The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-14 05:22:02

Klementyna lubi kolor czerwony

- Tak. Leśniczy mnie uprzedzał, że bywały tu już próby włamania. Jacyś chłopcy
podobno kradną mu jelenie rogi…

- Rogi? - zdumiał się Pulpet.
- No jasne - wtrącił Marek widziałeś przecież takie rogi wiszące na ścianie w pokoju
u pani Maciejkowej.
- Kiedy więc usłyszałem te szmery i na dodatek zobaczyłem, że ktoś usiłuje zajrzeć
przez okno, postanowiłem ich schwytać. Bo czego mogli szukać tutaj w nocy? Zaczaiłem
się za węgłem i złapałem ich.
- I co pan z nimi zrobił?
- Zamknąłem w szopie. Rano odstawię ich na milicję.
- No, ale myśmy też przyszli w nocy - powiedział Marek.
- Tak. To prawda. Tylko że tamci zachowywali się dziwnie podejrzanie. No, ale ja już
idę. Dziewczynki na pewno się odnajdą.
- Czy my możemy tu zostać? - zapytał Pulpet z nadzieją w głosie.
- Oczywiście. Kładźcie się spać na moim łóżku.
- Ja pójdę z panem - zaproponował Marek.
- Sam nie zostanę! Nie zostanę! - zaryczał Pulpet, aż zadudniło echo.
- Wstydź się. Pulpet! W lesie zachowywałeś się dużo dzielniej.
- Nie - powiedział stanowczo malarz - obaj tutaj zostaniecie.
- No dobrze, ale odprowadzimy pana przed dom.
Pan Telesfor włożył płaszcz. W drzwiach przystanął i chwilę nadsłuchiwał. Z szopy
na podwórku rozlegało się głuche łomotanie.
- To ci złodzieje? - wyszeptał Marek.
- Hej tam! Cisza! - zawołał groźnie pan Telesfor.
- Proszę nas wypuścić! - dobiegło ich wołanie. - Dlaczego pan nas więzi?
- Ty - szepnął Marek do Pulpeta - przecież to jest głos… Bolka!
- Jakiego Bolka? - zdumiał się pan Telesfor.
Marek już biegł w stronę szopy.
- Bolek, to ty?
- Rety, Marek! Jasne, że ja! Otwórz tę piekielną zasuwę!
- Więc to nie są złodzieje?! - Pan Telesfor żywo zawrócił do sionki. Ze
zdenerwowania nie mógł sobie przypomnieć, gdzie położył klucz od szopy. Wreszcie
znalazł go w słoju po kiszonych ogórkach.
Marek i Pulpet nie mogli wyjść ze zdziwienia.
- Skąd wzięliście się tutaj? - zadudnił Bolek.

- To ja powinienem zapytać, co wy tutaj robicie! Przecież mieliście spać w naszych
łóżkach i pilnować Jarzynki.

- A więc to oni - denerwował się pan Telesfor nie mogąc trafić kluczem do dziurki.

Po chwili obaj więźniowie byli na wolności.

- Faktycznie, mieliśmy jej pilnować - mamrotał Olek ale my też chcieliśmy odszukać
Klementynę.

- To żadna zabawa! - rozzłościł się Marek. - Tutaj każdy miał swoje zadanie!

- Cicho! Proszę o spokój! - wołał pan Telesfor. - Idźcie do domu i tam sobie wszystko
dokładnie wyjaśniajcie. Was, chłopcy, przepraszam za pomyłkę. Kto jest głodny, niech
weźmie sobie coś do jedzenia, a kto śpiący - tu pan Knot spojrzał na małego Pulpeta -
pójdzie spać!

- Ja nie chcę spać! - wrzasnął Pulpet. - Już wolę zjeść trzecią kolację!

- Święta Petronelo! - jęknął malarz. Lubicie smażone rydze?

- Pewnie! - wrzasnęli wszyscy jak na komendę. No to musicie zaczekać, aż wrócę.
Jesteście zmęczeni. Marsz do domu! Połóżcie się, gdzie chcecie. W szafie są koce. I żeby
mi nikt nie wyszedł do lasu. Jasne?

- Jasne! - odkrzyknęli chórem.

Rozdział XI

w którym sierżant Brzęczek znajduje ślad

- Niedobrze, żeście musieli wrócić, Kluska - powiedział sierżant. - Ale dobrze, że
wam się nic nie stało!

- Tak jest! Nic się nie stało, tyle że się napracowałem przy tym zwalonym drzewie
jak jaki drwal!

- Bardzo dobrze, żeście usunęli tę przeszkodę, ale swoją drogą, kto się tu pchał autem
po nocy? Może zaczęli już poszukiwania? Niee, niemożliwe. Właściciel auta jechał
przecież do miasteczka!

Sierżant zasępił się. W jednej chwili jego czoło pokryło się gęstą siecią zmarszczek.
W takich wypadkach Tolek mawiał, że tatuś ma czoło jak… tarka do prania! Sierżant
westchnął. Dobrze, że Tolek śpi i nie słyszy tej półgłosem prowadzonej rozmowy. Wstał
od biurka i podszedł do okna. Pchnął okiennicę. Do pokoju pełnego niebieskiego
tytoniowego dymu wpadła fala ostrego powietrza. Po minionej burzy nie ma już śladu,
tylko od czasu do czasu słychać stuk spadających z drzew ostatnich deszczowych kropel.

Sierżant wychylił się przez okno i głęboko wciągnął w płuca świeże, kojące
powietrze.

Ciemne pnie sosen odcinały się od szaroperłowego koloru nieba. Jak gdyby nigdy
nic! Jak gdyby nie istniały wcale sprawy zamknięte klamrą burzliwej, czarnej nocy.

- Słuchajcie, Kluska, mam taki plan: do miasteczka jechać nie będziecie. Już na to za
późno. Trzeba zwerbować ludzi ze wsi. Przetrząśniemy las od szosy w kierunku Czarnych
Dębów aż do tego zagajnika koło leśniczówki.

- No dobra. Ten las nie jest wcale taki gęsty, ale małe dziecko może się w nim zgubić
jak igła w stogu siana. Sierżancie, a gdybyśmy tak wzięli waszego psa?

- Klopsa? Niee - roześmiał się sierżant Brzęczek - to nie jest pies! To jest baran!

