The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2020-09-30 17:26:38

Dziewczyna i chłopak

Ela to spryciara: rozgryzie prawdę raz-dwa. A Celina, nieprzyzwoicie wścibska, zaglądała nawet do
walizki, kiedy go nie było w kuchni. Sama się wygadała. To przez ten nieszczęsny opalacz. Ach, te
dziewczyny!

Dziewczyny nie mogły się doczekać, kiedy rozpakuje paczkę . Na próżno zapewniał, że jest to tylko
ważna książka, którą w sekrecie przysłał mu jego wspaniały brat.

- Ale jaka książka? Z obrazkami? - wypytywała Celinka.
- I list pewnie też tam jest? - domyśla się Ela.
- Słuchajcie, to są dla mnie bardzo ważne rzeczy, o których nie mogę wam mówić. Kiedy będziecie
miały moje lata, zrozumiecie. Teraz ja muszę spokojnie to wszystko przejrzeć i natychmiast,
rozumiecie, natychmiast, bo taka była umowa, odpisać bratu. Idę do pokoju cioci i proszę mi nie
przeszkadzać.
Tomek bierze z walizki blok, kopertę i długopis. Pełna asysta odprowadza go do drzwi.
- Tosia, przeczytasz nam, co pisze Tomek - prosi Cela.
- Przeczytam. Dobrze. Tylko teraz już mnie zostawcie.
Tomek starannie zamyka drzwi i rozwiązuje sznurek, który zawsze może się przydać. Jeżeli miał
jakieś minimum wątpliwości, co do zawartości paczki, to je właśnie stracił: Historia dla klasy szóstej. A
do tego list:

Drogi To! Śpiewam a śpiewam...

Takiego listu przeczytać na głos nie można. Więc Tomek wyrywa z bloku pół kartki i pisze to, co
trzeba, aby usłyszały dziewczyny.

Pod drzwiami słychać szepty i odgłosy wzajemnego odpychania się.
Tomek wchodzi do dużego pokoju i z rozpromienioną twarzą ukazuje Celi, Adelce i Józinkowi
starannie zapakowaną i znowu zawiązaną paczkę.
- Mój drogi brat! Cóż za wspaniały chłopak! Przysłał mi „Skarb wodza", to jest dla was za trudne -
obrazków nie ma. Później opowiem wam o tej książce. A teraz przeczytam list. Chodźmy do Eli.
Minister od „papudraki" jest w kuchni. Na obiad będzie zupa jarzynowa i jajka ze szpinakiem. „ - Ela,
Tosia od Tomka dostała skarb! - krzyczy Adelka.
- A list? - Ela też jest ciekawa listu nadzwyczajnego brata. Tomek czyta:

Droga Tosiu! Jak twoje zdrowie? Czy pamiętasz, że nie wolno ci
przemęczać oczu? Nie zapominaj, co powiedział doktor: trzymaj się z
daleka od igły i gorącej blachy. Pomagaj cioci Isi we wszystkim i bądź
dobra dla naszych drogich cioteczno-ciotecznych. Ucz ich, czego
tylko zdążysz. To na pewno zdolne do wszystkiego dzieci. Żałuję, że
nie jestem z wami, dopiero zobaczylibyście! Ale i ty, droga siostro, nie
zrażaj się niczym i bierz zawsze przykład ze swego starszego brata.
Posyłam ci „Skarb wodza", strzeż go jak oka w głowie.

Cioci ręce całuję, cioteczno-ciotecznych pozdrawiam, a tobie dłoń
ściskam mocno. Adieu, a rivederci, praszczaj! Uważaj na oczy.

Tomek

- A nam o tych oczach nic nie mówiłaś - zaniepokoiła się Ela.
- I żeby nie ten list, to wcale bym wam nie powiedziała - tłumaczył Tomek. - Proszę, nie mówmy o
tym więcej, a broń Boże, cioci. To wszystko od cerowania i szycia. Tu szydełko, tam znowu serwetka
w krzyżyki. Bardzo sobie oczy nadwerężyłam. Ale teraz już lepiej. Prawie zupełnie dobrze, trzeba
pilnować.
- To dopiero brat! - unosiła się Celinka. - Jak on o tobie myśli! Prawdziwy starszy brat!
- A ja nie jestem starszy - przypomniał na wszelki wypadek Józinek.

- 51 -

- Co tu zrobić, żeby on do nas przyjechał? - zastanawiała się Ela. - Ja bym taki obiad ugotowała, jak
nie wiem co!

- Ach, i ja niczego więcej nie pragnę! Zobaczylibyście, to anioł, można powiedzieć, nie brat. Ale nic
z tego - wzdycha smętnie Tomek - pójdę teraz i list napiszę, niech się chociaż o mnie nie martwi.
Muszę do niego piękny list napisać. Nie przeszkadzajcie.

Pisanie listu nie przedstawiało dla Tomka żadnych trudności. Było przecież o wiele łatwiejsze niż
każde z wypracowań, które Tomek też lubił, ale w których nauczyciel przyczepiał się do byle
przecinka, nie mówiąc już o „razem czy oddzielnie". A czy to ważne? Zdaniem Tomka było to
absolutnie nieważne.

Droga To!
Mnie tu idzie jak po maśle. Do wszystkiego można się
przyzwyczaić, nawet do spódniczki w kratę (Szkoci), szczególnie
jeżeli ma się ten twardy męski charakter. Ciocia cały dzień jest
nieobecna i wszystko w domu na mojej głowie. Możesz to sobie
wyobrazić? Trzy smarkate dziewczyny i niemowlę sześcioletnie na
dodatek. Ale przy mnie wyrosną na ludzi. Zorganizowałem całość na
medal. Każdy odpowiada za swój resort! „Atomowe Kierownictwo" - to
ja. Ciocia mówi, że takiej zdolnej dziewczyny jeszcze nie widziała.
Myślę!
Cioteczno-cioteczni uregulowani - mucha nie siada! A do tego
wybudowałem Akademię Sportu. Ela już osiąga 50% mojego
światowego rekordu plucia na odległość. Inne dyscypliny podciągam
również, jak mogę, ale kosztuje mnie to mnóstwo cierpliwości.
Dziewczyny zaczynają wszystko od: „Ojejku, ja nie potrafię!"
Straszne!
Napisz, ile stryj ma strzelb, czy widziałaś wilka, czy Jurek chodzi na
polowanie i czy już wiesz, którą stroną wylatuje nabój? O rany! Mnie
tam brakuje!
Tu żadnego zwierza. Mnóstwo kotów, myszy, jeden pies na samym
końcu, i to kundel. Woda tylko w studni, a do tego rano bardzo zimna.
Trzymaj się, Tośka, bo jakbyś mnie tam czym skompromitowała, to
cię spiorę na kwaśne jabłko.
A rivederci! Bądź mężczyzną, chociaż rozumiem, że to przerasta
twoje siły. Ale sama chciałaś. Czy mogę dać dziewczętom twoje
ciuchy? A jeżeli nie, to chociaż tę okropną w różyczki?
Napisz, jakie ryby? O rany!
Twój bohatersko trwający na szańcu i zawsze wyjątkowy

Brat

Zalepił starannie kopertę. Wiedział, co robi.
- Ojejku! Już zakleiłaś? Nie przeczytasz nam, co napisałaś do Tomka?
- Już nie mogę. Zakleiłam i, o, znaczek przylepiłam. Ale poczekajcie, zaraz napiszę list do mamy, to
wam przeczytam.
Tomek zasiadł nad kartką pocztową. Z obydwu stron nachyliło się po dwie pary oczu.
O dziwo! Te kilka zdań do mamy szło mu jak z kamienia. Tu trzeba było pomyśleć. Wreszcie w
pocie czoła wykoncypował:

Mamusieńku! Pogoda śliczna i apetyt mam na całego. Jest mi tu
bardzo dobrze. Nadzwyczajne dzieci. Opalacz dałam Eli, bo tu z
modą - łyso. Bawimy się i pomagamy cioci. Na długi list brakuje
czasu. Przyślij trochę mordoklejek - tu nie ma sklepu.

Duża buźka!
To

- 52 -

To No, to chyba zupełnie jak Tośka. Przeczytał na głos.

- Krótko, ale dobrze - pochwaliła Ela, rada, że opalacz już do niej należy.

- A mordoklejki to co? - pytała Adelka.

- O rany! Tego nie wiesz? Irysy!

- Adelka! Nie pamiętasz? Mamusia raz przywiozła. Tak sklejały, że ojejku! - udawała
poinformowaną Celina.

- Dlaczego piszesz drukowanymi literami? - zainteresowała się Ela.

- Mamie wygodniej tak czytać. Oczy, rozumiesz? To u nas rodzinne.

Listy zostały wysłane.

- O key! - powiedział Tomek, ale jeszcze nie wszystko było „o key".

Noszona w ręku książka stale pilnowana - stale przeszkadzała i stale przypominała o poprawce z
historii. Jak się pozbyć tego wrzodu?

Od dawna już Tomek zauważył gwóźdź wbity wysoko nad jego łóżkiem. Stając na wyrku, i do tego
na palcach, mógł zaczepić o niego sznurek, jakim ciągle był związany „skarb".

- Nikt z nas nie dosięgnie - stwierdzili cioteczno-cioteczni szczerze, chociaż z ubolewaniem.

To już dobrze. Ale w jaki sposób ze „Skarbem wodza" ma nawiązać bliższy kontakt jedna jedyna
upoważniona do tego osoba?

- Skarb! Skarb!... - mruczał szukając przyzwoitego pozoru Tomek.

Co za wódz? Indiański, oczywiście. Skarbem dla takiego wodza musi być księga, w której znajdują
się wszystkie prawdy, jakie przekazał Czerwonym Braciom Wielki Manitou - najmądrzejszy z mądrych.
Tomek musi je w skupieniu ducha przestudiować, bo jesienią... ależ tak!, będzie miał taki większy
egzamin. Ho! Ho! W Warszawie bawić się w Indian to nie tylko mieć pióropusz i machać
tomahawkiem!

Kiedy opowiadał to wszystko Eli (wystarczy Eli, i w sekrecie, aby również w sekrecie dowiedzieli się
wszyscy), ta zapytała zdziwiona:

- To u was dziewczyny też bawią się w Indian?

- Jeszcze jak! Czy dziewczyny to co gorszego? Ela, mówię ci, tylko bardzo, bardzo ciemna masa
myśli, że dziewczyna nie potrafi tego, co chłopak - Tomek wzdycha ciężko: „Boże! Do czego człowieka
zmusza czasami życie", i ciągnie dalej: - Naturalnie, dziewczyna i dziewczyna to różnica. Spojrzyj
tylko na mnie: czy w ogóle znalazłby się ktoś, kto by mi zabronił zdawać egzamin na indiańskiego
wodza?

Ela przygląda się „Tosi" bardzo pobieżnie. Po co? Nie wątpi ani chwili.

Ale wyciąga nieoczekiwany wniosek.

- Ja też chcę zdawać ten egzamin. Z książki to ja się mogę wszystkiego nauczyć. Nie jestem gorsza
od ciebie, nie?

O, Tomek zrozumiał, że opalacz oddał za wcześnie. Ela wyraźnie jest zbyt pewna siebie.

- Gorsza? Nie, na pewno nie. Tylko widzisz, Ela, nie można wszystkiego od razu. No, na przykład:
czy można wskoczyć na sam czubek drabiny? Trzeba po szczeblu, po szczeblu, prawda? To dobrze,
że chcesz się uczyć. Naturalnie. Ale ile ty masz lat?

- Jedenaście. A ty niecałe dwanaście.

- No właśnie. I za rok, kiedy tu przyjadę z Tomkiem, o!, to będzie co innego, bo zanim do tego
egzaminu dopuszczą, trzeba umieć całe mnóstwo różnych indiańskich rzeczy, takich mniejszych.

- A ty wszystko już umiesz?

- Pewnie!

- Dobrze, więc tymczasem nauczysz mnie tych mniejszych indiańskich rzeczy. Niech cygany i
rudzielce spuchną.

- Dobra. To nawet fajnie się składa. Zbudujemy namiot i... w ogóle. Nauczysz się wielu rzeczy. Ale
zaczyna się od najważniejszej i najtrudniejszej. Nie wiem, czy dasz radę...

- Jakiej? - pyta nie bez obawy Ela.

- Bezwzględne posłuszeństwo wobec przełożonego, czyli mnie.

- 53 -

- A czy ja cię nie słucham? Przecież cały czas wszystko, co tylko każesz, robię!

Wieczorem, dziwnym zbiegiem okoliczności, kiedy Józinek idzie policzyć i zamknąć kury, spotyka
Łukasza i Piotra. Owszem, jedzą zielony, pyszny groch, ale tym razem Piotrek nie trzyma pełnej
czapki przed sobą. I on, i Łukasz strąki wyjmują z pękato wypchanych kieszeni.

Józinek zatrzymuje się grzecznie. Pewno poczęstują? Nie od razu. Pytają najpierw:
- Co nowego?
- Będziemy się uczyć za Indian - oznajmia z dumą Józinek, chociaż przełyka ślinę. - Zbudujemy
namiot...
- Podsłuchali nas! Podsłuchali! - woła wściekły Łukasz. - To my będziemy budować indiański
namiot! To my będziemy Indianami!
- Czego się wściekasz? - mówi Piotr. - Dobrze się składa, zrobimy wojnę i zobaczymy, kto weźmie
lepszą pupodrakę.
- A czy wasz wódz ma skarb? - pyta powoli Józinek. Może jednak przypomną sobie o tym, aby go
poczęstować grochem?
- Do kitu ze skarbem! Co za skarb?
- Tosia ma dwa. Jeden taki, co się kładzie tu i tu. Obiecała go dać Eli. A drugi wisi w kuchni nad jej
łóżkiem. Wysoko. Zawinięty w papier i nikt go nie może zobaczyć.
- To ona sypia w kuchni?... - interesuje się Łukasz.
- Tak. Ona się niczego nie boi.
- No, a ty namyśliłeś się? Nie przyjdziesz do nas? Na całe życie chcesz zostać dziewczyną? - kusi
Piotrek.
Józinek jest obrażony. Ani jednego strąka! Co oni sobie myślą? Nie będzie żebrał.
- Dziewczyna i dziewczyna! - to już nieraz słyszał od Tosi. - Są takie dziewczyny, że mogą zagiąć
chłopaków jak... jak nie wiem co!...
Znika w kurniku. Niech się te skąpirusy udławią swoim grochem. Grochu kto nie widział!
Kur ciocia Isia ma niewiele: cztery białe, trzy pstre i dziewięć żółtych. Józinek świetnie liczy aż do
stu, ale chłopaki tak go rozeźliły, że już kilka razy zaczynał liczyć i ciągle mu się myli. Że też te kury
nie siądą razem, tylko gdzie której się podoba. Raz, dwa, trzy...
Chłopaki za ścianą coś mówią. Słabo, ale słychać.
- ...jak spać pójdzie... po cichu...
- .. .wrzucimy do środka...
- ... narobi krzyku!...
- ...okaże się... tchórz!
- ...ale znajdź duże i...
Odeszli. Józinek domyśla się niejasno, że chłopaki coś knują. Trzeba Tosi zaraz powiedzieć. Patrzy
uważnie na ziemię przed kurnikiem, może chociaż jeden malutki strączek wypadł im z kieszeni? Nie.
Nie ma nic.

Józinek śpi z ciocią Isią, więc wtajemniczony być nie może. Chciałby koniecznie brać czynny udział
i wszystko byłoby popsute. Ciocia Isia na pewno nie pozwoliłaby i zagoniła całe bractwo do łóżek.

Do sekretu wciągnięta jest Ela - od razu postarała się, nie wiadomo kiedy, o świece i dwie spore
dynie, które już wypatroszone leżą pod Tomka wyrkiem. Celina też potrzebna, będzie pomagać w
wydawaniu piekielnych (ale nie za głośnych) jęków. Tymczasem pod jakimś pozorem wyprowadziła
Adelkę i Józinka z domu.

Czasu jest bardzo mało, a do wieczora wszystko musi być gotowe i schowane.
Po kolacji wszyscy pójdą spać, a kiedy ciocia zacznie chrapać - dziewczyny przyjdą do Tosi.
Przy kolacji Ela i Celina są tak podniecone, robią tyle porozumiewawczych min do Tomka,
pozwalają sobie nawet na jakieś takie półsłówka, że tylko anielska ciocia Isia nie orientuje się w

- 54 -

niczym. Jest co prawda bardzo zajęta przygotowywaniem jutrzejszego prania. Zwolniła się na cały
dzień. Czy aby zdąży wszystko zrobić?

Tomek jest wściekły na dziewczyny, przysięga sobie, że nigdy, nigdy w życiu żadnej tajemnicy nie
powierzy kobiecie. One się do tego nie nadają!

Tymczasem rozdaje pod stołem kopniaki to jednej, to drugiej (Adelka już coś zauważyła!) i
jednocześnie zapewnia gorąco ciocię Isię, że w jutrzejszym praniu podejmuje się nosić ze studni
wodę, wylewać mydliny i kręcić wyżymaczkę.

- Żeby się do tego nikt nie dotykał - zapowiada ostro.
- Ależ, Tosiu! Ty za słaba! Dzięki za dobre serce, ale to nie na twoje siły, dziecko.
- Za słaba? Ciociu, niech ciocia zobaczy!
Tomek odsuwa rękaw i zgina rękę. Wyskakuje wyraźny biceps, twardy jak drewno. Ciocia próbuje i
aż się dziwi.
- Ale z ciebie kawał dziewczyny! A Zosia, mama twoja, znaczy się, pisała, że ty taka zbiedzona po
chorobie...
- Po chorobie! Kiedy to było! A tu u cioci nie odpasłam się? Niech Ela powie, jakie ja repety zjadam.
- A po co! - macha rękami ciocia. - Jedz na zdrowie. Nikt ci tu liczyć nie będzie. Dla mnie to tylko
uciecha.
Ela, Celina i Adelka, i nawet Józinek na wyścigi zginają ręce i próbują swoich mięśni.
- Muszę się za was wziąć - mówi Tomek - trochę lekkoatletyki dobrze wam zrobi, bo aż żal patrzeć,
zupa, a nie mięśnie.
Zadowolony, że odwrócił uwagę od tego, co będzie później , naradza się z Elą, skąd wezmą drążek
do podciągania się i koziołków, a gdzie zbudują skocznię.

Okno, jak zwykle, jest szeroko otwarte na noc. Parter wysoki, zresztą kto by tu czego szukał? A w
kuchni, gdzie się gotuje na płycie, konieczny jest dopływ świeżego powietrza.

Ciemno, cicho i nikomu nie przyszłoby nawet do głowy, że pod stojącym przy oknie stołem ukryte
są dwie dynie z zapalonymi wewnątrz świeczkami i trzy osoby: Tomek, Ela i Celina.

Osoby siedzą raczej po obu stronach stołu na podłodze, aby było łatwo wyskoczyć i stanąć przy
oknie. Ściągnięta do przodu cerata kryje blask.

- A jeżeli nie przyjdą? - pyta szeptem Cela.
- To przyjdą jutro, nic straconego.
- A jak się nam wypalą świeczki? - obawia się Ela.
- Przecięte na połowę. Są jeszcze drugie dwa kawałki. Cii! Idą!
Słychać skradające się za oknem kroki. Ktoś podchodzi zupełnie blisko.
Wyraźny szept:
- Tu, tu stawiaj stołek. Równo, bo zlecę.
- Już stoi. Właź, ja trzymam. Rzucaj!
Na stół upadają głucho jakieś dwa przedmioty. Za oknem słychać skok ze stołka i oto rozlega się
nieudolne naśladowanie żabiego rechotu:
- Re! Rrre! Kwaaa! Kwaaa!
To Łukasz i Piotr stoją pod oknem i chcą, żeby ich głosy obudziły Tosię.
Może podejdzie do okna, może i bez tego narobi krzyku, może któraś żaba wskoczy jej na nogę?
Nagle okno wypełniają dwie okropne mordy, których ślepia buchają ogniem, a gęby zieją jakimś
niesamowitym blaskiem i zawodzą:
- Uaaa! Uaaa!
Tupot nóg, łomot przewracania się, krzyk: „O Jezu", a po chwili znowu za oknem panuje nocna,
bezksiężycowa ciemność i cisza.

- 55 -

Tomek, Ela i Celina z trudem hamują atak śmiechu.
- Ciszej! Cii! Mama się obudzi!
Tomek wyjmuje z dyni świece i stawia je na stole. Dziewczynki pochylają głowy, aby się przyjrzeć,
co wrzucono, i odskakują z piskiem:
- Ropuchy!
Ale pisku jest trochę dużo.
- Adela, skąd się tu wzięłaś?
- Tak, wy będziecie coś wyprawiać, a mnie każecie spać? Ja też chcę widzieć.
- No to patrz. Ale jeżeli jutro chociaż słowo piśniesz, to żebyś wiedziała! - grozi Celina.
Na stole, na białej ceracie, siedzą dwie ogłupiałe ropuchy. Co z nimi zrobiono? Co się tak świeci?
Co tak skwierczy i zatruwa powietrze?
- Świnie! - mówi Ela. - Żeby nam tu takie wstrętne ropuszyska na stół wrzucać!
- Świnie - zgadza się Tomek. - A jakby tak nimi kto rzucił z dachu na ziemię: rryms! To świetnie.
Ela, daj jakie pudełko. Nie ma? No to śmietniczkę.
Ela daje śmietniczkę, a Tomek ostrożnie, jedną po drugiej, przenosi ropuchy ze stołu na
śmietniczkę.
- Tosiu! Ty się nie brzydzisz!!! - - woła Ela.
- Nie boisz się? - wołają Celina i Adelka.
- Czego? - mówi Tomek. - Trzeba je przecież wynieść do ogrodu. Niech tam przyjdą do siebie. I
wcale nie są wstrętne. Przyjrzyjcie się, to piękne okazy. Warto by je wziąć do szkolnego terrarium. Ale
daliśmy bobu tym szczeniakom, co? Mnie chcieli żabą nastraszyć! Można pęknąć ze śmiechu! No,
dziewczyny, spać. Ja też zaraz się kładę, tylko żaby wypuszczę!
- Naprawdę, teraz wyjdziesz? - Celina nie chce wierzyć.
- A co, daleko? Do lasu nie polecę.
- Nie, jaka ty jesteś dziewczyna! - szepcze z podziwem Ela, trzymając się z dala od śmietniczki, bo
a nuż która żaba skoczy.
- Są dziewczyny i dziewczyny - kończy sentencjonalnie Tomek.

- 56 -

List mamy Tosi do cioci Isi.

Najmilsza Isiu! Otrzymałam kartkę od Tosi. Pisze, że jest jej bardzo
dobrze. Serdecznie za to dziękuję. Ale poza tym - nawet nie umiem
powiedzieć dlaczego - jestem niespokojna, Tosia napisała jakoś
dziwnie i krótko, jak nigdy.

Napisz mi, Kochana, kilka słów, jak ona tam się sprawuje. Czy Ci
nie robi kłopotu? Jak ty się czujesz? Ja tu bardzo tęsknię za domem.

Całuję Was wszystkich mocno.
Twoja Zofia

Po otrzymaniu od cioci Isi odpowiedzi pełnej dobrych słów o córce, pani Jastrzębska uspokoiła się.
Cóż może być przyjemniejszego dla matki niż pochwała jej dzieci. Ale jednocześnie niektóre pochwały
zaskoczyły ją. Ze Tosia jest pracowita, to prawda. I dobrze, że cioci pomaga, a dziewczynkom
przykład daje. Te indiańskie zabawy trochę dziwne, do tej pory Tosia nigdy się tym nie zajmowała, a
nawet czasem kpiła z Tomka, ale może tam trzeba było sąsiedzkim chłopakom ustąpić, dla świętej
zgody?... Tosia lubi zgodę. Pomysły? Dziewczynka powinna być samodzielna i z inicjatywą, ale do tej
pory w domu miała raczej postawę bierną - dobrze, że się rozwija. Stroić się, co prawda, Tosia lubi,
owszem, ale pewno widzi, że dziewczynki tam skromnie ubrane, więc jest taktowna i delikatna. Mamie
serce z dumy rośnie. A co do lusterka? Widocznie przez tę ostrzyżoną czuprynę woli nie patrzeć.
Chyba jej włosy już trochę odrosły?

Pani Jastrzębska wzdycha. Należy do tych szczęśliwych matek, które mają czas i mogą zająć się
własnymi dziećmi. Dba o nie, obserwuje codziennie, a oto, ledwo wyrwały się spod jej skrzydeł,
okazują cechy dla jej oczu do tej pory niewidoczne. Zmieniają się.

Tak. Zmieniają się. Jeszcze u Tosi zmiany te nie są bardzo duże. Ale u Tomka! Trudno po prostu
uwierzyć. Oto co pisze w odpowiedzi na jej list ciocia Ola:

Wiem, że jesteście najlepszymi, najtroskliwszymi rodzicami, ale co
do Tomka, to muszę zarzucić Warn przesadę. Ty, jak piszesz, jesteś
niespokojna o syna. Piotr zaklinał Stefana, żeby go krótko trzymać, bo
to chłopak, delikatnie mówiąc, zbyt żywy. A to przecież złote dziecko!
Inaczej nie potrafię go nazwać.

Najpierw o wyglądzie. Cóż to za przyjemny chłopak! Domyty, wy
szczotkowany, wyczyszczony. Szykowny w najlepszym tego słowa
znaczeniu. Moje drapichrusty wzięły też na ambit i podciągnęły się, aż
miło.

I mnie kosztowało to dużo roboty, bo i portki musiałam im takie
same poszyć, i wiatrówki z czterema (koniecznie!) kieszeniami, i
koszule z „warszawskim" kołnierzykiem. Ale za to do mycia nóg i
obcinania szponów nie muszę już naganiać.

Fizycznie Tomek słabszy od moich. Co las, to nie Warszawa, ale
go Jurek wziął do galopu: i w siatkę, i na drążku, i po lesie łazi razem
z Heniem, z którym się bardzo lubią, a na koniu już całkiem dobrze
siedzi.

Mój Jurek, któremu się wydaje, że jest bardzo dorosły, traktuje
obydwu młodszych trochę z wysoka. Ale i on chwali pilność Tomka w
nauce. Chłopak dzień w dzień ma lekcję dobrze i bez napędzania
przygotowaną, co tym godniejsze podziwu, że na początku miał w
historii bardzo duże braki, Jurek twierdzi, że nic a nic z przerobionego
materiału nie pamiętał.

Do wszelkiej pomocy w domu - pierwszy, aż muszę przepędzać.
Doprawdy, chłopak bardzo dobry i chciałabym, aby moje wisusy
wiele się od niego nauczyły, a że mu tam coś czasami do głowy
strzeli, to przecież jeszcze zielone toto, aż strach. Bardzo jestem

- 57 -

ciekawa Tosi, musisz ją do nas przysłać. Jeżeli jest lepsza niż Tomek,
to masz anioły - nie dzieci. Całuję mocno.

Ola

Tomek domyty i doczyszczony! Pracowity! Lekcje bez przypominania odrabia!!! A któż go tak
odmienił?

