Dorota Terakowska
Babci Brygidy Szalona Podróż Po Krakowie
ROZDZIAŁ PIERWSZY,
W KTÓRYM POJAWIA SIĘ BABCIA BRYGIDA
Zanim rozpocznę tę niesamowitą opowieść, muszę się wam przedstawić. To bardzo ważne, ponieważ
kiedyś usłyszałem, jak jeden dorosły pan mówił do drugiego:
- Pan nawet nie wie, kto ja jestem! - i obaj byli bardzo rozgniewani. A wszystko
dlatego, że się sobie nie przedstawili. Przedstawianie się jest zresztą, jak mnie uczyli rodzice,
dowodem dobrego wychowania. Wyobraźcie sobie na przykład, że chcecie zatelefonować,
wykręcacie numer i wrzeszczycie do słuchawki:
- Kto mówi? KTO MÓWI!!!
Otóż tak nie wolno postępować. Najpierw musicie sami powiedzieć, jak się nazywacie. Na przykład
w ten sposób:
- Tu mówi Bartek Nowak, a z kim mam przyjemność...?
I trzeba to powiedzieć, nawet gdybyście nie mieli żadnej, ale to żadnej przyjemności.
No więc, jak się już domyślacie, nazywam się Bartek Nowak i mieszkam w Krakowie,
przy ulicy Floriańskiej, razem z rodzicami i starszą siostrą Kaśką. Mój tata jest inżynierem i
pracuje w Hucie Sendzimira, wcześniej nazywanej Hutą Lenina. To jest taka huta, która była
kiedyś największa i najważniejsza w całej Polsce, dopóki nie zbudowano innej, jeszcze
większej, a mianowicie Huty “Katowice”. Dzisiaj już obie są raczej nieduże. Swoją drogą,
ciekawi mnie, czy Huta Lenina obraziła się na Hutę “Katowice” o to, że już nie jest
największa? Spytałem nawet o to tatę, ale powiedział, że jestem głuptas. Zauważyliście, że
dorośli zawsze tak odpowiadają, gdy sami czegoś nie wiedzą? Mówią też czasem tak:
- Nie zawracaj głowy, idź się lepiej uczyć...
Taka odpowiedź oznacza, że dorośli całkiem, ale to całkiem nie wiedzą, co powiedzieć.
Moja mama pracuje w redakcji. Jest sekretarką i codziennie spotyka sławnych i
niesławnych redaktorów. Mama mówi, że z małymi wyjątkami są to całkiem zwykli ludzie.
Moja siostra Kaśka chodzi do ósmej klasy i udaje, że jest okropnie dorosła. Gdy nie ma
koleżanek i nudzi się, to nawet sama namawia mnie do zabawy. Ale gdy przyjdzie jakaś jej
koleżanka, a ja wejdę do pokoju, w czasie gdy one sobie coś szepczą i głupio chichoczą, to
Kaśka zawsze wtedy mówi:
- Zjeżdżaj, bąku!
A przecież mam już dziewięć lat i jestem w trzeciej klasie. Więc nie jestem bąkiem!
Uczę się średnio na jeża. Mama mówi, że jestem przeciętny i że to nie jest dobrze. Moim
zdaniem nie ma racji. Dzięki mnie inni wydają się lepsi i są chwaleni. Chyba jednak w
nowym roku szkolnym wezmę się w garść i sam zacznę błyszczeć, bo już mi się znudziło
słuchać, jak nasza pani wychowawczyni w kółko powtarza:
- Popatrz, Bartku, jak Jasio wspaniale umie matematykę. Bierz z niego wzór...
Może Jasiek nawet matematykę umie, ale jest nędznym skarżypytą.
A teraz muszę wam jeszcze opowiedzieć trochę o moim domu. Ten dom jest bardzo,
ale to bardzo stary, o takich domach mówi się, że są zabytkowe. Mama twierdzi, że ten dom
pamięta czasy, gdy Polską rządzili królowie! Cała ulica Floriańska jest zabytkowa, czyli
zbudowana z takich niezwykle starych domów - i ciągle trzeba pilnować, żeby one się z tej
starości nie zawaliły. Jeden to nawet zawalił się naprawdę. Remont takiej starej, zabytkowej
kamienicy wcale nie nazywa się remontem, ale odnową.
Mógłbym być dumny, że mieszkam w takim bardzo starym domu, który pamięta
czasy królów, ale nie mogę. Niemal wszyscy kumple z mojej klasy mieszkają w domach równie
starych albo jeszcze starszych. Prawie cały Kraków jest taki stary i tu nikomu nie zaimponujesz, że
mieszkasz w zabytku!
Moja opowieść zaczyna się w maju. Właśnie wtedy nagle zachorowałem. Miałem
temperaturę 38 stopni i bolało mnie gardło. Przyszedł pan doktor i okazało się, że mam grypę.
- Musi leżeć w łóżku przynajmniej trzy dni - oświadczył pan doktor mojej mamie.
Bardzo się ucieszyłem, bo właśnie następnego dnia miała być klasówka z matmy i
wiedziałem, że piątki na pewno nie dostanę. Mogłem za to dostać drugą lufę. Więc ta grypa
przyszła w sam raz.
Mama westchnęła i powiedziała:
- Całe trzy dni będziesz w domu sam. Akurat mamy w redakcji dużo pracy. Wyjdę
rano, a wrócę wieczorem. W lodówce zostawię ci obiad, to sobie odgrzejesz, poza tym resztę
czasu leż grzecznie w łóżku. Tata po pracy będzie się tobą opiekować.
- Niestety, nie mogę - powiedział tata. - Ja też wrócę późno do domu, bo mamy w
firmie kłopoty. Więc zostaje Kasia...
Kaśka oburzyła się:
- Mam koniec roku na karku! Sami wiecie, że ósma klasa jest bardzo trudna! Jeśli nie
będę mieć dużo szóstek, to nikt mnie nie przyjmie do liceum! Będziemy uczyć się po lekcjach
z Małgośką u niej w domu, a nie u nas, bo tu nigdy nie ma spokoju!
Małgośka to przyjaciółka od serca mojej siostry. Piegowata, krzykliwa i ciągle głupio
chichocze. Wcale jej nie lubię, wolę już moją siostrę. Tak czy owak, bardzo się ucieszyłem.
Wyszło na to, że prawie cały czas będę w domu sam i przynajmniej spokojnie sobie
poczytam. Wstyd się przyznać: choć mam już dziewięć lat, bardzo lubię książki z baśniami.
Byle nie były to wierszyki o ptaszkach i motylkach, bo mnie strasznie nudzą. Ale porządna baśń,
najlepiej taka z duchami czy potworami, to dobra rzecz.
Nie mogłem już się doczekać następnego dnia i chwili, kiedy wszyscy sobie pójdą.
Bardzo kocham mamę i tatę, i nawet siostrę, ale nie da się ukryć, że człowiek od czasu do
czasu musi pobyć sam.
Nazajutrz rano, jak zwykle, tata wyszedł z domu o wpół do siódmej, siostra wybiegła
o wpół do ósmej (przed wyjściem okropnie długo przeglądała się w lustrze), a marna wyszła
najpóźniej, bo dopiero o wpół do dziewiątej. W redakcjach zaczynają pracę o wiele później niż w
firmie, ale za to pracują dłużej, niekiedy nawet w nocy i w święta.
Zostałem sam. Uszczęśliwiony, wyciągnąłem się na łóżku z Baśniami Andersena.
Zacząłem po raz trzeci czytać Królową śniegu. To bardzo fajna historia. I wtedy usłyszałem dzwonek
u drzwi. Zdziwiłem się, bo o tej porze raczej nikt do nas nie przychodzi. Na
listonosza było za wcześnie. Na pana z reklamówkami za późno.
Włożyłem kapcie i poszedłem do przedpokoju. Najpierw popatrzyłem przez judasza
(Nie wiecie, co to jest? W Krakowie nazywamy tak dziurkę w drzwiach). Nie mogłem przecież
otwierać byle komu! Mogli to być nawet złodzieje! Spojrzałem więc do tego judasza i zobaczyłem...
oko! Duże niebieskie oko, które przywarło do drugiej strony! Wystraszyłem się i zawołałem:
- Kto tam?
- To ja, twoja babcia!
Przyłożyłem oko jeszcze raz do judasza i zobaczyłem głowę. Ale to nie była ani głowa
babci Zosi - pełna małych, siwych loczków, ani babci Helenki - z gładkim koczkiem. Była to
całkiem obca głowa! Ostrzyżona średnio krótko, jak u mojego kumpla Grześka, z którego
wszyscy śmiejemy się, bo ma właśnie taką grzywkę nad czołem. Głowa za drzwiami też
miała grzywkę. A spod siwo-czarnej grzywki patrzyły duże niebieskie oczy.
- Ja pani nie znam - oświadczyłem tej głowie. Mama zawsze mnie uczyła, żeby nie
otwierać drzwi obcym osobom. Nawet gdyby one mówiły, że są moją babcią. A zwłaszcza
jeśli to powiedzą.
- Ja naprawdę jestem twoją babcią - oznajmił kategorycznie głos zza drzwi.
- Ale ja nie mogę otworzyć komuś, kogo nie znam, nawet babci - powtórzyłem.
I wtedy ta osoba rąbnęła czymś w drzwi tak mocno, że aż huknęło!
- Co pani robi? - zaciekawiłem się.
- Pukam w drzwi parasolką. A poza tym nie jestem żadną panią, ale twoją babcią
Brygidą.
Po raz pierwszy w życiu usłyszałem, że mam babcię Brygidę.
- Czy pani na pewno jest moją babcią?
- Na pewno, przecież już ci mówiłam! - zezłościła się ta osoba za drzwiami. - Jestem
twoją babcią, która dopiero co przyjechała z dalekiej podróży, a ty trzymasz mnie za
drzwiami, zamiast zaprosić do środka!
Zawstydziłem się. Co babcia, to babcia... Widocznie jednak mam jakąś babcię
Brygidę, o której rodzice zapomnieli mi powiedzieć. Otwarłem więc drzwi - i ujrzałem babcię
w całej okazałości. Aż oniemiałem ze zdumienia!
Takiej babci nie miał żaden z moich kumpli!
Ta babcia ubrana była w jakąś szeroką, plączącą się bluzę, a do tego pumpy, czyli
takie krótkie spodnie za kolana. Na nogach miała grube, bardzo kolorowe podkolanówki w
paski i adidasy! W ręce trzymała wesołą, bardzo czerwoną parasolkę, a z ramienia zwieszała
się ogromna torba ze sznurka.
- Co się tak gapisz? - powiedziała, szturchając mnie parasolką. - Babci nie widziałeś?
- Takiej nie - odparłem szczerze.
- Dlaczego jesteś w piżamie?
- Jestem chory.
- Bzdura. Już jesteś zdrowy - oznajmiła i wykonała nad moją głową jakiś dziwny ruch
rękami. I nagle poczułem, że naprawdę jestem całkiem zdrowy! Że nie mam gorączki, a ból
gardła minął nie wiadomo kiedy! Nawet katar przestał mnie drapać w nosie, i to bez żadnego
z tych podobno cudownych środków, które reklamują w telewizji, a które mama lubi czasami
sprawdzać na mnie i mojej siostrze.
- Teraz ubierz się, pójdziemy zwiedzać miasto. W ogóle nie znam Krakowa -
oświadczyła babcia Brygida. - Pokażesz mi, co tu jest ciekawego, a potem zapraszam cię na
ciastka. Macie tu cukiernie?
- Mamy. Cukiernie, kawiarnie, puby, restauracje... A na długo babcia przyjechała? -
zainteresowałem się.
- Na trzy dni, a co?
Dziwny zbieg okoliczności, pomyślałem, akurat mam trzy dni zwolnienia od pana
doktora, więc mogę babci pokazywać Kraków. Ale co powiedzą rodzice, przecież wstałem z
łóżka bez ich zgody!