- Jak to baran?

- No, nie dosłownie, ale ten pies nawet kota nie wyczuje. Sympatyczne psisko, ale
głupie. Tolek zupełnie nie umiał go wytresować. Ale, ale… dobrze, że sobie
przypomniałem - powiedział sierżant zapinając pas - muszę zostawi6 kartkę dla Tolka. On
bardzo nie lubi, kiedy wychodzę bez słowa.

Sierżant usiadł przy biurku i napisał coś na skrawku papieru. Potem po cichutku
otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju. Cicho tam było i ciemno. Na palcach, żeby nie
obudzić śpiącego syna, podszedł do stołu. Ale co to? Jakaś kartka? Spogląda na bielejące
w mroku łóżko i widzi… Tak! Łóżko Tolka jest puste!

Sierżant odrzucił zmiętą kołdrę. Nikogo. Jednym rzutem oka ogarnął cały pokój.
Ubrania i butów też nie ma, tylko tuż przy oknie leżą - w pośpiechu widać porzucone -
szare Tolkowe skarpetki. Sierżant podchodzi z kartką do lampy i czyta:

MELDUJĘ CI TATO, ŻE AKCJA „KLEMENTYNA” ROZPOCZĘTA IDĘ Z
KLOPSEM ON MA NOS JAK W SKOTLNDJARDZIE W RAZIE NIC WZMOCNIJ
PSIE POSIŁKI

CZEŚĆ ANATOL

- Do licha! - wyrywa się z ust sierżanta zupełnie nie służbowe przekleństwo. - Ja mu
pokażę Scotland Yard! Ja mu dam „akcję”! To dlatego tak latał na tę telewizyjną serię!
Niech się tylko pokaże w domu!

Sierżant w pasji zmiął wspaniały Tolkowy meldunek. Zacisnął pięści i wybiegł z
pokoju.

- Co się stało? - wrzasnął przerażony Kluska, widząc bladą twarz swego
zwierzchnika.

- Tolek zginął!

- Jak to: zginął? Gdzie zginął? W pokoju?

- Nie w pokoju! - rozzłościł się sierżant. - W lesie!

- Nic nie rozumiem! - kapral pokręcił głową. - On tez zginął w lesie? Razem z tą
dziewczynką czy jak?

- Nie razem, nie razem! - sierżant niecierpliwie wpychał rękę w szary rękaw
płaszcza. - Macie! Czytajcie!

Kapral Kluska z uwagą pochylił się nad kartką papieru.

- Fiuuu!! - gwizdnął przez zęby, ale zaraz urwał i niespokojnie zerknął na szefa. -
Popatrzcie no! Ale cwaniak! I kiedy to on wyszedł? W nocy?

- Chyba zaraz po tym telefonie. Za dużo czyta tych tam… kryminałów! Zaraz mu się
śnią różne Scotland Yardy! Tylko że nawet nie umie tego porządnie napisać. Co to znaczy:
„W razie nic”? Już ja go nauczę! No, idziemy. Kluska - sapał sierżant - naprzód do
Janiaków i Piechotow. Potem jeszcze do kilku chałup przy szosie.

Przechodząc koło budy Klopsa sierżant smutnie pokiwał głową. Teraz już wiedział,
gdzie jest pies. Cóż to za nieznośne dziecko z tego Tolka! Całe szczęście, że za parę dni
zaczyna się szkoła.

Szary świt. Niebo było czyste, bez jednej chmurki. Sierżant z kapralem maszerowali
szybko, od czasu do czasu przeskakując kałuże. Żaden z nich nie zwracał uwagi na
świeżość powietrza i pierwsze ptasie świergoty. Spieszyli się do szopy, która od dłuższego
czasu służyła jako garaż dla milicyjnego gazika.

- Dojedziemy do skrzyżowania - powiedział sierpni Brzęczek sadowiąc się obok
kierowcy. - Tam wysiądziemy…

- Znaczy do szosy?

- Właśnie.

- Ale dokąd poszedł Tolek? Jak myślicie? Chłopiec świetnie zna las…

- Sam niczego nie zdziała. To jasne. Chyba ze przypadek…

Motor zawarczał i gazik wyjechał z szopy na piaszczysty grunt. Zręcznie
manewrując kierownicą kapral wydostał się wreszcie na drogę.

- Szefie - Kluska nagle aż podskoczył na siedzeniu może coś będzie wiedział ten
zwariowany facet?

- Jaki facet?

- No, ten, który mieszka w leśniczówce! Ten, co maluje muchomory!

- Aha, malarz Knot! Zobaczymy!

- No, jesteśmy na miejscu - powiedział kapral Minując na skrzyżowaniu.

- To biegnijcie do Janiaka. Niech weźmie synów i zawiadomi innych. I do Piechoty.
Za piętnaście minut wszyscy mają się stawić w tym miejscu!

- Tak jest! - wrzasnął Kluska i pobiegł między opłotki.

Sierżant wyskoczył z gazika i przeszedł na drugą stronę szosy. Rozejrzał się dookoła.
W lesie panowała niezmącona cisza, przerywana jedynie z rzadka kwileniem leśnego
ptaka. Gęste, zielone paprocie przygniecione do ziemi siłą ulewy prostowały teraz swe
postrzępione liście. Niecierpliwie spoglądał na zegarek. Jak późno! Wszystko przez ten
pechowy wypadek Kluski.

Usłyszał dalekie głosy, nie bacząc więc na błoto zawrócił do drogi. Ktoś zaświecił
latarkę.

- Melduję pięciu ochotników - powiedział Kluska.

- Mało - zdenerwował się sierżant Brzęczek.

- Przyjdą jeszcze, tylko się grzebią w chałupach. Nikt nie lubi łazić po nocy.

- To kogo mamy szukać? - zapytał jeden z ochotników owijając się szczelniej kurtką.

- Kluska mówił, że dziecka… dziewczynki - odparł drugi zaspanym głosem.

- No już! Jazda w las! - zakomenderował sierżant Brzęczek.

- To jak idziemy?

- W kierunku zagajnika, ale dobrze przetrząsać krzaki…

- Zaraz nadejdzie reszta - powiedział zadyszany Janiak - to ja z nimi pójdę w lewo,
wy na prawo, tak tyralierą…

- Dobra. Spotykamy się koło leśniczówki. Gdybyście znaleźli dziecko, wracajcie z
nim do wsi, a do nas przyślijcie kogoś z wiadomością.