„To ambicja - znajduje wytłumaczenie mama. - Tomek jest ambitny. Tosia także. Po ojcu to mają.
Ojciec też, jak co robi, to musi być najlepiej. Dobrze, dobrze, że dzieci są ambitne, to bardzo ważne".

Mama czuje się świetnie. Kąpiele, naturalnie, pomagają, ale takie dwa listy to niczym najlepsze
lekarstwo. Nosi je ze sobą stale w torebce, i czytanie ich nigdy jej nie znudzi.

W pokoju zajmowanym przez mamę mieszka jeszcze jedna pani, mająca również dwoje dzieci.
Opowiadają sobie nawzajem o swoich pociechach.

Opowiadać, chwalić, nawet z przesadą - to prawo matek. Ale pani Jastrzębska ma stwierdzenie na
piśmie!

Ach, jak ten Ciechocinek poprawia zdrowie i samopoczucie! Trzeba o tym zaraz napisać do męża.

Rozdział 12.

W domu przy ulicy Rozbrat jest centralne ogrzewanie i gazowa kuchnia. Tam umiejętność rąbania
drzewa raczej się Tosi nie przyda, ale za to jak wspaniale wzmacnia mięśnie.

Początki, powiedzmy prawdę, łatwe nie były. Czegóż się jednak człowiek nie nauczy, jeżeli chce.
Jurek raz i drugi pokazał Tosi, jak trzeba stanąć w rozkroku, jak się przymierzyć i jak się przyłożyć.
Właściwie każda umiejętność wymaga, aby się do niej przymierzyć i przyłożyć. Do fikania na
drążku, do podciągania na rękach - też. A dobre było również i to, że jedno pomagało drugiemu.
Rąbanie drążkowi, drążek wdrapywaniu się na drzewa, „itepede", jak zwykł mówić wujek Stefan.
I jazda konna stała się już tylko przyjemnością. A jak jej się Tosia bała!
Bała się przede wszystkim spaść z Busia, który w ogóle był dużym koniem, a kiedy się na nim
siedziało, wydawał się jeszcze większy. Do tego Jurek przez cały czas powtarzał swoje:
- Musisz spaść. Nie nauczysz się jeździć dotąd, dopóki nie spadniesz.
Tosia złościła się niemal do łez.
Po co ma spadać?
Właśnie pokaże i nie spadnie.
A Jurek miał rację.
Przekonała się o tym, kiedy nareszcie spadła. Strach zginął jak ręką odjął.
Już pewniej siedziała teraz w siodle, prościej się trzymała, lekko poddawała się rytmowi kołysania w
kłusie. Stopa w strzemieniu, wodze w ręku - tak jak trzeba. O wszystkim można było pamiętać, kiedy
myśl przestał paraliżować paniczny strach. Oj, ten strach!
Tosia w notesie, starannie schowanym w walizce, zapisywała swoje kolejne zwycięstwa:

JUŻ SIĘ NIE BOJĘ PSÓW.
JUŻ SIĘ NIE BOJĘ CIEMNEGO STRYCHU.
JUŻ SIĘ NIE BOJĘ SPAŚĆ Z KONIA.
JUŻ SIĘ NIE BOJĘ WŁAZIĆ NA DRZEWO

Jak na dwunastoletnią dziewczynkę były to zwycięstwa wcale niemałe. W tym samym jednak
notesie na innej kartce:

BOJĘ SIĘ ŁAPAĆ RAKI.
BOJĘ SIĘ PIJAWEK.
GLISTY DO RĘKI NIE WEZMĘ ZA NIC.

- 58 -

Te trzy ostatnie obawy miały związek z wodą w postaci sporego, straszliwie zapuszczonego stawu.
Co roku nadleśnictwo projektowało oczyszczenie, wyszlamowanie i racjonalne zarybienie stawu.

Co roku, z powodu ważniejszych wydatków, nie przyznawano na te prace kredytów i staw dziczał
coraz bardziej. W jednym miejscu chłopcy oczyścili z rzęsy kawałek powierzchni, ułożyli na wodzie w
prostokąt powiązane drągi i na błotnistym brzegu zrobili coś w rodzaju kładki, z której można było
skakać do stawu.

Pływali obaj jak ryby. Popisywali się przed „stryjecznym bratem", ale kiedy po ich wyjściu z kąpieli
Tosia zobaczyła na nodze Jurka czarną, napęczniałą pijawkę, powiedziała, że za nic w świecie do
stawu nie wejdzie.

Śmiali się z niej, pokpiwali przez kilka dni, że się boi wody, ale kiedy zobaczyli, jak wiosłuje i jak
chętnie wypływa łódką na środek stawu z wędką - dali jej spokój.

Łowiła tylko na pszenicę namoczoną w wodzie, na groch, w ostateczności na mrówcze jaja. Heniek
na robaki łapał więcej - nie dała się przekonać.

- Każdy ma swoje metody - mówiła.
Jej metoda wynikała ze wstrętu do różowych glist, które, nakładane żywcem na haczyk, wiły się w
konwulsjach, dopóki nie skryła ich woda.
Za to smażone ryby, bez względu na co łapane, jadła z apetytem, tak samo, jak i raki, które na
półmisku nie groziły nikomu nawet największymi szczypcami.
Apetyt Tosi dopisywał. Wysiłek fizyczny, ruch, którym był wypełniony prawie cały dzień, przyprawiał
wyśmienicie wszystko, nawet gotowane mleko, nawet... z kożuchami. Policzki zaokrągliły się i nabrały
rumieńców, skóra-opalenizny. Przeglądając się w dużym lustrze w ciocinej sypialni, Tosia widziała
zręcznego chłopaka, który... mógł się podobać.
- Jak to dobrze, że nie załamałam się wtedy! - mówiła do siebie. - Może wytrzymać Tomek, to i ja
jeszcze lepiej. Rekord plucia! Phi! Spróbowałby drzewa narąbać przez godzinę. Albo zrobilibyśmy
wyścigi, kto pierwszy wyżej się wdrapie. Nie dałabym się, o, nie ma mowy!
Wzmianka w liście Tomka o rozdaniu ciuchów wprawiła Tosię w popłoch i zmusiła do
natychmiastowego wysłania odpowiedzi do brata. Nie miała wcale za wiele sukienek (która kobieta ma
ich za wiele!), a ta w różyczki najnowsza przecież i taka ładna!
Spódniczkę szkocką Tomek najpewniej zniszczy, bo zawsze na nim wszystko „pali się". I żeby nie
nosił białego wełnianego sweterka, bo ten będzie ładny tylko do pierwszego prania. Ona tutaj szanuje
jego rzeczy i nie przyszłoby jej do głowy, aby robić prezenty cudzym kosztem. A jaką mu tu opinię
wyrabia!

Drogi Tomeczku - pisała mama. - Nie masz pojęcia, jak mnie
ucieszył list cioci. Ja wiem i wiedziałam to zawsze: Ty jesteś dobre
dziecko, tylko czasami okoliczności tak się składają dla ciebie
niefortunnie.

Najważniejsze, że jak chcesz, to potrafisz wszystko. A jak się ojciec
uraduje, że tak sumiennie pracujesz nad historią! Zaraz mu o tym
napisałam. Mój duży, bardzo duży synu - niech Ci tam pogoda
sprzyja, a oprócz obowiązków pamiętaj też o przyjemnym
wykorzystaniu czasu. To twoje święte, wakacyjne prawo.

„Dobre dziecko", które „sumiennie pracuje"! I ojciec już o tym wie! Tosia z pewnym sarkazmem
kiwała głową nad tymi fragmentami listu. Ale zaraz wrodzona dobroć serca wzięła górę nad innymi
uczuciami.

Ojciec się ucieszy. Na pewno pomoże mu to w pracy. A Tomek nie jest znowu tak głupi, aby sobie
lekceważyć poprawkę. Tym bardziej że jest zdolny i przyjdzie mu to z łatwością.

Ale co będzie, kiedy się wszystko wyda? Co tatuś powie/ Co zrobi?
Lepiej, żeby się nic nie wydało. I Tosia znowu postanawia wytrwać.

- 59 -

Najprzyjemniejsza pora dnia w leśniczówce to podwieczorek. Tosia zawsze wtedy stara się być pod
ręką cioci i już weszło w zwyczaj, że „Tomek ma po południu dyżur". I ciocia zadowolona, i Heniek, do
którego to dotąd należało, ma teraz więcej czasu dla swoich królików.

Duży stół pod rozłożystą gruszą, jaka stoi na straży sadu, zastawiony jest obficie. Króluje na nim
stary, miedziany samowar, wymagający jako paliwa drzewnego węgla, o jaki tutaj nietrudno.

Salaterka miodu, druga-powideł z wiśni, ściągnęły zapachem kilka os, które akompaniują
bzykaniem piosence samowara. Półmisek odgrzanych z obiadu naleśników z serem, masło, pieczywo,
twarożek ze szczypiorkiem, a wszystko tak smakowicie ułożone na stole, że nie wiadomo, od czego
zaczynać.

Upał już zelżał, w cieniu gruszy jest taki przyjemny spokój, że ludzie chętnie mu się poddają. Nikt
już o tej porze do niczego nie śpieszy, najważniejsze godziny i prace dnia minęły, teraz można w
gronie najbliższych cieszyć się smakiem i zapachem późnego popołudnia, pełnego niegroźnego
blasku słońca, gęstych woni sadu i lasu, szeptu drzew, brzęku owadów.

Wuj Stefan ma wreszcie chwilę czasu, aby zajrzeć do gazety. Ciocia Ola wygodnie zasiadła w
plecionym fotelu i z przyjemnością smaruje coraz to nowe pajdy trójce chłopców, którzy niby nie tak
dawno wstali od obiadu, a już wołają, że ich skręca z głodu.

Nikt nie słyszał skrzypnięcia furtki i nagle jak spod ziemi wyrasta obok stołu Basia Kamionkówna ze
sporym koszykiem poziomek. To koleżanka chłopców, córka gajowego z niedalekiej Bobrzynki.

- Mamusiu! Te poziomki na dokładkę do podwieczorku! - wrzasnął Heniek. - Baśka, przyszłaś w
samą porę!

- Ja wiedziałam, że trafię, chociaż zegarka nie mam - śmiała się dziewczyna.

- Takie śliczne! - ciocia Ola wzięła koszyk na kolana. - Akurat dobre byłyby na smażenie.

- Mamusiu, a witaminy to pies? - Heniek zna słabą stronę mamy. - Jak nałykamy się witamin, to
żadna grypa ani inna choroba przystępu do nas nie znajdzie. Tomek, prawda? A w Warszawie takich
poziomek za żadne pieniądze nie zobaczysz!

Ciocia Ola waha się jeszcze, mając nadzieję, że uratuje chociaż połowę dorodnych jagód. Los
jednak zarządził inaczej, gdyż właśnie na drodze odzywa się klakson samochodu, zapowiadający
gości.

- Nadleśniczy! Pan Kulik! Pan inżynier! - rozlegają się uradowane okrzyki.

Inżynier Kulik przybył w odwiedziny ze swoimi córkami, Wandą i Ziutą. Od razu też zaprosił się na
podwieczorek z poziomkami.

Ciocia szybko skierowała się do kuchni, aby uzupełnić nakrycie stołu. Tosia wzięła z rąk Basi
poziomki i rozsypała je do małych salaterek, włożywszy na spód każdej po kilka wiśniowych liści.
Znowu obsiedli okrągły stół pod gruszą.

Dziewczynki dobrze znały Jurka, Henia i Basie. Jurek w Lublinie mieszka na stancji w tym samym
domu co i one, chodzi do tej samej jedenastolatki, a z Wandą jest nawet w jednej klasie. Tylko Tomek
to dla nich nowy znajomy, przyglądają mu się otwarcie.

- Patrzcie, panny, i uczcie się - mówiła ciocia Ola - czy nie pięknie podane poziomki? To pomysł i
wykonanie Tomka, naszego warszawskiego gościa i bratańca. To będzie kiedyś mąż i wyręka dla
żony!

Kandydat na męża oblał się rumieńcem, a tymczasem nadleśniczy zawołał:

- Czy to ten, którego tu parę tygodni temu przywiozłem? Nie poznałbym, gdyby pani nie
przypomniała. Toż to było chuchro, blade, słabe, w samochodzie zaraz nam zasnął. A teraz chłopak
zmężniał, opalił się. Zupełnie inny. Ile ci na wadze przybyło? Nie wiesz? Ja myślę, że najmniej ze trzy
kilo. Co to znaczy las, prawda, pani Oleńko? No, i pani opieka, oczywiście, ale powietrze, powietrze
przede wszystkim!...

Starsi zostali przy stole. Młodzieży po nasyceniu głodu i łakomstwa żadna siła nie utrzymałaby
dłużej.

Heniek ciągnął dziewczęta do swoich królików. Już w drodze do klatek Tosia zauważyła, że między
Jurkiem i Wandą coś jest. Szli ostatni, rozmawiali półgłosem, wyglądało, jakby Jurek robił Wandzie
jakieś wymówki, ona tłumaczyła się wybuchając co chwila cienkim, trochę nienaturalnym śmiechem.

I Ziuta, i Basia, młodsze od Wandy i rówieśnice Tosi, jak wynikało z rozmowy, również interesowały
się parą na końcu. Ziuta w pewnym momencie nie wytrzymała i powiedziała wydymając wargi:

- Wanda to tylko by chłopakom głowy zawracała!

- A ty to nie? - roześmiała się przekornie Basia.

- 60 -

- Też coś! Ja? - oburzyła się Ziuta. - W szkole, owszem, dobrze jest mieć takiego zaklepanego
jednego, nawet dwóch. Jak jest klasówka z matmy, to ściągę podadzą albo podpowiedzą. Ale co mi
po nich w wakacje?

- U nas w klasie jest inaczej - powiedziała Tosia.

- Jak? Powiedz, jak? - dopytywała Basia.

- U nas chłopaki żądają, żeby dziewczynki im dawały ściągi, a jak nie, to... to z nimi kiepsko.

- Słyszysz, Baśka? - Heńkowi to, co mówiła Tosia, bardzo się podobało. - Teraz, jeżeli nie będziesz
chciała mi dać ściągi, będzie z tobą kiepsko.

- Mój ty świecie! - oburzyła się Basia. - I to w Warszawie, w stolicy, takie rzeczy? I tobie nie wstyd -
zwróciła się do Tomka - chwalić się, że słabsze dziewczyny bijesz?

- Ja nie! Ja nie! - broniła się Tosia.

- Aha, udawaj teraz niewiniątko, już ja wiem, jak to jest. A najgorsi właśnie tacy, co wcale na to nie
wyglądają.

To już był kamyk wyraźnie rzucony w ogródek „Tomka". Tosia nie wiedziała, jak się bronić.

Na szczęście Heniek zaczął pokazywać króle. Było ich sporo, bo w ostatnim tygodniu okociły się
dwie królice. Każda ze swymi dziećmi siedziała w oddzielnej klatce. Ojcowie też oddzielnie i samotnie.
Klatki były świeżo wysprzątane, zaopatrzone w czystą wodę i sporo zieleniny.

Heniek skoczył na jednej nodze i przyniósł z warzywnika kilka główek sałaty. Dziewczęta podawały
po listku, króle chrupały z apetytem.

Właściciel króliczej fermy posiadał mnóstwo wiadomości o swoich wychowankach i gotów był
wygłosić dłuższy referat na ten temat, ale przeszkodził mu Jurek mówiąc:

- Chcecie zobaczyć naszą nową huśtawkę?

- Chcemy! Chcemy! - wrzasnęły wszystkie trzy i pędem puszczono się za Jurkiem.

Cała trójka chłopców kilka dni pracowała przy huśtawce. Jedynie w montowaniu pomagał im ojciec i
Leśkiewicz. Teraz było się czym pochwalić. Mocna, pięknie wyheblowana deska trzymała się górnej
belki na czterech drągach. Śruby, dobrze naoliwione, obracały się gładko, jeszcze tylko niezupełnie
wyschnięte drzewo poskrzypywało lekko. Basia przyglądała się uważnie całemu urządzeniu.

- Poproszę tatusia, niech i u nas taką zrobi. Będzie uciecha dla malców i dla mnie. Warn to dobrze -
dodała - macie towarzystwo , coraz coś nowego. A j a, j ak się tylko szkol a skończy, to sama na tym
odludziu, tylko z drobiazgiem.

- Przychodź częściej do nas - prosił Heniek.

- Chciałabym, ale w domu roboty wyżej dachu. I takiej, co ją teraz trzeba zrobić, i takiej przez całą
zimę odkładanej: „Jak Baśka będzie miała czas i przypilnuje dzieci". Ale dziękuję za zaproszenie,
zapamiętam to do pierwszej klasówki: dostaniesz ściągę. No, to jazda, kto pierwszy?

Wanda raptem straciła ochotę i ustąpiła młodszym. Na desce usiadły, trzymając się drągów, Basia i
Ziuta. Heniek popychał huśtawkę, potem już same rozhuśtywały się nogami, krzycząc przy tym z
radości.

Tosia odsunęła się w bezpieczne miejsce i mimo woli przystanęła w pobliżu Wandy i Jurka. Doszedł
ją strzęp rozmowy.

- ...powinnaś... żeby się raz na zawsze odczepił...

- ...bo ty zawsze... z igły widły...

- No, żeby mu te widły bokiem nie wylazły! - głos Jurka był ponury, prawie tragiczny. - I to ci
powtarzam: jeżeli on jeszcze raz do ciebie przyjdzie...

- Tomku - zwróciła się ze sztuczną uprzejmością Wanda, chcąc widocznie przerwać nieprzyjemną
rozmowę - masz podobno siostrę? Ile ma lat?

- Dwanaście!

- A na randki z chłopcami chodzi?

- Tosia? Na randki? - głos „Tomka" brzmiał jak najszczerszym oburzeniem. - Jeszcze czego? Tosia
na żadne randki nie chodzi.

- Naprawdę? - Wandę zdziwiło to oświadczenie. - Dlaczego? Nie ma powodzenia u chłopców?
Może jest brzydka?

- Taka ładna, jak Wanda, na pewno nie jest! - wyrwało się Jurkowi.

Wanda podziękowała mu za to pełnym uznania spojrzeniem.

- 61 -

Tosia znowu speszyła się. Lubiła zaglądać w lusterko dla sprawdzenia, czy jej w tym lub owym do
twarzy. Chętnie chodziła z mamą do krawcowej, zauważyła zawsze nową sukienkę u Krysi i bardzo
interesowała się modą. Ale czy jest ładna? Jak na to odpowiedzieć.

- Moja siostra nie jest brzydka... Jest bardzo podobna do mnie.

Wanda i Jurek wybuchnęli śmiechem.

- A to zarozumialec! - wołała Wanda. - Uważasz się więc za niebrzydkiego chłopca! No, z tym
rumieńcem to nawet owszem, owszem...

- A co, zeza mam? Czy krzywe nogi? - broniła się rozpaczliwie. - Mamusia mówi o Tosi, że z niej
będzie zgrabna dziewczyna.

- Będzie! Ale teraz jest taka jak ty? No to ujdzie w tłoku... - żartowała Wanda, bardzo pewna siebie,
zadowolona z zachwyconych oczu Jurka i przekonana, że podobny podziw zaczyna budzić w Tomku,
gdyż i ten przyglądał się jej uważnie.

Owszem, Wanda była ładną dziewczyną. Gęste, czarne włosy uczesane do tyłu i związane
czerwoną wstążeczką odsłaniały śmiałe czoło z mocno zarysowanymi, gęstymi brwiami. Czarne oczy
miały długie rzęsy, a na policzkach w uśmiechu robiły się dwa pełne wdzięku dołeczki! Owszem, Tosia
przyznawała, Wanda mogła się podobać. Ale jak brzydko była ubrana! Jak niezręcznie wyglądała w tej
źle uszytej sukience!

Wanda musiała coś zauważyć, bo ze sztucznym mizdrzeniem zapytała:

- Co mi się tak przyglądasz? Porównujesz mnie z siostrą? Bądź dobrym bratem i powiedz, że
wasza Tosia jest najładniejsza na świecie.

- Nie - Tosia już odzyskała swobodę - ty na pewno jesteś od niej ładniejsza... ale...

Wanda wybuchnę! a śmiechem.

- .. .ale Tosia nie włożyłaby takiej sukienki. Ona ma lepszy gust.

- Lepszy gust? - Oczy Wandy zrobiły się okrągłe. - Może powiedz raczej, że macie więcej pieniędzy
i mama ją stroi. Od naszego tatki niełatwo wyciągnąć na nową sukienkę! O, gdybym ja miała
pieniądze!...

- Tosia rzadko ma coś nowego. Mamusia przeważnie dla niej przerabia coś ze swoich rzeczy, ale
przecież, czy ze starego, czy z nowego, można zrobić ładnie albo nieładnie.

- A ty się na tym znasz? Tomek, ty się na tym cośkolwiek rozumiesz? - Wanda dziwiła się dalej.

- Phi, cóż to trudnego? Dwie kobiety w domu, do siostry przychodzą koleżanki, w szkole widzę, a ile
na ulicy!

- Tomek! Ty jesteś nadzwyczajny chłopak! Ziuta! Basia! Chodźcie no prędko! Mamy tu chłopca,
który zna się na sukienkach! Powiedział, że moja jest brzydka! Posłuchajcie tylko! Może i o waszych
coś powie!

Basia i Ziuta z zaróżowionymi policzkami i rozwianym włosem zeskoczyły z huśtawki, przybiegły na
zawołanie. Zbliżył się również trochę zasapany bujaniem Heniek.

Rzucili się na gęstą murawę i jak na komendę każde sięgało po jakąś trawkę, aby dać zajęcie
palcom i zębom. Wszyscy patrzyli przy tym na Tomka, jakby go pierwszy raz widzieli: chłopak, a o
sukienkach coś wie!

- To jest najnowsza sukienka Wandy - broniła pełnym wyrzutu głosem Ziuta. - Szyła ją panna
Połcia, a pannę Poicie wszystkie panie w Lublinie sobie wyrywają. Jeszcze miała być u nas całe dwa
dni, to telefon się urywał, aż mamusia była zła. O, panna Połcia!...

- Ta sukienka jej się nie udała - twierdzi z przekonaniem Tomek. - Materiał w takie paseczki można
by uszyć o wiele ładniej.

- Ale jak? Jak?

Teraz już trzy pary dziewczęcych oczu nie odrywały się od Tomka. Jurek pomyślał sobie, że to
nawet jego speszyłoby, a tymczasem ten smarkacz (o cały rok młodszy) gadał z największą swobodą:

- Letnia sukienka nie powinna mieć takiego długiego rękawa, najwyżej dotąd, o! Dekolt też za mały.
Przecież to lato! Poza tym, co za fatalny pomysł, żeby te paski puścić wzdłuż, wąsko jak kiszkę, a na
dole dać dwie sute falbany? Po co? Paseczki w ogóle nadają się raczej na fason sportowy.

- Jak kiszka?¦- jęknęła Wanda. - Jak kiszka?

- Wiesz, Wanda - Basia krytycznym okiem przyglądała się sukience w różowe paski - może to i
racja.

- 62 -

- A mówiłam, że ta Połcia zanadto się śpieszy! - Wanda była bliska łez. Jej samej sukienka
przestała się podobać. - Już kroiła na patataję, aby zbyć. Wyrzucone pieniądze!

- Zaraz - pocieszał „Tomek". - Ja bym tę sukienkę... można by ją łatwo przerobić.
- Jak? Tak myślisz? Naprawdę? - Wanda patrzyła w Tosię wzrokiem topielca czekającego na
ratunek.
- Wstań.
Wanda posłusznie wstała.
- Te falbany spruć zupełnie i... o tu, w czterech miejscach spódniczkę rozciąć i wstawić kliny, paski
w poprzek, to da ładny efekt.
- Tak! To da ładny efekt - powtórzyły razem Basia i Ziuta.
- Karczek też dać w poprzek i wyciąć w karo. Rękawki krótkie. Będzie bardzo ładna sukienka.
Zobaczysz.

- 63 -

- Tomek, ty jesteś fenomenalny chłopiec! Fenomenalny! - uniósł a się Wanda z nie ukrywanym,
szczerym podziwem. - Ja już widzę, jak to będzie. Sama to sobie zrobię.

- I jeszcze coś ci powiem. Do tej sukienki biały paseczek i biała kokarda we włosach. Czerwona -
nie!

Wanda natychmiast zsunęła z warkocza nieodpowiednią wstążkę.

- A torebka, a pantofle? - dopytywały Ziuta i Basia, żeby już wiedzieć wszystko.

- Białe. Te, jakie ma Wanda, są bardzo zgrabne. Białe dodatki najmodniejsze.

Na próżno Heniek proponował spacer na niedaleką Zielenicę, miejsce, gdzie do bijącego z ziemi
źródełka przychodziły zające, a czasem nawet sarny. Pokazywany przez Jurka flower również nie
wzbudził żadnego zainteresowania. Wanda namawiana, aby spróbowała strzelić do celu, ogania się
jak od natrętnej muchy:

- Po co? Nic w tym interesującego!

Interesujący był tylko Tomek i to, co mówił, a właściwie to, co odpowiadał bez znużenia i, co
dziwniejsze, bez trudu na nie kończący się szereg zapytań trzech małych kobietek.

Jurek i Heniek zostali gdzieś daleko, na drugim planie, w biernej roli słuchaczy, i do tego słuchaczy
całkowicie nie obeznanych z tematem.

W głowie się mogło zakręcić od tych deseni w ciapki, w groszki, w kratki i kwiatki, od zakładeczek,
zmarszczek, falbanek i fałdek, od spódniczek, bluzek i żakiecików z kieszeniami lub bez kieszeni, tylko
z jakimiś patkami.

Jurek był wściekły. Wanda wcale na niego nie patrzyła. Mógł wstać, odejść - nie zauważyłaby
nawet.

Robił jej niedawno wymówki o Marcina, chłopca, który mieszkał na tej samej ulicy w Lublinie, i
chociaż z dziewiątej klasy - wyraźnie nadskakiwał Wandzie, a do tego, jak mu dzisiaj opowiedziała, był
u niej w domu już kilka razy „po książkę do czytania". Książka do czytania! Znamy się na takich
książkach, które potem trzeba koniecznie omówić na... spacerze.

Zaloty Marcina Jurek zauważył jeszcze przed wyjazdem na wakacje. Owszem, zdawał sobie
sprawę, że gryzła go o tamtego zazdrość, ale było przynajmniej o kogo! Jak jednak nazwać to
uczucie, które każe mu zęby zaciskać i omal nie zgrzytać na widok wpatrzonej w Tomka Wandy?

Co ona w nim widzi, w tym szczeniaku, który dopiero przeszedł do siódmej klasy, i to z poprawką!
Zaraz coś na ten temat trzeba powiedzieć. Wylać wiadro zimnej wody na całe zagadane towarzystwo,
a przede wszystkim na Tomka, który jak tu długo jest ich gościem, nie był w tak dobrym humorze.
Pewnie! Każdy byłby zadowolony widząc, że najładniejsza dziewczyna patrzy w niego jak w tęczę!...

Cierpliwie wyczekał na odpowiedni moment i ze zjadliwą serdecznością rzucił:

- Tomeczku, braciszku, coś się pomyliło przy twoim urodzeniu. Tak się dobrze znasz na babskiej
konfekcji, że...