- Nic nie powiedzą - mruknęła babcia - wcale nie muszą o tym wiedzieć.
Osłupiałem! Przecież nie powiedziałem tego głośno, tylko pomyślałem, a babcia od
razu mi odpowiada!
- Babciu, ty czytasz w myślach?
- To żadna sztuka - prychnęła z pogardą - ty też możesz czytać w myślach, jeśli tylko
skupisz całą uwagę.
- Niemożliwe - zaprotestowałem i... zobaczyłem nad głową babci maleńką, gęstą
chmurkę, a w niej napis jak w komiksach: “Widzisz, że to możliwe!”
- No właśnie - powiedziała babcia Brygida - jak się dobrze wysilisz, to przeczytasz
wszystko, co mówią myśli. Trzeba tylko chcieć. No, czemu jeszcze nie jesteś ubrany?
Szybciutko włożyłem spodnie i koszulę, a na wszelki wypadek wziąłem sweter. W
końcu jeszcze pięć minut temu bolało mnie gardło i miałem gorączkę!
- A gdzie będziesz mieszkać, babciu? U nas?
- Zatrzymałam się w hotelu “Pod Różą” - odparła. - To piękny hotel. Jest bardzo stary,
ma aż sześćset lat! Tylko w takich starych hotelach dobrze się czuję. Od razu go wybrałam,
gdy przeczytałam napis nad wejściem...
- Napis? - zdziwiłem się. Hotel “Pod Różą” był dwa kroki od mojego domu, ale nigdy
nie widziałem żadnego napisu oprócz tego z nazwą.
- Gdzie ty masz oczy? - przyjrzała mi się babcia. - No, masz je nawet na swoim
miejscu, a tak marnie widzisz. Na hotelu jest tablica, a na tablicy napis po łacinie: “Oby dom
ten stał tak długo, póki mrówka nie wypije całej wody mórz, a żółw nie obejdzie kuli
ziemskiej...”
- Póki mrówka co...? - zdziwiłem się. Babcia znowu prychnęła pogardliwie:
- Jak możesz nie rozumieć? Czy to możliwe, żeby mrówka wypiła wodę choćby z
jednego morza? Czy żółw może obejść choćby kawałek kuli ziemskiej? Chyba wiesz, że to
niemożliwe! A skoro tak... Taki napis oznacza zatem, że ten hotel będzie tu tak stać całe
wieki i nigdy się nie zawali. Nie lubię mieszkać w domach, które mogą się zawalić. Wracam
właśnie z Jamajki, a tam ciągle są jakieś trzęsienia ziemi. Co człowiek położy się do łóżka, to
zaraz musi wyskakiwać...
- Co babcia robiła na Jamajce? - zdziwiłem się. Jeszcze w życiu nie widziałem kogoś,
kto był na Jamajce. W Czechach, w Niemczech, we Francji tak, a nawet jak byli bogatsi, to na
Majorce i Krecie, ale na Jamajce...?
- Byłam tam z wizytą u mojego wnuka. Też miał grypę - powiedziała babcia ze
zniecierpliwieniem. - Może wreszcie wyjdziemy? Strasznie się grzebiesz. Nie lubię takich
powolnych chłopców.
Szybko zbiegałem ze schodów, nie chcąc, by babcia myślała, że jestem powolny.
Byłem przekonany, że zasapana, zaraz mnie powstrzyma. Ale nie! Ku mojemu zdziwieniu
babcia, skacząc po trzy stopnie naraz, wyprzedziła mnie na zakręcie drugiego piętra! A nie
myślcie, że schody w zabytkowych kamienicach to byle co! Są kręte, strome, niewygodne!
Zasapałem się ja, nie babcia. Gdy zdyszany stałem już na ulicy, babcia położyła mi rękę na
ramieniu:
- Idziemy, ale musimy się umówić, że niczemu nie będziesz się dziwił. Bardzo nie
lubię chłopców, którzy z byle powodu wydają z siebie ochy i achy, wytrzeszczają oczy i
niczego nie rozumieją.
- Dobrze, babciu - powiedziałem i nie dziwiłem się nawet temu, że za moją babcią
wszyscy zaczęli się oglądać na ulicy. Swoją drogą, naprawdę pierwszy raz w życiu widziałem
babcię w pumpach, w kolorowych podkolanówkach, adidasach i z czerwoną parasolką...
ROZDZIAŁ DRUGI,
W KTÓRYM WCHODZIMY NA WIEŻĘ MARIACKĄ
- Nie wiadomo, od czego zacząć to zwiedzanie - powiedziała babcia, rozglądając się
dokoła, a staliśmy właśnie na rogu ulicy Floriańskiej i Rynku Głównego.
- Babciu, ja wiem, najpierw idzie się na Wawel - oświadczyłem. - Wszystkie
wycieczki w Krakowie najpierw idą na Wawel.
- My nie jesteśmy wycieczką, młody człowieku - obraziła się babcia - i pozwól, że
jednak sama zdecyduję, co będziemy zwiedzać. Wejdziemy na tę wysoką wieżę i rozejrzymy
się wokół. Z góry najlepiej widać, co jest warte oglądania, a co nie...
I babcia wskazała parasolką na wieżę Mariacką. Roześmiałem się w duchu - bo głośno
nie miałbym odwagi śmiać się z takiej babci. Wieża Mariacka - jedna z dwóch wież
największego krakowskiego kościoła Najświętszej Marii Panny, tego, w którym jest słynny
ołtarz Wita Stwosza - rzadko jest otwarta dla turystów. I poza strażakami, którzy co godzinę
grają hejnał, nikt nie ma prawa na nią wchodzić. A ten hejnał - nasz bardzo sławny krakowski
hejnał z wieży Mariackiej - jest właśnie tym, który możecie codziennie o godzinie dwunastej,
czyli w samo południe, słyszeć w całej Polsce; czy mieszkacie w Warszawie, w Łomży lub
Szczecinie - nasz hejnał przez radio dociera wszędzie.
Poza strażakami na wieżę mogą jeszcze wchodzić tylko ci ludzie, którzy ją wciąż
remontują, czyli - jak to się mawia w przypadku zabytków - odnawiają. Kiedyś odnawiano
złotą koronę (czasem mówi się też konserwowano, ale niech wam się to nie myli z
konserwą!). Ta korona, ogromna i ciężka, jest na samym szczycie wieży i pięknie błyszczy.
Po odnowieniu błyszczy jeszcze bardziej.
A wiecie, czemu ją odnawiano? Bo na Rynku Głównym mamy całe mnóstwo gołębi.
Te gołębie siadają na koronie i... co tu dużo mówić, sami wiecie, co one mogą robić, poza tym
że sobie siedzą. W ogóle w Krakowie mamy tak dużo gołębi jak w żadnym z polskich miast!
Jedni krakowianie bardzo je lubią i karmią. A inni na odwrót: uważają, że gołębie niszczą
nasze miasto. Nawet najważniejszy w całym mieście pomnik Adama Mickiewicza, który też
stoi na Rynku, ciągle trzeba przez to myć. Myją go za pomocą wielkiego gumowego węża.
Ten pomnik brudzą zresztą nie tylko gołębie. Nie wiem czemu, wszyscy turyści wybrali go
sobie na miejsce spotkań i wypoczynku. Krakowianie też umawiają się ze sobą, mówiąc:
“Spotkamy się pod Adasiem”. Czegoś podobnego jak ten pomnik wiosną i w lecie nigdy nie
widzieliście! Jest cały oblepiony ludźmi! Ci ludzie siedzą, jedzą kanapki, piją, krzyczą,
fotografują się, śpiewają i śmiecą.
Babcia wskazała parasolką na akurat zamkniętą dla turystów wieżę Mariacką.
Ruszyliśmy w stronę kościoła. Nic nie mówiłem, bo zauważyłem wcześniej, że babcia
Brygida nie lubi, żeby się jej sprzeciwiać. Wejście do wieży jest z boku, z lewej strony
głównego wejścia do kościoła. Są to malutkie, ale bardzo grube drzwi. Babcia podeszła do
nich i zapukała. Zaśmiałem się w duchu: za tymi drzwiami przecież nigdy nikogo nie ma, bo
strażacy siedzą na samym szczycie! Babcia zapukała znowu. Nic. Cisza. Zapukała więc trzeci
raz...
- Wieża najczęściej jest zamknięta - powiedziałem z ważną miną.
- Dla wszystkich, ale nie dla mnie - odparła babcia.
- Dla wszystkich, więc i dla babci – zezłościłem się. - Ja już mam dziewięć lat, a na
wieży nigdy nie byłem. Owszem, była na niej moja mama, był też tata, ale to było dawno
temu, gdy byli bardzo młodzi. Wtedy wieżę można było sobie codziennie zwiedzać, a teraz
już tylko w wybranych dniach i godzinach.
Babcia pokiwała głową z politowaniem - i stuknęła w drzwi jeszcze raz, ale tym razem
parasolką. Nic, cisza. Babcia zezłościła się:
- Oślico! Chcesz oberwać?! - krzyknęła, a ja aż podskoczyłem. Jeżeli już, to w
żadnym wypadku babcia nie powinna nazywać mnie oślicą! Od biedy osłem.
- Nie mówię do ciebie, tylko do parasolki - burknęła babcia w odpowiedzi, znowu
czytając w moich myślach. Teraz pogroziła jej palcem i ponownie stuknęła nią w drzwi.
- Tylko nie udawaj, że jesteś zepsuta, bo niedawno cię naprawiałam!
I wierzcie lub nie, ale za drugim stuknięciem drzwi leciutko drgnęły, za trzecim
zrobiła się w nich wąska szpara, a przy czwartym uderzeniu rozwarły się na taką szerokość,
że mogliśmy wejść! Nie ukrywam, że cały czas nerwowo rozglądałem się dookoła, w obawie,
czy aby nie nadchodzi skądś pan policjant lub miejski strażnik. Tego tylko brakowało,
żebyśmy z babcią znaleźli się w areszcie za wyłamywanie drzwi najważniejszego zabytku w
Krakowie! Nikt by przecież nie uwierzył, a tym bardziej pan policjant, że te drzwi otwarły się
za sprawą głupiej czerwonej parasolki!
Schody wewnątrz wieży były strome, wąskie, kręte i ciemne. Było ich dokładnie 222.
Pewnie zaraz złamię nogę i dopiero wtedy oberwę w domu, pomyślałem, ale babcia
Brygida powiedziała:
- Nie bój się, nie złamiesz - i podniosła do góry parasolkę. Na jej czubku zapaliła się
czerwona lampka! Doprawdy, była to bardzo dziwna parasolka i jeszcze nieraz miałem się o
tym przekonać!
Babcia gnała po tych schodach, jakby wcale nie były ani strome, ani kręte czy
niewygodne. Żeby za nią nadążyć, okropnie się zasapałem i spociłem jak mysz. W życiu nie
widziałem tak dziwacznej babci!
W pewnej chwili coś miękkiego i ciepłego dotknęło moich nóg.
- Aaaaa!!! - wrzasnąłem. - Myszy! Myszy!!!
Babcia spojrzała na mnie surowo:
- Nikt cię nie nauczył, że w takich starych budynkach nie należy wrzeszczeć?
- Nnnnnnnnauczył... - wybełkotałem - aaaaale mmmmmyszy... albo szczury...
- To nie są myszy - powiedziała babcia. - Zresztą to wstyd, żeby taki duży chłopak bał
się biednych małych myszek...
...tu babcia odwróciła się, nachyliła i powiedziała do tego czegoś, co szło za mną po
schodach, a było ciepłe, miękkie i najwyraźniej w świecie żywe:
- Znowu tu jesteście? Wszędzie was pełno. Czy to Jamajka, Anglia, Wyspa
Wielkanocna, czy Hawaje, zawsze jesteście...