- Tak jest! No, to powodzenia!

- Ależ błoto! - westchnął Brzęczek i ruszył naprzód.

- Ja i tak jestem upaprany! - roześmiał się kapral na wspomnienie swojej nocnej
kąpieli w rowie.

Maszerowali rozglądając się bacznie na boki. Las gęstniał. Tu i ówdzie widać było
zniszczenia spowodowane burzą. Z drzew zwisały połamane gałęzie, pień ogromnego

dębu rozdarty był na dwoje uderzeniem piorunu. Dalej, na prawo, w poprzek ścieżki
leżała przewrócona sosna ukazując splątaną sieć powyrywanych korzeni.

- Do licha! - syknął kapral potknąwszy się o korzeń. - A co to takiego? - zapytał
zatrzymując się po chwili i z niepokojem patrząc na zwierzchnika, który wytrzeszczywszy
oczy zadzierał głowę do góry.

- Spójrzcie! Tam. Tam na lewo, na gałęzi…

- Coś czerwonego! Co to może być?

Sierżant biegł już nie zważając na grząski grunt.

- To jest chustka - wołał - damska chustka na głowę!

- No, dobra - mruknął Kluska - ale dlaczego taka wielka?

- Dziecko pewnie ktoś znalazł - powiedział sierżant zdejmując patykiem z gałęzi
czerwoną szmatkę.

- Skąd wiecie? - denerwował się Kluska.

- A skąd by się wzięła ta chustka na takiej wysokości? Co? Nie inaczej, tylko ktoś
niósł dziecko na barana!

- Jak to? Nie rozumiem?

- Proste. Ktoś znalazł lub porwał dziewczynkę i szedł niosąc ją na barana. Tym
sposobem głowa dziewczynki mogła znaleźć się na tej wysokości! Chustka, która miała na
głowie, zaplątała się w zwisające gałęzie i… została na drzewie.

- Ale spójrzcie, jaka ona jest wielka! To nie może być chusteczka dziecinna! Dziecko
musiałoby mieć głowę jak… jak młyńskie koło! - kapral obracał w palcach czerwony
materiał.

- Tak. Macie rację. Coś w tym jest niejasnego… - sierżant pilnie badał trawę wokół
drzewa. - Kluska, spójrzcie tutaj!

- Gdzie, obywatelu sierżancie?

- No, tu! Tu na ziemi, widzicie?

- O rety! - wyjąkał kapral wpatrując się szeroko otwartymi oczyma w gliniasty,
podmokły grunt. To… to… co to jest?

- Ślady, Kluska! Ślady! Tylko że jakieś bardzo dziwne ślady!

- Faktycznie! - kapral przykucnął i pochylił nisko głowę. Na mokrej ziemi widniały
głęboko odciśnięte olbrzymie ślady czyichś nóg.

- Może to yeti! - zaśmiał się sierżant.

- Że co? - zapytał zdumiony jeden z chłopów.

- Ten śnieżny człowiek, o którym wciąż piszą gazety.

- Eee, co też obywatel sierżant opowiada - oburzył się Kluska. - Kto to widział
mówić takie rzeczy! Ale rzeczywiście, czyje to są ślady?

Sierżant rozchylił gałęzie i ruszył naprzód przyświecając latarką. Tuż za nim sunął
kapral. Obaj bacznie wpatrywali się we wgłębienia, które omijając gęstwinę prowadziły
prosto lewym brzegiem ścieżki.

Od czasu do czasu ślady znikały na twardszym podłożu i ukazywały się ponownie w
błotnistej ziemi i zgniecionej trawie. Dziwnym śladom towarzyszyły połamane gałęzie i
krzaki.

- Obywatelu sierżancie - szepnął w pewnym momencie Kluska - tu widać wyraźnie
cztery nogi!

- Macie coś? - zapytał jeden z wiejskich chłopców, który przedarł się do nich z lewej
strony.

- Coś tu jest. Jakieś ślady. Nigdy nie widziałem takich - odparł Piechota drapiąc się w
głowę - fakt. Krowa nie, koń też nie…

- Ale i nie ludzkie! - stwierdził autorytatywnie Kluska.

Na drzewie cichutko zakwilił ptak. Wszyscy unieśli głowy.

- To my idziemy dalej - powiedział Piechota i ruszył na prawo.

- Hej! Hej tam! - dobiegło ich z oddali czyjeś wołanie. - Hej! Zaczekajcie!!!!

- No dobra, dobra, nie wrzeszcz tak! - odkrzyknął któryś z chłopów. - To mały
Pawlicki.

Chłopiec wpadł zadyszany i chwycił sierżanta za rękaw munduru.

- No co? Co się stało?

- Kazali biec tutaj - dyszał z wysiłku. - Klockowa przyleciała na posterunek, bo
znalazła dziecko…

- Gdzie znalazła? - ucieszył się kapral.

- Pod pierzyną!

- Ty się tu nie wygłupiaj! - mruknął stary chłop potrząsając pięścią.

- Ja nie wiem. Tak mówiła Klockowa, kazali mi tu do was galopem…

- Dobrze - mruknął Brzęczek - wracamy!

Milcząc doszli do szosy. Dniało. Na horyzoncie różowym blaskiem wstawało słońce.
Wsiedli do samochodu zabierając chłopaka. Kapral zapuścił motor i sprawnie zawrócił w
stronę posterunku. Sierżant rozpiął płaszcz. Robiło się ciepło. Wilgotna ziemia
gwałtownie parowała pod wpływem pierwszych promieni słonecznych. Dojeżdżali na
miejsce.

- Panie Brzęczek! Niech pan zaczeka!

Sierżant odwrócił się i zobaczył grubą Klockową z domku na skraju wsi, która
śmiesznie podrygując ciągnęła za rękę jakąś malutką dziewczynkę w czerwonej sukience.
Widok był zaiste zabawny, bo pani Klockowa, zwana przez letników Śmietanową,
widocznie w pośpiechu zapomniała upiąć w kok siwych włosów, które sterczały teraz na

boki w postaci dwóch warkoczyków przypominających raczej mysie ogonki.

