Może też się boi.
Ta ostatnia myśl była tak zaskakująco nowa, że aż dziewczynką
wstrząsnęła.
Nie myśląc, co robi, Aurelia przeszła parę kroków i zatrzymała
się w otwartych drzwiach pokoju mamusi.
Księżyc świecił tu przez wąską szparę w zasłonie i ściana
rozpylonego blasku szła przez cały ciemny pokój. Tylko tapczan
mamusi był za światłem, w ciemnym kącie, nic nie było widać,
więc Aurelia podeszła zupełnie blisko.
Tuż przed sobą zobaczyła w mroku białą płaszczyznę pościeli i
ciemną okrągłą plamę głowy; mamusia leżała na brzuchu, twarzą
do poduszki, i szlochała tak rozpaczliwie, że aż podskakiwały jej
ramiona.
Aurelia stała bezradnie, z rękami opuszczonymi wzdłuż
piżamki. Czuła, jak bose stopy ziębną jej od gładkiej, chłodnej
podłogi i zupełnie nie wiedziała, co teraz powinna zrobić.
Przykucnęła przy tapczanie i bez słowa dotknęła pleców mamusi.
Mama podniosła gwałtownie głowę i zamarła, patrząc poprzez
ciemności. Krótki, żałosny szloch wyrwał się nagle z jej ust i
wtedy Aurelia jedną ręką niezgrabnie objęła głowę mamy - i
pocałowała.
- Nie płacz - powiedziała. - No, nie płacz.
Ale mamusia nie przestała płakać. Usiadła na łóżku, chwyciła
Aurelię w ramiona i płakała - płakała - płakała, ściskając córkę i
całując ją, gdzie popadło. Więc Aurelia też mamę objęła - z całej
siły - i przycisnęła głowę do maminej piersi. Mama z wolna się
uspokajała, ale nie rozluźniła uścisku i siedziały tak obie, ciasno
objęte i przytulone - i żadna z nich już nic nie mówiła. Księżyc
świecił coraz mocniej, Aurelia słyszała, jak stuka mamy serce,
stuk-stuk-stuk... Było jej dobrze, ciepło i bezpiecznie. I bardzo
szybko zasnęła.
- 301 -
14.
Gabriela Borejko też usłyszała ten samolot.
Tylko że ona jeszcze nie spała. Siedziała przy kuchennym stole,
pod mocno świecącą lampą z białym kloszem, i prasowała nie
kończące się koszulki, kaftaniki, bluzeczki, powłoczki oraz
prześcieradła.
W całym domu panowała cisza. Wszyscy już spali, nawet Ida,
która niedawno wróciła z randki i najpierw długo nuciła w
łazience (...„na stepach mołdawiańskich tam, tak cudnie księżyc
lśni, cygańskie życie lubię ja, swobodę - daj-didi-dii...”), lejąc
hektolitry wody do wanny, a potem wykąpana, w szlafroku i z
wypiekami na policzkach przybyła do kuchni, by oznajmić
starszej siostrze, że ustalili już ze Sławeczkiem datę ślubu
(Wielkanoc) i że - jak tylko się da - pojadą powiedzieć o tym ojcu.
Teraz było cichutko, duży budzik tykał na półce, monotonnie
brzęczała lodówka. Gabrysia odstawiła żelazko, wygładziła
wyprasowaną koszulkę Pyzy i złożyła ją starannie na pół - i w tym
momencie przeraźliwie zadzwonił telefon w przedpokoju,
rozdzierając aksamitną ciszę nocną jak zardzewiały gwóźdź i
budząc z całą pewnością Pyzunię.
Gabriela dopadła go wspaniałym susem i błyskawicznie
podniosła słuchawkę, zanim zdążył się rozdzwonić po raz drugi.
- Halo? - rzuciła gniewnym szeptem.
- Co pani taka dyskretna? Nic nie słyszę! - zirytowała się
telefonistka po drugiej stronie przewodu. - Pani poda swój numer.
Gabriela uczyniła to konsekwentnym półgłosem.
- Głośniej proszę! - zażądała telefonistka dla podkreślenia
swego autorytetu.
- 302 -
- A figę - szepnęła groźnie Gabriela. - Tu ludzie śpią,
koleżanko. O tej porze w ogóle, powiem pani szczerze, dzwonić
nie wypada!
- Sama dobrze wiem, co wypada, a co nie - zdeklarowała się
panienka w słuchawce. - Proszę się nie sprzeciwiać, bo nie
przeczytam pani telegramu! Ja pracuję, proszę pani, a pani sobie
śpi!
