KRYSTYNA BOGLAR
KLEMENTYNA LUBI KOLOR
CZERWONY
NASZA KSIĘGARNIA
1981
Rozdział I
w którym znajdujemy Jarzynkę i gubimy spokój ducha
Była sobota dwudziestego szóstego sierpnia. Dlaczego ta data jest taka ważna, okaże
się oczywiście dużo później, ale na razie dodamy tylko, że ta właśnie sobota była bardzo
długa i nudna. Mimo to perspektywa wczesnego pójścia do łóżka nikomu się właściwie
nie uśmiechała. No, ale co można robić innego w domku na skraju lasu po zapadnięciu
zmroku? Oczywiście dorośli zawsze znajdują jakieś wyjście z sytuacji, ale co mają robić
dzieci i na przykład kury? Kury są tu przykładem, bo przecież wszyscy dobrze wiedzą, że
na wsi „chodzi się spać z kurami”. A to była wieś. Nazywała się bardzo zwyczajnie
Aniołkowo, ale i tak wszyscy nazywali ją Wsią Wakacyjną: mama, tata i nawet gruba pani
Śmietanowa, u której mieszkali. Oczywiście pani Śmietanowa też nazywała się inaczej,
ale to już był jeden ze znakomitych pomysłów Asi. Bo pani Śmietanowa dostarczała
wszystkim okolicznym urlopowiczom znakomitą, tłustą śmietanę - szalenie ważny
dodatek do poziomek i pierogów z serem.
I choć to nie był dzień „pierogowy”, ta właśnie sobota stała się bardzo ważnym
dniem w życiu Marka, Asi, no i Pulpeta. Pulpet (choć z niemałym trudem) siedział na
żerdce ogrodzenia oddzielającego kurnik od słonecznikowej grządki, i machając leniwie
nogami, łuskał drobne ziarnka wprost ze sztywno rosnącej słonecznikowej tarczy. Pani
Śmietanowa bardzo się o to gniewała, bo prawie wszystkie słoneczniki miały wyjedzone
najlepsze miejsca i brzydko świeciły łysinami, ale Pulpet był tak łakomy, że nie pomagały
nawet tatusiowe groźby.
Siedział więc na tej żerdce, która niebezpiecznie trzeszczała, i zastanawiał się, co
będzie robił jutro, bo niedziela na wakacjach niczym się przecież nie wyróżnia od
pozostałych dni tygodnia.
- Jak myślisz - zapytał wypluwając łuskę ziarenka - czy jutro też będzie na obiad
gotowana kura?
- Na pewno - odparł Marek drapiąc się zawzięcie w łydki okropnie pogryzione przez
komary.
Marek bardzo nie lubił gotowanej kury, ale w tej wiosce zewsząd otoczonej lasem,
odległej o trzydzieści kilometrów od najbliższego miasteczka, nic innego nie można było
dostać. Ziewnął szeroko i spojrzał ponad wysokie konary sosen, czerwone od promieni
zachodzącego słońca.
- Pobiegniemy jeszcze do Żabiego Króla?
- Możemy pójść - odparł Pulpet złażąc z trudem z żerdki. - Na bieganie nie mam
jakoś ochoty!
Należałoby może wyjaśnić, że Pulpet tak naprawdę nazywał się Darek, ale nikt już o
tym nie pamiętał, nawet mamusia, której to imię kiedyś szalenie się podobało. Nic w tym
zresztą dziwnego, że przezwisko „Pulpet” przylgnęło do chłopca z taką łatwością. Jak
daleko pamięć sięga. Pulpet zawsze był tłusty i nie lubił się ruszać. Toteż Marek tylko
westchnął ciężko i kiwnął głową.
- Zawołać Asię? - zapytał li tylko dla formy, bo wiadomo było, że do Żabiego Króla
chodzi się zawsze we trójkę.
Asia skończyła właśnie rytuał wieczornego podlewania kwiatowych grządek i
odstawiła pustą konewkę koło beczki z deszczówką.
- Idziemy! - powiedział Marek i pociągnął głośno nosem.
Z kuchni bowiem, przez otwarte okno, doleciał go zapach ciasta ze śliwkami.
- Nie węsz - powiedziała Asia otrzepując ręce - dzisiaj nic z tego! Śmietanowa nie da
ani okruszyny!
- Właściwie dlaczego placek można jeść tylko w niedzielę? - denerwował się Pulpet.
- Przecież to szalenie niesprawiedliwe!
Tak naprawdę to cała trójka zgadzała się z tym całkowicie. No, bo dlaczego pieczenie
takich pyszności, jakimi są bez wątpienia placki ze śliwkami lub masą orzechową,
odbywa się zawsze w sobotę? A na dodatek je się dopiero w niedzielę?
Dzieci wciągnęły jeszcze nosami zapach ciasta i pomału podreptały gęsiego w stronę
małego stawku otoczonego ze wszystkich stron ciemnozieloną ścianą lasu.
Stawek - czyli państwo Żabiego Króla - odkryli kiedyś przypadkiem w pierwszych
dniach swego pobytu we Wsi Wakacyjnej. Bawiąc się w Indian, z piórami przepisowo
zatkniętymi w potargane czupryny, rozpierzchli się po lesie szukając Olka - Zielonej
Strzały, ukrytego gdzieś wśród gęstwiny. Głośny wrzask i chlupot, który rozległ się nagle
z lewej strony wielkiego dębu, wywabił z wigwamu nawet Pulpeta, który w tym dniu
pełnił straż obozową. Okazało się, że to Bolek, sam Wielki Karaluch, wódz i znakomity
indiański wojownik, wpadł nagle aż po szyję w sadzawkę zarosła zieloną rzęsą. Kiedy,
wyłowiony wspólnymi siłami, zrzucał przemoczoną odzież, z kieszeni na piersi
wyskoczyła mu ogromna, zielona żaba.
Oczywiście, był to ów Żabi Król - władca stawu bez dna, król, którego państwo, choć
niewielkie, bogate było nadzwyczaj w żabich obywateli. Ba, król posiadał swój żabi chór,
który wieczorami dawał nadzwyczajne koncerty.
A więc kiedy tak sobie maszerowali gęsiego, idący przodem Marek nagle raptownie
przystanął. Oczywiście, Pulpet wpadł na niego z impetem i o mały włos go nie przewrócił.
- Co się stało? - zapytała Asia zamykająca pochód.
- Ciii… - zamruczał Marek, wyraźnie czegoś nadsłuchując.
- Boooję się - wyjąkał Pulpet na wszelki wypadek. Pulpetowi zawsze się wydawało,
że skoro już się boi - to właściwie ma jak gdyby cały problem „z głowy”, bo przecież nic
się straszniejszego już stać nie może.
- Słyszycie? Ktoś tu płacze - Marek wskazał ręką kępę fioletowo kwitnących
krzaków. - Tam!
Teraz już cała trójka usłyszała jak gdyby ciche pochlipywanie..
- Może to duch? - zapytał Pulpet cofając się.
- Duch nie chlipie, tylko dzwoni łańcuchami - odparła Asia z przekonaniem.
- No, ale jeśli akurat nie ma łańcuchów? - wyjąkał Pulpet drżącym głosem.
- Idziemy! - zakomenderował Marek i zaczął się przedzierać w kierunku krzaka.
- Mmoze jjja zostanę na straży - zamamrotał Pulpet, który miał ogromną ochotę
wziąć nogi za pas i zwiać do domu, ale przeszkadzała mu w tym Asia stojąca za nim na
wąskiej ścieżce.
- Chodź, tchórzu - powiedziała i popychając przed sobą opierającego się brata
zaczęła przedzierać się przez kolczaste krzewy.
Chcąc nie chcąc, Pulpet sunął naprzód, rozgarniając ostrożnie gałęzie. Z wielkim
trudem starał się opanować ogarniający go, przemożny strach, który obezwładniał mu
nogi i wyginał buzię w podkówkę.
„Nie ryknę! Wcale nie mam zamiaru ryknąć” - przemawiał do siebie raz po raz,
potykając się o wystające korzenie.
Tymczasem Marek dotarł wreszcie do fioletowo kwitnącego krzaka i delikatnie
rozsunął gałęzie. To, co zobaczył, wprawiło go w takie osłupienie, że nie zareagował
nawet na zduszony szept Asi, która szarpała go za ramię, chcąc czym prędzej poznać
źródło tajemniczych pochlipywań.
- No, co tam jest? - zapytała zniecierpliwiona milczeniem brata.
- Co jest? - powtórzył jak echo Pulpet.
- Dziecko - powiedział niepewnie Marek. - Mała dziewczynka!
- Pokaż! - zażądała Asia i odsunąwszy gałąź zajrzała Markowi przez ramię.
Pod krzakiem, na kupce zielonego mchu, siedziała mała, bardzo zapłakana
dziewczynka. Ubrana była w czerwoną sukienkę z błyszczącego materiału, a na głowie
miała zawiązaną czerwoną chusteczkę. Brudną piąstkę przyciskała do buzi, z której co
chwilę wyrywał się głośny szloch, i z przerażeniem patrzyła szeroko otwartymi oczyma na
nieznajomą trójkę dzieci. Biedne dziecko - wyszeptała Asia. - Skąd ona się tu wzięła
samiutka w lesie?
- Widocznie się zgubiła - powiedział Marek, któremu też zrobiło się bardzo przykro
na widok zapłakanej buzi małej nieznajomej.
Dziewczynka wyjęła piąstkę z buzi i przysłuchiwała się rozmowie.
- Jak się nazywasz? - zapytał Marek, słusznie rozumując, że tylko w ten sposób
można się o dziecku dowiedzieć czegoś bliższego.
- Jarzynka - powiedziała mała bardzo cieniutkim głosem.
- Jarzynka? - zdziwiła się Asia. - Ale masz chyba jeszcze nazwisko? Przypomnij
sobie, jak się naprawdę nazywasz!
- Jarzynka! - powiedziało dziecko równie cieniutko, ale z uporem.
Pulpet spojrzał na nią z ukosa.
- Jeśli mówi, że nazywa się Jarzynka, to na pewno tak jest - powiedział z
przekonaniem. - Ja też mam nie najlepsze imię, a nikt się temu nie dziwi - dodał
przepychając się do przodu.
- Ale skąd się tu wzięłaś? - Marek wreszcie ochłonął z zaskoczenia i postanowił
wziąć inicjatywę w swoje, jak mniemał, doświadczone ręce.
- Stamtąd - szepnęła Jarzynka wskazując rączką cztery olbrzymie grube dęby stojące
w jednym szeregu.
- Z lasu? - nie dowierzał Pulpet ssąc z zapałem listek zajęczego szczawiu. - Przecież
to jest niedostępny bór!
- Tam poszła Klementyna! - odpowiedziała wyginając buzię w podkówkę. Jej szare
oczy w jednej sekundzie napełniły się łzami spływającymi jak groch po okrągłych
policzkach.
- Kto to jest Klementyna? - zapytał Pulpet.
- Czy to twoja siostrzyczka? - Asia pełna współczucia przyklękła koło dziecka i
niezdarnie gładziła małą po krótkich lokach wymykających się spod czerwonej
chusteczki.
- To jest moja… - mała zaniosła się głośnym szlochem.
- No tak, to na pewno jej siostra - odparł z przekonaniem Marek pocierając czubek
nosa.
Marek zawsze pocierał czubek nosa, gdy był w kłopocie albo gdy aktualny problem
przerastał jego siły. Tymczasem problem uspokajał się powoli i tylko ciche pochlipywania
świadczyły o tym, że wspomnienie Klementyny było dla Jarzynki silnym przeżyciem.
- I ta siostra tak cię porzuciła w lesie? - dziwił się Pulpet. Było mu bardzo przykro z
powodu porzuconej Jarzynki, bo Pulpet miał, jak mawiała mamusia, miękkie serce i
szalenie przejmował się czyimś nieszczęściem. Z drugiej jednak strony cieszył się, tak
troszeczkę, że jego rodzeństwu nie wpadło nigdy do głowy zostawić go samego w
ciemnym i o tej porze wybitnie nieprzyjaznym borze.
- Ona poszła naprzód… sama… a potem ja za nią… - chlipała Jarzynka.
- Może chciała nazbierać grzybów albo poziomek… - Asia starała się jakoś
usprawiedliwić dziwny bądź co bądź czyn nieznanej Klementyny.
- Ona przecież nie lubi grzybów! - odparła mała podnosząc na Asię ogromne,
zdziwione oczy.
- Nie lubi grzybów?! - wykrzyknęli jednocześnie Marek i Pulpet.
- Nniee - wyjąkała Jarzynka.
Marek coraz mocniej pocierał nos, tak że stał się czerwony jak pomidor, ale żaden
genialny pomysł nie przychodził mu do głowy.
Na jego usprawiedliwienie można dodać jedynie, że nie zdarza się przecież tak często
znajdować dziewczynki w lesie pod fioletowo kwitnącymi krzakami. Gdyby jeszcze był
tato! Marek z pretensją pomyślał, że tato zawsze wyjeżdża wtedy, gdy jest szalenie
potrzebny. I na dodatek zabrał z sobą mamę!
- Co z nią zrobimy? - zapytała Asia.
Pulpet przestępował z nogi na nogę.
- Weźmiemy ją z sobą!
- Oczywiście! - powiedział Marek. - Nie możemy w żadnym wypadku pozostawić jej
tutaj!
Robiło się ciemno. Czerwone błyski na sosnach dawno już zgasły i z lasu powiało
chłodem. Cienie dębów wydłużyły się i czarnymi mackami sięgały fioletowego krzaka.
- Chodźmy! - zakomenderował Marek. Pomyślał przy tym, że ma jeszcze trochę
czasu do zastanowienia się nad sytuacją, w której znaleźli się tak nagle i niespodziewanie.
- Hej ho, hej ho, do domu by się szło! - wrzasnął Pulpet i pierwszy pogalopował
ścieżką wśród jeżyn, szczęśliwy, że wraca do domu.
Asia wzięła Jarzynkę za rączkę i cierpliwie pomagała jej wydostać się z kolczastych
gałęzi. Pomyślała przy tym, że dobrze byłoby mieć w domu jeszcze jedną dziewczynkę!
Marek i Pulpet to bardzo dobry dodatek do życia rodzinnego, można się z nimi bawić w
korsarzy albo Indian, ale jeśli ma się ochotę na coś poważnego - to potrzebna jest
koniecznie dziewczynka!
Zbliżali się do zabudowań pani Śmietanowej. Marek pomyślał, że chyba nie ma
sensu wchodzić przez ganek, bo wtedy pani Śmietanowa natychmiast zauważy z
kuchennego okna, że to nie trzy, ale cztery pary nóg tupią po kamiennych schodkach.
- Stój! - zarządził półgłosem, zatrzymując się na skraju śliwkowego sadu. - Trzeba
się naradzić!
- W brzuchu mi piszczy! - zaprotestował Pulpet, ale zatrzymał się posłusznie.
- Musimy ją jakoś przemycić do domu! Śmietanowej nic powiedzieć nie możemy, bo
zaraz narobi wrzasku. Jarzynka będzie spała w moim łóżku!
- A ty? - zdziwiła się Asia.
- A ja? Ja pójdę na poszukiwanie… Klementyny! - odparł Marek i dumnie wypiął
pierś. Bo teraz już wiedział, co ma robić! Tak, musi odnaleźć Klementynę, która na pewno
też płacze ze strachu w ciemnym lesie.
- Ja z tobą! - Asia podskoczyła, a razem z nią jej śmieszne, cienkie warkoczyki.
- I ja! - wrzasnął Pulpet, jak zwykle bojąc się, żeby go nie zostawili samego, ale
natychmiast przypomniał sobie czarny las i zrobiło mu się ogromnie ciemno na duszy. - I
ja - powtórzył nieco ciszej. - Ale pod warunkiem, że mnie nie… zgubicie!
- Dobrze! Postaramy się nie zgubić! Teraz przejdźcie przez tę dziurę.
Marek odsunął jedną z desek w płocie i przytrzymał ją kolanem, dopóki pięty Pulpeta
nie zniknęły po drugiej stronie.
- Asia z Jarzynką wejdą oknem! Pulpet wbiegnie po schodkach, głośno tupiąc! Ja
pójdę jeszcze do Olka i Bolka! Czekajcie na moje rozkazy! Cześć! - I pobiegł w stronę
sąsiednich zabudowań.
Rozdział II
w którym dowiadujemy się, do czego mogą się przydać trzy pary czystych nóg
- B pięć! - mówi Bolek i cichutko chichocze.
- Pudło! - odpowiada Olek i spogląda z satysfakcją na kratkowaną kartkę papieru, na
której sprytnie umieścił swoją morską flotyllę.
- No to G dziewięć! - ponawia Bolek.
- Trafiłeś! - martwi się Olek. - Czteromasztowiec!
- No to koniec z tobą!
- Wcale nie! - oburza się Olek wykreślając na swoim planie tak niecnie trafiony
statek.
Olek i Bolek również przyjechali do Wsi Wakacyjnej, aby, jak sobie tego życzyła ich
babcia: „nabrać ciała” i „wydobrzeć”. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego „nabieranie
ciała”, czyli innymi słowy „tuczenie”, odbywać się powinno w lecie, kiedy biega się po
polach i lesie. Na pewno wie to babcia, ale Olek i Bolek oprócz tego, że opalili się na
kolor czekoladowy - nie przytyli ani grama!
Obaj bracia zaprzyjaźnili się z trójką sąsiadów i wspólnie urządzali zawody w pluciu
pestkami czereśni do celu oraz zabawy w Indian. Nie uznawali jedynie spacerów do
Żabiego Króla, a to z dwu względów:
Po pierwsze - zawsze o tej porze jedli kolację.
