The words you are searching are inside this book. To get more targeted content, please make full-text search by clicking here.
Discover the best professional documents and content resources in AnyFlip Document Base.
Search
Published by Biblioteka Szkolna, 2021-02-18 05:37:53

Misja profesora Gąbki

Rozdział XXI

WIELKIE DZIEŁO TEOFRASTA SÓLDONOGA

Wspaniała obrona Nasturcji znalazła, jak już
wspomniałem, swojego kronikarza w osobie poety Teo-
frasta Sóldonoga, który bezpośrednio po zwycięstwie
usiadł przy maszynie do pisania marki „Erika" i w cią­
gu nocy stworzył bohaterski poemat pod nieco przy­
długim tytułem: „Historia wielce cudna o niesławnej
klęsce podłego tyrana Debiliusza Rudobrodego, prag­
nącego tanim kosztem zdobyć słynny gród Nasturcję."

Nigdy bym nie wiedział o tym poemacie, gdybym
nie miał zwyczaju grzebania wśród starych ksiąg i cza­
sopism, zgromadzonych w szacownej Bibliotece Jagiel­
lońskiej w Krakowie. Oto pewnego dnia udało mi się
znaleźć oprawiony w cielęcą skórę rocznik czasopi­
sma „Głos Nasturcji", a w nim ów poemat, zamiesz­
czony w całości, bez skrótów i poprawek. Możecie mi
wierzyć, że był to najpiękniejszy dzień mojego życia!
Cały utwór przepisałem dokładnie do swego zeszytu,
dzięki czemu mogę was teraz zaznajomić z jego naj­
ciekawszymi fragmentami. Była to trudna praca, gdyż
papier „Głosu Nasturcji" bardzo już pożółkł ze sta­
rości, a dzień, w którym przepisywałem ów utwór,
był chmurny i deszczowy, jak to zwykle bywa w Kra­
kowie... Jeżeli starczy mi czasu, a Wydawnictwu Li­
terackiemu papieru, wydam go kiedyś w całości wraz

201

z objaśnieniami, aby w ten sposób uratować od zapo­
mnienia jeden z najciekawszych zabytków literatury na-
sturcjańskiej. Zanim to jednak nastąpi, przekazuję
Czytelnikom fragmenty, sądząc iż zaciekawią ich one
tak samo, jak profesora Gąbkę zaciekawiła księga
o mypingach, przetłumaczona przez senatora Stuk-Puk.

„Muzo, prowadź me pióro, bym opisał cudnie
groźny bój o miasto wczoraj przed południem,
gdy obrzydły Debiliusz, drab wielce ponury,
chciał zdobyć gród nasz sławny, niszcząc jego mury!
Oto wczesnym rankiem wyszedł z gęstych lasów
na czele swych zastępów, cicho, bez hałasu,
by podstępem się dostać na sam plac targowy
i okrutnie nam wszystkim poucinać głowy!
Lecz spotkała go przy tym przykra niespodzianka:
zastał bramy zamknięte od samego ranka,
a na murach zobaczył obrońców tysiące
uzbrojone po zęby i głośno zeń drwiące!
Patrzy, oczom nie wierzy, a na murach stoi
Smok wielki i wspaniały w pozłacanej zbroi,
w ręce ma miecz błyszczący, w paszczy ostre zęby,
z oczu lecą mu iskry, a dym bucha z gęby,
przy nim zaś Bartolini, kucharz nad kucharze,
zbrojny w swą rożnoszpadę, hartowaną w żarze!
Na ten widok zły tyran ze zgrozy skamieniał,
zapomniał, że ma język i całkiem oniemiał,
ą cała jego banda w przerażeniu srogim
rzuciła się do ucieczki, gubiąc, swoje nogi...

W dalszym ciągu poeta Sóldonóg opisuje radość,
jaka zapanowała w grodzie po błyskawicznej ucieczce
zbójów. Wszyscy byli przekonani, że niebezpieczeństwo
już minęło i że Debiliusz nie odważy się na nowy atak.
Jak wiemy, była to radość złudna. Nikomu bowiem nie
przyszło na myśl, że niecni łotrzykowie będą się usiło­
wali dostać do miasta przy pomocy akweduktu! A oto
jak mistrz Teofrast opisuje ów drugi niespodziewany
atak, zakończony ujęciem wszystkich napastników...

202

Tuż za Piękną Nasturcją sterczą srogie góry,
\ z gór zaś biegnie akwedukt, przeskakuje mury
! i czystą wodę źródeł niesie w środek grodu...

Owym to akweduktem zbóje w miasto płyną,
pełni podłej radości, nie wiedząc, że zginą...
Niesieni prądem wody, z szybkością pociągu,
w zbiornik wielki wpadają tego wodociągu,
chcąc się z niego wydostać na ulice miasta,
Ale nagle nad nimi wielka klatka wzrasta,
srogie belki widnieją u góry, po bokach,
nigdzie nie ma stąd wyjścia, a woda głęboka,
żadna siła nie zdoła przełamać bariery —
„Koniec — woła Debiliusz. — Koniec mej kariery!"

W zakończeniu swego dzieła poeta sławi dzielnych
przybyszów z Grodu Kraka, dzięki którym Nasturcja
uniknęła smutnego, a nawet tragicznego losu.

P.S. Nie gniewajcie się, moi drodzy, że powtórzy­
łem wam mniej więcej to samo, o czym czytaliście już
w dwóch poprzednich rozdziałach. Co innego jednak
proza, a co innego poezja. Chciałem bowiem zapoznać
was z utworem Teofrasta Sóldonoga, który był nie
tylko wielkim poetą, ale też niezwykle miłym czło­
wiekiem, lubiącym dzieci, zwierzęta i precelki posy­
pane makiem.