- Telegramu?! - krzyknęła Gabriela, zapominając na moment o
swym podstawowym zadaniu, jakim było chronienie słodkiego
snu Pyzuni przed wszelkimi hałasami i interwencjami z zewnątrz.
- Już słucham!
Zataiła dech i z łomocącym sercem wysłuchała tego, co Janusz
Pyziak - ten marnotrawny mąż - miał jej do powiedzenia jakieś
parę godzin temu, po półtorarocznej rozłące:
JUŻ LECĘ SZYKUJ OBIAD PIEROGI Z GRZYBAMI
UWIELBIAM KOCHAM PRZYBYWAM NIEDZIELA RANO
OKĘCIE - JANUSZ
- 303 -
Czwartek, 17 marca.
Śliczne błyszczące słońce wyskoczyło zza szpitala Raszei jak
malinowa kulka i różowym światłem zalało pokoik Aurelii.
Dziewczynka jeszcze spała, wciskając rozgrzany policzek w
falbanki poduszki - rozczochrana jak jeżozwierz, z gołymi nogami
wystającymi spod kołdry po przeciwnej stronie.
Spała smacznie, ale już niedługo. Wkrótce zadzwonił budzik w
pokoju mamy, potem stuknęły drzwi, zapluskała woda i zawyły
rury w łazience.
- 304 -
Potem brzęknęły sztućce w wysuwanej szufladzie i zagwizdał
czajnik - krótko, ale przeraźliwie.
Dziewczynka podniosła głowę znad poduszki, usiadła i potarła
oczy. Ziewnęła sobie smacznie, głośno i szeroko, przeciągnęła się,
aż jej kostki chrupnęły - a kiedy opuściła ręce, mamusia już była
w pokoju.
Uczesana starannie i starannie umalowana stała w progu. Miała
na sobie tylko białą koszulkę i beżową spódnicę od kostiumu, w
jednej ręce trzymała beżowy sweterek, a w drugiej - fioletową
bluzkę z falbankami, której Aurelia nigdy dotąd nie widziała.
- Obudziłaś się już? - spytała mama takim głosem, jakby chciała
zapytać o coś zupełnie innego - i nie miała odwagi. Podeszła
bliżej, stanęła tuż przy łóżku Aurelii, zawahała się, usiadła bokiem
na kołdrze.
Przez chwilę obie milczały. Aurelii chciało się spać, mama zaś
wyglądała na onieśmieloną.
- Dzień dobry, córeczko - powiedziała wreszcie. Przechyliła się
sztywno, pocałowała Aurelię w policzek.
Dziewczynka aż się zachłysnęła z wrażenia.
Natychmiast się zerwała, rzuciła mamie na szyję i rozgłośnie
obcałowała jej policzki, czoło - i nawet nos.
Mama była speszona i wzruszona, mrugała pomalowanymi
rzęsami i usta jej drżały.
Przytuliła Aurelię jeszcze raz, przygładziła sterczące kosmyki
na głowie córki, wreszcie powiedziała:
- Zjemy razem śniadanie, co?
Aurelia odniosła się do tej propozycji z burzliwym
entuzjazmem.
- Specjalnie wstałam trochę wcześniej - oznajmiła mama, po
czym odkaszlnęła i dodała: - Wiesz, wymyśliłam coś miłego...
- 305 -
Masz tylu przyjaciół... co niedziela ugotujemy wspaniały obiad i
zaprosimy kogoś z nich... panią Borejkową najpierw, potem
Lewandowskich, a potem Ogorzałków. I od nowa. Czy to nie
dobry pomysł?
- No! I Kreskę! - Kreskę! - przypomniała Aurelia, gwałtownie
klękając na kołdrze. - Kreska jest naj-najlepsza!
Mamusia zamilkła nagle i spoważniała, i Aurelia zlękła się, że
znów coś jest nie w porządku, że coś się znów popsuło - ale
trwało to tylko chwilę.
- Dobrze. I Kreskę też. I jej dziadka - zgodziła się mama i
znowu wszystko było dobrze. Mama spojrzała na fioletową bluzkę
i roześmiała się głośno, potem wstała, znów uśmiechnęła się do
córki i powiedziała: - Chodź już, chcę zjeść z tobą śniadanie.
I wiesz co? Wrócę wcześniej z pracy i ugotuję dla nas obiadek.
Aurelia zaśmiała się, uszczęśliwiona. Obiadek!...
- Mamusiu - powiedziała, promieniejąc. - Dzisiaj jest taki dobry
dzień!
- I ważny - dodała mama, przewieszając sweterek przez poręcz
krzesła. - No, wstawaj już, wstawaj... ty mój Jeżyku.
Poznań, grudzień 1983
- 306 -