Włosy stanęły mi dęba ze strachu. Z kim ta babcia rozmawia?! Obejrzałem się, cały
dygocąc, i... w świetle czerwonej żaróweczki, połyskującej na szczycie babcinej parasolki,
zobaczyłem... Nie, no, nie uwierzycie mi! Będziecie się ze mnie śmiać, ale mówię wam, że to
prawda najprawdziwsza w świecie!
- Kra... kra... kra... - zająknąłem się, a babcia zaraz mnie skarciła:
- W tej chwili przestań się jąkać, ty tchórzu! Krasnoludki i tyle! Czy nigdy nie
widziałeś zwykłego krasnoludka?
- Nnnnnigdy - wyjąkałem, lecz zaraz, już zachwycony, zacząłem babcię wypytywać: -
Ale co one tu robią? Skąd się wzięły?
Za mną, gęsiego, szły po schodach trzy krasnoludki. Miały mniej więcej po trzydzieści
centymetrów wzrostu, siwe brody, czerwone ubranka i w ogóle były takie, jakie powinny być
porządne, prawdziwe krasnoludki. Tyle że zamiast swych zwykłych spiczastych czapeczek
miały na głowach krakowskie czapki z pawimi piórami.
- One są we wszystkich starych budynkach, które liczą sobie przynajmniej pięćset lat.
Tylko nie każdy je widzi - powiedziała niedbale babcia, tak jakby szło o jakąś najzwyklejszą
rzecz.
- Mnie uczono, że ich wcale nie ma. Pani wychowawczyni mówiła na lekcji, że
krasnoludki są tylko w bajkach.
- No właśnie. Ale są - powiedziała babcia - i czasem, gdy bardzo się nudzą, wychodzą
sobie z bajki na spacer. A wtedy lubią takie miejsca jak to, tajemnicze, ciemne, niezwykłe i
bardzo stare.
- Daj no cukierka, mały - powiedział jeden z krasnoludków i uszczypnął mnie w nogę.
Pisnąłem i oburzyłem się: jaki mały?
- Ty, bo cię szurnę - powiedziałem. - Jestem od ciebie ze cztery razy większy! I nie
mam cukierków!
- Tylko bez awantur - powiedziała babcia i ze swojej ogromnej torby wyjęła małą
torebkę z miętówkami. Nie powiem, żeby krasnoludki zachowały się grzecznie. Każdy wziął
po kilka naraz, a mnie rodzice uczyli, że gdy ktoś częstuje cukierkami, nie wolno wziąć
więcej niż jednego, choćby się miało nie wiem jaką chętkę. Na dodatek drugi z krasnoludków
burczał coś o tym, że miętówki to “takie podłe cukierki, mało słodkie”. A pierwszy wrzasnął
na mnie:
- Ty, mały, nie bądź ważniak! Ja mam trzysta pięćdziesiąt lat i dla mnie jesteś
szczeniakiem!
- Tchórz! - ryknął trzeci grubym głosem. - Myszy się boi!
- Bartku, nie zwracaj na nie uwagi - oświadczyła babcia Brygida stanowczo -
krasnoludki są bardzo kłótliwe, ale lubią pomagać. Poświecą nam pochodniami, bo bateryjka
w mojej parasolce kończy się. Muszę ją oszczędzać, bo taką bateryjkę można kupić tylko na
Wyspie Niedźwiedziej, gdzie będę dopiero za miesiąc.
Krasnoludki zapaliły pochodnie. Szliśmy ciągle w górę i dopiero po długim czasie
zaczęło się rozjaśniać. Dochodziliśmy do pierwszych okienek.
- Dalej z wami nie idziemy - powiedziały krasnoludki. - Hejnalista umrze ze strachu,
gdy nas zobaczy. Taki duży człowiek, a boi się krasnoludków. Kiedyś jeden z nas połaskotał
go niechcący pod kolanem, to krzyczał tak głośno, że aż ludzie na Rynku patrzyli w górę, co
się dzieje. Dajcie tylko jeszcze cukierków...
- Nawet tych ohydnych miętówek - mruknął najmniejszy.
- Żarłoki - powiedziała babcia, ale dała im całą torebkę. Krasnoludki zniknęły.
- Co one tu robią, babciu? - spytałem.
- Mieszkają sobie, i tyle. Co w tym dziwnego? Prawie wszystkie stare budynki pełne
są krasnoludków, ale one nie pokazują się byle komu. We mnie czują przyjaciela.
Szliśmy jeszcze chwilę i całkiem już byłem zasapany, gdy weszliśmy na szczyt wieży.
Tutaj strażacy chodzą od okna do okna i wygrywają co godzinę tę samą melodię na cztery
strony świata. W dole, na Rynku, zawsze gromadzą się wtedy ludzie, słuchając hejnału i
wypatrując z daleka złotej trąbki wysuniętej przez okienko.
Strażak akurat nie grał. Siedział na drewnianej ławie i jadł drugie śniadanie. Wcale się
nie zdziwił naszym widokiem ani nie zaczął pytać, skąd się tu wzięliśmy, tylko pięknie
ukłonił się babci i rzekł:
- Szanowna babcia Brygida, prawda? Gołębie gruchały, że pani przyjdzie popatrzeć
sobie na Kraków z góry.
- No i jestem - powiedziała babcia z zadowoleniem. - Dobre i mądre te wasze gołębie.
Wszystkie ptaki na całym świecie zawsze były moimi przyjaciółmi. Ale ja nie tyle chcę
popatrzeć, ile powąchać...
Osłupiałem na te słowa, a strażak wcale się nie zdziwił, tylko grzecznie uchylił
okienko:
- Proszę, niech pani sobie wącha, ile dusza zapragnie. Co prawda, powietrze w
Krakowie mamy nie najlepsze, więc zbyt głęboko proszę go nie wdychać.
...i babcia Brygida zaczęła wąchać! Nos jej się wydłużył, urósł, a sam czubek tego w
cudowny sposób powiększonego nosa zaczął węszyć i węszyć dokoła... Obeszła babcia
wszystkie okienka, wychylała się na wszystkie cztery strony świata - wschód, południe,
północ i zachód - i węszyła, węszyła, węszyła...
- Czuję u was smoka - powiedziała wreszcie - gdzieś tu jest smok...
- Smok?! - krzyknąłem. - Co też babcia opowiada!
- Czuję siarkę, mój kochany - odparła.
- Siarką, proszę szanownej pani, śmierdziały niektóre nasze fabryki, kopalnie i nadal
śmierdzą nią kotłownie - wtrącił grzecznie strażak, ale babcia pokręciła głową.
- Nie, mój kochany, w jaki sposób śmierdzą fabryki i kopalnie, to ja wiem. Smoki
jednak pachną inaczej. Lepiej. I już wiem na pewno, że gdzieś w Krakowie żyje smok. Nie
bój się, ja lubię smoki i one mnie na ogół też. Przypomnij sobie, kochany, gdzie też on może
mieszkać? Nikt ci nigdy nie mówił o krakowskim smoku?
- Mamy w Krakowie Smoczą Jamę, babciu, ale to jama zabytkowa. Jest pod
Wawelem, w skale, na której stoi zamek, i smoka w niej od dawna nie ma - wyjaśniłem,
czując przez skórę, że babcia zaraz wymyśli coś nieprawdopodobnego.
- Jest jeden smok, tylko sztuczny, wyrzeźbiony - wtrącił strażak. - Ostatni smok w
Krakowie, proszę szanownej pani, zginął ze szczętem, łącznie ze skórą i zębami, jakieś tysiąc
pięćset lub więcej lat temu, za sprawą szewczyka, który dał mu barana nadzianego trucizną.
Polską rządził wtedy książę Krak, proszę szanownej pani, ten sam, który podobno założył
nasze miasto.
- Tak, babciu - przytaknąłem. - Smocza Jama jest całkiem pusta. Gdyby tak nie było,
turyści baliby się ją zwiedzać. Owszem, przed wejściem do tej jamy stoi wielki smok i bucha
ogniem, lecz to jest sztuczny smok.
- Zobaczymy - mruknęła babcia do siebie - w każdym razie jutro, mój kochany,
pójdziemy do tej Smoczej Jamy. A teraz spójrz za okno, spróbujemy zobaczyć, jak tu dawniej
wyglądało...
...i babcia wyjęła z torby dużą kraciastą chustkę, wysunęła ją za okno i strzepnęła
kilka razy, tak jak trzepie się obrus. Strażak jęknął: “O rany!” - i wybałuszył oczy. Ja też.
Przez okienko ujrzeliśmy Kraków jak na dłoni, ale zniknęły z niego wszystkie reklamy i
neony! A my widzieliśmy za to resztki starych obronnych murów, które nagle, na naszych
oczach, zaczęły rosnąć do góry! A za tymi murami ujrzeliśmy kłębiące się jakieś wojsko! To
wojsko było dziwnie poprzebierane, wyglądało podobnie jak świta naszego krakowskiego
Lajkonika, który harcuje na Rynku zawsze raz w roku, na wiosnę. Żołnierze mieli okrągłe
futrzane czapy, dzikie, skośne oczy i siedzieli na konikach!
- Tatarzy! Tatarzy, ani chybi! - jęknąłem ze zgrozą. - Tatarzy znów atakują Kraków!
Panie strażaku, atakują nas! - wołałem przerażony.
Strażak złapał za trąbkę, krzycząc: Trzeba ostrzec miasto! - i już chciał grać, gdy
babcia Brygida chwyciła go za ramię:
- Co pan robi! - zawołała. - Panie strażaku! Bez paniki! Przecież jest wpół do drugiej!
O tej godzinie nie gra się hejnału! Chce pan zrobić zamieszanie na Rynku?
- Ale Tatarzy! - jęknął strażak.
- Jacy Tatarzy, nie ma żadnych Tatarów - burknęła babcia i jak gdyby nigdy nic
znowu machnęła kraciastą chustą.
- Co to było? - spytał strażak, jeszcze trzęsąc się z wrażenia. - Z tej wieży już różne
rzeczy widziałem w życiu, ale czegoś takiego jeszcze nie!
- To tylko taka zabawa - oświadczyła spokojnie babcia. - Nazywa się ona OCZY
WYOBRAŹNI. Wy dzisiaj macie kino i telewizję, a ludzie kiedyś mieli tylko OCZY
WYOBRAŹNI. Gdy ktoś chciał, zawsze mógł widzieć to, co działo się kiedyś, bardzo dawno
temu. A ta chustka to PRZYSPIESZACZ. Wy dzisiaj powiedzielibyście na to “dopalacz”.
Dzięki temu dopalaczowi widzi się wszystko dalej i wyraźniej. Chciałam zobaczyć, co też tu
było, zanim ten piękny hejnał zaczęto grać. No i zobaczyłam.
- Ach, babciu! - jęknąłem. - My z panem strażakiem sami byśmy ci to powiedzieli, nie
musiałaś od razu ściągać Tatarów. Co by było, gdyby oni nie zechcieli zniknąć z powrotem?
- Zawsze wszystko, co chcę, znika lub się pojawia - oznajmiła babcia. - OCZY
WYOBRAŹNI pokazały mi, że Kraków był kiedyś zaatakowany przez Tatarów, tak?
- Tak jest, proszę szanownej pani, w trzynastym wieku, dobre siedemset lat temu -
odparł strażak. Ale ja już nabrałem powietrza w płuca i szybciutko wyrecytowałem to, co
opowiadała mi moja mama:
- ...i wtedy właśnie z wieży Mariackiej zobaczył ich strażnik miejski, czuwający, żeby
w mieście nie było pożaru. I zagrał na trąbce, chcąc ostrzec ludzi. Ale Tatarzyn trafił go z
daleka strzałą z łuku i dlatego melodia nagle się urwała. No i teraz, na pamiątkę tego
wydarzenia, hejnał krakowski urywa się, babciu, zawsze w tym samym miejscu i wydaje się,
że jest nie dokończony - pochwaliłem się swoją wiedzą. A muszę wam powiedzieć, że bardzo
dużo wiem o starym Krakowie, który był kiedyś stolicą Polski.