- Panie Brzęczek, to jest… obywatelu sierżancie… - sapała - zobaczcie no tylko, co
znalazłam w domu… - Klockowa pulchną dłonią wskazała na malutką, która z
przerażeniem w ogromnych oczach spoglądała na dwóch umundurowanych
przedstawicieli władzy.

- Gdzieście ją znaleźli?!

- Przeciem mówiła, że u siebie w domu. W łóżku…

- W łóżku? - zdumiał się Kluska. - W waszym łóżku?

Kaprala aż zatkało. Ba! Nie tak znowu często znajduje się obce dzieci we własnym
łóżku!

- Nie! W pokoju, com go odnajęła letnikom! Wchodzę rano, bo tak jakbym słyszała
czyjś płacz… i oczom nie wierzę! W łóżku Asi siedzi to biedactwo i łzy mu ciekną, jak
jaki groch, po policzkach! A moich dziecisków… ani śladu! Nicem nie mogła od niej
wydusić! Siedzi tylko i patrzy tymi swoimi slipkami.. Pytam: gdzie Asia, Marek, i ten
malutki. Gdzie tam! Płacze tylko… Mojeż ty biedactwo… - rozczuliła się Klockowa
ocierając podejrzanie wilgotne oczy. - Widać zabłądziła i trafiła do mnie…

- Ale jak? Jak weszła? - denerwował się sierżant.

Kluska podszedł bliżej i przykucnął przed dzieckiem, które patrzyło błękitnymi jak
niebo oczkami.

- No, maleńka, powiedz, kto ty jesteś?

Dziewczynka wyszeptała i włożyła do ust brudny paluszek.

- Ale jak się nazywasz?

- Jarzynka.

- Dziwne imię - zastanowił się sierżant - może to jest nasza zguba! Ale ta
dziewczynka, która zginęła w lesie, nazywała się przecież inaczej! I skąd by się wzięła w
cudzym domu, w łóżku?

- Ja też nie rozumiem - poparł szefa kapral.

- No, ale to nie jest tutejsze dziecko - potrząsnęła warkoczykami Klockowa. -
Tutejsze, letniskowe, to ja znam wszystkie. Noszę im śmietanę i jajka, to wiem, gdzie kto
mieszka. Wszystkie wisusy znam. Ale takiej tutaj nie było.

- W każdym razie - powiedział sierżant - należy zameldować znalezienie dziecka
niezależnie od tego, czy to jest ta, czy inna dziewczynka. Chodźcie do mnie, kapralu,
spróbujemy jeszcze raz połączyć się telefonicznie, bo nie zdążyłem wam powiedzieć, ze
ten piekielny telefon jeszcze się odzywał, kiedy byliście w drodze. Może już naprawili. A
wy - dodał patrząc na Klockową weźcie na razie małą do siebie, nakarmcie, umyjcie…
My później przyjedziemy po nią.

- Ano - roześmiała się kobieta - brudne to, że rzepę można siać! Ale… gdzie są moje
dzieci? Przecie nigdy tak rano nie wychodzili z domu. Nawet na grzyby nie chciało im się
wstawać. I co ja teraz powiem rodzicom?

- Może się schowali? Może to jakiś głupi kawał?
Klockowa pochyliła się i wzięła małą na ręce. Jarzynka przytuliła się do niej i
szeroko ziewnęła.
- Biedna maleńka - powiedział kapral - ale nie nazywa się Klementyna!
- Faktycznie. Przez telefon wyraźnie i kilkakrotnie podano: Klementyna. A ta jakoś
tak dziwnie się nazywa. Jarzynka… Czego też ci rodzice nie wymyślą!

* * *

Telefon dalej milczał.
- Piekło i sztuczna noga! - denerwował się sierżant, bo chciał jak najprędzej
zawiadomić posterunek. - Jedziemy. Mam nadzieję, że w miasteczku wreszcie wszystko
się wyjaśni.
- Czy odwołać tych z lasu?
- Chyba nie. Bo jeśli to nie ta dziewczynka?
- Zobaczymy.
Kapral znów sadowił się za kierownicą ubłoconego gazika.
Sierżant sięgnął do kieszeni munduru i wyjął schowaną tam czerwoną chustkę, którą
przynieśli z lasu.
- Ciekawe, czy ta mała ma z tym coś wspólnego?
- Myślicie? - zapytał Kluska zatrzymując się przed furtką domu Klockowej.
- Niewykluczone. Ale może to być całkiem mylny trop.

Rozdział XII

w którym znajdujemy wreszcie Klementynę i…

Pan Ignacy Prokop siedział nad przydrożnym rowem obejmując rękoma głowę w
geście absolutnej bezsilności. Przyczyna jego nieustannych zmartwień - samochód-
koszmar stał spokojnie na środku drogi zabłocony, nieruchomy, błyskający gdzieniegdzie
czerwonym lakierem, i zdawał się kpić z rozpaczy swego właściciela. I co tu dużo mówić,
już nawet… nie kichał!

Po prostu w pewnym momencie stanął i mimo rozpaczliwych wysiłków reportera nie
chciał ruszyć z miejsca. Zupełnie tak, jak gdyby samochód nie był martwym przedmiotem
posłusznym woli człowieka, lecz żył swoim prywatnym życiem ze swymi humorami i
złośliwością.

Bo czerwony samochód był złośliwy! Jechał przecież jako tako w czasie nocnej
burzy, bez protestów dał się wyprowadzić z miasteczka, był już tuż, tuż koło zbawiennej
leśniczówki pana Telesfora i nagle stanął!

Pan Ignacy potarł zarośnięty podbródek. Wizja Telesfora jedzącego śniadanie była
nie do zniesienia!

- Do stu piorunów! - huknął, uderzając się boleśnie pięścią w kolano. - Do stu
piorunów! Przysięgam, że jak tylko wrócę, oddam go na złom! - syczał wpatrując się
nienawistnym spojrzeniem w czerwoną maskę.