Nie dały mu dokończyć. Zakrzyczały, zapiszczały, stając solidarnie w obronie Tomka, który znowu
spiekł raka i mrugając oczami, jak gdyby oprzytomniawszy, zamilkł.

- Jurek, nie gadaj, kiedy nie masz o czym! - wołała Wanda. - Raz się zdarzy chłopak do rzeczy, z
którym faktycznie jest o czym porozmawiać, to cię skręca z zazdrości, tak?

- Jest o czym porozmawiać! - jęknął Jurek. - Więc ty to nazywasz rozmową?

- No wiesz, Jurek, nie rób ze mnie idiotki - obruszyła się Wanda. - O czym rozmawia Marcin? - „Jak
odurzająco pachną akacje! Czy znasz ostatni wiersz Durszlaka?" A inni: „Jak myślisz? Czy Sidło
zdobędzie medal w maratonie? Czy Krzyszkowiak rzuci oszczepem dalej niż jakiś tam?..."

- Krzyszkowiak - oszczepem!

- Sidło w maratonie! - powiedzieli jednocześnie z taką świętą zgrozą obaj bracia, że Wanda
zorientowała się:

- No więc co'? Pomyliłam, tak? Wielkie rzeczy! I jeszcze jakiś tam... Paliński, co zęby w boksie
wybija. To mi dopiero piękne i nadzwyczaj interesujące! A z tobą też rozmowa, że w waszym
motocyklu trzeba wymienić gaźnik na maźnik czy inną prądnicę. Co mi z tego? Co ja z tego
rozumiem? Żebyś mnie chociaż kiedy przewiózł - nigdy!

- Wiesz, że ojciec nie pozwała - tłumaczył się potulnie Jurek.

- Właśnie. Więc co ja z tego mam? A tu już wiem, jak z dwóch starych sukienek zrobić nową.
Dlaczego to ma być gorsze od wierszy Durszlaka i tego całego Krzysztofika z piłką?

- Krzyszkowiak biega - poprawił z naciskiem Heniek.

- 64 -

- Wanda, ty jesteś straszna... materialistka - stwierdził Jurek z miną, jak gdyby go ząb bolał.
- I ja też - dorzuciła Ziuta. - Lubię mówić o materiałach. Nie znam zresztą dziewczyny, która by nie
interesowała się materiałami. Tomku, a Tosia?
- Też - stwierdził „Tomek".
- A czy chłopiec nie może się tymi sprawami interesować? - ciągnęła dalej Wanda. - Może. Ty o tym
nie wiesz, bo skąd? Ale ja wiem. Moda na całym świecie idzie z Paryża, a w Paryżu tę modę tworzą
mężczyźni. Tak. Jest taki jeden Dior, już umarł, i on obmyśla coraz to nowe modele.
- Jeżeli umarł, to już nie obmyśla - sprostował ozięble Jurek.
- Firma została, zastąpił go inny mężczyzna. Ciągle się mówi: model od Dior a, wiem dobrze, panna
Połcia pokazywała mamie francuskie żurnale.
- A ten drugi mężczyzna, co jest takim sławnym fryzjerem? - przypomina Ziuta.
- Oj, tak, tak! Ja też o tym gdzieś czytałam - ucieszyła się Basia. - I podobno z Polski pochodzi. To
najsławniejszy na świecie fryzjer. Nawet różne królowe, kiedy przyjadą do Paryża, czeszą się tylko u
niego. Bo ma talent! Chociaż mężczyzna.
- Tomek, a Tosia jak się czesze? A jej koleżanki? A jak teraz najmodniej?
Tematu do interesującej r o z m o w y nie zabrakłoby przez następną godzinę. Niestety, od strony
domu dały się słyszeć hukania i nawoływania ojca Wandy i Ziuty.
Leśniczy z żoną namawiali pana Kulika, aby został na kolacji, ale ten z podziękowaniem odmówił.
- Znacie państwo moją żonę. Wiecie, jak się niepokoi, kiedy nie wrócę na umówioną godzinę,
szczególnie jeżeli jadę samochodem. Widzi od razu wszystkie kółka do góry, a mnie w kawałkach.
Obiecałem, że na kolację będziemy w domu. Innym razem wybierzemy się wszyscy na dłużej. A może
państwo do nas wpadną? Bardzo serdecznie prosimy.
- Z Tomkiem! Tatusiu, koniecznie z Tomkiem! On się tak zna na modzie!
- Oczywiście, zapraszamy państwa Jastrzębskich z chłopcami i z Basią, jeżeli będzie mogła. Basiu,
pozdrów ode mnie rodziców. Widzę, żeście się dziś dobrze bawili?
- Oj, nagadaliśmy się! - Ziuta pomasowała sobie twarz w okolicy szczęk.
Samochód odjechał.

Słońce zachodziło. Z komina prosto w niebo unosił się dym na jutrzejszą pogodę. Osy poszły spać,
a na ich miejsce odezwało się cieniutkie bzykanie komarów. Mocno zapachniała zasiana przy ścieżce
maciejka.

Jurek i Heniek stali przed drzwiami kuchni, trzymając ręce w kieszeniach, a Tomek w pobliżu stołu
skręcał jakiś listek na palcu. Leśniczego uderzyło milczenie chłopców.

- Co tak spuściliście nosy na kwintę? Panny odjechały? Jeszcze jedna została.
- I ja już pójdę - powiedziała Basia, stając na progu z pustym koszykiem w ręku.
- Nie zostaniesz na kolacji? Zostań, Basiu - prosił leśniczy.
- Dziękuję, nie mogę, proszę pana. Tam w domu na pewno już mamusia wygląda. Zalecę jeszcze
za dnia. Potem przez las niemiło iść samej.
- A coś ty myślała, że my cię samą puścimy? Dziewczyno, toż tu masz trzech dżentelmenów.
Wybieraj, który cię ma odprowadzić.
- Niech z Basią idzie Jurek i Tomek, a Henio mi trochę pomoże - zadecydowała ciocia Ola. - Nie
krzyw się, będziemy piec na kolację placki kartoflane z młodych kartofli. Lubisz przecież.
- Oj, lubię! Oj, jak mi się jeść chce! - przypomniał sobie Heniek.

Droga na gajówkę szła przesieką jak strzelił. Basia próbowała chłopców namówić, aby się wrócili.
Ona się nie boi, przecież to tylko dwa kilometry, przeleci, ani się spostrzeże.

Szli jednak, nie zwracając uwagi na jej słowa. Jurek bąknął coś raz i drugi, potem milczał uparcie.
Rozmawiała więc z Tomkiem, a właściwie opowiadała o swoim domu, bo dopytywał z
zainteresowaniem o rodzeństwo, o robotę i szkołę. Przyjemnie się z nim gawędziło.

Nie zauważyli, że szli we dwójkę, a Jurek pozostał parę kroków za nimi.

- 65 -

Basia kobiecym instynktem wyczuwała przyczynę niehumoru Jurka. Rada by mu była coś
powiedzieć na pociechę, lubili się i przyjaźnili od dziecka, ale co? Lepiej chyba nie ruszać bolącego
miejsca.

A Jurka bolało do żywego. Nie mógł zapomnieć i nie zapomni prędko wołania Wandy: „Z Tomkiem,
tatusiu! Koniecznie z Tomkiem!" Tak jej na Tomku zależy! A co ten Tomek? Słabeusz. Położyć go
można jedną ręką! I w ogóle odwagą pewno nie grzeszy. Jurek nie ma konkretnego dowodu, ale
gotów by przysiąc. Zauważył: to spojrzenie pełne obawy, to ruch, to wzdrygnięcie, ociąganie się -
nieomylne znaki. Tomek jest podszyty tchórzem. A cóż to za mężczyzna, jeżeli w nim bije zajęcze
serce! I teraz, przed chwilą, kiedy mama kazała Heńkowi zostać w domu, Jurek dostrzegł w oczach
Tomka błysk żalu. To on wolałby piec w kuchni placki, a nie wracać szarówką przez las.

- Warszawski szczypiorek! Szczypiorek! - miele Jurek w zębach pogardliwe przezwisko.

Zaraz pierwszego dnia poczuł do tego stryjecznego brata coś w rodzaju niechęci, coś mu się w nim
wydawało za miękkie jak na prawdziwego chłopca, aż nienaturalne. Warszawiak! Z konia bał się
spaść, ale z dziewczynami o kieckach rajcować jedyny! Ach, żeby go Wanda widziała, kiedy pierwszy
raz dosiadł Busia! Koń mądry - aż się obejrzał.

Ojciec widział, że Jurek zaraz wybuchnie śmiechem, aż mu pięścią pogroził, powstrzymał. A szkoda
- z tchórza się trzeba śmiać. Niech sobie nie wyobraża, że nikt o jego tchórzostwie nie wie!...

I teraz gadają z Basią, jakby się znali od Bóg wie kiedy, a tu raptem od dziś, jej też pewnie się
podoba taki warszawiak, co wie, w którą stronę kropki, a w którą kratki uszyć. A niech to jasny gwint!!!

Zaślepiony złością, Jurek nie zauważył wystającego korzenia i uderzył się w duży palec bardzo
boleśnie. O mało nie upadł. Ci na przedzie nawet nie zauważyli, że został.

Dobrze! Niech lecą sami, niech się dopiero przed gajówką spostrzegą. Niech Baśka zobaczy, jak
Tomek gęsiej skóry dostanie na myśl samotnego powrotu. A niech ten szczeniak nauczy się czegoś
więcej niż pokazywać, gdzie falbanki, a gdzie kieszonki.

Jurek wchodzi w las, żeby go nie było widać, na wszelki wypadek, żeby za nim nie wołali. Wraca na
leśniczówkę, ale nie otwiera furtki, przysiada na kamieniu koło niej. Tu zaczeka na Tomka. Wie, że
ojciec nie pochwaliłby jego występku.

„Tomek" i Basia rzeczywiście spostrzegli nieobecność Jurka dopiero przed gajówką. I nie „Tomek",
ale Basia zaniepokoiła się.

- Pewnie się na mnie obraził, że tylko z tobą rozmawiałam. Ale po co odstał?

- W którym miejscu już go nie było? - zapytała Tosia.

- Mnie się zdaje, że jeszcze niedawno szedł i poświstywał. Wiesz, on na pewno schował się tu
niedaleko, żeby się ze mną nie żegnać, taki zły. Jeżeli chcesz, to wrócę z tobą kawałek, aż o
znajdziemy.

- Nie, Basiu. Leć do domu. Nawet tu słychać, jak mały płacze. Ja Jurka zaraz znajdę. Dobranoc.

Tosia zawróciła i szła ścieżką z nieprzyjemnym uczuciem, ale nie strachu, przecież nie miała czasu
jeszcze go odczuć, spodziewając się, że za lada drzewem znajdzie czekającego na nią Jurka.

Czuła się winna i to właśnie było takie niemiłe. Bo właściwe, co ona zawiniła. Wanda i Ziuta, jak
większość dziewczynek, lubią mówić o sukienkach. Dorosłe kobiety też. Ile razy mama dostanie od
którejś ze znajomych nowy żurnal, z wielką przyjemnością oglądają go razem. I wcale nie z myślą, aby
sobie zaraz według niego uszyć nową suknię, ale tak, żeby zobaczyć, co ładne i co się nosi. I mama, i
Tosia nie wszystko, co modne, uważają za ładne. Wcale nie. Podobno tylko niemądre kobiety są
niewolnicami mody i nie widzą, jak nieładna jest przesada.

Gdzie jest ten Jurek? Już widać światła w oknach leśnictwa, jak szybko minęła droga z gajówki!
Tosia odwraca się i widzi trzy smugi ciemności. Ta jaśniejsza to droga, pada na nią nikły blask
zasypanego gwiazdami nieba. Dwie czarne po bokach to las.

- No, jesteś nareszcie! - burknął z pretensją Jurek, wstając pod furtki. - Zęby ci szczękały ze
strachu?

- Dlaczego? - zdziwiła się Tosia i zaraz zrozumiała. - Że sam?... Ale mnie się zdawało, że ty jesteś
tuż, zaraz, przede mą. Droga pod nogami przeleciała nie wiadomo kiedy.

- Taak? - mówi zdziwiony Jurek. - Szkoda. Bo ja właśnie chciałem, żebyś zobaczył... żebyś
wiedział... że ja wiem: wszystkiego się boisz! Udajesz tylko, że nie. Ale naprawdę to jesteś tchórzem!
Może nie?

- Czego się tak guzdrzecie? Myśmy tu już połowę placków jedli - grzmi leśniczy zza stołu.

- .. .i zęby pogubiłbyś ze strachu - kończy Jurek, wchodząc do pokoju.

- 66 -

- O jakim strachu mowa? - spytał ojciec.

- Nic... Ja tylko mówię, że Tomek odważny, kiedy ze mną przez las idzie. Ale gdyby tak sam musiał
iść do gajówki Kamionków o tej porze i sam wrócić, to chybaby... toby chyba... Zresztą założę się, że
nie poszedłby.

- No, no, no! Jurek, nie udawaj takiego bohatera. Ty tu każdy kamień od urodzenia znasz, mógłbyś
z zamkniętymi oczami nie tylko przy gwiazdach chodzić. A Tomek, jakby było trzeba, też poszedłby.
Prawda, Tomek?

Jastrzębski jesteś. Jastrzębscy nie są tchórze!

- Tatusiu - wtrącił Heniek. - A ja poszedłbym, posiedział blisko w lesie, a powiedziałbym, że byłem. I
wygrałbym zakład, aha!

- A ty gałganie, oszustwem chciałeś wygrać? Honoru swego nie masz? - udawał zagniewanego
ojciec.

- Przecież widzisz, że on żartuje - broniła syna matka.

- Na oszustów są sposoby - powiedział Jurek. - Gdybyś się chciał założyć, to musiałbyś przynieść
gałązkę modrzewia. W całej okolicy jeden tylko tam rośnie.

- Prawda. Są jeszcze na Żabim Uroczysku, ale to w zupełnie innej stronie. Ależ smaczne te placki!
Dajcie no tu jeszcze takich prosto z patelni!

Ciocia Ola wyszła do kuchni. Tosia wysunęła się za nią. Przyniosła wujkowi pełen talerz placków,
podsunęła śmietanę.

Jurkowi przy kolacji humor się poprawił. A to z niego osioł! Dopiero teraz zrobił odkrycie: Tomek
cieszył się powodzeniem nie ze względu na własne walory, ale dlatego, że mówił o modzie. Ach, te
dziewczyny! Gdyby im gramofon z taką płytą nastawić, też nie widziałyby nikogo, nie słyszały nic -
oprócz płyty. Zadziwiające, czego kobiety nie zrobią dla mody! Chłopcy - nie. On sam, owszem,
przyjąłby najmodniejsze teraz pomarańczowe „rury", ale żeby miał o nich rozprawiać? A do tego
zamiast na przykład o nowym modelu samochodowym? Nigdy! Uśmiechnął się i postanowił z Tomka
pokpić.

- Tatuś nawet nie wie, jakie nasz Tomek miał dziś powodzenie - zaczął, oglądając się za Tomkiem.
- Dwie godziny gadał dziewczynom o warszawskiej modzie.

- A te dziewczyny, tatusiu - dorzucił Heniek - to są głupie, aż strach.

- Heniek, tak nie można: o gościach - raz, o dziewczynkach - dwa! - mitygował ojciec.

- No, to niech tatuś posłucha. Wanda plotła, że Krzyszkowiak rzuca oszczepem.

- Ho! Ho! Ho! - grzmiał po domu śmiech leśniczego. - Krzyszkowiak z oszczepem? Ho! Ho! Ho!...

- I jeszcze przekręciła: Krzysztofik. A Sidle kazała do maratonu stawać - kończył Heniek. - Żeby
nawet tego nie wiedzieć!

- Niemożliwe! Może jej się tylko coś pokręciło, może się przejęzyczyła? Wygląda przecież na
rozgarniętą dziewczynę. Może ty się przesłyszałeś?

- Aha, „przesłyszałeś"! One nic a nic o sporcie nie kapują. Jurek był przy tym, niech sam powie.

- Najlepiej niech powie Tomek. - Jurkowi jakoś nie chciało się wydawać opinii o Wandzie. - Tomek
ciągle z nią rozmawiał. Tomek!!!

- Nie ma go w kuchni - powiedziała ciocia wchodząc ze świeżymi plackami. - Myślałam, że jest tu z
wami. Pewnie za chwilę nadejdzie.

Ale Tomek nie nadchodził.

Chrupano placki, popijano herbatą z nieodłącznego samowara, chłopcy z rozwieszonymi uszami
słuchali informacji leśniczego o planach jesiennych polowań, które w tym roku będą na grubego
zwierza.

- Niech tylko święty Hubert w myśliwski róg zatrąbi, będziemy tu mieli gości a gości, amatorów na
dzicze kły i skóry. Namnożyło się tyle dzików, nie wiadomo kiedy, a niszczą, a kopią! Bardzo się
ucieszę, jeżeli szkodników ubędzie. Oleńko, obiecuję ci dostarczyć parę dziczych szynek.

- Ale gdzie Tomek? - niepokoiła się ciocia.

Jurek też przez cały czas interesującej rozmowy obracał się w stronę sieni, to w stronę kuchni. Na
próżno.

Heniek skoczył na górkę, potem do Leśkiewiczów - nic. Jurek zajrzał pod gruszę, wyszedł nawet
przed furtkę - wołano, hukano wiele razy, Tomka nie było.

- 67 -

- Ja zauważyłam w kuchni, że Tomek ma jakąś dziwną minę - mówiła ciocia Ola. - Kręcił się i oczy
odwracał od światła, ale myślałam, że zwyczajnie, jak się wejdzie z mroku do mieszkania...

- Tatuś! - wrzasnął Heniek. - Tomek na pewno do gajówki poleciał! Bo mu Jurek tak...
- Jurek, gadaj mi zaraz, co tam między wami było?
- Słyszał tatuś przecież - tłumaczył się Jurek. - Wyzwałem go od tchórzy, bo taki... bo taki... a co,
tatuś nie widział, jak siadał na Busia?
- A ty sam? Oleńko, pamiętasz? Ryczał jak bawół, kiedy go pierwszy raz na końskim karku
posadziłem.
- Miałem pięć lat - bronił się Jurek.
- Nie o wiek chodzi, o pierwszy raz. Przypomnij sobie, nie tak dawno było, przechodziłeś główną
ulicą w mieście, pamiętasz?
- Nie bałem się! - twierdził Jurek.
- Nie, nie bałeś się? Tylko strzygłeś uszami na wszystkie strony jak zając, który patrzy, gdzie tu
bezpieczniej dać susa. A jak szurnąłeś? Ledwom nóg nie pogubił za tobą.
- Na ulicy o wypadek nietrudno...
- A z konia? Też niejeden kark skręcił. Różnie bywa.
- Stefku, niech chłopcy skoczą do Bobrzynki. Ja jestem niespokojna.
- Dobrze. Chłopaki, latarki w garść i szorować mi do Kamionków. A nawołujcie, bo się Tomek
świateł wystraszy.
Heńka i Jurka już nie było w pokoju, kiedy leśniczy powiedział do żony:
- Nie bój się. Diabli chłopaka nie porwą. Ale ambitna sztuka. Nie pozwoli sobie. To mi się zaczyna
podobać. Z początku jakiś taki za grzeczny był, za ustępliwy jak na chłopaka... Teraz mi się podoba!
- A mnie się to dziecko od razu podobało. Dobre dziecko...

Tosia biegła przesieką, ledwo widząc jaśniejszy pas drogi przed sobą. Przeszkadzały jej łzy płynące
ciurkiem z oczu. To przez te łzy właśnie powzięła desperacką decyzję.

Już przed wejściem do domu, kiedy Jurek tak gwałtownie la nią napadł, obraźliwie nazwał, kiedy się
okazało, że pomimo bohaterskich wysiłków (z których była taka dumna) zauważył jej... brak odwagi - z
trudem powstrzymywała łzy. Dlatego wybiegła za ciocią do kuchni i tam robiła byle co, aby twarz od
cudzych oczu odwróci.,'.

„Nie mogę płakać! Nie! Nie wolno mi! Nie wolno! Jeżeli teraz zobaczą, że płaczę, to już wszystko
przepadło!..."

Gdyby ją ktoś zapytał, co mianowicie miało przepaść, byłaby w kłopocie. Nie umiałaby na to dać
odpowiedzi, ale czuła, że oto przyszedł moment jakiejś próby i albo go wytrzyma, albo zostanie na
całe życie „beksą".

- Wytrzymam! Muszę wytrzymać! - powtarzała, zaciskając zęby, a kiedy uczuła sunącą po policzku
pierwszą, nieposłuszną łzę, wyskoczyła na dwór. Gdzie się ukryć? Przecież za chwilę spostrzegą jej
nieobecność, zaczną wołać, szukać.

Za furtkę! Do lasu! Na przesiekę! I do Bobrzynki! Niech ten wstrętny Jurek zobaczy, że ona w nocy,
w takiej strasznej ciemnej nocy, dobiegnie tam i przyniesie gałązkę modrzewia. Znajdzie go. Modrzew
stoi tuż przy furtce. Zauważyła.

- Żebyś wiedział! Żebyś zobaczył! - gniewa się przez łzy Tosia. - Niech ci się nie zdaje, że jak
dziewczyna, to już musi być tchórz! - W zdenerwowaniu zapomniała, że tchórzem Jurek nazwał
chłopaka, nie dziewczynę.

Czarno w tym lesie, okropnie! Ani dostrzec rosnących na skraju drogi krzaków jeżyn. Nic, tylko dwie
zasłony, aż gęste }d ciemności. A jeżeli z lasu coś wyjdzie?

I w tej samej chwili o jej gołe nogi, następując łapami na sandały, ociera się coś żywego, kłapiącego
zębami. Nagły itrach plącze kroki Tosi, dławi krzyk w gardle i dziewczynka jak długa pada na ziemię,
tracąc prawie przytomność.

Znajomy zapach, jedno, drugie liźnięcie twarzy ciepłym jęzorem, radosny skowyt porwanego w
ramiona Bączusia rozwiązuje straszną zagadkę.

- 68 -

Tosia podnosi się, otrzepuje odruchowo i czuje, jak serce przepełnia wielka, bezbrzeżna
wdzięczność dla tego czworonogiego przyjaciela. On jej nie opuścił, nie zawiódł! On jeden słyszał jej
płacz i nie powie o tym nikomu.

- Nikomu! Bączuś, słyszysz? - przemawia do niego czule; - Nikt nie może się nawet domyślić, że tu
były w robocie łzy. Zatrzemy wszystkie ślady.

Schyla się, dłońmi posuwa najpierw po zroszonej trawie, a potem po twarzy. Przyjemna, chłodna
wilgoć. I napić się jej można. Leśna rosa - może to i na cerę dobre?

Jest już przytomna i nawet podniesiona na duchu.
- Chodź, Bączusiu, tylko pod nogi nie właź, bo mnie znów przewrócisz. Pokażemy temu Jurkowi!...
Jeszcze trochę strachu pod gajówką, gdzie Bączuś i domowy kundel (szczęśliwie, że na łańcuchu)
wymieniają psie uprzejmości, a może nieuprzejmości? Słychać otwieranie drzwi, ale Tosia z gałązką
jest już znowu w lesie.
Wraca szybszym sposobem: dwadzieścia kroków biegiem, dwadzieścia marszem. To jednocześnie
pomaga i uspokaja. Kiedy się liczy kroki, nie można myśleć, co kryją w sobie dwie czarne ściany po
bokach.
- Tomek! Tomek! - słychać wołanie Heńka i z dala jak dwa wielkie świętojańskie robaczki świecą
dwie latarki.
- A ja już mam modrzew! Aha! - odpowiada przekornie Tosia.

Rozdział 13.

Łukaszowi ziemia paliła się pod nogami. Cokolwiek wymyślił, czy to była zrobiona z darni forteca,
której załoga w osobach najmłodszych, Leszka i Maćka, nie mogła zbyt długo bronić się wobec
bohaterskiego ataku dowodzonego przez Łukasza, czy to namiot, przed którym indiańscy wojownicy
zbierali się, aby piec kartofle - wszystko było jakieś mdłe, szare, nie wywoływało dawnego entuzjazmu.

Do przyjazdu Tośki Łukasz był prawdziwym wodzem. Czyny jego budziły nie tylko zainteresowanie,
ale i zazdrosny podziw wśród gromady Zemajtisów, dopuszczanych czasami do wspólnych zabaw,
zawsze z podkreśleniem zaszczytu, jaki spotyka dziewczyny z łaski Łukasza. Teraz role odwróciły się.
Nie tylko zabrakło publiczności, której podziw pomagał nowym pomysłom, a co ważniejsze - wpływał
na uznanie własnej gromady, ale - o zgrozo! - najbliżsi towarzysze wykonywali polecenia wodza coraz
bardziej opieszale, interesując się raczej tym, co się działo na dziewczyńskim placu.

A trzeba przyznać uczciwie: od przyjazdu wichrowatej Tośki działo się tam zawsze coś ciekawego.
AKD co kilka dni powiększało swoje terytorium. Przybyła skocznia wypełniona piaskiem. Ustawiono
poprzeczkę do skakania. Na grubej gałęzi kasztana wisiał już, niby huśtawka, drążek, na którym i
Tośka, i cioteczno-cioteczni wyczyniali różne akrobacje.
Były tam lekcje plucia, strzelania z procy, kopania kamienia na odległość, włażenia na drzewo,
skakania z różnych wysokości, gwizdania na palcach.
Początkowo chłopcy udawali, że ich to wcale nie interesuje, potem starali się bawić jak najbliżej,
aby lepiej widzieć i słyszeć, jeszcze później kładli się w porzeczkach i wytykali głowy na dziewczyńską
stronę. Doszło wreszcie do tego, że stawali lub siadali na samiusieńkiej granicy i bezwstydnie
wytrzeszczali oczy, w których można było odczytać, że pod lada jakim pozorem z ochotą przyłączą się
do zabawy. Ale dziewczyny nie chciały tego zauważyć.
Kawał z ropuchami też zawiódł. W ostatecznej rozpaczy Łukasz wpadł na pomysł, który, wydawało
się, sprowokuje Tosię i jej towarzystwo. Dziewczyny rzucą się na chłopaków i wtedy chłopcy pokażą,
co potrafią.
Omówiono projekt i Łukasz z zadowoleniem zobaczył uznanie w oczach swoich kompanów. Piotrek
nawet powiedział:
- No, nareszcie coś!
Tego samego dnia, kiedy Tosia i jej gromada zebrali się w Akademii, zza porzeczek odezwał się
mocny, nie tyle harmonijny, co dźwięczny chór, skandując:
- Była jedna głupia dziewczyna!
- Były dwie głupie dziewczyny!
- Były trzy głupie dziewczyny!