Rozdział XXH /
DOBRA NOWINA

Smok i profesor Gąbka wracali z zebrania Rady,
Ministrów, na którym uchwalono wiele doniosłych roz­
porządzeń. I tak na wniosek Marcina Lebiody posta­
nowiono, że każde dziecko w Nasturcji otrzyma w naj­
bliższym czasie drewnianego konia na kółkach, poru­
szanego przy pomocy pedałów. Postanowiono też, że na
wszystkich ulicach zostaną ustawione automaty, wy­
dające lizaki po wrzuceniu do nich trzech ziarnek gro­
chu. Profesor Gąbka zarządził, że od następnego dnia
we wszystkich szkołach zaczną się lekcje krakowiaka,
który dotychczas był tańcem zupełnie w Nasturcji
nie znanym. Uchwalono też, że wszystkich gości, przy­
bywających z dalekich krain, będzie się wozić po
mieście bryczkami zaprzężonymi w białe kucyki. Jak
z tego widać, było to zebranie bardzo owocne i praco­
wite, toteż nic dziwnego, że nasi przyjaciele postano­
wili nieco odpocząć na przechadzce, do której zapra­
szały cieniste aleje. Aleje te ciągnęły się wzdłuż brze­
gów Wielkiej Rzeki, pełnej żaglówek, kajaków, a na­
wet zwyczajnych balii.

— Gdybym nie musiał jechać do Krainy Mypin-
gów — rzekł profesor — chętnie bym tu pozostał na
dłuższy czas. To bardzo miłe miasto.

•— Ja też jestem tego zdania —: odparł Smok. —-

204

Ale nie możemy zapominać o najważniejszym celu na­
szej podróży.

— To zupełnie zrozumiałe. Musisz jednak przy­
znać, że Nasturcjanie dadzą się lubić.

Smok rozparł się wygodnie na ławce, założył nogę
na nogę i powiedział:

— Drogi Baltazarku. Rozmyślam ciągle o czeka­
jącej nas podróży i nie bardzo rozumiem, dlaczego
chcesz jechać lądem. Skoro, jak twierdzisz, Kraina
Mypingów leży w pobliżu Wielkiej Rzeki, to najprościej
byłoby spłynąć rzeką, a nie tłuc się po górach i pusty­
niach.

— Myślałem już o tym — uśmiechnął się profe­
sor. — Choć jestem uczonym, nie brak mi zmysłu
praktycznego. Trudność polega na tym, że poniżej Na­
sturcji Wielka Rzeka tworzy szereg groźnych wodo­
spadów, z powodu których żegluga jest zupełnie nie­
możliwa. A gdyby ich nawet nie było, to powiedz mi,
w jaki sposób wrócilibyśmy do Nasturcji nie mając ło­
dzi motorowych? I w jaki sposób przewieźlibyśmy
sprzęt potrzebny do kopania kanału?

Smok spojrzał na profesora z wyrazem głębokiego
uznania.

— Masz słuszność, mój drogi. Co głowa, to głowa...
Wobec tego pojedziemy lądem. Nie ma innego wyjścia.

Zajęci rozmową nie zauważyli, że zbliża się do nich
senator Ogórkopulos. Pan Hieronim wracał z kąpie­
li, o czym świadczył ręcznik przewieszony przez ramię.

— Dobrze, że was widzę — zawołał na ich widok
senator. — Mam dobrą nowinę. Oto wszyscy dorośli
mieszkańcy Nasturcji postanowili wziąć udział w wa­
szej wyprawie, aby jak najszybciej wykopać upragnio­
ny kanał.

205

— To wspaniała wiadomość — ucieszył się
Smok. — Właśnie martwiłem się, że zbójów jest za
mało dla wykonania tak wielkiej pracy. Jeżeli
wszyscy się do tego zabiorą, kanał będzie gotowy za
kilka miesięcy!

— Zrobiliście tyle dobrego dla nas — dodał pan
Hieronim — że chcemy się w jakiś sposób wywdzię­
czyć. Gdyby nie wy, bylibyśmy już niewolnikami De-
biliusza. Strach pomyśleć, co by się teraz w mieście
działo.

Smok z zakłopotaniem podrapał się w głowę.
— No, dobrze — rzekł po chwili — ale w samo­
chodzie jest miejsce tylko dla naszej gromadki.
Senator z lekceważeniem machnął ręką.
— To głupstwo. Nasturcjanie pojadą na wozach
drabiniastych, zaprzężonych w dinozaury. Już posła­
łem w tej sprawie telegram do Rufinusa. Jutro przy­
będzie tu ze swymi wychowankami.
— Brawo! — krzyknął profesor. — Brawo! To mi
się podoba!
Nazajutrz koło południa wkroczyło do Nasturcji
stado dinozaurów, prowadzone przez Rufinusa, który
wygrywał na fujarce melodię piosenki o kotku na płot­
ku... Ogromne zwierzęta z trudem przecisnęły się przez
bramę prowadzącą na główną ulicę miasta. Niektóre
z nich były tak wielkie, iż idąc ulicą zaglądały do
mieszkań znajdujących się na drugim piętrze. Jeden
z gadów ujrzał w pewnym mieszkaniu staroświecką
kanapę, pokrytą złocistym jedwabiem. Będąc amato­
rem kanapek, wsadził łeb przez okno i pożarł ją błys­
kawicznie. Dopiero dziwny smak zardzewiałych sprę­
żyn przekonał go, iż padł ofiarą pomyłki. Zawstydził
się więc bardzo i czym prędzej pobiegł za swymi brać­
mi. Całe stado ułożyło się wygodnie wokół fontanny

206

i ukołysane łagodnym szmerem wody natychmiast za­
snęło.

Ostatnią noc przed odjazdem spędził profesor Gąbka
na zawiłych obliczeniach, z których wynikało, że jazda
do Krainy Mypingów zajmie co najmniej trzy tygod­
nie.

— To będzie ciężka podróż — pomyślał uczony. —
Ale trudno. Nie wybraliśmy się na majówkę.