Czuł się coraz bardziej zmęczony tą podróżą w nieznane. No cóż, nie ma się w końcu
czemu dziwić! Noc, która szczęśliwie minęła, nie należała wcale do przyjemnych. I na
dodatek przespał taki ważny moment - odjazd ciężarówki na poszukiwanie dziecka. Pan
Ignacy wciągnął na siebie marynarkę. Była jeszcze wilgotna. Rozpięty parasol również
suszył się w pierwszych, nieśmiałych promieniach wschodzącego słońca. Dzień
zapowiadał się ciepły i pogodny. Ptaki uciszone burzą i ciemnością nocy budziły się
właśnie ze snu z cichym ćwierkaniem. Z gałęzi starych dębów i buków skapywały jeszcze
pojedyncze krople wody pobłyskując wesoło w słońcu. I byłoby właściwie bardzo pięknie
na tej cichej i zagubionej leśnej drodze, gdyby nie… no, właśnie, gdyby nie samochód!

- Co robić? - zadawał sobie pan Ignacy po raz setny to samo pytanie, na które ani on
sam, ani nikt inny nie mógł przecież dać żadnej sensownej odpowiedzi. Wreszcie wstał z
trawy, otrzepał wymięte i jeszcze wilgotne spodnie, zamknął parasol i wolnym krokiem
zbliżył się do czerwonego straszydła.

- No, pojedź! - przemówił czule, sadowiąc się za kierownicą. - No, pojedź jeszcze
kawałek, a potem możesz już nigdy więcej nie ruszyć z miejsca!

Ba, gdyby pan Ignacy wiedział, na co się naraża przemawiając w ten sposób do
złośliwego pojazdu!

Lecz co to? Znów stał się jakiś cud na środku leśnej drogi, bo naciśnięty starter
zabulgotał, warknął jak bardzo zły pies i samochód ruszył tak nagle, że pan Ignacy ledwo
zdołał skręcić w prawo, omijając ostrym łukiem gruby pień przydrożnego drzewa.

- Wariat! - mruknął poprawiając się na siedzeniu. - Absolutny wariat!

Oczywiście ten niezbyt miły epitet odnosił się wyłącznie do pojazdu, który swoim
rzeczywiście szalonym zachowaniem mógł doprowadzić do ostateczności każdego, nawet
o wiele mniej nerwowego właściciela.

Droga, którą jechał teraz pan Ignacy, prowadziła w głąb coraz gęstszego lasu. Po obu
stronach zieleniły się malutkie świerczki, których gęste, szpilkowe szczoteczki
pobłyskiwały kropelkami rosy.

„Chyba już gdzieś tutaj powinienem skręcić” pomyślał pan Ignacy zmniejszając
szybkość. Droga jakby się poszerzyła i las rozstąpił się otwierając perspektywę rzadkiego
zagajnika, całego liliowego od zakwitających właśnie wrzosów. Widok był tak piękny, że
reporter już, już chciał zatrzymać samochód, aby w ciszy napawać się pięknością
jesiennego kolorytu, gdy nagle przypomniał sobie o złośliwym charakterze pojazdu, w
którym się znajdował. „Może znowu nie zechce ruszyć z miejsca!” - pomyślał i podwoił
szybkość. Teraz las znów otoczył go dookoła i drzewa zwarły się nad nim, przysłaniając
poranny błękit nieba. Jechał tak szybko, że dopiero w ostatniej chwili spostrzegł, że coś
jest tutaj, w tej leśnej głuszy, absolutnie niezrozumiałe i nie na miejscu.

Albowiem na wąskiej drodze, wilgotnej od nocnego deszczu, stał… słoń.

No tak, to był prawdziwy słoń, szary i ogromny jak cały świat, z wielkimi uszami,
którymi poruszał miarowo w przód i w tył, i znów w przód…

Pan Ignacy, który ledwie zdołał zahamować tuż przed jego tylnymi, grubymi jak
słupy nogami, patrzył ze zdumieniem na zwały burej skóry i maleńki ogonek, którym
wielkie zwierzę poruszało wesolutko. Słoń stał na ścieżce, tyłem do pana Ignacego, i
widocznie wcale nie miał zamiaru pójść sobie dalej. Wyglądało to tak, jakby stał tu już od
wieków, w tym dziwnym lesie, i jak gdyby to nieruchome stanie sprawiało mu szczególną
przyjemność.

Pan Ignacy zupełnie stracił głową. Co robi w lesie słoń? Przecież jest chyba
przytomnym człowiekiem i to, co widzi przed sobą, nie jest jakimś dziwnym snem! Panu
Ignacemu śniły się czasami różne dziwne i straszne rzeczy ze stadami białych baranów na
czele, ale słoń? Nie, słoń nigdy! Zresztą zwierzę istniało naprawdę. Ruszało uszami i
ogonem, a teraz nawet… podniosło trąbę i zerwało gałązkę z akacji.

- Trzeba go jakoś spłoszyć, zepchnąć z tej wąskiej drogi, bo inaczej będę tu stał tak
długo, jak długo on będzie miał na to ochotę!

Nie namyślając się wiele, pan Ignacy nacisnął klakson i nagle cały las przeszył ostry,
buczący dźwięk. Słoń drgnął, poruszył niespokojnie uszami, potem odwrócił głowę do
tyłu, zmrużył maleńkie oczka ukryte w grubych fałdach skóry, cofnął się o krok i nagle,
zupełnie niespodziewanie… usiadł całym ciężarem swego słoniowego ciała na masce
czerwonego samochodu!

Tego już było za wiele jak na słabe nerwy pana Ignacego! Na zgrzyt zgniatanej maski
pan Ignacy naprzód mocno zamknął oczy, potem je szeroko otworzył, ale widok słonia
siedzącego wygodnie na masce - nie zniknął. Wręcz przeciwnie! Słoń, któremu zgniecione
żelastwo nie wyrządziło żadnej krzywdy, obrócił ku niemu głowę i jak gdyby na coś
czekał! W jego malutkich oczkach czaiło się ni to zdziwienie, ni to pytanie…

Pan Ignacy chwycił się dłońmi za głowę i głośno jęknął. No tak, widok był zaiste
przedziwny: czerwony samochód, a raczej jego szczątki, i wspaniały szary słoń, który
przyjaźnie machał uszami…

W tej samej chwili na leśnej drodze ukazał się milicyjny gazik, który z piskiem opon
zatrzymał się tuż przed czerwono-szarą przeszkodą.

- Klementyna! - pisnęła Jarzynka i wyskoczywszy z samochodu rzuciła się pędem w
kierunku słonia.

- Ostrożnie! - zawołał kapral Kluska wyciągając z trudem swoje długie nogi z gazika.