- Teraz rozumiem - powiedziała babcia. - Ilekroć słyszałam w radiu krakowski hejnał,
zawsze myślałam, że hejnalista w pewnym momencie dostaje czkawki, i strasznie mnie to
ciekawiło, bo gdyby tylko jeden dostał czkawki, to rozumiem, ale wszyscy po kolei? Dopiero
teraz wiem, o co chodzi.
Popatrzyliśmy jeszcze chwilę na Kraków z góry. W dali widać było kopiec Kościuszki
ze starymi fortami (na szczęście przed przybyciem babci zdążyli go odbudować, bo jeszcze
niedawno było go tylko pół! Już widzę, jak bym się musiał wstydzić!). Wisła toczyła swoje
mętne wody i wyrastały w niebo wieżowce szarych osiedli, otaczających zewsząd stare
miasto.
- Idziemy na lody i ciastka - oświadczyła babcia i lekceważąco machnęła ręką w
stronę tych bloków. - No cóż, takie bloki są wszędzie, a taka wieża i rynek naprawdę są tylko
jedne, jedyne w całej Polsce, a może i na świecie.
Pięknie pożegnaliśmy się ze strażakiem i już, już chciałem pójść w kierunku schodów,
gdy babcia mnie zatrzymała:
- Za dużo jest tych stopni, to jednak męczące dla ciebie - oznajmiła. - Przełaź przez
okienko.
Zdrętwiałem. Za okienkiem ziała kilkudziesięciometrowa przepaść!
- Bababababababciu... - wyjąkałem, ale babcia szybko otwarła parasolkę, wysunęła ją
przez okienko, sama prześlizgnęła się w ślad za parasolką i już wisiała w powietrzu!
- No, pośpiesz się, bo jestem trochę głodna - powiedziała stanowczo. - Daj rękę, jak
się boisz...
Nie namyślałem się więc dłużej i wskoczyłem na parapet, a stamtąd hop! do babci!
Złapałem oburącz parasolkę i trzymając ją razem, zaczęliśmy powoli, łagodnie opadać w dół.
Gdyby teraz pojawił się policjant... - pomyślałem i oczywiście policjant był. Stał na
płycie Rynku i gapił się na nas, w górę. Wylądowaliśmy tuż koło niego!
- Zapomniałam zrobić nas niewidzialnymi - mruknęła babcia jakby do siebie. - Na
ogół nikt mnie nie widzi.
Pan policjant zasalutował i rzekł uroczyście:
- Rynek krakowski, jako obiekt zabytkowy, jest zamknięty dla wszelkich pojazdów.
Nie wolno po nim jeździć samochodami, a cóż dopiero na jakiejś miotle! Jestem zmuszony
ukarać panią mandatem! Dobrze, że nie wylądowała pani na Sukiennicach lub na stoiskach
krakowskich przekupek, bo mandat byłby podwójny!
- A gdzież to, zdaniem pana policjanta, jest ta miotła? - spytała nieco wyniośle babcia,
składając parasolkę.
- Hm... no tak... - pan policjant wyraźnie zmieszał się. - Miotła była i nagle jej nie ma.
Dziwna sprawa. Mógłbym zażądać mandatu, ale w tej sytuacji... hm... no... Może trzeba w
czymś pomóc?
- Owszem - odparła babcia, mile uśmiechając się. - Gdzie tu są dobre lody?
- Chyba u Noworola - powiedział policjant i wskazał ręką barwne parasole rozpięte na
Rynku przed starą, zabytkową kawiarnią w Sukiennicach, która nazywa się tak jak dawny
właściciel “Noworolski”.
Pan policjant znowu zasalutował, patrząc jednak podejrzliwie na czerwoną parasolkę
babci, a my poszliśmy w stronę kawiarni.
- Jesteś chyba trochę zmęczony - powiedziała babcia, zamawiając u pani kelnerki
cztery ciastka, dwie pepsi-cole i lody. - Zjedz to i na dzisiaj dosyć. Jutro z samego rana zjawię
się u ciebie i pójdziemy do Smoczej Jamy odwiedzić smoka...
- Smoków nie ma, babciu - powiedziałem i lekko ziewnąłem. Zmęczył mnie ten
dziwaczny dzień. Nagle coś mnie połaskotało w nogę. Spojrzałem - na ziemi, pod moim
stołkiem, jak gdyby nigdy nic, stały krasnoludki. Już nawet się nie zdziwiłem. Nie miałem na
to siły. - Smoków naprawdę nie ma, babciu - powtórzyłem, ziewając.
- Mówiłeś, że krasnoludków też nie ma, a jednak są i właśnie ciągną cię za nogawkę.
Ze smokami też tak będzie.
Trochę wystraszyłem się na myśl o smoku ciągnącym mnie za nogawkę, ale zaraz
roześmiałem się w duchu. Krasnoludki, od biedy, mogą sobie być, ale smoki na pewno nie!
- Daj lodów! - pisnął tymczasem pierwszy krasnoludek.
- Daj ciastko! - krzyknął drugi.
- A ja chcę lody, ciastko i pepsi! - wrzasnął ten trzeci i wszystkie trzy szybko wlazły
na nasz stolik.
- Oczywiście, przyszły za nami - mruknęła babcia, jakby niezadowolona, ale
uśmiechała się do mnie. - Usłyszały, że idziemy na lody, a są okropnie łakome. Dawniej
krasnoludkom wystarczył byle okruszek chleba i kropelka wody źródlanej, a dziś chcą lodów,
ciastek i pepsi!
- Wody źródlanej już nie ma, babciu, są tylko brudne rzeki - wyjaśniłem i ziewnąłem.
- Nie wiem, czy do kawiarni wolno wchodzić z krasnoludkami, bo na przykład z psami nie
wolno - wymamrotałem, trąc oczy. Coraz bardziej chciało mi się spać. - Przyjdzie pani
kelnerka i zacznie na nas krzyczeć za te krasnoludki na stoliku. Dorośli tak często krzyczą bez
powodu...
- Nie martw się, nikt ich nie zauważy - powiedziała babcia. - A teraz marsz do łóżka!
Raz, dwa, trzy i już śpisz!
...i nagle poczułem, że leżę na tapczanie w swoim pokoju, przykryty po uszy kołdrą.
Byłem cały spocony, bolało mnie gardło i drapało w nosie.
„Zaraz kichnę - pomyślałem. - Pewnie, jak się je lody, mając grypę...”
Pochylona nade mną mama zapytała:
- Spałeś cały czas?
- O, nie - wymamrotałem, bo oczy same mi się zamykały. - Dopiero teraz usnę. Byłem
na wieży Mariackiej, na samym szczycie, i latałem nad Rynkiem na parasolce...
Mama pokiwała głową, dała mi aspirynę i szepnęła do tatusia:
- Musi mieć wysoką gorączkę. Słyszałeś, jak bredzi?
Już, już chciałem zawołać, że to przecież prawda, najprawdziwsza prawda, ale w porę
przypomniałem sobie, co mówiła babcia Brygida: .....rodzice wcale nie muszą wiedzieć o
naszej wyprawie...”
„Może nawet nie powinni”, pomyślałem.
Jutro mamy iść z babcią do Smoczej Jamy, na co ani tata, ani mama nigdy by nie
pozwolili. Miałem przecież leżeć w łóżku. I myśląc już o jutrzejszym dniu, usnąłem twardo
jak kamień.
ROZDZIAŁ TRZECI
O WYPRAWIE DO SMOCZEJ JAMY
Nazajutrz obudziłem się wcześniej. Zwykle mama ściąga mnie na siłę z łóżka, grożąc,
że spóźnię się do szkoły, a ja kurczowo naciągam kołdrę na głowę i nie chcę spod niej wyjść.
Tym razem zerwałem się tak wcześnie, że nawet tata jeszcze spał. Wprost nie mogłem
doczekać się, żeby wszyscy wreszcie poszli sobie z domu.
- Spóźnisz się do pracy! - wołałem kolejno do taty i mamy, popędzałem Kaśkę,
wiedząc, że babcia Brygida lada moment może zadzwonić do drzwi. Nareszcie sobie poszli.
Najpierw tata, potem Kaśka i na końcu mama. Ledwo zamknęły się za nią drzwi - usłyszałem
dzwonek. Pognałem do przedpokoju. Tak, to była babcia Brygida. Dziś miała na głowie
fantastyczny, wielki kapelusz, a do tego pumpy, czerwone podkolanówki, adidasy i tę samą
zaczarowaną parasolkę. Jej torba zawieszona na ramieniu była jeszcze potężniejsza i
najwyraźniej ciężka.
- Gotowy jesteś, wnuczku? - spytała, całując mnie na przywitanie. Pachniała
czekoladą, bananami, lodami, smażonym kurczakiem, mizerią ze śmietaną, pierogami z
wiśniami, słowem, wszystkim, co najlepsze w świecie. Bardzo ładnie pachniała babcia
Brygida. Nie wszyscy dorośli mają taki zapach.
- Babciu, ale ja mam gorączkę i nadal boli mnie gardło - wyznałem. Śmiejcie się ze
mnie, jeśli chcecie, ale nie potrafię kłamać. Gdy kłamię, zawsze się czerwienię jak burak lub
jak dziewczyna.
Babcia uśmiechnęła się - i znowu tajemniczo pomachała rękami nad moją głową, tak
jak wczoraj.
- Już nic ci nie dolega. Idziemy do Smoczej Jamy, pamiętasz?
Oczywiście, że pamiętałem. Czy można było zapomnieć, co babcia powiedziała na
wieży? Przecież twierdziła, że czuje zapach smoka! Rozśmieszyło mnie to. Owszem, smoki -
jeśli są - na pewno mają jakiś zapach, ale, moim zdaniem, babcia poczuła zapach huty,
odległej kopalni lub elektrowni, który dla kogoś nie przyzwyczajonego jest okropny. Kto wie,
może właśnie tak pachniały smoki - kiedyś, przed wiekami?
Szybciutko ubrałem się i znowu na wyścigi pognaliśmy schodami. Oczywiście babcia
była pierwsza. Chwilami wydawało mi się, że nie skacze po schodach, ale unosi się nad nimi,
a po naszym locie na parasolce wszystko wydawało się możliwe.
Na ulicy babcia rozejrzała się wokół. Ulica Floriańska jest bardzo ładna, ruchliwa,
pełno na niej ludzi i kolorowych sklepów.
- Którędy pójdziemy, żeby było ciekawie? - spytała.
- Och, babciu, tylko Drogą Królewską!
Nie wiem, czy wiecie, ale mamy w Krakowie Drogę Królewską, którą w dawnych
czasach każdy polski król jechał na koronację. Tędy jeździli też królewscy goście i rycerze.
Królów już nie ma, a nazwa została. Droga Królewska zaczyna się przy Bramie Floriańskiej,
która ma przynajmniej siedemset lat. Wtedy cały Kraków był wiele razy mniejszy. Otaczały
go warowne mury z bramami i właśnie ta, na początku ulicy Floriańskiej, stoi do dziś.
Królowie ze swym orszakiem jechali ulicą Floriańską w stronę Rynku, mijali kościół
Mariacki i dalej ulicami Grodzką i Kanoniczą prosto na Wawel.
Babci bardzo spodobało się, że pójdziemy Drogą Królewską, ale powiedziała, że jak
na tę uroczystą trasę, jesteśmy ubrani niezbyt elegancko.