- 69 -

- Były cztery głupie dziewczyny! I od początku:
- Była jedna...
Jeśli rozzuchwalone dziewczyny rzucą się do bitki, to Łukasz i Piotr spiorą Tosię, a Paweł, Maciek i
Leszek łatwo dadzą radę Eli, Celi i Adelce.
A może one zechcą ich naśladować i taki sam chór urządzą u siebie? Jeszcze lepiej. Wtedy
obrażone chłopaki rozpoczną bitwę.
Nic jednak z tego pomysłu nie wyszło. Dziewczyny nawet głów nie odwróciły.
Czarni i rudzi byli „zagięci" na amen.
Łukasz czuł, że lada chwila przestanie być dowódcą nawet z nazwy. W oczach każdego z czwórki
chłopaków, a najlepiej u Piotrka, mógł wyczytać całkowity swój upadek.
Cóż to za prowodyr, jeśli dziewczyna, zwyczajna dziewczyna, wszystko wymyśli lepiej?
Kiedy Tośka zbudowała namiot, chłopakom oczy zrobiły się niby filiżanki (jak u tego psa z
andersenowskiej bajki). Ich własny wigwam ani umywał się do dziewczyńskiego.
Do tego, kiedy cioteczno-cioteczni ustawili się któregoś popołudnia w pióropuszach przed wejściem
do swego namiotu, gdzie czekał na nich wódz - Tośka, chłopakom aż zaćmiło się w oczach, tak
piękne i kolorowe były te pióropusze. Wspanialsze od wszystkiego, co kiedykolwiek widzieli.
Niebieskie, czerwone, zielone i fiołkowe pióra ułożone obok siebie mieniły się jak tęcza. Nie dało się
zaprzeczyć, że ich własne pióropusze były czymś bardzo nędznym i nie zasługującym nawet na swoją
nazwę. Ba, nikomu z nich nie przyszło do głowy ufarbować pióra z gęsich skrzydeł w resztkach farby
do malowania jajek.
- Cholera! - paskudnie zaklął zrozpaczony Łukasz. - Skąd ona to wszystko umie?
- Brata ma fajnego - powiedział Piotr - on ją wszystkiego uczy. Nawet w listach do niej pisze różne
rzeczy. Teraz będą robić łuki i strzały.
- A ty skąd wiesz? - zaniepokoił się Łukasz.
- Wiem i już!
- Ach, to tak? - skoczył Łukasz. - To ty do nich za moimi wiecami?
- Za twoimi głupimi plecami - rzucił pogardliwie Piotrek. - I to ci mówię, żebyś wiedział, że jeżeli
czegoś ciekawego nie wymyślisz, to i j a, i Leszek idziemy do nich. Tu się można z nudów wściec.
- Toś ty chłopak - próbował wejść Piotrkowi na ambicję przyjaciel - i dasz się dziewczynie rządzić?
- Dziewczyna i dziewczyna - sentencja zaczęła się przyjmować. - A poza tym jeszcze nic nie
wiadomo. Ja będę wodzem jednego plemienia, ona drugiego. Wypalimy fajkę pokoju i możemy razem
albo na polowanie iść, albo na wrogów...
- Na jakich wrogów? - Łukasz chciał już wiedzieć wszystko do końca.
- No... to się jeszcze zobaczy - wykrętnie odpowiedział Piotrek.
Ta mętna odpowiedź posiadała jednak swoją wymowę, przez głowę Łukasza przeleciała myśl:
„Siedem do trzech!" Zgrzytnął zębami:
- Jesteś zdrajca i... i tchórz!
Ale w Piotrku zamiar porzucenia niedołężnego dowódcy musiał być zupełnie dojrzały. Nie liczył się
już z niczym.
- Tchórz? Kogo się boję, ciebie? Ani na psi pazur. Tośki? Gdybym się bał, tobym do nich nie szedł,
a ja pójdę i jeszcze tak wszystko zakręcę, że... zobaczysz. Głównie, żeby tam coś z nimi robić.
Zdrajcą też nie jestem, wakacje są, nie? Całe wakacje chcesz w krzakach siedzieć i podglądać? To
siedź sam!...
Rozstali się po chwili, już bez słowa. Każdy poszedł w swoją stronę.
Łukasz zarzucał Piotrkowi działalność za plecami, ale i sam po nią myślał sięgnąć.
Różne miny i słowa Piotrka kazały mu już od kilku dni przewidywać najgorsze. Zmobilizował
najmłodszych braci i polecił im od Józinka czy od Adelki dowiedzieć się, dlaczego zaraz po obiedzie
Tosia idzie do namiotu sama, co tam robi? Dlaczego nikt z cioteczno-ciotecznych nie zbliża się nawet
na krok do AKD aż do jej wyjścia stamtąd.
Najmłodsi z najmłodszymi dogadali się łatwo. Okazało się, że godzina po obiedzie była godziną
samodzielności. Każdy mógł robić, co chciał, byle nie przeszkadzać Tosi, bo ona wtedy w namiocie
myśli o bardzo ważnych rzeczach. Tam ma ukryty swój skarb. Józinek wiedział, że to gdzieś u góry,

- 70 -

ale nie wolno nawet zaglądać, bo jakby kto ruszył skarb, Tosia obrazi się i pojedzie. I Józinek, i Adelka
informowali chętnie i byli dumni, że u nich teraz jest tak interesująco.

Przyjąwszy to wszystko do wiadomości, Łukasz zapoznał braci z aktualną sytuacją.
- Rude psy zdradziły nas. Będą się teraz podlizywać Tośce i dziewuchom. Po nas to się nie pokaże.
Żebyście się do nich nie odzywali i nawet w ich stronę nie patrzyli. A dziś, kiedy Tośka i reszta pójdą
na kolację, zrobimy tak... i tak... i tak...
Krótko i jasno nakreślił plan działania, kończąc słowami:
- Ani pisnąć nikomu, bo porozrywam na kawałki. Jeszcze rudzielce będą wyć z żalu.
Gdyby Łukasz zaledwie kilka godzin temu usłyszał, że na przykład Tosia czy Ela wołają za
Piotrkiem lub Leszkiem: „Rudy, właź do budy" albo coś w tym rodzaju - pierwszy uniósłby się
najgwałtowniejszym gniewem i gotów byłby mścić się słownie i czynnie za przezwisko, na które
przyjaciel nie zasługiwał. Nie był wcale rudy. Miał włosy „takie więcej złote". A oto sam używa
obraźliwego słowa raz za razem.
Więc jak to jest: nawet czyjś kolor włosów ocenia się zależnie od tego, w jakich ten ktoś jest z nami
stosunkach?...

Po obiedzie Tomek poszedł do namiotu na swoją „godzinę samodzielności", którą spędzał, jak już
wiemy, nad „Skarbem wodza", czyli „Historią dla klasy szóstej".

Tym razem skarbu w skrytce u wierzchołka namiotu nie było. Kto go wziął? Tylko ktoś z cioteczno-
ciotecznych, gdyż tylko oni o tym wiedzieli. Tomek wściekły wybiegł przed namiot i gwizdnął na
palcach trzy razy długo i trzy krótko. Znaczyło to: „Natychmiast do mnie!" Cała czwórka galopem
przybyła na miejsce. Cztery pary oczu z zainteresowaniem, ale i zdziwieniem (po raz pierwszy
widziały Tosię tak zagniewaną) patrzyły w jej oczy.

- Kto ruszał „Skarb wodza"?
- Ja nie! - padło cztery razy.
- Przyznajcie się! Kto z was wziął „Skarb"?
- A gdzie on był? - spytała Adelka.
- Ten, kto wziął, dobrze wie, gdzie - burknął Tomek.
- Nie ma go w namiocie? - badała Ela.
- Dobrze szukałaś? Może położyłaś na inne miejsce? Poszukaj jeszcze raz! - namawiała Celinka.
- Biały dzień jest, a oczy mi z głowy jeszcze nie wyleciały - złościł się Tomek, wchodząc do namiotu.
Tu był, tu. Tu zawsze go kładłam!, a dziś ani śladu po nim! Myszy go nie zjadły!
- Myszy na pewno nie! - powiedziała Adelka i spojrzała na Józinka. - To nie myszy.
- To musiał ktoś inny - przytaknął Józinek, rozumiejąc spojrżenie siostry.
- Mówcie zaraz wszystko, co o tym wiecie! - rozkazał Tomek, który zauważył niepokój w oczach
najmłodszych.
- Bo to było tak... - zaczęła Adelka. - Przyszedł do mnie Paweł i pytał, czy nie chcę obejrzeć nowych
króli, bo oni teraz mają takie jakieś króle, na wełnę. Więc pomyślałam sobie, że chcę, owszem, i
zobaczyłam.
- I ja też - wtrącił Józinek.
- Ja go wzięłam, bo się bałam, że może oni chcą mnie nastraszyć albo co...
- Mnie nie powiedziałaś, ojejku! Ja bym też chciała!...
- Nie, oni mówili, że wszystkim nie pokażą. Że Łukasz nie pozwala i tylko nam, w sekrecie.
- O rany! Rozsadzi mnie natychmiast, jeżeli nie przestaniecie mówić o tych parszywych królach -
wrzasnął Tomek. - już oni wam za darmo ich nie pokazali.
- Właśnie - ciągnęła statecznie Adelka, która z natury była powolna i dokładna. - Więc jak nam
pokazywali te króle, wcale nie parszywe, śliczne, z takimi uszami długimi, puchate...
- Oczki mają takie czerwone - dorzucił Józinek.
- O rany! Gdzie „Skarb"?
- No więc kiedy Paweł pozwolił mi pogłaskać jednego, to Maciek zaczął się pytać o takie różne, co
ty robisz w namiocie...

- 71 -

- I co my wszyscy wtedy robimy...
- I ja sobie pomyślałam, że dobrze im tak. Nas zawsze odganiali i wyzywali, a teraz to ich
ciekawość bierze.
- I powiedzieliście?
- Trochę tylko... nawet nie było dużo czasu, bo zawołała nas Ela.
- Kiedy to było?
- Wczoraj po obiedzie. Sama mówiłaś, że każdy może wtedy iść, gdzie chce.
- Tosiu - tłumaczył się Józinek - ja im mówiłem, że tego skarbu ruszać nie wolno. Wcale nie wolno.
Bo ty się obrazisz i wyjedziesz.
- No, to jestem w domu! - stwierdził Tomek.
- Osioł jesteś! - żołądkowała się Celina na Józinka. - Osioł jak nie wiem co! Przecież oni woleliby,
żeby tu Tosi nie było! Rządziliby się jak dawniej! Każdy chłopak to jest taki głupi, że aż strach, a
wyobraża sobie tyle, że oj ej ku!
- No... - Tomek, pomimo złości, nie mógł się na to zgodzić - Adelka starsza, a też okazała się oślicą
nie z tej ziemi.
- To bardzo nieładnie tak mówić - stwierdziła z godnością Adelka i obrażona odeszła w stronę
domu.
Józinek gryzł wargi pełen rozterki, iść czy zostać? Został. Przecież Tosia powiedziała, że Adelka
głupsza.
Tego samego dnia, zanim jeszcze Tomek zdołał obmyślić, w jaki sposób odebrać „Skarb" i, co
gorsza, zabezpieczyć, aby złodziej nie rozgadał niepotrzebnych rewelacji o jego zawartości - Józinek
przyniósł znaleziony koło namiotu kamień zawinięty w zapisaną kartkę z kratkowanego zeszytu.
Tomek przeczytał:

Dzielny Czerwony Wodzu! Mam ci bardzo ważną rzecz do
powiedzenia. Czekam na wezwanie.

Czarny Orzeł

„Czarny Orzeł"... „ważna rzecz" - wszystko się zgadza.
- Zagięci na amen! - powiedział głośno Tomek. - Proponują porozumienie. Dobra. Józinek, leć do
Łukasza i powiedz, żeby natychmiast, ale to na jednej nodze, przyszedł do mnie, do namiotu.
Reszta niech się trzyma z daleka. Tu się odbędzie konferencja na szczycie.
Łukasz szedł wcale nie na jednej nodze. Z godnością i dużą swobodą wymachiwał jakąś witką, przy
czym dostawało się rosnącej przy drodze, Bogu ducha winnej, cebuli. Uśmiechał się nawet. Poznał
zawartość skarbu. Ale ta Tośka umie bujać! „Skarb wodza"! Zwyczajna szkolna książka. Teraz on jest
górą: albo Tośka zgodzi się na jego warunki, albo on ją ośmieszy, i jeszcze jak! Dobrze to rozumie ta
wichrowata dziewczyna - nie posyłałaby po niego tak prędko.
Z wielką pewnością siebie stanął przed namiotem i powiedział:
- No?
- No? - odpowiedział Tomek, trochę jednak zaskoczony postawą i tonem Łukasza.
- Czego chcesz?
- To ty czego chcesz?
- Prosiłaś mnie, przyszedłem.
- To ty prosiłeś o wezwanie, więc cię wezwałam.
- Ja?
- Czego kręcisz? - zeźlił się Tomek. - A to kto pisał? Ja? - pokazał mu kartkę z zeszytu.
Łukasz szybko przebiegł tekst oczami.
- Czarny Orzeł to Piotrek.
- Piotrek? - dziwił się Tomek. - Nie ty?
- Nie ja. Ja jestem Czerwony Jastrząb.
- Obaj jesteście baranie łby: czarny nazywa się czerwony, i czerwony - czarny. Kto to widział?
- Nie wyzywaj, bo sobie pójdę. A po drugie, nie mieszaj mnie z tym rudym szczeniakiem.

- 72 -

- O! Pokłóciliście się?
- Nie twojej babci interes. Ode mnie się nie dowiesz. On ci wszystko wyśpiewa. Czeka na wezwanie
- powiedział gorzko Łukasz. - Zdrajca. Ale i tak - podkreślił z naciskiem - tego, na czym ci zależy, od
niego nie dostaniesz. Cześć!
- Zaraz, czekaj! - zaczynał pojmować Tomek. - A niby na czym mi zależy?
- Sama wiesz.
- Ty wziąłeś?
- Ja.
- Wiesz, jak się nazywa to, co zrobiłeś? Złodziejstwo!
- Złodziej to ten, co zabiera sobie. Ja chciałem tylko zobaczyć.
- Zobaczyłeś.
- Uhm.
- No i co? Guzik z pętelką?
- Taki guzik, że ty się nim udławisz.
- Fiuu! - gwizdnął Tomek. - Mądryś, ale jeszcze ciut-ciut ci brakuje. Co mi zrobisz?
- Nic, zupełnie nic - drwił coraz pewniejszy siebie Łukasz, który nie tyle wiedział, co wyczuwał, że
Tosia nadrabia miną. - Tylko jutro, jeśli nie zrobisz tego, co ja chcę, każdy, ale to każdy , od jednego
końca tartaku aż do drugiego, aż po samo miasteczko, tam gdzie Luśka i Muska u kierownika, każdy
będzie wiedział, że wichrowata Tośka u Żemajtisów to oślica na sto cztery.
- No! Licz się ze słowami! - warknął Tomek.
- Ja cię nie wyzywam, tylko mówię tak, jak jest. Każdy będzie wiedział, że kujesz do poprawki. A
dziewczyna z poprawką to już... szkoda nawet gadać.
- Co ci do łba strzeliło z poprawką? - Tomek przestraszył się nie na żarty.
- Znalazłeś książkę, tak? Dla ciebie to tylko szkolna książka, ale dla mnie skarb, bo tam właśnie na
tej zwyczajnej książce, żeby się nikt nie domyślił, różne ważne rzeczy szyfrem napisane. I tylko ja to
rozgryzę. Wiesz teraz, barania głowo?
- Szyfr szyfrem, a z kartki wyraźnie wynika, że to ty jesteś ośli łeb.
- Z jakiej kartki? (Tomek nie znalazł w książce żadnej kartki. List od Tosi podarł na strzępy, ale
jeżeli ta idiotka jeszcze kartkę w książkę włożyła! O rany!) - Zresztą - ciągnął z udanym spokojem - po
pierwsze, może ta kartka wcale nie do mnie. Po drugie, cóż to jest poprawka? Śmieszna rzecz, o
której nie warto wspominać. Co ty, dziecko jesteś? Nie widziałeś oprawki?
Tomek na ziemi rysował patykiem kreski, jedną obok drugiej, jedną obok drugiej. Nie podnosił oczu.
- Nie cygań. Poprawka u chłopaka to przeważnie przez niesprawiedliwość. Przez jakąś zgrywę albo
nauczyciel ma na niego gałę, albo jeszcze co. Ale dziewczynom zawsze wszystko przepuszczają,
jeszcze na chłopaków złożą. Dziewczyny - podlizuchy, wiadomo. I jak już dziewczynie nie mogą
przepuścić, no to znaczy się: głowa do kitu.
Tomek dokładnie stawiał teraz na tamtych pionowych - poziome kreski. Robił to bardzo starannie.
Wychodziła równa kratka.
- Hm... to ciekawe. U nas, w Warszawie, jest... co prawda... zupełnie inaczej, ale nie mówmy już o
tym. Co do tej... książki, rzeczywiście, nie na rękę byłoby mi, żeby wszyscy... o mój sekret, wiesz...
- Słuchaj, Tośka, nie kręć. Dla mnie możesz się wypchać takimi różnymi... po warszawsku... Albo
zrobisz to, co ci każę, albo...
- Każesz? Ty mi każesz? - skoczyła „Tosia".
- Jak nie chcesz słuchać, to idę...
- Łukasz, nie bądź taki Napoleon. Mówię jak komu dobremu: oddaj książkę.
- Właśnie chcę po nią iść. Oddam ci ją zaraz. Mnie tu uwierzą nawet bez dowodu...
- Łukasz, siądźmy, po co mamy się denerwować?
- Ja się nie denerwuję.
- No, więc mów, o co ci chodzi? To może być nawet ciekawe.
- Powiem. Odkręcaj, coś tu naplątała.
- Ja? Naplątałam? - Tomek był naprawdę zdziwiony.

- 73 -

- Udajesz! Nie widzisz, że tu wszystko do góry nogami stoi?! Do tej pory ja tu rządziłem. M n i e się
wszyscy słuchali. Piotrek też. I odkąd z nim się znamy, to się przyjaźnimy. A teraz poszedł jak od psa.
Gorzej, bo jak się człowiek do psa przywiąże, to go za nic na świecie nie zostawi...

- Plunąłbyś na takiego przyjaciela.
- Nie plunę. Łatwo ci tak mówić, bo nie wiesz, jaki z Piotrka fajny chłop.
- No i tak postąpił?
- Bo zgłupiał na pięć minut. Przez ciebie! To twoja wina, nie jego. Do tej pory nie był taki. Ile razy
wasza Elka chciała go na mnie napuścić, nie dał się. Dopiero ty!
- Łukasz, czyś ty z dachu spadł? Co mnie ten cały Piotr obchodzi?
- Dobrze cię obchodzi! Po coś te wszystkie sztuki wyczyniała? Proce, skocznie, namiot! To
dziewczyny tak robią? Ni pies, ni wydra, ni chłopak, ni dziewczyna. Istny cyrk! Do cyrku każdy poleci z
ciekawości. Piotrek też dał się złapać.
- Taaak... - Tomek westchnął. - I co ja mam teraz zrobić?
- Rób, co chcesz. Masz przecież swoje warszawskie pomysły. Ja ci tylko mówię: przegrany przez
ciebie nie będę. No, „wte" czy „wewte"? Jak chcesz, to ci mogę godzinę do namysłu zostawić.
- Nad czym tu myśleć?... Żal mi ciebie, Łukasz. Co masz po całym tartaku latać, męczyć się.
Zawsze to ładne parę kilometrów... i butów szkoda.
- Już ty moich butów nie żałuj.
- Nie? Dlaczego? Owszem. Buty kosztują. Więc zrobię to tak: spotkam się z Piotrkiem. Pogadam z
nim...
- Możesz mu powiedzieć na przykład, że takiego mądrego chłopaka, jak ja, jeszcze nie widziałaś...
- Bój się Boga, Łukasz! Tak się będziesz chwalić? Nie wstyd ci?
- Nie ja będę mówić, a ty. Musisz mu coś takiego wgadać, bo on myśli, że ja jestem głupszy od
ciebie.
- Tu cię boli! Dobrze, powiem mu, że jesteś trochę podobny do mego brata, Tomka.
- Fajny chłopak?
- Takiego jeszcze nie było! Cała klasa za nim! Niechby okiem mrugnął, z dziesiątego piętra
zeskoczą i... wskoczą z powrotem.
- Szkoda, że tu nie przyjechał!... On chyba wie, co to jest chłopacki honor. On by tak nie zrobił, jak
ty. A ciebie nalałby! Jejku! Na granicy byłoby słychać...!
Obraz tego lania, jaki Łukasz zobaczył oczyma wyobraźni, wywołał na jego smagłej, świecącej od
potu twarzy tyle niekłamanej satysfakcji, że Tomek powiedział szybko:
- No, no, nie pozwalaj sobie. Jeszcze nie wiadomo, kto kogo nalałby. - Wstał. Jednym mocnym
ruchem obutej w sandał nogi starł cały rysunek i powiedział ze złością: - Tyle o tym honorze gadasz.
Zobaczę, czy jęzor potrafisz trzymać. Szoruj po książkę!
- Zobaczysz.
- No, to o key! I wody!... przynieś trochę, bo pić się chce.
Łukasz sam wypił pełną kwaterkę. Otarł czoło i całą twarz. To była niełatwa rozgrywka. Ale nie dał
się tej wichrowatej dziewczynie! Jeszcze czego! Myślała, że jak z Warszawy, to już jej wszystko
wolno. A figa! I słoń za ogon kręcony!...

Tomek leży w namiocie podparty łokciami nad rozłożoną pod nosem książką do historii. Ale dziś o
żadnym powtarzaniu materiału mowy nie ma.

Znalazł nieszczęsną kartkę.

Ucz się co dzień po kawałku. Gdyby ta poprawka miała być oblana
- to pomyśl, co by się działo w domu.

Nikt nie wie o tym i nie będzie wiedział, a Łukaszowi nawet na myśl nie przyjdzie, że jeszcze nigdy
w życiu Tomek nie czuł się tak upokorzony, jak dzisiaj, jak teraz.

- 74 -

- A dobrze ci tak, idioto! Bardzo dobrze! - poniewiera sam siebie. - Szkoda jeszcze, że ci ten
wsiowy, ten tartaczny Łukasz nie dołożył parę razy w kark. Miałby prawo! Miał...

Tomek pięścią stuka kilka razy we własne czoło. Gdzież on miał rozum? W co się wpakował,
samochcąc, i po co? Włożył sukienkę, to i skórę dziewczyńską trzeba było wdziać! W sklep się bawić,
w klasy, z maluchami w „oleolejanko", i dosyć. Z Elą gotować, z Celiną sprzątać, z Józinkiem
pilnować, żeby kury jajek nie gubiły.

Co za diabeł go podkusił, żeby, słusznie Łukasz powiedział, cyrk odgrywać, ni psa, ni wydrę, cielę z
dwiema głowami pokazywać?

A przecież jakieś resztki rozsądku dawały mu nawet znaki ostrzegawcze: z kim i przeciw komu
trzymasz? Chłopaków chcesz zagiąć, żeby dziewczyny nad nimi nosa zadzierały?

I co się z tego wszystkiego porobiło? Jeszcze parę godzin temu triumfował, że „przyszła koza do
woza". A teraz widzi, że to on, przez własną głupotę, tak, przez oślą z długimi uszami głupotę poniósł
klęskę.

Bo klęska Łukasza będzie jego klęską. Zdrada Piotra - jego własną zdradą.

To on, Tomek, jest ich główną sprężyną.

A Łukasz, na którego patrzył z samego czubka Pałacu Kultury, musiał mu przypominać o istnieniu
chłopackiego honoru, chłopczyńskiej przyjaźni...

I jak z tej całej sprawy teraz wyjść? Tomkowi chodzi już nie tylko o zatajenie swego sekretu. (Jakby
się zdziwiła ciocia, że Tosia, ta pilna, ta zdolna, zawsze na samych piątkach jadąca Tosia - ma
poprawkę!). Niech tam! Ale naprawdę nie chciał i nie chce, żeby przez niego stara przyjaźń popsuła
się. To byłoby prawdziwe świństwo. „Ano, nawarzyłeś kaszy, to ją teraz gryź!" I biedny Tomek to
wstaje, to siada, to znowu się kładzie, próbuje wszystkich pozycji, szuka takiej, która będzie najlepsza
do ułożenia strategicznego planu. On sam, dziewczyny, rudzielce, cygany. Kto z kim? Kto przeciwko
komu? Pakt o nieagresji? Wspólnota europejska? A najlepiej Światowy Związek Ludzi Wolnych i
Honorowych.

- Łukasz! Łukasz! - darł się pod oknami Piotr.

- Czego chcesz? - wychylił się Łukasz, patrząc wyniośle na kolegę.

- Mam ci coś do powiedzenia, ale prędko! - Piotrek wołał, jakby nigdy nie rzucił tamtych przykrych
słów, jakby rozstali się przed chwilą, a nie dwa dni temu, i to w jaki sposób!

- Zaraz. Muszę tu skończyć! - powiedział bez entuzjazmu Łukasz i schował się w pokoju. Nie miał
niczego do skończenia, siedział i nudził się nad oglądanymi niezliczone razy ilustracjami w starym
numerze „Dookoła świata". Ale niech się Piotrkowi nie zdaje, że on czeka na jego zawołanie (a
czekał), że on nie potrafi żyć bez niego (a trudno było).

Piotrek chodził pod oknami, przystawał, przysiadał na poręczy schodków, znowu chodził.

Czekał cierpliwie. Rozumiał, że Łukasz inaczej nie może. Honor mu nie pozwala. Łukasz był
honorowy i na honorze rozumiał się prawie tak jak Tośki brat.

To ostatnie powiedziała Piotrkowi Tośka. Ona sama też trochę się rozumie na różnych takich więcej
męskich sprawach. Bo ją wszystkiego brat uczy.

Wszystko jej tłumaczy. A ten brat to jest taki nadzwyczajny, że po prostu odżałować nie można, że
tu nie przyjechał. Jedno tylko Piotrkowi się nie podobało: strasznie gadatliwa dziewczyna.

Wcale go do głosu nie chciała dopuścić. Wcale nie była ciekawa, co on jej ma do powiedzenia, tylko
od razu, że już rozmawiała z Łukaszem i że Łukasz jest morowy chłopak, bo coś takiego wymyślił, że
ojej! I najlepiej urządzić to coś nadzwyczajnego razem. Piotr nie zdążył nawet trzech słów powiedzieć,
a już mu przerwała, że właśnie miała zamiar zaprosić Czerwonego Jastrzębia i Czarnego Orła na
pieczony bawoli udziec.

I że będą palić fajkę pokoju, i że ona może pokazać, jak prawdziwi Delawarowie tańczą taniec
przyjaźni. I w ogóle tak wszystko już zarządziła, że Piotr zrozumiał: nie ma co przy niej liczyć na
awans. Nic - tylko cały czas: pójdziesz tu, powiesz to, przyniesiesz tamto. Piotrek już chciał jej
powiedzieć, że niech sobie swoimi dziewczynami tak rządzi, bo on nie ma zamiaru jej słuchać. Ale w
porę zrozumiał, że wtedy zostałby jak ten kołek w polu. Z Łukaszem zadarł, z Tośką zadrze, i całe
wakacje zmarnowane! A oni razem będą coś urządzać!

Wyszedł Łukasz, za nim Paweł i Maciek. Poszli pod namiot, usiedli. Piotrek wolałby, żeby Łukasz
zapytał, ale Łukasz milczy, nieciekawy.