- Oto i tajemnicza Klementyna! - wybuchnął śmiechem sierżant Brzęczek, aż mu łzy
stanęły w oczach.

Tymczasem malutka Jarzynka przypadła do słonia i wspiąwszy się na paluszki
całowała go, radośnie szepcząc:

- Klementyna, moja Klementyna!

Słoń powstał ostrożnie i podniósłszy głowę w górę, zaryczał radośnie, aż echo poszło
po lesie. Następnie schylił się, opasał dziewczynkę trąbą i z precyzją godną
najwspanialszej tresury cyrkowej posadził ją sobie na grzbiecie.

Kapral Kluska stał obok samochodu i osłupiałym wzrokiem spoglądał na
pogruchotaną maskę.

- Panie, panie… - szeptał pan Ignacy szarpiąc kaprala za rękaw co tu się właściwie
dzieje? Mój samochód…

I rzeczywiście. Samochód pana Ignacego przedstawiał sobą to, co nazywa się
zazwyczaj obrazem nędzy i rozpaczy. Właściwie wcale nie istniał, a raczej nie istniała
jego przednia połowa. Sierżant Brzęczek wysiadł wreszcie z milicyjnego gazika i z uwagą
przyglądał się czerwonym szczątkom.

- No, tego nie rozumiem wcale… - szeptał obchodząc samochód dookoła w
towarzystwie kompletnie osłupiałego reportera. Nie rozumiem, dlaczego on to zrobił.

Pan Ignacy jak gdyby odzyskiwał spokój. Po pierwszym wstrząsie nastąpiła właściwa
reakcja i nagle, ku zdumieniu wszystkich obecnych, pan Ignacy przysiadł na prętach i
ryknął wspaniałym, zdrowym śmiechem!

- Och, przecież to był kompletny gruchot! - rechotał. - Powiedziałem mu niedawno,
że jeśli pojedzie jeszcze kawałek, to już może nigdy więcej nie ruszyć z miejsca!

- Komu pan to powiedział? - dopytywał się niespokojnie kapral Kluska.

- No jemu… samochodowi… - rżał pan Ignacy, aż mu ze śmiechu trzęsły się
policzki.

- Patrz! Rety! Co się tu dzieje? - usłyszeli nagle czyjś zdumiony okrzyk i wszyscy jak
na komendę odwrócili się do tyłu.

Spomiędzy drzew wyszli na drogę Tolek z Asią. Za nimi wyskoczył zziajany Klops,
który na widok słonia wrył się wszystkimi czterema łapami w ziemię.

- Tolek! Skąd się tu wziąłeś? Strasznie się o ciebie martwiłem! - zawołał sierżant
gładząc jego potarganą czuprynę.

- Tato, to jest Asia, ja ją znalazłem w lesie i myślałem, że to jest Klementyna… no, ta
dziewczynka, której miałeś szukać… - wyjaśniał chaotycznie.

- To jest Klementyna! - powiedział sierżant wskazując na słonia.

- To ma być Klementyna?! - wrzasnęli równocześnie Asia i Tolek patrząc na siebie w
zdumieniu. - Ale przecież zginęło dziecko, dziewczynka…

- Wszystko się strasznie pomieszało mruczał sierżant. - Ale dobrze się skończyło.
Nasza zguba siedzi właśnie na grzbiecie… Klementyny!

- Przecież to jest Jarzynka - odparła Asia machając rękoma - no, ta dziewczynka,
którą znaleźliśmy wczoraj! Ona mówiła, że zgubiła w lesie Klementynę, więc my…

- Więc wy myśleliście, że to druga dziewczynka, tak?

- No tak - wyszeptała Asia pocierając brudny czubek nosa.

- I poszliście jej szukać w nocy do lasu - mruknął kapral Kluska.

- Tak. Razem z Markiem i Pulpetem.

- A gdzie oni są? - zapytał z niepokojeni sierżant.

- Zgubili się w czasie burzy - odparł Tolek.

- Może poszli do leśniczówki? - powiedział głośno pan Ignacy. - Właśnie tam
jechałem, kiedy…

- To jest myśl! - wykrzyknął kapral. - Pojadę tam, a po drodze odwołam ludzi…

- Tak. Niech wracają do wsi. Wstali przecież przed świtem…

- Niech pan powie mojemu przyjacielowi Telesforowi, że nie mogę do niego
dojechać, bo…

- Bo słoń usiadł panu na samochodzie! - roześmiał się głośno sierżant Brzęczek.

- Tak, i chyba dobrze zrobił! Samochód był już do niczego! - terkotał szybko pan
Ignacy wymachując rękoma jak wiatrak.

- Ale dlaczego? Dlaczego usiadł? - dopytywali się chórem Asia i Tolek patrząc z
niemym podziwem na wielkiego słonia, który zdjąwszy ostrożnie z grzbietu małą
Jarzynkę ustawił ją delikatnie na ziemi.

- Tego właśnie nie wiemy - odparł sierżant.

- Czy pan wie, kim ona jest? - zagadnęła Asia wskazując na Jarzynkę.

- Jest córeczką dyrektora cyrku…

- Cyrku? - zdumiał się Tolek.

- Jakiego cyrku? - zapytała Asia.

- Do miasteczka przyjechał cyrk na gościnne występy. Jarzynka występuje razem ze
swoja partnerką… Klementyną.

- Ach, gdybym był nie pojechał do miasteczka! - jęknął pan Ignacy. - Może
znalazłbym tego słonia wcześniej i ludzie nie musieliby całą noc buszować po lesie…
Teraz mogę to tylko opisać!

- I właśnie wczoraj wieczorem - ciągnął sierżant - na jednym z postojów, niedaleko
Aniołkowa, Klementyna poszła niepostrzeżenie w głąb lasu. Za nią pobiegła Jarzynka.
Potem obie się zgubiły. Zespół cyrkowy nie znając terenu wolał zgłosić to na milicji. Nie
wiedzieli tylko, że bliżej było na posterunek do Aniołkowa!

- A myśmy myśleli, że to były dwie dziewczynki! - roześmiała się Asia błyskając
białymi zębami w okropnie umorusanej twarzy.

