Hanna Ożogowska
Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek
Warszawa 1961
Ilustrował Zbigniew Piotrowski
Rozdział 1.
Inaczej tu dzisiaj niż zwykle, obco i nawet niepokojąco. Zamiast codziennego, przyjemnego ładu
panuje wyraźny rozgardiasz. Wazon ze stołu powędrował na podłogę pod oknem, serwetkę niedbale
zarzucono na poręcz krzesła, a na tapczanie i łóżku widać porozkładane różne części ubrania i
bielizny.
W pokoju królują najwyraźniej trzy różnej wielkości i kształtu walizki oraz, ziejąca drobnymi ząbkami
otwartego ekspresu, duża brezentowa torba podróżna.
Każda walizka jedzie z kim innym i w inną stronę. Nowa, plastykowa, zamykana na błyskawiczny
zamek należy do mamy i w towarzystwie kraciastej, eleganckiej torby pojedzie do Ciechocinka na
wczasy lecznicze.
Płaska, średniej wielkości, wesoło oblepiona wycinanymi z „Przekroju" nalepkami hotelowymi - to
walizka Tosi. Pojedzie z nią na cały lipiec do cioci Isi, tej z czworgiem dzieci, pod Białymstokiem.
Brązowa, pękata, mocno sfatygowana wybiera się z Tomkiem daleko, aż za Lublin, do leśniczówki
do wuja Stefana i cioci Oli, na tak długo, dopóki tam z Tomkiem wytrzymają. Ale potrwa to chyba też
przez cały lipiec, bo wuj Stefan (brat ojca powinien być nazwany stryjem, ale utarło się „wuj") ma
żelazną rękę i Tomek będzie tam musiał chodzić jak zegarek.
O „wytrzymaniu" i „zegarku" powiedział ojciec, którego Tomek właśnie kilka dni temu doprowadził
do ostateczności przyniesioną dwójką na cenzurze do siódmej klasy. Poprawka z historii! Z historii!!!
W osamotnionym (spokojnym!) mieszkaniu zostaje ojciec. Do połowy lipca musi wykończyć
zgłoszony na konkurs projekt szkoły tysiąclecia. Za to sierpień cała rodzina spędzi razem na
Mazurach.
Ten rozkład jazdy od dawna jest ustalony przez ojca. Naturalnie ojciec zawsze daje mamie
„ostatnie słowo", ale ono równie zawsze po krótkim namyśle, jednakowo brzmi: „Tak, jak powiedziałeś,
będzie najlepiej".
Bo ojciec jest najmądrzejszy, a co z tego wynika - najważniejszy w rodzinie.
Mama jest najlepsza i najukochańsza, ale mamę można obejść, wybłagać jakiś odpust za grzechy,
uprosić o jakiej spojrzenie przez palce. Ojciec, chociaż też uwielbiany przez córkę i syna,
najtroskliwszy ojciec wymaga absolutnego podporządkowania się jego woli. Jest despotą, a do tego
raptusem, w gorącej wodzie kąpanym. Podobno, jak się mówi w rodzinie, odziedziczył te cechy po
swoim ojcu i dziadku. Trochę go to usprawiedliwia, tym bardziej że jednocześnie odziedziczył po nich
wielką pracowitość i tak zwaną życiową dzielność: to znaczy, że w żadnej trudnej sytuacji nie traci
głowy, liczy przede wszystkim na własne siły i przy ich pomocy umie sobie z przeciwnościami
poradzić.
Wszystko, co się w rodzinie Jastrzębskich dzieje, kręci się tak, jak sobie życzy ojciec. Jest wtedy
spokój i pogoda w domu. Ale niech no coś czy ktoś pokrzyżuje plany lub nie zastosuje się do jego woli
- dzieją się wtedy straszne rzeczy. Szczególnie od czasu przeniesienia do Warszawy, gdzie zaczął tak
się zapracowywać bez miary, ojciec jest jak beczka prochu, koło której trzeba chodzić ostrożnie i
bardzo uważać na ogień.
Ogniem, od jakiegoś przynajmniej czasu, jest Tomek, i tylko Tomek. Tosia, która chociaż niedługo
skończy całe dwanaście lat i chociaż jest „oczkiem" w głowie, cierpnie na samą myśl sprzeciwienia się
ojcu. A Tomek, zdawałoby się doroślejszy, przeszło dziesięć miesięcy starszy od siostry, mówiący już
-1-
o sobie „my, mężczyźni", nie chce czy może tylko nie umie pamiętać o wyczerpaniu i drażliwości ojca i
ciągle powoduje krótkie spięcia.
Krótkie spięcia? To chyba za łagodne określenie. Nazwijmy lepiej rzecz po imieniu - burze z
piorunami.
Inżynier architekt Piotr Jastrzębski jest warszawiakiem. Łączą go z tym miastem: urodzenie, szkoła,
odbyte na politechnice przed samą wojną studia, trudno przeżyta okupacja i powstanie. W tym mieście
spędził swoją młodość, tu nawiązał serdeczne na całe życie przyjaźnie, tu wrócili nieliczni już jego
najbliżsi i towarzysze walki. Po wojnie los rzucił go do Białegostoku, gdzie ożenił się i założył rodzinę
pod dachem teściowej, posiadającej skromny, ale wygodny domek. Wszystko zdawało się układać jak
najlepiej do chwili, kiedy okazało się, że „trafiła kosa na kamień".
Babcia zawsze, nawet za życia męża, sama o wszystkim decydowała. W dalszym ciągu nie chciała
rządów wypuścić z ręki. Ojciec nie zgadzał się na to. Jako jedyny mężczyzna, wychowany w domu,
gdzie władzę najwyższą sprawowała płeć męska, wymagał posłuchu przynajmniej w swojej rodzinie.
Zaczęły się niesnaski, coraz przykrzejsze w miarę jak rosły dzieci.
-2-
Postanowiono (ojciec!) przenieść się do Warszawy. Nie było to wcale łatwe, ale wreszcie przy
pomocy przyjaciół udało się. Jesienią ubiegłego roku inżynier Jastrzębski zaczął pracować w
Warszawie. W styczniu otrzymał niewielkie, jak na swoje potrzeby, mieszkanie.
Zabrał wtedy zaraz mamę i Tosię do siebie, Tomek miał dokończyć szóstą klasę w białostockiej
szkole pod opieką babci.
Na jesień zaprojektowano zmianę mieszkania na większe, co jest uzależnione od zebrania sporych
sum na wpłacenie rat do spółdzielni mieszkaniowej. Dlatego ojciec tak pracuje jak koń. Dlatego stał
się nerwowy i bardzo skłonny do wybuchów. Mama i Tosia chodzą na palcach. Mama nawet przestała
prosić ojca, żeby nie marnował zdrowia: drażniło, a nie odnosiło żadnego skutku.
I wtedy właśnie Tomek zaczął pokazywać, co potrafi. Pękła pierwsza bomba.
Wychowawca klasy, do której chodził Tomek, napisał do ojca, że „skutkiem braku właściwej opieki"
(znaczyło to, zdaniem ojca, że babcia wnukowi pobłaża we wszystkim) syn zaczyna wagarować co
może mieć bardzo przykre następstwa. Ojciec się po prostu wściekł. Pojechał do Białegostoku i zabrał
Tomka tak, jak go zastał. Rzeczy babcia odesłała do Warszawy pocztą. Tomek przyjechał trochę
wystraszony awanturą, ale nie do tego stopnia, żeby się nie bronić. Z jego relacji, składanej naturalnie
w czasie nieobecności ojca, wynikało, że prawie wcale nie był winien, a przynajmniej nie tyle, żeby
ojciec aż tak krzyczał.
Przez kilka dni ojciec chodził jak naładowana piorunami chmura. Mama kryła Tomka w kuchni. Co
prawda innego miejsca w tym mieszkaniu nie było. W pokoiku ojca pół powierzchni zajmował stół
kreślarski. U mamy i Tosi nie było ani skrawka miejsca. Tomkową kozetkę ustawiono więc w kuchni,
gdzie po umieszczeniu maleńkiego stoliczka pod oknem zrobiło się straszliwie ciasno. Tomek zgrywał
się, udawał sponiewieranego, mówił, że nawet pies dozorczyni Marusiowej ma lepiej, bo sypia w
pokoju na kanapie, ale sam sobie przecież ten los zgotował.
Burza, jak każda burza, stała się przeszłością. Nie wspominano jej nawet, tym bardziej że
przesłoniło ją inne poważne zmartwienie: Tosia zachorowała na tyfus. Wiele tygodni leżała w szpitalu.
Tomek wracał ze swojej warszawskiej szkoły, nikt nie miał czasu pytać czy choćby tylko słuchać o tym
wszystkim, co w związku z przeniesieniem na ostatni kwartał nauki było dla chłopca bardzo trudne.
Mówiło się tylko o Tosi.
Tomek ze zdziwieniem uświadomił sobie któregoś dnia, że to nie budzi w nim zazdrości. Owszem,
sam dopytywał się o nowiny ze szpitala, martwił się skomplikowanym przebiegiem choroby, nie mógł
doczekać się powrotu siostry do domu.
Tosia wróciła zmieniona nie do poznania. Schudła, ale wyciągnęła się, wzrostem dorównywała
teraz Tomkowi, okazało się, że prawie ze wszystkiego wyrosła... w łóżku. Doskonale na nią pasował
stary gimnastyczny dres Tomka i wszystkie jego trykotowe koszulki. Okres rekonwalescencji
przechodziła w garderobie brata. A że odrastające włosy sterczały nad czołem tak samo niesfornie jak
u Tomka, mnóstwo osób zaczynało powitanie od okrzyku: „Jacyż oni podobni do siebie!" „Jak pięść do
nosa" - mruczał w takich wypadkach Tomek, którego nie tyle irytowało, że Tosia może być podobna
do chłopca, ile to, że on, chłopiec, może być podobny do dziewczyny.
Tosię podkarmiano i odkarmiano forsownie. Szybko wracała do sił, nabierała rumieńców. Już
wszystko szło dobrze, już ojciec znowu mnóstwo godzin spędzał nad rysownicą, od której coraz
odpinał i wynosił ukończone prace. Już zaklepano wakacyjne plany, jakież miłe w tym roku:
W lipcu - u cioci Isi, którą dzieci uwielbiają za jej dobroć. Ileż tam będzie swobody! Ciocia Isia jest
cioteczną siostrą mamy i kiedyś Tosia, dopytując o pokrewieństwo, usłyszała, że dzieci cioci Isi są dla
niej i Tomka cioteczno-ciotecznymi. To znaczy matka mamusi i matka cioci Isi były rodzonymi
siostrami. Tak jak ciocia Isia i ciocia Ola, z którą ożenił się brat tatusia, Stefan. Ciocia Isia prawie całe
życie spędziła w Suwałkach i dlatego trochę zaciąga, a chociaż kilka lat temu owdowiała i „boryka się
z losem", daje sobie dzielnie radę i nigdy o nic nie prosi. Wyjazd do niej będzie świetnym pozorem dla
pewnej materialnej pomocy.
A potem w sierpniu - dwa kajaki, dwa namioty, całkowity ekwipunek, pierwszorzędny w gatunku,
sztuka po sztuce gromadzony przez ojca od kilku lat (ileż to godzin spędzonych nad kreślarską
deską?), cztery osoby i... „pycha ha sto dwa" - jak mówił Tomek.
Wiele razy mama i Tomek, i Tosia, siedząc na tej „gorszej niż dla psa" kozetce w kuchni,
zamkniętej, aby nie przeszkadzać hałasem pracującemu u siebie ojcu - świetnie się bawili,
przewidując przygody tej wspaniałej podróży.
I znowu! Przez Tomka! Ta cenzura z poprawką!
Na próżno Tomek tłumaczył jak zwykle, że to nie jego wina. Po co go przenoszono na końcu roku
do innej szkoły - to raz. Tego, że podciągnął się ze wszystkich innych przedmiotów do warszawskiego
-3-
poziomu, nikt nie widzi - to dwa. A i z historią nie stoi tak źle, tylko nauczyciel młody, na żartach się nie
zna, nie rozumie, że Tomek chciał rozweselić klasę, zaraz posądził go o kpiny z profesorskiej osoby i
wlepił dwóję - to trzy. Tłumaczeń tych mama słuchała, owszem. Ojciec nawet pierwszego zdania nie
dał dokończyć.
Co się działo, lepiej nic opisywać. Papier mógłby się podrzeć od tej awantury.
Plany wakacyjne uległy zmianie w części dotyczącej osoby Tomka. Ciocia Isia ma dosyć własnych
kłopotów, nie można dodawać jeszcze jednego w postaci Tomka z poprawką. Ciocia zresztą jest za
dobra, nie dopilnowałaby, a męskiej ręki tam brak. Wobec powyższego Tomek pojedzie do wujka
Stefana, leśniczego w lubelskich lasach.
„Cóż to za kara? - myśli Tomek. - Wolę do wujka Stefana, u cioci Isi same dziewczyny, jedyny
chłopak ma sześć lat - taki gówniarz! Towarzystwo!"
Ojciec jakby czytał w jego myślach.
- Wujek swoich chłopaków trzyma żelazną ręką, po wojskowemu. Zobaczysz tam, co to dyscyplina.
Będziesz chodzić jak w zegarku!...
Największe grzmoty minęły. Burza już cichnie. Tomek wyraża na wszystko zgodę. Podda się
życzeniom ojca jak najchętniej. Przecież tyle strachu się najadł, że w chwili największej pasji ojciec
wyłączy go z sierpniowej włóczęgi. Łatwo mogło się tak skończyć. Co za szczęście, że ojcu nie
przyszło to do głowy! Co za szczęście! Może go wuj Stefan trzymać tą żelazną ręką. Okay. Da się
radę...
Teraz już wiemy, dlaczego trzy walizki jadą w trzy strony świata, i wracamy do pokoju, w którym
one królują.
Widok walizek prawie zawsze przypomina dworzec kolejowy, zegar, według którego punktualnie
ruszają sapiące lokomotywy, podróżnych, którzy w ostatniej chwili wpadają na peron i widzą tylko
uciekający ostatni wagon swojego pociągu. Świadomie czy podświadomie, wcale nawet o tym nie
myśląc, boimy się ich losu i dlatego rzadko kiedy pakowaniu walizek nie towarzyszy zdenerwowanie.
Ale mama Tosi i Tomka jest osobą opanowaną i bardzo cierpliwą. Całe szczęście, gdyż dwie
denerwujące się stale osoby w jednej rodzinie byłyby nie do wytrzymania. Świetnie umie zapakować
walizki, nie zapominając o niczym, i na dworzec kolej owy wybiera się zawsze w porę. A jednak tym
razem Tosia wyczuwa w ruchach mamy, w wyrazie twarzy - niepokój. Mama tego wcale nie kryje.
- Jestem niespokojna o to, że wyjeżdżam pierwsza. Naprawdę wolałabym wyprawić najpierw
Tomka, potem ciebie i dopiero pojechać sama.
- Przecież to niecałe trzy dni mamusiu. I wszystko obmyślone, przygotowane. Pojutrze wuj Stefan
przyjedzie po Tomka, zaraz po nim ja zabieram się do cioci Isi, a tatuś nareszcie będzie miał całkowity
spokój i wykończy te piekielne projekty.
- Oj, że piekielne, to prawda. Zdrowie sobie przez nie rujnuje. Ale nic nie można poradzić, wiesz,
jaki jest ojciec.
Tosia wiedziała.
- Odetchnę z ulgą dopiero wtedy, kiedy się dowiem, że jesteście na miejscu. Patrz, tu na kartce w
walizce napisałam każdemu z was swój adres. Nie zgubicie, bo przyklejony, widzisz?
- Widzę, mamusiu, i Tomkowi, jak przyjdzie, jeszcze przypomnę.
- Gdzie on znów poleciał?
- Pewnie na basen. Szału dostał z tym pływaniem.
- A niech pływa. Jest ciepło, nic mu nie będzie. I w domu spokojniej.
- Ja też tak lubię pływać, a nie puszczacie mnie.
- Nie, nie. Tak wychudłaś w chorobie, ledwo cię trochę odpasłam, mój szczupaczku. U cioci Isi
żadnej wody blisko, o ile wiem, nie ma. To dobrze. Poczekasz do sierpnia. Napływasz się wtedy do
woli...
- Oj, żeby to już prędzej! - Tosia i mama patrzą na siebie uśmiechnięte.
Rozumieją się doskonale. Obie tak się cieszą na tę wyprawę.
Żelazko sprawnie biega w rękach Tosi, a mama znowu chodzi od walizki do walizki i ciągle coś
dokłada.
- Tosiulko, u cioci, wiesz, trzeba trochę pomóc. Ale źle ci tam nie będzie, nie... Może to i lepiej, że
Tomek jedzie do wuja Stefana?... Wuj go weźmie krótko.
- Pewnie, że krócej niż ciocia Isia, ale szkoda.
-4-
- Już postanowione. Teraz tylko się boję, żeby Tomek nie wyskoczył z czymś przy ojcu. Tosiu
czuwaj. Ojciec ma nerwy w okropnym stanie...
- Niech się mamusia nie martwi. Już ja Tomka przypilnuję. Ale po wakacjach to się weźmiemy i za
tatusia. Musi przestać z tymi dodatkowymi pracami. Prawda?
- Dobrze - wzdycha mama - Ale czy ty ojca nie znasz?
Mama powiedziała to trochę głośniej i zaraz obie ze strachem obejrzały się na drzwi do pokoju ojca.
Może usłyszał? Może go to zdenerwuje?
Teraz wzdycha Tosia. Ojciec jest najlepszym, najukochańszym na świecie, ale jakby to było dobrze,
gdyby nie trzeba ciągle drżeć przed jego gniewem...
Rozdział 2.
Mama wyjechała. Nie obyło się, oczywiście, bez przypomnień w ostatniej chwili, żeby Tosia
szczotkowała włosy, żeby ojciec tyle nie palił, żeby wietrzył pokój przed spaniem i tak dalej. Jeszcze z
uciekającego coraz dalej okna mama wołała:
- Tomku, Tosieńko! Pamiętajcie o ojcu! Pilnujcie!...
-5-
Parę osób, słysząc ten okrzyk, obejrzało się za ojcem, a z ich miny wyraźnie było widać chęć
znalezienia odpowiedzi na pytanie, jakim nałogom ulega ten ojciec: pijaństwo, hulanki czy może
jeszcze coś gorszego? No, w każdym razie musi to być gagatek, jeżeli dzieci mają go pilnować.
Ojciec wpadł w doskonały humor i w drodze powrotnej z dworca, chociaż się spieszył, wziął Tosię i
Tomka na lody. W najlepszej harmonii powrócono do domu, gdzie ojciec zaraz zamknął się w swoim
pokoju, a Tosia doprowadzała do porządku mieszkanie. Tomek, o dziwo (widocznie lody tak
zbawiennie podziałały na niego), zaofiarował swą pomoc. Wytrzepał dywanik i wytarł szmatami
podłogę w pokoju. Nie oponował również, kiedy mu Tosia poleciła przejrzeć walizkę, żeby wiedział, co
gdzie leży i czy nie przydałoby się coś jeszcze. Owszem, Tomek dorzucił gruby notes, zawinął w
chustkę od nosa wspaniały męski scyzoryk do wszystkiego, a na samo dno wsunął nieszczęsny
podręcznik do historii.
- Włóż go w ostatniej chwili - zalecała Tosia - mamusia mówiła, że może jeszcze teraz do niego
zajrzysz.
Tomek tylko brwi uniósł, wyrażając zdziwienie, jak można go było o coś takiego posądzić. Wsunął
walizkę pod kozetkę i tyle go widzieli.
Pognał, oczywiście, na basen. Spędza tam teraz prawie cały wolny czas. Myśliwiecka pod bokiem -
grzechem byłoby nie wykorzystać tego w pełni. Zresztą mama słusznie zaobserwowała, że wyżywał
się, znajdując tam zadośćuczynienie za wszelkie inne niepowodzenia, natury raczej umysłowej.
Wiemy o Tomku, że kilkakrotnie przyczynił się do zburzenia spokoju domowego, ale cokolwiek
dałoby się powiedzieć o jego niedociągnięciach, jedno musimy wziąć pod uwagę: Tomek był
chłopakiem bardzo ambitnym, urodzonym prowodyrem, chętnie narzucającym swą wolę innym i
wymagającym posłuchu. Czyż nie był synem swego ojca? Czy nie mówi się, że jabłko pada niedaleko
od jabłoni?
W białostockiej szkole autorytet Tomka wśród kolegów był ustalony od lat. Chyba od trzeciej czy
czwartej klasy wiadomo było, że jest najsilniejszy i lepiej z nim nie zaczynać. Świetnie jeździł na
łyżwach, najlepiej podawał piłkę i bronił bramki, najszybciej biegał. W piątej i szóstej razem z kolegami
przeżywał okres indiański - przeczytał wtedy najwięcej książek, w jego pióropuszu znajdowały się
najwspanialsze pióra, a jego indiański sposób wypowiadania się nie miał sobie równego.
Dowcipny, o pogodnym usposobieniu, był lubiany przez kolegów i sam czuł się w szkole jak ryba w
wodzie. Uczył się też bardzo dobrze.
Nieszczęsne wagary, które pociągnęły za sobą wszystkie przykre następstwa i które, jak się później
okaże, były tylko grudką, ale grudką powodującą lawinę, wynikły wcale nie z lenistwa, tylko właśnie z
tej przesadnej ambicji. Jakiś zazdrośnik (zawsze się znajdzie w gromadzie) zarzucił mu, że nie stać go
na taki dowód odwagi jak wagary.
- Bałbyś się iść!
- Ja bym się bal? - podjął rękawicę Tomek. - Ja?!
Dał się nabrać. I poniósł przykre konsekwencje własnej głupoty.
W szkole warszawskiej ten ambitny chłopiec otrzymał mocne cięgi. Najlepsze będzie tu określenie:
spadł z pieca na łeb.
Poziom szkoły był wyższy. Nawet w Warszawie uchodziła ona za jedną z najlepszych. Cóż dopiero
- w porównaniu z prowincjonalną.
Z piątek i czwórek Tomek spadł na trójki, wśród wyszczekanych, obrotnych warszawiaków znalazł
się gdzieś na szarym końcu.
Komu i czym chciał imponować? Klasa miała swoje od dawna ugruntowane autorytety. Prym i
koronę trzymał w posiadaniu Janusz Zuryński, którego przewaga polegała nie tyle na wyczynach
sportowych, ile moralnych. Ale w potrzebie rękę też miał ciężką i lepiej się było pod nią nie nawijać.
Wychowawca klasy, chcąc prawdopodobnie ułatwić chłopcu wyrównanie poziomu, posadził Tomka
z Januszem i oddał mu go w opiekę.
Janusz bez entuzjazmu podporządkował się prośbie nauczyciela, ale odniósł się do niej ze
zrozumieniem. Bez tego okres wrośnięcia w klasową gromadę byłby dla Tomka jeszcze cięższy.
Ale i tak był ciężki. Nowy uczeń, przybywający w ostatnim kwartale, kiedy klasa zżyta już jest
wszystkimi dolami i niedolami - to intruz. Nie rozumie przezwisk, nie zna ani historii różnych
-6-
powiedzonek, ani metod omijania raf i sideł zastawianych przez nauczycieli na biedne ofiary, które
ratują się, jak mogą, wiedzione jedynie instynktem samozachowawczym.
A do tego sam nowy jest wielką niewiadomą, przed którą miej się na baczności, bo a nuż -
podlizywacz i zdrajca?
Tomek czuł, że warszawscy koledzy traktują go jak kogoś nieproszonego. A i w domu nie było
lepiej.
Zagęścił i tak ciasne mieszkanko, przybywając do Warszawy przed zamierzonym czasem, i to z
powodów, które wcale rodziców łaskawie do niego nie usposabiały.
Do tego zaraz prawie przyszła choroba Tosi i pochłonęła całą troskliwość ojca i matki, całą ich
uwagę. O Tomku pamiętano tylko, aby miał co jeść i w co się ubrać. Był przecież zdrowy, nie groziło
mu żadne niebezpieczeństwo!.
W wieku chłopca dobiegającego trzynastki jest się bardzo wrażliwym, takie sprawy mogą
spowodować uraz, mogą pozostawić ślad na całe życie.
Tomek wyszedł z tego obronną ręką, jeżeli nie zwycięsko. Po pierwsze - czuł się wobec ojca
specjalnie winien, po drugie - siostrę, jakkolwiek uważał się wobec niej za istotę wyższą, bardzo
kochał i gotów był na wszelkie ofiary, aby tylko wróciła do zdrowia. Zresztą uwaga jego była
skoncentrowana przede wszystkim na zdobyciu sobie pozycji w klasie, której obojętność, a czasami
nawet niechęć wyczuwał początkowo na każdym kroku.
Wysoki, szczupły, zgrabny i zręczny, budził zaufanie prostym, otwartym spojrzeniem, świeżą cerą,
dziewczyńskim, ku własnej rozpaczy, rumieńcem. Nie miał filmowej urody, a jednak był w jakiś sposób
ładny, z najbanalniejszą ciemnoblond czupryną i równie banalnymi, szarymi oczami. Ani tam brwi na
tej twarzy nie były śmiało zarysowane, ot, zaledwie znaczyły się ciemniejszą kreską nad okiem, ani
nos nie posiadał orle-go kształtu, a coś w tej twarzy biło czystością, pogodą, humorem. Do tego był
zdrowy niby młody, dobrze odchowany źrebak.
To były mocne atuty w jego sytuacji.
W połowie maja klasy szóste i siódme corocznym zwyczajem zorganizowały majówkę. Szkoła była
męska, więc na majówkę zaproszono siostry i kuzynki. Przed południem rozegrano zgodnie z tradycją
mecz piłki nożnej. Po południu były tańce. Tomek w obydwu konkurencjach pokazał, co potrafi. Wbił
dwie bramki siódmakom. Dzięki niemu wynik był 5:3 dla szóstej klasy. W tańcach zaimponował
dziewczętom, kiedy zaprosiwszy siostrę Janusza, o rok starszą Jolę, odtańczył tak wściekłego rocka,
że otrzymali ogólne brawa.
- No, no! - wyraził swoje uznanie nauczyciel. - Jastrzębski pokazał dziś, co umie.
- Ojcaszku, to w Białymstoku tak tańcują? - zapytał złośliwie Czesiek Ulanowski, wściekły, że
Tomek zwrócił na siebie uwagę Joli, która od dawna wpadła mu w oko.
Zmordowany Tomek nie zdołał znaleźć niczego na odpowiedź - rywal chciał go pogrążyć głębiej:
- Panie profesorze, gdyby tak Jastrzębski częściej tańczył z historią, byłoby jeszcze lepiej, nie?
