytałem Heńka:
- Czy wiesz, co dostaniesz na Święto Dziecka?
- Nie wiem - odpowiedział Heniek. - Może nic. Może moi rodzice
zapomnieli, bo nie słyszałem, żeby o tym mówili. O wakacjach, o
koloniach, owszem. Mamusia nawet się martwi, czy na wszystko
starczy. Ale o Święcie Dziecka ani słowa.
- A widzisz! Trzeba to jakoś zorganizować. Przypomnieć,
podsunąć pomysł, bo rzeczywiście nasi rodzice są tak zapracowani, że
mogą o tym zapomnieć.
- Ale jak to zrobić? Ja nic w domu nie będę mówił. Po tej ostatniej
dwójce…
- A co dopiero ja po tych ostatnich dwóch dwójkach!
- No widzisz, że nic się nie da zrobić - westchnął Heniek.
- Nie upadajmy na duchu - mówię - bo to niedobrze. Trzeba
znaleźć jakiś sposób. Mam go już nawet.
- No, to powiedz prędko!
- Słuchaj: mnie nie wypada przypomnieć o sobie, ale mogę iść do
twoich rodziców. A ty…
- A ja do twoich? - przerwał Heniek. - Ale czy rodzice nie domyśla
się?
- Nie bój się! Zresztą to trzeba zrobić poważnie. Najlepiej
przynieść list.
- Dobrze. List mogę zanieść. Co będzie w tym liście?
- Krótko, bo rodzice nie mają czasu na długie czytanie. W
pierwszym liście będzie tak:
Kochani Rodzice!
Czy pamiętacie c prezentach dla swoich dzieci? I podpis.
- Ja się nie podpiszę -zaprotestował Heniek. -Twój ojciec mógłby
z tym iść do mojego ojca.
- Rozumie się. Podpiszę Klub Opieki nad Uczniem.
- A ten klub gdzie?
- Ja i ty jesteśmy tym klubem. Wolno nam, nie?
- No dobrze. Ile tych listów będzie? Bo powiedziałeś: w
pierwszym.
- Trzy. Do trzech razy sztuka. W drugim liście napiszemy:
Rodzice!
Święto Dziecka przypomina: kupcie coś dla swego syna.
KLUB OPIEKI NAD UCZNIEM.
Widzisz, jak to ładnie ułożyłem? A w trzecim liście będzie. ..
Zaraz, zaraz trzeba coś takiego o zdrowiu, bo to do rodziców najlepiej
przemawia…
- Ja! Ja teraz wymyśliłem - zawołał z uciechą Heniek.
- Tak:
Rodzice!
Prezent dzieciom nie szkodzi,
a na zdrowie wychodzi.
KLUB OPIEKI NAD UCZNIEM.
- Dobra jest. Widzisz, że to wcale nietrudne, tylko trzeba
pomyśleć.
Przygotowaliśmy wszystko ładnie.
Podpis klubu w każdym liście napisany był drukowanymi
literami.
Ja dodałem do tego piękny zakrętas z ogonem.
Doręczyliśmy pierwsze listy. Doręczyliśmy drugie. U mnie w
domu nic o tym nie mówili, tylko tatuś mi się dziwnie wieczorem
długo przyglądał. Pewnie myślał, co by mi na prezent kupić.
A kiedy doręczyliśmy trzecie listy, to mi mama Heńka dała
kopertę zaadresowaną „Do Klubu Opieki nad Uczniem”. Spotkaliśmy
się z Heńkiem w umówionej bramie. On taką samą kopertę dostał od
mojego tatusia.
Rozerwaliśmy koperty, wyjęliśmy kartki. I przeczytaliśmy
jednocześnie:
TEN PREZENTY OTRZYMUJE
KTO W DZIENNICZKU NIE MA DWÓJEK.
KLUB OPIEKI NAD RODZICAMI
A to heca!
I ja i Heniek, i nikt w naszej klasie nigdy o takim klubie nie
słyszał!
Z GŁOWĄ CZY BEZ GŁOWY?
Mirek lubi gadać i zawsze sobie jakąś ofiarę upatrzy.
Dzisiaj uwziął się na mnie. Nawet się nie spostrzegłem, bo tak się
jakoś złożyło, że razem wyszliśmy ze szkoły, a on mieszka w tej samej
stronie co i ja.
- Miałeś kiedy hulajnogę? - pyta.
- Eee tam, hulajnoga - mówię - kiedy to było? Nawet wspominać
nie warto. Jak chcesz, to mówmy o rowerze.