- Ja też nie wiedziałem, kogo właściwie szukam - przyznał się sierżant siadając na
pieńku. - Dopiero jak Klockowa przyprowadziła tę małą, twierdząc, że znalazła ją u siebie
w domu zamiast dzieci pozostawionych pod jej opieką…

- Klockowa? - roześmiała się Asia. - My ją nazywamy Śmietanową! Ale musiała
mieć minę, co?

- Istotnie! - sierżant chciał spojrzeć surowo na dziewczynkę, ale natychmiast głośno
się roześmiał. Asia była tak umorusana i brudna po wyjściu z dziupli i noclegu w szałasie,
że na jej widok każdy musiał się roześmiać. - Istotnie - powtórzył sierżant. - Ale czy
pomyśleliście chociaż przez chwilę, jak bardzo będą się wszyscy o was niepokoić?

- No, zostawiliśmy przecież na straży Bolka i Olka! - mruknęła Asia czując, że
rzeczywiście to nie było tak całkiem w porządku. - Mieli pilnować Jarzynki…

- Oni też sobie poszli i mnie zostawili! - pisnęła Jarzynka tuląc się do grubej,
słoniowej nogi.

- Dokąd poszli? - wykrzyknęli jednocześnie Asia i sierżant.

- No, do lasu… szukać jej… - powiedziało dziecko wskazując na słonia.

- Tego już za wiele! - sierżant złapał się za głowę. - Zamiast jednego dziecka muszę
teraz szukać… czworga!

- To ja pójdę! - poderwał się Tolek. Na ten okrzyk przyczajony dotąd Klops zastrzygł
uszami.

- Nigdzie nie pójdziesz! wrzasnął sierżant. - I tak się dosyć o ciebie namartwiłem!

- Przecież ci zostawiłem meldunek… - oburzył się Tolek.

- I ty to nazywasz meldunkiem? - nasrożył się sierżant. - Na dodatek „Scotland Yard”
napisałeś błędnie! I w ogóle co to miało znaczyć: „W razie nic wzmocnij psie posiłki”?
przedrzeźniał go nielitościwie.

Tolek spuścił głowę. Było mu bardzo wstyd za te błędy, których jakoś zupełnie nie
mógł sobie przypomnieć. Ale jeszcze bardziej wstydził się, że ojciec powiedział to przy
Asi…

- No, już dobrze - powiedział sierżant patrząc spod oka na opuszczoną Tolkową
głowę. Na pewno wyrośniesz na znakomitego wywiadowcę!

- Ale ją znalazłem! - przypomniał Tolek wskazując na Asię.

- Ale co będzie z Markiem i Pulpetem? - martwiła się dziewczynka.

- Znajdziemy ich wszystkich! - obiecał sierżant podnosząc się z pieńka.

Z daleka słychać było warkot nadjeżdżającego samochodu.

- Na pewno wraca kapral - ożywił się pan Ignacy pospiesznie wstając.

Warkot samochodu zbliżał się i potężniał. Gazik ukazał się na zakręcie, a w nim… no
tak! Pan Telesfor, Marek, Bolek, Olek i mały Pulpet, który wrzeszczał już z daleka na
widok słonia.

- O rety! Ale piękny Trąbalski!

Gazik przyhamował na skraju drogi i wszystkie dzieci wysypały się z niego jak
gruszki z koszyka.

- Asia! Myślałem, że zginęłaś!

- Pulpet, biedaku, bardzo się bałeś?

- Ttto było wspaniałe - paplał Pulpet zbliżając się ostrożnie do słonia. - Cały czas
ratowałem Marka, a o mały włos nie zjadł nas wilk!

- Wilk? Jaki wilk? - dopytywał się Tolek. - Tu przecież nie ma wilków!

- Słoni też nie było, a jest - obruszył się malec wytrzeszczając oczy na widok
olbrzymich, słoniowych uszu.

- Kapral nam powiedział, kto to jest Klementyna - mówił Marek. - Ale to ci heca!

- A ja wam mówię, że tu nie ma wilków - upierał się Tolek drapiąc za uchem
poczciwego Klopsa, który cicho warczał na słonia, ale na wszelki wypadek trzymał się od
niego z daleka.

- Jeśli ich nie ma, to czyje oczy tam świeciły?

- Gdzie? - zapytał Tolek.

- No tam, nad naszą dziurą, do której wpadliśmy!

- Już wiem - pokiwał głową Tolek - to był… Klops!

- Klops? Z czym klops? - dziwił się Marek.

- No, ten pies - roześmiał się Tolek. - Uciekł mi w lesie i na pewno właśnie wtedy
zawędrował nad waszą dziurę! Byliśmy tam potem, ale nikogo już nie było, Asia myślała
nawet, że to jest niedźwiedzi schowek!

- Asia, dlaczego ty jesteś taka brudna?

- Bo ona siedziała w dziupli i tam było strasznie dużo próchna, i jak ją zobaczyłem,
to ona cała świeciła - wyjaśniał Tolek.

- Świeciła? - Bolek nie zrozumiał.

- No tak, przecież próchno świeci w nocy. Co, ty nie wiesz? - wzruszył ramionami
Olek i podszedł do pana Telesfora, który z panem Ignacym żywo o czymś rozprawiał przy
szczątkach samochodu.

- Zupełnie nie mogę tego zrozumieć - mówił Telesfor. - Całkiem zniszczył ci
samochód!

- To mała strata! - odparł pan Ignacy wzruszając ramionami. - Za to jaki wspaniały
napiszę reportaż!

- O nas pan też napisze? - zainteresował się Bolek. Wiedział już, że nici z
wymarzonego medalu, ale jeśli jego nazwisko znajdzie się w prasie, to i tak będzie
bohaterem! Przynajmniej jeśli chodzi o szkolnych kolegów!

- I o was, i o nim - powiedział pan Prokop wskazując na słonia, który najspokojniej
objadał liście akacji.

- Chyba o niej, o Klementynie - poprawiła go Asia.

- To nie jest słoń, tylko słoniowa - poważnie sprostował Marek.

- No tak, przecież to była… „Akcja Klementyna”!

- Koniec z akcją powiedział sierżant. Czy są jeszcze jakieś dzieci do odszukania?

- Nie! - wrzasnęli chórem.

- Całe szczęście - mruknął pan Telesfor pod nosem. Wielogodzinne błądzenie po lesie
dało mu się porządnie we znaki.