- A, Ulanowski - oburzył się profesor - to nie po dżentelmeńsku. Na majówce nie mówi się o takich
sprawach. Ja nigdy nie pozwoliłbym sobie tu wspomnieć o twoich niedociągnięciach, gdybyś je miał -
złagodził, widząc, że Czesiek mieni się na twarzy.
Tomek nie chciał sobie psuć humoru, wolał myśleć, że Jola nie dosłyszała albo nie zrozumiała, o co
chodzi. Cześka zapisał sobie jako wroga numer jeden, ale wracał do domu szczęśliwy. Pierwsze lody
zostały przełamane! Pomógł wygrać mecz, pokazał, że szósta klasa umie tańczyć, był kimś
reprezentującym swoją gromadę. Wkupił się i został przyjęty.
Wydarzenia szczęśliwe, tak jak i biedy, podobno nie chodzą w pojedynkę. W domu Tomek zastał
wiadomość, że z Tosią jest już dobrze, że niedługo wyjdzie ze szpitala. Tego wieczoru zasnął zupełnie
zadowolony z życia. W ostatnim błysku świadomości przepłynęła mu przed oczami uśmiechnięta
twarz Joli.
Od tej pory zaczęto się z nim liczyć jako z wartościowym członkiem społeczności. Niestety, sukcesy
odnosił tylko w dziedzinie sportu. Siatkówka, lekkoatletyka, ostatnio pływanie, w którym Tomek
osiągnął lepszy czas niż dobrze wysportowany Janusz i bił na głowę Cześka, który ten sport uważał
do tej pory za pole swoich tryumfów. W innych przedmiotach stał raczej bliżej szarego końca.
Jest taki ludowy przesąd dotyczący „powiedzenia w złą godzinę", to znaczy, że jeżeli się coś w „złą
godzinę" powie, spowoduje się zmartwienie. Sens ma podobny do przysłowia „nie wywołuj wilka z
-7-
lasu". Warto w to wierzyć? Myślę, że nie, ale kiedy człowiek znajdzie się w jakiejś trudnej sytuacji, to
szuka pierwszej lepszej przyczyny, a wtedy najłatwiej przytoczyć: „w złą godzinę było wypowiedziane!"
Pamiętacie słowa mamy: „Niech Tomek lata na basen, przynajmniej w domu jest spokój!"
Wziąwszy pod uwagę, co się stało zaraz przy najbliższym pobycie Tomka na Myśliwieckiej, można
uznać, że chyba było to powiedziane w złą godzinę.
Ojciec po południu wyszedł, zapowiadając Tosi, że przez kilka dni będzie po obiedzie do wieczora
pracować razem z kolegą, panem Uchmańskim. Tosia dobrze znała państwa Uchmańskich, gdyż obie
rodziny przyjaźniły się. Numer ich telefonu był zapisany przy aparacie w przedpokoju i w razie czego
łatwo się było z ojcem porozumieć.
Obiad tego dnia nie przedstawiał żadnego kłopotu. Mama zostawiła prawie wszystko gotowe.
- Tomek, pomóż Tosi - powiedział ojciec, wstając od stołu. - Ja pójdę do Uchmańskich.
Tomek stłumił westchnienie i pokornie zaczął nosić talerze ze stołu do kuchni. Przy mamie nigdy się
tym nie zajmował i od wszelkich domowych robót zawsze potrafił się wykręcić zadanymi lekcjami -
teraz argument był nieaktualny, zresztą czego się nie robi dla świętego spokoju.
- W sierpniu - oświadczyła w kuchni Tosia - będą dyżury: jednego dnia zmywać będę ja z mamą,
drugiego ty z tatusiem.
- Nigdy w życiu - odpowiedział Tomek. - Mężczyźni będą się zajmować zdobywaniem żywności i
innymi ważnymi problemami.
- Ty masz zawsze jakieś ważne problemy. Teraz tylko się oglądasz, jak by prysnąć na basen.
Problem?
- Naturalnie. Jako dziewczyna nie jesteś w stanie nawet zrozumieć ważności niektórych męskich
poczynań.
- A ja cię proszę, żebyś nastawił żelazko i uprasował chustki do nosa. To też problem.
- Wybitnie nieważny, czyli typowo kobiecy! Po co prasować chustki do nosa? I tak się zgniotą. A po
drugie, czy to kto ogląda? Proszę cię, moje odłóż nie prasowane.
- Tomek, ty jesteś straszliwie zacofany, nie widzisz, że teraz mężczyźni potrafią robić wszystko to
samo co kobiety?
- Potrafią, naturalnie. Gdybym ja musiał robić coś za ciebie, oczywiście potrafiłbym to zrobić na
wysoki połysk. Ale po co? Redukujemy niepotrzebne czynności do minimum. Tak mówi ojciec do
mamy. W jego zastępstwie tak mówię ja - do ciebie. A rivederci! Adieu! Praszczaj!
- Ja też wyjdę! - krzyknęła Tosia za znikającym bratem, ale nie była pewna, czy ją jeszcze usłyszał.
Rozdział 3.
Wspaniała, wspaniała była woda tego upalnego popołudnia. Chłopców i dziewcząt na basenie -
mnóstwo. Janusz, Czesiek, Rafek - koledzy z klasy Tomka - byli tu już wcześniej. Nurkowano,
skakano, ścigano się, a przede wszystkim hałasowano co niemiara.
Czesiek i Tomek próbowali się na czas. Na pięć kursów lepszy czas miał Tomek. Czesiek stracił
humor, tym bardziej że ostatnie wyścigi widziała Jola, która też była częstym gościem na basenie.
- Wyjeżdżasz na wakacje? - zapytała Tomka, kiedy zziajany, ociekający wodą wyskoczył z basenu i
znalazł się obok niej. - Dokąd?
- Pod Lublin, do leśniczówki. A ty?
- Ja pojutrze jadę na obóz, nad morze.
- Zazdroszczę ci, tam gdzie ja będę, jest jakiś stawek, ale woda w najgłębszym miejscu do kolan.
Mama się z tego cieszy.
- Dlaczego? Przecież świetnie pływasz!
Uznanie zabrzmiało w uszach Tomka jak najpiękniejsza muzyka. Obejrzał się, czy Czesiek to
słyszał. Nie widział go, czyżby już poszedł do domu? Jola odeszła z koleżankami, bawiły się w wodzie
piłką. Usiłował jeszcze zwrócić na siebie jej uwagę, ale na próżno. W pewnej chwili dziewczęta
piszcząc i chichocząc, wyfrunęły z wody i chmarą pobiegły w stronę szatni. Nawet mu głową nie
kiwnęła...
-8-
Przepłynął jeszcze raz i drugi wzdłuż basenu, ale przestało go to już cieszyć. Oglądał się za swoimi,
zniknęli również. Aha! Czesiek pewnie czekał gotowy w szatni na Jolę, żeby ją odprowadzić. Osioł!
Udając sam przed sobą, że go to absolutnie nic nie obchodzi, połaził, postał przy poręczy, patrzył
niby napływających, chociaż nic nie widział, i nie spiesząc się (tylko on wiedział, ile go to kosztowało)
poszedł w stronę szatni.
Korytarz był pusty. Tomek już miał skręcić w prawo, kiedy usłyszał swoje imię - chyba to Rafek
pytał:
- Widziałeś? Widziałeś na własne oczy, że to był Tomek?
- Na własne, najwłaśniejsze - zapewniał Czesiek. - Wczoraj wieczorem na jego podwórku.
Mieszkają w tym pierwszym od ulicy bloku. Przechodziłem koło ich okien i mówię wam, chłopaki, aż mi
nogi w ziemię wrosły: Tomek przebrany za panienkę!!!
- Nie, to nie do wiary - powiedział Janusz.
- Jak to „nie do wiary"? Sukieneczka w groszki, koraliki na szyi, siedział grzecznie i szydełkiem
jakieś ząbki produkował.
- Widział cię? - dopytywał się Rafał.
- Owszem.
- No i co, powiedział ci coś do słuchu?
- Nie, przybladł tak jakoś, wstał, tylko mu się ten wicher na głowie zatrząsł, i okno firanką zasłonił.
Jak Boga kocham, ja od dawna zauważyłem, że on jest jakiś dziwny. Pomyślcie: szydełko!
- Ty łgarzu parszywy! - wrzasnął Tomek, w którym od paru sekund gotowało się wszystko. - Broń
się!
Czesiek wolał dać nogę. W kilku susach dopadł otwartych drzwi i rwał przed siebie. Tomek jak
wicher gonił za nim, ale tym razem Czesiek miał przewagę, był obuty, a Tomek zaciskał zęby z bólu
trafiając na żwir i kamienie, niosła go jednak furia i wściekła chęć, żeby nakłaść oszczercy po karku.
Ludzie przystawali, wzruszali ramionami lub oburzali się:
- Co za wychowanie!
- Niedługo zupełnie na golasa będą latać po ulicach!
- Dzisiejsza młodzież!
- Wariaci i tyle.
To o golasach dotyczyło Tomka, Czesiek uciekał ubrany całkowicie.
Tomek wyskoczył, zapominając zupełnie, że leci tylko w slipkach. Nie słyszał, co mówili
przechodnie. Skręcił za węgieł domu, za którym zniknął Czesiek, i nie zobaczył go już przed sobą.
Przystanął, rozejrzał się.
Gdzież on mógł wpaść? W bramę? Ale którą?
Rozglądał się, czy nie zobaczy Cześka przylepionego do jakiejś wnęki w murze. Nie. Nikogo. Wtedy
dopiero usłyszał kilku malców:
- Wariat! Wariat!
- Goły lata po ulicy!
Zawstydził się. Zauważył nagle zdziwione albo pełne dezaprobaty spojrzenia przechodniów. Był o
dwa domy od swojego podwórka. W kilku susach dopadł go. Przestraszył w bramie Marusiową, która
obejrzała się za nim wołając:
- A cóż ty za białego dnia z gołym tyłkiem latasz? Bezwstydo!
Tosi nie było w domu, wydobył ze schowka klucz i dostał się do mieszkania. Po niedawnym pościgu
serce waliło mu pośpiesznie. Przebrał się czym prędzej w to, co mu wpadło w rękę, i zastanowił się,
co robić dalej, bo coś musi zrobić, i to natychmiast. Zbyt dobrze znał swoich kompanów - zgrywne
przezwisko przylgnie do człowieka na całe życie.
Ani tego odpruć, ani odskrobać. Szydełko!!! Tłumacz się potem każdemu, a nie wytłumaczysz się i
tak.
Do tego Janusz! A jeżeli powie Joli? Co taka Jola gotowa sobie pomyśleć?
Szydełko! O zgrozo! Nie można uchodzić za prawdziwego mężczyznę, jeżeli produkuje się
szydełkowe ząbki.
„Zemsty! Zemsty!" - wołało wszystko w Tomku, jednak gniew przestał go już zaślepiać. Należało
działać szybko, ale i skutecznie, a więc rozsądnie.
-9-
Trzeba zaraz zebrać Rafała, Janusza i jeszcze kogoś, może Rysia Piwowarczyka, to też autorytet w
klasie - powiedzieć im, na czym polegało nieporozumienie, i zażądać satysfakcji. Musi dojść do bitki-
rozbitki. Jak Czesiek dostanie po karku - będzie na drugi raz ostrożniejszy.
Rozdział 4.
Tosia wróciła pierwsza. Zgniewały ją rzucone na środek przedpokoju wilgotne slipki i wywleczona
spod kozetki otwarta walizka. Pewnie Tomek coś z niej wyciągał, chociaż było zapowiedziane, że „co
w walizce - nie ruszać", bo to tylko na wyjazd.
Przygotowała kolację, nakryła do stołu, niech tatuś zobaczy, co ona potrafi. A może odgrzać zupę z
obiadu? Tatuś to lubi. Tylko czy w ogóle przyjdzie na kolację? Zatelefonowała. Usłyszała, że oj ciec
.już pół godziny temu wyszedł. Odkładała słuchawkę, kiedy zadzwonił do drzwi.
- 10 -
Zdecydowano, że nie będzie się czekać na Tomka, bo ten postrzeleniec nie wiadomo kiedy wróci, a
ojciec bardzo głodny. Pomysł podgrzania pomidorowej zupy został przyjęty z entuzjazmem. Właśnie
ją, smakowicie parującą, Tosia postawiła przed ojcem, kiedy usłyszeli dzwonek. Ostry, długi.
- To ten bałwan, dzwoni jak na pożar - powiedział ojciec, biorąc pierwszą łyżkę do ust.
Ale to nie był Tomek.
W otworzone przez Tosię drzwi weszli, wcale nie proszeni do środka,
dwaj mężczyźni. Jeden był starszy, drugi młody, jak gdyby Tosi skądś
znany. Obaj, Tosia to wyczuła, byli czegoś źli, zagniewani.
- Tu mieszka Tomek Jastrzębski? - zapytał ten młody bardzo
nieprzyjemnym tonem.
- Tu - odpowiedziała. Za jej plecami już stał ojciec.
- O co panom chodzi?
- Pan jest ojcem, tak? Czy chłopiec w domu?
- Tak. Nie, nie ma go. Zaraz powinien wrócić.
- To my do pana.
- Proszę, panowie pozwolą do pokoju.
W pokoju było widniej i Tosia nagle zobaczyła, że ten młodszy pan
trzyma w rękach szorty i trykotową niebieską bluzkę Tomka. Wyciągnął
je nawet przed siebie, pytając:
- To ubranie pańskiego syna?
Ojciec zbladł, zszarzał. Tosia go nigdy jeszcze takim nie widziała.
- Co?... Co się z nim stało? Skąd przychodzicie?
- Nic. Nic się nie stało. Niech pan będzie spokojny! - zawołał starszy.
- Ale, panie, co myśmy przeżyli! Ja jestem kierownikiem pływalni, a to
dyżurny instruktor. Co myśmy przeżyli! Przed dwoma godzinami
szatniarka zaalarmowała nas, że wszyscy już wyszli, a w szatni zostało
ubranie. Postawiliśmy wszystkich na nogi. Przeszukano wszystkie kąty
w budynku, nie znaleziono nikogo. A więc jedna odpowiedź: leży na
dnie basenu.
- Czy pan sobie wyobraża - zawołał zdenerwowany instruktor - co to
znaczy dla nas, odpowiedzialnych za życie tych, co tam przychodzą?
- Zawiadomiliśmy komisariat rzeczny - podjął kierownik. -
Przeszukaliśmy cały basen, spuściliśmy wodę - nic. Nikt się nie utopił.
Więc przyszliśmy na adres z legitymacji, którą znaleźliśmy w kieszeni.
- Jesteście, panowie, pewni, że mój syn nie... - ojciec jeszcze ciągle wydawał się oszołomiony.
- Tatusiu! - zawołała Tosia. - Tomka slipki suszą się w kuchni na sznurku, zastałam je na środku
podłogi. Na pewno się tu przebrał!
- No więc - podniósł się kierownik - niech pan z chłopcem porozmawia.
- Niech pan mu skórę zerżnie! - gorączkował się instruktor. - Ja mało nie osiwiałem. Nurkuję raz -
nic! Drugi raz - nic! Za każdym razem nic! A tu ubranie! Panie, co ja przeżyłem!
Ojciec przepraszał i obiecywał, że sprawę załatwi. Po wyjściu obydwóch mężczyzn wrócił do pokoju
i siadł ciężko na tapczanie. Nie chciał jeść.
Podparł głowę rękami i milcząc patrzył w ziemię.
Tosia przestraszyła się naprawdę. Niechby już ojciec krzyczał, klął, kopał krzesła i walił pięścią w
stół - na to była przygotowana - ale taka cisza?
To może ojcu jeszcze bardziej zaszkodzić. Mama kiedyś mówiła, że jak ojciec się wyzłości, to mu
trochę ulży, no więc? Ach, nigdy nie wyobrażała sobie, że w kilkanaście godzin po wyjeździe mamy
będzie miała taką trudną sprawę. Co robić? Niechby chociaż usiadł do stołu.
- Tatusiu, tatulku - prosiła, obejmując go za szyję - zjedz coś, przecież byłeś taki głodny.
- Już nie jestem - powiedział podnosząc głowę. - A ten idiota, co? Bałwan nie z tej ziemi, co?
- Tatusiu, nie denerwuj się. Przyjdzie i wytłumaczy, dlaczego...
- Kto? Ty o kim, o Tomku? Nie, ja mówię o tym instruktorze. Słyszałaś? Wściekły był, że kilkanaście
razy nurkował i nic! A co, wolałby tam coś znaleźć?
- 11 -
Tosia dopiero w tej chwili uchwyciła komizm sytuacji. Rzeczywiście, instruktor złościł się, że „nic!!!"
Wybuchnęła śmiechem. Ojciec nagle zawtórował. Śmiali się aż do łez.
Kiedy im przeszło, Tosia odgrzała zupę i ojciec już bez oporów, ale i bez apetytu, zjadł kolację.
Tomka ciągle nie było i Tosia ze strachem nasłuchiwała jego przyjścia. Co tu się jeszcze będzie
działo?
Ojciec czytał gazetę, odłożył ją nagle i powiedział:
- Córuniu, ty jesteś mądre dziecko, powiedz, czy tak będzie dobrze: niech mi się to chłopaczysko na
oczy nie pokazuje. Wiesz, mam taką harówkę. Jak się zdenerwuję, to cały dzień stracony, nic na to
nie poradzę. A powinienem tego gałgana pokrajać i posolić. On mnie do grobu wpędzi. Bagatela:
milicja rzeczna, spuszczanie wody z basenu, na pewno rachunek przyślą i jeszcze w gazecie po
nazwisku ogłoszą. Bić go nie chcę - nigdy go nie uderzyłem. Mnie bili - j a nie będę. Za karę - niech
siedzi w domu kamieniem do przyjazdu Stefana. Ale od tego ani na krok. Ani za okno! Rozumiesz?
Dobrze będzie?
Tosia namyślała się chwilę i odpowiedziała, o dziwo, zupełnie jak mama:
- Dobrze. Tak będzie najlepiej.
Ojciec pocałował ją w czoło i zamknął się u siebie. Słychać było, jak chodził po pokoju. Robił to w
dwóch wypadkach: albo kiedy był zdenerwowany, albo kiedy obmyślał jakiś nowy projekt. Tosia nie
mogła się zdecydować na ustalenie dzisiejszej przyczyny.
Tomek wrócił późno. Bał się. Co miał jednak robić? Zanim znalazł całą trójkę, zanim wyjaśnił
wszystko i przekonał, że ma prawo żądać satysfakcji, zanim ustalono jej formę i gremialnie
zdecydowano się zawiadomić Cześka - czas płynął. Cześka nie było w domu. Może był, a nie chciał
się pokazać? Zostawiono list bardzo zwięzły, zakończony maksymą: „Kto nieobecny - śmierdzący
tchórz". Spotkanie ma się odbyć jutro o godzinie piątej w parku Ujazdowskim - jest tam jedno ustronne
miejsce, doskonałe na takie okazje. Tomek nakładzie Cześkowi, ile się zmieści, przy komisji, z uwagą
na zęby i honorowo, bo Czesiek ma prawo się bronić. Niech się broni. Tomek już widzi siebie
siedzącego okrakiem na rywalu i komisję liczącą do dziesięciu.
- Musi pełzać i palce moje lizać! - powtarza jeden z ulubionych zwrotów, o mało nie śpiewając z
radości. Wchodzi w tym momencie na swoje podwórko, a zobaczywszy światło w oknie ojca
momentalnie spuszcza z tonu i cichutko stuka do drzwi.
- O rany! - jęczy Tomek słuchając w kuchni relacji Tosi. - A to się narobiło, o rany!
Rozdział 5.
Awantura, jakiej powodem mimo woli stał się wczoraj Tomek, musiała jednak i na nim zrobić duże
wrażenie. Tak przynajmniej sądziła Tosia, widząc, jak wiele dobrych chęci okazuje od rana brat. Ojcu
na oczy się nie pokazywał, co zresztą nie było trudne, gdyż ten zaraz po śniadaniu wyszedł pracować
do kolegi.
- Tosiu, nie potrzebujesz czegoś? Nie? No więc do wieczora. Na obiad, córciu, nie wrócę. Ale na
kolacji będę z wami. Z tobą... - poprawił się, marszcząc brwi.
Tomek w kuchni siedział jak mysz pod miotłą. Za to kiedy ojciec wyszedł, a Tosia zabrała się do
robienia porządków, zaczął pomagać jej tak gorliwie, że trudno było naprawdę nie wierzyć w jego
dobrą wolę zrehabilitowania się za wczorajszy incydent.
Nawet chustkami do nosa zainteresował się i okazał chęć do ewentualnego własnoręcznego
wyprasowania ich.
- Bo wiesz... doszedłem do wniosku, że chustka do nosa jest jednak... chustką do nosa.
Ta głęboka filozoficzna uwaga zaniepokoiła Tosię. Przyjrzała się uważnie bratu, który właśnie unikał
spotkania z jej oczami.
I rzeczywiście!
Po kilku ciężkich westchnieniach Tomek zdecydował się odkryć karty.
- Tosiu, tatusiowi chyba trochę przeszło, co?
- No, chyba trochę tak. Ale bardzo długo wczoraj chodził u siebie.
- To dlatego, że obmyśla nowy projekt.
- 12 -
- Może. A bo co?
- Bo tak myślę, co będzie, jeżeli na jaką godzinkę wyskoczę.
- Nic nie będzie.
- Naprawdę? - głos Tomka nabrał otuchy. - Tak myślisz?
- Tak myślę, bo nigdzie nie wyskoczysz.
- Eee... ty doprawdy taka jesteś... przecież dzisiaj tatuś nic nie wspomniał, że ja mam tu...
kamieniem.
- A czy tatuś powtarza kiedy po raz drugi to, co kazał? Tomek, ty na tym basenie kręćka dostałeś.
Nie pamiętasz, co znaczy tatusiowe „nie"?
- Pamiętam - powiedział ponuro Tomek - ale są okoliczności życiowe...
- Żadnych okoliczności. Nie myśl nawet o tym. Lepiej weź się za historię, coś przecież musisz robić.
- Dobrze. Dla ciebie mogę zrobić i to. Wezmę się za historię.
- Dla mnie? To ja będę tę nieszczęsną poprawkę zdawać na jesieni?
- Tośka, bo się wścieknę - zaperzył się Tomek.
- Wściekaj się, ale obierz trochę kartofli - Tosia czuła, że sytuację można wykorzystać.
- Dobrze, obiorę i w ogóle, co chcesz, do czwartej mogę zrobić. Okna mogę umyć...
- Co za szkoda, że mama w poniedziałek umyła wszystkie cztery.
- No to co innego. Co tylko zechcesz. Do czwartej.
- Nie wyjdziesz.
- Tośka, bądź człowiekiem.
- Tomek, przestań - zdenerwowała się siostra. - Po wczorajszej awanturze dziś druga? Czy chcesz
ojca do grobu wpędzić?
- Tośka, czy ty jesteś w stanie pojąć, co to jest honor mężczyzny? Nawet jeżeli to dla ciebie trudne,
rozumiem, ale postaraj się, pomyśl, ja mam honorową sprawę!
- Ciekawe, co to za sprawa?
- Dobrze, powiem ci. Tym bardziej że to wszystko przez ciebie.
- Przeze mnie? - zainteresowała się Tosia.
- Tak. Siedziałaś tu któregoś dnia przy oknie z szydełkiem, tak? Zobaczył cię mój kolega szkolny,
Czesiek Ulanowski, i powiedział, że to ja! Ja w domu przebieram się w bluzeczkę w kropki, koraliczki
na szyję i ząbki szydełkiem robię! No?
- A to heca! - Tosia wybuchnę!a śmiechem. - Przypominam sobie, stał jakiś chłopak naprzeciw okna
i gapił się jak cielę na malowane wrota. Bezczelny! Chciałam mu język pokazać, ale skończyło się na
zasunięciu firanki przed nosem.
- To właśnie mówił. No, rozumiesz teraz?
- Świetnie. On tak myślał, a ty wyjaśniłeś.
- Nie tak łatwo. Przez tę chorobę nikt nic o tobie nie wie. Była majówka z siostrami, ciebie nie było.
A do tego każdy mówi: siostra z takim czubem, akurat jak ty?
- Ach - westchnęła Tosia - ja też wolałabym, żeby mi te włosy już odrosły. To straszne.
- No więc już mam pomysł: czub zawinił, czub nas uratuje. Słuchaj!
- Wcale nie chcę słuchać. Co za powód do obrazy? Wzięli cię za mnie, wielkie rzeczy. A gdyby
mnie wzięli za ciebie, czy ja bym takie historie wyczyniała?
- No... to zupełnie co innego. Nie ma dziewczyny, która by nie chciała być chłopakiem. Niestety -
nie tak łatwo.
- Śpiewająco! O wiele łatwiej niż chłopakowi być dziewczyną. Ileż każda dziewczyna musi różnych
rzeczy umieć.
- Tosiu, nie spierajmy się. Ja ci mówię, gdybym nie był chłopakiem, to może nawet chciałbym być
dziewczyną. Według mnie to dopiero śpiewające, jedwabne życie: „Córuniu, Tosiuniu, może ci to,
może ci tamto". A na mnie jak na psa. Chłopak musi być twardy - znieść wszystko. I rzeczywiście
wszystko zniosę, ale jak mi kto na honor nadepnie, nie zniosę! Tego jednego nie daruję i rozumu
nauczę, bo inaczej... bo inaczej każdy by mi na głowę wlazł i tego... nie rozumiesz?... pamiątkę
zostawił...
- Gdzie honor, gdzie szydełko? Głupstwo.
- 13 -
- Nie, Tosiu, nie. Posłuchaj: gdyby na przykład któraś twoja koleżanka narobiła plotek, że widziała
na własne oczy, jak ty... brodę sobie golisz...
- Ja? Brodę? Jak to?
- A widzisz! Ja na pewno niedługo zacznę się golić. No i przypuśćmy to podobieństwo między mną i
tobą... No i poszłaby taka plotka... Przyjemnie by ci było tłumaczyć się, dowodzić? A do tego wcale
mogłabyś nie wiedzieć, bo plotka szłaby za plecami, już i do innej szkoły roznieśliby: „Wiecie, jest
jedna taka Tośka Jastrzębska, dziewczyna z brodą..."
- Brr! Co za okropność! - wstrząsnęła się Tosia.
- A do tego, gdyby ci zależało na jakimś chłopcu, który by, dowiedziawszy się takich rzeczy o
tobie...
- A na której dziewczynie tobie zależy?
- Mnie? Na dziewczynie? - Tomek chciał się zamienić w jeden wielki znak zapytania. Jeżeli mu się
to nawet udało, znak ten był ogniście czerwonego koloru.