- Albo o skuterze - mówi Mirek. - Widziałeś tę „lambret-tę”, na
której fizyk przyjeżdża? Chciałbym taką mieć.
- Ba! Kto by nie chciał - mówię. Ale wiesz, ile to kosztuje? Przecież
„lambretta” jest zagraniczna, włoska.
- Nasze „osy” też nie są złe. A co roku na pewno będą modele
ulepszać. Kiedy już będę miał uskładane pieniądze - to kupię sobie
„osę”.
- Wariat, skąd uskładasz na skuter! Przecież to tysiące.
- A z czego się tysiące składa? Z setek, tak?
- Aha, i zaraz powiesz, że setka ze złotówek, a złotówka z
grosików. Znam to.
- Nie - przerwał Mirek. - Zaczynałem od pięciu złotych. Wiesz za
co? Za butelki. Najtrudniej było o te pierwsze pięć złotych. Byłem
wtedy w drugiej klasie. A gdy odłożyłem dwadzieścia, wydawało mi
się, że jestem bogaczem. A teraz mam już na książeczce przeszło
tysiąc.
- Tysiąc? - Aż mi trudno było uwierzyć.
- Pokażę ci jutro, i chcesz - wierz, nie chcesz - nie wierz, ale cię
kiedyś swoim skuterem przewiozę.
- Phi! Jak ci wyrośnie siwa broda - może.
- Nie. Zanim skończymy szkołę - jeszcze przed maturą. Zobaczysz.
Ja to robię z głową - wiem, czego chcę.
Pożegnał się i skręcił w swoją ulicę, a mnie złość ogarnęła,
mądrala! A czy ja nie wiem, czego chcę? Będzie mi skuterem
imponował!
- Jeszcze nic nie wiadomo. Może ja go swoim samochodem
przewiozę? Założę sobie książeczkę docelową, przy odrobinie
szczęścia można co kwartał samochód wygrać. Namówię tatusia,
będziemy razem składać. Mój ojciec chyba więcej zarabia, niż ojciec
Mirka. Zobaczymy. Najtrudniej zacząć. Początek najgorszy. I żeby
pierwsze odłożone pieniądze nie były od ojca. Sam je muszę zdobyć.
Ojcu się to na pewno spodoba i jeszcze mi dołoży.
Poszedłem do domu, zjadłem obiad, ale myśl o samochodzie nie
opuszczała mnie ani na chwilę. Mirek zaczynał od butelek - spróbuję i
ja. Każda butelka to złotówka.
Mamy nie było. Zajrzałem do kredensu, do spiżarni. Butelek całe
mnóstwo. I nie wiadomo po co. W każdej jest czegoś po troszku.
Wyjąłem butelki i posegregowałem. Potem zrobiłem porządek. Sok
malinowy i jagodowy do jednej - nie pokłócą się, a do herbaty i ten, i
ten dobry. Ocet z oliwą też i tak się miesza do sałatek. I jeszcze inne
pomysły przyszły mi do głowy bardzo łatwo. Mama się ucieszy, bo
miejsca w spiżarce przybyło. Umyłem butelki i ustawiłem w rząd na
stole. Z przyjemnością na nie patrzyłem; kilka złotych wpadnie.
Ziarnko do ziarnka. Książeczka docelowa, ciągnienie i kiedyś
zajeżdżam do szkoły swoją „syreną”. Mirek akurat idzie, ja wyskakuję
z auta, drzwiczki otwieram: „Proszę, bądź łaskaw, siadaj!”…
Zaprosiłem Mirka tak wspaniałym gestem, że wszystkie butelki ze
stołu spadły. I w drobny mak! A tu rodzice wchodzą.
O rety!!!
WYPRACOWANIE O WIŚLE
Wypracowań nie lubię, bo żebym nie wiadomo jak się W W
wysilał - zawsze napiszę nie to, co trzeba. A kiedy pytam, co trzeba -
pani tylko radzi, żeby nie wysysać z palca, a opierać się o
rzeczywistość, to znaczy z bliska się przyjrzeć temu o czym się pisze.
Owszem, próbowałem tego sposobu przy wypracowaniu o psie. Tak
blisko zapoznałem się z owczarkiem naszego dozorcy, że do dziś
bliznę noszę na ręku, a spodnie to mi babcia cerowała, bo mama
powiedziała, że wszystko ma swoje granice. Chociaż to były dopiero
czwarte spodnie w tym roku.
We wtorek mieliśmy napisać wypracowanie o Wiśle. I o tym, co
jest nad Wisłą, szczególnie w Warszawie. Ale ja umówiłem się z
Mietkiem do kina „Praha”.