Świtało już, gdy profesor odłożył pióro i zwinąwszy
mapę w wielki rulon, przewiązał go różową wstążką.
Odsunął od stołu ciężki fotel i powstawszy przeciągnął
się, aby rozprostować kości. Śpiący pod stołem Ares
przebudził się i spojrzał na swego pana. Również Ping,
zwinięty w kłębek na dywanie, otwarł jedno oko
i śmiesznie przekrzywił swój szpiczasty łebek.

— Pójdziemy na spacerek — rzekł do nich Gąb­
ka. — A po śniadaniu wyruszymy tam, dokąd wzywa
nas obowiązek.

— Wiązek — powtórzył Ping, zupełnie jak papuga.

Od Autora:
Drodzy Czytelnicy! A teraz muszę się wam przy­

znać do czegoś, do czego bardzo niechętnie przyznają
się autorzy książek. Oto postawiwszy kropkę po zda­
niu kończącym poprzedni ustęp, sam znalazłem się,
jak to mówią, „w kropce". Po prostu nie wiedziałem,
jak odbyła się ta podróż z Nasturcji do Kraju Mypin­
gów. W poszukiwaniu wiarogodnych dokumentów
przewertowałem wiele bibliotek i archiwów, niestety,
nigdzie nie znalazłem oryginalnych zapisków profe­
sora Gąbki, o których istnieniu nie wątpiłem, znając
solidność uczonego. Oczywiście, mogłem popuścić wo­
dze fantazji i wymyślić szereg niezwykłych zdarzeń,
które by was zainteresowały. Jestem jednak człowie-

207

kiem miłującym prawdę i po prostu nie lubię bujać...
Byłem więc w wielkim kłopocie. Zamiast pisać, cho­
dziłem na spacerki z moim psem i zabawiałem się rzu­
caniem mu patyków, które przynosił mi z wielkim za­
pałem. Zamiast stukać na maszynie, leżałem do góry
brzuchem i liczyłem muchy chodzące po suficie. Pew­
nego razu doliczyłem się dwustu trzydziestu trzech
much w ciągu jednego popołudnia! Przyznacie chyba,
że nie było to zbyt budujące zajęcie. Tymczasem czas
leciał, a Wydawnictwo upominało się o książkę, która
wciąż jeszcze nie była gotowa. Pewnego razu zatele­
fonował do mnie sam Naczelny Redaktor, grożąc ze­
rwaniem umowy, o ile w ciągu najbliższych dwóch mie­
sięcy nie oddam mu gotowego maszynopisu. Poprosi­
łem go wtedy o cierpliwość i obiecałem, że zrobię
wszystko, co będzie w mej mocy, aby książkę dostar­
czyć w umówionym terminie. Zaraz potem wsiadłem
do samolotu i poleciałem do Afryki, ponieważ pamię­
tałem z poprzednich podróży, że w Afryce przychodzą
mi do głowy same dobre pomysły... Chciałem się też
znaleźć jak najdalej od Naczelnego Redaktora, którego
(mówię to w wielkim sekrecie) bałem się trochę... Po
wielu godzinach lotu wylądowałem w Trypolisie, sto­
licy kraju zwanego Libią. Byłem tu przed kilku laty
i wtedy to wpadłem na pomysł napisania książki o po­
rwaniu Baltazara Gąbki. Miałem więc nadzieję, że
i tym razem afrykański wiatr „hamsin" przyniesie mi
do głowy sposób na rozwiązanie tego trudnego prob­
lemu. I cóż powiecie? Okazało się, że postąpiłem słusz­
nie, gdyż jeszcze tego samego dnia spotkała mtnie wiel­
ka i radosna niespodzianka. Przeglądając druki i rę­
kopisy w kramie ulicznego antykwariusza, znalazłem
pięknie ilustrowany egzemplarz Baśni z tysiąca i jed­
nej nocy, z którego wypadł niepozorny zeszyt, wypeł-

208

niony, o dziwo, notatkami pisanymi w języku polskim.
Okładka zeszytu przypominała do złudzenia okładki
waszych szkolnych zeszytów; było na niej nawet kilka
kleksów z atramentu i duża tłusta plama. Uradowany
z niezwykłego odkrycia kupiłem ów notatnik, oczy­
wiście po długim i zaciętym targowaniu się. Trzeba
wam bowiem wiedzieć, iż kupcy arabscy strasznie się
lubią targować. Mając już ów zeszyt w ręce, poszedłem
nad morze, usiadłem na skale i zacząłem czytać. Już
po przeczytaniu kilku zdań zerwałem się z miejsca,
przy czym omal nie wpadłem do wody, rojącej się od
rekinów. Byłem wstrząśnięty! Nie ulegało bowiem
żadnej wątpliwości, że miałem w ręce autentyczne za­
piski profesora Baltazara Gąbki, i to zapiski prowadzo­
ne przez niego w czasie trwania podróży z Nasturcji
do Krainy Mypingów! Pełen dzikiej radości pobieg­
łem do hotelu, trzymając kurczowo swój skarb. Tej
nocy — możecie mi wierzyć — nie zmrużyłem oka.
Fakt, że zeszyt ten zawędrował do kraju zamieszkane­
go przez Arabów, nie jest znów tak dziwny, jakby się
na pozór wydawało. Arabscy kupcy podróżujący
w dawnych czasach po bałtycki bursztyn, często od­
wiedzali Gród Kraka. Zapewne jeden z nich znalazł
się w posiadaniu notatek profesora i zabrał je do swej
ojczyzny w charakterze miłej pamiątki... Wczesnym
rankiem pobiegłem na pocztę i wysłałem telegram do
Naczelnego Redaktora. Treść jego była następująca:
„Termin zostanie dotrzymany. Serdeczne pozdrowie­
nia — Stanisław Pagaczewski". Następnie wróciłem do
hotelu i zabrałem się do przepisywania notatek na ma­
szynie. Oto one. Czytajcie je teraz sami. Ja sobie przez
ten czas odpocznę.