Po drugie - bardzo (ale to naprawdę bardzo) nie lubili żabi
- G osiem, siedem i sześć - mówi Bolek z wielką ulgą w głosie.
Olek pracowicie wymazuje na kratkowanym papierze swoją czteromasztową klęskę
wysuwając przy tym koniuszek języka. Potem podnosi głowę i patrzy z urazą na brata.
- Po co odpukujesz?
- Co odpukuję? - dziwi się Bolek i nadstawia
Puk. Puk. Puk.
- To nie ja! To ktoś puka w okno!
Bolek podnosi się ostrożnie z krzesła i chwyta przygotowany „na wszelki wypadek”
łuk indiański. Skrada się ostrożnie w stronę okna. Nagle odwraca się błyskawicznie i
celuje strzałą prosto w Olkową pierś.
- Co robisz, wariacie! - wrzeszczy Olek i chowa się pod stół.
- To na wszelki wypadek, żebyś mi nie zaglądał do moich okrętów!
Bolek wysuwa ostrożnie głowę przez okno. Nic. Ciemno. W oddali szumią wysokie
sosny.
- Ciii… Bolek, to ja, Marek - słyszy ostrożny szept dobiegający z wielkiej kępy
łopianów rosnących pod oknem.
- Dlaczego się ukrywasz? - Bolek odstawia łuk pod ścianę i wskakuje na parapet. Tak
rozmawia się dużo wygodniej. Olek zajmuje miejsce obok brata i cztery chude nogi w
sandałach zwisają swobodnie z okna wysokiego parteru.
- Musiałem zastukać - mówi Marek teatralnym szeptem, wysuwając głowę ponad
olbrzymie liście łopianu. - Nie możecie zejść?
- Po co? - pytają chórem.
- Ważna sprawa. Nikt nie może się o tym dowiedzieć! Znaleźliśmy dziecko…
- Coś takiego - mruczy Bolek. - Pewnie przyjechało na wakacje!
- Głupiś! - denerwuje się Marek, bo mu już szalenie niewygodnie w tych liściach i
cierpnie mu najwyraźniej lewa łydka. - Przecież to koniec wakacji! Kto by teraz
przyjeżdżał! Znaleźliśmy tę dziewczynkę w lesie… Nazywa się Jarzynka!
- Aha - odpowiadają chórem Olek i Bolek patrząc na siebie niepewnym wzrokiem.
- Musimy iść do lasu - szepce Marek wyłażąc z łopianu - tam została druga
dziewczynka, Klementyna, i trzeba ją odnaleźć…
- I my też… - zaczął Bolek, ale spojrzał na majaczący w dali czarny las i zawahał się
na moment.
- Nie musicie - powiedział szybko Marek, bo przecież wcale nie chciał, aby ktoś inny
odnalazł Klementynę. Nam tylko potrzeba trzech par czystych nóg…
- Czystych? - zdziwili się chłopcy.
To wielkie zdziwienie, które wyraźnie zabrzmiało w głosach obu braci, nie było takie
bezpodstawne! No, bo przecież nie jest rzeczą możliwą, aby po całodziennym uganianiu
się po lesie, w kurzu, po mokradłach, po wilgotnej od rosy łące - nogi pozostały czyste. To
jest naprawdę niemożliwe. Jeśli ktoś sądzi, ze Wieś Wakacyjna pozbawiona była
całkowicie wody, której można by użyć na wieczorne mycie nóg, bardzo się myli! Woda
była! Studnia pani Maciejkowej, głęboka i przepaścista, zawierała wodę zimną i czystą jak
kryształ. Trzeba było tylko chcieć! Ba! A oni na ogół nie chcieli. To znaczy - nie chcieli
się myć. Na próżno pani Maciejkowa napełniała wodą wielką balię, w której mogło się na
dobrą sprawę zmieścić sześciu takich brudasów jak Bolek i Olek. Oni zawsze umieli
znaleźć jakiś wykręt.
A teraz te czyste nogi!
- Po co? - zapytali chórem, ale już z mniejszym zainteresowaniem.
- To wszystko przez Śmietanową - szeptał Marek głuchym basem. - Ona zawsze nam
sprawdza nogi przed zaśnięciem!
No tak. To była prawda. Pani Śmietanowa, której opiece powierzali rodzice często
swoją trójkę pełniła tę funkcję z godnością i pewnym… umiarem. Tuż przed zaśnięciem
wkraczała do pokoju dzieci, przekręcała kontakt i przy nikłym świetle wysoko
zawieszonej żarówki sprawdzała czystość trzech par nóg wysuniętych w tym celu poza
żelazne pręty łóżek. Kto zaś leżał w tych łóżkach, było dla pani Śmietanowej rzeczą tak
oczywistą, że nie należało się w ogóle nad tym zastanawiać.
Naturalnie dużo gorzej przedstawiałaby się sprawa, gdyby na przykład zachciało jej
się sprawdzać uszy! No, ale to się jeszcze nigdy nie zdarzyło.
- Okropne! - westchnęli bracia i spojrzeli na swoje czarne pięty.
- Musicie zająć nasze miejsca w łóżkach - wyjaśniał Marek - i jak wejdzie
Śmietanowa…
- O! To my mamy spać zamiast was? - wykrzyknął Olek wesolutko.
- Coś w tym rodzaju! My idziemy zaraz do lasu.
- Aha - powiedzieli znów chórem i spojrzeli po sobie. „To może być zabawne” -
pomyślał Bolek. Dawno już marzył o jakiejś przygodzie, która by pozwoliła wrócić we
wrześniu do szkoły z porcją solidniejszych wspomnień niż te, które w danej chwili
posiadał.
„Może to właśnie to?” - pomyślał w tym samym czasie Olek, który bardzo, ale to
bardzo chciał raz chociaż prześcignąć brata. Zawsze Bolek i Bolek! To on został wodzem,
Wielkim Karaluchem, któremu Olek musiał się podporządkować, czy chciał, czy nie.
- No więc co? - zaszeptał zaniepokojony Marek.
- Dobrze! - odkrzyknęli z okna odrobinę może zbyt głośno jak na tak wielką
tajemnicę.
- Więc słuchajcie - zaszemrał Marek, któremu cierpła już druga łydka i sztywniał
kark od ciągłego zadzierania głowy - dwa łóżka będą wolne! W trzecim będzie spać
Jarzynka…
- Aha! Zamiast Asi - domyślił się Olek.
- Tak. I wystawcie tylko nogi. Czyste! - dodał groźnie. - Bo inaczej figa i klops z
całej historii! Teraz idę do domu przygotować plan akcji. Musicie wejść oknem dokładnie
o dziewiątej trzydzieści. O dziesiątej przychodzi Śmietanowa.
- Hej! - zawołał Bolek, który chciał się jeszcze dowiedzieć, kto to są właściwie ta
Jarzynka i Klementyna. Ale Marka już nie było.
Wiatr, który nagle zerwał się ni stąd, ni zowąd, zaszumiał groźnie i przebiegł falą po
gęstych krzakach jaśminu. W oddali ledwie widoczne na tle czarnego nieba sosny kłaniały
się sobie nawzajem rozległymi konarami.
- Bym nie poszedł - przyznał się odważnie Olek oczekując aprobaty.
- Bym poszedł - powiedział jak gdyby od niechcenia Bolek i spojrzał na brata z
wyraźną pogardą. Odwrócił się i zeskoczył na podłogę. Za nim zrobił to Olek.
- Po co? - zapytał Olek.
- Co: po co?
- No, po co byś tam poszedł?
- Do lasu? A dlaczego to właśnie oni mają ją znaleźć? Ja też potrafię odszukać w
lesie tę dziewczynkę! Zresztą, za takie czyny dostaje się medale!
- Jakie medale? - zdumiał się Olek.
- Za odwagę!
Olek westchnął głęboko. To był argument. Z doświadczenia wiedział, że pójdzie za
Bolkiem do tego dalekiego, ciemnego lasu. Pokusa była silniejsza od strachu. Tylko te
nogi…
- Czym myjemy? - zapytał przypomniawszy sobie, że mydło wyrzucili wczoraj w
krzaki.
- Może proszkiem do prania albo tym, którym pani Maciejkowa szoruje garnki…
- Dobra, idziemy!
Cicho wsunęli się do sionki. Drzwi do kuchni były uchylone. Olek ostrożnie zajrzał
przez szparę. Nie widząc nikogo wśliznął się do środka i porwał puszkę z proszkiem do
czyszczenia, stojącą na kuchennym piecu.
- Teraz szybko na dwór!
Za chwilę zgodnie szorowali nogi w cebrzyku pełnym deszczówki, zielonych liszek i
opadłych liści.
- Do kolan wystarczy, co? - targował się Olek machając nogami w powietrzu, żeby
prędzej wyschły.
- Uważaj teraz - Bolek podniósł ostrzegawczo palec w górę, zupełnie tak, jak to robił
w szkole pan nauczyciel - jak tylko Śmietanowa wyjdzie z pokoju, zaraz wyskakujemy
oknem i biegniemy na poszukiwanie…
- Myślisz, że my będziemy szybsi?
- Pewnie! Pulpet toczy się jak żółw! Będą się wlekli! - roześmiał się głośno Bolek.
Ponieważ sprawa czystych nóg, która w zasadzie była najtrudniejsza, została już z
grubsza załatwiona, nic nie stało na przeszkodzie, aby obaj chłopcy cichutko i szalenie
ostrożnie przedostali się przez podwórze na ścieżkę łączącą oba domostwa. Była to wąska,
piaszczysta dróżka, którą w zależności od wygranej lub przegranej bitwy Asia nazywała
„Gościńcem Zwycięzców” lub „Zwyciężonych”. Więc kiedy tak sunęli brzegiem
wspomnianej ścieżki, myśleli o tym samym, tylko całkiem inaczej. Bolek zastanawiał się,
czy nie należałoby jednak wtajemniczyć w tę sprawę kogoś z dorosłych. Ale kogo?
Rodzice byli, jak się to mówi, za górami, za lasami… Maciejkowa? Nie! Wykluczone!
Maciejkowa narobiłaby tylko wrzasku na samo wspomnienie nocnej wyprawy! A z
drugiej strony - wizja medalu za odwagę! Olek na pewno się boi. Co do tego nie ma
żadnych wątpliwości. Cała więc odpowiedzialność spadnie jak zwykle na niego - Bolka!
Trudno. Trzeba tylko poprowadzić swoją dwuosobową drużynę, której jest członkiem i
naturalnie głównodowodzącym w jednej osobie. Wyprawa nie będzie łatwa. Jest ciemno.
Ponadto mają zostać z tą… jakże jej tam… aha, Jarzynką. Cóż to za dziwaczne imię!
Przypomina coś, o czym nie bardzo wiadomo, czy jest treścią, czy tylko ozdobą talerza z
drugim daniem. I co gorsze przeważnie bywa szpinakiem! Brrr! No, ale tym razem to jest
dziewczynka. Tylko że nie powinno się jej znów zostawiać samej! No, ale zostanie w
domu. To już coś. I w ciepłym łóżku! Musimy się od niej dowiedzieć czegoś więcej o tej
drugiej, zgubionej w lesie… Tak. To pozwoli nam może lepiej umiejscowić punkt, w
którym zniknęła. W takim razie moglibyśmy znaleźć Klementynę o wiele szybciej niż
tamci. Koniecznie trzeba ich ubiec i wreszcie ogłosić swoje wielkie, absolutne, wakacyjne
zwycięstwo!
W tym samym czasie Olek myślał nad tym, co ta biedna dziewczynka robi sama w
tym okropnym lesie? No, a gdyby tak na przykład mnie ktoś zgubił? Oczywiście, że nikt
nie może mnie zgubić, jestem już duży, ale gdyby? To co bym robił? Pewnie bym się bał!
Nawet na pewno!
Chłopcy przyspieszyli kroku.
- Jak myślisz, która godzina? - zapytał Bolek.
Olek uniósł głowę ku gwiazdom.
- Według słońca to bym ci pewnie powiedział! Ale teraz jest na to za ciemno!
- Trudno - odparł Bolek mocując się z wiadomą deską w płocie, od strony sadu.
Przedzierali się przez krzewy malin. Bolek zatrzymał się na chwilę pod śliwką i
zerwał dwa duże owoce.
- Masz, ale szybko!
- Aaego yybko? - zabulgotał Olek z pełnymi ustami. Musiał przystanąć na chwilę,
żeby z czeluści kieszeni wyciągnąć chustkę do nosa. Pospiesznie wytarł spływający po
brodzie sok i pogalopował za Bolkiem.
Tamci już czekali. Czaili się pod oknem, wskazując na migi, że droga wolna.
- Tylko jej nie przestraszcie! - szepnęła Asia do ucha Olkowi. - Ona o byle co płacze!
- I już jej nie było!
„Zupełnie jakby się rozpłynęła w powietrzu!” - pomyślał Olek, ale nie miał czasu na
dłuższe medytacje, bo Bolek kiwał na niego palcem.
Przeskoczyli parapet i na palcach zbliżyli się do łóżka, na którym siedziała troszkę
wystraszona Jarzynka.
- Cześć - powiedział Bolek przestępując z nogi na nogę. Czuł się bardzo nieswojo.
To oczywiście zupełnie naturalne uczucie, bo Bolek i Olek nie mieli siostry i nie
zadawali się z „żadnymi dziewczynami”. Asia - to było całkiem co innego. Po pierwsze
była siostrą Marka i Pulpeta, a ci zaliczali się do przyjaciół, a po drugie była taka jakaś
inna! Nigdy się nie mazała i znakomicie potrafiła się skradać!
- Cześć - powtórzył Olek i przysiadł na brzegu łóżka.
- Wiesz, co masz robić? - zapytał Bolek.
- Tak - szepnęła Jarzynka i schowała się natychmiast pod kołdrę wystawiając przez
pręty gołe nóżki.
- To fajnie! Olek, marsz pod koc!
W jednej chwili znaleźli się w łóżkach. Był to już ostatni moment, bo zaraz potem
usłyszeli głos pani Śmietanowej żegnającej na progu domu jakąś swoją kumoszkę.
Cała trójka z bijącymi sercami czekała na chwilę, kiedy pani Śmietanowa zapali
światło. Bali się tak okropnie, że w końcu ten moment jakoś uszedł ich uwagi.
- Śpicie, smyki? - zadudnił głos pani Śmietanowej zupełnie tak samo, jakby się grom
przetoczył po niebie. - Nogi czyste? Dobrze! Burza idzie chyba czy co?
I światło zgasło. Byli uratowani. Bolek odczekał chwilę, potem dał sygnał Olkowi.
Jarzynka wysunęła głowę spod kołdry i ciekawie przyglądała się chłopcom.
- Też idziecie?
- Pewnie! Powiedz tylko, jak ona jest ubrana ta… Klementyna?
- Ubrana? - Jarzynka aż otworzyła buzię z wrażenia.
- No, w jakim kolorze?
- Szarym, ale…
- U rety! Szary kolor w takich ciemnościach! - martwił się Bolek.
- Ale ma czerwoną chusteczkę na głowie! Ona lubi tylko czerwony kolor! Chyba, że
ją znów gdzieś zgubiła! Zawsze gubi chusteczki! - zaszlochała Jarzynka.
- Cicho, nie płacz! Na pewno ją znajdziemy!
- I przyprowadzimy tutaj!
Olek pomyślał, że to wcale nie jest takie pewne, ale w tym samym momencie Bolek
pociągnął go za nogawkę. Pomachali rękami dziewczynce i jednym susem znaleźli się w
sadzie.
Wiatr szumiał. Od strony miasteczka nadciągała dziwna, srebrnoszara chmura. Olek
spojrzał w niebo i przypomniał sobie, jak bardzo boi się burzy, ale wstydził się o tym
powiedzieć bratu. Bolek zresztą pomyślał dokładnie o tym samym. Westchnęli obaj
cichutko i pomaszerowali ledwie majaczącą w mroku ścieżką.
Rozdział III
w którym dowiadujemy się, czym się kończy podsłuchiwanie rozmów
telefonicznych
Bandyci są coraz bliżej. Tolek wyciąga nogi, jak tylko może najszybciej. Byle do
tego domu, który na horyzoncie. Bandyci też przyspieszają kroku. Są tuż, tuż. Tolek czuje
nawet na karku przyspieszony oddech tego najgroźniejszego.
Drrrrrr! Drrrr!
Co to? Klakson samochodu? Gdzie dom? Gdzie się podzieli bandyci?
Drrrrr!
Tolek z rozmachem siada na łóżku. Więc to był tylko sen? Okropny sen o bandytach!
Szeroko otwartymi oczyma wpatruje się w ledwie widoczną plamę okna. Ciemno, głucha
noc.
Drrrr!!!
Natarczywy dźwięk świdruje w mózgu. Telefon! W gabinecie taty! Naturalnie tato
nie słyszy!
Tolek zrywa się z łóżka i już pędzi do drzwi, kiedy z sąsiedniego pokoju dolatuje go
charakterystyczne klapanie rannych pantofli tatusia. Tolek leciutko popycha drzwi i
wsuwa w szparę swą rozczochraną głowę.
- Haloo! Tak! Tu sierżant Brzęczek. Co się stało? Co? Nic nie słyszę!
Tolek wzdryga się, bo mu się nagle zrobiło chłodno w bose stopy. Zerwał się wiatr i
łomoce okiennicą. „Burza będzie czy co? - myśli przestępując z nogi na nogę. - Kto to
telefonuje po nocy? Może się zdarzyło coś ciekawego?”
- Haloo! - woła sierżant Brzęczek i nerwowo stuka w widełki aparatu. Kto zginął?
Dziecko? Czyje dziecko? Czyje? Nie słyszę…
No tak. Tego jeszcze nie było. Tolek wraca cichutko do łóżka i wsuwa stopy w
przydeptane papucie. Narzuca na ramiona koc i wraca na swój posterunek pod drzwiami.