I od początku byłem zdecydowany: Wisła będzie płynąć do końca
świata, a film o kowbojach pokazują tylko kilka dni, więc gdzie go
będę potem szukał?
Mamie naturalnie nic o kinie nie powiedziałem, tylko że
wychodzę, bo muszę się dobrze przyjrzeć z bliska Wiśle. Pani
zapowiedziała wyraźnie, że wypracowanie ma być nie z samej głowy.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Franuś, ten co mieszka w
naszym domu na piętrze. Przyszedł do mnie i mówi:
- Chodź razem na wybrzeże, to wszystko dobrze obejrzymy.
Moja mama, kiedy usłyszała Franusia, powiedziała:
- Idźcie razem, idźcie! Będę teraz spokojna!
Bo Franuś jest zawsze grzeczny i takie ma szczęście, że nigdy
dwójki nie oberwał.
- Chodźmy - mówię, bo co miałem robić? Wybiegliśmy Tamką na
wybrzeże na wprost Syreny. Ja jestem bardzo sprytny.
Wystarczy mi jeden rzut oka i już wiedziałem, co napiszę, ale ten
Franuś! Gadał i gadał.
- Widzisz ten most na lewo? To most Śląsko-Dąbrowski,
wybudowany na miejsce starego, zniszczonego w czasie wojny. A za
nim jeszcze jeden całkiem nowy, wiesz?
- Pewnie, że wiem - mówię.
- A między tymi mostami, po prawej stronie Wisły, jest zoo. A
jeszcze dalej Żerań - Elektrociepłownia, która ogrzewa prawie całą
Warszawę. A tu na prawo most Poniatowskiego. A widzisz te
ogromne bloki? To Praga II. Ale mnie najwięcej podoba się pomnik
Syrenki.
- A mnie kino „Praha” po drugiej stronie Wisły - mówię.
- To chyba nie takie ważne - mówi ten cały Franuś.
- Tak? - mówię. - A co według ciebie ważniejsze?
- Chyba ważniejszy jest Stadion Dziesięciolecia.
- O rety! - zawołałem, bo zobaczyłem Mietka, jak machał ia mnie
ręką. - Ja muszę już iść. Obiecałem Mietkowi, że pojrzymy na Wisłę
jeszcze z tamtego brzegu. Cześć!
Ś
I poleciałem do mostu Śląsko-Dąbrowskiego z Mietkiem.
Już przy samym moście siedział rybak. Chcieliśmy się przyj-zeć,
jak łapie ryby. Niby to nic trudnego, ale ryby w Wiśle są ddać mądre,
bo wiaderko stało puste. Mietek zaczął się zgrywać, aż tu coś
wędziskiem szarpnęło jak wieloryb!
Więc się nachylił, żeby lepiej zobaczyć, i stracił równowagę.
Zdążył jeszcze złapać mnie za rękaw i obaj wpadliśmy do wody.
Wyciągnęli nas, ale do kina już nie poszliśmy, tylko do domu.
Mama, kiedy otworzyła drzwi to najpierw krzyknęła
przestraszona: „Moje dziecko”, ale zaraz potem przypomniała sobie,
że nie jestem już dzieckiem i powtarzała tylko: „Ja przez ciebie
osiwieję do reszty”, ale do jakiej reszty, kiedy mama ani jednego
siwego włosa nie ma?
- Nic się nie stało - mówiłem, żeby mamę uspokoić - zobaczy
mama, nawet się nie zaziębię. A jakie będzie moje wypracowanie!
Przecież nikt się tak z Wisłą nie zetknął jak ja.
Rzeczywiście. Napisałem krótko, ale za to o wszystkim.
Wypracowanie o Wiśle
Wisła naprawdę płynie z góry na dół. Tylko na mapie z dołu do
góry, ale to pewnie dlatego, żeby trudniej było ją znaleźć. Wisła ma
dwa brzegi - jeden lewy, drugi prawy. Prawy z prawej strony, a lewy z
lewej. W środku płynie woda, tak zwana wiślana. Na lewym brzegu
Wisły stoją różne rzeczy, a na prawym trochę mniej, ale również.
Jednym się podoba to, a drugim tamto, zależy od gustu. Na samym
końcu Wisła wpada do morza, chociaż z Warszawy tego nie widać.
Według mnie było to najlepsze wypracowanie. Dlaczego pani
uważała zupełnie inaczej? Tego nikt nie zrozumie.
NIE MARTW SIĘ, STASZEK!
W niedzielę przyjechał do nas mój cioteczny brat z Kielc, który
chociaż kończy piątą klasę, to Warszawę zobaczył pierwszy raz w
życiu.