- No, dobrze - ulitowała się Tosia, do której świadomości trafił skutecznie ten i ów argument. -
Pomogę ci...
- Tosia, jesteś naj...
- .. .i pójdę za ciebie na to spotkanie.
- Aleś wymyśliła! Pójdziesz i co? Bić się za mnie będziesz?
- A po co się bić? Pójdę i wytłumaczę wszystko.
- E tam, słoń za ogon bujany w butelce! Ja muszę Cześkowi nakłaść!
- Ty wyjść nie możesz. Nie rozumiesz tego? Boże! Co za twarda głowa!
- Nie gadam z tobą! - wrzasnął Tomek i nawet pięścią w stół palnął ze złości, ale trafił w kant i
bardzo boleśnie to odczuł. Przybierając wyraz najwyższej pogardy, wyszedł do pokoju, ostentacyjnie
wyciągnął z półki „Marzenia inżynierów" i rozłożył się z książką na tapczanie mamy.
Tosia w kuchni przygotowywała obiad. Nie szło jej to. Coraz coś upuszczała na ziemię, zaczepiła
kieszonką fartuszka o kant zlewu, wydarła ją z „mięsem". Im dłużej myślała o sprawie brata, tym
bardziej mu współczuła. Nie brakowało jej wyobraźni, przypominała sobie rozmowę sprzed kilku
tygodni, kiedy opowiadał jej, jak trudno być „nowym" przy końcu roku. Rozumiała sytuację. Ale ta
sytuacja naprawdę była bez wyjścia. Dosłownie bez wyjścia!
Raz i drugi przechodziła przez pokój, udając, że musi zajrzeć do swojej walizki, to znów do szafy
mamy. Tomek nie zmieniał pozycji i z zaciśniętymi zębami patrzył wciąż na tę samą ilustrację.
„Mój Boże - dręczyła się Tosia - cóż ja mogę zrobić? Cóż ja mogę?" W milczeniu zjedli skromny
obiad. Tomek, zawsze chętny do pełnego talerza, jadł półgębkiem, chociaż to była szczawiowa z
ryżem, jego ulubiona zupa. Mizerii ze śmietaną też ledwie dziobnął. Tosi wydało się, że przybladł.
Miękła coraz bardziej.
Po obiedzie ona zmywała naczynia, brat znowu położył się na tapczanie.
- 14 -
„To jest sprawiedliwość: cała robota na mnie, a on przeżywa. On ma męskie problemy!" - chciała
obudzić w sobie bunt i gniew na brata, ale nie udawało się.
Nagle Tomek zdecydowanym krokiem wszedł do kuchni i oświadczył:
- Mam jeszcze pół godziny. Ani chwili więcej.
Siostra tylko spojrzała na niego z wyrzutem.
- Tośka, pamiętasz, czytaliśmy w „Expressie" o tym, jak choremu bratu siostra jedną własną nerkę
oddała?
- No, to co z tego? Gdyby trzeba było...
- Właśnie to chciałem powiedzieć: gdyby trzeba było, to ja bym ci obydwie oddał, wiesz? A ty...
- Tomeczku - Tosia o mało nie płakała - czy ja bym ci nie pomogła? Ale ojciec. Ojciec. Czy nie
przyrzekłeś mamie, tak jak i ja, że będziesz dbał o jego zdrowie i spokój? A ty już wczoraj pokazałeś.
- Czy ja chciałem? To się nie liczy.
- Ale za to dzisiaj wyraźnie chcesz doprowadzić do awantury.
- Nie, nie chcę. Posłuchaj, ojciec powiedział, że wróci wieczorem, tak? A ja przecież wyskoczę o
czwartej na godzinę, na półtorej najwyżej.
- Nie, Tomku, nie. Ja cię proszę na wszystko, nie rób tego! Ojciec może zatelefonować.
- No to co? Głosy mamy całkiem podobne.
- A jeżeli wróci wcześniej, niż ty przyjdziesz, albo w ogóle... nie wiesz, jaki ojciec jest? Ni z tego, ni z
owego wpadnie taksówką, bo zapomniał jakichś wyliczeń, jakiegoś rulonu.
- Daj mi dokończyć. Obmyśliłem cały plan. Ja wychodzę! Ty zostajesz zamiast mnie. Przebierzesz
się w moje szorty i wiatrówkę - koraliki won - siadasz nad moją historią. Gdyby coś takiego, siedzisz w
kuchni kamieniem. Ojciec, jak wiesz, kiedy się gniewa, to nie rozmawia. Nie odezwie się nawet do
ciebie, Tomka.
- A jak zapyta o mnie, Tosię?
- Na pewno nie zapyta. Przysięgam ci. A jak się zapyta, to powiesz takim skruszonym głosem, żeby
ojciec miał satysfakcję, że ja się kajam: „Poszła do koleżanki".
- A ty się akurat kajasz! - oburzyła się Tosia.
- To swoją drogą, a swoją drogą z rodzicami trzeba trochę dyplomacji. Jak będziesz miała moje
lata, to zrozumiesz! No więc? Szafa gra?
- Nie, nie! Ja się boję! Ja się boję! Tomek, zlituj się! Ja umrę ze strachu!
- O, o! To właśnie jest dziewczyńska prawdziwa postawa: boję się, umrę ze strachu! We wszystkich
trudnych momentach kobieta mdleje, i już. To jest właśnie wasze wygodnictwo i tchórzostwo. Tak. Ja
się też boję, ja też wiem, co tu by się działo, gdyby ojciec zobaczył, że go nie posłuchałem. No!!!
- A widzisz.
- Widzę, boję się, ale działam. Działam po męsku i koniec, finita, la fin, koniec! Różnica między mną
a tobą jest ta, że ja potrafię wziąć na siebie odpowiedzialność, a ty - tylko bać się potrafisz!...
Różnica między Tomkiem a Tosią polegała między innymi i na tym, że Tomek potrafił przeciwnika
ze szczętem zagadać, nie dając mu dojść do słowa. Tosia, chociaż dziewczynka, nie była tak
wygadana. I teraz nie mogła się zdobyć na przerwanie filipiki brata, mimo że już parę razy otwierała
usta.
- I to ci oświadczam - ciągnął Tomek dalej - ja wychodzę. Robię wszystko, żeby sytuację
zabezpieczyć, i chcę ją zabezpieczyć na mur, na żelazobeton. A jeżeli ty mnie nie podeprzesz, to
pamiętaj: ojciec przez ciebie może trupem paść.
Tosia podniosła ręce do góry, wzywając na pomoc niebiosa.
- Tak! Wiesz przecież, ojciec jest straszny choleryk, zdenerwuje się okropnie i wykituje, a szkoda,
bo drugiego takiego ojca na świecie nie ma. Mów sobie, co chcesz, to wspaniały chłop, umie brać
odpowiedzialność, umie ruszyć głową w trudnych momentach. Szkoda, że wszystko to po nim
odziedziczyłem tylko ja.
- Boże, Boże, dlaczego mamy nie ma! - płakała Tosia.
- Sam żałuję, mama rozumie życie. Mama wie, że ojca trzeba oszczędzać. Jak było z moją
poprawką? Uzgodniliśmy, żeby ojcu nie mówić. I gdyby nie zażądał cenzury, toby się tak nie
zdenerwował. Trudno, nie moja wina: sam chciał. A teraz... mnie już nie ma. Historia leży na samym
wierzchu w walizce. A rivederci! Adieu! Praszczaj! Jeżeli tu nastąpi koniec świata, to nie przeze mnie.
- 15 -
Tosi od tego wszystkiego szumiało w głowie, pulsowało w skroniach, zaczęło ją boleć za uszami.
Napiła się zimnej wody. Trochę pomogło.
Co miała robić? Siłą nie powstrzymałaby brata i tak. Zresztą on zawsze postawił na swoim. Czy to
pierwszy raz? Tak samo, jak ojciec. Kiedy się przy czym uparł - nie było rady. Czy ona jest winna, że
Tomek taki podobny do ojca?
- A niech się dzieje co chce! - powiedziała i poszła umyć twarz do łazienki. - Jeszcze ktoś wpadnie,
może jaka koleżanka, i będzie się dziwić, że tu siedzę zapłakana.
Jakby w odpowiedzi zadzwonił telefon.
- Tosiu? Tuja, Krysia. Przyjdź do mnie, błagam cię, mam ci strasznie dużo do powiedzenia. Nie, ja
nie mogę wyjść, bo rodziców nie ma, siedzę z Małgosią jak na pokucie. Nie możesz, naprawdę? Ach,
jaka szkoda! Zaczekaj, ktoś dzwoni do drzwi. Zatelefonuj później do mnie! Koniecznie. Pa!
Ledwo Tosia odłożyła słuchawkę i odeszła o krok, znowu telefon.
- Halo, czy to mieszkanie państwa Jastrzębskich? Czy mogę mówić z inżynierem Jastrzębskim?
- Nie, tatusia nie ma w domu.
- O, to źle, bo ja mam bardzo pilną sprawę. Telefonowałem rano kilkakrotnie, ale bez skutku. A czy
mówię może z synem, Tomaszem?
- Nie, tu córka, Tosia.
- Bardzo mi miło. Tu mówi inżynier Kulik. Gdzie mogę ojca znaleźć?
- Tatuś jest u pana inżyniera Uchmańskiego, proszę zapisać numer telefonu!
- Dziękuję. A Tomasz w domu?
- Niee... tak, tak, w domu, w domu, tylko... śpi.
- No, to niech się obudzi i będzie gotowy. Najdalej za godzinę po niego wpadnę. Do widzenia.
Tosia osuwa się na krzesło obok aparatu. Oprócz przerażenia odczuwa jednak i satysfakcję.
- A nie mówiłam! A nie mówiłam! - powtarza na głos.-Za godzinę! A jeżeli Tomek nie zdąży wrócić
za godzinę?
Znowu telefon.
- Tosia? Daj mi tu Tomka.
- Tomek przy aparacie!
- Tomek? - głos wyraźnie twardnieje. - A gdzie Tosia?
- Wyszła do koleżanki.
- To niedobrze. No, nic. Słuchaj: przygotuj wszystko, co trzeba. Za godzinę, może trochę wcześniej,
przyjedzie po ciebie nadleśniczy Kulik. Jest tu dziś na jakiejś konferencji, wraca do Lublina autem.
Jedno miejsce wolne, zabierze cię do wujka Stefana. Wujek nie przyjedzie tak, jak było umówione.
Rozumiesz? Żeby wszystko było gotowe. Nie mogą czekać. Ja może.'.. - trzasnęły widełki.
Jakim tonem ojciec mówił! Jak do obcego. Nie, jeszcze gorzej. Taki na Tomka zawzięty. A co
znaczyło: „Ja może..." Pewnie: wpadnę. Aby nie za wcześnie!
Na wszelki wypadek Tosia szybko zrzuca z siebie sukienkę, nakłada szorty i koszulkę Tomka.
Przegląda się w lustrze. Fajny chłopak. Tomek jak ulał. A to teatr! Tosia ogromnie lubi bawić się w
teatr, przebierać się. I teraz odczuwa trochę przyjemności. Byłoby tego więcej, gdyby nie chłodna
strużka strachu biegnąca po krzyżu, zatrzymująca oddech - a jeżeli ojciec pozna? A jeżeli ten
nadleśniczy przyjedzie, zanim Tomek zdąży wrócić?
Siada przy stole nad jakąś książką. Wcale nie widzi tekstu. W głowie ma kompletny chaos. Co
robić? Jest godzina czasu. To dużo! Nie, to bardzo krótko. Jeżeli Tomek nie zdąży, wszystko się
wyda. Ojciec wpadnie w gniew, i to w jaki! I nieposłuszeństwo, i stracona okazja, i kto teraz Tomka
odwiezie? Niepotrzebne wydatki! Ojciec jest na to bardzo czuły.
- O rany! - stęka Tosia. - O rany! - i mimo wszystko śmieje się, słysząc Tomkowe zawołanie.
Jeszcze łyk zimnej wody.
Tak niedawno Tomek mówił: „spróbuj podjąć męską decyzję w trudnych momentach życia". No
więc spróbuję.
Najpierw sprawdzić walizkę, czy wszystko jest. Aha, mama mówiła o kabanosach na drogę.
Bielizna, półbuciki, skarpetki, kąpielówki, portfel, dwa banknoty po dwadzieścia złotych, legitymacja.
Historię trzeba włożyć na samo dno. Walizka gotowa. Wiatrówka z ciepłą podpinką wisi na wieszaku.
- 16 -
Sweter jest. Dres jest. Co Tomek miał na sobie? Coś bardzo starego. Wypłowiałe, niebieskie, tyle
mądrego, że na drakę odpowiednie.
Żeby tylko nie wrócił z podbitym okiem, bo niby skąd? Ze mną się bił?
No więc wszystko gotowe. Niech tylko wróci przed ojcem i przed inżynierem. Jeżeli zdąży, to
wszystko się uda, on nawet strachu się nie naje. Powie: „Mówiłem, że będę - i jestem. Okay! A ty
tchórzu (tak powie, Tosia gotowa jest przysiąc), ty tchórzu, mdlałaś ze strachu.
Niepotrzebnie, bo ja zawsze wiem, co robię!" Tak się będzie przechwalać... Jeżeli zdąży...
A jeżeli nie zdąży? Tosia patrzy na zegarek, jest wpół do piątej. Jeszcze tylko pół godziny. Jak ten
czas szybko leci! Dopiero była czwarta. Jeżeli Tomek nie zdąży, to dobrze mu tak! To go nauczy. To
mu po nosie pójdzie!
I Tosia łapie się na tym, że prawie rada będzie, jeżeli Tomek nie zdąży.
Ona ojcu nie powie. Za nic na świecie. Na niej by się wszystko skrupiło, bo ojca gniew jest
najstraszniejszy w pierwszej chwili. Na nią ojciec byłby wściekły, że pozwoliła, że dopuściła, tak jakby
ona co mogła. O, nie ma głupich. Ona też może głową ruszać, aby oszczędzić ojca i... siebie.
Z całym spokojem ocenia teraz sytuację. Jeżeli Tomek nie zdąży - to ona pojedzie zamiast niego.
Co będzie, to będzie. A Tomek niech się przebiera w jej sukienki. I niech jedzie na „śpiewające,
dziewczyńskie życie" do cioci Isi.
Ale jak mu powiedzieć, jak go uprzedzić, żeby nie zepsuł całej sprawy?
Nowa trudność! Tosia przebrana za Tomka pojedzie, a tu dzwonek, ojciec otwiera i znowu Tomek
stoi na progu! To byłoby dopiero!
Tosia bierze kartkę papieru, zastanawia się i szybko pisze.
Droga Siostro!
Zdecydowałem się podjąć męską decyzję w trudnej życiowej chwili.
Czeka mnie śpiewające życie. Śpiewaj i ty. Okayl
A rivederci! Adieu! Praszczaj!
Twój brat Tomasz
Na wszelki wypadek rzuca na kozetkę sukienkę w groszki. Właśnie! I koraliki!
Ktoś dzwoni. Tosia opiera kartkę o wazonik na stoliczku Tomka w kuchni i biegnie do drzwi. Tak, to
inżynier-leśnik.
- Jak się masz, Tomku. Jestem inżynier Kulik. Rozmawiałem z twoją siostrą i ojcem. Jesteś
gotowy?
- Tak, proszę pana. Już biorę walizkę.
- Świetnie. Bałem się, że może będzie jaka guzdranina. Dawaj ten bagaż! A płaszcz? Czapka? W
porządku. Idziemy. W domu jest ktoś?
- Nie, proszę pana. Klucz schowam.
Wychodząc już z bramy widzą wyskakującego z taksówki ojca.
Panowie wymieniają nazwiska i okolicznościowe grzeczności. W dużej „Warszawie” siedzi jakiś pan
za kierownicą i jeszcze jeden z tyłu. Tosia wita się speszona. Czy trzeba szastać nogą? Każą jej
usiąść z tyłu. Siada.
Inżynier żegna się z ojcem, który jest też trochę zakłopotany, zdejmuje i wkłada okulary. Nagle
wyciąga z portfela banknot i wsadza „synowi" w kieszeń wiatrówki.
- No - mówi - co to j a chciałem?... Pozdrów wujka i tego... trzymaj się. Trzymaj się! - powtarza i
klepie Tosię po ramieniu. - Bądź zdrów!
Zatrzaskuje drzwiczki. Macha ręką.
Tosia odwraca się. Przez szybę widzi, że ojciec wsiada do czekającej na niego taksówki. Oddycha
z ulgą: Tomek wróci pierwszy.
- Lubisz jechać samochodem? - zwraca się do Tosi inżynier Kulik.
- Tak, proszę pana.
- A jechałeś kiedy tak daleko wozem?
- Nie, proszę pana.
„No, jak na warszawiaka - myśli pan Kulik - to ten mały zanadto obrotnego języka nie ma".
- 17 -
Panowie zaczynają między sobą mówić o dzisiejszej konferencji, o dostawach drzewa, zalesianiu,
szkodnikach. Tosia stara się słuchać, wreszcie ukołysana jazdą, zmęczona przeżyciami dnia -
zasypia.
Rozdział 6.
Tomek wraca syty zwycięstwa. Ma zadrapaną twarz. To nie Czesiek, nie. Czesiek, owszem, bił się
honorowo, tylko on sam przewracając się zaorał nosem o jakiś patyk. Bo przewracali się nie raz. W
ogóle Tomek musi przyznać, że nabrał trochę szacunku dla Cześka. Draka wcale nie była łatwa. Sam
też oberwał tu i ówdzie. Ale końcowe zwycięstwo było jego tryumfem. Siedział okrakiem na Cześku i w
obecności całej komisji: Janusza, Rafka i Ryśka, pytał według ustalonego rytuału:
- Dostałeś?
- Tak jest. Dostałem.
- Wystarczy?
- Tak jest, wystarczy!
- Na pekao odłożysz?
- Tak jest, odłożę na pekao - jęczał za każdym razem Czesiek.
Niechby nie odpowiedział albo nie tak jak trzeba. Dostałby jeszcze drugie tyle.
Ach, co za przyjemność! Tomek wypina pierś, aż wyrwany rękaw bluzki pruje się dalej. Dobrze, że
włożył starą. Główka pracuje - wszystko przewidział. A Tośka chciała go tej frajdy pozbawić! Głupia!
Zaraz jej dowiedzie, że świat należy tylko do odważnych. Tylko! Okay!
Do mieszkania dzwoni na wszelki wypadek ostrożnie. Nic. Trochę głośniej - też nic. Czyżby siostra
wyszła? Zagląda do schowka - jest klucz! Idiotka! A jeżeli ojciec telefonował? To idiotka! Wszystko
może popsuć. Wchodzi do mieszkania. Pusto. Już wie, jak się wykręci. Powie, że miał nakazane z
kuchni nie wychodzić. Telefon dzwonił, on nie wychodził. Tosi nie było. Trudno.
Chce mu się pić. Nalewa pełen kubek i siada przy stoliczku. O, jaka pyszna zimna woda po takiej
bitce. A to co? Co tu jest napisane?
Tomek czyta raz. Czyta drugi raz. Nic nie rozumie. Co za kawał? Patrzy na zegar - szósta.
Dlaczego Tosi nie ma? Jeszcze raz czyta i zaczyna mu coś świtać w głowie, ale odgania to jak
natrętną muchę. Nie, to niemożliwe.
Zagląda pod kozetkę. O rany! Jego walizki nie ma. Idzie do przedpokoju - wiatrówki nie ma! Czapki
nie ma! Zapala światło, nic nie pomaga. W pokoju, owszem, Tosi walizka jest! O rany! Co się stało?
Jeszcze raz wraca do nieszczęsnej kartki. Teraz rozumie jedno: Tosia pojechała zamiast niego. Ale
dlaczego? Przecież wujek Stefan miał przyjechać dopiero jutro, jutro, na pewno! A jeżeli przyjechał
dziś? „Tak bez uprzedzenia? - oburza się Tomek, ale potem reflektuje się: - A może mu coś wypadło?
Ale co ta Tosia zrobiła? W takim wypadku to powinna była... powinna była..." Nie, dopóki Tomek nie
wie wszystkiego, nie jest w stanie określić bliżej, co powinna była zrobić siostra.
Wie tylko jedno: stała się rzecz straszna. Teraz on ojcu będzie musiał wszystko powiedzieć i... i co?
Tomek znowu nie wie.
Dzwoni telefon. Ojciec.
- Tosiu, dlaczego cię nie było, kiedy Tomek odjeżdżał? Jestem trochę niespokojny, czy wszystko
zabrał. Ten podręcznik na przykład. Musiałaś wyjść? A cóż znowu pilnego? No, pojechało
chłopaczysko. Bardzo się ucieszyłem z tej okazji, bo i wygodniej, i prędzej. Tomek był jakiś osowiały,
może go sumienie gryzło za to wczorajsze? Słuchaj, córko, ja wrócę koło dziewiątej. Nie będziesz się
bała sama? No, wiem, zuch jesteś. Kolację zjem tu. Nie czekaj. I słuchaj. Tomek pojechał o dzień
wcześniej, więc nie ma żadnego powodu, żebyś ty siedziała w taki upał w mieście. Już depeszowałem
do cioci Isi, żeby konie po ciebie wysłali jutro. Pociąg masz o jedenastej czterdzieści. Przygotuj
wszystko. No, pa, kochanie. Niedługo wrócę.
Tomek jeszcze raz czyta list. Rozumie już wszystko. Teraz na niego kolej podjąć męską decyzję.
Ale co w takim wypadku byłoby najbardziej męskie? Przyznać się ojcu? Rany boskie! Na chłopaku
skóra cierpnie. „Tomek" wyjechał, poszła depesza, konie wyślą, ojciec nareszcie nie będzie musiał
myśleć o domu. Tomek to rozumie i doskonale wyczuwa. Gdyby to z nim ojciec rozmawiał, dodałby na
pewno: „Oj, co ja z wami mam!" A do Tosi to: „Pa, kochanie!" A ta szczęściara pojechała sobie i
- 18 -
będzie używać. Wujek ma konie pod siodło („boję się!"), stawy rybne („boję się robaka!"), na raki
chodzą („boję się!"). Będzie „śpiewać", oj będzie „śpiewać". Jasne jest jedno: albo Tomek powie ojcu
wszystko, albo wcieli się w Tosię. Bardzo trudny wybór, ale trzecie wyjście nie istnieje.
- Spróbujemy. Może ona śpiewać, zaśpiewam i ja!
Wygłosiwszy to ostatnie zdanie, Tomek nie dorzuca zwykłego: O key! Słusznie. Bierze sukienkę w
groszki i idzie do przedpokoju. Tylko tam jest duże lustro. Zdejmuje koszulkę - ojej, co za sińce na
ramionach! Sukienka ma krótkie bufki, widać spod nich granatowe placki jak kurze jaj a. Nie ma rady,
wkłada koszulkę w paski. Wygląda to trochę dziwnie, no to co? Tomek ogląda się w lustrze i widzi na
siedzeniu kieszonki obszyte lamówką. Też moda! Ach, nie! To tył na przód założony. Rzeczywiście, tu
dekolt w ząbek. Jeszcze koraliki! No, teraz go może Czesiek zobaczyć!!!
„A ta twarz podrapana? Aha, to jak wracałem (wracał am, wracał am, idioto!) od koleżanki, to
właśnie potknęł am się i upadł am na pysk (nie na pysk, idioto, tylko na buzię). Przyłożę zimny
kompres, trochę się zakryje. Ale jak ojciec pozna? Nic nie pozna - na pewno. Mama toby poznała od
pierwszego spojrzenia, mowy nie ma! Oj, mamusiu, mamusieńko! - wzdycha lirycznie Tomek. - Z tym
pociągiem świetnie się składa. Gdyby był po południu, to ja, jako Tosia, musiałbym gotować obiad! No,
Bóg strzegł! A teraz zajrzyjmy do walizki".
Wszystko, co było w kropki i w kwiatki, Tomek bezlitośnie wyrzucił, uważając, nie wiadomo
dlaczego, te desenie za niegodne zaszczytu okrywania jego posiniaczonej, ale męskiej skóry.
Największe uznanie znalazła układana spódniczka w szkocką kratę. W Szkocji mężczyźni chodzą w
takich spódniczkach. Do tego sportowa biała bluzka z długim rękawem. O, i druga taka bluzka szaro
niebieska też ujdzie, są szorty, na szczęście! A to co? A to tak zwany opalacz - płótno w
geometryczny wzór - można wziąć. Tu bielizna. Jak on w tym będzie chodził? Won! Nie, trzeba wziąć.
Przecież tam będzie cały miesiąc, pranie na przykład, no i co? „Skąd te męskie kalesony?" - spyta
- 19 -
ciocia. Tak, skoro się rzekło „a", trzeba być przygotowanym na „b". Jest nóż! Mądra, kochana Tośka
musiała go w ostatniej chwili podrzucić. Bez takiego noża to w ogóle szkoda jechać na wakacje.
W pudełku nici, igły, nożyczki, jakieś pierścionki, koraliki - do diabła z tym! Nie! Mogą się przydać, a
pudełeczko, owszem, zgrabne na robaki. Historii na klasę szóstą brak? Nie moja wina. Trudno.
Co jeszcze? Trochę sznurka, parę haczyków na ryby, dziewczyny też mogą to lubić. Aha, gdzie to
ten stary kalosz? Lepsza połowa jest w tamtej walizce, nie szkodzi, ta się też przyda. Kawał wentyla?
Zabrać. Lekkie. Tomek nieomylnie trafia w szufladach ojca na zawiniątko z haczykami i żyłką. Tylko
pożycza, w sierpniu zwróci. Gotowe!
Ojej! Jak się chce jeść! Nastawia herbatę, kroi chleb, wyciąga z lodówki kotlety. Ojciec i tak
przyjdzie po kolacji.
Tylko go patrzeć. Tomek jeszcze raz staje przed lustrem. Przygładza czuprynę. Łapie jakąś
szmatkę, macza w wodzie i przykłada na zadrapane miejsce.
Świetnie! Pół twarzy zakryte. Może teraz ojciec przyjść.
Rozdział 7.
Pierwsze słowa ojca:
- Tosieńko? Co się stało?
- Ach, tatusiu, to jak wracałam od Krysi. Spieszyłam się i przewróciłam się na schodach.
Podrapałam się, coś okropnego. Boli mnie, ale od zimnej wody - mniej.
- Pokaż mi to zaraz.
Ojciec zaniepokojony prowadzi „córkę" pod lampę. Bierze głowę w obie ręce.
- No, myślałem, że coś gorszego. Zaraz to trzeba przemyć wodą utlenioną. Ale jakaś ty brudna! O,
tu, koło uszu, na brodzie!