To może być coś interesującego. Dziecko! Gdzie mogło zginąć dziecko? I komu? Zagląda
przez szparę i widzi ojca nerwowo dmuchającego w wysłużoną słuchawkę telefoniczną.
Tatuś jest w piżamie i tak śmiesznie wygląda! Zupełnie nie jak sierżant Milicji
Obywatelskiej. Tatuś w mundurze - to całkiem co innego!
Tolek, oczywiście, jest szalenie dumny z taty milicjanta, ale w głębi duszy uważa, że
te metody, którymi się tatuś posługuje na co dzień w swej pracy zawodowej, są jakieś
takie nie „detektywistyczne”!
Bo gdzie tam posterunkowi w Aniołkowie do znakomitego gabinetu słynnego
angielskiego detektywa Sherlocka Holmesa, którego przygody oglądał Tolek w telewizji. I
tatuś wcale nie chce palić tej fajki, którą Tolek z zaoszczędzonych pieniędzy kupił mu na
imieniny. Fajka to jeszcze głupstwo, ale tatuś nie umie wcale grać na skrzypcach.
Tymczasem telefon wydaje z siebie co chwilę jakieś dziwne dźwięki, a tatuś coraz
mocniej przyciska słuchawkę do ucha i nic, ale to zupełnie nic nie słyszy poprzez szum
wydobywający się z membrany.
- Hallooo! Więc co z tym dzieckiem? Aha, dziewczynka! Dokąd poszła? Do lasu?
Do lasu! Jolek ze zdumienia aż przysiadł na piętach. Dziewczynka poszła w nocy
sama do lasu! Ale po co? I nie bała się? To dziwne! Dziewczynki na ogół są znane z tego,
że nie ruszają się same po ciemku z jednego pokoju do drugiego, a co dopiero do lasu!
- Za kim poszła? Nie słyszę? Za Klementyną? A kto to jest? - Hallooo! Halloooo!
No tak. Urwało się. Rozmowa urwała się nagle, jakby ktoś nożem przeciął kabel
telefoniczny. Sierżant Brzęczek jeszcze kilkakrotnie dmuchał w słuchawkę, ale bez
skutku. Telefon pozostał głuchy. Sierżant zmarszczył czoło i mruczał coś pod nosem,
czego Tolek nie mógł z tej odległości usłyszeć. I chyba dobrze, że nie usłyszał, bowiem
gromy, które padały z ust tatusia na telefony i współczesną technikę w ogóle, a wiek
postępu w szczególe - nie nadawały się absolutnie dla bądź co bądź dziecinnych uszu
Tolka.
- To skandal! Co to w ogóle za meldunek! - denerwował się sierżant.
Tolek otworzył szerzej drzwi i wyplątał się z koca. Zastanawiał się cały czas nad tym,
co teraz robi w lesie obca dziewczynka.
- Tato - zaczął niepewnie - ale chyba jej się nic nie stanie?
- Komu? O czym ty mówisz? A w ogóle co ty tutaj robisz po nocy?
Ba, na to nie było łatwo odpowiedzieć nawet Tolkowi. Przecież wiedział, że
podsłuchiwanie cudzych rozmów telefonicznych, a w szczególności służbowych rozmów
tatusia jest surowo wzbronione.
- No, telefon dzwonił…
- Faktycznie! Tylko niczego nie można było zrozumieć! - martwił się sierżant
siadając na krześle. - Zdaje się, że zginęła jakaś dziewczynka, trzeba będzie jej szukać…
- No, ale jak jej będziesz szukał? W lesie w nocy?
Ba, tego jeszcze sierżant Brzęczek nie wiedział. Nie wiedział również, jaka była
prawdziwa intencja tego pozornie tylko niewinnego pytania.
Otóż Tolek od wielu lat marzył o jakiejś wielkiej akcji. Termin „Wielka Akcja” został
oczywiście zapożyczony z kolejno czytanego kryminału i oznaczał w jego pojęciu coś
wielkiego, co należałoby przeżyć, i to chyba jak najszybciej, bo przecież nieuchronnie
zbliżał się koniec wakacji, a z nim jakakolwiek szansa na przygodę. Oczywiście Wielka
Akcja nie powinna być tylko zwykłą przygodą wakacyjną, bo samo słowo „akcja” jest tak
ważne i groźne, że wymaga stanowczo przynajmniej plutonu milicyjnego, paru karabinów
maszynowych i stada wytresowanych psów.
No, przynajmniej jednego psa!
Ale skąd wziąć karabin maszynowy? No i tylu milicjantów? Oprócz sierżanta
Brzeczka posterunek w Aniołkowie dysponował jedynie kapralem Kluska, który, choć to
może śmieszne, nie był wcale gruby i w niczym kluski nie przypominał. Przeciwnie, był
długi i chudy jak patyk. No, a psy? O, to już nie przedstawiało takiego problemu! Tolek
miał przecież własnego, ukochanego Klopsa, który dzielił z nim wszystkie chwile smutne
i radosne, a nierzadko i talerz z zupą. Klops był dużym, podpalanym owczarkiem
alzackim o miłej mordce i szalenie pogodnym usposobieniu. Tatuś czasem wyśmiewał
niezbyt, zdaje się, rasowych przodków Klopsa, ale nie miało to żadnego znaczenia dla
obustronnej miłości chłopca i psa. Tak więc ze wszystkich wyżej wymienionych
rekwizytów potrzebnych do Wielkiej Akcji - Tolek dysponował jedynie psem. I to nie tak
bardzo dobrze wychowanym i wytresowanym, jak tego wymagałyby okoliczności. No, ale
przecież jeszcze nie zanosi się na żadną akcję, nawet najmniejszą!
Tato, czy będziesz szukał tej, jak to ona się nazywa…
- Oczywiście! Zaraz wyślę kaprala Kluskę do miasteczka. On tam wyjaśni, że
meldunek telefoniczny był niezrozumiały i że przerwany został najprawdopodobniej kabel
telefoniczny… Może zorganizujemy coś wspólnie… Ale, ale marsz do łóżka!
Tolek przestępował z nogi na nogę i wcale, ale to wcale nie miał ochoty na spanie.
Przeciwnie, pomyślał, że może należałoby zacząć własne działanie. Ale jak? Dziewczynka
pewnie gdzieś siedzi pod drzewem albo co gorsze błąka się w gęstych krzakach. Las jest
duży, to prawda, i szansa na znalezienie jej w nocy - mała. Takie akcje lepsze są w dzień.
No, ale w dzień będzie już pewnie po wszystkim. Zajmie się tym zaraz tatuś wraz z
milicją i wszystko przepadnie! Milicja dysponuje psami, samochodem, w ogóle tak
zwanym „sprzętem”. Tatuś ściągnie posiłki z miasteczka i… żegnaj, nadziejo! Więc trzeba
samemu, i to zanim kapral Kluska dotrze do miasteczka.
Tolek raz jeszcze spojrzał spod oka na ojca, który nerwowo bębnił palcami po stole.
Telefon milczał.
- Tolku, idź już spać i nie przeszkadzaj mi, bo muszę się ubrać!
Tolek kiwnął głową. O to mu przecież chodziło. Skoro nie ma mowy o akcji z
karabinami maszynowymi, będzie akcja prywatna Tolka Brzęczka. Tylko pod jakim
hasłem? To jasne, że musi być hasło, czyli, jak mówią w milicji, kryptonim. Tolek usiadł
na łóżku i oparł głowę na dłoni. Bardzo trudno jest coś wymyślić na poczekaniu! Może
„Akcja Klementyna”? Poza tym trzeba jednak tatusiowi zostawić list! Więc wstał i
poczłapał cichutko do stołu. Wydarł kartkę z zeszytu, chociaż nigdy tego nie robił, i zaczął
pisać czerwoną kredka:
MELDUJĘ CI TATO, ŻE AKCJA „KLEMENTYNA” ROZPOCZĘTA IDĘ Z
KLOPSEM ON MA NOS JAK W SKOTLANDJARDZIE W RAZIE NIC WZMOCNIJ
PSIE POSIŁKI
CZEŚĆ ANATOL
Tolek spojrzał na kartkę, przeczytał raz jeszcze i uśmiechnął się z uznaniem. Dobra
informacja! Tato zawsze twierdzi, że najlepszy jest meldunek krótki i treściwy. A tu jest
wszystko, jak trzeba. Zastanowił się na moment nad słowami „w razie nic”, ale machnął
ręką. To przecież jasne. Podszedł do okna i spojrzał na niebo. Wyraźnie zanosiło się na
deszcz. Żeby chociaż nie było burzy! Wezmę kompas i Klopsa. To powinno wystarczyć.
No i latarka. Bez latarki nie można się w nocy obejść. Skoro telefonowali do tatusia -
dumał Tolek drapiąc się w głowę - to znaczy, że zgubiła się w naszym lesie. Ale skąd
wiedzą o tym w miasteczku? Coś się tu nie zgadza. Przecież miasteczko jest oddalone od
Aniołkowa o trzydzieści kilometrów! Nie, nie mogła wędrować z miasteczka. To jest
absolutnie wykluczone. Tato ma rację mówiąc, że należy tę wiadomość sprawdzić. No,
nic. Spróbujemy! Może jest gdzieś blisko? Należy na razie pójść tą ścieżka koło czterech
wielkich dębów, którą Tolek tak dobrze zna. Zna tu prawie każde drzewo i każdy krzak.
Tak czy inaczej wyruszamy. I to zanim naprawią linię telefoniczną i zanim tatuś zacznie
działać.
- Tolku, śpisz? - usłyszał głos ojca.
Szybko wskoczył pod kołdrę i nakrył się po uszy.
- Tolku, ja wychodzę do kaprala Kluski. Telefon nadal nie działa.
- Dobrze, tato! - odpowiedział drżąc ze strachu, że tatuś zauważy list na stole. Ale nic
się nie stało. Tatuś nie zapalił nawet światła i zamknął drzwi za sobą.
Tolek odczekał jeszcze chwilę i wyskoczył z łóżka. Ubrał się szybko i nie chcąc robić
hałasu wdrapał się na parapet okna. Stamtąd - tylko jeden skok do ogródka. Klops w
swojej budzie zaskomlił radośnie. Tolek czule pogłaskał go po łbie.
- Chodź, piesku! Idziemy na wielką akcję!
Sprawdził latarkę, czy świeci, i kompas, czy działa. Pies machał ogonem i
podskakiwał. Był wyraźnie szczęśliwy z powodu nieoczekiwanego spaceru.
- Cicho, ciii… - mruczał Tolek trzymając go ręką za pysk - nie szczekaj, nie wolno!
Otworzył drewnianą furtkę w płocie i cicho, na palcach, wydostał się na ścieżkę.
Teraz trzeba było bardzo uważać. Droga do lasu prowadzi obok domu, w którym mieszka
sierżant Kluska. A skoro tatuś tam właśnie poszedł… można się niespodziewanie na niego
natknąć. Tego zaś za wszelką cenę należy uniknąć!
Tolek posuwał się wzdłuż płotu. Za nim bezszelestnie biegł Klops. Pies miał
nastawione uszy i łowił każdy, najmniejszy nawet szelest.
Tak dotarli do zielonej furtki domu, w którym mieszkał kapral. Nagle Klops
przystanął i cicho warknął. Tolek przylepił się całym ciałem do grubego pnia jabłoni.
- Trzeba natychmiast pojechać do miasteczka - odezwał się w ciemnościach głos
sierżanta.
- Gazikiem, panie sierżancie?
- Nie, wystarczy wam motor.
- Już się jedzie!
- Zameldujcie się u komendanta w miasteczku, zapytajcie, co się właściwie stało, i
natychmiast wracajcie. Motor stoi u mnie w szopie. Dam wam jeszcze meldunek.
- Tak jest! - odkrzyknął służbiście kapral Kluska.
Sierżant zszedł z ganku po kilku drewnianych stopniach, które okropnie skrzypiały, i
otworzył zieloną furtkę. Tolek mocno przywarł do pnia. Z całej siły trzymał Klopsa za
pysk. Bał się, że pies pobiegnie do tatusia, który przecież nie powinien go zauważyć.
Sierżant niczego nie podejrzewając przeszedł o krok od psiego ogona. Zamyślony, z
pochyloną głową, szedł w kierunku domu. Tolek odczekał jeszcze chwilę, poklepał psa i
ruszył ścieżką przed siebie.
* * *
Ciemno było, choć oko wykol, i na dodatek zanosiło się na solidną burzę. Za chwilę
pociemniało jeszcze bardziej, a srebrna chmura zasnuła już całe niebo. Wiatr zrywał się co
chwilę i łomotał wśród konarów drzew. Wyglądało zupełnie niewesoło. Wprost nie do
wiary, że ten sam las, zielony i słoneczny, był miejscem najwspanialszych zabaw
wszystkich dzieci z Wakacyjnej Wsi!
Pulpet zresztą też nie wyglądał wesoło. Wlókł się za Asią i spod oka łypał na ciemną
ścianę drzew. Za to Marek maszerował wcale dzielnie i zastanawiał się, czy nie byłoby
lepiej, gdyby zamiast jak teraz gęsiego weszli do lasu tyralierą, to znaczy tak, jak robią
żołnierze w czasie bitwy. Albo partyzanci. Ale czy reszta się na to zgodzi? Mogliby
przecież do siebie pohukiwać od czasu do czasu. Nie, oni nie zechcą się rozdzielić za nic
w świecie. Pierwszy zaprotestuje oczywiście Pulpet. I co gorsza ryknie. A nie ma nic
straszniejszego na świecie od widoku ryczącego Pulpeta. Ta dziewczynka nie powinna
zresztą być daleko. Jarzynka wskazała rączką kierunek. Powinna być gdzieś w okolicy
Żabiego Króla. No, w każdym razie niewiele dalej.
- Może go jednak odstawić do domu? - zapytała Asia biorąc Pulpeta za rękę.
- Nie! Nie pójdę! Chcę z wami!
- Nie wrzeszcz - powiedział spokojnie Marek - nie mamy już czasu na powrót.
Jedyna nadzieja, że nie będziesz się mazał!
- Nie będę - powiedział Pulpet słodziutkim głosem.
- Dobrze, że zostawiliśmy Olka i Bolka. Jarzynka będzie miała opiekę - powiedział
Marek, czując cały ciężar odpowiedzialności za losy małej dziewczynki.
* * *
Ba, nie mógł przecież wiedzieć, że Olek i Bolek posuwali się już za nimi tą samą
dróżką. Mieli na dodatek trudniejsze zadanie. Musieli się ukrywać. Przed grupą Marka
oczywiście. Za nic w świecie nie mogli się natknąć na kogokolwiek z nich. Bolek wierzył
święcie, że znalezienie Klementyny jest najważniejszym zadaniem, jakie przypadło im w
udziale podczas tegorocznych wakacji. Bolek musi odszukać dziewczynkę, zanim
znajdzie ją Marek.
O tym, że w tak dużym lesie łatwo się samemu zgubić, nikt z nich jakoś nie
pomyślał. Bolkowi ambicja nie pozwalała na strach, Marek natomiast myślał wyłącznie o
tajemniczej nieznajomej błąkającej się może za tym, a może za tamtym krzakiem.
Oczywiście odległość między grupą Marka a Bolkiem i Olkiem była dość znaczna, bo
przecież tamci wyszli co najmniej pół godziny później. Jeżeli nawet nie więcej…
* * *
Ale w lesie był jeszcze szósty wtajemniczony! Tolek, który nic, ale to zupełnie nic
nie wiedział, że ktoś jeszcze wcześniej udał się w tym samym celu do lasu. No, bo skąd
miał wiedzieć? Tolek nie znał wcale tamtych dzieci. Tak się bowiem dziwnie złożyło, że
mieszkając na drugim końcu wsi nie miał okazji się z nimi zetknąć. Bawił się z innymi
kolegami, którzy też przyjechali do wsi na wakacje, ale ku ogromnemu żalowi Tolka
wyjechali wcześniej.
Tak więc Tolek wyszedł z domu najpóźniej i kiedy wraz z Klopsem szedł dróżką,
pozostała piątka detektywów była już w lesie od dłuższego czasu.
Rozdział IV
w którym dowiadujemy się, kogo doprowadza do szewskiej pasji kichanie
czerwonego samochodu
Pan Ignacy Prokop - reporter, który zapełniał codziennie stronice stołecznej gazety
najbardziej sensacyjnymi wiadomościami - czuł się zmęczony.
Zmęczenie tym bardziej dało mu się we znaki, że przyszło w momencie, gdy pan
Ignacy siedział za kierownicą swojego czerwonego samochodu, i to na samym środku
szosy. Dodajmy: szosy nieznanej, albowiem podróż, którą przedsięwziął reporter, była z
typu podróży w… nieznane. Nieznane było również źródło dziwnych dźwięków
przypominających kichanie, które dobiegały spod zamkniętej maski samochodu.
Wszystko to nie byłoby w końcu takie denerwujące, gdyby nie fakt, że od
najbliższego miasteczka dzieliło reportera około trzydziestu kilometrów wyboistej drogi,
którą mapy tego rejonu określały szumnie mianem „szosy”.
Kichanie nie pozwalało panu Ignacemu na spokojne rozpatrzenie sytuacji. Brzmiało
tak, jak gdyby w silniku siedziało sześć bardzo zakatarzonych kotów.
Pan Ignacy, który miał dość gwałtowne usposobienie, powinien w zasadzie pienić się
ze złości nad kichającym motorem, ale - był na to zbyt zmęczony.
Czerwony samochód - źródło nieustannych trosk i kłopotów - miał zawieźć pana
Ignacego Prokopa na dobrze zasłużony odpoczynek do pewnej leśniczówki, w której
mieszkał chwilowo jego przyjaciel - malarz Telesfor Knot.