14 Misja..:

Rozdział XXIII

DZIENNIK PROFESORA GĄBKI

15 X Na pierwszym biwaku. Dziś w południe opu­
ściliśmy Nasturcję. Na czelá orszaku jedzie nasz sa­
mochód, za nim szereg wozów zaprzężonych w dino­
zaury i wypełnionych ludźmi oraz sprzętem. Straż tyl­
ną tworzy poeta Teofrast, jadący na rowerze. Na ba­
gażniku ma zapas papieru i flachę z atramentem.

Siedzimy teraz przy ognisku i wcinamy jajecznicę
z pieczarkami. Bartolini brzdąka na gitarze i nuci wło­
skie piosenki. Jesteśmy wszyscy dobrej myśli. Na nie­
bie gwiazdy. Czuję się jakbym odmłodniał o dwa­
dzieścia lat.

20 X Już sześć dni jesteśmy w drodze. Przeby­
liśmy Góry Skaliste, zbudowane z bazaltów i porfirów.
Jesteśmy teraz na wyżynie, pokrytej rzadkim lasem.
Rosną tu drzewa podobne do cyprysów i cedrów. Di­
nozaury sprawują się bez zarzutu, ale słuchają tylko
Rufinusa. Przed zaśnięciem musi im grać na fujarce
i opowiadać bajki. Zbóje jadą w dużej klatce na ko­
łach i zachowują się spokojnie.

24 X Skończył się dziesiąty dzień wyprawy! Zupeł­
ne bezdroża. Spotykamy węże pięciometrowej długości.
Są grube, a ich łuski lśnią tęczowymi barwami, Na

210



nasz widok szybko kryją się między skałami. Dziś
w nocy śnił mi się Gród Kraka. Ach, z jaką rozkoszą
wyciągnąłbym się na swym wygodnym tapczanie!

(Uwaga. Następuje luka w notatkach", spowodowana
zapewne zamoknięciem kilku kartek zeszytu. Można
odczytać tylko poszczególne wyrazy, jak: głęboki po­
tok, świerszcze, dzierdzięgi, zapałki... Dopiero pod datą
1 listopada widnieje obszerna, dobrze już czytelna re­
lacja.)

1X1 Wczoraj opuściliśmy terytorium należące do
Nasturcji. Na samej granicy napotkaliśmy domek, w
którym mieszka wielkorządca, markiz Mayonez de Sal-
cefiks, potomek słynnej, rycerskiej rodziny. Ma podob­
no sto pięćdziesiąt lat> ale wygląda na młodszego ode
mnie. Powiedział nam, że obecnie wjeżdżamy na te­
ren zamieszkany przez ludzi chodzących na jednej no­
dze i nakrywających się w czasie snu ogromnymi usza­
mi. Ludzie ci są ponoć bardzo bojaźliwi i nie pozwalają
się fotografować. Chciałbym koniecznie zobaczyć choć
jednego takiego osobnika...

3 XI Dziś rano udało mi się nareszcie...
(Tu znów brakuje dwóch kartek, wyrwanych za­
pewne czyjąś ręką. Dlatego też nigdy nie będziemy
wiedzieć, czy profesorowi udało się sfotografować
dziwnych mieszkańców tej krainy. Wielka to szkoda
dla nauki. Przyp. autora.)

7 XI Zjechaliśmy z wyżyny. Przed nami pustyn­
ny kraj, pokryty skalnym gruzem i piaskiem. A płaski
jak stół. Gdzieniegdzie rosną kępy suchej, płowej tra-

212

wy. Tu i ówdzie wysokie na kilka metrów kaktusy.
Czy to już Kraina Mypingów? Koyot wyrwał Bartoli-
niemu chory ząb. Samochód sprawuje się bardzo
dobrze.

10 XI Dziś spotkaliśmy stadko bardzo chudych my­
pingów. Było ich około pięćdziesiąt. Na ich widok nasz
Ping zmienił się nie do poznania. Stał się niespokojny
i nieposłuszny. Obawiam się, żeby nie uciekł do swych
towarzyszy. Marcinek radził mi, żebym go trzymał te­
raz na smyczy. Ale nie zrobię tego. Niech każdy decy­
duje swobodnie o swym losie.

11XI Tak. To już na pewno Kraina Mypingów.
Jaka nędzna i biedna! Rzadko stojące drzewa są suche
i pozbawione kory. Upał coraz większy, na niebie ani
jednej chmurki. Dnie gorące, a noce bardzo chłodne.
Śpimy w ciepłych śpiworach i nakrywamy się kocami.

Kierujemy się teraz ku południowi, bo gdzieś w tej
stronie powinna być Wielka Rzeka, o ile nasza mapa
jest dokładna. Od czasu do czasu mijamy wyschnięte
łożyska potqków, które służą nam za drogowskazy.
Potoki te były niegdyś dopływami Wielkiej Rzeki.
Ludzie są już bardzo zmęczeni i osłabieni. Zaczyna
nam brakować wody do picia. Jeśli na czas nie doj­
dziemy do rzeki, może być z nami krucho.

15 XI Połowa listopada! O tej porze u nas pada
już śnieg! Tęsknię do jego widoku. Nie ma nic pięk­
niejszego niż pobielone śniegiem wieże Wawelu...

Dziś skończyły się nam zapasy wody. Mamy jeszcze
kilka beczek Coca-Coli na czarną godzinę. Każdy mo­
że wypić trzy łyki dziennie. Marzymy o lodach Ca-

213

lypso. W Grodzie Kraka można je kupić o każdej porze
w cukierni pana Walerego Kądziołki. Ach, cóż to były
za lody. Palce lizać...

16 XI Schudłem już bardzo i opaliłem śię „na Mu­
rzyna". Smok też zaciska pasa. Dokuczają nam pchły
piaskowe. W ciągu dnia latają nad nami stada sępów.