Z oddali znów doleciał warkot samochodu. Tym razem z przeciwnej strony. Wszyscy
poderwali się z miejsc, zaciekawieni, kto nadjeżdża.

- Mam nadzieję, że to oni - mruknął sierżant do kaprala Kluski - z posterunku!

Zza drzew wyłonił się mały, zielony samochodzik. Wyskoczył z niego tęgi pan w
trykotowej koszulce w paski. Za nim sierżant Wąsik z kapralem Gębalą.

- Tatuś! - zapiszczała Jarzynka i rzuciła się pędem w stronę samochodu.

- Moja córeczka! Znalazła się! - wykrzyknął przybyły porywając małą na ręce.

Czterej milicjanci spojrzeli po sobie i odetchnęli z ulgą.

- Odwołajcie ludzi - powiedział sierżant Wąsik do kaprala Gębali, ocierając pot z
czoła. - Przez całą noc trwały poszukiwania…

- My też przetrząsaliśmy las, ale widocznie dzieci były już wtedy w leśniczówce…

- A my w szałasie! - przerwał Tolek.

Teraz wszyscy podeszli do samochodu. Klementyna widocznie poznała głos swego
pana, bo nagle zatrąbiła radośnie, aż umilkły leśne ptaki.

- Jestem Henryk Jarzyna, dyrektor cyrku - powiedział gruby pan wyciągając do
sierżanta Brzęczka rękę wielką jak bochenek chleba. - Dziękuję z całego serca za pomoc
przy poszukiwaniu małej.

- Niewiele mogliśmy zdziałać - tłumaczył sierżant Wąsik - burza nam przeszkodziła.
Nie wiem nawet - zwrócił się do kolegów z Aniołkowa - czy zrozumieliście cokolwiek z
tej naszej rozmowy telefonicznej. Dopiero teraz naprawiają kabel.

- Piekielna burza! - warknął kapral Kluska. - Nic nie było słychać. Tylko imię:

Klementyna…

- Ty - szepnął Olek do Bolka - teraz rozumiem, jakie to przedpotopowe zwierzę
widziałem przez moment w lesie!

- No, wtedy kiedy siedzieliśmy na drzewie! Ale heca!

- To był ten słoń? - uśmiechnął się reporter pilnie notując.

- W lesie - powiedział sierżant Brzęczek - znaleźliśmy wysoko na drzewie czerwoną
chustkę i ślady… bardzo dziwne, olbrzymie ślady…

- Myśleliśmy, że to yeti - roześmiał się kapral.

- Chustkę zgubiła oczywiście Klementyna - tłumaczył pan Jarzyna. - W czasie
przedstawienia i prób nosi ją na głowie. Musiała zaczepić o gałąź!

- I faktycznie ma głowę jak młyńskie koło! - dziwił się Kluska oglądając słonia.

- Najważniejsze, że Marysia się znalazła! - cieszył się pan dyrektor.

- Jaka Marysia? - zapytały chórem dzieci. - Przecież ona mówiła, że nazywa się
Jarzynka!

- Tak ją nazywają w cyrku! - roześmiał się dyrektor. - To pochodzi od nazwiska
Jarzyna… Ale co widzę! - wykrzyknął spoglądając na rozbity samochód. - To na pewno
sprawka Klementyny!

- Ale dlaczego? Może pan wie, dlaczego ona to zrobiła? - dopytywał się pan Ignacy.

Pan Jarzyna westchnął głośno i pokiwał głową.

- Wiem - powiedział - to całkiem proste. Klementyna ma w naszym programie
cyrkowym swój specjalny numer…

- Numer? - zdziwił się Pulpet.

- To się tak nazywa - tłumaczył dyrektor - jest to jeden z kolejnych występów. Otóż
na zakończenie, gdy słoń stawia już Marysię na ziemi, wyjeżdża zza kulis specjalnie
skonstruowane czerwone auto…

- Rozumiem - szepnął pan Ignacy notując coś na kartce.

- I kiedy naciśnie się klakson, słoń na ten dźwięk siada na samochód i odjeżdża nim
za kulisy.

- A ja właśnie nacisnąłem klakson, chcąc go wyminąć! - roześmiał się reporter.

- No i słoń zobaczył czerwone auto… - rechotał kapral klepiąc się po kolanie.

- Więc usiadł! - wybuchnęły śmiechem dzieci.

- A to ci heca! - Bolek z radości tupał nogami.

- Chętnie pokryję koszty naprawy pańskiego wozu - powiedział elegancko pan
Jarzyna.

- Za nic na świecie! - wykrzyknął pan Ignacy wymachując parasolem. - Ten
samochód zrujnował mi zdrowie i nerwy!

- W takim razie zapraszam serdecznie wszystkich tu obecnych wieczorem do cyrku
na przedstawienie!

- Świetnie! Brawo! Fajnie! - pokrzykiwały dzieci.

- Zawieziemy was do miasteczka - powiedział sierżant Brzeczek gładząc po głowie
Pulpeta.

- Szkoda, że to już koniec wakacji! - zmartwił się nagle Bolek.

- I znów zacznie się szkoła! - westchnął Olek.

- Ale mieliście swoją wielką przygodę - odparł Telesfor Knot ssąc wygasłą fajkę.

- I swoją wielką akcję - dorzucił sierżant Brzęczek uśmiechając się
porozumiewawczo do Tolka.

- A teraz zapraszam wszystkich do mojej leśniczówki na smażone rydze - powiedział
pan Telesfor biorąc pod ramię reportera. - Możemy przejść spacerkiem przez las.

- I zrobisz wspaniałą jajecznicę - rozmarzył się Ignacy, czując, że mu kiszki grają
marsza. Dzieci ochoczo ruszyły ścieżką. Za nimi szli dorośli, a na końcu Klementyna z
uszczęśliwioną Marysią - Jarzynką na grzbiecie. Oba samochody pozostały na drodze, aby
potem, po śniadaniu, odholować do miasteczka mizerne szczątki trzeciego.

- Asia - zapytał Pulpet oglądając się na słonia - czy… czy chciałabyś mieć takie
duuuuuże uszy jak Klementyna?

- Chciałabym - roześmiała się dziewczynka - bo bym wszystko świetnie słyszała…

- A ja bym nie chciał - oświadczył poważnie Pulpet - bo musiałbym je strasznie długo
myć!


Click to View FlipBook Version