W tej jednakże sytuacji, w jakiej znajdował się pan Ignacy, odpoczynek w
leśniczówce pana Telesfora oddalał się z każdą minutą.
- Co robić? - zastanawiał się pan Ignacy Prokop stukając końcem parasola w
skomplikowane kłębowisko żelastwa wypełniające wnętrze otwartej maski.
- Może to tu? A może całkiem gdzie indziej?
Pan Ignacy westchnął głęboko i otarł pot z czoła. Spojrzał na niebo i zasępił się. Idzie
deszcz! A może nawet burza! To byłoby najgorsze! Czerwony kabriolet nie dawał żadnego
zabezpieczenia i reporter był całkowicie pozbawiony tego, co się potocznie nazywa
dachem nad głową.
Droga wiodła wśród pól i młodych zagajników, które nie stanowiły żadnej naturalnej
osłony przed ewentualnym deszczem. Pan Ignacy wyciągnął ze schowka dużą mapę
samochodową i rozłożył ją na kolanach. Zaświecił latarkę i końcem ołówka wodził po
liniach przedstawiających skomplikowaną sieć dróg. To tu - powiedział sam do siebie i
znów westchnął. Miejsce, w którym się znajdował, było jeszcze niestety bardzo daleko od
położonej w głębi lasów leśniczówki.
A samochód stał i kichał.
„On tam na pewno zajada jajecznicę - pomyślał o swoim przyjacielu malarzu może
nawet jajecznicę z pięciu jajek?” To było już nie do zniesienia! Wszystko mógł darować,
ale to, że w tej samej chwili Telesfor Knot zajada jajecznicę…
- Nie! - wykrzyknął pan Ignacy i zerwał się na równe nogi. - Ja się z tym nie
zgadzam!
Jak gdyby w odpowiedzi na ten pełen rozpaczy okrzyk błysnęło nagle i daleki grzmot
przetoczył się po niebie.
- Burza! - jęknął pan Ignacy i ze zdwojoną siłą zaczął stukać w zwoje rurek i innych
metalowych części składających się na silnik.
- Apsik! Apsik! - odpowiedział samochód.
Pan Ignacy zakręcił się wokół własnej osi i z całej siły kopnął nogą w zderzak. I
nagle stał się cud! Motor kichnął, prychnął i zarżał mocą swych wszystkich koni
mechanicznych.
BUUUUUMMMM!!! Łoskot piorunu jeszcze nie przebrzmiał, gdy ostra błyskawica
znów przecięła czarne niebo. Pan Ignacy wskoczył do samochodu i nacisnął gaz.
Samochód ruszył z kopyta.
BUBUUUUUMM!!
Rozdział V
w którym ktoś gubi się w lesie, ale ponieważ jest burza, więc nikt się niczemu nie
dziwi
BUUBUUUMMMM!!
Olbrzymia, zielona błyskawica przecięła całe niebo i zlała się razem z piorunem w
jeden przeraźliwy „światłohuk”. W jednej chwili, w czarnym dotychczas lesie, zrobiło się
jasno jak w dzień.
- Ratunku! - wrzasnął Pulpet i rzucił się pędem przed siebie.
- Stój! - wykrzyknęli jednocześnie Asia i Marek bojąc się, że Pulpet zginie im w
lesie.
Ba, nie ma się czemu dziwić! Ta sama błyskawica przeraziła również dorosłego bądź
co bądź pana Ignacego.
- Booooję się! - wyjąkał Pulpet swoje tradycyjne zdanie.
Znów było bardzo ciemno, tylko wiatr szarpał włosy i ubranie i rzucał na ziemię
połamane gałązki i liście.
- Dobrze, że nie leje! - powiedziała Asia i przystanęła na ścieżce. - A może burza
przejdzie bokiem?
Szli już dość długo, bacznie rozglądając się na boki i przetrząsając okoliczne zarośla.
Nawet Markowi wydawało się, że już, już, a znajdą się po drugiej stronie lasu. Dawno
minęli punkt graniczny, którym były trzy srebrne świerki stojące jak ołowiane żołnierzyki
w jednej linii. To był punkt, poza który nie zagłębiali się w las. Nawet w dzień.
Oczywiście, nigdy jeszcze nie byli w lesie w nocy.
Asia ujęła Pulpeta za rękę i pociągnęła za sobą.
- Czy on się jeszcze trzęsie? - zapytał Marek macając ręką przed sobą, bo jakieś
zeschnięte gałęzie zwisały z drzew aż na ścieżkę
- Nie wiem, czy się trzęsie, ale na razie się nie zgubił! - odparła Asia popychając
braciszka.
- To nie ze strachu - zaczął Pulpet - tylko…
- Uwaga! - wrzasnął nagle Marek, ale… było już za późno.
Asia i Pulpet usłyszeli jedynie jakiś grzechot, a potem łomot padającego ciała.
- Ratunkuuu… - usłyszeli głos Marka, ale dziwnie daleki i zduszony.
BUUUUMMMMM!!!!
Gruchnęło tak nagle i bez żadnego ostrzeżenia, że wystraszony Pulpet wyrwał się z
rąk Asi i skoczył przed siebie w ciemność.
- Pulpet! Marek! Gdzie jesteście? Odezwijcie się! - wołała Asia kręcąc się bezradnie
w miejscu. Teraz i ona się bała. Było okropnie. Las jak gdyby ożył i nagle wydało się, że
jest pełen szelestów, szmerów i jęków. Co chwilę pobłyskiwały w gąszczu jakieś zielone
punkciki, ni to robaczki świętojańskie, ni to czyjeś oczy!
- Marek! Odezwij się! - wrzeszczała przekrzykując narastający szum wiatru. Zamiast
odpowiedzi usłyszała tylko jakieś szamotanie i czyjś daleki jęk.
A oto co przydarzyło się Markowi: zboczywszy ze ścieżki chłopiec potknął się nagle
o wystający korzeń, przewrócił i… zjechał po zboczu do głębokiej jamy pełnej igliwia i
kłujących szyszek.
„To chyba czyjaś nora?” - pomyślał, gdy wreszcie zdołał nieco oprzytomnieć
W świetle kolejnej błyskawicy zobaczył wysoką krawędź i… ku swemu przerażeniu
jakiś ciemny kształt, który spadał wprost na niego z góry.
„Niedźwiedź!” - przemknęło mu przez myśl i w tej samej chwili poczuł straszny
ciężar walący mu się na głowę i piersi.
Nie namyślając się zamachnął się i z całej siły kopnął nieprzyjaciela.
- Uuaaaaa! - zawył Pulpet z bólu i przerażenia, albowiem był to on we własnej,
śmiertelnie wystraszonej osobie.
- To ty? - zapytał Marek przytomniejąc.
- Aaaa kto? - zabulgotał Pulpet rozcierając sobie bolące siedzenie. - A ty myślałeś, że
to słoń?
- Myślałem, że to niedźwiedź. Gdzie Asia?
- A skąd mam wiedzieć? Nagle błysnęło i coś mnie poderwało z ziemi i rzuciło tobie
na głowę - mamrotał Pulpet usiłując znaleźć jakieś dogodniejsze miejsce.
- Asiu! Hej! Asiaaaa! - zawołał Marek. - Teraz się na pewno pogubimy! - martwił się
nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi. Bo Marek czuł się odpowiedzialny za losy
rodzeństwa. Był przecież motorem i sprężyną całej wyprawy.
- Myślę, że ona też siedzi w jakiejś dziurze - powiedział Pulpet i mocno zacisnął
powieki, bo tam w górze, poza krawędzią jamy, znów zrobiło się dziwnie zielono i
niebiesko.
- Asia?
- Nie, ta dziewczynka, której szukamy!
- Wiesz - powiedział Marek poufnym tonem, którego używał wyłącznie w chwilach
szczególnie niebezpiecznych - wcale nie jestem pewien, czy my ją w ogóle znajdziemy!
- Co ty? Co ty? - rozmazał się natychmiast Pulpet, który pomyślał właśnie, że jest tu
z Markiem, a ta biedna Klementyna gdzieś tam całkiem samiutka.
Poza tym wspomnienie własnych wygodnych łóżek i ciepłych koców, pod którymi
wylegują się teraz Olek i Bolek, było tak bolesne, że biedny Pulpet jęknął cichutko.
Marek zaś, choć to prawie niewiarygodne, z westchnieniem pomyślał o szklance
gorącego mleka, którego nigdy nie chciał pić. Nawet na śniadanie.
W tej samej chwili lunął straszliwy deszcz. Nastąpiło to tak szybko i bez żadnego
wstępu, że Marek podskoczył jak oparzony, uderzając głową o jakiś twardy występ.
Schylił się i ku swojemu ogromnemu zdziwieniu wymacał nad głową coś w rodzaju
daszku składającego się z poplątanych korzeni drzew i suchych gałęzi.
- Pulpet, chodź tutaj! - wykrzyknął.
Malec mokry i ogromnie nieszczęśliwy przykucnął obok niego.
- Ttto mmoże być jaskinia lwa! - zamruczał drżąc na całym ciele.
- Zupełnie możliwe! - roześmiał się Marek. - Ale może ten lew jest teraz na
spacerze…
- Ty się zawsze śmiejesz ze mnie, a mnie jest mokro - drżał Pulpet więcej ze strachu
niż z zimna.
- Pomyśl o Klementynie! Ona już od tak dawna błąka się po lesie i jest sama…
- A Asia? Też jest sama i też…
BUMMM! BUUUMM!
Pulpet zadygotał i całym ciałem przywarł do Marka.
Deszcz lał jak z przysłowiowego cebra. Strugi wody uderzały o gęste korony drzew,
rozpryskiwały się na liściach i spadały gradem na gęste podszycie lasu. Po każdej
błyskawicy robiło się jeszcze ciemniej i jeszcze straszniej. Wiatr szarpał gałęziami i wył
jak stado wilków.
- Ja chcę do Asi! - wykrztusił malec przylepiając się szczelniej do pleców Marka.
- Tylko się nie rozmaż, panie bracie - powiedział Marek i przyjacielsko szturchnął
malca w żebro. - Myślę, że teraz będziemy szukać dwóch dziewczynek zamiast jak
dotychczas jednej!
- A czy nie myślisz, że Asia teraz szuka nas? - Pulpet bardzo martwił się o siostrę.
Oczywiście martwienie się o Asię miało i inny powód. Oprócz rzeczywistej trwogi o
losy dziewczynek Pulpet chciał w ten sposób zagłuszyć własny strach. Wiadomo, że gdy
w czasie burzy myśli się bardzo, bardzo intensywnie o zupełnie czymś innym - to burza
jak gdyby się zmniejsza i strach nie ma już takiej władzy.
Nie wiadomo, jak długo właściwie siedzieli w tej dziurze, która, choć sucha, była
bardzo, ale to bardzo niewygodna.
- To jest dziura jednoosobowa - powiedział Marek, któremu znów cierpły łydki.
- Chyba nie chcesz, żebym sobie stąd poszedł? - zapytał Pulpet bardzo cienkim
głosikiem.
- Ach, skądże! - odrzekł Marek zaciskając zęby, bo w łydce biegało mu już sto
tysięcy oszalałych mrówek. Zawsze się wydaje, że to mrówki.
Deszcz jak gdyby ustawał, ale błyskawice w dalszym ciągu rozświetlały krawędź ich
kryjówki, a pioruny waliły jeden za drugim. Cały las dudnił i trzaskał jak płonące w ogniu
szczapy.
- Czy to jeszcze będzie długo trwało? - zapytał Pulpet zaciskając aż do bólu powieki.
- Jeśli tylko nie zaleje naszego… - zaczął Marek i nagle urwał.
- Naszego czego? - dopytywał się nerwowo Pulpet.
Marek zastygł w bezruchu i szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w ciemność.
- No, czemu nie odpowiadasz? - Pulpet szarpnął go za rękę.
- Patrz! Zobacz! - wykrztusił Marek cofając się w głąb jamy. Nad krawędzią w
absolutnym mroku świeciły czyjeś zielone oczy.
* * *
Asia chwilę stała niepewnie w miejscu. Bała się zrobić choć jeden krok. Nie
wiadomo przecież, gdzie zniknęli za jednym zamachem Marek i Pulpet! Gałęzie jakiegoś
drzewa zginały się pod wpływem podmuchów wiatru i zielonymi miotełkami zataczały w
powietrzu szerokie półkola.
Nagle zimne igliwie dotknęło jej policzka.
- Aaaaaa! - wrzasnęła i jednym susem skoczyła do tyłu. To ją uratowało od
wpadnięcia do tego samego dołu, który pochłonął już Marka i Pulpeta. Ale Asia o tym nie
wiedziała. Co gorsza, straciła zupełnie orientację. Nie wiedziała już, w którą stronę należy
biec, i zupełnie sobie z tego nie zdając sprawy, rzuciła się do ucieczki z powrotem tą samą
ścieżką, którą przyszli. Teraz pędziła już na złamanie karku. W świetle błyskawic dróżka
rysowała się wyraźną, czarna linią.
BUUUMM!
To znów uderzył piorun i równocześnie lunął straszny deszcz. „Co robić? Gdzie się
skryć? W czasie burzy nie wolno stać pod drzewem” - przemknęły jej przez myśl słowa
wypowiedziane kiedyś przez tatusia. No tak, ale gdzie wolno stać w czasie burzy w
bardzo gęstym lesie?
Dróżka rozwidlała się. Na prawo zamajaczyły jakieś splątane krzewy. Dalej polana.
„Tam się wczołgam - pomyślała - pod te gałęzie”. Nie wiadomo, jak długo przesiedziała w
tej jakże niewygodnej pozycji. Kiedy już las ucichł, a dalekie błyski jedynie słabo
rozświetlały gęsty mrok, Asia dojrzała olbrzymie drzewo rosnące parę metrów na lewo od
ścieżki. Drzewo było bardzo grube, o rozłożystych konarach chwiejących się na wietrze.
Na tle czarnego nieba jego gęsta korona wydawała się białosrebrzysta. Dwa metry nad
ziemią w grubym i jak gdyby spękanym pniu widniała wielka dziura.
- Dziupla! - wyszeptała dziewczynka. Wdrapanie się na pierwszy konar zwisający
nisko nad ziemią nie przedstawiało żadnych trudności. Nie takie drzewa pokonywało się
tego lata! Asia chwyciła lewą ręką następną gałąź i podciągnęła się do góry. Wisząc tak
przez chwilę szukała oparcia dla prawej nogi. Jest! Mały, wystający z pnia odłamek kory.
Trrrrraaach!
Ziemia i drzewo zawirowały nagle w powietrzu i Asia z hukiem wylądowała na
mokrym mchu. Zerwała się natychmiast, rozcierając bolące miejsce.
- Będzie siniak - mruknęła i z pasją zaczęła się wspinać na nowo. Teraz już
ostrożniej.
Krople deszczu spadające z mokrych liści spływały po karku zimną strużką.
- Brr! - wstrząsnęła się tylko i mocno trzymając się śliskich gałęzi dotarła wreszcie
do krawędzi upragnionej dziupli. „A może tam mieszka jakiś zwierz?” - zastanowiła się
nagle, balansując na jednej nodze. Chwyciła wystającą gałązkę, która ułamała się z
suchym trzaskiem. Mocno wychylona na zewnątrz wcisnęła gałąź do dziupli.
W zielonkawym blasku, który na krótko oświetlił dziuplę, zobaczyła tylko trochę
starych, zeszłorocznych żołędzi i miękką warstwę próchna. Dobra nasza! Ostrożnie, żeby
nie spaść, Asia przykucnęła na skraju dziupli, potem już pewnie wcisnęła się do środka.
Przycupnęła w miękkim pyle wyściełającym dno i głęboko odetchnęła. Poczuła się
bezpiecznie. Przez owalny otwór widziała drzewa i krzaki smagane wichrem. Las
trzeszczał i skrzypiał.
„Zupełnie jak stara szafa!” - pomyślała sadowiąc się wygodniej. Teraz już się nie
bała. Dziupla - duża i przestronna, pachnąca żołędziami i jakimś takim specjalnym
zapachem starego drzewa - była wspaniałym schronieniem.
„Tylko gdzie są chłopcy? Żeby im się nic nie stało! Pulpet jest dzielny, ale może się
zaziębić i katar gotowy. Jak to się właściwie stało, że mi zginął sprzed oczu?” - Asia
martwiła się bardzo, bo co tu dużo mówić, malec był jej pupilkiem. Pocieszała się jedynie
myślą, że może obaj chłopcy są razem. A ta biedaczka Klementyna?
Tymczasem burza, jak zwykle bywa w lecie, nagła i gwałtowna w pierwszej chwili,
teraz pluskała jedynie ciepłym deszczem. Błyskawice były dalekie i rzadkie, a grzmoty
przypominały raczej mruczenie rozzłoszczonego kota.
Asia oparła się plecami o ściankę dziupli i przymknęła oczy. Bardzo jej się nagle
zachciało spać. Która to może być godzina? Jeszcze zupełna noc i pewnie trzeba tu będzie
siedzieć do rana, a potem pójść na poszukiwanie Marka, Pulpeta, no, i tej biedaczki
Klementyny. A może Marek już ją znalazł? Szkoda! Asia tak bardzo chciała być obecna
przy znalezieniu Klementyny. Wyobrażała sobie, jak cała trójka (bo przecież chłopcy
muszą się znaleźć!) prowadzi do wsi odnalezioną Klementynę! Tatuś i mamusia będą
dumni, że ich dzieci są takie odważne, dzielne i w ogóle…
Biedna Asia była tak śpiąca i zmęczona gonitwą przez ciemność i deszcz, że myśli jej
płynęły wyjątkowo leniwie. Wokoło las cichł i tylko od czasu do czasu słychać było idący
górą poszum wiatru. Wtedy gruby, stary dąb, w którego wnętrzu siedziała dziewczynka,
poskrzypywał cicho. Wydawało się, że starym głosem rozmawia z innymi drzewami o
minionej burzy.