20 XI Hurra! Na horyzoncie widać już (przez lor­
netkę) Wielką Rzekę. Pędzimy ku niej na złamanie
karku. Dinozaury galopują jak konie. Jesteśmy ura­
towani!

22 XI Od dwóch dni mieszkamy w obozie nad
rzeką. Co za rozkosz! Wszyscy, nie wyłączając zbójów,
używamy na kąpieli. Pozwoliłem też Deszczowcom wejść
do wody. Byli mi potem bardzo wdzięczni. Okazuje się
więc, że nie wygasły u nich ludzkie uczucia....

25 XI Nie mamy już Pinga! Dziś przed południem
opuścił nas i przyłączył się do stada, które nadeszło
od strony północnej. Gdy o tym piszę, chce mi się
wprost płakać. A było to tak: na widok gromadki
swych wynędzniałych towarzyszy Ping zerwał się
z miejsca i nie słuchając mych nawoływań pognał ku
nim. Po chwili jednak ruszył w moją stronę, ale za­
trzymał się w połowie drogi. Odniosłem wrażenie, że
nie wie, co robić. Wołałem do niego: „Ping, Ping, chodź
do mnie, maleńki, nie bój się". Postąpił kilka kroków,
ale znów się zatrzymał i spojrzał żałośnie na swoich.
Mypingi, zbite w gromadkę, zachowywały się spokoj­
nie, jakby czekając na rozwój wypadków. Wyjąłem
z kieszeni marchewkę i pokazując mu ją wołałem na­
dal: „Ping, Ping, chodź do mnie". Wahał się, ale po

214

chwili zawrócił ku swoim.. Wtedy podbiegł ku niemu
Ares. Psisko zaczęło skakać koło Pinga, jakby w za­
miarze zapędzenia go do obozu. Przez kilka chwil Ping
baraszkował z nim jak dawniej, obejmował go ramio­
nami za szyję i przewracał na ziemię. Stałem bez ru­
chu i czekałem, co z tego wyniknie. Po pewnym cza­
sie Ping odskoczył od Aresa i nie oglądając się za sie­
bie pobiegł ku swoim. Całe stadko ruszyło galopem po
piasku i wkrótce zniknęło za wydmami. Zrozumiałem
wtedy, że nigdy Pinga nie zobaczę. I poczułem, że
mam łzy w oczach...

30 XI Kanał wydłuża się. Używamy dinozaurów
w charakterze spychaczy, co bardzo przyśpiesza robotę.
Jest to pomysł Największego Deszczowca! Zbóje, stra-
.ciwszy już dawno nadzieję na ucieczkę, pogodzili się
z losem i pracują wytrwale. To jedyna szansa dla
nich. Nawet Debiliusz chętnie macha łopatą. Prawdą
jest, że praca uszlachetnia...

2 XII Nadszedł dzień naszego odjazdu. NasturcJa­
nie będą już teraz pracować bez nas. Musimy wracać,
bo zbliża się zima, a droga daleka. Nasza misja zakoń­
czona. Żal się nam rozstawać z przyjaciółmi, ale cóż
robić... Najważniejsze jest, że kanał rośnie. Według
moich obliczeń (które dałem do sprawdzenia Lebiodzie
i Smokowi) za dwa lub trzy miesiące kanał dojdzie do
Wielkiej Rzeki. Wtedy zbuduje się tamę, która skie­
ruje wodę do kanału. Przez sam środek Krainy My-
pingów popłynie nowa, tym razem sztuczna rzeka.
Woda wprowadzi tu nowe życie. A za kilka lat węd­
rówki mypingów powinny ustać raz na zawsze. Gdy
żegnałem się z Największym Deszczowcem, uścisnął
mocną mą rękę i powiedział: „Chciałbym się jeszcze

215

I

z panem spotkać. Ale jako przyjaciel, a nie wróg". No,
no, kto by się tego spodziewał. Byłem praw...

[Na tym urwanym zdaniu kończą się odnalezione
przeze mnie zapiski profesora Gąbki. Czyżby uczony
chciał napisać, że był prawdziwie wzruszony? Bardzo
możliwe... A teraz, skoro już skończyliście czytać, po­
zwólcie, że zabiorę się do ostatniego rozdziału tej książ­
ki. Odpocząłem już sobie i mogę zasiąść do maszyny...
(przyp. autora).]

Rozdział XXIV

NIESPODZIANKA NA PRZELICZY

Książę Krak przebudził się i ziewnąwszy głęboko
spojrzał na okno pokryte lodowymi kwiatami.

— Oho, mróz rośnie — stwierdził. — Nic dziwne­
go, to już styczeń...

Nałożył na stopy futrzane pantofle i poczłapał do
kominka, gdzie tliły się jeszcze na wpół zwęglone bu­
kowe polana.

— Zabrała się do nas zima na dobre — pomyślał. —
Jestem pewny, że Wisła pokryła się lodem.

Szarpnął za sznur od dzwonka. W drzwiach stanął
młody paź, Wojtek Wrona, pełniący służbę w przy­
ległej komnacie.

— Czy przyszły w nocy jakieś wiadomości od
Smoka?

— Niestety nie. Radiostacja milczy jak zaklęta. Na­
czelny Inżynier twierdzi, że fale musiały w drodze za­
marznąć. Dopiero z wiosną odtają, będzie można coś
usłyszeć.

— Martwi mnie ich los — rzekł książę.
•— Przecież falom to nic nie zaszkodzi...
— Głupiś, bracie, myślę o naszych podróżnikach...
No cóż, trzeba się uzbroić w cierpliwość. A ponieważ

217

w komorze zaczyna już brakować mięsiwa, wybiorę się
dziś na polowanie. Pojedziemy do zameczku w górach,
aby zapolować na dziki. Ale powiedz mi, mój kochany,
kiedy sobie zetniesz włosy? 'Wyglądasz zupełnie jak
białogłowa.