Na wiosnę jego szkoła była w Warszawie na wycieczce. Ale on
wtedy akurat leżał w szpitalu, bo mu wycięli ślepą kiszkę.
Teraz wszyscy jego koledzy opowiadają sobie ciągle o tej
wycieczce. A on czuje się pokrzywdzony, bo takich bez ślepej kiszki to
w jego klasie jest kilku, więc nie ma się czym chwalić.
Kiedy mi to wszystko opowiedział, postanowiłem podnieść go na
duchu.
- Staszek - mówię - nic się nie martw! Ja ci takie rzeczy w
Warszawie pokażę, że cała klasa zzielenieje!
Mama dała mi parę złotych na reprezentację, bo chociaż Staszek
rodzina, to trzeba z nim jak z człowiekiem się obejść, to znaczy jak z
gościem.
Najpierw na naszej ulicy kazałem mu się dobrze przyjrzeć tej
kamienicy, w której mieszkam.
- A to po eo? - zapytał Staszek.
- Po to - mówię - że jak zostanę sławnym człowiekiem, na tej
ścianie koło bramy będzie wmurowana marmurowa tablica.
Staszek aż zaniemówił z zazdrości i tylko przyglądał mi się, jakby
mnie widział pierwszy raz w życiu. A przecież ja u niego w Kielcach
byłem już dwa razy.
Potem pobiegliśmy na plac Zamkowy.
- Patrz - mówię - tu ulica i tu ulica, i tu też jeszcze jedna, ale
najważniejszy dla Warszawy to jest ten pomnik - przyjrzyj się - żeby
nie ten król, to nie ja mieszkałbym w stolicy, tylko Józio stryja
Michała z Krakowa.
- No wiesz… - Staszek zatrzymał się i patrząc na mnie narysował
kółko na czole. - Coś mi się zdaje…
- Mnie się nie zdaje, ale wiem na pewno, to król Zygmunt, co
przeniósł stolicę do Warszawy.
- Jak tak dobrze wiesz, to mi powiedz, jak on się nazywał.
- Głuchy jesteś czy co? Mówiłem przecież, że Zygmunt.
- Ale jak dalej?
- To ty jesteś w piątej klasie i nie wiesz? Po prostu wstyd. Czego
was uczą?
- A ty wiesz?
- Wiem, ale się chcę przekonać, czy ty wiesz.
- No to dobrze - mówi Staszek. - Staniemy plecami i niech każdy
przed sobą napisze nazwisko tego króla. Potem sprawdzimy.
Nie miałem innego wyjścia, więc zgodziłem się. Ale pisząc tak się
nachyliłem, że widziałem między nogami, co pisze Staszek i
napisałem to samo.
Kiedy się odwróciłem, Staszek aż podskoczył z uciechy.
- Wpadłeś bracie! On się nazywał Waza, a napisali Maza.
Faktycznie widziałem „W” do góry nogami, ale zaraz znalazłem
wyjście.
- Ja napisałem tak, jak on siebie sam nazywał, kiedy był mały. To
nie wiesz, że on miał taką wadę wymowy i „w” przekręcał na „m”.
Kiedy go kto pytał: „Jak się nazywasz”, to zawsze odpowiadał:
„Maza”.
- Wariat!
- A król Zygmunt mówił „mariat”. Czasami to z tego wychodziły
straszne nieporozumienia. Dopiero jak się do Warszawy przeniósł, to
mu to przeszło i już wyraźnie wymawiał. A wyście w szkole tego nie
przerabiali?
- Nie - powiedział Staszek, ale już był zły.
- Nie dziwię się - powiedziałem - zawsze co stolica, to stolica.
- Phi! - odął się Staszek.
„Zaraz ci pokażę, co to jest: phi” - pomyślałem i zaprowadziłem go
na ruchome schody. Przewiozłem go dziesięć razy i pytam:
- No, widziałeś, jak się po Warszawie jeździ?
- Wielkie rzeczy!
Więc go przewiozłem jeszcze dziesięć razy i potem jeszcze dziesięć
razy.
- Masz dosyć? - spytałem. -Ale już nie czekałem na odpowiedź, bo
Staszek zrobił się zielony. Zaprosiłem go więc na lody. Zjadł, ale nie
poszło mu to na zdrowie - tylko się trzy złote zmarnowały.
Żal mi się zrobiło, bo ciągle był jakiś blady.
- Chcesz, to cię zawiozę autobusem do CDT? - mówię.
- Tam są schody na pięć pięter. Kręcił głową, że nie chce.