A może tylko tak się zdawało Asi, która z przymkniętymi oczyma wsłuchiwała się w
tajemnicze szmery?
Rozdział VI
w którym Bolek i Olek przeżywają straszne chwile i wpadają w pułapkę
Bolek i Olek raźnie, maszerowali naprzód. Teraz, kiedy nie musieli już uważać na
czystość stóp, zagłębiali je z przyjemnością w miękkiej warstwie miałkiego piachu
pokrywającego wiejską drogę. Las stojący ciemną ścianą tuż za stodołami przestał się
nagle wydawać tak straszny. Może sprawiła to radość samej przygody, a może po prostu
noc nie była na zewnątrz tak czarna jak wtedy, gdy się patrzyło przez okno pokoju.
Granicę trzech świerków minęli w milczeniu i chyba nawet nie zdając sobie sprawy,
że wkroczyli w nieznane.
- Czemu nic nie mówisz?
Bolek nie odpowiedział. Bacznie wpatrywał się w ciemność, która miękko otulała las
nie pozwalając odróżnić konturów poszczególnych drzew.
- Bolek, mówię do ciebie!
- Słyszę! Nie wrzeszcz jak kto głupi! - syknął w odpowiedzi. - Boisz się czy co?
- Coś ty! - obruszył się Olek, któremu ciążyło jednak uparte milczenie brata. I
właśnie w tym dopiero momencie zaczął się bać! Było mu zimno, a jednocześnie koszula
lepiła się do spoconych pleców. Olek bardzo chciał chwycić brata za rękę. Bał się, że
zniknie mu nagle w ciemnościach i pozostawi go na pastwę nocy i wiatru.
- Słyszysz? - zaczął chwytając Bolka za ramię. - Coś wyje!
- Nic nie wyje! To tylko wiatr - zezłościł się chłopiec uwalniając ramię z uchwytu.
„Okropność! Jaki tchórz z tego Olka!” - pomyślał odgarniając dłonią jakieś kolące gałęzie.
- Uważaj! Nie podrap się! - mruknął, bo mu się nagle zrobiło żal brata. - Nie martw się,
zaraz ją znajdziemy! Na pewno będzie głośno płakała jak to zwykle dziewczyny!
Usłyszymy i…
BUUUUUMMMMM!!!!
- Rety, pioruny walą! - jęknął Olek przysiadając na ścieżce.
- Faktycznie, burza! - mruknął Bolek. - Teraz już nic nie usłyszymy! Nawet jak
będzie głośno płakała!
- Widzisz - mamrotał Olek mocno zaciskając powieki - a mówiłeś, że jeszcze chwila i
już ją znajdziemy!
- To co? Możesz wracać, jak chcesz! - zawołał Bolek poprzez szum wiatru.
- Nnnie wiem, czy w ogóle czegoś chcę - wyjąkał Olek przyciskając pięści do oczu,
żeby nie widzieć złowrogich błysków.
- E tam! Idziemy dalej! - zakomenderował Bolek twardym tonem. Potem ujął
Olkową dłoń i pociągnął go za sobą.
Nad nimi burza i las szumiały i trzeszczały zespolone w jeden groźny, ostry i
nieprzyjazny huk.
- Bolek! Schowajmy się gdzieś! To przecież jest dwunastka w skali Beauforta!
- No to co?
- Wiesz, ile to jest? Prędkość wiatru ma wtedy sto trzydzieści kilometrów na godzinę!
- Eee, samochód wyścigowy wyciąga więcej! - odkrzyknął Bolek korzystając z
chwili ciszy.
- Guzik się na tym znasz! - ryczał Olek obejmując dla równowagi gruby pień drzewa.
- Uciekajmy! Ta sosna podejrzanie trzeszczy! - krzyknął Bolek.
Olek z trudem odlepił się od pnia. Pozbawiony osłony zatoczył się pchnięty
niespodziewanie nagłym podmuchem. Deszcz zalewał mu oczy, spływał po plecach i
wzdłuż nogawek zimną, cienką strugą.
- Nie mam już na sobie ani jednej suchej nitki - powiedział ocierając twarz. - Słuchaj,
dokąd my właściwie idziemy?
- Do cioci na imieniny! - wrzasnął wściekły Bolek. - Przecież wiesz, że musimy
znaleźć Klementynę, żeby dostać ten order!
- Zdaje mi się, że ja wcale nie chcę orderu - mamrotał Olek obejmując pień
ramionami. - I nigdzie się stąd nie ruszę! Tam - wskazał gęstwinę - jest na pewno jeszcze
gorzej!
W tym momencie obaj nagle zamarli w bezruchu. Poprzez jęk wichru i huk piorunu
doszedł ich jeszcze inny, stokroć bardziej złowrogi dźwięk.
- Wilki! - wrzasnął Olek.
- Szybko, na drzewo! - Bolek z rozmachem dopadł rozłożystych konarów grubego
buka.
Teraz już wyraźnie było słychać, jak jakieś potężne cielsko przeciska się przez niskie
poszycie lasu.
Olek nieprzytomny ze strachu nie mógł ruszyć się z miejsca.
- Olek! Tu, do mnie! - darł się Bolek siedząc na najniższej gałęzi.
- Nnnie mmogę - wyjąkał Olek, ale w tej samej chwili dojrzał w krótkim błysku
światła, że zza pobliskiego świerka wynurza się jakieś olbrzymie przedpotopowe zwierzę.
- Ratunkuuu! Aaaa! - wrzasnął i jednym susem znalazł się przy Bolku nie zważając na to,
że konary kaleczą mu do krwi skórę na udach.
Znów zapadła głucha ciemność. Chłopcom zdawało się, że w całym lesie rozlega się
tylko stukot ich przerażonych serc, które łomotały rozsadzając piersi.
Las przycichł. Tylko od czasu do czasu drzewa przeszywał jak gdyby dreszcz i gęsty
grad kropel opadał z szeleszczących, bukowych liści. W szumie oddalającej się burzy obaj
chłopcy usłyszeli nagle daleki, cichy gwizd.
- Słyszałeś? Ktoś gwizdał!
- To pewnie Marek - Olek usiłował usadowić się nieco wygodniej na gałęzi.
- Czy ty też widziałeś to zwierzę?
Olek nie odpowiedział.
- No pytam, bo może mi się tylko przywidziało - rzucił Bolek tonem, który był
samym zaprzeczeniem strachu, choć serce kołatało mu głośno.
- Nnnie wiem - odparł Olek.
- Czy ono może tu jeszcze jest w pobliżu?
Daleka błyskawica na krótko rozświetliła gęsty mrok.
- Nie, chyba go tu nie ma - odparł Olek. - Może go w ogóle nie było - powiedział
marząc w duchu, aby brat potwierdził to nagłe a niebywałe odkrycie. Przecież dużo
łatwiej będzie zejść z tego drzewa, jeśli się uwierzy, że tam, na dole pod drzewem,
niczego nie było.
- Chyba nie było - potwierdził z wahaniem Bolek, bo to, co mu się wydało, że
zobaczył, było nieprawdopodobne.
- Skoro nie było, to może zejdziemy… chociaż… może powinniśmy jeszcze trochę
posiedzieć… tak na wszelki wypadek - zastrzegł się Olek czujnie łowiąc uchem każdy
podejrzany szmer.
- Możemy - zgodził się łaskawie Bolek i wzdrygnął się gwałtownie, bo mu jakaś
zapóźniona kropla wody spadła znienacka na kark i zimną strużką spłynęła po plecach.
Olek westchnął głęboko i jakoś zupełnie niechcący zaszczekał zębami. „To pewnie z
zimna” - pomyślał i jak na złość zrobiło mu się okropnie gorąco.
Siedzieli na grubym konarze o szorstkiej, jasnoszarej korze. Nad głowami roztaczała
się gęsta korona przedziwnie splątanych gałęzi. W ciemnościach, rozświetlanych z rzadka
błękitną poświatą dalekich błyskawic, rysowały się ostrą linią jajowatego kształtu bukowe
liście.
- Tu jest właściwie całkiem fajnie - powiedział Bolek podciągając nogi - no nie?
- Tak - odparł niepewnie Olek myśląc z rozrzewnieniem o wygodnym łóżku.
- Ciekawe, gdzie oni teraz są? - Bolek przysunął się do brata.
Gałąź niebezpiecznie zatrzeszczała.
- No, faktycznie - zasępił się Olek, któremu nagle stanęły przed oczyma cienkie
warkoczyki Asi. - Ciekawe, czy ona się bardzo bała?
- Kto? Klementyna?
- Nie, myślałem o Asi - przyznał się Olek dziękując w duchu za panujące ciemności,
w których Bolek nie mógł dostrzec oblewającego go rumieńca.
- Słuchaj - zaniepokoił się Bolek - czy myślisz, że Marek mógł już znaleźć
Klementynę?
- Chyba nie! Podczas takiej burzy!
- Musimy już iść - postanowił Bolek zeskakując na ziemię. Zdawał się zupełnie nie
pamiętać o podejrzanych szmerach. Wizja medalu za odwagę wypłoszyła wszystkie inne
myśli. Olkowi nie pozostawało nic innego, jak tylko pójść w ślady brata. Zsunął się po
szarej korze i ostrożnie stawiając stopy uważnie nadsłuchiwał.
Las milczał. Było to jednak pozorne milczenie. Tak wydaje się zawsze, kiedy po
okropnym hałasie następuje cisza. Burza przeszła. Gdzieś daleko tylko pomrukiwała.
Drzewa otrząsały swoje zielone korony z nagromadzonych kropel wody, które cicho
padały na wilgotną ziemię. Wiatr uspokoił się i noc nagle wydała się czarniejsza niż
przedtem.
- Chcę do domu - powiedział półgłosem Olek i zaraz bardzo się zawstydził.
Ale, o dziwo, Bolek tego nie wykorzystał! Co ważniejsze, nie miał nawet
najmniejszego zamiaru wyśmiewać się z brata. Ujął go za rękę i miękkim, zupełnie nie
Bolkowym głosem powiedział:
- Chodź! Pociągnął go za sobą. - Chodź! powtórzył. - Musimy odnaleźć Klementynę.
Szli gęsiego instynktownie omijając zwisające, mokre gałęzie. Kiedy dotarli do nie
znanej im polanki - nagle zrobiło się jasno. To księżyc przedarł się przez poszarpaną
warstwę chmur i posrebrzył mokry las. Chłopcy stanęli trzymając się za ręce.
- Jak w bajce, co? - mruknął Bolek i głośno kichnął, bo go coś załaskotało w nosie.
- Patrz! - szepnął Olek i ścisnął brata za rękę.
- Gdzie?
- Tam! Tam! Widzisz? - Olek szarpał go za rękaw.
- Nic nie widzę! - zdenerwował się Bolek.
- Tam jest światło!
- Aha! - Teraz i Bolek zobaczył ukryte w gęstwinie nikłe, dalekie światełko.
- Dom? Tutaj? - Olek aż przysiadł z wrażenia.
- Chodź! Zobaczymy, kto tam mieszka! Może tam schroniła się Klementyna?
Ruszyli przed siebie. Żeby dotrzeć do źródła tajemniczego światła, musieli zejść ze
ścieżki. Przedzierali się teraz przez gęste krzaki, aż wreszcie stanęli tuż przed ledwie
majaczącym wśród gęstych świerków drewnianym domem. Księżyc znów schował się za
chmurami i było bardzo ciemno.
- Zaczekaj tutaj - szepnął Bolek - ja spróbuję zajrzeć przez okno.
- Nie, ja nie zostanę sam! - Olek podniósł głos prawie do krzyku.
- Ciii! Nie wrzeszcz!
Bolek na palcach podszedł do drewnianej ściany domu. Usiłował zajrzeć przez okno.
Nic z tego. Było za wysoko. Jasny prostokąt okna rysował się żółtawym światłem na
ciemnej ścianie z drewnianych bali.
- Widzisz coś? - zaszemrał Olek z ukrycia.
- Nic. Okno jest za wysoko.
- Czekaj, podsadzę cię - zaofiarował się Olek.
- Dobra! Tylko ostrożnie. Nie rób tyle hałasu - ostrzegł Bolek windując się na
pochylone plecy brata. - Czekaj, tu jest taka gruba belka, zaraz na niej stanę.
Olek sapie i dyszy pod ciężarem Bolkowego ciała i chyba tylko temu należy
przypisać ów fakt, że nie słyszy szmeru skradających się zza węgła kroków.
- Widzisz coś? - pyta z trudem łapiąc oddech.
- Jakaś dziwna izba - mruczy Bolek podpierając się kolanem - tyle rogów na
ścianach…
- A mam was, łobuzy! - wrzasnął im nagle nad głowami czyjś gruby głos i
jednocześnie dwie silne dłonie pochwyciły obu braci. Bolek zjechał na ziemię po
Olkowych plecach i ani się spostrzegł, jak popychany przez nieznajomego napastnika
wylądował wraz ze śmiertelnie przerażonym bratem w jakimś dziwnym, ciasnym
pomieszczeniu.
- Co to? Kto pan jest? - szarpał się Bolek.
- Gdzie pan nas wpycha! - ryczał Olek.
- Gdzie? Jeszcze się pytacie? Do komórki! Posiedzicie tu do rana, a potem
zaprowadzę was na milicję!
- Dlaczego na milicję? - jęknął Olek szamocąc się w silnym uchwycie.
- Pan nie ma prawa nas więzić - wykrzyknął Bolek ze złością.
- Dobrze, dobrze! Jutro się okaże, kto ma do czego prawo! - usłyszeli jeszcze i zaraz
potem dobiegł ich trzask zamykanej zasuwy.
- Diabli nadali! - szepnął Bolek. - Kto to był?
- Skąd mogę wiedzieć? - chlipał Olek.
- Nie rycz! Nic nam to nie pomoże - Bolek bezskutecznie mocował się z zasuwą. -
Zdaje się, że stąd nie wyjdziemy!
- Ale co on gadał, ten człowiek? - mamrotał Olek usiłując znaleźć wygodniejsze
miejsce w ciasnej komórce. - Za kogo on nas wziął?
- Właśnie. Za kogo?
Rozdział VII
w którym sierżant Brzęczek coraz bardziej się martwi, a kapral Kluska ląduje w
rowie
Sierżant wracał do domu szybkim krokiem. Myślał o wypadkach, które wyrwały go z
ciepłego łóżka w tę dziwnie niespokojną noc. Trzeba koniecznie dowiedzieć się
szczegółów. A może spróbować jeszcze raz zatelefonować? Może w miasteczku już się
zorientowali, że linia jest uszkodzona, i zdążyli naprawić. Ee, pewnie znów parę dni
potrwa, nim nawiążemy łączność z posterunkiem. Nie dalej jak dwa tygodnie temu przez
całe pięć dni szukano w lesie uszkodzonego kabla! Taki to los małego posterunku w
Aniołkowie!
Sierżant Brzęczek tarł policzek, który po porannym goleniu pokrywał się już
krótkim, kłującym zarostem. Spojrzał na niebo i zmarszczył brwi - żeby tylko nie lunęło,
zanim Kluska dojedzie do miasteczka! Pchnął furtkę i przystanął koło budy. Nic się
wewnątrz nie poruszyło. „Śpi czy co? Ładny mi stróż domowego ogniska!” - pomyślał i
uśmiechnął się na samo wspomnienie zabawnej mordki Klopsa. Na palcach, żeby nie
obudzić śpiącego Tolka, udał się do swego pokoju. Właśnie zapalał małą lampkę, gdy
nagły podmuch wiatru otworzył z trzaskiem drewnianą okiennicę.
- Do licha! - burknął sierżant walcząc ze wzrastającą wichurą, która miotała po
pokoju stosy papierów. - Do diabła! - Okiennica nie chciała się zamknąć i sierżant bardzo
się zmęczył, zanim umocował haczyki w odpowiednich miejscach. W tym samym
momencie stojący na biurku aparat telefoniczny wydał z siebie dziwny dźwięk
przypominający skrzek żaby:
Drrrrr!
Sierżant jednym skokiem dopadł biurka.
- Hallooo!
Cisza. Tylko gdzieś daleko, bardzo daleko, jakby za siedmioma górami i lasami,
słychać było szum narastającego wiatru. Znów dźwięk.
- Hallo! Tu Brzęczek! Halloo!
- Sierżancie, coś się zepsuło na linii, musicie… - głos w słuchawce zamarł zupełnie i
tylko dziwne buczenie wydobywało się z membrany.
Sierżant przesunął dłonią po zmierzwionej czuprynie. Czoło pokrywała mu sieć
głębokich zmarszczek. „Jakaś nowa wiadomość myślał gorączkowo - na pewno chcą mi
coś ważnego przekazać, a ja nic nie słyszę!” - Postukał parę razy w widełki.
- Dziecko poszło… Klementyna… - znów usłyszał daleki głos posterunkowego z
miasteczka.
- Wiem! Do lasu! Ale w którym miejscu? Las ma prawie dwadzieścia kilometrów! -
wrzeszczał Brzęczek ocierając mokre od potu czoło. - I kto to jest ta Klementyna?
- To jest… - znów cisza przerywana niewyraźnym bulgotem.
Kto to jest? Przeliterujcie, nic nie słyszę!
- Uwaga! Piszcie… dobiegały go niewyraźne słowa. - Klementyna jest…
Tym razem huk piorunu przetoczył się po niebie, a gdy nastała cisza, telefon milczał
jak zaklęty. Sierżant jeszcze kilkakrotnie postukiwał w widełki, ale bezskutecznie.