- Te moje pumpy... - mruknęła skrzywiona - ta twoja koszula w kratę i dżinsy... Tam
królowie, a tu my, jak byle obdartusy. To dobre na wieżę czy nawet dla smoka, ale nie dość
dobre dla królów i Królewskiej Drogi...
Ani się obejrzałem, a babcia machnęła mi nad głową swoją chustką. W sekundę
później zrobiła to samo nad sobą i... zgłupiałem do szczętu!!! Przede mną stała babcia, ale w
jakże zmienionej postaci! Miała na sobie wspaniałą długą suknię z czerwonego aksamitu i na
to małą, futrzaną pelerynkę! A na głowie wspaniały kapelusz z piórami!
- Babciu, o rany, jak ty wyglądasz! - zdumiałem się, ale bez zachwytu. Wyglądała
fantastycznie, ale jak na krakowską ulicę w dwudziestym pierwszym wieku to, szczerze
mówiąc... hm... był ten strój odrobinę dziwaczny.
- Spójrz lepiej na siebie - powiedziała babcia z dumą. Opuściłem głowę i struchlałem:
miałem na sobie aksamitne ubranko, krótkie spodenki i białe pończochy! Ja, dziewięcioletni,
dorosły chłopak, uczeń trzeciej klasy, miałem białe pończochy, jak mała dziewczynka! A pod
szyją - nie uwierzycie, ale pod szyją miałem taki wielki kłąb koronek!
Nie zdołałem się opanować i - wyznam wam szczerze - ryknąłem straszliwym
płaczem:
- O rany, babciu! Zrób coś! Wyglądam jak dziewczynka! Gdyby mnie spotkał jakiś
kumpel z klasy, to chybabym umarł ze wstydu! Babciu!
Babcia w oszołomieniu słuchała mojego płaczu. Była najwyraźniej przekonana, że
będę zadowolony. Tymczasem wokół nas zebrał się już prawdziwy tłum. Jedni przechodnie
stukali się palcem w czoło, najwidoczniej biorąc nas za wariatów. Inni śmiali się głośno,
zadowoleni, że dzieje się coś niezwykłego. Jakaś kobieta szarpała babcię za tren jej sukni,
chcąc sprawdzić, z jakiego jest materiału.
- Czy to naprawdę aksamit? Czy syntetyczne? - pytała natarczywie.
Inna wołała na całą ulicę:
- To aktorzy! Aktorzy! Pewnie kręcą film!
Jakiś chłopak z dziewczyną krzyczeli, że chcą od nas autografy (nie wiem, czy wiecie,
ale autograf to podpis bardzo sławnego człowieka - i to ja miałem być sławnym
człowiekiem!).
Tłum narastał, wszyscy krzyczeli, machali rękami, szarpali nas za ubranie. I wtedy
zdenerwowana babcia Brygida szepnęła mi do ucha:
- Łap za parasolkę!
Już wiedziałem, o co chodzi. Chwyciłem rączkę parasolki tuż obok babcinych dłoni - i
unieśliśmy się w górę.
- To UFO! UFO! UFO! - zaczęli krzyczeć ludzie. - Patrzcie, kosmici!
- Tak, kosmici! Lecą tam! O, tam!
Lecieliśmy coraz wyżej i wyżej. Straciłem z oczu ulicę Floriańską. Potem zaczęliśmy
opadać, ale - rzecz ciekawa - już nikt nas nie zauważył. Babcia zrobiła tę swoją “zasłonę”,
dzięki której staliśmy się na krótko niewidoczni dla ludzkich oczu. Wylądowaliśmy więc na
płycie Rynku Głównego bez żadnego zamieszania. Tym razem nie spostrzegł nas nawet pan
policjant.
Gdy stanęliśmy na Rynku, babcia znów była w pumpach, a ja w dżinsach. Pewnie się
zdziwicie, ale te pumpy nie budziły zbyt dużej sensacji w naszym mieście, przywykłym do
najdziwniejszych strojów. Tylko z kilometrami aksamitów babcia trochę przesadziła.
Wylądowaliśmy blisko Wierzynka. Szybciutko pochwaliłem się swoją wiedzą:
- Ten dom, babciu, zbudowany był w czternastym wieku i właśnie w nim pewien
bardzo bogaty krakowski mieszczanin, Mikołaj Wierzynek, wydał ucztę dla królów i książąt,
którzy w 1364 roku przyjechali do naszego miasta. Do tej restauracji zapraszało się zawsze
wszystkich najważniejszych gości. Ale ja, niestety, nie mam pieniędzy, żeby cię zaprosić
nawet do McDonalda...
- Nie szkodzi, na pewno smok nas czymś poczęstuje - powiedziała niedbale babcia.
Nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Babcia spojrzała zezem:
- Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. To jest, zdaje się, polskie mądre przysłowie,
prawda? Krasnoludki też są, twoim zdaniem, tylko w bajkach...?
Zamilkłem. Krasnoludki to krasnoludki. Od biedy można w nie uwierzyć, bo są takie
malutkie, że nie każdy może je dostrzec. Ale smok...?! Smoki chyba muszą być wielkie?
Szliśmy sobie wolno ulicą Grodzką. Skręciliśmy w Kanoniczą. Pewnie nie wiecie, ale
ulica Kanonicza jest najpiękniejszą ulicą w całej Polsce! Stoją przy niej małe, bardzo stare
kamieniczki, pochodzące aż z trzynastego wieku. Podobno jeszcze wcześniej, nie wiem, może
i z tysiąc lat temu, była tu stara słowiańska osada, nazywała się Okół, bo zbudowano ją, jak
nazwa wskazuje, wokół Wawelu. Na Kanoniczej wszystkie kamieniczki kolejno były
odnawiane - a pomagała w tym cała Polska.
Powoli spomiędzy starych domów wyłaniało się wawelskie wzgórze. Babcia na widok
Wawelu aż przystanęła z zachwytu. Nasz Wawel ma wspaniałe baszty i wieże, mury obronne
i strzelnice, stoją tam nawet najprawdziwsze armaty! Takiego zamku królewskiego jak
Wawel to chyba nie ma w całym świecie!
Babcia wyjęła z torby kolorową chustkę i machnęła nią w powietrzu:
- Trzeba to zobaczyć OCZAMI WYOBRAŹNI - powiedziała... i nagle ulice z
gładkich zmieniły się w brukowane twardą kostką z kamienia; ulicami szli mieszczanie i
prześliczne mieszczki w bogatych strojach, na koniach jechali groźni rycerze. Wtem drogę na
Wawel zastąpili nam strażnicy z halabardami! Było to niesamowite! Co prawda, już się tak
nie dziwiłem, znając trochę możliwości mojej babci.
Jakaś mieszczka w szerokiej, długiej sukni i w czepku zobaczyła nas i krzyknęła,
wskazując palcem na babcię Brygidę:
- Cóż to?! Patrzajcie, jak ona wygląda! Białogłowa w pludrach! Co za wstyd! Ludzie!
Patrzajcie! Wiedźma jakowaś! Do ciemnicy z nią!
Zadrżałem ze strachu, ale babcia znów machnęła chustką - i już staliśmy sobie
spokojnie pod Wawelem, zniknęli mieszczanie, mieszczki, strażnicy i rycerze... Sznur
samochodów mknął jak zwykle trasą wzdłuż Wisły. Odetchnąłem.
- No i gdzie ta Smocza Jama? - spytała babcia, jakby nic się nie stało.
- Pomyśl, babciu, przez twoje spodnie mogliśmy przeżyć niebezpieczną przygodę -
westchnąłem. - Wtedy gdy nie trzeba, ubierasz się, babciu, w długie suknie, a gdy grozi nam
niebezpieczeństwo, stoisz sobie w najlepsze w tych pumpach!
- Spodnie to bardzo praktyczny strój - powiedziała. Przyznałem jej rację.
Nie wyobrażam sobie ani siebie, ani babci w sukience. Jak byśmy wyglądali, lądując z
nieba na parasolce! Gdyby jeszcze był wiatr...
Tajemnica pumpów wyjaśniła się. Rzeczywiście, te pumpy są najlepsze do latania.
Poszliśmy wzdłuż wawelskiego wzgórza w prawo i w ciągu paru minut byliśmy koło
Smoczej Jamy. Wspaniały rzeźbiony smok stał na tylnych łapach i ział co jakiś czas ogniem.
Jest to świetny widok i zawsze podziwia go jakaś grupka turystów.
- Masz swego smoka, babciu... - powiedziałem trochę złośliwie.
- Owszem, nawet podobny do prawdziwego, tylko że te prawdziwe są bardziej
zielone... - odparła zamyślona.
Smocza Jama, do której wejście znajdowało się w głębi, przyciągała sympatycznym
półmrokiem. Sympatycznym, bo rozjaśnionym przez elektryczne lampy. Takich zupełnych
ciemności to ja zbytnio nie lubię.
- Wchodzimy - oświadczyła babcia i nagle zobaczyłem, że jej nos znowu rośnie,
powiększa się i zaczyna miarowo poruszać, w lewo, w prawo, w lewo, w prawo! Babcia
najwyraźniej w świecie za czymś węszyła...
- Idź za mną - powiedziała energicznie. Ruszyła tak szybko, że ledwo mogłem
nadążyć. Skręcaliśmy, to znowu szliśmy prosto, tak jak nas prowadził korytarz. W pewnej
chwili babcia stanęła i zaczęła węszyć już tak głośno, że echo niosło się w Smoczej Jamie!
Rozejrzała się wokół i szepnęła:
- Nikt nie idzie?
- Nikt - szepnąłem, trochę wystraszony.
I wtedy babcia podniosła do góry parasolkę! Parasolka zaświeciła czerwono i w jej
blasku ujrzałem, że na samej górze w prawej ścianie wąskiego korytarza znajduje się jakiś
niewielki otwór! Akurat taki, żeby móc się z trudem przecisnąć...
- Hm... hm... - zamruczała babcia jakby do siebie - wspinaczka jest mało wygodna, a
może nawet niemożliwa. Na parasolkę za mało miejsca. Rozpędzimy się i hukniemy głowami
w strop.
Rzeczywiście, na parasolce startowało się jak samolotem odrzutowym! Miejsca na
taki start to tu nie było.
- No, wskakuj na barana! - oświadczyła wreszcie babcia. Zdębiałem. Żadnego barana
nie widziałem, a nie przypuszczałem, żeby babcia, było nie było starsza pani, zażądała ode
mnie, bym wskoczył jej na plecy!
- No, pośpiesz się - zdenerwowała się babcia - przecież może ktoś nadejść! Wskakuj
na barana, potem staniesz na moich ramionach i wleziesz do tej dziury!
Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko posłuchać. Wskoczyłem więc na babcine
plecy, a potem zacząłem się wdrapywać na ramiona. Wkrótce już stałem na jej barkach i tuż
przed nosem miałem ponury, mroczny i tajemniczy otwór...
- Właź tam - szepnęła babcia zduszonym głosem - no, szybciej! Złap się rękami za
brzeg tej dziury i właź!
Zrobiłem, jak kazała. Tkwiłem teraz w wąskim, ciemnym korytarzyku, prowadzącym
chyba daleko w głąb wawelskiego wzgórza. Trochę się bałem...
- Babciu, a ty? - spytałem wystraszony. Wolałem, żeby jednak była przy mnie.
Tymczasem z oddali dobiegły wesołe głosy. Chyba zbliżała się jakaś wycieczka...
Ojej, babcia nie zdąży się wdrapać, pomyślałem, ale w tej chwili babcia podskoczyła!
I to jak podskoczyła! Chyba ze cztery metry w górę! Wysiadały przy niej wszystkie światowe
gwiazdy sportu! Za taki skok babcia miałaby złoty medal na olimpiadzie! W jednej sekundzie
znalazła się koło mnie - i teraz oboje kucaliśmy, bo korytarzyk byt niski i wąski.