- A, bo właśnie tam był jakiś taki piach i kurz, ale tak mi się przykro zrobiło, że z taką twarzą... na
wyjazd do cioci... i zupełnie zapomnia...łam.
- Zaraz idź i umyj się. Ach, dzieci, dzieci! Ledwo matka za próg, o wszystkim zapominacie. A
kolację zjadłaś?
- Tak, tak! - woła „Tosia" z łazienki. - A może tatuś chce herbaty?
- Dobrze. Napiję się chętnie.
Tomek nalewa herbatę i zanosi ojcu do jego pokoju.
- To jest herbata? Tosiuniu, zapomniałaś, jaką tatuś lubi herbatę?
- Ach, bo mnie tak głowa z tego wszystkiego boli! - mamrocze Tomek i biegnie po imbryczek z
esencją.
- Już wiem, dlaczego Tomek był przy wyjeździe taki speszony - robi odkrycie ojciec. - Patrz, zwędził
mi jeszcze haczyki i żyłki. Widzisz, rozgrzebane wszystko. A to gałgan! Przecież mu dałem dosyć! No,
teraz herbata w sam raz. Więc jutro jedziesz do cioci. Zostanę sam. Uchmańskiego żona też wyjeżdża
jutro. Dziś była pożegnalna kolacja. Zostajemy z Zenkiem jak te sieroty. Pracować będziemy tutaj.
Rozłożymy się w obydwu pokojach. Gdybyś jeszcze mogła, córuniu, rozmaite drobiazgi z waszego
pokoju poskładać do szafy czy gdzieś pod łóżko? Żeby nie przeszkadzały nam. Rozumiesz?
Telefon.
Tomek biegnie, ojciec idzie z herbatą za nim.
- Tu Krysia. Dlaczego nie dzwonisz?
- Ach, Krysiu, nasz Tomek wyjechał, tyle było roboty! Właśnie kiedy byłam u ciebie, to on... to on
wyjechał i tyle nieporządku zostawił! Wiesz, jak to chłopak! I trzeba było sprzątać!
- Przecież wcale nie byłaś u mnie! Co ty pleciesz?...
- No właśnie! A kiedy schodziłam od ciebie, to się przewróciłam i twarz mam podrapaną. I jutro jadę
z taką twarzą! ... A tatuś tu stoi i śmieje się.
- Aha, rozumiem, nie możesz mi przy tatusiu powiedzieć, gdzie byłaś?
- Taak!...
- Rozumiem. O której jedziesz?
- 20 -
- O jedenastej czterdzieści.
- To ja do ciebie wpadnę, bo muszę ci coś opowiedzieć. Coś fantastycznego!
- Eee... Krysiu, czy myślisz... czy myślisz, że ja będę miała czas? Bo jeszcze muszę zapakować
walizkę.
- Ja ci pomogą. Tosia, zobaczysz, jak ja świetnie pakują walizki. A to, co ci powiem o waszym
Tomku...
- O Tomku ?
- Tak, przed chwilą telefonowała do mnie Ola, ona dowiedziała się od Maryśki, której powiedziała
Ziutka, ta, co chodzi z Jolą do jednej klasy...
- Z Jolą?
- Tak, ty nie wiesz, kto to jest, ale ja ci powiem. Wszystko ci powiem, mówią ci, heca nie z tej ziemi.
Ten wasz Tomek — no, no I Mamusia mnie woła. Więc jutro u ciebie jestem. Buzi!
- A cóż tam znowu o Tomku? - dopytuje się tatuś.
- E, nic takiego... takie tam...
- Już ja się domyślam, jakie to „takie tam". „O Tomku? Z Jolą?" - ojciec naśladuje głos i intonację
Tosi. - Pewnie za dziewczynami już zaczął łazić, co? No, powiedz mi, w sekrecie.
- Tomek? Tatusiu, Tomek, jak widzi dziewczynę, aż się otrząsa. Ile razy do mnie Krysia przyjdzie, to
aż mi wstyd, bo on zawsze ucieka.
- Tak? No to naturalne. W jego wieku jeszcze się dziewczętami pogardza. Chociaż... jak ja byłem
na pierwszej randce, to miałem... Cha! Cha! Cha!... czternasty rok, prawie tak jak Tomek, i nazywała
się też Jola. Nie, nie Jola, Julia! Tak romantycznie. Ach, a mnie wydawało się pewnie, że jestem
Romeo...
Ojciec jest w świetnym humorze. Kolacja pożegnalna musiała być z „naparstkiem". Ojciec
„naparstek" lubi, owszem.
- I wiesz, raz przez tę Julię na wagary poszedłem. Tylko ci-cho-sza, ani mru-mru przed Tomkiem.
Strasznie mi ta Julia imponowała, była wyższa ode mnie o głowę i o dwie klasy.
- To tatuś też?... Na wagary?...
- Cii! Tosiu. Zapomnij o tym. Wygadałem się, ale liczę na to, że nie masz długiego języka. Raz,
jeden, jedyny raz! Przez dziewczynę. Ale żebyś wiedziała, jak mi ojciec skórę zerżnął! Chryste Panie!
Ojca mieliśmy najlepszego, ale był w takich wypadkach bez litości. Cała nasza trójka bała się go
piekielnie. Raptus był i rękę miał ciężką. Dlatego ja was nie biję. Ale nie wiem, czy Tomek mnie kiedyś
nie wyprowadzi z równowagi. Więc łazi z tą Jolą? E, chyba nie, taki niechluj... Dziewczyny nie lubią
niechlujów, prawda? Całe szczęście... Chłopcy to jakoś wyczuwają i razem z zainteresowaniem płcią
piękną zaczynają więcej dbać o swój wygląd. Ale, czekaj no! Kilka dni temu widziałem, jak Tomek
obcinał paznokcie! Na pewno! No, teraz jestem w domu!!!
- Zmienię kompres - jęknął Tomek - od zimnego trochę mniej boli.
I wyszedł z pokoju.
Źle spał tej nocy. Na „psiej kozetce" było jednak wygodniej . Jak Tosia mogła spać na tak grającym
za każdym poruszeniem łóżku? Długa nocna koszula z falbankami pod szyją też przeszkadzała
nieustannie. Obudził go telefon.
- ... tak... - mówił ojciec - załatwię, możesz być spokojny. Zaraz tam idę. Tak, jedzie dzisiaj o
jedenastej czterdzieści. Wrócą tu tylko, żeby ją odprowadzić, i z dworca wprost do ciebie. Nie, nie,
byłoby jej przykro. Wczoraj się przewróciła i potłukła, biedactwo, śpi jeszcze, tak. Nie, tylko dzisiaj,
zwykle jest pierwsza na nogach, matce pomaga. Lubi mi przynieść śniadanie do łóżka. Tak. No, to
cześć! Pani swojej ręce ode mnie ucałuj jeszcze raz za te wczorajsze śledziki. Cześć!
Ojciec wchodzi do pokoju i spotyka się z otwartymi oczami Tomka.
- Ach, ty śpiochu! To tak się dba o ojca, jak mama wyjedzie? Sam sobie jajecznicę smażyłem! No
nic, nic. Rozumiem: wczoraj miałaś sporo roboty. Córuś, ja teraz lecę, bo mam pilne sprawy w Biurze
Projektów. Wrócę na jedenastą. Bądź gotowa ze wszystkim. Walizka i tak dalej. Odwiozę cię na
dworzec. No, te zadrapania goją się. Pa, kochanie! I myślę, że ogarniesz tu trochę, tak?
Ojciec czule całuje „córkę" w czoło. Trzaskają za nim drzwi. Tomek nie spieszy się ze wstawaniem.
- 21 -
- Tak... „biedactwo, córuniu, śpioszku, kochanie"... Takie to się ma życie, kiedy się jest dziewczyną.
I wszystko wolno . Do koleżanek na ploty latać... O, psiakość!!! - Tomka jak sprężyna wyrzuca z łóżka
przypomnienie o Krysi, która tu lada chwila może się zjawić. I... poznać!
Plącząc się w długiej koszuli, biegnie do lustra. Wczorajsze kreski na twarzy rzeczywiście mniej
znaczne. Zaczerwienienie obok nich zniknęło. Ale manewr z kompresem trzeba zachować. To
zasłania cały policzek. Uszy czyste? Ujdą.
Tomek szybko myje się. Nie należy z tym przesadzać. Co na siebie włożyć? Ubrać się trzeba tak,
żeby już być gotowym do wyjazdu. Szkocka spódniczka? Jest. Bluzka? Coś z długim rękawem, żeby
zakryć sińce. O, ten biały sweterek. Doskonały.
„A może zatelefonować do Krysi, żeby nie przychodziła? Czort wie, jaki numer telefonu, a poza tym
interesujące, co ona chce o mnie powiedzieć".
Tomek nabiera pełną pierś powietrza. Nic, tylko fama o jego zwycięstwie doszła już do Joli i Jola z
całym uznaniem dla jego postawy, no i siły, opowiedziała o wszystkim przyjaciółce.
Trochę się jednak tej wizyty boi. A nuż zostanie zdemaskowany? Z tatusiem rozmawiać nietrudno.
Ale kto wie, jakie te dziewczyny mają sekrety - gotowa wsypa. Postanawia mówić j ak naj mniej, bo...
bolą zęby! Genialny pomysł.
Tomek wynajduje jakąś jedwabną chustkę, składa ją w kilkoro i obwiązuje twarz, ozdabiając czubek
głowy ogromnym węzłem.
Co za wspaniały efekt! Twarz osłonięta, przy tym można się jeszcze trzymać ręką za bolące
miejsce i tylko jęczeć albo kiwać głową.
Ale przed tym teatrem trzeba się dobrze najeść.
Tomek wchodzi do kuchni i staje oniemiały. Ile tu niepomytych garnków, szklanek, talerzyków,
łyżeczek! Brudna jak nieboskie stworzenie patelnia! Ileż tu było osób? Przecież wczoraj kolację jadł
tylko on, tatuś pił herbatę, a dzisiaj rano u tatuś jadł śniadanie.
„Ogarnij tu trochę" - przypomina sobie. Rany boskie, od czego tu zacząć? A już dziewiąta i jeść się
chce! Otwiera lodówkę, wyciąga ostatnie dwa kotlety, przegryza je chlebem. Dla psa mucha!
„Gdyby Tosia mogła teraz widzieć naszą kuchnię, miałaby uciechę! - myśli Tomek. - Ale od czego
głowa? Grunt to organizacja!" Zbiera wszystkie naczynia, układa je w zlewie, na wierzchu stawia
patelnię i puszcza wodę. Wymyją się same.
On przez ten czas wypije kawę z mlekiem. Gdzie mleko? Mleka nie ma. Nikt przecież dzisiaj po
mleko nie chodził. Zawsze to robi Tosia. Oho, jest Krysia. Bębni w szybę, żeby otworzyć.
- Tosiu! Jak się masz - rzuca się przyjaciółce na szyję i ściska serdecznie.
- Co ci się stało?
- Oj, ostrożnie, boli mnie ząb! - jęczy Tomek.
- No to weź coś. Nowalginę, pabialginę. Macie proszki?
- Nie, nie, nic a nic nie mamy...
- Pokaż mi, gdzie wasza apteczka.
Tomek prowadzi ją do łazienki. Krysia jednak znajduje pabialginę i zmusza „przyjaciółkę" do
połknięcia.
- Spakowałaś się już?
- Tak. Chciałam się tylko herbaty napić, a może i ty chcesz?
- Nie. Jestem najedzona i napita potąd. Chodź do kuchni. Pij swoją herbatę, a ja ci opowiem. A po
co ta woda leci?
- Żeby się umyło.
- Zimną wodą? Patelnię? Zgłupiałaś całkiem. Będziesz jeszcze herbatę pić? No, to ja resztę wody
biorę do zmywania. Jak ząb boli, to się nic nie chce. Więc słuchaj, czy ty wiesz... Ale, ale gdzieś ty
wczoraj była? Zaraz, jak tylko tak sprytnie wplotłaś, że tatuś stoi koło ciebie, domyśliłam się, że coś się
stało. Wychodziłaś gdzieś, a nie mogłaś powiedzieć, gdzie, i powiedziałaś, że do mnie? Tak?
Tomek kiwa głową, że tak.
- Na randkę? Tosiu, błagam cię, na randkę?
- Tak („ostatecznie można to nazwać randką").
- Z chłopcem?
- Z chłopcem.
- 22 -
- Co to za chłopiec? Nigdy mi do tej pory o nim nie mówiłaś. Niedawno go znasz?
- Uhm („dwa i pół miesiąca to na pewno niedawno").
- I nic nie mówisz? Tośka! Ja tobie wszystko zawsze jak na świętej spowiedzi, a ty?
- Tak mnie boli!... - jęknął przez obie ręce Tomek, nie mogąc wyjść z podziwu, że w rękach Krysi
naczynia tylko migały i czyściutkie ustawiały się w suszarce nad zlewem. Na patelni ,ani śladu
jajecznicy, na garnku - fusów. Tak, do takich spraw te dziewczyny mają dryg. - Boli mnie, a od
świeżego powietrza jeszcze bardziej.
- Jeszcze cię boli? Zaraz przejdzie na pewno. Bidulko! - współczuje Krysia, całując Tomka w głowę.
- No dobrze, najpierw ja ci opowiem, a potem ty mnie. Dobra? Ale może ci jeszcze coś pomóc? Co
masz jeszcze do roboty?
- Pokój, tego... - Tomek wykonywał okrągłe ruchy jedną ręką, drugą „trzymając ząb" - co
niepotrzebne schować.
- Chodźmy do pokoju. Ojej, tu trzeba okno otworzyć. Ile dymu! Łóżko ja pościelę! A ty zbieraj te
serwetki i figurki. Po co się mają kurzyć. Stawiaj na stół. Schowamy je na spód szafy.
Tomek poddaje się zarządzeniom Krysi. Owszem, trzeba przyznać, że czasem, bardzo rzadko, ale
bywa, że i dziewczyna coś potrafi.
- Tośka, teraz słuchaj, ale przysięgnij, że nie piśniesz nikomu, bo to sekret. Ola mi to powiedziała w
największej tajemnicy, bo jej Marysia też tylko w sekrecie, rozumiesz?
- Rozumiem. Marysi ta... Ziuta też pewnie przysięgała.
- No właśnie. Więc przysięgasz?
- Przysięgam.
- No, więc jest taka Jola Żuryńska, wiesz?
- Skąd? Pierwszy raz słyszę - jęczy Tomek.
- Ja ci opowiem, ładna dziewczyna, chodzi do budy na Czerniakowską, ale stara, już jest w ósmej
klasie. Brwi i rzęsy to ma takie, o! Ola mówiła, że jej Kazia mówiła, że Ziuta mówiła Marysi, że to
niemożliwe, żeby to były takie naturalne rzęsy, tylko mówi, że to muszą być tego... rozumiesz?
- Uhm... - Tomek nic nie rozumie.
- No i chłopaki za nią szaleją i wasz Tomek też.
- O! - jęknął Tomek.
- Co, tak boli? Słuchaj, żeby to nie było zapalenie okostnej! No więc te chłopaki głowę tracą dla niej,
kompletnie głupieją, no, mówię ci, kompletnie. I wasz Tomek tak samo wklepał się w nią na amen i
- 23 -
wczoraj pobił się o nią z jednym chłopcem, bo myślał, że ten chłopiec też lata za Jolą, a to zupełnie
nieprawda. Opowiem ci zaraz.
- No i co?
- No i ten chłopiec, mówię ci, jaki przystojny, nazywa się Czesiek, tak nalał twojego brata, że coś
strasznego.
- Au! - wrzasnął Tomek. - Nie wytrzymam!
- Tosia, słuchaj, ty nie możesz jechać z takim zębem - zaniepokoiła się Krysia. - Ja zaraz od was
telefonuję do lecznicy do mamy! Mama cię przyjmie, to blisko.
- Nie, nie zdążę. A ja muszę, muszę dziś wyjechać - bełkocze Tomek przez chusteczkę. - A to, co
mówisz, to wszystko nieprawda. Może ta Jola źle słyszała albo kłamie?
- Kiedy to nie od Joli.
- A mówiłaś, że to Jola mówiła Marysi, która powiedziała Ziutce, tej, od której dowiedziała się Ola, o
rany!!!
- Nie mów tak. No więc dobrze, Jola mówiła, że szaleją za nią. Ale o tej bitce to mnie opowiadał
sam Czesiek.
- Czesiek? Tobie?
- Tak, bo widzisz, ja mu się bardzo podobam i w ogóle, zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Chodzi do tej
samej klasy, co twój brat, nie znasz go?
- Absolutnie!
- Śliczny chłopak, a jaki wysportowany! Owszem, kiedyś Jola mu się podobała, mówił mi to, ale jak
mnie zobaczył, to od razu mu przeszło. Wierzę, owszem, mogło tak być, ale coś mi się zdaje, że to nie
tylko to. Dowiedział się po prostu, co o nich wszystkich mówi Jola, i oczywiście miał dosyć.
- A co ona mówi?
- Ona podobno o nich inaczej nie mówi, tylko „szczeniaki". I tylko na studentów patrzy. Spryciara, a
jakie metody ma!
- Metody?
- No, na przykład mówiła do Ziuty, że chłopców trzeba traktować tak jak powietrze. Iść i nie widzieć
ich wcale, przechodzić jak koło powietrza, podobno wtedy kompletnie głowy tracą. Tośka, spróbujemy
tak, chcesz? Dlaczego nic nie mówisz, przeszło ci?
- Przeszło! Zupełnie przeszło! - powiedział Tomek i jednym ruchem zdarł chustkę z głowy.
- Dzięki Bogu. Ale Tosiu, jakaś ty zmieniona! To przez to zadrapanie tak jakoś dziwnie wyglądasz.
No, teraz ty opowiedz, jak to było wczoraj. Gdzieście się spotkali?
- W parku Ujazdowskim. Ale zaraz, przyłożę sobie jeszcze ten kompres.
- No i co? Chodziliście, tak?
- Chodziliśmy... i... znowu chodziliśmy.
- Rozmawialiście?
- Rozmawialiśmy trochę, ale przeważnie...
- Milczeliście. Ja wiem, jak to jest. Niby się chce rozmawiać, a... nie ma o czym.
- Właśnie. No i potem ściemniło się.
- No i co?
- No i... pożegnaliśmy się. On poszedł do domu. Ja też. Idę przez park... idę...
- To on cię nie odprowadził?
- Nie. No i właśnie w parku wyskoczył jakiś chuligan i zaczął mnie gonić, i wpadłam na jakiś kamień
czy krzaki, czy coś, no i już.
- No wiesz, daj sobie spokój z takim chłopcem. To nie dżentelmen. Czesiek nigdy a nigdy nie
pozwoliłby mi wracać samej przez park. Jestem tego zupełnie pewna, chociaż się znamy niedawno.
O, to wspaniały chłopak, a jaki dowcipny! I uczy się świetnie. Nie taki tępak jak wasz Tomek!
- Tomek tępak! To ci też Czesiek powiedział?
- Tosiu, co się z tobą dzieje? Sama przecież mówiłaś mi, że Tomek ma poprawkę, i to z historii.
Taka głupia poprawka!
- Ooo! - Tomek znowu złapał się za ząb.
A Krysia, porządkując, kręciła się po pokoju.
- 24 -
- Dawaj to wszystko do szafy! Co, tę sukienkę w różyczki zostawiasz? Najładniejszą sukienkę?
- Nie... nie ma miejsca w walizce. Zgniecie się...
- Gdzie ta walizka? O, patrz, jak się składa sukienkę. Na twoim miejscu na drogę nie brałabym tego
wełnianego sweterka, ubrudzisz i za gorąco.
- To nic. Będzie inny.
- Tosia, pokaż mi głowę. Ja jestem o ciebie niespokojna. Ty lepiej dzisiaj nie jedź. Wyglądasz tak
jakoś i mówisz jak nie ta sama.
- Ach, Krysiu, bo tak wszystko na mojej głowie, i tatuś, i mieszkanie, i walizki, i Tomek tak nagle
wyjechał. Ale mnie nic nie jest. I ja muszę tam dziś jechać. Tatuś zaraz po mnie wpadnie. Tam ciocia
Isia na mnie czeka i tyle dzieci, muszę pomóc.
- Dużo tych dzieci?
- Trzy czy cztery dziewczyny.
- No to już widzę, jak będziesz im musiała lalki obszywać. Gałganki wzięłaś?
- Nnie!... Nie będą potrzebne. Na pewno!...
- Słuchaj, ja jeszcze skoczę do domu. U nas kilka dni szyła krawcowa. Piorunem ci przyniosę całą
paczkę.
Krysia wybiegła, zostawiając oszołomionego perspektywą szycia dla lalek Tomka, na tyle jednak
jeszcze przytomnego, żeby czym prędzej wyjąć z walizki falbaniastą sukienkę w różyczki i powiesić ją
do szafy.
Wpada ojciec.
- Gotowa? O, jak ładnie wysprzątane! Mojaś ty gospodyni! Tu masz dobre rzeczy na drogę.
Zmieszczą się do torebki?
Torebka! Jest owszem, dosyć duża, biała, z wyszytymi kwiatami.
- Gdzie twój płaszczyk? W szafie? Tosiu, a ta sukienka w różyczki? Tak ładnie w niej wyglądasz,
tak ją przecież lubisz? Jak mogłaś o niej zapomnieć? Szybko, szybko otwieraj walizkę! Idziemy.
Trudno. Okazuje się, że przedmioty martwe potrafią być tak samo uparte jak ludzie. Falbaniasta
sukienka w różyczki dwa razy wyjmowana z walizki - dwa razy wracała do niej. Chciała jechać z
Tomkiem.
Przed bramą dogoniła ich Krysia. Jeszcze raz otwarto walizkę. Krysia wpakowała tam wspaniałe
gałganki. Rzuciła się przyjaciółce na szyję i wycałowała gorąco.
- Tosiu, napisz koniecznie, jak ci tam będzie. Koniecznie! Aha, i twój adres. Już piszę. Daj jeszcze
raz buzi! A tu masz jeszcze na wszelki wypadek proszek od bólu zęba. Poczekaj, czapeczkę więcej na
czoło.
- Miła ta Krysia - mówi ojciec w taksówce. - Widać, że cię lubi, to bardzo ważne.
- O, tak - przytakuje Tomek.
Jakby mało było wszystkiego, ojciec wsadza Tomka do przedziału dla matek z dziećmi, prosząc
jedną z pań o opiekę nad córeczką, która nie zrobi na pewno kłopotu, a może pomóc, bo przepada za
malcami.
W ostatniej chwili ojciec wsuwa banknot do Tosinej torebki.
- Zaoszczędziłem na Tomka podróży. Niech ci się przyda na jakąś przyjemność, Tosiuniu. Pa,
kochanie. Uściskaj ciocię. Nic ci więcej nie mówię, bądź tylko sobą, kochanie. I skrobnij do swego
staruszka.
Pociąg odjeżdża. Ojciec zostaje na peronie. Macha ręką. Oczy ma wilgotne czy może szkła tak
świecą?
Tomek teraz dopiero „może być sobą". Stoi przy otwartym oknie i wyraz twarzy ma tak wściekły, że
gdyby go ktoś zobaczył, przestraszyłby się.
Panienka w białym sweterku i czapeczce, w pięknej szkockiej spódniczce i z elegancką torebką
zgrzyta prawie ze złości zębami.
O! Ten Czesiek! Ten kłamczuch! Jak to potrafi zdyskontować wczorajszą drakę dla siebie. A to
świnia! Tak się chwalić! Tak łgać!
- 25 -
Albo i Tośka! Siostra! Z jęzorem obleciała pół Warszawy, że brat poprawkę ma, żeby sobie jej
koleżanki pozwalały o nim mówić: „tępak!"
No, to się jeszcze okaże, musi on kiedy tę Krysię przeegzaminować i zapędzić w kozi róg. Sama
pewnie tępak. I na randki chodzi. I na chłopaków chce patrzeć jak na powietrze! Orany! Jakie te
dziewczyny głupie! Ta cała Jola! Nawet skakać nie potrafi do wody!
Mało to razy Tomek widział i słyszał! Słyszał przede wszystkim, jak spadała do wody z pluskiem,
jakby kto szafę, o tak, właśnie: szafę zrzucał.
Ile razy jej trener tłumaczył, pokazywał, że trzeba szczupakiem, rękami i głową. Ona - nie.
Wdzięczyła się, że nie umie, że nie może. Kloc taki! A może to też metody? O, Tomek jej pokaże, co
to znaczy patrzeć jak na powietrze!
Pola i łąki, rowy i szosy, przydrożne drzewa i słupy telegraficzne uciekają sprzed oczu obojętnych
na ich piękno czy brzydotę, nie dostrzegających wcale kształtu i kolorów, oczu pełnych złości i gniewu.
Od kilku chwil Tomek, poddający rozognioną twarz chłodnym falom powietrza, czuje, że ktoś koło
niego stoi, a nawet przysuwa się. Kątem oka Tomek dostrzega sylwetkę chłopca starszego od siebie,
może nawet studenta, takiego, co to dla Joli już nie jest szczeniakiem.
Czego ten się pcha? Aha, pewnie chce się wepchnąć w to okno, zamiast otworzyć sobie inne. A
figa! Do gotowego każdy chciałby. Nie odwracając się, Tomek całą nogą daje opór. I słyszy nad
uchem tajemniczy szept:
- Panienka sama jedzie, bez mamy?
- A w zęby chcesz? - mówi Tomek głośno, ostro, wyładowując całą narastającą w nim od kilku
minut wściekłość.
- 26 -
Dryblas znika, jakby go piorun trząsł.
Na korytarzu robi się cicho. Kilka stojących w drzwiach przedziału osób przygląda się dziewczynce
w szkockiej spódniczce z widocznym zainteresowaniem.
Pani, której Tomek został oddany pod opiekę, siedzi prawie tuż za jego plecami.
„Słyszała pewnie, jak umiałem sobie dać radę. Szkoda, że nie opowie tego cioci. Sam chyba nie
będę się chwalić" - myśli Tomek.
- ... nigdy w życiu... coś podobnego... gdyby moja matka... rodzice czasu nie... i tak... dzisiejsza
młodzież... - dolatują go strzępki rozmowy z przedziału.
Druga pani zdejmuje teczkę z półki i rozwija jedzenie, szykując kanapki dla dzieci.
Tomek czuje głód. Już po dwunastej, a co on dzisiaj jadł?
Wchodzi do przedziału i sięga po swoją torebkę. Co tam tatuś dla Tosi kupił? Naturalnie, same
słodycze. Paczka pierników, trzy wafelki czekoladowe i cukierki. Ach, gdyby tak kawałek chleba z
kiełbasą!