Słuchawka zwisała z biurka dyndając na sznurze, a sierżant zgrzytając zębami przelewał
na kawałek służbowego papieru całą swą wściekłość. Wbiegł kapral Kluska dopinając
guziki munduru i już od progu wrzasnął:
- Dajcie ten meldunek! Jadę!
- Ciii… - syknął sierżant Brzęczek - obudzicie mi Tolka! Rozmawiałem jeszcze z
posterunkiem - dodał łagodniej - ale nic nie zrozumiałem! No, jedźcie już! - wrzasnął
nagle, lecz spojrzawszy w kierunku Tolkowego pokoju, ściszył głos. - Tam gdzieś w lesie
błąka się dziecko! Samo w nocy!
Kapral Kluska porwał meldunek z rąk sierżanta i pobiegł do drzwi.
- Weźcie mój płaszcz - powiedział jeszcze sierżant - będzie lało.
Kluska kiwnął tylko głową. Za chwilę sierżant usłyszał warkot zapuszczanego
motoru. Potem wszystko umilkło.
Wicher znów targnął okiennicą, wyrywając haczyk wraz z kawałkiem ramy.
Dudnienie piorunu przetoczyło się po granatowym niebie. Sierżant z niepokojem
popatrzył w okno. Wichura wzmagała się. Sosny wyginane podmuchami pochylały się w
dzikim tańcu. Sierżant spojrzał na telefon i zmarszczył czoło. Ujął wiszącą słuchawkę,
chwilę potrzymał przy uchu, a potem z pasją rzucił na widełki.
Okiennica znów załomotała. Sierżant stukał nerwowo palcami po blacie biurka.
Gdzie w tej chwili jest to biedne dziecko?’ Mała dziewczynka samotna w wielkim
lesie.
* * *
Tymczasem kapral Kluska skręcił właśnie z wąskiej, wiejskiej drogi na szosę
prowadzącą prosto jak strzelił do miasteczka. Miał przed sobą do pokonania trzydzieści
kilometrów, co dla dzielnego milicjanta i jego motoru, który aczkolwiek troszeczkę
czasem „nawalał”, jak się potocznie mówi, był jednak wiernym druhem, dobrze się na
ogół spisującym w trudnych terenowo warunkach.
- Co mi tam burza! - mruczał naciskając gaz.
Motocykl pracował równo i tylko lekko podskakiwał na wyboistej drodze.
Kapral myślał o zadaniu, które miał wypełnić.
Dookoła huczał i szalał gęsty las. Nagle lunął deszcz. Było to tak gwałtowne, że
kapral aż zachwiał się na siodełku.
- Do stu piorunów! - zaklął hamując na skraju szosy. Wyjął wielkie okulary
motocyklowe i założył kryjąc twarz przed siekącym deszczem. Postawił kołnierz
nieprzemakalnego płaszcza dziękując w duchu sierżantowi, że o tym pomyślał. „Fajny
chłop z sierżanta Brzęczka - rozmyślał sadowiąc się wygodnie na siodełku - i syna ma
zdolnego, i o awans dla mnie wystąpił! Dobrze się nam razem pracuje na tym posterunku.
Tylko co z tym zaginionym dzieckiem? Trzeba je odnaleźć za wszelką cenę! - No, jazda,
panie Kluska! - powiedział głośno i kopnął nogą sprzęgło. Motor zaskoczył i ruszył z
miejsca po szosie zalewanej falami deszczu.
Dojeżdżał właśnie do zakrętu na piątym kilometrze, gdy nagle…
Trrrrach!!!!!!
W blasku błyskawicy i huku piorunu zobaczył leżący w poprzek szosy pień zwalonej
wichurą sosny. Kapral nie zdążył całkiem wyhamować, wpadł w poślizg i przednim kołem
rąbnął w pień. Wyrzuciło go z siodełka jak z procy i nieszczęsny Kluska zakreśliwszy łuk
wylądował w przydrożnym rowie pełnym błota.
- Piekło i sztuczna noga! - wymamrotał gramoląc się z rowu. Poruszył rękoma i
nogami. W porządku. Nic się nie stało. Tylko dlaczego tak ciemno? Nic nie widzę!
Zdenerwowany sięgnął ręką do twarzy i odetchnął z ulgą. To nic! To tylko okulary
całkiem się zabłociły! Zerwał je i poszedł do leżącego opodal motocykla. Silnik ciągle
pracował, ale przednie koło wygięte było zupełnie, a po kierownicy wszelki ślad zaginął.
„Koniec podróży” przemknęło mu przez myśl. W blasku błyskawicy przyjrzał się
leżącemu drzewu. No, to się mogło bardzo źle skończyć! Ale co robić? Iść dalej na
piechotę? Wykluczone. To strata czasu. Wrócić na posterunek? Sierżant będzie się złościł.
No, więc co? Przede wszystkim trzeba wykonać swoje zadanie. Wróci więc do Aniołkowa
i weźmie gazik. Tak, ale naprzód trzeba jakoś usunąć to drzewo. Przecież ktoś może tędy
przejeżdżać i katastrofa gotowa.
Deszcz lał jak z cebra. Kapral z trudem przesunął wrak motocykla na brzeg szosy.
- Szkoda maszyny! Oddam ją do remontu i będę czekał miesiącami, aż naprawią!
Licho nadało tę wichurę! - mruczał obchodząc dookoła leżący pień.
Chwycił drzewo za gałąź i usiłował poruszyć z miejsca. Ciężko. Wparł się mocno
piętami i szarpnął. Ruszyło. Kapral przystanął i otarł pot z czoła. Dookoła szalała wichura.
Kapral znów szarpnął ciężki pień. Tym razem poszło lepiej. Sosna na szczęście nie
należała do tych największych.
- Przydałaby się siekiera. Można by odrąbać gałęzie. Nie ma co. Trzeba odciągnąć
ten pień chociaż na bok drogi.
Chwycił znów za gałąź i ciągnął po szosie, aż mu z wysiłku łzy stanęły w oczach.
Chwilę sapał głośno i ocierał czoło, potem znów zabrał się do pracy. Jeszcze chwila
wysiłku i przeszkoda tarasująca drogę została odciągnięta. Kapral usiadł na pniu i ciężko
dyszał. Ładna mi przygoda. Ciężkie chmury na chwilę rozstąpiły się ukazując wielki,
srebrzysty księżyc.
Kapral spojrzał na leżący obok wrak motocykla. Cóż, trzeba wracać piechotą! Tylko
nie szosą, bo to dalsza droga. W lesie jest ścieżka, która prowadzi do wsi skrótami. Ale co
zrobić z motocyklem? Trudno, zostawię do jutra! Podniósł się z miejsca i nałamawszy
sosnowych gałęzi zamaskował nimi leżącą w rowie maszynę.
Chmury znów zasnuły niebo i zrobiło się zupełnie czarno. Kapral rozejrzał się
wokoło i ruszył przed siebie. Po paru krokach przeskoczył przydrożny rów i zagłębił się w
las. Nie uszedł jeszcze daleko, gdy nagle, od strony szosy dobiegł go jakiś dźwięk. Co to?
Ktoś jedzie? Po chwili dolatywał już wyraźny warkot motoru. Jakiś samochód? Tutaj, w
tym leśnym zakątku późną nocą? Może jedzie do miasteczka? Kapral błyskawicznie
wykonał w tył zwrot i pobiegł w kierunku szosy. Warkot zbliżał się, narastał. Kapral
potykając się biegł tak szybko, jak mu na to pozwalał ciężki deszczowy płaszcz. Z daleka
zobaczył smugę światła zbliżającego się pojazdu. „Nie zdążę” pomyślał rozpaczliwie. Na
szosę wypadł w momencie, gdy jakiś czerwony samochód mijał zwalony pień.
- Hej! Hallooo!!! - ryczał, ale głos ginął w huku motoru. - Stój! - wrzasnął jeszcze i
rzucił się w pościg za samochodem.
Ale kierowca nie usłyszał. Kapral tupnął nogą w niemej wściekłości.
To był pech. Tylko jemu, Klusce, mógł się przydarzyć taki straszny, taki okropny
pech. Gdyby siedział na szosie, gdyby nie wracał na piechotę przez las! No tak, ale skąd
mógł przypuszczać, że na tej tak rzadko uczęszczanej drodze pojawi się jakiś pojazd? I to
podczas takiej nawałnicy! „Ki diabeł? - pomyślał o kierowcy czerwonego wehikułu. - Nikt
w tej okolicy takiego nie ma! Musi to być któryś z letników”. - Potrząsnął głową i dopiero
wtedy zdał sobie sprawę, że na głowie wciąż tkwi mu ciężki motocyklowy kask.
- Trudno! - powiedział odpinając pasek pod brodą. - Trzeba iść.
I ponownie zagłębił się w las.
Rozdział VIII
w którym pan Ignacy Prokop przesypia temat do reportażu
Czerwony samochód mknął wzdłuż leśnej drogi rozbryzgując kałuże. Dwa wąskie
snopy świateł rozjaśniały gęstą ciemność nocy. Deszcz lał bez przerwy, jakby ktoś tam
wysoko w górze raz po raz wylewał pełne wiadra wody. Pan Ignacy za kierownicą
uważnie wpatrywał się w nieprzeniknioną ciemność. Strugi deszczu zalewały mu twarz,
wsiąkały w płaszcz i zimnymi strumyczkami spływały wzdłuż kręgosłupa. Mimo
nasuniętych ochronnych okularów woda wciskała się do oczu utrudniając prowadzenie
wozu. Widoczność można było spokojnie określić mianem: żadna.
„Trzeba zwolnić - pomyślał i zmniejszył szybkość, chociaż motor znów zaczął jakoś
pochrząkiwać. Żeby przynajmniej znaleźć się pod jakimś dachem!” Wizja leśniczówki i
kolacji zbladła i rozwiała się w ukośnych strugach wody.
W gruncie rzeczy panu Ignacemu było najzupełniej obojętne, pod jaki dach trafi w
najbliższym czasie. Chodziło przecież tylko o jakiekolwiek schronienie przed ulewą.
- Dobrze, że samochód jeszcze jedzie! - mruknął i zaraz pomyślał, że nie ma w co
odpukać.
Pan Ignacy bowiem należał do kategorii ludzi szalenie przesądnych i odpukiwał w
nie malowane drzewo za każdym razem, kiedy tego wymagały okoliczności. Tym razem
nie tylko zabrakło w pobliżu nie malowanego drzewa, ale, co najważniejsze, nie mógł ani
na chwilę oderwać rąk od kierownicy.
Obawy były płonne. Samochód mknął bez przeszkód leśną, nie najlepszą drogą i
tylko „stan nawilgocenia” własnej osoby wzbudzał niejaką niechęć kierowcy czerwonego
pojazdu.
Pioruny huczały, a błyskawice raz po raz rozcinały groźną czerń nieba.
Nagle, w jasnym świetle reflektorów, ukazało się na moment leżące z boku szosy,
wyrwane z korzeniami drzewo. Pan Ignacy aż gwizdnął z wrażenia i jeszcze bardziej
zmniejszył szybkość. „Jakie to szczęście - pomyślał - że drzewo nie zwaliło się w poprzek
szosy!” I aż się oblał zimnym potem na samą myśl, jak też w takim wypadku wyglądałby
on sam i jego samochód! „Co też za straszne niebezpieczeństwa czyhają na kierowców w
czasie burzy! Pojadę do miasteczka - postanowił. - Do leśniczówki nie trafię nocą!”
Jeszcze kilkanaście kilometrów jechał pan Ignacy wśród gęstego lasu. Potem drzewa
zrzedły i samochód wyskoczył na drogę wijącą się pośród łąk mocno pachnących
wilgotną trawą. Księżyc, który na moment wypłynął zza chmur, ukazał spragnionym
oczom pana Ignacego dalekie i niewyraźne jeszcze dachy domów w miasteczku.
Zwiększył więc szybkość i po niedługim czasie wjechał między pierwsze, parterowe
zabudowania.
„Ciekawe - pomyślał skręcając w wąską uliczkę - czy też dostanę tutaj jakieś miejsce
w hotelu?”
Miasteczko było ciche i ciemne. Domki stojące ciasno jeden obok drugiego, niskie i
zapadnięte w ziemię, miały pozamykane na głucho drewniane okiennice.
„Jak też ludzie mogli zasnąć w czasie takiej burzy!” - dumał pan Ignacy szukając
dogodnego miejsca do zaparkowania wozu.
Rozglądając się bacznie na prawo i lewo, zauważył nagle jakiś dom, nad którego
wejściem wisiała duża, aczkolwiek z tej odległości nieczytelna tablica.
„Pewnie to jest hotel!” - ucieszył się w duchu i podjechał do krawężnika. Zgasił
motor i zdjął okulary. Kiedy jednak wysiadł z samochodu z przyjemnością prostując nogi i
podszedł bliżej, okazało się, że marzenia jego były przedwczesne! Na białej tablicy czernił
się napis:
POSTERUNEK MILICJI OBYWATELSKIEJ
- Tam do licha! - mruknął pan Ignacy zdejmując przemoczony do nitki płaszcz. -
Nigdy jeszcze nie nocowałem na posterunku!
Zapukał do drzwi. Cisza. Nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się z głośnym
skrzypnięciem. Pan Ignacy wszedł do środka i natychmiast potknął się o jakieś żelastwo,
które głośno zadźwięczało.
- Kto tam? - zadudnił jakiś głos i w oświetlonych drzwiach ukazała się postać rosłego
jak dąb milicjanta.
- Dobry wieczór! - powiedział grzecznie pan Ignacy wchodząc do pokoju. - Jestem
dziennikarzem, burza zaskoczyła mnie w drodze i teraz szukam…
- Pewnie hotelu? - roześmiał się milicjant.
- Właśnie - odparł pan Ignacy i już miał dalej snuć swoją opowieść o leśniczówce,
gdy nagle z drugiego pokoju rozległ się łoskot przewracanego krzesła i stłumione, lecz
wyraźne przekleństwo.
Pan Ignacy stał z otwartymi ustami i zanim zdołał coś wykrztusić, sąsiednie drzwi
otworzyły się z trzaskiem i stanął w nich drugi milicjant, który wyraźnie zdenerwowanym
głosem wysapał:
- Znów linia przerwana! Zupełnie można zwariować z tymi telefonami!
- I co? Brzęczek nie odebrał wiadomości? - zapytał drągal z wyraźną troską w głosie.
- Wątpię, czy on w ogóle coś z tego zrozumiał! Powiedziałem mu o dziecku i tej,
no… Klementynie, ale w tej sytuacji będziemy prowadzić akcję sami.
- Mamy mało ludzi - drągal złapał się za głowę.
- Ale nie możemy zostawić dziecka w lesie. Wysłałem już Janusa po ludzi. Dałem
mu ciężarówkę… Powinien tu być z powrotem lada chwila!
- Przepraszam - wtrącił pan Prokop - czy zginęło dziecko?
- Tak. Ach, panie, co my tu przeżywamy! Ojciec dziecka i cała reszta siedzi nam na
karku. Przecież zorganizowanie poszukiwań to nie jest taka łatwa sprawa. Tym bardziej że
zgłosili to niedawno! I tu jak na złość rozpętała się taka okropna nawałnica! Ale,
przepraszam, kim pan jest?
- Jestem dziennikarzem, Ignacy Prokop, do usług! Zabłądziłem w czasie burzy.
Miałem nocować całkiem gdzie indziej, ale popsuł mi się w czasie drogi samochód…
Teraz szukam tutaj jakiegoś hotelu!
- Bardzo miło mi pana poznać! Jestem sierżant Wąsik. A to kapral Gębala. Niestety
w naszym miasteczku w ogóle nie ma hotelu! - sierżant rozłożył ręce w niemym geście
rozpaczy.
- A to pech! - mruknął pan Ignacy i bezsilnie opadł na drewniane krzesło.
- Może dać panu herbaty? - zapytał Gębala widząc do cna przemoczone ubranie
gościa. Gorąca herbata dobrze panu zrobi!
- Dziękuję. Bardzo dziękuję - wymruczał pan Ignacy spoglądając na wielkoluda
niemal z czułością. - Ale, co z tym dzieckiem?
- Właśnie! Sami chcielibyśmy wiedzieć! Dziecko zginęło w lesie około trzydzieści
kilometrów stąd. Koło wsi Aniołkowo. Zrobili tam postój… - sierżant urwał nagle,
albowiem z sąsiedniego pokoju dobiegł wyraźny dźwięk telefonu.
- O rety! - wrzasnął Gębala stawiając szklankę herbaty przed dziennikarzem. - O
rety! To pewnie posterunek w Aniołkowie się zgłasza!
Sierżant Wąsik jednym skokiem znalazł się przy aparacie.
- Hallooo! Tak. Nie, jeszcze nie. Organizujemy ludzi… Oczywiście! Tak,
natychmiast pana powiadomimy - powtarzał sierżant postukując nerwowo papierośnicą o
blat biurka.
- To ojciec dziewczynki! - mruknął zaciągając się głęboko dymem.
Pan Ignacy oparł się o stolik i przymknął oczy. Straszne zmęczenie wyłaziło z niego
wszystkimi porami. Kłopoty z samochodem, perypetie w czasie burzy, to wystarczy! Był
wyczerpany do ostatnich granic. Nawet parująca szklanka herbaty nie dodała mu sił,
wręcz przeciwnie, pogłębiła jeszcze ogarniającą go senność.
- Byle dotrwać do rana - mruczał kiwając się na stołku. „Dziecko? Zagubione
dziecko… - myśli płynęły leniwie - zaraz, przecież to szalenie ważne!” Pan Ignacy ocknął
się tak gwałtownie, że o mały włos nie przewrócił pustej szklanki. Trzeba pojechać wraz z
milicją! Zabierze do swego wozu paru ludzi. Potem napisze o tym wspaniały artykuł!