- 75 -

- Tośka rozmawiała z tobą? - zaczyna Piotr, a Łukasz tylko głową przytaknął.
Tego już Piotrkowi za wiele.
- Jej to powiedziałeś, jaki masz pomysł! Mnie nie. Przyjacielowi - nie! Tylko dziewczynie!
- Dziewczyna i dziewczyna! - smakuje słodycz zemsty Łukasz.
- A żeby ją czort! - miele w zębach Piotrek, ale sam przecież doprowadził Łukasza do tego odkrycia.
- No, więc takie czasy nastały, że chłopakami dziewuchy rządzą - mówi z drwiną.
- Mną żadna dziewczyna nie rządzi - odpowiada spokojnie Łukasz. - A ty?... Sam chciałeś.
- Chciałem, chciałem! Bo mi się tak spodobało! Jeszcze zobaczymy, czyje będzie na wierzchu. I to
ci mówię!...
- A ty co? Kłócić się przyszedłeś?
- Nie... tylko... A niech to jasny piorun! No, więc Tośka mówi, żeby jutro przyjść do nich. Będzie
uczta.
- Już mi się spieszy! Bo ona tak chce?
- Nie, ona tak grzecznie: „Biała Sowa prosi, aby Czerwony Jastrząb i Czarny Orzeł przyszli na
pieczony udziec dzikiego bawołu".
- Prosi, to co innego. Pójdziesz?
- Tak... Jeżeli ty pójdziesz, to i ja pójdę.
Piotrek z niepokojem czeka na decyzję przyjaciela. Za nic nie powie, że na wyrażoną przez Piotrka
wątpliwość co do udziału Łukasza w uczcie, Tośka odpowiedziała: „Bez Łukasza - nic nie robię".
- To ty za adiutanta u Białej Sowy jesteś? Czy za posłańca? Mogła przecież przez Józinka.
Piotrek wzdycha. Przewidział to pytanie, wiedział, że Łukasz nie za darmo zapomni tamte obelgi.
- Dlatego tu przyszedłem, żeby się naradzić, bo Tośka powiedziała, że kobiety przygotują ognisko i
rożen. Tośce brat pokazał, jak to się robi, i wszystko. A my, mężczyźni, musimy się postarać o
zwierzynę, o mięso, znaczy się.
- Fiuu! Bagatela! - Łukasz gwizdnął i chciał już powiedzieć, że o mięsie szkoda gadać, kiedy
Maciek, który siedział obok brata, szepnął mu coś do ucha, więc skinął aprobująco głową i zmienił
decyzję.
- Ja... my z Leszkiem przyniesiemy kawał słoniny. Tak, bo ja wiem, z pół kilo? - deklarował Piotr.
- Zwędzicie?
- Po dobremu mama nie da - westchnął Piotr.
- Potem zdrowo oberwiesz.
- Wiem, ale Tośka powiedziała, że jak mężczyzna idzie na polowanie, to zawsze naraża się na
niebezpieczeństwo.
- My damy kiełbasę - oświadczył Łukasz.
- No, to fajnie jest! - ucieszył się Piotr. - Lecę Tośkę zawiadomić, że zwierzyna będzie.
- Zaczekaj - powiedział godnie Łukasz. - Powiedz Białej Sowie, że Czerwony Jastrząb dziękuje za
zaproszenie i przyśle bawołu przez swojego brata. Skończyłem.

Upolowana zwierzyna jeszcze tego samego wieczora była dostarczona „kobietom", które ją
troskliwie ukryły w piwnicy. Uczta miała się odbyć nazajutrz w godzinach popołudniowych.

Niestety, ważne okoliczności wpłynęły na odłożenie jej o całe dwa dni. W sobotę od rana lał deszcz
i po różnych oznakach można było sądzić, że będzie lało do wieczora.

Ciocia Isia w nieprzemakalnym płaszczu i pod parasolem poszła do pracy, nie zapomniała jednak
przedtem zatroszczyć się o zajęcia dla uwięzionych w domu dziewczynek.

- Tosieńko, ja ciebie poproszę, zajrzyjcie do szuflady, co na samym dole u mnie w szafie. Tam
pończoch dziurawych, strach, jak dużo! Nudno wam dzisiaj będzie, Boże ty mój, jak nudno! Na cały
dzień się zawlokło. To zacerujcie choć jaką jedną, drugą parę, choć dla Józinka, a tam dziewczyny dla
siebie i tak muszą. Pokaż im, Tosieńko, jak to po warszawsku, ładnie.

Jak na złość „Tosię" tego dnia bolały oczy.
- Zawsze, zawsze, jak tylko pada i taka wilgoć, to mnie zaraz reumatyzm w oczne nerwy włazi. Oj,
czy to ty, Celina - wołał Tomek chwytając Adelkę - aż mi się w oczach ćmi. Dawajcie te pończochy.

- 76 -

- Tosiu, ty nie ceruj. Przecież my umiemy - mówiła Celinka. - Ty tylko powiedz, co i jak i po ile par.
- Ale! Po ile par! - sprzeczała się Adelka. - I ty wybierzesz takie, gdzie jest mało dziur. Ja się nie
zgadzam! Tosia, sprawiedliwie, to na dziury. Ty policz i już.
- Zawsze jestem za sprawiedliwością - oświadczył Tomek. - Dawajcie pończochy.
Dziury „Tosia" widziała dobrze i rozdzieliła robotę tak, że nikt nie mógł mieć pretensji. Sama,
chociaż jej ten reumatyzm w oczach nie ustawał, wzięła się za sprzątanie mieszkania. Celina prawie
ze łzami w oczach błagała, że ona i posprząta, i zacerować swoje zdąży, ale „Tosia" uparła się.
- W domu zawsze z mamusią sprzątam. A czasami sama. Wy cerujcie. Eli przy „papudrace" też
dziś pomagam. Ela-kuchmistrz, a ja za kuchcika będę. Tylko ładnie cerujcie, żeby na wieczór ciocia
zobaczyła naszą robotę.
- Tosiu, wiesz co? - namawiała Celina, która z cerowaniem dawała sobie świetnie radę. - Ty zrób
takie wyścigi, kto pierwszy skończy swoje, ten dostanie nagrodę. Dobrze?
- Na czas? - Tomek zastanowił się: będą się spieszyć, zacerują byle jak i wszystko się skupi na
nim. - Zaczekajcie. Zrobimy cerodracką olimpiadę. Kto najlepiej zaceruje, czyli kto osiągnie najlepszy
wynik, dostanie ode mnie nagrodę. No, chcecie?
- Chcemy! Chcemy!
Najlepszy wynik osiągnęła Celina. Oceniano kolegialnie. Wszyscy orzekli, że pierwsza nagroda jej
się należy.
- Tosiu - mówił a Celina - ja nie chcę żadnej innej nagrody, tylko daj mi jedną rzecz. Dobrze?
- Zobaczę. Powiedz, jaką?
- Daj mi te prześliczne gałganki, które masz w walizce. Mówiłaś sama, że to dla lalek.
- Okay! Gałganki są twoje. Chodźmy do walizki. Celina nie posiadała się z radości, ale to nie był
koniec jej próśb.
- Tosiuniu, najdroższa, skroisz mi sukienkę? Uszyję sama. Ja potrafię. Tylko skrój. Ciocia kiedyś
pisała, że ty tak ślicznie ubierasz swoje lalki!
- Eee... kiedy to było? Ja już lalki dawno porozdawałam. Na co ci to?
- Kiedy ja tak lubię swoje. Ja ich za nic nie oddam. I one : tak dawno nie miały niczego nowego.
Chociaż co nie bądź!
- A wiesz co? Teraz są bardzo modne chusteczki na głowę. Taki trójkąt, wiesz? To sama potrafisz,
ale i ja mogę ci skroić. Poza tym, czy nie żal takich ładnych gałganków? Patrz: to z tym, a to z tym i
prawie byłby opalacz.
- Opalacz? Naprawdę? - Celinie zaświeciły się oczy.
- Jeszcze jak! Ja ci z Warszawy przyślę dokładną formę, bo trzeba tak akuratnie, jak nie wiem co.
Mamusia da, przyślę ci. Słowo.

Wieczorem przestało padać, nawet przejaśniło się, ale wszędzie na dworze było bardzo mokro.
Wyszli przed dom na bosaka, taplali się w ciepłych kałużach, patrzyli na niebo, będzie czy nie będzie
na niedzielę pogoda?

Ciocia Isia wróciła z nowiną: jutro do miasta idzie ciężarówka tartaczna. Kto chce, może jechać.
Ciocia chce zabrać całą dzieciarnię. Taka okazja! Wrócą dopiero na późny obiad, który dzisiaj
przygotuje, żeby tylko odgrzać.

Projekt wywołał okrzyki radości i skakanie aż do nieba.
- Na lody pójdziemy! Na lody!
- Wystawy zobaczymy!
- I do parku! Do parku!
- A ja będę siedział koło szofera! - oświadcza Józinek. Ciocia zadowolona, że sprawiła tyle radości,
mówi:
- Ja wiedziałam, że się ucieszycie. Zaznaczyłam, że moja piątka pojedzie.
Chociaż niedziela to teraz dla mnie jedyny dzień, żeby w domu pobyć. Niech tam. Miałam was rano
szorować wszystkich po kolei. Ale to nic, nagrzejemy jutro wieczór wody, balię w kuchni ustawimy i
będzie kąpiel aż miło!
- Mamusiu, Tosię też? - pyta Adelka.

- 77 -

- Nie, nie, ciociu. Ja sama! Ja dziękuję!
- Sama to sama, a plecy ja tobie uszoruję pięknie. Plecy samemuż człowiekowi trudno, nie?
- A ja cię będę polewać - proponuje Celina, szczęśliwa posiadaczka ślicznych gałganków.

„Tosia" od rana mało nie płacze. Tak się cieszyła na wyjazd do miasta!
Przecież to takie przyjemne urozmaicenie! Obiecała dziewczynkom kupić za swoje pieniądze lodów
i ciastek. A tymczasem tak niezręcznie stąpnęła, wstając z łóżka, że skręciła nogę. Kuśtykała teraz po
mieszkaniu - kuśtyk, kuśtyk - i krzywiła się przy każdym kroku, aż jej się cały nos zmarszczył .
Ciocia Isia przestraszyła się. Obejrzała sama nogę, poprosiła nawet matkę cyganów, panią
Włodarską, która się znała na takich sprawach.
- Noga nie puchnie, a że boli przy dotknięciu i chodzeniu, to znaczy, że tylko ścięgno nadciągnięte.
Nie forsować, nie chodzić, można okład z zimnej wody zrobić, do wieczora ból powinien przejść -
orzekła sąsiadka.
O mały włos nie zrezygnowano z całej wycieczki. Ciocia Isia zastanawiała się - jednak „Tosia"
tłumaczyła, że nawet dobrze, aby ktoś w domu został, a poza tym niech chociaż ciastek jej przywiozą!
Tak lubi ciastka! W dziewczynkach toczyła się widoczna walka między uprzejmością dla gościa a
ogromną chęcią na wycieczkę do miasta. Przecież w ich warunkach była to wielka wyprawa. Wreszcie
wszystkich przekonał roztropny argument Adelki.
- Mamusiu! Tosia ma Warszawę co dzień, a co dzień. I rano, i wieczorem. Co dla niej jechać do
Ełku? Wielkości! A ciastek przywieziemy!

Pogoda, jak to się mówi, dopisała. Odkryta ciężarówka zajechała przed dom pusta. Amatorów
wyjazdu zbierano, zaczynając od tego końca osady. Józinek cieszył się, że miejsce przy kierowcy
wolne. Łukasz, Maciek i Paweł jechali z rodzicami. I Piotr, i Leszek. A każdy dźwigał plecak albo
chlebak z żywnością.

- Jeść się zechce, wiadomo - powiedziała ciocia Isia - a kto ze sobą nosi, nikogo nie prosi.
„Tosia" nie wytrzymała, kuśtykając wyszła przed dom pomachać ręką odjeżdżającym. Na twarzy jej
malował się tkliwy żal, ach, gdyby mogła jechać ze wszystkimi razem!!! Ale nie mogła!...
Kiedy ciężarówka zniknęła na dobre w sinej dali, ból skręconej nogi ustąpił w cudowny sposób.
Tomek biegał jak wyścigowiec między drwalką a kuchnią. Złożył w skrzyni spory zapas drzewa.
Rozpalił ogień, aż się blacha zarumieniła, i postawił na niej kociołek oraz imbryk pełen wody.
Plan ze wszystkimi szczegółami obmyślił jeszcze wczoraj, zanim usnął.
Koło pompy przed kuchnią stoi duża blaszana beczka po karbidzie. Naleje w nią wody, doleje
trochę gorącej i wyszoruje się na medal. Do tego, aby go ciocia Isia kąpała wieczorem z pomocą
Celiny, dopuścić nie można. To zrozumiałe.

Tomek biegnie teraz do beczki,
może trzeba ją najpierw trochę
umyć.
Zagląda do niej, o psia kolka!
Nie ma w niej dna! Tak tylko stoi
na trawie i w błąd wprowadza
porządnych ludzi. Wściekły
przewraca beczkę i tak kopie, aż
z głuchym dzwonieniem toczy
się po ziemi do wielkiego
drewnianego cera.
A ten ceber? Ma doskonałe dno
i napełniony jest prawie do dna
czystą wodą. Stąd czerpie się ją
konewkami do podlewania
ogródka. Dziś nie trzeba tego
robić, bo wczoraj padał deszcz Ceber jest dużo większy, Tomek na wszelki wypadek stawia na kuchni
jeszcze jeden garnek. Nie boi się zimnej wody, przecież w basenie, który z tęsknotą wspomina, teraz

- 78 -

wody nie grzeją. Ale tam człowiek pływa, rusza się, rozgrzewa aż miło, a tu trzeba będzie wleźć, żeby
się tylko umyć. Poza tym może cioci nie zadowoliłoby mycie w zimnej wodzie? Tomek chce się
zaasekurować ze wszystkich stron. Zimna woda już odlana, gorąca dolana - temperatura akurat taka,
żeby było przyjemnie wejść.

Chłopiec rozbiera się w domu, wychodzi tylko w szortach, przy cebrze zrzuca je, wskakuje do wody
i obficie namydlony szczotką zaczyna się szorować. Stoi w kadzi swobodnie, woda sięga mu prawie
do pach, a gdyby usiadł, skryłaby go całego.

Co tu dużo gadać, przyjemnie jest od czasu do czasu wychlapać się. I ciocia ma rację - potrzebne
to. Tu łazienki nic ma. Musi ją zastąpić balia.

Teraz plecy, pewnie, że do tego potrzeba trochę akrobacji, ale nawet w domu myje sobie plecy
sam. Już chyba rok albo więcej mamusia mu w tym nie pomaga, wystarczy długa szczotka na kiju. No
nic, da się i tutaj radę. Już. Za jednym zamachem trzeba i głowę umyć. Jak te włosy urosły. W
Warszawie pierwsza rzecz - fryzjer.

Z namydloną głową daje nurka raz, drugi, trzeci. Już lepiej głowy nie opłucze. Trzeba tylko wytrzeć.
O raju! Ręcznik został w kuchni!

Kiedy przejechawszy po twarzy dłońmi otrząsa kapiącą z włosów wodę i otwiera oczy, widzi o parę
kroków od kadzi Leszka.

- Toś ty nie pojechał? - dziwi się Tomek.
- Nie. Zostałem z mamą. Mamusię głowa boli, leży w łóżku.
- Szoruj do matki, może coś jej potrzeba.
- Nie. Mamusia śpi. Kazała mi być cicho, to wyszedłem.
- Leszek, odklep się stąd. Nie widzisz, że się kąpię?
- Widzę. I tak sobie myślę: co włożysz, jak wyjdziesz, bo świniaki majtki ci zawlokły, o tam!
Tomek okrywa się gęsią skórą. Faktycznie, jego szorty targają pod płotem dwa małe wieprzki.
- Czyje to świnie? Wasze?
- Nie, przylazły gdzieś z końca.
- Leszek, odbierz im moje szorty, bój się Boga, podrą!
- No to co?
- Taki jesteś? Nie przyniesiesz?
- Nie.
- To skocz do nas. W kuchni został mój ręcznik. Bądź człowiekiem, chłopie!
- Nie mogę. Piotrek mi zakazał. Powiedział, że ty tutaj wszystkim rządzisz, to niech on ma chociaż

mnie. I powiedział, że jeżeli będę ciebie słuchać, to on ze mnie
marmoladę zrobi. Nie mogę.
- A ja z ciebie, jeżeli zaraz nie przyniesiesz ręcznika i majtek,
marynatę w occie zrobię! W tej samej kadzi, słyszysz?
- Octu w spółdzielni nie ma! Mama wczoraj chodziła.
- Stłukę cię na kwaśne jabłko! Jak tylko wyjdę.
- Wyjdź.
- Zaraz pójdę do twojej mamy i powiem, że dziewczyny podglądasz.
- Nie podglądam, tylko patrzę.
- Szczeniaku! - wrzasnął Tomek i chlusnął wodą wprost na chłopaka.
Leszek odskoczył na bezpieczną odległość i stał, nie mając namiaru
odejść.
Sytuacja była po prostu tragiczna. Gdyby chociaż ręcznik! Nic! Nic!
Nawet łopianowe liście rosły za daleko.
Tomek rozglądał się rozpaczliwie. Obok kadzi, w zasięgu ręki, a
niewidoczna dla oczu Leszka leżała blaszana beczka bez dna.
Tomek ustawił ją w mgnieniu oka i zanim się Leszek zorientował,
przeskoczył do jej wnętrza.
Przysiadł, rozepchnął się w niej rękami i na nich unosząc blaszankę ruszył tak groźnie w stronę
malca, że ten wystraszony uciekł, ile sił w nogach.

- 79 -

Dobrnięcie w blaszanym stroju do kuchni nie przedstawiało już żadnych trudności.
Na próżno kilkakrotnie i w różnych miejscach zasadzał się la Leszka. „Wstrętny gówniarz" nie
wytykał nosa z domu. Dopiero kiedy usłyszał warkot wracającej ciężarówki, wyleciał naprzeciw i
zakomunikował wysiadającej gromadzie:
- Waszej Tośce świnie majtki zeżarły!

- Nie, ciociu, nic się nie stało - tłumaczyła się gęsto „To-ia". - Noga tak mnie bolała, wsadziłam ją do
cebra, trochę mi ulżyło. Teraz już zupełnie przeszło i pomyślałam sobie, że na taki upał przyjemnie się
wykąpać. Zdawało mi się, że wszyscy pojechali, wyszorowałam się na wysoki połysk, niech ciocia
patrzy, jakie nogi i plecy, i głowę też. I jakieś obce świniaki szorty mi pod płot zawlokły, ale rozdarły
tylko w jednym miejscu. No i ten rudy Leszek tak się paskudnie zachował, że po prostu wstyd!

- To świntuch, pewnie chciał podglądać- oburzyła się Ela.
- No właśnie, ale go nauczyłam rozumu i jeszcze mu pokaże.
- Nie trzeba, Tosiu, nie trzeba. To głupie jeszcze. Wystarczy, że przygroziłaś, wystarczy - łagodziła
ciocia Isia.
Ale Tomkowi absolutnie wystarczyć to nie mogło.

Uczta miała się odbyć w poniedziałek po południu.
Żemajtisiaki dumne z tego, że odbędzie się na ich terytorium, dopytywały o program uroczystości.
- Tosia, i dzisiaj ich już zagniesz, na amen, tak?
- I żeby leżeli u naszych nóg, tak?
- Żeby raz na zawsze wiedzieli! Żeby się nas słuchali.
- Głupie jesteście! - zdenerwowała się „Tosia". - Zagięci już dawno, Łukasz przyszedł i prosił, żeby
się razem bawić, tak? Piotr przyszedł prosić o to samo, tak? I o mało się za łby o mnie nie wzięli.
Jeszcze wam mało? Nie rozumiecie, że ja tu wszystko dla waszego dobra kręcę? No tak! Przecież ja
pojadę. Wy zostajecie. I znowu macie jak te wilki zęby na siebie szczerzyć? Podciągnęłam was, jak
tylko mogłam. Teraz możecie, od biedy, we wszystko z nimi się bawić.
- Od biedy? - przeciągle zdziwiła się Ela.
- A kto będzie rządzić? - pytała Adelka.
- Ten, kto najstarszy. Dopóki ja tu jestem, ja. Potem Łukasz.
- On tylko o trzy miesiące starszy od naszej Eli - dowodziła Celina.
- Ale starszy. Ja jestem za sprawiedliwością. Jakby sprawiedliwości na świecie nie pilnować, toby
się wszystko pokiełbasiło, że coś okropnego. A Łukasz ma olej w głowie, ma. Jak zasunął nowy
pomysł, to nawet Tomek powiedziałby, że mucha nie siada. Tak!
- Jaki pomysł? Jaki?
- Dziś przy fajce usłyszycie. A teraz, Adelka, leć do Czarnego Orła.

- Czarny Orle - recytowała Adelka - nasz wódz Biała Sowa prosi cię, abyś na ucztę przybył sam,
bez brata.

- Dlaczego? - nastroszył się Piotrek, a obecny przy tym Leszek aż oniemiał z oburzenia.
- Dlatego, dlatego, że... Biała Sowa się wstydzi, że wczoraj... w tej beczce... twój brat ją widział.
- Tak! - krzyknął wściekły Leszek. - Teraz to się wstydzi. A wczoraj na golasa skakać to się nie
wstydziła! Widziałem przecież, nic a nic na sobie nie miała!
- Właśnie dlatego się wstydzi - powiedziała dobitnie Adelka i godnie obróciwszy się na pięcie,
odeszła.

Smakowicie skwierczały nad ogniskiem kawałki kiełbasy i wędzonej słoniny. Tłuszcz skapywał w
długą rynienkę ustawioną na węglach. Rożen obracali najmłodsi: Maciek, Adelka i Józinek.

- 80 -

Starszyzna siedziała w milczeniu, podając sobie poważnie z rąk do rąk fajkę pokoju: długi patyk,
którego rozżarzony koniec dymił cienką strużką.

Jak było w zwyczaju u zaprzyjaźnionych plemion, Czerwony Jastrząb i Czarny Orzeł nie przybyli z
pustymi rękami. Pierwszy przyniósł torbę papierówek, drugi - kilkanaście kostek cukru. A jednak dary
Białej Sowy przygotowane dla gości przewyższały wszystko, czego się można było spodziewać.
Czerwony Jastrząb i jego prawa ręka (to było zręcznie, ale wyraźnie wplecione w orację) otrzymali
dwa przepiękne, kolorowe pióropusze.

Całe szczęście, że zwyczajem prawdziwych dzielnych wojowników indiańskich jest skąpe
przerzucanie się słowem. Chłopcy byli tak olśnieni darami, które natychmiast nałożyli na głowy, że
trudno byłoby im cokolwiek powiedzieć, chyba że wyraziliby swoje mniemanie o Białej Sowie:

- Co za dziewczyna!
Biała Sowa sprawiedliwie rozdzieliła chleb, kawałki słoniny, kiełbasy, kostki cukru, a wreszcie po pół
ciastka (zostawione przezornie od wczoraj). Po tak wspaniałej uczcie trudno już było zachować spokój
i milczenie. Postanowiono zaśpiewać. Niestety, żadnej indiańskiej pieśni nawet „Tosia" nie znała. Brat,
owszem, znał kilka, ale nie zdążył jej nauczyć. Tym bardziej że cała jego klasa śpiewała „Marinę", i to
po włosku.
- Po włosku to też coś takiego... nie po polsku! - stwierdził snobistycznie Piotr, wyrażając chęć
nauczenia się „Mariny".
Inni poparli go i oto za chwilę śpiewano za „Tosią" dobrze znaną z radia melodię:

Marinaa! Marinaa! Marinaa!
non devi lasciare mai piu...

Tomek w głębi serca obawiał się, że po najważniejszej części, to znaczy: spożyciu udźca dzikiej
bawolicy, nie będzie miał czym wypełnić czasu potrzebnego do upieczenia schowanych w żarze
ogniska ziemniaków, które miały zakończyć uroczystość. Pomógł mu, ani się tego domyślając,
Łukasz. Kiedy kilkanaście razy odśpiewana „Marina" znudziła się i nastąpiła chwila wyczekującego
milczenia, Czerwony Jastrząb powiedział :

- Biała Sowo, prosimy cię, opowiedz nam o swoim bracie.
- Opowiedz! Biała Sowo, opowiedz! - zabrzmiało zgodnym chórem.
Czerwony Jastrząb chciał wyrazić swą prośbę surowo i twardo, jak na dojrzałego męża przystało,
nie on był winien, że wbrew woli głos jego zabrzmiał lirycznie. A chór zadźwięczał już gorącą tęsknotą
zwykłego człowieka do szczytów ideału. Pewnie dlatego i „Tosia" zaczęła trochę wzruszona.
- Mój brat! O, mój brat Tomek...
I popłynęła długa opowieść o chłopcu, który wszystko umiał, wszystko przewidywał, każdemu
zawsze pomógł, zawsze obronił, nauczycielom się nie dawał, wrogów swoich unicestwiał, cieszył się
powszechnym uznaniem, jednym słowem - nie miał sobie równego...
- Szkoda, że nie przyjechał tu z tobą - stwierdził z westchnieniem Łukasz, kiedy Biała Sowa
skończyła.
- O raju! Co to byłyby za wakacje! - dał się ponieść wyobraźni Piotrek. - Sześciu chłopaków na
cztery dziewczyny! Spuścilibyśmy wam takie lanie, że, niech ja skroś ziemi przepadnę, chodziłybyście
jak naoliwione!
Po takich nieoględnych, szczerych słowach zrobiła się taka cisza, że nagle wszyscy usłyszeli
grającego gdzieś w trawie świerszcza. Piotrek zorientował się, że palnął głupstwo, i aż głowę w
ramiona wtulił.
Biała Sowa uprzejmie, jakby niczego nie zauważyła, rzekła:
- Zobaczymy, może owoce drzewa chlebowego są już gotowe do spożycia.
Uwaga wojowników zwróciła się na wydobywane z żaru przysmaki. Jednocześnie Adelka zapytała
rzeczowo:
- A ten pomysł? Czekam, czekam i nic?
Tomek skarcił wzrokiem niezdyscyplinowaną squaw, ale w głębi duszy rad był, że i to zatrze
niedyplomatyczną wypowiedź gościa.
- Czerwony Jastrzębiu, prosimy cię, zapoznaj zebranych wojowników z twoim wspaniałym
pomysłem.