- No to polećmy na Tamkę. Tam w jednym domu jest winda na
dwanaście pięter. Tego jeszcze nie widziałeś.
Ale Staszek chciał koniecznie do domu.
Mama aż się przestraszyła, kiedy go zobaczyła. Dopytywała się, co
jadł wczoraj na kolację. Ale on nic nie chciał mówić, tylko że mu
niedobrze.
Poleżał parę godzin, a potem już musiałem go odprowadzić a
dworzec.
- Szkoda, że oprócz tych schodów nic innego nie widziałem.
Chłopaki tyle opowiadali.
- Nic się nie martw - pocieszałem go - j a przy schodach
codziennie jestem, to widzę: jakakolwiek szkolna wycieczka
przyjedzie, to nic, tylko jeździ i jeździ w górę i w dół. Na pewno na nic
innego czasu im nie starcza. A kiedy wrócą z Warszawy do swego
miasta, to opowiadają cudy-niewidy. Opowiadaj ty.
CO W NOWYM MIESZKANIU NAJWAŻNIEJSZE?
Najpierw dowiedzieliśmy się, że pan od rachunków ¦ ma grypę i
na lekcje na pewno nie przyjdzie. W piątej klasie i w szóstej
rachunków dziś nie będzie, tylko pójdą na rystawę. Więc ucieszyliśmy
się, że się upiecze jedna lekcja i loże też pójdziemy coś oglądać. Ale,
niestety, okazało się, że nasza klasa nic nie obejrzy, bo na zastępstwo
przyjdzie do nas ani z trzeciej.
Ta pani jeszcze nigdy u nas na lekcji nie była. I nie wiedzieliśmy,
czy zna się na rachunkach, czy nie. Cała klasa wolała, żeby się nie
znała, najwięcej ja, bo zadań nie odrobiłem. Arek chyba tak samo, bo
cały czas mówił do mnie, żeby coś wymyślić, żeby nie było
rachunków.
Ja, owszem, chętnie, ale mi nic nie przychodziło do głowy. Arkowi
– też nie.
Najlepsza do pomysłów w naszej klasie jest Zośka Zadrowianka.
Więc pobiegliśmy do niej.
- Zośka - mówi Arek - wymyśl coś, żeby tylko pani z trzeciej nie
pytała z rachunków, to ci damy lizaka.
- Jeden to mało - mówi Zośka, która za lizakami przepada. -
Dajcie dwa, to zgoda.
A tu już dzwonek na lekcje dzwoni. Nie było czasu, więc Arek
powiedział, że dobrze.
Kiedy pani z trzeciej do nas przyszła i usiadła przy stoliku, to
Zośka wstała i mówi:
- Proszę pani, nasza koleżanka Jadzia Nowakówna wczoraj się
przeprowadziła do nowego mieszkania. Bo jej rodzice dostali nowe
mieszkanie. A jakie ładne! Jadzia, opowiedz pani.
Jadzia nie spieszyła się, tylko patrzyła, czy pani z trzeciej życzy
sobie, żeby ona opowiedziała o nowym mieszkaniu.
Cała klasa też patrzyła na panią, a ja i Arek po prostu
truchleliśmy, bo gdyby pani z trzeciej zamiast słuchać o mieszkaniu
wolała sprawdzić zadania, to ładnie byśmy wyglądali!…
Na szczęście pani z trzeciej nie rwała się do rachunków i kazała
Jadzi opowiadać o mieszkaniu.
Jadzia mówi bardzo prędko, po prostu coś okropnego. I teraz
także opowiedziała o nowym mieszkaniu naprawdę za prędko.
Przestraszyłem się, że pani może sobie jednak o rachunkach
przypomni, więc podniosłem rękę i kiedy pani pozwoliła,
powiedziałem:
- Proszę pani, w naszej klasie jest dużo dziewczynek i chłopców,
którzy już mieszkają w nowych mieszkaniach. Ale gdyby ich zapytać,
co w takim mieszkaniu jest najważniejsze, to na pewno nie wiedzą.
- A ty wiesz? – spytała pani.
- Owszem, wiem.
- To powiedz nam.
- Powiem, proszę pani, ale na ostatku. Niech najpierw inni
spróbują odgadnąć.
- Dobrze - zgodziła się pani i widać było, że sama jest ciekawa, co
kto powie.
Jadzia powiedziała, że najważniejsze jest centralne ogrzewanie.
Teraz nie trzeba już martwić się o węgiel i dźwigać go z piwnicy w
wiadrze.