- Pójdę pierwsza - powiedziała, co zabrzmiało trochę śmiesznie, bo o normalnym
chodzeniu nie było mowy. Czołgaliśmy się na czworakach, babcia najpierw, a ja za nią.
- Może zaświeć, babciu, parasolkę, będzie raźniej - poprosiłem.
- Mnie jest raźno, a bateryjka już się kończy, przecież mówiłam ci wczoraj -
odburknęła. - Takie bateryjki można kupić tylko na Wyspie Niedźwiedziej, a tam będę
dopiero za miesiąc, gdy zachoruje mój tamtejszy wnuk. Wcześniej muszę lecieć na Wyspę
Wielkanocną, ponieważ wnuk z tej wyspy będzie chorować zaraz po tobie...
“Babcia Brygida ma ogromną ilość wnuków”, pomyślałem nawet bez zdziwienia.
Szliśmy na czworakach już kilkanaście minut. Przed samym nosem miałem grube
gumowe podeszwy babcinych adidasów - i jakoś przestałem się bać. Te adidasy wyglądały
tak zwyczajnie...
Co najmniej po półgodzinie czołgania się wąski korytarzyk zaczął się jakby poszerzać.
Jeszcze trochę i mogliśmy iść tylko pochyleni. I nagle...
- Och! O rany! - zawołałem pełen zachwytu... i grozy. Sam nie wiedziałem, czego
było więcej. Przed nami widniała wielka pieczara, rozjaśniona czerwonym, jaskrawym
światłem. To światło biło od najprawdziwszego w świecie smoka! Smok był zielony, miał
wielki, pokryty łuskami tułów, długi, gruby ogon - i aż trzy głowy! Z pyska - a właściwie z
trzech pysków na przemian - buchał ogień. I właśnie ten ogień rozświetlał pieczarę!
- Babababababciu... - wyjąkałem, ale babcia wcale nie zwracała na mnie uwagi.
- Smoczek, smoczunio... - powiedziała łagodnie i z czułością. - Czułam, że tu jesteś.
“Ładny mi «smoczek»...” - jęknąłem w duchu. - Ogromny potwór!
- Czy to rzeczywiście ty, Brygido? - ryknął radośnie smok, aż echo odbiło się od ścian
pieczary, a mnie wydawało się, że to nie głos, lecz grzmot! Podskoczyłem z wrażenia, a smok
ryczał dalej:
- Droga Brygido, czułem, że mnie kiedyś odwiedzisz, choć nie wiedziałem, kiedy to
nastąpi. Myślałem, że może za tysiąc lat, może za pięćset, a może dopiero za następne dwa
tysiące lat? Czekałem bardzo niecierpliwie.
Babcia spostrzegła moje oszołomione spojrzenie i łaskawie wyjaśniła:
- Smoki, drogi wnuczku, żyją średnio pięć tysięcy lat. Ten jest jeszcze smoczym
dzieckiem, Smoczkiem, sam rozumiesz, ma raptem tysiąc pięćset lat. Jest synem Smoka, tego
który...
- ...którego zatruli baraniną, za króla Kraka, brrrrr! - ryknął Smoczek. - Od tego czasu
w ogóle nie jadam mięsa! Ani mięsa dziewic, jak mój tatuś, ani żadnego innego!
Przezwyciężyłem strach i zapytałem:
- Więc co jesz?
- Jestem jaroszem. Jadam wyłącznie trawę, a szczególnie lubię koniczynę. Mniam!
Mniam! - i mlasnął trzema językami.
Potem sprawa się wyjaśniła: otóż smoki jadają dużo, ale rzadko. Smoczek wychodził
tajemniczym korytarzem z pieczary ciemną nocą najwyżej raz na rok i najadał się trawy na
wiślanych wałach. Potem pił wodę z Wisły, ale ostrożnie...
- Jest wyjątkowo ohydna - poskarżył się - nie to, co przed dwustu laty, gdy miała smak
prawdziwej wody!
Raz smok tak się najadł i opił, że miał nawet kłopoty z wciśnięciem się na powrót do
pieczary!
- Brygido, czy pamiętasz, co lubią prawdziwe i dobre smoki? - spytał przymilnie,
patrząc pożądliwie na torbę mojej babci.
- Owszem, pamiętam - odparła babcia i zaczęła wyjmować ze swojej wielkiej torby
pękate butelki. Teraz dopiero zrozumiałem, czemu babcia nosi takie olbrzymie torby! W tej
swobodnie zmieściło się sto butelek!
- Co to jest? - spytałem pełen ciekawości, widząc, że Smoczek aż mlaska trzema
ogromnymi jęzorami.
- Tran - wyjaśniła babcia. - Ty tego nie pamiętasz, bo dzisiaj wszystkie witaminy są w
kolorowych pigułkach, ale za czasów twoich rodziców było inaczej. Każde dziecko,
codziennie, dla wzmocnienia dostawało od swojej mamy dużą stołową łyżkę tranu. A że to
było wyjątkowo niesmaczne, więc matki zatykały dzieciom nos jedną ręką, a drugą wlewały
im do buzi łyżkę tranu...
- Ależ to tortury! - krzyknąłem z oburzeniem.
- Smoki bardzo lubią tran! - ryknął Smoczek. - Grzecznym smokom nikt nie musi
zatykać nosa!
Nie wyobrażałem sobie człowieka, który zgodziłby się temu smoczemu dziecku,
zwanemu Smoczkiem, zatkać choćby jeden z jego trzech nosów! Nawet wątpię, czy babcia
Brygida byłaby na tyle odważna!
- A co słychać u smoków? Tak w ogóle? - spytała grzecznie babcia. Smoczek
tymczasem zdążył wychłeptać jedną butelkę. Chłepcząc dwie następne dwiema paszczami,
trzecią paszczą prowadził z babcią rozmowę:
- Nie wiem, jak wiedzie się moim braciom w Afryce czy Australii, ale tutaj, gdzie
mieszkam, jest raczej ciężko - westchnął. - Mam dokoła mnóstwo wrogów, i to takich, jakich
w życiu nie widziałem! Smoki te musiały urodzić się najwyżej kilkadziesiąt lat temu, prawie
że wczoraj. Jest to jakiś całkiem nowy rodzaj smoków, wyjątkowo potwornych! Wcale ich nie
widzę i nie słyszę, a jednak zieją skądś okrutnym, smrodliwym dymem! Gdzie nie spojrzę i
gdzie nie skieruję nosa, wszędzie są! Cuchną tak, jak żaden porządny smok przed wiekami!
Doprawdy, muszą to być jakoweś potwory, aż boję się o tym myśleć i coraz rzadziej
wychodzę na spacery. A zresztą nocą śmierdzą jeszcze bardziej...
Babcia Brygida spojrzała na mnie z uwagą:
- Bartku, naprawdę nie słyszałeś o jakichkolwiek smokach w okolicy?
- Nieeeee... - zdziwiłem się, ale powoli coś zaświtało mi w głowie. Zacząłem
domyślać się, kogo Smoczek bierze za te wyjątkowo groźne potwory...
- Już wiem! - wrzasnąłem triumfalnie. - Te smoki to huty, kopalnie śląskie, Janina,
Piast i Ziemowit, to Elektrownia Jaworzno!
- Cóż za dziwne imiona noszą te smoki - zadrżał Smoczek i ściany pieczary zadrżały z
nim. - Pewnie są równie straszliwe jak ich nazwy! Smok Kopalnie Śląskie? Smok Huta?
Smok Janina...? Chociaż Smok Janina nawet nie brzmi najgorzej... Janina... hm... czy to
smoczyca, drogi Bartku? Nie wiesz, czy ładna? Ile ma głów ta Janina?
- Ależ to są sztuczne fabryki! Tu nie ma żadnych smoków w całej okolicy! Jesteś
jedynym! - zawołałem. Smoczek ucieszył się i ryknął ze zdwojoną siłą:
- Och, mój drogi! Nawet nie wiesz, jaką radość mi sprawiłeś! Bo już myślałem, że to
jakiś nowy i groźny gatunek smoków dymiąco-pylących! Bo ja zionę ogniem, ale to jest
całkiem przyjemny zapach i nikomu nie szkodzi...
- Te smoki dymiąco-pylące, jak mówisz, są groźne, to prawda, ale są też pożyteczne -
wyjaśniłem. - One robią stal, która jest potrzebna do budowy domów i samochodów,
pociągów i tramwajów, garnków i traktorów, prawie do wszystkiego, czego człowiek
potrzebuje. Ale przy okazji jest dużo dymu i pyłu. Nawet domy od tego chorują, zwłaszcza te
najstarsze. I ludzie próbują coś robić, żeby one tak nie śmierdziały, ale nie zawsze im się to
udaje...
- Och, dziękuję ci, mój drogi! - zawołał Smoczek. - Dzięki tobie wyzbyłem się strachu
przed nieznanymi potworami! Gotów jestem z wdzięczności ofiarować ci butelkę tranu...
hm... powiedzmy, połowę butelki... nie, to znaczy, dokładnie ćwierć... albo zresztą... hm...
dam ci jeden łyk tranu, malutki łyczek, tyczunio - oznajmił Smoczek, patrząc zarazem
pożądliwie i z żalem na butelki pełne obrzydliwego tłustego płynu.
- Bardzo ci dziękuję, naprawdę nie mam ochoty - powiedziałem skwapliwie.
- Jesteś szalenie miłym chłopcem - ucieszył się Smoczek. - Chętnie dałbym ci jakiś
prezent, ale nie wiem, co mogłoby ci sprawić radość. Czy chciałbyś może mały czarny
kamyczek z odciśniętym kształtem liścia paproci? To bardzo stary kamień, leży tu gdzieś, pod
moim brzuchem, już ponad tysiąc pięćset lat i okropnie mnie gniecie, bo smoki, wbrew
pozorom, są bardzo delikatne. Z przyjemnością ci go ofiaruję, jeśli tylko chcesz.
- Ależ tak! Bardzo chcę! - zawołałem, domyślając się, że Smoczek mówi o kawałku
węgla kamiennego, na którego powierzchni odbił się liść sprzed tysięcy lat.
Smoczek zaczął wiercić się i kręcić, gmerał dokoła siebie sześcioma wielkimi łapami,
aż wreszcie wyjął spod brzucha mały czarny kawałeczek węgla. Rzeczywiście, na jego
płaskiej powierzchni rysował się wyraźnie liść paproci. Przypomniałem sobie lekcje przyrody
i pomyślałem, że kto wie, może ten kamyczek ma więcej niż parę tysięcy lat? Może liczy
sobie milion albo dwa miliony?
- Musimy cię już pożegnać, Smoczku - oświadczyła babcia Brygida. - Jestem głodna i
widzę, że nic nie masz dla nas do jedzenia. A ten chłopiec jest chory i powinien leżeć w
łóżku. Jeśli jego rodzice wrócą do domu i go tam nie zastaną, to nie będzie naszej jutrzejszej
wyprawy.
- A dokąd się wybieracie? W góry Tien-szan, a może do Afryki, na pustynię Sahara? -
zaciekawił się Smoczek.
- Jak to dokąd? Kraków też jest bardzo ciekawy - powiedziała babcia. - Po co nam
Afryka czy góry Tien-szan?
- Masz rację, w Krakowie wszystko jest ciekawe, ze mną włącznie. Jestem przecież
nadzwyczaj interesujący!
Smoczek z dumą wyprężył trzy potężne klatki piersiowe. Tak, tak, miał trzy głowy,
trzy szyje, trzy klatki piersiowe, trzy karki, ale tylko jeden tułów i jeden ogon. Był
rzeczywiście wspaniały!
Jak to jednak dobrze, pomyślałem, że nie żywi się już mięsem dziewic ani w ogóle
mięsem. Po pierwsze, nikt by mu tych dziewic nie nastarczył, a po drugie, z normalnym
mięsem też są kłopoty, jak mówi mama.