Od słodyczy robi mu się ckliwie. Nie może więcej. Częstuje dzieci. Pani częstuje go kanapką z
serem, która ginie w dwóch kęsach. Druga daje mu jajko na twardo i bułkę z masłem. Domyślają się.
- Tatuś cię wyprawiał?... A mamusia?... Już wyjechała?... Tak. Tak. No, nie martw się, nie damy ci
umrzeć z głodu. Ale apetyt masz wspaniały...
Rozdział 8.
Nareszcie Słojewo. Tomek chwyta walizkę. Wyskakuje, ku przerażeniu opiekunek, zanim pociąg
stanął. Zapomniał kapelusika. Podają mu przez okno.
- Dziękuję!
- Jeszcze torebka! Torebka! Dziecko drogie, pamiętaj, że masz trzy rzeczy: walizkę, torebkę i
kapelusik. Do widzenia!
- Dziękuję bardzo! Do widzenia!
Tomek szarmancko zestawia nogi w ukłonie. Zdumienie w oczach kobiety doprowadza go do
przytomności.
„O, psiakość! Fajo, pilnuj się!" Są konie z Raduni. Stary woźnica ustawia walizkę na bryczce.
Tomek sznurkiem przywiązuje do niej torebkę. Płaszczyk rzuca na siedzenie, a sam włazi na kozioł i
siada koło woźnicy.
- To panienka woli tutaj ? Twardo, tam z tyłu byłoby wygodniej .
- Wolę bliżej koni. Proszę pana, czy to stare konie? Jak się nazywają? Co one robią, kiedy nie idą z
bryczką?
Stary woźnica też lubi konie. Rozgadał się i droga mija szybko. Już widać tartak.
- O, ten dom, drugi na prawo, pod lasem. Tam mieszka pani Żemajtisowa.
Na ciemnej ścianie lasu wyraźnie bielały w rzędzie cztery domki bliźniaki. Nie zagrodzone, od
strony drogi posiadały duży trawnik i parę klombów. Z tyłu, od strony lasu, na niewielkiej przestrzeni
widać było coś w rodzaju działkowych ogródków. Stały tam jakieś komórki, przybudówki do nich,
różnego rodzaju płotki, gdzieniegdzie krzewy i młode drzewka owocowe przy których poważnie
wyglądał jeden rozłożysty kasztan. Dominującym akcentem były tu wszędzie wysokie, dorodne, żółte
słoneczniki.
Wejścia do mieszkań były od szczytów i, podjeżdżając do drugiego domku, Tomek zobaczył na
schodkach trzy kolorowe dziewczynki różnego wzrostu, a za nimi ciocię Isię, trzymającą za rękę
małego chłopca.
Kiedy zauważono bryczkę, dziewczynki pędem rzuciły się na spotkanie. Ciocia zeszła z malcem ze
schodków.
- O, raju! Ale komplet! - jęknął Tomek zeskakując z kozła.
- Tosiu! Tosiu! Tosiuniu! - krzyczały jedna przez drugą dziewczynki, rzucając się Tomkowi na szyję i
obcałowując go serdecznie.
- 27 -
- Ela, Cela, Adelka! - wołała ciocia Isia. - Puśćcie Tosię! Weźcie jej rzeczy! Dziękuję, panie Antoni!
Do widzenia! Dajcie jej wejść do domu. Jak się masz, córuchno! Dobrze przyjechałaś? Jeść ci się
chce? - wykrzykniki cioci połączone były z następną serią całusów i uścisków.
- To nie Tosia, a chłopak - zdecydował najmłodszy stanowczo.
- Józiuniu, Tosia, dziewczynka na pewno, tylko jej włosy w chorobie ścięto i wygląda trochę... nie
tak, głuptasku.
„Inteligentne dziecko" - pomyślał Tomek i przyjrzał się kuzynkowi badawczo.
Po chwili znalazł się w dużej kuchni, gdzie środek zajmował przykryty kraciastą ceratą stół, na
którym ustawiono już talerze i sztućce.
Każdą rękę Tomka trzymały cztery ręce. Wyrywano go sobie, każda para ciągnęła w inną stronę.
- Tosia ze mną! Ze mną!
- Koło mnie! Tu! Tu!
- Mamusiu, niech ona przy mnie siedzi! Ja jestem najstarsza i ona będzie ze mną!
Tomek spoglądał na ciocię Isię, czekając przede wszystkim uciszenia wrzasków, a potem decyzji.
Ale cioci ten harmider widocznie nie przeszkadzał.
- Zaraz, zaraz, niech ona ręce najpierw umyje.
Mycie odbyło się w królewskiej asyście. Każdą rzecz podawał inny dworzanin.
- Tosiu, ty siadaj, jak tobie wygodnie, zmęczona pewnie jesteś. Może tu koło Eli? Józinek, nie
przeszkadzaj.
Tomek usiadł na wskazanym miejscu i z przyjemnością spojrzał na półmich młodych kartofli suto
okraszonych skwarkami. Ciocia Isia nalewała do talerzy kwaśne mleko z dużego glinianego garnka.
- A może ty mleka nie lubisz? Może ci jajeczek usmażyć?
- Ciociu! Przecież to pycha!
- Bo u nas tu skromnie, może ci się nie będzie podobało. Warszawskie smaki, wiadomo, inne. A tu
mleko, zacierki, barszcz, zwyczajne jedzenie. Dużo nas, jak widzisz, kto by tam na frykasy miał czas.
Zresztą, ja nic nie mówię, jak lubisz co innego, gotujcie sobie, jak chcecie. List mój zaszedł w porę?
Ciocia zapytanie to wyraziła w formie twierdzącej i bardzo się zdziwiła, kiedy Tomek oświadczył, że
żadnego listu nie było.
- Już przecież pięć dni, jak wysłany?! A to niedobrze! To znaczy się, ty, dziecko, nic nie wiesz?
- A co takiego, ciociu? - Tomek był zaniepokojony. - Czy coś złego się stało?
- Nic złego, kochana. Owszem, dla mnie dobrego nawet. Ale nie wiem, czy tobie się spodoba. Jedz
teraz. Po kolacji porozmawiamy, powiem ci wszystko. Duża jesteś, matka bardzo cię chwali, żeś taka
roztropna i nieleniwa, zrozumiesz.
Po mleku całe towarzystwo obdzielone zostało słabą herbatą i racuchami posypanymi cukrem.
Racuchy, zaznaczyła to Ela czy Cela, miały uroczyście podlić przyjazd gościa.
- Zmieniłaś się bardzo - mówiła ciocia. - Żeby mi Zosia nie napisała, tobym jak Józinek myślała, że
chłopak przyjęli ił. Ale i tak wyglądasz inaczej, zupełnie inaczej. Nie widziałam cię, co prawda, dwa
lata, byłaś wtedy jak moja Ela. Warkoczyki, ot takie, jak mysie ogonki, ale miałaś.
- Tosia, ja ci będę głowę pokrzywą smarować, zobaczysz, i i k włosy szybko od tego rosną, raz dwa
i już będziesz mogła chociaż kokardę zawiązać - proponowała najstarsza z kompletu, Ela.
- No! - powiedział Tomek tonem, który od biedy można było przyjąć za pełen podziwu.
- Mamusiu - odezwała się raptem średniaczka - dziś nie na mnie kolej zmywać, bo Ela wczoraj
przepuściła swój dyżur.
- Ale ja dziś obiadu pilnowałam! - krzyknęła Ela.
- Mama, ja już trzy razy zmywałam - jęczała ośmioletnia Adelka. - A kto dziś zamiatał przed sienią?
Ja. I wczoraj wieczór ja Józinka dopilnowałam przy myciu! I do kur mnie co dzień wyganiają! Ja nie
chcę, ja nie będę zmywać za nic na świecie! Ja też chcę z Tosią iść na spacer i wszystko jej pokazać.
Grzeczne i miłe do tej pory kolorowe dziewczynki zaczęły się kłócić, zapominając o obecności
gościa. Jedna drugiej skakała do oczu i starała się przekrzyczeć, wypominając, ile i kiedy zrobiła.
Jeden Józinek, przyzwyczajony do takich scen, a jako najmłodszy nie obciążony żadnymi
obowiązkami, nie zwracał uwagi na kłótnie sióstr, tylko po bratersku: „raz mnie, raz tobie", dzielił się
ostatnim racuchem z małym czarnym kotem.
Ciocia Isia rozgniewała się:
- 28 -
- A czy wam nie wstyd, dziewczęta? A co sobie Tosia pomyśli? Jej mama pisała, słyszałyście
przecież, że to cała gospodyni w domu. I wcale jej nie trzeba o niczym przypominać. Matkę wyręczy i
o ojca tak dba, tak pamięta, i bratu we wszystkim pomoże!...
- No, nie, ciociu, już co to, to nie - protestował Tomek.
- A ty nie zapieraj się. Wiem, że jesteś dziewczynka skromna i widać nie lubisz się chwalić. A ot,
jakie te moje? Bez „naganiaja" nic nie zrobią, chociaż wszystko potrafią, nie powiem. Aż cierpliwości
brak. Wynoście mi się. Ela, bieliznę ze sznurków pozdejmuj. Adela, kury policz i zamknij. Cela, drzewa
na jutro pod kuchnię naszykuj. Ja tu z Tosią porozmawiać muszę.
Dziewczyny niechętnie, ale rozeszły się. Tomek zwrócił zaciekawioną twarz w stronę ciotki.
- Widzisz, jak to jest bez męskiej ręki w domu. Ale co było, to się nie wróci. Sama muszę dać
wszystkiemu radę. A najgorsze, zarobić na buty i ubranie. Ja w tartaku za planistę jestem„nie powiem,
szanują mnie i widzą, że czworo dzieci na karku. Teraz urlopy. No więc trafiła się mnie okazja.
Kierownik zaproponował, żebym dodatkowe godziny przyjęła. Dodatkowy zarobek, oj, jak by się
przydał! Ale kancelaria na drugim końcu tartaku, tam gdzie kolejka, ze trzy kilometry w jedną stronę.
Jak pójdę rano, to na obiad nie przyjdę. W stołówce pożywię się. Ale jak tu zrobić z tobą, znaczy się
gościem? I tę hałastrę zostawić? Dlatego pisałam do was, czy mogę liczyć na twoją pomoc, czy
rodzice twoi pozwolą. Akurat teraz ta okazja wypadła. No, jak myślisz, powiedz szczerze. Jak ci to nie
po sercu, a może nie chcesz sobie kłopotu na głowę nabierać, mów prosto: tak i tak. Ja, widzisz, z
tobą jak z dorosłą, bo taka duża jesteś i charakter dobry na twojej twarzy widać. Jak nie, powiem jutro
kierownikowi: nie mogę, i już. I zmartwienia nie ma. Do tej pory nie daliśmy się biedzie i dalej nie
zginiemy. No, a może pomyśleć chcesz do jutra? Można. Ta moja praca zacznie się za dwa dni. Jutro
i pojutrze jeszcze wolne.
Tomek w połowie wywodów ciotki zorientował się, do czego rzecz zmierza. Dusza w nim jęknęła,
ale zrobione było to tak dyskretnie, że wcale nie zmąciło wyrazu skupienia i uwagi, z jakim należało
słuchać.
Kiedy ciocia skończyła, Tomek miał gotową odpowiedź:
- Spokojna głowa. Może ciocia na mnie liczyć. Tylko proszę powiedzieć, co tu trzeba robić.
- Niewiele do mówienia. Dziewczyny ci wszystko powiedzą. One i zrobią, tylko naganiać je trzeba.
Żeby się umyć, sprzątnąć, ugotować. No, o gotowanie strachu nie ma, bo u nas tu skromnie, a ty
podobno umiesz...
- Z gotowaniem to lepiej byłoby, ciociu, przyjrzeć się. Bo może to, co ja zrobię, cioci nie będzie
smakowało?
- A, jaka skromna! No, no! Już ja się nie boję. A dasz ty sobie radę z dziewczynami? Nakażę im
słuchać cię, ty jesteś tu najstarsza po mnie. Muszą tak robić, jak powiesz.
- Ciociu, zobaczy ciocia, już ja się tu z nimi pogimnastykuję, wszystko będzie na wysoki połysk.
- Cóż, można i gimnastykę. Zdrowo. No, to kamień z serca mi spadł. I dzięki.
Trzy dziewczynki stały już znowu w kuchni.
- Mamusiu, my Tosię weźmiemy!
- No, to idźcie, idźcie! Ja tu sprzątnę i łóżka pościelę! Tosia ze mną będzie spać! Bo ja jestem
najstarsza - zdecydowała Ela.
- Ojejku! Niech z tobą śpi Adelka, a ja z Tosią! - wołała Cela. - Tosia, prawda? Ja ci ustąpię, gdzie
chcesz, od ściany j od brzegu, dobrze?
- Eee... nie... ja to najlepiej lubię sam...a. Ciociu, może ja bym gdzie w stodole, na sianie albo jak?
- A co też mówisz, moje dziecko! I stodoły nie ma, i nie pozwoliłabym. A może ty byś z Adelką, co?
Łóżko szerokie, nie bój się, wygodne.
- Nie, ciociu, ja tak strasznie chrapię, że Adelka ciągle by się budziła.
- A chrap, ile chcesz! Oni przyzwyczajeni, ja tylko głowę do poduszki i też chrapię, aż miło.
- Ale... jednak... gdyby można było, bo ciociu, to już takie przyzwyczajenie, ja zawsze sama...
- No, to chyba tu, w alkowie? - ciotka odchyliła pstrą firankę, za którą w niszy stało zasłane wyrko. -
Jak czasami ktoś z miasta przyjedzie, tu się zawsze ściele. Ale nie będziesz się bała? My wszyscy po
drugiej stronie sieni, a ty tu sama?
- Tosia! Ja umarłabym ze strachu, okno na las, brr, śpij lepiej z nami.
- Bać się? Ja i bać się? O, nie, to się po mnie nie pokaże. Warszawskie dziewczyny niczego się nie
boją. Tu będzie wspaniale! Mogę tu wsunąć swoją walizkę?
- 29 -
Ela i Cela prowadzą za ręce Tomka. Za nimi idzie Adelka, którą Józinek informuje głośnym
szeptem:
- Ona z wami jutro gimnastykę zrobi, wiesz?
Po jednej stronie sieni była kuchnia z alkowa., po drugiej większy i za nim mniejszy pokój. W
większym stal tapczan, duże łóżko, stół i krzesła. Tu sypiały dziewczynki W drugim łóżko dla cioci i
Józinka, komoda i dwie szafy. Sprzęty były zbierane, stare i zniszczone, ale w każdym kącie czysto.
Pocerowane, kremowe firanki, serweta na stole, nakrycie na łóżkach i zapastowane podłogi dawały
świadectwo zapobiegliwym rękom cioci. A może, chociaż z „naganiajem” i dziewcząt.
Tomek nie dostrzegał szczegółów tylko ogólne wrażenie sformułowało mu się mniej więcej:
- Porządek jak szkło! O rany!.
Na dworze zmierzchało się Dzieci zdążyły jednak pokazać dosyć spory warzywny ogródek,
podchodzący kartofliskiem prawie pod las.
Wszystko tu było nie ogrodzone ograniczone z jednej strony boczną, wiodącą do tartaku drogą, z
drugiej - ścianą lasu.
- A w tych domach kto mieszka? Macie tu jakichś kolegów? Chciałam powiedzieć: koleżanki?
- Ani na lekarstwo! wykrzyknęła Ela. Mówię ci Tosiu, jak myśmy się cieszyły, że ty przyjedziesz! Bo
tu ani do kogo ust otworzyć.
Dziewczynki są u kierownika, ale mieszkają na tamtym końcu Raduni prawie pod miasteczkiem. A
tu same chłopaki!
- Chłopaczyska obrzydliwe, ojejku! - ze wstrętem dorzuciła Cela.
- Tu, w naszym domu, po drugiej stronie - najgorsze. Wcale nie chcą się z nami bawić.
- Zamiatają nami - dołożyła Adelka.
- Pomiatają - poprawiła Ela - nosy drą, bo ich ojciec, strażnik, ma karabin.
- No to co? Wcale bym nie chciała, żeby u nas w domu był karabin. Karabin może wystrzelić.
- I przezywają nas ciągle: Ele-mele, zdechło cielę.
- A wy co na to?
- Ojejku, a my ich też: Łukasz, czego szukasz?
- A oni do nas pestkami z procy strzelają, bo u nich są wiśnie. W tym roku obrodziły.
- A przedwczoraj Łukasz, on najgorszy, poustawiał patyki, o, widzisz, gdzie nasze się kończy, a
gdzie ich, i zapowiedział, że siekierą utnie, co będzie od nas na ich stronę wchodziło. A wczoraj Ela,
nie zauważywszy, zostawiła tu taką linkę od bielizny, ucięli. Jeszcze mówili, że kto nogę po ich stronie
postawi, tak samo utną.
- A w tym domu z prawej?
- Też chłopaki. I też nie chcą nic a nic z nami. Ani w klasy, ani w berka, ani w sklep. Tylko proca
albo po drzewach, a już najwięcej Indianie i Indianie.
- Zagniemy ich - zdecydował Tomek.
- Tosiu, szkoda się z nimi zadawać. To są straszne łobuzy, i mocne. Jeszcze mogą kopnąć albo
nogę podstawić, albo co.
- Już ja im pokażę, jak się nogę podstawia, a kopnąć, ho, ho, tego też się mogą ode mnie nauczyć.
- Ty umiesz? - cztery pary oczu wpatrywały się w Tomka z niedowierzaniem.
- Brat mnie nauczył. Wiecie przecież, Tomek. On sam to jest wspaniały chłopak, wszystko potrafi na
medal. A jak tylko ma czas, zaraz mnie uczy.
„Tośka - mówi - teraz takie czasy, że dziewczyna od chłopaka niczym się nie różni. Każda fajna
dziewczyna powinna umieć zagiąć łobuza". I zaraz pokazuje: „Kopać trzeba tak, a sójkę w bok - tak. A
w zęby - tak. A podstawić nogę - tak". O, mój brat, żebyście wiedziały, jaki jest mój brat! Kapitalny!
- Kapitalny - powtórzyła chórem czwórka słuchaczy, którym aż oczy zaiskrzyły się na widok
demonstrowanych przez „Tośkę" chwytów. - Szkoda, że nie przyjechał z tobą, boby im pokazał.
- Nie mógł, niestety - westchnął Tomek. - Musiał jechać do leśniczówki, bo tam się zagnieździły
straszne wilki i bez Tomka pomocy wuj Stefan nie dałby sobie rady. Ale nie bójcie się, z tym, czego
mnie mój wspaniały brat nauczył, zagniemy i Łukaszy z lewej, i tych Indian z prawej. Chcecie?
- 30 -
- Chcemy! Chcemy!
- Aż będą pełzać i lizać nasze nogi! - kontynuował dalej Tomek.
- Tak! Tak! Pełzać i lizać! - wołała cała czwórka. Wracano do kuchni z wesołym krzykiem:
- Mamusiu! Mamusia wie, jakiego Tosia ma brata?
- On ją wszystkiego uczy!
- Bo dziś nie ma żadnych różnic między chłopakiem a dziewczyną.
- I my ich zagniemy!
- I będą pełzać i lizać!
Ciocia Isia nie bardzo słuchała tego hałasu. Zawsze tutaj dzieci wydzierały się na wyścigi. Kuchnia
była już uprzątnięta - wyrko w niszy zasłane pościelą.
- Tosia, a jak masz jaką sukienkę, to daj, dziecko, do szafy wezmę, bo pogniecie się.
- Pokaż, pokaż swoje sukienki! - zawołały siostry.
- Ojejku! Ty na pewno masz prześliczne sukienki! Trzeba było wyciągnąć walizkę i, postawiwszy na
stole, otworzyć. Leżąca na samym wierzchu biała w różyczki sukienka budziła okrzyki zachwytu
czterech (bo i cioci Isi) kobiet.
- Ojejku! Ojejku! - piszczała Celina.
- Żebym ja miała taką sukienkę - marzyła Ela - to jakbym ją włożyła i jakbym poszła przez tartak,
wszyscy by oczy za mną pogubili, a Luśka i Muska by pękły.
- Zostaw, zostaw. Sukienka piękna. Jak zaprosimy panią kierownikową z Lusią i Musią, to Tosia
ubierze się w tę sukienkę. Ładnie popatrzeć.
Granatowa satynowa spódniczka i batystowa biała bluzka wzbudziły również zachwyt. Dziewczynki
z lubością dotykały każdego kawałka bielizny, która w ich skromnych warunkach, gdzie wszystko
cerowane i łatane dodzierało jedno po drugim - wydawała się luksusem.
Wielkie zainteresowanie wywołał opalacz. Dwie małe szmatki wyrywano sobie z rąk.
- Tosia, to tak? Tu przez głowę? - przymierzała Ela wąski napierśnik. - Mama, ja sobie taki zrobię. Z
tej starej sukienki Adelki, tam się wykroi.
- Ojejku! To i dla mnie starczy! - zadecydowała Cela.
- A dla mnie, mamusiu, a dla mnie? - jęczała Adela.
- Dla ciebie nie, ty nie potrzebujesz. Ty tu nic nie masz do zasłaniania. Celina też.
- Ojejku! A co ty masz! Też nic - wybuchnęła Celina.
- Ja to co innego. Ja już mogłabym mieć - wyniośle odpowiedziała Ela. - Tosia też nic nie ma.
Przecież widać w tym sweterku. Ale takie duże panienki, jak my, noszą już te rzeczy.
Matka, wieszająca sukienki Tosi na ramiączka, dopiero teraz zorientowała się, o czym mowa.
- A bezwstydnice! - krzyknęła. - Zaczekajcie jeszcze parę lat. A co wam w głowie! Tosia też nie
będzie tu w tym chodzić. Co innego Warszawa, a co innego Radunia-Tartak. Wokoło same
chłopaczyska mieszkają, obśmieliby was, i tyle.
Dziewczyny były pewne, że Tosia i tym razem nie przestraszy się chłopaczysków i okaże niezłomną
postawę wobec używania opalacza.
Spotkał je jednak zawód.
- Ma ciocia świętą rację, nie będę tu tego nosić. Naturalnie w Warszawie, na plaży, na pływalni to
co innego, tam kładę zawsze coś takiego, ale tu?
- Moglibyśmy pojechać nad jezioro, to tylko siedem kilometrów. - Ela nie chciała zrezygnować z
posiadania stroju leżącego w jej możliwościach.
Tomek, wyładowując walizkę, natrafił na prezent dla cioci razem z listem od rodziców oraz
drobnymi upominkami dla dzieci.
Jak mógł o tym zapomnieć! Przy nim przecież zawijano te paczki. To on doradził kupienie dla
Józinka organków i słodyczy.
- Ciociu, a to ze mnie gapa! Przecież tutaj list do cioci i materiał na sukienkę, i dla dziewczynek
chusteczki do nosa, i koraliki, a dla Józinka gwizdek, organki i cukierki.
Ile było pisku, przymierzania w lusterku i rzucania się Tomkowi na szyję - trudno sobie wyobrazić.
Ciocia, czytając list, wzruszyła się prawie do łez i ciągle powtarzała:
- Po co takie koszty? Na co?
- 31 -
- A ja mówiłam! - wołała Cela. - Ojejku! Ciągle mówiłam, że ciocia nie taka i na pewno coś dla nas
przyśle. A Ela mówiła, że nie, że kto bogaty, to jeszcze gorzej chytry. A widzisz!
- Oj, dzieci, dzieci! - strofowała ciocia.
Ela, trochę speszona, zaczerwieniła się nawet, aż Tomkowi zrobiło się jej żal.
- Może Ela miałaby rację, ale my wcale nie jesteśmy bogaci. Skąd? Ile się mama narobi, ile się
tatuś naharuje, żeby starczyło na wszystko. A teraz, jak chcemy się przenieść do lepszego
mieszkania, to ojciec szału o mało nie dostanie. Tyra i tyra dniami i nocami. Zdenerwowany się taki od
przepracowania zrobił, że o byle co to wszystko fruwa i robi się piekło na dwadzieścia cztery fajerki.
- Tosieńko, co też ty mówisz! - klasnęła rękami ciocia Isia na pół zgorszona, a na pół zdziwiona.
- Prawdę! Samą prawdę, żebym się tak z tego miejsca!... Wszystko musi takie naregulowane
chodzić, że coś okropnego.
- Słyszycie? A tu, moja Tosiu, doprosić się trudno. No, już ty sobie z nimi dasz radę. Widzę, że
rozgarnięte z ciebie dziecko. Ela, Cela, Adelka i Józinek! Słuchajcie, ja już raz mówiłam: jak mnie w
domu nie ma, Tosia rządzi. Macie we wszystkim jej słuchać, bo jak nie, to...
- Ciociu, spokojna głowa. Wszystko musi być na medal, i będzie. Ela, Cela, Adełka, ja biorę
odpowiedzialność, a wy pomożecie, tak?
- Pomożemy! Ojejku, pomożemy!
- A jak wygląda piekło na dwadzieścia cztery fajerki? - zapytała ciekawa szerokiego świata Ela.
- Brr! Strasznie - otrząsnął się Tomek. - Lepiej nie wspominać przed północą!
Rozdział 9.
Ogródki warzywne, jak się już powiedziało, były spore i pokreślone miedzami wzdłuż i w poprzek. W
środku prawie każdy miał okrągły lub kwadratowy placyk, gdzie stała ławeczka albo tylko przewrócony
kloc. Drewna w postaci tak zwanych „łat", krótkich kawałków desek czy jakichś innych obrzynków było
sporo, poniewierało się to i pod domem, i pod kurnikiem, i tu, i ówdzie na miedzy. Tartak był blisko,
pracownicy otrzymywali przydziały odpadków na opał - nikomu drzewa nie brakło.
Rano po śniadaniu cała czwórka pokazywała Tomkowi, gdzie rośnie marchew i pietruszka, gdzie
sałata, a gdzie zaczynają dojrzewać ogórki i pomidory. Adela i Józinek co chwila informowali:
- Cygany w oknie stoją. Patrzą i patrzą. Rudzielce też tam u nich są. O, poszli. O, idą do swojego
ogródka.
Tomek zobaczył piątkę chłopców w wieku od dziewięciu do dwunastu lat. Według czupryn najłatwiej
było ich rzeczywiście określić cyganami i rudzielcami.
Jedni i drudzy udawali, że nie widzą sąsiadów ani ich gościa, ale przystawali co chwila, to dla
podniesienia czegoś z ziemi, to dla zamienienia kilku słów. Tym sposobem zbliżali się stale do
zaznaczonej kołkami granicy, a jednocześnie do rozmawiającej po drugiej stronie gromadki dziewcząt.