Arek powiedział, że winda. W starym mieszkaniu jego babci
ciężko było wchodzić aż na trzecie piętro. Teraz mieszkają na
szóstym, ale babcia-wcale się nie męczy, bo jest winda.
Zośka powiedziała, że u nich najwięcej ucieszyli się z balkonu.
Ojciec porobił skrzynki do kwiatów. Latem na balkonie siedzi się jak
w ogródku. I widok piękny. A zimą przylatują gołębie i dopominają
się o jedzenie.
Alina powiedziała, że w nowym mieszkaniu najważniejsza jest
łazienka, bo teraz każdy może się wykąpać. To dla zdrowia jest
bardzo ważne.
Jeszcze inni mówili o słońcu, które wchodzi przez duże okna, o
ładnych ścianach i podłogach i o różnych innych rzeczach. Jedni
mówili szybko, drudzy wolniej, ale jednak sporo czasu zeszło.
- No - zwróciła się do mnie pani z trzeciej - czy już ktoś wymienił
to, co według ciebie jest najważniejsze w nowym domu?
- Owszem - mówię - Alina powiedziała o łazience. Łazienka jest
najważniejsza. Ale dlaczego, to nie umiała wytłumaczyć.
- Jak to? - zdziwiła się pani. - Przecież mówiła o kąpieli, która jest
bardzo ważna dla higieny, dla zdrowia.
- Dla zdrowia ważna - mówię - ale dla czego innego jeszcze
ważniejsza.
Cała klasa na mnie patrzyła i czekała, co ja powiem. Pani z trzeciej
też. A ja najpierw odchrząknąłem, żeby było trochę dłużej, a potem
mówię:
- Według mnie łazienka jest najważniejsza, szczególnie wtedy,
kiedy się przyniesie ze szkoły dwójkę. Bo o tej dwójce najlepiej
powiedzieć ojcu przez drzwi łazienki, jak siedzi w wannie. Zanim się
wykąpie i wyjdzie z wody to najgorsza złość już mu pewnie przejdzie.
Woda na nerwy bardzo dobrze działa.
Wtedy wszystkim zrobiło się bardzo wesoło. Pani z trzeciej także.
Tylko Arek zamyślił się trochę i powiedział do mnie:
- Szkoda, że dopiero teraz o tym się dowiedziałem. Zośka dostała
jednego lizaka. Po pierwsze, na rachunki
czasu nie starczyło nie tylko przez jej pomysł, a po drugie, moje
spostrzeżenie może i Zośce kiedyś się przydać.
ROZCZAROWANIE
Wczoraj byliśmy z całą klasą w kinie. Widzieliśmy film, który się
nazywa „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Bardzo ładny film i
wszyscy byli zadowoleni. Niektórzy to nawet podwójnie, bo film im
się podobał, i mieli na drugi dzień wymówkę, że na lekcje nie
starczyło czasu.
Nasza pani jest bardzo wymagająca. Kiedy zapytała, czy nam się
film podobał, wszyscy natychmiast zawołali:
- Tak! tak!
Ale to naszej pani nie wystarczyło. Każdy oddzielnie musiał się
wypowiedzieć, dlaczego i w ogóle, i jeszcze, żeby nie powtarzać takich
słów, jakie już ktoś powiedział. A to przecież jest bardzo trudne.
Wreszcie przyszła kolej na mnie.
- Jacku, teraz ty powiedz coś o wczorajszym filmie. Ale postaraj
się, żeby to ładnie wypadło.
A ja naturalnie już byłem przygotowany i mówię:
- Ja, proszę pani, po wczorajszym filmie byłem kompletnie
rozczarowany.
Nikt tak jeszcze nie powiedział, i myślałem, że pani mnie
pochwali, a pani tylko się zdziwiła:
- Jak to? Więc film ci się nie podobał?
- Owszem - mówię - bardzo mi się podobał. Tak się podobał, że aż
mnie rozczarował.
- A więc źle się wyraziłeś - mówi pani. - Jeżeli ci się film tak
bardzo podobał, to pewnie chciałeś powiedzieć, że jesteś nim
oczarowany?
- Oczarowany czy rozczarowany to chyba wszystko jedno -mówię -
to bardzo podobne.
- Nie - zaprzeczyła pani. - To są dwa zupełnie różne słowa i każde
co innego znaczy. Oczarowanie - to zachwyt na przykład nad
pięknym obrazem, przeczytaną książką lub oglądanym widokiem. A
rozczarowanie - to smutek, bo spotkał nas jakiś zawód. Na przykład,
kiedy pierwszy raz przyszłam do waszej klasy, to zrobiliście na mnie
takie miłe wrażenie! Pomyślałam sobie: z tymi dziećmi będzie mi się
zawsze przyjemnie pracować. Niestety, spotkał mnie zawód:
rozczarowanie.