- 81 -

Czerwony Jastrząb przełknął jeden i drugi kęs pieczonego kartofla, skupił się, wreszcie powiedział
poważnie, ale bez silenia się na specjalne efekty:

- Biała Sowa opowiadała mi, że z książki „Krzyżacy" robią teraz film.
Biała Sowa widziała nawet fotografie Zbyszka i Maćka, i Juranda ze Spychowa, i Wielkiego Mistrza
Zakonu. Ja czytałem „Krzyżaków" dwa razy...
- Ja raz, ale jeszcze raz przeczytam! - przerwał nieobyczajnie Piotrek. - To fajne. Elka, czytałaś?
- Czytałam, ale tylko tam, gdzie rzadko pisane.
- Noga jesteś!
- Co jest! - krzyknął Tomek. - Przemawia Czerwony Jastrząb!
- .. .i jeszcze raz będę czytać - ciągnął Łukasz - bo, jak powiedział Czarny Orzeł, to fajna książka. I
tak sobie pomyślałem: jeśli ją filmują, to i my możemy bitwę pod Grunwaldem odegrać. Miejsca jest
dosyć, nie? - zataczając wkoło ręką sprawdził, jakie wrażenie zrobiła ta propozycja na obecnych.
Celina, Adelka i Józinek, a także Maciek nie bardzo wiedzieli, o jaką bitwę chodzi, i patrzyli
bezradnie to na Tosię, to na Łukasza, oczekując dalszych wyjaśnień.
Ale już Piotrek, jakby szydłem dźgnięty, porwał się na nogi.
- Łukasz, a kto będzie Zawiszą?
Łukasz nie odpowiedział, tylko podniósł się, a gdy za nim powstali inni, zaczął pokazywać:
- Tu spod lasu wyjdą wojska polskie. Tam na górce będzie stał król Jagiełło, a stamtąd zaczną
wychodzić Krzyżacy i wtedy zacznie się bitwa na całego.
- Ale będzie bitwa! Ale będzie naparzanie! - wołali chłopcy na wyścigi i porwawszy jakieś patyki z
ziemi zaczęli odtańcowywać dziki, wojenny taniec wokół Łukasza.
Dziewczynki przysunęły się do Tosi. Nie były wcale zachwycone pomysłem. Może Tosia dla nich co
innego wynajdzie? Ale Tosia właśnie oceniała wprawnym okiem teren i naradzała się z Łukaszem.
- Tosiu, a my? A my co? - pociągnęła ją za łokieć Celina.
- Wy? Za rycerzy będziecie. Za prawych polskich rycerzy, co Krzyżakom swojego kraju nie dadzą.
- Tosiu - szepnęła Ela - a za królową Jadwigę mogłabym być? Ja bym bardzo chciała, co?
- Mogłabyś, ale to nic ciekawego. Kiedy Jagiełło prał Krzyżaków, to Jadwiga leżała w ciemnej
mogile.
- A ty też chcesz się w te wojny bawić? - pytała Adelka. - Chłopaki coś wiedzą, ale dla mnie i dla
Celiny to zupełnie za gruba książka.
- Nie bój się, ja wam wszystko opowiem. Nagle zza domu wyłoniła się ciocia Isia.
- A gdzież wy wszyscy? Zachodzę do domu, ani żywej duszy!
Przestraszyłam się. Chodźcie! Na kolację pora.
Dziewczynki pobiegły do matki. Łukasz, Paweł i Tomek starannie zadeptali ognisko i zasypali je
ziemią. Kiedy już mieli się rozejść, Tomek wyciągnął do Piotra zawinięty w liść chrzanu kawałek
kiełbasy z rożna i pół ciastka.
- Dla Leszka - powiedział. - Niech się przed bitwą wzmocni.

List ojca do Tosi.

Tosieńko najmilsza! Nawet nie skrobniesz do swego tatusia, który
bardzo za Tobą tęskni i cieszy się, że tak dobrze wyglądasz. Pisała mi
o tym mamusia. Tomek podobno dobrze się sprawuje i uczy się
historii, a co najdziwniejsze, do tej pory jeszcze nic nie zmalował.
Pewno nie chcą mnie martwić. Ja w cuda nie wierzę, ale może ta
ostatnia kara otrzeźwiła chłopaka. Moja robota już skończona i
oddana. Szykuję wszystko na sierpniową wyprawę.

Całuję Cię, córeczko
Ojciec

List Krysi do Tosi.

- 82 -

Ukochana Tosiu! Nigdy nie myślałam, że jesteś tak podła.
Obiecałaś pisać i co? Ja tu się nudzę jak mops. Na randki z Cześkiem
nie chodzę. Pożyczył ode mnie kryminałkę i od tej pory go nie
widziałam. Waszego Tomka ma nabić jeszcze raz, tylko już
zapomniałam, za co. Miałam się wtedy zapytać, co zrobiłaś z tą
kurzajką na lewej ręce. Jedna moja ciocia ma też kilka i chce zgubić.
Napisz zaraz. Czy tam są jacyś chłopcy? Jak się czujesz?

Całuję Cię 1000 razy.
Twoja Krystyna

List „Tosi" do Krysi.

Ukochana Krysiu!
Czuję się tu bardzo potrzebna i nie mam wcale czasu, bo jest tu aż
sześciu chłopców i do tej pory nie widzieli takiej dziewczyny jak ja.
Uregulowałam ich metodą Joli. Zupełnie potracili głowy. Chcieli się
przeze mnie pozabijać. Bałwany! Kurzajkę smaruj koperwasem. Nasz
Tomek z Cześka zrobi naleśnik jedną ręką.
Całuję Cię 11111 x 11111, czyli 123 454 321 razy.
Sprawdź, jak nie wierzysz.

Twoja Antonina

List Tomka do Tosi.

Droga To!
Wszystko mi tu idzie na wysoki połysk, oprócz mycia. Ciocia Isia
pod tym względem przesadza, jak zwykle kobiety, a może jeszcze
więcej. Chciała mnie nawet w balii szorować, więc już dla świętego
spokoju szyję myję co dzień, a uszy co drugi wieczór. Istna tortura!
Jak tak dalej pójdzie, to sobie całą urodę zmyję.
Tymczasem powodzenie mam tu szalone. Chłopaki przeze mnie do
oczu sobie skaczą, ale ich też podregulowałem. Teraz
przygotowujemy bitwę pod Grunwaldem, więc możesz sobie
wyobrazić, ile mam roboty, bo bitwa bitwą, a obiad musi być co dzień
ugotowany i mieszkanie sprzątnięte. Za kartkę w historii spiorę Cię na
kwaśne jabłko - strasznie mnie to rąbnęło.
Czy łapiesz ryby? Pamiętaj, że najlepsze robaki spod krowiego
placka. Za sukienkę w różyczki spiorę Cię niezależnie od wszystkiego
- pół niedzieli musiałem w niej chodzić, wszystkie babki obracały mną
jak manekinem.
Wytęp kurzajkę na ręce, bo Kryśce napisałem, że Ci zeszła od
koperwasu.
Do widzenia ślepa Gienia.
Twój kochający Cię brat

To

- 83 -

Rozdział 14.

Pokoik na facjatce zmienił trochę wygląd. Stół jest przykryty płócienną serwetą, a na nim stoi siwak
zawsze pełen świeżych kwiatów, a w oknie doniczka kwitnącej pelargonii, na czysto wyszorowanej
podłodze leży pstry szmaciak. Ciocia Ola, ile razy tu przyjdzie, wzdycha: „Żeby to moi chłopcy tak
chcieli". Bo przecież wystarczy tylko chcieć...

Jurek, który tu przepytuje stryjecznego brata z nieszczęsnej historii, mruczy z pogardą: „Jak u
dziewczyny".

Prawdę mówi. Przecież tu mieszka dziewczyna zamieniona w chłopaka. Przez przypadek? Przez
złośliwy figiel losu? Przez rozdmuchane pojmowanie honoru tego, którego skórę musiała odziać na
kilka tygodni?

Tylko kilka tygodni, na szczęście! Jeżeli Tosia zazdrościła kiedykolwiek bratu jego pewności siebie,
jego samodzielności, a czasami nawet jego starszeństwa - to wyleczyła się z tego radykalnie. Sto
razy, tysiąc razy woli być sobą niż Tomkiem.

Dobrze jej u cioci Oli, u wujka Stefana, ale jakże to byłoby wspaniałe, gdyby mogła tu żyć prawdą, a
nie na każdym kroku czuwać, drżeć, że zaraz się zdradzi i nie podoła warunkom podjętej gry, a potem
długo, przy każdej okazji będzie musiała słuchać: „A widzisz! A przekonałaś się!"

Już tylko o to, o te ambicjonalne względy chodzi. Bo można by przecież napisać do mamusi, ona
pomogłaby na pewno i jakoś załatwiła sprawę z ojcem - tym bardziej że tatuś pracę na konkurs już
oddał. Ale Tomek?

Jeszcze dzisiaj rano Tosia z radością sprawdzała w kalendarzyku: niecały tydzień i będzie
wyzwolona! Już niedługo skończą się zmartwienia!

A przy obiedzie wuj Stefan, który ze starszym synem wybierał się do miasta, powiedział:

- Jurek, wstąpimy dzisiaj do fryzjera. Najwyższy czas na ostrzyżenie czupryn. A za Tomka i Heńka
wezmę się jutro. Chłopaki, przyjdźcie do mnie raniutko, przed śniadaniem, potem już czasu nie mam
ani chwili.

Tosia musiała mieć dziwną minę, bo wujek dorzucił:

- Czego się boisz? Maszynkę mam dobrą. Zrobię was na zero elegancko, wcale nie gorzej niż w
Warszawie.

- Wujku... ja dziękuję... nie!... Po co tyle kłopotu. To już w Warszawie...

- E, mój drogi, nie możesz od nas wrócić do rodziców zarośnięty jak yeti. Gdyby nie było maszynki,
to co innego. Ale jest, więc tak jak powiedziałem, jutro raniutko.

To był przecież tatusia rodzony brat! Nie po raz pierwszy Tosia widziała, że co raz powiedziane -
nie podlegało żadnej dyskusji. Jeszcze ją Heniek pocieszył w przelocie: „Nie bój się, maszynka trochę
drze, ale nie bardzo!"

O Boże! To ona codziennie rano i wieczorem, ani razu o tym nie zapomniawszy, szczotkowała
swoją czuprynę, i to zgodnie z przepisem: każdą stronę sto razy z włosem i sto razy pod włos. I tak
skutecznie, że fryzura mogła już uchodzić za „garsonkę". Tylko z tyłu trochę przyciąć i głowa będzie
bardzo zręcznie wyglądać. Nareszcie pozbyła się tego szpecącego dziewczynkę ostrzyżenia! A wujek
- na zero!

Tosia jest po prostu zrozpaczona. Trzymała się dzielnie, dopóki nie została w domu sama. Wujek
odjechał z Jurkiem. Ciocia z Heniem poszła na Bobrzynkę do Kamionków - Basia podobno jakieś
nadzwyczajne rydzowe miejsce wynalazła. Tosia wymówiła się historią: przecież to już niedługo
koniec lipca, a w sierpniu, na kajakach, niewiele będzie okazji do zajrzenia w książkę. Została ze
swoim zmartwieniem.

Zwykle o tej porze słychać kroki w pokojach na dole, a w okno facjatki wpada
przedpodwieczorkowa krzątanina między kuchnią a stołem pod gruszą.

Teraz ciszę przerywa tylko przeraźliwy gulgot indyczki, której duże dzieci wykazują coraz więcej
samodzielności, i głuchy, miarowy stuk siekiery z drugiego końca domu. To brat gajowego spędza tu
urlop i wywdzięcza się rąbaniem drzewa na opał.

Tosia czuje, że jeżeli nie wymyśli żadnego ratunku, to... chyba ucieknie na stację i niech się dzieje,
co chce.

Co robić? Co robić?

Patrzy na uwiązanego w sadzie Busia. Taki mocny, taki ogromny, a nie może sobie poradzić z
muchami. Tną go na grzbiecie, pod brzuchem, koło oczu. Wzdryga się cały, macha ogonem, strząsa

- 84 -

grzywą, to przednim kopytem pacnie, to kolanem przygniecie. Zjadliwce odpadają, aby za chwilę
wszystko zacząć od początku. Wściec by się można, a on nic, ciągnie za sobą pobrzękujący łańcuch i
chrupie ze smakiem trawę. Czy to taka cierpliwość, czy może on wie, że tak musi być?

Tosia też wykazała dużo cierpliwości, ba, czy nie można by tego nazwać nawet męstwem? Ileż
strachów tutaj pokonała? Żeby chociaż kto widział!

Żeby ocenił! Dla chłopaka to są zwyczajne rzeczy, ale dla dziewczyny - dla dziewczyny! Ach, gdyby
chociaż można było opowiedzieć Krysi!...

Nie! Włosów obciąć nie da! Powie wujkowi, że w Warszawie, w ich szkole nie noszą takich krótkich
albo że... że... ach, czym by tu wujka przekonać?!

Tymczasem, pomimo całej dramatycznej sytuacji, chrupanie Busia przypomina o podwieczorku.
Kilka tygodni zdążyło już nastawić żołądek jak zegarek - chce się jeść.

Tosia zamyka książkę, głęboko wdycha płynące oknem aromatyczne powietrze (dziesięć sekund-
wdech, dziesięć-w płucach, dziesięć - wydech, to podobno pomaga na zmartwienia) i zbiega na dół,
aby zagryźć i popić zostawionymi w szafie przysmakami.

Z nią razem pędzi Bączuś. „Pędzi" to może niewłaściwie powiedziane, jeżeli mowa o schodkach.
Bączuś nie schodzi normalnie. Ciężki brzuch, który jest w jego postaci największy, przeważyłby i
pchnął go od razu w dół. Psia powaga, a co ważniejsze, całość członków byłyby narażone na szwank.
Bączuś musi mieć w tym względzie jakieś doświadczenie, gdyż ze strychu schodzi jak człowiek z
drabiny - tyłem, mocno trzymając się przednimi kończynami i ostrożnie spuszczając ze stopni tylne. Za
każdym razem jest to istne przedstawienie cyrkowe i teraz Tosia, podziwiając zręczność Bączusia,
musi się uśmiechnąć.

Na ganku, w swoim zwykłym miejscu, pod ławą, wypoczywa Kania. Właśnie warknęła gniewnie i
ciężko podniosła się na nogi.

Tosia, zamiast do stołowego, skręciła na ganek i spojrzała w stronę furtki.
Wchodziło przez nią dwóch jakichś obdartych i zarośniętych drabów. Nie byli starzy, a wyglądali na
żebraków.
„Żebracy przecież nie chodzą parami!" - pomyślała Tosia i krzyknąwszy do Kani: „cicho!", stanęła
na pierwszym stopniu.
Jeden z brodatych podszedł szybszym krokiem i zapytał uchylając czapki:
- Przepraszam, czy jest pan leśniczy?
- Nie, pojechał do Lublina.
- A może pani leśniczyna?
- Też nie ma jej w domu.
- A czy jest ktoś ze starszych?
- Nie, ja sama jestem.
Brodaty zmierzył ją bacznym spojrzeniem; powiedziała „sama". Jego towarzysz podszedł bliżej.
Spojrzeli na siebie. Tosi wydawało się, że porozumiewawczo. Dopiero teraz przelękła się, a jeżeli to
złodzieje?
Wypytali ją, a ona zamiast dowiedzieć się, czego chcą, najgłupiej w świecie powiedziała, że nikogo
w domu nie ma. Nikogo! Jakby na złość, stuk siekiery też od kilku chwil ucichł. Dom robił wrażenie
bezbronnego, bo cóż znaczy jedna, choćby i w spodnie ubrana, dziewczyna?
- A... panowie czego chcą? - zapytała, nadrabiając miną.
- O, my na razie niewiele - powiedział ten drugi. - Tylko trochę wody dla spragnionych podróżnych.
- Ale później poprosimy o więcej, bo aż o gościnność - dodał pierwszy, i to wydawało się Tosi
bardzo podejrzane.
Co to znaczy „gościnność" - może będą chcieli wejść do domu? Przecież obydwóch nie upilnuje,
złapią coś i szukaj wiatru w polu!
- Ja... ja zaraz panom wody przyniosę - powiedziała. - Proszę tu zaczekać. Do domu nie
zapraszam, bo te psy są bardzo, bardzo złe - pokazała ziewającą straszliwymi zębami Kanię i
Bączusia, który powarkiwał na obcych. Bączuś znowu dodał jej otuchy, miał zwyczaj wpuszczać
obcych, jakkolwiek robił to bez entuzjazmu, ale jeżeli nie było nikogo z domowników, nie wypuścił za
nic, stawał się wtedy groźny i skakał dosłownie do gardła.

- 85 -

- Bączuś, siedź tu! - rozkazała i weszła do domu.
Ale nie skierowała się do kuchni, na to zawsze będzie czas. Szybko wbiegła do gabinetu wujka,
stamtąd dosyć karkołomnym skokiem z okna na drugą stronę domu, oj, pokrzywy! Kilka kroków i już
jest przy drzwiach do mieszkania gajowego. Leśkiewicz siedzi na ławie, je podwieczorek.
- Proszę pana! Niech pan do nas idzie! Prędko! Jakichś dwóch oberwańców stoi przed gankiem, a
ja jestem sam! :
- Wiem, pani leśniczyna mówiła. Już idę.
Chyba dwumetrowe chłopisko zostawia chleb i mleko na ławce, bierze w rękę kijaszek i idzie na
front domu. Tosia tymczasem biegnie drugą stroną, ile sił w nogach, do kuchni, stawia dwa kubeczki
napełnione wodą na tacce i teraz przez stołowy i sień wychodzi na ganek.
Leśkiewicz rozmawia z brodatymi, którzy przy jego wzroście stracili wiele z groźnego wyglądu. Piją
wodę ze smakiem. Może są naprawdę spragnieni?
- Tomku, to panowie autostopy, pytają o nocleg.
- I kolację, proszę pana, również. W takiej podróży apetyt ma się nielichy - śmieje się ten pierwszy.
- Pieniądze mamy - dorzuca drugi - zapłacimy chętnie za mleko i ewentualną jajecznicę.

- 86 -

- A przecież tędy samochody nie chodzą! To jest boczna droga! - dziwi się Tosia.
- To nic, jutro wrócimy na szosę, a przenocować gdzieś trzeba. Tu nas skierował drogowskaz:
„Leśnictwo - 2 kilometry". Ale ty, chłopcze, wystraszyłeś się trochę, co? Przyznaj się.
- Proszę na mleko do nas, szwagierka poczęstuje - przerywa Leśkiewicz. - A skąd panowie jadą?
- Z Poznania do Gdańska, a potem przez Toruń, Warszawę, Łuków, aż tutaj - odpowiada idąc do
mieszkania gajowego.
- Mnie te brody przestraszyły! - woła za nimi Tosia i jednocześnie widzi na skraju lasu od przesieki
ciocię Olę i Heńka.
Pędem puszcza się naprzeciw. Bączuś obok niej, chociaż można się dziwić, jak sobie dobrze radzi
z własną wagą.
- Ciociu! Autostopy przyszły! Jakie śliczne rydze! Z takimi brodami! Na kolację! Chcą nocować! Ja
się przestraszyłem, bo i te brody, i nie myli się chyba z tydzień! Strasznie lubię smażone. Ale zaraz
buch! Przez okno i do Leśkiewiczów, i teraz oni tam poszli na mleko do gaj owej. A z solą na blasze
też pyszne! To wszystko z Bobrzynki?...
I Heniek, i ciocia Ola zrozumieli z tego bigosu, co trzeba.
- A prosiłam Leśkiewicza, żeby miał oko na dom. Jak to na nikogo się spuścić nie można. To on u
siebie siedział? Ale psy były? No, Kania, chociaż stara, obcego nie puści - mówiła ciocia.
- A Bączuś nie wypuści - dodał Henio.
- Trzeba ich wylegitymować, jeśli co porządnego, mogą przenocować na sianie. Rydze na kolację
zrobimy tak, jak lubisz. Wuj też lubi na maśle.
- Mamusia, ale na blachę dasz?
- Dam wam i na blachę. Wszystkie są z Bobrzynki. Zatrzęsienie.
- Tomek, żałuj, że nie byłeś z nami - opowiada Heniek. - Mówię ci, rydzów tyle, że kosą kosić.
Najpierw zbierałem wszystkie, później to wybierałem, które ładniejsze.
- Ciociu, a pójdziemy tam jeszcze?
- Pojedziemy. Trzeba duże kosze wziąć i wóz. Ogromny urodzaj na rydze w tym roku. Zasolimy
beczułkę i marynaty też już trzeba zrobić. Jutro skoro świt pobudzę was i - na rydze z Busiem.
- Oj, ciociu! - Tosia aż się na szyję chciała cioci rzucić. - A czy ja mogę zrobić chociaż mały słoiczek
dla mamusi?
- Nawet nie mały, a duży. Posłać byłoby trudno, ale sam, ostrożnie, zawieziesz.
- I tak zupełnie rano pojedziemy? - dopytywała Tosia. - Jurek też pojedzie? I wujek?
- Jurek nas zawiezie. A wujek nie pojedzie, musi się wyspać. Zaraz po śniadaniu ma jakąś komisję,
a potem z tymi panami z komisji jedzie do Lublina.
- A my wrócimy na śniadanie?
- Boisz się, że ci brzuch z głodu wpadnie na tym grzybobraniu? Nie martw się, weźmiemy coś ze
sobą, na śniadanie pewnie się trochę spóźnimy. Poproszę Leskie wieżową, żeby u nas ogień rano
rozpaliła, bo ojciec gotów bez śniadania do lasu polecieć.
Tosi kamień spadł z serca. Jutrzejsze ranne „postrzyżyny" muszą być odłożone. Już ona zrobi
wszystko, aby z rydzobrania nie wrócić za wcześnie. A potem wujek w Lublinie, a potem już zaraz
trzeba wybierać się do Warszawy, jakoś tam będzie.
Tosia na ogół jest pogodna, ale taka wesoła, jak dzisiaj, nie była dawno.
Skacze na jednej nodze, wypełniając cioci polecenia. Nakrywa do kolacji, przebiera i myje w
dziesięciu wodach rydze. Takie śliczne z wierzchu, a niektóre już robaczywe.
Słychać warkot motocykla. Za chwilę w kuchni są już wujek i Jurek. Obaj ostrzyżeni (ale nie na
zero) - wyglądają odświętnie. Cieszą się na smaczną kolację. Kuchnia już pełna zapachu duszących
się w rondlu rydzów.
- To mówisz, że jutro skoro świt, Oleńko? Dobrze, niech Jurek weźmie Busia. Najpóźniej o czwartej
musicie wyjechać, zdrowe rydze rano znajduje się najprędzej. Ja tu już sam sobie dam radę. Gdyby
wypadło tę komisję zaprosić na podobiadek, to akurat świetnie się składa: dasz rydze z patelni. Toż to
delicje pod wódkę...
Tosia stoi przy kuchni, uważa na grzyby, ale słucha tego, co mówi wujek, i z zadowolenia, że
wszystko tak gładko idzie, aż się uśmiecha do siebie.

- 87 -

- Ale, ale! - przypomina sobie wujek. - To ja chłopaków jutro nie zdążę ostrzyc! A potem jadę. Nie
ma rady, tylko dzisiaj trzeba to zrobić. Zaraz po kolacji Tomek i Heniek do mnie do pokoju. A nie
zapomnijcie ręczników. Teraz do Leśkiewiczów pójdę, Oleńko, wylegitymuję tych tam. Dużo
włóczęgów na świecie, byle drapichrust za autostopowicza się podaje. Zaraz wracam i dawajcie już te
rydze, bo mi język mało nie ucieknie. Wujek wychodzi, a Tosia znika zaraz za nim.

- Tomek! Tomek! - woła Jurek. - Kolacja!!!
- Tomeczku! Gdzież on się podział? Te na blasze spaliły się zupełnie. Heniu, biegnij, poszukaj go.
Ostatnim miejscem, w jakim mógłby teraz być „Tomek", jest facjatka.
Heniek obszukał wszystkie zakamarki, ale wreszcie idzie na strych.
„Tomek" jest, ale nie wiadomo czemu leży na łóżku, twarz ma odwróconą do ściany i wciśniętą w
poduszki. Na pretensje Henia, że tu się schował, a chyba przecież słyszał, jak go wołają - okno
otwarte - „Tomek" odpowiada zduszonym głosem:
- Ja... nie zejdę... powiedz, że nie chce mi się jeść, nie zejdę...
Heniek pędem wraca do kuchni.
- Mamusiu, Tomek zachorował! Leży na łóżku! Nie chce zejść na rydze!
- Jezus! Maria! Czy on tylko Jakiegoś trującego grzyba nie zjadł! Wełnianki takie do rydzów
podobne! - woła ciocia i szybko, na ile tylko pozwala pokaźna tusza, drapie się po schodach na górę.
- Tomeczku! Co ci? - zaniepokojona siada na łóżku chłopca. Chce go odwrócić od ściany, chce
dotknąć ręką czoła, a po drodze trafia na zalany łzami policzek. - Dziecko drogie! Płaczesz?
Ukrzywdził cię kto? Kto? Powiedz zaraz!
- Powiem! Wszystko powiem!!!
„Tomek" siada na łóżku, pokazuje czerwone, zapuchnięte od płaczu oczy i nagle zarzuca cioci ręce
na szyję, chowa twarz na jej ciepłej, rozłożystej piersi i szlocha z głębi serca:
- Ja już nie mogę! Naprawdę, już nie mogę!... Przecież starałam się!... I ten strych!... I na koniu bez
siodła!... I na drzewo tak wysoko!... I przez ciemny las!... Wszystko wytrzymałam!... Ale włosów nie
dam obciąć!... Ciociu najdroższa, nie dam za nic na świecie!!!
Ciocia Ola nie zmienia się w słup soli tylko dlatego, że to, co mówi „Tomek", zbyt przypomina
bredzenie w malignie.
- Tomeczku! Uspokój się! Zaraz ci łóżko przygotuję, położysz się. Jesteś chory! Biedactwo! Masz
gorączkę! Musiałeś w lesie wilczych jagód zjeść przez pomyłkę albo co!.,.
- Nie, ciociu, nie! Ja nie mam wcale gorączki. Żadnych jagód nie jadłam! Ciociu, ja nie jestem
Tomek. Ja jestem Tosia!...
- Jezus! Maria! - ciocia wychyla się przez okno facjatki. - Jurek, dawajcie mi tu prędzej termometr!
Ale „Tomek" już wstał. Moczy ręcznik w wodzie, wyciera twarz. Siada na łóżku i znowu bierze ciocię
za szyję.
- Ciociu, niech ciocia posłucha...

Opowiedziane jest wszystko: o ciasnym mieszkaniu, o przepracowaniu ojca, jego gniewie
wybuchającym o byle co i nie byle jakich wyczynach Tomka. O ostatnim - także.

- Co miałam zrobić? Co ciocia zrobiłaby na moim miejscu? Jak strasznie zdenerwowałby się tatuś i
co zrobiłby z Tomkiem?... A do tego Tomek nie chciał jej słuchać, ciągle sobie kpił z niej, ciągle
podkreślał, że dziewczyna to coś gorszego i że nigdy w życiu nie podołałaby obowiązkom chłopca, no
więc wtedy zdecydowała się.

- I wytrzymałabym do końca, ciocia może być zupełnie pewna, Że wytrzymałabym, ale włosy ściąć?
Nie! Do szóstej klasy wejść z ostrzyżoną głową? Nie! Tego nikt nie może ode mnie wymagać!...

- Mojaś ty dzielna dziewczyno! - głos cioci brzmi najszczerszym współczuciem. - Przecież to, co tu
wytrzymałaś, to po prostu bohaterstwo! Prawdziwe bohaterstwo! Chodź na dół, opowiemy naszym
mężczyznom.