Nowa dziewczyna, o której przyjeździe mówiło się przecież od kilku tygodni (dorośli żyli ze sobą w
dobrej, sąsiedzkiej zgodzie), owszem, interesowała ich. Szkoda, że nie przyjechała razem z bratem,
jak było projektowane początkowo, ale zawsze była to nowość w monotonnym życiu osady.
Wobec niedawnej, bo przedwczorajszej, kłótni o jakiś złamany słonecznik niełatwo było nawiązać
towarzyską rozmowę. Tym bardziej że i oznaczenie granicy, i kategoryczne ultimatum o odrąbaniu
wszystkiego, co tę granicę przekroczy, a co gorsza, i wykonanie egzekucji na niewinnym sznurku do
bielizny było dziełem cyganiuków. Możemy zresztą na podstawie pewnych danych przypuszczać, że
rudzielce dodały swoje trzy grosze. Ich miedziane czupryny stanowiły niewyczerpane źródło
przezwisk, jedynej broni Zemajtisiąt wobec wyraźnych i ustawicznych wymagań sąsiadów całkowitego
podporządkowania się ich woli.
Prawi i lewi, czarni i rudzi sąsiedzi na każdy sprzeciw mieli jedną odpowiedź:
- Nas jest więcej, a wy jesteście głupie.
Na próżno Ela przypominała, że jest tylko o trzy miesiące młodsza od czarnego Łukasza, a prawie
o cały rok starsza od rudzielca Piotrka. Na próżno (w ostateczności) wysuwano, że przecież jest i po
tej stronie przedstawiciel płci męskiej - Józinek.
- Taki szczeniak wcale się nie liczy, najwyżej za dziewczynę - odpowiadano z pogardą.
- 32 -
- A rudy Leszek ma tylko osiem, a wasz Maciek jeszcze dziewięciu nie ma, to nie szczeniaki, co? -
nie ustępowała Ela.
- Nie, oni już chodzą do szkoły, a więc są w wieku męskim - odpowiadali cyganiuki i kończyli
uparcie swoim: - Nas jest więcej, a wy jesteście głupie.
- Ojejku! - wrzeszczała Celina. - Co będziesz z takimi rozmawiać! Szkoda każdego słowa! - I zaraz
potem wbrew wszelkiej logice cała „mniejszość", odskoczywszy na bezpieczną odległość,
skandowała:
Jeden cygan - drugi rudy,
Pies im nie da wleźć do budy!
Tak było jeszcze wczoraj. Dziś obydwie strony wyglądały jak po zawarciu traktatu o wzajemnej
nieagresji.
Cyganiuków i rudzielców pożerała ciekawość, co też ta nowa, duża dziewczyna z chłopięcą
czupryną wymyśli, bo że coś tam chce wymyślić, nie ulegało wątpliwości.
Właśnie cała czwórka Żemajtisów zaczęła zbierać kawałki desek, listew, patyków i znosiła to
wszystko w jedno miejsce przy końcu kartofliska, już blisko drogi biegnącej pod lasem. Składane to
było nie na środku, ale raczej parę kroków w lewo, w stronę terytorium cyganiuków.
Nowa znalazła jakiś większy kamień i z wprawą, trochę dziwną w damskich rękach, wbiła trzy spore
kołki w ziemię.
Wzdłuż tych kołków ułożyła ze zniesionych desek coś w rodzaju bariery, która prawie do pach
zakryła Elę i Celę. Adelce wystawała tylko głowa, a Józinka nie było widać zupełnie. Nowa stanęła
przed zgrupowanymi za tą zasłoną i coś niegłośno, czasami pochylając się, tłumaczyła. Co? Nie
można było usłyszeć nawet zza krzaka porzeczek, rosnących tuż przy granicy.
Zemajtisianki nachylały głowy ku ziemi - może tam co leżało? - i wybuchały śmiechem raz, drugi
raz... To nie był złośliwy śmiech-wyśmiech.
Zresztą one stały odwrócone plecami, a nowa, mówiąc, nie patrzyła również w stronę cyganiuków i
rudzielców, chociaż mogłaby ich widzieć, gdyby chciała. Ale wyraźnie - nie chciała.
Dwie pary czarnych i dwie pary zielonych oczu patrzyły na swego wodza - czekały jego decyzji.
Łukasz gorączkowo szukał w głowie jakiegoś przyzwoitego pretekstu, który pozwoliłby jemu
przynajmniej zajrzeć za tę drewnianą zaporę.
Spostrzegł dyndającą na jednym z pomidorowych krzaków odrąbaną wczoraj linkę, która bezczelnie
pozwoliła sobie zlekceważyć ogłoszony zakaz.
Złapał sznur i nonszalancko zakreślając nim koła, w kilku skokach był przy barierze. Świta
odważnie sunęła za nim.
Na ziemi nie leżało nic. Tylko nowa dziewczyna trzymanym w ręku patykiem kreśliła między sobą a
cioteczno-ciotecznymi duży prostokąt.
W ten tajemniczy, nie wiadomo po co wyrysowany prostokąt Łukasz rzucił trzymany w ręku kawałek
sznurka ze słowami:
- Weźcie sobie swój parszywy postronek!
- O! - zdziwiła się „nowa". - To on u was sparszywiał? Darujemy go wam na pamiątkę. - Zręcznym
ruchem patyka Tomek zarzucił linkę na szyję Łukasza.
- A po drugie - nie tracił rezonu Łukasz, strząsając sznurek jak gadzinę - czy tu się nie zaplątały
nasze deski?
- Jakie znaki mają wasze deski? - zapytał Tomek. - Żadnych? To spływajcie!!! - wrzasnął wielkim
głosem. - Fora ze dwora. Obcy wywiad na naszym terytorium! Bić! Gonić!
Dotychczasowa „większość" była tak zaskoczona wrzaskiem i atakiem uzbrojonej mniejszości, że
sromotnie dała nogę i oparła się aż za porzeczkami. Zatrzymawszy armię na granicy obcego
mocarstwa, Tomek oświadczył nie bez nutki tryumfu:
Naszego nie damy,
Cudze w nosie mamy!
- 33 -
- Owa! - wykrzykiwał teraz pewny na swoim Łukasz. - Ale się stawia! Z Warszawy przyjechała, to
już myśli, że bógwico. A tam teraz taka moda, że na chłopaków się strzygą?
- Tak. A chłopaki warkocze zapuszczają - poważnie odparł Tomek.
- Ojejku! Naprawdę? - krzyknęła Celinka.
- Lipa! - krzyknął Łukasz.
- Lipa! - wrzasnęła cała czwórka chłopaków.
- O rany! - zdziwiła się nowa. - To tu u was świat deskami zabity. Jeszcze do tej pory mówicie
„lipa"?
- A u was jak? - z najwyższą ironią wycedził Łukasz. - Osika?
- U nas w stolicy mówi się w takich wypadkach: „Słoń za ogon bujany w butelce".
Cyganiuki i rudzielce otworzyły usta ze zdumienia.
- Słoń? Za ogon?...
- Bujany w butelce - dokończył Tomek.
- 34 -
- Ela! Ela! - dało się słyszeć z okna. - Dałaś kwoce pić? Celina! Sałaty mi przynieś! Tosiu! Chodź na
świeże mleko!
Cyganiuki i rudzielce zostały nieporuszone przy porzeczkach. Ledwo dziewczyny zniknęły za
rogiem murowańca, Paweł , Maciek, Piotr i Leszek, jak gdyby się umówili, wyrzucili z siebie
jednocześnie:
- Słoń za ogon bujany w butelce!
Powiedziane to było niegłośno, ale w pełnym podziwu zachwycie. Rudy Piotrek zwrócił się do
Łukasza:
- Fajne, co?
Cała czwórka z zainteresowaniem czekała na opinię najstarszego w gromadzie. Ale Łukasz pochylił
głowę, obserwując bardzo uważnie dołek drążony lewą piętą.
- Teraz jest pięć na pięć - określił trzeźwo stosunek sił zbrojnych.
Kiedy po raz pierwszy Tomek powiedział: „Zagniemy ich", cioteczno-cioteczni tylko przez
grzeczność nie wyrazili głośno swoich wątpliwości. Ale byli ich pełni po brzegi.
Nigdy, nigdy, a rośli przecież o miedzę od wielu lat, dziewczyny nie były górą w żadnej akcji. Po
pierwsze - bo dziewczyny, i w ogóle dopuszczano je z łaski. Po drugie - chłopaki były silniejsze,
zręczniejsze i ogromnie solidarne, a do tego było ich pięciu przeciwko trzem dziewczynkom i jednemu
maluchowi, który jeszcze nie chodził do szkoły, kiedy najmłodsi po tamtej stronie - Maciek i Leszek -
przeszli właśnie do trzeciej.
Szansę po dziewczyńskiej stronie, a właściwie ich brak był sprawą ustaloną, i to, żeby teraz nawet
Tosia, nawet z Warszawy i nawet starsza o rok od Łukasza, a o dwa od Piotra, mogła je zmienić -
wydawało się niewiarygodne.
Tymczasem krótka scenka ze sznurkiem, przepędzenie natrętów, wreszcie „słoń w butelce" kazały
Żemajtisiakom spojrzeć na sprawy inaczej.
Na sprawy? Na Tosię przede wszystkim!
- Nie! Doprawdy, jaka ty jesteś, jaka ty jesteś! - powtarzała z najwyższym uznaniem Ela.
- Ojejku, jak oni uciekali!
- I dobrze! I po co nam taki ogryzek sznurka - stwierdziła praktyczna zawsze Adelka. - A deski
nasze, i już!
Tomek milczał. Podziw, jaki wyrażały słowa, gesty, a przede wszystkim spojrzenia kuzynów, byt
miły, o, jak bardzo miły jego sercu! Ileż to razy w swoim trzynastoletnim życiu gotów był dla takiego
podziwu, dla uznania i poklasku, a nawet tylko dla zwrócenia na siebie uwagi - zrobić wszystko.
Tym razem miało to i praktyczne znaczenie: ustalało jego autorytet, który w najbliższym czasie miał
mu bardzo pomóc w przetrzymaniu tej trudnej (o rany!) wakacyjnej próby.
Po południu młodzi mieszkańcy trzech sąsiadujących z sobą domów znaleźli się bez uprzedniego
porozumienia na trawnikach od strony drogi. Do cioteczno-ciotecznych podeszli najpierw najmłodsi:
czarny Maciek i rudy Leszek, do nich przyłączył się Pawełek, wreszcie, jakby nigdy nic, podeszła i
generalicja: Łukasz i Piotr.
- A dlaczego twój brat nie przyjechał? - zapytał obcesowo Łukasz. - Miał przecież przyjechać.
- Tosi brat pojechał do wujka. Bo tam są wilki. A on się nie boi, tylko - trach! trach!! - i wystrzela te
wilki - informowała szybko Adelka.
- Akurat! - nie wierzył Piotrek. - A kto mu da strzelbę?
- Wujek - odpowiedział Tomek. - Nasz wujek jest leśniczym. Musi mieć strzelbę, i to nawet nie
jedną. Tomek sobie wybierze, jaką będzie chciał.
- I nie będzie się bał strzelać? - zapytała Ela. - Ja chyba umarłabym ze strachu.
- Tomek niczego się nie boi, przecież słyszeliście. Zresztą on doskonale strzela. On wszystko
potrafi. Gdyby tutaj był, to dopiero zobaczylibyście, co to znaczy chłopak na medal.
- Szkoda, że nie przyjechał zamiast ciebie - oświadczył niezbyt uprzejmie Łukasz. - Byłoby sześciu
chłopaków na trzy dziewczyny...
- 35 -
- A ja? - spytał Józinek.
- Ty się nie liczysz - odparł z całym okrucieństwem Piotr.
- .. .ale i tak nie wyobrażajcie sobie nic takiego. Bo my się was nie boimy - ciągnął dalej Łukasz,
chcąc odzyskać twarz czy tylko zatrzeć ranną porażkę.
- My się też was nie boimy - odpowiedział spokojnie Tomek. - Chcecie się z nami bawić, dobrze.
Nie chcecie, wasza strata.
- A co za strata? - prychnął pogardliwie Łukasz.
- Zaraz, zaraz - łagodził Piotr, który jednak od czasu „słonia" przekonał się, że nowa może coś
ciekawego powiedzieć. - Ja też uważam, że co chłopaki, to chłopaki, a co dziewczyny, to dziewczyny,
ale czasem można i razem. Na przykład w berka. Nie możemy się zabawić razem w berka?
- Dobrze-powiedział Tomek.
- Dobrze! dobrze! - zapiszczały dziewczyny, licząc na swoje długie nogi.
- No! - łaskawie zgodził się Łukasz, obejmując jednocześnie komendę.
- Ja będę liczył.
Ledwo jednak zaczął:
Jedzie kareta, dzwonek dzwoni...
Tomek przerwał mu ze śmiechem:
- O rany! Twojej babci pradziadzio tak liczył!
- No to jak! - speszył się Łukasz, a Tomek natychmiast wziął inicjatywę w swoje ręce:
Biełka, Striełka, sobaka, pies!
Rakieta na Księżyc gotowa jest.
Kto chce jechać, niech nie pcha się,
Niech wykupi bilet w kasie.
Za ile?
Pytanie wypadło na Celinę. Nie zrozumiała.
- Co: „za ile"?
- No, za ile chcesz bilet na Księżyc?
- Ojejku! Ja nie chcę na żaden Księżyc - przestraszyła się Celina. - Ja się boję!
- 36 -
- Cielę! Ja pojadę! Ja! Proszę bilet za osiem - krzyczał Paweł.
- Dobra. Raz, dwa, trzy... - Osiem wypadło na Łukasza. - Goń.
Łukasz rzucił się w pogoń za „nową". Nie dogonił. Pędziła długimi susami, skręcała w najmniej
spodziewanym momencie. Potknął się przy takim właśnie gwałtownym zwrocie i rozłożył jak długi.
Poderwawszy się dogonił Adelkę i wściekły klepnął ją po ramieniu, aż krzyknęła z bólu.
Kogo mogła dogonić Adelka? Podsunął jej się Tomek, a zostawszy berkiem udawał, że goni tego i
owego, aż klepnął Łukasza.
Wśród śmiechów i okrzyków trwała wesoła gonitwa. Wesoła dla wszystkich oprócz Łukasza. Ile
razy był berkiem, nigdy nie mógł złapać „Tosi". Ile razy goniła ona, ofiarą padał albo on, albo Piotr.
W pewnej chwili Łukasz nie wytrzymał nerwowo i krzyknął:
- A ty tylko za mną i Piotrem ganiasz. To niehonorowo.
- Właśnie honorowo - oświadczył Tomek. - Młodszych złapać nie sztuka. Mają przecież krótkie nogi.
A was, o, to niełatwo!
- Mam dość tego głupiego berka - warknął Łukasz.
- No to zabawimy się w sklep albo w gości! - zawołała Celina.
- Bawcie się same w swoje babskie zabawy. Chłopaki! Idziemy na męską stronę - te dwa ostatnie
wyrazy Łukasz podkreślił mocno. Odeszli.
Dziewczynki trochę zawiedzione patrzyły na „Tosię". Nie odcięła się, nie powiedziała nic do słuchu?
- Po co te chłopaki są na świecie, to ja zupełnie nie rozumiem. Ojejku, żeby zamiast nich było tu
jeszcze pięć dziewczynek, jakby to było pięknie! Ojejku!
- Tosia, musisz coś takiego zrobić, żeby te wstrętne chłopaczyska zrozumiały, że są głupsze od nas
- mówiła urażona Ela. - Musisz!
Te słowa przypomniały Tomkowi, kim jest. Dotknęły do żywego męskie serce, chociaż odziane
sukienką w kratkę.
W tej chwili zza domu wyskoczył rudy Piotr i w kilku susach znalazł się przy dziewczynkach.
- Tośka, powiedz no jeszcze raz, jak to się wylicza: Biełka, Striełka, sobaka, pies...
Tomek dokończył, Piotrek powtórzył dwa razy i pognał z powrotem do swoich.
- A widzisz - podżegała Ela - od ciebie muszą się uczyć. Od dziewczyny. Co to znaczy?
- To znaczy, że jedna dziewczyna jest mądrzejsza od pięciu chłopaków. Ojejku, prawda, Tosiu?
Prawda?
- Nie. Nieprawda! - oświadczył ostro Tomek.
Dziewczynki zdumione, nie rozumiejąc, o co „Tosi" chodzi, patrzyły na nią bez słowa. Jakaż ona
jest: to powie coś wesołego, wspaniałego, że aż cyganiukom i rudzielcom w pięty pójdzie, to znowu
tak jakoś dziwnie się zachowa...
Tomkowi tego wieczoru, kiedy się znalazł w swojej alkowie i za chwilę miał już zasnąć, zadzwoniły
znowu słowa: „głupie chłopaczyska!" i: „jedna dziewczyna jest mądrzejsza niż pięciu chłopaków".
Zabolało jak ząb. Kogóż on tutaj reprezentuje, przeciw komu staje i czyich interesów broni? O, zdrajco
własnej płci, w jakąż to ślepą uliczkę wpakował cię najpierw brak subordynacji wobec ojca, a potem
brak odwagi do wyznania przestępstwa!... Spróbuj teraz wyjść z tego z honorem!
„Poczekajcie - myślał już na wpół sennie - chcecie być takie same mądre? Dobrze. Dostaniecie
szkołę! Dobrą szkołę!..."
Rozdział 10.
Długi jest dzień lipcowy. Toteż pomimo późnej godziny ciągle jeszcze trzeba przysłaniać oczy przed
słońcem, wypatrując gościa z Warszawy na drodze prowadzącej od szosy.
I starszy od Tomka Jurek, i młodszy o dwa lata Heniek z jednakową niecierpliwością oczekują
stryjecznego brata. Znają go. Ciocia Zosia kilka lat temu spędzała tu wakacje z Tosią i Tomkiem, a
później, chyba dwa lata temu, Jurek z ojcem był u stryjostwa w Białymstoku. Pamiętają Tomka jako
wesołego, pucołowatego chłopaka. Jaki jest teraz? Jurek obawia się trochę - może Tomek będzie
chciał mu imponować stolicą. Niedoczekanie! Niech sobie pozwala w stosunku do Heńka, który chodzi
- 37 -
do pobliskiej szkoły, ale on, Jurek, już drugi rok jest w Lublinie i tylko na ferie przyjeżdża do domu.
Lublin teraz to wielkie miasto, a ile się tam buduje!
Jurek czeka również i na samochód. Nadleśnictwo otrzymało nowe wozy, a każdy samochód dla
Jurka jest przedmiotem interesujących obserwacji. Ojciec ma własną jawę. Jurek potrafi już ją
prowadzić i ojciec pozwala mu czasem na krótkie wyjazdy. Tym chyba zaimponuje Tomkowi.
Heniek nie żywi żadnych obaw. Czeka z niecierpliwością na dobrego kompana, z którym będzie
chodzić na ryby, na raki, pokaże mu swoje króle, a potem świetne kryjówki na drzewach. Zabawią się
w Indian. Trochę niepokoiła myśl, że starszy brat zabierze Tomka sobie. Ale nie, chyba próżne obawy.
Jurek z nosem wetkniętym albo w książkę, albo w motor nie jest atrakcją - Czy po to się przyjeżdża do
„leśnych ludzi"?
Leśniczówka stała na skrzyżowaniu szerokiej przesieki z boczną drogą. Sporej polanki pilnowała z
każdej strony wysoka i ciemna ściana świerków, gdzieniegdzie tylko poplamiona zielenią zabłąkanego
klonu. Domisko było stare, ale mocne, parterowe, z dwoma pokoikami na facjacie.
Z jednej strony kilkanaście pięknych owocowych drzew, z drugiej warzywnik, parę uli i długi
budynek gospodarczy. Do miasta jest daleko, do najbliższej wsi - parę kilometrów.
Od strony warzywnika wchodzi się do kancelarii i mieszkania gajowego. Z drugiej strony znajduje
się obszerne mieszkanie leśniczego z wejściem od frontu przez ganek zarośnięty dzikim winem.
- Nie widać ich jeszcze? - pyta synów matka, wychodząc na ścieżkę przed domem.
- Powinni lada chwila być - odpowiada leśniczy, wychylając się z okna. - Kulik nie lubi późno
wyjeżdżać z Warszawy.
- Jadą! Jadą! - krzyczy Heniek zadowolony, że to on pierwszy zauważył samochód.
Tosia część drogi przespała i wyszło jej to na korzyść. Przebudziwszy się, nie poczuła już
zdenerwowania wywołanego zaskoczeniem.
Wybór był dokonany, sytuacja nie do odwrócenia. Należało teraz odważnie podołać (drobnym
chyba?) trudnościom, jakie staną na drodze.
Nie otwierając oczu, aby nie wywołać nowych pytań, Tosia przygotowuje się do odegrania roli.
Trzeba pamiętać, żeby mówić jak chłopak i jak Tomek, który słynie z rozmaitych powiedzonek. A więc
wtrącać coraz: „O rany!", „O key!" i tak dalej. Ukłonić się nogą! Ciocię pocałować w rękę! Jednego
chłopaka stuknąć po łopatce, drugiemu rękę uścisnąć z całej siły i opowiadać sporo o Warszawie, bo
Tomek znany jest ze swego gadulstwa. Żeby się tylko nie zasypać, wszystko jakoś pójdzie.
Tosia była teraz w świetnym nastroju. Ciągle jeszcze nie mogła się pozbyć satysfakcji na myśl, że
Tomek został surowo ukarany za własne nieposłuszeństwo. Niech spróbuje być dziewczyną. Niech
zobaczy, jak to łatwo!
Biedaczka! Nie wyobrażała sobie, że ten sam los i jej przyniesie mnóstwo niezbyt przyjemnych
niespodzianek i przekona, że być chłopcem to... ale niech się dzieje, co nieuniknione.
Przy furtce oprócz cioci Oli, wuja Stefana, Heńka i Jurka oczekiwało Tosię kilka psów, i to o
wyglądzie nakazującym raczej ostrożność. Ale jak tu być ostrożnym, kiedy czarny jamnik rzuca się do
kolan, ogromny wilk skacze do ramion, a jakieś stare psisko o strasznej mordzie, chyba buldog, rusza
co prawda krótkim ogonem, ale coraz otwiera szeroko paszczę, pokazując komplet uzębienia.
Tosia ma wiele zalet, o czym przekonacie się w dalszym ciągu tej powieści, ale odwagą nie
grzeszy. Chuchana i dmuchana przez babcię, mamę i ojca, zawsze pod ich opiekuńczymi skrzydłami,
nie miała okazji wyrobić w sobie tej cechy.
Wobec groźnych łap i zębów straciła głowę. Wszystko jej się pomieszało. Ciocię chciała klepnąć w
łopatkę, a Jurka o mały włos nie pocałowała w rękę. Całe szczęście, że w ogólnym zamieszaniu
powitania, zapraszania na kolację, odjazdu samochodu, ujadania psów, ich uciszania i zapadającego
zmierzchu - nie rzuciło się to nikomu w oczy. Tak się przynajmniej Tosi zdawało.
- Lupus, spokój! - wołał wujek. - Bączuś, do domu, na kolację! Kania, spać. O, jak to ziewa, Tomek,
widzisz? Wszystkie zęby można jej policzyć. Stara suka, prawie na emeryturze. Śpi cały dzień, a
wyspać się nie może. Dobry pies, dobry, rozumie, że o nim mówią. No, chodźcie jeść, bo i Tomkowi
pewnie kiszki marsza grają.
Tosię wyściskaną przez ciocię Olę zaprowadzono przez ogromną sień do jadalni. Był to obszerny,
niewysoki pokój z belkowanym sufitem. Dwa wielkie kredensy i długi stół z krzesłami stanowiły całe
umeblowanie. Na jednym końcu, nakrytym do kolacji, szumiał samowar, stary sprzęt, widywany tylko
w domach, z którymi łaskawie obeszła się wojna. Tosi nie bardzo chciało się jeść. Zamartwiała się,
czy chłopcy nie spostrzegli jej strachu przed psami. Spoglądała na przemian na Jurka i Heńka. Czy w
Heńka oczach nie dostrzega błysku drwiny? Dlaczego Jurek tak badawczo na nią patrzy?
- 38 -
Zebrała całą przytomność umysłu. Jeżeli dziś nie zrobi dobrego wrażenia - to kiedy?
- O rany! Ale świetne te pierogi, ciociu! W Warszawie takich nie ma! I w ogóle takie tu wszystko inne
niż w naszym mieszkaniu. Nasze dwa pokoiki i kuchnia na pewno zmieściłyby się w tym jednym
pokoju.
- Co ty mówisz? - zdziwiła się ciocia. - Jak wy możecie tam wytrzymać?
- Nie możemy, ale co robić... Tatuś chce koniecznie zmienić i tak się zapracowuje, że nerwy ma
zupełnie rozkręcone.
Obaj chłopcy wybuchnęli śmiechem. Tosia speszona spąsowiała, ale obruszyła się:
- Czego się śmiejecie?
- Z tych „rozkręconych nerwów". Co to jest? - zapytał Heniek.
- Nie wiecie? No więc my z... Tosią i mamą musimy tak uważać, tak ciągle uważać, bo tatuś o byle
co wpada zaraz w pasję.
- Zupełnie jak u nas - teraz już ciocia Ola śmiała się. - Ano, rodzeni bracia, usposobienia mają
podobne, widocznie ich obu w za gorącej wodzie wykąpano.
- O rany! - zorientowała się Tosia. - To wujka też trzeba się bać?
- No, no, widzisz, tak się mnie tu boją, że pękają ze śmiechu. Owszem, prędki jestem, jak i twój
ojciec. Po własnym ojcu to wzięliśmy. Ale nie bój się. Żebyś tylko jakich cudów nie pokazywał, będzie
spokój.
- Okay, wujku! Wszystko będzie na medal.
Kolacja minęła wesoło. Tosia najadła się po uszy, chleb dobrze obłożony szynką domowego
wędzenia nie chciał już przejść przez gardło. Lupus i Bączuś, uprzejmie pilnujący gościa po obu
stronach krzesła, otrzymały kilka smacznych kąsków. Po tak zawartym przymierzu i z bliska nie
wydawały się już straszne. Szczególnie Bączuś, któremu, sądząc po bardzo pękatym wyglądzie,
zawsze dopisywał apetyt, miał zupełnie ludzkie wejrzenie i kiedy wspiąwszy przednie łapy na kolana
Tosi patrzył na nią, wydawało się, że zaraz powie: daj no jeszcze kawałek!
- Tomku, pamiętasz, jak tu byłeś z mamą i Tosią?
- Pamiętam, ale bardzo mało, to przecież ze sześć lat chyba? Jakieś gęsi mnie goniły, pamiętam.
Strasznie syczały.