Ileż razy słyszę od kolegów: „Ach ta czwarta klasa! Ach, ileż z tą
czwartą trudności!” Przyjemne to dla mnie jako wychowawczyni nie
jest. Rozumiecie teraz, co to jest rozczarowanie.
- Tak! Tak! - zawołali wszyscy.
- A może ktoś z was da przykład takiego rozczarowania z własnych
doświadczeń - zaproponowała pani.
Teraz zgłosiła się Alina i opowiedziała, że wielkie rozczarowanie
spotkało ją w tym roku na wakacjach. Słyszała pierwszy raz w życiu
śpiew słowika. Dawniej myślała, że słowik śpiewa jakby piosenkę, no,
taką na przykład, jak „Złoty pierścionek” albo jakiś walczyk. Owszem,
słowik śpiewa ładnie, ale jednak nie tak, jak sobie wyobrażała. Więc
to chyba rozczarowanie. l
Arek opowiedział, że go wielki zawód spotkał na Gwiazdkę.
Spodziewał się, że dostanie łyżwy ze specjalnymi butami. Rodzice
wiedzieli, że bardzo chciał je dostać. A tymczasem pod choinką leżało
nowe ubranie i loteryjka. Ubranie i tak przecież, bez Gwiazdki, trzeba
dostać. Więc się bardzo wtedy rozczarował. Bardzo się na rodzicach
zawiódł.
Zośka opowiedziała, jak to jeszcze w trzeciej klasie była
przekonana o dobrym sposobie na uczenie się wiersza. Koleżanka
powiedziała jej, że wystarczy przeczytać wiersz i włożyć książkę pod
poduszkę na całą noc. Więc kiedy pewnego razu nie zdążyła się
nauczyć wiersza - postanowiła tak zrobić. A następnego dnia nie
pamiętała nic a nic. Tylko się wstydu najadła. To było przykre
rozczarowanie.
- A ty, Jacku, rozumiesz teraz, co znaczy rozczarowanie? -spytała
mnie pani. - Może też dasz nam jakiś przykład?
- Owszem, proszę pani - mówię - teraz już dobrze wszystko
zrozumiałem. I przykład też mogę dać. To było w zeszłym roku, kiedy
byłem dużo młodszy. Chciałem spróbować, jak smakują papierosy.
Akurat przyjechał wtedy do nas dziadzio. Wydał mi się bardzo dobry i
miły. Siedział w pokoju z tatusiem i grał w szachy. Mamy nie było w
domu. Poszedłem więc do kuchni i zapaliłem papierosa. Wcale mi nie
smakował i już chciałem rzucić, a tu nagle wchodzi do kuchni ojciec i
chociaż papierosa schowałem do kieszeni, zaczął na mnie strasznie
krzyczeć.
Usłyszał to dziadzio, przyszedł do tatusia i mówi:
- Nie krzycz tak na dziecko! Do czego to podobne! „Kochany
dziadzio! - pomyślałem sobie. - Obronił mnie.
Jak to dobrze, że do nas przyjechał”.
- A czy ojciec nie pamięta, jakie ja lanie dostałem - mówi tatuś -
kiedy w jego wieku wziąłem się za papierosy?
- Lanie tak. Przeciw laniu nic nie powiem - mówi dziadzio.
- Ale po co tak krzyczysz?
Bardzo się wtedy na dziadziu zawiodłem. To chyba ogromnie
bolesne rozczarowanie.
ZORRO CZY WILHELM TELL?
Kusze najpierw zrobił sobie Zdzisiek.
- Ty jesteś do wszystkiego pierwszy - pochwaliła go nasza pani -
tylko nie do nauki się spieszysz.
Wszyscy zazdrościli Zdzichowi, ale nie bardzo, bo strzelać nie
miał czym. Dopiero Zośka, kiedy u nich była kaczka na obiad,
przyniosła mu jedno kacze skrzydło. Więc już miał i strzały, i kuszę.
Zrobiło się zupełnie nie do wytrzymania.
I zaraz na drugi dzień Janek, Stefan i Romek też mieli kusze, i od
razu ze strzałami. Pewnie wycyganili od Zośki drugie kacze skrzydło.
Potem jeszcze sześciu chłopaków przyniosło kusze i strzały.
I zrobiły się w klasie dwie partie. Jedna to była partia Zorro. A
druga - Wilhelma Telia.