- Ciociu!... Ja się wstydzę!... Będą się śmiać!...

- 88 -

Śmiali się, ale nie od razu. Najpierw nie chcieli uwierzyć. Też myśleli, że to gorączka. Dopiero kiedy
ciocia zaczęła opowiadać, jak do tego doszło, pierwszy wybuchnął śmiechem wuj Stefan.

- Ho! Ho! Ho! - grzmiał pod belkowanym sufitem j ego potężny śmiech. - A matka nadziwić się nie
mogła, że taki schludny chłopak, jak lalka! Ho! Ho! Ho! I miednicę myje po sobie! Ho! Ho! Ho! A to
panna! Cudów nie ma!!!

- To ty dlatego z historii nic nie umiałeś, nie umiałaś - poprawił się Jurek - przecież ty jeszcze w
szóstej nie byłaś!

- I uczyć się to dziecko musiało za brata! - krzyknęła ze zgrozą ciocia Ola.
- A to z tą książką teraz rozumiem: bratu odesłałaś? Słusznie! A ja cię tutaj o krętactwo posądziłem!
Ho! Ho! Ho!
- Ja widziałam to, wujku, ale co miałam robić?
- I te mody?... Te szczypanki, falbanki?... No tak, teraz już wiem. - Jurek ciągle przypominał sobie
coś, co go w stryjecznym bracie raziło. - Żaden chłopak na takich sprawach przecież się nie zna.
- Chyba... chyba że „szczypiorek" - powiedziała przekornie, patrząc mu prosto w oczy. Jurek
zmieszał się na chwilę, ale zaraz odzyskał kontenans.
- No, bo jak na trzynastoletniego chłopaka, to naprawdę jesteś chuchro. I wtedy, kiedy przyjechałaś,
zlękłaś się psów, nie?
- Oj, zlękłam się! A najwięcej zębów Kani! A na strychu w nocy, jak Bączuś zaczął do drzwi drapać!
O mało ze strachu nie osiwiałam!
- Biedactwo moje! - ciocia Ola podchodzi do Tosi i przygarnia ją do siebie.
- Tosiu, wszystko jedno, jesteś morowa dziewczyna! - mówi z uznaniem Heniek. - Tatusiu, jak ona
wysoko na dąb właziła! Prawie na sam czubek!
- A ty musiałeś ją tam ciągnąć - jęknęła ciocia. - Ile razy mówię, czy wam miejsca w lesie za mało?
- Ale Tomek! Tomek używa też jak pies w studni! Ho! Ho! Ho! - zaczął się znowu śmiać wujek. - On
dopiero ma tam za swoje! Jurek! Przecież jest list od cioci Isi do mamy! Dawaj no go tutaj!

- Moja miła Oleńko - czyta na głos ciocia. - Serdeczne dzięki za
ubrania po twoich chłopcach. I Józinek, i Adelka będą mieli co nosić,
a płaszczyk Henia na Elunię akurat. Bardzo mnie to pomogło, a teraz
jeszcze mam dodatkowy zarobek - to już wszystko dobrze się układa.
Chwalisz Tomka, a ja nachwalić się nie mogę Tosi, co jest u mnie. Co
za zdolne dziecko!...

- Ho! Ho! Ho! - przerwał cioci wybuch śmiechu wujka.

.. .Nawet tutejszych chłopaków potrafiła sobie koło palca owinąć i
słuchają jej we wszystkim. Bo też ona dużo potrafi i w życiu na pewno
nie zginie. Chciałabym, aby moje dziewczynki były takie śmiałe i
obrotne, ale, wiadomo, warszawskie wychowanie. Udane dzieci ma
Zosia, nie można powiedzieć...

- Ho! Ho! Ho! Chłopaków za łeb wzięła! Taka dziewczyna! Ho! Ho! Zdolna! Z Warszawy!!! To
prawda: udane dzieci! A niech was dunder świśnie! Ho! Ho! Ho!

- Tosia, ja Wandzie powiem wszystko, co? Niech ona nie myśli, że są tacy „nadzwyczajni" chłopcy.
Bo nawet dzisiaj o ciebie dopytywała.

- A ja chciałbym Tomka teraz widzieć! Ho! Ho!
Wesoły śmiech długo jeszcze uderza o ściany wielkiej jadalni pełnej szumu samowara, zapachu
rydzów i czarnego chleba. Tosia sama serdecznie się śmieje razem z innymi. Tak jej teraz lekko!

- 89 -

Rozdział 15.

Przygotowania do historycznej bitwy jednoczyły wszystkich. Wymagały przecież wielkiego,
wspólnego wysiłku. W jednym domu znalazła się spora blaszanka po konserwowych ogórkach,
nadająca się po rozklepaniu na rycerską tarczę, w drugim była tektura, bez jakiej nie dałoby się
spreparować hełmów z ruchomą przyłbicą. Ten przynosił drut, tamten tasiemkę, jeszcze inny
wspaniałe kogucie pióra, w zupełności dobre, zamiast pawich. Miecze strugano z drewna. Łuki i
strzały przygotowywał, według ścisłej instrukcji „Tośki", Łukasz. Szyszki - amunicję do armat, które po
raz pierwszy zastosowano w pamiętnej bitwie - zgromadził rudy Leszek z pomocą Adelki i Józinka.

Ciocia Isia nie zaglądała za firankę, gdzie sypiała „Tosia", a gdyby jej to przyszło do głowy -
przestraszyłaby się na pewno. To już nie była alkowa - to był dobrze zaopatrzony arsenał. Ściany,
gdzie kiedyś zwracał uwagę jeden jedyny gwóźdź, pokrywały teraz liczne szyszaki, tarcze, hełmy, a i
mieczów był tu „prawdziwy dostatek", prawie zgodny z faktycznym stanem uzbrojenia w obozie króla
Jagiełły.

Bo jednak, na wszelki wypadek, zbrojono się i przygotowywano cichcem. Nigdy nie wiadomo, co się
rodzicom nie spodoba, tym bardziej że przywłaszczenie „głupich" pudeł kartonowych, „głupich"
blaszanek i tym podobnie „głupich" przedmiotów wywołałoby niewątpliwy sprzeciw matek. Mogłoby
nawet zaważyć na losach bitwy - wiadomo, jak źle się czuje nie dozbrojony żołnierz, a cóż dopiero
dowódca! Tak, dowódca, gdyż w bitwie z Krzyżakami mieli wystąpić prawie sami dowódcy.

Łukasz był projektodawcą i do tego dwa razy czytał „Krzyżaków", „Tośka" twierdziła, że czytała trzy
razy, ale wiadomo, że dziewczyny lubią się chwalić, więc nie to decydowało o jej stopniu w hierarchii
wojskowej. Znała się jednak na orężu (brat ją nauczył!) jak nikt: armaty, włócznie, łuki, miecze bez jej
fachowej pomocy nie wyglądałyby tak pięknie. Piotr wykonał prawie wszystkie tarcze (z metalu!). Ela
podjęła się dostarczenia ręczników na krzyżackie płaszcze, bez których bitwa obejść się nie mogła.
Zdobycie ich ogromnie utrudniała obecność matek w domu.

Celina wypytawszy najpierw dokładnie „Tosię", czy z proporca można będzie znowu wykroić
opalacz, poświęciła największe i najładniejsze gałganki, a do tego własnoręcznie uszyła kilka
proporczyków, które przywiązane do wysokich włóczni dodawały rycerzom tak wiele malowniczości,
że Paweł natychmiast (niech się potem dzieje, co chce) ściągnął z matczynej szafy dwie tęczowe
apaszki, a przeciąwszy je wzdłuż przekątnej („potem Celina zeszyje tak, żeby nie było znać"), uzyskał
cztery dodatkowe proporce. Król Jagiełło będzie stał na wzgórzu pod czerwonym sztandarem z wsypy
na poduszkę. Pierze przesypie się tymczasem do pierzyny cioci Isi, a orła, trochę zbyt nowoczesnego
w kształcie, ale z królewską koroną - „Tosia" już wycięła z białego brystolu.

Każdy był zasłużony! Każdy na głowie stawał, aby się wykazać. Arsenał pęczniał. Jednej nocy
Tomek miał straszny sen: już, już dosięgał pawiego czuba na krzyżackim karku, wtem koń się pod nim
zwinął, a Krzyżak morderczym ciosem czekana prosto w pierś uwalił go!

Obudził się zlany potem i w pierwszej chwili zdawało mu się, że leży na pobojowisku przywalony
stosem okutych w pancerze trupów. A to tylko kilka tarcz zawieszonych na gwoździu, który nie
wytrzymał ciężaru, spadło mu na głowę i piersi.

Wszystkie chwile, bezpieczne od oka starszych, poświęcano na przygotowania, a wieczorem ciocia
Isia z przyjemnością widziała, jak zgodnie bawiono się pod oknami w chowanego lub berka.

Ta święta zgoda nie byłaby taka święta, gdyby nie kierowały nią pewne kanony dyplomacji. Łukasz
nie chciał teraz zadzierać z „Tosią". Na Krzyżakach rozumiała się równię, dobrze, jak on, wszystkim jej
poczynaniom patronował geniusz brata, którego autorytet wzrósł do tego stopnia, że w trudniejszych
sytuacjach zastanawiano się: „Jak by postąpił Tomek", a przede wszystkim lojalnie dotrzymywała
obietnic.

„Tosia" chciała być dobrze ze wszystkimi, gdyż przewidywała duże, naprawdę duże trudności przy
obsadzie ról do tego theatrum.

I rzeczywiście! Kiedy już wszystko było prawie na ukończeniu, kiedy należało wyznaczyć termin
bitwy i wypłynęła sprawa, kto kim będzie, okazało się, że i Łukasz, i Piotrek marzą o wcieleniu się w
Zawiszę Czarnego. Tomek, który sądził, że waleczność tego rycerza tylko on sam jest w stanie
odtworzyć, wyłożył karty:

- Zawiszą Czarnym będę ja! Bo nawet, kiedy raz z Tomkiem o tym rozmawialiśmy, to on mówił, że...

- Słoń za ogon bujany w butelce! - brutalnie przerwał Łukasz. - Dziewczyna za takiego rycerza?

- A co? - wtrąciła się Ela. - Ja też mogę być za tego Czarnego.

- Nigdy w życiu! Wy możecie być za królową, za córkę, za biskupa, no, za sekretarza królewskiego
najwyżej!

- 90 -

- A Joanna d'Arc? Nie słyszeliście o Joannie, która wojska francuskie prowadziła na wroga? -
zdziwił się Tomek.

- I wygrała? - zapytał jednocześnie Łukasz i Piotrek, którzy, jako żywo, z racji swojego wieku nie
słyszeli nic jeszcze o bohaterskiej Joannie.

- Nie - Tomek nie mógł fałszować historii - przegrała. Ale była wielkim wodzem. A Emilia Plater z
powstania listopadowego?

- Tosia, to ta, co to: „W cichym borze przed chatą leśnika"? Tak?
- Tak. Dziewica-bohater. Mało wam?
- Mało! - powiedział Łukasz. - Pamiętam, była w szkole akademia. Powstanie przegrali i aż za
granicę musieli uciekać. Nie ma o czym gadać. Zawiszą będę ja! On był Czarny - ja też jestem czarny.
I słowa, jak on, dotrzymuję. Może nie? - wyzywająco spojrzał na „Tosię".
- Niech ci będzie. O key! W takim razie ja będę księciem Witoldem - ustąpił Tomek, bo i co miał
innego do zrobienia?
- No, to ja będę królem Jagiełłą! - ucieszył się Piotrek, który, jak widzimy, w gęstych miejscach
dokładnie „Krzyżaków" nie czytał.
- Zgoda - przytaknęli „Tosia" i Łukasz, spojrzawszy porozumiewawczo ku sobie.
- A ja? A ja czym będę - niepokoiła się Ela.
- Ty będziesz Zbigniewem Oleśnickim - zdecydował Tomek - widziałem w szafie taką fioletową
suknię cioci. W sam raz dla biskupa.
- A co ten biskup robi?
- Stoi koło króla i cały czas go hamuje, żeby król nie skoczył do bitwy!
- Ale król i tak skoczył! - cieszy się Piotrek.
- Nic podobnego! - woła Tomek. - Nie pamiętasz? Tylko w jednym miejscu włócznią przebija
takiego, co się na niego porwał. A tak to tylko komendę wydaje: „Chorągiew Polska do boju! Litewskie
wojska do boju! Chorągiew Smoleńska do boju! Bić psubratów, aż im się odechce cudzego!"
- Tosia, wiesz, tobie pasowałoby za Jagiełłę - Piotrek zorientował się, że bitwy nie zasmakuje - ty
potrafisz!
- Pewnie, że potrafię, brat mnie uczył, ale już było powiedziane i nie zmieniajmy. Prawda, Łukasz?
- Pewnie - przytaknął Łukasz - chyba że... chciałbyś Lichtensteinem zostać?
- Ja? Krzyżakiem? - skoczył jak oparzony Piotr.
- Nie, nie, Tosia ma rację, najlepiej tak, jak było powiedziane. Niech już tak zostanie.
- No dobrze, teraz zastanówmy się, kto będzie Wielkim Mistrzem Krzyżackim? - zaproponował
Tomek.
- Wołajmy Pawła - powiedział bez przekonania Łukasz. Zawołał Pawła.
- Ja? Za taką gadzinę? - skoczył podobnie jak Piotrek. - Nie chcę!
- Paweł, ja ci każę, ja ci mówię!... - zaczął Łukasz.
- A co mi tam twoje gadanie! - zbuntował się Paweł. - Jak ja nie mam być polskim rycerzem, to
żebyście wiedzieli, zaraz idę do mamy i mówię wszystko. I o tej kiełbasie, i o blaszankach, i o
prześcieradle do namiotu króla, i w ogóle o wszystkim, co tylko na świecie!...
Paweł został mianowany Powałą z Taczewa. Zawołano Celinę - przecież Wielki Mistrz musiał mieć
chociaż jaki taki zrost! Celina nie zdenerwowała się, ale odmówiła również stanowczo:
- A czy ja ojca, matkę zabiłam, czy co, żebym ja miała takiego złodzieja odgrywać, co zamki, a
może i klamki pozabierał? Przecież Tosia opowiadała!
Maciek, Leszek i Adelka odmówili jak najbardziej kategorycznie. Kiedy wszystkie oczy zwróciły się
na Józinka, a Tomek tylko zaczął: - Józinek, słuchaj... - Józinek wybuchnął płaczem. Rozmazując
brudnymi rękami łzy biegnące gradem po twarzy, szlochał:
- Tosia! To ja... dla ciebie... i o tych strachach... i męskim mężczyzną... nie chciałem zostać... i tyle
szyszek... a ty chcesz... żebym ja... za Krzyżaka?!
Krzywda, jaka miała być wyrządzona Józinkowi, była tak widoczna, że nawet Tomek się wzruszył.
Złapał malca, podniósł do góry i zawołał.
- Przysięgam! Józinek, słyszysz? Przysięgam, że nie będziesz Krzyżakiem! Będziesz adiutantem
króla Jagiełły. To bardzo, bardzo ważne stanowisko!

- 91 -

Każdy był teraz mniej czy więcej zadowolony, Tylko... tylko sławna bitwa nie mogła się odbyć. No
bo jak? Z kim walczyć? Nad kim odnieść zwycięstwo?

Rozchodzili się z nosami opuszczonymi do samej ziemi, tyle roboty, tyle przygotowań, i wszystko
na nic? „Tosia" nie chciała się pogodzić z tą myślą i rzuciła w stronę Łukasza z goryczą:

- Do bitki to się każdy rwie, ale żeby się który chciał poświęcić dla tej pięknej historii polskiej, to was
nie ma!

- Poświęć się sama, kiedyś taka mądra! - burknął Łukasz.
- Zrobiłabym to zaraz. Ale nie mogę. Tomek nie darowałby mi nigdy!...
- Dlaczego? - zdziwili się chłopcy.
- Dlatego, że byłoby mu wstyd. Mężczyźni, a chcieliby wszystko zepchnąć na biedną, słabą
dziewczynę, wstyd!
To mówiąc, „biedna, słaba dziewczyna" obróciła się od mężczyzn plecami i razem z cioteczno-
ciotecznymi pognała do domu, aż ziemia zadudniła.
Na Piotrku nie zrobiło to większego wrażenia, ale Łukasz spłonął krwią i, aby to ukryć, odwrócił się
w stronę lasu. Chłopcy szli za nim w milczeniu.

Piotrek spodziewał się, że Łukasz wybuchnie złością i zeklnie tę wichrowatą Tośkę, która już sobie
zanadto pozwala. Wtedy on dołoży swoje i oto znowu będą razem, kontra dziewczynom, jak zawsze, i
bez ich łaski odegrają jakąś inną bitwę. Ale Łukasz spod lasu zawrócił gwałtownie i przystanął dopiero
na skraju kartofliska przy nieważnej podczas zgody granicy.

Skrzypiała korba u studni, nawoływały się koło kurników gęsi, bliżej, na wiśni, hałasowały wróble, a
Łukasz powoli obracał głowę niby nasłuchując to w stronę wiśni, to znowu tam, gdzie stało
zapomniane, od czasu przygotowań do „Krzyżaków", AKD.

- Już wiem! - powiedział nagle głośno i mocno. - Już wiem, jak się to wszystko odbędzie. Piotrek,
idziemy do Tośki!

Pomysł był dobry, tym bardziej że nic lepszego nikomu do głowy nie wpadło. Rolę krzyżackich
zastępów odegrają dorodne słoneczniki na działce Włodarskich. Należą do chłopców, mogą z nimi
zrobić, co im się podoba. W dojrzewające tarcze można nawtykać trochę piór, będzie efektowniej. A
może da się na nich umocować tu i ówdzie płaszcz z krzyżem, żeby chociaż z daleka wyglądało na
prawdę? Ścianę AKD zakryje kapa z łóżka - to będzie królewski namiot, przed którym Jagiełło
przyjmie krzyżackich posłów.

- A gdzie masz tych posłów? - zapytała „Tosia".
I znów stanęło w martwym punkcie. Wtedy „Tosia" przypomniała sobie:
- Ela, mówiłyście kiedyś, że u kierownika są dwie dziewczyny. Duże?
- Tak. Luśka i Muska. Jedna taka jak ja - odpowiedziała Ela - a druga trochę starsza.
- Okay. Trzeba je tutaj ściągnąć. One będą za posłów.
- A jeżeli nie zechcą?
- Dlaczego mają nie zechcieć? Zresztą, nikt się ich o to nie jedzie pytał. Niech tylko przyjdą. Już ja
to obmyślę. Chłopa-d, nie ma zmartwienia. Wszystko będzie jeszcze lepiej niż pod Grunwaldem!!!

Wcale to nie było takie łatwe, a działanie wymagało pośpiechu. Wielkie theatrum miało się odbyć w
sobotę, i tylko w sobotę.

Luśka i Muska, zaproszone, ucieszyły się, ale odpowiedź lały niejasną: „Może lepiej byłoby w
niedzielę? Zobaczymy!"

W niedzielę bitwa nie mogła się odbyć absolutnie! W niedzielę rodzice mają czas i chodzą
wszędzie, i zaglądają, zawsze coś niepotrzebnego wypatrzą. A sobota jest dniem, kiedy matki mają
sporo dodatkowej roboty i nawet są zadowolone, jeżeli im się nie plątać pod nogami.

Wobec tego do Luśki i Muśki wybrała się Ela i z zadania wywiązała się znakomicie.
- Przyjdą! - oznajmiła po powrocie. - Muska ma zegarek i przyjdą punktualnie na czwartą. Mogą być
u nas do szóstej i mamy je odprowadzić na pół drogi, bo o szóstej wyjdzie po nie ojciec.
- Kazały się prosić? - zainteresował się Tomek.

- 92 -

- Wcale. Najpierw powiedziałam, że będziemy odgrywać taką jedną bardzo wesołą sztukę i że jeżeli
nie przyjdą w sobotę, to już jej nie zobaczą, a jeżeli przyjdą, to będą odgrywać z nami. Luśka pytała
się, czy to będzie sztuka z przebieraniem, więc powiedziałam, że tak i że po tym teatrze ty opowiesz,
jak twoje koleżanki modnie się czeszą, i jak trzeba zrobić „spuchniętą głowę".

- Ja? Ja mam im mówić o spuchniętej głowie? - krzyknął Tomek. - Kto ci kazał tak kłamać?!
- A czy ja kłamałam? Przecież możesz o tym powiedzieć, chyba nie jesteś taki sobek, że jak sama
nie możesz modnie się uczesać, to nawet powiedzieć nie chcesz. Po drugie, powiedziałaś, że mam
sprawę załatwić. Załatwiłam, i to tak, że możesz być zupełnie spokojna.
- No dobrze, już ja im o tej spuchniętej głowie opowiem! - odgrażał się Tomek. - Teraz lecę jeszcze
obejrzeć z Łukaszem pole walki.
- A ciasteczka? - zapytała z wymówką Ela. - Przecież miałyśmy razem piec ciasteczka na jutrzejszy
podwieczorek.
- Tak, to prawda, ale pomyśl: ciasteczka upieczesz i beze mnie, Celina ci pomoże i na pewno będą
doskonałe. A czy chłopaki beze mnie zrobią coś z sensem? Nigdy w życiu! Będzie tylko dwa razy
robota!
- No dobrze - ustąpiła Ela - ale jak myślisz, czym posypać?
- Co?
- No, ciasteczka.
- Wszystko jedno czym. Najlepiej jedne tym, a drugie tamtym, żeby były rozmaite. Wrzuć w
moździerz. Celina niech utłucze drobniuteńko, a ty potem posyp, i już. O, tak, rozumiesz?
Tomek wykonał obydwoma rękami gest drobniuteńkiego posypania. Już go nie było.

Pole bitwy rzeczywiście wymagało zastanowienia się. Z boku atakować słoneczniki było
nieporęcznie. Okna domu wychodziły przecież na ogród i ktoś niepowołany mógłby się do zabawy
wtrącić. Wobec tego polskie wojska wystąpią zgodnie z prawdą historyczną spod lasu, wtedy bitwa
będzie zasłonięta ścianą słoneczników aż do zwycięskiego końca. A co będzie po skończeniu, to już
nieważne.

Luśka i Muska przyszły punktualnie. Były to dwie ładne blondyneczki ubrane w jednakowe
niebieskie w białe groszki sukienki. Lusia miała grzywkę i obcięte na polkę włosy, starszej, Musi,
wisiały nad uszami dwa spore warkocze.

Z racji stanowiska ojca, któremu ludzie, jak to ludzie, często nadskakiwali, miały się za coś
lepszego i może nawet, nie zdając sobie z tego sprawy, uważały, że przychodząc w odwiedziny do
Żemajtisianek, koleżanek ze szkoły, ale córek tylko planistki, wyświadczają pewnego rodzaju
zaszczyt. Nastawione też były na odpowiednio uroczyste spotkanie.

Zdziwiły się więc trochę, kiedy podchodząc do zamieszkanego przez koleżanki domu zamiast
radosnego powitania usłyszały:

- Prędzej! Prędzej! Pospieszcie się! Przecież już jest po czwartej!
W pierwszej chwili nie mogły zrozumieć, kto je tak przynagla. Dopiero zbliżywszy się do osoby
okrytej czymś bardzo fałdzistym, długim i fioletowym, rozpoznały Elę zmienioną tym bardziej, że głowę
jej, aż po oczy, zakrywał czarny, aksamitny kapelusz opasany żółtym sznurem od firanek.
- Elu! To ty? - wykrztusiły zdziwione jeszcze bardziej.
- Nie. To nie ja. To sekretarz królewski, sławny Zbigniew Oleśnicki. Prędzej, wszyscy na was
czekają!
Ela chwyciła jedną garścią poły długiej szaty, drugą łokieć Muśki i pociągnęła ją biegiem za sobą na
tyły domu. Luśka, chcąc nie chcąc, musiała gonić za nimi.
Nie pozwalając dziewczynkom ochłonąć ze zdumienia, narzucono na nie jakieś ręczniki i
prześcieradła, posczepiano agrafkami, na głowy nałożono jakieś tektury z kogucimi piórami, a w ręce
włożono dwa drewniane miecze oklejone srebrnym papierem.
- Patrzcie, o, tam przed namiotem - instruowała Ela - stoi król. Kiedy ja stanę obok króla i dam znak,
to wy podejdziecie i powiecie tak: „Królu, Wielki Mistrz Zakonu przesyła ci te dwa miecze, żebyś miał
czym wojować", i podacie miecze królowi.
- Eee! - wykrzywiła się Muska.
- Eee! - powtórzyła za nią Luśka.

- 93 -

- No, wiecie co! - krzyknęła ostro Ela. - Ja Tosi mówiłam, że wy jesteście takie mądre, takie zdolne,
a tymczasem, okazuje się, trzech słów nie umiecie powiedzieć?

- No... dobrze... - ustąpiły niechętnie - powiemy... Powtórz jeszcze raz.
Ela powtórzyła i szybko pobiegła do króla. Stanęła obok niego trochę z tyłu i dała znak.
Luśka i Muska ruszyły w ręcznikach z czarnymi krzyżami, w hełmach, na których kogucie pióra
chwiały się dosyć efektownie.
Już stały wobec majestatu królewskiego. Poznać go można było po złotej koronie, z której Piotrek
nie chciał zrezygnować.
Muska wyrecytowała:
- Królu, Mistrz posyła ci te dwa... - i nie dokończyła. Spostrzegła na mieczu dużą, ciężką pszczołę,
która zwabiona blaskiem papieru przysiadła na srebrnej klindze i szybko zbliżała się do gołej dłoni
Muśki. Muska wiedziała, co znaczy żądło pszczoły - właśnie kilka tygodni temu przeżyła taką
przyjemność. Rzuciła z rozmachem jak najdalej od siebie, wprost pod nogi króla, trzymany miecz.
Luśka, myśląc, że tak trzeba, zrobiła to samo. Jeden z mieczy boleśnie uderzył w kostkę Jagiełłę,
który nie mógł się już powstrzymać i zamiast historycznych słów:
„Mieczów ci u nas dostatek, ale i te przyjmujemy", zawołał:
- To tak się z królem rozmawia? Ach, ty gadzie krzyżacki! Bij! Naprzód! Witoldzie, bracie mój!
Zawiszo Czarny! Gotuj się! - i runął do boju.
Luśka i Muska miały długie nogi; prysnęły, jakby w nie piorun trząsł, i skryły się aż za kasztanem.
Na bojowy okrzyk króla wystąpiły z lasu chorągwie rycerskie, nieliczne, ale bitne. Dopadły z
wrzaskiem słoneczników i wymłóciły wrogie zastępy tym skuteczniej, że te nie stawiały oporu. Ela,
młody sekretarz królewski, widząc, że król wbrew historycznej prawdzie rzucił się w bój - stała dumnie
wyprostowana przy drzewcu królewskiej chorągwi.

Nagle zza domu wybiegła pani Włodarska z trzepaczką w ręku.

- 94 -

- A czy wyście poszaleli? Takie piękne słoneczniki! Niedojrzałe jeszcze! Ja was tu do przytomności
doprowadzę! Maciek! Łukasz! Paweł! Zaraz mi do domu, bo ojca zawołam!!!