- Powiedzcie mi, panowie - zawołał zrywając się z miejsca - jak to się właściwie
stało?
- Ba! To w gruncie rzeczy zupełnie banalna historia…
- Obywatelu sierżancie! Aniołkowe na linii! - wykrzyknął nagle Gębala stukając w
widełki.
- Brawo, kapralu! Już idę! - zawołał sierżant wybiegając z pokoju.
Dziennikarz znów opadł na siedzenie krzesełka. Spoza zamkniętych drzwi dobiegały
odgłosy prowadzonej z kimś rozmowy. Pan Ignacy nadsłuchiwał ciekawie, ale nic nie
mógł zrozumieć. Sierżant coś wołał, złościł się. Nagle wszystko się urwało i pan Ignacy
słyszał jedynie nerwowe postukiwania w widełki aparatu telefonicznego. Podniósł się z
niewygodnego krzesła i rozejrzał po pokoju. Pod oknem stał stary fotel obity czerwonym
zrudziałym już suknem. Z westchnieniem ulgi usiadł w fotelu i oparł głowę o miękką
poręcz. Było mu wreszcie ciepło i bardzo wygodnie.
Kiedy po chwili kapral wszedł do pokoju, zobaczył, że nieznajomy, nocny gość
smacznie śpi.
- Co my z nim zrobimy, obywatelu sierżancie?
- Co zrobimy? No, nie możemy wyrzucić człowieka w nocy na ulicę! Zamkniemy
tamten pokój, a Janusowi powiemy, żeby tu został i zajrzał do niego od czasu do czasu!
- Tak jest! - kapral służbiście stuknął obcasami. - Obywatel podróżny też człowiek!
Musi się gdzieś wyspać!
- Szczególnie kiedy nie można wskazać mu dogodniejszego miejsca. No, Gębala,
jedziemy! Ja jeszcze zajrzę do nich…
- Do nich! Znaczy do namiotów?
- Oczywiście! Myślę, że trzeba zabrać z sobą to całe zwariowane towarzystwo… -
spojrzał na śpiącego i zniżył głos.
Wyszli cicho zamykając za sobą drzwi.
* * *
Blady świt zaglądał już do okien, gdy pan Ignacy Prokop obudził się z głębokiego
snu. Otworzył oczy, pomrugał, znów otworzył i bacznie rozejrzał się dookoła. „Gdzie ja
jestem? - zdumiał się. - Co to za pokój?” Wstał z fotela, przeciągnął się i szeroko ziewnął.
Dopiero po chwili przypomniał sobie o przeżyciach minionej nocy. Więc spał tutaj
spokojnie, podczas gdy milicja szukała zaginionego dziecka! To straszne! Skandaliczne!
Cóż to za reporter, który w najważniejszym momencie zasypia sobie jak, jak… suseł! Tam
w ciemnościach nocy trwała akcja „przeczesywania lasu”, jak się wyraził ten miły
wielkolud, a ja tu sobie chrapałem! - karcił się w myślach pan Ignacy. Podszedł do okna i
gwizdnął przeciągle. Przecież to już świt! Wizja pana Telesfora, ukochanego przyjaciela
czekającego ze śniadaniem, która nagle pojawiła się w umyśle reportera, była tak realna,
że pan Ignacy aż zamrugał oczyma. Głód ściskał mu żołądek, a kiszki grały wspaniałego,
porannego marsza. Śniadanie! To była myśl, od której pan Ignacy, raz wspomniawszy, nie
mógł się już uwolnić. Może jednak przyłączyć się do poszukiwań? Ale w którą stronę
pojechać? Milicjanci nic nie mówili…
Pan Ignacy spojrzał z niesmakiem na swoje ciągle jeszcze mokre ubranie, wymięty
płaszcz i frasobliwie podrapał się w nie ogolony podbródek. Cóż, trzeba jechać. Musi
przecież dotrzeć wreszcie do tej upragnionej leśniczówki! Odszedł od okna i zdjął płaszcz
z wieszaka. Otworzył cicho drzwi do sionki i rozejrzał się. W którą stronę należy się udać.
Gdzie są drzwi wyjściowe? Zrobił krok i potknął się o leżące na ziemi żelastwo.
- Kto tam? - Młody chłopiec w milicyjnym mundurze wychylił się z sąsiedniego
pomieszczenia.
„Tam do licha! To jakiś inny milicjant! Może nie zechce mnie wypuścić?” - przeraził
się pan Ignacy przystając.
- A, to pan! Już się pan wyspał? - zapytał wesoło chłopiec.
- Tak. Dziękuję za gościnę wymruczał pan Ignacy. - Czy nie wie pan, dokąd poszedł
Sierżant i ten drugi?
- Już dawno są w akcji - uśmiechnął się milicjant. - Radzę panu iść gdzieś na
śniadanie. Chociaż… gdzie mogę pana skierować o tej porze? Gospoda zamknięta…
Niestety - rozłożył ręce - nie mam pana czym poczęstować!
- Nic nie szkodzi - westchnął pan Ignacy - dam sobie radę. Do widzenia… Dziękuję
za nocleg.
- Nie ma za co! Nocleg w komisariacie nie bywa zazwyczaj mile wspominany!
Pan Ignacy podszedł do swojego samochodu, który, zabłocony, cierpliwie czekał przy
krawężniku.
- O rety! - jęknął. - Trzeba go choć trochę umyć!
Na szczęście na samym środku uśpionego ryneczku stała pompa. Dzięki mokrej
ścierce „czerwone nieszczęście” odzyskało jaki taki wygląd. „No tak, ale czy on ruszy?
Czy zechce być posłuszny?” - dumał dziennikarz opadając na wilgotne siedzenie
samochodu. Włączył motor.
Apsik! Apsik! - kichnął samochód i po chwili, która dla pana Ignacego trwała niemal
wieczność, zagrał mocą wszystkich swoich koni mechanicznych!
- Hurrrraaa!!!! - ryknął pan Ignacy budząc z letargu siedzące koło studni stadko
białych kur. - Jedziemy! Ale dokąd? - zastanowił się biorąc efektowny zakręt w lewo. -
Milicjanci, pan Telesfor, leśniczówka… Ha! Jedziemy do lasu!
Rozdział IX
w którym Tolek znajduje kogoś, ale zaraz się okazuje, że to nie jest Klementyna
- Pif! Paf! - zawołał Tolek do Klopsa i obaj puścili się pędem przed siebie. Pies,
niesłychanie uszczęśliwiony z powodu nadprogramowego spaceru, buszował w krzakach i
raz po raz wypadał na ścieżkę skacząc i poszczekując.
- Cicho, piesku! Cicho! - upominał go Tolek, ale znacznie mniej stanowczym tonem,
byli już bowiem bardzo daleko od niebezpiecznych zabudowań. I właśnie w tym
momencie rozpętała się okropna burza.
Klops popiskiwał nieco z przerażenia i szedł bliziutko przy Tolkowej nodze.
- Nie bój się, piesku! Nic się nie stanie złego! - pocieszał go Tolek, sam walcząc z
gwałtownymi porywami wiatru.
Robiło się nieprzyjemnie. Ciemności przerywane raz po raz ostrym światłem
błyskawic i hukiem grzmotów nie sprzyjały jakoś detektywistycznym poczynaniom Tolka.
On sam, osłaniając twarz przed ostrymi odłamkami gałązek i sosnowych szyszek
miotanych wiatrem, marzył o zacisznym gabinecie Sherlocka Holmesa. Tolek wyobrażał
sobie bowiem, że wszelkie nadzwyczajne akcje detektywistyczne powinny rozstrzygać się
w wygodnym, głębokim fotelu. Najlepiej klubowym - myślał chłopiec, całym ciałem
osłaniając trzęsącego się psa. No, tak. Ale przecież to on sam przed paru zaledwie
godzinami wymyślił „Akcję Klementyna”. I sam postanowił szukać dziewczynki w nocy
w lesie.
Ale Tolek nie bał się burzy. Wychowany na wsi, przyzwyczajony do stałego
obcowania z przyrodą, wszelkie zjawiska atmosferyczne traktował jak zło lub dobro
konieczne i nierozerwalnie związane z właściwą im porą roku. Zimą z pogodą ducha brnął
przez śnieżne zaspy, a wiosną tonął w grząskim błocie, z trudem wyciągając z tej mazi
nieco za duże gumowe „kaloszki”. A teraz burza! Tylko że wyjątkowo nagła i pioruniasta.
Znów huknęło! Klops, który, jak się okazało, nie miał do burzy stosunku obojętnego, robił
się coraz mniejszy. Biedak kulił się w sobie i wciskał nos między łapy, tak jakby nie był
wielkim, szanującym się owczarkiem alzackim, lecz malutkim ratlerkiem na cienkich jak
zapałki nóżkach. Tolek walcząc z gałęziami, które co chwila z impetem waliły go w nos,
starał się przemawiać uspokajającym tonem do przerażonego zwierzęcia.
Trrrrraaach!!!!!
No tak. Ten już uderzył gdzieś w pobliżu! W ułamku sekundy Tolek zobaczył
płonącą, błękitną smugę, która przecięła niebo. Równocześnie rozległ się głośny trzask i
cały las zadygotał. Klops zapiszczał głośniej i zakręcił się wokół własnego ogona.
Tolkowi zimny pot spłynął wzdłuż kręgosłupa. Ten widok był jednak bardzo straszny.
Teraz bali się już obaj: pan i pies. Tolek wiedział, że w czasie burzy nie wolno stać pod
drzewem, bo w drzewa najczęściej biją pioruny. Wiedział. Ale strach, który wkradł się
nagle w dzielne dotychczas serce małego detektywa, paraliżował jego ruchy i
uniemożliwiał jakąkolwiek działalność. Wokoło grzmiało i huczało. Las trząsł się w
posadach i zdawało się, że rozhuśtane sosny lada chwila padną pokotem, grzebiąc wśród
gałęzi przerażonego chłopca i psa.
Tolek nie bardzo orientował się, jak długo trwała burza. Kiedy wreszcie,
przemoczony do nitki, wygrzebał się z zarośli - deszcz przestał padać i burza oddalała się,
od czasu do czasu tylko rozświetlając na zielono ciemny las. I właśnie wtedy Tolek
spostrzegł że nie ma… Klopsa!
Rzucił się przed siebie, gorączkowo rozgarniając mokre krzewy. Nic. Jak kamień w
wodę! Co robić? - dumał przecierając rzęsy sklejone wodą - iść dalej samemu? Klops na
pewno się znajdzie, ale czy go przypadkiem nie przydusiło jakieś padające drzewo?
Słyszał przecież w dali jakiś podejrzany trzask. Biedny piesek! Tolek zastanawiał się
przez chwilę, co dalej robić. Wrócić do domu? Wstyd! Zostawił przecież taki wspaniały
meldunek! Wymyślił akcję, jest najznakomitszym detektywem w promieniu trzydziestu
kilometrów, a kto wie, może nawet w całym kraju! I on miałby zrezygnować? Nigdy!
Tolek uratuje swój honor detektywa i honor całej milicji! Więc w drogę!
Rozejrzał się wokoło. Ciemno i mokro. Górą przebiegały fale wiatru strząsając z
drzew krople deszczu. Tolek zaświecił latarkę. W smudze światła ukazały się zielone
paprocie prostujące swe pióra przyduszone do ziemi ulewą. Krzaki, pnie i ani śladu psa.
Zagwizdał cichutko. Potem głośniej. Nic. Cisza. Z westchnieniem odgarnął z czoła
przylepione pasma włosów. Obejrzał się jeszcze raz i drugi, i ruszył zdecydowanie przed
siebie.
Nagle, nie wiadomo dlaczego, poczuł, że w lesie oprócz niego jeszcze ktoś jest.
Tolek naprawdę nie byłby w stanie wytłumaczyć, skąd właściwie wzięło się to
przekonanie. Przystanął na ścieżce i znów zapalił latarkę. Nikogo nie ma! Tylko wśród
milczących poszumów wiatru wydało mu się, że słyszy jakieś głosy. Zagwizdał jeszcze
raz. Krzaki po lewej stronie gwałtownie się poruszyły i na ścieżkę wypadł duży cień.
Zanim Tolek zdążył się na dobre przestraszyć, czarny cień skomląc z radości rzucił mu się
na pierś.
- Klops! Stary zbóju! - wykrzyknął uradowany Tolek odchylając się. gwałtownie do
tyłu przed ciepłym jęzorem, który za wszelką cenę usiłował go polizać w nos. - No,
dobrze już, dobrze! Grunt, że się znalazłeś - mruczał, z trudem odzyskując równowagę. -
Teraz, piesku, idziemy razem na poszukiwanie Klementyny!
Pies posłusznie, aczkolwiek dziwnie niechętnie ruszył za Tolkiem. Jakiś czas
posuwali się w zupełnym milczeniu. Pies z nosem przy ziemi węszył jakiś ślad. Od czasu
do czasu ginął między drzewami, ale zaraz wracał na ścieżkę. Nagle przystanął, wyciągnął
szyję i krótko warknął.
- Co takiego? - zainteresował się Tolek błyskając latarką. Rozejrzał się wokoło, ale
nic nie zobaczył. Już chciał iść dalej, ale tym razem pies nie ruszał się z miejsca, cicho
warcząc. Chmury gęsto stłoczone na niebie właśnie na chwilę się rozstąpiły i chłopiec
ujrzał nagle, o parę kroków w bok od ścieżki, jakieś dziwne, prawie nierealne światło.
- Co to jest? - zastanowił się, spojrzał jeszcze raz. Tak, to jest pień drzewa, a w nim
coś błyszczy! Ogień nie, bo światło jest przytłumione i jakieś takie fioletowozielone.
Zrobił jeszcze parę kroków. Dziwne! Uniósł w górę zapaloną latarkę. Poświata zszarzała i
przygasła. W czarnym pniu widniała wielka dziupla, a w niej…
- To ona! - wymamrotał Tolek wstrząśnięty niespodziewanym odkryciem. - To jest
Klementyna! - wyszeptał i chwyciwszy Klopsa za pysk po cichutku zbliżył się do
tajemniczego drzewa.
We wnętrzu dziupli, na warstwie miękkiego próchna, które w ciemnościach świeciło
tym tajemniczym blaskiem, siedziała… dziewczynka. Światło latarki widocznie ją
przestraszyło, bo zerwała się gwałtownie, uderzając się boleśnie w głowę.
- Co to? Kto to? - wyjąkała z przerażeniem, patrząc na nieznajomego chłopca, który
jej świecił latarką prosto w oczy.
- Zgaś to natychmiast! - zażądała pocierając bolący czubek głowy.
- Klementyna! - wykrzyknął radośnie Tolek.
- Gdzie? Gdzie jest Klementyna? - zapytała dziewczynka nagle przytomniejąc.
- Jak to: gdzie? - zdumiał się Tolek. - To ty jesteś przecież Klementyna, której
szukam!
- Ja? - dziewczynka otworzyła szeroko oczy. - Ja się nazywam Asia!
- Jak to: Asia?
- No, zwyczajnie. Mam na imię Asia. I właśnie szukam Klementyny!
- Poczekaj, chwileczkę - mruczał Tolek - przecież to ja podsłuchałem rozmowę
tatusia na temat zagubionej dziewczynki! To była tajna wiadomość!
- Ładnie mi tajna! - parsknęła Asia wysuwając się ostrożnie z dziupli. - My już od
dawna o tym wiemy!
- My? - zdziwił się Tolek. - To nie jesteś sama?
- Teraz jestem. Ale przedtem nie byłam.
- Nic nie rozumiem - Tolek z zaciekawieniem przyglądał się, jak Asia zsuwała się z
drzewa. - A wiesz, gdzie jest Klementyna?
- Nie wiem - odkrzyknęła zgrabnie zeskakując na ziemię. - Może Marek ją znalazł…
albo Pulpet.
- Jaki pulpet? O czym ty mówisz?
- Nie o czym, tylko o kim! Pulpet jest chłopcem i do tego moim bratem! Marek też!
- Aha. Ale gdzie oni są?
- Nie wiem. Zgubili się w czasie burzy. Szłam razem z nimi i nagle huknął piorun, i
zrobiło się całkiem zielono, i wtedy właśnie zniknęli mi sprzed oczu! A to twój pies?
- Mój! - Tolek dumnie wypiął pierś. - Nazywa się Klops!
- Bardzo mi miło - powiedziała Asia automatycznie. Bo mamusia bardzo pilnie
zwracała uwagę na tak zwane dobre wychowanie.
- Jemu też jest miło - odparł szarmancko Tolek i wreszcie puścił Klopsa.
- Więc co robimy? - zapytała Asia głaszcząc mokry łeb psa. - Jest noc i tak
niewyraźnie…
- Nic nie szkodzi. Musimy iść dalej na poszukiwania. To znaczy… ja muszę iść!
- A ja co? Mam tu zostać? - oburzyła się dziewczynka. - Też idę! Przecież tu gdzieś
są moi bracia…
Wyplątali się z gęstwiny i wrócili na znajomą ścieżkę. Klops biegł przodem, radośnie
machając ogonem. W pewnej chwili przystanął, postawił uszy i rzucił się naprzód.
- On coś zwęszył - powiedział Tolek przystając.
- Będziemy się skradać w tamtym kierunku zaproponowała Asia i bezszelestnie
ruszyła naprzód. Nawet jeden patyczek nie zatrzeszczał pod jej stopami.
„Jak Indianin” - pomyślał Tolek i ruszył jej śladem.
W milczeniu, zachowując największą ostrożność, dotarli do olbrzymiego dołu, nad
którego krawędzią stał Klops. Pies głośno wciągał nosem powietrze. Potem zakręcił się w
kółko i zaczął węszyć popychając nosem mokre liście.
- Może tam ktoś jest?
- Hej! Jest tam kto? - zawołał Tolek.