Ziewnąłem, myśląc zarazem, że pewnie poza mną w całym Krakowie żaden człowiek
nie wie, że w Smoczej Jamie mieszka najprawdziwszy w świecie smok!
- Babciu... - powiedziałem i ziewnąłem znowu. Chyba byłem już zmęczony.
Zapomniałem nawet, o co chciałem zapytać. Babcia rozpłynęła się we mgle, zniknęły też trzy
głowy Smoczka, pieczara, w ogóle wszystko zniknęło. Leżałem w swoim pokoju na
tapczanie. Nade mną stała mama i potrząsała mnie za ramię:
- Ależ ty mocno śpisz! - zawołała. - Budzę cię co najmniej od pięciu minut! Zjesz
kawałek mięsa?
- Mięsa z dziewic? - wymamrotałem.
- Jurek, to dziecko jest bardzo chore! Ono bredzi! - zawołała mama do taty i
przyłożyła mi chłodną rękę do czoła. - Nie, nie ma gorączki. Musiało mu się coś śnić...
Więc wszystko mi się śniło? Byłem zrozpaczony. Chciałem, żeby to była prawda:
babcia Brygida, Smoczek, podróże na parasolce...
Obróciłem się na bok i poczułem, że coś mnie gniecie. Wsunąłem rękę pod kołdrę...
Koło poduszki leżał mały, płaski, czarny kamyczek z wyraźnie odciśniętym liściem paproci.
Kamyczek - prezent od Smoczka.
ROZDZIAŁ CZWARTY,
W KTÓRYM BABCIA BRYGIDA ROBI WIELKIE ZAMIESZANIE NA
KRAKOWSKIM RYNKU
Nazajutrz wstałem prawie ze wschodem słońca! I niecierpliwie czekałem, aby
wszyscy poszli sobie z domu.
- Czy na pewno czujesz się dobrze, syneczku? - spytała mama, patrząc podejrzliwie. -
Widzę, że nie możesz spać, choć nigdy nie miałeś z tym kłopotu - nie mogłam cię dobudzić o
siódmej rano!
- Tak czy owak, ostatni dzień leniuchowania - oświadczył energicznie tata. - Jutro
idziesz do budy... tfu, do szkoły!
Pomyślałem z zachwytem, że zaraz pojawi się babcia Brygida, ale szybko
posmutniałem. Przecież babcia przyjechała tylko na trzy dni. I właśnie dzisiaj miała skończyć
się jej wizyta. Aż dziw, że nie spotkały się z mamą na schodach! Walnęła parasolką w drzwi,
które błyskawicznie same się otwarły.
- Gotowy jesteś, wnuczku? - krzyknęła od progu. - Mamy mnóstwo do oglądania,
pamiętaj, że to mój ostatni dzień w Krakowie!
Pamiętałem o tym aż za dobrze. Łzy zakręciły mi się w oczach, gdy pomyślałem, że to
już tylko parę godzin, że pewnie już nigdy nie ujrzę tej mojej szalonej, niezwykłej babci
Brygidy. Takiej babci na pewno nie miał nikt na świecie! No, miał ją także ten chłopak z
Jamajki, ten z Hawajów i Wyspy Niedźwiedziej i nie wiadomo skąd jeszcze. Ale w Krakowie
byłem jedynym jej wnukiem. Przynajmniej do tej pory.
- No, no, tylko mi nie płacz - babcia szturchnęła mnie parasolką - okropnie nie lubię
płaczących chłopców.
- ...a dzie-dzie-dziewczynki? - wyjąkałem przez łzy, myśląc, że dziewczynkom jest
jednak lepiej, bo mogą sobie spokojnie ryczeć i nic.
- Płaczących dziewczynek też nie cierpię - powiedziała zdecydowanie babcia, więc się
uspokoiłem. - Wszyscy powinni się dużo śmiać. Śmiech to zdrowie. O wiele milej jest
przebywać z kimś, kto często się uśmiecha, niż z kimś, kto często ryczy. A teraz powiedz
szybko, co w Krakowie jest najpiękniejsze, bo właśnie tam pójdziemy...
Tu babcia zadała mi nie lada łamigłówkę! Musicie bowiem wiedzieć, że prawie
wszystko jest w Krakowie bardzo ładne.
- Sukiennice, babciu, są piękne. Zaczęto je budować już w trzynastym wieku! Dawniej
były to miejskie kramy, w których handlowano dosłownie wszystkim. I dzisiaj też są to
kramy, tyle że trochę inne, a można w nich kupić różne pamiątki z Krakowa: malowane
skrzynie, korale, gorsety, a nawet góralskie ciupagi! Wspaniały jest Wawel, babciu, mieszkali
w nim najprawdziwsi królowie i do dziś są tam ich wielkie, kamienne groby. I Barbakan,
babciu, zwany Rondlem, który był warowną fortecą w piętnastym wieku, ma mury grube na
trzy metry i sto trzydzieści prawdziwych strzelnic! A najstarsze kamieniczki, babciu, są
śliczne i jak ładnie się nazywają: Szara Kamienica, kamienica Pod Aniołkiem, Pod
Murzynami, Pod Modrym Lwem albo Pod Konikiem. Och, babciu, sam nie wiem, co mam ci
pokazać, nie potrafię powiedzieć, co jest naj-naj-naj-ładniejsze!
- No, to najpierw na Rynek - zawołała babcia i jednym ruchem wsunęła parasolkę pod
swoją i moją pachę. - Polecimy, tak będzie szybciej! Steruj do okna!
Okna w moim pokoju były na szczęście otwarte. Ze zgrozą pomyślałem, co by było,
gdybyśmy mknąc na parasolce, wpadli prosto na szyby!
I znowu niepostrzeżenie wylądowaliśmy tuż koło pomnika Mickiewicza. Pamiętacie,
jak mówiłem wam, że ten pomnik jest zawsze dokładnie oblepiony turystami? Niektórzy z
nich śpiewają, inni piją lub jedzą, rozmawiają, oglądają to, co kupili.
Właśnie jakaś grupa młodych ludzi z gitarami śpiewała bardzo głośno najnowsze
przeboje, za którymi przepada moja siostra, Kaśka. Siedzieli sobie na kamiennych stopniach
otaczających pomnik, a niektórzy to nawet na nogach pana Mickiewicza.
- Wcale by to nie wyglądało brzydko i Mickiewiczowi by nie przeszkadzało... -
zaczęła babcia, patrząc krytycznie na hałaśliwy tłum na pomniku - ...tyle że oni strasznie
śmiecą! Popatrz tylko, ten młody człowiek z długimi włosami i opaską na czole wypił butelkę
pepsi-coli i pustą położył na kamienne nogi poety. A ten drugi chłopak, z tatuażem na ręce,
zjadł kanapkę i papierek wetknął w rękę jednej z figur...
Westchnąłem głośno. Babcia nie wiedziała, a mnie wstyd było jej wyznać, że Kraków
chyba jest jednym z najbrudniejszych miast w Polsce!
- ...nie wstydź się, nie wstydź - przeczytała babcia moje myśli i dodała: - Mam
nadzieję, że ty nie śmiecisz.
Szczerze mówiąc, to całkiem czystego sumienia nie miałem. Zdarzało mi się rzucić na
ziemię papierek od lodów. Co prawda - bardzo rzadko. Postanowiłem bronić mojego miasta:
- Babciu, tutaj co rok przyjeżdża ze trzy miliony turystów. Wystarczy, że każdy z nich
rzuci jeden papierek na ulicę, a będzie śmieci także trzy miliony! No, a krakowianie...
niektórzy też pewnie śmiecą. Niech co drugi rzuci coś na ulicę, a będzie pięćset tysięcy
śmieci!
Pani od rachunków w szkole byłaby ze mnie dumna! Babcia tymczasem mruknęła coś
pod nosem i zaczęła bystro rozglądać się dookoła. Rzeczywiście: śmieci, papierków,
wypalonych papierosów, opakowań z cukierków, lodów i czekolady, kawałków sznurka,
papieru do pakowania, ogryzków z jabłek, pestek z owoców leżało wszędzie co niemiara.
Właśnie jakaś elegancka pani wyjęła z torebki cukierek, odpakowała, wsadziła go
sobie do buzi - a papierek rzuciła za siebie. I tego już chyba było mojej babci za dużo!
...bo babcia Brygida nagle wyprostowała się i jakby urosła! Podniosła do góry swoją
czerwoną parasolkę, na której szczycie ostrzegawczo zaświeciła się mała żaróweczka! Wyjęła
z ogromnej torby wielką chustkę w kratę i machnęła nią trzy razy w powietrzu, wołając na
cały Rynek:
BRAM! BRUM! BRYM!
BRUM! BRAM! BRELI!
Lećcie, lećcie, śmieci,
do swych właścicieli!
I nagle zerwał się nad Rynkiem straszny wicher! Huragan! Prawie cyklon!
Zawirowały w powietrzu wszystkie śmieci z całego Krakowa! Poderwały się z chodników,
jezdni i płyt krakowskiego Rynku w powietrze! Patrzyłem osłupiały: śmieci uszeregowały się
w wielką armię i gnały przed siebie długim wężem, dwójkami, czwórkami! A co który śmieć
odnalazł swego właściciela - wskakiwał mu do kieszeni! Do torby! Do teczki! Siadał na
głowie! A nawet wlatywał mu prosto do ucha lub otwartych ze zdumienia ust!
Widziałem, jak elegancka pani machała rozpaczliwie rękami, a pięć kolorowych
papierków z napisem “Malinowe” wskakiwało z rozpędem do jej ślicznej jak cacko białej
torebki. Widziałem wystraszonego dryblasa z wytatuowaną papugą na ręce, któremu
wyrzucone opakowanie z kanapki wskoczyło prosto do otwartych ze zdziwienia ust, a dryblas
bełkotał z rozpaczą:
- Ble! Ble! Ble!
Pusta butelka po pepsi uderzyła w głowę młodego człowieka, który zostawił ją
beztrosko u stóp pomnika! Ogryzek z jabłka wirował w powietrzu, a potem celnie walnął w
ucho jakiegoś pana! Najgorzej zachował się duży kawał papieru pakunkowego wraz z
kawałkiem sznurka, który zaatakował jakąś grubą damę! Papier okręcił się wokół jej głowy, a
sznurek sam zawiązał się na trzy supełki!
- Ratunku! Ratunku! Ktoś mnie dusi! Pomocy! Ludzieee! - krzyczała gruba dama, ale
papier ani myślał ustąpić!
Trwało to wszystko nie dłużej niż dwie, trzy minuty. Potem babcia znowu pomachała
chustką - i zrobiła się cisza. Cały Rynek lśnił czystością. Elegancka pani szła chyłkiem w
kierunku kosza. Gruba dama zwijała w rulon papier pakunkowy, nie ważąc się cisnąć go na
ziemię. Jakiś młody mężczyzna skrupulatnie upychał w pudełku po zapałkach niedopałki
papierosów. Inny człowiek oddalał się, wymachując trzymaną w ręce pustą butelką z pepsi.
- Czy wszystkie śmieci znalazły swoich właścicieli? - spytałem babci Brygidy.
- Oczywiście - powiedziała oschle - a cóż ty sobie myślisz? Ja nigdy się nie mylę.
Niektóre śmieci musiały nawet odbyć dłuższą podróż, trafiły na dworzec, czy wręcz do
pociągu, którym ich właściciele odjeżdżali, ale wszystkie odnalazły tych, którzy je rzucili.
Masz rację, Kraków jest bardzo piękny. A to, co piękne, musi być czyste. Czy podobałaby ci
się dziewczynka z brudną buzią? Albo w brudnych skarpetkach?