— Panie, co też gadacie — przestraszył się chło­
piec. — Długie, włosy są teraz modne.

— Dobrze, dobrze, ja tylko tak żartowałem... No, to
leć duchem do Wielkiego Łowczego, żeby wydał odpo­
wiednie rozkazy. Dość się już wyleżał pod pierzyną.
Wyruszymy zaraz po śniadaniu.

— Tak jest! — krzyknął paź i pobiegł, aby wypeł­
nić książęce polecenie.

Tymczasem książę ubrał się i podszedłszy do okna
otwarł je szeroko. Mroźne powietrze buchnęło do sy­
pialni. Nisko nad ziemią wisiało wielkie, pomarańczo­
we słońce. Zgodnie z przewidywaniami księcia Wisła
zniknęła pod lodem. Ośnieżone wieże zamczyska odci­
nały się wyraźnie od bezchmurnego nieba.

— Piękny czas na polowanie — pomyślał Krak. —
Na świeżym śniegu tropy będą dobrze widoczne...

W trzasku biczów, w szczekaniu ogarów, w rżeniu
koni i srebrzystym brzęku dzwoneczków ruszył orszak
myśliwych za wawelską bramę. Spłoszone zgiełkiem
wrony długo kołowały nad wieżami zamku. Na czele je­
chał konno książę Krak w towarzystwie Wielkiego
Łowczego, który był w prostej linii potomkiem legen­
darnego Wyrwidęba.

Przejechawszy przez most na Wiśle, myśliwi skie­
rowali się ku południowi, wprost ku górom, które
wznosiły się na horyzoncie jak wyszczerbiony i śnież­
nobiały mur, strzegący granic księstwa. Mróz zaczer-

218

wienił policzki jeźdźców i pokrył ich wąsy kryształ­
kami lodu. Blask słońca był tak silny, że jadący mu­
sieli mrużyć oczy. Na gałęziach jodeł i świerków le­
żała puszysta okiść, strząsana od czasu do czasu przez
spłoszone wiewiórki.

Tuż za miastem zaczynała się ogromna puszcza, się­
gająca aż do granicy księstwa. Tkwiły w niej ludz­
kie osady, rzadkie jak rodzynki w cieście. Ich nazwy
mówiły o zajęciach, wykonywanych przez mieszkań­
ców: Bartniki, Kołodzieje, Smolarnia, Drwale... Każda
z nich składała się z kilku lub kilkunastu drewnianych
domów, nakrytych stromymi dachami. Na podwórzach
widniały studnie z żurawiami, z obór dolatywało po­
rykiwanie bydła. Przejazd książęcego orszaku był dla
osadników nie byle jakim wydarzeniem. Wychodzili
z domów i z podziwem przyglądali się mieszkańcom
wawelskiego grodu. Książę odpowiadał serdecznie na
wszystkie pozdrowienia, wypytywał swych poddanych
o zdrowie i życzył im szczęśliwego doczekania wiosny.
W Myślimicach zatrzymał się na krótki odpoczynek
w domu sołtysa, aby ogrzać się nieco i dać koniom po­
pasać.

Wczesna noc zastała myśliwych w Owczarach.
Wznosiło się tu drewniane dworzyszcze, w którym
rezydował starosta Janko Powała, znany łowca, zielarz
i znachor. W obszernych, pachnących żywicą izbach
znaleźli wygodne pomieszczenie wszyscy członkowie
orszaku. Książę legł w zacisznej komnatce na stosie
skór niedźwiedzich. Blask ognia z kominka pełzał po
ścianach obwieszonych rogami jeleni i głowami dzików.
Przez małe okienko zaglądały do wnętrza wielkie i ja­
sne gwiazdy, wiszące nad skostniałym z mrozu świa­
tem.

Mimo znużenia wywołanego jazdą Krak długo nie

219



mógł usnąć. Coraz bardziej niepokoił go brak wiado­
mości od Smoka. Z ostatniej relacji przysłanej na go­
łębich skrzydłach dowiedział się o wyjeździe ekspedy­
cji z Nasturcji do kraju mypingów. Było to jednak
w połowie października, od tego czasu minęły już pra­
wie cztery miesiące. Dwa mogły być powody tego mil­
czenia: albo zabrakło gołębi, albo podróżnikom wyda­
rzyło się jakieś nieszczęście. O tej drugiej ewentualno­
ści książę nawet myśleć nie chciał, ale coraz bardziej
niepokoiły go złe przeczucia. Wyrzucał sobie teraz, że
zbyt lekkomyślnie naraził swych przyjaciół, wysyłając
ich w tak daleką i niebezpieczną podróż. Nigdy by so­
bie nie darował, gdyby spotkało ich co złego.

Cała nadzieja w Smoku — myślał wpatrzony w do­
gasające na kominku płomienie. — Jest sprytny, od­
ważny i mocny. Innym członkom wyprawy też nie bra­
kuje odwagi ani wytrwałości. Ale świat jest wielki i pe­
łen niespodzianek... A może sam powinienem był wziąć
udział w wyprawie? Któż by jednak wówczas sprawo­
wał rządy w księstwie?

Było już bardzo późno, gdy wreszcie zasnął, zmę­
czony natłokiem smutnych i niepokojących myśli. Spał
nawet tak mocno, że nie słyszał wycia wilków, których
stado krążyło na skraju puszczy, nie śmiejąc podejść do
zasypanej świeżym śniegiem osady...

Jazda z Owczar do zameczku zajęła myśliwym kilka
godzin. Góry wokoło rosły, a wraz z nimi rosła grubość
śniegu pokrywającego ziemię. Chwilami konie zapada­
ły się po brzuchy. Na ulizanych przez wiatr graniach
czaiły się jęzory lawin.