- A tak. Tylko że nie ciebie, Tosię goniły. Tyś jej bardzo mężnie bronił. Wszyscy wtedy orzekli, że
wyrośniesz na dzielnego mężczyznę - przypomina ciocia Ola.
- Taak? - Tosia peszy się na chwilę. Może to być zaliczone na rachunek skromności.
- Ja muszę jutro raniutko wyjechać - oznajmia wujek Stefan, wstając od stołu. - Jurek, odwieziesz
zestawienie do Rady Gminnej. Weź linijkę, może Tomek z tobą się przejedzie? Heniek! W warzywniku
chwast taki, że się z uszami schowasz, wiesz?
- Wiem - jęknął Heniek - ale ja bym to po powrocie z gminy...
- Powiedziałem - uciął wujek, znikając w głębi mieszkania.
Tosia zdążyła pomyśleć: „Jak u nas", a już ciocia zwróciła się do niej:
- Tomeczku, gdzie chcesz spać? Chłopców pokój wolny, oni na sianie w stodole, a ty z nimi czy pod
dachem?
- Tomek, chodź z nami, siano świeże, pycha! namawiał Heniek.
Tosia udała, że ją komar uciął, schyliła się, klepnęła po nodze i zaczęła smarować poślinionym
palcem. Na sianie? Za nic na świecie! W sianie jest pełno robaków. Może jaka licha? Może skórek,
który włazi w ucho?
- Ja, jeżeli ciocia pozwoli, to wolę w pokoju. Od siana to... głowa boli. Heniu, ja z wami z wielką
chęcią, ale jeżeli można...
- Na górce muchy ci spać nie dadzą - rzucił Jurek - tyle much w tym roku, aż strach.
- Jak w każdym - uspokajała ciocia. - Niech śpi, jak chce. Przecież on nie przyzwyczajony. Później
może będzie wolał na sianie. Jurek, weź walizkę! Heniu, gdzie lichtarz? Zaprowadźcie Tomka,
pokażcie, co i jak. Dobranoc, dziecko. Śpij dobrze.
Heniek prowadzi. Wychodzą do sieni, która, wielka i przedtem, teraz wydaje się ogromna, kąty giną
w cieniu. Tosia z duszą na ramieniu wspina się po stromych niczym drabina schodkach na strych.
Henio otwiera jakieś drzwi, wchodzą do niewielkiej w porównaniu z parterem izby. W blasku świecy
- 39 -
sosnowe ściany wydają się złote, takiż sufit i podłoga. Dwa łóżka, stół pod oknem, nieduża szafka,
półka z książkami i umywalka - to wszystko.
- Tu moje łóżko, a tu Heńka. Śpij, gdzie chcesz!
Heniek stawia na stole świecę, Jurek szybko zamyka okno i zabiera się do wyjścia.
- Dobranoc - mówi - lecę jeszcze furtkę zamknąć i psa spuścić.
- Jak zgasisz, to okno otwórz, bo ci będzie duszno spać - radzi Heniek. - Teraz do światła
naleciałoby różnego świństwa. O, już jedna jest.
Wokół świecy krąży biała ćma. Opaliła skrzydło, a jeszcze nie chce wierzyć, że pcha się do zguby.
- Heniek! - woła jeszcze z dołu ciocia. - Pokaż Tomkowi domek z serduszkiem!
- Aha, chodź, zejdziemy - mówi Heniek - drzwi zostaw otwarte, bo nie trafisz.
Tosia z sercem w gardle schodzi z „drabiny".
- Ostrożnie - ostrzega Heniek - trzymaj się poręczy, bo tu zęby można pozbierać. Na dole wezmę
latarkę.
Wychodzą przed dom, parę kroków idą w blasku świecących okien, potem już potrzebna latarka.
Oto drzwi z wyciętym serduszkiem.
- Zaczekać na ciebie? Czy trafisz sam do domu?
- Trafię! Dziękuję ci, Heniu, dobranoc.
Powrót przez zarośniętą po obu stronach ścieżkę, przez sień oświetloną tylko uchylonymi litościwie
drzwiami do jadalni, po „z pieca na łeb" schodkach, przez tajemniczy strych do pokoiku chłopców
nadawałby się do oddzielnego opisu, gdzie roiłoby się od zwidów, strachu i dreszczy. Ale oto i złoty
pokoik. Tosia jest u siebie.
Przede wszystkim zamyka się na haczyk: Jak by wątła nie była ta zapora, przecież oddziela od
niewiadomego i aż gęstego rozlewiska ciemności za drzwiami.
Teraz Tosia ze strachem przygląda się świecy. Fruwa tam jeszcze to białe straszydło? Nie. Pewno
usiadło gdzieś na poduszce i kiedy Tosia zgasi światło, wejdzie na czoło albo we włosy, brr! Lepiej się
wcale nie kłaść.
Na szczęście opalony zezwłok leży na podstawce lichtarza! Dzięki Bogu!
Świeca jest niewielka. Trzeba się śpieszyć, bo a nuż zgaśnie, zanim wskoczy pod kołdrę!
Tosia bardzo nieporządnie wyrzuca na jedno łóżko wszystko z walizki, szukając piżamy, ręcznika i
mydła. O, jak łatwo upodobnić się do Tomka w sposobie mycia na noc. Raz dwa, i już po wszystkim.
Zgasić świecę? Otworzyć okno po ciemku? Za nic na świecie! Czy tu nie łażą po ścianie pająki?
Nie. Nie widać ich. Co za szczęście!
Tosia przysuwa lichtarz jak najbliżej łóżka, zapałki na wszelki wypadek kładzie pod poduszkę, gasi
świecę i szybko nakrywa się aż na głowę.
Jak długo można wytrzymać pod kołdrą na rozgrzanym gorącym dniem poddaszu z zamkniętym
oknem?
Tosia wysuwa najpierw tylko nos, potem i brodę, potem całą głowę.
Oswoiwszy się z ciemnością odróżnia jaśniejszy prostokąt okna, potem zarys szafy i półki z
książkami. W domu na dole umilkły wszelkie odgłosy. Wujostwo pewnie już śpią. Głęboki oddech,
jeden, drugi - serce zaczyna bić spokojnie. I wtedy, w chwili kiedy Tosia ma już przymknąć oczy do
spania... wyraźnie słyszy skradające się pod drzwiami kroki. Ktoś stuka lekko w drzwi, jakby je
niechcący potrącił, potem skrobie raz, drugi, trzeci... Wreszcie coś pisnęło cichutko.
Czytelniku, jeżeli jesteś odważnym chłopcem lub odważną dziewczyną i serce twoje nie zaznało
trwogi, spróbuj wyobrazić sobie, co w tej chwili czuje nieodważna Tosia, która do tej pory nigdy
jeszcze nie spała w pokoju sama. Zawsze była z nią babcia albo Tomek, albo któreś z rodziców, albo
(na wycieczce) koleżanki i pani.
Jeżeli można ze strachu osiwieć, Tosia miałaby do tego pełne prawo tej nocy.
Najpierw zupełnie odruchowo schowała głowę pod kołdrę, ale i tam było słychać drapanie.
Cóż to może być? Złodzieje? Jurek przecież zamykał furtkę, spuszczał psy. Myszy? Szczury?
Tosia nagle siadła na łóżku. Niech się dzieje, co chce, ona zaraz zacznie krzyczeć.
Zbudzi się cały dom, przybiegnie wujek, ciotka, może chłopcy w stodole usłyszą i... i co? Tosia już
widzi drwiące oczy Jurka, tak, on na pewno zauważył, j ak przestraszyły j ą psy. A teraz - myszy. Jutro
będzie kpić z „warszawiaka"! Będą się nabijać!
- 40 -
A może to oni sami skrobią do tych drzwi, żeby ją nastraszyć, a potem wyśmiać? Ale by się Tomek
cieszył! O, niedoczekanie!
Tosia decyduje się na bohaterstwo. Wsuwa rękę pod poduszkę, wyjmuje zapałki i zapala świecę,
chociaż udaje się jej to dopiero za trzecim razem.
Oświetlona izba od razu napełnia otuchą.
- Kto tam? - rzuca półgłosem w stronę drzwi. Skrobanie cichnie. Pisk czy stłumiony chichot? Tosia
lekko wyskakuje z łóżka, podchodzi na palcach do drzwi i nagle otwiera je z haczyka.
Do pokoju wtacza się spasiony Bączuś. Łasi się przez chwilę do nóg oniemiałej Tosi, a potem
ciężko wskakuje na łóżko. Nie pytając o pozwolenie, układa się wygodnie w nogach i najwyraźniej ma
zamiar tu spędzić noc.
Tosia nie protestuje. Zamyka drzwi. Wchodzi do łóżka i gasi świecę. Nie, nie może powiedzieć, że
się już nic a nic nie boi. Owszem, boi się jeszcze, ale o wiele mniej.
Na ogromnym strychu jest mały pokoik, w nim na łóżku dziewczynka, która czuje przez kołdrę, jak
przy jej nogach oddycha żywe, przyjazne stworzenie. I do tego stworzenie, które będzie jej bronić.
Przed czym? Przed najgorszym: przed myszami. Jamniki to są psy na myszy!
Obudził Tosię Bączuś i warkot motoru. Bączuś drapał do drzwi, aby go wypuścić. Wrócił zresztą za
chwilę wczorajszym sposobem. ale teraz już nie było się czego obawiać. Ocean ciemności się
całkowicie niegroźny. Przez małe okienko w dachu wlewało się szeroką smugą słońce. Żadnych
tajemniczości. Sznury do bielizny, puste skrzynki, jakaś beczka, kartony po makaronie, trochę rupieci.
Naprzeciwko drzwi do pokoju chłopców znajdowały się drugie identyczne - klucz był wetknięty w
zamek od zewnątrz. Może tam też ktoś mieszka?
Wyjrzawszy przez okno swego pokoiku, Tosia zobaczyła odjeżdżającego na motocyklu wuja
Stefana. Jurek i Heniek, nadzy do pasa, myli się przy pompie.
Tosia spojrzała na zegarek. Szósta. Wcześnie tu zaczyna się dzień.
Na środku pokoiku siedzi Bączuś, trzepie tłustym ogonem o podłogę, patrzy na Tosię i uśmiecha
się, wyraźnie uśmiecha się, życzliwie, wyrozumiale, zupełnie jak gdyby mówił: no widzisz, ta straszna
noc wcale nie była taka straszna.
Tosia przypomina sobie paczuszkę z kabanosami. Siada przy Bączusiu na podłodze, łamie
kiełbaski po kawałku i częstuje go. Po tej królewskiej uczcie Bączuś czuje się upoważniony do
konfidencji, opiera obie łapy na ramieniu Tosi i we wgłębienie między szyją a obojczykiem kładzie swój
miły pysk. Czarny ogon wykonuje zawrotny taniec.
Tosia tuli grubasa do serca i spowiada mu się do ucha:
- Bączuś! Bączunio! Wiesz, jak ja się bałam!
„Wiem, to nic" - kreśli wymownie ogon Bączusia.
Lekko otwiera się okno i rześkie ranne powietrze tak przyjemnie napełnia płuca. Za kawałkiem
wydeptanej trawy, tuż za pompą, zaczyna się sad! Stare drzewa pięknie muszą wyglądać na wiosnę.
Tosia przypomina sobie Anię z Zielonego Wzgórza. Przecież ta najbliższa jabłoń mogłaby być „Panną
młodą", a ten pokoik na facjatce też zupełnie jak...
Z dołu dobiegają głosy chłopców. Tosia wychyla się, nie widzi ich. Stoją pod wystającym dachem,
zdaje się, że tam są drzwi do kuchni. Tosia chce zawołać i nagle wpada jej w ucho coś, co
powstrzymuje głos...
- ... a ja ci mówię, że to szczypiorek i koniec. Widziałeś, jakie mu się oczy zrobiły, kiedy Kania
kłapnęła zębami? Ja widziałem. Warszawski szczypiorek; chude, blade, tego nie lubi, tamtego mu nie
wolno... i na pewno wszystkiego się boi.
- Wcale nie - protestuje Heniek - jakby się bał, toby wolał z nami na sianie, a nie sam na strychu. I z
wygódki sam wracał, nie kazał mi czekać.
- Ale nie wiesz, czy mu ze strachu włosy dęba nie stanęły. A na górze pewnie zębami dzwonił. I
powie na wieczór, że woli z nami.
- Jurek, przynieś wody! - woła ciocia, a Tosia gwałtownie cofa się od okna.
„Co za ziółko z tego Jurka! Zauważył, no dobrze, ale żeby zaraz tak... Ale zauważył... »Warszawski
szczypiorek«? O, poczekaj, lubelska... cebulko".
- 41 -
- Bączuś! Wychodzimy niebezpieczeństwu naprzeciw! Tosia tym razem umyła się bardzo starannie.
Wyszczotkowała czuprynę. Wciągnęła dżinsy (żeby Jurkowi wątroba spuchła), białą, sportową
koszulkę bez rękawów, czarne trampki z białymi sznurowadłami i popielatą lekką wiatrówkę. Była
gotowa do zejścia na dół.
Zrobiła jeszcze porządek w pokoju. Zasłała łóżko i ułożyła w szafce rzeczy wyjęte z walizki.
Na samym dnie leżał podręcznik historii! A to dopiero! Co zrobi Tomek?
U cioci Isi są same małe dzieci. Najstarsza chyba skończyła dopiero czwartą klasę? A starać się
gdzieś o tę nieszczęsną historię Tomkowi też nieporęcznie. Trzeba mu pomóc.
- Tomek! Tomek! Śniadanie!!! - rozlega się pod oknem.
- Już idę - odkrzykuje Tosia.
- Ależ z ciebie elegant - oświadcza z podziwem ciocia Ola i okręca Tosię na wszystkie strony.
Henio też nie kryje podziwu. Tylko Jurek nie da się zaskoczyć.
- Dżinsy już niemodne. Teraz się nosi pomarańczowe rury do czarnej koszuli.
- Taki goguś nie jestem - odpiera lekko Tosia - dżinsy są wygodniejsze.
Patrz, ile tu kieszeni.
- Mamo, a ja? - skarży się Henio. - Ciągle te pumpy i pumpy.
- Dobrze! Jest teraz fason pod ręką, uszyję ci takie któregoś wolniejszego dnia.
- I taką wiatrówkę z czterema kieszeniami? - skamle dalej Henio.
- Tak. Wiatrówkę, owszem, mnie też może mama taką uszyć - zezwala łaskawie Jurek.
- A to chyba musiałabym przez trzy dni nic nie robić, tylko szyć - śmieje się ciocia.
- Ciociu, to zrobimy takie trzy „męskie dni", my będziemy wszystko robić, a ciocia siądzie do
maszyny.
- Ładnie by ten dom wyglądał! A na stole byłyby trzy razy na dzień jajka na twardo, bo moi chłopcy
nawet jajecznicy nie umieją usmażyć.
- Oj, chłopaki - zawołała Tosia - to macie święte życie! I mnie, i To...się to mama, a jeszcze więcej
ojciec tak ganiają, że mucha nie siada! Wszystko: gotowanie, sprzątanie, prasowanie... Wszystko na
sto dwa.
- Słyszycie? - dziwiła się ciocia, nalewając zacierki na talerze.
- Ohoho! Gadane to ty masz. Warto by się przy tobie poduczyć - kpił Jurek.
- A lekcje? - wysunął swój niezawodny zawsze argument Henio.
- Lekcje? Wiadomo, swoją drogą, na medal!
- Na medal! - powtórzył niby ironiczne echo Jurek. Tosia o mało nie zgrzytnęła zębami. „Ach, ty
»cebulko«, żebym ci mogła pokazać swoją cenzurę, toby ci oko zbielało!" - przemknęło jej przez
głowę, ale bardzo szybko, bo oto już czyhało nowe niebezpieczeństwo.
- Jedz, Tomuś - namawiała ciocia - póki gorące, to smaczniejsze. U nas zawsze na śniadanie
zacierki z mlekiem. Trzeba dwa talerze zjeść. Wyjedziesz od nas odpasiony. Patrz, chłopaki moje
rumiane, i ty musisz być taki. To od mleka. Chwała Bogu, mamy swoją krowę.
Jeszcze i to! W Warszawie ulubionym napojem Tosi była herbata z cytryną. Mleka nie lubiła:
kożuchy! O właśnie, i teraz na zacierkach już drga i skacze drobniutka siatka, zaraz kożuszek będzie
gotowy. Tosia energicznie miesza w talerzu. Łapie drwiące spojrzenie Jurka. „A żebyś skisł" - i na
złość jemu zaczyna łykać łyżkę za łyżką, bez wymacywania kożuchów.
- Jedz, dziecko. Wczoraj na kolację mało jadłeś - dolewa jeszcze (o rany!) ciocia.
- Pojedziesz ze mną linijką do gminy? Mam być tam o jedenastej .
- Chętnie. Co to jest linijka?
- Coś w rodzaju karety. Zobaczysz.
- Mamusiu. A ja? - prawie płacze Henio.
- Co ojciec powiedział?
- Ja już trochę zrobiłem i zaraz tam lecę.
- A kto mnie tu pomoże? Jurek ma drzewa narąbać i krowie słomy podrzucić.
- Ciociu, ja pomogę - proponuje Tosia, rada, że może cos zrobić dla Henia.
- 42 -
Zręcznie sprząta ze stołu - orientuje się szybko, co gdzie leży. Ciocia idzie sprzątać sypialny i
gabinet wujka, a kiedy wchodzi do kuchni, Tosia kończy szorować garnek po zacierkach.
- Ciociu, a pomyje gdzie? Do tego wiadra? A gdzie są szczotki i gałgan do podłogi? Ja stołowy też
sprzątnę. A w tym kociołku to co? Nalać wody? A ścierkę gdzie się wiesza? Dobrze, teraz już
wszystko wiem. O key!
- O, to ci matka dała dobrą szkołę! - mówi z podziwem ciocia.
- I mama, i tatuś, i To...sia! - mówi Tosia. Jurek wnosi naręcze drzewa i wrzuca do skrzyni obok
kuchni.
- Patrz- mówi ciocia - ja tu palcem nie ruszyłam. Widzisz?
- Ciociu, Jurek zrobiłby to jeszcze lepiej, gdyby chciał.
- Gdyby chciał - wzdycha ciocia.
- Gdyby chciał - powtarza z goryczą Jurek. - Tymczasem ja zawsze muszę chcieć zrobić grubszą
robotę. Niechby Tomek spróbował narąbać drzewa.
- Nie umiem - mówi szczerze Tosia - ale chcę się nauczyć. Pokażesz mi, dobrze?
Taką dobrą wolą Jurek czuje się rozbrojony. Kiwa głową. Tosia ogarnięta zapałem chce powiedzieć
i o krowie, ale w ostatniej chwili powstrzymuje ją myśl: „A jeżeli ta krowa ma bardzo duże rogi?"
- Jureczku, czy nie znalazłbyś mi kawałka papieru i sznurka? Muszę To...osi książkę wysłać,
zaplątała się w mojej walizce.
- Dobra. Znajdzie się.
Jurek wychodzi. Tosia bierze się do zamiatania stołowego pokoju.
Kiedy idzie ze szczotką i ścierką na górkę, zastaje papier i sznurek na stole. Zanim zapakuje
książkę, szybko pisze parę słów na karteczce i wrzuca między stronice. Po namyśle dodaje list:
Drogi To! Śpiewam a śpiewam. Same drobiazgi: zębiaste psy,
samotny pokoik na strychu, białe ćmy, pisk i drapanie myszy, duża
siekiera i krowa, która może nawet bodzie rogiem. A czy i ty dbasz
tam o moją opinię? Napisz zaraz do mamy drukowanymi literami. Co
u Ciebie? O key.
T.
Zapakowała raz-dwa książkę, o mały włos nie pomyliła się w adresie, trzeba było przecież napisać:
dla Tosi Jastrzębskiej.
Sprzątnęła pokój, wylała brudną wodę, przyniosła wiadro czystej. Jurek patrzył, jak się
gimnastykowała przy pompie, ale nie przyszedł pomóc. I dobrze!
Było jeszcze trochę czasu. Tosia pobiegła do warzywnika i znalazła zgrzanego od pośpiechu Henia.
Zaczęła mu pomagać, co przyjęte było wdzięcznie, choć bez słowa. Kiedy Jurek zawołał, że już czas
jechać, byli prawie na ukończeniu roboty. Henio, ocierając pot, spojrzał na okopane i pozbawione
niepotrzebnych pędów rzędy pomidorów.
- Tempo! - powiedział.
- Warszawskie! - dorzuciła Tosia i oboje wybuchnęli śmiechem.
Linijka-kareta okazała się czymś w rodzaju deski na czterech kołach i wprawiła Tosię w popłoch.
Jak na tym usiąść, o co się oprzeć, czego trzymać? Aby zyskać na czasie, zaczęła, nie podchodząc
jednak za blisko, chwalić urodę konia.
Był rzeczywiście zadbany i utrzymany dobrze, co przede wszystkim poznawało się po lśniącej
sierści.
- Patrz, jakie ma „jabłka" na kłębkach, widzisz? - pokazywał z dumą Jurek.
- To o takich się śpiewa „siwy jabłkowity", wiesz?
- A dlaczego ma taki długi ogon? - zapytała. - W mieście widzi się czasem konie z podciętym.
- Głupcy obcinają koniowi ogon. Czym ognałby się od gzów? Wiesz, jak taki giez potrafi uciąć?
Jakby na potwierdzenie Buś wzdrygnął się cały i machnął ogonem.
- 43 -
Gzy! Tylko tego brakowało. Widząc, że Jurek siada okrakiem na linijkę, Tosia czym prędzej
usadowiła się bliżej tylnych kół, aby jak najdalej od tych potworów, które muszą mieć potężne
narzędzia, jeżeli potrafią przeciąć końską skórę.
Henio proponował, żeby usiadła w środku, bo wygodniej - nie chciała!
- Uwaga na język - zawołał Jurek i strzelił z bata.
Buś ruszył tęgim kłusem. Teraz dopiero Tosia zrozumiała, co znaczył ten wykrzyknik. Gdyby nie
zacisnęła zębów - łatwo skaleczyłaby sobie język. Na wyboistej, bocznej drodze linijka podskakiwała i
Tosia musiała w pewnej chwili złapać za ramiona Heńka, aby nie wyskoczyć z „karety". Kiedy
wyjechano na szosę, koła potoczyły się gładziej i jazda przy pewnym opanowaniu techniki siedzenia
stała się nawet przyjemna. Można było rozmawiać.
Jurek końcem bicza pokazywał wyręby, szkółkę leśną, w której pracował co drugi dzień i zarabiał
na swoje drobne wydatki, jedno i drugie pólko, gdzie było zasiane ich zboże, zasadzone ziemniaki,
łączkę, z której leśnictwo zbierało siano na swoje potrzeby. Wszystko to było rozrzucone, niewielkie,
wydawało się Tosi zagubione w wielkim lesie. Heniek opowiadał o grzybnych miejscach, obiecywał
zaprowadzić Tosię do lasku na Bobrzynce, gdzie rydzów jak nasiał, tylko uważać trzeba, bo żmije.
- Leśkiewicz, ten co obok nas mieszka, w zeszłym tygodniu jedną zatłukł.
- A może to zaskroniec? - powątpiewał Jurek.
- Ale! Zaskroniec! Głowę miał wielką i z krzyżem, a na całym grzbiecie zygzaki. To zaskroniec?
- No, jeżeli zygzak, to nie - zgadzał się Jurek.
„Ile ja się tu od nich dowiem! A oni ode mnie? Czego? Chyba ja jestem strasznie głupia" - myślała
Tosia, upadając znowu na duchu.
Jurek poszedł do gminy oddać papiery. Tośka z Heńkiem na pocztę. Czym prędzej kupiła kartę
pocztową i napisała drukowanymi literami:
Mamuś! Tu jest mi doskonale! Mieszkam w złotym pokoiku. Na
śniadanie dwa talerze zacierek na mleku. Wszystko o key! Duża
buźka!
Tomek
Spojrzała krytycznym okiem. Czy Tomek tak by napisał? Poprawiła „mamuś" na „mamusiu" - Tomek
tylko tak mówił. Ten złoty pokoik? Mama pomyśli, że to coś zgrywnego. Tomek lubił takie różności.
W powrotnej drodze Tosia już nie bała się linijki. Należało poddawać się rytmowi jazdy, miękko
podskakiwać na desce. Ale nauka kosztowała - siedzenie bolało.
I Heniek, i Jurek egzaminowali na przemian, czy pamięta, co gdzie jest. Na szczęście słuchała
uważnie, pamiętała.
- Niezły litraż! - powiedział Jurek z uznaniem, wysadzając Henia i Tosię przed furtką.
Nie zrozumiała i pytające spojrzenie zwróciła na Heńka.
- Tu - stuknął się w głowę - tu masz oleju, ile trzeba. Jurek ma bzika na punkcie motoru i konia.
Ciesz się. Mnie przeważnie mówi: „Więcej cukru". On myśli, że nasz Buś dlatego taki mądry, że cukier
dostaje.
Pobiegli zaraz dokończyć pomidory. Ciocia przyszła wołać na obiad i aż się zdziwiła: robota była
skończona, a wykonanie zasługiwało na pochwałę. Zaraz też ustalono, że jeżeliby wuj dowiedział się o
eskapadzie Henia - ciocia wszystko bierze na siebie.
„Jak u nas" - pomyślała drugi raz Tosia.
Leśniczego na obiedzie nie było, przyjechał później. Kiedy żona zaczęła«chwalić Tomka, słuchał
zdziwiony.
- Może to tak pierwszego dnia? Bo Piotr wyraźnie pisał, że mały do roboty się nie kwapi i żeby go
wziąć do galopu.
- Do galopu! - użalała się ciotka. - Mizerne toto, chyba widzisz, nasze chłopaki przy nim wyglądają
jak okazy zdrowia. Niech wydycha najpierw warszawskie sadze.
- 44 -
- A czy ja mu bronię? Lepszego powietrza niż u nas nie znajdzie. Ale mores musi być. Chcesz,
żeby mu pobłażać? Żeby jeszcze więcej zbabiał? Bo jednak w nim jest coś takiego delikatnego,
miękkiego. Nie zauważyłaś.
- To dlatego, że taki czysty, domyty. Mówię ci, rano do śniadania zszedł świeżutki jak bułeczka.
Bardzo mi się to podobało. W Warszawie, naturalnie, pod tym względem matka musi więcej wymagać.
Ale chciałabym, żeby i nasze chłopaki były takie schludne.
- To wymagaj! Cóż to, wody w pompie mało?
- Kiedy pojechali do gminy, weszłam na górę. Spodziewałam się, że tam nachlapane,
narozrzucane, a tymczasem porządek, aż się zdziwiłam. Bielizna w szafce ułożona, buciki
wyczyszczone, łóżko zasłane, brudna woda wylana, miednica, słyszysz, miednica umyta. Ile to
awantur z naszymi zawsze o tę miednicę. I Heńkowi w ogrodzie pomógł.