W prawych rycerzach na ten widok duch upadł całkowicie. Już bez wojennej furii, ale za to jeszcze
szybciej gnali z powrotem w leśne ostępy. I wcale sobie tego za ujmę nie mieli, bitwa z Krzyżakami
była już przecież wygrana. A mamie, aby się zaraz na oczy nie pokazywać - złość przejdzie.

Ela zdjęła uroczyste szaty i poprowadziła Luśkę i Muśkę do mieszkania. Szły odęte, obrażone, nie
odzywały się. Usiadły sztywno na tapczanie w pokoju, tak je zastała reszta Żemajtisiąt i „Tosia". Ela,
krzątająca się między kuchnią a nakrytym dla gości w pokoju stołem, zdążyła jej coś szepnąć, gdyż
„Tosia" zaczęła z zachwytem:

- Wy mnie nie widziałyście, ale ja was dobrze obserwowałam, wyglądałyście świetnie! Szczególnie
ty, Musia! Tak! Szkoda, że nie mogłaś siebie widzieć! Co za krok! Jaka postawa! Musisz mieć duże
zdolności! Kto wie, może będziesz aktorką? Ach, jak ty świetnie to zagrałaś: „Królu, mistrz przesyła ci
te dwa miecze!" I rryms! - „Tosia" wykonała ruch rzucenia miecza i powtórzyła: - Ryms! Ela, Ela, czyś
ty to zauważyła? O, muszę o tym opowiedzieć w Warszawie. Jestem pewna, że Tomek się
zainteresuje!

- A czy wiecie, jaki jest Tomek? - pytała Celina. - O, Totek, Tosi brat i nasz też, tylko że cioteczno-
cioteczny, mówię wam, jaki on jest!!...

Chmury na twarzach gości bladły, zniknęły. Kanapki, kruche ciasteczka, woda z sokiem i torba
„mordoklejek" sprowadziły słoneczną pogodę. I Luśka, i Muska rozkrochmaliły się zupełnie.
Wypytywały „Tosię" o brata, podziwiały i suknię w różyczki, i opalacz, ledwo je Tomek powstrzymywał
od natychmiastowego przymierzenia:

- Zaczekajcie z tym. Później, później przymierzycie. Teraz wam opowiem o najmodniejszym
uczesaniu.

- A moje? - zawołała Muska. - Jak ci się podoba?

- A moje? - powtórzyła jak echo Luśka.

- Owszem, ładne. Moje koleżanki też się tak czeszą i To.. .mka koleżanki też. Ale Tomek ma jedną
taką koleżankę ze starszej klasy, która się czesze w „czyto-czyto", bo ona jest taka modna!

- Tosiu! Tyś nam nic a nic nie opowiadała o „czyto-czyto", dlaczego? - wystąpiła z pretensją Ela.

- Dowiecie się zaraz. Wszystkiego przecież, co wiem, nie mogłam od razu powiedzieć. Wątpię
zresztą, czy zdążę do końca lipca.

- Tylko do końca lipca zostajesz? - zapytała z nie ukrywanym żalem Musia, której „Tosia" zaczynała
się podobać. - dlaczego?

- W sierpniu jedziemy z rodzicami...

- Musisz jeszcze raz do nas przyjechać! - przerwała Ela.

- Z Tomkiem! - zawołały razem Celina i Adelka.

- No, jakie to „czyto-czyto"? - interesowała się Luśka.

- To jest takie rozdmuchane uczesanie, taka „spuchnięta głowa", i chłopcy u nas ułożyli zgrywę:
„Czy to dynia, czy to głowa, czy to szczotka klozetowa". Fajne, nie?

Owszem, dziewczęta uśmiały się serdecznie, ale nie zapomniały prosić „Tosię", żeby tego przy
chłopakach nie mówiła, bo oni zaraz będą się z tym obnosić od rana do nocy - do zupełnego
uprzykrzenia.

„Solidarność" - pomyślał Tomek.

W pewnej chwili Muska spojrzała na zegarek i zerwała się.

- Luśka! Tatuś po nas wyszedł!

Teraz już wszyscy bez żadnej obłudy żałowali, że odwiedziny tak prędko się skończyły.

Dziewczęta wyszły odprowadzić gości. Luśka i Muska obiecywały poprosić mamę, aby za kilka dni
taki podwieczorek odbył się u nich.

- Z przedstawieniem! Koniecznie z przedstawieniem! - zapaliła się Muska.

- Ale znajdziemy coś ładniejszego, może „Śpiącą królewnę". Co? W takie tam wojny to niech się
chłopaczyska bawią. Na co nam bitka? Prawda?

- Prawda - odpowiedziała Adelka. - Z tych słoneczników to mogło być tyle pestek, że nie wiem!...

- Noo, dobrze, ja sobie jeszcze coś przypomnę i kiedy się znowu spotkamy, obmyślimy coś nowego
- obiecywała „Tosia".

- 95 -

- Na medal! - zawołała Celinka.
- I o key! - dodał Józinek, chcąc zaznaczyć, że i on nauczył się czegoś od Tosi.

Niestety, ani do podwieczorku, ani do przedstawienia z „Tosią" nie doszło. Tego samego dnia
przyszedł list od mamusi, że już się wybiera do Warszawy i prosi Tosię, żeby wracała również. List
zawierał radosną nowinę: ojciec dostał sporą nagrodę za jedną ze swoich prac, ogromnie się cieszy,
chce wyjechać jak najwcześniej na odpoczynek.

Radość Tomka była wprost nieopisana. Nagroda to znaczy dobry humor ojca. Dobry humor to
nadzieja całkowitej amnestii za to wszystko, co Tomek nakręcił kilka tygodni temu.

Ale cioteczno-cioteczni posmutnieli.
- Ojejku, to już? To tak zaraz musisz jechać?
- I tak się cieszysz, że od nas jedziesz? - pytała z wyrzutem Ela.
„Tosia" złapała ją za ręce i wywinęła szalonego młynka.
- Ela! Cela! Adelka i Józinek! Mnie tu było naprawdę dobrze! Ale...
- Chcesz do Tomka? - powiedziała Adelka.
- O! To zgadłaś! Strasznie się za nim stęskniłam!! Rozumiesz przecież: brat!
- I to taki brat - rzuciła Ela.
- A mnie się zdaje - myślała na głos Adelka - że chłopakom też będzie żal!...
Było żal i chłopakom. Kiedy zmachani po wieczornym berku przysiedli na chwilę, a „Tosia", która
dziewczętom zastrzegła, że sama chce to zrobić, oznajmiła: - Już pojutrze mnie tu nie będzie - Łukasz
i Piotrek odezwali się jednocześnie i jak gdyby z przestrachem:
- Już pojutrze?
- Tak. Muszę jechać do domu. Mamusia już wraca i Too...mek. Pojedziemy zaraz z tatusiem na
włóczęgę.
Tyle razy i dziewczęta, i chłopcy interesowali się takim sposobem spędzania wakacji. Tomek
opowiadał o różnych przygodach. Za każdym razem słuchali chciwie. Dziś nikt o to nie prosił.
Milczeli długą chwilę, wreszcie Łukasz zapytał:
- Nie przyjedziesz już do nas? Pewnie, że nie przyjedziesz. Co tu ciekawego?
- Przyjadę. Zobaczycie, przyjadę z Tomkiem-zapewniała gorąco „Tosia".
- A może sam Tomek z kolegami wybierze się tutaj na wycieczkę? Poznacie go na pewno od razu,
bo podobny do mnie jak dwie krople wody, po prostu jakby kto skórę zdarł.
Dziwne, ale dzisiaj nikt nie dopytywał o Tosinego brata, chociaż o nim zawsze słuchali najchętniej.

Tomek, kiedy musiał, potrafił spakować swoje rzeczy, tym jednak razem był naprawdę w trudnej
sytuacji. W walizę to i owo dało się jeszcze upchać, ale i tak ciocia Isia musiała mu pożyczyć pleciony
z sitowia spory koszyczek. Zmieścił się tam przede wszystkim starannie upakowany słoik malin,
prezent od cioci dla mamy. Weszły jabłka przyniesione przez Łukasza na drogę, a było ich co najmniej
dwa kilo. A Piotrek tuż przed wyjazdem przyleciał z pięknie usmażonym świeżutkim linem.

- Bo właśnie wczoraj na wieczór przynieśli... i właśnie mamusia dla ciebie... na drogę!
Na drogę również ciocia Isia upiekła kurczaka, nie mówiąc już o chlebie, maśle zawiniętym w
chrzanowe liście, ogórkach i pomidorach. Tomek nadrabiał humorem, śmiał się, że z takim
wyżywieniem mógłby zajechać na Olimpiadę do Rzymu, ale wzruszony był do głębi - czymże sobie
zasłużył na tyle serdeczności?
Do stacji była okazja. Magazynier jechał gazikiem i chętnie podjął się zabrać siostrzenicę pani
Żemajtisowej.
„Tosię" jeszcze raz uściskała i ucałowała ciocia Isia, potem wszystkie Żemajtisięta. Obok gazika
stali według wzrostu chłopcy, a kiedy „Tosia" podeszła do wozu, Łukasz wyciągnął zza pleców
ogromną miotłę złocieni.
- Na dobrą pamięć o Raduni - powiedział głośno, a ciszej dodał: W środku jest róża, tylko,
rozumiesz, mama... I przyjedź jeszcze, Tośka... choćby i bez brata.

- 96 -

„Tosia" po męsku uścisnęła ręce chłopaków na znak podzięki i pożegnania. Siadła obok
magazyniera. Teraz ciocia przypomniała:

- Tosieńko, pamiętaj, masz cztery rzeczy: walizkę, koszyk, płaszczyk i bukiet. A ucałuj od nas
wszystkich swoich serdecznie.

Wóz ruszył.
- Adieu! A rivederci! Praszczaj! - woła „Tosia", powiewając białą czapeczką.
Długo odpowiadały jej fruwające chusteczki przyjaciół z Raduni-Tartaku.

Rozdział 16.

Magazynier, jak obiecał pani Żemajtisowej, wsadził „Tosię" w pociąg jadący do Warszawy. W
przedziale siedziała w rogu starsza, siwa pani, która, może dlatego, że wcześniej dziś wstała, a może
z racji swego wieku, drzemała, budząc się tylko na stacjach. Pociąg szedł dobrze i Tomek cieszył się
na spotkanie z mamą, do której, tak jak prosiła w liście, zadepeszował o godzinie swego przybycia.

Depesza podpisana była: „Tosia". Inaczej nie można było postąpić, za to teraz Tomek postanowił
przeobrazić się natychmiast. Był zresztą do tego całkowicie przygotowany: pod szkocką spódniczką
miał granatowe szorty, które z popielatą bluzeczką stanowiły dobre ubranie dla chłopca.

Zrzucenie spódniczki, dokonane w ubikacji, zwinięcie jej razem z damską czapeczką i włożenie do
walizki - trwało pół minuty.

Tomek - nareszcie prawdziwy Tomek! - usiadł w drugim kącie przedziału i zaczął chrupać smaczne
papierówki.

Dojeżdżano do Białegostoku. Starsza pani przebudziła się, spojrzała na Tomka i zamrugała oczami.
Tomek z wielkim zainteresowaniem patrzył w okno.

- Czy, czy mi się zdawało, że tu w przedziale była dziewczynka? - zapytała uprzejmie pani.
- Może była, proszę pani, ale widocznie wysiadła - odpowiedział również uprzejmie Tomek.
- Nie słyszałam. Ja przecież tylko drzemię. O, w wagonie nigdy nie zasnę na dobre, to nawet
niebezpieczne, można swoją stację przespać albo jeszcze co gorszego człowieka spotka... Ale to
dziwne: byłam pewna, tu wsiadła dziewczynka. Miała taką ładną szkocką spódniczkę w zieloną i
czerwoną kratę.
- Czasami, jak się wagon trzęsie, to się tak może człowiekowi coś zdawać - tłumaczył Tomek. - W
ogóle w podróży dziwne rzeczy się zdarzają. Na przykład na pustyni: jadą ludzie na wielbłądach, pić
im się chce okropnie i raptem widzą przed sobą oazę. Cieszą się, a tu oaza już znikła. Bo to tylko taki
miraż, proszę pani, i nic więcej i - Tak, słyszałam o tym - uśmiecha się pani.
Pociąg staje.
- Białystok! Białystok! - wołają konduktorzy.
- Tu postoimy dwadzieścia minut! - informuje pani.
- Proszę pani, ja wyskoczę trochę na stację - prosi Tomek. - Tak mi się pić chce! Niech pani zwróci
uwagę na moją walizkę, dobrze?
- Dobrze, moje dziecko. Tylko wracaj prędko, bo będę niespokojna.
Tomek wyskakuje i wpada do dworcowego fryzjera.
- Proszę pana! Nie mogę tak wracać do Warszawy! Niech pan mnie tak raz-dwa! Piorunem!
Wraca do wagonu tuż przed odejściem pociągu. Siwa pani oddycha z ulgą, ale robi mu wyrzuty.
- Już się bałam, że zostaniesz tutaj. Jak można być tak nieostrożnym!
- Proszę pani, ja uważałem! Mam przecież zegarek-pokazuje z dumą.
- A wiesz, zachodził tutaj konduktor i też pytał mnie o dziewczynkę, która wsiadła do naszego
przedziału. Znajomy jakiś prosił go o opiekę. Ciekawe, co?
- Ciekawe - zgadza się Tomek. - Ale taki konduktor to często bywa przepracowany, aż strach.
Jeździ w jedną, jeździ w drugą stronę, od takiego jeżdżenia to może zupełnie tego... nic nie pamiętać.
Siwa pani słucha uważnie Tomka, ale po chwili znowu zapada w drzemkę.
Na którejś stacji drzwi do przedziału otwiera konduktor. Przygląda się Tomkowi i mówi głośno do
siebie i do siwej pani:

- 97 -

- Nic nie mogę zrozumieć: znajomek gadał mi o dziewczynie, a ten tu chłopak przecież!
- Pewnie ta dziewczynka już wysiadła - uspokaja konduktora Tomek.
- Kiedy miała jechać do samej Warszawy! - znowu denerwuje się konduktor. - Duża dziewczyna!
Nie była przecież taka głupia, żeby wysiąść, gdzie nie potrzeba. Chyba że się przeniosła do innego
wagonu, ale nie mogę jej znaleźć. A ty dokąd jedziesz?
- Do Warszawy. O której, proszę pana, będziemy w Warszawie?
- O czternastej. Już nie tak długo.
Tomkowi sprzykrzyło się wyglądanie to jednym, to drugim oknem. Szkoda, że nie wziął nic do
czytania, szybciej minęła-i droga. Obok siwej pani leży jakiś ilustrowany tygodnik, ale ona znów
drzemie, a tak bez pytania Tomek nie weźmie. Jest przecież chłopakiem, który umie się zachować „w
domu i świecie".
Chyba rozwinie ciocine smakołyki? Apetyt, owszem, dopisuje Tomkowi. Sięga do koszyka, trafia na
kanapki z białym serem. A może kurczaka? „Nie, kurczak dojedzie do domu, ryba też!" - postanawia
bohatersko. W Warszawie nieczęsto mają takie frykasy na stole. I mamusia na pewno się ucieszy!
Tomek zjada kanapki. Szkoda, że nie ma do tego rzodkiewek. Ale w walizce są młode ogórki!
Otwiera walizkę, wyciąga je i zjada z apetytem. Teraz już wytrzyma do Warszawy.
Siwa pani obudziła się na dobre. I ona sięga po swoje zapasy z dużej, przepaścistej torby. Tomek
prosi o tygodnik, otrzymuje go i zagłębia się najpierw w oglądaniu ilustracji, a potem zaczyna czytać.
Ostatnia strona magazynu posiada malutki otworek i Tomek, zasłonięty czasopismem, może przez
ten otworek obserwować towarzyszkę podróży. Skończyła już się pożywiać, zebrała wszystkie
drobiazgi do torby, a teraz siedzi spokojnie naprzeciw i nawet przygląda się. Ale jakoś dziwnie: to
spojrzy na jego sandały, to gdzieś obok niego, chyba tam, gdzie stoi walizka, znów na jego nogi i
znów na walizkę, na tygodnik, za którym znajduje się jego twarz, i znów na walizkę. Co to ma
znaczyć? Tomek ubawiony tym, że oto zachowuje się jak znakomity detektyw Sherlock Holmes, który
też tak obserwował ludzi przez dziurkę w gazecie (sam nie zwracając niczyjej uwag-i), rzuca okiem na
walizkę i uśmiech znika z jego twarzy: Spod wieka zamkniętej walizki widać spory kawałek
przytrzaśniętej szkockiej spódniczki w czerwono-zieloną kratę!!!
Policzki Tomka nabiegają ciemnym rumieńcem. Po co tyle łgał? Po co kręcił?
Co sobie teraz myśli o nim siwa pani? Jakie snuje podejrzenia? Przecież dobrze tę kraciastą
spódniczkę zapamiętała!
Jak trudno wrócić na drogę prawdy, jeżeli się raz z niej skręci!
Za oknem przelatują elektryczne pociągi. Już zaraz będzie Warszawa.
Tomek, nie śmiejąc spojrzeć w oczy siwej pani, z podziękowaniem oddaje tygodnik. Zdejmuje z
półki bukiet, a z wieszaka płaszczyk.
- Czy dasz sobie sam radę - pyta pani. - Może ci pomóc?
- Dziękuję pani bardzo. Mamusia po mnie wyjdzie.

Warszawa! Warszawa Wileńska!!! Tomek wychyla się przez okno. Wypatruje jasnej głowy mamy.
Jest! Jest!

- Mamusiu! Mamusiu! - woła i macha bukietem. Już i mama go dostrzegła. Podbiega do okna.
Odbiera bukiet, płaszczyk i nagle:

- Tomku! Co ty tu robisz? Gdzie Tosia? Gdzie Tosia? - twarz mamy blednie, oczy są przestraszone.
- Mamusiu! Wszystko okay! Zaraz ci opowiem! Tomek chwyta walizkę i koszyk. Wychodząc z
wagonu, spotyka w korytarzu zaciekawione spojrzenie siwej pani. Trudno się dziwić.
- Proszę pani: wsiadł chłopak, tylko że był przebrany za dziewczynę. W wagonie się odmienił. Takie
małe rodzinne nieporozumienie. Do widzenia!
I już wpada w ramiona matki i ściska ją z całych sił.

Parę godzin później przyjechała Tosia. Na peronie czeka Tomek i mama przygotowana już na to,
że z wagonu wyskoczy chłopak. Toteż zdziwienie ogarnęło oboje, kiedy zobaczyli Tosię, owszem, w
Tomkowej wiatrówce, ale i w sutej kretonowej spódniczce w wesołą, drobną kratkę.

- 98 -

- Tośka - krzyknął Tomek - i ty przebrałaś się w wagonie? Mamusia już wszystko wie! Ja zrobiłem
to samo!

- Nie - oświadczyła Tosia, z trudem odrywając się od mamy - ja wyjechałam już tak z domu, z
leśniczówki. Tę spódniczkę pożyczyłam od Basi. Ja się cioci przyznałam.

- Nie wytrzymałaś! Ja wiedziałem, że ty nie wytrzymasz! )ho, to nie takie łatwe! A ja za ciebie
wytrzymałem wszystko, wszystko a wszystko! A widzisz?

Tosia idzie uśmiechnięta. Przewidziała przecież ten okrzyk.
- I ja wytrzymałam. Wszystko a wszystko za ciebie wytrzymałam. Ale kiedy przed wyjazdem wujek
chciał mnie ostrzyc na zero, to już musiałam powiedzieć. No nie?! Mamusiu, słusznie zrobiłam?
- Słusznie, córuniu - mówi matka, rada z dobrego wyglądu Tosi. - Ale co wyście narobili!!!

W domu przy podwieczorku, w czasie którego było bardzo wesoło, bo i Tomek, i Tosia co chwila
opowiadali o swoich perypetiach, mama kilkakrotnie powtórzyła:

- Co wyście narobili!!!...
- Mamusiu - rozważa Tomek - niech mamusia się nie martwi. My to załatwimy tak: tatuś nie wie, i
nie trzeba, żeby wiedział. Od nas się nie dowie, a mamusia da słowo, harcerskie słowo honoru, że to
będzie tajemnica i że broń Boże - nikomu!
- Nie, Tomku. Muszę o tym ojcu powiedzieć - mówi powabie mama. - Ojciec musi znać prawdę.
- Więc mamusia chce, żeby znowu było piekło? - pyta z wyrzutem w głosie Tomek. - Przecież ojciec
ze mnie skórę zedrze! Czy ja nie wiem, jaki jest tatuś?
- Nie. Nie wolno ci tak mówić! Nie wolno wam nawet tak myśleć! Już rozumiecie, co to jest troska o
dom, o rodzinę. Dla kogo ojciec tak haruje? Dla siebie? Wszystko, wszystko z myślą o was, dla was,
dla nas. Denerwował się często, bo był przepracowany, spieszył się i obawiał, że nie skończy na czas
roboty. Teraz będzie na pewno lepiej. Zobaczy, że tu na niego czekamy niecierpliwie, że w domu
przyjemnie. I... bierzmy się zaraz do roboty, żeby na przyjazd ojca wszystko było gotowe!

Ojciec wrócił w doskonałym humorze. Cieszył się, że i dzieci, i żona tak dobrze wyglądają,
szczególnie, że Tosia tak zmężniała. Gdzie się podziało to chuchro?

I w domu tak miło! I smakołyki na stole!!!
Opowiadał o targach, które zwiedził w Poznaniu.
- Jakie wspaniałe rzeczy produkuje się już u nas! Jakich my mamy zdolnych ludzi! Co za pomysły!
Szkoda, że tego nie widzieliście! Szkoda!
Mama, korzystając z dobrego nastroju, mówi:
- Piotrusiu! Tomek... a i Tosia, ale Tosia później, Tomek musi ci się przyznać do jednej sprawy...
- A co? Historii się nie uczył? Tak? - krzyknął ojciec.
- Może mnie tatuś zaraz „wte" i „wewte" przepytać. Wszystko na blachę - mówi urażony trochę
Tomek.
- A ja się podejmuję razem z Tomkiem - dorzuca Tosia.
- Ty, Tosiu? - dziwi się ojciec. - Dlaczego ty?
- Dlatego - wtrąca mama, żeby już wszystko opowiedzieć - że Tosia pojechała za Tomka, a Tomek
za Tosię. To było tak...
Mama opowiada, nikt nie przerywa, Tosia i Tomek patrzą z niepokojem na ojca, co też on powie?
Ojciec to za czuprynę się targa, to po czole ręką przejedzie, to herbaty popije. Widać trudno mu w
pierwszej chwili w to wszystko uwierzyć, spogląda na Tosię i na Tomka, jakby sprawdzał, czy
rzeczywiście zdolni byli coś podobnego zrobić. Wreszcie kiedy mama na zakończenie relacji i na
wszelki wypadek przypomina, że oboje delikwenci starali się, jak mogli, o czym świadczą listy - ojciec
wybucha śmiechem.
- Więc ten posłuszny Tomek to była Tosia?... A ta dzielna Tosia, która dyrygowała zgrają
chłopaków, to Tomek? Cha! Cha! Cha! Szatany-nie dzieci! Szatany!...
Ojciec jest młodszy, dużo szczuplejszy od wuja Stefana i śmiech jego nie jest taki tubalny, ale też
wypełnia mały pokoik po brzegi, tym bardziej że wtórują mu trzy inne śmiechy.

- 99 -

Kiedy wreszcie wesołość cichnie, ojciec zwraca się do Tosi:
- Ale dlaczego nic mi nie powiedziałaś, nie przyznałaś się? Albo Tomek, mogłeś przecież jeszcze
rano powiedzieć, że Tosia pojechała zamiast ciebie. Dlaczego?...
- Tatusiu - mówi Tosia - tak się bałam, że się zdenerwujesz.
- A jak ja się bałem!!! - dorzuca Tomek.
Ojciec wstaje, podchodzi do okna, patrzy w nie, chociaż est zupełnie ciemno, milczy długo,
wreszcie odwraca się i nowi jakimś zgaszonym głosem:
- To wy się mnie aż tak boicie?...
- Teraz już nie! Teraz już nie, tatusiu! - woła Tosia i zarzuca ojcu ręce na szyję. Za jej przykładem
idzie Tomek i opiera czoło o ojcowskie ramię.
Ojciec jest wyraźnie zmieszany; aby to zatrzeć, chce o czymś zagadać, o czym by tu?
- No, no! Najważniejsze, że i jedno, i drugie dzielnie się spisało. Wstydu nam nie zrobiliście. To
ważne. Teraz, zaraz jutro pakujemy się i hajda na wodę! Ale przedtem jeszcze trzeba listy napisać.
Podziękować i Stefkom, i Isi...
- A przecież ja list od cioci Isi przywiozłem! - krzyczy Tomek. - Zapomniałem na śmierć, bo mi go
ciocia do płaszczyka Tośki włożyła. O, jest! Mamusiu, proszę!
Mama czyta głośno:

Drodzy Moi!
Jeszcze raz ja Warn dziękuję za Tosię. Smutno tu bez niej będzie i
mnie, i dzieciom, które wiele przy niej skorzystały. Co za dobre
dziecko! Ile nam pomogła! A najwięcej mnie się podobało, że tak
brata kocha, tak zawsze dobrze o nim, o Tomku, znaczy się, mówiła,
że on taki ze wszystkim a ze wszystkim zdolny, aż dziw!...

- Zdolny, o, zdolny - śmieje się ojciec i mama, i Tosia, tylko Tomek gęsto się tłumaczy:
- A co miałem robić? Ciągle mnie o brata pytali, musiałem coś mówić.
- O, w to wierzę - woła oj ciec. - Już cię słyszę, jak opowiadasz: „Wiecie, ten mój brat, Tomek, to
taki wdechowy chłopak! Wszystko potrafi!... Nawet na wagarach się zna!" - Tatuś - mówi z wyrzutem
Tomek. - Z wagarami to już na zawsze: adieu, a rivederci, praszczaj! I nie wspominaj o tym więcej.
Jesteśmy przecież na remis: ty raz i ja raz.
- Au!. - krzyknął oj ciec. - Zapomniałem, że ty o tym wiesz. Zgoda! Już ani słowa nie pisnę.
- Mamusiu - mówi Tosia - kiedy wszystko opowiem Krysi, to ona pęknie chyba ze śmiechu.
- Broń Boże! - woła Tomek. - Ona mnie wtedy tak obcałowała, że coś okropnego! Powie o tym tylko
jednej koleżance w sekrecie i cała Warszawa będzie się ze mnie nabijać! O kurzajce powiedz, że
odrosła od... wiatru.
Tymczasem śmieją się wszyscy razem.
- To już jedna wakacyjna przygoda za wami - mówi mama, ale Tomek nie zgadza się na takie
określenie.
- Przygoda? Mamusiu, to nie przygoda, to pierwszorzędna heca na całe czternaście fajerek!!!
Tatuś, nie?
Ojciec śmieje się i powtarza swoje:
- Szatany - nie dzieci! - i patrzy przy tym na Tosię i na Tomka oczami, w których łatwo odczytać, jak
ich kocha i jak pomimo wszystko jest z nich dumny.

- 100 -


Click to View FlipBook Version