Koło południa mróz zelżał, a wkrótce potem oczom
jadących ukazał się zamek, osadzony na stromym wzgó-

221

rzu, panującym nad przełęczą. Była to ta sama przełęcz
między Roztrzepańcem a Mandragorą Wielką, na której
dziesięć miesięcy temu Smok i jego towarzysze żegnali
ojczystą ziemię.

Posiliwszy się obiadem, przygotowanym przez za­
rządcę zamku, i odpocząwszy nieco, książę Krak wydo­
stał z szopy saneczki, schowane tu w czasie zeszłorocz­
nej zimy. Ucieszył się bardzo na ich widok, obiecując
sobie wspaniały zjazd z zamku na przełęcz. Kręta i spa­
dzista droga stanowiła bowiem znakomity tor sanecz­
kowy. Zamiłowanie do jazdy na sankach pozostało księ­
ciu z czasów dzieciństwa, kiedy to wraz ze swym ojcem
szalał na zboczach wawelskiego wzgórza.

Jazda była wyśmienita! Umiejętnie prowadzone sa­
neczki nabrały od razu wielkiej szybkości i rwały ku
przełęczy jak chart spuszczony ze smyczy *. Nie zwa­
żając na mroźny wiatr, który wyciskał łzy z oczu, ksią­
żę sunął po dobrze ubitym śniegu, szczęśliwy i roze­
śmiany. Zdawało się mu, że znów jest małym chłopcem,
zapomniał o swej książęcej godności i o wszystkich kło­
potach związanych z prowadzeniem spraw państwo­
wych. Już było widać przełęcz i stojącą przy drodze ta­
blicę, obwieszczającą podróżnym, iż od tego miejsca
zaczyna się terytorium Krakostanu. W chwili gdy san­
ki wpadły na szeroki trakt, spoza zakrętu wysunęła się
czyjaś postać. Książę zahamował gwałtownie, ale mimo
to podciął nogi idącemu i wraz z nim gruchnął w wy-

* Każdy psiak spuszczony ze smyczy rwie ile sił w nogach.
Wcale się nie upieram przy charcie. Dlatego też, jeśli wolicie,
zamiast charta może być wyżeł, legawiec, spaniel, szkocki te­
rier czy nawet jamnik. A jeżeli macie kundelka, to niech bę­
dzie kundelek. Mieszańce w niczym nie ustępują psom raso­
wym, a pod wieloma względami nawet je przewyższają, bo nie
są tak zarozumiałe... (przyp. autora).

222

soką zaspę tonąc w śniegu po uszy. Zderzenie było tak
niespodziewane, że oszołomiony nim Krak nie mógł się
przez kilka chwil połapać w sytuacji. Śnieg nie tylko
zasypał mu oczy, uszy i usta, ale dostał się nawet za
koszulę, co — jak wiedzą wszyscy saneczkarze — wcale
nie należy do przyjemności. Książę na oślep wydostał
się ze śnieżnej pierzyny i stanął chwiejnie na twardym
gruncie.

— Co to ma znaczyć? — usłyszał czyjś jakby zna­
jomy głos.

Rozejrzał się dokoła, ale nikogo nie spostrzegł. Do­
piero po chwili zorientował się, że głos dochodzi spod
śniegu.

— Bardzo pana przepraszam... Ale gdzie pan jest,
u licha?

—-Tu — odparł głos. — Już idę...
Z głębokiego dołu uniosło się coś, co na pierwszy
rzut oka przypominało śnieżnego bałwana.

— Smok!
— Krak!
Oba te okrzyki zabrzmiały jednocześnie. W na­
stępnej sekundzie przyjaciele padli sobie w ramiona.
— Skąd się tu wziąłeś? — krzyknął książę.
— A ty skąd?
— Zjechałem spod zamku na sankach.
— A ja właśnie szedłem do zamku po pomoc.
Utknęliśmy w zaspie, niedaleko, będzie stąd trzy ty­
siące kocich kroków. Potrzebne nam są konie do wy­
ciągnięcia maszyny na przełęcz.
— Jesteście zdrowi? — zapytał książę.
— Gdybym nie był smokiem, powiedziałbym, że je­
stem zdrów jak ryba.

— A reszta?

223

— Tak samo. Jesteśmy nawet zdrowsi niż przed
wyjazdem.

— A ja tak bardzo martwiłem się brakiem wiado­
mości.

— Radio nam zamarzło — wyjaśnił Smok. — I nie
mamy już ani jednego gołębia... A co ty tu robisz?

— Przyjechałem na polowanie. Za dwa dni wróci­
my razem do domu.

— Świetnie! Wytrząsłem się już tak w tym samo­
chodzie, że marzę o wygodnym tapczanie.

— Chodźmy więc szybko po konie. Opowiecie nam
wszystko podczas wieczerzy...

O zmroku wszystkie okna zamku na Roztrzepańcu
rozjarzyły się światłami. A najjaśniej było w sali ry­
cerskiej, którą zamieniono na jadalnię. Jej środek zaj­
mował ogromny stół, wokół którego zgromadzili się
mieszkańcy warowni. Nie będziemy jednak pisać o tym,
co na nim było, nie chcąc, by Czytelnicy posądzili nas
o zamiłowanie do obżarstwa. Wspomnimy tylko — i to
wyłącznie z obowiązku kronikarskiego —, że potraw
było tyle, ile mj^ięcy w roku, a liczba nakryć równa­
ła się ilości tygodnijĎziwjjym bowiem zbiegiem oko­
liczności biesiadników było pięćdziesięciu trzech (nie
licząc psów!).

Na honorowym miejscu siedział książę Krak, mając
po bokach Smoka i profesora Gąbkę. Sąsiednie miejsca
zajmowali doktor Koyot, Bartłomiej i Marcinek. Pło­
nące na stole świeczniki rzucały na biesiadników drżą­
ce, migotliwe blaski. W pucharach czerwieniło się wę­
gierskie wino. Na kryształowych tacach złociły się ster­
ty pomarańcz, przywiezionych z Nasturcji. Był to dar
senatora Stuk-Puk dla księcia. Prócz nich pyszniły się
na stole banany, ananasy i soczyste owoce mango. Sko­
ro mowa o darach, trzeba wspomnieć, iż książę otrzy-

224

mał figurkę dinozaura, wykonaną misternie z kości sło­
niowej. Twórcą tego pięknego dzieła sztuki był oczy­
wiście sam dyrektor Rufinus...