Cisza. Tylko drzewa zaszumiały.
- Nie ma nikogo - odparł Tolek przykucając - ale ręczę, że ktoś tam był.
- Sądzisz, ze już sobie poszedł?
- Zobacz, co wyrabia ten pies.
Klops z nosem przy ziemi biegł w kierunku ścieżki.
- Może to jest mieszkanie niedźwiedzia? - powiedziała Asia zniżając głos do szeptu.
- Coś ty? Taki ogromny dół!
Jakiś czas szli w milczeniu. Tolek z latarką i psem na przedzie. Za nim Asia.
- Wiesz - powiedziała dziewczynka - chciałabym, żeby już było jasno. I żeby się
odnalazł Marek i Pulpet.
- A ja bym chciał już odnaleźć Klementynę. Przyprowadzić ją tacie na posterunek i
powiedzieć: szeregowy młodszy Brzęczek melduje się ze znaleziskiem!
- Chyba nie mówi się o kimś znalezisko - zastanowiła się Asia.
- A jak się mówi?
- No, może… melduje się ze zdobyczą?
- Eee, przecież Klementyna to nie zdobycz! Zresztą wszystko jedno, co powiem.
Najważniejsza będzie mina taty!
- O rety! - jęknęła Asia. - A jaką minę będzie miał mój tata, kiedy się dowie o naszej
nocnej wyprawie?
- Boisz się?
- Nie, tata przyjedzie dopiero jutro, ale jeśli Marek i Pulpet się nie znajdą?
- Na pewno się znajdą - pocieszył ją Tolek. - Ten las jest duży, ale nie taki znów
wielki, żeby się w nim zgubić na zawsze.
- Myśmy się chyba też zgubili - mruknęła dziewczynka potknąwszy się o jakiś
wystający korzeń.
- A właśnie, że nie! Tu niedaleko jest szałas. Chcesz tam pójść?
- Chcę!
- Dobrze - zgodził się Tolek, któremu zmęczenie już mocno dawało się we znaki. -
Uważaj tylko na korzenie. Zresztą, lepiej daj mi rękę, teraz musimy zejść z tej ścieżki.
Asia była już bardzo śpiąca i zmęczona. Trzymając się kurczowo Tolka, brnęła
poprzez plątaninę korzeni i krzaków marząc w duchu o jakimś miękkim posłaniu.
Wilgotna sukienka przylepiła się do ciała krępując ruchy. Klops biegł obok ziejąc głośno.
Do szałasu dobrnęli na ostatnich nogach. Tolek pierwszy wcisnął się przez niskie wejście.
Zaświecił latarkę. Szałas był pusty. W kącie leżała wiązka siana, a na drewnianej ławie
stała świeca zatknięta w szyjkę butelki. Obok leżało pudełko zapałek. Na półce stał
garnek. Tolek zajrzał do niego z nadzieją.
- Pusty! - mruknął żałośnie. - Nie ma nic do jedzenia.
- Ale jest gdzie spać - westchnęła z ulgą Asia i zakopała się w pachnące siano.
Tolek poszedł za jej przykładem. Klops zwalił się z łoskotem obok Tolka i położył
mu łeb na kolanach. Po chwili w szałasie zapadła głucha cisza.
Rozdział X
w którym Marek i Pulpet mimo spóźnionej pory… dokładnie wyskrobują
patelnię
- To na pewno są oczy wilka - powiedział Pulpet i mocno zacisnął powieki. Siedział
przez chwilę bez ruchu z mocno bijącym sercem. - Czczy on tam jeszcze jest? -
wymamrotał uchylając jednej powieki.
Marek nie odpowiedział. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w zielone punkciki
świecące nad krawędzią urwiska.
- No, pytam - rozmazał się nie na żarty malec - czy on tam jeszcze mruga?
- Nie, już przestał - odpowiedział Marek przez zaciśniętą krtań. I pomyślał, że trzeba
natychmiast coś zrobić, żeby przestać się bać. No, i uspokoić Pulpeta. Mały jest mokry,
przerażony i prawdopodobnie zmarznięty. Wygląda jak myszka. Poruszył ścierpniętą
nogą.
- No i co? I co? - bulgotał Pulpet czepiając się kurczowo Markowego łokcia.
- I nic. Poszedł sobie! - odparł Marek wesolutko.
- Zobacz jeszcze raz - zażądał Pulpet.
- Przecież mówię: nic tam nie ma!
Marek pomalutku wyczołgał się spod zbawczego daszka. Deszcz właśnie przestał
padać, ale na dnie jamy utworzyła się tymczasem duża i bardzo grząska kałuża, w której
topiły się zeszłoroczne szyszki. Marek rozcierał zdrętwiałe łydki i z zadartą do góry głową
usiłował zobaczyć, co dzieje się w cichnącym lesie. Ciemno, choć oko wykol. Na
szczęście zielone oczy już się nie pojawiły.
- Wyłaź, Pulpet!
- Dlaczego? Tu jest całkiem wygodnie! - zapiszczał mały wciskając się w głąb jamy.
Dziura, choć ciasna, wydawała mu się jednak zupełnie dobrym schronieniem przed
wszelkimi ewentualnościami, które mogły zdarzyć się na zewnątrz.
Marek wytężał wzrok w ciemnościach, usiłując znaleźć jakieś miejsce, którędy
można by się wydostać z tej pułapki, w którą niechcący wpadli.
- Pulpet! - wykrzyknął rozgniewany. - Słyszysz? Wyłaź natychmiast, jeśli nie chcesz
dostać zapalenia płuc!
- A jeśli chcę?
- Więc dobrze. Zostawię cię tutaj, a sam pójdę szukać Asi, Klementyny i
wszystkiego, co da się znaleźć w tym piekielnym lesie!
- Nie klnij - powiedział poważnie Pulpet wyczołgując się spod daszka.
- Kto klnie? - zdumiał się Marek.
- Powiedziałeś „piekielny las”, a to już jest klęcie…
- Przekleństwo. Mówi się przekleństwo - Marek z trudem zagłębiał szpice sandałów
w strome zbocze. - Daj rękę, będę cię holował!
- Ale ja nie chcę! - wrzasnął malec wpadając z chlupotem do kałuży.
- No, widzisz! Teraz będziesz już zupełnie mokry! - jęknął Marek stojąc w bardzo
niewygodnej pozycji. - I sam się do mnie nie doczołgasz!
- Przytrzymam się gałęzi - odparł Pulpet walcząc ze łzami.
- No, proszę, tylko się nie maż! Jeśli rykniesz, to cię tutaj zostawię - powiedział
rozzłoszczony. Marek dobrze wiedział, że to jest bardzo brzydki szantaż i że w żadnym
wypadku nie zostawiłby w lesie biednego malca.
- Wcale ci nie wierzę - wychlipał Pulpet, bo on też dobrze wiedział, że Marek nigdy
by tego nie zrobił.
Chmury rozstąpiły się nagle i jasne światło księżyca zalało las.
- Tu jest dziwnie - wyjąkał Pulpet i jednym skokiem znalazł się obok brata.
- Patrz! Teraz widać jak na dłoni naszą jamę! Chodź tędy - wołał Marek pnąc się do
góry. - Trzymaj się tych gałęzi!
Pulpet sapał i co chwila zjeżdżał w dół na śliskich podeszwach. Wreszcie chwycił się
kurczowe Markowych spodenek.
Kiedy znów wydostali się na ścieżkę, chmury ponownie zakryły niebo.
- Jestem głodny - powiedział Pulpet i wreszcie puścił spodenki brata.
- Szkoda, że nie zabraliśmy z sobą żadnych zapasów - westchnął żałośnie Marek
czując charakterystyczne ssanie w żołądku. - Tego nie można było przewidzieć!
- Czego? Że będę głodny?
- Nie, ty zawsze jesteś głodny! Nie można było przewidzieć burzy i…
- I czego? - nudził Pulpet.
- No, tego, że tak długo będziemy poza domem. Myślałem, że Klementynę uda się
znaleźć niedaleko tego miejsca, w którym była Jarzynka. Tak sobie to znakomicie
wymyśliłem…
- Rzeczywiście, znakomicie - mruknął malec.
- A teraz ani Asi, ani tej drugiej. To na dodatek są dziewczyny. One zawsze się boją.
- To znaczy, że ja się nie boję? - zdziwił się nieco Pulpet, ale zaraz uwierzył. Pulpet
bowiem zawsze wierzył w to, w co chciał uwierzyć.
Marek stał na ścieżce i zastanawiał się, jaki należy obrać kierunek. Co do tego
bowiem, że musi wszcząć dalsze poszukiwania, nie miał najmniejszych wątpliwości.
Tylko w którą stronę pójść? Na szczęście księżyc znów wypłynął zza chmur i w całym
lesie zrobiło się jaśniej.
- Tam! - powiedział wskazując ręką młody zagajnik.
- Mnie jest wszystko jedno - odparł Pulpet najcieńszym ze swoich głosików.
- O co chodzi? - zapytał Marek, który przecież bardzo dobrze znał swego braciszka.
- Nnnic, skądże… - mruczał Pulpet pracowicie grzebiąc nogą w rozmiękłym gruncie.
- No, już! Mów natychmiast! - nie ustępował Marek.
- Tylko że… no, może nie powinniśmy tak długo przebywać na zimnie?
- Co ci przyszło do głowy? - zdumiał się Marek, bowiem Pulpet wypowiedział to
zupełnie tonem mamy. Ba, użył nawet słów, których mama używała w podobnych
wypadkach. - Zimno ci?
- Nie, ale… ale to nie jest droga do domu! - wykrztusił w końcu malec.
- Skąd ty wiesz, gdzie jest droga do domu? Przecież nawet nie pamiętasz, skąd
przyszliśmy!
- A właśnie, że wiem! - obraził się Pulpet. - Bo my wpadliśmy do tej jamy prosto ze
ścieżki - widzisz? A z tamtej strony są takie krzaki i drzewa i nie mogliśmy tamtędy spaść,
i na pewno trzeba iść tędy, żeby dojść do świerków…
- I do łóżka, co? - zezłościł się Marek. - A dziewczynki? Mamy je zostawić same w
lesie? I wrócić do domu bez Asi i Klementyny?
- Ja nic nie mówiłem o łóżku! - oburzył się Pulpet rozmazując na buzi błoto i igliwie.
- Ja tylko myślałem o czymś do jedzenia i potem mógłbym tu przyjść z powrotem…
- Chodź! - powiedział Marek i ruszył przed siebie. - Jesteś najnudniejszym
dzieckiem, jakie znam! Zaczynam żałować, że w ogóle zabraliśmy ciebie!
Pulpet nie powiedział już ani słowa. Posłusznie dreptał w kierunku wyznaczonym
przez młody zagajnik. W chwilę później obaj chłopcy znaleźli się na dużej polanie
posrebrzonej księżycowym światłem.
- Zobacz! - wrzasnął Pulpet. - Tam jest jakiś dom!
- Faktycznie. I światło się świeci
- Hurrraaa!!! Będzie jedzenie! - zaryczał malec podskakując na jednej nodze.
- Idziemy! Może Asia tam jest? A może… Klementyna?
Chłopcy zeszli na prawo i brnąc po kolana w mokrej, gęstej trawie znaleźli się przy
srebrnych świerkach otaczających drewniany, piętrowy dom.
- Świeci się na parterze - powiedział Marek. - Ale gdzie jest wejście?
- Chyba z drugiej strony - odparł Pulpet i puścił się pędem.
- Zaczekaj! Zaczekaj! - zawołał Marek. - Przecież wcale nie wiemy, kto tu mieszka.
Pulpet zahamował gwałtownie. Z rozpędu o mały włos byłby wpadł na drzewo.
- Chyba nie czarownica! - wymamrotał i zaczął się wycofywać na bezpieczną
odległość.
- Jaki ty jesteś dziecinny! - roześmiał się Marek. - Wierzysz w krasnoludki i
czarownice! Ciii… - mruknął chwytając go nagle za rękę.
- Co? Ja nie chcę nic słyszeć - wyszeptał Pulpet zatykając uszy.
- Jakieś szmery słychać z tej szopy…
- Chodźmy do domu! Ja wolę iść nawet do tego domu!
Marek zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi. Zastukał. Nic. Cisza.
- Może tam nikogo nie ma? - zmartwił się Pulpet. W odpowiedzi z głębi domu
rozległ się jakiś stukot, a następnie odgłos ciężkich kroków.
- Booooję się! - wyjąkał mały trzymając się kurczowo ramienia brata.
Kto tam? - zadudnił czyjś bas.
- To ja, Marek!… Z Pulpetem… - powiedział chłopiec lekko drżącym głosem.
Szczęknęła odsuwana zasuwa. W otwartych drzwiach stanął wysoki mężczyzna w
fartuchu poplamionym farbami.
- Zabłądziliśmy… była burza… - powiedział prędko Pulpet na widok groźnie
zmarszczonych brwi.
- Szukaliśmy jednej dziewczynki. Ona się zgubiła w lesie - tłumaczył gorączkowo
Marek - a potem była taka okropna burza i wpadliśmy do dziury…
- Zaraz, zaraz, wszystko po kolei - przerwał im mężczyzna cofając się do sionki. -
Wejdźcie do mieszkania. Musicie być przemoczeni!
Marek z Pulpetem znaleźli się w dużej, przedziwnie zagraconej izbie. Ściany i sufit
były z grubych, sosnowych belek. Pod oknem stał stół i długa, drewniana lawa. Wzdłuż
ścian, jak okiem sięgnąć, stały oparte jeden o drugi obrazy. Niektóre były odwrócone do
ściany zamalowaną powierzchnią.
Pulpet stał bez ruchu i patrzył jak urzeczony. Na obrazach bowiem powtarzał się w
nieskończoność jeden temat: grzyby!
- Pan jest malarzem? - zapytał Marek.
- Tak. Zapomniałem wam się przedstawić! Na imię mam Telesfor. Nazwisko: Knot.
A to są moje dzieła! Plon tegorocznych wakacji!
Marek stał przed płótnem przedstawiającym kolonię czerwonych muchomorów o
biało nakrapianych kapeluszach.
- To piękne! - wysapał Pulpet z podziwem.
- Cieszę się - odparł skromnie malarz i nagle znieruchomiał.
- Chłopcze! - wybuchnął śmiechem. - Jak ty wyglądasz!
Teraz i Marek spojrzał na Pulpeta. Malec stojący na środku pokoju w świetle
płonącej naftowej lampy wyglądał cudacznie.
- Pulpet! Ależ się ubłociłeś! - Marek zwijał się ze śmiechu patrząc na czarną buzię i
ręce braciszka. Na dodatek w zmierzwionej czuprynie sterczała zielona gałązka świerku.
- Zaraz cię umyjemy - powiedział pan Knot krzątając się wokół wiadra z wodą.
Za chwilę Pulpet parskając i plując zmywał z siebie przy wydatnej pomocy
gospodarza brud, który grubą skorupą pokrywał mu niemal całe ciało.
- Proszę mnie szybko wytrzeć, bo zardzewieję! - jęknął malec, któremu ta operacja
wcale nie przypadła do smaku.
- Dobrze, już dobrze - roześmiał się gospodarz wycierając Pulpeta szorstkim
ręcznikiem. - Pewnie jesteście głodni?
- Jeszcze jak! - zawołał malec wyrywając się gwałtownie z rąk malarza.
- On lubi tylko jeść, ale nawet nie chce umyć rąk przed jedzeniem - powiedział
Marek zakasując rękawy.
- Bo dawniej nie wiedziałem, po co się je myje - mruczał Pulpet oglądając obrazy.
- A teraz już wiesz? - zdziwił się pan Telesfor.
- Oczywiście! Żeby nie pobrudzić łyżki i widelca!
Pan Telesfor ryknął wspaniałym śmiechem, aż się zatrzęsły belkowane ściany.
- Pan się śmieje - obraził się malec - a myśmy zgubili w lesie siostrę i Klementynę,
i…
- Zgubiliście? - zapytał pan Telesfor z przerażeniem w głosie. - Więc w lesie zostały
jakieś dziewczynki? Opowiedzcie dokładnie, jak to się stało! Trzeba natychmiast je
odnaleźć!
Obaj chłopcy na wyścigi zaczęli opowiadać panu Telesforowi całą historię, jaka
wydarzyła się od momentu znalezienia w krzakach małej Jarzynki.
- Ho, ho! - powiedział na zakończenie malarz stawiając przed chłopcami dymiącą
patelnię. - Ho, ho! Jesteście zuchy! Ale trzeba było powiadomić kogoś dorosłego! Teraz tu
grzecznie zostaniecie, a ja pójdę na poszukiwanie tej… jakże jej! Aha, Klementyny! No i
oczywiście waszej siostry.
- Fajny z pana facet - powiedział poważnie Pulpet pakując do ust pełną łyżkę.
Chłopcy jedli w milczeniu. Po przeżytych przygodach gorące danie i świeży, razowy
chleb smakowały im niebywale. Marek najedzony odłożył łyżkę. Pulpet z zapałem skrobał
patelnię.
- Pulpet! Jak ty się zachowujesz? - upomniał go Marek. - Nie wolno tak zgrzytać!
Pulpet spojrzał na niego z wyrzutem.
- Może dać ci jeszcze kawałek chleba? - zapytał pan Telesfor patrząc, z pobłażaniem
na malca walczącego uparcie z ogromną patelnią.
- Dziękuję - odsapnął Pulpet - nie mogę, jestem już taki… ciasny!
- On zawsze tyle je! - jęknął Marek. - Ale właściwie dlaczego pan jeszcze nie spał?
- Właśnie miałem zamiar pójść do łóżka - powiedział pan Telesfor wkładając
gumowe buty - kiedy usłyszałem skradających się złodziei…
- Złodziei? - spytał Pulpet otwierając szeroko oczy.