Przypomniałem sobie moją sąsiadkę, Agatę, na której nosie zawsze była co najmniej
jedna brudna plama, ale Agata mimo to bardzo mi się podobała.
- To co innego - powiedziała babcia, czytając jak gdyby nigdy nic w moich myślach. -
Agata ma często plamy na nosie, bo pomaga swojej mamie i choć potem myje ręce, to
zapomina o nosie, w który wcześniej się podrapała.
- Babciu, a to zaklęcie? Te słowa, które zawołałaś?
- Och, układam je na poczekaniu - powiedziała niedbale babcia - a ponieważ nie
umiem układać wierszyków, nie jestem poetką, stąd te dziwne słowa na początku. Wymyślam
je, żeby reszta mogła być do rymu. Każde porządne zaklęcie musi być zrymowane. W
zasadzie takie zaklęcia powinno się śpiewać, a nie mówić, skutkują wtedy lepiej i na dłużej.
Niestety, okropnie fałszuję. Parę zaprzyjaźnionych ptaków osobiście prosiło mnie, żebym
nigdy nie śpiewała, ponieważ mogę zaszkodzić ich dzieciom, ucząc je fałszować. Wyobrażasz
sobie, co by było, gdyby na przykład słowiki fałszowały?
Szliśmy właśnie koło krakowskich, znanych chyba w całej Polsce, kwiaciarek.
Rozłożyły one swoje stoiska z kwiatami na samym Rynku. A musicie wiedzieć, że - podobnie
jak z powodu gołębi - dużo było u nas kiedyś kłótni, czy kwiaciarki mają zostać na Rynku jak
za dawnych lat, czy też nie. Zwyciężyła jednak tradycja, która - co tu dużo mówić - jest w
naszym mieście chyba najważniejsza.
Obok stoisk z kwiatami jest sadzawka, a właściwie fontanna. Mała, kwadratowa i
kamienna. Do tej sadzawki złośliwi chłopcy lubią czasem nasypać takiego niebieskiego
proszku do prania, który bardzo się pieni. Najwięcej kłopotów mają wtedy kwiaciarki, które
wodą z sadzawki polewają kwiaty, żeby nie więdły.
Właśnie trzech brudnych, niechlujnych wyrostków sypało do wody proszek, jak gdyby
nigdy nic. Rechotali głośno i przedrzeźniali jakiegoś starszego pana, który mówił:
- Dajcie spokój, chłopcy, to głupi dowcip, trzeba będzie całą wodę wymieniać...
- Idź, dziadziu, lepiej do domu, bo cię tu może krzywda spotkać - powiedział
buńczucznie jeden z chłopaków, którego włosy, koszula i spodnie aż lepiły się od brudu.
Pomyślałem sobie w duchu: “Oj, biedacy, chyba nie wiecie, kto na was patrzy, i nie
znacie możliwości mojej babci...”
Nie ukrywam, że pomyślałem to specjalnie, licząc, że babcia przeczyta moje myśli. I
nie zawiodłem się. Babcia spochmurniała, pogmerała nerwowo w przepastnej torbie i wyjęła
chustkę, której czarodziejską moc już zdążyłem poznać:
BRUM! BRAM! BADRA!
BRUM! BRAM! BRELU!
Chłopcy pragną
prać się w ARIELU!
Wypierz ich, wodo, wypierz, bo są brudni!
I nagle jakaś tajemnicza siła podniosła trzech chłopaków w górę i plasnęła nimi o
wodę!
- Ajaj! Ajajaj! Ratunku! Tonę! - krzyczał jeden.
- Mamusiu, tatusiu, jaka ta piana ohydna! - wrzeszczał drugi, a piana z proszku właziła
mu do oczu i ust.
- Jejku, jak mnie oczy pieką! Jejku, kto mnie stąd wyciągnie! - wrzeszczał trzeci z
rozpaczą.
Ale tajemnicza siła trzymała ich w spienionej wodzie, która wirowała jak w pralce.
Potem wszystko się uspokoiło. Z fontanny, pełnej teraz bardzo brudnej wody, wyszło trzech
niezwykle czystych i bardzo grzecznych chłopców. Spojrzeli na siebie ze strachem - i zaczęli
uciekać w stronę ulicy św. Jana. Po chwili zniknęli nam z oczu. A woda... woda nagle zrobiła
się czysta.
- Niesłychane! - krzyknął starszy pan. - Całkiem niesamowite! I bardzo praktyczne!
Doprawdy, chciałbym wiedzieć...
- Uciekamy - szepnęła mi babcia do ucha. - Bardzo nie lubię, gdy ktoś mnie pyta, jak
ja to robię...
I wzbiliśmy się w górę na czerwonej parasolce. Lecąc, myślałem z pewnym smutkiem,
że i mnie nie wypada pytać, jak babcia to wszystko robi, skoro miałbym ją tym pytaniem
zirytować.
- I masz rację, drogi wnuczku - powiedziała spokojnie babcia - najciekawsze jest to,
czego się nie wie zbyt dokładnie, co jest tajemnicze...
Fruwaliśmy na parasolce jeszcze co najmniej godzinę albo i dwie. Pokazałem babci
wszystkie wspaniałości naszego miasta: całe wawelskie wzgórze, Barbakan, wszystkie
najpiękniejsze i najstarsze kamieniczki. Przy wielu z nich pracowali ludzie, i to z różnych
miast Polski, wszyscy ci, którym zależy na tym, żeby Kraków nie zawalił się ze starości. Bo
nie odnawiany zabytek po prostu wali się - i tyle.
Lecąc koło kamieniczki Pod Murzynami, na placu Mariackim, babcia na chwilę
zwolniła tempo i najspokojniej w świecie zaczęta szeptać coś jednemu z Murzynów do ucha. I
wierzcie lub nie, ale ten kamienny Murzyn również szepnął coś babci w odpowiedzi!
Wyraźnie widziałem, jak rusza wargami! A nawet poruszył małym palcem u nogi!
- Drogi wnuczku, pora już na mnie - westchnęła babcia, gdy lecieliśmy znów nad ulicą
Floriańską. - Ten Murzyn właśnie mi powiedział, że zachorował jeden z moich wnuczków na
Wyspach Kanaryjskich. Dowiedział się o tym od jaskółki. Musimy się zatem szybko żegnać.
Byle bez łez, bo wszelkie pożegnania zawsze bardzo mnie irytują!
Dzielnie powstrzymałem napływające łzy.
- Babciu, ale odwiedzisz mnie jeszcze? - spytałem pełen nadziei.
- Nie powiem nie, nie powiem tak - szepnęła babcia tajemniczo.
- A mogę o tobie komuś opowiedzieć? Mamie? Tacie? Kaśce? Agacie? Albo
kolegom?
- Ależ możesz - powiedziała niedbale - to przecież nie ma żadnego znaczenia. I tak ci
nie uwierzą. Może niektóre dzieci odrobinę będą ci wierzyć, ale dorośli na pewno nie. Dorośli
pod tym względem nie mają wyobraźni. W każdym razie dziękuję ci za pokazanie Krakowa.
Rzeczywiście jest niezwykły. Na Wyspach Kanaryjskich na pewno nie będzie tak ciekawie.
Tam nie ma takich zabytków. Będę cię miło wspominać, Bartku. Ciebie, Smoczka, tę
wspaniałą wieżę Mariacką, Wawel...
- ...ale kiedy znowu przyjedziesz, babciu? - nie dawałem jej spokoju, połykając łzy.
- Wtedy, gdy już cały Kraków będzie odnowiony - odparła z uśmiechem.
I tak dowiedziałem się, że już nigdy w życiu jej nie ujrzę. Nigdy. Bo musicie
wiedzieć, że mamy w mieście tak strasznie dużo zabytków, że co się skończy odnawiać jeden,
już następny czeka w kolejce, i tak bez końca. A nawet wtedy, gdy już odnowimy wszystko,
okaże się na pewno, że trzeba zaczynać jeszcze raz od początku, bo tak to właśnie jest z
bardzo starymi miastami.
Trudno, jest, jak jest. Pocałowałem babcię w policzek, zrobiłem zadowoloną i dzielną
minę, żeby się nie denerwowała, i... usłyszałem głos mamy:
- No, no, widzę, że czujesz się całkiem nieźle?
Oczywiście leżałem w łóżku, w swoim pokoju, a babcia i moje wszystkie z nią przygody rozwiały
się w krakowskiej mgle.
- Czy bardzo się nudziłeś? - spytał tata.
- Wcale nie, była ze mną babcia - powiedziałem.
- Babcia? - zdziwił się tata. - Przecież babcia Zosia jest na wczasach w Krynicy, a babcia Helenka
pracuje społecznie i nigdy nie ma dla ciebie czasu!
- To była babcia Brygida - powiedziałem i ryknąłem głośnym płaczem. Już nie musiałem się
hamować. Ryczałem jak głupi trzyletni brzdąc.
- Dziecko drogie! - zawołała mama, chcąc przekrzyczeć moje ryki. - Nie mamy żadnej
babci Brygidy! I nigdy nie mieliśmy!
- A tym samym nie będziemy mieć. Jak ta babcia Brygida wygląda? - spytał tata
groźnym tonem. Wszyscy tatusiowie lubią czasem mówić groźnym tonem i robić srogie miny.
- Zwyczajnie! - zaryczałem, a łzy jak grochy leciały mi po twarzy. - Ona wygląda
całkiem zwyczajnie! Ma takie króciutkie włosy, jak chłopaki noszą, na jeża, z grzywką nad
czołem, nosi spodnie pumpy, skarpetki w paski, ma też czerwoną parasolkę...
- Coooo?! - krzyknęli wszyscy razem, a przemądrzała Kaśka wytrzeszczyła na mnie gały.
- No, to na pewno ktoś z twojej rodziny, bo w mojej nie ma nikogo z takim wyglądem!
- rzekł tata pod adresem mamy. Mamusia pochodzi z rodziny artystycznej. W Krakowie co druga
rodzina jest rodziną artystyczną. To jest taka rodzina, w której ktoś maluje albo rzeźbi,
albo śpiewa, albo pisze, albo wreszcie nie maluje, nie rzeźbi, nie śpiewa, nie pisze, ale za to dużo
siedzi w kawiarni i nadzwyczaj się tym wszystkim interesuje.
- Dałbyś spokój przy dziecku - powiedziała mama, która zawsze tak mówi, gdy chce,
żeby tata zmienił temat. - Moim zdaniem Bartkowi coś się przyśniło. Ile razy wracaliśmy do
domu, zawsze spał jak zabity i mówił całkiem od rzeczy. Na przykład o jakimś mięsie z dziewic...
- Cha! Cha! Cha! - zaśmiał się tata. - Mięso z dziewic! Taki sam rarytas jak mięso z
równie głupiego cielęcia!
- Ale ja mówię prawdę - oznajmiłem. - Była u mnie babcia Brygida i fruwaliśmy na
parasolce...
Mama i tata zaczęli się śmiać, a Kaśka zrobiła taką minę, że już wiedziałem: będzie mi
dokuczać, będzie się ze mnie wyśmiewać, ale nie uwierzy, że to prawda. Więc zamilkłem.
Wcale nie potrzebuję, żeby wierzyli.
A może oni mają rację? Może to wszystko rzeczywiście mi się śniło? Ale przecież w
szufladzie mojego biurka leży sobie spokojnie kawałeczek czarnego węgielka, z odbitym wyraźnie
liściem paproci. Prezent od Smoczka...
A komu wy uwierzyliście? Moim rodzicom, którzy mówią, że wszystko było snem -
czy mnie?
Bo ja przysięgam wam na stare mury Krakowa, że to wszystko było prawdą i będzie nią tak długo,
póki...
...póki mrówka nie wypije całej wody morza, choćby Bałtyckiego, a żółw nie obejdzie
pieszo przynajmniej pół świata!