Opowiadaniom nie było końca. Słuchał więc książę
relacji o dinozaurach, o nieudanym ataku Debiliusza
na miasto, o pracach przy kopaniu kanału i w ogóle
o wszystkim, co przydarzyło się w ciągu ostatnich mie­
sięcy. Śmiał się serdecznie, słuchając opowieści o fi­
glach, jakie sobie wyrządzali podróżni w dniu pierw­
szego kwietnia, i dziwował się wielce przygodzie z po­
łudnikiem, która omal nie skończyła się poważną kata­
strofą. Wyraził też żywe zadowolenie na wieść o za­
trudnieniu obu Deszczowców przy kopaniu kanału:

— Mam nadzieję — rzekł — że ta praca nauczy
ich wreszcie rozumu. Martwiłem się bardzo ich uciecz­
ką z Wawelu, ale teraz widzę, że stało się dobrze. To
jednak świetni fachowcy od prac wodnych...

Następnie na prośbę Smoka opowiedział, co zaszło
w tym czasie w kraju. Okazało się, że Don Pedro spę­
dził swój "urlop w Grodzie Kraka. W ostatnich miesią­
cach zbudowano nowy teatr lalek i przystąpiono wre­
szcie do regulacji Wisły. Na samym zaś środku rynku
wzniesiono piękny gmach Sukiennic, tylko w tym ce­
lu, żeby przybywający do miasta turyści mieli co foto­
grafować.

W chwili, gdy biesiadnicy zabierali się do lodów,
stanął w drzwiach dowódca straży zamkowej i zawołał
głośno, by przekrzyczeć gwar panujący w sali:

— Pan Bartolini proszony do telefonu!
Kucharz zerwał się z ławy.
— Przepraszam was, zaraz wrócę. Zamówiłem roz­
mowę z żoną. Tylko nie zjedzcie mojej porcji...
Nieobecność Bartoliniego nie trwała zbyt długo. Już
po kilku minutach zacny kucharz zjawił się w gronie

15 Misja... 225

przyjaciół. Jego okrągłe i rumiane oblicze jaśniało w tej

chwili jak słońce.

— Smoku! — zawołał. — Uszczypnij mnie, bo zdaje

mi się, że śnię.

Smok dźwignął się ze swego miejsca i spełnił proś­

bę kucharza tak solidnie, że Bartłomiej kwiknął jak

prosię.

— W porządku — zawołał grubasek —f w porządku!

A więc jestem przy zdrowych zmysłach^Przed^miesią-

cem urodziła się nam córeczka!

O kamienne mury?«sali ^dbił *się giňzmdfc oklasków.

Bartolini, dumriy jak paw', ukłonami dawkował ssa owa­

cję.

— Jak ma na jmię? — zapytał profesor Gąbka. —

To ważne, bo mastiffy wypić toast za jej pomyślność.

— Jeszcze nil? rfta*! imienia — odparł kuchatz. —

Żona nie chciała beze mnie decydować. — Ale już

wiem, jak się będzie sazywać moja córa! ;>

W sali zapś&EiEała cisza. Wszystkie spojrzenia zbie­

gły się na pośłj^Btóżę^iwego ojca. -*

A wtedy Tłafiffl^ĘfSBfiekl tylko jedno; jedyne sło­

wo. Zabrzmiałd nieżff!P|l#J^kniejsza muzyka. Zapach­

niało świeżym chlebem, żywicą i sianem. Zalśniło jak

skropiony wodą bukiet kwiatów. Była w nim bowiem

muzyka, zapach i blask, czyli to wszystko, co jest

w uśmiechu małego dziecka:

— NASTURCJA!

Kraków, październik 1974 r.

SPIS ROZDZIAŁÓW

1. Przerwane zebranie
2. Luna nad nojwstem
3. Uśmiech losu . . .
4. Przykra niespodzianka,
5. Szdjfekający mypMg-|T
6. W ^ t a ł n l ą , Kwjtoilce "
7* N a w y k ł e odjMfcle
8.:^i»tolini pisze?Testami
9. W starej kopalni
JLO. Wspaniali sprzymierzeńcy
11. Prima Aprilis .
-12. Wśród dinozaurów .
13. W Nasturcji . .
14. Ważne wydarzenie .
15. Pan Mżawka w 8akcji
16. Dobry czyn profesora Gąblri
17. Nasturcją w niebezpiecz&i!^
18. Fortuna kołem się toczy
19. Rewelacje profesora Gąblz
20. Nowy pdrhysł pana Mżawki
21. Wielkie dzieło Teofrasta Sóldonoga
22. Dobra nowina
23. Dziennik profesora Gąbki
24. Niespodzianka na przełęczy

Obwolutą 1 tłoczenie (z wykorżfstWem, r y s u n k ó w ' A . Ledwfga)
projektował: Janusz Wysocki
Ilustracje: Alfred Ledwig
Hedaktor: Wiesława OttoWeissowa
Redaktor techniczny: Bożena Korbut

Printed In Poland
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975 *
Wyd. I. Nakład 50 000+283 egz...
Ark. wyd. 9,7. Ark. druk. 14.25
Papier druk. sat. imp., kl. V, 82X104 cm, 70 g
Oddano do składania U U 1975
Podpisano do druku 12 XI 1975
Druk ukończono w listopadzie 1975
Zam. nr. 912/75. Z-21-128. Cena zl 30.—
Drukarnia Wydawnicza, Kraków, Wadowicka 8


Click to View FlipBook Version