- Oleńko - zastanowił się leśniczy - coś mi to wszystko za piękne. A może on z takich, co to
wszystko mamusi zrobi, byle tylko do książki nie mieć czasu?
- Nie wiem - zamyśliła się ciocia - tego nie wiem.
Do jadalni wszedł Jurek.
- Słuchaj no, Jurek-powiedział ojciec, zapalając papierosa. - Dzisiaj było frei, ale od jutra masz
Tomka przypilnować. Codziennie, po obiedzie czy po podwieczorku, jak tam sobie ustalisz, nie będę w
to wchodzić, ale powiedziałem: codziennie, oprócz świąt, masz go przepytać z historii. Mówiłem ci,
chłopak ma poprawkę.
- Wiem, ale już się zdążył nachwalić - Jurek z satysfakcją przedrzeźniał: - „Lekcje mam zawsze na
medal!"
- Ho! Ho! Ho! - zahuczał bas wujka Stefana. - Ładny medal z poprawką. No, to już jestem
spokojniejszy, to lusterko ma plamy, słyszysz, Oleńko? Więc od jutra niech siada do historii!
- Ale jak on ma siadać, kiedy podręcznik dziś pocztą do siostry wysłał?
- Jak to?
- Pamięta mamusia, prosił rano o papier i sznurek. Zaniosłem na górę, a tam, widzę, historia
naszykowana. Dziś z Głuchowa ją wysłał.
- Ho! Ho! Ho! Normalne chłopaczysko, całkiem normalne, jak i wy. Nie tędy, to owędy, aby się
wymigać. Nie przeskoczyć, to przeleźć. A może się uda? Ale to nie u mnie, nie u mnie! Cwaniak!
Powie, że książki nie ma, zapomniał, zgubił itepede. A tu tymczasem trafiła kosa na kamień. Jurek, ty
masz swoją historię z szóstej klasy?
- Mam, ale on mi zniszczy - skrzywił się Jurek.
- Taki porządnicki i zniszczy? - oburzyła się ciocia.
- Nie zniszczy. Ja tę sprawę przy kolacji rozegram. A wy ani mru-mru, nic nie wiecie o niczym. A
teraz jeszcze jedno. Słuchaj, Jurek, i Heńkowi powtórz to samo: żeby mi tu matka nie mówiła, że wy
brudasy nie domyte, nie oskrobane, a ten jak lalka. On Jastrzębski i wy Jastrzębscy. Jego ojciec
bąków nie zbija, tylko ciężko pracuje, wasz też. A że Warszawa? W Warszawie tylko łgać mogą lepiej,
na to zgoda, tego nie wymagam, ale żadnych takich niechlujstw ani na pazur! Zrozumiane? Uczyć się
od niego, i szlus. Patrz, w jakich zagnojonych buciskach do mieszkania się wpakowałeś!
- Jak wrócę z Marszałkowskiej, a nie z obory, to buciki będą inne.
- Nie odszczekuj się ojcu! - palnął w stół pięścią leśniczy. - Od gnoju inne, od pokoju masz inne. I
żebym cię nie widział!
Jurek wyleciał jak z procy, a leśniczy żołądkował się jeszcze.
- Widzisz go? Słyszysz, Oleńko? Ojcu odszczekiwać będzie!
Leśniczyna uśmiechnęła się. Wiedziała, że męża gniew trwa niedługo.
- Cóż chcesz, piętnasty rok chłopakowi idzie, twój syn.
- Ale niech miarę zna! Pyskatemu, owszem, łatwiej. Kot łowny, a chłop powinien być mowny. Ale
niech miarę zna, powtarzam. A ty, Oleńko, nie popuszczaj gałganom. Niech się szorują do siódmej
skóry. Nie będą nasze chłopaki gorsze niż warszawskie!... Powiedziałem.
Kolacja zaczęła się, jak zwykle latem, jeszcze przy dziennym świetle. Tosi apetyt dopisywał.
Zmiatała już trzeci naleśnik ze szpinakiem, kiedy wujek nagle zwrócił się do niej:
- 45 -
- Jak tam na górce? Wygodnie ci samemu?
- Nie samemu, z Bączusiem - wtrącił Henio.
- Bardzo wygodnie, wujku - odpowiedziała Tosia. - W ogóle bardzo mi się tu podoba, tyle
zwierzaków, koń, krowa, świnki, króle, a w domu u nas to nawet kota nie można trzymać - zakończyła
z żalem.
- Ale telewizor pewnie macie? - zapytał zazdrośnie Jurek.
- A jakże! Telewizor! Ile to kosztuje, wiesz? Tatuś każdy grosz teraz na mieszkanie składa.
- I ma rację. Jeżeli u was tak ciasno, jak mówisz. Ojciec w domu pracuje?
- Przeważnie, ale i w biurze projektów też. W domu jeden pokój jest tatusia. Akurat połowę zajmuje
rysownica. A jak pan Uchmański do tatusia przyjdzie, to już drzwi trudno otworzyć - śmiała się Tosia.
- Pan Uchmański to kto? - dopytywała ciocia.
- To architekt z tatusia zespołu. Ale oni mają większe mieszkanie. Tatuś często tam chodzi.
- Umie twój ojciec pracować. Szanuj go za to i naśladuj - ciągnął wuj Stefan. - A chociaż teraz
wakacje, to owszem, ganiaj , ile chcesz, ale o tym, co trzeba, nie zapominaj. Coś tam z historią ci
nawaliło, tak?
Tosia zrobiła się czerwona jak poziomka w salaterce.
- A mówiłeś, że „na medal"! - szydził Jurek.
- Ach, bo to... takie nieporozumienie... - Tosia na gwałt przypominała sobie argumenty Tomka, ale
wszystko wyfrunęło jej z głowy. Zapomniała na śmierć, że wujek Stefan wie o poprawce.
- Tak, tak... Nieporozumienie! I moje chłopaki tak mówią o każdej dwói, i ja swojemu ojcu też tak
zawsze mówiłem. Nieporozumienie! I prawda. Nauczyciel chce jak najwięcej, uczeń - jak najmniej.
Jeden drugiego zrozumieć nie może. Ani rusz! Ale od jutra weź się do roboty. Spokój na górce masz.
Godzinka, nie więcej, wystarczy, a Jurek cię co dzień przepyta. On do siódmej przeszedł, więc to nie
żaden dyshonor.
- Naturalnie, proszę wujka, naturalnie! Wezmę się, tylko ...
- Tylko co?
- Książki do historii nie mam. - Tosia znowu płonęła czerwienią.
- Nie masz? To drobiazg. Jurek ma, da ci swoją. Jurek, słyszysz? Jutro rano poszukaj.
Jurek nie mógł ukryć zadowolonego uśmiechu - dostało się temu chwalipięcie - ale zaraz dostało
się i jemu.
- A wy jak siedzicie? - huknął ojciec. - Łapy ze stołu. Patrzcie, jak koło was naświnione, nakruszone,
narozlewane, a koło Tomka elegancko. Tak się je, brać mi z niego przykład! Pójdziecie jeden z drugim
w świat, żebyście mi wstydu nie zrobili. Jastrzębscy jesteście.
- Wujku - Tosia ochłonęła trochę i postanowiła ratować sytuację humorem - tatuś nieraz nam
opowiada, jak dziadunio synom skórobicie z ceremonią urządzał. I jeszcze, że córkom na wszystko
pozwalał, a synom niczego nie przepuścił.
- Ano tak było, rzeczywiście. Kobietom zawsze lżej...
- Oj, lżej, lżej - wtrąciła ciocia. - To może kawalerowie lekko sprzątną po kolacji?
Ale jeszcze chwilę nie wstawano. Wujek wpadł w dobry nastrój i opowiedział kilka przygód z
własnego dzieciństwa.
Na górkę Tosia poszła w towarzystwie Bączusia, który dzielnie, chociaż z trudem, wciągał pękaty
brzuch ze stopnia na stopień. Już nie bała się strychu. Już nie tak bardzo się bała. Pokoik po drugiej
stronie był pusty. Zajmowali go czasami przygodni goście, urzędnicy z Warszawy. Ale myszy? Pa-
jąki? Dlaczego tyle zwierzaków, a kota nie widać? Musi jutro się zapytać.
I co będzie z tą historią? To ona ma się za Tomka nawet uczyć? W wakacje? Nie, tego już za wiele!
Jutro pójdzie i cioci powie całą prawdę. Niech się dzieje, co chce. A zresztą, tatuś daleko, co się może
stać? Najwyżej paczki z ubraniami przejadą się pocztą. Każdy wróci do swojej skóry i dopiero będzie
szczęśliwy! I może zostać tam, gdzie jest. Ciocia Ola weźmie Tosię na dół i nikt się nie będzie dziwić,
bo dziewczyna ma prawo się bać i już.
Tosia robi odkrycie: największa trudność do pokonania, największa różnica między nią a Tomkiem
to strach. Czy Tomek zląkłby się Kani? On, który do każdego psa na ulicy podchodzi, aż mama
krzyczy, że go kiedy obcy pies ugryzie. Czy Tomek bał się kiedy ciemnego pokoju? Albo jazdy na
linijce? Albo tej krowy, która oczy ma tak ogromne, a rogi związane kilka razy postronkiem i bodzie na
pewno. Ale słomę zmienia się wtedy, kiedy krowa jest na pastwisku. No, wtedy nie ma się czego
- 46 -
obawiać. Rąbać gałęzie też nie jest tak trudno. Jurek dał jej mniejszą siekierę. Domowych psów Tosia
także już się nie boi. I w łóżku nie ma po co nakrywać się z głową. Bączuś sapie jak miech.
Ale by się Tomek śmiał! „Widzisz? Nie tak łatwo być chłopakiem!"
Lepiej byłoby, żeby on nie wytrzymał. Żeby to on czymś się zasypał...
Tosia postanowiła zaczekać kilka dni.
Rozdział 11.
Bariera, którą Tomek z cioteczno-ciotecznymi zbudował pierwszego dnia, zmieniła swój wygląd.
Wspólnymi siłami i przy większej ilości desek, wyciągniętych za zgodą cioci z komórki, podwyższono
ją tak, że nawet Tomkowi zaledwie wystawał zza niej czubek głowy.
Z obydwu stron przybyły równie wysokie skrzydła, ustawione pod kątem rozwartym. Wszystko
razem przypominało dosyć foremny trapez, którego dolna podstawa zaznaczona była rządkiem
kamieni. Środkowy kamień wyróżniał się wielkością i płaską powierzchnią. Pod ścianą bariery oparto
na dwu pieńkach deskę, tworząc niską ławeczkę.
Na wewnętrznej stronie tej w swoim rodzaju zagrody widoczne były z daleka ogromne, białe litery:
AKD.
Wszystko to powstało w ciągu pierwszych dni pobytu Tomka w Raduni. Tych dwu dni, kiedy jeszcze
ciocia Isia wracała na obiad do domu i wszystko szło normalnym trybem.
Jeżeli Tosi zamierało serce na widok pełnego zębów pyska Lupusa i Kanij rogów Łaciatej czy
biegnącego po ścianie pająka, to odważny Tomek pocił się na samą myśl, że oto pojutrze cały
domowy kram zostanie na jego głowie, biednej głowie, która do tej pory zawsze umiała właśnie od
takich zajęć wykręcać się jak najskuteczniej.
Ela, Celina i Adelka potrafiły zrobić dużo, imponująco dużo, ale nie chciały, i ciocia stale musiała im
o robocie przypominać. A kłóciły się przy tym! Tomek z podziwu nie mógł wyjść, że przy byle
wycieraniu kurzu czy cerowaniu skarpetki może być tyle jazgotu. I on ma sobie dać z tym radę?
Na razie, mało co robiąc, jedzie na dobrej opinii, którą ciocia często dziewczętom wykłuwa oczy.
Ale kiedy zostanie sam i okaże się, że on nic, ale to kompletnie nic nie potrafi - opinia pójdzie w
drobny mak, a dziewczyny, tak, te smarkate dziewczyny, na głowę mu niedługo wsiądą. A
niedoczekanie! Coś trzeba wymyślić. Więc Tomek myśli intensywnie i twórczo.
Cyganiuki w towarzystwie rudzielców udawały, że pracują na swoich grządkach. Podnosiły jakieś
kamyczki, zbierały suche listki, ale aż ich skręcało z ciekawości, co tam się dzieje za deskami.
Niewiele pomogło czołganie się pod krzaki porzeczek. Dolatywały tu tylko strzępki wyrazów, z których
wiadomo było zaledwie, że mówi ta „nowa", wichrowata Toska. „Wichrowata" dlatego, że i wicher na
czole, i trochę taka, jakby stuknięta. Niepodobna do żadnej innej dziewczyny, zupełnie niepodobna!
Ambicja nie pozwalała chłopcom na otwarte podejście do cielętnika", jak pogardliwie nazwał
zagrodę Łukasz. Wobec tego postanowiono przenieść się na teren Piotra i Leszka Nic właściwie nie
usprawiedliwiało usadowienia się całej piątki w kartoflisku, i to półksiężycem, twarzami w stronę
dziewczyn. Na wszelki wypadek odpowiedź była przygotowana.
„Bo nam się tak podoba".
Ale nikt tego nie był ciekawy. Z daleka, bo stąd była większa odległość, głos nie dochodził. Widać
było tylko plecy wichrowatej Tośki, a Żemajtysianki siedziały jak trusie rządkiem na desce. Tośka
wymachiwała rękami, one tylko brodami ruszały na „tak" albo „nie". Nad ich głowami widoczne były
wielkie litery AKD.
Co to wszystko miało znaczyć?
W pewnej chwili oczy nieproszonych widzów zobaczyły, ze czwórka, posłusznie jak na komendę,
wstaje, usuwa się, a na literze K" Tośka zawiesza duży karton z wyraźnymi koncentrycznymi kołami
przekreślonymi na krzyż. Łukasz spojrzał na Piotra.
- Strzelać będą? Z czego?
Zaraz otrzymali odpowiedź. Tośka trzymała w ręku procę i najwidoczniej objaśniała, jak się strzela
do celu. Trafiała raz za razem w środkowe kółko. Widział kto taką dziewczynę?
Ela, Cela i Adelka, a nawet Józinek mieli także proce! Skąd? Kto im zrobił? , Strzelali, owszem, nie
tak celnie, bo często słychać było wrzask: „Pudło!
- 47 -
Pudło!", ale pociski stukały po deskach Tośka poprawiała postawę, uczyła celować. Instruktor !!
Mówi się zwykle o niepohamowanej ciekawości dziewczynek, jest to jednak przesada, gdyż i
chłopcom pod tym względem niczego nie brak.
- Słuchajcie! - powiedział Łukasz.
Piotr, Leszek, Tomek i Maciek zwrócili na niego oczy.
- Dziś wieczorem Piotrek, tylko Piotrek - powtórzył Łukasz z naciskiem - przyjdzie pod nasz kurnik.
Przynieś czapkę grochu. I żeby nikt ani mrumru!...
Nie ma człowieka bez słabostek. Taka to już ułomna ludzka natura i Józinek nie nadawał się na
żaden przykładowy, potwierdzający regułę, wyjątek. Słabostka jego należała zresztą do typu
niewinnych. Lubił namiętnie zielony groch. Tak jak inni przepadali za pieczonymi pestkami dyni czy
ciastkami z rodzynkami, on przepadał za zielonym, chrupiącym groszkiem, który tak ładnie można
wysypywać z pękających strączków. Każdy strąk był swojego rodzaju niespodzianką. Skórki,
umiejętnie obdarte z niejadalnej błonki, były też nie do pogardzenia.
Jako okoliczności łagodzące musimy wziąć pod uwagę, po pierwsze, że zielony groszek smakuje
tylko przez kilka letnich tygodni, zamieniając się później w zwyczajny, żółty groch, z jakiego się robi
prozaiczną grochówkę, a po drugie, że tego roku w ogródku cioci Isi ten właśnie groszek nie obrodził.
Czy nasienie było niedobre, czy ptaki je wydziobały, dość że wzeszło tylko kilkanaście łodyg, po
których już dawno nie zostało śladu.
U rudzielców za to stał cały zagon pięknego, obsypanego dorodnymi strąkami zielonego grochu.
Jakim sposobem dano znać Józinkowi, że ma być o właściwej porze przy kurniku, zostanie na
zawsze tajemnicą, dość że się tam znalazł.
- Chcesz grochu? Weź - wyciągnął uprzejmie Piotrek pełną czapkę.
Kto by się oparł? Józinek wziął kilka strąków.
- Weź więcej.
Józinek wziął. Chrupali groch bez słowa.
Była to chwila podobna tej, w jakiej dorośli mężczyźni częstują się papierosem i wypuszczają
pierwsze kółka dymu. Atmosfera jest wtedy raczej pokojowa.
- Procę masz? - spytał Piotr.
- Mam, ale oddać nie mogę - zastrzegł się prędko Józinek, wyczuwając niejasno, że za groch
trzeba będzie zapłacić.
- Nie bój się. Pokaż.
Obejrzeli dokładnie. Proca była przepisowa i, musieli przyznać, pierwszorzędna. Skrawek skóry do
zgrabnie przyciętego drewna przymocowany był kawałkiem wentyla.
- Kto robił?
- Tosia.
- Po co wam to? Czy ona zgłupiała?
- Nie, ona jest mądra. My będziemy wszystko robić lepiej niż wy.
- Słoń za ogon bujany... - rzucił pogardliwie Łukasz.
- I do tego w butelce od piwa - dodał Piotrek.
- A co ona wam tak klaruje za tym płotem?
- Reguluje nas - odpowiedział z dumą Józinek.
- Już ona was wyreguluje, pożałujecie! - groził Łukasz.
- Weź jeszcze grochu. A co znaczą te litery?
Józinek miał tylko sześć lat, a chociaż był bardzo rozgarniętym dzieckiem i wiele z tego, co mówiła
Tosia, zrozumiał, to jednak powtórzenie sprawiało mu niejaką trudność.
- To znaczy takie... Aka... Akade...
- Akademia?
- Tak. Atomowa!!!
Piotrek podniósł wysoko brwi i spojrzał na Łukasza.
- Józinek - powiedział Łukasz - chcesz być mężczyzną?
- 48 -
- Jestem mężczyzną.
- Jesteś dziewczyńskim mężczyzną. Prawdziwym męskim mężczyzną możesz być tylko z nami.
Przejdź na naszą stronę.
- Nie. Ja wolę z Tosią. Ona jest fajna. Wymyśliła różne draki.
- Jakie?
- Jedna będzie kokodraka, druga - pupodraka... Ale prawda, tego dalej już nie mogę powiedzieć, bo
Tosia nie kazała.
- Józinek, proszę cię. Weź jeszcze.
- Nie, nie, dziękuję. Już muszę iść.
Józinek bohatersko odwrócił oczy od kuszącej czapki. Wolał być od niej z daleka. Co mógł, to
powiedział, czego nie mógł - nie zdradzi, nawet za zielony groszek.
- Jakąś atomówkę szykują! Słyszałeś? - niepokoił się Piotrek po odejściu malca. - My też musimy
coś zrobić. No?
- Żadnych atomówek - protestował Łukasz, który nie miał pojęcia, jak to się robi. - Ja jestem za
pokojem. My będziemy walczyć o pokój.
- No i co?
- Najpierw rozwalimy ten ich cielętnik. Żeby kamień na kamieniu, a deska na desce nie została.
- Aleś wymyślił! Ze swoich desek zrobili, tak? Na swoim gruncie, tak? Szkolą się, nie wolno im?
Nie? A ty chcesz, żeby od razu było widać, jak cię skręca?
- Mnie? Skręca? - skoczył jak ukłuty Łukasz.
- Czego się złościsz? Mnie też zazdrość i chłopakom też. Ale nie trzeba tego pokazywać. Wymyśl
coś, żeby im oko zbielało, bo nam w końcu ta cała Tośka taką pupodrakę stroi, że w imię ojca i syna!
Wymyśl coś! Jesteś wódz? To musisz myśleć!
Tak, to nie ulegało wątpliwości. I dlatego Łukasz stracił panowanie nad sobą. Wybuchnął:
- Wymyśl! Wymyśl! Ona jest z Warszawy! Nie wiesz? Gdybym ja był chociaż przez rok w
Warszawie, to też potrafiłbym różne nowe rzeczy wymyślać. Sam myśl, kiedyś taki mądry!
Fatalny błąd! Wódz, który się przyznaje, że brak mu kwalifikacji, traci zaufanie żołnierzy.
Piotrek patrzy na Łukasza, a potem spuszcza oczy i długo przygryza drobnymi zębami górną
wargę. Łukasz też milczy.
Ani mu w głowie, że w tej chwili zaczyna się jego klęska, której nie odwróci nic, nawet energiczne
podsumowanie wymiany zdań:
- Jutro zaczniemy budować namiot.
„Namiot - myśli pogardliwie Piotrek. - Ile to już było razy?"
Tomkowemu oku nie uszła pogawędka przed kurnikiem. Widział ją doskonale z okna kuchni, gdzie
Ela przygotowywała kolację. Wchodzącego Józinka powitał słowami:
- Spotkanie na szczeblu, co? Czego chcieli?
I Józinek wcale się nie speszył. Groch zjadł, owszem, ale działał, jak wiemy, lojalnie i w dobrej
wierze przysłużenia się sprawie.
Powtórzył dokładnie rozmowę. Kiedy doszedł do „pupodraki", Ela i Tomek wybuchnęli śmiechem.
Zrozumiał, że coś pokręcił.
Tomek, aby sobie zapewnić ułatwione życie w trudnej sytuacji, postanowił sprawom zwyczajnym
dodać trochę nadzwyczajności. Efektowne opakowanie zachęca najoporniejszych.
Kiedy cioteczno-cioteczni po raz pierwszy zasiedli posłusznie deskę w zagrodzie, dowiedzieli się od
„Tosi" najpierw rzeczy nienowej: od jutra władza domowa jest w jej ręku.
- No i co? - zapytała z przekąsem Ela, która już się widziała w roli usługującej ofiary.
- Nie przerywać, kiedy ja mówię. Widzicie te oto dwa patyki złożone na krzyż? To znaczy, że tylko
ja mówię. Kiedy położę j e o tak: na „równa się", wtedy dopiero wy możecie zabierać głos.
To już było coś. Magicznie złożone patyki działały.
- A więc teraz powiedzcie, jak wolicie: czy żeby w domu szło wszystko zwyczajnie, jak co dzień, czy
inaczej.
- 49 -
Celina chciała mówić, ale pokazała na patyki na krzyż. Tomek przełożył je szybko.
- Mów.
- Ja wolę, żeby było nadzwyczajnie - oświadczyła.
- Ja też! Ja też! - dołączyli się Adela i Józinek.
- A nadzwyczajnie to jak? - chciała wiedzieć Ela.
- Nadzwyczajnie to przede wszystkim nowocześnie. Czasy teraz takie, że niedługo przyślę wam z
Warszawy bilety na Księżyc, rozumiecie? Więc nie można się ciągnąć w ogonie wydarzeń, i inne
rzeczy też trzeba po nowemu. No, jak by powiedzieć, modnie!
- Modnie! A opalacz schowałaś! - Ela była najwidoczniej w złym humorze.
- Schowałam, bo taki model to skarb, ale jeżeli chcesz, ja ci go dam na zawsze.
- A mnie co? A mnie? A mnie?
Tomek czym prędzej położył patyczki na krzyż.
- Każdemu coś. Każdy coś ode mnie dostanie na pamiątkę i będzie zadowolony.
Trudno żądać całkowitej bezinteresowności od innych, szczególnie jeżeli ma się na celu własny
interes. Tomek rozumiał to. Dalszy ciąg poszedł już gładko.
Ustalono, a właściwie przyjęto do wiadomości, że Tomek obejmie Atomowe Kierownictwo Domu -
AKD - co natychmiast zostało uwidocznione kredą na deskach. Atomowe Kierownictwo wydzieliło
resorty i mianowało ministrów:
I najważniejszy resort - papudraka, czyli gotowanie - Ela.
II najważniejszy resort - czystodraka, czyli sprzątanie - Celina.
III najważniejszy resort - pucodraka, czyli zmywanie - Adelka.
IV najważniejszy resort - kokodraka, czyli wszystko przy kurach - Józinek.
Tomek, aby nie wyglądało, że chce od roboty umyć ręce, podkreślił dwukrotnie, że on sobie
zostawia najtrudniejsze: kontrolę, pomoc, tak, właśnie pomoc, jeżeli ktoś „nie podoła", i najważniejsze:
nadzór, żeby „szafa grała".
To o szafie znowu, jak zauważył, zrobiło duże wrażenie.
Kiedy przypomniawszy, że każdy dostanie coś ładnego, jeżeli jego resort będzie w porządku,
Tomek zapowiedział jeszcze, jak to od jutra zacznie z nimi ćwiczyć różne piękne sprawności, aby
ostatecznie zagiąć cyganiuków i rudzielców - entuzjazm wybuchł z nieopisaną siłą.
I rzeczywiście to, co cioci Isi sprawiało tyle trudności - codzienne ustalenie, kto i co ma zrobić dziś,
w zależności od tego, co zrobił wczoraj - zlikwidowane zostało szybko i dokumentnie! Każdy raz na
zawsze wiedział, czego pilnuje, i trzeba przyznać, pilnował.
Ela brała się za gotowanie śniadania. Celina sprzątała. Tomek pomagał froterować podłogi. Adelka
nakrywała do stołu, Józinek, ledwo się umył, biegł karmić i poić kury. Kurnik otwierała ciocia Isia,
wstając pierwsza do pracy.
Dysponowanie obiadem wyglądało mniej więcej tak:
- Dziś można zrobić kartoflankę i kluski kładzione z wiśniami, Tosia, jak myślisz? - pytała Ela, która
odpowiadała za „papudrakę".
- Można. A kartoflanka jaka?
- Zwyczajna.
- Zwyczajna to u was z czym?
- Z koperkiem. A u was?
- U nas... ze... szczypiorkiem. Ale gotuj po waszemu.
Szafa grała, a kiedy Tomek ze spotkania na szczeblu i relacji Józinka wywnioskował, że sąsiadów
pożera ciekawość, a może i zawiść - satysfakcja jego była pełna, a najbliższa przyszłość wydawała się
bez chmurki.
Nazajutrz bardzo jednak stracił na humorze, kiedy listonosz przywiózł paczkę od Tosi.
Nie ma już teraz wykrętu! Trzeba się wziąć za historię. O rany! Kiedy? I jak to zrobić, żeby nikt nie
wiedział o jego hańbie: poprawce z historii.
- 50 -