Ja byłem przy Zorro, bo w żaden sposób nie mogłem wy:
kombinować tej kuszy i nawet strzał: mama kaczki kupić nie chciała,
bo mój tatuś nie lubi.
- Zdrajcy jesteście! - wołaliśmy do tych z kuszami. - Zorro był
najlepszy i najszlachetniejszy na świecie! Bił się jak lew i nie bał się
nikogo! To był prawdziwy rycerz!
Ale ci z kuszami odpowiadali krótko:
- Wypchajcie się! Zorro z kuszy strzelać nie potrafił!
- Na co miał potrafić? Po co mu była kusza? Miał pistolety i
szablę, i swego Tornado. A wasz Wilhelm Tell piechotą drałował!
- Ale Zorro nie trafiłby w jabłko z kuszy. Wilhelm Tell lepszy!
- Wielkie co - w jabłko! Cuda-niewidy!
- Spróbujcie! - wołali ci od Wilhelma. - Nie traficie.
Co dzień ktoś przechodził do ich partii i któregoś dnia tak już
było, że tylko Heniek i ja twardo staliśmy przy bohaterskim Zorro.
Ale kiedy i Heniek przyniósł kuszę, bo mu pomógł brat, i powiedział
mi, że piór ma mnóstwo i podzieli się ze mną, to już nie wytrzymałem
i też zrobiłem sobie kuszę.
No i okazało się, że może ten Wilhelm Tell był ważniejszy, bo w
jabłko naprawdę bardzo trudno trafić.
Doszło do tego, że już nikt nie chciał stać z jabłkiem na głowie ani
z gruszką. Wacek proponował, żeby się założyć o arbuz, ale arbuzów
nigdzie nie było.
I zaczęły się wielkie nieprzyjemności. A to jedna matka przyszła
do szkoły, że jej syn wrócił do domu z zakrwawioną głową, a to druga,
że ze skaleczonym nosem. A to jakiś ojciec strasznie się gniewał, że
jego synowi o mało oka nie wybili. I ciągle wszystko było na tych, co
strzelali z kuszy, a na tych, co stali z jabłkiem, nic a nic. A przecież
stali nie za darmo, bo za darmo nikt nie chciał. Nawet Wacek, chociaż
to mój przyjaciel. Na próżno mu tłumaczyłem, że syn Wilhelma nie
bał się stać z jabłkiem, chociaż mu ojciec za to nic nie dał.
- Gdybyś ty tak strzelał jak Wilhelm Tell, to ja bym się też nie bał -
powiedział Wacek i zażądał trzech jabłek oprócz tego co na głowie, bo
to, naturalnie, chciał też.
Ciągle musiałem kupować jabłka i ani do kina nie chodziłem, ani
w ogóle na nic pieniędzy już mi nie starczyło. Tylko moja mama
cieszyła się, że mam taki apetyt, bo co kupiła kilo jabłek, to się tylko
mignęły.
Aż jednego razu nasza pani powiedziała, że już jej życie obrzydło.
Co dzień na nas skargi, co dzień to samo. Spać nie może, jeść nie
może, bo ciągle myśli, że któryś z jej uczniów oko straci. W szkole na
Lipowej już tak się stało.
I zapytała nas, czy wiemy, co to za nieszczęście nie mieć oka.
Kazała nam jedno oko zasłonić ręką.
Smutno nam się naprawdę zrobiło, bo z jednym okiem to
rzeczywiście niedobrze. Pani kazała nam zastanowić się, więc,
owszem, zastanowiliśmy się.
A zaraz potem dziewczyny przypomniały, że są pani imieniny i
żebyśmy coś wymyślili.
Wymyśliliśmy, żeby na ten jeden dzień złożyć od samego rana
wszystkie kusze i wszystkie strzały u pani na stole. Niech się pani
ucieszy. Sama przecież mówiła: „Co ja bym dała, żeby chociaż jeden
dzień mieć spokojny!”
Raniutko wszystko pięknie leżało na stole. Samych kusz było
dziewiętnaście, a strzały?
Na wierzchu dziewczyny położyły bukiet kwiatów.
Pani jak tylko weszła, zaraz kusze zobaczyła i tak jej się to
podobało, że miała łzy w oczach.
- To naprawdę najpiękniejszy prezent - mówił a kilka razy. - Teraz
dopiero odetchnę!
Ja miałem pani powiedzieć, że te kusze i strzały będą na stoliku aż
do jutra. Chłopaki na mnie patrzyli, a Wacek nawet mnie popchnął.
Ale nie powiedziałem.
Zrobię to dopiero jutro. Dziś w swoje imieniny niech się pani
cieszy, że to na zawsze.